26 czerwca 2022

loader

Przeżyć, napisać i tyle

– Przemysłowe tworzenie literatury jest mi z gruntu obce. Chcę przeżyć, dotknąć nieznanego, napisać i tyle. Samo pisanie to porządkowanie chaosu w głowie. Ale to nie takie proste – z Andrzejem Stasiukiem, pisarzem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Od „Murów Hebronu” czyli od Pana literackiego debiutu ma Pan wizerunek trochę w stylu „macho”. Budzi to skojarzenia z Hemingwayem, Londonem, Hłaską. Częstszy wizerunek pisarza to nadwrażliwy okularnik. To męski zawód – pisarz?
Męskie jest pisanie prozy. To praca trochę jak w kamieniołomie. Trzeba przysiąść dupy każdego ranka i napisać, a nie zawsze wychodzi. Pisanie, to siedzenie, trochę jak w biurze albo jak chodzenie do fabryki.

A co z czarnym skórzanym płaszczem, więzienną przeszłością i tego typu atrybutami?
Daj pan spokój. Już się przyzwyczaiłem, że robią ze mnie Hłaskę, prymitywa, wyrokowca i nieuka.

Jak Pan widzi dzisiejsze, współczesne pisarstwo, jako sztukę czy raczej jako rzemiosło?
Moje pisanie bierze się z miłości do czytania. Pisanie jest tym im bardziej bezinteresowne, a przy tym spontaniczne. Dawni pisarze, poza nielicznymi wyjątkami zawodowców literackich, pisali spontanicznie, z wewnętrznej potrzeby. Kafka pisał bez założenia, że w ogóle będzie to publikowane, a do tego, przed śmiercią, kazał Maxowi Brodowi spalić swoje rękopisy, czego ten na szczęście nie zrobił. I co? Jego pisana bez myśli o publikacji proza należy do największych zjawisk w dziejach literatury. A rzemieślnicy piszący z częstotliwością w tempie – jedna powieść na pół roku, produkują na ogół badziewie. Ja lubię podróżować i być w podróży samotnym, bo wtedy książka najlepiej układa mi się w głowie. Chłonę wtedy rozmaite impulsy z zewnątrz, ze świata, bo literatura jest kategorią zmysłową. Natomiast z gruntu obce mi jest produkowanie przy komputerze, powieści jako „produktu sprzedażnego”. Przemysłowe tworzenie literatury jest mi z gruntu obce. Chcę przeżyć, dotknąć nieznanego, napisać i tyle. Samo pisanie to porządkowanie chaosu w głowie. Ale to nie takie proste. Czasem śmieję się sam z siebie, że wracam z podróży z dalekiego świata, z głową naładowaną wspomnieniami, biorę się do pisania i … zamiast spisywać z pamięci, zaczynam kombinować we łbie fikcję (śmiech). Jak „Kapucha”, czyli Rysio Kapuściński. Tak bardzo silny jest w człowieku instynkt fikcji, zmyślania.

Powiedział Pan kiedyś: „Każda książka jest porażką, ponieważ nie potrafi opisać ani nazwać świata tak, jak byśmy pragnęli. Dlatego zaczyna się następną i następną”. A o Panu napisano: „Nie przejmuje się zbytnio tym, czy jako pisarz ma do kogo mówić. Jak twierdzi, mówi do siebie. Opowiada sobie historie, których nie znalazł gdzie indziej. Pisze książki, które sam chciałby przeczytać. Tyle że potem ich nie czyta, bo go nudzą albo już mu się nie podobają”. Po czasie potwierdziłby Pan te sformułowania?
Tak, ja nie jestem zmienny jak ta „la donna e mobile” z operetki. Jestem twardawym, starszawym facetem, który łatwo nie zmienia poglądów. Nie jestem kurkiem na dachu. Raczej krową, bo jak wiadomo krowa nie zmienia poglądów.

A takie Pana zdanie?: „Mam obsesję rzeczy, zdarzeń, nic niewartych szczegółów, wyliczanek, lubię wiedzieć, co jak się nazywa, i dlatego wolę biedne okolice niż bogate, bo w nich przedmioty mają prawdziwą wartość i bardzo możliwe, że ludzie je choć trochę kochają, ponieważ nie mają nic innego. Nie wielbią, ale kochają, nie mając o tym nawet pojęcia”.
Też nic bym tu nie zmienił.

Nadal lubi Pan podróżować po szeroko rozumianym „wschodzie”?
Już mniej, bo się starzeję i coraz mniej mi się cokolwiek chce, ale ciągle tak, właśnie tam, bo tam jest to, co mnie kręci, bo jest większe od człowieka. Nie ludzka jednostka. Uładzona Szwajcaria mnie nie interesuje. Z Paryża, Rzymu czy Wenecji też nic bym nie wycisnął. Lubię klimaty apokaliptyczne, posowieckie. Także Albanię, Macedonię, Bałkany, Rumunię. Kręcą mnie miejsca, gdzie się kończy ziemia, tam gdzie pieprz rośnie, jak się kiedyś mówiło. Miejsca poza czasem. Takie podróżowanie jest metafizyczne.

Czym w takim razie była dla Pana podróż do warszawskiego Grochowa, która zaowocowała niewielkim zbiorkiem opowieści „Grochów”?
Podróżą do mojej dawnej dzielnicy, gdzie się żyło, chuliganiło, piło wino za kioskiem, gadało z ferajną. Podróż do życia, które minęło. Dla mnie Grochów to rzeka mojego życia. Grochów jest tym dla Warszawy czym Meksyk dla Ameryki, a Wisła to nasza rzeka, Rio Grande, zwana też czasem Rio Bravo, która oddziela Stany od Meksyku.

Zatęsknił Pan w Dukli za Warszawą, za swoją dawną dzielnicą?
Nie, ale przy okazji tej podróży, odświeżyłem sobie warszawską pamięć, wrażenia, trasy, ludzi.

Napisano też, że to literacka próba przypomnienia, że „śmierć jest częścią życia”…
Nie wiem, czy akurat moi czytelnicy o tym pamiętają.

I napisano, że Pana język literacki jest „plastyczny i precyzyjny”…
Jeśli tak jest, to się bardzo cieszę.

Bardzo się Grochów zmienił od Pana czasów?
Bardzo i nie bardzo. Nie ma już większości ludzi z moich czasów, a to oni tworzyli tamten klimat. Ale sporo z niego zostało. Tylko trzeba wytężyć wyobraźnię.

„Grochów”, jak o tej książce napisano, jest „o losie czasie, który dla każdego jest odmierzony”…

A nie jest?

Tego nie wiem…

Tyle, że formuła, którą pan zacytował odnosi się do całej literatury. Niech mi pan wskaże książkę, która nie jest o losie i o czasie.

W tym roku mija 30 lat od ukazania się Pana pierwszej, od razu docenionej powieści „Mury Hebronu”. Jest to dla Pana okazja do spojrzenia wstecz?

Ani trochę. Czy ja wyglądam na jubilata? Żyje się dzień po dniu, rok po roku, wydaje się kolejne książki. I tyle. Żadnego celebrowania. Nawet w wyobraźni.

Z uwagą przeczytałem Pana esej poświęcony Lublinowi. W tym celu pomieszkał Pan trochę w tym mieście. Jak je Pan odebrał?
Był listopad, więc buro i zimno. Odebrałem je przede wszystkim jako miejsce po Żydach. Napisałem więc tekst o nieobecności Żydów. I o Polakach, mieszkańcach Lublina. Żyją oni poniekąd czyimś życiem. Właśnie życiem tych nieobecnych Żydów.

Potwierdza Pan swoiste psychiczne ciepło Lublina, wschodniość tego miasta?
Tak, ale z innych pobytów, bo Lublin akurat nieźle znam. Zazwyczaj zatrzymuję się w nim w drodze do Gardzienic.

A co Pan ceni najbardziej nie jako pisarz, ale jako czytelnik?
Prozę wielkiego rozmachu, wielkich przestrzeni, nieklaustrofobiczną – Lwa Tołstoja, Faulknera, Kerouaca.

Niektórzy nawet nazywają Pana „polskim Kerouakiem…
Podobno.

A Bronisław Maj – „Edkiem polskiej literatury”, w nawiązaniu do mocnego gbura Edka z mrożkowego „Tanga”….
Pieszczotliwie to chłop ujął.

Na koniec wrócę do „Grochowa”. Pokazał go Pan tak barwnie, że nabrałem ochoty pospacerować się po nim z tą książką pod pachą. Tym bardziej, że mieszkam blisko…
Miłego spaceru życzę.

Dziękuję za rozmowę.

(wywiad nieautoryzowany) 

Andrzej Stasiuk – ur. 25 września 1960 w Warszawie, jeden z najciekawszych współczesnych pisarzy polskich, także reporter, poeta, eseista, publicysta i dramaturg. Miał burzliwą młodość, imał się różnych zajęć. Wydalony kolejno: z liceum ogólnokształcącego, technikum, zasadniczej szkoły zawodowej. We wczesnych latach 80. zaangażowany w działalność Ruchu Wolność i Pokój. Spędził półtora roku w więzieniu za dezercję z wojska. Zaczynał od współpracy z pismami literackiego „undergroundu”, legendarnie niechętny oficjalności we wszystkich formach, w tym oficjalnemu życiu literackiemu. W 1986 roku wyjechał z Warszawy i zamieszkał w Wołowcu, w Beskidzie Niskim. Laureat licznych nagród literackich, m.in. nagrody Fundacji Kultury (1994), Fundacji im. Kościelskich (1995), nagrody im. Arkadego Fiedlera („Bursztynowy Motyl”). W 2005 r. otrzymał nagrodę Nike za powieść „Jadąc do Babadag” (2004). Napisał m.in. „Mury Hebronu” (1992), „Opowieści galicyjskie” (1995) (zekranizowane przez reżysera Dariusza Jabłońskiego jako „Wino truskawkowe”, 2008), „Biały kruk” (1995), „Dukla” (1997), „Jak zostałem pisarzem” (1998), „Dojczland”, „Fado” (2007), „Taksim” (2009), „Dziennik pisany później” (2011), „Życie to jednak strata jest. Rozmowy z Dorotą Wodecką” (2015), „Przewóz” (2021). Uhonorowany Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Jego powieści zostały przetłumaczone na wiele języków m.in. na angielski, fiński, francuski, holenderski, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski, włoski, czeski i rumuński. Wraz z żoną Moniką Sznajderman prowadzi Wydawnictwo Czarne, specjalizujące się w literaturze środkowoeuropejskiej. W 2021 roku powrócił pierwszą od ponad dekady książką prozatorską „Przewóz”. Według jednej z opinii, „Przewóz” rozbija wiejskim naturalizmem polską skłonność do mitologizowania”.

Krzysztof Lubczyński

Poprzedni

Bezosmeni i deliberaci

Następny

Na granicy jawy i snu