Przemysłem Polska stoi

Silny sektor przemysłowy napędza gospodarkę i daje gwarancję suwerenności ekonomicznej państwa.
Przemysł, obok rolnictwa i usług, jest jednym z trzech podstawowych sektorów gospodarki. W naszym kraju jej najważniejszą część stanowi, mówiąc najprościej, przetwórstwo przemysłowe, czyli przetwarzanie surowców w wyroby.
Polska jest relatywnie wysoko uprzemysłowionym państwem. Udział sektora wytwórczego w wartości dodanej wytwarzanej u nas wynosi 18,9 proc. wobec wartości dla całej Unii Europejskiej równej 15,5 proc. Wartość dodana w polskim sektorze przemysłowym od 2015 r. rośnie (w cenach stałych) o średnio 3,9 proc. rocznie.
Największą gałęzią polskiego przemysłu jest przetwórstwo spożywcze (18 proc. produkcji sprzedanej), a następnie przemysł motoryzacyjny (11 proc. ), produkcja wyrobów z metali (9 proc.), produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych (7 proc.) oraz produkcja koksu i przetwórstwo ropy naftowej (6 proc.).
Jeśli natomiast spojrzymy na działy, które najszybciej rozwijały się w ostatnich 5 latach, to na pierwszym miejscu znajduje się produkcja wyrobów tytoniowych (wzrost aż 69-procentowy, jednak branża ta stanowi jedynie 0,5 proc. całego przemysłu). Potem produkcja wyrobów z gumy (wzrost o 45 proc.), produkcja wyrobów z mineralnych surowców niemetalicznych (44 proc.), produkcja koksu i przetwórstwo ropy oraz produkcja urządzeń elektrycznych (po 43 proc.), a także produkcja sprzętu transportowego (42 proc.).
Przemysł wytwórczy jest sektorem, do którego kierowana jest największa część inwestycji realizowanych w Polsce. Ich wartość wzrosła od 2012 do 2019 r. o 82,8 proc. w cenach stałych, a udział we wszystkich inwestycjach w kapitał trwały zwiększył się z poziomu 16,5 proc. do poziomu 23,4 proc. Niestety, ubiegły pandemiczny rok przyniósł załamanie inwestycji, które zmniejszyły się o 8 proc.
Bardziej optymistycznych wieści mogłaby dostarczyć analiza produktywności polskiego przetwórstwa przemysłowego. Dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) podają, że w Polsce wartość dodana na przepracowaną godzinę w tym sektorze wzrosła w 2019 roku o 9,1 proc. co jest tempem zdecydowanie szybszym niż w pozostałych państwach. Biorąc pod uwagę ostatnie cztery lata, znajdujemy się w gronie państw z szybkim przyrostem produktywności przemysłu, osiągając w tym czasie wzrost o 14,3 proc. To zrozumiałe, bo startując z niskiego poziomu ma się zwykle szybsze tempo wzrostu. Nie wiadomo jednak, czy w 2020 r. nie nastąpiło w Polsce także i zachwianie produktywności.
Warto zwrócić uwagę, że pod względem liczby pracujących w przemyśle, jest duża różnica między Polską a średnią unijną – w Polsce pracownicy przemysłowi stanowią 20,5 proc. wszystkich pracujących, podczas gdy w całej UE – 13,6 proc. Oznacza to, że w naszym kraju 3,35 mln osób pracuje w sektorze wytwórczym.
Chod dziś największy rozgłos uzyskują firmy usługowe działające w branży internetowej i handlowej, to wciąż przemysł pozostaje sektorem, który najsilniej wpływa na kondycję gospodarki narodowej w perspektywie długookresowej. Zgodnie z tym podejściem, Unia Europejska w dokumencie „Nowa strategia przemysłowa dla Europy” uznała silny sektor przemysłowy za sektor napędzający gospodarkę i gwarant suwerenności ekonomicznej.
Znaczenie przemysłu dla gospodarki wykracza poza samą bezpośrednią produkcję. Rozwijający się przemysł tworzy miejsca pracy w sektorze usług, wspierających produkcję przemysłową, np. przy badaniach i rozwoju, handlu towarami czy, coraz ważniejszej dziś, obsłudze systemów cyfrowych. W ramach przemysłu również funkcjonują typy produkcji, mające większe oddziaływanie zewnętrzne od pozostałych. Są to przede wszystkim integratorzy łańcuchów wartości, gdzie projektuje się finalne produkty i organizuje ich produkcję na wielu etapach, często współorganizując produkcję kilkudziesięciu firm dostarczających półproduktów. Tego typu przedsiębiorstwa są szczególnie istotne dla rozwoju krajowej gospodarki, ponieważ generują największe pozytywne efekty zewnętrzne.
Silny krajowy przemysł wytwórczy staje się szczególnie istotny w momentach załamania międzynarodowego handlu, tak jak miało to miejsce na początku pandemii COVID-19. Istotne okazuje się wówczas ulokowanie produkcji kluczowych, strategicznych dóbr w kraju, w którym konieczne jest ich wykorzystanie. Posiadanie silnego sektora przemysłowego buduje strategiczną autonomię i wpływa na bezpieczeństwo gospodarcze (np. w dostępie do żywności i leków). Inna byłaby dziś sytuacja Polski, gdybyśmy byli w stanie wytwarzać u nas szczepionkę przeciw koronawirusowi.
Prawie każde państwo, w tym i nasze, stara się wdrażać rozmaite polityki rozwoju mające na celu poprawę warunków prowadzenia działalności gospodarczej. Jak wskazuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, dziś działania takie muszą być uzupełnione o szytą na miarę, dopasowaną do potrzeb branż, politykę przemysłową. Chodzi więc o politykę sektorową, którą – głównie teoretycznie – próbuje się stosować w Polsce od ponad pół wieku.
Zdaniem ministerstwa, niezwykle ważne dla polityki przemysłowej będą te branże, które cechują się dużą złożonością produkcji i wysoką wartością dodaną wytwarzaną w krajowych ogniwach łańcucha produkcji (czyli, mówiąc bardziej po ludzku, nie chodzi o prosty montaż). A także te ze znacznym potencjałem eksportowym. Odpowiednio ukierunkowane wsparcie powinno nadać impetu rozwojowego w poszczególnych branżach, a otoczenie instytucjonalne i stała deregulacja wspomóc budowanie przewag konkurencyjnych polskiego przemysłu. Rzecz w tym, że w Polsce pod rządami PiS, zamiast deregulacji mamy przeregulowanie.
Do kluczowych trendów i wyzwań mających wpływ na rozwój przemysłu w erze pandemii należy przede wszystkim cyfryzacja, jako ciągły proces dopasowywania się rzeczywistego i wirtualnego świata. Staje się ona głównym motorem innowacji i zmian w większości sektorów gospodarki.
Rząd powinien się skupić na stworzeniu przychylnego środowiska dla dynamicznego wzrostu wykorzystania i zaawansowania narzędzi cyfrowych w celu zwiększenia produktywności i innowacyjności gospodarki.
Podstawą do stworzenia takiego środowiska jest bez wątpienia odpowiednia infrastruktura techniczna, której w Polsce wciąż brakuje. Powszechny dostęp do szybkiego łącza internetowego jest dziś niemal równie ważny co dostęp wszystkich obszarów kraju do powszechnej sieci dróg czy sieci energetycznej.
Czynnikiem, bez którego cyfryzacja nie wykorzysta swojego potencjału modernizacyjnego dla gospodarki, są głównie dane cyfrowe. Dlatego obowiązkiem rządu jest stworzenie infrastruktury instytucjonalnej, zachęcającej sektor prywatny (firmy, organizacje i obywateli) do bezpiecznego udostępniania i wielokrotnego wykorzystywania danych. Potrzebne są zatem odpowiednie regulacje, chroniące prywatność i interes ekonomiczny konsumentów korzystających z danych.
Cyfryzacja działalności gospodarczej wykracza daleko poza internetową sprzedaż lub komunikację z klientem, a ważnym jej wymiarem jest właśnie zbieranie i analiza danych cyfrowych. Należy się spodziewać, że w najbliższych latach dane cyfrowe i odpowiednie ich wykorzystanie staną się jednym z głównych motorów innowacyjności. Takie przypuszczenie jest podstawą koncepcji przemysłu 4.0, który opiera się na wykorzystaniu tzw. systemów cyberfizycznych, czyli łączących wykorzystanie robotów przemysłowych z bieżącym, automatycznym zarządzaniem nimi przez programy przetwarzające duże zbiory danych.

Rzadkie, ale cierpi na nie wielu

Leczenie chorób rzadkich wymaga wielu skomplikowanych terapii i kosztuje niemało. Ubożsi Polacy mają więc nikłe szanse.
Choroby rzadkie to ciężkie, często zagrażające życiu schorzenia, na które zapada od 6 do 8 proc. populacji. Oznacza to, że w Polsce żyje około 3 milionów osób z jakąś chorobą rzadką – czyli naprawdę sporo. Leczenie ich wymaga interdyscyplinarnego, wielopłaszczyznowego i skoordynowanego podejścia, wyrównującego szanse pacjentów cierpiących na choroby rzadkie – no i niemało kosztuje. W odpowiedzi na to zapotrzebowanie Agencja Badań Medycznych, państwowa instytucja odpowiedzialna za rozwój badań w dziedzinie nauk medycznych i nauk o zdrowiu, uruchomiła 100 mln zł grantu. Pieniądze są przeznaczone właśnie na badania nad najrzadszymi schorzeniami. – Niestety, część pacjentów ma to wielkie nieszczęście, że choruje na choroby rzadkie lub ultrarzadkie, które ze względów biznesowych nie są przedmiotem zainteresowania gigantów farmaceutycznych. W związku z tym musimy wypełnić tę niszę, aby pacjentom z takimi właśnie chorobami zapewnić dostęp do nowoczesnych, skutecznych terapii – komentuje prezes ABM dr n. med. Radosław Sierpiński.
Dotychczas, choroby rzadkie nie znajdowały się wśród priorytetowych programów ani w wielu krajach Europy, ani zwłaszcza w Polsce. To podejście ma się jednak zacząć zmieniać, wraz z rozpoczęciem różnych wielopłaszczyznowych działań podejmowanych zarówno w kraju, jak i za granicą.
Jest szansa, że w niezbyt dalekiej przyszłości problem chorób rzadkich w Polsce może doczekać się kompleksowego rozwiązania, między innymi za sprawą opracowywanego przez Ministerstwo Zdrowia „Narodowego Planu dla Chorób Rzadkich”. Założenia planu stworzono już dawno, za czasów rządów Platformy Obywatelskiej. Prace nad nim trwają od 2011 r., zostały jednak spowolnione gdy Prawo i Sprawiedliwość zdobyło władzę. Zakończenie prac nad planem jest przesuwane z roku na rok. Wedle najnowszych obietnic rządowych, Narodowy Plan dla Chorób Rzadkich ma ruszyć jeszcze w bieżącym roku.
Uzupełnieniem działań podejmowanych przez Ministerstwo Zdrowia są konkursy dofinansowane przez Agencję Badań Medycznych dedykowane niekomercyjnym badaniom klinicznym nad chorobami rzadkimi. Do tej pory w ramach dwóch edycji konkursów na ten temat, ABM przekazała łącznie 130 milionów złotych realizację 10 projektów związanych z chorobami rzadkimi.
W 2021 roku Agencja Badań Medycznych uruchomiła także pierwszy w Europie Środkowo- Wschodniej program o wartości 100 mln zł na działalność badawczo-rozwojową, z którego będą mogli skorzystać pacjenci dotknięci chorobą uznaną za rzadką lub ultrarzadką. Informacje o nim można m.in znaleźć na portalu dozdrowia.com.pl. Celem konkursu jest przede wszystkim zwiększenie dostępności do diagnostyki i terapii lekowych w chorobach rzadkich. – Dla wielu chorych, zwłaszcza na choroby rzadkie badania kliniczne są szansą na innowacyjne leczenie i poprawę zdrowia. Wiąże się to z możliwością wykonania nowoczesnych badań diagnostycznych, a wielu przypadkach z ostatnią dostępną opcją zwiększenia komfortu i czasu przeżycia – podkreśla lek. Aneta Sitarska-Haber wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych. Niestety, bardzo często wchodzi w grę tylko ta ostatnia dostępna opcja, bo badania kliniczne trwają długo i rzadko prowadzą do stworzenia leków, pozwalających jednoznacznie wygrać z chorobą. – Bardzo się cieszę, że Agencja Badań Medycznych realizuje programy, które mają służyć poprawie diagnostyki w chorobach rzadkich. To jest niezwykle istotny problem. Oczywiście mamy świadomość, że w chorobach rzadkich nie doganiamy tempa opracowywania nowych terapii, dostępnego dla pacjentów z częstszymi schorzeniami, ale wyjściową kwestią jest problem diagnostyczny, który zdarza się że w przypadku chorych na choroby rzadkie trwa latami – dodaje prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak z Kliniki Neurologii i Epileptologii Centrum Zdrowia Dziecka.
Krótko- i długoterminowe rezultaty, wynikające z udziału jednostek naukowych i pacjentów w proponowanym przez Agencję Badań Medycznych konkursie, będą – o ile się zmaterializują – próbą jakiegoś wyjścia naprzeciw oczekiwaniom społecznym związanym ze wsparciem diagnostyki chorób rzadkich. Wnioski o granty można składać do 31 marca bieżącego roku.
Jest to także szansa dla pacjentów na wdrożenie leczenia i zwiększenia dostępności do innowacyjnych terapii lekowych w Polsce, bez konieczności udawania się na kosztowne leczenie za granicą. Może w tym pomóc wykorzystywanie nowoczesnych wysokospecjalistycznych badań genetycznych, wypracowanie standardów i procedur dotyczących nowoczesnych podejść diagnostycznych.
Na koniec dygresja. Staranie się w konkursach o granty z publicznych pieniędzy może być niezłym interesem za panowania Prawa i Sprawiedliwości. Kasa jest hojnie przyznawana i płynie różnymi źródłami, z tym, że raczej dla krewnych i znajomych królika, ale najważniejsze, że nie trzeba się specjalnie troszczyć o wyniki.
Tylko od 2015 r. prywatna firma OncoArendi należąca do Marcina Szumowskiego, brata byłego już ministra zdrowia, dostała łącznie 140 mln zł publicznych środków, z tym, że głównie z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Firma działa od 2012 r, na swej stronie internetowej informuje, że jej ambicją jest m.in. „komercjalizacja przełomowych leków na raka, choroby włóknieniowe i zapalne”. Na razie jednak głucho o lekach, choćby nawet niekoniecznie przełomowych, które za sprawą OncoArendi zostały wprowadzone na rynek.

Nowe obiecanki mieszkaniowe rządu PiS

Tym razem rząd obiecuje, że już za 10 lat liczba mieszkań przypadających w Polsce na 1000 mieszkańców zwiększy się do poziomów osiąganych przeciętnie w krajach Unii Europejskiej.

Po niepowodzeniu dotychczasowych programów wsparcia dla budownictwa mieszkaniowego, o których opowiadał (bo nie można powiedzieć, że je realizował) rząd Prawa i Sprawiedliwości, tym razem ekipa rządząca sformułowała kolejne obietnice. Ich istotą ma być zachęcenie prywatnych inwestorów, by włączyli się w działania budowlane i wyłożyli na ten cel więcej własnych pieniędzy.
Dlatego rząd PiS proponuje, żeby taki prywatny inwestor kupował nieruchomość od gminy, wybudował na niej budynek wielorodzinny, po czym przekazał część mieszkań gminie. Gmina mogłaby zaś te mieszkania zachować w swoim zasobie (jako komunalne) lub wnieść je do spółek gminnych (np. towarzystw budownictwa społecznego).
W ten sposób gmina uzyskiwałaby zasób mieszkaniowy, bez konieczności samodzielnego prowadzenia skomplikowanego i czasochłonnego procesu inwestycyjnego. Wszystko to jest dosyć oczywiste i nie można pojąć, dlaczego przez prawie pięć lat rząd PiS nie był w stanie stworzyć takich rozwiązań. Mimo dotychczasowych niepowodzeń, rząd obiecuje, że nastąpi zwiększenie do 2030 r. liczby mieszkań przypadających w Polsce na 1000 mieszkańców „do poziomów osiąganych przeciętnie w krajach Unii Europejskiej”. Budownictwo mieszkaniowe ma być też kołem zamachowym dla naszej gospodarki, boleśnie dotkniętej skutkami COVID-19.
Zapisem, który teoretycznie powinien przyspieszyć proces inwestycyjny i zmniejszyć niepewność potencjalnych inwestorów co do możliwości zagospodarowania danej nieruchomości, będzie przepis, zgodnie z którym tereny oferowane przez gminę muszą być objęte miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego lub musi być wydana dla nich decyzja o warunkach zabudowy.
I tu pojawia się właśnie bariera, która może sprawić, że i ten pomysł mieszkaniowy PiS zakończy się klapą. Zdecydowana większość polskich gmin nie ma bowiem planów zagospodarowania przestrzennego i nie pali się do ich tworzenia, a rząd PiS nic nie robi, aby je do tego zachęcić. Natomiast uzyskiwanie decyzji o warunkach zabudowy już teraz trwa ponad trzy miesiące, a gdy gmina będzie musiała przygotować warunki zabudowy dla wszystkich oferowanych przez siebie nieruchomości, to ten czas może wydłużyć się na lata – albo gminy po prostu nie będą oferować terenów przygotowanych pod budownictwo mieszkaniowe. Rząd chce jakoś temu zaradzić i dlatego obiecuje również zachęty finansowe dla gminy, które zechcą inwestować w budownictwo mieszkaniowe oraz w infrastrukturę techniczną i społeczną, która towarzyszy budownictwu.
Gminy zaangażowane w programy mieszkaniowe będą więc mogły otrzymać 10-procentowy grant na pokrycie części kosztów stworzenia infrastruktury towarzyszącej budownictwu mieszkaniowemu. Tyle, że rząd PiS ani nie ma pieniędzy, ani chęci do finansowego wspierania samorządów, zwłaszcza w gminach, w których rządzi opozycja. Należy więc przypuszczać, że jeżeli jakieś granty w ogóle będą przyznawane, to tylko z partyjnego rozdania, dla tych gmin w których panuje PiS.

Państwo, które przestaje funkcjonować

Rządowych notabli nie obchodzi, na jakie przedsięwzięcia przeznacza się państwowe pieniądze – byle mogli jakąś część tej kasy uszczknąć dla siebie.
Wszyscy widzimy, że pod rządami Prawa i Sprawiedliwości nasze państwo działa tylko teoretycznie. Pewną sprawność wykazuje jedynie w ściąganiu pieniędzy od obywateli i w wypłacaniu apanaży PiS-owskim krewnym i znajomym królika, którzy obsiedli państwowe posady. Jeśli natomiast chodzi o realizację funkcji państwa (na które łożą Polacy), to mamy tu pełną katastrofę. Koronawirus bardzo wyraźnie pogłębił jej skalę.
Państwo sanacyjne, na którego tradycje tak chętnie powołują się prominenci PiS, rozpadło się we wrześniu 1939 r. w kilkanaście dni. Dzisiejsze państwo polskie pod nieszczęsnymi rządami prawicy, na naszych oczach zmierza właśnie ku rozpadowi. Nie trzeba do tego wybuchu wojny światowej.
Ów rozpad i marnowanie pieniędzy obywateli widać na niemal wszystkich płaszczyznach – także i dalekich od tak strategicznych dziedzin jak konieczność ratowania ludzkiego życia i zdrowia w obliczu pandemii (z czym oczywiście państwo PiS również nie daje sobie rady – ale też i się specjalnie nie stara).
Oto jeden z przykładów, zresztą nieco zbliżony – rozwijanie aktywności fizycznej społeczeństwa. Okazuje się, jak stwierdziła właśnie Najwyższa Izba Kontroli, że zwiększenie za czasów PiS o blisko 100 proc. środków publicznych na realizację programów pobudzających aktywność fizyczną dzieci i młodzieży, nie przełożyło się bynajmniej na realizację tego celu. Przeciwnie – zmalał odsetek dzieci i młodzieży (w wieku 11 – 17 lat) podejmujących aktywność fizyczną w wymiarze zgodnym z wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – co najmniej 60 minut dziennie przez 7 dni w tygodniu.
NIK skontrolowała, czy realizacja programów Ministra Sportu i Turystyki w latach 2016 – 2019 wpłynęła na wzrost aktywności fizycznej dzieci i młodzieży. Otóż nie wpłynęła – to znaczy, jak widać wpłynęła, ale ujemnie. Od razu więc wypada wystosować apel do rządu: zwróćcie ludziom te zmarnowane przez was pieniądze, które przeznaczyliście jakoby na poprawę kondycji fizycznej młodzieży.
Jak powszechnie wiadomo, aktywność fizyczna jest niezbędna dla prawidłowego rozwoju fizycznego, psychicznego i społecznego oraz dla zapobiegania otyłości i zaburzeniom układu ruchu. Stanowi też ważny element zapobiegania rozlicznym chorobom (zgodnie z zasadą, że ruch może być najlepszym lekarstwem).
Tymczasem badanie aktywności fizycznej przeprowadzone w 2013 r. i w 2018 r. na grupie dzieci i młodzieży pokazało, że większość nie spełniała zaleceń WHO. Aktywność umiarkowaną, czyli co najmniej 60 minut dziennie aktywności fizycznej przez 7 dni w tygodniu, osiągnęło w 2013 r. tylko ponad 21 proc., a w 2018 r. ponad 15 proc. osób w wieku 11 – 17 lat. Spadek o 6 punktów procentowych!
Taki właśnie efekt uzyskał rząd Prawa i Sprawiedliwości za cenę dwukrotnego zwiększenia nakładów publicznych na poprawę kondycji fizycznej młodzieży! Oto PiS-owscy mistrzowie sprawnego działania i spełnianych obietnic!
Warto tu dodać, że na poprawę aktywności fizycznej dzieci i młodzieży w latach 2016-2018 przeznaczono (z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej i Funduszu Zajęć Sportowych dla Uczniów) ponad 415 mln zł, co stanowiło 78 proc. wszystkich wydatków na sport powszechny. Jeszcze w 2016 r wydano na ten cel 91,6 mln publicznych złotych. W 2018 r. już 180,7 mln zł.
Tak więc, w ciągu tych trzech lat wydatki na kondycję fizyczną młodzieży zwiększyły się o ponad 97 proc. Liczba dzieci i młodzieży objęta działaniem różnych programów mających rozwijać aktywność społeczną, wzrosła zaś nie o 97 proc., lecz tylko o około 32 proc. – z 1,17 mln do 1,55 mln osób. Wzrosła jednak i tak głównie teoretycznie, skoro w efekcie nastąpił spadek poziomu aktywności fizycznej młodych Polaków. „Nie było to współmierne do wzrostu finansowania programów. Realizowane przez Ministra Sportu i Turystyki programy nie przełożyły się na zakładany wzrost aktywności fizycznej dzieci i młodzieży w wieku 11 – 17 lat” – podkreśla NIK.
Rodzą się więc kolejne pytania do rządu PiS: co u Boga ojca zrobiliście z tą kasą? Czy naprawdę tak dużo poszło na wasze premie, nagrody, limuzyny służbowe, ochronę, specjalną opiekę lekarską, szczepionki których nie ma dla „zwykłych” ludzi itd.?
NIK spróbowała znaleźć odpowiedź choćby na pierwsze z tych pytań. Bez rezultatu.
„Nie wiadomo dokładnie, jakie efekty przyniosły finansowane ze środków publicznych programy, bo Minister Sportu i Turystyki nie określił mierzalnych celów, mierników realizacji celów ani narzędzi do pomiaru wzrostu lub poprawy aktywności fizycznej. /…/ W konsekwencji nie oceniano, które z realizowanych programów wpłynęły na wzrost lub poprawę aktywności fizycznej dzieci i młodzieży. Tym samym nie posiadano wiedzy, które z programów warto kontynuować, w odróżnieniu od przedsięwzięć nieprzynoszących efektów i wymagających korekty lub zakończenia – tak by środki lokować w programy, które wpływają realnie na poprawę aktywności fizycznej” – wskazuje Najwyższa Izba Kontroli.
Ten brak zainteresowania PiS-owskiej administracji, na co wydawano publiczne pieniądze, jest zupełnie zrozumiały. Chodziło przecież o lokowanie pieniędzy uzyskanych od obywateli, a nie swoich, prywatnych. Rządowych notabli guzik więc obchodziło, na jakie przedsięwzięcia je przeznaczano – byle można było część kasy uszczknąć dla siebie.
Żeby zaś trudniej było się połapać w kierunkach i celowości tych wydatków, zrezygnowano z dwóch ważnych wskaźników dotyczących rozwoju szkolnej infrastruktury sportowo – rekreacyjnej. Chodziło o odsetek szkół mających dostęp do sali gimnastycznej, oraz szkół z dostępem do jakiegokolwiek boiska lub urządzenia sportowego. Ministerstwo Sportu i Turystyki odstąpiło od monitorowania realizacji tych wskaźników. Jak tłumaczy, z powodu braku danych. Przypomina się więc stara zasada: żeby nie mieć gorączki, należy stłuc termometr.
Jest jednak jakiś jaśniejszy punkt na tym ponurym obrazie marnowania publicznych pieniędzy. Otóż, realizowane pod egidą resortu sportu i turystyki programy inwestycyjne przyczyniły się do poprawy szkolnej bazy sportowej. Efektem wsparcia w wysokości ponad 466 mln zł było w latach 2016-2018 wybudowanie i przebudowanie 1 080 oraz modernizacja 131 obiektów sportowych w 986 szkołach w Polsce. Stało się to głównie dzięki wysiłkowi samorządowców, zaangażowanych w te działania.
Pod adresem władz samorządowych w Polsce można sformułować bardzo wiele uwag krytycznych – ale niekiedy umieją się one postarać o to, by wydawane pieniądze przyniosły jakieś efekty.

Bajki o gospodarczej dobrej zmianie

Na szczęście dla polskiej gospodarki, PiS-owskie państwowe i rzekomo „bardzo konkretne” programy rozwojowe pozostają tylko w sferze propagandy.
Niedawno minęła trzecia rocznica rzekomego położenia stępki pod budowę polskiego promu pasażerskiego na terenie dawnej Stoczni Szczecińskiej. To dobra okazja do przypomnienia efektów tzw. planu Morawieckiego, jako że prom „Batory”, pod którego stępkę kładł sam twórca planu, to jeden z projektów flagowych.
Plan Morawieckiego można podzielić na trzy części: diagnozę stanu gospodarki, opis planowanych „programów rozwojowych”, których realizacją miałoby zająć się państwo, oraz listę ogólnogospodarczych celów i mierzalnych wskaźników, według których należy realizację tych celów oceniać – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
.Pośród celów, które miały zostać osiągnięte już w tym roku, znalazło się radykalne zwiększenie stopy inwestycji (do 25 proc. PKB). Nie wypadałoby krytykować rządu za niezrealizowanie celu w roku, w którym świat spowiła pandemia, gdyby nie to, że od dojścia PiS do władzy i ogłoszenia planu Morawieckiego w lutym 2016 roku stopa inwestycji najpierw spadała, by potem tylko nieznacznie odbić. W rezultacie w 2017 roku udział inwestycji w polskim PKB był najniższy od 1995 roku, a na koniec 2019 r. wyniósł 18,6 proc. PKB, czyli, jak łatwo policzyć, o 6,4 proc. PKB mniej, niż zapowiadał Morawiecki.
Gdy PiS w 2015 r. przejmowało władzę, inwestycje stanowiły 20 proc. PKB, a zatem za czasów PO – PSL Polska była bliżej celu Morawieckiego, niż po czterech latach rządów PiS. Zmalały też kluczowe dla wzrostu gospodarczego inwestycje prywatne – z 15,6 proc. PKB w 2015 roku do 14,3 proc. w 2019 roku. To efekt m.in. nieprzewidywalnych zmian przepisów oraz ataku na niezależność sądów.
Mateusz Morawiecki zapowiadał też „wzmocnienie naszej nogi przemysłowej”(wzrost udziału produkcji przemysłowej w PKB), w zgodzie z głoszonym przez siebie sloganem „reindustrializacji”. „Reindustrializacja” to oczywiście zaklęcie służące propagandzie o „upadku polskiego przemysłu” w wyniku transformacji – propagandzie stojącej, zdaniem FOR, w jaskrawej sprzeczności z faktami, gdyż produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła w latach 1989–2015 o 270 proc. (wg. OECD).
PiS wcale nie przyspieszyło dokonującej się wcześniej industrializacji. Przed wyborami w 2015 roku udział przetwórstwa przemysłowego w wartości dodanej rósł, a Polska znajdowała się pod tym względem w unijnej czołówce. Natomiast od 2017 roku mimo deklaracji Morawieckiego znaczenie przetwórstwa przemysłowego w polskiej gospodarce słabnie, a pierwsze cztery lataPiS wypadają pod tym względem gorzej od ostatnich czterech lat PO – PSL. W ramach „promocji polskich inwestycji zagranicznych” miały one wzrosnąć do ok. 160 mld zł, tymczasem na koniec 2018 roku (ostatnie dostępne dane) spadły do 93,5 mld zł –z poziomu 107,3 mld zł na koniec 2015 roku.
Z podsumowania, jakie zrobiono w FOR przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, wynika, że pod względem sześciu z dziewięciu wskaźników wybranych przez Morawieckiego polska gospodarka lepiej radziła sobie za czasów PO – PSL niż za rządów PiS. Jak już jednak wspomniano na początku, plan Morawieckiego to nie tylko wskaźniki. To także „programy rozwojowe”(„konkretne bardzo”, jak podkreślił twórca planu).
Polskie państwo miało dowieść swojej przedsiębiorczości, angażując się we wskazane przez Morawieckiego projekty inwestycyjne jak budowa pełnej gamy polskich dronów („Żwirko i Wigura”), rozwój kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa („Cyberpark Enigma”) czy produkcja maszyn górniczych („Polski Kombajn Górniczy”). Miejsca nie zabrakło również dla produkcji pojazdów komunikacji miejskiej (w końcu w jakimś celu znacjonalizowano znajdującą się na skraju bankructwa Pesę) i budowy polskiego promu pasażerskiego („Batory”).
Żeby planowi budowy państwowego promu nadać impet, 23 czerwca 2017 roku stępkę położył sam ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki. Pół roku później państwowy Fundusz Rozwoju Spółek otrzymał z Funduszu Reprywatyzacji 200 mln zł na realizację „różnorakich zadań z zakresu szeroko rozumianej gospodarki morskiej”. Rok później FRS przejął od państwowego funduszu MARS Stocznię Szczecińską i Morską Stocznię Remontową „Gryfia”, której w ostatnich półroczu udzielił dwóch pożyczek pieniężnych w niepodanej do publicznej wiadomości kwocie. Mimo całej propagandowej pompy i przesunięć aktywów między państwowymi instytucjami projekt nie posunął się do przodu, a stępka rdzewieje w tym samym miejscu, w którym położył ją Mateusz Morawiecki.
Znamienna jest też propaganda towarzysząca zapowiedzianemu w planie Morawieckiego „Planowi Rozwoju Elektromobilności”. Przyjęty w marcu 2017 roku „Plan” roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 roku. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – rząd przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 roku”. Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 roku, lecz do 2030 roku.
Później, już w exposé Morawiecki głosił „rozwijanie programu elektromobilności”, a niedawno wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin oświadczył, że „my jesteśmy dzisiaj gotowi do tego,żeby te auta [elektryczne] produkować”, ale problem leży w tym, „jak sprzedać te samochody”. Tymczasem przez trzy lata od ogłoszenia „Planu Rozwoju Elektromobilności” zarejestrowano w Polsce 6,3 tys. elektrycznych samochodów pasażerskich, co proporcjonalnie do ogółu zarejestrowanych samochodów plasuje nas w unijnym ogonie. Trzeba przy tym podkreślić, że państwowi akcjonariusze wnieśli już do spółki Electromobility Poland 70 mln zł.
Należy uznać, że na razie – szczęśliwie dla polskiej gospodarki – państwowe i „konkretne bardzo programy rozwojowe” pozostają w sferze propagandy. Mniej szczęśliwie wygląda to, iż na finansowanie propagandowych zabiegów rząd przeznacza realne środki. Najbardziej jednak ubolewać należy nad podważaniem osiągnięć polskiej prywatnej przedsiębiorczości, którą zastąpić miałoby „przedsiębiorcze państwo”. Wyraził to ostatnio na zjeździe klubów „Gazety Polskiej” Jacek Sasin, który powiedział, że „często ten kapitał polski prywatny ma swoje korzenie w różnego rodzaju działalnościach przestępczych”, a „dzisiaj realnie duży polski kapitał to są spółki skarbu państwa”. W rzeczywistości jednak to państwo, wykraczające poza swoje podstawowe funkcje, staje się siedliskiem nepotyzmu i korupcji.

PiS nie chce zwalczać smogu

Rząd nic nie robi, by w Polsce było czystsze powietrze. Woli zwalać swoje obowiązki na samorządy lokalne.

Rząd PiS wymyślił sposób jak ukryć swoją indolencję i bezczynność w zwalczaniu zanieczyszczeń powietrza. Postanowił przerzucić ten obowiązek na samorządy.
Dlatego właśnie Rada Ministrów przyjęła nowelizację prawa ochrony środowiska oraz ustawy o zarządzaniu kryzysowym.
Projekt przewiduje przyspieszenie – rękami samorządów – eliminacji zagrożeń związanych z występowaniem nadmiernych stężeń niektórych zanieczyszczeń powietrza. Dotyczy to zwłaszcza przekroczeń dopuszczalnych poziomów pyłów PM10 i PM2,5, a także dwutlenku azotu oraz benzoapirenu.

Częściej umierają? No to trudno

Polska ma bardzo duże kłopoty z dotrzymaniem wymogów jakości powietrza, ze względu na zanieczyszczenie pyłami zawieszonymi. Na 46 stref w Polsce, dopuszczalny poziom skażeń jest przekraczany w 44. Za przekroczenia te odpowiada zwłaszcza sektor bytowo-komunalny oraz transport.
Skala zaniedbań PiS-owskiej władzy jest tak duża, że według Światowej Organizacji Zdrowia zanieczyszczone powietrze w Polsce jest przyczyną przedwczesnej śmierci ok. 45 tys. osób rocznie. Z kolei tzw. niska emisja – wytwarzana w dużym stopniu przez małe zakłady i gospodarstwa wykorzystujące do ogrzewania kotły na paliwo stałe – odpowiada w Polsce za ok. 19 tys. przedwczesnych zgonów.
Rząd kompletnie nie przejmuje się rosnącą liczbą zgonów. Nic nie umie na to poradzić – a i absolutnie nie ma ochoty, bo musiałby ograniczyć spalanie węgla, co naruszyłoby interesy lobby górniczego.
Rada Ministrów uznała więc, że podstawą do działań naprawczych w sferze ochrony powietrza ma być aktywność samorządów – a konkretnie, uchwała sejmiku województwa w sprawie programu ochrony powietrza.
Mamy niby rządowy program „Czyste Powietrze” ale jest on już taką lipą, że sam rząd nie zwraca na niego uwagi, O czyste powietrze mają zatem walczyć samorządy. Rząd jest od ważniejszych spraw.

Będziemy więcej kontrolować

Dzisiejsze przepisy mówią, że sejmik województwa, w terminie 18 miesięcy od dnia otrzymania wyników oceny poziomów szkodliwych substancji w powietrzu (taką ocenę przeprowadzają wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska i klasyfikacji stref) – określa program ochrony powietrza w swojej uchwale.
Zgodnie z decyzją rządu, teraz samorządy będą miały mniej czasu na przygotowanie programów ochrony powietrza. Termin zostanie skrócony o 3 miesiące, więc będą musiały się zmieścić w 15 miesiącach. Ostateczny termin przyjęcia tych programów przez sejmiki wojewódzkie rząd wyznaczył na 15 czerwca 2020 r.
Rząd PiS postanowił też zająć się tym, co lubi najbardziej – czyli kontrolowaniem innych.
Aby wzmocnić kontrolę realizacji programów ochrony powierza, Rada Ministrów narzuciła samorządom obowiązek corocznego monitorowania przez zarząd województwa postępu działań naprawczych nawet na szczeblu gminnym. Kontrolowane będzie wykonanie planów ochrony powietrza oraz wynikających z nich planów działań krótkoterminowych.
„Nałożono dodatkowe zadania na administrację samorządową” – szczerze stwierdza Rada Ministrów, wskazując, iż działania kontrolne umożliwią monitorowanie skuteczności realizowanych zadań.
Tyle, że od samego monitorowania i kontrolowania nic się nie poprawi – tak jak od mieszania herbata nie zrobi się słodsza.
Wśród tych dodatkowych obowiązków, które rząd PiS, zamiast sobie, narzuca samorządom, znalazł się wymóg przygotowania dodatkowej dokumentacji i sprawozdawczości oraz monitorowanie stopnia realizacji działań, na poziomie od gminy do województwa.
Do nowych zadań urzędu marszałkowskiego należeć będzie teraz stała weryfikacja stanu zaawansowania poszczególnych działań i przygotowywanie szczegółowych informacji oraz sprawozdań dla ministra środowiska.
Nasilenie kontroli i sprawozdawczości – taka jest recepta PiS na zapewnienie czystszego powietrza w Polsce.
Rząd narzuci też samorządom nowy kształt planów ochrony powietrza – ale to, jakie zmiany będą one musiały wprowadzić do tych planów, zostanie określone szczegółowo w rozporządzeniu ministra środowiska. Rozporządzenie załatwi to po cichu, bez publicznego roztrząsania, nieuniknionego, gdy przepisy „stają na rządzie”.
Jednym z nowych obowiązków samorządów będzie też, jak podkreśla Rada Ministrów, „nawiązanie ciągłej, stałej współpracy z innymi podmiotami oraz prowadzenie bieżącej i systematycznej analizy skuteczności działań naprawczych wprowadzanych na poziomie regionalnym”.

To nie my, to rzecz samorządów

Jak wskazuje Rada Ministrów, samorządy zostaną wyraźnie zobowiązane do tego, by ich działania przewidziane w programie umożliwiały ograniczenie przekroczeń wartości dopuszczalnych, w możliwie najkrótszym terminie.
A może rząd PiS nałożyłby na siebie taki obowiązek, zamiast zwalać własne zadania na innych? Na to jednak nie można liczyć. „Dobra zmiana” do perfekcji opanowała sposoby migania się od roboty. A jeśli w dodatku przy okazji może wziąć pod but samorządy lokalne (bo idea samorządności jest wraża dla PiS), to jeszcze lepiej.
Dobrym przykładem na to, że rząd PiS tylko pozoruje walkę ze smogiem, jest rozporządzenie ministra rozwoju i finansów z 1 sierpnia 2017 r. w sprawie wymagań dla kotłów na paliwo stałe. Rozporządzenie wprowadziło restrykcyjne wymagania dla takich pieców. Od 1 października 2017 r. obowiązuje zaś zakaz stosowania tzw. rusztu awaryjnego, zaostrzono normy dotyczące tlenku węgla, związków gazowych oraz pyłów.
Wszystko to guzik pomogło, bo kotły-”kopciuchy’ są sprzedawane i użytkowane bez przeszkód, tyle, że pod inną nazwą. Rząd skąpi pieniędzy na sfinansowanie ich wymiany, szkodliwym miałem węglowym można handlować bez przeszkód, a poziom skażeń badany jest sporadycznie.
Dziś więc rząd stwierdza: „Mimo przeprowadzonej nowelizacji rozporządzenia z 1 sierpnia 2017 r., niezbędne okazało się wprowadzanie zmian na poziomie ustawowym”. I tradycyjnie, sposobem na zwalczenie smogu ma być poprawa „efektywności systemu kontroli przestrzegania przepisów dotyczących wymagań dla kotłów na paliwo stałe”.
Tym razem dodatkowe zadania nałożono na organy Inspekcji Handlowej. Będą one mogły nakładać na przedsiębiorców kary pieniężne do 5 proc. przychodu uzyskanego przez nich ze sprzedaży przestarzałych kotłów.
Rząd utrzymuje, że wyeliminuje to sprzedawców i producentów fałszujących świadectwa jakości pieców lub sprzedających kotły „bezklasowe” pod innymi nazwami. Nic takiego naturalnie się nie stanie, o czym rząd doskonale wie – ale wie też, że łatwiej wydawać wyssane z palca przepisy i w ten sposób pokazywać, że coś się robi, zamiast na serio wziąć się do poważnej walki ze smogiem.