Izba Reprezentantów USA przyjęła w środę 3 czerwca rezolucję wzywającą Donalda Trumpa do zakończenia działań wojskowych przeciwko Iranowi, jeśli prezydent nie uzyska zgody Kongresu. Tego samego dnia Waszyngton ogłosił ramę zawieszenia broni dla Libanu, ale na miejscu nie działa żaden realny rozejm.
Rezolucja przeszła stosunkiem głosów 215 do 208. Czterech Republikanów dołączyło do Demokratów i poparło ograniczenie wojennych uprawnień prezydenta. Dokument dopuszcza dalsze działania tylko w razie bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych lub ich sojuszników albo po formalnej zgodzie Kongresu.
Głosowanie nie zatrzymuje wojny natychmiastowo. Rezolucja może utknąć w Senacie, a gdyby przeszła dalej, Trump mógłby ją zawetować. Politycznie jest to jednak rzadki sprzeciw wobec Białego Domu ze strony Izby kontrolowanej przez Republikanów. Po trzech miesiącach konfliktu część prawicy zaczyna reagować na ceny paliw, blokadę Cieśniny Ormuz, koszty operacji i zbliżające się wybory uzupełniające.
Jednym z republikańskich buntowników był Thomas Massie z Kentucky, który od samego początku sprzeciwia się wojnie. Razem z nim głosowali Warren Davidson z Ohio, Tom Barrett z Michigan i Brian Fitzpatrick z Pensylwanii, reprezentujący okręgi, które Demokraci uważają za możliwe do odbicia jesienią. Ich głosy wyglądają mniej jak nagłe odkrycie pacyfizmu, a bardziej jak sygnał, że wojna zaczyna ciążyć także kandydatom prawicy.
Republikański spiker Mike Johnson próbował zatrzymać własnych ludzi do końca. Ostrzegał, że odebranie administracji swobody rozmów z Teheranem byłoby niebezpieczne. Podobnie mówił sekretarz stanu Marco Rubio, przekonując, że Iran uzna rezolucję za dowód słabnięcia Waszyngtonu. Czwórki Republikanów to nie przekonało.
Drugi ruch Waszyngtonu dotyczy Libanu. Izrael i władze libańskie ogłosiły 3 czerwca, że zgadzają się na wdrażanie zawieszenia broni i utworzenie „stref pilotażowych” w południowej części kraju. To nie jest jednak działający rozejm, tylko warunkowy mechanizm, który ma ruszyć dopiero wtedy, gdy Hezbollah wstrzyma ogień i wycofa swoich ludzi z sektora na południe od Litani.
W tych strefach wyłączną kontrolę nad terenem ma przejąć armia libańska. Bejrut miałby w ten sposób pokazać, że jest w stanie usuwać z południa kraju Hezbollah i inne formacje zbrojne. Kolejna runda rozmów została zapowiedziana na tydzień rozpoczynający się 22 czerwca.
Jednak Hezbollah odrzuca warunki, domagając się pełnego wycofania sił izraelskich z Libanu i zakończenia bombardowań. „Będziemy walczyć z najeźdźcami, dopóki ich nie wypędzimy i nie zatrzymamy agresji” – mówił Naim Qassem, sekretarz generalny Hezbollahu. Izrael po ogłoszeniu ram porozumienia nadal prowadzi ataki, które wyjątkowo często uderzają również w ludność cywilną.
Uderzenia obejmują południowy Liban i Dolinę Bekaa. W czwartek izraelskie naloty zabiły pięć osób w Sohmor, a atak dronem w Maaroub zabił motocyklistę i ranił cztery osoby. Izraelska armia uderzała też w rejonie Tyru i Shaqry. Hezbollah odpowiada ogniem, między innymi w rejonie twierdzy Beaufort. Waszyngton mówi więc o mechanizmie rozmów, a Izrael dalej zrzuca bomby.
Przyjęta deklaracja pomija sprawę kluczową dla Bejrutu i Hezbollahu. Wycofanie wojsk izraelskich z południowego Libanu. Bez tego warunku Hezbollah nie chce zaakceptować układu. Izrael z kolei utrzymuje, że jego działania mają osłabić Hezbollah i uniemożliwić mu odbudowę pozycji przy granicy. Armia izraelska zajmuje już około jednej piątej południowego Libanu.
Według danych przytaczanych w Libanie wojna kosztowała życie ponad 3,5 tys. osób, a ponad 10 tys. zostało rannych. Wśród ofiar izraelskich nalotów są cywile, w tym kobiety i dzieci. Po ogłoszeniu najnowszej deklaracji zginął także serbski żołnierz sił pokojowych ONZ, sierżant sztabowy Milovan Jovanović. UNIFIL poinformował, że zginął w rejonie Marjeyoun podczas izraelskiego ostrzału i wszczął dochodzenie w sprawie ataku.














