Gospodarka 48 godzin

Czy prąd popłynie?
Morskie farmy wiatrowe mogą zmienić sposób funkcjonowania polskiej energetyki. Jednak żeby energia elektryczna z bałtyckich wiatraków trafiła do odbiorców, konieczne są ogromne inwestycje Polskich Sieci Elektroenergetycznych, państwowego operatora systemu przesyłowego. Spółka zapowiada, że przeznaczy do 2030 roku około 4,5 mld zł na budowę lub modernizację stacji i linii przesyłowych w województwie pomorskim. Jednak same pieniądze nie wystarczą, trzeba je umiejętnie zamienić na brakującą infrastrukturę. A tymczasem rząd PiS chętnie chwali się planami budowy morskich farm wiatrowych, natomiast niemal nic nie mówi, o żmudnych i mniej efektownych, ale niezbędnych, inwestycjach przesyłowych. Może więc być tak, że prądu wytworzonego przez bałtyckie wiatraki, nie będzie jak dostarczyć. Szacuje się, że do 2040 roku morskie farmy wiatrowe będą w stanie dostarczyć do polskiego systemu elektroenergetycznego około 11 gigawatów mocy. To równowartość prawie 20 proc. całego dzisiejszego potencjału wytwórczego w Polsce. Za wyprowadzenie mocy z wiatraków na ląd będą odpowiedzialne firmy inwestujące w morskie farmy – twierdzą Polskie Sieci Elektroenergetyczne, które wzięły na siebie prostszą część zadania, czyli przesyłanie energii dalej, do innych części kraju. Czasu jest zaś niewiele, bo pierwsze farmy wiatrowe mają zacząć produkować prąd już w 2026 r. – choć oczywiście znając tempo inwestowania w Polsce, można spodziewać się opóźnień. Dziś na Pomorzu wytwarza się niewiele prądu i energia elektryczna musi być tam przesyłana z innych regionów. Rozwój morskiej energetyki wiatrowej może zmienić tę sytuację – wytwarzana na Pomorzu energia będzie płynąć w głąb kraju. Ale by było to możliwe, PSE muszą rozbudować sieci najwyższych napięć. Do przesłania mocy z morskich wiatraków potrzeba między innymi dwóch nowych stacji elektroenergetycznych oraz czterech linii o napięciu 400 kV. Rozwój morskich farm wiatrowych na polskich wodach Bałtyku oznacza, że w samym województwie pomorskim musi niebawem powstać ponad 250 kilometrów nowych napowietrznych linii najwyższych napięć. Te inwestycje jeszcze się nie zaczęły. Obecnie trwają konsultacje społeczne proponowanych przebiegów linii, zarówno z instytucjami, władzami samorządowymi, jak i mieszkańcami ponad 20 gmin województwa pomorskiego.

Mniej z abonamentu
W bieżącym roku Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji podniosła abonament radiowo-telewizyjny. Miesięczny abonament za radio wynosi teraz 7,50 zł, a za sam telewizor, albo pakiet radio i telewizor, 24,50 zł. W przyszłym roku stawki za abonament zostaną na tym samym poziomie. Abonament niby jest sumą bez znaczenia, ale daje on łącznie 294 zł rocznie, a jeśli płaci się jednorazowo za cały rok, to 264, 60 zł. Taka kwota jest już zauważalna w budżecie rodzinnym, toteż Polacy płacą abonament niechętnie, zwłaszcza, że nie chcą wspierać ze swoich portfeli telewizji i radia, które z mediów państwowych zostały przekształcone w tubę propagandową Prawa i Sprawiedliwości. Rodacy niewiele więc sobie robią z tego, że abonament RTV jest opłatą obowiązkową dla każdej osoby w kraju, która zarejestrowała odbiornik radiowy lub telewizyjny. Po prostu nie rejestrują telewizorów – i mają spokój.

Jaka przyszłość czeka Turów?

Szansa dogadania się z Czechami to dobra wiadomość, co nie zmienia faktu, że członkowie rządu PiS powinni stanąć przed sądem za zaniedbania, karygodną nieudolność i narażenie Polski na duże straty.
Wydaje się, że niemała część polskich Zielonych oraz ekologów wręcz cieszy się z kłopotów, jakie spadły na Polskę w związku z funkcjonowaniem kopalni węgla brunatnego Turów. Dlatego ochoczo prorokują oni, jakie straszliwe konsekwencje czekają nasz kraj w związku z czeską skargą na działalność Turowa. Chętnie przywołują też widmo gigantycznych kar finansowych, mających spaść na Polskę za każdy dzień pracy tej kopalni.
– Pożar w polskiej energetyce trwa w najlepsze. Mimo zapowiedzi polski rząd wciąż jest daleki od zażegnania konfliktu z naszymi sąsiadami. W efekcie grożą nam wielomilionowe kary za niezastosowanie się przez rząd do decyzji Trybunału. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, to efekt absolutnie nieodpowiedzialnej polityki rządu i błędnych decyzji Polskiej Grupy Energetycznej. Region już stracił ok. 260 mln euro z unijnego funduszu na sprawiedliwą transformację. Teraz, z pieniędzy podatnika 100 dni niedostosowania się do postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej kosztować będzie kolejne 500 mln euro, nie wspominając już o oddanym w tym roku nowym bloku w elektrowni Turów, którego budowa kosztowała 900 mln euro i który już w momencie włączenia jest nierentowny. Bez planu szybkiego odejścia od węgla chaos w polskiej energetyce będzie się tylko pogłębiał, a społeczności górnicze stracą cenny czas na sprawiedliwą transformację – przewiduje Anna Meres, koordynatorka kampanii klimatycznych w Greenpeace Polska.
– Dalsze odwracanie głowy od poważnego ryzyka zamknięcia kompleksu energetycznego z dnia na dzień to dla regionu ogromne niebezpieczeństwo zapaści społeczno-gospodarczej, której rząd i PGE chcieli zapobiec, strasząc przez lata mieszkańców Bogatyni, że na pewno „nie podzielą losów Wałbrzycha”. Dzisiaj ten czarny i wypierany scenariusz się spełnia, a winę za to ponosi polityka polskiego rządu, który za cenę poparcia politycznego naraził region Bogatyni oraz polskiego podatnika na poważne straty finansowe oraz zaprzepaszczenie szansy wcześniejszej transformacji polskiej energetyki. Jako pierwsi za zaniechania polskiego rządu zapłacą pracownicy firm i spółek zależnych od kompleksu energetycznego w Bogatyni, następnie pracownicy fizyczni i wszyscy ci, którzy nie mogą liczyć na apanaże spółki skarbu państwa. To oni zapewne są najbardziej zainteresowani tym czy pieniądze, które wyda Polska na płacenie kar Czechom można by lepiej przeznaczyć na transformację regionu. To jednak wiązałoby się z opracowaniem wcześniejszego zamknięcia kompleksu Turowa, czyli np. w 2026 lub 2030 r. Konkretna data wydaje się być dzisiaj wybawieniem, chociaż jeszcze parę miesięcy temu wywołała ogromny sprzeciw związków zawodowych, po tym jak wyciekły informacje, że Turów zakończy działalność – dodaje Paweł Pomian z zarządu Eko-Unii.
Nasi ekolodzy niemalże z entuzjazmem powitali zapowiedź kar dla Polski: „5 mln euro dziennie do czasu zaprzestania wydobycia w odkrywce Turów na granicy polsko-czesko-niemieckiej! Takiej kary chce czeski rząd za polskie lekceważenie orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej! Wbrew temu, co twierdzą przedstawiciele rządu i sam premier Morawiecki, Czesi wcale nie odpuszczają” – ogłosili.
I oczywiście nadal domagają się jak najszybszego zamknięcia kopalni Turów. – Inwestycje w zlokalizowany na Dolnym Śląsku miks energii odnawialnych, zakończenie wydobycia do końca 2026 roku oraz przekształcenie kopalni Turów w elektrownię szczytowo-pompową o mocy 2,3 Gigawatów będą przy dzisiejszych cenach uprawnień do emisji CO2 o ponad 100 mld zł tańsze, niż koszty operacyjne elektrowni i odkrywki Turów w okresie do 2044 roku. Na drodze do ogłoszenia planu zamknięcia Turowa do 2026 roku stoi już tylko irracjonalny upór rządu i PGE – twierdzi Kuba Gogolewski z fundacji „Rozwój Tak – Odkrywki Nie”.
Można sobie wyobrazić, że wszystkie cytowane tu osoby są nieco zawiedzione, gdy okazało się, iż temperatura czesko-polskiego sporu wyraźnie opada. Jak wiadomo, strona czeska oświadczyła, że funkcjonowania kopalni Turów nie da się zatrzymać z dnia na dzień – i że celem ich działań wcale nie było natychmiastowe, gwałtowne zakończenie działalności tej odkrywki. Czesi stwierdzili również, że mogą załatwić sprawę polubownie i wycofać skargę z TSUE, jeśli Polska spełni postawione przez nich warunki – czyli skutecznie ochroni ich terytorium przed odpływem wód gruntowych.
Wszystko to oczywiście nie zdejmuje odpowiedzialności – przede wszystkim karnej – z członków rządu Prawa i Sprawiedliwości, za ich zaniedbania, niedopełnienie obowiązków i narażenie Polski na wysokie straty. Oczywiste jest też, że strona polska powinna jak najszybciej opracować rozsądne programy transformacji dla Bogatyni i regionu Zgorzeleckiego.

Gospodarka 48 godzin

Powolne pokonywanie kryzysu
Produkt krajowy brutto Polski w pierwszym kwartale 2021 r. zmniejszył się o 1,4 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku – podał Główny Urząd Statystyczny. To skutek pandemii, która w 2020 r. dopiero pod koniec marca zaczęła negatywnie wpływać na naszą gospodarkę. W porównaniu z ostatnim kwartałem minionego roku, pierwszy kwartał roku bieżącego przyniósł wzrost o 1,1 proc. Tak więc, Polska cały czas nie wyszła jeszcze z kryzysowego dołka. Wzrost popytu krajowego w I kwartale 2021 wyniósł 1,0 proc. (w IV kwartale 2020 r. odnotowano zmniejszenie popytu krajowego o 2,9 proc.). Polacy cały czas są ostrożni z zakupami. Spożycie w sektorze gospodarstw domowych wzrosło w I kwartale 2021 o zaledwie 0,2 proc., wobec spadku w IV kwartale 2020 r. o 3,2 proc. Nieco szybciej zwiększają się inwestycje. Nakłady brutto na środki trwałe wzrosły o 1,3 proc. wobec spadku w IV kwartale 2020 r. aż o 15,4 proc. Pogorszyła się natomiast sytuacja w polskim handlu zagranicznym. W I kwartale bieżącego roku zanotowano negatywny wpływ eksportu na tempo wzrostu gospodarczego, który wyniósł minus 1,9 punktu procentowego, wobec wzrostu o 0,1 pkt. proc. w IV kwartale 2020 r.

Gospodarka będzie przyśpieszać
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) prognozuje, że po spadku o 2,7 proc. w 2020 r. PKB Polski wzrośnie o 3,7 proc. w 2021 r. oraz o 4,7 proc. w 2022 r. Jednak nowe zakażenia koronawirusem, zwłaszcza te, które pojawiły się na początku bieżącego roku, będą nadal ciążyć na aktywności gospodarczej. Zdaniem OECD powszechne szczepienia i złagodzenie środków zapobiegawczych do końca drugiej połowy tego roku powinny sprzyjać silnemu wzrostowi konsumpcji i, w mniejszym stopniu, inwestycjom. Perspektywa pozostaje jednak niepewna ze względu na zagrożenia epidemiologiczne i logistyczne przeszkody w rozmieszczaniu szczepionek. OECD zwraca uwagę, że fala infekcji jesienią 2020 r. oraz towarzyszące im zaostrzenie ograniczeń doprowadziło do spadku produkcji pod koniec ubiegłego roku, choć w mniejszym stopniu niż w pierwszej połowie 2020 r. Na początku 2021 r. polska gospodarka była bardziej odporna, ale ponowne nasilenie infekcji od marca i dalsze ograniczenia prawdopodobnie zaważyły na działalności gospodarczej. Ponadto, pomimo ostatnich wzrostów, zaufanie konsumentów i przedsiębiorców pozostaje poniżej poziomów sprzed pandemii. Szybszy wzrost zaufania konsumenckiego może doprowadzić do silnego ożywienia aktywności i rozwoju rynku pracy. Z drugiej jednak strony, pomimo stałego postępu szczepień, ponowne wybuchy epidemii nie są wykluczone i mogą skutkować wolniejszym znoszeniem środków zapobiegawczych, ze szkodą dla gospodarki. Zdaniem OECD polityka gospodarcza Polski powinna bardziej sprzyjać zielonemu ożywieniu. Perspektywy wzrostu gospodarczego zostałyby wtedy wzmocnione poprzez skupienie się na dekarbonizacji, inwestycjach sprzyjających produktywności i reformach rynku pracy. Natomiast inwestycje publiczne powinny koncentrować się na poprawie infrastruktury kraju, zwłaszcza w transporcie, energetyce i technologiach cyfrowych, aby pomóc zwłaszcza mniejszym firmom.

Czy gospodarka wymaga coming outu?

Pełne otwarcie polskich przedsiębiorstw na różnorodność płciową personelu z pewnością podniesie ich potencjał i poprawi konkurencyjność.
„Kraje Europy Środkowo-Wschodniej tracą możliwości inwestycji zagranicznych z powodu postrzeganej dyskryminacji osób LGBT+” – alarmuje organizacja Koalicja Open for Business. Niestety, nie podaje, jakie konkretnie inwestycje zagraniczne Polska miała dotychczas stracić z powodu szykanowania osób LGBT+. Oprócz lesbijek, homoseksualistów, biseksualistów i transwestytów, w tym plusie chodzi o osoby interpłciowe, wcześniej niezbyt precyzyjnie zwane obojnakami lub hermafrodytami; osoby, które nie odpowiadają typowym definicjom męskich i żeńskich ciał, albo po prostu o wszelkie pozostałe tożsamości i orientacje wykraczające poza banalny zakres nakreślony wspomnianymi czterema literami.
Koalicja Open for Business podkreśla także, że dyskryminacja osób LGBT+ wiąże się ze zjawiskiem drenażu mózgów, nie tylko zresztą w Polsce. Osoby LGBT+, jako wykwalifikowane i często wykonujące tzw. zawody przyszłości, nie mogąc znieść szykan, emigrują z krajów Europy Środkowo-Wschodniej (gdzie represje wobec nich są szczególnie nasilone) do do pracy w bardziej otwartych społeczeństwach, czyli do Holandii, Niemiec oraz Wielkiej Brytanii. Bardzo wiele zależy tu od środowiska pracy, otwartego i inkluzywnego, czyli przyjmującego z jednakową aprobatą wszelkie orientacje i tożsamości seksualne. Tym bardziej, że niedostateczna dostępność umiejętności i talentów spowodowana przez dyskryminację osób LGBT+ jest postrzegana jako „kluczowe ryzyko dla biznesu w Europie Środkowo-Wschodniej” – zaś talent jak wiadomo wykracza poza kwestie płci.
Komisarz Unii Europejskiej ds. Równości Helena Dalli miała podkreślić pozytywny wpływ otwartego i inkluzywnego miejsca pracy na dobrostan pracowniczek i pracowników, przekładający się na osiągnięcia danej firmy, mówiąc: „Otwarte i inkluzywne miejsce pracy jest nie tylko sprawiedliwe względem pracowników, lecz również dobre dla biznesu. Firmy, które są zróżnicowane i inkluzywne, sprzyjają integracji, są bardziej konkurencyjne i zaspokajają potrzeby różnorodnych rynków globalnych. Różnorodność prowadzi do większej kreatywności. To z kolei zapewnia wyższą produktywność, innowacyjność i zwroty dla biznesu. Spełnienie takich warunków tworzy bardziej integracyjne społeczeństwa. To podwójna wygrana”.
Pani komisarz wprawdzie nie wspomniała tu o osobach LGBT+ lecz Koalicja Open for Business nie ma wątpliwości, że właśnie o nie jej chodziło. Dlatego Kathryn Dovey, dyrektorka Koalicji Open For Business, krytykuje kraje Europy Środkowo-Wschodniej i stwierdza, że jasno widać negatywny wpływ dyskryminacji osób LGBT+ na gospodarki w tym regionie. Dodaje ona: „Jeśli te kraje chcą konkurować o najlepsze talenty, przyciągać większe inwestycje zagraniczne i stać się ośrodkami innowacji, muszą położyć kres dyskryminacyjnej polityce wobec społeczności LGBT+”. Otwarcie polskiej gospodarki na różnorodność pozwoli na podniesienie jej potencjału.
Między innymi, chodzi tu o pożądane zmiany w organizacji biznesu w Polsce, mogące być sygnałem dla wielu firm, które dotychczas wahały się przed podjęciem konkretnych kroków w celu ulepszenia swoich środowisk pracy. Marcin Tomaszewski z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju podkreśla: „Wreszcie badania nad wykluczeniem osób LGBT+ nabrały tempa. Niestety, wyniki są uderzające. Dowody wyraźnie pokazują, że zróżnicowana siła robocza może poprawić wyniki finansowe firmy, prowadzić do szczęśliwszych i bardziej produktywnych zespołów oraz napędzać innowacje wśród pracowników. Wszelkie dyskryminujące środki i wykluczający język dotyczące orientacji seksualnej, prawdopodobnie będą przeciwdziałać podnoszeniu potencjału firm”.
Z kolei ekspert Cezary Żelaźnicki wskazuje, iż firmy szeroko otwarte na osoby LGBT+ są: „Bardziej zwinne w radzeniu sobie z kryzysami, rozwiązywaniu problemów i ostatecznie mają zdrowsze wyniki finansowe”. Dlatego, jak podkreśla Koalicja Open For Business, „nie powinno dziwić”, że skoro „tożsamość LGBT+ jest ważnym aspektem różnorodności”, to większe korzyści pod względem zaangażowania, produktywności i lojalności swoich pracowników uzyskują te firmy, które zmierzają do „budowanie różnorodnych zespołów i zachęcają swoich ludzi do bycia sobą”. Wypada zapytać, czy chodzi także o to, by rozumne firmy gwoli maksymalizacji zysków zachęcały swych pracowników do dokonywania coming outów?

Zagraniczne firmy optymistycznie patrzą na inwestycje w Chinach

Ogłoszono główne dane z chińskiej gospodarki za I kwartał br, które są zasadniczo zgodne lub lepsze od oczekiwań rynkowych. PKB wzrósł o 18,3 proc. rok do roku przy niskiej podstawie w zeszłym roku.
Ceny konsumenckie w całym kraju pozostały na tym samym poziomie w porównaniu z ubiegłym rokiem. Liczba nowych miejsc pracy w miastach wyniosła 2,97 miliona, dzięki czemu zrealizowano w 27 proc. roczny plan, jakim jest zatrudnienie ponad 11 milionów osób.
W związku z tym opiniotwórczy francuski dziennik gospodarczy „Les Échos” opublikował artykuł, w którym zauważono wzmocnienie tendencji chińskiego ożywienia gospodarczego. Według analizy CNN gospodarka Chin powróciła do poziomu sprzed pandemii, stopniowo wygaszana jest polityka wspierania, stabilizuje się odbicie w Chinach po wybuchu epidemii COVID-19. Eswar Prasad, profesor ekonomii Uniwersytetu Cornell w USA zwrócił uwagę na ogromną siłę odporności i dynamiki chińskiej gospodarki. Stabilny wzrost gospodarczy nie tylko świadczy o słusznej polityce makroekonomicznej ustalonej przez Centralną Konferencję Pracy Gospodarczej pod koniec ubiegłego roku, ale także stwarza warunki dla dalszego regulowania gospodarki zgodnie z tym tonem, czyli „utrzymania ciągłości, stabilności i trwałości makropolityki”. Reuters zauważył, że „stabilizacja chińskiej gospodarki spowoduje, że chiński rząd nie będzie wprowadzał gwałtownych zmian w sferze polityki”.
W  dłuższej perspektywie, orientacja polityczna rządu chińskiego pomoże chińskiej gospodarce w dalszym eliminowaniu zagrożeń i optymalizacji struktury. Wall Street Journal zacytował  opinie ekonomisty Johna Leera z amerykańskiej firmy konsultingowej Morning Consult, który uważa, że „Pekin ogłosił stosunkowo umiarkowaną prognozę wzrostu na 2021 r., co pozostawiło  urzędnikom więcej przestrzeni na poradzenie sobie z zadłużeniem i ryzykiem finansowym”.
Według danych Ministerstwa Handlu Chin łączna sprzedaż detaliczna dóbr konsumpcyjnych w I kwartale br. wzrosła o 33,9 proc. rok do roku, co wskazuje na przyspieszenie ożywienia konsumpcji. The New York Times zwrócił uwagę, że w odróżnieniu od  głównych gospodarek na świecie, które rozdają dotacje konsumentom, chiński rząd koncentruje się na korzystaniu z ulg i zachęt kredytowych oraz podatkowych dla przedsiębiorców, co nie tylko wzmacnia ich funkcjonowanie, ale także promuje konsumpcję.
Niemiecka stacja telewizyjna ARD podała, że ​​Chiny wsparły przemysł motoryzacyjny, a rozwijający się chiński rynek samochodowy uratował koncerny Volkswagena, BMW i Daimler-Benz. Z danych Federalnego Urzędu Statystycznego Niemiec wynika, że ​​od lutego br. liczba zamówień dla niemieckich firm rosła przez 9 kolejnych miesięcy, powracając do poziomu sprzed lutego 2020 r. Główną przyczyną jest ożywienie gospodarcze w Chinach i USA.
Niedawno, chiński premier Li Keqiang powiedział na sympozjum poświęconym sytuacji gospodarczej, że „utrzymanie stałego wzrostu chińskiej gospodarki jest ważnym wkładem w światową gospodarkę”. Potwierdza to „Raport z badania środowiska biznesowego Chin w 2021 r.”, opublikowany przez Amerykańską Izbę Handlową w Chinach 9 marca bieżącego roku. Zagraniczne firmy w Chinach optymistycznie patrzą na perspektywy przyszłego rozwoju chińskiej gospodarki, a rynek chiński wciąż jest  dla nich priorytetem. 75%proc. ankietowanych firm optymistycznie ocenia perspektywy rozwoju chińskiego rynku w ciągu najbliższych dwóch lat, a 81 proc. firm uważa, że ​​rynek chiński w 2021 roku zanotuje dodatni wzrost.

Co się dzieje z budową Muzeum Wojska?

Chyba jeszcze nigdy na polskich placach budów koszt nie urósł tak szybko w tak krótkim czasie.
Jeden ze sztandarowych propagandowych projektów realizowanych przez Prawo i Sprawiedliwość został mocno skrytykowany przez Najwyższą Izbę Kontroli. Chodzi o Muzeum Wojska Polskiego, budowane mozolnie na terenach stołecznej Cytadeli.
W ocenie NIK cały proces inwestycyjny budowy Muzeum Wojska Polskiego jest zbyt przewlekły, a kolejny już – wyznaczony na koniec tego roku – termin zakończenia zagrożony (a właściwie, już zupełnie nierealny). Rząd PiS nie daje sobie rady z tą budową, choć przyszedł na gotowe, bo wszystkie plany i dokumentacja zostały przygotowane przez poprzedników.
Dodatkowym problemem jest to, że na terenie Cytadeli realizowane są obecnie dwie inwestycje – budowa Muzeum Wojska Polskiego i budowa gigantycznego Muzeum Historii Polski. Relacje między generalnymi wykonawcami miało regulować ich wzajemne porozumienie zawarte przy udziale inwestorów. Chodziło m.in. o zasady dojazdu i transportu materiałów na teren obu budów. Projekt porozumienia został uzgodniony, jednak od marca 2019 r. nie został zaakceptowany przez Muzeum Wojska Polskiego, mimo wymogu zawarcia takiej umowy pomiędzy MWP a wykonawcą generalnym.
Przypomnijmy, że Muzeum Wojska zostało powołane dekretem Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego z 22 kwietnia 1920 r. Po II wojnie światowej zostało reaktywowane 22 sierpnia 1945 r. Istniejące Muzeum Wojska Polskiego obecnie dzieli swoje pomieszczenia w jednym kompleksie z Muzeum Narodowym w Warszawie. W 1984 r. wygasła umowa w sprawie użytkowania. Od tego czasu resort obrony ponosi koszty najmu od Muzeum Narodowego i jest zobligowany do zwolnienia zajmowanej od lat 30-ych XX w. części powierzchni Muzeum Narodowego przy Al. Jerozolimskich 3. W związku z zajmowaniem części powierzchni obiektów Muzeum Narodowego przez Muzeum Wojska Polskiego oba muzea mają trudną sytuację jeśli chodzi o przechowywanie i wystawianie rosnących zbiorów.
Jak stwierdza NIK, W czasie przygotowania dokumentacji procesu inwestycyjnego prawidłowo wyznaczono podmioty i osoby odpowiedzialne za realizację zadań związanych z przygotowaniem inwestycji. Właściwie zostały rozpoznane stan prawny i faktyczny nieruchomości oraz inne uwarunkowania. Instytucje i jednostki wojskowe opuściły część terenu Cytadeli przeznaczoną na muzeum, obszar budowy został przygotowany i udostępniony prawidłowo. Został też jednoznacznie dokonany podział terenu wraz z podziałem odpowiedzialności podmiotów na nim funkcjonujących. Wyłonienie wykonawców generalnych prac budowlanych siedziby MWP oraz wjazdu także było właściwe.
Potem jednak zaczęły się schody. W czasie przygotowania procesu inwestycyjnego i wyłonienia wykonawców stwierdzono rozmaite nieprawidłowości. Ułomna była już procedura wyboru projektanta, albowiem w regulaminie konkursu na koncepcję urbanistyczno-architektoniczną kompleksu MWP w Cytadeli Warszawskiej zamieszczono nieprecyzyjne i niewystarczające zapisy dotyczące maksymalnego, planowanego łącznego kosztu wykonania robót realizowanych na podstawie prac konkursowych. Jednocześnie, brak było możliwości odrzucenia ocenianej pracy, nawet w przypadku przekroczenia w niej budżetu.
Mogło to, zdaniem NIK, doprowadzić do otrzymania przez inwestora koncepcji, których z uwagi na zbyt wysokie koszty nie można było zrealizować. Mogło to również nie zapewnić uczestnikom konkursu równoprawnej konkurencji, bo uczestnik nie czując skrępowania określonym limitem mógł przedstawić pracę znacznie ciekawszą niż uczestnik trzymający się reżimu kwotowego. W regulaminie konkursu, jako podstawę odrzucenia wskazano jedynie braki części graficznej, opisowej lub identyfikacyjnej prac oraz wystąpienie elementów prac naruszających ich anonimowość. Koszty już się nie liczyły.
„Nieprecyzyjne zapisy regulaminu, przy jednoczesnym braku określenia dla uczestników konkursu wymaganej szczegółowości prezentowanych założeń finansowych prac oraz braku dopuszczenia do odrzucenia prac niespełniających założeń finansowych, nie gwarantowały optymalnej oferty” – stwierdza NIK.
Program inwestycji nie odpowiadał założeniom finansowym planu robót budowlanych. Już w pierwszym etapie programu koszt oszacowano na ponad dwa i pół raza więcej niż ustalony w regulaminie konkursu. Również w przypadku programu drugiej części inwestycji przekroczono założenia finansowe. Wedle planu prac budowlanych przyjętego w 2016 r., całkowity koszt nowej siedziby muzeum ma wynieść ok. 700 mln zł.
W trybie przetargu nieograniczonego, w marcu 2018 r. wybrano generalnego wykonawcę siedziby Muzeum Wojska Polskiego, konsorcjum firm IDS-BUD oraz MAR-BUD Budownictwo. Warto zauważyć, że za zbudowanie siedziby MWP konsorcjum to zaoferowało cenę niespełna 256 mln zł. Po trzech latach okazało się, jak bardzo była ona nierealna.
W 2021 r. Ministerstwo Obrony Narodowej stwierdziło bowiem, jak gdyby nigdy nic, że łączna wartość kosztorysowa tego przedsięwzięcia wynosi 543,3 mln zł. Czyli, już ponad dwa razy więcej! Jaki będzie w rzeczywistości cały koszt budowy nowej siedziby MWP, oczywiście nie wiadomo.
Parafrazując Churchilla można by powiedzieć, że chyba jeszcze nigdy na polskich placach budowy koszt nie rósł tak bardzo w tak krótkim tempie.
Oprócz kontraktu z generalnym wykonawcą, podpisano także ponad 300 innych umów z różnymi wykonawcami. W zdecydowanej liczbie przypadków nie stosowano prawa zamówień publicznych. Wymóg zamówień publicznych obchodzono, dzieląc umowy na mniejsze części. W ten sposób korzystano z zapisu, który mówi, że prawo zamówień publicznych nie stosuje się do zamówień, których wartość nie przekracza 30 tys. euro. Tym działaniom mógł sprzyjać zauważony przez NIK „nieład kompetencyjny” w nadzorze nad procesem inwestycyjnym.
Jak się okazało w czasie kontroli NIK, wyborów wykonawców dokonywano w oparciu o propozycję sporządzającego wniosek o udzielenie zamówienia, bez wysyłania zapytań ofertowych do innych potencjalnych wykonawców lub zamieszczania ogłoszeń publicznych, a szacowanie wartości zamówienia polegało na ustaleniu przyszłego wynagrodzenia z wybranym już wykonawcą, wskazanym imiennie we wniosku.
„Skutkiem powyższego było funkcjonowanie w MWP systemu udzielania zamówień, który nie gwarantował zlecania usług w sposób konkurencyjny i ponoszenia wydatków w sposób zapewniający uzyskiwanie najlepszych efektów z danych nakładów” – stwierdza NIK. Zdaniem Izby nie było podstaw do ograniczania dostępu do zamówień innym niż wskazanym imiennie we wnioskach osobom i podmiotom.
Takie naruszenia mogą w rezultacie prowadzić do korupcji oraz nieuzasadnionego zawyżania kosztów inwestycji.

Teraz powinno się inwestować

Polska gospodarka wypracowała dużą nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących.
Jeszcze na początku 2019 roku Polska notowała deficyt na rachunku obrotów bieżących rzędu 1,3 proc. produktu krajowego brutto. Dwa lata później sytuacja ta zmieniła się o 180 stopni i obecnie notujemy nadwyżkę 3,6 proc. PKB. Obraz uległ poprawie częściowo za sprawą redukcji salda dochodów pierwotnych, ale przede wszystkim dzięki towarom, których saldo przeskoczyło z deficytu równego 1,3 proc. PKB do nadwyżki 2,4 proc. PKB.
Można wnioskować, że spora część tejże poprawy nastąpiła za sprawą pandemii, która zdecydowanie mocniej uderzyła w polski import niż eksport. W kolejnych kwartałach należy spodziewać się pewnego spadku nadwyżki: kiedy gospodarka wyjdzie z okresu pandemicznych restrykcji i mocniej ruszy import. Niemniej należy być także świadomym tego, że z biegiem lat spada stopień importochłonności polskiego eksportu – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Ostatnim elementem układanki jest saldo usług, w przypadku których w ostatnich kilku latach obserwowaliśmy niebywałą poprawę. Zmiana ta nastąpiła głównie dzięki usługom transportowym, ale także informatycznym i biznesowym, które z nadwyżką zrekompensowały negatywny wpływ pandemii na saldo podróży zagranicznych.
Czy to dobrze, iż Polska ma coraz większą nadwyżkę salda bieżącego i co ona właściwie oznacza? Z ekonomicznego punktu widzenia, nadwyżka w handlu zagranicznym równa się nadwyżce krajowych oszczędności nad inwestycjami, a także saldzie budżetowym. Jeśli w budżecie występuje deficyt, a jednocześnie nadwyżka na rachunku obrotów bieżących rośnie, wówczas kraj musi mieć nadwyżkę oszczędności nad inwestycjami. Dokładnie taka sytuacja ma obecnie miejsce w polskiej gospodarce.
Na skutek pandemii inwestycje załamały się (Polska doświadczyła jednego z największych spadków stopy inwestycji w ubiegłym roku w porównaniu z 2019 r.), jednocześnie stopa oszczędności firm i gospodarstw domowych gwałtownie wzrosła, częściowo dzięki transferom z budżetu państwa, a częściowo dzięki wciąż rosnącemu eksportowi.
Nadwyżka może być pozytywnie postrzegana przez inwestorów zagranicznych, co jest istotne, ponieważ chcemy, aby gospodarka Polski doganiała kraje bogatsze, a w tym celu musi inwestować. Zbyt szybki wzrost gospodarczy z kolei, poprzez kreowanie silnego popytu inwestycyjnego czy konsumpcyjnego, także nie jest pożądany. W takiej sytuacji zwiększamy bowiem stopień uzależnienia od zagranicznego kapitału, co w pewnym momencie może stać się problemem (skrajnym przykładem jest tutaj gospodarka turecka) – zwraca uwagę TEP.
W ciągu ostatnich kilku lat Polska zanotowała niebywałą poprawę salda obrotów bieżących. W rezultacie obecnie nie mówimy już o zrównoważeniu zewnętrznym rodzimej gospodarki, ale o pewnego rodzaju nierównowadze. Nierównowaga nie jest dobra zarówno jeśli odchylamy się zbyt dużo w jedną czy drugą stronę. Takie twierdzenie dotyczy także bilansu płatniczego. Czy Polska potrzebuje dużej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących?
Najlepszym rozwiązaniem jest utrzymywanie ograniczonej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących, która nie będzie blokowała inwestycji. Polska gospodarka ma obecnie znaczne oszczędności, które z czasem będą mogły zostać zainwestowane.
Utrzymywanie lekkiej nadwyżki na rachunku bieżącym jest dla Polski pozytywnym czynnikiem również z jeszcze jednego powodu – ograniczanie zadłużenia zagranicznego. Polska ma relatywnie wysoki poziom długu zagranicznego jeśli chodzi o rating jaki posiada, co zresztą zaznaczała w ostatnim komunikacie agencja Fitch. Jeśli zatem chcemy aspirować do najlepszych, wówczas należy dążyć do dalszej redukcji uzależnienia od kapitału zagranicznego. Utrzymywanie ciągłej i ograniczonej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących będzie działać na rzecz dalszego zmniejszania długu zagranicznego bez uszczerbku dla inwestycji.
Od końca 2016 roku Polska istotnie zredukowała zadłużenie zagraniczne: z ponad 76 proc. PKB do 59 proc. PKB, co nastąpiło głównie dzięki spadkowi zadłużenia rządowego, a także (w nieco mniejszym stopniu) zadłużenia banków. Choć dług zagraniczny Polski jest wciąż spory, to jego struktura jest względnie dobra: większość długu to dług sektora rządowego i samorządowego oraz wynika z pożyczek udzielanych bezpośrednio między firmami.
Obniżenie zadłużenia zagranicznego widać także w spadku udziału długu zagranicznego w długu publicznym ogółem, co niesie za sobą pozytywne konsekwencje. Konkludując, tak jak niepożądany był znaczny deficyt na rachunku bieżącym w czasie pierwszej dekady nowego tysiąclecia, tak utrzymywanie nadmiernej nadwyżki w handlu zagranicznym również może nieść negatywne konsekwencje.

Teraz są niegdysiejsze śniegi

Władza w naszym kraju nie zwraca uwagi na korzyści płynące z retencjonowania wód. W rezultacie grożą nam powodzie.
Tak śnieżnej zimy jak obecna, nie mieliśmy od lat. Łatwo można więc było odpowiedzieć na pytanie Villona, gdzie są niegdysiejsze śniegi? Jak to gdzie: tu i teraz, w Polsce.
Jeśli gdysiesze śniegi zaczną szybko topnieć, nasz kraj będzie zagrożony potężnymi powodziami. W Polsce w wyniku postępującej urbanizacji już 23 mln osób (ok. 60 proc. populacji kraju) żyje w miastach. Powstające w miastach osiedla, biurowce czy galerie handlowe, pochłaniają niemal każdy wolny skrawek ziemi. Poza miastami brakuje zaś zbiorników retencyjnych, małych i większych, które mogłyby przyjąć nadmiar wody.
W konsekwencji opady atmosferyczne, na skutek zmian klimatycznych w ostatnich latach bardzo gwałtowne, oraz wody z topniejących śniegów, nie mają jak wsiąkać w grunt – spływają po wyasfaltowanych ulicach i wybetonowanych chodnikach wprost do kanalizacji miejskiej, trafiają do obwałowanych rzek, podnosząc niebezpiecznie ich poziom. A przecież można i należy wykorzystywać je w gospodarce komunalnej, przemyśle oraz w wiejskich gospodarstwach indywidualnych.
W efekcie około 70 proc. tych wód jest bezpowrotnie tracone, a gdy jest ich dużo, powodują zagrożenie powodziowe. „Dlatego tak ważna jest zmiana podejścia do zagadnienia wód opadowych i dążenie do ograniczenia ich spływu powierzchniowego, poprzez m.in. zwiększanie tzw. retencji terenowej” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli, która zbadała właśnie, jak wygląda w naszym kraju zagospodarowanie wód opadowych i roztopowych.
Gdy Prawo i Sprawiedliwość zdobyło władzę, w ramach obiecywanych „dobrych zmian” zapowiedziano również nowe podejście do zagospodarowania wód opadowych i roztopowych. Wyrazem tego nowego podejscia miała być uchwalona w 2017 r. ustawa Prawo Wodne. Zawarte w niej instrumenty finansowe w postaci systemu opłat za odprowadzanie wód opadowych i roztopowych oraz za zmniejszenie naturalnej retencji terenowej miały między innymi zachęcać do zmian w istniejących systemach odprowadzania wód opadowych i roztopowych (chodziło o zwiększenie retencji terenowej i stopnia wykorzystania tych wód). Zmianie uległa także prawna kwalifikacja tychże wód, które zaprzestano uznawać za ścieki.
W praktyce jednak, te zmiany niewiele dały. Jak podkreśla NIK w swoim najnowszym raporcie pokontrolnym, pomimo zmian klimatu nie opracowano jednolitej strategii zagospodarowania wód opadowych i roztopowych w Polsce, która określałaby cele oraz docelowe wskaźniki zagospodarowywania tych wód. Zagadnienie to marginalnie ujmowane było w dokumentach planistycznych i programowych opracowanych przez państwowe przedsiębiorstwo Wody Polskie, a podejmowane działania nie miały charakteru systemowego. Izba zwraca także uwagę na nienajlepszą współpracę tego, powołanego przez rząd PiS przedsiębiorstwa z gminami miejskimi – co powodowało, że za sprawą nieprawidłowości w funkcjonowaniu Wód Polskich nie zawsze naliczano opłaty za zbyt małą skalę retencji, lub naliczano je w nieprawidłowej wysokości .
NIK podkreśla, że opracowanie przemyślanej strategii, a następnie jej wdrożenie, ma kluczowe znaczenie dla przeciwdziałania skutkom działalności człowieka, zwłaszcza na terenach zurbanizowanych, na których systematycznie zwiększa się powierzchnia tak uszczelniona, że uniemożliwiająca wsiąkanie wody opadowej.
Tymczasem, w naszym kraju zapominano o korzyściach płynących z retencjonowania wód. „W inwestycjach przekładało to się głównie na rozbudowę sieci kanalizacji deszczowej, a w mniejszym stopniu dotyczyło budowy zbiorników retencyjnych” – wskazuje Izba.
Przykładowo, jak zbadała NIK, tylko pięć ze skontrolowanych miast – Garwolin, Gdańsk, Gdynia, Gniezno i Warszawa – promowało zagospodarowywanie wód opadowych i roztopowych lub wdrożyło programy dofinansowania takich przedsięwzięć, realizowanych przez właścicieli nieruchomości. Natomiast na szczeblu centralnym program taki (tzw. Program Priorytetowy Moja Woda na lata 2020-2024) został wdrożony dopiero 1 lipca 2020, czyli ponad dwa i pół roku po przyjęciu ustawy Prawo Wodne, więc oczywiście dotychczas nie przyniósł żadnych efektów.
Program Moja Woda jest ukierunkowany na dofinansowanie przedsięwzięć prowadzących do zatrzymywania wody opadowej w obrębie nieruchomości, zaś jego celem jest ochrona zasobów wody poprzez zwiększenie retencji na terenie posesji przy budynkach jednorodzinnych oraz wykorzystywanie zgromadzonej wody opadowej i roztopowej. Czas pokaże, czy i jakie przyniesie on korzyści.
Pozytywną zmianą, osiągniętą jednak nie w wyniku działań rządu lecz za sprawą aktywności samorządów miejskich, jest zaś to, że w ramach prowadzonych inwestycji, głównie obejmujących zagospodarowanie przestrzeni publicznej, coraz częściej stosowane są rozwiązania zapewniające filtrowanie i gromadzenie wód, a także umożliwiające nawadnianie terenów zielonych (np. pasy zieleni buforowej, stosowanie nawierzchni o powierzchni przepuszczalnej, nasadzenia w ramach tzw. ogrodów deszczowych).
To dzięki działalności samorządów terytorialnych w Polsce, powoli bo powoli, ale jednak przybywa zbiorników retencyjnych i retencyjno-infiltracyjnych, sieci kanalizacji deszczowej, deszczowych studni chłonnych. Te inwestycje, zbadane w ramach kontroli inwestycje, zostały przygotowywane rzetelnie i zrealizowano je bez ponoszenia zbędnych kosztów – stwierdza NIK, wystawiając dobre świadectwo samorządom terytorialnym.
Nie znaczy to, że tu wszystko jest idealnie. Jak zauważa Izba, działania jednostek samorządu terytorialnego, które miały na celu zagospodarowanie wód opadowych i roztopowych, obejmowały głównie rozbudowę sieci kanalizacji deszczowej, w tym jej wydzielanie z kanalizacji ściekowej. Natomiast w mniejszym stopniu dotyczyły budowy zbiorników retencyjnych, czy tzw. studni infiltracyjnych, pomimo tego, że retencja stanowi dodatkowe wobec przeciążonych sieci kanalizacji deszczowych, ważne narzędzie ochrony infrastruktury przed skutkami gwałtownych zjawisk pogodowych.
Ponadto, wiele miast nie określiło zasad partycypacji właścicieli nieruchomości, odprowadzających wody opadowe i roztopowe do kanalizacji, w kosztach jej utrzymania. Były one wówczas ponoszone wyłącznie z budżetów miast. „Było to ekonomicznie nieuzasadnione i nie tworzyło zachęty do zagospodarowywania wód opadowych i roztopowych przez właścicieli nieruchomości na terenie własnych posesji” – podkreśla NIK. Natomiast tam gdzie wprowadzono takie opłaty, zdarzało się, że były one ustalane z naruszeniem przepisów ustawy o gospodarce komunalnej, czyli brane z sufitu, bez określenia przez władze gmin ich wysokości lub sposobu wyliczania.
Kontrola wykazała również, że niektóre jednostki przedsiębiorstwa Wody Polskie nie podejmowały żadnych działań wobec podmiotów, które bez wymaganych pozwoleń wodnoprawnych odprowadzały wody opadowe i roztopowe do urządzeń wodnych. Ta bierność Wód Polskich w oczywisty sposób zwiększa zagrożenie powodziowe.

Gospodarka 48 godzin

Giełda przyśpieszyła

W styczniu 2021 r. łączna wartość obrotu akcjami na głównym rynku giełdy papierów wartościowych wyniosła 32,3 mld zł, czyli o 73,2 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Ruch na stołecznym parkiecie się zatem zwiększył, ale nie znaczy to, że spółki giełdowe na tym skorzystały. Wartość głównego indeksu WIG na koniec stycznia wyniosła 56 978,68 pkt i była tylko o 0,5 proc. wyższa niż w styczniu ubiegłego roku. W styczniu 2021 r. na giełdzie odbyło się 19 sesji giełdowych, o dwie mniej niż przed rokiem. Na równoległym rynku NewConnect w styczniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 196,8 proc., rok do roku, do poziomu 1,1 mld zł. Doszło do 807 tys. transakcji instrumentami pochodnymi (np. kontraktami terminowymi i opcjami) co oznacza wzrost o 37 proc.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną wyniósł 12,5 terawatogodzin, co oznacza spadek o 11,1 proc. w porównaniu ze styczniem 2020 r. Zwiększył się jednak o 72,6 proc. obrót gwarancjami pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej z odnawialnych źródeł energii, osiągając wartość 2,3 TWh. Natomiast handel gazem ziemnym wzrósł o 33,3 proc. rok do roku, do 14,8 TWh.
Wartość 434 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na głównym rynku giełdowym wyniosła 1 057,8 mld zł (233,1 mld EUR) – z czego kapitalizacja 384 spółek krajowych to 544,7 mld zł (120,0 mld EUR). Jeśli chodzi o zainteresowanie grą na giełdzie, to na koniec ubiegłego roku zarejestrowanych było 1 329 509 rachunków maklerskich, o 84 234 więcej w porównaniu w końcem 2019 r. „Ubiegły rok przyniósł na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie diametralną zmianę. Udział inwestorów indywidualnych w obrotach się podwoił. Jesteśmy niezwykle zadowoleni z powrotu inwestorów na nasz rynek i mamy nadzieję, że pozostaną z nami na dłużej ” – stwierdził Marek Dietl, prezes giełdy. Przez ostatnie lata udział graczy indywidualnych na warszawskim parkiecie malał, a sytuacja zmieniła się w 2020 r.

Przesadna promocja
Z nie do końca jasnych powodów państwowy PKO BP, który sponsoruje rozgrywki piłkarskiej ekstraklasy, dołączył do promocji szczepień przeciw Covid-19. Polega to na tym, że w trakcie telewizyjnej transmisji każdego meczu, na ekranie będą wyświetlane informacje promujące te szczepienia oraz zachęty do skorzystania z nich. Rzecz w tym, że szczepienia przeciw koronawirusowi już zostały tak doskonale wypromowane w Polsce (czego przykładem tłumy starszych ludzi, stojące beznadziejnie w kolejkach do rejestracji), że naprawdę nie trzeba na to dodatkowo wydawać pieniędzy Polaków, korzystających z usług PKO BP. Może lepiej byłoby za to nieco obniżyć im marże i opłaty? Równie niewielki sens mają kolejne billboardy zachęcające do szczepień przeciw Covid-19, które zawisły w wielu miastach w Polsce. Polaków naprawdę nie trzeba zachęcać do szczepień. Wysiłek i środki na promowanie szczepień lepiej więc przeznaczyć na ich sprawniejsze zorganizowanie.

Chińczycy inwestują
Na koniec ubiegłego roku wartość chińskich inwestycji w Polsce przekroczyła miliard dolarów. Daje to naszemu krajowi trzecie miejsce w Europie po Niemczech i Francji pod względem chińskich wydatków inwestycyjnych.