Cerkexit

Wrze za naszą wschodnią granicą. W prawosławnych cerkwiach podległych moskiewskiemu patriarchatowi zakazano modlenia się za patriarchę Konstantynopola Bartłomieja. To trochę tak jakby w polskich kościołach księża wymówili posłuszeństwo papieżowi Franciszkowi.

 

Trochę, bo kościół prawosławny nie jest tak zhierarchizowany jak rzymsko-katolicki. Patriarcha Bartłomiej nie jest formalnie bezpośrednim zwierzchnikiem kościoła prawosławnego na całym świecie. Formalnie jest tylko pierwszym pośród równych, autokefalicznych, czyli niezależnych patriarchów. Ale ze względu na historyczne zasługi patriarchatu Konstantynopola dla utrzymania kościoła prawosławnego, dla zachowania jego tożsamości i jedności, autorytet tego patriarchatu jest w innych prawosławnych kościołach niepodważalny. A ściślej – był.
Bo oto największy na świecie kościół prawosławny kierowany przez patriarchę moskiewskiego zamroził relacje z patriarchatem konstantynopolitańskim. Kościołem liczebnie mniejszym, którego zwierzchnik, patriarcha Bartłomiej od wieków rezyduje w stambulskiej dzielnicy Fanar. Dodatkowo Synod cerkwi moskiewskiej zakazał swym wiernym modlitw w świątyniach podległych patriarchatowi konstantynopolitańskiemu. Czyli na terenie dzisiejszej Grecji i Turcji. Nawet na popularnej wśród wiernych górze Athos. To trochę tak jakby episkopat polskiego kościoła katolickiego zabronił wiernym modlić się w niemieckich lub francuskich kościołach. Traktować je wyłącznie jako obiekty turystyczne.
Wszystkie te decyzje to religijne retorsje za tomos, czyli dekret pozwalający ukraińskiemu kościołowi prawosławnemu na wyjście ze struktur moskiewskiego kościoła prawosławnego. Na taki ukraiński „cerkexit”.
Do tego roku na Ukrainie istniały trzy kościoły prawosławne. Największy, podległy patriarsze moskiewskiemu. I dwa mniejsze, konkurujące często ze sobą, ale niezależne od Moskwy. Ze „szklanym sufitem”, czyli bez błogosławieństwa patriarchy Bartłomieja.
Teraz ukraińskie kościoły łączą się ze sobą. Dzięki poparciu patriarchy Bartłomieja stworzą autokefaliczną nową cerkiew. Czyli ukraiński, w pełni niezależny od Moskwy, kościół prawosławny. Stworzą go nie tylko z wiernych i majątku tych dwóch odrębnych, wrogich nawet Moskwie, kościołów. Nowa ukraińska cerkiew chce przejąć też wszystkich ukraińskich wiernych i cały ukraiński majątek cerkwi moskiewskiej. I tu może zacząć się wojna. Religijna na razie.

 

Gra wyborcza

Tomosu patriarchy Bartłomieja nie byłoby, gdyby nie energiczne i skuteczne zabiegi dyplomacji prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki. To ona doprowadziła do unieważnienia pochodzącej z XVII wieku decyzji patriarchy konstantynopolitańskiego o podporządkowaniu kijowskiej cerkwi patriarsze moskiewskiemu.
Po co był prezydentowi Poroszence ten „Cerkexit”? Tak jak niedawno brytyjski premier Dawid Cameron zaproponował swym obywatelom „Brexit” aby poprawić swoje wyborcze notowania, tak teraz ukraiński prezydent Poroszenko uczynił podobnie.
W przyszłym roku na Ukrainie będą wybory prezydenckie. Notowania obecnego prezydenta słabną. Wszystkie sondaże nie dają mu szans na reelekcję. Dlatego zechciał on poprawić sobie popularność korzystając ze wzrostu ukraińskich patriotycznych, nacjonalistycznych wręcz, nastojów. Z silnej niechęci do Moskwy części ukraińskiego społeczeństwa. Uznał zapewne, że dzięki stworzeniu ukraińskiego kościoła prawosławnego, kolejnej instytucji niezależnej od wrogiej Moskwy, uzyska dodatkowe poparcie w nadchodzących wyborach. Skoro nie dało się dać Ukraińcom przysłowiowego chleba, to dostaną strawę duchową.
Czy ten ukraiński „Cerkexit” da też prezydentowi Poroszence ponowną prezydenturę – zobaczymy w przyszłym roku. Jednak geopolityczne konsekwencje tego „Cerkexitu”, tej gry wyborczej, mogą mieć ogromne znaczenie geopolityczne i wpłynąć na przyszłość naszych wschodnich sąsiadów.

 

Nie nasz cyrk?

Powstanie nowej, ukraińskiej cerkwi spotkało się z różnymi reakcjami hierarchów innych, autokefalicznych kościołów prawosławnych. Od postaw wyczekujących po pierwsze krytyki. Obawy, że oto w kościele prawosławnym może dojść do kolejnej schizmy, czyli rozłamu. Do nowego roku 1054, kiedy chrześcijaństwo podzieliło się na dwa konkurencyjne, a potem nawet wojujące ze sobą, kościoły. Obecny prawosławny i katolicki. Czy teraz dojdzie do kolejnego rozłamu ?
Przecież samo już opuszczenie moskiewskiej cerkwi przez ukraińskich wiernych sprawi, że cerkiew moskiewska przestanie być największą na świecie. To teraz nowa ukraińska cerkiew ma perspektywy posiadania największej grupy wiernych. To Kijów może być w przyszłości ważniejszym ośrodkiem prawosławia niż teraz Moskwa.
Może takim zostać, jeśli ten „Cerkexit” odbędzie się pokojowo. Jeśli nie będzie oporu władz Rosji. Jeśli dotychczasowi, uznający moskiewską zwierzchność, ukraińscy wierni bezkonfliktowo przejdą pod zwierzchnictwo nowego, kijowskiego patriarchy. Jeśli jednak część wiernych zechce pozostać przy patriarsze moskiewskim i dodatkowo zyska polityczne poparcie władz rosyjskich, to za naszą granicą zaiskrzy.
W Polsce, zwłaszcza obecnej, kiedy elity polityczne preferują zasadę „nasza chata z kraja”, problem ewentualnego rozłamu w sąsiednim kościele uważany jest za egzotyczny. I dla Polski nieistotny. Bo przecież to „nie nasz cyrk i małpy też nie nasze”.
Polskie społeczeństwo uważane jest za monolityczne religijnie społeczeństwo katolickie. Polskie elity polityczne i polskie media nie zauważają, albo nie chcą zauważać, obecności kościoła prawosławnego w Polsce. Autokefalicznego od moskiewskiego i przyszłego ukraińskiego, ale przecież nie hermetycznego od braci na wschodzie. W Polsce pracuje, studiuje, mieszka około miliona obywateli przybyłych z Ukrainy. I będzie ich jeszcze więcej, bo bez ukraińskich emigrantów polska gospodarka nie może się szybko rozwijać.
Ilu z nich to prawosławni? Ilu z nich należy do moskiewskiej cerkwi? Ilu zechce uznać nową autokefalię?
Polskie elity i media nie zajmują się problemem potencjalnych konfliktów religijnych za naszą wschodnią granicą. A tym bardziej w Polsce. Może dlatego, że katolicka wiara w naszym kraju jest bardzo płytka, bo polski katolicyzm ogranicza się do kultywowania tradycyjnych świąt, religijnych opraw ślubów i pogrzebów. O wojnie religijnej wśród Polaków mowy być nie może, bo nikt tu tak mocno nie wierzy, aby chciał za swą wiarę wojować.
W Wielkiej Brytanii wielu głosujących za „Brexitem” nie miało pojęcia o dalekosiężnych skutkach tej decyzji. W Polsce też początkowo uważano efekt brytyjskiego referendum za wewnętrzny problem Wielkiej Brytanii. Za coś egzotycznego.
Teraz za naszą wschodnią granicą zaczyna się nowy rozdział historii prawosławia. Może też nowy konflikt religijno-państwowy?
Cz znów zostanie przez polskie elity skwitowany refleksją: „Nie nasz cyrk, nie nasze małpy”, bo przecież „nasza chata z kraja”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *