Chiny chcą przyciągać zagranicznych inwestorów, stwarzając lepsze warunki dla biznesu

Chiny wdrożą dodatkowe kroki, by tworzyć bardziej konkurencyjne środowisko biznesowe w celu przyciągania zagranicznych inwestorów – o tym rozmawiano na posiedzeniu Rady Państwa przed drugą edycją Chińskich Międzynarodowych Targów Importu.

Podczas posiedzenia zdecydowano, że restrykcyjne środki, poza listami negatywnymi dotyczącymi dostępu zagranicznych inwestorów do rynku, poza narodowymi i pilotażowymi strefami wolnego handlu, zostaną wycofane.
Całkowicie zostaną uchylone ograniczenia dotyczące skali inwestycji banków zagranicznych, firm z branży ochrony oraz podmiotów zarządzających aktywami, które już działają w Chinach.
Nowe, zmienione regulacje administracyjne dotyczące banków zagranicznych i firm ubezpieczeniowych zostaną wprowadzone w życie. Zmieniona zostanie polityka dotycząca inwestycji zagranicznych w przemyśle motoryzacyjnym, m.in. wdrożone będzie równy dostęp do rynku dla przedsiębiorstw produkujących pojazdy zasilane nową energią – zarówno z kapitałem zagranicznym, jak i krajowych.
Chiny wprowadzą również nowe ułatwienia dla inwestorów. Pilotażowa reforma, promująca płacenie podatków za pomocą kont kapitałowych zostanie wdrożona na szerszą skalę.
Firmy z kapitałem zagranicznym będą wspierane przy samodzielnym wyborze modelu zaciągania pożyczek u zagranicznych wierzycieli i będą zachęcane, by użyć swoich funduszy do inwestycji kapitałowych w Chinach. W przypadku projektów z kapitałem zagranicznym zostaną skonsolidowane wstępne oceny wyboru miejsca i sposobu eksploatacji gruntu, w ramach jednej procedury uzyskiwane będą również zezwolenia na planowanie i użycie terenów pod zabudowę.
Nie jest dopuszczany wymuszony transfer technologii, także w formie ukrytej. Tajemnica handlowa będzie chroniona zgodnie z prawem. Zasada „powiadomienie-usunięcie”, dotycząca naruszeń patentów na platformach e-commerce zostanie poprawiona.
W kwestii zamówień publicznych nie będzie żadnych ograniczeń opartych na strukturze własnościowej dostawców, narodowości inwestorów lub pochodzenia usług i marek. Rządy lokalne będą wspierane przy intensyfikacji starań o przyciąganie zagranicznych inwestycji. Priorytet w zakresie tworzenia nowych stref bezcłowych otrzymają centralne i zachodnie regiony Chin.
Według danych opublikowanych we wrześniu przez Ministerstwo Handlu, w pierwszych ośmiu miesiącach roku w Chinach powstały 27704 nowe podmioty z kapitałem zagranicznym. Kapitał zagraniczny w czynnym obrocie wzrósł o 6,9 proc. w skali roku, przekraczając 600 mld juanów (ok. 84,81 mld dolarów amerykańskich).

Nasza gospodarka puka do Państwa Środka

Trudno nie zwrócić uwagi na polski niedowład i indolencję w sferze dwustronnej współpracy ekonomicznej, handlowej, naukowo-technicznej i inwestycyjnej z Chinami.

Chiński eksport do Polski nadal przewyższa znacznie (kilkunastokrotnie) polski eksport do Chin. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła ok. 30 mld USD w roku 2018, przy czym wartość polskiego eksportu do Chin osiągnęła zaledwie 2,3 mld USD.
Szybko zwiększa się więc polskie ujemne saldo w handlu z Chinami. Stanowi to coraz poważniejszy problem (także polityczny – uzależnienie) dla Polski. Nie można tego tłumaczyć, wykrętnie, tym, iż również inne kraje mają ujemne saldo w handlu z Chinami. Trzeba zwiększać polski eksport. Ale z tym już znacznie trudniej z naszej strony.

Słoń i mrówka

Tylko ok. 3.000 przedsiębiorstw polskich eksportuje do Chin; ale aż ok. 30.000 firm chińskich eksportuje do Polski. Ok. 50 proc. tego eksportu trafia do nas przez rynki trzecie, np. przez wielkie „hurtownie chińskie” w Hamburgu czy w Rotterdamie.
Np. obecnie działa już 97 linii kolejowych łączących miasta chińskie z europejskimi, zaś liczba pociągów towarowych z kontenerami sięga 6.000.
Efektywność chińskich reform i tempo rozwoju nie ma precedensu w całej historii gospodarczej świata. Reformy Deng’a są stale rozszerzane, pogłębiane i doskonalone – także w sferze politycznej i społecznej. Do partii mogą już wstępować prywatni przedsiębiorcy a nawet milionerzy.
W minionych latach średni przyrost produktu krajowego brutto Chińskiej Republiki Ludowej kształtował się w granicach 10 proc. rocznie lub więcej. Nawet w kryzysowym roku 2009 osiągnął on ok. 9 proc. Gospodarka chińska zajmuje już drugie miejsce w świecie (pod względem absolutnej wartość PKB). Jednak, z uwagi na wielką liczbę ludności, chiński PKB per capita wynosi obecnie zaledwie 16.800 USD (93. miejsce w świecie); zaś pod względem wartości obrotów handlu zagranicznego (4,1 bln USD, w roku 2018) – pierwsze. UE jest 1. partnerem handlowym (także strategicznym i politycznym) ChRL. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła 605 mld USD – w roku 2018; 2. miejsce: USA – 480 mld USD.
Inne wskaźniki makroekonomiczne też mówią same za siebie. W roku 1952 wartość PKB ChRL wynosiła (w przeliczeniu) 68 mld juanów; a w roku 2008 – ponad 30 bln juanów; czyli 440 razy więcej! (Przy podzieleniu tej sumy na pół otrzymamy przybliżoną wartość PKB w złotych). Rezerwy walutowe Chin, sięgają już prawie 3,5 bln USD. Łączne lokaty kapitału zagranicznego w ChRL, w latach 1979 – 2006, wyniosły 883 mld USD; z czego bezpośrednie inwestycje zagraniczne (Foreign Direct Investment) osiągnęły 692 mld USD. Tylko w roku 2008, niezależnie od kryzysu, lokaty te stanowiły (odpowiednio): 108,5 mld USD i 92,5 mld USD.
Pod koniec 2018 r., w ChRL działało już 442.000 firm zagranicznych (z około 200 krajów) – o łącznym zainwestowanym kapitale 2 bln USD. Poczynając od 1978 r., Chiny wydźwignęły z biedy (około 2 USD per capita dziennie na utrzymanie) około 800 mln obywateli. Pozostało jeszcze ponad 40 mln. Prezydent Xi apeluje o zdwojenie wysiłków, aby „dokończyć tę podróż” w możliwie niedługim czasie (kilku lat).
Spośród „500-ki” największych koncernów świata, już 490 prowadzi swą działalność gospodarczą w ChRL. Na 1. miejscu znajduje się Volkswagen; a na 2. – General Motors China. W tejże „500-tce” jest już 26 firm chińskich. Jednocześnie Chiny inwestują coraz więcej na całym świecie. Wartość tych inwestycji osiągnęła łącznie ponad 526 mld USD, w roku 2018 (5.100 projektów, w 156 krajach świata); nie licząc inwestycji czysto finansowych – jak np. kupowanie obligacji skarbowych USA, których Chiny już mają na wartość prawie 2 bln USD. W końcu 2009 r. Chiny udzieliły Afryce pożyczki w wysokości 10 mld USD (na bardzo korzystnych warunkach). Po 35 latach reform, sektor prywatny wytwarza ponad 50 proc. PKB w 27 z 40 najważniejszych gałęzi przemysłowych. W innych branżach, jego udział sięga 70 proc.. Chiny osiągnęły samowystarczalność żywnościową; ba, stały się wielkim eksporterem artykułów rolno-spożywczych. Dysponując zaledwie 7 proc. gruntów rolnych (uprawnych) na świecie, są one w stanie wyżywić ponad 20 proc. ludności świata (czyli mieszkańców ChRL).

Kryzysowa chińska zadyszka

Kryzys finansowy i ekonomiczny z końca pierwszej dekady XXI wieku spowodował nieobliczalne straty w gospodarce chińskiej, która nieźle radziła sobie w warunkach globalizacji (spadek PKB o 2 – 3 proc.). Ucierpiały zwłaszcza, tzw. prowincje eksportowe i rolno-spożywcze. Na rynku unijnym, amerykańskim, japońskim i in. było coraz mniejsze zapotrzebowanie na tanie i dobre wyroby chińskie. Dziesiątki tysięcy zakładów produkcyjnych zlikwidowano lub zawieszono ich działalność gospodarczą. Wartość obrotów chińskiego handlu zagranicznego zmniejszyła się szybko – o ok. 25 proc. rocznie. Znacznie obniżała się wartość chińskich rezerw walutowych i posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych – a to wskutek lawinowego spadku wartości wymiennej dolara. Choć kryzys amerykański zaskoczył początkowo kierownictwo i przedsiębiorców chińskich, to jednak szybko otrząsnęli się oni z szoku i podjęli zdecydowane działania antykryzysowe. Bardzo przydały się w tym celu instrumenty interwencjonizmu państwowego, stosowane od dawna w tamtejszej społecznej gospodarce rynkowej. Rząd uruchomił niezwłocznie bodźce finansowe (prawie 1 bln USD) – dla ratowania zagrożonych podmiotów gospodarczych i ożywienia działalności kredytowej banków.
Zintensyfikowano ogromny rynek wewnętrzny, szczególnie wiejski, zwiększono nakłady inwestycyjne w prowincjach zacofanych oraz znaleziono alternatywne rynki zbytu i inwestycji na całym świecie. Podjęto też wiele innych awaryjnych i długofalowych działań antykryzysowych, w kraju i na arenie globalnej. Okazały się one bardzo efektywne; najnowsze prognozy głoszą, iż przyrost PKB ChRL w najbliższych latach wyniesie ok. 7,5 proc..
W sumie, kryzys globalny i jego konsekwencje unaoczniły większą agresywność i
znaczne pogorszenie sytuacji USA wobec Chin, nie tylko w kategoriach finansowych i strategicznych. Faktycznie, USA „siedzą” bardzo głęboko w kieszeni chińskiej. Chiny muszą więc prowadzić wyjątkowo zręczną i delikatną grę z USA.

Byliśmy prekursorami

W latach 50-tych XX wieku Polska i Chiny podjęły wiele istotnych posunięć w dziedzinach, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej. Dobrze rozwijał się handel polsko-chiński, rozliczany dość długo (do 1990 r.) w clearing’u i we frankach szwajcarskich – z uwagi na ówczesną awersję Chin do USA i do dolara.
Dla rozwoju wymiany handlowej, dnia 15 czerwca 1951 r., utworzono Polsko-Chińską Spółkę Żeglugową Chipolbrok – z siedzibą w Szanghaju i w Gdyni. Była to pierwsza chińsko-zagraniczna spółka joint venture (fifty-fifty) w historii gospodarczej ChRL. Istnieje ona do dziś. Później LOT uruchomił połączenia lotnicze z Pekinem, z których zrezygnowano, na dłuższy czas, z nonsensownych powodów politycznych – by wznowić loty na tej trasie relatywnie niedawno.
Polska może stanowić dla Chin „bramę do Europy”, podobnie jak np. Szanghaj i Hongkong są – dla Polski i Europy – „bramami do Chin”. W interesie obydwu Stron leży przeto maksymalnie efektywne wykorzystanie nowych szans i nowych możliwości współpracy. Dla Polski, nie jest to wszakże zadanie łatwe z tego prostego względu, iż RP należy nie tylko do UE, ale również do NATO i jest I sojusznikiem USA w naszej strefie geograficznej. Doskonalenie współpracy polsko-chińskiej jest nie w smak naszym ”starszym braciom” zza oceanu. Sytuacja ta może jednak się zmienić, gdyby stosunki chińsko-amerykańskie uległy poprawie. Przecież Niemcy znajdują się w analogicznym, jak Polska, położeniu wobec USA, NATO i Chin, ale to nie przeszkadza im w znakomitym rozwijaniu współpracy z Chinami Ludowymi od samego początku.
Mikroskopijne są nadal inwestycje polskie w Chinach (ok. 150 mln USD) i chińskie w Polsce (ok. 1,5 mld USD). Wprawdzie wielki koncern chiński – Lenovo podjął (w latach 2008 – 2009) bardzo poważną próbę zainwestowania w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, ale inwestycja ta (na ok. 1.500 pracowników) została spartaczona przez stronę polską. Lenovo wycofało się z Polski – i nie wiadomo, kiedy tu powróci.
Przy przetargach, w Polsce stosuje się praktyki dyskryminacyjne (z powodów formalno-politycznych) wobec inwestorów chińskich (np. w przypadku drugiej linii metra warszawskiego). Skandal z Covec (wstrzymana budowa odcinka autostrady A2) czy z Huawei (na zlecenie zagraniczne) był niepotrzebnym nieporozumieniem.
Stale słychać narzekania na niedobre praktyki wizowe konsulatów polskich w Chinach wobec tamtejszych przedsiębiorców. W Chinach nie ma przedstawicielstwa banku polskiego. Wymiana studencka i turystyczna jest niewielka – jak na potrzeby i możliwości obydwu stron.
Chińczycy nie zrażają się tym i – mimo kryzysu – są coraz bardziej aktywni na rynku polskim. Doceniają jego znaczenie w kontekście unijnym i wschodnioeuropejskim oraz w perspektywie ewentualnego przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Mało tego, zwiększają swą aktywność gospodarczą w Polsce (i na całym świecie).
Póki co jednak, Polska plasuje się dopiero w okolicach 70-tego miejsca w pierwszej setce partnerów gospodarczych Chin! Nie ma profesjonalnej promocji Polski, zwłaszcza naszej gospodarki w Chinach, natomiast chińska działalność informacyjna i promocyjna w Polsce jest coraz lepsza – ale jeszcze niewystarczająca. Polska strategia Go-China jest marną imitacją chińskiej polityki Go-Global.

Tracimy olbrzymie sumy

W sumie, wskutek prowadzonej nadal irracjonalnej i anachronicznej polityki handlowej oraz inwestycyjnej wobec Chin, a także zaniechania, zwłaszcza po 1989 r., porządnej współpracy w sferze handlu i inwestycji, nasz kraj stracił bezpowrotnie setki miliardów euro.
Niektórzy decydenci polscy nadal „zwalczają” (nieistniejący) komunizm w Chinach, ingerują w ich sprawy wewnętrzne, udzielają pouczeń itp., z czym kierownictwo i naród chiński nigdy się nie pogodzi. Wszystko to szkodzi polskim interesom państwowym i narodowym, ośmiesza nasz kraj na arenie międzynarodowej, szczególnie w Unii Europejskiej oraz tworzy niesprzyjający klimat polityczny dla rozwoju polsko-chińskiej współpracy gospodarczej, handlowej i inwestycyjnej.
Uprawianie polityki wobec Chin w stylu: „jak pies do jeża” nie ma sensu. Sytuację pogarsza dotkliwa luka informacyjna i świadomościowa. „Średni Polak” nie zna prawdy o Chinach, zaś, w odbiorze „średniego Chińczyka”, szczególnie przedsiębiorcy, Polska jawi się więc jako „kraj rozkojarzony i mało przyjazny Chinom”, z którym… nie warto robić większych interesów. Pozostaje to w sprzeczności z odwiecznymi tradycjami sympatii, współpracy i przyjaźni polsko-chińskiej, kultywowanymi w obydwu społeczeństwach.
Od 1989 r., w rozwoju Polski wystąpiły dwie główne fazy: 1. bezkrytyczna, cielęca fascynacja Ameryką, która obecnie przekształca się w zwątpienie i rozczarowanie – z powodu wielkiego kryzysu i krachu ekstremalnego neoliberalizmu; 2. „powrót do Europy”, tzn. trudne przygotowania do przystąpienia do UE, samo przystąpienie oraz żmudne szukanie (metodą prób i błędów) swego miejsca we wspólnocie unijnej. Towarzyszy temu nadal polskie „rozdwojenie jaźni” między USA i UE. W tym okresie zaniedbano bezmyślnie współpracę z Chinami oraz Azją Wschodnią i Południowo – Wschodnią.

Weźmy się do roboty

Żaden polski rząd po 1989 r. nie zdobył się na opracowanie i na wdrożenie optymalnego programu współpracy z Chinami. Skoro, od 1989 r., w centrali lekceważy się, de facto, Chiny i rynek chiński, to nic dziwnego, iż podobnie postępują polskie placówki dyplomatyczne, konsularne i ekonomiczne w Chinach.
Konieczne jest więc opracowanie i wdrożenie kompleksowej, długofalowej strategii współpracy z Chinami – z uwzględnieniem najnowszych zmian w globalnym układzie sił, szczególnie ekonomiczno-politycznym. Trzeba wyeliminować dotkliwą lukę informacyjno-świadomościową i psychologiczną w stosunkach między obydwoma krajami i społeczeństwami, oraz kołami opiniotwórczymi, przedsiębiorcami, ludźmi nauki, techniki i kultury. Rozwijać w dużej skali współpracę regionalną oraz kontakty między organizacjami pozarządowymi, społecznymi, twórczymi. Doskonalić i koordynować działalność instytucji krajowych zajmujących się współpracą z Chinami oraz placówek, instytucji i przedstawicielstw polskich w Chinach. Ustanowić sprawny system promowania Polski, szczególnie w sferze gospodarczej i kulturalnej, na gruncie chińskim.
Pozytywnych wzorców do naśladowania nie trzeba szukać daleko – wystarczy przeanalizować np. dynamikę i efekty rozwoju stosunków niemiecko – chińskich, czy holendersko – chińskich w minionych dziesięcioleciach i korzyści z tego wynikające dla zainteresowanych stron. Na przykład wartość niemiecko – chińskich obrotów handlowych przekroczyła 226 mld USD, w roku 2018 (to około 1/3 ogółu obrotów UE – ChRL). Wartość ta ma ulec podwojeniu (!) w najbliższych latach. Pani kanclerz Angela Merkel złożyła oficjalne (i owocne) wizyty w Chinach aż siedmiokrotnie – poczynając od roku 2005, zaś przywódcy, przedsiębiorcy i obywatele chińscy są częstymi gośćmi w Republice Federalnej.
Ufam zatem, że nadejdzie relatywnie niedługo dzień niezbędnego, jakościowego przełomu i zasadniczej trwałej poprawy w stosunkach polsko-chińskich.

Przedsiębiorcy wierzą w rozwój

Wiara góry przenosi, więc należy oczekiwać, że nieuchronne spowolnienie nieprędko dotrze do naszej gospodarki.

Przedsiębiorcy nie tracą dobrego nastroju. W III kwartale nastąpiła dalsza poprawa w ocenie sytuacji wśród firm produkcyjnych oraz budowlanych (którym sprzyja suche lato). Tu wskaźniki są wyższe, niż średnia (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt.
W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla hotelarstwa i gastronomii wyniósł 55 pkt. (ubyło 8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (ubyło 4,9), a dla handlu 48,9 pkt. (ubyło 2,9 pkt.).
Różnicą między poprzednim pomiarem (z drugiego kwartału) a obecnym jest także to, że wówczas wartość indeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt. Teraz zaś nastroje są nieco bardziej zróżnicowane.
Takie rezultaty pokazuje „Barometr Europejskiego Funduszu Leasingowego”.
Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności małych i średnich firm do rozwoju (rozumianego jako wzrost sprzedaży i produkcji, ekspansja na nowe rynki, maksymalizacja zysków oraz inwestycje w środki trwałe).
Prognozowana na dany kwartał kondycja firm pozwala ocenić czy ich sytuacja będzie sprzyjać wzrostowi bądź działać hamująco.

Wyprodukujemy więcej

Istotny wzrost optymizmu można zaobserwować w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość indeksu dla produkcji wyniosła w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Wynik należy wszakże do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.).
Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to przede wszystkim wynik pozytywnych prognoz co do inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł natomiast nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.
Utrzymuje się popyt na usługi budowlane. W III kwartale br. indeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., czyli prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.).
Ten dobry wynik notuje branża, o której od lat się mówi, że stoi na krawędzi bankructwa. Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów.
Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3 proc. Firmy budowlane mają take większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Obawy transportowców

Tradycyjnie, latem, gdy ludzie są na wakacjach i wozi się mniej towarów, najgorzej swoją sytuację oceniają firmy transportowe. Ich indeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale.
Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Wpływa na to z pewnością obawa właścicieli polskich firm transportowych, że już wkrótce, zgodnie z normami unijnymi, będą musieli płacić swoim kierowcom tyle, ile się płaci na zachodzie.
Do tak słabego rezultatu przyczyniły się także prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.). To najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż. Natomiast spadku inwestycji spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Rozwój i stagnacja

– W grupie, w której znajdują się budownictwo, gastronomia i hotelarstwo oraz produkcja, został wyraźnie przekroczony tzw. próg ograniczonego rozwoju. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt. (wskazującego na rozwój), tworzą handel, transport i usługi. Tutaj przede wszystkim firmy transportowe coraz mocniej zaciągają hamulec – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.
Także jednak i firmy handlowe zaczynają szukać „dna”. W III kwartale indeks barometru EFL dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (ubyło 2,9 pkt.). Jeszcze gorszy był jednak w I kwartale br. (48,2 pkt.). Tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować, zaś przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień.
W przypadku hotelarstwa i gastronomii branża, jak zawsze o tej porze, widzi koniec sezonu. W III kwartale jej indeks wyniósł 55 pkt. i był o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest tu zaś o 5 pkt. niższy niż kwartał wcześniej.
W stagnacji są także firmy usługowe. Indeks barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Większe inwestycje planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej mówiło o nich 33 proc. Na więcej zamówień liczy zaś ok. 29 proc. – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Mali widzą gorzej

Generalnie, im mniejsza firma, tym gorszy nastrój jej przedstawicieli. Indeks barometru EFL dla mikrofirm (najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób) na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu rozwoju.
Tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.
– Martwi to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech indeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak.
Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej zwłaszcza wtedy, gdy widzą problemy u swoich większych kolegów, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.

PiS nie modernizuje Polski

Nasz kraj nadal wlecze się w ogonie państw europejskich pod względem innowacyjności. To się raczej nie zmieni.

Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący innowacyjności („European Innovation Scoreboard 2019”). W rankingu obejmującym wszystkie kraje Unii Europejskiej Polska znalazła się 25 miejscu, wyprzedzając tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.
Polska znajduje się na tym 25 miejscu w unijnym rankingu innowacyjności od 2011 r. W latach poprzednich była to pozycja 24 lub 23 ( w latach 2006-2010).
Mimo ogromnych funduszy unijnych, które przeznaczane były i są na innowacje oraz na działalność badawczo-rozwojową, mimo pieniędzy krajowych kierowanych na te cele, oraz coraz lepiej dostosowanych do potrzeb przedsiębiorstw rozwiązań prawnych, mających wspierać ich decyzje dotyczące inwestycji w innowacje i badania oraz rozwój, nasza pozycja wśród krajów UE pogarsza się.
Inni po prostu robią na rzecz innowacyjności więcej niż Polska. Litwa, Łotwa i Słowacja wyprzedziły nas już dawno.
Indeks opisujący polską innowacyjność co prawda systematycznie, z roku na rok rośnie. Ale w porównywalnym tempie rośnie też średni indeks innowacyjności dla UE. Nie zmniejszają się zatem w sposób istotny różnice między poziomem innowacyjności w Polsce i w UE.
Co jest tego powodem? Przede wszystkim niski poziom innowacyjności mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Ich skłonność do wdrażania rozmaitych innowacji (produktowych, procesowych, marketingowych i organizacyjnych) jest bardzo niska. Niska jest także skłonność tych małych i średnich przedsiębiorstw, które inwestują w innowacje, do współpracy z innymi podmiotami. Odzywa się tu brak zaufania, który zdaje się być naszą przywarą także w procesie inwestowania w innowacje.
Problemy niskiej innowacyjności tkwią także w słabości polskiego systemu badań naukowych. Niewiele osób spoza Polski chce u nas pracować nad doktoratami, a polscy naukowcy mało mają międzynarodowych publikacji i niezbyt często są one cytowane. A to oznacza, że nasza baza naukowa bez której trudno o innowacyjność, istotnie różni się in minus od średniej dla UE.
Raport Komisji Europejskiej zwraca także uwagę na niski poziom inwestycji realizowanych przez fundusze podwyższonego ryzyka. Rzeczywiście, fundusze działające na polskim rynku nie są zainteresowane nowymi, innowacyjnymi firmami (start-upami) w początkowej fazie ich działania. Zdecydowanie chętniej włączają się z kapitałami i swą wiedzą, gdy produkt jest już gotowy, a rynek się nim zainteresował.
Ale mamy też, według unijnego raportu, także i silne strony – duża liczbę osób z wyższym wykształceniem, dobrze już rozbudowana sieć łączy szerokopasmowych. Nadzieję budzi też zwiększające się zatrudnienie w szybko rosnących firmach działających w innowacyjnych sektorach.
Warto przyjrzeć się rankingowi innowacyjności i jego składowym, bo znaleźć tam można odpowiedź na cześć pytań o przyczyny ciągle niskiego poziom innowacyjności polskiej gospodarki.
Jak widać, ani spore kapitały przeznaczane na badania, rozwój i innowacje, ani naprawdę dobre rozwiązania podatkowe (ulgi na działalność badawczo-rozwojową oraz objęcie 5-procentową preferencyjną stawką podatkową dochodów z praw własności intelektualnej) nie są wystarczające.
Potrzebne jest wzmocnienie sektora nauki i silniejsze powiązanie go z gospodarką, wzmocnienie zdolności kapitałowej małych i średnich przedsiębiorstw do inwestowania, zainteresowanie funduszy finansowaniem także i tych inwestycji, które znajdują się we wczesnych fazach rozwoju i obarczone są sporym ryzykiem niepowodzenia. Tylko pomysłu na wzrost zaufania nie ma.
Zwiększenie skłonności do inwestowania w innowacje jest ważne, bo jak Komisja Europejska podkreśla w swym raporcie, w ciągu ostatnich kilkunastu lat innowacje były siła napędową około dwóch trzecich wzrostu gospodarczego w Europie. Ocenia się, że w latach 2021-2027 inwestycje w badania naukowe, rozwój i innowacje wygenerują do 100 tysięcy nowych miejsce pracy w tych dziedzinach.

Przemysł radzi sobie coraz lepiej

Kraje wysoko rozwinięte są skazane na wolniejszy rozwój. Polska, znajdując się na znacznie niższym pułapie, wciąż zachowuje szanse na znaczące przyśpieszenie.

Pierwsze pięć miesięcy tego roku pokazało, że polski przemysł ciągle dobrze sobie radzi – mimo spowolnienia w gospodarkach głównych partnerów handlowych w Unii Europejskiej, gdzie lokujemy ponad 80 proc. naszego eksportu.
Na 34 działy naszego przemysłu, 27 odnotowało wzrost produkcji sprzedanej.

Przyśpieszamy, obywatele

Te dziedziny, które osiągnęły największy wzrost, to w większości branże eksportowe. Na przykład, produkcja sprzedana urządzeń elektrycznych wzrosła o 16,5 proc., pojazdów samochodowych o 12,6 proc., pozostałego sprzętu transportowego aż o prawie 37 proc., mebli o 9 proc.
W ciągu pięciu miesięcy bieżącego roku wzrost produkcji sprzedanej przemysłu wyniósł 7 proc. i był wyraźnie wyższy niż w tym samym okresie 2018 r. (6,1 proc.).
Produkcja sprzedana przemysłu w maju 2019 r. była na poziomie produkcji kwietniowej, a jednocześnie o 7,7 proc. wyższa niż w maju 2018 r. – podał Główny Urząd Statystyczny.
Jest to efekt stabilnej sytuacji na rynku konsumpcyjnym, ale przede wszystkim relatywnie wysokiej i rosnącej dynamiki produkcji sprzedanej dóbr inwestycyjnych.

Ruszyły się inwestycje

Dane dotyczące produkcji inwestycyjnej, tak majowe, jak w całym okresie od początku tego roku wskazują, że wzrost nakładów inwestycyjnych w gospodarce nie ma krótkookresowego charakteru. To oczywiste, jesteśmy przecież w trakcie realizacji coraz większej liczby projektów inwestycyjnych finansowanych ze środków unijnych.
Pytanie tylko, czy taką dynamikę uda się utrzymać, gdy budżet państwa i budżety samorządowe są obciążane coraz większymi wydatkami służącymi wyborczej walce politycznej?. Inwestycje infrastrukturalne wymagają bowiem współfinansowania ze środków własnych. A tych, po sfinansowaniu obietnic wyborczych, pozostaje coraz mniej.
Trudno jednoznacznie ocenić, czy utrzyma się skłonność przedsiębiorstw do inwestycji. W pierwszym kwartale 2019 r. inwestycje te były o 21,7 proc. większe niż w pierwszym kwartale 2018 r.
Jednocześnie, od września 2018 r., czyli od siedmiu miesięcy płyną niepokojące sygnały od menedżerów z firm przemysłowych, wskazujące na rosnące obawy dotyczące przyszłości ich sektora.

Nastroje i rzeczywistość

Widzimy powiększającą się lukę między dynamiką produkcji sprzedanej przemysłu a wskaźnikiem PMI, stanowiącym ocenę kondycji sektora przemysłowego (dokonywaną na podstawie ankiet kierowanych do osób zarządzających 200 przedsiębiorstwami przemysłowymi w Polsce).
Taka sytuacja nigdy wcześniej nie miała miejsca – siła zmian produkcji sprzedanej przemysłu i wskaźnika PMI bywała różna, ale kierunek był podobny. Nawet przed kryzysem finansowym i w jego trakcie, w latach 2007-2009.

Budownictwo kwitnie, wykonawcy padają

Polski paradoks: im więcej jest w naszym kraju inwestycji, tym większe problemy mają przedsiębiorstwa, które je realizują.

Liczba mieszkań oddanych do użytkowania w ubiegłym roku wzrosła o 3,6 proc w porównaniu do 2017 r. Jak podał Główny Urząd Statystyczny, zbudowano ich w minionym roku dokładnie 184783.
W ramach dwóch dominujących na rynku mieszkaniowym form budownictwa (deweloperzy i inwestorzy indywidualni) oddano odpowiednio 111,6 tys. (o 6,2 proc. więcej niż w 2017 r. ) i 66,7 tys. mieszkań (o 1,4 proc. mniej ).
Poza tym powstało trochę mieszkań w budownictwie spółdzielczym (3,0 tys. wobec 2,3 tys. w 2017 r.) oraz czynszowym, komunalnym i zakładowym (łącznie 3,5 tys. mieszkań, tj. o 6,0 proc. więcej niż przed rokiem).
W kategorii budownictwa czynszowego miały się też mieścić mieszkania budowane w ramach sztandarowego PiS-owskiego programu tanich mieszkań na wynajem. Program jednak nie wypalił, więc ekipa rządząca woli o nim nie wspominać.

Budują i plajtują

Z jednej strony rynek budowlany rośnie, co jest pozytywnym zjawiskiem. Z drugiej – ten wzrost rynku obnaża słabość finansową wielu jego uczestników.
Rzecz w tym, że duża skala trwających inwestycji wymaga też odpowiednio dużej skali zaangażowania kapitałowego firm budowlanych oraz współpracujących.
Aby skorzystać na zwiększonej fali zamówień, trzeba najpierw zaangażować – przynajmniej częściowo – środki własne. Banki niechętnie bowiem udzielają kredytów. I z tym wiele firm ma problem.
Niska rentowność w budownictwie nie jest zjawiskiem nowym, ale występuje obecnie ze szczególnym natężeniem. Z analizy Euler Hermes, globalnego ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że wiele firm już w latach ubiegłych zarabiało stosunkowo mało w stosunku do skali prowadzonych prac – i aby finansować swoje zobowiązania podejmowało się coraz to nowych zleceń.
Firmy nie zwiększały więc rentowności, a w ślad za tym nie gromadziły środków własnych – ale zamiast tego zwiększały ryzyko i zadłużenie.
Ta chroniczna słabość finansowa polskich firm budowlanych, a przynajmniej dużej części z nich, jest jedną z przyczyn obecnej fali niewypłacalności w budownictwie. Inne przyczyny to wzrost kosztów materiałów oraz zatrudnienia i stałe problemy ze znalezieniem pracowników.

Bywało już gorzej

– Nie widzimy obecnie warunków, aby sytuacja miała się odwrócić czyli, by kontrakty były na większą skalę renegocjowane za zgodą zamawiających, ceny materiałów i koszty pracy miały spaść, a dostępność pracowników i możliwości przewozowe materiałów zaopatrzeniowych miałyby się szybko zwiększyć – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Branża doświadcza stałego już wzrostu liczby niewypłacalności. W 2015 r. – 146 upadłości, w 2018 r. – 172.
Ale jeszcze gorzej było w rekordowych pod tym względem latach 2012-2013, gdy upadło odpowiednio 273 i 253 firmy budowlane. Pamiętajmy jednak, że był to okres najniższego po roku 2000 tempa wzrostu gospodarczego w Polsce, wynoszącego w tych dwóch latach 1,9 i 1,6 proc.
Wzrost liczby niewypłacalności o 14 proc. dla całego budownictwa w skali 2018 roku nie świadczy zatem o powszechnym załamaniu. Jest to jednak już widoczny problem w sektorze infrastrukturalnym, gdyż na przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w tych pracach przypada obecnie 70 proc. przypadków upadłości. Pociągają one za sobą na dno wiele zaopatrujących firm produkujących materiały budowlane.
Średniacy mają trudniej
Łącznie całe budownictwo odpowiada za minimum 40 proc. liczby niewypłacalności wszystkich polskich przedsiębiorstw).
Profil upadających firm wskazuje na to, że największe problemy mają obecnie przedsiębiorstwa średniej wielkości, wyspecjalizowane w pracach towarzyszących inwestycjom infrastrukturalnym, głównie drogowym i kolejowym.
Upadają raczej nie najmniejsze i nie te największe – pierwsze są najbardziej elastyczne, szybciej mogą opuścić plac nierentownej budowy i znaleźć nową.
Natomiast największe mają z reguły na tyle zróżnicowane zamówienia oraz własne zaplecze finansowe (spółka matka dająca lub gwarantująca finansowanie), że z reguły nie słyszy się o ich problemach.

Przetrwają najlepsi?

Nic nie zapowiada radykalnych zmian na polskim rynku. Cały czas jest więc tak, że im większa skala inwestycji, tym większe są z reguły problemy z rentownością prowadzących je wykonawców, a więc i skala potencjalnych strat.
To paradoks, bo na świecie zwykle wzrost inwestycji oznacza zwykle okres prosperity dla tych, którzy je realizują – no ale w Polsce jest odwrotnie.
Dodatkowo – wspomniana wcześniej słabość finansowa naszych firm budowlanych widoczna jest nie tylko w trakcie czy na finiszu prac, gdy kontrakt „nie spina się” z poniesionymi kosztami, ale już często na początku, kiedy szerszy front robót wymaga odpowiednio większych nakładów, na które brak środków.
Zbyt rzadko stosowane są w Polsce takie rozwiązania, jak finansowanie zakupu materiałów budowlanych do 90 proc. ich wartości, jeszcze przed wykonaniem prac do których są niezbędne (jak czasami jest już np. na kolei).
– Zapowiedzi indeksacji kosztów i większej elastyczności zamawiających dotyczą nowych kontraktów, więc o ile to nastąpi, będzie mieć realny wpływ na rynek w odroczonej perspektywie kilku kwartałów, może nawet dwóch lat. Do tego czasu nie spodziewam się poprawy sytuacji – uważa Tomasz Starus.
Inna sprawa, że wzrost inwestycji, trudny do opanowania przez nasze firmy i pociągający za sobą falę niewypłacalności, wpływa też na oczyszczenie się rynku. Stopniowo eliminuje z niego firmy, najgorzej sobie radzące w niełatwym modelu polskiego budownictwa.
Dzięki tej selekcji naturalnej powinni przetrwać najlepsi.

Spojrzenie bez optymizmu

Rzut oka w przyszłość gospodarczą Polski nie przynosi powodów do zadowolenia, zwłaszcza dla mniejszych przedsiębiorstw. Rozwój będzie trudny.

Przedstawiciele małych i średnich przedsiębiorstw rozpoczęli nowy rok z wyjątkowo słabymi nastrojami. Główny indeks koniunktury dla tej grupy firm osiągnął wartość niższą niż 50 pkt. (dokładnie 49,9 pkt.).
Zdarzyło się tak po raz pierwszy w historii jego pomiarów – niedługiej wprawdzie, bo trwającej od początku roku 2015. To zaś wskazuje na bardzo ograniczony rozwój i oznacza, że warunki do wzrostu dla firm w Polsce są obecnie niekorzystne.

Wygrzebią się?

Mikro, małe i średnie firmy znajdują się w inwestycyjnym dołku. Eksperci zwracają uwagę, że jeszcze nigdy tak mało mikro, małych i średnich firm nie planowało większych inwestycji. Plany inwestycyjne ma tylko 18 proc. z nich.
Ponadto, wartość głównego indeksu barometru koniunktury (sporządzanego przez Europejski Fundusz Leasingowy) była w I kwartale o 1,2 pkt. niższa niż w poprzednim kwartale (ostatnim ubiegłego roku).  W porównaniu z I kwartałem 2018 r. różnica wynosi już 6,9 pkt. (56,8 pkt.).
Ów indeks to syntetyczny wskaźnik informujący o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu i rozwoju, rozumianego, jako stawianie sobie celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki, maksymalizacją zysków, inwestycjami w środki trwałe).
Oczywiście, zgodnie z tendencją z lat ubiegłych, tradycyjnie na przełomie roku (między IV kw. a I kw.) nastroje przedsiębiorców spadają, osiągając najniższą wartość. Wejście w nowy rok to zawsze element niepewności.
Na ocenę własnej sytuacji ma też wpływ to, co dzieje się w otoczeniu społeczno-gospodarczym. Zarówno w krajowym – tu chodzi przede wszystkim o niewielki zapas rąk do pracy – jak i zagranicznym.

Niemiecki katar

Niewielkie firmy z Polski bardzo uważnie patrzą na swych zachodnich sąsiadów, od których otrzymują coraz gorsze informacje, głównie sygnalizujące postępujące spowolnienie niemieckiego przemysłu.
– Dekoniunktura nad Renem z pewnością będzie coraz bardziej ciążyć polskim przedsiębiorcom, dla których niemieckie firmy są najczęściej głównym partnerem handlowym – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL. I dodaje: –Zaskoczyło nas jednak, że dynamika spadku w ciągu czterech ostatnich pomiarów barometru koniunktury jest bardzo duża. Niestety, świadczy to o zdecydowanym pogorszeniu nastrojów polskich małych i średnich przedsiębiorstw. naszych MŚP. mu ograniczonego rozwoju.

Niedobra tendencja

Barometr koniunktury powstaje na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców, które dotyczą 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, a wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP.
Spadek do poziomu 49,9 pkt. na początku tego roku to wprawdzie bardzo nikły zjazd poniżej bariery dobrej koniunktury, ale jest to już kolejny okres długiej tendencji spadkowej. Na razie nie widać warunków dla jej odwrócenia.
Podobnie jak w poprzednich pomiarach, o spadku oczekiwań co do koniunktury zadecydował głównie pesymizm co do możliwości inwestowania. Optymistów jest tu o 5,2 p.p. mniej niż kwartał wcześniej (spadek z 23,5 proc. do 18,3 proc.). To także jest najniższy wynik od początku badania, czyli od stycznia 2015 r.
Zdecydowanie więcej jest przedsiębiorców, którzy przewidują spadek inwestycji niż tych, którzy planują ich wzrost. Od IV kwartału 2017, gdy odsetek optymistów był rekordowy (41,4 proc.), wskaźnik ten stale spada (w sumie już o 23,1 pkt. proc.). Można więc mówić o poważnym załamaniu planów inwestycyjnych naszych firm.

Szare drogi powiatu

Tam, gdzie chodzi o to, by na własnym terenie łatwiej się dało dojechać, samorządy potrafią działać dość sprawne i skutecznie.

 

Mamy w Polsce około 400 tys kilometrów dróg (utwardzonych, nie polnych). Tylko niewielka ich część to autostrady i dwupasmówki.
O jakości transportu samochodowego w Polsce decydują samorządy. One bowiem zarządzają całą, olbrzymią resztą dróg, obejmującą ponad 370 tys km.
I są to, jak śpiewała Maryla Rodowicz, głównie „szare drogi powiatu”. A także, dodajmy, i gmin. Najczęściej takimi właśnie drogami poruszają się mieszkańcy naszego kraju. Poruszają się, z roku na rok coraz sprawniej. Zapoczątkowany przez rząd Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego narodowy program przebudowy dróg lokalnych, okazał się sukcesem.

 

Asfalt rządzi

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, z tych ponad 370 tys km dróg publicznych zarządzanych przez gminy i powiaty, prawie dwie trzecie ma obecnie nawierzchnie określane fachowo jako ulepszone: czyli głównie bitumiczne (a mówiąc po ludzku asfaltowe), betonowe lub z kostki brukowej.
Pozostałe miały nawierzchnie brukowcową (kocie łby) i tłuczniową – w sumie ok. 6 proc.), oraz gruntową (ubitą ziemię) – 34 proc.
W 2001 r. tych dróg gruntowych oraz z brukowcami i tłuczniem było więcej, bo jeszcze w sumie ponad 50 proc. Systematyczne kierowanie środków na rozwój lokalnej infrastruktury drogowej umożliwiło zmniejszenie ich odsetka do niespełna 40 proc. na koniec 2016 r.
Tak więc, większość dróg gminnych i powiatowych jest już na przejezdnym poziomie.
Nadal jednak wymagają one wielkich inwestycji – bo nie powinno być tak, żeby w XXI wieku w Europie aż co trzecia polska droga lokalna miała zwykłą nawierzchnię gruntową. Odsetek długości dróg gminnych o nawierzchni gruntowej wynosi blisko 47 proc., a powiatowych – ponad 8 proc.

 

Samorządy pomagają państwu

Obecny, PiS-owski „Program rozwoju gminnej i powiatowej infrastruktury drogowej na lata 2016-2019” jest prostą kontynuacją realizowanego za czasów PO i PSL narodowego programu przebudowy dróg lokalnych.
Zgodnie z jego założeniami, przewiduje się udzielanie samorządom dotacji z budżetu państwa na dofinansowanie budowy oraz remontów dróg powiatowych i gminnych.
W perspektywie czterech lat (2016-2019) zaplanowano przeznaczenie na ten cel 3,5 mld zł (pierwotnie 4 mld zł).
W dwóch pierwszych latach realizacji programu, ze środków budżetu państwa wydano 1,6 mld zł, co przy jednoczesnym zaangażowaniu środków samorządowych w wysokości 1,7 mld zł, umożliwiło remonty i budowę na odcinkach dróg liczących blisko 3,5 tys. km.
Jak widać, bez pomocy samorządów, PiS-owski program drogowy byłby skazany na niepowodzenie.
Za fundusze, które przez pierwsze trzy lata programu wykorzystano prawie w całości, zbudowano albo zmodernizowano tysiące kilometrów dróg. Poprawił się zatem stan techniczny lokalnej sieci transportowej.
Koszula jest bliska ciału, więc władze samorządowe na ogół przykładały się do budowy tego, co ma im służyć.
Generalnie, dobrze sformułowały one wnioski, prawidłowo przygotowały oraz realizowały inwestycje drogowe. Zapewniły też, we współpracy z wojewodami, terminowość prac, dzięki czemu kwotę przeznaczoną na realizację programu wykorzystano w ponad 99 proc. W sumie, budowano porządnie, rzeczywiście poprawiając parametry techniczne dróg i poziom bezpieczeństwa uczestników ruchu.

 

Potrzebne drogowe przyśpieszenie

Według raportów Światowego Forum Ekonomicznego, w 2012 r. Polska zajmowała 122 miejsce pod względem jakości sieci drogowej. Ostatnie, 140 miejsce przypadło Mołdawii, zaś liderem była Francja.
W 2017 r. Polska przesunęła się już na 72 miejsce. Tym razem pierwsze miejsce zajęły Zjednoczone Emiraty Arabskie, zaś stawkę zamyka Madagaskar. Nasz postęp jest więc wyraźny – z ogona, do środka tabeli. Żeby jeszcze polscy drogowcy nauczyli się prawidłowo znakować drogi, bo na razie ich drogowskazy bardzo często zawierają mylne komunikaty, które wprowadzają kierowców w błąd i powodują, że wybierają oni błędną drogę.
Powyżej 70 miejsca w tym rankingu jakości dróg, trudno będzie jednak się przesunąć. Rzecz bowiem w tym, że potrzeby inwestycyjne samorządów lokalnych, w opinii ekspertów szacowane są na ok. 100 mld zł. Same samorządy nie wygospodarują odpowiedniej ilości pieniędzy na modernizację lokalnej infrastruktury drogowej. Rząd PiS mówi o kilku miliardach, co w praktyce oznacza nakłady wynoszące średnio najwyżej 1 mld zł rocznie.
Za takie pieniądze modernizacja tylko dróg gruntowych potrwa ponad 50 lat. Inne drogi lokalne, w tym czasie nieremontowane, popadną w ruinę. Należałoby więc wydać na drogi dużo więcej.

Czym skorupka za młodu

Takie będą rzeczypospolite jakie ich młodzieży leczenie – czyli inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży to inwestycja w zdrowe społeczeństwo i szybki rozwój gospodarczy.

 

Dzieci i młodzież w wieku szkolnym nie mają w naszym kraju zapewnionej spójnej i kompleksowej opieki służącej zdrowiu.
Oprócz niewystarczającej liczby personelu medycznego i gabinetów pomocy zdrowotnej, brakuje współdziałania i koordynacji pomiędzy podmiotami odpowiedzialnymi za leczenie najmłodszych.
Zniekształcenia kręgosłupa, alergie, otyłość, choroby zakaźne, nieodpowiednie żywienie, brak aktywności fizycznej i brak odpowiedniej profilaktyki – a co również niezwykle ważne, niedostatek odpowiedniej, rozumnej edukacji nakierunkowanej na rodziców – to tylko niektóre z ogromnej liczby problemów zdrowotnych najmłodszych Polaków.
Zdrowie dzieci w Polsce należy do bardzo zaniedbanych elementów systemu służby zdrowia, wymagających podjęcia pilnych kroków i współpracy systemowej – taki jest główny wniosek płynący z debaty „Opieka zdrowotna nad uczniami. Inwestycja w zdrowie dzieci i młodzieży inwestycją w zdrowe społeczeństwo”, przeprowadzonej 12 września tego roku w Najwyższej Izbie Kontroli.

 

Długa lista potrzeb

Jakość opieki zdrowotnej ma szczególne znaczenie w okresie dziecięcym oraz dojrzewania. Kształtowanie zachowań służących zdrowiu przekłada się na zdrową przyszłość i zdrowe społeczeństwo.
Przeszkadzają w tym braki kadrowe – na przykład, w przypadku pielęgniarek, mamy w Polsce znikomy procent osób przed 40. rokiem życia.
Niewystarczająca jest liczba gabinetów profilaktyki zdrowotnej, pomieszczenia nie spełniają warunków, wciąż brakuje pielęgniarek i higienistek w szkołach, za mało jest gabinetów stomatologicznych, występują bardzo duże dysproporcje pomiędzy miastami i wsiami.
– Pomiędzy Polską a innymi krajami Unii Europejskiej istnieje wielka przepaść w występowaniu u dzieci próchnicy. Borykamy się z niepokojącym wzrostem zachorowań na choroby zakaźne, takie jak krztusiec czy odra. Problemy zdrowotne dzieci i młodzieży narastają na najróżniejszych płaszczyznach. Potrzebujemy ustawy, której celem będzie wprowadzenie kompleksowych rozwiązań opieki zdrowotnej dzieci i młodzieży – zaznaczył Piotr Wasilewski, dyrektor departamentu zdrowia NIK, wyrażający jak widać wiarę w moc sprawczą kolejnych aktów prawnych.

 

W zalewie informacji

Potrzebujemy nie tylko dostępności do świadczeń zdrowotnych, ale i odpowiedniej edukacji, profilaktyki i świadomości społecznej – mówili zgodnie goście debaty, reprezentujący środowisko ekspertów nauki, oświaty, zdrowia i sportu oraz przedstawicieli organizacji pozarządowych i administracji.
Co do profilaktyki, to postęp technologiczny z jednej strony jest cennym zjawiskiem, a z drugiej – zagrożeniem.
– Rodzą się rozmaite pseudoteorie. Niesprawdzone „naukowe” informacje, które pojawiają się w Internecie, mają bardzo silne oddziaływanie na rodziców, którzy w efekcie tych informacji, są narażeni na podejmowanie złych decyzji w stosunku do swoich dzieci – powiedział Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Agnieszka Jadczyszyn z Instytutu Strategii i Rozwoju zwróciła uwagę na inny, ważny element – kanały społecznościowe i rolę kampanii społecznych w profilaktyce zdrowotnej: – Należy uwzględnić różnorodność i współczesny kształt przekazu, jaki dociera do najmłodszych. Nowe media, pomimo wynikających z nich zagrożeń, mogą być w mądry sposób wykorzystane w promowaniu prozdrowotnych wzorców. Żeby poprawić efektywność kampanii społecznych, należy konsultować założenia właśnie z dziećmi i młodzieżą. Czynne włączanie ich w kreowanie kampanii pozwoli osiągać lepsze efekty.

 

Samorządy mają to w nosie

Wyniki przeprowadzonych działań wykazują, iż jednostki samorządu terytorialnego w zbyt małym zakresie angażują się w zaspokajanie potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
W rezultacie, powstają nieodpowiednie i bazujące na nieznajomości tematu programy strategii zdrowotnej.
Okazało się, że żadna z kontrolowanych przez NIK gmin nie posiadała informacji o liczbie dzieci i młodzieży z nieprawidłową wagą ciała. Ponad 56 proc. jednostek samorządów terytorialnych nie przeprowadziło żadnej analizy potrzeb zdrowotnych dzieci i młodzieży.
Stołówki i sklepiki szkolne nie spełniają wymogów zawartych w rozporządzeniu Ministra Zdrowia, a u dzieci nie wyrabia się odpowiednich, prozdrowotnych nawyków. Nie działa coraz potrzebniejsza, skierowana do młodych, specjalistyczna opieka psychologiczna, a szkoły i placówki lecznicze nie mogą jej zapewnić przez brak wystarczającego wsparcia finansowego.

 

Wyzwania współczesności

Opieka zdrowotna dzieci i młodzieży wymaga poprawienia standardu organizacyjnego oraz samych warunków udzielania świadczeń zdrowotnych.
Ukazują to skargi wpływające do Biura Rzecznika Praw Pacjenta, o których opowiedziała Agnieszka Wernik, dyrektorka departamentu strategii i działań systemowych w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta: – Zdarzają się rażące sytuacje, kiedy to uczniowie są badani w miejscach narażających ich intymność, a często również w towarzystwie innych, poza personelem medycznym, osób. Opieka zdrowotna nad małoletnimi prowadzi do wielu wyzwań systemowych.
Nowym problemem – który zdaniem Szymona Chrostowskiego, doradcy społecznego Ministra Zdrowia, należy do kluczowych wyzwań zdrowotnych u dzieci i młodzieży – jest zbyt mała skala szczepień przeciwko HPV, wirusowi mogącemu powodować raka szyjki macicy,prącia, pochwy i gardła. Zakażenie HPV to najczęstsza choroba przenoszona drogą płciową. – W krajach, w których funkcjonuje odpowiednio prowadzona profilaktyka, a w młodym wieku szczepione są zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, sytuacja wygląda znacznie lepiej, a zachorowalność m.in. na raka szyjki macicy jest dużo mniejsza – stwierdził doradca.

 

Potrzeba pieniędzy

Odpowiednie inwestycje na wczesnych etapach życia w oczywisty sposób przekształcają się w lepszą zdrowotność obywateli w późniejszych latach.
To jednocześnie ogromna korzyść dla budżetu państwa, bo przecież zdrowe społeczeństwo to zdrowa gospodarka – tyle, że najpierw te pieniądze trzeba wyłożyć, czego się nie robi.
– Niestety, o problemach i wyzwaniach zdrowotnych dotyczących dzieci i młodzieży mówi się od dawna, a wciąż czekamy na stosowne kroki i zmiany – dodał Piotr Mierzejewski, dyrektor zespołu prawa administracyjnego i gospodarczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich.

 

Dobra, kompleksowa współpraca

Profilaktyka zdrowotna nad uczniami w szkole znajduje się w obszarze współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej, Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Sportu. Zdaniem odpowiadających za ten obszar urzędników, wszystko idzie prawidłowo.
– Jest to kompleksowa i odpowiednio prowadzona współpraca, a naszym wspólnym celem jest wypracowanie jak najlepszych rozwiązań. Wśród kluczowych zaleceń są m.in. bezpieczeństwo i higiena w szkole, wydłużenie przerw międzylekcyjnych, a w tym dłuższej przerwy na spożycie posiłku – oświadczyła Agnieszka Ludwin, wicedyrektorka departamentu wychowania i kształcenia integracyjnego w Ministerstwie Edukacji Narodowej.
Wnioski z tej debaty zostaną oczywiście przekazane stosownym placówkom – choć chyba nikt nie ma złudzeń, że cokolwiek uda się szybko zmienić. Pozwoliła ona na jeszcze jedną obserwację – jak dużo jest dobrze płatnych stanowisk dyrektorskich w rozmaitych komórkach administracji, mających rzekomo służyć dobru obywateli…

Budowlany sygnał rozwoju

Rozkręca się koniunktura w budownictwie przemysłowym, co jest oznaką niezłej kondycji naszej gospodarki.

 

Czy budownictwo stanie się motorem rozwoju polskiej gospodarki?
Może na to wskazywać badanie, które pokazuje, że co piąty pracodawca z branży budowlanej planuje zwiększyć liczbę zatrudnionych w ciągu najbliższych trzech miesięcy. A jeśli planuje zwiększenie zatrudnienia, to zamierza i zwiększać produkcję.
Jest to dobra informacja dla całej naszej gospodarki, bo oznaką jej tempa wzrostu jest właśnie przyśpieszenie w budownictwie przemysłowym.
Jest to także dobra wiadomość dla osób poszukujących pracy w tym obszarze – ale zarazem sygnał dla pracodawców, że o pracownika może być jeszcze trudniej.

 

Tylko co setny chce zwalniać

Co piąty przedsiębiorca budowlany planujący wzrost zatrudnienia to może niewiele – ale to już wyraźny postęp w porównaniu z zapaścią i pesymizmem, panującym jeszcze nie tak dawno. Wprawdzie tylko 20 proc. pracodawców z tego sektora planuje powiększać swoje zespoły, ale jednocześnie 79 proc nie przewiduje zmian personalnych, a tylko 1 proc. planuje redukcję etatów.
Prognoza zatrudnienia na ostatni kwartał 2018 roku, zadeklarowana przez polskich pracodawców z branży budowlanej, wynosi plus 21 proc i jest najwyższa od blisko dwóch lat. W stosunku do poprzedniego kwartału poprawiła się o 1 punkt procentowy, a w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym, aż o 7 punktów procentowych.
Polski sektor budownictwa jest również w czołówce wśród 26 najważniejszych rynków, w których najwięcej firm chce pozyskiwać nowych pracowników.
Biorąc pod uwagę dane tylko dla sektora budownictwo odnotowane w krajach regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), to prognoza dla Polski jest czwartą najwyższą w regionie – ocenia ManpowerGroup.
Ranking krajów, gdzie w branży budowlanej będzie najłatwiej o pracę otwierają Rumunia (+ 36 proc.), Węgry (+ 26 proc.) i Słowenia (+ 25 proc.). Kolejne trzy pozycje w rankingu, za Polską, zajmują Grecja (+17 proc.), Izrael (+ 16 proc.) i Niemcy (+14 proc.).

 

Będą nowe inwestycje?

Tak wysoka prognoza zatrudnienia zgłaszana przez firmy z branży budowlanej to jasny sygnał dla tej części gospodarki, że dalej będzie się ona rozwijać i potrzebować zasobów ludzkich do realizacji swoich zamówień, a także nowych inwestycji.
– Wysoki wskaźnik jest dla kandydatów szukających pracy w tym sektorze zapowiedzią komfortowej sytuacji, ponieważ oznacza, że mogą oni wybrać wśród ofert tę najlepszą i najlepiej płatną. Dla przedsiębiorców natomiast to zdecydowanie niepokojący znak, który zwiastuje jeszcze większe trudności w pozyskiwaniu pracowników dla realizacji swoich założeń biznesowych. Od jakiegoś czasu obserwujemy wycofywanie się firm z realizacji inwestycji z powodu niedoboru rąk do pracy, więc długofalowo taka sytuacja na rynku pracy może oznaczać nawet brak możliwości realizacji wygranych przetargów. Wzrost wynagrodzeń pracowników a także wzrost kosztów materiałów budowlanych powoduje, że już teraz największe spółki odnotowują ogromne straty – mówi Dominik Malec, ekspert rynku pracy.

 

Pracownikom trzeba lepiej płacić

W Polsce brakuje zarówno kandydatów na stanowiska niższego szczebla, jak i chętnych do pracy na stanowiskach kierowniczych.
Możnaby temu zaradzić podnosząc płace, lecz nasi pracodawcy, choć czasami zmuszeni do tego przez okoliczności, boją się zwiększania zarobków pracownikom jak diabeł świeconej wody.
Tę lukę w zatrudnieniu pracodawcy częściowo pokrywają siłą roboczą ze wschodu, ale na szczęście, proces zatrudniania i legalizacji pracowników z zagranicy jest wciąż dość skomplikowany i nie gwarantuje w stu procentach zapełnienia potrzeb kadrowych. Nie ma więc wyjścia, przedsiębiorcy będą musieli lepiej płacić.