Vjosa Osmani – wypędzona przez Serbów – prezydentem

Wojenni „dziadersi” do odstawki.

W obecności honorowej kompanii wojska, po odegraniu hymnu państwowego, we wtorek (6 bm.), Vjosa Osmani – Sadriu objęła urząd prezydenta Republiki Kosowa, na który została wybrana w minioną niedzielę przez Parlament na pięcioletnią kadencję. 38- letnia Osmani została piątym prezydentem i drugą kobietą sprawującą tę najwyższą funkcję w 13 letniej historii Kosowa, po Atifete Jahjaga.
Wojenni „dziadersi” odsunięci od władzy
Wybór Vjosy Osmani – Sadriu zapowiada koniec impasu politycznego, jaki w listopadzie ubiegłego roku stworzyła rezygnacja z urzędu ówczesnego prezydenta Hashima Thaciego, w związku z oskarżeniem go przed Sądem Specjalnym w Hadze o zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne podczas konfliktu z lat 1998 – 1999. Wówczas to Osmani, jako przewodnicząca Parlamentu Kosowa, objęła tę funkcję na okres kilku miesięcy do czasu przeprowadzenia wyborów.
Przysłowiowej oliwy do kosowskiego politycznego ognia dolał wyrok Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2020 roku, który stwierdził niezgodność z konstytucją powołania rządu premiera Avdullaha Hotiego (LDK ) w czerwcu 2020 r. To – wobec niemożności stworzenia rządu – wymusiło ogłoszenie nowych wyborów parlamentarnych.
W ciągu ostatnich czterech lat przedterminowe wybory parlamentarne odbyły się w Kosowie trzykrotnie. Mandaty uzyskiwały jak zwykle Demokratyczna Partia Kosowa (PDK) wywodząca się z Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK alb. Ushtria Çlirimtare e Kosovës), centrowa Demokratyczna Liga Kosowa (LDK), wywodzący się też z UÇK – Sojusz na rzecz Przyszłości Kosowa (AAK – Aleanca për Ardhmërinë e Kosovës) i Serbska Lista – ugrupowanie wspierane przez rząd w Belgradzie. Te partie, pomimo różniących je programów i osobistych pretensji ich członków, niemal na siłę zawierały koalicje, po to by nie dopuścić do władzy Vetëvendosje, która to zapowiadała radykalną walkę z korupcją i starymi układami.
Największa partia opozycyjna, jaką jest Vetëvendosje (VV, Samostanowienie – lewicowa, o anty serbskim nastawieniu) bazuje na krytyce niemal wszystkiego, co wiąże się ze starym politycznym establishmentem. A społeczeństwo Kosowa jest rozczarowane tradycyjnymi partiami, z utrzymującym poziomem korupcji i nepotyzmu, ale także braku osiągnięć ludzi władzy w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Mająca poparcie kobiet, większości młodzieży i liczącej się w Kosowie diaspory – Vetëvendosje odniosła olbrzymi sukces wyborczy, kiedy to14 lutego br. „politycznym wojennym dziadersom” Kosowianie powiedzieli stanowcze „nie”, głosując na Vetëvendosje, z jej liderem Albinem Kurtim. Partia ta zdobyła 58 mandatów w 120 osobowym parlamencie Kosowa. Powołany gabinet Kurtiego składa się z 15 ministrów, w tym pięciu kobiet. Czterech członków gabinetu pochodzi z partii reprezentujących mniejszości narodowe, w tym jedna osoba z Srpskiej Listy, głównej partii reprezentującej społeczność etniczną Serbów, która zgodnie z konstytucją ma zagwarantowane miejsce w rządzie.
Co ciekawe, Albin Kurti został premierem pomimo, iż nie startował w wyborach parlamentarnych, gdyż zabraniało mu tego prawo. Ciążący na nim wyrok sądu sprzed trzech lat za wrzucenie i odpalenie gazu łzawiącego w parlamencie Kosowa zdyskwalifikował go jako przyszłego kandydata na posła. Prawo jednak nie zabroniło mu, jako szefowi zwycięskiej partii, objąć teki premiera.
Przed wyborami Kurti zapowiedział, że chce rozwiązać problemy z Serbią, dodał jednak, że głównym warunkiem jest uznanie niepodległości Kosowa przez Belgrad. Deklaracja normalizacji stosunków z Serbią była niezbędna, albowiem Kosowo podobnie jak Serbia ubiegają się o członkostwo w Unii Europejskiej, a dotychczasowe wysiłki Komisji Europejskiej i jej agend, łącznie z misją praworządności EULEX utknęły w miejscu i koniecznym jest ich normalizacja dla utrzymania spokoju na Bałkanach. Rząd Albina Kurtiego obiecuje przeprowadzenie reform, które mają pomóc wyjść z kryzysu i oskarża byłych przywódców Kosowa o złe zarządzanie krajem. Do jego celów należy walka z korupcją i tworzenie miejsc pracy dla młodych, wśród których bezrobocie sięga ponad 30 procent.
Tu warto przypomnieć, że były prezydent Kosowa Hashim Thaci przebywa w areszcie w Hadze, gdzie oczekuje na proces przed Sądem Specjalnym. Wraz z nim aresztowano i przewieziono do Holandii jeszcze trzech wysoko postawionych dowódców Armii Wyzwolenia Kosowa: Rexhep Selimi – obecnie deputowany do parlamentu Kosowa, Kadri Veseli – przewodniczący Demokratycznej Partii Kosowa, z którą związany jest także prezydent Thaci, a także Jakup Krasniqi – jeden z weteranów kosowskiej opozycji. Są oni oskarżani o nadzorowanie nielegalnych obozów, w których byli przetrzymywani w nieludzkich warunkach przedstawiciele serbskiej mniejszości i albańskiej opozycji. Jeńcy mieli być tam torturowani i mordowani.
Manipulacje i szantaż przed wyborem prezydenta
Konstytucja Republiki Kosowa przewiduje, że wakat na urzędzie prezydenta nie może trwać dłużej niż 6 miesięcy. Prezydenta wybierają posłowie przy frekwencji nie mniejszej niż 2/3 ogólnej liczby członków zgromadzenia. A w przypadku, gdy po nowych wyborach parlamentu nie uda się wybrać prezydenta, należy ogłosić nowe wybory parlamentarne, które muszą się odbyć w ciągu 45 dni. Terminem granicznym była więc data 5 maja, do której to należało dokonać wyboru nowej głowy państwa. Gdyby do tego nie doszło, Kosowu groziłby paraliż państwa, bowiem nie miałby kto później ogłosić nowego terminu wyborów, a takie ogłasza prezydent.
Nie mając prezydenckiej większości w parlamencie ekipa premiera Kurtiego przygotowała poprawkę ordynacji wyborczej, która miała umożliwić Kosowianom mieszkającym zagranicą (tzw. diasporze) głosowanie w ambasadach tego kraju, a nie pocztą jak to ma miejsce dotychczas. Miała to być gwarancja jeszcze większego sukcesu Vetëvendosje, gdyby niebawem ogłoszono nowe wybory. Projekt ten wprowadzono do porządku obrad na nadzwyczajnej sesji parlamentu 2 kwietnia, tuż przed przeprowadzeniem elekcji prezydenta kraju. Jednak nie uzyskał on wymaganej liczby głosów, a w efekcie licznych protestów posłów opozycyjnych i koalicjantów ( LDK i mniejszości ) Vetëvendosje go wycofało. Wytrącono jednocześnie przeciwnikom politycznym argument, że Kurti chciał w ten sposób szantażować opozycję, by poparła kandydaturę Osmani na prezydenta.
Następnego dnia, rozpoczęto procedowanie nad wyborem prezydenta i wówczas okazało się, że elekcja jest niemożliwa wobec braku wymaganego kworum. Wybór nowego prezydenta Kosowa wymaga obecności 80 posłów, a jeśli nie zostanie on wybrany w pierwszych dwóch turach głosowania, organizowana jest trzecia tura, w której prezydent może być wybrany 61 głosami, ale kworum 80 posłów jest niezbędne. W dwóch nieudanych próbach wyborów okazało się, że w pierwszej turze głosowało 78 posłów, a następnie 79 z 82 obecnych na sali. 
Liderzy opozycji, uzasadniając swoją odmowę udziału w głosowaniu, zarzucili Kurtiemu, że chce on wraz z prezydentem stworzyć autokratyczne rządy jednej partii, pozbawiając innych możliwości wpływania na losy Kosowa. PDK oskarżyło również, że Vetëvendosje wyrządziło „nieodwracalną szkodę demokracji kraju”, zajmując wszystkie trzy najważniejsze stanowiska w państwie – prezydenta, premiera i przewodniczącego parlamentu – po raz pierwszy w historii po odzyskaniu niepodległości przez Kosowo. Premier Kurti odpierał te zarzuty, argumentując, że jego partia dostała rekordową liczbę głosów (ponad 500 000) w minionych wyborach. Z kolei Vjosa Osmani została po raz czwarty wybrana do parlamentu i to ona dostała najwięcej głosów w lutowych wyborach. Kurti zaszantażował też opozycję, że jeśli nie zostanie wybrany nowy prezydent, kraj pójdzie do wyborów”.
W efekcie tego sesja została przerwana z braku kworum i została zwołana na następny dzień, to jest 4 kwietnia.
Vetëvendosje wystawiło, zgodnie z zapisami konstytucji, dwoje kandydatów na prezydenta Vjosę Osmani i 60 letniego Nasufa Beita. Osmani została wybrana na prezydenta w trzeciej turze głosowania. Za jej elekcją zagłosowało 71 posłów, 11 głosów było nieważnych. W głosowaniu wzięło udział 82 posłów.
Najpopularniejsza profesor i gra pozorów
Urodzona w Mitrovicy 38-letnia prawniczka, Vjosa Osmani, ukończyła studia licencjackie na Uniwersytecie w Prisztinie, a następnie studia magisterskie i doktoranckie na Uniwersytecie w Pittsburghu w Pensylwanii, gdzie była również profesorem wizytującym. Od ubiegłego roku kieruje katedrą Praw Międzynarodowego Uniwersytetu w Prisztinie. Będąc studentką, pracowała dla Misji ONZ w Kosowie (UNMIK). Współpracowała również z wieloma organizacjami międzynarodowymi – od Czerwonego Krzyża, poprzez Misję Rady Europy w Kosowie, aż po amerykańskie organizacje pomocowe (USAID).
Osmani przez wiele lat była aktywistką LDK, a w 2009 roku została szefem gabinetu ówczesnego prezydenta Kosowa Fatmira Sejdiu. Współtworzyła konstytucję Kosowa. Broniła deklaracji niepodległości Kosowa, kwestionowaną przez Serbię, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, który ostatecznie orzekł, że nie narusza ona prawa międzynarodowego. Bardzo zdecydowanie sprzeciwiała się wyborowi Hashima Thaci na prezydenta Kosowa w 2016 roku, przez co popadła w konflikt ze swoją partią LDK. W ubiegłym roku nawiązała współpracę z Albinem Kurtim i wstąpiła do Vetëvendosje, z którą to partią odniosła po raz kolejny sukces wyborczy. Jej mężem jest Prindon Sadriu, mają córki bliźniaczki. Oprócz ojczystego albańskiego, posługuje się językiem serbskim, hiszpańskim, tureckim i angielskim. 
Podczas konfliktu w Kosowie w latach dziewięćdziesiątych Vjosa Osmani została wypędzona ze swojego domu rodzinnego przez Serbów, podobnie jak wielu innych Albańczyków, co moralnie i prawnie daje jej silną pozycję do rozmów z Belgradem. W otwierającym kadencję przemówieniu powiedziała, że dialog powinien być sprawiedliwy i równy, zaś pokój można osiągnąć tylko wtedy, gdy Serbia przeprosi za zbrodnie wojenne popełnione w Kosowie. Oznacza to trudny powrót do dialogu z Belgradem, który nie będzie już mógł zasłaniać się argumentami, że nie jest możliwa rozmowa z przestępcami, za jakich uważa byłego prezydenta Hashima Thaci, czy byłego premiera Ramusha Haradinaja. W dodatku zapowiedź prezydent Osmani prowadzenia polityki „otwartych drzwi” dla wszystkich potrzebujących nabiera szczególnego znaczenia w dobie zbierającej śmiertelne żniwo pandemii dla mieszkających tu Kosowian i Serbów.
A przy tym władze Serbii mają świadomość, że powtarzanie dziś sloganu „Kosovo je Srbija” jest tylko propagandowym frazesem, który faktycznie nic nie oznacza i nie zmieni, a zaczyna wymuszać określone działania, wobec sąsiada, którego na pewno szybko się nie pokocha. Natomiast realizm geopolityczny nakazuje akceptację i współpracę, które w istocie rzeczy mają miejsce zarówno w Prisztinie jak i Belgradzie i przynoszą Kosowianom i Serbom korzyści, ale o których głośno się nie mówi. Taka bałkańska gra pozorów.

Gospodarka 48 godzin

Podatnicy dla o. Rydzyka
325 milionów złotych z państwowej kasy otrzymał w czasach rządów PiS ojciec Tadeusz Rydzyk na swoją działalność – policzył Oko.press. Najbardziej hojne jest Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego, które na propagandę ojca Rydzyka przekazało od 2015 roku kwotę 185 mln zł z pieniędzy podatników. Nieco mniej, bo 74 mln zł przelał Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki. Trzecie miejsce na podium zajął Zbigniew Ziobro. Za poparcie redemptorysty, tak ważne dla istnienia politycznego Zbigniewa Ziobry, minister i prokurator generalny zapłacił 26 mln zł z pieniędzy podatników. Przeciwnik ministra sprawiedliwości, premier Mateusz Morawiecki, wbrew pozorom jest tu w trudniejszej sytuacji. Wprawdzie kieruje całym rządem, ale nie stoi na czele konkretnego ministerstwa, za pośrednictwem którego mógłby przekazywać pieniądze Polaków na cele ojca Rydzyka. Ma jednak do dyspozycji ich środki, którymi zarządza jego kancelaria – i właśnie z kancelarii premiera przekazano 8 mln zł na huczne urodziny radia ojca Rydzyka. Resztę środków, składających się na wspomnianą kwotę 325 mln zł zapłaciły inne urzędy i firmy państwowe.

Nie wiedziała, co czyni?
Organizacje pozarządowe (oczywiście z wyjątkiem tych opanowanych przez klientów Prawa i Sprawiedliwości) apelują do I Prezes Sądu Najwyższego o wycofanie z Trybunału Konstytucyjnego wniosku w sprawie zbadania konstytucyjności przepisów ograniczających dostęp do informacji publicznej. Wiadomo, że TK, który orzeka zgodnie z oczekiwaniami obecnej władzy, zdecyduje, iż te przepisy są zgodne z Konstytucją, co oznaczać będzie faktyczny koniec dostępu do informacji publicznej. Wprawdzie także i Sąd Najwyższy został przejęty przez PiS, jednak wśród przedstawicieli niezależnych organizacji pozarządowych istnieje jeszcze cień przekonania, być może nieuzasadnionego, że SN wraz ze swoją szefową będzie bronił prawa i dobra obywateli – a nie dobra władzy. Stowarzyszenie Dziennikarzy RP uważa, że dziennikarzom, a w szczególności reporterom i publicystom śledczym, I prezes SN zamierza założyć knebel, ale być może podświadomie. Jest to więc próba umożliwienia pani I Prezes SN wyjścia z twarzą z obecnej sytuacji, poprzez sugerowanie, że nie wiedziała ona co czyni i miała ograniczoną zdolność rozpoznania znaczenia swego czynu oraz kierowania własnym postępowaniem. Nie wiadomo jednak, czy pani Małgorzata Manowska zechce skorzystać z tego koła ratunkowego. Twierdzi ona, że jawność nie ma pierwszeństwa przed prawem do prywatności i ochroną danych osobowych (co w tym przypadku oznacza ochronę interesów władzy). Nie uważa też, że jej wniosek uderza w fundamenty ustawy,w której zawarte są podstawowe prawa obywatelskie do jawności życia publicznego. Skutki czynu pani Małgorzaty Manowskiej już widać. Jak twierdzi SDRP, wiele instytucji publicznych niemal natychmiast po ujawnieniu informacji o złożeniu przez nią wniosku do TK zaczęło ograniczać dostęp do informacji publicznej lub odmawiać udzielania informacji do czasu opublikowania orzeczenia Trybunału. Słuszne są więc obawy, że po orzeczeniu TK będziemy mogli zapomnieć o ujawnianiu błędów władzy i różnych przekrętów w instytucjach oraz firmach państwowych.

Dzielenie skóry na niedźwiedziu

Premier oświadczył: „Na pewno będziemy przygotowani do procesu dystrybucji szczepionek”. Można mu wierzyć. Wiadomo, że najłatwiej ogłosić dobre przygotowanie do czegoś, czego nie ma.
Zdumiewającą wręcz przezornością i dalekowzrocznością wykazuje się rząd Prawa i Sprawiedliwości. Jeszcze nie ma szczepionki na koronawirusa, nie wiadomo kiedy powstanie oraz jakie będą efekty jej działania – a rządowy zespół już pracuje jakoby nad systemem dystrybucji tej hipotetycznej szczepionki. Cóż za wyprzedzenie czasowe!
Szkoda, że dotychczas rząd nie utworzył zespołu, który miałby pracować nad stworzeniem samej szczepionki – ale zrozumiałe, że pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nie może być mowy o jej wynalezieniu w Polsce. Niedawna, szeroko reklamowana informacja o rzekomym skutecznym polskim leku na koronawirusa okazała się przecież kolejną lipą rządowej propagandy. Co do szczepionki na koronawirusa, jedyną stuprocentowo pewną wiadomością jest na razie tylko to, że na pewno nie zostanie ona stworzona w naszym kraju.
Dziś, gdy Polacy umierają tysiącami na koronawirusa, rząd PiS chce jakoś ukryć swą bezczynność i nieudolność w walce z pandemią. Dlatego właśnie PiS-owska telewizja „publiczna” tak szeroko opowiada o szczepionce, której nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. A żeby pokazać, że rząd PiS usiłuje jednak cokolwiek zrobić, wymyślono, iż rządowy zespół – jak informuje rządowa propaganda – pracuje nad dystrybucją czegoś, co nie istnieje. Oto właśnie miara sukcesów PiS-owskiej ekipy! Nie umieją doprowadzić do tego, by coś ważnego powstało w Polsce, ale zawsze mogą powołać zespół, który ma na krajowy użytek dzielić to, co być może kiedyś powstanie w innych krajach.
Twarzą tej propagandy jest jak zawsze premier Mateusz Morawiecki, który oświadczył, że wprawdzie szczepionki na koronawirusa jeszcze nie ma, ale w Polsce już trwają prace nad, jak powiedział, „logistyką dystrybucji szczepionek”. Premier powiedział też, z właściwą sobie stanowczością: „Na pewno będziemy przygotowani do procesu dystrybucji szczepionek”. Tym razem można mu wierzyć. Wiadomo przecież, że najłatwiej ogłosić dobre przygotowanie do czegoś, czego nie ma.
Gdy kiedyś ta zagraniczna szczepionka może trafi do Polski, to – wedle informacji naszych mediów – zgodnie z zapewnieniami premiera, najpierw mają zostać zaszczepieni seniorzy. Tyle, że premier Morawiecki, który bardzo uważa na słowa, niczego takiego nie powiedział!. Premier, jak cytuje Polska Agencja Prasowa, oświadczył co następuje: „W pierwszej kolejności zależy mi na tych naszych najsłabszych, na tych, którzy najbardziej potrzebują pomocy, na naszych mamach, ojcach, dziadkach i babciach”.
Z tej wypowiedzi absolutnie nie wynika, że „mamy, ojcowie, dziadkowie i babcie” zostaną zaszczepieni jako pierwsi. To, że premierowi „zależy” i że oni „najbardziej potrzebują pomocy” nie oznacza bynajmniej, że ogół seniorów znajdzie się w gronie zaszczepionych.
Gdy więc kiedyś w przyszłości jakieś złe języki zechcą wytknąć premierowi Morawieckiemu, że wbrew jego obietnicy, seniorzy wcale nie zostali powszechnie zaszczepieni w pierwszej kolejności, to premier zawsze będzie mógł oświadczyć, iż niczego takiego nie mówił. I w tym przypadku powie prawdę.
Jedno można tylko założyć z bardzo dużym prawdopodobieństwem: że w pierwszej kolejności zostaną zaszczepieni PiS-owscy prominenci oraz ich bliscy (premier nie bez powodu powiedział wszak o „naszych” mamach, ojcach, dziadkach i babciach). W końcu po coś jest ten rządowy zespół.

Jeszcze poczekamy na nowego szefa rządu

Czy skompromitowany premier Pinokio wreszcie odejdzie? Jego pozycja jest słabsza niż kiedykolwiek, ale to absolutnie nic nie znaczy.

Utrzymywanie na stanowisku szefa rządu ośmieszonego i powszechnie krytykowanego Mateusza Morawieckiego jest na rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu. A poza tym, paradoksalnie, obecny premier stał się człowiekiem niezastąpionym – bo szef PiS nie ma kim go zastąpić.
Wcale nie jest tak – i nigdy nie było – że Mateusz Morawiecki miał niekwestionowaną pozycję w rządzie i był nie do ruszenia. Dziś Jarosław Kaczyński doskonale widzi, jak oceniane są – także i w jego partii – kolejne nierealne pomysły, niedotrzymane zobowiązania, nieustanne samochwalstwo, nieudolność w walce z pandemią, czy wreszcie zwykłe banialuki opowiadane przez premiera.
Ale Mateusz Morawiecki pozostawał premierem z ważnych przyczyn. Przede wszystkim, jego stały konflikt ze Zbigniewem Ziobrą sprawiał (i nadal sprawia), że osłabiali się oni nawzajem, a zatem zmniejszało się niebezpieczeństwo, że któryś z nich mógłby pokusić się o przywództwo w obozie prawicy. Tu dla Jarosława Kaczyńskiego potencjalnie znacznie bardziej niebezpieczny był Mateusz Morawiecki, który jako sympatyzujący z prawicą, jakoby sprawny technokrata i fachowiec mógłby teoretycznie zdobyć dość szerokie poparcie po prawej stronie polskiej sceny politycznej – na co absolutnie nie mógł i nie może liczyć Zbigniew Ziobro.
Teraz ta mina jest już niemal rozbrojona przez Jarosława Kaczyńskiego. Początkowy, nawet dosyć pozytywny wizerunek Mateusza Morawieckiego został skutecznie zniweczony, a szef PiS nawet palcem nie kiwnął aby temu zapobiec. Dziś już nikt nie nazwie Mateusza Morawieckiego fachowym organizatorem i skutecznym szefem rządu, a jego ewentualne szanse na umocnienie pozycji politycznej w obozie prawicy spadły niemal (ale jeszcze nie całkiem) do zera. Z czego bynajmniej nie wynika, że prezes PiS zechce szybko go wymienić.
Morawiecki wciąż pozostaje szefem rządu, i to z paru powodów. Po pierwsze i najważniejsze: jest to wygodne dla Jarosława Kaczyńskiego. Wszystkie kolejne błędy i zaniedbania rządu PiS idą bowiem na konto premiera, który dzięki temu staje się jeszcze słabszy i jeszcze mniej groźny w potencjalnych, przyszłościowych rozgrywkach o przywództwo na polskiej prawicy.
Po drugie, im więcej grzechów i zaniedbań skrupi się na obecnym premierze, tym bardziej pozytywny i poprawiający notowania PiS będzie efekt zastąpienia go wreszcie kimś nowym, nie ośmieszonym swoimi wpadkami, w miarę kompetentnym oraz rokującym nadzieje na usprawnienie pracy rządu.
Jest jednak nader istotny problem – w Prawie i Sprawiedliwości nie ma kogoś takiego. Cóż, ławka jest bardzo krótka. Gdyby zaś nawet jakimś cudem udało się znaleźć (czy wykreować) podobną osobę, to bardzo trudno byłoby ją przekonać do objęcia stanowiska premiera, które w obecnej sytuacji może być doskonałą katapultą nie do kariery, lecz do emerytury politycznej.
Z tych samych powodów trudno sobie wyobrazić (choć nie da się tego wykluczyć), żeby premierem został Jarosław Kaczyński – który przecież ma świadomość, że objęcie przez niego formalnego kierownictwa rządu stanowiłoby prostą drogę do porażki PiS w następnych wyborach parlamentarnych.
Z punktu widzenia prezesa PiS, lepiej więc żeby zderzak w osobie Mateusza Morawieckiego zużył się do końca. To zaś pozwala przypuszczać, ze obecny prezes Rady Ministrów jeszcze trochę nam popremieruje.

Chory człowiek Europy

Druga fala pandemii na naszym kontynencie jakoś ogranicza się przede wszystkim do Polski. To smutny wynik działań PiS-owskiej ekipy.

Na zapisane niechlubnie w historii określenie „chorego człowieka Europy” zasługuje dziś niestety objęta pandemią Polska – a zwłaszcza jej PiS-owskie władze,. Najpierw nie umiały one przygotować kraju do nadejścia pandemii koronawirusa, choć miały ku temu czas i stosowne środki (o czym samochwalczo przekonywały), a teraz nie potrafią zapobiec rosnącej fali zakażeń. Fali zakażeń, której wzrost same spowodowały, prowadząc – dla swych niskich, partyjnych celów – działania nie liczące się z życiem i zdrowiem Polaków.
Od samego początku pandemii władze ociągały się ze zwiększaniem ilości testów. Czy powodem tej opieszałości nie było przyjęcie założenia, że jeśli będzie mało testów, to wykażą też one mało stwierdzonych zakażeń, a więc PiS-owska ekipa będzie mogła się chwalić w rządowych mediach swą (rzekomą) skutecznością w zwalczaniu koronawirusa?
Szczególnie drastycznym przykładem poświęcania przez władzę zdrowia i życia Polaków dla celów partyjnych, stało się zorganizowanie w trakcie pandemii wyborów prezydenckich. PiS-owscy prominenci pragnęli bowiem, by wybory prezydenckie odbyły się jak najwcześniej, zanim jeszcze większość Polaków zacznie negatywnie oceniać rządzących za ich nieumiejętność zwalczania epidemii.
PiS-owska władza nie chciała więc ogłosić stanu klęski żywiołowej (przewidzianego między innymi właśnie na wypadek epidemii), nie godząc się na odkładanie wyborów – a nakazują to przepisy o stanie klęski żywiołowej. Cel osiągnięto, nie bacząc na zdrowie i życie mieszkańców kraju, oraz na Konstytucję, którą Prawo i Sprawiedliwość złamało przeprowadzając te wybory.
Do historii pogardy rządzących wobec dobra rządzonych na zawsze wejdzie słynna wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego, który apelował do osób starszych, najbardziej zagrożonych koronawirusem: „Cieszę się, że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii i to jest dobre podejście, bo on jest w odwrocie. Już nie trzeba się go bać, trzeba pójść na wybory, tłumnie /…/ Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się. Idźmy na wybory”.
Tymi słowami premier chciał zmobilizować do udziału w wyborach ludzi starszych, stanowiących w dużej mierze elektorat Andrzeja Dudy, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich z obawy przed koronawirusem, nie głosowali zbyt tłumnie. Zachęcenie ich do liczniejszego udziału w drugiej turze – bez liczenia się z ich życiem i zdrowiem – miało stanowić jeden ze sposobów zapewnienia zwycięstwa Andrzejowi Dudzie.
„Obywatele usłyszeli, że nie ma zagrożenia, żeby się nie obawiać. Ale nie jest to, niestety, prawda” – powiedział prof. Bolesław Samoliński z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Dziś Polacy zbierają owoce tej wymierzonej przeciw ich zdrowiu, dzialalności rządzących. Dane z bilansu sobotniej doby informują, że w naszym kraju na koronawirusa zmarło 13 osób. To, przykładowo, tyle samo co we Włoszech (13) i więcej niż w Niemczech (12) – choć jeszcze kilka tygodni temu wydawało się nieprawdopodobne, że nasz kraj osiągnie takie nasilenie pandemii, jak wspomniane kraje, znacznie ludniejsze od Polski. A pamiętajmy, że we Włoszech czy w Niemczech przeprowadza się przecież znacznie więcej testów, niż u nas. Jak „rzetelnie” analizuje się u nas testy pokazuje przykład niedbalstwa z Kielc, które spowodowało konieczność unieważnienia wyników badania aż 230 tys. próbek.
I nie ma co opowiadać kłamliwych bajek o drugiej fali koronawirusa opanowującej również nasz kontynent. Jakoś w Europie ta fala ogranicza się niestety głównie do Polski. Nie możemy się równać choćby z najbliższymi unijnymi sąsiadami, Czechami czy Słowacją, gdzie już nie umiera się na koronawirusa. U Słowaków dotychczas zmarło na pandemię w ogóle tylko 31 osób. W Polsce – już 1800. W potężnie zaludnionej Japonii – dotychczas 1042, a sobotniej doby jedynie 6 (podczas gdy u nas trzy razy więcej).
PiS-owska władza, która zasiała wiatr, unika jak może zbierania burzy – i oczywiście nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za wzrost zakażeń i zgonów. Przy pomocy propagandy w rządowych mediach chce całą winą obarczyć obywateli, zarzucając im nieprzestrzeganie ograniczeń – choć sama zapewniała, iż koronawirusa nie trzeba się bać. PiS-owska ekipa jest pierwsza w przechwalaniu się, a do błędów nie zamierza się przyznawać nigdy.

Gospodarka 48 godzin

Tym razem nie skłamał
Premier Morawiecki zaprzecza, że zaakceptował to, iż wypłaty dotacji z Unii Europejskiej zostają powiązane z przestrzeganiem praworządności – mimo, że przewiduje to oświadczenie Rady Europejskiej, pod którym się podpisał. Tym razem premierowi nie można jednak zarzucić mijania się z prawdą. Oświadczenie Unii Europejskiej jest tylko deklaracją, zaś cały mechanizm konkretnego wiązania dopłat z praworządnością jeszcze nie został stworzony.

Rządzący wspierali pandemię

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele oczywiście nie poczuwają się do odpowiedzialności za rekordowy wzrost zakażeń i liczbę ofiar śmiertelnych w ostatnich dniach. Winę zrzucają na społeczeństwo. To jedna z podstawowych reguł zauważanych w praktyce funkcjonowania tego ugrupowania – jeżeli coś się udaje, to jest to nasz sukces. Jeśli klapa – zawsze winni są inni. Widać to doskonale właśnie przy okazji pandemii koronawirusa, gdy przedstawiciele rządu zarzucają społeczeństwu nie przestrzeganie ograniczeń. Oczywiście nie chą widzieć tego, że jednym z powodów wzrostu zakażeń było zorganizowanie bezprawnych, sprzecznych z Konstytucją wyborów prezydenckich przez PiS (miały być możliwie szybko, by poparcie dla PiS nie zdążyło stopnieć), a także jednoznaczne sugerowanie, że nie należy się przejmować epidemią. Do niechlubnej historii na zawsze przejdą słowa premiera Mateusza Morawieckiego, skierowane do ludzi starszych (zwykle chętniej popierających PiS), którzy z obawy przed zakażeniem, niezbyt tłumnie uczestniczyli w pierwszej turze wyborów . Uznano więc, że trzeba ich zmobilizować, mimo, że udział w wyborach może zagrażać życiu seniorów. Chodziło jednak o to, żeby wcześniej zdążyli oddać głos.
„Ja cieszę się że coraz mniej obawiamy się tego wirusa, tej epidemii. I to jest dobre podejście szanowni państwo. Bo on jest w odwrocie. Już teraz nie trzeba się jego bać. Trzeba pójść na wybory. Tłumnie /…/ Wszyscy, zwłaszcza seniorzy, nie obawiajmy się, idźmy na wybory” – oświadczał szef polskiego rządu (!). Cóż, to nie nowość, że prominenci Prawa i Sprawiedliwości nie cofną się przed niczym dla zachowania władzy, a takie wartości, jak zycie i zdrowie obywateli są dla nich bez znaczenia. Czy kiedykolwiek staną przed sądem za swoje czyny?

Paczkomatowa lipa

Jedna z firm paczkomatowych, licząca się na polskim rynku pocztowym, reklamuje swoje usługi następującym sloganem: „Czy wiecie, że jedna paczka dostarczona przez zwykły samochód kurierski do domu – to w terenie pozamiejskim aż 1,4 kg CO2, a ta sama paczka dostarczona do paczkomatu na wsi to tylko 0,15 kg?”. W ten sposób ta znana firma zachęca do korzystania ze swych paczkomatów. Ten slogan jest jednak lipą nie mającą nic wspólnego z prawdą. Rzecz w tym, że emisja dwutlenku węgla jest w obu przypadkach taka sama. Wprawdzie samochód kurierski dostarcza do paczkomatu wiele paczek jednocześnie, więc jednostkowa emisja Co2 przypadająca na jedną paczkę jest niższa – ale przecież każdy z odbiorców musi indywidualnie podjechać po nią do paczkomatu i wrócić do domu. Co jak co, ale paczkomaty na pewno więc nie przyczyniają się do spadku emisji dwutlenku węgla (który, co warto przypominać, nie jest zresztą żadnym trującym pyłem wywołującym różne choroby).

Bajki o gospodarczej dobrej zmianie

Na szczęście dla polskiej gospodarki, PiS-owskie państwowe i rzekomo „bardzo konkretne” programy rozwojowe pozostają tylko w sferze propagandy.
Niedawno minęła trzecia rocznica rzekomego położenia stępki pod budowę polskiego promu pasażerskiego na terenie dawnej Stoczni Szczecińskiej. To dobra okazja do przypomnienia efektów tzw. planu Morawieckiego, jako że prom „Batory”, pod którego stępkę kładł sam twórca planu, to jeden z projektów flagowych.
Plan Morawieckiego można podzielić na trzy części: diagnozę stanu gospodarki, opis planowanych „programów rozwojowych”, których realizacją miałoby zająć się państwo, oraz listę ogólnogospodarczych celów i mierzalnych wskaźników, według których należy realizację tych celów oceniać – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
.Pośród celów, które miały zostać osiągnięte już w tym roku, znalazło się radykalne zwiększenie stopy inwestycji (do 25 proc. PKB). Nie wypadałoby krytykować rządu za niezrealizowanie celu w roku, w którym świat spowiła pandemia, gdyby nie to, że od dojścia PiS do władzy i ogłoszenia planu Morawieckiego w lutym 2016 roku stopa inwestycji najpierw spadała, by potem tylko nieznacznie odbić. W rezultacie w 2017 roku udział inwestycji w polskim PKB był najniższy od 1995 roku, a na koniec 2019 r. wyniósł 18,6 proc. PKB, czyli, jak łatwo policzyć, o 6,4 proc. PKB mniej, niż zapowiadał Morawiecki.
Gdy PiS w 2015 r. przejmowało władzę, inwestycje stanowiły 20 proc. PKB, a zatem za czasów PO – PSL Polska była bliżej celu Morawieckiego, niż po czterech latach rządów PiS. Zmalały też kluczowe dla wzrostu gospodarczego inwestycje prywatne – z 15,6 proc. PKB w 2015 roku do 14,3 proc. w 2019 roku. To efekt m.in. nieprzewidywalnych zmian przepisów oraz ataku na niezależność sądów.
Mateusz Morawiecki zapowiadał też „wzmocnienie naszej nogi przemysłowej”(wzrost udziału produkcji przemysłowej w PKB), w zgodzie z głoszonym przez siebie sloganem „reindustrializacji”. „Reindustrializacja” to oczywiście zaklęcie służące propagandzie o „upadku polskiego przemysłu” w wyniku transformacji – propagandzie stojącej, zdaniem FOR, w jaskrawej sprzeczności z faktami, gdyż produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła w latach 1989–2015 o 270 proc. (wg. OECD).
PiS wcale nie przyspieszyło dokonującej się wcześniej industrializacji. Przed wyborami w 2015 roku udział przetwórstwa przemysłowego w wartości dodanej rósł, a Polska znajdowała się pod tym względem w unijnej czołówce. Natomiast od 2017 roku mimo deklaracji Morawieckiego znaczenie przetwórstwa przemysłowego w polskiej gospodarce słabnie, a pierwsze cztery lataPiS wypadają pod tym względem gorzej od ostatnich czterech lat PO – PSL. W ramach „promocji polskich inwestycji zagranicznych” miały one wzrosnąć do ok. 160 mld zł, tymczasem na koniec 2018 roku (ostatnie dostępne dane) spadły do 93,5 mld zł –z poziomu 107,3 mld zł na koniec 2015 roku.
Z podsumowania, jakie zrobiono w FOR przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, wynika, że pod względem sześciu z dziewięciu wskaźników wybranych przez Morawieckiego polska gospodarka lepiej radziła sobie za czasów PO – PSL niż za rządów PiS. Jak już jednak wspomniano na początku, plan Morawieckiego to nie tylko wskaźniki. To także „programy rozwojowe”(„konkretne bardzo”, jak podkreślił twórca planu).
Polskie państwo miało dowieść swojej przedsiębiorczości, angażując się we wskazane przez Morawieckiego projekty inwestycyjne jak budowa pełnej gamy polskich dronów („Żwirko i Wigura”), rozwój kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa („Cyberpark Enigma”) czy produkcja maszyn górniczych („Polski Kombajn Górniczy”). Miejsca nie zabrakło również dla produkcji pojazdów komunikacji miejskiej (w końcu w jakimś celu znacjonalizowano znajdującą się na skraju bankructwa Pesę) i budowy polskiego promu pasażerskiego („Batory”).
Żeby planowi budowy państwowego promu nadać impet, 23 czerwca 2017 roku stępkę położył sam ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki. Pół roku później państwowy Fundusz Rozwoju Spółek otrzymał z Funduszu Reprywatyzacji 200 mln zł na realizację „różnorakich zadań z zakresu szeroko rozumianej gospodarki morskiej”. Rok później FRS przejął od państwowego funduszu MARS Stocznię Szczecińską i Morską Stocznię Remontową „Gryfia”, której w ostatnich półroczu udzielił dwóch pożyczek pieniężnych w niepodanej do publicznej wiadomości kwocie. Mimo całej propagandowej pompy i przesunięć aktywów między państwowymi instytucjami projekt nie posunął się do przodu, a stępka rdzewieje w tym samym miejscu, w którym położył ją Mateusz Morawiecki.
Znamienna jest też propaganda towarzysząca zapowiedzianemu w planie Morawieckiego „Planowi Rozwoju Elektromobilności”. Przyjęty w marcu 2017 roku „Plan” roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 roku. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – rząd przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 roku”. Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 roku, lecz do 2030 roku.
Później, już w exposé Morawiecki głosił „rozwijanie programu elektromobilności”, a niedawno wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin oświadczył, że „my jesteśmy dzisiaj gotowi do tego,żeby te auta [elektryczne] produkować”, ale problem leży w tym, „jak sprzedać te samochody”. Tymczasem przez trzy lata od ogłoszenia „Planu Rozwoju Elektromobilności” zarejestrowano w Polsce 6,3 tys. elektrycznych samochodów pasażerskich, co proporcjonalnie do ogółu zarejestrowanych samochodów plasuje nas w unijnym ogonie. Trzeba przy tym podkreślić, że państwowi akcjonariusze wnieśli już do spółki Electromobility Poland 70 mln zł.
Należy uznać, że na razie – szczęśliwie dla polskiej gospodarki – państwowe i „konkretne bardzo programy rozwojowe” pozostają w sferze propagandy. Mniej szczęśliwie wygląda to, iż na finansowanie propagandowych zabiegów rząd przeznacza realne środki. Najbardziej jednak ubolewać należy nad podważaniem osiągnięć polskiej prywatnej przedsiębiorczości, którą zastąpić miałoby „przedsiębiorcze państwo”. Wyraził to ostatnio na zjeździe klubów „Gazety Polskiej” Jacek Sasin, który powiedział, że „często ten kapitał polski prywatny ma swoje korzenie w różnego rodzaju działalnościach przestępczych”, a „dzisiaj realnie duży polski kapitał to są spółki skarbu państwa”. W rzeczywistości jednak to państwo, wykraczające poza swoje podstawowe funkcje, staje się siedliskiem nepotyzmu i korupcji.

Gospodarka 48 godzin

Władza żartuje
To, że premier Mateusz Morawiecki ma talent bajkopisarza (a raczej bajko-opowiadacza, czyli tzw. storytellera) i mówiąc delikatnie, nader oszczędnie gospodaruje prawdą, wiedzieliśmy od lat. Okazuje się, że podobnych przymiotów posiada więcej. Ujawnił się także jako dowcipniś, opowiadając z twarzą Bustera Keatona o swoim rządzie: “Zapanowaliśmy nad pandemią koronawirusa w sposób dużo bardziej sprawny niż najbogatsze kraje świata”. Premierowi dzielnie sekunduje Jacek Sasin, żartując: “Mojemu resortowi udało się pokazać skuteczność”. Rzeczywiście, w kontekście nabycia felernych maseczek, ta skuteczność okazała się oszałamiająca. Szczyt komizmu obaj panowie osiągnęli zaś na warszawskim lotnisku Okęcie, kiedy to uprawiając polinezyjski Kult Cargo, uroczyście powitali samolot produkcji radzieckiej, który przywiózł do Polski ów maseczkowy chłam.

Radość z nieszczęścia
Ludzie chorzy na epilepsję czują się dotknięci “akcją”, która niedawno pojawiła się na Tik Toku i Instagramie (#SeizureChallenge). Osoby w nią zaangażowane nakręcają fikcyjne ataki padaczki i umieszczają je właśnie w tych serwisach. Nie są to tylko filmiki z domowego zacisza, ale również z miejsc publicznych, np. sklepów. To właśnie po ich zobaczeniu powstał manifest społeczności chorych na epilepsję w Polsce. Jest on następujący (ze skrótami): “Nam, chorym na padaczkę pękło serce. Wasze filmiki, na których udajecie atak padaczki sprawiają nam ogromny ból i zawód. Jesteście młodymi ludźmi, którzy na każdym kroku domagają się tolerancji i otwartości. Podkreślacie, mimo wieku, jak wielką macie wiedzę o świecie i obycie. Tymczasem na tych nagraniach pokazujecie właśnie jej brak oraz utrzymujecie stereotyp epileptyka jako osoby, która podczas ataku dostaje drgawek i ślinotoku. A przecież nasze ataki to także np. drżenie rąk. Najgorsze jednak co pokazaliście, to brak uczuć. Ilu z Was zastanowiło się nad tym, co czują nasze rodziny, kiedy są świadkami ataku i próbują nam pomóc? Czy ktoś z Was rozmawiał z matką dziecka, co czuje, kiedy jej ukochany syn nagle traci świadomość i nigdy więcej może jej nie odzyskać. Może nie wiecie czym jest SUDEP? Więc śpieszymy z odpowiedzią. SUDEP to zjawisko występujące podczas ataku. To po prostu śmierć. Statystycznie 1 na 1000 chorujących umiera podczas ataku, z którego tak się śmiejecie. Tyle mówi się o depresji. A czy Wy, drodzy “reżyserzy”, wiecie, że nawet 60 proc. epileptyków ma objawy depresyjne. Właśnie takie zachowania jak wasze ją pogłębiają. Spróbujcie przez jeden dzień pożyć jak my. Dla Was to kilkusekundowy „fun”. Dla nas to poobijane kończyny, rozcięte łuki brwiowe, podbite oczy, wybroczyny. Dla nas te ataki również to przewartościowanie życia, niechęć pracodawców, często samotność. Mimo krzywdy, którą wyrządziliście – podniesiemy się. Bo My, Padaki, wspieramy się. Jesteśmy społecznością, która pomaga sobie i troszczy o siebie. I nie jest nas mało. W Polsce choruję nas pół miliona”. Ondosząc się do tych filmików trzeba też się zastanowić co jest ich przyczyną?. Skąd w młodych osobach wyraz tak czystej głupoty? Skąd chęć sprawiania sobie i innym fizycznego czy psychicznego bólu, tak po prostu, dla rozrywki?

Gospodarka 48 godzin

Żart premiera
W pierwszym kwartale tego roku produkt krajowy brutto dla całej Unii Europejskiej spadł o 2,7 proc. w stosunku do unijnego PKB z pierwszego kwartału ubiegłego roku. W strefie euro spadek był jeszcze szybszy bo o 3,2 proc. Największy regres zanotowała gospodarka Francji, gdzie PKB zmniejszył się o 5,4 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2019, a po niej Włochy – minus 4,8 proc. Natomiast niemiecki PKB (największa gospodarka Europy) spadł o 1,9 proc. rok do roku. Tym niemniej są kraje, które nawet w czasie pandemii rozwijają się w przyzwoitym tempie. Tu prym wiedzie Rumunia, mająca 2,7 proc. wzrostu w pierwszym kwartale i zapewne Irlandia, gdzie jeszcze nie ma zweryfikowanych wyników za pierwszy kwartał br. Dobrze wypada także Litwa, ze wzrostem 2,5 proc., oraz Bułgaria (plus 2,4 proc.). Jak widać, z wyjątkiem Irlandii nie są to najzamożniejsze kraje naszego kontynentu. Polska wypada przyzwoicie, ze wzrostem PKB w pierwszym kwartale 2020 r. o 1,6 proc., choć oczywiście daleko nam do czołówki. Ten wynik stał się natomiast powodem do dowcipu w wykonaniu premiera Morawieckiego, który komentując nasz PKB zażartował: „Zaskakujemy świat i Europę tempem naszego działania. Podjęliśmy decyzje, co do ochrony zdrowia w najszybszym możliwym tempie”. To zabawne stwierdzenie, w sytuacji, gdy Polska należy do pięciu najgorzej radzących sobie z epidemią krajów Europy.

Mniej przestępstw na PKP
Mniejszy ruch pociągów i spadek liczby pasażerów spowodował, że mniej także jest przestępstw i wykroczeń na kolei. W pierwszym kwartale odnotowano lekki spadek takich zdarzeń. Było ich o 140 mniej – w pierwszym kwartale 2019 zanotowano 1700 zdarzeń, a teraz 1560. W 2020 r. dotychczas funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei ujęli około 700 sprawców przestępstw i wykroczeń. Odzyskano mienie o łącznej wartości 175 000 zł. Mniej jest zwłaszcza kradzieży na szkodę podróżnych. W porównaniu do tego samego okresu 2019 r., od stycznia do kwietnia odnotowano spadek kradzieży o 23 proc. Od początku tego roku SOK-iści ujęli 128 sprawców kradzieży. Zmniejszyła się też liczba kradzieży przesyłek wagonowych oraz węgla z wagonów towarowych (takie kradzieże węgla w Polsce trwają i trwać będą, bo mają już pond stuletnią tradycję). Cały czas zdarzają się też kradzieże przewodów i innych elementów linii kolejowej, czemu próbuje się przeciwdziałać za pomocą częstych kontroli punktów skupu złomu. W tym roku na ponad 4000 kontroli, SOK-iści wykryli nielegalnie zbywane mienie kolejowe tylko w dwóch punktach skupu. W walce ze złodziejami SOK wykorzystuje specjalnie wyposażone samochody – mobilne centra monitoringu, które dzięki kamerom mogą obserwować kilkukilometrowe odcinki linii kolejowych. Wykorzystywane są też foto-pułapki, które powiadamiają patrol, gdy w zabezpieczonym obszarze pojawi się niepowołana osoba. W nocnych patrolach stosuje się zaś termo- i noktowizory. SOK-istów oczywiście wspomagają też psy. Straż Ochrony Kolei ma dodatkowe zadania w czasie epidemii. Funkcjonariusze prowadzili kontrole temperatury podróżnych w pociągach wjeżdżających na teren Polski, do czasu wstrzymania ruchu międzynarodowego. Badają też temperaturę u pracowników pociągów towarowych wjeżdżających do Polski.

Samolot z Chin w Warszawie

Polska znowu triumfuje! Ten przylot to olbrzymi sukces prezydenta RP, premiera i rządu, okupiony godzinami twardych negocjacji na najwyższym szczeblu. W zwycięstwie pomogło to, że PiS-owscy dygnitarze skutecznie uprawiali papuaski kult Cargo.

Wtorkowe lądowanie na Okęciu wielkiego samolotu transportowego An-225, który przywiózł towary zakupione w Chinach, pokazało, że oprócz (a może już zamiast) katolicyzmu, premier i jego dygnitarze zaczęli wyznawać (oraz praktykować) religię Cargo.
Samolot dostarczył 80 ton maseczek, kombinezonów, przyłbic itp. – czyli tego wszystkiego co w Polsce już dawno powinno być w związku z epidemią koronawirusa, a o co nie zadbał rząd Prawa i Sprawiedliwości.
Masa przywiezionego sprzętu tajemniczo malała wraz z upływem czasu. Początkowo rząd – a konkretnie wicepremier Jacek Sasin wraz z Ministerstwem Aktywów Państwowych – informowali, że do Polski przyleci 400 ton środków do walki z koronawirusem. Potem mowa była o około 100 tonach, a ostatecznie, wedle oficjalnych informacji rządu, samolot przetransportował 80 ton. Nie wiadomo, co się stało z resztą ładunku – ale mając zaufanie do rządu trzeba oczywiście wykluczyć, iżby kilkadziesiąt ton sprzętu zostało pokątnie upłynnione jakimś odbiorcom zagranicznym.
Z tego zmniejszania się masy ładunku wynika, że ogromny Antonow 225 przywiózł w dużej mierze powietrze, ale to nie ma większego znaczenia, bo też i nie chodzi o sam sprzęt, ale przede wszystkim o efekt magiczny spowodowany wylądowaniem tak dużego samolotu. Dla premiera i jego dygnitarzy musiało to być zjawisko nadprzyrodzone, dokładnie tak jak w kulcie Cargo.
Właśnie dlatego samolot – mimo, że produkcji radzieckiej, a więc z kierunku który nie cieszy się sympatią obecnej ekipy – został z wielką pompą powitany przez Mateusza Morawieckiego i innych przedstawicieli polskiego rządu.
Może w innych krajach przylot pojedynczego samolotu transportowego nie jest wydarzeniem aż takiej rangi, by uświetniało je wystąpienie prezesa Rady Ministrów w otoczeniu innych dygnitarzy. Należy jednak zrozumieć, że dziś, gdy premier i jego rząd jakoś nie bardzo mają się czym chwalić (a przecież bardzo chcą i potrzebują), nawet pomyślne lądowanie samolotu uznali za swój wielki sukces.
Dlatego więc, według słów premiera, przylot samolotu An 225 z Chińskiej Republiki Ludowej do Warszawy stanowił bezprecedensowe osiągnięcie najwyższej wagi, które było możliwe wyłącznie dzięki ogromnemu zaangażowaniu i determinacji całej rządzącej dziś w Polsce klasy politycznej, z prezydentem na czele.
Jak mówił Mateusz Morawiecki, do tego, by w Warszawie mógł wylądować jeden samolot z chińskimi towarami, potrzebne były „długie godziny negocjacji, a wcześniej długie godziny rozmów”. Oczywiście rozmów na najwyższym szczeblu, prowadzonych z sukcesem bezpośrednio przez prezydenta RP Andrzeja Dudę (no i jak możnaby go ponownie nie wybrać ?!!). Prezydenta wspierał rząd oraz grono fachowców najwyższej klasy, a także cała oddana im do dyspozycji potęga największych polskich firm państwowych wraz z ich prezesami.
Losy lotu An 225 ważyły się długo. Polska negocjowała ostro, tak jak przyzwyczaili nas do tego polityczni fighterzy z PiS-u, zaprawieni w bojach o uzyskanie reparacji od Niemiec czy zmniejszenie importu rosyjskiego węgla. Ktoś małoduszny mógłby tu wytknąć, że w tych sprawach i w setkach innych, PiS-owska ekipa wykazała całkowitą nieskuteczność. Malkonentom trzeba odpowiedzieć: No i co z tego!. Przecież wiadomo, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni sukces. A przylot samolotu z Chin do Warszawy był przecież sukcesem – i to naprawdę olbrzymim, bo jakby nie patrzeć, jedynym.
Doceńmy należycie miarę tego wielkiego osiągnięcia! Zauważmy więc, że w każdym innym kraju, zorganizowanie lotniczej dostawy importowanego towaru jest wydarzeniem banalnym: podpisuje się umowę, ładuje towar, samolot przylatuje i tyle. Ale w Polsce rządzonej przez PiS jest zupełnie inaczej!.
Jak wynika bowiem z wystąpienia premiera Morawieckiego, do tego, żeby PiS-owska administracja mogła kupić 80 ton sprzętu i przetransportować go samolotem do Polski konieczny był bezprecedensowy wysiłek rządu i prezydenta oraz zaangażowanie wszelkich możliwości państwa polskiego.
Była to – nie bójmy się tego powiedzieć – niesłychanie trudna i skomplikowana operacja, niemal jak lądowanie w Normandii. Czy więc można opisać ją inaczej niż prostymi słowami: olbrzymi triumf Polski pod światłymi rządami PiS!
Fachowość, ogromne zaangażowanie, nieograniczone poświęcenie, bezgraniczna pracowitość, oddanie sprawie – wiadomo, że te wszystkie zalety, tak oczywiste u dygnitarzy z Prawa i Sprawiedliwości, doprowadziły do tego olbrzymiego sukcesu, jakim był przylot samolotu z Chin do Warszawy. Ale przecież to nie wszystko. Niezmiernie potrzebna była też wiara. I tu stronie polskiej z pomocą przyszła religia Cargo.
Jak powszechnie wiadomo, religia, czy kult Cargo, rozwinęła się w latach 40. dwudziestego wieku wśród Papuasów i Melanezyjczyków, na Nowej Gwinei i innych wyspach Oceanu Spokojnego. Tubylcy obserwowali bowiem – zwłaszcza w czasie wojny światowej – lądowania samolotów amerykańskich, które przynosiły w swym wnętrzu ludzi oraz wiele cennych dóbr z żywnością na czele. Wedle tubylców te olbrzymie srebrne ptaki przylatywały z nieba za sprawą bogów, a piloci byli ich wysłannikami. To zrozumiałe, wiemy przecież czym dla Azteków był widok Hiszpanów na koniach
I właśnie z tego powodu, aby zyskać przychylność bogów i skłonić ich do przysyłania z nieba kolejnych stalowych ptaków pełnych skarbów, Papuasi i Melanezyjczycy latami budowali z drewna oraz gałęzi wielkie figury samolotów, ustawiając je na wykarczowanych przez siebie pasach startowych. Były to świątynie religii Cargo, przy których tubylcy modlili się o dostawę z nieba następnej porcji cudownych dóbr.
Również i dla premiera oraz rządu PiS przylot samolotu z Chin był zjawiskiem wymodlonym i wybłaganym w trakcie wielogodzinnych negocjacji prowadzonych jakoby na wysokich szczeblach. Zrozumiałe, iż Mateusz Morawiecki musiał być przejęty i zafascynowany tak niesamowitym wydarzeniem, jak spłynięcie z nieba wielkiego metalowego ptaka, który jak gdyby nigdy nic siada na ziemi, a z jego wnętrza wychodzą ludzie i wyładowywane są rozliczne dobra. Przecież to takie niezwykłe!
I naturalnie tylko niezwykli ludzie mogli osiągnąć ten niezwykły sukces. Jeszcze raz się więc okazało, że mamy słuszność, uważając, iż premier Morawiecki i prezydent Duda są przeznaczeni do rzeczy wielkich.