Będzie już tylko gorzej?

Fot. Pomoc unijna to ważny czynnik naszego wzrostu gospodarczego

 

 

Mija najlepszy rok polskiej gospodarki. Jego powtórzenie będzie praktycznie niemożliwe, choćby dlatego, że w przyszłości zacznie się zmniejszać wsparcie dla naszego kraju z Unii Europejskiej.

 

Szybki wzrost PKB, rekordowo niskie bezrobocie, solidny wzrost płac, dodatnie saldo migracji i umiarkowany przyrost kredytów – wszystko to składa się na wyjątkowy rok dla polskiej gospodarki.
Wprawdzie po 1989 r. zdarzały się już lata z bardziej imponującym tempem wzrostu produktu krajowego brutto – ale nasza gospodarka nigdy jeszcze nie była tak zrównoważona jak obecnie.

 

Szybciej już bywało

Nie było znaczącego ośrodka analitycznego, który pod koniec 2017 r. wskazywałby, że nasz PKB w bieżącym roku wzrośnie aż o około 5 proc. (w miarę dokładny przyrost poznamy w styczniu).
W listopadzie ubiegłego roku Narodowy Bank Polski oceniał, że krajowa gospodarka będzie rozwijać się w tempie 3,6 proc. w 2018 r. Nieco bardziej optymistyczna była Komisja Europejska, ale i tak szacowała ten wskaźnik jedynie na 3,8 proc.
Wyraźne przyspieszenie tempa rozwoju w stosunku do prognoz to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń w tym roku. Dlaczego jednak ostatnie 12 miesięcy należy uznać za najlepsze od przynajmniej trzech dekad, skoro w ciągu tego okresu zdarzały się lata ze wzrostem PKB dochodzącym nawet do 7 proc.?
Po 1989 r. Polska przechodziła przez dwie fazy szybkiego wzrostu gospodarczego. Pierwsza nastąpiła w latach 1994-1998. Gwałtowny rozwój został wtedy obarczony inflacją, która wyraźnie przekraczała poziom 10 proc. Utrzymywało się także dwucyfrowe bezrobocie.
Dodatkowo, startowaliśmy wówczas z dość niskiego poziomu PKB na mieszkańca. W parytecie siły nabywczej, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB na osobę wynosił zaledwie 10 tys. USD (obecnie ok. 30 tys. USD). Statystyki gospodarcze dużo łatwiej rosną, gdy start następuje z niskiego poziomu.
Drugi okres ponadprzeciętnego rozwoju przypadł na lata 2004-2007, a zwłaszcza schyłek tego okresu (2006 i 2007). Niestety, wtedy gospodarka nie była zrównoważona. Deficyt na rachunku obrotów bieżących przekraczał 6 proc. PKB w 2007 r. Państwo było bardzo silnie stymulowane kredytem.
Dane NBP sprzed dekady pokazywały, że wzrost wartości kredytów mieszkaniowych w badanym okresie sięgał momentami 60 proc. rok do roku, a konsumpcyjnych przekraczał 40 proc. r/r. Jak pamiętamy, bańka na rynku nieruchomości, którą spowodował ten wzrost zadłużenia, szybko pękła.

 

2018 nie ma konkurencji

Mniej więcej pięcioprocentowy wzrost PKB w tym roku jest szybki, a przy tym zbilansowany jak nigdy dotąd. Inflacja pozostaje wyraźnie poniżej celu wyznaczonego przez NBP. Deficyt sektora finansów publicznych prawdopodobnie będzie rekordowo niski i nie powinien przekroczyć 0,5 proc. PKB.
W porównaniu do poprzednich lat, lekkiemu pogorszeniu uległo saldo rachunku bieżącego, ale jego ujemna wartość raczej nie wyjdzie poza granicę 0,5 proc. w relacji do PKB – co ogólnie można uznać za stan zbilansowania zewnętrznego gospodarki.
Nigdy w Polsce nie było równie niskiego bezrobocia, które według Głównego Urzędu Statystycznego, w kwartalnym badaniu aktywności ekonomicznej ludności wynosiło za trzeci kwartał bieżącego roku 3,8 proc. (wyrównane sezonowo). Niskie bezrobocie sprzyja wzrostowi wynagrodzeń w okolicach średnio 7 proc. r/r.
Takie tempo wystarcza, aby większość obywateli poczuła wzrost siły nabywczej swoich zarobków, a jednocześnie nie jest to na tyle dużo, by zagrozić stabilności finansowej przedsiębiorstw.
Nie widać też specjalnych czynników ryzyka, na przykład na rynku nieruchomości. W przeciwieństwie do lat 2006-2007, kredyt rośnie w umiarkowanym tempie (3,3 proc. r/r hipoteczny i 7,9 proc. r/r konsumpcyjny w III kw. br.).
Warto także zauważyć inny aspekt ważny dla wzrostu PKB. Wreszcie zaczynamy mieć prawdopodobnie dodatnie saldo migracji, co przynajmniej minimalnie zmniejsza negatywne skutki starzenia się polskiego społeczeństwa. Dzięki napływowi do Polski Ukraińców czy Białorusinów mniejszy deficyt notuje również Fundusz Ubezpieczeń Społecznych.

 

Są też minusy

Niestety nie wszystkie informacje, napływające w tym roku z gospodarki, są pozytywne. Jak wskazuje Cinkciarz.pl cały czas skromnie wyglądają inwestycje prywatne, a to one są gwarantem trwałego wzrostu PKB. Brakuje strukturalnych reform na rynku pracy – na przykład promocji zatrudnienia osób młodych czy zbliżających się do wieku emerytalnego.
Brakuje również rozwiązań korzystnych dla kobiet, które ułatwiłyby im godzenie życia rodzinnego z zawodowym (chodzi na przykład o możliwość preferencyjnego zatrudnienia na niepełny etat).
W rezultacie, mimo bardzo niskiego bezrobocia, odsetek zatrudnionych w Polsce nadal jest wyraźnie poniżej poziomu liderów naszego regionu czy państw Europy Zachodniej. Zwiększenie zatrudnienia z poziomu 68 do okolic 75 proc. spowodowałoby wzrost zatrudnienia o 1,8 mln osób. Taki przyrost liczby miejsc pracy byłby niezwykle korzystny dla długoterminowej efektywności naszej gospodarki czy stabilności finansów publicznych, nawet w okresach gorszej koniunktury.
Wydaje się również, że złoty okres dotyczący imigracji nie został odpowiednio wykorzystany w celu jej uregulowania. Pracownicy z Ukrainy czy Białorusi są obecnie cenni i inne kraje już o nich konkurują.
Pozytywnie natomiast należy odebrać fakt, że wreszcie udało się wprowadzić optymalny program oszczędności na jesień życia w postaci Pracowniczych Planów Kapitałowych.
Istnieje więc szansa, że pierwszy raz Polska będzie się rozwijać za pomocą krajowego kapitału, a być może za lat naście, ten kapitał uda się też eksportować w postaci zagranicznych inwestycji Polaków.

 

Lata, których jeszcze nie znamy

Sięgający w tym roku 5 proc. wzrost PKB będzie niezwykle trudny do powtórzenia. Wynika to zarówno z ograniczeń demograficznych naszego kraju, jak i niewystarczających inwestycji w badania i rozwój. Zbyt niska jest aktywność zawodowa Polaków, a czas prosperity nie został odpowiednio wykorzystany do jej poprawienia. Obniżenie wieku emerytalnego oraz nietrafnie zaadresowane i zbyt kosztowne programy socjalne mogą odbić się negatywnie na wzroście PKB i zadłużeniu w kolejnych latach.
Sytuacja zewnętrzna także staje się coraz bardziej wymagająca. Strefa euro wyraźnie hamuje, a brak skutecznych mechanizmów dyscyplinujących gospodarki poszczególnych krajów, sprzyja nierównowadze ekonomicznej wewnątrz wspólnoty i zwiększa systemowe zagrożenia.
W rezultacie, najlepszy dla Polski rok od odzyskania suwerenności może się już nigdy nie powtórzyć. Na razie jednak wypada się cieszyć, że ten wyjątkowy okres jeszcze trwa, a problemami przyszłości zaczniemy się przejmować dopiero od pierwszego, a może od drugiego stycznia 2019 r.

Kronika 40 lat reform i otwarcia Chin na świat

1978  Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji w Pekinie
Trzecia sesja plenarna KC KPCh XI kadencji, która miała miejsce w grudniu, była symbolicznym rozpoczęciem polityki wewnętrznych reform i otwarcia na świat. Postanowiono wówczas, że od 1979 roku praca całej partii będzie skierowana na budowę socjalistycznej modernizacji. Ponadto wskazano, że zadaniem partii w nowej erze jest budowa Chin jako nowoczesnego, potężnego kraju socjalistycznego.

 

1979 Utworzenie specjalnych stref ekonomicznych
Chiny zdecydowały się stworzyć w Shenzhenie, Zhuhai, Shantou i Xiamenie próbne specjalne strefy. W 1980 roku nazywano „specjalne strefy” oficjalnie „specjalnymi strefami ekonomicznymi”. Na początku reform i otwarcia w sytuacji braku doświadczenia wymiany gospodarczej z zagranicą i niedoskonałości systemu prawa wewnętrznego, utworzenie specjalnych stref ekonomicznych odegrało zdecydowanie ważną rolę w rozszerzeniu wymiany gospodarczej z zagranicą.

 

1992 Przemówienia Denga Xiaopinga
Na początku 1992 roku w czasie inspekcji w południowych Chinach główny architekt chińskiej polityki reform i otwarcia Deng Xiaoping wygłosił serię przemówień dotyczących reform gospodarczych. W jego przemówieniach powtórzono konieczność i wagę pogłębiania reform oraz przyspieszania rozwoju. Deng podkreślił, że należy kłaść nacisk na rozwój gospodarczy i podtrzymywać zasadniczą politykę partyjną przez kolejne sto lat, aby móc stopniowo tworzyć wspólny dobrobyt, wskazywać drogę dla reform i otwarcia się w nowej erze.

 

2001 Chiny dołączyły do WTO
11 grudnia 2001 roku Chiny oficjalnie przystąpiły do Światowego Organizacji Handlu (WTO), co symbolizuje wkroczenie w nowy etap chińskiej reformy i otwarcia. Po wstąpieniu do WTO Chiny uczestniczyły w pogłębieniu procesu globalizacji gospodarczej i stworzyły wielką szansę rynkową dla świata.

 

 2013 Inicjatywa „Pasa i Szlaku” oraz przygotowanie do założenia AIIB
Jesienią 2013 roku przewodniczący ChRL Xi Jinping przedstawił inicjatywę „ekonomicznego pasa wzdłuż Jedwabnego Szlaku” oraz „morskiego Jedwabnego Szlaku XXI wieku”. W celu pobudzenia koncepcji „Pasa i Szlaku” Xi Jinping zaproponował założenie Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB). 25 grudnia 2015 roku AIIB oficjalnie powstał, a w styczniu 2016 roku rozpoczął funkcjonowanie. AIIB jest pierwszą wielostronną instytucją finansową z inicjatywą chińską. Obecnie w jego ramach działa 87 państw członkowskich.

 

2013 Powstanie pierwszej chińskiej pilotażowej strefy wolnego handlu
We wrześniu 2013 roku chińska Rada Państwa zatwierdziła powstanie Szanghajskiej Pilotażowej Strefy Wolnego Handlu. Celem tej strefy jest pogłębienie i udoskonalenie systemu zarządzenia inwestycjami, nadzoru handlu i innowacji finansowych. Obecnie Chiny utworzyły już 11 pilotażowych stref wolnego handlu, m.in. w Szanghaju, Guangdong, Tianjin, Fujian i Shaanxi.

 

2017 XIX zjazd KPCh
W październiku 2017 roku odbył się XIX zjazd KPCh w Pekinie. Na zjeździe wypracowano konkretny plan na pogłębienie reform Chin. Postanowiono, że należy nieustannie pobudzać modernizację systemów i zdolności zarządzenia państwem, a także utworzyć kompletne, naukowe, znormalizowane i skuteczne systemy.

 

Pierwsze China International Import Expo w Szanghaju
W listopadzie w 2018 roku w pierwszych China International Import Expo wzięło udział ponad 400 tysięcy nabywców krajowych i zagranicznych. Wartość intencyjnych zakupów wynosiła 57,83 mld dolarów. Była to pierwsza na świecie wystawa na szczeblu państwa zorientowana na import. Targi te stanowią ważne przedsięwzięcie Chin dla wsparcia liberalizacji handlu i globalizacji gospodarki oraz aktywnego otwarcia rynku na świat.

Gonimy, ale wciąż jest daleko

Polacy od kilkudziesięciu lat ciągle słyszą, że aktualnej generacji rodaków będzie się jeszcze żyło skromnie, ale za to ich dzieci i wnuki powinny już opływać w dostatki takie, jak w państwach bogatego Zachodu.

 

Polska stopniowo zmniejsza dystans dzielący nas od najbogatszych państw Unii Europejskiej. Jeżeli chcemy żeby nasze dzieci i wnuki w 2050 żyły na równym poziomie co najbogatsze narody Europy to musimy mocno przyspieszyć – taki wniosek, jak się wydaje, dość oczywisty, wynika z raportu Warsaw Enterprise Institute.
Podobno średnia europejska jest już dziś w zasięgu ręki. Mimo to, żeby przekroczyć ją w roku 2030 nie wystarczy trwać na obecnym tempie rozwoju.

 

Daleko za czołówką

Ponieważ jednak nie zapowiada się, by nasza gospodarka była zdolna do przyśpieszenia, powinniśmy raczej zapomnieć o doszlusowaniu do przeciętnego unijnego poziomu zamożności już za 12 lat. Tym bardziej, że w ogólnoeuropejskim rankingu zajmujemy odległe 21. miejsce.
Polski dochód narodowy na głowę wprawdzie zbliża się do najwyżej rozwiniętych państw w Europie – ale jest to, umówmy się, raczej żółwie tempo.
Na przykład, Polska sukcesywnie goni Niemcy – jednak nasz dochód na głowę to wciąż niecałe 57 proc. poziomu niemieckiego.
Trochę bliżej nam do dwóch innych europejskich potentatów. W stosunku do Francji i Wielkiej Brytanii polski dochód narodowy na głowę osiągnął poziom 66 proc. a w minionym roku poprawiliśmy nasz wynik kolejno o około 1,5 punktu procentowego oraz o ok. 3 pkt. proc. Warto zauważyć, że PKB na głowę Czech już przekroczył 70 proc. niemieckiego.
Takim krajom, jak Polska, Węgry czy Łotwa osiągnięcie poziomu per capita Francji czy Wielkiej Brytanii zajmie – jak dobrze pójdzie – 15-20 lat. „Następne pokolenia Polaków powinny już żyć na podobnym poziomie, co Francuzi czy Brytyjczycy” – optymistycznie uważa WEI.
Doganianie Niemiec zajmie jednak znacznie więcej czasu, około 40-45 lat, przy założeniu zachowania obecnej dynamiki rozwoju Polski (którego to założenia raczej nie da się zrealizować).
Bardzo dobrze byłoby, gdybyśmy dogonili choć Czechy – ale i do nich sporo nam brakuje. Zwłaszcza, że Czechy to jedno z najmniej zadłużonych państw Europy (102 proc. produktu krajowego brutto), wyprzedzające nas także pod tym względem (zadłużenie Polski – 126 proc. PKB).

 

Uciec spod dobrej zmiany

Innym negatywnym dla nas czynnikiem jest wysoki poziom migracji. Polacy coraz chętniej wyjeżdżają, by uciec spod rządów „dobrej zmiany”.
Jak podaje WEI, w Polsce skala wyjazdów zwiększyła się w stosunku do 2016 roku (do Wielkiej Brytanii o 9,36 proc., do Niemiec o 3,15 proc., do Holandii – o 9,52 proc.). W stosunku do 2016 roku, Polskę opuściło dodatkowe 255 tys. obywateli. Łącznie już ponad 6,5 proc. obywateli Polski mieszka obecnie w innym kraju UE.
Wysoka migracja to jeden z czynników osłabiających zdolność naszej gospodarki do szybkiego rozwoju – i jej znaczenie w Unii. Pod tym względem wciąż jesteśmy kopciuszkiem.
W 2017 r. produkt krajowy brutto Unii Europejskiej – wyrażony w cenach bieżących – wyniósł prawie 15,3 bln euro i był wyższy niż rok wcześniej o 417,4 mld euro.
Ponad połowę PKB wygenerowały trzy państwa członkowskie, a najwięcej Niemcy. Ich wkład w PKB Unii wyniósł w 2017 r. prawie 3,3 bln euro, czyli ponad jedną piątą (21,3 proc.). Wielka Brytania wypracowała 15,2 proc., a Francja 14,9 proc.
Na kolejnych miejscach znalazły się Włochy (z udziałem 11,2 proc.), Hiszpania (7,6 proc.), Holandia (4,8 proc.), Szwecja (3,1 proc.), a następnie Polska (z zaledwie 3-procentowym udziałem w PKB UE).

 

Wśród unijnych słabeuszy

19 państw członkowskich, które tworzą strefę euro, wypracowało PKB w wysokości 11,2 bln euro w 2017 r. Strefa euro to 72,9 proc. unijnego PKB. Trzy czwarte PKB strefy euro to zasługa Niemiec (29,2 proc. strefy euro), następnie Francji (20,5 proc.), Włoch (15,4 proc.) i Hiszpanii (10,4 proc.).
My ani nie jesteśmy w strefie euro, ani – z naszymi 3 proc. – nie liczymy się w Unii gospodarczo.
Nic więc dziwnego, że, niezależnie od wyskoków naszych pożal się Boże, polityków, pozycja Polski w Unii jest bardzo słaba.
Swoją drogą, to trochę wstyd, że duży 38-milionowy kraj, ma mniejszą gospodarkę niż Holandia czy słabo zaludniona Szwecja.
Ostatnie dziesięć lat charakteryzowało się w Unii Europejskiej wzrostem PKB per capita, poza nielicznymi wyjątkami, takimi jak nieskora do wydajnej pracy Grecja.
Tendencja ta uległa zachwianiu w latach kryzysowych (kryzys osiągnął apogeum w latach 2008–2009). Jego skutki silnie odczuła strefa euro, co w wielu przypadkach przełożyło się na spadek PKB.
Unia Europejska, jak wskazuje WEI, doświadczyła w zasadzie w ostatnich latach dwóch kryzysów, których efektem był spadek realnego PKB. Pierwszy rozpoczął się w I kwartale 2008 r. i trwał ponad dwa lata. Drugi kryzys został spowodowany przez zadłużenie strefy euro. Realny, przedkryzysowy poziom PKB został osiągnięty w Unii Europejskiej dopiero w II kwartale 2015 roku.
Kryzys uderzył praktycznie we wszystkie kraje europejskie, a do najłagodniej potraktowanych należała Polska. Najmocniej doświadczyła go Grecja, kraje południa Europy, a z nowych członków UE – kraje bałtyckie, gdzie realny PKB spadł nawet o 20 proc.

 

Bogatsi idą wolniej

Dziś kraje Nowej Unii powoli odrabiają zaległości do gospodarek Europy Zachodniej. Nie wszystkie robią to w jednakowym tempie.
Liderami wzrostu PKB na głowę były w 2017 roku Rumunia, Łotwa i Litwa. W pierwszym przypadku, tempo sięgnęło aż 7,3 punktów procentowych, w drugim i trzecim – przekraczało 6 pkt proc.
Jednak Rumunia, przez ostatnich kilka lat uważana za „gospodarczego tygrysa” Europy, ze znakomitym tempem rozwoju (spadek bezrobocia poniżej 5 proc.), w połowie zeszłego roku dostała zadyszki i nie wiadomo, czy jej znakomite parametry są nadal do utrzymania. Według prognoz Komisji Europejskiej, w 2018 r. tempo PKB ma zmniejszyć się o połowę w porównaniu z 2017, a deficyt publiczny w Rumunii w 2020 roku będzie najwyższy w całej Unii.
Kolejną grupę, z również wysokim wzrostem, przekraczającym 5 pkt proc., tworzą: Estonia, Słowenia i Polska.
W granicach 4 pkt proc. zwiększyło się PKB per capita Chorwacji i Malty, a 3 pkt proc. – Hiszpanii, Cypru, Danii, Irlandii, Węgier, Bułgarii i Czech.
W grupie z 2-proc. wzrostem, znalazła się m.in. Słowacja obok Niemiec i Francji.
PKB na głowę praktycznie nie zmienił się w ciągu roku w Wielkiej Brytanii, Szwecji i w Luksemburgu – czyli tam, gdzie w Unii żyje się najzamożniej. Generalnie, co normalne, najbogatsze kraje nie rozwijały się tak szybko jak reszta Unii.

 

Obietnica dla przyszłych pokoleń

Następne pokolenie wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej, a także Portugalczycy i Grecy, powinni żyć mniej więcej na takim samym poziomie jak Francuzi czy Brytyjczycy – uważa WEI. Jest to jednak raczej płonną nadzieją.
Oczywiście, żeby dystans się zmniejszał, potrzebny jest stabilny rozwój – wolniejszy państw dobrze rozwiniętych i szybszy, tych na niższym poziomie gospodarczym.
Unia Europejska to system naczyń połączonych, w którym dobra kondycja jednych zależy w znacznym stopniu od drugich. Tak jest w przypadku Niemiec, do których trafia znaczna część europejskiego eksportu.
Ekonomiści przewidują spowolnienie tej gospodarki, co odbije się też na wynikach Polski, Węgier czy Rumunii. Okres wysokich wzrostów gospodarka niemiecka ma już za sobą: PKB Niemiec spadł w trzecim kwartale o 0,2 proc. w porównaniu z kwartałem drugim. W skali roku, tj. w porównaniu z trzecim kwartałem 2017 PKB wzrósł zaledwie o 1,1 proc.

 

Ich nie dogonimy?

Mimo spodziewanych problemów, 2018 rok i następny nie zapowiadają się najgorzej dla UE, i to zarówno dla głównych graczy, jak i mniejszych, którzy ścigają liderów. Tendencja nadal jest wzrostowa, choć tempo słabnie.
Gdy czołówka zwalnia, reszta peletonu ma szansę do niego dołączyć. Do tej pory bywało jednak tak, że po chwilowym spowolnieniu te największe gospodarki znowu nabierały tempa – i reszta Europy zostawała w tyle.
Czy i teraz będzie podobnie? WEI wskazuje, że wiele zależy od tego, czy słabsze i mniejsze gospodarki będą w stanie wykorzystać prosperity na inwestowanie w te gałęzie gospodarki, które stwarzają największe możliwości rozwoju.
Inwestycje w badania i rozwój, poprawa infrastruktury, inwestowanie w kapitał ludzki i społeczny mogą zwiększyć tempo pościgu za najbogatszymi krajami Europy Zachodniej. Ale z tym wszystkim w Polsce jest akurat bardzo słabo.

 

Miasta silniejsze i słabsze

„Mimo podejmowanych przez samorządy inicjatyw, miasta nie mogą być pewne swojej przyszłości” – napisali kontrolerzy NIK w raporcie na temat tych miejskich ośrodków, które przed zmianą ustroju były przemysłowymi tuzami bądź miastami wojewódzkimi, a po 1989 roku straciły na znaczeniu. Dziś nadal prognozy dla nich nie przedstawiają się korzystnie. Chodzi o Białystok, Białą Podlaską, Chełm, Łódź, Łomżę, Siemianowice Śląskie, Tarnobrzeg, Wałbrzych, Zgierz i Żory.

 

Reforma administracyjna, restrukturyzacja przemysłu, kryzys gospodarczy lat 2008-2009 – to wszystko dotknęło wymienione w raporcie miasta i spowodowało utratę znaczenia w regionie, wyludnienie, regres przemysłu. W Wałbrzychu w latach 90. zamknięto ostatnią kopalnię, do 1993 roku zwolniono około 20 tys. górników. W Łodzi przemysł włókienniczy przestał się rozwijać – zatrudnienie spadło ze 171 tys. osób w 1990 r., do 50 tys. w 2007 r. Tylko w trzech przypadkach (to Białystok, Łomża oraz Żory) nastąpił nieznaczny przyrost liczby mieszkańców.

Kontrola NIK objęła lata 2013-2016. Prowadzona była pod czterema kątami: pomocy na rynku pracy, pomocy społecznej, zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych i zapewnienia opieki dzieciom w wieku do lat 3. i w wieku przedszkolnym.

Wnioski nie zaskakują: wymienionym miastom bardzo pomogło świadczenie Rodzina 500 plus. Do miast objętych kontrolą trafiło 530 mln zł w samym 2016 roku. Natomiast główne problemy, które zidentyfikowali kontrolerzy, dotyczą wszystkich dawnych metropolii: trawią je bezrobocie, starzenie się populacji mieszkańców, zły stan zasobu komunalnego, ubóstwo, dysfunkcyjność rodzin, brak wystarczających usług opiekuńczych i miejsc w domach pomocy społecznej, zapotrzebowanie na miejsca w żłobkach i przedszkolach. Urzędy pracy nie radzą sobie z ofiarami przełomu 1989. Według NIK „podejmowane przez urzędy pracy działania aktywizujące były rutynowe i nieskuteczne wobec średnio 14,5 proc. bezrobotnych (od 5,7 proc. w Siemianowicach Śląskich do 19,1 proc. w Białej Podlaskiej), którzy byli na listach bezrobotnych przez wiele lat”.

A co robiły samorządy, aby poprawić sytuację? „Narzędzia wykorzystane w tych miastach do rozwiązania istniejących problemów społecznych nie były jednak oryginalne, lecz stanowiły odzwierciedlenie mechanizmów stosowanych w tym celu w całej Polsce” – czytamy w raporcie NIK. – „W sytuacji, w której wymiar negatywnych skutków przemian gospodarczych w poszczególnych skontrolowanych miastach i obszarach był bardzo zróżnicowany (i zdecydowanie większy niż przeciętnie w kraju) niezbędne było wypracowanie indywidualnych, adekwatnych i adresowanych do poszczególnych społeczności rozwiązań systemowych oraz ich skuteczne wdrożenie. Zaniechanie takich działań rodzi zagrożenie, że w przypadku odwrócenia koniunktury gospodarczej i ponownego wystąpienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i wzrostu zapotrzebowania na pomoc społeczną, w miastach tych problemy społeczno-ekonomiczne pojawią się na nowo, tym razem ze zwiększoną intensywnością”.

Nadal dramatycznie brakuje placówek do opieki nad dziećmi, a zasoby komunalne minimalnie zwiększyły się w okresie od 2013 do 2016 roku jedynie w Zgierzu i Siemianowicach Śląskich.
„NIK zwróciła uwagę na konieczność podjęcia kompleksowych działań, zmierzających do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych rodzin niezamożnych, które bez pomocy państwa nie będą w stanie zapewnić sobie samodzielnego mieszkania. Do poprawy sytuacji mieszkaniowej ma przyczynić się przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 27 września 2016 r. Narodowy Program Mieszkaniowy” – podsumowują kontrolerzy.

Najważniejsze zalecenia płynące z raportu to zaktywizowanie długotrwałych bezrobotnych, zapewnienie opieki małym dzieciom, poszerzenie bazy mieszkaniowej dla najuboższych mieszkańców, a także takie dysponowanie środkami publicznymi, aby pomagać w usamodzielnianiu dysfunkcyjnych rodzin.

Stara Europa dostała zadyszki?

Gospodarka w 19 krajach wspólnej waluty rośnie najwolniej od 2013 r. Sytuacja za Atlantykiem jest zgoła odmienna, USA rozwijają się 5 razy szybciej niż strefa euro. Co to oznacza dla Polski?

 

Według Europejskiego Urzędu Statystycznego, gospodarka eurostrefy rozwijała się w trzecim kwartale w tempie 0,2 proc. kwartał do kwartału. To najniższy wzrost od II kw. 2014 r.
Tymczasem w 2017 r. rozwój w kwartale średnio sięgał niemal 0,7 proc. Co się dzieje z gospodarką Europy?

 

Cały rok jest jakiś kiepski

Od początku tego roku dane o produkcie krajowym brutto ze starego kontynentu są gorsze od oczekiwań. Najpierw uważano, że to kwestia srogiej zimy i po pierwszym słabym kwartale przyjdzie odbicie w drugim. Ono jednak nie nastąpiło, ale wtedy również znaleziono wytłumaczenie – strajki we Francji, a dodatkowo groźby wojny handlowej.
Trzeci kwartał z kolei upłynął pod dyktando pomysłów gospodarczych nowego rządu we Włoszech. Borykająca się od lat z problemami ekonomicznymi Italia dostała cios w postaci cofnięcia reformy emerytalnej, wprowadzenia dochodu gwarantowanego i konfliktu z Komisją Europejska, co pogorszyło nastroje w przemyśle. W rezultacie, Włochy w III kw. były w stagnacji ze względu na kurczenie się produkcji.
Gospodarka Niemiec nie wyglądała w tym czasie o wiele lepiej. Chociaż stabilność gospodarcza naszego zachodniego sąsiada jest niezaprzeczalna, to jednak nowe regulacje w sektorze motoryzacyjnym mogły spowodować, że w III kw. również w Niemczech mieliśmy spowolnienie.

 

Amerykańskie przyśpieszenie

W USA natomiast PKB urósł w trzecim kwartale o 0,86 proc. przy tej samej metodologii publikacji danych, jaką stosuje Eurostat. Z tego wynika, że amerykański wzrost był o ponad 5 razy szybszy niż ten w strefie euro – zauważa Cinkciarz.pl. W relacji rok do roku wzrost w Ameryce był w III kw. prawie dwa razy szybszy niż na obszarze wspólnej waluty i wyniósł odpowiednio 3,04 proc., i 1,66 proc.
Przepaść dzielącą USA oraz strefę euro potwierdzają np. dane o wskaźnikach wyprzedzających koniunktury dla przemysłu oraz dla usług. W Stanach są one na blisko historycznych szczytów, a w strefie euro dochodzą gdzieniegdzie do czteroletnich minimów.
Różnicę widać także w produkcji przemysłowej. W sierpniu oraz we wrześniu rosła ona w okolicach 5 proc. rok do roku w Stanach Zjednoczonych. Dla strefy euro nie ma jeszcze danych za ubiegły miesiąc, ale w lipcu i w sierpniu ten wzrost wyniósł odpowiednio 0,3 oraz 0,9 proc.
Tempo rozwoju USA prawdopodobnie nadal będzie wyraźnie przekraczać odczyty ze strefy euro. To zaś może oznaczać, że Rezerwa Federalna będzie podnosić stopy procentowe. Natomiast powolne tempo rozwoju strefy euro sugeruje, że Europejski Bank Centralny zechce opóźniać podwyżki stóp procentowych i utrzyma je na ujemnym poziomie przez cały 2019 r.
W rezultacie różnica pomiędzy stopami procentowymi w USA i w strefie euro będzie się nadal rozszerzać.

 

Gdy Europa kicha…

Gorsze perspektywy dla strefy euro to także negatywna informacja dla polskiej gospodarki. Wzrost PKB nad Wisłą prawdopodobnie będzie nieco wolniejszy, niż spodziewa się większość ekonomistów.
To może zniechęcić polskie władze monetarne do podwyższania stóp procentowych. Taki scenariusz prawdopodobnie wywoła umocnienie się dolara wobec złotego.
Jeszcze przed końcem roku za amerykańską walutę możemy płacić więc nawet i 4 zł.

Surowce pod niespecjalnym nadzorem

Nie potrafimy opracować odpowiednich metod zagospodarowania naszych bogactw naturalnych. Wykorzystujemy je zatem tylko w niewielkim stopniu.

 

Polska jest liczącym się na świecie producentem miedzi (szóste miejsce na świecie ) oraz srebra (drugie miejsce).
Jest również krajem zasobnym w złoża surowców metalicznych (cynk i ołów), metali rzadkich (ren), surowców chemicznych (siarka, sól kamienna, sole potasowe, fosforyty), skalnych (żwiry i kruszywa), a także surowców energetycznych (węgiel, metan, gaz ziemny).

 

Nie wiemy co posiadamy

Zdaniem Głównego Geologa Kraju prof. Mariusza Oriona Jędryska, jesteśmy wręcz najbogatszym surowcowo krajem Unii Europejskiej. Problem jednak w tym, że od paru ładnych lat nie umiemy robić odpowiedniego użytku z tego bogactwa. Znaczna część naszych najważniejszych surowców pozostaje niezagospodarowana.
Według Bilansu Zasobów Złóż Kopalin na koniec 2016 r. zidentyfikowano w Polsce niemal 14 tys. złóż kopalin, z czego jedynie nieco ponad 5 tys. jest zagospodarowanych. Zagospodarowanie nie oznacza przy tym bynajmniej wydobycia, lecz określenie zasobności oraz wstępnych warunków eksploatacji.
Nasz kraj ma jasno określonej polityki surowcowej państwa. PiS zapowiadał stworzenie takiego dokumentu zaraz po zwycięskich wyborach w 2015. Dotychczas jednak nie powstał on – i nie wiadomo, czy i kiedy to nastąpi. Tymczasem obecny, niski poziom zagospodarowania posiadanych złóż jest konsekwencją trwałej nieskuteczności władz państwowych: rozproszenia kompetencji i przepisów oraz właśnie efektem braku planów wykorzystania złóż bogactw naturalnych o strategicznym znaczeniu dla gospodarki.
Jak stwierdza Najwyższa Izba Kontroli „ ministrowie właściwi dla gospodarki i środowiska dopuścili się licznych zaniechań” – i zawarte w różnych wstępnych dokumentach zamierzenia i perspektywy pozostały w znacznym stopniu na papierze.

 

Najlepsza polityka to brak polityki

Powołany w 2016 r. Międzyresortowy Zespół ds. Polityki Surowcowej Państwa rozpoczął wprawdzie prace nad polityką surowcową państwa, ale dokument ten cały czas jest w powijakach.
Minister od spraw gospodarki nie sporządził – choć miał tego dokonać we współpracy z ministrami mającymi w obszarach swego działania środowisko, gospodarkę wodną, budownictwo oraz gospodarkę przestrzenną i mieszkaniową – wykazu wszystkich zlokalizowanych w Polsce złóż kopalin strategicznych wraz z zasięgiem ich występowania.
Dotychczas ministrowie nie wydali nawet rozporządzenia w sprawie wykazu złóż węgla kamiennego i brunatnego o znaczeniu strategicznym dla bezpieczeństwa energetycznego kraju. Nie rozpoznali krajowych złóż strategicznych gazu ziemnego, zwłaszcza łupkowego, ani nie zapewnili ich ochrony przez ujęcie w planach zagospodarowania przestrzennego.
Ani minister gospodarki ani energii nie przygotowali także planów eksploatacji najważniejszych choćby surowców mineralnych (gazu, węgla brunatnego i kamiennego, siarki, soli kamiennej, soli potasowej, soli potasowo-magnezowej), uwzględniających potrzeby rozwoju kraju wymogi zachowania środowiska naturalnego dla kolejnych pokoleń.
Nie powstała też żadna polityka koncesyjna, wytyczająca cele państwa związane z wykorzystaniem złóż.
Państwowy Instytut Geologiczny pracował wprawdzie nad tworzeniem systemu informacyjnego Geoinfonet, który miałby być kompendium aktualnej wiedzy obejmującej tematykę złóż i koncesji na poszukiwanie i wydobycie kopalin. Koniec prac nad systemem zapowiadano na rok 2016, jednak Główny Geolog Kraju doprowadził do wstrzymania prac nad systemem Geoinfonet.

 

Ogólna polska niemożność

Nie spisała się władza centralna, nie spisały i samorządy. Niektóre gminy systematycznie nie wywiązują się ze swoich ustawowych obowiązków i nie uwzględniają udokumentowanych złóż bogactw naturalnych w kierunkach oraz miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego .Tak więc, w kluczowych dokumentach, określających politykę przestrzenną gmin, nie wskazuje się sposobów zagospodarowania najważniejszych, uznanych w polityce energetycznej państwa za strategiczne, złóż surowców. Uniemożliwia to oczywiście racjonalne planowanie rozwoju kraju.
NIK zwraca też uwagę, że działania na terenie tych gmin, dotyczące zagospodarowania złóż kopalin, były podejmowane bez przejrzystych reguł.
Stwarzało to zagrożenie dla przyszłej eksploatacji złóż oraz ryzyko znacznego podwyższenia kosztów rozpoczęcia ich wydobycia, zwłaszcza ze względu na konieczność likwidacji zabudowy umieszczonej uprzednio na gruntach położonych nad złożami.

 

W stanie nieświadomości

Niedbalstwo władz państwowych i samorządowych w oczywisty sposób szkodzi naszej branży wydobywczej. W warunkach nieuporządkowania przepisów, uznaniowości i silnej biurokratyzacji, przedsiębiorcy zainteresowani eksploatacją różnych złóż, podejmowali kosztowne inwestycje bez gwarancji, że uzyskają koncesję na poszukiwanie, rozpoznawanie i wydobycie tych surowców.
Toteż podejmowali je coraz rzadziej, co dodatkowo zwiększało odsetek złóż niezagospodarowanych.
Także i wojewodowie lekceważyli obowiązek wprowadzenia do planów zagospodarowania przestrzennego udokumentowanych złóż kopalin.
Uchybienia te były możliwe dlatego, że Minister Środowiska nie kontrolował wykonywania tych zadań przez samorządy i wojewodów.
A skoro nie kontrolował, nie miał pełnej wiedzy o sposobie zagospodarowania udokumentowanych złóż. Jak dodaje NIK, nie miał też „świadomości, że wskutek zagospodarowania tych terenów ich wartość górnicza spadła lub może spaść”.
Oczywiste jest, że należy stworzyć narzędzia monitorowania przez Ministra Środowiska faktycznego sposobu zagospodarowania kopalin. Umożliwiłoby to ministrowi reagowanie w sytuacjach działań niezgodnych z prawem lub strategią rządową.
Na razie nie ma jednak ani tej strategii, ani narządzi nadzoru nad surowcami strategicznymi. O polityce surowcowej państwa wiele się mówi, ale niewiele na ten temat robi.