Bajki o gospodarczej dobrej zmianie

Na szczęście dla polskiej gospodarki, PiS-owskie państwowe i rzekomo „bardzo konkretne” programy rozwojowe pozostają tylko w sferze propagandy.
Niedawno minęła trzecia rocznica rzekomego położenia stępki pod budowę polskiego promu pasażerskiego na terenie dawnej Stoczni Szczecińskiej. To dobra okazja do przypomnienia efektów tzw. planu Morawieckiego, jako że prom „Batory”, pod którego stępkę kładł sam twórca planu, to jeden z projektów flagowych.
Plan Morawieckiego można podzielić na trzy części: diagnozę stanu gospodarki, opis planowanych „programów rozwojowych”, których realizacją miałoby zająć się państwo, oraz listę ogólnogospodarczych celów i mierzalnych wskaźników, według których należy realizację tych celów oceniać – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
.Pośród celów, które miały zostać osiągnięte już w tym roku, znalazło się radykalne zwiększenie stopy inwestycji (do 25 proc. PKB). Nie wypadałoby krytykować rządu za niezrealizowanie celu w roku, w którym świat spowiła pandemia, gdyby nie to, że od dojścia PiS do władzy i ogłoszenia planu Morawieckiego w lutym 2016 roku stopa inwestycji najpierw spadała, by potem tylko nieznacznie odbić. W rezultacie w 2017 roku udział inwestycji w polskim PKB był najniższy od 1995 roku, a na koniec 2019 r. wyniósł 18,6 proc. PKB, czyli, jak łatwo policzyć, o 6,4 proc. PKB mniej, niż zapowiadał Morawiecki.
Gdy PiS w 2015 r. przejmowało władzę, inwestycje stanowiły 20 proc. PKB, a zatem za czasów PO – PSL Polska była bliżej celu Morawieckiego, niż po czterech latach rządów PiS. Zmalały też kluczowe dla wzrostu gospodarczego inwestycje prywatne – z 15,6 proc. PKB w 2015 roku do 14,3 proc. w 2019 roku. To efekt m.in. nieprzewidywalnych zmian przepisów oraz ataku na niezależność sądów.
Mateusz Morawiecki zapowiadał też „wzmocnienie naszej nogi przemysłowej”(wzrost udziału produkcji przemysłowej w PKB), w zgodzie z głoszonym przez siebie sloganem „reindustrializacji”. „Reindustrializacja” to oczywiście zaklęcie służące propagandzie o „upadku polskiego przemysłu” w wyniku transformacji – propagandzie stojącej, zdaniem FOR, w jaskrawej sprzeczności z faktami, gdyż produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła w latach 1989–2015 o 270 proc. (wg. OECD).
PiS wcale nie przyspieszyło dokonującej się wcześniej industrializacji. Przed wyborami w 2015 roku udział przetwórstwa przemysłowego w wartości dodanej rósł, a Polska znajdowała się pod tym względem w unijnej czołówce. Natomiast od 2017 roku mimo deklaracji Morawieckiego znaczenie przetwórstwa przemysłowego w polskiej gospodarce słabnie, a pierwsze cztery lataPiS wypadają pod tym względem gorzej od ostatnich czterech lat PO – PSL. W ramach „promocji polskich inwestycji zagranicznych” miały one wzrosnąć do ok. 160 mld zł, tymczasem na koniec 2018 roku (ostatnie dostępne dane) spadły do 93,5 mld zł –z poziomu 107,3 mld zł na koniec 2015 roku.
Z podsumowania, jakie zrobiono w FOR przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, wynika, że pod względem sześciu z dziewięciu wskaźników wybranych przez Morawieckiego polska gospodarka lepiej radziła sobie za czasów PO – PSL niż za rządów PiS. Jak już jednak wspomniano na początku, plan Morawieckiego to nie tylko wskaźniki. To także „programy rozwojowe”(„konkretne bardzo”, jak podkreślił twórca planu).
Polskie państwo miało dowieść swojej przedsiębiorczości, angażując się we wskazane przez Morawieckiego projekty inwestycyjne jak budowa pełnej gamy polskich dronów („Żwirko i Wigura”), rozwój kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa („Cyberpark Enigma”) czy produkcja maszyn górniczych („Polski Kombajn Górniczy”). Miejsca nie zabrakło również dla produkcji pojazdów komunikacji miejskiej (w końcu w jakimś celu znacjonalizowano znajdującą się na skraju bankructwa Pesę) i budowy polskiego promu pasażerskiego („Batory”).
Żeby planowi budowy państwowego promu nadać impet, 23 czerwca 2017 roku stępkę położył sam ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki. Pół roku później państwowy Fundusz Rozwoju Spółek otrzymał z Funduszu Reprywatyzacji 200 mln zł na realizację „różnorakich zadań z zakresu szeroko rozumianej gospodarki morskiej”. Rok później FRS przejął od państwowego funduszu MARS Stocznię Szczecińską i Morską Stocznię Remontową „Gryfia”, której w ostatnich półroczu udzielił dwóch pożyczek pieniężnych w niepodanej do publicznej wiadomości kwocie. Mimo całej propagandowej pompy i przesunięć aktywów między państwowymi instytucjami projekt nie posunął się do przodu, a stępka rdzewieje w tym samym miejscu, w którym położył ją Mateusz Morawiecki.
Znamienna jest też propaganda towarzysząca zapowiedzianemu w planie Morawieckiego „Planowi Rozwoju Elektromobilności”. Przyjęty w marcu 2017 roku „Plan” roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 roku. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – rząd przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 roku”. Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 roku, lecz do 2030 roku.
Później, już w exposé Morawiecki głosił „rozwijanie programu elektromobilności”, a niedawno wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin oświadczył, że „my jesteśmy dzisiaj gotowi do tego,żeby te auta [elektryczne] produkować”, ale problem leży w tym, „jak sprzedać te samochody”. Tymczasem przez trzy lata od ogłoszenia „Planu Rozwoju Elektromobilności” zarejestrowano w Polsce 6,3 tys. elektrycznych samochodów pasażerskich, co proporcjonalnie do ogółu zarejestrowanych samochodów plasuje nas w unijnym ogonie. Trzeba przy tym podkreślić, że państwowi akcjonariusze wnieśli już do spółki Electromobility Poland 70 mln zł.
Należy uznać, że na razie – szczęśliwie dla polskiej gospodarki – państwowe i „konkretne bardzo programy rozwojowe” pozostają w sferze propagandy. Mniej szczęśliwie wygląda to, iż na finansowanie propagandowych zabiegów rząd przeznacza realne środki. Najbardziej jednak ubolewać należy nad podważaniem osiągnięć polskiej prywatnej przedsiębiorczości, którą zastąpić miałoby „przedsiębiorcze państwo”. Wyraził to ostatnio na zjeździe klubów „Gazety Polskiej” Jacek Sasin, który powiedział, że „często ten kapitał polski prywatny ma swoje korzenie w różnego rodzaju działalnościach przestępczych”, a „dzisiaj realnie duży polski kapitał to są spółki skarbu państwa”. W rzeczywistości jednak to państwo, wykraczające poza swoje podstawowe funkcje, staje się siedliskiem nepotyzmu i korupcji.