Gospodarka 48 godzin

Władza żartuje
To, że premier Mateusz Morawiecki ma talent bajkopisarza (a raczej bajko-opowiadacza, czyli tzw. storytellera) i mówiąc delikatnie, nader oszczędnie gospodaruje prawdą, wiedzieliśmy od lat. Okazuje się, że podobnych przymiotów posiada więcej. Ujawnił się także jako dowcipniś, opowiadając z twarzą Bustera Keatona o swoim rządzie: “Zapanowaliśmy nad pandemią koronawirusa w sposób dużo bardziej sprawny niż najbogatsze kraje świata”. Premierowi dzielnie sekunduje Jacek Sasin, żartując: “Mojemu resortowi udało się pokazać skuteczność”. Rzeczywiście, w kontekście nabycia felernych maseczek, ta skuteczność okazała się oszałamiająca. Szczyt komizmu obaj panowie osiągnęli zaś na warszawskim lotnisku Okęcie, kiedy to uprawiając polinezyjski Kult Cargo, uroczyście powitali samolot produkcji radzieckiej, który przywiózł do Polski ów maseczkowy chłam.

Radość z nieszczęścia
Ludzie chorzy na epilepsję czują się dotknięci “akcją”, która niedawno pojawiła się na Tik Toku i Instagramie (#SeizureChallenge). Osoby w nią zaangażowane nakręcają fikcyjne ataki padaczki i umieszczają je właśnie w tych serwisach. Nie są to tylko filmiki z domowego zacisza, ale również z miejsc publicznych, np. sklepów. To właśnie po ich zobaczeniu powstał manifest społeczności chorych na epilepsję w Polsce. Jest on następujący (ze skrótami): “Nam, chorym na padaczkę pękło serce. Wasze filmiki, na których udajecie atak padaczki sprawiają nam ogromny ból i zawód. Jesteście młodymi ludźmi, którzy na każdym kroku domagają się tolerancji i otwartości. Podkreślacie, mimo wieku, jak wielką macie wiedzę o świecie i obycie. Tymczasem na tych nagraniach pokazujecie właśnie jej brak oraz utrzymujecie stereotyp epileptyka jako osoby, która podczas ataku dostaje drgawek i ślinotoku. A przecież nasze ataki to także np. drżenie rąk. Najgorsze jednak co pokazaliście, to brak uczuć. Ilu z Was zastanowiło się nad tym, co czują nasze rodziny, kiedy są świadkami ataku i próbują nam pomóc? Czy ktoś z Was rozmawiał z matką dziecka, co czuje, kiedy jej ukochany syn nagle traci świadomość i nigdy więcej może jej nie odzyskać. Może nie wiecie czym jest SUDEP? Więc śpieszymy z odpowiedzią. SUDEP to zjawisko występujące podczas ataku. To po prostu śmierć. Statystycznie 1 na 1000 chorujących umiera podczas ataku, z którego tak się śmiejecie. Tyle mówi się o depresji. A czy Wy, drodzy “reżyserzy”, wiecie, że nawet 60 proc. epileptyków ma objawy depresyjne. Właśnie takie zachowania jak wasze ją pogłębiają. Spróbujcie przez jeden dzień pożyć jak my. Dla Was to kilkusekundowy „fun”. Dla nas to poobijane kończyny, rozcięte łuki brwiowe, podbite oczy, wybroczyny. Dla nas te ataki również to przewartościowanie życia, niechęć pracodawców, często samotność. Mimo krzywdy, którą wyrządziliście – podniesiemy się. Bo My, Padaki, wspieramy się. Jesteśmy społecznością, która pomaga sobie i troszczy o siebie. I nie jest nas mało. W Polsce choruję nas pół miliona”. Ondosząc się do tych filmików trzeba też się zastanowić co jest ich przyczyną?. Skąd w młodych osobach wyraz tak czystej głupoty? Skąd chęć sprawiania sobie i innym fizycznego czy psychicznego bólu, tak po prostu, dla rozrywki?

Gospodarka 48 godzin

Żart premiera
W pierwszym kwartale tego roku produkt krajowy brutto dla całej Unii Europejskiej spadł o 2,7 proc. w stosunku do unijnego PKB z pierwszego kwartału ubiegłego roku. W strefie euro spadek był jeszcze szybszy bo o 3,2 proc. Największy regres zanotowała gospodarka Francji, gdzie PKB zmniejszył się o 5,4 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2019, a po niej Włochy – minus 4,8 proc. Natomiast niemiecki PKB (największa gospodarka Europy) spadł o 1,9 proc. rok do roku. Tym niemniej są kraje, które nawet w czasie pandemii rozwijają się w przyzwoitym tempie. Tu prym wiedzie Rumunia, mająca 2,7 proc. wzrostu w pierwszym kwartale i zapewne Irlandia, gdzie jeszcze nie ma zweryfikowanych wyników za pierwszy kwartał br. Dobrze wypada także Litwa, ze wzrostem 2,5 proc., oraz Bułgaria (plus 2,4 proc.). Jak widać, z wyjątkiem Irlandii nie są to najzamożniejsze kraje naszego kontynentu. Polska wypada przyzwoicie, ze wzrostem PKB w pierwszym kwartale 2020 r. o 1,6 proc., choć oczywiście daleko nam do czołówki. Ten wynik stał się natomiast powodem do dowcipu w wykonaniu premiera Morawieckiego, który komentując nasz PKB zażartował: „Zaskakujemy świat i Europę tempem naszego działania. Podjęliśmy decyzje, co do ochrony zdrowia w najszybszym możliwym tempie”. To zabawne stwierdzenie, w sytuacji, gdy Polska należy do pięciu najgorzej radzących sobie z epidemią krajów Europy.

Mniej przestępstw na PKP
Mniejszy ruch pociągów i spadek liczby pasażerów spowodował, że mniej także jest przestępstw i wykroczeń na kolei. W pierwszym kwartale odnotowano lekki spadek takich zdarzeń. Było ich o 140 mniej – w pierwszym kwartale 2019 zanotowano 1700 zdarzeń, a teraz 1560. W 2020 r. dotychczas funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei ujęli około 700 sprawców przestępstw i wykroczeń. Odzyskano mienie o łącznej wartości 175 000 zł. Mniej jest zwłaszcza kradzieży na szkodę podróżnych. W porównaniu do tego samego okresu 2019 r., od stycznia do kwietnia odnotowano spadek kradzieży o 23 proc. Od początku tego roku SOK-iści ujęli 128 sprawców kradzieży. Zmniejszyła się też liczba kradzieży przesyłek wagonowych oraz węgla z wagonów towarowych (takie kradzieże węgla w Polsce trwają i trwać będą, bo mają już pond stuletnią tradycję). Cały czas zdarzają się też kradzieże przewodów i innych elementów linii kolejowej, czemu próbuje się przeciwdziałać za pomocą częstych kontroli punktów skupu złomu. W tym roku na ponad 4000 kontroli, SOK-iści wykryli nielegalnie zbywane mienie kolejowe tylko w dwóch punktach skupu. W walce ze złodziejami SOK wykorzystuje specjalnie wyposażone samochody – mobilne centra monitoringu, które dzięki kamerom mogą obserwować kilkukilometrowe odcinki linii kolejowych. Wykorzystywane są też foto-pułapki, które powiadamiają patrol, gdy w zabezpieczonym obszarze pojawi się niepowołana osoba. W nocnych patrolach stosuje się zaś termo- i noktowizory. SOK-istów oczywiście wspomagają też psy. Straż Ochrony Kolei ma dodatkowe zadania w czasie epidemii. Funkcjonariusze prowadzili kontrole temperatury podróżnych w pociągach wjeżdżających na teren Polski, do czasu wstrzymania ruchu międzynarodowego. Badają też temperaturę u pracowników pociągów towarowych wjeżdżających do Polski.

Samolot z Chin w Warszawie

Polska znowu triumfuje! Ten przylot to olbrzymi sukces prezydenta RP, premiera i rządu, okupiony godzinami twardych negocjacji na najwyższym szczeblu. W zwycięstwie pomogło to, że PiS-owscy dygnitarze skutecznie uprawiali papuaski kult Cargo.

Wtorkowe lądowanie na Okęciu wielkiego samolotu transportowego An-225, który przywiózł towary zakupione w Chinach, pokazało, że oprócz (a może już zamiast) katolicyzmu, premier i jego dygnitarze zaczęli wyznawać (oraz praktykować) religię Cargo.
Samolot dostarczył 80 ton maseczek, kombinezonów, przyłbic itp. – czyli tego wszystkiego co w Polsce już dawno powinno być w związku z epidemią koronawirusa, a o co nie zadbał rząd Prawa i Sprawiedliwości.
Masa przywiezionego sprzętu tajemniczo malała wraz z upływem czasu. Początkowo rząd – a konkretnie wicepremier Jacek Sasin wraz z Ministerstwem Aktywów Państwowych – informowali, że do Polski przyleci 400 ton środków do walki z koronawirusem. Potem mowa była o około 100 tonach, a ostatecznie, wedle oficjalnych informacji rządu, samolot przetransportował 80 ton. Nie wiadomo, co się stało z resztą ładunku – ale mając zaufanie do rządu trzeba oczywiście wykluczyć, iżby kilkadziesiąt ton sprzętu zostało pokątnie upłynnione jakimś odbiorcom zagranicznym.
Z tego zmniejszania się masy ładunku wynika, że ogromny Antonow 225 przywiózł w dużej mierze powietrze, ale to nie ma większego znaczenia, bo też i nie chodzi o sam sprzęt, ale przede wszystkim o efekt magiczny spowodowany wylądowaniem tak dużego samolotu. Dla premiera i jego dygnitarzy musiało to być zjawisko nadprzyrodzone, dokładnie tak jak w kulcie Cargo.
Właśnie dlatego samolot – mimo, że produkcji radzieckiej, a więc z kierunku który nie cieszy się sympatią obecnej ekipy – został z wielką pompą powitany przez Mateusza Morawieckiego i innych przedstawicieli polskiego rządu.
Może w innych krajach przylot pojedynczego samolotu transportowego nie jest wydarzeniem aż takiej rangi, by uświetniało je wystąpienie prezesa Rady Ministrów w otoczeniu innych dygnitarzy. Należy jednak zrozumieć, że dziś, gdy premier i jego rząd jakoś nie bardzo mają się czym chwalić (a przecież bardzo chcą i potrzebują), nawet pomyślne lądowanie samolotu uznali za swój wielki sukces.
Dlatego więc, według słów premiera, przylot samolotu An 225 z Chińskiej Republiki Ludowej do Warszawy stanowił bezprecedensowe osiągnięcie najwyższej wagi, które było możliwe wyłącznie dzięki ogromnemu zaangażowaniu i determinacji całej rządzącej dziś w Polsce klasy politycznej, z prezydentem na czele.
Jak mówił Mateusz Morawiecki, do tego, by w Warszawie mógł wylądować jeden samolot z chińskimi towarami, potrzebne były „długie godziny negocjacji, a wcześniej długie godziny rozmów”. Oczywiście rozmów na najwyższym szczeblu, prowadzonych z sukcesem bezpośrednio przez prezydenta RP Andrzeja Dudę (no i jak możnaby go ponownie nie wybrać ?!!). Prezydenta wspierał rząd oraz grono fachowców najwyższej klasy, a także cała oddana im do dyspozycji potęga największych polskich firm państwowych wraz z ich prezesami.
Losy lotu An 225 ważyły się długo. Polska negocjowała ostro, tak jak przyzwyczaili nas do tego polityczni fighterzy z PiS-u, zaprawieni w bojach o uzyskanie reparacji od Niemiec czy zmniejszenie importu rosyjskiego węgla. Ktoś małoduszny mógłby tu wytknąć, że w tych sprawach i w setkach innych, PiS-owska ekipa wykazała całkowitą nieskuteczność. Malkonentom trzeba odpowiedzieć: No i co z tego!. Przecież wiadomo, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni sukces. A przylot samolotu z Chin do Warszawy był przecież sukcesem – i to naprawdę olbrzymim, bo jakby nie patrzeć, jedynym.
Doceńmy należycie miarę tego wielkiego osiągnięcia! Zauważmy więc, że w każdym innym kraju, zorganizowanie lotniczej dostawy importowanego towaru jest wydarzeniem banalnym: podpisuje się umowę, ładuje towar, samolot przylatuje i tyle. Ale w Polsce rządzonej przez PiS jest zupełnie inaczej!.
Jak wynika bowiem z wystąpienia premiera Morawieckiego, do tego, żeby PiS-owska administracja mogła kupić 80 ton sprzętu i przetransportować go samolotem do Polski konieczny był bezprecedensowy wysiłek rządu i prezydenta oraz zaangażowanie wszelkich możliwości państwa polskiego.
Była to – nie bójmy się tego powiedzieć – niesłychanie trudna i skomplikowana operacja, niemal jak lądowanie w Normandii. Czy więc można opisać ją inaczej niż prostymi słowami: olbrzymi triumf Polski pod światłymi rządami PiS!
Fachowość, ogromne zaangażowanie, nieograniczone poświęcenie, bezgraniczna pracowitość, oddanie sprawie – wiadomo, że te wszystkie zalety, tak oczywiste u dygnitarzy z Prawa i Sprawiedliwości, doprowadziły do tego olbrzymiego sukcesu, jakim był przylot samolotu z Chin do Warszawy. Ale przecież to nie wszystko. Niezmiernie potrzebna była też wiara. I tu stronie polskiej z pomocą przyszła religia Cargo.
Jak powszechnie wiadomo, religia, czy kult Cargo, rozwinęła się w latach 40. dwudziestego wieku wśród Papuasów i Melanezyjczyków, na Nowej Gwinei i innych wyspach Oceanu Spokojnego. Tubylcy obserwowali bowiem – zwłaszcza w czasie wojny światowej – lądowania samolotów amerykańskich, które przynosiły w swym wnętrzu ludzi oraz wiele cennych dóbr z żywnością na czele. Wedle tubylców te olbrzymie srebrne ptaki przylatywały z nieba za sprawą bogów, a piloci byli ich wysłannikami. To zrozumiałe, wiemy przecież czym dla Azteków był widok Hiszpanów na koniach
I właśnie z tego powodu, aby zyskać przychylność bogów i skłonić ich do przysyłania z nieba kolejnych stalowych ptaków pełnych skarbów, Papuasi i Melanezyjczycy latami budowali z drewna oraz gałęzi wielkie figury samolotów, ustawiając je na wykarczowanych przez siebie pasach startowych. Były to świątynie religii Cargo, przy których tubylcy modlili się o dostawę z nieba następnej porcji cudownych dóbr.
Również i dla premiera oraz rządu PiS przylot samolotu z Chin był zjawiskiem wymodlonym i wybłaganym w trakcie wielogodzinnych negocjacji prowadzonych jakoby na wysokich szczeblach. Zrozumiałe, iż Mateusz Morawiecki musiał być przejęty i zafascynowany tak niesamowitym wydarzeniem, jak spłynięcie z nieba wielkiego metalowego ptaka, który jak gdyby nigdy nic siada na ziemi, a z jego wnętrza wychodzą ludzie i wyładowywane są rozliczne dobra. Przecież to takie niezwykłe!
I naturalnie tylko niezwykli ludzie mogli osiągnąć ten niezwykły sukces. Jeszcze raz się więc okazało, że mamy słuszność, uważając, iż premier Morawiecki i prezydent Duda są przeznaczeni do rzeczy wielkich.

Spotkania premiera generała

Z dużym zainteresowaniem, nawet z zadumą, przeczytałem kolejną publikację Gabriela Zmarzlińskiego w Dzienniku Trybunie (4-5 marca br.) pt. „Premier spełnionych oczekiwań”. I tym razem autor bardzo rzeczowo opisuje działalność gen. Wojciecha Jaruzelskiego w roli premiera rządu.

Wnikliwie i transparentnie ukazuje faktografię jego kilkuletnich zmagań, w czasach jakże trudnych. Ogromu trudności gospodarczych, sankcji ekonomicznych, dzisiejszego najważniejszego sojusznika Polski oraz szalejącej totalnej opozycji, Solidarności, odrzucającej niemal wszystkie starania i propozycje generała, by reformować system polityczno-gospodarczy w interesie polepszenia sytuacji materialnej Polaków.
Czytając wypowiedzi autora tej publikacji zostałem niejako zainspirowany do wypowiedzenia się na temat stylu i sposobów organizacji spotkań generała z różnymi środowiskami, tak skłóconymi, jak nigdy w naszej historii. Podejmuję ten temat, o tym nie pisze autor, mając w pamięci pobyt i spotkanie gen. Jaruzelskiego z mieszkańcami Wrocławia w lipcu 1984 roku z okazji otwarcia Szpitala Czterdziestolecia. Ale do rzeczy.
Program
Lipiec 1984 roku. Wrocław. Lotnisko wojskowe. Czekamy na przybycie samolotu z gen. Wojciechem Jaruzelskim na pokładzie. Na powitanie przybyły władze wojewódzkie, przedstawiciele wojska, dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego gen. dyw. Henryk Rapacewicz. Grono powitalne to sześć osób, żadnych delegacji z zakładów pracy. Takie było życzenie organizatorów wizyty, na pewno akceptowane przez generała. Czekamy. Rozmawiamy, pytam Zdzisława Balickiego, jaki jest program wizyty po otwarciu szpitala.
– Nikt nie wie – odpowiada.
Samolot zbliża się do lądowania o planowanym czasie, jak w zegarku. Stoimy w szeregu wyprostowani. Krótkie kołowanie samolotu. Wysiada uśmiechnięty generał. Wita się z nami. Z każdym z nas zamienia kilka słów. Dłużej rozmawia z generałem Rapacewiczem. Stałem tuż za nim. Spytał jak się czuje.
– Nie najlepiej – odpowiedział dowódca. Miał on w 1977 roku poważny wypadek samochodowy, w którym zginął jego zastępca gen. bryg. Marian Zieliński. Po tym wypadku miał kłopoty ze zdrowiem. Rozważał przejście w stan spoczynku na własną prośbę, co też uczynił we wrześniu tegoż roku. Gen. Jaruzelski zachęcał go do leczenia.
– Trzeba pojechać do sanatorium – radził. Inni korzystali z tej formy leczenia, ale nie on.
Po krótkich rozmowach siadamy do mikrobusu. Żadnych osobowych samochodów, policji drogowej, obstawy na trasie przejazdu.
Bez całej tej szumnej scenerii ulicznej. Ruch samochodów odbywał się jak zawsze. Żadnej blokady ulic. Tylko paru borowców. Jedziemy ulicami Wrocławia. Zatrzymujemy się na czerwonych światłach jak wszyscy.
Generał siedzi pierwszy przy drzwiach wyjściowych z przodu samochodu, przy nim po lewej stronie Zdzisław Balicki, I. sekretarz KC PZPR, informuje gościa o sytuacji w województwie. Głównym powodem przyjazdu do Wrocławia było otwarcie szpitala budowanego dość długo, któremu nadano imię „Szpital Czterdziestolecia”.
Potrzebna była interwencja generała, by wreszcie zakończyć jego budowę. Znów zatrzymujemy się na czerwonych światłach. Przed przejściem dla pieszych stoją dwie młode kobiety. Jedna z nich trzyma w ręku bukiet pięknych róż, pewnie dostała z okazji imienin. Patrzą na nas, widzą kto siedzi tuż przy drzwiach. Z okrzykiem na ustach: „Generał Jaruzelski” podchodzą niemal skokiem do klamki, otwierają drzwi. Panowie z ochrony czujni jak zawsze, bo taka ich powinność, rzucają się w ich stronę. Ale one już przy generale. Wstaje z uśmiechem na twarzy.
– Spokojnie panowie, kobiety z kwiatami krzywdy mi nie robią.
Wchodzą do samochodu, są wzruszone z powodu spotkania. Kilka serdecznych słów i proszą o przyjęcie kwiatów od wrocławskich kobiet. Generał przyjmuje i obie całuje w rękę. Obiecuje, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by poprawić ich trudne życie.
– Panie generale – mówi jedna z nich – żeby chociaż trochę udało się poprawić zaopatrzenie w artykuły pierwszej potrzeby. Wychodzą z samochodu. Jedziemy. Dwie panie jeszcze stoją, machając do nas rękami.
Na uroczystościach otwarcia szpitala było już gwarno. Przyszło sporo mieszkańców Wrocławia, by podziwiać nowy szpital, tak potrzebny miastu. Najwięcej było pracowników służby zdrowia. Zwiedzamy szpital, jego nowoczesne wyposażenie w sprzęt medyczny. Generałowi towarzyszą: lekarz wojewódzki płk dr Pater, gen. Rapacewicz, Zdzisław Balicki, Janusz Owczarek. Podążamy za głównym gościem. Pytam Balickiego, czy już wiemy, co po zwiedzaniu szpitala będzie chciał zobaczyć Generał.
– Nie wiem – odpowiada mi. Przygotowaliśmy kilka propozycji, a czy z nich skorzysta? Kończy się wizyta w szpitalu. Nie przyjmuje propozycji, by coś zimnego czy gorącego się napić.
– Personel poczęstujcie. – Tak jest – odpowiada dr Pater. Komenda – siadać do samochodu. Jedziemy, ale dokąd nikt nie wie. Generał wydaje polecenie oficerowi z ochrony. Ten siada przy kierowcy i mówi mu jak ma jechać, w lewo, w prawo. Zmierzamy do centrum Wrocławia, na Rynek w pobliże ratusza. Jest tam sporo sklepów, m.in. znany „Ludwik”. Samochód zatrzymuje się na rogu Świdnickiej i Rynku. O tej porze sporo tu ludzi, nie tylko mieszkańców Wrocławia, ale i tych, którzy przyjechali na wycieczkę, zwłaszcza młodzieży.
Niezapowiedziana wizyta
Borowcy wystraszeni o bezpieczeństwo generała. Otacza go tłum ludzi, uśmiechy, oklaski, serdeczne słowa i strach ochrony, wszyscy się wymieszali z otaczającymi nas ludźmi.
Wchodzimy wreszcie na chodnik. Idziemy. Sklep z bielizną i odzieżą dziecięcą. Wchodzimy. Parę osób było już w sklepie. Duże zaskoczenie pani sprzedającej. Wita się z nią generał. Rozmawiają na temat zaopatrzenia. Pyta czy dowieźli wczoraj nowy towar.
– Nie, panie generale – nie dała się zaskoczyć – już od paru miesięcy poprawiło się zaopatrzenie, mamy systematyczne dostawy.
– Jeżeli tak, to mnie to bardzo cieszy – odpowiada generał. – Ale coś mało kupujących.
– O, panie generale, gdyby pan przyszedł dwie godziny wcześniej, to zobaczyłby pan długą kolejkę. Mieliśmy ładne rajstopy dziecięce, już niewiele zostało.
Podziękował za rozmowę, życzył miłej pracy, prosił o przekazanie jego życzeń dla całej rodziny. Wychodzimy. A ludzi przybyło, chcieli zobaczyć generała z bliska, zamienić z nim kilka słów i pozdrowić. Tłum otacza nas. Rozmawiają o różnych dolegliwościach życia codziennego. Generał cierpliwie słucha, odpowiada na pytania. Mówili o braku wszystkiego w sklepach, a nawet ostatnio – mówił jeden z tych, którzy go otaczali – nie ma we Wrocławiu ziemniaków.
– Jak to może być, wojewodo – zwraca się do Janusza Owczarka. – Na Pomorzu, w koszalińskim mają nadwyżki ziemniaków. Czy nie można uruchomić transportu samochodowego i sprowadzić od nich? – pyta. Wojewoda przytakuje, będą ziemniaki.
Z tych spotkań, rozmów, m.in. na wrocławskim Rynku, generał wywnioskował, że coś trzeba zrobić natychmiast, by poprawić zaopatrzenie na tyle, na ile to było możliwe. Obiecywał większe zainteresowanie regionem dolnośląskim instytucji centralnych. Ale też zachęcał władze wojewódzkie do większej skuteczności w ich działaniach, aktywności, śmiałych decyzji, które będą odczuwalne przez ludzi. Był to przecież rok 1984, sytuacja trudna. A jednak generał spotkał się z ogromną życzliwością przypadkowo spotkanych ludzi na ulicach Wrocławia. Życzono mu, by z uporem pokonywał rozliczne trudności na jego drodze służby narodowi.
Gdy żegnaliśmy generała, był zadowolony z tych spotkań i rozmów z mieszkańcami Wrocławia. Zauważyliśmy, że otrzymał nową dawkę optymizmu tak mu potrzebną do wyprowadzenia Polski z ciemnego tunelu, w jakim wówczas jeszcze tkwiła.
Dzisiejsze ustawki
I już na koniec. Czasami zmuszam się do oglądania w telewizji spotkań naszych obecnych włodarzy państwa, polityków dobrej zmiany, zjednoczonej prawicy. Jakże one są inne, w formie i treści. Celebra, całe potoki i strumienie propagandy, przeinaczeń, kłamstw o opozycji i czasach Polski Ludowej.
To wszystko wedle scenariusza opracowanego przez sztab organizatorów tych spotkań. Szwadrony aktywu partyjnego, przywożenie autobusami licznych uczestników z kilku województw. Wszystko to, cały ten teatr, rozdmuchana oprawa polityczno-propagandowa ma służyć umacnianiu władzy jednej partii, która chce wciąż być przewodnią i kierowniczą siłą narodu i państwa.
Jak długo jeszcze będzie się lać wodę do naszych polskich głów? Ano, zobaczymy. Jeszcze trochę pożyjemy i chyba zobaczymy, co wybije wahadło kolejnej karty naszej historii.

Księga Wyjścia (48)

Ballada o wielkiej małości.

Życie, świat czy natura postanowiły zweryfikować nasze człowieczeństwo – czyli sprawdzić ile jest człowieka w człowieku.
Najlepszym probierzem okazał się wirus. Wirus, który może doprowadzić do tragicznych następstw, podobnych lub może trochę większych niż zwykła grypa. Chociaż bardziej zabójcza jest wywołana przez media panika.
W Puławach postanowiono opróżnić szpital z chorych, by zrobić miejsce dla potencjalnych pacjentów. Dotychczas w okolicy pojawiła się jedna osoba z wirusem, a ja tak sobie myślę ilu zmarło w wyniku tego zamieszania, przenosin. Przecież ten szpital, to nie jest jeden budynek. To sześcio czy siedmio kondygnacyjny moloch z oddzielnymi budynkami, w których są inne budynki z oddziałami w tym również z zakaźnym. Duża przychodnia, krematorium na wszelki wypadek i jeszcze jakieś.
Sam nie wiem ile ich było, ale kilka. W budynku głównym była pediatria, kardiologia i kilka oddziałów ratujących i podtrzymujących życie. Wiem, bo wielokrotnie leżał tam ktoś z mojej rodziny, kiedyś nawet lekarze mówili żeby się już żegnać, że nie ma żadnych szans, a jednak wstawała i kolejne kilkanaście lat przeżyła – Tak, teraz piszę prywatę, bo mam na myśli moją matkę. I zastanawiam się ile takich matek mogłoby przeżyć, gdyby nie ta idiotyczna przeprowadzka?
Dlaczego tak się dziwimy? Przecież co roku dopada nas grypa i jakoś żyjemy. Przywykliśmy nazywać grypą każde przeziębienie, każdą mniejszą lub większą infekcję. I chociaż z grypą niewiele mają wspólnego, to ile razy podczas gorączki, kaszlu, osłabienia czy bólu mięsni mówiliśmy – grypa mnie bierze?
Stąd zdziwienie skalą śmiertelności. Sama grypa jest bardzo groźną chorobą i w samej Polsce pomiędzy pierwszym września 2018, a piętnastym marca 2019 roku zmarło 108 osób, jeśli dodamy przypadki wcześniejsze i późniejsze wyjdzie ponad dwieście ofiar rocznie. Może oduczymy się nazywać grypą każdą infekcję, przeziębienie, które doskonale wyleczy gorąca kąpiel, herbata, cytryna i czosnek.
Nazywanie grypą każdego kaszlnięcia, kataru czy temperatury powyżej 37,5 stopnia okazało się naszym pierwszym – śmiertelnym błędem. Ale ponieważ nie jestem, ani lekarzem, ani epidemiologiem, oparłem się na danych SANEPIDU i GUS-u. Reszta to efekt własnych obserwacji, zakończę więc medyczne rozważania o tej zarazie. I postawię kilka pytań, na które nie znam odpowiedzi.
Co o niej wiemy? Że przyszła z Chin. Dlaczego więc Chińczycy zdążyli sobie poradzić z epidemią, a Europa nie? W Chinach nie ma już zagrożenia, nie otwierają granic ze strachu, by ktoś z Europy nie przywiózł tej paskudy im tam z powrotem, jeszcze do tego w gorszej, bo zmutowanej formie.
Zmutowanej ze szczepami europejskich gatunków ptasich i ludzkich gryp. Jedyną śmiertelną grypą – poza hiszpanką – była wykryta w USA świńska grypa. Mimo, że namierzono jej ognisko, pomimo tego, że również była zakaźna o żadnych kwarantannach, zamykaniu granic nie było mowy. Ale jak wspomniałem nie jestem ani lekarzem, ani epidemiologiem, ani miłośnikiem Stanów Zjednoczonych Ameryki, więc przejdę do tego od czego zacząłem – ile jest człowieka w człowieku.
Gdy tylko pojawiły się pierwsze sygnały epidemii, z aptek zniknęły maseczki – tak na marginesie nic nie dające, ale dla dobrego samopoczucia można nosić – maseczki we wspomnianych aptekach kosztowały od siedemdziesięciu do dziewięćdziesięciu groszy.
Prawa wolnego rynku zadziałały natychmiast, w Internecie pojawiły się oferty sprzedaży maseczek od 40 (dokładnie 39) złotych do równych pięćdziesięciu – zdjęcie z reklamą maseczki pomalowanej w różne wzory. Nie sądzę jednak, by sami „domowi biznesmeni” malowali te obrazki, ale są to oryginalne wzory starych koszul, bluzek, pościeli i co tam jeszcze mieli do pocięcia.
Przecież za pięć dych można kupić w sezonowej promocji koszule H&M, Reserved, Bossa, Marksa&Spencera, Big Star i innych czołowych firm odzieżowych słynących z jakości i zamożności nosicieli (głupio to brzmi w dobie pandemii). Skórzane buty w CCC, również były w podobnych cenach – to tylko porównanie. Ta sama odzież w tak zwanych ciuchlandach w zależności od miasta i dnia – bo mają wyznaczone dni wyprzedaży – kosztuje tyle, że spokojnie mając jedynie bilon wyjdziemy obładowani surowcem do miesięcznej produkcji maseczek przy ciągłych zamowieniach.
Nie jestem nawet w stanie policzyć ile procent ma ta „podwyżka” maseczkowych cwaniaczków. Pierwszą rzeczą jaką powinien zrobić rząd, to zamrożenie cen i eliminowanie praktyk żerowania na strachu.
Na picieszenie, jest spółdzielnia socjalna w Zielonej Górze produkująca specjalistyczne osłony z materiału przezroczystego jak szkło i dającego gwarancję, że żadna pałeczka przez ten pancerz się nie przebije. Nazywają to przyłbicą, ciężko pracują od świtu do nocy, zamówienia mają z całej Polski, a koszt wyprodukowania wynosi około dwudziestu złotych. Zaopatrują ośrodki zdrowia, szpitale nie narzucając żadnej marży, w dobie kryzysu pracują dla wspólnego dobra i bez zysku. W Rozmowie ze mną członek tej spółdzielni – Sylwester Pyrka – opowiadał jak wygląda proces produkcji. W tej chwili jest on bardzo długi, bo na jedną maseczkę muszą poświęcić około dwóch i pół godziny. Gdy rozmawialiśmy wybierał się do prezydenta miasta, by namówić go na kupno urządzenia, które umożliwi skrócenie produkcji do kilku minut.
Na potwierdzenie skuteczności wyrobów spółdzielni, ma on opinie lekarzy, którzy wolą ich maski od tych z zagranicy, które kosztują nawet kilka tysięcy złotych. A potrzebują jedynie – dla miasta finansowo nieodczuwalnego wydatku – czyli plotera, by ich produkcja wzrosła kilkaset razy. To ratunek nie tylko da szpitali, ośrodków zdrowia, ale również aptek, których zamówienia leżą niezrealizowane, z braku możliwości przerobowych. Mamy więc do wyboru, albo nic nie dające, szyte ze starych szmat, których gęstość pozostawia wiele do życzenia, maseczki od sprytnych hien biznesu, albo inwestycję miasta w maszynę, która zapewni produkcję atestowanych i szczelnych osłon, przetestowanych i lubianych przez służbę zdrowia.
Teraz rodzi się kolejne pytanie, co będzie bardziej śmiertelne? Samo zagrożenie, czy sytuacja gdy ostatni wirus zostanie zlikwidowany? Starsi ludzie wycofali pieniądze z banków, porobili zapasy na kilka lat. Artykuły się przeterminują, wylądują w śmietnikach i pojawi się plaga szczurów i wszelkiego robactwa. A to wiąże się z kolejnymi chorobami, nasze organizmy są nieco inne niż Hindusów czy Bengalczyków, którzy piją wodę, która zabije „sterylnego” Europejczyka, albo przynajmniej spowoduje ciężkie uszczerbki na zdrowiu, ich organizmy zdążyły się przystosować. To przyszłość, bliska. Ci ludzie na razie mają co jeść. Wprawdzie mogli stracić oszczędności w wyniku kreowanej przez media paniki, ale regularnie dostają renty i emerytury. Z głodu więc nie umrą.
Gorzej mają ludzie pracujący na śmieciówkach. Żyjący od wypłaty do wypłaty, jak kierowcy busów, hal, zamkniętych galerii, kawiarni, pubów i wszelkiego rodzaju lokali, to wszyscy samozatrudnieni. Z dnia na dzień zostali bez środków. Zamknęli im zakład pracy, a nie pracowali na umowach etatowych.
Zastanawiam się, czy już przymierają głodem, czy wyczerpali możliwości pożyczenia kilkudziesięciu złotych. Chociaż teraz kilkadziesiąt złotych na długo nie wystarczy. Gdy był ten kilkudniowy szał zakupów, w niektórych sklepach ceny skoczyły nawet trzykrotnie. Pamiętam jak kiedyś, po długiej nieobecności w swoim rodzinnym mieście, przyjechałem i od razu uderzyła mnie ilość aptek i lombardów. Od tamtej pory gdy widzę miasto składające się głownie z tego rodzaju usług i przedsiębiorstw, wiem, że trafiłem do miasta biedy, miasta nędzy. Bo na niczym innym tak dobrze się nie zarabia jak na ludzkiej biedzie i strachu. Teraz mamy ich połączenie. Ciekawe ile hien, ilu cwaniaków nie zasługujących na miano człowieka na tym zarobi.
Takimi gardzą nawet przestępcy. Z drugiej strony ograniczając prawa obywatelskie rząd natychmiast powinien zamrozić ceny. Czemu tego nie zrobił?
Bo bankster jest premierem?

Ukraina nie zmieni priorytetów

Zmiany kadrowe w ukraińskim rządzie nie zmieniają jego priorytetów – wszelkie wątpliwości rozwiał prezydent Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla „Bloomberga”. Przy okazji zadziwiająco szczerze wypowiedział się o tym, jak wielkie znaczenie na Ukrainie, sześć lat po Majdanie, nadal mają znienawidzeni oligarchowie.
Wymianę rządu, który jeszcze dwa tygodnie temu zbierał od niego pochwały, Zełenski wytłumaczył potrzebą „efektywności” pracy gabinetu. Zapewnił, że nikogo, kto pracuje efektywnie, nie wyrzuci z posady i raz jeszcze przekonywał, że obecny rząd przeprowadza w kraju reformy o historycznym znaczeniu.
Niewątpliwie takich zmian spodziewała się po Majdanie znaczna część ukraińskiego społeczeństwa, ale w tej samej rozmowie Zełenski przyznał mimochodem, że demontaż patologicznego układu oligarchów żerujących na zasobach Ukrainy nie został nawet dobrze zaczęty. – Oligarchowie kontrolują 70-80 proc. aktywów Ukrainy. Każdy menedżer na Ukrainie pracował dla któregoś z nich albo jest w jakiś sposób z jednym z nich powiązany – powiedział prezydent.
Zełenski mówił, że w obecnych czasach politycy ukraińscy powinni reformować, nie oglądając się na rankingi popularności, ale komentatorzy nie mają wątpliwości: to właśnie spadający ranking popularności prezydenta i jego partii Sługa Ludu był jedną z przyczyn, dla których rząd „młodych i dynamicznych menedżerów” wyleciał w powietrze. W lutym sondaże pokazywały, że już 53 proc. Ukraińców uważa, że sprawy kraju zmierzają w złym kierunku, a 60 proc. twierdziło, że nie ma zaufania do rządu (do prezydenta – 40 proc.). Tymczasem jeszcze pół roku temu 78 proc. społeczeństwa była raczej skłonna dawać gabinetowi Honczaruka szansę…
Cokolwiek kuriozalnie brzmi na tym tle deklaracja Zełenskiego, że nowy rząd będzie robił zasadniczo to samo, co poprzedni, a przynajmniej takie same stoją przed nim zadania. Denys Szmyhal i jego gabinet będą kontynuować współpracę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, dokończyć reformę zezwalającą na swobodny obrót ziemią. Zwłaszcza ten drugi temat budzi wśród Ukraińców ogromne kontrowersje i raczej nie sprawi, że rząd nagle zacznie cieszyć się autentyczną sympatią. Do tego Szmyhal podobnie jak poprzednik jest admiratorem polskiej transformacji gospodarczej i chciałby się na niej wzorować.

Premier „spełnionych oczekiwań”

„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”.
gen. Wojciech Jaruzelski

Miesiąc luty w „politycznym życiorysie” gen. Wojciecha Jaruzelskiego zapisał wybór na urząd Premiera Rządu, wówczas PRL. Sejm wybrał Generała 10 lutego 1981 r., prawie 40 lat temu. Generał tej propozycji stanowczo odmawiał od lata 1980 r. Miał mocne argumenty: „od zawsze był żołnierzem”. Dotychczasowy zakres obowiązków nie obejmował spraw społeczno-gospodarczych i politycznych, które teraz stałyby się domeną jego działalności. Do tego kryzys społeczno-gospodarczy wchodził w kolejną fazę. Obejmowanie stanowiska w tej sytuacji zakrawało na „samobójstwo”. W powojennej historii Polski, takiej funkcji nie pełnił żołnierz zawodowy. Stanisław Kania, inicjator zmian w rządzie i nominacji Generała, swoje racje przedstawiał kilka razy. Fakt, przez kilkanaście lat Generał pełnił kierownicze funkcje w Wojsku sprawił, że cieszy się ono nie kwestionowanym autorytetem w społeczeństwie. W Układzie Warszawskim jest najwyżej oceniane za wyszkolenie bojowe i polityczne; stan moralny, dyscyplinę; sprawność działania, prężność dowodzenia. Te ważkie atuty, w złożonej sytuacji Polski wiele znaczyły. Głównie – autorytet Wojska w naszym społeczeństwie, poza granicami Polski – na Zachodzie także!
Premier – Generał
Nasilające się od kilku miesięcy żądania socjalne, wymuszane przez Solidarność głównie strajkami, idące z tym w parze rozprężenie społeczne i gospodarcze, szerzący się chaos, mogły wpłynąć na autorytet munduru i osobiście Generała, a także zahamować proces wprowadzania reformy gospodarczej. Argumenty te 7 lutego 1981 r. w osobistej rozmowie ze Stanisławem Kanią podzielił ówczesny Prymas Polski, kard. Stefan Wyszyński. Z ufnością odniósł się do osoby kandydata na nowego premiera i wyraził nadzieję na zażegnanie napięć społecznych. Wiedział, m.in. od bp Kazimierza Majdańskiego, że Generał jako dowódca 12 Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry (Papież podniósł ją do godności bazyliki mniejszej w 1987 r.), wiele uczynił dla odbudowy miasta i zagospodarowania Ziem Odzyskanych. Kardynał znał pozytywne opinie o Generale – od Dziekana Generalnego WP – jako szef GZP WP nadzorował służbę wojskową alumnów. Niektórzy „znawcy” piszący ks. Jerzym Popiełuszce próbują, na razie ostrożnie – przemilczać je lub lekceważyć. Mógł więc liczyć na poprawę w stosunkach państwo – Kościół, podobnie jak Episkopat i Papież-Polak (Generał poznał te opinie po latach).
Konsultacje z członkami BP KC PZPR, szefami stronnictw politycznych – ZSL i SD oraz przewodniczącymi klubów i kół poselskich, przyniosły deklaracje poparcia dla zmian w składzie rządu.
Mając wciąż wiele wątpliwości, Generał uległ racjom ratowania państwa przed gromadzącymi się zagrożeniami wewnętrznymi. Godząc się tymczasowo objąć stanowisko, zastrzegł sobie zachowanie funkcji Ministra Obrony Narodowej. Stąd określenie Premier-Generał, szybko stało się nowym pojęciem, uzyskało wymowę społeczną i polityczną. Nie bez znaczenia – w owym czasie – była wymowa zewnętrzna, głównie wobec sąsiadów, coraz wyraźniej akcentujących zniecierpliwienie „solidarnościową awanturą”. To wielu historyków, ubiera w patriotyczno – wolnościowy kostium i polityków bagatelizuje, m.in. jako „karnawał Solidarności”. Komu i z czego było wtedy radośnie, wesoło – przypomnijcie sobie Państwo!
10 – punktowy pakiet Rządu
„Pragnę zapewnić Wysoki Sejm, że nadal czuję się przede wszystkim żołnierzem i oddam się do dyspozycji w każdej chwili, a zwłaszcza gdy rząd pod moim kierownictwem, nie spełni oczekiwań”, jasno podkreślił w expose. Wygłosił je w Sejmie12 lutego. Wywołało – jak mówił Stanisław Kania – „wyraźny przypływ nadziei na opanowanie kryzysu”. Była ku temu istotna podstawa – 10. punktowy program rządu. Premier mówił, że „Rząd skoncentruje swą bieżącą działalność na sprawach, które przedstawiam Wysokiej Izbie w dziesięciopunktowym pakiecie.

Zaopatrzenie ludności w podstawowe artykuły, przede wszystkim żywność; zapewnienie sprawiedliwego, poddanego społecznej kontroli podziału deficytowych dóbr konsumpcyjnych.

Zaostrzenie kontroli cen detalicznych towarów i usług, nasilenie walki ze spekulacją.

Złagodzenie najbardziej nabrzmiałych problemów ochrony zdrowia… zaopatrzenia w leki… walki z patologią społeczną, alkoholizmem.

Zapewnienie warunków wykonania budownictwa mieszkaniowego.

Urzeczywistnienie zasad socjalistycznej sprawiedliwości w kształtowaniu płac i innych dochodów ludności, w polityce świadczeń społecznych… Otoczenie szczególną troską ludzi starych i zniedołężniałych.

Zahamowanie tendencji spadkowych w produkcji rolnej

Utrzymanie zaopatrzenia materiałowo – technicznego gospodarki; uzyskanie postępu w oszczędnym zużyciu surowców, paliw i energii oraz poszukiwanie – wspólnie z górnikami, rozwiązań organizacyjno – technicznych zmierzających do wzrostu wydobycia węgla.

Porządkowanie frontu inwestycyjnego. Wstrzymanie realizacji części z nich oraz utrzymanie ostrych ograniczeń w rozpoczynaniu nowych…

Wykonanie planowych zadań eksportowych. Takie kształtowanie importu, aby zaspokoić elementarne potrzeby ludności oraz gospodarki.

Podniesienie dyscypliny pracy, poprawę jej organizacji i wzrost wydajności. Przekwalifikowanie i przemieszczenie pracowników zgodnie ze zmieniającymi się potrzebami gospodarki”.
Apel o 90 spokojnych dni
Generał w expose deklarował, że „w zamierzeniach rządu w sferze gospodarczej, żywa będzie troska o cele społeczne. Musimy określać je w sposób realistyczny, z poczuciem odpowiedzialności za urzeczywistnienie każdej zapowiedzi. W obecnych warunkach nie stać nas na wiele. Nigdy nie będziemy łudzić kogokolwiek obietnicami nie możliwymi do spełnienia”. Jednocześnie ostrzegał, że „bieżący rok będzie krytyczny, brzemienny w drastyczne niedobory”. Stąd też zwracał się… do związków zawodowych, do wszystkich ludzi pracy z apelem, z wezwaniem do zaniechania wszelkich akcji strajkowych… o trzy pracowite miesiące – 90 spokojnych dni”. Uzasadniał, że „czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki, dla dokonania remanentu >pozytywów i negatywów<, podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych, nakreślenia i zapoczątkowania realizacji stabilizacji gospodarki kraju oraz dalekosiężnej reformy gospodarczej”.
Gratulacje i nadzieje
Generał otrzymał wiele gratulacyjnych pism i telefonów. Niemal każdy oczekiwał „uspokojenia” sytuacji, życzył powodzenia, dodawał otuchy. Także w kierownictwie nowego Związku, jak po latach napisał Jacek Kuroń (książka „Gwiezdne wojny”) wybór przyjęto z aprobatą i nadzieją. Karol Modzelewski, wtedy rzecznik Solidarności, 16 lutego w wywiadzie „Życia Warszawy” zauważył, że „Skład personalny i zasady polityki rządowej sformułowane w expose premiera Jaruzelskiego stwarzają realną szansę odwrócenia niebezpiecznego biegu wydarzeń” oraz zasugerował zaniechanie akcji strajkowych. Zwróćcie Państwo uwagę na tę sugestię. Wtedy dawała nadzieję na ostrożny optymizm.
Spośród zachodnich gazet, oceniających premiera i expose wspomnę, iż niemiecka prasa wręcz zgodnie pisała, że „Polska potrzebuje nie tylko towarów, surowców i dewiz. Potrzebuje przede wszystkim nadziei, aby ludzie odzyskali ponownie wiarę w sens pracy”. Generał jako przesłanie nadziei – jak to rozumieć dziś, po prawie 40 latach? Krótko mówiąc – nadzieja miała dwa główne aspekty, wymiary – skład rządu i pierwsze jego decyzje. Były to:
Pierwszy aspekt, wymiar – skład rządu:
– I wicepremier, koordynator gospodarki – Mieczysław Jagielski. Wymowne wówczas było jego podpisanie porozumień sierpniowych, jako „personalny gest” wobec Solidarności;
– wicepremier Mieczysław Rakowski, Redaktor Naczelny„Polityki” znany z wielu krytycznych publikacji władz, partii i życia wewnętrznego (artykuł „Szanować partnera”), stąd „źle” widziany w KC PZPR, na Kremlu. Jako Przewodniczący Komitetu Rady Ministrów ds. Współpracy ze Związkami Zawodowymi wraz z Ministrem Stanisławem Cioskiem, wielce oddanym sprawie porozumienia związków na niwie gospodarczej i społecznej, zdobył duże uznanie i szacunek Czy udało się spełnić pokładane nadzieje? Warto, by Państwo ocenili z dystansu czasu co było możliwe do osiągnięcia, a co pozostało przykrym doświadczeniem dla następców;
– wicepremier Roman Malinowski, człowiek „dobrej woli i cierpliwości”, wykazanej we współpracy z ZSZZ Solidarności Rolników Indywidualnych. Jednocześnie szef sztabu kryzysowego ds. rolnictwa;
– wicepremier Edward Kowalczyk, b. minister łączności. Teraz odpowiadał za sektor prywatny, który miał uzyskać dość szerokie pole rozwoju, co akcentowała Solidarność i było jednym z ważnych składników przygotowywanej reformy gospodarczej;
– Jerzy Ozdowski, ekonomista, związany z Kościołem, odpowiedzialny za politykę społeczną, a przez to i współpracę, porozumienie ze związkami zawodowymi.
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – nie tylko byłych żołnierzy zawodowych – jak Solidarność praktycznie odniosła się do Apelu Premiera-Generała, co konkretnego w tym względzie uczyniła Zachęcam Państwa do namysłu do refleksji. Zachęcam do sięgnięcia po treść expose. Warto też postawić sobie pytanie – czy czas sprawowania funkcji premiera przez Generała był dla Polaków czasem straconym, czy jednak czasem „spełnionych oczekiwań”, mimo ogromnych trudności – kto chce je pamiętać? Tamten czas niebawem skrótowo przypomnę w kolejnych publikacjach.
Ponadto, w składzie rządu objęli ministerialne stanowiska wojskowi, co wówczas – nie zapominając o wielu krytycznych ocenach „lepiej wiedzących”, było przyjęte z zaufaniem do żołnierskiego munduru, tak w społeczeństwie, jak i wśród sąsiadów. Byli to: szef MSW, gen. Czesław Kiszczak; szef NIK, gen. Tadeusz Hupałowski; minister górnictwa, gen. Czesław Piotrowski; minister administracji, gen. Włodzimierz Oliwa oraz kilku wojewodów.
Drugi aspekt, wymiar – pierwsze decyzje nowego rządu:
– 17 lutego zarejestrowano Niezależny Związek Studentów, NZS, gasząc ogniska sporu i strajki studenckie w Łodzi, wychodząc naprzeciw krytycznym głosom o kierowniczej roli partii i wolności słowa;
– 19 lutego, podpisanie porozumień w Ustrzykach Dolnych wygaszających rolnicze strajki w Bieszczadach i Rzeszowie;
20 lutego, powołanie wspomnianego Komitetu pod przewodnictwem Mieczysława Rakowskiego;
6 marca, Sejm powołał uchwałą Komisję Nadzwyczajną ds. Kontroli Realizacji Porozumień z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia Zdroju, przewodniczył prof. Jan Szczepański.
Refleksje z dystansu czasu
Dziś, z dystansu prawie 40 lat warto zapytać pamiętających tamten czas Polaków – czy pakiet został zrealizowany, kiedy i jakim kosztem. Zwracam uwagę, zachęcam Państwa do odświeżenia pamięci. Niektórzy mogą zapytać – po co, to już przeszłość. Czyżby Czytelnicy nie wiedzieli, że za kilka miesięcy niektórzy będą osobiście lub medialnie uczestniczyć w obchodach 40-lecia porozumień sierpniowych? Czy wiadomi propagandyści uznają za celowe pamiętanie określenie-a „porozumienia”, czy będzie zgodne z od lat prowadzoną „polityką historyczną” – jesteście Państwo tego pewni? Właśnie wiedza, pamięć i trzeźwe myślenie będzie bardzo potrzebne, by nikt Państwu, dzieciom i wnukom nie opowiadał głupstw właśnie nie „okłamywał historycznie”, nie traktował nas jak „bezmyślną masę” – już nie potrzebną, będzie po wyborach prezydenckich.
Jeśli ktoś – z rodziców i seniorów, ma wątpliwości, zachęcam do podręcznika historii dla szkół średnich, pt. „Zrozumieć przeszłość”, dzieje najnowsze po 1939 roku. Wydany w 2015 r., czyli „czasowo świeży”, autorstwa Jarosława Kłaczkowa i Agnieszki Zielińskiej. Na temat 5-letniego okresu rządu Premiera-Generała, dosłownie nie przeczytacie słowa. Jedynie tzw. zdanie wtrącone, że Stanisław Kania – cytuję – „ został zastąpiony na tym stanowisku (I sekretarza KC PZPR – moje, GZ) przez ówczesnego premiera i ministra obrony narodowej Wojciecha Jaruzelskiego, który dzięki tej nominacji skupił w swoim ręku najważniejsze urzędy w kraju”. „Szybko myślący” Czytelnik może zapytać – po co?
Następne zdanie brzmi – „W tym czasie dało się zaobserwować w całej Polsce wzmożoną działalność wojska”. Nie będę tego komentował. Że skłania to do głębokiego namysłu – powtarzam – czego szkoła uczy naszych dzieci i wnuki, przekonywać nie trzeba. Można się zadumać, czy po takiej „porcji” wiedzy wchodzące w dorosłość młode pokolenie „zrozumie przeszłość”, jej uwarunkowania i złożoności, by jako następcy – decydenci unikali błędów, nie prowadzili kraju na manowce.
Na zakończenie – wybaczcie Państwo Czytelnicy moje „publicystyczne milczenie”. Niektórzy dopytywali o powody, pojawiły się różne domysły. Nie spodziewane i trudne do przewidzenia osobiste okoliczności czasowo mnie „wyłączyły”.
Dziękuję serdecznie Redakcji Trybuny za okazaną wyrozumiałość i życzliwość. Czasu, który minął nie sposób „dogonić”, czego przykładem ta publikacja. Nie mówiąc o innych, godnych przypomnienia choćby „jak to było z wyzwoleniem(niektóre historyczne pluje stawiają znak zapytania lub piszą o drugiej okupacji) Warszawy”. Ale walki o wyzwolenie Pomorza przypomnę niebawem.
Spełniam też prośbę niektórych z Państwa, by przypomnieć sentencję Stanisława Cat-Mackiewicza – „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego…
Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

Co jest w głowie Orbana?

Przywódca, który zbudował nowy system.

Biblioteka „Przeglądu” tym razem prezentuje czytelnikom wnikliwy i obiektywny portret intelektualny premiera Węgier.
Lektura książki „Co ma Viktor Orban w głowie” pozwala prześledzić drogę, jaką przebył student urzeczony w latach osiemdziesiątych polską Solidarnością (pracę magisterską napisał właśnie na jej temat), a później szef partii politycznej i wieloletni premier.
Orban to jedna z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych postaci europejskiej sceny politycznej. Autorka, francuska dziennikarka Amelie Poinssot specjalizująca się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej, próbuje zrozumieć jego wybory ideowe i strategie, genezę poglądów i decyzji politycznych, przyczyny porażek (nielicznych) oraz sukcesów.
Wszystko to składa się na fascynujący wizerunek Viktora Orbana – człowieka, który już w 1998 r., w wieku 35 lat został premierem Węgier.
W 2002 r., po nikłej porażce z której umiał wyciągnąć wnioski, przeszedł do opozycji parlamentarnej (posłem został w pierwszych wolnych wyborach węgierskich w 1990 r.). Jego ugrupowanie wygrało w 2010 r. i od tego czasu Orban jest niekwestionowanym przywódcą swego kraju, szefem rządu i partii rządzącej.
Ma on wiele w głowie. To człowiek o licznych talentach, energiczny, umiejący skutecznie działać, mający znakomite wyczucie miejsca i czasu. Jego kariera zaczęła się w 1989 r., gdy jako jeden z założycieli Fideszu wygłosił przemówienie na wielkiej manifestacji podczas uroczystego pogrzebu bohaterów rewolucji węgierskiej 1956 r.
Autorka zauważa, że „orbanizm” rozmnożył się w Europie Środkowej na gruzach transformacji pokomunistycznej – i przypomina opinię Adama Michnika, który stwierdził, że Orban jest bardzo inteligentny, dynamiczny i odważny.
Wypada dodać, że trudno, aby człowiek o takich cechach nie wykazywał skłonności autorytarnych.
Jak wskazuje więc Amelie Poinssot, skutecznie zbudował on system całkowicie nowy, który pod naskórkiem demokracji opiera się na woli jednego człowieka – a w jego świecie zawsze musi być jakiś przeciwnik. „Polityka jest dla niego polem walki. Potrafi doskonale iść do ataku z niezwykle zimną krwią, usuwać ludzi i niszczyć idee /…/ Eliminować konkurentów i równocześnie utrzymywać wygodnych przeciwników: taka jest metoda Orbana” – czytamy.
Siłą rzeczy rodzi się pytanie o podobieństwa sytuacji na Węgrzech i w Polsce. Bo przecież tak jak i u nas, u naszych bratanków powstał – tu cytat z książki – „paternalistyczny model, w którym władza, partia i państwo są skoncentrowane wokół osoby Viktora Orbana”, zaś krajowi dziennikarze „występują w roli przekaźników informacji napływających z rządu, bądź są opozycjonistami, z którymi się nie rozmawia”.
Różnice są jednak niebagatelne. Orban nie kieruje Węgrami z tylnego siedzenia, nie ponosząc za nic odpowiedzialności jak Jarosław Kaczyński.
Węgierski przywódca wprowadził swój kraj do NATO, jako premier rozpoczął skuteczne negocjacje o wstąpieniu do Unii Europejskiej – i choć krytykuje ją nieustannie, to jednak w relacjach z władzami unijnymi potrafi unikać konfliktów będących udziałem Polski. To on ożywił Grupę Wyszehradzką, umiejętnie współpracuje też z sąsiadami Węgier oraz z Rosją i Izraelem. Na gruncie gospodarczym nie dochodzi zaś do nieracjonalnego faworyzowania firm państwowych oraz ciągłego składania bombastycznych obietnic.
Viktor Orban gra w piłkę nożną (lepiej niż Donald Tusk), ma niebrzydką żonę i pięcioro dzieci, był na stypendium w Oxfordzie, u siebie doskonale umie rozmawiać z tzw. zwykłymi ludźmi, zaś w Brukseli – dyskutować w płynnym angielskim z zagranicznymi liderami.
Zna świat, a na krajowym boisku triumfuje nieprzerwanie od dziesięciu lat, nie przejmując się zbytnio demokracją. Jak długo jeszcze będzie wygrywać?

Irak: znienawidzony premier odszedł

Iracki parlament przyjął dymisję premiera Adila Abd al-Mahdiego, zapowiedzianą w piątek. Jego gabinet jeszcze przez trzydzieści dni będzie funkcjonował jako tymczasowy, by zajmować się tylko najbardziej palącymi sprawami. Palącą sprawą są nieustające protesty ubogich i bezrobotnych, ale tutaj iracka klasa polityczna jest bezradna.

Adila Abd al-Mahdiego ostatecznie zmiotła z fotela premiera przemoc, jakiej dopuściły się policja i wojsko w ostatni czwartek: w Bagdadzie, Nadżafie i Nasirijji zginęło co najmniej 50 demonstrantów. Ludzie nadal domagają się wymiany całej skompromitowanej do szczętu elity politycznej, która nie była w stanie ani walczyć z bezrobociem, ani zagwarantować najbardziej podstawowych usług publicznych (na południu m.in. dostępu do wody), zawłaszczała za to zyski z irackich surowców.
Teraz jednak ta sama elita będzie decydowała, kto zastąpi Abd al-Mahdiego. Uliczny ruch protestu nie wyłonił charyzmatycznych liderów, żadna też organizacja nie ma struktury ani zasobów pozwalających bezpośrednio sięgnąć po władzę. Nowego premiera powinien zaproponować największy blok parlamentarny w ciągu najbliższych 15 dni, potem parlament musi w głosowaniu, absolutną większością, poprzeć tę kandydaturę. Największa w parlamencie frakcja Naprzód (Sa’irun), której nieformalnym liderem, bez mandatu, jest Muktada as-Sadr, już ogłosiła jednak, że nikogo nie zgłosi. As-Sadr, który budował swoją popularność na występowaniu w roli rzecznika najuboższych i wykluczonych, doskonale rozumie, że jego autorytet rozpłynie się w powietrzu, jeśli teraz ktoś z jego bloku podejmie się kierowania rządem.
Nadzieje, z jakimi w maju 2018 r. głosowano na Sa’irun, sojusz partii as-Sadra oraz irackich komunistów, i tak w znacznej mierze należą już do przeszłości. Gdy w piątek na bagdadzki plac Tahrir (Wyzwolenia) dotarła wieść o planowanej dymisji Abd al-Mahdiego, demonstranci tańczyli z radości, ale i domagali się nowych wyborów, które zmiotą ze sceny politycznej wszystkie bez wyjątku dotąd aktywne partie oraz milicje szyickie popierane przez Iran.
Analitycy spodziewają się długich negocjacji i targów między parlamentarnymi frakcjami przed sformowaniem rządu. Przewaga największego bloku jest bowiem zdecydowanie zbyt mała, by samodzielnie decydować o obsadzie kluczowych stanowisk. Sa’irun będzie negocjować z blokiem Fatah, powstałym na bazie proirańskich milicji. Adil Abd al-Mahdi mógł zostać premierem właśnie dlatego, że obie frakcje zgodziły się niegdyś na jego kandydaturę, ale teraz o kompromis może być dużo trudniej, bo dla Fatah protesty uliczne są nie do zaakceptowania z uwagi na obecność antyirańskich haseł. Polityczny chaos w Iraku, rozpoczęty wraz z „wprowadzeniem demokracji”, jeszcze się pogłębi, a ci, którzy dotąd cierpieli nędzę, będą cierpieć jeszcze bardziej. Najuczciwszą pozycję zajmuje Iracka Partia Komunistyczna, niedawny koalicjant sadrystów, a dziś jedyna formacja, której przedstawiciele jako jedyni demonstracyjnie opuścili parlament, bo w pełni utożsamiają się z hasłami wykrzykiwanymi przez manifestantów.

Jeszcze czas, żeby nie przerżnąć

Opozycjo, ogarnij się wreszcie! Pokaż ludziom jak są nabierani i mamieni przez obecną ekipę. Można to przecież zrobić z łatwością. I przestań w końcu robić głupie błędy.

Telewizyjny spot wyborczy Koalicji Obywatelskiej (czyli PO) z wymyśloną, żałosną rodzinką, biadolącą z grobowymi minami przy stole jak to im się źle wiedzie, i z tym koszmarnym dziadkiem znacząco spoglądającym z ukosa, jest czymś tak przerażająco żenującym, że trudno sobie wyobrazić coś gorszego.
Aż nie można pojąć, że w XXI wieku, po czterdziestu latach różnych doświadczeń wyborczych, w dobie nowoczesnych technik audiowizualnych, można było wyprodukować coś równie okropnego i beznadziejnie staroświeckiego.
Na ten spot patrzyłoby się ze wstydem już w latach sześćdziesiątych. I pomyśleć, że nagrała go partia korzystająca z wielomilionowych dotacji, mająca możliwości, uchodząca niby za tę bardziej intelektualną i błyskotliwą.
Słusznie ironizują sztabowcy PIS, że chętnie by się spotkali z wydumaną rodzinką z filmiku KO. Jeśli Koalicja Obywatelska przerżnie, to oczywiście jednym z powodów będzie ów żałosny klip telewizyjny.
Ale nie tylko. Innym powodem będzie telewizyjna debata przedwyborcza sprzed paru dni, gdzie pięciu typów, jeden mniej zachęcający od drugiego, opowiadało ogólnikowe dyrdymały. Z tym, że i tak dla większości oglądaczy to co kto mówił, miało zapewne mniejsze znaczenie od tego, jak kto wyglądał.
Prawie pół wieku temu oglądałem w telewizji „Hydrozagadkę”. Spośród wielu niepowtarzalnych scen tego filmu urzekła mnie ta, w której maharadża Roman Kłosowski, witany przez dziecko, a faktycznie przez „Malutkiego”, niemal 70-letniego Bolesława Kamińskiego, mówi zdegustowany: „Jakie okropne dziecko. Czy nie było ładniejszego chłopczyka?”. I oto dziś, po niemal pół wieku, patrząc na pana Borysa Budkę, człowieka rozlicznych wszak cnót, mogę powtórzyć: Czy nie było ładniejszego chłopczyka?
A może nawet nie tyle ładniejszego, co nieco bardziej przekonywującego. A najlepiej dziewczynki. Czy naprawdę Platforma nie mogła wykonać wysiłku organizacyjnego i intelektualnego, by pokazać, że jest jednak partią nowoczesną oraz idącą z duchem czasu – i na tle czterech niewyględnych facetów zaprezentować jakąś nieodpychającą przedstawicielkę płci pięknej?
W końcu wszystkie kobiety, które w wielu krajach robią dziś karierę w polityce (może z tym jednym, najważniejszym wyjątkiem) wyglądają dość atrakcyjnie – i bardzo dobrze . Zwłaszcza więc powinna się o to postarać partia, która chce mieć premiera-kobietę.
Oczywiście, teoretycznie najlepiej, gdyby wtedy w telewizji wystąpiła sama Małgorzata Kidawa Błońska. Ja rozumiem, że może trudno jej było w krótkim czasie obkuć się na tyle, by posiąść wiedzę, jaką powinna mieć kandydatka pragnąca być premierem i stająca w szranki ostrej debaty telewizyjnej – w dodatku odbywającej się w nieżyczliwej PiS-owskiej telewizji rządowej. Ale jeśli są takie wątpliwości, to może – choć to już poniewczasie – warto się było zastanowić, czy w ogóle należało ją typować na premiera?.
Niestety, niczego nie ujmując pani Kidawie Błońskiej, jest z nią taki kłopot, że niekiedy wygląda, jakby była lekko senna i – przykro mi to mówić – nie sprawia wrażenia osoby przesadnie kompetentnej.
Tymczasem premier powinien wyglądać na człowieka zdecydowanego, energicznego i takiego, co wie jak sobie radzić w kłopotliwej sytuacji (w domyśle – że poradzi sobie i wtedy, gdy w kłopotliwej sytuacji będzie kraj), a zarazem w miarę niegłupiego i dostatecznie kulturalnego w obejściu.
Inna sprawa, że niewielu było w Polsce premierów o tak skomplikowanym imidżu. Szczerze mówiąc, tylko jeden, Donald Tusk, oraz może, w ich najlepszych okresach, Leszek Miller i Jan Krzysztof Bielecki, a także, w porywach, Mieczysław Rakowski (choć premierował przy nieżyczliwych dla siebie wichrach dziejowych).
Wracając zaś do nieszczęsnego spotu wyborczego z żałosną rodziną – należy go jak najszybciej zdjąć, a zamiast tego nagrać Grzegorza Schetynę, który twardo i w miarę brutalnie (bo nie ma on wyglądu człowieka zwykłego prawić piękne słówka) ozwałby się w sposób następujący:
„Moi drodzy! Patrzycie na kasę z 500 plus i jesteście zadowoleni, że ją dostajecie. Tylko pamiętajcie, że aby tu można było dodać, gdzie indziej trzeba było zabrać. Zauważcie, że w Polsce pod rządami PiS rośnie strefa skrajnego ubóstwa, coraz dłużej trzeba czekać w kolejce do lekarzy, spada poziom opieki medycznej, rośnie śmiertelność niemowląt, skraca się przeciętna długość życia Polaków, mamy coraz bardziej zatrute powietrze, Polskę zalewa kiepski rosyjski węgiel, ludzie piją coraz więcej alkoholu, rośnie liczba zabójstw, sprawy w sądach trwają coraz dłużej, panuje zamęt w edukacji, program budowy tanich mieszkań okazał się kłamliwą lipą. To są wszystko twarde statystyczne dane, możliwe do natychmiastowego sprawdzenia, wzięte z GUS-u, raportów NIK, meldunków policji, informacji poszczególnych resortów. Takie są efekty niespełna czterech lat rządów PiS. Zastanówcie się więc, czy naprawdę chcecie dłużej żyć z taką władzą?
Co by o nas nie powiedzieć, to pod rządami PO, te negatywne zjawiska były stopniowo ograniczane, a pod rządami PiS się nasilają. My nie byliśmy hipokrytami, zalewającymi was kłamliwymi obietnicami. Oskarżają nas dziś, że rządziliśmy wiele lat ale nie wprowadziliśmy 500 plus A ja odpowiadam – bo wtedy było to niemożliwe, mieliśmy światowy kryzys finansowy, dopiero rozpędzaliśmy naszą gospodarkę.
To przecież my wprowadziliśmy gospodarkę na taki poziom i daliśmy jej takie podstawy rozwojowe oraz finansowe, że PiS może dziś z tego korzystać – i w warunkach świetnej koniunktury światowej, znajdować środki na transfery socjalne. A i tak, żeby te transfery finansować, musi ujmować pieniędzy z innych dziedzin. Wybierzcie więc tych, którzy nie mydlą wam oczu i nie opowiadają bajek, jak to pod ich rządami wszystko jest wspaniale.
Wiem co sobie myślicie: że wszyscy politycy to banda kłamców i złodziei, więc warto głosować na tych, którzy wprawdzie kradną jak i inni, ale chociaż się dzielą. Tyle, że PiS się z wami nie dzieli!. PiS wam z jednej strony dodaje, a z drugiej jeszcze więcej zabiera. My natomiast na pewno nie zabierzemy tego, co dał wam PiS, a przestaniemy zabierać to wszystko, co PiS dziś zabiera”.
Howgh!!!