5 października 2022

loader

Klechdy dla ubogich na umyśle

Jak się chce uderzyć psa, to kij zawsze się znajdzie. PiS doskonale zna tę zasadę. Bije więc psa, znaczy Platformę, jak popadnie, bo takie jego święta prawo, Pana-Suwerena, żeby piesa stukać. Za kij może służyć Panu w zasadzie wszystko, ale kiedy próbuje uwić badyl z kupy, nawet karbowy Jacek, co kijem włada jak się patrzy, musi przyznać, że laga rozlatuje mu się w dłoni, zanim zdąży zadać cios. Jak to mawiają u nas na wsi, z gówna tortu nie ulepisz, a tanie mięso psy jedzą.

Reżyserka Ewa Stankiewicz wyreżyserowała dokument pt. „Stan zagrożenia”. Film opowiada oczywiście o Smoleńsku, bo o czym by innym. Lejtmotywem są weń ujęcia z Ewą Kopacz, ówczesną minister zdrowia, której zrobiono zdjęcia w moskiewskim prosektorium, dokąd udała się nadzorować proces porządkowania szczątków ofiar katastrofy. Ewa Kopacz miała pecha, bo dała się sfotografować, nie mając propaństwowego wyrazu twarzy. Ten, jak mówi poradnik dla członka polskiej prawicy, powinien być dostojny, poważny, żeby nie napisać-„sieriożny”. Mina winna być smutna, zatroskana; oczy-podpuchnięte od płaczu, twarz szara, ziemista, naznaczona krwi i blizną. Tymczasem Ewa Kopacz pozuje do zdjęć w prosektorium, w którym spoczywają zapewne zwłoki ludzkie i do tego polskie, rozbawiona, na dodatek z filiżanką kawy w ręce, bez cienia powagi i ani jednej łzy. Łatwo jest więc wyciągnąć wnioski, tak, jak to czyni autorka dokumentu nadawanego w telewizji rządowej, że przyszła-przeszła pani premier, doskonale się bawi. Ba, może nawet cieszy się, śmieszkuje sobie z Ruskimi, z tego co się stało. Zaczyna się więc pośród komentatorów prawicowych czarnosecinna narracja, jakież to straszne zezwierzęcenie musiało panować wewnątrz Tuskowej hałastry, że nawet w obliczu hekatomby Smoleńska, nie mogli się powstrzymać od kawy i papierosów, o dobrym humorze nie wspominając. Sam Marek Suski nie powstydziłby się podobnego toku rozumowania, choć, trzeba przyznać, parę dni temu, swoją osobą, zjechał z góry na dół dyrekcję radiowej Trójki, za żenującą propozycję nowej ramówki. Tak czy inaczej, obrazek uchachanej Ewy Kopacz nad prosektoryjnym, moskiewskim stołem, jak klisza fotograficzna, wgrywa się ludziom pod kopuły. Neurony skaczą po synapsach (albo odwrotnie), grzeją się zwoje mózgowe, głowy parują od wściekłości. Tak przynajmniej widzi to PiS, oczyma swojego prezesa i jego pretorianów. Spróbujcie Państwo jednak wgrać sobie na swój twardy dysk inną kliszę.
Jest rok 1997. Papież Jan Paweł II odwiedza Brazylię. Chce zamieszkać blisko biedoty w Rio, tuż przy największej faweli w mieście. Żeby papieżowi nazbyt nie dokuczał uliczny rejwach oraz nie groziło mu niebezpieczeństwo, rząd angażuje do akcji „czyszczenia” faweli z elementu, jednostkę policyjnych komandosów, BOPE, która w krótkim czasie, za pomocą broni automatycznej, czyni papieską peregrynację bardziej znośną. Opowiada o tym doskonały film pt. „Elitarni”. Zderzcie sobie więc w wolnym czasie kadry z tego filmu z obrazkami uśmiechniętego papieża, pozdrawiającego mieszkańców faweli machaniem oraz czyniącym nad ich głowami znak krzyża; obrazkami uśmiechniętego papieża, żartującego z dziatwą podczas pielgrzymek do ojczyzny. Idę o zakład, że gdyby prześledzić doniesienia z prasy lokalnej z tego dnia, znalazłoby się zapewne jakieś morderstwo, samobójstwo, a gdyby szukać szerzej, może i katastrofa, w której ofiar byłoby więcej niż jedna. Wystarczyłoby więc uruchomić popularny program do obróbki zdjęć, żeby, nawet bez specjalnego wyrobienia w temacie, stworzyć subtelną mozaikę, na której, z jednej strony papież Polak igra sobie z dziećmi na mazurskiej wsi, a z drugiej, wisielec dynda na gałęzi w powiecie obok, a w izbie leżą jego pomordowane żona i dzieci. Potem tylko stosowny podpis w stylu: „Szok! Papież śmieje się, kiedy obok giną niemowlęta!”. I gotowe. Manipulacja, wypisz, wymaluj, kopiuj-wklej.

Najbardziej w tym prostackim mieszaniu ludziom głowach które czyni PiS, denerwuje mnie…prostactwo. Banał. Mierność środków i pomysłów. Gdyby choć chciało się PiS-owi i jego bulterierom skroić coś naprawdę mocnego i popartego jakąś głębszą analizą; coś, co trzymałoby się kupy i nawet naciągane, nie byłoby martwym królikiem z kapelusza, ale choćby wystrzałem z korkowca, po którym przynajmniej jest trochę szumu i iskier. Nie. Nic z tych rzeczy. Bulteriery PiS-u dawno już straciły kły. Dziś są łańcuchowymi burkami, których stać, co najwyżej, na obsikiwanie nogawek, a nie na kąsanie do krwi ostatniej. I to mnie irytuje. Że się traktuje mnie, odbiorcę ich quasi-finezji, jak wsiowego głupka, który uwierzy w najbardziej denne i dęte historie z mchu i paproci. Chłopaki, naprawdę, tak nisko cenicie swój naród?

Jarek Ważny

Poprzedni

Murzyn musi odejść?

Następny

Kolejna ucieczka do przodu dzięki technologii?

Zostaw komentarz