Mam do Rosji stosunek szczególny

Krzysztof Lubczyński
Mam do Rosji stosunek szczególny

– Pracując w Samarkandzie, a było lato 1943 roku, pozwoliłem sobie na pewien ryzykowny dowcip. Była przerwa obiadowa, rozsiedliśmy się z naszymi pajdami pod konarami wiązu, i ja mówię do tych Rosjan, którzy ze mną pracowali: u was wszystko takie nadęte; zbierze się kilku szewców i zakładają „artiel imienia Mołotowa”. Mówię: a jakby zebrało się kilka prostytutek, to się nazwą „bardak imienia Stalina?”. Przez kilka dni czekałem na najgorsze. Ale nic się nie stało. Nikt nie doniósł! – z Józefem Henem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Czym jest dla Pana Rosja?
Zacznę od deklaracji: Rosja nie ma wyłączności na moje pozytywne uczucia. Jestem przede wszystkim proeuropejski. Wychowałem się w kulturze europejskiej, zafascynowany byłem filmem amerykańskim. Czytało się – mówię o moim przedwojniu w Warszawie – Dickensa, Galsworthy’ego, Shawa, Twaina, Londona, Dreisera, Dos Passosa, braci Mannów, Zweiga, Čapka, znałem paryskie dworce dzięki powieściom Maurice Leblanca o Arsenie Lupin, Maisons-Laffitte było mi znane z cyklu powieściowego Rogera Martina du Garda „Rodzina Thibault”, do Prousta dopiero się przymierzałem. Jestem autorem biografii Montaigne’a, który w niektórych oczach uchodzi za patrona Unii Europejskiej, a także biografii dwóch wielkich polskich Europejczyków, Tadeusza Boya-Żeleńskiego i króla Stanisława Augusta. Mówię o tym po to, żeby nie było wrażenia, że jestem jakimś zakutym prowincjuszem, dla którego świat otwarł się podczas wojny na Wschodzie. Przeciwnie, jestem nieuleczalnie „zgniłym zapadnikiem”. Jednak wielka literatura rosyjska to czołówka literatury europejskiej. Skoro to już sobie wyjaśniliśmy, to wolno mi powiedzieć, że mój stosunek do Rosji jest oczywiście szczególny, bo Rosja, w której tylu straciło życie, mnie życie uratowała.
Jak znalazł się Pan w Rosji podczas wojny?
Opuściłem Warszawę w 1939 roku, przedostałem się w okolicach Małkini za linię demarkacyjną, którą wyznaczyli Ribbentrop i Mołotow. Miałem trochę szczęścia, co opisałem w mojej książce wspomnieniowej „Nowolipie”. Przedtem, w październiku 1939 roku, widziałem na ulicy Solnej, jak pewien chuderlak w okularach, został zaczepiony przez trzech Niemców. Dwaj z nich mieli ochotę się z nim pobawić, trzeci, najwyraźniej zniecierpliwiony, odwiódł ich od tego. Zrozumiałem, że oni mogą robić wszystko bezkarnie, upokarzać, bić. Jeszcze wtedy nikt nie wyobrażał sobie, co naprawdę może się stać. Ale mnie to wystarczyło. Utleniłem sobie moje czarne włosy i poszedłem na wschód. Granicę przekroczyłem 8 listopada, dokładnie w moje 16 urodziny, tak wszedłem w dorosłość.
Jak się Panu wiodło w nowych warunkach?
Było ciężko, dramatycznie, bywałem blisko śmierci głodowej, obdarty, bosy, za ucieczki do armii Andersa groziła czapa; mój brat był w łagrze i nigdy nie wrócił, nie wiadomo co się z nim stało, siostrę wywieziono do Jakucji. Ale nie ludzie temu byli winni, Rosjanie najwięcej wycierpieli od stalinizmu. Wszędzie bywają ludzie źli, nacjonaliści, szowiniści, zamordyści, nie ma co idealizować. Jednak właśnie nasi zesłańcy – i to jeszcze w XIX wieku – wspominali z sentymentem przyjaźnie syberyjskie. Zawsze można było liczyć na pomoc i życzliwość. Rosjanom – i o tym naprawdę należy pamiętać – nigdy nie przyszło do głowy, że są Herrenvolkiem, narodem panów. Przeciwnie, jeśli coś zarzucali Polakom, to – jak świadczą „Zapiski z domu umarłych” Dostojewskiego – poczucie wyższości, pańskość właśnie. Stalinizm nie zmienił Rosjan w środku. Obawiam się, że to, co może ich zmienić teraz, to dziki kapitalizm, łatwość deprawacji moralnej. Psychika Rosjan zdeterminowana jest niezmierzoną przestrzenią tego kraju i jego klimatem. Wiedzą, że życie w takich bezkresach wymaga uczynności. Zimą 1941 roku przemierzyłem z kolegą setki kilometrów na Kozaczyźnie., często w śnieżnej zawiei, i nie było przypadku, żeby samotna babina odmówiła nam noclegu, parzonego mleka, smażonych kartofli na boczku. Im uboższa chatynka, tym cieplejsze przyjęcie – to była niemal reguła.
Czy wyczuwało się strach przed Stalinem, przed NKWD?
Powiem panu coś o ludziach – świadectwo tego, jak wątpliwe są czarno-białe stereotypy. Przytoczę zdarzenie, które opisałem w książce „Najpiękniejsze lata”. Otóż pracując w Samarkandzie, a było lato 1943 roku, pozwoliłem sobie na pewien ryzykowny dowcip. Była przerwa obiadowa, rozsiedliśmy się z naszymi pajdami pod konarami wiązu, i ja mówię do tych Rosjan, którzy ze mną pracowali: u was wszystko takie nadęte; zbierze się kilku szewców i zakładają „artiel imienia Mołotowa”. Mówię: a jakby zebrało się kilka prostytutek, to się nazwą „bardak imienia Stalina?”. Przez kilka dni czekałem na najgorsze. Ale nic się nie stało. Nikt nie doniósł! Żaden z nich pewnie tego epizodu nie zapamiętał. Ale mnie wrył się w pamięć.
Jak się Panu układały relacje, kontakty z Rosjanami po wojnie?
To było bardzo utrudnione. Po książce „Skromny chłopiec w haremie” (1957) jako Józef Gen, znalazłem się na indeksie. Ale moje nazwisko można pisać jako „Chen” i czasem ich wydawcom udało się coś przemycić. Po naszym Październiku to elita rosyjska szukała u nas pożywki. Opowiadał mi Wiktor Niekrasow, autor znakomitej powieści „W okopach Stalingradu”, że specjalnie uczył się polskiego, żeby móc czytać tygodnik „Świat” i „Przekrój”. Po tym „Skromnym chłopcu” w „Litieraturnoj Gazecie” ukazał się duży atak na mnie, w którym określono mnie jako burżuazyjnego nacjonalistę. Kilkanaście lat temu, z okazji wydania po rosyjsku „Mgiełki”, byłem w Moskwie i miałem spotkanie ze studentami slawistyki. Wspomniałem o tym ataku, dzięki temu, mówię, zrobiłem się u was dość popularny. Skończyłem wykład i wtedy zza stołu prezydialnego wstaje siwawy, kędzierzawy siedemdziesięciolatek i mówi: „To ja napisałem ten artykuł atakujący pana Chena i po dziś dzień się tego wstydzę. Przyszedłem tu, żeby rzeczywiście wyrazić skruchę”. Zwróciłem się do studentów: „No i widzicie, warto było długo żyć”. Miałem w Moskwie spotkanie z czytelnikami w Domu Puszkina, przyszło ze dwieście osób. Mówiłem po rosyjsku. Młoda tłumaczka opowiadania „Bokser i śmierć” spytała, raczej z przekąsem, czy ja uważam, że nawet tragiczne opowiadania mogą być atrakcyjne czytelniczo, niemal jak rozrywka. Odpowiedziałem: ależ proszę pani, ja marzę o napisaniu nudnej książki – tylko takie cenią krytycy. Byłem pewny, pisząc książkę o wielkim Montaigne, że wreszcie poczęstuję ich czymś nudnym, ale znowu mi się nie udało. W Petersburgu zorganizowano mi spotkanie z elitą literacką w miesięczniku „Zwiezda”, bardzo prestiżowym, choćby dlatego, że kiedyś obłożono go anatemą za Achmatową i Zoszczenkę. Naczelny redaktor, pan Gordin, z łezką w oku wspominał polską szkołę filmową, jakie to dla nich było przeżycie, a wymieniając takie filmy jak „Popiół i diament”, wymienił też film według mojego „Toastu”, „Prawo i pięść”, czyli „Zakon i kułak” i kiedy powiedział, że autorem scenariusza jest nasz gość, po sali przeszedł szmer. Nareszcie wiedzieli z kim mają do czynienia. Nawiasem mówiąc, w Polsce był okres dużej popularności filmów radzieckich, takich jak „Los człowieka” Bondarczuka, „Ballada o żołnierzu” Czuchraja, czy „Lecą żurawie” Kałatozowa. Był u nas ostatnio oglądany serial rosyjski „Moskiewska saga”, w którym występują ludzie z najbliższego kręgu Stalina, a jeden z głównych wątków zaczerpnięty został z życia i perypetii Rokossowskiego, chociaż nie występuje on tam pod swoim nazwiskiem, ani nie mówi się o jego polskim pochodzeniu.
Jaki jest Pan pogląd na postać Rokossowskiego?
My, uchodźcy przebywający w Samarkandzie, dowiedzieliśmy się, że zwycięzca spod Stalingradu jest Polakiem, gdy zobaczyliśmy zdjęcie, jak przyjmuje kapitulację feldmarszałka von Paulusa. Młody, przystojny, byliśmy bardzo dumni. Od czasu Sobieskiego był to pierwszy Polak, który zrobił międzynarodową karierę wojskową. Historyk brytyjski Simon Montefiore opowiada, że Rokossowski, podczas omawiania najbliższej ofensywy, potrafił przeciwstawić się Stalinowi – i że Stalin warcząc przyznał mu rację. Tym smutniejsza była jego rola w Polsce, co na pewno i jego nie cieszyło. Mało kto wie, że jego siostra Helena nie ewakuowała się z Rosjanami w 1915 roku razem z bratem i mieszkała cały czas w Warszawie. Była urzędniczką w Spółdzielni Pracy. Wojciech Żukrowski opowiadał mi, co słyszał z ust Rokossowskiego o jego spotkaniu ze Stalinem. Po nieudanej kampanii fińskiej (1940), trzeba było zreformować armię. Z obozów i więzień zwolniono 11 tysięcy komandirów. Stalin spytał: „A gdzie Rokossowski?” „W łagrze, towarzyszu Stalin”. „Sprowadzić!” Rokossowski wchodzi do Stalina, wychudły, bez zębów, po torturach, a ten do niego: „Posidieli? Nu i chwatit. Weźcie się do roboty!”
Czy obecnie w Rosji jest zainteresowanie polską kulturą?
Zaciekawienie rosyjskiej inteligencji twórczej kulturą polską jest wciąż żywe, choć nie tak duże jak kiedyś. Naczelny redaktor „Zwiezdy” Gordin, podczas spotkania ze mną zapowiadał pod koniec roku numer poświęcony literaturze polskiej, z dużymi fragmentami „Ja, Michał z Montaigne” i „Mojego przyjaciela króla”, o Stanisławie Auguście. Nie doszło do tego, bo popsuły się stosunki z Rosją.
Dziękuję za rozmowę.

Józef Hen – ur. 8 listopada 1923 roku w Warszawie, jeden z najwybitniejszych prozaików polskich drugiej połowy XX wieku, pisarz i scenarzysta o niezwykle bogatej biografii osobistej. Autor m.in. powieści „Kwiecień” (1961), tomów opowiadań „Nieznany (1962), „Krzyż Walecznych” (1964), powieści „Crimen” (1975), „Ja, Michał z Montaigne” (1978), „Nowolipie” (1991), „Odejście Afrodyty” (1995), „Błazen, wielki mąż” (1999), „Mój przyjaciel król” (2003) oraz kilku tomów dzienników-esejów.

Poprzedni

Czesław Lasota (1932 – 2021)

Następny

Paweł Nowisz (1940-2021)