List otwarty do Ministra Zdrowia Łukasza Szumowskiego

Szanowny Panie Ministrze, Profesorze, Doktorze!

Przez ostatnie dwa miesiące znaczna część naszego społeczeństwa obdarzyła Pana olbrzymim zaufaniem. Polacy poszukują wiedzy u ekspertów bo chcą postępować racjonalnie w interesie całego społeczeństwa. Z wiarą przyjęliśmy Pańskie oświadczenie, że nie jest celowe noszenie maseczek ochronnych. Tymczasem od czwartku, 16 kwietnia będą one obowiązkowe poza domem. Wolność osobista stanowi dla większości obywateli naszego kraju jedną z najważniejszych wartości. Pomimo ewidentnej niekonstytucyjności wielu wprowadzonych ograniczeń i występujących na co dzień bezsensownych ich interpretacji przez służby mundurowe, obywatele przyjmowali je ze zrozumieniem. W większości dostosowali się do przepisów kwarantanny ograniczających wolność. Wiara w wypowiadane przez Pana sądy i prezentowane argumenty miała tu wielkie znaczenie.

W dniu 10 kwietnia Pańska wiarygodność stanęła pod wielkim znakiem zapytania.

Zobaczyliśmy w mediach zdjęcia z obchodów rocznicy katastrofy smoleńskiej i przekonaliśmy się, że członkowie partii Prawo i Sprawiedliwość nie stosują się do wydanych przez siebie ograniczeń wynikających ze stanu epidemii. Złamane zostały zakazy dotyczące gromadzenia się, środków ochrony osobistej itp. Prezes partii Prawo i Sprawiedliwość wjechał samochodem na cmentarz, aby zapalić świeczki na grobie bliskiej osoby choć cmentarze są zamknięte od dawna. Policja nie interweniowała. Sanepid nie wypowiedział się.

Powstaje zasadne pytanie, czy wprowadzone ograniczenia służą rzeczywiście walce z epidemią, czy też są kolejnym przejawem stopniowego ograniczania praw obywatelskich. Sytuacja ta ewidentnie współgra z dążeniem do przeprowadzenia na siłę , bez oglądania się na konsekwencje dla życia obywateli, wyborów prezydenckich w dniu 10 maja.

W dalszym ciągu przeprowadza się zbyt małą ilość testów na koronawirusa przez co dane o zasięgu epidemii mogą nie odpowiadać rzeczywistości.
Zdumiewa nas Pańska opinia o możliwości bezpiecznego przeprowadzenia wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym. Jest to sprzeczne z danymi porównawczymi ilości zakażeń i zgonów pomiędzy landami Niemiec opublikowanymi przez Instytut Roberta Kocha. Nastąpił wyraźnie szybszy wzrost ilości zakażeń i zgonów w Bawarii po dacie przeprowadzenia wyborów samorządowych w trybie korespondencyjnym.
Wielokrotnie zapewniał Pan o tym, że nie zawaha się Pan przeciwstawić tym politykom, których cele polityczne są sprzeczne z zdrowiem obywateli. Oczekujemy, by spełnił Pan swoje przyrzeczenie albo podał się do dymisji.

Z wyrazami szacunku
Członkowie Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej

Izabela Jaruga-Nowacka Cała była wychylona ku drugiemu człowiekowi

10 kwietnia 2020 roku mija dziesięć lat od momentu kiedy wstrząsnęła nami wszystkimi wiadomość o niewyobrażalnej katastrofie prezydenckiego samolotu, którym na uroczystości katyńskie leciała delegacja państwowa z Prezydentem RP i 95 osobami towarzyszącymi.

Wśród nich była Izabela Jaruga-Nowacka, feministka, polityczka lewicy, wicepremierka w rządzie Marka Belki i Pełnomocniczka Rządu Leszka Millera ds. Równego statusu Kobiet i Mężczyzn, parlamentarzystka, niestrudzona obrończyni praw człowieka, praw kobiet i mniejszości.
Kiedy dzisiaj wspominam Izę, uświadamiam sobie jak bardzo brakuje nam jej właśnie teraz w czasie wielkiej próby. Kiedy tyle wokół ludzkich dramatów przykrywanych politycznym jazgotem, a tak trudno o dialog i wspólnotę.
Iza jaką pamiętam cała była wychylona ku drugiemu człowiekowi. Potrafiła jak nikt słuchać, jasno wykładać racje, ważyć argumenty i budować porozumienie. Ale nigdy nie przyjmowała do wiadomości konieczności godzenia się ze zgniłym kompromisem. Wtedy, gdy wbrew wszystkim i wszystkiemu głosiła konieczność liberalizacji ustawy aborcyjnej, bo nie ma wolności kobiet bez szacunku dla ich suwerennych decyzji, gdy walczyła o rzeczywistą ochronę kobiet, ofiar przemocy i wtedy, gdy wbrew stanowisku własnego rządu głosowała przeciw zaangażowaniu się Polski w wojnę w Iraku. Mówiła o tym: Ściana – zawsze gdzieś jest. Nie lubię wchodzić w zwarcia, ale wiem, że w polityce inaczej się nie da. Zawsze wiem, gdzie znajduje się moja ściana, mogę w czymś ustąpić i robię to, ale dokładnie wiem, kiedy już nie mogę się cofnąć ani o milimetr. I wtedy jestem konsekwentna do końca.
Taka była, konsekwentnie sprzeciwiała się nacjonalistycznym awanturom, szowinizmowi i motywowanemu fanatyzmem religijnym wykluczaniu i poniżaniu. Zawsze gotowa do pracy na rzecz potrzebujących, ale do pracy prawdziwej, służącej poszukiwaniu rozwiązań zmieniających ludzkie życie na lepsze. Zawsze w opozycji wobec politycznej hucpy i pustemu tromtradractwu. Polka i Europejka, polityczka, która mocno wierzyła w to, że polityka społeczna, której się poświęciła powinna wyznaczać cele, a polityka gospodarcza je realizować. A nigdy nie uwierzyła w neoliberalny dogmat o przypływie podnoszącym wszystkie łodzie. Politykom mamiącym ludzi bajkami o dawaniu wędki zamiast ryby, odpowiadała – gdy staw pusty, nie da rady złowić niczego. I zbudowała pierwszy skuteczny rządowy program dożywiania dzieci w szkołach i przedszkolach. Umocowany w budżecie państwa, a nie w charytatywnym „pochylaniu się nad biedą”. Wyznawała zasadę, którą przyjęła od swego autorytetu Aleksandra Małachowskiego – „Polska nie jest tak biednym krajem, by dzieci były głodne”.
Dla grona niepokornych aktywistek i aktywistów społecznych zaangażowanych w obronie praw człowieka i próbującym stawiać pierwsze polityczne kroki ku zmianie Polski i świata na lepszy, bardziej sprawiedliwy i otwarty dla każdej i każdego, Iza była przyjaciółką i wzorem. Mówiliśmy, że jest „drogowskazem”, który jednak nie tylko wskazuje drogę, ale razem z nami nowych dróg szuka i z nami nimi idzie. Często pod prąd, wbrew modzie. Była polityczną prekursorką i promotorką „kobiecych końcówek”, bo nigdy nie godziła się na brak równości i dyskryminację kobiet. Uczestniczyła w corocznych Manifach z pasją wołając „Patriarchat skona” i „Paradach Równości”. Wtedy gdy na głowy uczestników i uczestniczek faszyzująca prawica spod znaku ONR i Młodzieży Wszechpolskiej rzucała kamienie. Mówiła „oni mają tylko kamienie, za nami jest tyle osób”. Jako Pełnomocniczka Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn wspierała i promowała projekt Ustawy o związkach partnerskich przygotowany przez senatorkę, profesorkę Marię Szyszkowską. W 2002 roku, kiedy niewiele lesbijek i gejów marzyło o realnej politycznej debacie o prawach osób nieheteronormatywnych Iza twierdziła: – „W Polsce powinny być zalegalizowane związki homoseksualne i takie pary powinny mieć prawo do wychowywania swoich dzieci”. Sprzeciwiała się krzywdzącym stereotypom, stawiała na równość w różnorodności. Była Iza polityczką lewicy, tej wywodzącej się z najlepszych tradycji polskiej myśli socjalistycznej i socjaldemokratycznej. Wierzyła w marzenia o szklanych domach, w to, że mieszkanie, dach nad głową, jest prawem i nie może być tylko towarem na rynku.
Za przesłanie przyjmowała słowa Imagine –
Wyobraź sobie, że nie ma państw,
to nie jest wcale trudne,
Bez zabijania, bez poświęcania
I nie ma żadnej religii
Wyobraź sobie, ze wszyscy ludzie
Żyją w pokoju
Może nazwiesz mnie marzycielem
Ale nie jestem sam jeden
Może i ty dołączysz do nas
A świat będzie jednością.
Nam, ludziom lewicy tłumaczyła: – „Zadaniem lewicy nie jest tylko stawanie co cztery lata do wyborów, ale przede wszystkim walka z niesprawiedliwością i wyzyskiem, walka o godność człowieka. Polska potrzebuje lewicy konsekwentnej, ideowej i przyzwoitej. Lewica musi zawsze stać po stronie słabszych, wyzyskiwanych, prześladowanych. Lewica odrzuca neoliberalizm jako doktrynę gospodarczą i społeczną. Lewica musi walczyć z biedą, bezrobociem i wykluczeniem. Lewica musi dać nadzieję tym, którzy wciąż czekają na społeczną sprawiedliwość.”
Byłam jej współpracowniczką, starałam się od niej uczyć, stawać się partnerką, towarzyszką w boju z obskurantyzmem i głupotą. Mówili o mnie „przyboczna”. Być jej przyboczną było dla mnie zaszczytem i największą, piękną przygodą.

• cytaty za: „Alfabet Jarugi-Nowackiej”, IW „Książka i Prasa”, Warszawa 2005 oraz „Drogi równości”, Fundacja „Przestrzenie dialogu”, Gdańsk 2011

Andrzej Skąpski

Nie wchodźcie do mojego świata

Na pożegnanie rzucił – „Jeśli nie uda mi się dziś do Was przyjść – bo muszę jeszcze doszlifować przemówienie, a może ktoś ze starszych uczestników mojej delegacji będzie potrzebował pomocy – to zadzwonię i przełożymy kolację na jutrzejszy wieczór, po powrocie. Przygotujcie coś co będzie można podać też jutro”.

Andrzej odwiedzał mnie od pewnego czasu w siedzibie PIW-u na ul. Foksal, z reguły było to wtedy, gdy pomiędzy spotkaniem w Kancelarii Prezydenta, a odjazdem pociągu do Krakowa miał czas na wypicie kawy i opowiedzenie o tym, jak namawiany jest do udziału w prezydenckiej delegacji.
Trwały przygotowania do obchodów 70 lecia katyńskiej zbrodni. Andrzej jako prezes Federacji Rodzin Katyńskich został zaproszony do składu delegacji premiera Tuska. Jego ojciec Bolesław (w odróżnieniu od swego ojca, też Bolesława, zwany w rodzinie „Dzidkiem”), zginął w Katyniu; był prokuratorem, tuż przed wojną, służbowo przeniesionym z Krakowa do Warszawy. Pradziad Andrzeja był
przyrodnim bratem mojego dziadka.
Formalnie byliśmy z Andrzejem przyrodnimi krewnymi, powinien zwracać się do mnie per stryju, ale był starszy ode mnie o ponad 10 lat, więc byliśmy po imieniu. O Bolesławie, dziadku Andrzeja, warto kilka zdań napisać.
Urodzony w 1876, syn powstańca styczniowego, obrońca Twierdzy Przemyśl w czasie pierwszego i drugiego oblężenia, był pomysłodawcą i twórcą pierwszego, po latach zaborów, polskiego sztandaru wojskowego, ufundowanego i używanego jeszcze w ramach wojska austriackiego. Aresztowany przez Rosjan, osadzony w jenieckim obozie w Taszkiencie, dokonał stamtąd brawurowej ucieczki, zmieniając czterokrotnie dokumenty, a zatem i nazwisko, poprzez Moskwę, Samarę, Irkuck, Harbin, Szanghaj, Nagasaki, Jokohamę, Honolulu, San Francisco, Nowy Jork, Oslo i Kopenhagę dotarł do swego pułku i na froncie włoskim walczył do końca I wojny.
Podczas II wojny, udzielił na kilka tygodni, jesienią 1944 roku, schronienia Wincentemu Witosowi w swoim krakowskim mieszkaniu.
Ale wróćmy do przygotowań do katyńskiej rocznicy. Okazało się dość szybko, że i przy tej okazji dojdzie do
niesmacznej, a co gorsze tragicznej w skutkach,
konkurencji miedzy dużym i małym pałacem. „Duży i mały pałac” tak od 1990 roku nazywano dwa, z reguły konkurujące ze sobą, ośrodki władzy: prezydenta i premiera. Kiedy przygotowania do lotu z premierem były już zapięte niemal na ostatni guzik, Andrzej zaproszony został do kancelarii prezydenta, pojawiła się bowiem koncepcja wizyty prezydenta w Katyniu, a zatem oferta lotu Andrzeja z prezydentem. Słowo oferta jest za delikatne, bo Andrzejowi po prostu postawiono ultimatum. Z prezydentem polecieć musi.
Rozmowy z nim prowadził szef kancelarii Władysław Stasiak. Nie pamiętam jakich dokładnie Andrzej używał słów relacjonując mi przebieg i atmosferę tych kilku kolejnych rozmów, ale było i jest dla mnie jasnym, iż poddawany był naciskom, presji, szantażowi.
Andrzej argumentował, że już zgodził się być członkiem delegacji premiera 7 kwietnia, że latać niemal dzień po dniu nie chce… W odpowiedzi usłyszał, że to czy z premierem poleci, czy nie, dla kwestii składu delegacji prezydenckiej znaczenia nie ma. To są dwie różne sprawy,
dwie różne delegacje.
Jeśli poleci z prezydentem to Federacja, którą kieruje będzie odpowiednio uhonorowana, a jeśli nie… to splendory spłyną na inne katyńskie organizacje. W końcu Andrzej ugiął się, Federacja otrzymała kilka miejsc w prezydenckim samolocie, a w scenariuszu uroczystości wpisano, iż prezes Federacji będzie przemawiać zaraz po prezydencie. Właśnie to przemówienie chciał jeszcze wieczorem 9 kwietnia „doszlifować”. A spotkanie nasze, które okazało się ostatnim, odbyło się po południu, chyba tuż po 14,00. Wcześniej byłem na Powązkach wojskowych; o 11,00 rozpoczęła się tam ceremonia pożegnania Krzysztofa Teodora Toeplitza.
Urnę z prochami zmarłego
odprowadzała do grobu grupa znakomitych postaci, w tym czołowi politycy lewicy Aleksander Kwaśniewski, Józef Oleksy, Jerzy Szmajdziński…
To był dzień urodzin Jerzego, wicemarszałka Sejmu, już wtedy kandydata SLD na urząd prezydenta. Mimo, iż nie była to zbyt stosowna okazja, żałobnicy podchodzili do Jerzego składając po cichu życzenia. Nie spełniły się.
W tłumie żegnających KTT dostrzegłem Jolantę Szymanek-Deresz, Izabelę Jaruga-Nowacką…
Wróciłem do wydawnictwa, za chwilę zjawił się Andrzej. Byłem ciekaw jak ocenia przedwczorajszą uroczystość w Katyniu, obecność i zachowanie Putina. Intrygowało mnie to z powodu tytułu w którejś gazecie: „Nie przeprosił.” Odpowiedź Andrzeja zanotowałem w kalendarzu: „Oczekiwałem od Putina prawdy, oczekiwałem szacunku dla mego Ojca i dla pozostałych pomordowanych i to otrzymałem, a przepraszać ma mnie ten, kto mnie w tramwaju potrąci.”
Wiedząc, że moja żona załatwia coś w centrum zadzwoniłem do niej by dołączyła do nas. Wypiliśmy we troje kawę i
uzgodniliśmy wieczorne spotkanie w naszym domu, przy kolacji.
Andrzej zadzwonił jednak późnym popołudniem prosząc o przełożenie wizyty na sobotę.
Sobotni ranek rozkręcał się w powolnym weekendowym tempie. Włączona radiowa dwójka tworzyła ciche, spokojne tło dla rozpoczynającego się dnia.
Nagle program został przerwany, a komunikat poraził i zelektryzował. Natychmiast włączyliśmy kanał informacyjny w telewizorze. Wiadomość dramatycznie tragiczna i przerażająca niosła jednak przez chwilę jeszcze promyk nadziei.
Podobno ktoś przeżył, kila osób zaledwie, a skoro tak, to może pośród nich jest Andrzej, oby… Chwytam za telefon, dzwonię do Krakowa, do córki Andrzeja – Izy. Zrazu numer zajęty, wreszcie jest połączenie, mówię coś, w odpowiedzi słyszę tylko płacz, potwierdzenie najgorszej z możliwych wiadomości; bez słowa rozłączam się.
A mimo to, do końca dnia, wielokrotne
wpatrywanie się w przesuwającą się na ekranie telewizora listę nazwisk,
wsłuchiwanie się w komunikaty, z nadzieją że może, że nie wszyscy, że On jednak przeżył, że ktokolwiek z Nich uratował się.
Wiele osób z tej listy znałem; dwadzieścia pięć? trzydzieści? Z wieloma pracowałem, przyjaźniłem się; z innymi tylko przez chwilę zetknąłem się… Ile osób robiło taki bilans, ile osób poza najbliższymi straciło w tej katastrofie przyjaciół czy znajomych. Żałoba, objęła wspólnym smutkiem, wspólną stratą, wspólną grozą, cały kraj, całe społeczeństwo.
Czas płynął zupełnie innym tempem, tragedia przytłaczała, wyznaczając życiu nowy rytm, kreśląc inne perspektywy, zmieniając wartości.
Kolejne godziny, a może dni zdominowane były czekaniem na sygnał od kuzynów, którzy polecieli do Moskwy; wreszcie ulga… rozpoznali…
Jednego z kolejnych dni, w gronie najbliższej, mieszkającej w Warszawie rodziny, kilka godzin spędzamy na płycie lotniska. Ma przylecieć trzydzieści trumien. Rodziny i bliscy zmarłych w stoją grupkach, na przeciw zbitych z jasnego drewna kozłów
w skupieniu czekając na przylot samolotu wojskowego.
A potem powtarzający się ceremoniał towarzyszący każdej kolejnej trumnie opuszczającej w sporych odstępach czasu wnętrze wojskowego samolotu. Wywołana rodzina podchodzi do luku samolotu, a potem w takt żałobnego marsza orkiestry wojskowej kroczy za trumną, z powrotem, do wskazanego zajmowanego wcześniej miejsca. Przez megafon ktoś wywołuje kolejne nazwiska.
Ceremoniał powtarza się. Nas, bliskich Andrzeja, jest co najmniej kilkoro.
Wśród innych oczekujących rozpoznaję Andrzeja Bochenka, męża wicemarszałek Senatu Krystyny Bochenek, podchodzę do profesora by uścisnąć dłoń i bez słowa przekazać wzajemny ból i żal. Nie tak dawno przecież, odwiedzałem w Katowicach matkę Krystyny Bochenek, by porozmawiać
o przedwojennej bliskiej współpracy jej ojca z moim dziadkiem.
Pani Krystyna spotkanie to zaaranżowała i z mężem była tej rozmowy świadkiem. Pojawił się Ryszard Kalisz, szedł szybko w stronę innej grupki oczekujących, ale zauważył nas, zatrzymał się, każdego objął serdecznie. Patrząc dokąd zmierza, rozpoznaję że po przekątnej placu stoi Paweł Deresz. Idę więc tam i przytulam złamanego bólem Pawła.
Kiedy wracam widzę, że przy mojej zapłakanej żonie zatrzymuje się, znana nam tylko z mediów, posłanka PiS Jolanta Szczypińska, obejmuje żonę i przytula… Tragedia smoleńska
na chwilę, niestety niezbyt długą, likwiduje bariery polityczne,
jednako cierpimy, przeżywamy, współczujemy sobie wzajem…
Za dzień, dwa, następna podniosła i bolesna uroczystość, msza na placu Piłsudskiego.
Nadal odczuwa się jedność wszystkich żałobników, nadal ból łączy, nie widać podziałów, które tak szybko pojawią się.
Przy mikrofonach stają Bronisław Komorowski, Donald Tusk, Maciej Łopiński i Izabela Sariusz Skąpska, córka Andrzeja. Iza mówi mądrze, tak jak mówić będzie przez kolejne lata, spokojnie i rozważnie. Także odważnie. Jesteśmy i wtedy i przez te mijające dziesięć lat z Niej dumni… A przecież wolelibyśmy wszyscy by tej okazji, by takiego powodu do dumy nie było.
Iza wykorzystuje w swej przemowie słowa przygotowane do wygłoszenia w Katyniu przez Jej Ojca. Mocne, przejmujące, a jednocześnie proste i zrozumiałe, wsparte cytatem z Dziadów brzmią jak nakaz moralny.
„Jeśli zapomnę o nich, ty Boże na niebie zapomnij o mnie.”
Jeszcze silniej jesteśmy razem. Wciąż jeszcze jesteśmy….
W pociągu do Krakowa spotykam prof. Adama D. Rotfelda, jedzie na inny, wcześniejszy o godzinę pogrzeb, Andrzeja Kremera wiceministra spraw zagranicznych. „Naszego” Andrzeja znał, cenił, więc rozmawiamy o Nim, opowiadam profesorowi o rodzinnych historiach.
Kiedy żegnamy się, przeprasza, że nie może na ten pogrzeb zostać. Rakowice, stary grobowiec rodzinny ze strony matki Andrzeja. Rodzina stawiła się gremialnie, z miłości i szacunku dla Zmarłego, ale też w odruchu wdzięczności za organizowane przez Niego, przed kilkunastu laty, pierwsze Zjazdy Skąpskich w Nowym Sączu.
Spotykam Mietka Święcickiego, Krystynę Zachwatowicz, z którą na boku konstatujemy pierwsze pęknięcia na, tak krótko spójnym, narodowym porozumieniu ponad podziałami politycznymi.
Kilka razy jeszcze uczestniczyłem jako jeden z przedstawicieli Rodziny w uroczystościach na wojskowych Powązkach, przy odsłonięciu pomnika, przy pierwszej rocznicy katastrofy. Nie brali już w nich udziału ówcześni przedstawiciele opozycji,
pojawiając się na cmentarzu tak, by nie zetknąć się z nami.
Podział skutecznie pogłębiać będą kolejne, zakłamane w swych przesłaniach, miesięcznice smoleńskie z prezesem wstępującym na podeścik, ogłaszającym za każdym razem, że jesteśmy coraz bliżej prawdy.
Umacniać podział będą „rewelacje” komisji Macierewicza i nachalne rozjeżdżanie rządowymi limuzynami wzgórza wawelskiego w kolejne rocznice pogrzebu pary prezydenckiej.
Wiele miesięcy później doszło do brutalnego podeptania naszych uczuć, zignorowania naszych próśb, naszego błagania by nie bezcześcić drogich i świętych dla nas miejsc.
Trudno o tym pisać spokojnie, trudno milczeć wobec obłędnego podporządkowania wszystkiego potrzebom bieżącej polityki.
Naruszono odwieczne tabu jakim jest spokój zmarłych,
a także szacunek dla woli ich rodzin.
Katastrofa smoleńska jest dla mnie bolesną stratą Osoby bliskiej. Myślenie o Andrzeju, wspominanie Go, oraz myślenie o pozostałych znajomych Zmarłych, oddzielam od tego wszystkiego co uszykowała nam przez dziesięć lat obłudna i zakłamana pisowska propaganda.
Z przerażeniem myślę o tym co usłyszę z okazji 10. rocznicy katastrofy, jak rządzący wykorzystają dla swoich celów tragedię rodzin, katastrofę sprzed 10 lat i zbrodnię sprzed 80. Ale będzie to ich opowieść, nie moja…
Nie tylko z powodu Smoleńska żyjemy, od pewnego czasu, w dwóch różnych światach; ja do Waszego nie wchodzę, nie wchodźcie więc – proszę – do mojego.

Jerzy Szmajdziński Państwowiec, który nie koloryzował życiorysu

Już dziesięć lat upłynęło od chwili, gdy żegnaliśmy Jurka Szmajdzińskiego. Uroczystości pogrzebowe miały symboliczny charakter. Obecna była najbliższa rodzina, przyjaciele, znajomi. Spotkali się ludzie, których łączył szacunek dla Jurka.

Osoby, których życiowe ścieżki przecięły się z życiową drogą Jerzego Szmajdzińskiego, gdyż podzielały jedną z jego trzech wielkich pasji: pasję polityczną, kulturalną, lub sportową.
Pośród gęsto ułożonych grobów na wilanowskim cmentarzu nie zabrakło gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Byli jednak obecni również ci, którzy do demokratycznej Polski szli inną ścieżką: Tadeusz Mazowiecki i Władysław Frasyniuk. Gdy urna z prochami mojego przyjaciela spoczęła już w rodzinnym grobie, podszedłem do premiera Tadeusza Mazowieckiego i zadałem mu pytanie: panie premierze, tego dnia odbywa się 10 pogrzebów ofiar katastrofy smoleńskiej, dlaczego wybrał pan nasze uroczystości?
– Miałem wewnętrzny imperatyw, aby być tutaj. Różniliśmy się z Jerzym Szmajdzińskim politycznymi drogami, miałem jednak do niego szacunek jako do państwowca i patrioty – odpowiedział Tadeusz Mazowiecki. To samo pytanie zadałem Władysławowi Frasyniukowi. W odpowiedzi mówił o Jurku jako wielkiej postaci dla Wrocławia i Dolnego Śląska. Uroczystości pokazały, że Jerzy Szmajdziński był osobą, która łączyła ludzi, niezależnie od politycznych podziałów. To było niezwykle ważne w 2010 roku. Dzisiaj nam to umyka, zapominamy, że Jurek był wówczas nie tylko wicemarszałkiem Sejmu, ale i kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich. Znakomicie przygotowanym do objęcia funkcji głowy państwa, z szansami na bardzo dobry wynik ze względu na powszechny szacunek, którym go obdarzano. Znałem Jerzego Szmajdzińskiego kilkadziesiąt lat. Byliśmy przyjaciółmi. Mogę powiedzieć, że jego życie napędzały trzy życiowe pasje – które znalazły swoje odbicie w dniu jego ostatniego pożegnania. Polityka, kultura i sport.
Wierny życiorysowi
Jurek cały czas coś organizował, od młodości uczestniczył w życiu społecznym i politycznym. Zaczęło się w szkole, Technikum Elektronicznym we Wrocławiu. Potem okres studencki, na Akademii Ekonomicznej im. Oskara Langego we Wrocławiu. Poglądom lewicowym był wierny do końca. Nigdy nie podkoloryzował sobie życiorysu. Nie taił, że był sekretarzem i przewodniczącym Zarządu Głównego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Potem naturalną koleją rzeczy zasilił szeregi Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Nie ukrywał swojej drogi. Przeciwnie, zorganizował środowisko dawnych aktywistów ruchu młodzieżowego. Był ojcem założycielem stowarzyszenia „Pokolenia”. Czuł odpowiedzialność za to środowisko, służył pomocą w najtrudniejszych momentach początku lat 90. Organizował samopomoc. Każdy członek ZSMP wiedział, że może spotkać się z Jurkiem, że nie zostawi on nikogo samemu sobie.
W końcowym okresie lat 80. kierował Wydziałem Organizacyjnym PZPR. Kto był w Partii, wiedział jak odpowiedzialna była to funkcja. Jednocześnie Jerzy Szmajdziński opowiadał się niezmiennie za głębokim modelem zmian w państwie. Był współzałożycielem SdRP, od początku działał w SLD. Aktywnie uczestniczył we wszystkich procesach, dzięki którym możemy powiedzieć, że mamy w Polsce europejską i nowoczesną Lewicę. To również jego zasługa.
Wierny społeczności
W drugiej połowie lat 80. jako przewodniczący Zarządu Głównego ZSMP został posłem na Sejm PRL. Wielokrotnie przypominał, że ta kadencja przygotowała grunt pod reformy ustrojowe, których węzłowym momentem był Okrągły Stół. W 1991 roku został wybrany posłem na Sejm I kadencji. W sumie sześciokrotnie powierzano mu mandat poselski. Zawsze kandydował z okręgu jeleniogórsko-legnickiego. I zawsze uzyskiwał wyższe poparcie, niż w poprzednich wyborach. Zawsze powtarzał, że poseł musi się zweryfikować w tym samym miejscu, gdzie pracował przez cztery lata. W Sejmie pełnił różne funkcje. Zaczynał swoją służbę jako szeregowy poseł. Później był przewodniczącym dużego Klubu Parlamentarnego. Następnie kierował Komisją Obrony Narodowej. Jego ostatnią funkcją sejmową była godność Wicemarszałka Sejmu. Jerzy Szmajdziński dobrze zapisał się w historii polskiego parlamentaryzmu. Był powszechnie szanowany przez parlamentarzystów wszystkich opcji, od prawa do lewa. Zdecydowały o tym głęboka wiedza, odpowiedzialność, umiejętność zawierania kompromisów, solidność. Wreszcie, zwykłe, ludzkie, dotrzymywanie słowa. Cnota zawsze deficytowa w życiu politycznym.
Wierny wojsku
Jerzy Szmajdziński sprawował również ważne stanowiska państwowe. Najważniejsze z nich to urząd Ministra Obrony Narodowej. Jerzy kierował MON-em przez cztery lata. Zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach polskiego wojska. Powtarzał, że armia nie może być własnością jednej partii. Był przekonany, że Wojsko Polskie to fundament funkcjonowania państwa oraz życia społecznego. Cechował go szacunek dla żołnierzy. Wszystkich. Od szeregowca do generała. Miał dobry kontakt z każdym, kto nosił mundur z orzełkiem. Zresztą nie tylko z orzełkiem. Były to przecież czasy, gdy byliśmy świeżymi stażem członkami NATO. Jerzy nasze zobowiązania sojusznicze traktował z najwyższa powagą. Zrealizował program wyrwania Wojska Polskiego z niemocy lat 90. Za jego czasów odbyły się przetargi, których owocami do dziś chwali się nasza armia. I nie jest to duma na wyrost. Przypomnijmy więc, 48 samolotów wielozadaniowych F-16, 690 transporterów opancerzonych Rosomak, budowa w zakładach Mesko 264 wyrzutni pocisków kierowanych Spike, wprowadzenie do Wojska Polskiego nowego systemu łączności liniowej. Niezwykle istotna ustawa o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych i zredukowanie liczby departamentów w ministerstwie z 21 do 15. Istotna była sprawczość resortu, ale również styl i forma podejmowanych decyzji. Za czasów ministra Szmajdzińskiego wszystkie kluczowe decyzje były szeroko konsultowane, nikt nie mógł czuć się zaskoczony decyzją, która go dotyczyła. Co więcej kluczowe przetargi dotyczące modernizacji technicznej sił zbrojnych odbywały się przy udziale ówczesnej opozycji – dzisiaj rzecz nie do pomyślenia. F-16 kupowaliśmy nie po uważaniu, ale w oparciu o ustawę o zakupie samolotu wielozadaniowego, której przyjęcie przez Sejm było poprzedzone wielogodzinną debatą z udziałem przedstawicieli wszystkich sił politycznych w parlamencie. Resort obrony za czasów ministra Szmajdzińskiego aktywnie wspierał polski przemysł obronny. Wiele zadań w procesie modernizacji technicznej sił zbrojnych było realizowanych w oparciu o krajowy przemysł zbrojeniowy. Za czasów SLD kilkukrotnie wzrosła wartość eksportu naszego przemysłu obronnego. Jak jest dzisiaj? Lepiej zamilczmy.
Hańba Macierewicza
Zasługi Jurka jako szefa MON są bezdyskusyjne. Zostały one docenione przez jego następców. Wicepremier Tomasz Siemoniak, w czasach gdy kierował MON, zdecydował się nazwać jedną z sal narad Ministra Obrony Narodowej, w siedzibie przy ulicy Klonowej, imieniem Jerzego Szmajdzińskiego. Odbyła się piękna, wzruszająca, uroczystość z udziałem najbliższych współpracowników i rodziny. Innym salom nadano imiona ministra Aleksandra Szczygły i wiceministra Stanisława Komorowskiego. Aż nastały czasy Antoniego Macierewicza i pamięć o Jurku została wytarta a jego godność podeptana. Przez człowieka, który rzekomo dąży do prawdy o Smoleńsku i dba o pamięć o wszystkich ofiarach tragedii sprzed 10 lat. Widać nie o wszystkich… Jestem jednak przekonany, że przyjdzie taki czas, kiedy Polska przywróci pamięć, o tych którzy dobrze jej służyli.
Doświadczenie milionów
Jurek Polsce służył przez lat kilkadziesiąt. Nie tylko na polu politycznym. Jego wielką pasją była również kultura. Zajmował się nią jako sekretarz, później przewodniczący ZG ZSMP. Dzisiaj dorobek tej organizacji jest wyśmiewany przez prawicę. Niesłusznie. Każdy kto przeżywał młodość w latach 70. i 80. wie, że ZSMP oferował młodzieży całą paletę inicjatyw kulturalnych. Ogólnopolski Młodzieżowy Przegląd Piosenki, koncerty debiutów w Opolu, festiwal Młodzi i Film w Koszalinie, Kluby Młodych Pisarzy, Teatry Jednego Aktora. To było życie milionów Polaków. Tego doświadczenia nie da się przekreślić, bo żyje w nas wszystkich.
Jurek kochał sport. Był nie tylko kibicem ale również znakomitym zawodnikiem. Sam aktywnie uprawiał sport. W czasach technikum była to piłka ręczna. Później piłka nożna we wrocławskim Pafawagu. Organizował Zimowe i Letnie Igrzyska Młodzieży, wspólnie z Polskim Związkiem Piłki Nożnej liczne turnieje piłkarskie, razem z Polski Związkiem Lekkiej Atletyki popularne Czwartki Lekkoatletyczne. Później, gdy wciągnęła go polityka na najwyższym szczeblu nie miał już tyle czasu na sport. Do końca grał jednak w tenisa. I to jak. Był podporą reprezentacji polskich parlamentarzystów. Stanowił filar drużyny, która zdobyła złoty medal Mistrzostw Europy Parlamentarzystów w Tenisie.
Wierni Jurkowi
Minęło już dziesięć lat od kiedy Jurka nie ma z nami. Przesłania, którym był wierny są fundamentem działania Fundacji im. Jerzego Szmajdzińskiego. Przewodzi jej prezydent Aleksander Kwaśniewski. Wielką pracę organizacyjną wykonuje Andrzej Dobrowolski, prezes Fundacji, przyjaciel Jurka z Jeleniej Góry. Fundacja ufundowała 260 rocznych stypendiów dla młodzieży wyróżniającej się wybitnymi osiągnięciami w nauce i sporcie. Gdy mówimy o dziedzictwie Jerzego Szmajdzińskiego nie sposób pominąć działalność środowiska wojskowego skupionego wokół gen. Witolda Szymańskiego organizującego konkurs na najlepsze prace z dziedziny obronności i bezpieczeństwa. Laureaci są honorowani Nagrodą im. Jerzego Szmajdzińskiego.
Osobny akapit należy się Małgorzacie Sekule-Szmajdzińskiej kontynującej polityczne dzieło Jerzego Szmajdzińskiego. Jest posłem z okręgu jeleniogórsko-legnickiego. Mandat zdobyła po raz drugi uzyskując jeden z najlepszych wyników na listach Lewicy w kraju. Jest znakomitą posłanką docenianą przez sprawozdawców parlamentarnych. W Sejmie wykonuje gigantyczną pracę legislacyjną. Jeszcze większy jest jej dorobek w okręgu wyborczym. Jurek byłby dumny z jej dokonań, podobnie jak i z dokonań swoich dzieci.
Przesłanie Jerzego Szmajdzińskiego jest proste. Można je zawrzeć w trzech zdaniach. Najważniejsze jest państwo i ludzie. W polityce należy kierować się odpowiedzialnością i szukaniem mądrego kompromisu. Trzeba być wiernym swojemu życiorysowi i poglądom. Kierujmy się tym przesłaniem. Nie zapomnijmy. Jurku, nie ma Cię z nami, ale Twoje dziedzictwo nam towarzyszy.

Jolanta Szymanek-Deresz Polityczka, adwokatka, Szefowa Kancelarii Prezydenta RP, posłanka na Sejm RP

Wspomnienia po dziesięciu latach od tragicznej śmierci.

Na początku lata 1984 roku na korytarzu przed wejściem do sekretariatu Dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej po raz pierwszy zobaczyłem i poznałem Jolantę Szymanek-Deresz. Zdawała egzamin wstępny, ustny, na aplikację adwokacką. Ja po niej. Obydwoje się dostaliśmy. Był to ostatni w historii warszawskiej adwokatury rok aplikacji drugiego stopnia. Dla dostania się na nią trzeba było mieć zdany egzamin sędziowski, prokuratorski lub arbitrażowy. Jolanta miała z sobą doświadczenie sędziowskie.
W naszej grupie aplikacji adwokackiej było nas ośmioro. Bardzo szybko poznaliśmy jej męża Pawła Deresza, dziennikarza i córkę Kasię, wtedy kilkuletnią. Otaczali się miłością i wsparciem. Mieszkali w Warszawie na Żoliborzu. Już wtedy tworzyła niepowtarzalny klimat lewicowej kobiety z wielką klasą. Nasza grupa aplikancka była bardzo zżyta i zintegrowana.
Nie przeszkadzało w tym, że tylko my dwoje byliśmy lewicowo nastawieni. Razem się bawiliśmy i razem się uczyliśmy i toczyliśmy dyskusje polityczne z wzajemnym szacunkiem. Jola była pilna i niezwykle profesjonalnie wnikliwa. Była towarzyska, lubiła się bawić i zawsze wtedy była uśmiechnięta. Miała wielka umiejętność analizy prawniczej
Egzamin adwokacki nasza grupa zdawała w grudniu 1986 r. Z prawa karnego przygotowywał nas Stanisław Zabłocki, dzisiejszy Prezes Izby Karnej Sądu Najwyższego, wtedy adwokat. Zabłoccy byli sąsiadami Dereszów. Wszyscy byliśmy zaprzyjaźnieni. Uczyliśmy się w mieszkaniu Dereszów. Zdała wyśmienicie, podobnie cała grupa. Bez fałszywej skromności wspomnę, że później wielokrotnie słyszeliśmy od czołowych postaci adwokatury, że byliśmy jedną z najlepszych grup aplikanckich w historii adwokatury warszawskiej. Rada Adwokacka sprezentowała nam togi adwokackie.
Jolanta Szymanek-Deresz najpierw została członkiem Zespołu Adwokackiego a później założyła kancelarię adwokacka specjalizującą się w prawie patentowym. Praktyka szła jej wyśmienicie.
Mieliśmy wiele wspólnych różnych spraw. Była zadowolona, ale brakowało jej…polityki, aktywności publicznej, szczególnie tej zagranicznej. Od 1996 roku była członkiem Międzynarodowej Ligi Prawa Konkurencji.
W 1997 r. Prezydent RP powołał mnie na sekretarza stanu w jego Kancelarii a w 1998 r. objąłem obowiązki Szefa Kancelarii Prezydenta RP. W drugiej połowie 1999 r. zdecydowałem, że poprowadzę kampanię wyborczą Aleksandra Kwaśniewskiego na drugą kadencję.
Wybory miały odbyć się w listopadzie 2000 r., kampania musiała się zacząć najpóźniej w czerwcu tego roku. Kancelaria Prezydenta RP musiała pracować normalnie cały czasu. Łączenie obowiązków Szefa Sztabu wyborczego było niemożliwe. Trzeba było znaleźć osobę, która spełniałaby najwyższe kryteria. Aleksander Kwaśniewski postawił warunek, że musi to być kobieta. W trakcie rozmów z Prezydentem zaproponowałem Jolantę Szymanek-Deresz. Znał ją doskonale i entuzjastycznie zareagował.
Kiedy po raz pierwszy jej o tym powiedziałem – odmówiła. Podczas kolejnego spotkania zgodziła się. Ustaliliśmy, że zacznie pracę od początku stycznia na stanowisku podsekretarza stanu odpowiedzialnego za sprawy prawne, żeby poznała specyfikę pracy. Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski 3. Stycznia 2000 roku powołał Jolantę Szymanek-Deresz na funkcję podsekretarza stanu odpowiedzialnego za sprawy prawne.
Przez prawie pół roku przygotowywała się do pełnienia funkcji Szefa Kancelarii Prezydenta. To stało się 12 czerwca 2000 r., zastąpiła mnie. Prezydent R.P w tym dniui uroczyście powołał ją na funkcję Szefa Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Doskonale weszła w swoją rolę, zarówno tę związaną z kierowaniem urzędem, jak i reprezentacją.. W tej drugiej czuła się wyśmienicie, może nawet lepiej. Reprezentowała Polskę przy różnego rodzaju uroczystościach zagranicznych, inauguracjach prezydenckich, też pogrzebach głów państw. Poznawała mnóstwo ludzi, czuła się w tym jak ryba w wodzie. W kraju musiała też wejść głęboko w politykę. W 2001 roku to ona nadzorowała przygotowanie veta ustawy reprywatyzacyjnej.
Później musiała się odnaleźć w złożoności „szorstkiej przyjaźni” pomiędzy Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i premierem Leszkiem Millerem. Nie było to łatwe, nawiązała bliższą współpracę z kilkoma ministrami rządowymi, szczególnie Jerzym Szmajdzińskim, ministrem obrony narodowej, wykorzystując do tego możliwości pogadania na korcie tenisowym. Cały czas była świadoma, iż działa w imieniu i na rzecz Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej a on jest uosobieniem majestatu Państwa Polskiego.
Postanowiła wystartować do Sejmu. Na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi zrezygnowała z funkcji Szefa Kancelarii Prezydenta RP i poprowadziła niezwykle aktywną i bogatą w treści kampanię w płockim okręgu wyborczym. W wyborach 25 września 2005 roku wygrała, została posłem na Sejm V Kadencji w Klubie Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ze względu na duże doświadczenie jako Szefa Kancelarii Prezydenta została członkiem Komisji Zagranicznej Sejmu. Aktywnie działała w SLD. Została wybrana wiceprzewodniczącym partii. Doskonale się w tej roli czuła, prowadziła w imieniu partii politykę zagraniczną w ramach Partii Europejskich Socjalistów i Międzynarodówki Socjalistycznej. Błyszczała w Sejmie, w Brukseli i w Londynie.
Już w trakcie aplikacji adwokackiej Jola zabłysnęła w skali ogólnopolskiej także dzięki grze w tenisa ziemnego. Bodajże w roku 1986 mistrzostwa Polski adwokatów w tenisie odbywały na kortach Mery w Warszawie. Do tego roku niepodważalną mistrzynią Polski była adw. Krystyna Pociej-Gościmska. Na etapie ćwierćfinałów zapytała mnie; „kto to jest ta doskonale grająca dziewczyna ?” Jolanta Szymanek-Deresz wygrała wtedy finał i była później mistrzynią Polski adwokatury w tenisie przez wiele lat. Grać w tenisa nauczył ją mąż Paweł, autor podręcznika dla nie tylko początkujących. Ja oczywiście z nią przegrywałem. Zresztą ona i Paweł byli bardzo ważnymi postaciami amatorskiego środowiska tenisowego w Warszawie i Polsce.
Kiedy została posłem Jola od razu znalazła się w reprezentacji polskiego parlamentu z wieloma sukcesami w skali światowej. Największe osiągnęła w mixcie z posłem Jerzym Szmajdzińskim. Nikt nie był wstanie im dorównać. Po jej tragicznej śmierci rodzina, szczególnie zięć Dariusz Lewandowski, organizuje co roku w Warszawie turniej dla tenisistek amatorek Jola Cup.

W Sejmie mieliśmy taki zwyczaj, że w piątki po głosowaniach chodziliśmy we trójkę; Jolanta Szymanek-Deresz, Izabela Jaruga-Nowacka i ja na kawę do Starego Domu. To była uczta emocjonalna, rozmawialiśmy o różnych sprawach, też osobistych. Była dumna z córki Katarzyny, cieszyła się jej szczęściem. Mówiła o swoich planach, promieniowała optymizmem. Jola była empatyczna, starała się pomagać innym.
Jednak po zakończeniu posiedzenia Sejmu w dniu 9. kwietnia 20210 r.,jeszcze na Sali Obrad podeszła do mnie Jolanta Szymanek-Deresz j i przeprosiła , że nie może z nami pójść na kawę. Pożegnała się mówiąc: „Jutro lecę z Prezydentem do Katynia, muszę jeszcze parę spraw załątwić”.
Była wtedy szefową sztabu lewicowego kandydata na Prezydenta RP Jerzego Szmajdzińskiego, leciała razem z nim i Izabelą Jarugą-Nowacką. Do głowy mnie wtedy nie przyszło, nie miałem żadnego przeczucia, że widzę Jolę, Izę, Jurka ostatni raz żywych. Za niecałą dobę już nie było ich troje wśród nas.

W niedzielę 10 kwietnia 2010 roku od 9:00. brałem udział w sobotniej dyskusji politycznej w Programie III. Polskiego Radia. W pewnym momencie prowadząca red. Beata Michniewicz, krzyknęła, że pod Smoleńskiem rozbił się samolot prezydencki. Wiedziałem, że na jego pokładzie byli też moi przyjaciele. Szok. Tragedia. Nie mogłem uwierzyć. Miałem nadzieję, że to nieprawda. Jednak, w tej katastrofie samolotowej, lecąc na uroczystości upamiętniające ofiary zbrodni katyńskiej, zginęli tragicznie wśród innych Jolanta Szymanek-Deresz, Izabela Jaruga-Nowacka i Jerzy Szmajdziński.
Wyszedłem z budynku radia na ulicę Myśliwiecką i kierowca napotkanego samochodu otworzył szybę i zapytał: Czy to prawda? Potwierdziłem. Świat wokół był pusty. Ludzie wstrząśnięci.

Pogrzeb Jolanty Szymanek-Deresz odbył się 19 kwietnia 2010 roku na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Pełni on faktycznie rolę panteonu. W Domu Pogrzebowym i podczas całej ceremonii było podniośle i smutno. Oprawę zapewniała kompania honorowa Wojska Polskiego. Przemawiali Prezydent Aleksander Kwaśniewski i Premier Donald Tusk. Żegnały ją tłumy.
Spoczęła w kwaterze ofiar katastrofy smoleńskiej, w pierwszym grobie. Jeszcze w 2010 roku, 10 listopada, na środku tej kwatery stanął pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej.
Na jej grobie jest piękne zdjęcie uśmiechniętej kobiety z optymistycznymi, mądrymi oczami.

Z perspektywy 10. lat bardzo ich brakuje, ludzi lewicy: Jolanty Szymanek-Deresz, Izabeli Jarugi-Nowackiej i Jerzego Szmajdzińskiego. Nie przestaję sobie zadawać pytania, ile jeszcze mogli zrobić dobrego dla swoich rodzin, dla obywateli, Polski i dla lewicy. Na ich grobach są zawsze świeże kwiaty i palące znicze.

Gangsterzy i żebracy

Po 13 latach swej działalności Centralne Biuro Antykorupcyjne osiągnęło historyczny sukces. Policja aresztowała najsłynniejszego, do niedawna najlepszego agenta tej antykorupcyjnej spec służby. Słynnego „Agenta Tomka”.
Prokuratorzy najpierw zarzucili mu, że zawarł fikcyjne umowy darowizny z członkami swojej najbliższej rodziny na blisko 9 mln złotych. Wszystko po to aby upozorować legalne pochodzenie środków pieniężnych.
Potem, już w prokuraturze „Agent Tomek” usłyszał kolejne dziewięć zarzutów związanych z praniem brudnych pieniędzy. Od stycznia 2015 do października 2019 roku miał podjąć czynności w celu ukrycia środków finansowych pochodzących z przestępstw przywłaszczenia pieniędzy. Nabywał, a następnie zbywał nieruchomości, a środki uzyskane ze sprzedaży ukrywał, również poprzez wypłaty gotówkowe w bankomatach oraz bankach.Skąd miał te brudne pieniądze?
Otóż Stowarzyszenie „Helper”, w którym pełnił funkcje dyrektora, a następnie prezesa w latach 2015-2017 otrzymywało liczne państwowe i samorządowe dotacje na prowadzenia Środowiskowych Domów Samopomocy w gminach Purda, Jedwabno, Reszel oraz w Olsztynie. Pod pozorem prowadzenia takiej działalności wyłudzono kwoty 39 milionów złotych z obficie udzielanych Stowarzyszeniu dotacji. Z tego ponad 10 milionów złotych zostało przywłaszczone przez „Agenta Tomka” i inne , bliskie mu osoby działające w ramach zorganizowanej grupy przestępczej. Tak teraz uważa Prokuratura Regionalna w Białymstoku.
Dodatkowo z wielomilionowych dotacji finansowano koszty stałej obsługi prawnej renomowanej kancelarii. A nawet zakupy ekskluzywnych kosmetyków, odzieży znanych, światowych marek, wyposażenia domów, koszty wynajmu i użytkowania luksusowych samochodów, spłaty zobowiązań wynikających z zakupu, przebudowy i adaptacji dwóch prywatnych nieruchomości o aktualnej wartości ponad 7,5 miliona złotych będących własnością „Agenta Tomka”.
Jak to się stało, że „Agent Tomek” i bliscy mu ludzie mogli tak długo i tak bezczelnie doić państwowe i samorządowe budżety?
Pewnie dlatego, że wszyscy pamiętali, że jaśnie pan agent jest bliskim współpracownikiem obecnego wiceprezesa „Prawa i Sprawiedliwości”, szefa wszystkich służb specjalnych pana posła Mariusza Kamińskiego. Pewnie pamiętali też, że jaśnie pan „Agent Tomek” był w latach 2011- 2013 panem posłem klubu parlamentarnego „Prawa i Sprawiedliwości” kierowanym przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Wcześniej, w 2009 roku otrzymał zaszczytny tytuł „Człowieka Roku” przyznawany przez wielce wpływową „Gazetę Polską”. W tym roku zaszczytu tego dostąpił pan prezes Kaczyński.
Pamiętając koneksje, znajomości pana „Agenta Tomka”, każdy rozsądny, lojalny wobec „Dobrej Zmiany” dysponent publicznych pieniędzy nie mógł odmówić wsparcia szlachetnej w założeniach działalności byłego parlamentarzysty z klubu „PiS”.
Mógł kraść, bo miał twarz prominenta PiS, a tym przecież wszystko się w IV Rzeczpospolitej należy.
Zaraz po opublikowaniu raportu Najwyższej Izby Kontroli krytykującego spec służby „Dobrej Zmiany” za opieszałość i nieskuteczność w odzyskiwaniu ukradzionych państwu polskiemu pieniędzy przez licznie mnożących się teraz aferzystów, kilkunastu funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego z nakazem przeszukania miejsc i wydania rzeczy o poranku zapukało do wszystkich mieszkań i lokali związanych z panem prezesem NIK Marianem Banasiem i jego rodziną.
Pukali oni w Krakowie i Warszawie. Nie otworzono im i dlatego spec agenci przez wiele godzin nie mogli wejść nawet do gabinetu prezesa NIK. Pan prezes Banaś odmówił im prawa rewidowania go powołując się na „konstytucyjne przesłanki” i ochronę poufnych materiałów. Żmudne pertraktacje z kierownictwem CBA zakończyły się wieczorem i agenci rozpoczęli przeszukanie.Co zdążył w tym czasie wyczyścić i usunąć z gabinetu i mieszkań pan prezes NIK Marian Banaś i jego Rodzina, pewnie szybko się nie dowiemy. Wiemy już, że postanowienie o przeszukaniu wydała 14 lutego Prokuratura Regionalna w Białymstoku.
Podstawą są niekorzystne dla Banasia wyniki kontroli CBA oraz analiza przepływów finansowych z jego rachunków, jakiej dokonał generalny inspektor informacji finansowej.
Doczekaliśmy dni, że ludzie, którzy jeszcze niedawno swymi twarzami firmowali antykorupcyjny front „Dobrej Zmiany” okazali się, wedle organów prokuratorskich, kontrolowanych przez elity PiS, zwyczajnymi złodziejami. Tuczącymi się na budżecie państwowym i budżetach samorządowych. Aferzystami okradającymi podatników, czyli nas wszystkich.
Dodatkowo okazało się, że Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrudnia ludzi, którzy bezczelnie okradają to Biuro, czyli budżet państwa, czyli nas, wynosząc kilkanaście milionów złotych z firmowych sejfów. A jego najsłynniejszy Agent jest właśnie aresztowany i oskarżony o wielomilionowe złodziejstwo.
O podobne złodziejstwa oskarżany jest pan prezes NIK, konstytucyjny, nieusuwalny organ, Marian Banaś. Niedawno określany przez pana marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego z PiS jako „człowiek kryształowy”.
Warto też przypomnieć, że pan marszałek Senatu RP Karczewski też jest teraz oskarżany o bezprawne wyłudzanie pieniędzy za płatne prawdziwe i fikcyjne dyżury szpitalne. Pan marszałek tłumaczy, że ma jakieś ekspertyzy, które potwierdzają jego niewinność, ale nie pokazuje ich. A z ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora z 1996 roku wynika jednoznacznie, że takich płatnych dyżurów brać nie mógł.
Szef polskiej dyplomacji pan minister Jacek Czaputowicz nie został jeszcze oskarżony o złodziejstwo. Zapowiedział za to, że do rosyjskiego MSZ wpłynęła nota z jego prośbą o pomoc w zorganizowaniu uroczystości w Katyniu i Smoleńsku 10 kwietnia, w rocznicę mordu katyńskiego i katastrofy prezydenckiego samolotu.
Chodzi nam o to, abyśmy mogli przekroczyć granicę i uczestniczyć w uroczystości. Nie oczekujemy reprezentacji polityków rosyjskich. To sprawa ważna dla Polaków i tak to postrzegamy, podkreślił pan minister Czaputowicz.
Jeszcze niedawno wszyscy słyszeliśmy, że dopóki Rosja nie odda nam wraka prezydenckiego samolotu Tupolew rozbitego w Smoleńsku, to nie będzie żadnych rozmów z Moskwą. Bo Polska rządzona przez elity PiS właśnie „wstała z kolan”. I od teraz będzie rozmawiać z Kremlem na polskich warunkach.
Niestety mamy kampanię wyborczą i pan premier Morawiecki zechciał zapunktować u pana prezesa Kaczyńskiego. Swoją wizytą w Smoleńsku w podwójną rocznicę. Przewodzeniem tam podczas patriotycznych uroczystości.
Ta deklaracja przewodzenia wywołało irytację pana prezydenta Dudy, który chce swej reelekcji. I jemu celebracja patriotycznych uroczystości przydałaby się w kampanii wyborczej. Tak znów mamy rywalizację kto poleci do Smoleńska i tam zapunktuje.
Dziesięć lat temu podobna rywalizacja premiera i prezydenta doprowadziła do dwóch wizyt w Smoleńsku- Katyniu. Druga była zorganizowana tak partacko, że zakończyła się tragicznie.
Teraz mocarstwowe elity PiS żebrzą o pomoc rosyjskiej administracji w kampanii wyborczej pana prezydenta Dudy. A elity PiS związane z administracją państwową oskarżają się o złodziejstwo i aresztują sobie konkurentów do „Dojnej Zmiany”
Taka miała być ta IV Rzeczpospolita?

Błaszczak błysnął w kontekście dyplomatycznym

– Premier Kanady potrafił wywrzeć presję i sprawcy przyznali się. Donald Tusk 10 lat temu oddał śledztwo Rosjanom – zareagował na przyznanie się Iranu do zestrzelenia ukraińskiego samolotu szef MON Mariusz Błaszczak.

Na antenie RMF FM Mariusz Błaszczak nie skorzystał z okazji do milczenia i jął się rozwodzić o tragedii i roli w jej wyjaśnianiu poszczególnych państw, w nieco dziwnej tonacji, sięgającej 10 lat wstecz.
– Dla mnie bardzo istotny jest kontrast między zachowaniem premiera Kanady – a przecież niedługo będziemy mieli 10. rocznicę tragedii smoleńskiej – a ówczesnego premiera Polski, Donalda Tuska. I fakt, że premier Kanady potrafił wywrzeć presję, która zakończyła się właśnie w ten sposób, że sprawcy przyznali się do tego czynu. Kontrastuje z tym postawa premiera rządu PO-PSL, który na wszystko się godził, który po katastrofie smoleńskiej zostawił śledztwo po stronie rosyjskiej. To przecież rezultatem decyzji Donalda Tuska jest to, że dziś wrak samolotu – a więc dowód w sprawie – jest w Rosji – opowiadał na antenie minister wchodzący w uprawnienia kreatora polskiej polityki zagranicznej.
Oczywiście szef MON nie omieszkał napomknąć o Polsce w NATO w kontekście mocniejszego zaangażowania paltu na Bliskim Wschodzie, o które dopomina się Donald Trump.
– Jesteśmy solidarni w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Dlatego, że liczymy na wsparcie w sytuacji, w której my – Polska – zostałałaby zaatakowana. Dlatego jesteśmy aktywni, uczestniczymy w misjach. To będzie decyzja wspólna Sojuszu Północnoatlantyckiego – zdystansował się, skądinąd słusznie, minister.
– My koncentrujemy swoje wysiłki na tym, żeby Wojsko Polskie było liczniejsze. My koncentrujemy swoje wysiłki, żeby było wyposażone w najnowszy sprzęt. Jest wyraźne przyspieszenie w zakresie zarówno zwiększania liczebnego wojska, jak i modernizacji sprzętu wojskowego – opowiadał, nie mając chyba na myśli, teg, co stanowi chlubę jego resortu, czyli wojska weekendowego, nazywanego oficjalnie Wojskami Obrony Terytorialnej.
A co zdaniem specjalistów od obronności, jest – w kontekście współczesnego pola walki – wyrzycaniem pieniędzy polskiego podatnika, w błoto.

Wandale smoleńscy

Prokuratura Krajowa (PK) ma wyraźnie dość wygłupów tzw. „podkomisji smoleńskiej”. Wydano postanowienie, które ogranicza członkom zespołu Macierewicza dostęp do samolotu Tu 154M o numerze 102, bliźniaczej niemal kopii tego, który uległ katastrofie w 2010 r.

Prokuratorzy włączyli po prostu rzeczony samolot w poczet materiału dowodowego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej. To zapobiegnie samowolce ludzi Macierewicza. Śledczy ewidentnie nie mogli już wytrzymać – nie radzili sobie ze skutkami ich działalności. Teraz każda osoba, która zażyczy sobie dostępu do samolotu będzie musiała o to wnioskować w trybie przewidzianym odpowiednimi procedurami.
Decyzja ta – rzeczywiście nieco zaskakująca – zapadła ze względu na to, że podkomisyjne kadry obchodziły się z samolotem w sposób chuligański. Jak czytamy w postanowieniu Prokuratury Krajowej sejmowi „smoleńczycy” doprowadzili do „uszkodzenia krytycznych elementów siłowych konstrukcji” maszyny, a zmiany oceniono jako „trwałe i nieodwracalne”.
„Przeprowadzona inwentaryzacja przez komisję techniczną, powołaną rozkazem Dowódcy 3. Skrzydła Lotnictwa Transportowego wykazała, iż doszło do uszkodzenia krytycznych elementów siłowych konstrukcji płatowca, spowodowanych badawczą działalnością Podkomisji do Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego. Charakter tych zmian jest trwały i nieodwracalny […] przedmiotowy samolot podlega stopniowej dewastacji, mimo że jest istotnym źródłem informacji o przebiegu katastrofy samolotu TU-154M nr 101 w pobliżu Smoleńska” – czytamy w dokumencie.

„Jego cechy techniczne – bliźniaczy model z samolotem, który uległ katastrofie pod Smoleńskiem, brak innego dostępnego dla organów procesowych modelu tego samolotu na świecie, a więc niepowtarzalność takiego statku powietrznego stanowią, iż może on służyć jako środek dowodowy do ustalenia przyczyn i okoliczności katastrofy. Stwierdzenie takie znajduje także uzasadnienie w okoliczności, iż zarówno biegli powołani w toku śledztwa, jak i prokuratorzy, nie dysponują swobodnym dostępem do wraku samolotu znajdującego się na terenie Federacji Rosyjskiej. Badania powołanych przez prokuraturę biegłych mają charakter badań naukowych o wysokim poziomie specjalizacji. Nie można więc wykluczyć, iż przedmiotowy samolot będzie jedynym dowodem, przy użyciu którego będzie można wykonać specjalistyczne badania, symulacje, czy też eksperymenty procesowe.” – napisali również przedstawiciele Prokuratury Krajowej.
Samolot TU 154M o numerze 102 jest własnością Ministerstwa Obrony Narodowej. Znajduje się w bazie lotniczej w Mińsku Mazowieckim. Od chwili włączenia go do zbioru materiałów dowodowych dowódca tej jednostki będzie odpowiedzialny za ochronę maszyny przed jakąkolwiek ingerencją bez zgody śledczych z PK.
Postanowienie to spotkało się z przewidywalnie nieżyczliwą reakcją „smoleńczyków”. Specjalne oświadczenie dla Polskiej Agencji Prasowej w tej sprawie przygotowała niejaka Marta Palonek, sekretarz macierewiczowskiej podkomisji.
„Podkomisja wyraża zdumienie, że jej prace stają się przedmiotem ataków w sytuacji braku dowodu rzeczowego (wrak samolotu) na terenie Polski oraz braku możliwości wykonywania nieskrępowanych prac przez przedstawicieli polskich organów, w tym prokuratury, na terenie Federacji Rosyjskiej” – można przeczytać w rzeczonym oświadczeniu.
Paliwo histerii, którą zakażono całe społeczeństwo tuż po katastrofie w 2010 r. ulega – jak się zdaje – wyczerpaniu. PiS miał szansę na zapowiadane przez tyle lat „ujawnienie prawdy” przez całą ubiegłą kadencję – w rękach „Prezesa Państwa” znalazły się wszak wszystkie instytucje, a sam PiS przepoczwarzać się zaczął w korporację wchłaniającą państwo. Do swojej dyspozycji rządzący mieli cały aparat i nie zrobili niczego, tudzież nie „ujawnili” żadnej „prawdy”. Kilka razy doprowadzono jedynie do drobnych wzmożeń, to wszystko. Trudno doprawdy zinterpretować to inaczej niż jako kolejny dowód na to, że narracje uznające incydent koło Smoleńska za coś więcej niż katastrofę komunikacyjną, to zwyczajny spiskowy puc.

Patrząc na to, mamy skansen

„W prawidłowo funkcjonującym systemie bezpieczeństwa lotów takie zdarzenia byłyby wychwytywane zanim doszłoby do wypadku” – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) dr Maciej Lasek, ekspert lotniczy, członek komisji Millera.

JUSTYNA KOĆ: Wypadek samolotu MiG-29 w Drgiczu jest trzecim w ciągu ostatnich 2 lat. Wcześniej przez 25 lat nie doszło do żadnego wypadku. Czas, aby wysłużone MiG-29 przestały latać?
DR MACIEJ LASEK: To są relatywnie młode maszyny, bo MiG-29 jest konstrukcją z tych samych lat, co F-16. Oczywiście każdy z tych samolotów podlegał modyfikacjom, pojawiały się nowe ich wersje, ale generalnie rozwiązania techniczne zastosowane w tym typie samolotu nie odbiegają od stosowanych współcześnie w samolotach tej klasy używanych w lotnictwie wojskowym innych państw. Problem leży gdzie indziej. Przez ostatnie 2 lata straciliśmy więcej niż 3 samoloty: jeden jeszcze spalił się w Malborku na lotnisku, wystąpiły też 2 przypadki problemów z hermetyzacją kabiny. Do tego można doliczyć wypadki 3 śmigłowców. A to wszystko zdarzyło się w ciągu ostatnich 3 lat.
Poprzednio przez 6 lat lotnictwo wojskowe nie straciło ani jednego samolotu i śmigłowca.
W prawidłowo funkcjonującym systemie bezpieczeństwa lotów takie zdarzenia byłyby wychwytywane zanim doszłoby do wypadku. Niestety, zmiany których dokonał w armii minister Antoni Macierewicz, dotknęły również Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWLLP). Gdyby KBWLLP przez ostatnie lata sprawnie, tak jak przed 2016 rokiem, badała wypadki, to zarówno piloci, jak i mechanicy i ich dowódcy szybko mogliby się dowiedzieć, czy przyczyną wypadku były problemy z techniką, niewłaściwą obsługą czy szkoleniem.

Czyli raczej winny jest człowiek, niż same maszyny?
Gdybyśmy porównali wylatane godziny MiG-ów 29 z samolotami pasażerskimi, to można by powiedzieć, że to są młode samoloty. Samoloty pasażerskie mają po kilkadziesiąt tysięcy wylatanych godzin, ale są prawidłowo eksploatowane, obsługiwane zgodnie z zaleceniami producenta, w oparciu o części zatwierdzone przez producenta. Oczywiście wykonują też inny rodzaj lotów, ale ich konstrukcja jest też znacznie mniej wytrzymała, niż samolotów myśliwskich. I może tutaj leży problem MIG-ów 29.
Przypomnę, że prawdopodobną przyczyną śmierci pilota w lipcu pod Pasłękiem był brak możliwości bezpiecznego katapultowania. Fotel nie zadziałał prawidłowo, ponieważ w trakcie jego remontu zastosowano niewłaściwy pierścień ze zbyt mocnego materiału.
Gdyby ten fotel był odpowiednio serwisowany u producenta, to nikt nie wpadłby na tak głupi pomysł, żeby wprowadzić modyfikację, która jak okazało się, spowodowała niewłaściwie działanie jednego z najbezpieczniejszych foteli na świecie i w konsekwencji śmierć pilota.
Na problemy z MiG-ami trzeba spojrzeć z wielu perspektyw: czy piloci są odpowiednio szkoleni, czy mają wystarczającą liczbę lotów treningowych, bo tajemnicą poliszynela jest, że przyczyną pierwszego wypadku MiG-a, lądującego pod Mińskiem w nocy, była przyczyna związana ze szkoleniem. Wskazywać na to może fakt, że bardzo szybko wznowiono loty na tych maszynach po przeprowadzeniu dodatkowych szkoleń dla pilotów. Pół roku później doszło do katastrofy pod Pasłękiem, przyczyna prawdopodobnie techniczna, mówiono o nagłej utracie paliwa, ale bez raportu nie mamy pewności, czy wynikała ona z usterki jakiegoś podzespołu, czy niewłaściwej obsługi.
Jak długo komisja badająca wypadek nie przekazuje informacji do jednostek lotniczych o przyczynach i sposobach uniknięcia takich zdarzeń w przyszłości, tak długo piloci wsiadający za stery mają prawo się bać.

Po wypadku pod Pasłękiem maszyny zostały uziemione, komisja rozpoczęła pracę nad raportem, ale przed jego zakończeniem maszyny wróciły do latania. To wbrew procedurom?
Z żadnego wypadku, o których rozmawiamy, raport nie został ukończony. Jednak maszyny zostały dopuszczone do lotów. Myślę, że nikt przy zdrowych zmysłach nie dopuszcza do lotów samolotów, które uważa za niesprawne, zatem zapewne poznano przyczyny tych wypadków. Tylko skoro je poznano, to dlaczego przez pół roku od tamtej pory nie ma raportu i piloci nie zostali zaznajomieni z przyczyną wypadku i co należy robić, aby do ponownego wypadku nie doszło? To oznacza, że zapobieganie wypadkom, którego najważniejszym elementem są zalecenia profilaktyczne, nie działa. A to już bardzo źle.

Antoni Macierewicz jako szef MON zwolnił wielu ekspertów z komórki zajmującej się badaniem przyczyn katastrof, reszta sama odeszła. Czy to może być przyczyną?
Niestety tak. W lotnictwie bezpieczeństwa nie buduje się z dnia na dzień. Potrzeba ekspertów, którzy widzieli niejeden wypadek, uczestniczyli w wielu badaniach, wielu kursach, bo tylko w ten sposób zdobywa się doświadczenie. Jeżeli z takich ludzi się rezygnuje, a Antoni Macierewicz pozbył się wszystkich, którzy byli związani z Komisją Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego przed 2016 rokiem, od szefa po poszczególnych specjalistów, to takie są efekty. Ci specjaliści oczywiście zostali zastąpieni kolejnymi, ale mimo dobrych chęci i intencji, aby zostać doświadczonym badaczem wypadków, potrzeba lat. Jeżeli niszczy się wiele lat budowany system zapobiegania wypadkom lotniczym, to prędzej czy później zacznie to skutkować właśnie takimi tragediami.
Jeżeli nie ma nikogo, kto nadzoruje, pokazuje co jest źle, jak trzeba postępować, żeby nie popełniać błędów, to ludzie prędzej czy później zaczynają chodzić na skróty i dochodzi do wypadku.
Były Szef wojskowej komisji, pułkownik Mirosław Grochowski, za którego czasów zbadano wypadki samolotu CASA w Mirosławcu, samolotu Bryza w Babich Dołach, śmigłowca Mi-24 w Inowrocławiu, Tu-154 pod Smoleńskiem i wiele innych, włożył razem ze swoim zespołem ogrom pracy w to, żeby lotnictwo wojskowe stało się bezpieczniejsze. W efekcie przez 6 lat nie doszło do żadnego wypadku lotniczego. Dopiero w 2017 roku straciliśmy śmigłowiec Głuszec we Włoszech, potem śmigłowiec w Dęblinie, później samolot w Mińsku, znowu śmigłowiec w Inowrocławiu, samolot pod Pasłękiem i teraz kolejny. Tego nie można traktować jako przypadki.
To efekt nierozsądnych działań polityków majstrujących w systemie bezpieczeństwa lotów lotnictwa wojskowego.

Prezydent Andrzej Duda i minister Mariusz Błaszczak spotkali się w siedzibie Biura Bezpieczeństwa Narodowego z dowódcami sił zbrojnych. Tematem rozmów była kolejna katastrofa myśliwca MiG-29. Skomentuje to pan?
Mimo że pan minister Błaszczak ogłasza, że teraz kupimy samoloty F-35, to pomijając koszty, jest to program rozłożony na wiele lat. A sprawnych samolotów potrzebujemy już teraz.
Moim zdaniem dobrze wyszkolony pilot, przestrzegający reguł, w dobrze serwisowanym samolocie będzie bezpiecznie latał nawet na samolocie MiG-29. Jednak jeżeli podejmiemy decyzję o rezygnacji z tych samolotów, to musimy coś w zamian dać pilotom. Niech to będą chociażby kolejne samoloty F-16. Cześć ekspertów uważa, że dobrze by było związać się z producentami europejskimi, przy okazji mógłoby dojść do transferu technologii. Niestety, przy F-16 nie ma nawet o tym mowy. Kupując samoloty czy śmigłowce produkowane w Europie, jak choćby Eurofighter, Saab Gripen czy śmigłowce Caracal, mieliśmy szansę na transfer technologii. Wówczas nasze zakłady remontowe miałyby więcej pracy, biura konstrukcyjne mogłyby się czegoś nowego nauczyć.
Stalibyśmy się poważniejszym graczem na rynku, a nie tylko petentem.

Mówi się, że naprawa samolotów w Bydgoszczy pozostawia wiele do życzenia. To prawda?
Trudno mi się do tego odnieść. Jednakże każdy remont powinien być prowadzony w zakładzie mającym certyfikat udzielony przez producenta. Bierze on w ten sposób odpowiedzialność za cały proces remontu, również za części, narzędzia i procedury remontowe. Niestety, mamy samoloty produkcji rosyjskiej i sytuacja polityczna przekłada się tu na bezpieczeństwo lotów. Jeżeli podejmuje się decyzję o zerwaniu jakiekolwiek współpracy z producentem samolotu, to jednocześnie trzeba wziąć odpowiedzialność za to, że jakość remontu może odbiegać od zalecanej przez producenta.

Na początku stycznia tego roku rząd zapowiedział, że kupi Black Hawki, 4 sztuki, wcześniej wycofał się zakupów Caracali. Jakie to będzie rodzić konsekwencje, oprócz tego, że helikopterów ciągle brakuje?
Przede wszystkim wyboru śmigłowca Caracal dokonali piloci, a nie politycy. Śmigłowiec miał być kupowany w kilku wersjach, zatem był monotypem. A to oznacza standaryzację szkoleń, obsług, części, co jest istotne szczególnie w wojsku, bo łatwo wówczas zastąpić jednego specjalistę drugim bez dodatkowego szkolenia. Niestety, decyzją polityczną śmigłowce nie zostały kupione, mimo że przetarg został rozstrzygnięty. Zaraz po rezygnacji z Caracali mieliśmy zapewnienia ministra Macierewicza, że kupimy śmigłowce w Mielcu.

Przypomnijmy: wówczas Antoni Macierewicz w zakładach w Mielcu próbował kupić dwa stojące w hali śmigłowe w wersji wystawowej. Następnie mówił o kupnie ośmiu śmigłowców, potem jedenastu, a jego ówczesny rzecznik Bartłomiej Misiewicz twierdził, że jedynie przerwa noworoczna uniemożliwiła dostarczenie amerykańskich maszyn do Polski.
Mówił też coś o budowie śmigłowca polsko-ukraińskiego. Tak mogą mówić tylko ludzie, którzy nie mają pojęcia, na czym polega lotnictwo i jak długo trwa wprowadzenie do eksploatacji nowego typu śmigłowca. To nawet nie są lata, tylko kilkanaście lat badań, wdrożeń, aby mieć sprzedawalny produkt.
To, co mamy dziś, to kupione bez przetargu Black Hawki dla Policji w wersji podstawowej. Teraz mówi się, że dla lotnictwa morskiego będziemy kupować śmigłowce w Świdniku, produkowane przez koncert Leonardo, co oznacza, że będziemy mieć kolejny typ śmigłowca.
Dla sił specjalnych pewnie kupione zostaną śmigłowce też w wersji daleko odbiegającej od używanej przez armię USA. Dodatkowo mówi się o przedłużaniu resursów dla Mi-2, bo nie ma na czym szkolić pilotów, podobnie będzie z Mi-14, transportowymi Mi-17, szturmowymi Mi-24… Patrząc na to, mamy skansen. Gdybyśmy doprowadzili zakup śmigłowców Caracal do końca, tych problemów by nie było, już nie mówiąc o tym, że zakłady w Łodzi miałyby zamówienia w ramach offsetu. Niestety, my jak zwykle zostajemy z niczym.

Głos prawicy

Trudne lata

Przed nami trudne lata. Na razie brutalna wojna, która dotyczy przyszłości Kościoła katolickiego, toczy się na wielu frontach poza granicami Polski. Prędzej czy później dotrze ona do nas. Zdecydowana większość katolików w naszym kraju ciągle zatyka uszy. Niestety, w modzie są przepowiednie, proroctwa, prywatne objawienia, wróżby itp. Musimy obudzić się ze snu. Obecna wojna, która toczy się na wielu zagranicznych frontach dotyczy także przyszłości Kościoła katolickiego w naszym kraju’ – stwierdza ks. prof. Andrzej Kobyliński w tekście opublikowanym w „Do Rzeczy”.

 

Jaki samochwała

W tej chwili najważniejsze jest coś innego. Nie możemy dopuścić do czwartej kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz, dlatego nie możemy rozdrabniać głosów” – mówił Patryk Jaki komentując najnowsze działania kandydatów na prezydenta Warszawy.

Wiceminister sprawiedliwości i kandydat Zjednoczone Prawicy, nie ukrywał, że warszawiacy mają wybór pomiędzy dwoma poważnymi kandydatami, reszta nie liczy się w wyścigu.
To prosty wybór. Jaki – Trzaskowski. Jaki ma większe doświadczenie w administracji rządowej niż Trzaskowski. Ma większe doświadczenie również w administracji samorządowej niż Trzaskowski. Spędziłem dwie kadencje, Trzaskowski ani minuty. Zarządzałem budżetem kilka razy większym, zarządzam do dzisiaj, niż Trzaskowski” – powiedział Jaki na antenie radiowej Trójki.

 

Wraca Smoleńsk

Zespół, w którym są prokuratorzy i technicy kryminalistyczni, przybył na teren lotniska wojskowego Smoleńsk Północny, gdzie przechowywany jest wrak Tu-154M, we wtorek 4 września około godz. 9 rano czasu lokalnego. Dostęp do bramy wjazdowej na teren lotniska jest ograniczony. Na trasie przed wjazdem ustawiono w ostatnich dniach zaporę drogową, przy której stoją wartownicy. We wtorek drogę zablokował także wojskowy samochód ciężarowy bez numerów rejestracyjnych. Info za niezawodnym wpolityce.pl