Powrót Gelmana, przypomnienie Koeniga

22 gru 2021

Starsi wiekiem czytelnicy „Trybuny” być może pamiętają rezonans, jaki w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku zyskała sobie u nas sztuka rosyjskiego dramatopisarza Aleksandra Gelmana „Protokół pewnego zebrania” – rzecz o tym, jak w pewnej radzieckiej fabryce brygada odmawia przyjęcia przyznanej sobie premii, gdyż uważa, że jest ona fikcją w fikcyjnym planie; akcja sztuki – to przebieg posiedzenia egzekutywy organizacji partyjnej zakładu, omawiającej zaskakującą decyzję robotników.

W sezonie 1976/77, u którego początku odbyła się polska prapremiera sztuki, przygotowano u nas ogółem 10 jej realizacji, a 314 jej przedstawień obejrzało 114 tysięcy widzów, co oznaczało najwyższą frekwencję wśród wszystkich granych w Polsce w owym sezonie utworów zagranicznych, zaś Gelmanowi dawało drugą po Szekspirze pozycję wśród najczęściej granych u nas autorów obcych. Tę polską – bardzo chwaloną – prapremierę dał w reżyserii i z udziałem Tadeusza Łomnickiego warszawski Teatr na Woli, jedna z następnych realizacji – w Teatrze Polskim we Wrocławiu w reżyserii Grzegorza Mrówczyńskiego – miała swoją próbę generalną i premierę prasową na terenie zakładów „Hutmen”, w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach reżyser Bohdan Poręba przeniósł akcję na grunt polski. Spod pióra Aleksandra Gelmana wyszły wnet kolejne „neoprodukcyjniaki” (choć przecież w gruncie rzeczy były to przede wszystkim sztuki o moralności, wedle jednego z krytyków „o normach i środkach w osiąganiu celu”): „Sprzężenie zwrotne” (1977), „My, niżej podpisani” (1979) i dopełnieni bezlitosną wiwisekcją życia osobistego swych bohaterów „Sami ze wszystkimi” (1982); dla wszystkich trzech – jak przedtem „Protokołu” i jak potem następnych sztuk dramatopisarza – scenicznym ojcem chrzestnym stał się słynny moskiewski MChAT, którego ówczesny szef, Oleg Jefriemow, wystawiał je z ogromną pasją i wielką warsztatową maestrią, angażując swych najlepszych aktorów z Innokientijem Smoktunowskim, Aleksandrem Kalaginem, Anastazją Wertyńską czy Stanisławem Lubszynem. Te trzy sztuki były także grane w naszych teatrach, a dwie z nich („My, niżej podpisani” i „Sami ze wszystkimi”) wystawił nawet w reżyserii Marka Okopińskiego Teatr Telewizji. Ale wielki sukces „Protokołu” powtórzyła w Polsce dopiero „Ławeczka” (1983), w której Gelman zrezygnował – jak się potem okazało, na krótko – z ostrego i pryncypialnego politycznego i etycznego dyskursu, kreśląc ciepłą, choć gorzkawą opowieść o dwojgu mocno poobijanych przez życie bardzo zwyczajnych ludzi; tę „Ławeczkę” zagrało u nas blisko trzydzieści teatrów, polska prapremiera w warszawskim Teatrze Powszechnym, w reżyserii Macieja Wojtyszki i z udziałem Joanny Żółkowskiej i Janusza Gajosa, została w 1988 roku zaadaptowana dla potrzeb Teatru Telewizji (potem awansując do jego „Złotej Setki”), wreszcie pojawiła się też polska wersja filmowa sztuki (w roku 2004, w reżyserii Macieja Żaka, z Jolantą Fraszyńską i Arturem Żmijewskim). Znowu w zakładzie pracy toczyła się akcja powstałej w roku 1984 „Zinuli” („Stukniętej”) – o godności robotnika i jego niezbywalnym prawie do sprawiedliwej oceny i dobrego imienia. Dramaty Gelmana były w tych latach wystawiane w ponad stu teatrach Związku Radzieckiego, a także na scenach ponad trzydziestu innych krajów. Ale wraz z pierestrojką, a potem transformacją ustrojową, rodzaj dramatopisarstwa, który uprawiał Gelman, wyczerpał swoje możliwości – i od lat dziewięćdziesiątych pisarz zajął się głównie publicystyką, czasami też poezją; jedna z nielicznych prób dramatycznych, jakie wtedy podejmował, napisana wspólnie z Amerykaninem Richardem Nelsonem sztuka „Jubileusz Miszy”, którą oglądałem we wciąż wiernym swemu autorowi Mchacie (tym po podziale teatru noszącym imię Czechowa) w roku 1994, za temat brała sześćdziesiąte urodziny dyrektora małego muzeum z Niżniego Nowogrodu, świętowane przezeń wraz z byłą i obecną rodziną w moskiewskim hotelu „Ukraina”, tuż obok słynnego „Białego Domu”, w drugim dniu puczu z sierpnia 1991 roku – i poziomu i temperatury emocjonalnej wcześniejszego Gelmana nie osiągała.
W tym jednak roku osiemdziesięcioośmioletni Gelman znowu jako dramatopisarz dał o sobie wyraziście znać; w sztuce, którą niedawno opublikował w czasopiśmie „Wiestnik Jewropy”, znowu czuje się lwi pazur. „Almar” – bo taki ona nosi tytuł – oznacza zbitkę pierwszych sylab imion dwojga jej bohaterów: Alfreda Einsteina i jego wieloletniej kochanki, zarazem żony wybitnego radzieckiego rzeźbiarza Siergieja Konionkowa (który dziś ma swoje muzeum w samym centrum Moskwy, przy placu Puszkina) – Margarity. Jest koniec sierpnia 1945 roku, kilka dni po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki; Margarita, od dwudziestu lat mieszkająca z mężem w Stanach Zjednoczonych, od paru lat agentka radzieckiego wywiadu, teraz wezwana przez swych mocodawców do natychmiastowego powrotu do ZSRR, po raz ostatni przyjeżdża do trapionego teraz wyrzutami sumienia z powodu straszliwej hiroszimskiej tragedii genialnego uczonego; zachowująca, jak zwykle u Gelmana, jedność czasu, miejsca i akcji sztuka – to ich długa, dramatyczna rozmowa w domu Einsteina w Princeton, o tym, co ich kiedyś połączyło i o tym, co ich teraz rozdziela, o wielkiej miłości i wielkiej polityce, o pryncypiach i o bezlitosnych życiowych koniecznościach. Jak się wydaje, „Almar” mógłby zaciekawić i teatry w Polsce…
***
Wszystkie grane u nas sztuki Gelmana tłumaczył starszy odeń o dwa lata, od trzynastu lat już nieżyjący Jerzy Koenig – jak wiadomo, jedna z najważniejszych postaci polskiego życia teatralnego ostatnich dziesięcioleci, istny człowiek-instytucja. Czegóż on nie robił – był kierownikiem literackim teatrów: Narodowego, warszawskiego Dramatycznego, Wybrzeże, Starego, w tym ostatnim także dyrektorem, długoletnim redaktorem naczelnym Teatru Telewizji, redaktorem naczelnym „Teatru” i „Dialogu”, profesorem, dziekanem i prorektorem warszawskiej Akademii Teatralnej, członkiem niezliczonych teatralnych rad, komitetów i komisji. Jego wiedzy i organizatorskim talentom zresztą wiele zawdzięczam sam – gdy w 1987 roku inicjowałem i organizowałem zakrojone na niemałą skalę obchody 100-lecia urodzin Leona Schillera, Koenig od razu zgodził się objąć funkcję sekretarza naukowego komitetu obchodów i znakomicie się z niej wywiązywał.
Ale przede wszystkim Koenig o teatrze pisał – i to bardzo wiele, w niezliczonych czasopismach i gazetach, w programach teatralnych. Pisał świetnie, z absolutną znajomością rzeczy, z odwagą, ale i rozwagą, celnym i jędrnym stylem. Niestety o to, by owe znakomite szkice, eseje czy recenzje co pewien czas ku publicznemu pożytkowi gromadzić i wydawać w formie książkowej, Koenig dbał niespecjalnie; w rezultacie pozostawił po sobie tylko jeden taki zbiór. Dopiero w ostatnich latach Paweł Płoski zestawia z tych rozproszonych Koenigowych tekstów tomy następne.
Niedawno wyszedł kolejny z nich – zatytułowany „Rosjanie”. Bardzo ważny – bo właśnie dramat i teatr rosyjski był, nie licząc polskiego, główną specjalnością nie tylko Koeniga-tłumacza (poza dramatami Gelmana przekładał też sztuki na przykład Michaiła Szatrowa, Ignatija Dworieckiego, Giennadija Mamlina, a również liczne rozprawy rosyjskich teatrologów), lecz także Koeniga-autora. Ponad trzystustronicowa książka zawiera zarówno refleksje Koeniga na temat twórczości klasyków rosyjskiego dramatopisarstwa – Nikołaja Gogola, Aleksandra Ostrowskiego i Antona Czechowa, jak i – przede wszystkim – fascynujące eseje o dokonaniach genialnych nowatorów rosyjskiej sztuki teatralnej w epoce Wielkiej Reformy – Wsiewołoda Meyerholda, Konstantina Stanisławskiego, Jewgienija Wachtangowa, Aleksandra Tairowa; te ostatnie szkice układają się w świetnie podany zarys dziejów rosyjskiego teatru w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, zwłaszcza jego lat dwudziestych i początku trzydziestych. Koenig konstatuje, że w tym ostatnim okresie rosyjski teatr był najciekawszym i najważniejszym zjawiskiem w teatrze światowym, że Moskwa była wtedy swego rodzaju nieoficjalną stolicą światowej sztuki teatralnej, że Meyerhold był najwybitniejszym reżyserem europejskim pierwszej połowy, a może i całego dwudziestego stulecia, że rangę najbardziej oświeconego i utalentowanego ministra kultury historia przyznała Anatolijowi Łunaczarskiemu – i na rzecz tych tez gromadzi i przedstawia niepodważalne argumenty. Są w tej książce również szkice o teatrze Koenigowi współczesnym, na przykład o ludziach i spektaklach Taganki czy Teatru im. Wachtangowa; w sumie mamy, jak to ujmuje na okładce Piotr Mitzner, „barwną i spójną opowieść o wczoraj i przedwczoraj teatru rosyjskiego”. Naprawdę warto się w nią zagłębić.

Najnowsze

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W...

Sprawdź również

Loża: Prowadź swój pług przez kości umarłych

Loża: Prowadź swój pług przez kości umarłych

Niemal na początku Janina Duszejko znajduje trupa Wielkiej Stopy. To jej sąsiad, nicdobrego, kłusownik i pijak, zadławił się kością. Ale Duszejko wierzy, że to sprawiedliwa zemsta saren, z którymi zmarły toczył nierówną walkę. W powietrzu wisi kryminał, zjawia się...

I po Prałacie

I po Prałacie

Prałata (sztukę w Teatrze Telewizji) dobrze się oglądało. Choć tak naprawdę głównym bohaterem sztuki był „diabeł”. Ale przecież wiemy, że diabłów nie ma, a prałaci, biskupi, kardynałowie, proboszczowie są. Niestety, można by powiedzieć. Jak w starym, podobno,...

Lalka dla kujonów

Lalka dla kujonów

Podczas minionych świąt wyświetlono w telewizji Lalkę Wojciecha Hasa. Cóż to za film – imponujący zmysłowymi obrazami, walczących ze sobą, który kadr bardziej wyrazisty, który silniej oddziałuje na zmysły, bo co drugi jak martwa natura. Przejmujące widoki biedy...

Ukryte szczątki i kwiaty w ogrodzie

Ukryte szczątki i kwiaty w ogrodzie

Temat Państwowych Gospodarstw Rolnych od dawna pojawia się zaledwie incydentalnie w debatach. W zasadzie wyłącznie jako jeden z elementów dyskusji o transformacji (co samo w sobie jest niestety kwestią już dość niszową). Bardzo rzadko ktoś zajmuje się PGR-ami jako...

Dalejże, na Krzyżaka

Dalejże, na Krzyżaka

„Krzyżacy” Jana Klaty, spektakl zrealizowany w Olsztynie na jubileusz teatru, ekscytuje: śmieszy i wzrusza, nie pozostawia widza obojętnym. To poważny atut, zwłaszcza że mamy do czynienia z ucukrowaną lekturą, która tym razem wcale na szkolną piłę nie wygląda. Kiedy...

Nie ma już wysp szczęśliwych

Nie ma już wysp szczęśliwych

Dorota Masłowska od lat opisuje rozczarowanie, jakie przyniósł neokapitalizm, jak odcisnął się w życiorysach warszawiaków, daremnie poszukujących szczęścia, błądzących w gorączce za rajem, którego wiąż nie znajdują. Tak jest co najmniej od czasu, gdy powstał jej...

Kościół jest miłością

Kościół jest miłością

To zdanie utkwiło mi w głowie po spektaklu Złe wychowanie Teatru im Jaracza z Olsztyna. Co prawda kanoniczna teza głosi, że to bóg jest miłością, ale różnica między bogiem a kościołem jest taka, że kościół jest… Jest też teatr, nie tylko w Olsztynie, ale ten...