Żeby mniej było tragedii na torach

PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. dziękują dziennikowi „Trybuna” za zwrócenie uwagi na bezpieczeństwo.
Państwowa firma PKP Polskie Linie Kolejowe, dbająca o stan infrastruktury kolejowej w naszym kraju, odniosła się do artykułu opublikowanego w dzienniku „Trybuna” poświęconego niebezpiecznym przejazdom kolejowym w Polsce.
PKP PLK podziękowały za zwrócenie uwagi na problem bezpieczeństwa. W liście nadesłanym do redakcji Polskie Linie Kolejowe stwierdzają co następuje:
„W nawiązaniu do artykułu pt. „Łatwiej zginąć na torach” opublikowanego w dzienniku Trybuna 2 września 2020 r. dziękujemy za zwrócenie uwagi na bezpieczeństwo. Czytelnikom należą się też rzetelne informacje o działaniach PKP Polskich Linii Kolejowych S.A. na rzecz zwiększenia poziomu bezpieczeństwa na przejazdach kolejowo-drogowych.
PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. konsekwentnie podnoszą poziom bezpieczeństwa na sieci kolejowej. Inwestycje z Krajowego Programu Kolejowego to budowa nowych bezkolizyjnych przejazdów, dodatkowe i nowoczesne urządzenia sterowania ruchem na przejazdach, poprawa systemów komunikacji obok skrzyżowań kolejowo drogowych. Inwestycje realizowane są zarówno ze środków budżetowych, jak i środków w ramach projektów dofinansowanych przez Unię Europejską. Na zwiększenie poziomu bezpieczeństwa przeznaczane są miliardy złotych. Z efektów inwestycji korzystają mieszkańcy, zwiększa się również bezpieczeństwo pasażerów pociągów.
Przejazdy kolejowo-drogowe są modernizowane w ramach wszystkich projektów liniowych np. na trasie Lublin – Warszawa, Poznań – Wrocław, Nysa – Opole, Piła – Poznań. Są również projekty specjalnie dedykowane zwiększeniu bezpieczeństwa na styku toru i drogi, jak ogólnopolski projekt „Poprawa bezpieczeństwa na skrzyżowaniach linii kolejowych z drogami” (etap I – część przejazdowa). Projekt obejmuje 182 przejazdy w całej Polsce, a na 109 skrzyżowaniach prace już zostały zakończone.
Zwiększa się także poziom bezpieczeństwa na torach i drogach dzięki budowie bezkolizyjnych skrzyżowań. Obiekty nad lub pod torami są budowane m.in. na trasach z Wrocławia do Poznania, z Warszawy do Białegostoku i z Krakowa do Katowic.
Budowę bezkolizyjnych skrzyżowań zaplanowano także w ramach projektu „Poprawa bezpieczeństwa na skrzyżowaniach linii kolejowych z drogami” (etap II i III – część wiaduktowa). Inwestycje zapewnią ponad 30 bezkolizyjnych obiektów. Projekty są realizowane we współpracy z samorządami, które współuczestniczą m.in. w wyborze lokalizacji wiaduktów.
Na polskiej sieci kolejowej z roku na rok maleje liczba przejazdów kolejowo-drogowych, w tym przejazdów zabezpieczonych znakiem stop. Skrzyżowania w poziomie szyn zastępowane są wiaduktami oraz przejazdami wyposażonymi w rogatki i sygnalizację świetlną. Ten proces jest konsekwentnie prowadzony w skali jakiej dotychczas nie było.
Z poważaniem,
Mirosław Siemieniec, rzecznik prasowy PKP Polskie Linie Kolejowe S.A.”

Inwestorzy zagraniczni mają stabilne oczekiwania co do rynku chińskiego

Według danych Ministerstwa Handlu Chiń bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Chinach kontynentalnych, w rzeczywistym wykorzystaniu, wzrosły w lipcu o 15,8 proc w porównaniu z samym okresem ubiegłego roku.

Oczekiwania i zaufanie dotyczące inwestycji zagranicznych ustabilizowały się i poprawiły. Obecnie epidemia covid-19c rozprzestrzenia się na całym świecie, a inwestycje międzynarodowe są nadal powolne. Na tym tle faktyczne wykorzystanie kapitału zagranicznego przez Chiny wzrosło w lipcu o 15,8 proc. , co jest szczególnie cenne.
„Pod wpływem epidemii, przepływ pasażerów w niektórych budynkach biurowych i sklepach widokowych zmniejszył się, ale sprzedaż w sklepach zlokalizowanych w społecznościach nadal szybko rośnie. Tylko 15 lipca sklep ogólnospożywczy Lawson otworzył 3 nowe sklepy w Chongqing.” Lawson Wiceprezes Chin Zhang Sheng powiedział: „Będziemy nadal zwiększać inwestycje w Chinach i stopniowo otwierać nowe sklepy. Do końca tego roku będziemy dążyć do osiągnięcia ponad 3000 sklepów w Chinach”.
Obecnie rozwój gospodarczy Chin wykazuje stabilny zwrot na lepsze. Spadek całkowitej sprzedaży detalicznej dóbr konsumpcyjnych znacznie się zmniejszył, a sprzedaż detaliczna dóbr fizycznych w Internecie szybko wzrosła; Wskaźnik PMI w Chinach wzrósł w lipcu do 51,1, co oznacza wzrost o 0,2 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim miesiącem. W oczach zagranicznych inwestorów to jest nadal gorące miejsce do inwestowania.
Od początku tego roku Chiny nieustannie przekazują światu swoją niezachwianą determinację, by otworzyć się na świat poprzez praktyczne działania: promocję budowy Hainan Free Trade Port, organizację targów „Cloud” Canton Fair i przygotowywanie się do 3. China International Import Expo. Bardziej otwarte Chiny stały się dobrym miejscem dla globalnych inwestycji korporacyjnych. Według raportu opublikowanego 10 czerwca przez Izbę Handlową Unii Europejskiej w Chinach, 65 proc. ankietowanych członków uważa Chiny za najważniejsze lub trzy najważniejsze miejsca inwestycyjne.
„Kiedyś byliśmy bardzo zdenerwowani, O dziwo, że proces rejestracji przebiegał łatwo”. Bi Dejun, zastępca dyrektora generalnego nowej firmy technologicznej, był bardzo poruszony. Dotknięci epidemią zagraniczni udziałowcy tej firmy nie mogli wjechać do Chiń w celu rejestracji działalności. Suzhou Industrial Park natychmiast koordynował oddział Banku Chin w Singapurze w celu weryfikacji kwalifikacji akcjonariuszy. Po zakomunikowaniu i potwierdzeniu materiałów aplikacyjnych wydano zezwolenie na prowadzenie działalności. Zrealizuj rejestrację przedsiębiorstw finansowanych z zagranicy „bez konieczności opuszczania kraju” i „zgody offshore”.
W ostatnich latach chiny aktywnie starały się stworzyć zorientowane rynkowo, oparte na prawie i umiędzynarodowione środowisko biznesowe oraz stale ułatwiać inwestowanie w Chinach przedsiębiorstwom finansowanym z zagranicy. W czerwcu tego roku Chiny ogłosiły negatywną listę dostępu do inwestycji zagranicznych na 2020 r. Oraz negatywną listę pilotażowych stref wolnego handlu. W porównaniu z wersją 2019, nowa wersja listy negatywnej dostępu do inwestycji zagranicznych została zmniejszona z 40 do 33, redukcja o 17,5 proc.; lista negatywna pilotażowej strefy wolnego handlu została zmniejszona z 37 do 30, redukcja o 18,9 proc.

Deficyt nie taki straszny

Ostatnimi czasy wiele słyszy się o deficycie, najczęściej w złym świetle. Traktuje się to zjawisko jako coś złego, jednak zapomina się jak istotną rolę gra deficyt w gospodarkach państw i makroekonomii. Czy należy się bać?

Deficyt – nie taki diabeł straszny jak go malują.

Sektor prywatny ma to do siebie, że nie potrafi w pełni wykorzystać potencjalnej produkcji, dlatego państwo poprzez środki z deficytu może wpływać na zagregowany popyt, który wpływa na zatrudnienie, produkcję i inwestycje. W momencie niewykorzystanego potencjału produkcyjnego państwo podnosi produkcję, wydając środki z deficytu na zwiększanie popytu efektywnego. Popyt efektywny jest wyznaczany przez punkt funkcji zagregowanego popytu, w którym popyt staje się efektywny, przy danych warunkach podaży odpowiada poziomowi zatrudnienia, przy którym przedsiębiorstwa osiągają maksimum zysku. Wielkość popytu efektywnego wyznaczają łącznie skłonność do konsumpcji i stopa nowych inwestycji, które razem decydują o wielkości zatrudnienia. W przypadku gdy popyt efektywny nie będzie dostatecznie wielki, faktyczny poziom zatrudnienia będzie niższy od potencjalnej podaży siły roboczej przy określonej bieżącej płacy realnej. Jeżeli dany rząd oficjalnie deklaruje politykę pełnego zatrudnienia lub po prostu niwelowania bezrobocia, musi mieć świadomość, że niedostatecznie silny popyt efektywny będzie hamował wzrost zatrudnienia, co w efekcie przełoży się na zatrzymywanie produkcji. Jednak wracając do tytułu tekstu, w jaki sposób deficyt może wpływać na dochód państwa? Przede wszystkim jak wykazaliśmy, dzięki deficytowi państwo może wpływać na krańcową skłonność do konsumpcji, która jest najwyższa w mniej zamożnych społeczeństwach (o wpływie oszczędności na produkcję odniosę się później). Zatrudnienie pełni funkcję konsumpcji i przewidywanych inwestycji, konsumpcja jest natomiast funkcją dochodu netto, która jest sumą konsumpcji i inwestycji netto. W przypadku spadku dochodu netto należy szukać przyczyny w spadku zatrudnienia. Gdybyśmy jako państwo wykorzystywali środki do umarzania długu, doprowadzilibyśmy do tłumienia potencjału produkcyjnego przez spadek skłonności do konsumpcji, co w efekcie przełożyłoby się na spadek popytu efektywnego. W momencie wykorzystania w pełni potencjału produkcyjnego doprowadzimy do pełnego zatrudnienia. Przykład wpływu deficytu USA na spadek zapadalności jest dobrym zobrazowaniem, do czego tutaj dążymy:

Jak widać na powyższym wykresie, deficyt przyczynił się w szczególny sposób do spadku wskaźnika zapadalności. Deficyt przy prowadzeniu odpowiedniej polityki, tj. polityki pełnego zatrudnienia i pobudzania zagregowanego popytu może doprowadzić do stabilności gospodarczej a w długim okresie, przy lepszej koniunkturze spłacić dług. Bo czym innym jest długi okres jak nie sumą krótkich okresów. Tutaj też warto podkreślić oczywisty fakt, że długu publicznego w przeciwieństwie do długu prywatnego nie trzeba spłacać, a przynajmniej nie spłaca się go na tej samej zasadzie.

Oszczędzanie w czasie kryzysu. Czy to dobry pomysł?

Jak doskonale wiemy bieżącego popytu na konsumpcję, nie zastępuje popyt na konsumpcję w przyszłości. Kiedy skłonność do oszczędzania w społeczeństwie rośnie, prowadzi to do tłumienia działalności związanej z bieżącą konsumpcją, nie ożywiając produkcji dla przyszłej konsumpcji – popyt konsumpcyjny się zmniejsza. Jedynie konsumpcja obecna pozwala na przewidywania konsumpcji przyszłej, a skoro bieżąca konsumpcja zostaje zahamowana przez akt oszczędzania, konsekwencją musi być spadek przewidywanej dochodowości. Rezultatem oszczędności jest niekorzystne odbijanie się na cenach, w momencie braku polityki niwelującej bezrobocie, lepkość cen (opóźnione dostosowanie się cen do sił popytu i podaży) jest pogłębiana przez spadek zatrudnienia. Nie trudno sobie wyobrazić tragicznych dla gospodarki konsekwencji rządu, który postulowałby „budżet bez deficytu” (lub gorzej, nie tylko dla gospodarki, ale naszego społeczeństwa odwołując się do słów Alexisa de Tocqueville „Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny i liberalny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy”). Podsumowując, oszczędzanie i stan zatrudnienia znajdują się w ujemnej korelacji – oszczędności wymuszają wycofanie zatrudnienia na konsumpcję bieżącą.

Kwestia inwestycji.

W przypadku wprowadzania stanu pełnego zatrudnienia wzrost inwestycji musi doprowadzić do wzrostu cen (bez względu na krańcową skłonność do konsumpcji) i wtedy faktycznie dojdziemy do zjawiska inflacji, jednak zanim to się stanie, rosnącym cenom będzie towarzyszył wzrost zagregowanego dochodu realnego (jednak w celu zapobiegania wysokiej inflacji, państwo ma obowiązek użyć takich mechanizmów jak progresja podatkowa, która „wypompowywałaby” pieniądze z rynku przy ekspansywnej polityce fiskalnej, mechanizmy kontroli cen oraz wypełnianie luki inflacyjnej przez zamykanie luki popytowej – wykorzystywanie w pełni potencjału produkcyjnego). Gdy krańcowa skłonność do konsumpcji jest niewiele mniejsza od jedności, małe wahania inwestycji wywołują znaczne wahania zatrudnienia, natomiast słaby wzrost inwestycji wywoła pełne zatrudnienie. Tutaj warto sobie podkreślić, że zamożne społeczeństwa są bardziej rozpięte między produkcją faktyczną a produkcją potencjalną. Mniej zamożne społeczeństwo będzie skłonne do znacznie większej konsumpcji swej części produkcji, co w efekcie daje nam prosty wniosek, że niewielkie inwestycje wystarczą do osiągnięcia pełnego zatrudnienia. W przypadku bogatej społeczności należy szukać więcej możliwości inwestycyjnych, aby oszczędzanie bogatszych mogło iść w parze z zatrudnieniem biedniejszych.

Kwestia płac i cen

Jak doskonale wiemy stan zatrudnienia i płace realne znajdują się w ujemnej korelacji. Kiedy płace nominalne spadają, konsekwencją jest spadek zatrudnienia. W przypadku prowadzenia polityki wysokich stóp procentowych i ograniczonej polityki fiskalnej (a wszystko celem „budżetu bez deficytu” postulowanego przez liberałów) doprowadzi to do obniżki płac nominalnych, czego skutkiem będą: obniżka cen, która doprowadzi do spadku dochodu realnego oraz dochód pracowników zostanie przesunięty do innych uczestników produkcji, co zmniejszy skłonność do konsumpcji. Za pomocą polityki fiskalnej i progresji podatkowej możemy zmniejszać nierówności ekonomiczne, które doprowadzą do zwiększenia dochodu rozporządzalnego mniej zamożnych społeczeństw, co w efekcie przełoży się pobudzenie globalnego popytu przez zwiększenie konsumpcji. Jednak kwestia płac to nie wszystko, celem utrzymania stabilności gospodarczej jest prowadzenie polityki sztywnych płac nominalnych i giętkiej polityki pieniężnej. Rezultatem takiego układu jest duża stabilność cen, poziom cen w krótkim okresie będzie się zmieniał o tyle, o ile zmiana stanu zatrudnienia będzie miała wpływ na krańcowe koszty bieżące. W długim okresie ceny oczywiście będą zmieniały się wraz ze zmianami kosztu produkcji.

Gospodarka 48 godzin

Lepsze nastroje

Małe i średnie firmy są w coraz lepszych nastrojach. Poziom barometru Europejskiego Funduszu Leasingowego na III kwartał 2020 r. pokazuje wyższy wskaźnik niż przed wybuchem pandemii. Na pomiar, decydujący i pozytywny wpływ miało zniesienie ograniczeń związanych z powszechną kwarantanną oraz pakiety pomocowe dla firm. Po marcowym gwałtownym spadku do poziomu 32,5 pkt., główny indeks koniunktury stopniowo rósł (do 40,8 pkt. pod koniec kwietnia i 47,1 pkt. w maju), aż jego wartość na III kwartał br. wyniosła 50,2 pkt. Jest on wyższy niż pomiar sprzed pandemii (49,9 pkt. w I kwartale br.). Po raz pierwszy od roku (od III kwartału 2019 r.) został przekroczony próg 50 pkt., co oznacza, że warunki do rozwoju sektora MŚP są oceniane jako, minimalnie, ale jednak, korzystne. Poziom ograniczonego rozwoju małych i średnich firm wynosi co najmniej 50 pkt. Barometr EFL to wskaźnik stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie bLepsze nastrojeadania przedsiębiorców, dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Wartości są od 0 do 100. Poziom 50,2 pkt. osiągnięty w III kwartale br. oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.

Zdecydowana większość respondentów w III kwartale br. planuje zachować dotychczasowy poziom inwestycji (81 proc.) oraz podobne jak w ostatnich miesiącach zapotrzebowanie na kredyty (78 proc.). W tych obszarach polscy przedsiębiorcy zachowują ostrożność. Zdecydowanie poprawiły się prognozy dotyczące sprzedaży i płynności finansowej. Zwiększenia zamówień w ciągu najbliższych miesięcy oczekuje 26 proc. przedsiębiorców. W marcu tego zdania było niecałe 5 proc. Niższego poziomu sprzedaży spodziewa się tylko 27,5 proc., podczas gdy w II kwartale odsetek ten wyniósł aż 73 proc. Więcej, niż na początku epidemii przedsiębiorców optymistyczniej patrzy na płynność finansową swoich biznesów. Prawie 17 proc. liczy na lepszą sytuację finansową (w marcu br. tylko niecałe 3 proc.) Jednak to słabszy wynik niż na początku tego roku – w I kwartale wyniósł 20 proc.

„W ostatnich czterech latach, pomiędzy II a III kwartałem następowało obniżenie wartości głównego wskaźnika. Najczęściej spowodowane było to okresem wakacyjnym. W tym roku, z uwagi na czas pandemii, jakiekolwiek trendy z poprzednich lat nie mają zastosowania, co widać w najnowszym odczycie. Nastroje wyraźnie się poprawiają, przedsiębiorcy powoli próbują powrócić do normalności korzystając zarówno z rządowych pakietów pomocowych jak i wsparcia prywatnych instytucji, w tym finansowych. Miarą powrotu do normalności będzie jednak wzrost inwestycji i większe zatrudnienie, a na to możemy poczekać nawet 2-3 lata” – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Drogi grozy

Na polskich drogach ginie coraz więcej ludzi. Wypadki, do których dochodzi w całym kraju kosztują zaś rocznie ponad 56,6 mld zł – ocenia Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. W ubiegłym roku na drogach zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad odnotowano blisko 13 tys. szkód, a ich łączny koszt to 49 mln zł – o 8 mln zł więcej niż rok wcześniej.

Bajki o gospodarczej dobrej zmianie

Na szczęście dla polskiej gospodarki, PiS-owskie państwowe i rzekomo „bardzo konkretne” programy rozwojowe pozostają tylko w sferze propagandy.
Niedawno minęła trzecia rocznica rzekomego położenia stępki pod budowę polskiego promu pasażerskiego na terenie dawnej Stoczni Szczecińskiej. To dobra okazja do przypomnienia efektów tzw. planu Morawieckiego, jako że prom „Batory”, pod którego stępkę kładł sam twórca planu, to jeden z projektów flagowych.
Plan Morawieckiego można podzielić na trzy części: diagnozę stanu gospodarki, opis planowanych „programów rozwojowych”, których realizacją miałoby zająć się państwo, oraz listę ogólnogospodarczych celów i mierzalnych wskaźników, według których należy realizację tych celów oceniać – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
.Pośród celów, które miały zostać osiągnięte już w tym roku, znalazło się radykalne zwiększenie stopy inwestycji (do 25 proc. PKB). Nie wypadałoby krytykować rządu za niezrealizowanie celu w roku, w którym świat spowiła pandemia, gdyby nie to, że od dojścia PiS do władzy i ogłoszenia planu Morawieckiego w lutym 2016 roku stopa inwestycji najpierw spadała, by potem tylko nieznacznie odbić. W rezultacie w 2017 roku udział inwestycji w polskim PKB był najniższy od 1995 roku, a na koniec 2019 r. wyniósł 18,6 proc. PKB, czyli, jak łatwo policzyć, o 6,4 proc. PKB mniej, niż zapowiadał Morawiecki.
Gdy PiS w 2015 r. przejmowało władzę, inwestycje stanowiły 20 proc. PKB, a zatem za czasów PO – PSL Polska była bliżej celu Morawieckiego, niż po czterech latach rządów PiS. Zmalały też kluczowe dla wzrostu gospodarczego inwestycje prywatne – z 15,6 proc. PKB w 2015 roku do 14,3 proc. w 2019 roku. To efekt m.in. nieprzewidywalnych zmian przepisów oraz ataku na niezależność sądów.
Mateusz Morawiecki zapowiadał też „wzmocnienie naszej nogi przemysłowej”(wzrost udziału produkcji przemysłowej w PKB), w zgodzie z głoszonym przez siebie sloganem „reindustrializacji”. „Reindustrializacja” to oczywiście zaklęcie służące propagandzie o „upadku polskiego przemysłu” w wyniku transformacji – propagandzie stojącej, zdaniem FOR, w jaskrawej sprzeczności z faktami, gdyż produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła w latach 1989–2015 o 270 proc. (wg. OECD).
PiS wcale nie przyspieszyło dokonującej się wcześniej industrializacji. Przed wyborami w 2015 roku udział przetwórstwa przemysłowego w wartości dodanej rósł, a Polska znajdowała się pod tym względem w unijnej czołówce. Natomiast od 2017 roku mimo deklaracji Morawieckiego znaczenie przetwórstwa przemysłowego w polskiej gospodarce słabnie, a pierwsze cztery lataPiS wypadają pod tym względem gorzej od ostatnich czterech lat PO – PSL. W ramach „promocji polskich inwestycji zagranicznych” miały one wzrosnąć do ok. 160 mld zł, tymczasem na koniec 2018 roku (ostatnie dostępne dane) spadły do 93,5 mld zł –z poziomu 107,3 mld zł na koniec 2015 roku.
Z podsumowania, jakie zrobiono w FOR przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, wynika, że pod względem sześciu z dziewięciu wskaźników wybranych przez Morawieckiego polska gospodarka lepiej radziła sobie za czasów PO – PSL niż za rządów PiS. Jak już jednak wspomniano na początku, plan Morawieckiego to nie tylko wskaźniki. To także „programy rozwojowe”(„konkretne bardzo”, jak podkreślił twórca planu).
Polskie państwo miało dowieść swojej przedsiębiorczości, angażując się we wskazane przez Morawieckiego projekty inwestycyjne jak budowa pełnej gamy polskich dronów („Żwirko i Wigura”), rozwój kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa („Cyberpark Enigma”) czy produkcja maszyn górniczych („Polski Kombajn Górniczy”). Miejsca nie zabrakło również dla produkcji pojazdów komunikacji miejskiej (w końcu w jakimś celu znacjonalizowano znajdującą się na skraju bankructwa Pesę) i budowy polskiego promu pasażerskiego („Batory”).
Żeby planowi budowy państwowego promu nadać impet, 23 czerwca 2017 roku stępkę położył sam ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki. Pół roku później państwowy Fundusz Rozwoju Spółek otrzymał z Funduszu Reprywatyzacji 200 mln zł na realizację „różnorakich zadań z zakresu szeroko rozumianej gospodarki morskiej”. Rok później FRS przejął od państwowego funduszu MARS Stocznię Szczecińską i Morską Stocznię Remontową „Gryfia”, której w ostatnich półroczu udzielił dwóch pożyczek pieniężnych w niepodanej do publicznej wiadomości kwocie. Mimo całej propagandowej pompy i przesunięć aktywów między państwowymi instytucjami projekt nie posunął się do przodu, a stępka rdzewieje w tym samym miejscu, w którym położył ją Mateusz Morawiecki.
Znamienna jest też propaganda towarzysząca zapowiedzianemu w planie Morawieckiego „Planowi Rozwoju Elektromobilności”. Przyjęty w marcu 2017 roku „Plan” roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 roku. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – rząd przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 roku”. Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 roku, lecz do 2030 roku.
Później, już w exposé Morawiecki głosił „rozwijanie programu elektromobilności”, a niedawno wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin oświadczył, że „my jesteśmy dzisiaj gotowi do tego,żeby te auta [elektryczne] produkować”, ale problem leży w tym, „jak sprzedać te samochody”. Tymczasem przez trzy lata od ogłoszenia „Planu Rozwoju Elektromobilności” zarejestrowano w Polsce 6,3 tys. elektrycznych samochodów pasażerskich, co proporcjonalnie do ogółu zarejestrowanych samochodów plasuje nas w unijnym ogonie. Trzeba przy tym podkreślić, że państwowi akcjonariusze wnieśli już do spółki Electromobility Poland 70 mln zł.
Należy uznać, że na razie – szczęśliwie dla polskiej gospodarki – państwowe i „konkretne bardzo programy rozwojowe” pozostają w sferze propagandy. Mniej szczęśliwie wygląda to, iż na finansowanie propagandowych zabiegów rząd przeznacza realne środki. Najbardziej jednak ubolewać należy nad podważaniem osiągnięć polskiej prywatnej przedsiębiorczości, którą zastąpić miałoby „przedsiębiorcze państwo”. Wyraził to ostatnio na zjeździe klubów „Gazety Polskiej” Jacek Sasin, który powiedział, że „często ten kapitał polski prywatny ma swoje korzenie w różnego rodzaju działalnościach przestępczych”, a „dzisiaj realnie duży polski kapitał to są spółki skarbu państwa”. W rzeczywistości jednak to państwo, wykraczające poza swoje podstawowe funkcje, staje się siedliskiem nepotyzmu i korupcji.

Krezus na muszce

Doradca finansowy to ktoś w rodzaju pijawki. Wyszukuje klienta, a potem bezboleśnie się przysysa i doi ile wlezie.
Jeden z nich zgodził się anonimowo opowiedzieć Stefanowi Płonickiemu o swojej pracy.

Jak się poluje?
Żeby wiedzieć, kto ma forsę, każdy doradca ma swoją siatkę informacyjną. Najlepsi mają w niej po kilkaset nazwisk. I dzięki temu wiadomo, kto zrobił deal życia i ma pieniądze. A jak ma, to już jest prawie upolowany, bo teraz chciałby, żeby ten kapitał mnożył się sam.
Z doradców korzystają wszyscy. Od rolników, polityków, po aktorów, albo innych dziennikarzy celebrytów. Jednak najwięcej jest ludzi prowadzących średnie i duże biznesy. Zdaniem ludzi z branży finansowej mają oni teraz dużo wolnych środków. I nie chce im się tego wsadzać w jakiś realny biznes, inwestować w nowe firmy, tworzyć miejsca pracy. Wolą pograć na rynkach finansowych.
To są najlepsi klienci. Ktoś taki wykłada mnóstwo kaski i ma tak rozproszony portfel inwestycyjny, że, żeby ogarnąć ile ma w czym, musiałby temu poświęcać dużo czasu. Nikomu się tego nie chce robić. I to jest szansa dla doradcy. Bo gość nie wie, czy jest na plusie, czy już traci. Doradca nad tym panuje i może przerzucać te kapitały pod różnymi pozorami. Ale głównie po to, by wyjąć dla siebie kolejną prowizję.
Oficjalnie, doradca finansowy to osoba zaufania publicznego, obowiązują go zasady, etyka zawodowa i takie inne…
Nieoficjalnie credo całej branży wyłuszczył na jednym ze spotkań z doradcami szef pewnego funduszu inwestycyjnego. „Idea jest taka. Muszę zarobić ja. Musi zarobić wasza grupa doradcza. Musicie zarobić wy.” O kliencie nie wspominał. Klient nie jest bowiem od zarabiania, ale od dawania zarobić.
Doradcy finansowi nie tyle doradzają, co sprzedają. Ich towarem są tak zwane produkty finansowe przygotowywane przez fundusze inwestycyjne. Czyli takie pakiety, w których mogą być akcje, waluty i różne obligacje. Klientowi sprzedaje się obietnicę zysku. Doradcy wciskają mu to, co podsuwają fundusze. I dlatego dla funduszy są oni bardzo ważni. Fundusze inwestycyjne, są od nich uzależnione. I dlatego starają się z nimi zaprzyjaźniać. Organizują dla sprzedawców kolacje. Rzecz jasna po to, by sprzedawali głównie produkty tej firmy. Kolacja, dobra wódeczka, jakiś klub go-go, czasem imprezka z panienkami. Sponsoring ze strony funduszy pełen. I full inclusive. No i potem taki doradca czuje się w obowiązku sprzedawać produkty właśnie tego funduszu.
Etyka podpowiadałaby, że powinni sprzedawać to, czego potrzebuje indywidualny klient. Jednak branża tłumaczy się, że sprzedawanie ryzykownych papierów takiego zaprzyjaźnionego funduszu, tym, którzy chcą lokować bezpiecznie, nie jest żadnym konfliktem interesów, bo przecież starają się, żeby klient zarobił. A tak naprawdę kombinują by zarobić samemu i dać zarobić funduszom, których produkty sprzedają.
Doradcy nie sprzedają zysków sprzedają ich miraż. Namawiają ludzi do obstawiania, jak w ruletce. A jak coś pierdolnie, to zawsze zrzuca się to na karb mitycznych czynników zewnętrznych. Doradca finansowy, co prawda opowiada klientom cuda nie widy, ale nie ma złotej kuli, a rynek to kasyno. Tu nie ma nic pewnego. Klient jednak sądzi, że doradcy są depozytariuszami jakiejś wiedzy tajemnej, żeby go nie wyprowadzać z błędu doradcy pokazują klientom analizy techniczne, z których wynika w jakim punkcie trendu na rynku jesteśmy i dlaczego zaraz wszystko będzie rosnąć. To jest kit. Bo wystarczy jedna głupia informacja ze świata, albo z kraju i analizę można wyrzucić do kosza.
Na czym konkretnie polega strzyżenie klienta?
Ponoszone, przez kupującego koszty produktu danego funduszu składają się z opłat ukrytych i opłat widocznych. Opłaty widoczne to te za nabycie. Jest tabela i w zależności od kwoty jest określona prowizja. Jeśli chodzi o polskie fundusze, to wynoszą one do 3,5 proc. Im większa kasa, tym mniej prowizji klient zapłaci. Jeśli chodzi o zagraniczne fundusze dostępne w Polsce, to jest to 3, 4,5 proc, albo 5 procent. Ja najbardziej lubię te po 5 procentowe. Bo to jest kasa dla mnie i moje j firmy. Ja dostaję z tego 70 proc, a firma resztę. I to od razu po wpłacie klienta. Jeśli jednak moja firma świetnie sprzeda produkt jakiegoś funduszu, to dostaje od niego dodatkowe bonusy.
Kolejnym kosztem, i to kosztem ukrytym, są opłaty za zarządzanie. Tego klient już nie widzi, bo opłata ta wchodzi w koszt jednostki, a na wyciągu jest tylko wartość tej jednostki już po potrąceniu.
Jeśli inwestuje się w produkt agresywny, to opłata ta może wynosić nawet 1,5 procent. A jeżeli jest to fundusz defensywny, czyli np. pieniężny, te opłaty to czasem nawet setne procenta.
Zaraz, klient – przykładowo – chce zarobić 15 procent, a na wejściu oddaje wam już 5 proc. To jakieś jelenie są?
W dobie kryzysu nie każdemu uśmiecha się zapłacić taką dużą prowizję. Mówi się więc tak: Wie pan, chce pan dużo zarabiać. Ja zapewniam takie zarobki, ale to musi odpowiednio dużo kosztować. I wtedy, jeśli wydaję się gościowi odpowiednio profesjonalny, to taki tekst i prowizję łyka.
Czasem pojawiają się jednak tacy, którzy umieją liczyć, albo są w materii finansowej trochę wyedukowani. Takich trzeba po prostu nieco dłużej przekonywać. No i wtedy o prowizjach niemal się nie wspomina, a rozmawia się jedynie o zyskach. Tyle, że o zyskach nie może być mowy do momentu, kiedy zostaną one przez fundusz wypracowane. Dlatego jedyne zyski, którymi się posługujemy, to te z przeszłości. I to na nich pokazuje się jak będzie rosła zainwestowana fortuna.
Mnie nie przekonałbyś, że gdy przyjdę z milionem i mam szansę zarobić 150 tysięcy, to muszę wyłożyć na wejściu 50 tysiów.
Jakbyś miał bańkę, to bym cię przekonał. Trzeba to tak wytłumaczyć klientowi, żeby ukryć tę prowizję. Bo jeśli przychodzi ktoś z bańką i zobaczy na wyciągu 5 proc od tej bańki, czyli 50 tysięcy, to się wkurwi. Więc prowizję, którą my dostajemy od razu w całości, klientowi rozbija się na wiele miesięcy, bo mniejsze kwoty będą go mniej bolały.
Oczywiście klient już od początku wie, jaka będzie prowizja, tyle, że trzeba go tak zagadać, żeby nie zdążył przeliczyć. Ma słyszeć tylko o procentach. A to, że pięć procent od bańki to 50 tysiów, ma do niego nie docierać. Procenty nie bolą. Boli utrata kilkudziesięciu tysięcy złotych.
A z tych opłat ukrytych też coś masz jako doradca?
O tych kosztach mówi się tylko na początku pierwszych spotkań i ma to być zrobione tak, żeby klient nie zapamiętał. Zajarzy tylko, że jest opłata za nabycie produktu. Muszę tak robić, żeby ukryć czysty zarobek dla mnie, od stałych dochodów. To mała kaska, ale stała. Opłatą za zarządzanie dzielę się z funduszem inwestycyjnym i swoją firmą.
Słyszałem, że doradcy zaczynają klepać biedę.
Aż tak, to nie. Żyć się da. My nie lubimy oferować rynków pieniężnych, bo tam praktycznie nie ma prowizji. Dla klienta, rynek pieniężny jest najbardziej bezpiecznym, czyli takim, na którym się nie traci.
Jednak i tu pojawiają się fundusze, które oszukują klienta i mają zapisane w statutach, że obok obligacji państwowych mogą kupować też obligacje firm. A te z kolei są dla mnie tym samym, czym akcje. Jeśli bowiem firma się posypie, to popłyną i jej akcje i oczywiście te obligacje. I im bardziej dane obligacje są zagrożone, tym większy może być na nich zarobek. Ale jak nie pójdzie, to zyski lecą pod kreskę. Klientom nie mówi się oczywiście, co wchodzi w skład portfela, my też rzadko kiedy się o tym dowiadujemy. Fundusze mocno chronią te informacje, ale jeśli ktoś jest często zapraszany na te zakrapiane kolacje, to ma okazję dowiedzieć się ciekawych szczegółów.
Ja zarabiam zawsze. Klient niekoniecznie. Prowizję za sprzedaż ma się bez względu na koniunkturę. Kaskę za zarządzanie też, tyle, że gdy wartość produktu rośnie, to i ona jest większa, ale gdy spada, to ja i tak coś z tego zawsze mam. Zawsze na końcu, tak naprawdę bity jest klient.
Jak reagują inwestorzy, którzy zainwestowali w zysk, a tu nagle są mocno pod kreską?
Miałem tylko raz taką sytuację, gdy zarządzający funduszami przyjeżdżali i zachwalali inwestowanie w małe i średnie spółki, opowiadając, że rynek będzie grzał do przodu. No to wpuściłem w to kolesia na półtorej bańki. No i nie był szczęśliwy, bo małe i średnie spółki zaczęły pikować w dół. Uciekliśmy z tego funduszu dość szybko, ale i tak popłynął na 150 czy 200 tysięcy. Przyjął to na klatkę, ale sądzę, że do tej pory mnie wyklina. Od tej pory staram się być na wszystkich wódeczkach organizowanych przez zarządzających, żeby mieć przecieki co do takich numerów. Choć z drugiej strony, za tę wiedzę muszę zapłacić sprzedawaniem, czasem nieciekawych produktów. Bo mnie nie zaproszą. Więc etycznie jest, jak jest. Tyle że jeśli wiem, że gość ma całe oszczędności życia, to nie wsadzę go na produkt, który go tych oszczędności pozbawi.
To ty taki wrażliwy społecznie jesteś?
Jeszcze gorzej jest w bankach. Wystarczy pójść do takiego, gdzie na dużej sali sprzedaje się produkty finansowe. Można wtedy posłuchać jak pracownicy, którzy dostali od szefów prikaz sprzedawania pakietu jakiegoś funduszu, w którym jest pół na pół akcji i obligacji, wciskają kit klientom, że to po prostu zwykła lokata. Więc każdy się na to nabiera. I nawet przez myśl nikomu nie przejdzie, że to zysk tylko z tej bezpieczniejszej połowy. A druga połowa jest w akcjach i jak one dostaną w dupę, to może zrobić się tak, że inwestor jest minus 30 procent. Czyli taka lokata jest w stanie wygenerować stratę na poziomie jednej czwartej. Jest kilka banków, które tak łapią klienta. Na witrynach 3, 4, 5 proc. Wielkimi literami. A w umowach małym druczkiem, że połowa inwestowana tak, a połowa w akcje. I oczywiście adnotacja, że klient jest świadom ryzyka.
W kryzysie doradca finansowy jeść musi, a klientów jak na lekarstwo. Jak wyglądają wtedy granice przyzwoitości?
Ja robię w ten sposób, że wpuszczam ludzi na jakiś fundusz zagraniczny, z którego jest dla mnie duża prowizja. Informuję, że trzeba te walory mieć dłuższy czas. Klient się zgadza z tą argumentacją, a ja trzymam taką pozycję do czasu, aż zwróci nabywcy prowizję i zarobi 1, może 2 proc. Potem informuję klienta, że trzeba to w cholerę sprzedać, i wchodzić w coś nowego. To nowe, to kolejna prowizja dla mnie. Bo jeść trzeba.
Jak się pracuje, by klient nie odszedł?
Jak ktoś ma u mnie kilka milionów, to wiadomo, że daje mi żyć z tej ukrytej prowizji. Jak ktoś ma tylko 50 tysięcy, to nie bardzo. Wiadomo, że do niego nie zadzwonię z życzeniami urodzinowymi i nie przyjadę z butelką wina na święta. Chyba, że wiem, że ten mały klient ma coś do sprzedania i gdy mu się uda, to będzie miał kaskę. Takiego klienta też trzeba hołubić.
Zróbmy symulację, gdy klient wkłada milion i ma zarobić 10 procent. Przy założeniu, że taki zysk wypala.
Proste. Na funduszu zagranicznym zarabia 10 proc. Odejmij od tego 5 proc prowizji i wyjdzie na to, że klient myśląc, że wyjął tyle ile chciał, zarobił tylko 5 procent. Oczywiście, żeby się cieszył z zysku, trzeba mu te liczby odpowiednio przedstawić.
Ale klient, który dał bańkę, a w niej prowizję w wysokości 50 tysięcy, liczy, że ugra na inwestycji nie 50 tysięcy, ale 95. Czyli dokładnie 10 procent, kwoty, którą będziecie obracali.
I dlatego tuż przed końcem umowy, gdy jeszcze nie ma wyciągów, ściąga się klienta i mówi mu się, że zarobił tyle ile chciał i lada chwila środki będą dla niego dostępne, ale nagle pojawiła się nowa atrakcyjna oferta i żeby zarobić, powinien w nią wejść. Klient ciesząc się, że zarobił, wchodzi w nowy produkt i w nową prowizję od sprzedaży i mam go przekonywać w taki sposób, żeby dzięki wielu cyferkom i wskaźnikom, nie zobaczył, że ani nie zyskał tyle ile chciał, a w dodatku duża część tego zysku pójdzie w moją kolejną prowizję. Jednak najczęściej nie rozmawiamy o zyskach rzędu 10 proc. Z reguły jest to znacznie więcej i ci najbogatsi, tak czy inaczej wychodzą na tych produktach na dużych plusach. Mogę z nich zdzierać skórę bez żadnych oporów.
Robin Hoodami to nie jesteście, bo zarabiacie dla funduszy.
Każda z takich firm doradczych jak moja, ma tzw. partnerów. Złotych, srebrnych, albo brązowych. W zależności ile i jakich papierów do sprzedania nam dają. Taki partner organizuje kolacje, kongresy, albo dwutygodniowe szkolenia np. na Kubie, albo w Amsterdamie. Chyba nie muszę mówić, że to są zwykłe wypady turystyczno-alkoholowe, a nie jakieś finansowe, wielogodzinne trucia.. Wszystko po to, żeby lepiej sprzedawać jego produkty, a nie konkurencji.
Za co właściwie odpowiadają fundusze inwestycyjne?
One nie tłumaczą się ze swoich wyników. I jeżeli nie trafią, a ostatnio zdarza się to często, bo na rynku dzieją się jaja, to nie jest to oczywiście ich wina. Przed klientem musi tłumaczyć się doradca. Doradca, który tak naprawdę najczęściej sam nie wie, z czego składa się ten pakiecik, który sprzedaje.
Parę lat temu był taki produkt o nazwie jednego z kontynentów. Zrobił się boom, ściągnięto strasznie dużo kasy. Wszystko szło w górę jak rakieta. Aż przyszedł kryzys w Egipcie, gdzie była inwestowana większość tych środków. Wartość udziałów zaczęła błyskawicznie spadać. Zaczęły się telefony klientów do nas, i nasze do zarządzających tymi funduszami. Odpowiedzi były takie, żeby nie panikować i czekać, bo wszystko jest pod kontrolą. I zamiast sprzedawać czekaliśmy, a klientom z tego czekania zrobiło się minus 50 procent. Wszystko przez to, że rządzący tym fundusz szwajcarski obiecywał naszym funduszom prowizje jak uda im się jak najdłużej utrzymać środki na tym produkcie. Dlatego łgali w żywe oczy.
To co? Lepiej być biednym?

Porąbało cię? Biedny dyma po kredyty. I to dopiero jest nie strzyżenie, ale golenie. I nie do gołej skóry, ale do kości. Banki i ci od chwilówek się z takimi klientami nie cackają, bo przecież są biedni.

Rozwiązanie nie tylko dla krezusów

Zakup różnych cennych i luksusowych dóbr, to nie zawsze bezpieczna przystań finansowa.

Gdy wciąż haniebnie niskie jest oprocentowanie lokat bankowych w Polsce, coraz większą popularność zdobywają tzw. inwestycje alternatywne, wykorzystywane poza tradycyjnymi aktywami takimi jak akcje, obligacje czy rynek walut.
Poszukiwane są zwłaszcza takie sposoby lokowania kasy, które w długim okresie byłyby zabezpieczone przed ryzykiem zmiany koniunktury i równocześnie dostosowane do indywidualnych upodobań.
Ze względu na to, że wartość inwestycji alternatywnych nie zależy od aktualnej sytuacji na rynkach finansowych, ludzie z grubymi portfelami często uważają je za bezpieczną przystań dla swych pieniędzy.

Esteci z grubą kasą

Inwestycje alternatywne zawsze cieszyły się zainteresowaniem jakiejś części krezusów, a kryzys finansowy z lat 2007-2009 sprawił, że stały się bardziej popularne. Najbardziej trywialną formę takich inwestycji stanowią nieruchomości, ale są i inne, związane z osobistymi upodobaniami.
– To takie kategorie inwestycji, w przypadku których duży wpływ na decyzje o inwestowaniu kapitału mają głównie czynniki pozaekonomiczne np. emocje, doznania zmysłowe czy też upodobania estetyczne (tzw. inwestycje emocjonalne) – mówi ekspert od zarządzania aktywami Kamil Hajdamowicz.
Przykładami takich emocjonalnych inwestycji są np. monety kolekcjonerskie, dzieła sztuki, alkohole, jachty, klasyczne samochody, zegarki, biżuteria, diamenty – czyli generalnie, wszelkie dobra luksusowe i w miarę trwałe.
Ale nie tylko, bo do kategorii dóbr luksusowych trudno zaliczyć np. starodruki, ważne rękopisy czy zabytkowe książki, choć mogą one przecież być niezwykle cenne.
Inwestycje alternatywne zapewniają ludziom z grubą kasą połączenie aspektu ekonomicznego z estetycznym (co oczywiście zależy od tego, czy mają oni jakieś poczucie estetyki).
A oprócz wyników finansowych (często wszakże wątpliwych) przynoszą im satysfakcję z samego faktu posiadania rzeczy. Wprawdzie niezbyt to chwalebna satysfakcja, ale dość rozpowszechniona wśród ludzi

Emocje nie mają ceny

– Emocjonalny charakter takich inwestycji polega na tym, że o ich wycenie nie decydują obiektywne przesłanki, ale subiektywne odczucia i postrzeganie przez potencjalnych inwestorów. Zysk z inwestycji pojawia się „przy okazji”, a sam zakup służy między innymi osiąganiu korzyści pozamaterialnych, z których najważniejszymi są przyjemność z posiadania, doznania estetyczne, wzrost prestiżu i satysfakcja z przynależności do ograniczonego grona kolekcjonerów – dodaje Kamil Hajdamowicz.
Inwestycje alternatywne wyraźnie różnią się od tradycyjnego rynku akcji czy obligacji. Są pewne wspólne cechy, charakterystyczne dla nich.
Na przykład tzw. niska płynność – co oznacza, iż należy się liczyć z tym, że może wystąpić okresowy brak popytu na jakąś cenną rzecz, który uniemożliwia jej zamianę na gotówkę.
Trzeba będzie wtedy czekać, a często i obniżyć cenę do poziomu, na którym znajdzie się kupiec – albo czekać (być może ad ad calendas graecas) ze sprzedażą na okres, kiedy wróci popyt na naszą inwestycję.
Niska płynność jest tu istotnym utrudnieniem – bo nie można przecież kupić albo sprzedać części obrazu, tak jak np. kupuje się część udziału w firmie w postaci akcji.

Czas to pieniądz

Brak możliwości szybkiej, korzystnej sprzedaży powoduje powstawanie kolejnych problemów, takich jak choćby rosnące koszty przechowywania i zabezpieczenia cennych rzeczy czy wysokie prowizje pobierane od sprzedających.
Dłuższy czas sprzedaży sprawia, że inwestycje alternatywne to zdecydowanie nie jest rynek dla spekulantów, którzy w ciągu kilku dni chcieliby wycofać ulokowany kapitał i do tego uzyskać wysoką stopę zwrotu.
Jednakże, konieczność dłuższego utrzymywania inwestycji oraz niska płynność mogą być rekompensowane (oczywiście nie zawsze) przez wyższe stopy zwrotu. W każdym razie, uważa się, że minimalny czas, żeby zarobić, to 5 – 10 lat – a im dłużej, tym zysk powinien być większy. To trochę jak z emeryturą: im dłużej pracujemy, tym więcej dostaniemy w tzw. jesieni życia, o ile oczywiście nie musimy tyrać na śmieciówkach.
Kolejnym problemem bywa trudność w określeniu wartości rynkowej różnych cennych rzeczy. Tę wartość można naturalnie szacować za pomocą różnych metod, ale w rzeczywistości zależy ona tylko i wyłącznie od tego, ile ktoś zechce zapłacić za daną rzecz. Pomimo dostępności informacji o osiągniętych historycznych cenach jakiegoś cennego przedmiotu, nie będą one w żaden sposób porównywalne do obecnych cen. Tym niemniej, mogą stanowić jakiś wyznacznik, zwłaszcza, że baza informacji dotyczących rynku dóbr luksusowych zaczyna się rozbudowywać, w głównej mierze dzięki wykorzystaniu Internetu, który doprowadził do znaczącego wzrostu transparentności.

Coś, czego nie da się pojąć

Na koniec kwestia najważniejsza – czyli zysk z inwestycji alternatywnej, który zależy od bardzo wielu czynników: ogólna zamożność potencjalnych nabywców, uwarunkowania makroekonomiczne, trendy rynkowe, mody, popyt na takie czy inne dobra (np. na obrazy konkretnego artysty).
Najważniejsze, że nie da się tego w żaden sposób przewidzieć, a i zrozumieć trudno.
Czy ktoś wszak jest w stanie pojąć, dlaczego coś, uważane najpierw za bezwartościowy bohomaz, może bardzo szybko zostać uznane za niezwykle cenne dzieło sztuki? Eksperci ujmują to mądrzej, wskazując, że „istotną rolę odgrywają również czynniki behawioralne, które bardzo trudno jest przewidzieć oraz subiektywne upodobania”.
Warto zauważyć, że inwestycjami alternatywnymi często interesują się ludzie na tyle bogaci, że nie muszą dbać o zysk. Chcą oni jednak niemal za wszelką cenę wejść w posiadanie określonego dobra. W ten sposób windują cenę do nieracjonalnych poziomów, aby tylko nabyć wymarzony obiekt.
Trudno więc komukolwiek z nimi konkurować – chyba, że chodzi o urzędy i instytucje mające siłę nabywczą, która jest nie do przebicia dla inwestora indywidualnego.

Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.

 

Chiny chcą przyciągać zagranicznych inwestorów, stwarzając lepsze warunki dla biznesu

Chiny wdrożą dodatkowe kroki, by tworzyć bardziej konkurencyjne środowisko biznesowe w celu przyciągania zagranicznych inwestorów – o tym rozmawiano na posiedzeniu Rady Państwa przed drugą edycją Chińskich Międzynarodowych Targów Importu.

Podczas posiedzenia zdecydowano, że restrykcyjne środki, poza listami negatywnymi dotyczącymi dostępu zagranicznych inwestorów do rynku, poza narodowymi i pilotażowymi strefami wolnego handlu, zostaną wycofane.
Całkowicie zostaną uchylone ograniczenia dotyczące skali inwestycji banków zagranicznych, firm z branży ochrony oraz podmiotów zarządzających aktywami, które już działają w Chinach.
Nowe, zmienione regulacje administracyjne dotyczące banków zagranicznych i firm ubezpieczeniowych zostaną wprowadzone w życie. Zmieniona zostanie polityka dotycząca inwestycji zagranicznych w przemyśle motoryzacyjnym, m.in. wdrożone będzie równy dostęp do rynku dla przedsiębiorstw produkujących pojazdy zasilane nową energią – zarówno z kapitałem zagranicznym, jak i krajowych.
Chiny wprowadzą również nowe ułatwienia dla inwestorów. Pilotażowa reforma, promująca płacenie podatków za pomocą kont kapitałowych zostanie wdrożona na szerszą skalę.
Firmy z kapitałem zagranicznym będą wspierane przy samodzielnym wyborze modelu zaciągania pożyczek u zagranicznych wierzycieli i będą zachęcane, by użyć swoich funduszy do inwestycji kapitałowych w Chinach. W przypadku projektów z kapitałem zagranicznym zostaną skonsolidowane wstępne oceny wyboru miejsca i sposobu eksploatacji gruntu, w ramach jednej procedury uzyskiwane będą również zezwolenia na planowanie i użycie terenów pod zabudowę.
Nie jest dopuszczany wymuszony transfer technologii, także w formie ukrytej. Tajemnica handlowa będzie chroniona zgodnie z prawem. Zasada „powiadomienie-usunięcie”, dotycząca naruszeń patentów na platformach e-commerce zostanie poprawiona.
W kwestii zamówień publicznych nie będzie żadnych ograniczeń opartych na strukturze własnościowej dostawców, narodowości inwestorów lub pochodzenia usług i marek. Rządy lokalne będą wspierane przy intensyfikacji starań o przyciąganie zagranicznych inwestycji. Priorytet w zakresie tworzenia nowych stref bezcłowych otrzymają centralne i zachodnie regiony Chin.
Według danych opublikowanych we wrześniu przez Ministerstwo Handlu, w pierwszych ośmiu miesiącach roku w Chinach powstały 27704 nowe podmioty z kapitałem zagranicznym. Kapitał zagraniczny w czynnym obrocie wzrósł o 6,9 proc. w skali roku, przekraczając 600 mld juanów (ok. 84,81 mld dolarów amerykańskich).

Nasza gospodarka puka do Państwa Środka

Trudno nie zwrócić uwagi na polski niedowład i indolencję w sferze dwustronnej współpracy ekonomicznej, handlowej, naukowo-technicznej i inwestycyjnej z Chinami.

Chiński eksport do Polski nadal przewyższa znacznie (kilkunastokrotnie) polski eksport do Chin. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła ok. 30 mld USD w roku 2018, przy czym wartość polskiego eksportu do Chin osiągnęła zaledwie 2,3 mld USD.
Szybko zwiększa się więc polskie ujemne saldo w handlu z Chinami. Stanowi to coraz poważniejszy problem (także polityczny – uzależnienie) dla Polski. Nie można tego tłumaczyć, wykrętnie, tym, iż również inne kraje mają ujemne saldo w handlu z Chinami. Trzeba zwiększać polski eksport. Ale z tym już znacznie trudniej z naszej strony.

Słoń i mrówka

Tylko ok. 3.000 przedsiębiorstw polskich eksportuje do Chin; ale aż ok. 30.000 firm chińskich eksportuje do Polski. Ok. 50 proc. tego eksportu trafia do nas przez rynki trzecie, np. przez wielkie „hurtownie chińskie” w Hamburgu czy w Rotterdamie.
Np. obecnie działa już 97 linii kolejowych łączących miasta chińskie z europejskimi, zaś liczba pociągów towarowych z kontenerami sięga 6.000.
Efektywność chińskich reform i tempo rozwoju nie ma precedensu w całej historii gospodarczej świata. Reformy Deng’a są stale rozszerzane, pogłębiane i doskonalone – także w sferze politycznej i społecznej. Do partii mogą już wstępować prywatni przedsiębiorcy a nawet milionerzy.
W minionych latach średni przyrost produktu krajowego brutto Chińskiej Republiki Ludowej kształtował się w granicach 10 proc. rocznie lub więcej. Nawet w kryzysowym roku 2009 osiągnął on ok. 9 proc. Gospodarka chińska zajmuje już drugie miejsce w świecie (pod względem absolutnej wartość PKB). Jednak, z uwagi na wielką liczbę ludności, chiński PKB per capita wynosi obecnie zaledwie 16.800 USD (93. miejsce w świecie); zaś pod względem wartości obrotów handlu zagranicznego (4,1 bln USD, w roku 2018) – pierwsze. UE jest 1. partnerem handlowym (także strategicznym i politycznym) ChRL. Wartość obrotów wzajemnych wyniosła 605 mld USD – w roku 2018; 2. miejsce: USA – 480 mld USD.
Inne wskaźniki makroekonomiczne też mówią same za siebie. W roku 1952 wartość PKB ChRL wynosiła (w przeliczeniu) 68 mld juanów; a w roku 2008 – ponad 30 bln juanów; czyli 440 razy więcej! (Przy podzieleniu tej sumy na pół otrzymamy przybliżoną wartość PKB w złotych). Rezerwy walutowe Chin, sięgają już prawie 3,5 bln USD. Łączne lokaty kapitału zagranicznego w ChRL, w latach 1979 – 2006, wyniosły 883 mld USD; z czego bezpośrednie inwestycje zagraniczne (Foreign Direct Investment) osiągnęły 692 mld USD. Tylko w roku 2008, niezależnie od kryzysu, lokaty te stanowiły (odpowiednio): 108,5 mld USD i 92,5 mld USD.
Pod koniec 2018 r., w ChRL działało już 442.000 firm zagranicznych (z około 200 krajów) – o łącznym zainwestowanym kapitale 2 bln USD. Poczynając od 1978 r., Chiny wydźwignęły z biedy (około 2 USD per capita dziennie na utrzymanie) około 800 mln obywateli. Pozostało jeszcze ponad 40 mln. Prezydent Xi apeluje o zdwojenie wysiłków, aby „dokończyć tę podróż” w możliwie niedługim czasie (kilku lat).
Spośród „500-ki” największych koncernów świata, już 490 prowadzi swą działalność gospodarczą w ChRL. Na 1. miejscu znajduje się Volkswagen; a na 2. – General Motors China. W tejże „500-tce” jest już 26 firm chińskich. Jednocześnie Chiny inwestują coraz więcej na całym świecie. Wartość tych inwestycji osiągnęła łącznie ponad 526 mld USD, w roku 2018 (5.100 projektów, w 156 krajach świata); nie licząc inwestycji czysto finansowych – jak np. kupowanie obligacji skarbowych USA, których Chiny już mają na wartość prawie 2 bln USD. W końcu 2009 r. Chiny udzieliły Afryce pożyczki w wysokości 10 mld USD (na bardzo korzystnych warunkach). Po 35 latach reform, sektor prywatny wytwarza ponad 50 proc. PKB w 27 z 40 najważniejszych gałęzi przemysłowych. W innych branżach, jego udział sięga 70 proc.. Chiny osiągnęły samowystarczalność żywnościową; ba, stały się wielkim eksporterem artykułów rolno-spożywczych. Dysponując zaledwie 7 proc. gruntów rolnych (uprawnych) na świecie, są one w stanie wyżywić ponad 20 proc. ludności świata (czyli mieszkańców ChRL).

Kryzysowa chińska zadyszka

Kryzys finansowy i ekonomiczny z końca pierwszej dekady XXI wieku spowodował nieobliczalne straty w gospodarce chińskiej, która nieźle radziła sobie w warunkach globalizacji (spadek PKB o 2 – 3 proc.). Ucierpiały zwłaszcza, tzw. prowincje eksportowe i rolno-spożywcze. Na rynku unijnym, amerykańskim, japońskim i in. było coraz mniejsze zapotrzebowanie na tanie i dobre wyroby chińskie. Dziesiątki tysięcy zakładów produkcyjnych zlikwidowano lub zawieszono ich działalność gospodarczą. Wartość obrotów chińskiego handlu zagranicznego zmniejszyła się szybko – o ok. 25 proc. rocznie. Znacznie obniżała się wartość chińskich rezerw walutowych i posiadanych amerykańskich obligacji skarbowych – a to wskutek lawinowego spadku wartości wymiennej dolara. Choć kryzys amerykański zaskoczył początkowo kierownictwo i przedsiębiorców chińskich, to jednak szybko otrząsnęli się oni z szoku i podjęli zdecydowane działania antykryzysowe. Bardzo przydały się w tym celu instrumenty interwencjonizmu państwowego, stosowane od dawna w tamtejszej społecznej gospodarce rynkowej. Rząd uruchomił niezwłocznie bodźce finansowe (prawie 1 bln USD) – dla ratowania zagrożonych podmiotów gospodarczych i ożywienia działalności kredytowej banków.
Zintensyfikowano ogromny rynek wewnętrzny, szczególnie wiejski, zwiększono nakłady inwestycyjne w prowincjach zacofanych oraz znaleziono alternatywne rynki zbytu i inwestycji na całym świecie. Podjęto też wiele innych awaryjnych i długofalowych działań antykryzysowych, w kraju i na arenie globalnej. Okazały się one bardzo efektywne; najnowsze prognozy głoszą, iż przyrost PKB ChRL w najbliższych latach wyniesie ok. 7,5 proc..
W sumie, kryzys globalny i jego konsekwencje unaoczniły większą agresywność i
znaczne pogorszenie sytuacji USA wobec Chin, nie tylko w kategoriach finansowych i strategicznych. Faktycznie, USA „siedzą” bardzo głęboko w kieszeni chińskiej. Chiny muszą więc prowadzić wyjątkowo zręczną i delikatną grę z USA.

Byliśmy prekursorami

W latach 50-tych XX wieku Polska i Chiny podjęły wiele istotnych posunięć w dziedzinach, ekonomicznej, społecznej i kulturalnej. Dobrze rozwijał się handel polsko-chiński, rozliczany dość długo (do 1990 r.) w clearing’u i we frankach szwajcarskich – z uwagi na ówczesną awersję Chin do USA i do dolara.
Dla rozwoju wymiany handlowej, dnia 15 czerwca 1951 r., utworzono Polsko-Chińską Spółkę Żeglugową Chipolbrok – z siedzibą w Szanghaju i w Gdyni. Była to pierwsza chińsko-zagraniczna spółka joint venture (fifty-fifty) w historii gospodarczej ChRL. Istnieje ona do dziś. Później LOT uruchomił połączenia lotnicze z Pekinem, z których zrezygnowano, na dłuższy czas, z nonsensownych powodów politycznych – by wznowić loty na tej trasie relatywnie niedawno.
Polska może stanowić dla Chin „bramę do Europy”, podobnie jak np. Szanghaj i Hongkong są – dla Polski i Europy – „bramami do Chin”. W interesie obydwu Stron leży przeto maksymalnie efektywne wykorzystanie nowych szans i nowych możliwości współpracy. Dla Polski, nie jest to wszakże zadanie łatwe z tego prostego względu, iż RP należy nie tylko do UE, ale również do NATO i jest I sojusznikiem USA w naszej strefie geograficznej. Doskonalenie współpracy polsko-chińskiej jest nie w smak naszym ”starszym braciom” zza oceanu. Sytuacja ta może jednak się zmienić, gdyby stosunki chińsko-amerykańskie uległy poprawie. Przecież Niemcy znajdują się w analogicznym, jak Polska, położeniu wobec USA, NATO i Chin, ale to nie przeszkadza im w znakomitym rozwijaniu współpracy z Chinami Ludowymi od samego początku.
Mikroskopijne są nadal inwestycje polskie w Chinach (ok. 150 mln USD) i chińskie w Polsce (ok. 1,5 mld USD). Wprawdzie wielki koncern chiński – Lenovo podjął (w latach 2008 – 2009) bardzo poważną próbę zainwestowania w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, ale inwestycja ta (na ok. 1.500 pracowników) została spartaczona przez stronę polską. Lenovo wycofało się z Polski – i nie wiadomo, kiedy tu powróci.
Przy przetargach, w Polsce stosuje się praktyki dyskryminacyjne (z powodów formalno-politycznych) wobec inwestorów chińskich (np. w przypadku drugiej linii metra warszawskiego). Skandal z Covec (wstrzymana budowa odcinka autostrady A2) czy z Huawei (na zlecenie zagraniczne) był niepotrzebnym nieporozumieniem.
Stale słychać narzekania na niedobre praktyki wizowe konsulatów polskich w Chinach wobec tamtejszych przedsiębiorców. W Chinach nie ma przedstawicielstwa banku polskiego. Wymiana studencka i turystyczna jest niewielka – jak na potrzeby i możliwości obydwu stron.
Chińczycy nie zrażają się tym i – mimo kryzysu – są coraz bardziej aktywni na rynku polskim. Doceniają jego znaczenie w kontekście unijnym i wschodnioeuropejskim oraz w perspektywie ewentualnego przystąpienia naszego kraju do strefy euro. Mało tego, zwiększają swą aktywność gospodarczą w Polsce (i na całym świecie).
Póki co jednak, Polska plasuje się dopiero w okolicach 70-tego miejsca w pierwszej setce partnerów gospodarczych Chin! Nie ma profesjonalnej promocji Polski, zwłaszcza naszej gospodarki w Chinach, natomiast chińska działalność informacyjna i promocyjna w Polsce jest coraz lepsza – ale jeszcze niewystarczająca. Polska strategia Go-China jest marną imitacją chińskiej polityki Go-Global.

Tracimy olbrzymie sumy

W sumie, wskutek prowadzonej nadal irracjonalnej i anachronicznej polityki handlowej oraz inwestycyjnej wobec Chin, a także zaniechania, zwłaszcza po 1989 r., porządnej współpracy w sferze handlu i inwestycji, nasz kraj stracił bezpowrotnie setki miliardów euro.
Niektórzy decydenci polscy nadal „zwalczają” (nieistniejący) komunizm w Chinach, ingerują w ich sprawy wewnętrzne, udzielają pouczeń itp., z czym kierownictwo i naród chiński nigdy się nie pogodzi. Wszystko to szkodzi polskim interesom państwowym i narodowym, ośmiesza nasz kraj na arenie międzynarodowej, szczególnie w Unii Europejskiej oraz tworzy niesprzyjający klimat polityczny dla rozwoju polsko-chińskiej współpracy gospodarczej, handlowej i inwestycyjnej.
Uprawianie polityki wobec Chin w stylu: „jak pies do jeża” nie ma sensu. Sytuację pogarsza dotkliwa luka informacyjna i świadomościowa. „Średni Polak” nie zna prawdy o Chinach, zaś, w odbiorze „średniego Chińczyka”, szczególnie przedsiębiorcy, Polska jawi się więc jako „kraj rozkojarzony i mało przyjazny Chinom”, z którym… nie warto robić większych interesów. Pozostaje to w sprzeczności z odwiecznymi tradycjami sympatii, współpracy i przyjaźni polsko-chińskiej, kultywowanymi w obydwu społeczeństwach.
Od 1989 r., w rozwoju Polski wystąpiły dwie główne fazy: 1. bezkrytyczna, cielęca fascynacja Ameryką, która obecnie przekształca się w zwątpienie i rozczarowanie – z powodu wielkiego kryzysu i krachu ekstremalnego neoliberalizmu; 2. „powrót do Europy”, tzn. trudne przygotowania do przystąpienia do UE, samo przystąpienie oraz żmudne szukanie (metodą prób i błędów) swego miejsca we wspólnocie unijnej. Towarzyszy temu nadal polskie „rozdwojenie jaźni” między USA i UE. W tym okresie zaniedbano bezmyślnie współpracę z Chinami oraz Azją Wschodnią i Południowo – Wschodnią.

Weźmy się do roboty

Żaden polski rząd po 1989 r. nie zdobył się na opracowanie i na wdrożenie optymalnego programu współpracy z Chinami. Skoro, od 1989 r., w centrali lekceważy się, de facto, Chiny i rynek chiński, to nic dziwnego, iż podobnie postępują polskie placówki dyplomatyczne, konsularne i ekonomiczne w Chinach.
Konieczne jest więc opracowanie i wdrożenie kompleksowej, długofalowej strategii współpracy z Chinami – z uwzględnieniem najnowszych zmian w globalnym układzie sił, szczególnie ekonomiczno-politycznym. Trzeba wyeliminować dotkliwą lukę informacyjno-świadomościową i psychologiczną w stosunkach między obydwoma krajami i społeczeństwami, oraz kołami opiniotwórczymi, przedsiębiorcami, ludźmi nauki, techniki i kultury. Rozwijać w dużej skali współpracę regionalną oraz kontakty między organizacjami pozarządowymi, społecznymi, twórczymi. Doskonalić i koordynować działalność instytucji krajowych zajmujących się współpracą z Chinami oraz placówek, instytucji i przedstawicielstw polskich w Chinach. Ustanowić sprawny system promowania Polski, szczególnie w sferze gospodarczej i kulturalnej, na gruncie chińskim.
Pozytywnych wzorców do naśladowania nie trzeba szukać daleko – wystarczy przeanalizować np. dynamikę i efekty rozwoju stosunków niemiecko – chińskich, czy holendersko – chińskich w minionych dziesięcioleciach i korzyści z tego wynikające dla zainteresowanych stron. Na przykład wartość niemiecko – chińskich obrotów handlowych przekroczyła 226 mld USD, w roku 2018 (to około 1/3 ogółu obrotów UE – ChRL). Wartość ta ma ulec podwojeniu (!) w najbliższych latach. Pani kanclerz Angela Merkel złożyła oficjalne (i owocne) wizyty w Chinach aż siedmiokrotnie – poczynając od roku 2005, zaś przywódcy, przedsiębiorcy i obywatele chińscy są częstymi gośćmi w Republice Federalnej.
Ufam zatem, że nadejdzie relatywnie niedługo dzień niezbędnego, jakościowego przełomu i zasadniczej trwałej poprawy w stosunkach polsko-chińskich.