Jean-Luc Mélenchon zaczyna kampanię prezydencką od dużego wiecu w Saint-Denis. Lider La France Insoumise chce wejść do drugiej tury wyborów w 2027 roku i ma argument, którego nie ma nikt inny po lewej stronie — w 2022 roku zdobył 21,95 procent głosów i zajął trzecie miejsce, za Emmanuelem Macronem i Marine Le Pen.
Mélenchon ma 74 lata i od dekad jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci francuskiego socjalizmu. Był ministrem, senatorem i europosłem, a po odejściu z Partii Socjalistycznej zbudował własny ruch.
Dla jego zwolenników wynik z 2022 roku to dowód, że lewica nie musi zaczynać od zera. Ma rozpoznawalnego kandydata, struktury i elektorat, który już raz prawie doprowadził ją do finału. Część francuskiej lewicy wolałaby jednak kogoś innego.
Socjaliści, Zieloni i dawni sojusznicy LFI boją się, że Mélenchon mobilizuje przeciw sobie centrum, prawicę i wyborców, którzy nie chcą ani skrajnej prawicy, ani ostrego skrętu w lewo. Dlatego od miesięcy wraca pomysł kandydata „nie-Mélenchona”, choć żaden z jego konkurentów po lewej stronie nie ma za sobą podobnego wyniku.
Mélenchon nie czeka na ich decyzje. Ogłosił start 3 maja, a pierwszy duży wiec robi w Saint-Denis, największym mieście rządzonym przez La France Insoumise, czyli Francję Nieujarzmioną, po marcowych wyborach samorządowych. LFI zapowiada co najmniej 10 tysięcy uczestników. Na scenie mają pojawić się Annie Ernaux, laureatka literackiego Nobla, i Éric Vuillard, laureat Nagrody Goncourtów.
Jego kampania ma opierać się na płacach, redystrybucji, obronie usług publicznych, sprzeciwie wobec rasizmu i ostrej krytyce polityki Izraela wobec Palestyńczyków. Ten język dobrze działa wśród młodych wyborców, części klasy pracującej i mieszkańców przedmieść. Mélenchon mówi do ludzi, których francuskie centrum przez lata traktowało jak kłopotliwy margines albo statystykę wyborczą.
Po drugiej stronie rośnie Jordan Bardella, 30-letni szef Zjednoczenia Narodowego. To on może zostać kandydatem skrajnej prawicy, jeśli Marine Le Pen nie odzyska prawa startu. Le Pen została skazana w sprawie fikcyjnych etatów asystentów europarlamentarnych i dostała pięcioletni zakaz kandydowania. Odwołała się, ale RN ma już przygotowanego następcę.
Bardella dobrze wypada w mediach i ma przedstawiać skrajną prawicę jako młodszą, spokojniejszą i bardziej „normalną”. W polskich realiach najbliżej byłoby mu do polityka w typie Krzysztofa Bosaka: gładki styl, dyscyplina przed kamerą, próba przykrycia radykalnego programu eleganckim opakowaniem. Porównanie ma jednak granice między innymi dlatego, że Bardella prawie na pewno wejdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich.
Politycznie to nadal obóz antyimigracyjny i nacjonalistyczny, budowany na lęku przed przedmieściami, islamem i gniewem społecznym, który RN próbuje przekierować przeciw słabszym.
Macron w 2027 roku nie wystartuje, bo francuska konstytucja nie pozwala mu ubiegać się o trzecią kadencję z rzędu. Jego obóz nie ma jednak jednego oczywistego następcy. W sondażach przewija się Édouard Philippe, są też inni kandydaci centrum, ale żaden nie ma pozycji obecnego prezydenta Francji z 2017 roku.
Wybory odbędą się najpewniej w kwietniu 2027 roku. Sondaże z końca maja dają Mélenchonowi powód, by zaczynać kampanię już teraz: w badaniu Harris Interactive/Toluna dla „Challenges”, M6 i RTL wchodził do drugiej tury, jeśli obóz Macrona rozbijali między siebie Édouard Philippe i Gabriel Attal. W innym badaniu, Odoxa-Mascaret dla Public Sénat z 26 maja, Bardella miał 32 procent, Philippe 17 procent, a Mélenchon 16 procent.
Saint-Denis ma być dla Mélenchona pierwszym sprawdzianem siły po ogłoszeniu kandydatury — liczbą ludzi na placu, obecnością znanych nazwisk i sygnałem dla reszty lewicy, że kampania już się zaczęła.











