Andrzej Skąpski

Nie wchodźcie do mojego świata

Na pożegnanie rzucił – „Jeśli nie uda mi się dziś do Was przyjść – bo muszę jeszcze doszlifować przemówienie, a może ktoś ze starszych uczestników mojej delegacji będzie potrzebował pomocy – to zadzwonię i przełożymy kolację na jutrzejszy wieczór, po powrocie. Przygotujcie coś co będzie można podać też jutro”.

Andrzej odwiedzał mnie od pewnego czasu w siedzibie PIW-u na ul. Foksal, z reguły było to wtedy, gdy pomiędzy spotkaniem w Kancelarii Prezydenta, a odjazdem pociągu do Krakowa miał czas na wypicie kawy i opowiedzenie o tym, jak namawiany jest do udziału w prezydenckiej delegacji.
Trwały przygotowania do obchodów 70 lecia katyńskiej zbrodni. Andrzej jako prezes Federacji Rodzin Katyńskich został zaproszony do składu delegacji premiera Tuska. Jego ojciec Bolesław (w odróżnieniu od swego ojca, też Bolesława, zwany w rodzinie „Dzidkiem”), zginął w Katyniu; był prokuratorem, tuż przed wojną, służbowo przeniesionym z Krakowa do Warszawy. Pradziad Andrzeja był
przyrodnim bratem mojego dziadka.
Formalnie byliśmy z Andrzejem przyrodnimi krewnymi, powinien zwracać się do mnie per stryju, ale był starszy ode mnie o ponad 10 lat, więc byliśmy po imieniu. O Bolesławie, dziadku Andrzeja, warto kilka zdań napisać.
Urodzony w 1876, syn powstańca styczniowego, obrońca Twierdzy Przemyśl w czasie pierwszego i drugiego oblężenia, był pomysłodawcą i twórcą pierwszego, po latach zaborów, polskiego sztandaru wojskowego, ufundowanego i używanego jeszcze w ramach wojska austriackiego. Aresztowany przez Rosjan, osadzony w jenieckim obozie w Taszkiencie, dokonał stamtąd brawurowej ucieczki, zmieniając czterokrotnie dokumenty, a zatem i nazwisko, poprzez Moskwę, Samarę, Irkuck, Harbin, Szanghaj, Nagasaki, Jokohamę, Honolulu, San Francisco, Nowy Jork, Oslo i Kopenhagę dotarł do swego pułku i na froncie włoskim walczył do końca I wojny.
Podczas II wojny, udzielił na kilka tygodni, jesienią 1944 roku, schronienia Wincentemu Witosowi w swoim krakowskim mieszkaniu.
Ale wróćmy do przygotowań do katyńskiej rocznicy. Okazało się dość szybko, że i przy tej okazji dojdzie do
niesmacznej, a co gorsze tragicznej w skutkach,
konkurencji miedzy dużym i małym pałacem. „Duży i mały pałac” tak od 1990 roku nazywano dwa, z reguły konkurujące ze sobą, ośrodki władzy: prezydenta i premiera. Kiedy przygotowania do lotu z premierem były już zapięte niemal na ostatni guzik, Andrzej zaproszony został do kancelarii prezydenta, pojawiła się bowiem koncepcja wizyty prezydenta w Katyniu, a zatem oferta lotu Andrzeja z prezydentem. Słowo oferta jest za delikatne, bo Andrzejowi po prostu postawiono ultimatum. Z prezydentem polecieć musi.
Rozmowy z nim prowadził szef kancelarii Władysław Stasiak. Nie pamiętam jakich dokładnie Andrzej używał słów relacjonując mi przebieg i atmosferę tych kilku kolejnych rozmów, ale było i jest dla mnie jasnym, iż poddawany był naciskom, presji, szantażowi.
Andrzej argumentował, że już zgodził się być członkiem delegacji premiera 7 kwietnia, że latać niemal dzień po dniu nie chce… W odpowiedzi usłyszał, że to czy z premierem poleci, czy nie, dla kwestii składu delegacji prezydenckiej znaczenia nie ma. To są dwie różne sprawy,
dwie różne delegacje.
Jeśli poleci z prezydentem to Federacja, którą kieruje będzie odpowiednio uhonorowana, a jeśli nie… to splendory spłyną na inne katyńskie organizacje. W końcu Andrzej ugiął się, Federacja otrzymała kilka miejsc w prezydenckim samolocie, a w scenariuszu uroczystości wpisano, iż prezes Federacji będzie przemawiać zaraz po prezydencie. Właśnie to przemówienie chciał jeszcze wieczorem 9 kwietnia „doszlifować”. A spotkanie nasze, które okazało się ostatnim, odbyło się po południu, chyba tuż po 14,00. Wcześniej byłem na Powązkach wojskowych; o 11,00 rozpoczęła się tam ceremonia pożegnania Krzysztofa Teodora Toeplitza.
Urnę z prochami zmarłego
odprowadzała do grobu grupa znakomitych postaci, w tym czołowi politycy lewicy Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy, Jerzy Szmajdziński…
To był dzień urodzin Jerzego, wicemarszałka Sejmu, już wtedy kandydata SLD na urząd prezydenta. Mimo, iż nie była to zbyt stosowna okazja, żałobnicy podchodzili do Jerzego składając po cichu życzenia. Nie spełniły się.
W tłumie żegnających KTT dostrzegłem Jolantę Szymanek-Deresz, Izabelę Jaruga-Nowacką…
Wróciłem do wydawnictwa, za chwilę zjawił się Andrzej. Byłem ciekaw jak ocenia przedwczorajszą uroczystość w Katyniu, obecność i zachowanie Putina. Intrygowało mnie to z powodu tytułu w którejś gazecie: „Nie przeprosił.” Odpowiedź Andrzeja zanotowałem w kalendarzu: „Oczekiwałem od Putina prawdy, oczekiwałem szacunku dla mego Ojca i dla pozostałych pomordowanych i to otrzymałem, a przepraszać ma mnie ten, kto mnie w tramwaju potrąci.”
Wiedząc, że moja żona załatwia coś w centrum zadzwoniłem do niej by dołączyła do nas. Wypiliśmy we troje kawę i
uzgodniliśmy wieczorne spotkanie w naszym domu, przy kolacji.
Andrzej zadzwonił jednak późnym popołudniem prosząc o przełożenie wizyty na sobotę.
Sobotni ranek rozkręcał się w powolnym weekendowym tempie. Włączona radiowa dwójka tworzyła ciche, spokojne tło dla rozpoczynającego się dnia.
Nagle program został przerwany, a komunikat poraził i zelektryzował. Natychmiast włączyliśmy kanał informacyjny w telewizorze. Wiadomość dramatycznie tragiczna i przerażająca niosła jednak przez chwilę jeszcze promyk nadziei.
Podobno ktoś przeżył, kila osób zaledwie, a skoro tak, to może pośród nich jest Andrzej, oby… Chwytam za telefon, dzwonię do Krakowa, do córki Andrzeja – Izy. Zrazu numer zajęty, wreszcie jest połączenie, mówię coś, w odpowiedzi słyszę tylko płacz, potwierdzenie najgorszej z możliwych wiadomości; bez słowa rozłączam się.
A mimo to, do końca dnia, wielokrotne
wpatrywanie się w przesuwającą się na ekranie telewizora listę nazwisk,
wsłuchiwanie się w komunikaty, z nadzieją że może, że nie wszyscy, że On jednak przeżył, że ktokolwiek z Nich uratował się.
Wiele osób z tej listy znałem; dwadzieścia pięć? trzydzieści? Z wieloma pracowałem, przyjaźniłem się; z innymi tylko przez chwilę zetknąłem się… Ile osób robiło taki bilans, ile osób poza najbliższymi straciło w tej katastrofie przyjaciół czy znajomych. Żałoba, objęła wspólnym smutkiem, wspólną stratą, wspólną grozą, cały kraj, całe społeczeństwo.
Czas płynął zupełnie innym tempem, tragedia przytłaczała, wyznaczając życiu nowy rytm, kreśląc inne perspektywy, zmieniając wartości.
Kolejne godziny, a może dni zdominowane były czekaniem na sygnał od kuzynów, którzy polecieli do Moskwy; wreszcie ulga… rozpoznali…
Jednego z kolejnych dni, w gronie najbliższej, mieszkającej w Warszawie rodziny, kilka godzin spędzamy na płycie lotniska. Ma przylecieć trzydzieści trumien. Rodziny i bliscy zmarłych w stoją grupkach, na przeciw zbitych z jasnego drewna kozłów
w skupieniu czekając na przylot samolotu wojskowego.
A potem powtarzający się ceremoniał towarzyszący każdej kolejnej trumnie opuszczającej w sporych odstępach czasu wnętrze wojskowego samolotu. Wywołana rodzina podchodzi do luku samolotu, a potem w takt żałobnego marsza orkiestry wojskowej kroczy za trumną, z powrotem, do wskazanego zajmowanego wcześniej miejsca. Przez megafon ktoś wywołuje kolejne nazwiska.
Ceremoniał powtarza się. Nas, bliskich Andrzeja, jest co najmniej kilkoro.
Wśród innych oczekujących rozpoznaję Andrzeja Bochenka, męża wicemarszałek Senatu Krystyny Bochenek, podchodzę do profesora by uścisnąć dłoń i bez słowa przekazać wzajemny ból i żal. Nie tak dawno przecież, odwiedzałem w Katowicach matkę Krystyny Bochenek, by porozmawiać
o przedwojennej bliskiej współpracy jej ojca z moim dziadkiem.
Pani Krystyna spotkanie to zaaranżowała i z mężem była tej rozmowy świadkiem. Pojawił się Ryszard Kalisz, szedł szybko w stronę innej grupki oczekujących, ale zauważył nas, zatrzymał się, każdego objął serdecznie. Patrząc dokąd zmierza, rozpoznaję że po przekątnej placu stoi Paweł Deresz. Idę więc tam i przytulam złamanego bólem Pawła.
Kiedy wracam widzę, że przy mojej zapłakanej żonie zatrzymuje się, znana nam tylko z mediów, posłanka PiS Jolanta Szczypińska, obejmuje żonę i przytula… Tragedia smoleńska
na chwilę, niestety niezbyt długą, likwiduje bariery polityczne,
jednako cierpimy, przeżywamy, współczujemy sobie wzajem…
Za dzień, dwa, następna podniosła i bolesna uroczystość, msza na placu Piłsudskiego.
Nadal odczuwa się jedność wszystkich żałobników, nadal ból łączy, nie widać podziałów, które tak szybko pojawią się.
Przy mikrofonach stają Bronisław Komorowski, Donald Tusk, Maciej Łopiński i Izabela Sariusz Skąpska, córka Andrzeja. Iza mówi mądrze, tak jak mówić będzie przez kolejne lata, spokojnie i rozważnie. Także odważnie. Jesteśmy i wtedy i przez te mijające dziesięć lat z Niej dumni… A przecież wolelibyśmy wszyscy by tej okazji, by takiego powodu do dumy nie było.
Iza wykorzystuje w swej przemowie słowa przygotowane do wygłoszenia w Katyniu przez Jej Ojca. Mocne, przejmujące, a jednocześnie proste i zrozumiałe, wsparte cytatem z Dziadów brzmią jak nakaz moralny.
„Jeśli zapomnę o nich, ty Boże na niebie zapomnij o mnie.”
Jeszcze silniej jesteśmy razem. Wciąż jeszcze jesteśmy….
W pociągu do Krakowa spotykam prof. Adama D. Rotfelda, jedzie na inny, wcześniejszy o godzinę pogrzeb, Andrzeja Kremera wiceministra spraw zagranicznych. „Naszego” Andrzeja znał, cenił, więc rozmawiamy o Nim, opowiadam profesorowi o rodzinnych historiach.
Kiedy żegnamy się, przeprasza, że nie może na ten pogrzeb zostać. Rakowice, stary grobowiec rodzinny ze strony matki Andrzeja. Rodzina stawiła się gremialnie, z miłości i szacunku dla Zmarłego, ale też w odruchu wdzięczności za organizowane przez Niego, przed kilkunastu laty, pierwsze Zjazdy Skąpskich w Nowym Sączu.
Spotykam Mietka Święcickiego, Krystynę Zachwatowicz, z którą na boku konstatujemy pierwsze pęknięcia na, tak krótko spójnym, narodowym porozumieniu ponad podziałami politycznymi.
Kilka razy jeszcze uczestniczyłem jako jeden z przedstawicieli Rodziny w uroczystościach na wojskowych Powązkach, przy odsłonięciu pomnika, przy pierwszej rocznicy katastrofy. Nie brali już w nich udziału ówcześni przedstawiciele opozycji,
pojawiając się na cmentarzu tak, by nie zetknąć się z nami.
Podział skutecznie pogłębiać będą kolejne, zakłamane w swych przesłaniach, miesięcznice smoleńskie z prezesem wstępującym na podeścik, ogłaszającym za każdym razem, że jesteśmy coraz bliżej prawdy.
Umacniać podział będą „rewelacje” komisji Macierewicza i nachalne rozjeżdżanie rządowymi limuzynami wzgórza wawelskiego w kolejne rocznice pogrzebu pary prezydenckiej.
Wiele miesięcy później doszło do brutalnego podeptania naszych uczuć, zignorowania naszych próśb, naszego błagania by nie bezcześcić drogich i świętych dla nas miejsc.
Trudno o tym pisać spokojnie, trudno milczeć wobec obłędnego podporządkowania wszystkiego potrzebom bieżącej polityki.
Naruszono odwieczne tabu jakim jest spokój zmarłych,
a także szacunek dla woli ich rodzin.
Katastrofa smoleńska jest dla mnie bolesną stratą Osoby bliskiej. Myślenie o Andrzeju, wspominanie Go, oraz myślenie o pozostałych znajomych Zmarłych, oddzielam od tego wszystkiego co uszykowała nam przez dziesięć lat obłudna i zakłamana pisowska propaganda.
Z przerażeniem myślę o tym co usłyszę z okazji 10. rocznicy katastrofy, jak rządzący wykorzystają dla swoich celów tragedię rodzin, katastrofę sprzed 10 lat i zbrodnię sprzed 80. Ale będzie to ich opowieść, nie moja…
Nie tylko z powodu Smoleńska żyjemy, od pewnego czasu, w dwóch różnych światach; ja do Waszego nie wchodzę, nie wchodźcie więc – proszę – do mojego.