Nieciekawie tuż za płotem

Obwód zakarpacki, jeden z 24 obwodów Ukrainy, graniczący z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią, z 12-procentową mniejszością węgierską, znowu staje się tłem napięć. 30 listopada 2020 r. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy dokonała przeszukań w siedzibie Partii Węgrów Ukrainy (KMKS) w Berehowem, w domu jej lidera i działacza Zakarpackiej Rady Regionalnej Wasyla Brenzowicza, w  biurze fundacji Egan Ede a także w budynku Węgierskiego Instytutu im. Ferenca Rakoczego.

To w ostatnich 18 miesiącach powtórna taka akcja sił bezpieczeństwa Ukrainy. Kijów podejrzewa Węgrów z Zakarpacia o tendencje separatystyczne, oskarża Budapeszt o to, że dąży do restytuowania Wielkich Węgier, tych sprzed traktatu w Trianon. Węgrzy z Zakarpacia w referendum 1991 r. domagali się autonomii, lecz głos ten został zignorowany, chociaż za Węgierskim Okręgiem Autonomicznym było 74 proc. mieszkańców obwodu.
Tymczasem Budapeszt rozdaje obywatelom Ukrainy, którzy udowodnią odpowiednie powodzenie, węgierskie paszporty, a wspomniana fundacja Egan Ede, oprócz wspierania instytucji kulturalnych i edukacyjnych, od 2016 roku udzieliła kilkanaście tysięcy pożyczek i dotacji o łącznej sumie ok. 100 milionów euro.
Na terenach, gdzie mniejszość węgierska jest widoczna, Budapeszt inwestuje w budowę infrastruktury publicznej (nowocześnie wyposażone szkoły, niezłe szpitale), wspiera drobny biznes. A równocześnie grozi zablokowaniem starań Kijowa o członkostwo w UE i NATO, systematycznie od 2017 r. oprotestowując ukraińskie ustawy nakazujące używanie w szkolnictwie, czy szerzej w przestrzeni publicznej, jedynie języka państwowego, kosztem języków mniejszości.
Bez Węgrów nie da się zarządzać Zakarpaciem. Po ostatnich wyborach lokalnych (25 października) rada obwodu zakarpackiego jest podzielona: Sługa Ludu Zełenskiego wygrał 11 mandatów, lokalny komitet „Zakarpacka rodzina”- 12, „Europejska Solidarność” Poroszenki i Platforma Opozycyjna Medwedczuka – po 6 mandatów.
Złoty głos ma Partia Zakarpackich Węgrów, której 10 miejsc w radzie może przesądzać o wyniku każdego głosowania. Oni to wiedzą – dlatego czują się na tyle pewnie, że w niektórych gminach, gdzie zdominowali lokalne rady wiszą na budynkach lokalnej administracji flagi węgierskie (obok ukraińskich), a w niektórych miejscowościach radni rozpoczęli swoją kadencje odśpiewaniem hymnu węgierskiego (po ukraińskim). Nacjonaliści w Kijowie uważają ten fakt za obrazę godności Ukrainy i grożą „zemstą”. Prawy Sektor – szowinistyczna, parafaszystowska formacja działająca jawnie nad Dnieprem – opublikowała na YouTube film z zamaskowany mężczyzną, grożącym zakarpackim Węgrom śmiercią, pozującym na tle wjazdu do Berehowego. Film usunięto 1 grudnia, a wszechwładny minister Arsen Awakow od razu podkreślił, iż konflikt został zainspirowany daleko poza granicami Ukrainy. Nie trzeba chyba dodawać, gdzie. Tymczasem jak podaje Oleg Chavych (za lokalnymi, zakarpackimi mediami) w regionie krążą informacje, iż władze przygotowują się do zakazania działalności KMKS z racji działań „separatystycznych”.
Prawda tymczasem może być dużo bardziej prozaiczna: geopolityka i wielkie sprawy swoją drogą, a tymczasem niektórzy komentatorzy podejrzewają, że inicjatorem akcji SBU wobec zakarpackich Węgrów są machinacje ustępującego gubernatora, byłego generała SBU Aleksija Petrowa  (stronnika Petra Poroszenki), który chciałby zostać przewodniczącym rady obwodu i mieć za sobą stabilną koalicję.
Czyli Węgrów posłusznych, a nie targujących się przy każdym głosowaniu. Taka koalicja miałaby możliwość wyboru swojego gubernatora i obsady miejscowych urzędów swoimi ludźmi, a to oznacza, że położyłaby ręce na środkach płynących do regionu z Węgier. A jeszcze bardziej nieoficjalnie mogłaby też uzyskiwać korzyści z masowo uprawianej kontrabandy, która kwitnie na styku granic Ukrainy i Węgier (czyli UE)…
Wersja prozaiczno-biznesowa wydaje się przy tym wcale nienajgorsza. Bo jeśli inicjatorem działań SBU byłby Petrow, to mocodawcą mógłby być równie dobrze sam Petro Poroszenko, działający przez lojalnego miejscowego urzędnika. Zaostrzenie nastrojów w wielonarodowym regionie i równocześnie doprowadzenie do nowego kryzysu w relacjach węgiersko-ukraińskich miałoby być wkładaniem kija w szprychy i tak coraz wolniej jadącego Sługi Ludu. Gdyby zaś Sługa upadł, Poroszenko miałby przynajmniej szanse na powrót do władzy. Jeszcze inną wersję sugeruje Giennadij Moskal, słynny były gubernator Zakarpacia: w jego przekonaniu to partia Zełenskiego, za pośrednictwem służb, chce przymusić Węgrów do koalicji i do posłuszeństwa. Rozwiązywałoby to za jednym zamachem i kwestię korzyści z zawiązania takiej koalicji, i kwestię uspokojenia newralgicznie położonego regionu.
Gdy jedne domysły gonią inne, pewne jest tylko jedno: pełzający konflikt, nawet jeśli ciągle nie jest „gorący”, ciągnie się już niebezpiecznie długo. A w Kijowie ciągle nie widzą, że podgrzewanie tych narodowych, religijnych i językowych różnic celem uzyskania doraźnych politycznych korzyści prowadzi tak naprawdę do rozluźniania związków między regionami a stolicą, z czego na dłuższą metę nie będzie nic dobrego. Pokojowe współistnienie w wielonarodowościowym kraju jest możliwe. Jednak nie wtedy, gdy systematycznie podważany jest jego sens.

Miesiąc pod ziemią

Krzywy Róg, wielki ośrodek przemysłowy na południowej Ukrainie, ostatni raz przebił się na czołówki krajowych mediów, kiedy urodzony tam Wołodymyr Zełenski i jego partia Sługa Ludu przebojem wygrywali wybory prezydenckie i parlamentarne. Dziś lud roboczy z miasta wyrosłego na rudach żelaza toczy desperacką walkę, a jego samozwańczy sługa milczy. W grę wchodzi w końcu oligarchiczny interes i niewyobrażalne pieniądze.

3 września, po zakończeniu pierwszej zmiany w Oktiabrskiej, jednej z czterech kopalń Krzyworoskiego Kombinatu Rud Żelaza (KZRK), dwudziestu dziewięciu górników nie wyjechało na powierzchnię. Na kartce papieru spisali postulaty. Pierwszy, najważniejszy: podwyżka płac do równowartości 1000 dolarów. Dalej – większa dbałość o bezpieczeństwo w kopalni. Zachowanie prawa do wcześniejszej emerytury przez wszystkich pracowników. I odejście obecnego zarządu, który zaniedbuje zakład, oszczędza kosztem ludzi i sprzętu.
Pozostawanie pod ziemią przez całą dobę i dłużej jest szkodliwe dla zdrowia. W kopalniach Krzywego Rogu, na głębokości od 1190 do półtora kilometra, panuje niska temperatura wysoka wilgotność, płucom i skórze szkodzi grzyb, w powietrzu brakuje tlenu. Dlatego gdy Mychajło Wołyneć, deputowany Batkiwszczyny i przewodniczący Niezależnego Związku Górników Ukrainy zaczynał na swoim profilu na Facebooku relacjonować przebieg dramatycznego protestu, wyrażał nieśmiałą nadzieję, że sprawę da się w miarę sprawnie załatwić, zanim ktoś naprawdę ucierpi.
Ale dyrekcja kombinatu najpierw milczała, a następnie opublikowała komunikat zawierający niedwuznaczne groźby pod adresem strajkujących. Za zakłócenie pracy, skutkujące niewykonaniem planu wydobycia, mieliby zapłacić z własnej kieszeni. Grożono im również, że za „łamanie zasad pracy w szczególnych warunkach” trafią przed sąd karny.
Krzyworoski Kombinat Rud Żelaza, niegdyś część państwowej spółki Ukrrudprom, został w sierpniu 2004 r. sprzedany firmie Solajm, wchodzącej w skład grupy Prywat – oligarchicznego imperium Ihora Kołomojskiego. Dziś właścicielem 99 proc. akcji przedsiębiorstwa jest firma Starmill Limited.
Jak podawał ukraiński Forbes, udziałami w niej dzielą się Kołomojski, za pośrednictwem czterech różnych firm, oraz kolejny niezatapialny oligarcha – Rinat Achmetow, poprzez firmę Metinvest, część jego grupy SCM. Achmetow jest jednak tylko inwestorem, praktyczne zarządzanie przedsiębiorstwem pozostawił Kołomojskiemu. Starmill Limited, z dość oczywistych powodów, zarejestrowana jest na Cyprze.
KZRK wydobywa 45 proc. wszystkich ukraińskich rud żelaza, zatrudnia ponad siedem tysięcy pracowników bezpośrednio; kolejne dwa tysiące miejsc pracy funkcjonuje na zasadzie outsourcingu. To kolejna z aktywnie rozwijanych przez oligarchów form oszczędzania.
Co to znaczy godność?
7 września do Oktiabrskiej przyłączyła się Rodina, potem Ternowska i Gwardiejska. 10 września pod ziemią pozostawało 261 robotników. Na ziemi codziennie odbywały się protesty solidarnościowe: z rodzinami protestujących łączyli się robotnicy z innych zakładów przemysłowych. Na jedno z naziemnych zgromadzeń przynieśli napis: Godność zaczyna się od 1000 dolarów.
Bo właśnie niskie zarobki to największa bolączka robotników z Krzywego Rogu. Opowiedział mi o tym Artiom, trzydziestolatek, wychowany w Krzywym Rogu, od pół roku w Polsce. Pracował w Ternowskiej wtedy, kiedy była jeszcze kopalnią im. Lenina. Byłaby nią zresztą do tej pory, gdyby w 2016 r. ukraiński Instytut Pamięci Narodowej nie tupnął nogą i nie zażądał od KZRK realizacji dekomunizacyjnych zaleceń. Sami górnicy, gdy mieli szansę wypowiedzieć się w sprawie nazwy, nie widzieli specjalnej potrzeby jej zmiany, podobnie jak nie przeszkadzają im pozostałe radzieckie/rosyjskie nazwy kopalń.
O wiele bardziej byliby wdzięczni za nowe maszyny, ułatwiające, na tyle, na ile się da, pracę samemu robotnikowi. Za to, żeby kopalnię systematycznie modernizować, a nie pośpiesznie i doraźnie remontować sprzęt, byle tylko jakoś działał.
Co do tego, że kopalnia im. Lenina była daleka od najnowszych standardów górnictwa, Artiom i jego koledzy nie mieli raczej wątpliwości. Widzieli też, że kierownictwo kombinatu łatwo przechodzi nad tym faktem do porządku dziennego. Miało tylko plan wydobycia i założenie, że trzeba go wykonać. Na rezygnacji z zakupów nowych maszyn można było tylko zaoszczędzić.
To samo opowiada Jurij Samojłow, niegdyś górnik z Oktiabrskiej, dziś przewodniczący Niezależnego Związku Górników Krzywego Rogu. – Cechą szczególną tej kopalni jest to, że ruda żelaza znajduje się bardzo głęboko, półtora kilometra pod ziemią. Kierownictwo nie wprowadza jednak technicznych innowacji, które polepszyłyby warunki pracy. Od czasów, kiedy ja tam pracowałem, nic się nie zmieniło. Ten sam olewczy stosunek do ludzi i sprzętu.
Płacili na czas, mówi Artiom, gdy pytam, czy nie zdarzały się u nich wielomiesięczne zaległości w wynagrodzeniach, o których słychać, z przerażającą systematycznością, w różnych zakładach i regionach Ukrainy. Nie, w kopalni im. Lenina z pieniędzmi się nie spóźniali. Tyle tylko, że płacili mało. Przez pięć lat pracy w kopalni egzystował od wypłaty do wypłaty. Mógł zapomnieć o oszczędzaniu na mieszkanie czy o porządnym urlopie.
I właśnie przez pieniądze, nawet nie przez warunki pracy czy zakres obowiązków („w kopalni nie trzeba bać się wypadków, jeśli się zachowuje instrukcje, zasady bezpieczeństwa”) w końcu pojechał szukać szczęścia gdzie indziej.
Ci, którzy zostali, wiedzą, że stałymi kontrahentami KZRK są oddziały Arcelor Mittal (w Polsce i Czechach), US Steel (w Koszycach) i kombinat metalurgiczny w Mariupolu. W 2019 r. KZRK osiągnął 1,583 mld hrywien czystego przychodu, dwa razy więcej, niż rok wcześniej. Tymczasem zarobki robotników nie tylko nie rosły, ale też pozostają niższe nawet od – również pozostawiających wiele do życzenia – pensji w krzyworskim kombinacie metalurgicznym sprzedanym koncernowi Arcelor Mittal. Krótko przed protestem jeszcze spadły: wprowadzono nowe zasady wyliczania pensji, nie według stawki godzinowej, a według faktycznego wydobycia.
Gdy stare, niewymieniane nawet od 30 lat i niekonserwowane maszyny stały, robotnicy nie mogli pracować i zarabiać. Nagle zagrożone stały się nawet dotychczasowe pensje, po przeliczeniu na złotówki nieprzekraczające 1000-1300 zł.
Do tego załogi kopalń dowiedziały się, że ich stanowiska pracy będą weryfikowane przez zewnętrzną firmę z Charkowa – miała ona ustalić, które górnicze zawody są na tyle wymagające, by dawać prawo do wcześniejszej emerytury i dodatkowych dni wolnych. To szczególnie oburzyło zatrudnione w kopalniach kobiety – w KZRK jest ich dużo, 25 proc. załogi; jedna reforma emerytalna w ostatnich latach na Ukrainie już w nie uderzyła.
Walka klas
11 września negocjacje między związkami a zarządem kombinatu zostają zerwane. Dyrekcja nie zamierza spełnić postulatów górników, chociaż po ich stronie jest coraz więcej ludzi. Przynoszą do kopalń jedzenie i leki, rozbijają przed budynkiem władz miejskich miasteczko namiotowe, postanawiają ruszyć do Kijowa: niech głos zabiorą premier i prezydent. Przecież Wołodymyr Zełenski pochodzi właśnie z Krzywego Rogu. Z 95 kwartału, dzielnicy miasta, która dała nazwę jego kabaretowi, a potem firmie producenckiej, można prostą drogą – jedną z głównych arterii miasta – dojechać do wszystkich czterech strajkujących kopalń.
Ale Zełenski milczy. Inni przedstawiciele władz ograniczają się do gestów: wiceminister gospodarki zjeżdża do jednej ze strajkujących kopalń, potem to samo robi dwójka parlamentarzystów „Sługi Ludu”, premier Denys Szmyhal tworzy komisję, która ma „zbadać sytuację”. Robotnicy doskonale rozumieją, że to nic nie znaczy. Zostają pod ziemią. Mychajło Wołyneć codziennie publikuje na Facebooku zdjęcia kartek z podsumowaniem, ilu ludzi ciągle walczy. Z dnia na dzień liczby są coraz mniejsze, codziennie karetki pogotowia odwożą wycieńczonych robotników do szpitala.
Witalij Dudin, lider lewicowej organizacji Socialnyj Ruch, nazwał Krzywy Róg epicentrum walki klasowej w kraju. Robotnicy z tutejszego zagłębia w 2017 r. przeprowadzili wielki skoordynowany strajk kilku wielkich przedsiębiorstw, domagając się podwyżek. Do wspólnego protestu stanęli wówczas zatrudnieni w KZRK, w kopalni Jubilejna (też należy do prywatnej spółki Jewraz Sucha Bałka) oraz w miejscowym oddziale Arcelor Mittal (sprywatyzowana Kryworiżstal).
Odnieśli wtedy częściowe zwycięstwo, którego zresztą przyszło im potem praktycznie co roku bronić drogą kolejnych protestów. Uzyskali podwyżkę zarobków, przed protestem jeszcze bardziej głodowych. Znamienne, że gdy górnicy z KZRK walczą pod ziemią, kierownictwo Jubilejnej po cichu zapowiada podwyżki u siebie. Widmo strajku solidarnościowego, który ogarnąłby całe żyjące z przemysłu miasto, ciągle straszy.
Czy sami górnicy wiedzą, że biorą udział w walce klas? Postulatów politycznych nie wysuwają, chociaż ostre hasła uderzające w oligarchów podczas ich protestów słychać. Niezależny Związek Górników Ukrainy uruchamia wszelkie kanały, by skłonić władze do negocjacji. Z daleka poparcie dla górników wyraziła Międzynarodowa Organizacja Pracy i federacja pracowników przemysłowych IndustriALL.
Dużo bliżej jest Służba bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), błyskawicznie zawiadomiona przez oligarchów: rodziny strajkujących robotników skarżą się, że są śledzeni, że dziwni ludzie podchodzą do górniczych dzieci przed szkołą, pytają o rodziców.
Znikające miliony
Z inicjatywy niezależnych górniczych związków zawodowych i organizacji Socialnyj Ruch europarlamentarna frakcja Zjednoczonej Lewicy / Nordyckiej Zielonej Lewicy (GUE/NGL) zbadała proceder wyprowadzania zysków z eksportu ukraińskiej rudy żelaza oraz ukraińskiej stali za granicę. Specjalna komisja badawcza ustaliła, jak surowce sprzedawane są po zaniżonych cenach podstawionym, specjalnie do tego celu stworzonym firmom z rajów podatkowych, by te następnie sprzedawały je dalej, już po cenach rynkowych. Przyjmując, że ceny są zaniżane o 20 proc., komisja przyjęła, że ukraiński budżet traci tym samym rocznie 540 mln dolarów w niezapłaconych podatkach. Tak było w latach 2015-2017. W tym samym czasie makrofinansowa pomoc Unii Europejskiej dla Ukrainy wynosiła 460 mln dolarów rocznie.
Raport został opublikowany, oligarchom włos z głosy nie spadł. Do nich należą na Ukrainie władza, pieniądze i media. W kraju, gdzie wszystkie ruchy lewicowe oraz idee socjalistyczne zostały niemal wyrwane z korzeniami, tlący się gniew obywateli został skanalizowany, gdy podsunięto im eklektyczno-efekciarską partię o nazwie zakrawającej na szyderstwo oraz jej lidera-komika. Wołodymyr Zełenski dobrze wie, czego teraz oczekuje od niego Kołomojski et consortes: ani razu nie wyszedł do górników z rodzinami, którzy od kilku dni codziennie pikietują przed Radą Najwyższą w Kijowie. Na wszelki wypadek główne ukraińskie media również milczą o proteście. I tylko mer i rada miejska Krzywego Rogu (też „słudzy ludu”), wiedząc, że jeśli teraz pozostaną bezczynni, to z władzą i autorytetem mogą się szybko pożegnać, przyjęli oświadczenie z apelem o rozwiązanie konfliktu i uwzględnienie żądań robotników. W końcu akurat od nich i tak nic w tej sprawie ostatecznie nie zależy.
Prawnik i obrońca praw człowieka Ihor Tokowenko w rozmowie z ekonomicznym portalem Diengi nie ma wątpliwości, że prywatyzacja krzyworoskich złóż i kopalń nigdy nie powinna była mieć miejsca. Te bogactwa winny przynależeć państwu, miejscowym władzom – w końcu wydobycie odbywa się dosłownie pod miastem – oraz samym robotnikom. Sam Tokowenko wie jednak, że w obecnych realiach to nieosiągalne marzenie. Politycy na pasku oligarchów doprowadzili do sprzedaży przemysłowych gigantów, kombinaty górnicze stały się przedmiotem gorszących rozgrywek między miliarderami i nikomu z wielkich graczy nie zależy, by było inaczej.
Międzynarodowa opinia publiczna? Unia Europejska? Patrzą w innym kierunku, gdy 21 września Mychajło Wołyneć publikuje kolejną kartkę. Oktiabrska: 25. Rodina: 68. Gwardiejska: 25. Ternowska: 31. Sto czterdzieści dziewięć osób pod ziemią, niektórzy od prawie dwudziestu dni. Mają się jeszcze odbyć negocjacje, choć nie z samym dyrektorem kopalni. „Słudzy ludu” milczą. Oligarchowie liczą pieniądze.

Unia nie daje Ukrainie

Ukraina, której gospodarka znajduje się w opłakanym stanie, próbuje zmienić ten stan rzeczy. Projekty, by państwo pomagało swoim przedsiębiorstwom spotkały się z natychmiastową reprymendą Brukseli.

W Radzie Najwyższej grupa posłów złożyła w maju br. projekt ustawy, której celem jest pomoc przemysłowi maszynowemu Ukrainy, niegdyś słynącym z wysokiej jakościowo produkcji, obecnie znajdującym się na krawędzi ogólnego bankructwa. Jeżeli w marcu spadek produkcji wyniósł 8 proc., to w kwietniu 17 proc.
Projekt zatytułowany był: „Obrona ukraińskich towarów, prac i usług przed importowanymi alternatywami” i chodziło w nim o pewną formę protekcji ukraińskiego przemysłu takie jak priorytet ukraińskich przedsiębiorstw, korzystna polityka podatkowa dla ukraińskich dostawców, wymagania, by od 15 do 30 proc. wytwórców znajdowało się na Ukrainie itp.
Unia Europejska zareagowała szybko i brutalnie poprzez swojego ambasadora na Ukrainie, Matti Maasikasa. Polityk europejski nie pozostawił żadnych złudzeń: jeśli projekt otrzyma wsparcie władz Ukrainy, europejskie banki zaprzestaną kredytowania ukraińskiej gospodarki. Powołuje się przy tym, oczywiście, na zasadę równoprawności podmiotów uczestniczących w procesie handlu i produkcji, choć nie ma żadnych wątpliwości, że ukriańskie podmioty, będące w fazie ostrego kryzysu nie mają żadnej „równoprawności” w porównaniu z bogatymi i bezwzględnymi europejskimi graczami. Maasikas twierdzi, że wspomniane projekty zmian w ukraińskim prawie godzą w istotę współpracy między Ukraina a Unia Europejską.
„W tej sprawie [pomocy państwa ukraińskim podmiotom – przyp. red.] chcemy podkreślić, że te wymagania mogą okazać poważny negatywny wpływ na przyszła działalność takich instytucji [jak Europejski Bank Inwestycyjny- przyp. red]. w Ukrainie i odpowiednie poparcie UE”, pisze w liście Maasikas.
„Unia Europejska jest gotowa do dalszych dyskusji nad tymi problemami i wsparciu władz ukraińskich swoim doświadczeniem wykorzystania państwowych zamówień jako środka strategicznego w celu rozwiązania międzynarodowych interesów z zachowaniem głównych zasad i międzynarodowych zobowiązań Ukrainy”, takim przywołaniem do porządku Ukrainy kończy swój list Maasikas.

Saakaszwili wraca do łask

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski mianował byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego na wpływowe stanowisko przewodniczącego komitetu wykonawczego Komitetu ds. Reform. W reakcji na ten fakt władze w Tbilisi wezwały swojego ambasadora w Kijowie na konsultacje co w języku dyplomacji oznacza czasowe obniżenie rangi szefa placówki dyplomatycznej w sytuacji sporów bądź zaostrzenia stosunków między krajem wysyłającym i przyjmującym ambasadora.

Saakaszwili jest przez gruzińskie władze poszukiwany listem gończym w związku z ciążącymi nad nim zarzutami o charakterze kryminalnym. W czerwcu 2018 r. gruziński sąd skazał go zaocznie na sześć lat pozbawienia wolności m. in. za przekroczenie uprawnień podczas siłowego rozpędzenia demonstracji w listopadzie 2007, udział w zabójstwie jednego z gruzińskich bankierów oraz sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy. Gruzja niejednokrotnie występował do Ukrainy z żądaniem wydania jej byłego prezydenta jednak bez rezultatu. Saakaszwili uciekł z Gruzji w 2013 r. natychmiast po inauguracji nowego prezydenta Georgija Margelaszwili.
W dwa lata później ówczesny prezydent Ukrainy Petro Poroszenko przyznał mu ukraińskie obywatelstwo i wyznaczył go na stanowisko gubernatora obwodu odeskiego. Jednak już w następnym roku odwołał go z tego stanowiska z powodu „niskich wskaźników ekonomicznych”, pozbawił obywatelstwa i zakazał mu przyjazdu na Ukrainę.
Przez następnych kilka lat Saakaszwili pałętał się po świecie. Przebywał po trochu w Belgii, Stanach Zjednoczonych, Holandii jako mąż Holenderki a także w Polsce i w 2018 r. przekroczył nielegalnie granicę z Ukrainą skąd po próbach wiecowania ze swoimi zwolennikami został wydalony.
W maju ubiegłego roku Zełenski przywrócił mu obywatelstwo Ukrainy co też umożliwiło mu prowadzenie działalności politycznej. Jednak założone przez niego ugrupowanie Ruch Nowych Sił nie odegrało żadnej roli w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych a sam Saakaszwili agitował wyborców do głosowania na prezydencką partię Sługa Narodu.
Po roku pobytu na Ukrainie w charakterze zwykłego obywatela prezydent Zełenski zaproponował mu wejście do rządu na stanowisku I wicepremiera ds. reform. Jednak jego kandydatura nie była rozpatrywana przez parlament, ponieważ mogłaby nie uzyskać akceptacji ze strony większości deputowanych.
Zełenski znalazł jednak wyjście z sytuacji i powierzył swojemu protegowanemu kierownictwo Komitetu ds. Reform, gdzie nie potrzebował już niczyjej zgody. Komitet nie jest ciałem decyzyjnym a jedynie organem doradczym prezydenta. Może jednakże mieć wpływ na politykę państwa posiadając kompetencje co do strategicznego planowania i koordynacji reform.
Po otrzymaniu nominacji Saakaszwili nie szczędził podziękowań i słów zachwytu wobec ukraińskiego prezydenta. W swoim pierwszym wystąpieniu zaznaczył, że jest gotów maksymalnie pomagać prezydentowi. Jak się wyraził Ukrainę należy wyciągnąć z bagna a może tego dokonać tylko prezydent, który „nigdy nie był złodziejem i nigdy nim nie zostanie”. Zapowiedział też, że będzie działał na rzecz liberalizacji dotkniętej koronawirusem ukraińskiej gospodarki uwalniając ją od zbyt wielu – jego zdaniem – regulacji wprowadzonych przez państwo.
Mianowanie Saakaszwilego spowodowało natychmiastową reakcję ze strony Gruzji. Minister spraw zagranicznych Dawid Zalkaliani oświadczył, że nominacja ta spowodowała „pewne problemy w stosunkach dwustronnych” i w rezultacie wezwał swojego ambasadora w Kijowie na konsultacje. Zabrał też głos premier Georgij Gacharija precyzując, że Tbilisi nie odwołuje ambasadora a jedynie wzywa na konsultacje dotyczące tego jak „chronić strategiczne i braterskie stosunki z ukraińskim narodem od tych awanturników-polityków”. Zaznaczył, że niezrozumiałe jest to, że strategiczny partner mianuje na stanowisko kogoś, kto został skazany za popełnienie ciężkich przestępstw. Jednak równocześnie w dyplomatyczny sposób wyraził przekonanie, że stosunki między Gruzją a Ukrainą nie ucierpią z powodu „poszczególnych nieodpowiedzialnych polityków”. Oświadczył też, że ma nadzieję na to, że ukraińskie władze nie pozwolą by Saakaszwili ingerował z Kijowa w wewnętrzne sprawy Gruzji dodając, że bardzo go ta sprawa interesuje i będzie ją bacznie obserwować.
Reakcję ze strony gruzińskiej Wołodymyr Zełenski starał się zbagatelizować. Nazwał ją mylną jednocześnie twierdząc, iż Ukraina ma z Gruzją wspaniałe stosunki i nie będzie wzywać na konsultacje swojego ambasadora, ponieważ stosunki między obu krajami są bardziej długotrwałe niż rządy w jakimkolwiek państwie. Jego zdaniem, po konsultacjach wszyscy zrozumieją, że w każdym państwie polityka kadrowa obejmuje obywateli, którzy tam żyją. Z kolei rzeczniczka ukrańskiego MSZ Kateryna Zełenko „uściśliła”, że władze w Kijowie chcą wykorzystać doświadczenia byłego gruzińskiego prezydenta w zakresie wdrażania reform dodając, że ma on na tym polu „znaczące osiągnięcia”.
Kijów i Tbilisi łączy negatywny stosunek do Rosji, choć w Gruzji jest mniej eksponowany, i co za tym idzie dążenie do wstąpienia w szeregi NATO. Przy podkreślanym przez Gruzję strategicznym partnerstwie między obu krajami decyzja ukraińskiego prezydenta wobec Saakaszwilego wydaje się być niezrozumiała a prawdziwe motywy faworyzowania byłego prezydenta Gruzji oraz istota wzajemnych relacji między obu politykami pozostają wciąż niejasne.

Ukraina nie zmieni priorytetów

Zmiany kadrowe w ukraińskim rządzie nie zmieniają jego priorytetów – wszelkie wątpliwości rozwiał prezydent Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla „Bloomberga”. Przy okazji zadziwiająco szczerze wypowiedział się o tym, jak wielkie znaczenie na Ukrainie, sześć lat po Majdanie, nadal mają znienawidzeni oligarchowie.
Wymianę rządu, który jeszcze dwa tygodnie temu zbierał od niego pochwały, Zełenski wytłumaczył potrzebą „efektywności” pracy gabinetu. Zapewnił, że nikogo, kto pracuje efektywnie, nie wyrzuci z posady i raz jeszcze przekonywał, że obecny rząd przeprowadza w kraju reformy o historycznym znaczeniu.
Niewątpliwie takich zmian spodziewała się po Majdanie znaczna część ukraińskiego społeczeństwa, ale w tej samej rozmowie Zełenski przyznał mimochodem, że demontaż patologicznego układu oligarchów żerujących na zasobach Ukrainy nie został nawet dobrze zaczęty. – Oligarchowie kontrolują 70-80 proc. aktywów Ukrainy. Każdy menedżer na Ukrainie pracował dla któregoś z nich albo jest w jakiś sposób z jednym z nich powiązany – powiedział prezydent.
Zełenski mówił, że w obecnych czasach politycy ukraińscy powinni reformować, nie oglądając się na rankingi popularności, ale komentatorzy nie mają wątpliwości: to właśnie spadający ranking popularności prezydenta i jego partii Sługa Ludu był jedną z przyczyn, dla których rząd „młodych i dynamicznych menedżerów” wyleciał w powietrze. W lutym sondaże pokazywały, że już 53 proc. Ukraińców uważa, że sprawy kraju zmierzają w złym kierunku, a 60 proc. twierdziło, że nie ma zaufania do rządu (do prezydenta – 40 proc.). Tymczasem jeszcze pół roku temu 78 proc. społeczeństwa była raczej skłonna dawać gabinetowi Honczaruka szansę…
Cokolwiek kuriozalnie brzmi na tym tle deklaracja Zełenskiego, że nowy rząd będzie robił zasadniczo to samo, co poprzedni, a przynajmniej takie same stoją przed nim zadania. Denys Szmyhal i jego gabinet będą kontynuować współpracę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, dokończyć reformę zezwalającą na swobodny obrót ziemią. Zwłaszcza ten drugi temat budzi wśród Ukraińców ogromne kontrowersje i raczej nie sprawi, że rząd nagle zacznie cieszyć się autentyczną sympatią. Do tego Szmyhal podobnie jak poprzednik jest admiratorem polskiej transformacji gospodarczej i chciałby się na niej wzorować.

„Miłość polsko- ukraińska pod anty ruską banderą

Rok 2020 będzie niezwykle ważny dla naszych ukraińskich sąsiadów. Już 7 lutego 2019 Rada Najwyższa Ukrainy wpisała do Konstytucji zapis o strategicznym dążeniu Ukrainy do członkowstwa w NATO i Unii Europejskiej. Przyjęto go entuzjastycznie jako sygnał do wymarszu ku europejskim, demokracjom parlamentarno- gabinetowym i Atlantyckiej wspólnocie wojskowej. No i pożegnanie z „ruskim mirem” oraz putinowską „Demokracją suwerenną”.
Paryż mrozi
Rok 2020 kiepsko się zaczął dla proeuropejskich, ukraińskich aspiracji. Unię Europejska opuściła Wielka Brytania, tradycyjna orędowniczka rozszerzenia Unii, przede wszystkim przyjęciu sześciu państw bałkańskich. Ale w starej Unii Europejskiej zwyciężyła doktryna francuskiego prezydenta Macrona – „Najpierw pogłębienie, potem rozszerzenie”. Co oznacza, że zanim Unia Europejska nie zreformuje się, to nowych państw przyjmować nie będzie. Przynajmniej szybko nie powinna. Takiej „czarnej polewki” zakosztowała właśnie Macedonia Północna i Albania. Dwa państwa o łącznej liczebności 6,5 miliona obywateli. Bardzo zaawansowane w reformowaniu swego prawa tak, aby pasowało do unijnego. Porównując unio europejskość Macedonii i Albanii z ukraińską, nietrudno zauważyć, że Kijów pozostaje w tyle pro unijnego peletonu. I jeśli nie przeprowadzi reformy samorządowej i agrarnej w tym roku, to zdecydowanie umocni się na ostatniej pozycji.
Obie reformy obiecywał już nowy prezydent Ukrainy w czasie swej zeszłorocznej wizyty w Paryżu. Jednakich realizacja nie jest łatwa. Do tej pory ziemia rolna na Ukrainie jest własnością państwa. Uprawiają ją, zwykle w formie wielkich farm i latyfundiów, prywatni dzierżawcy. Jeśli ziemia ta zostanie sprywatyzowana w formie latyfundiów, to grupa ukraińskich oligarchów umocni się jeszcze bardziej. Jeśli do prywatyzacji dopuszczeni zostaną zagraniczni inwestorzy, co politycy ukraińscy obiecywali, to zagoszczą tam chińscy panowie magnaci oraz amerykańskie, globalne koncerny produkujące żywność na skalę przemysłową. Już teraz lobby rolnicze z Unii Europejskiej obawia się ukraińskiej konkurencji. Jeśli po przyszłej reformie agrarnej ukraińskie rolnictwo zdominują giga latyfundia, to przyszła Ukraina będzie kłopotem dla przyszłej, wspólnej polityki rolnej Unii Europejskiej.
Reforma samorządowa, polegająca na decentralizacji władzy, na pewno przybliży Ukrainę do Unii Europejskiej. Pozwoli sąsiadującym, europejskim regionom jeszcze lepiej współpracować z dotychczasowymi ukraińskimi partnerami. Z drugiej strony taka decentralizacja władzy w regionach może sprzyjać legitymizacji władzy pro rosyjskich separatystów z regionów Donbasu i Ługańska. Tam gdzie państwo ukraińskie już teraz kontroli nie ma, a po takiej reformie tym bardziej kontroli może nie mieć.
Zatem pytanie: Robić reformę rolną aby oddalić się od modelu rolnictwa w Unii Europejskiej i robić reformę samorządową aby przybliżyć Donieck do Rosji?, pozostaje gorzkim i fundamentalnym.
Donbas pas
Równie gorzka jawi się przyszłość kontrolowanego obecnie przez prorosyjskich separatystów terytorium. W czasie Forum dyskutowano o problemach odbudowy regionu Donbasu, zwłaszcza tej 1/3 jego terytorium nadal zajętego przez separatystów. Zgodzono się, że odbudowa dawnego systemu ekonomicznego Donbasu nie ma już sensu. Tradycyjne hutnictwo i węgiel kamienny to technologie przeszłości. Dodatkowo ten separatystyczny region jest teraz systematycznie dewastowany, rozkradziony, dekapitalizowany. Nie ma tam cywilnej gospodarki, jest „dziki kapitalizm wojenny”. Nie ma też wystarczających kadr dla przyszłej, cywilnej gospodarki. I dodatkowo regionowi grozi katastrofa ekologiczna, bo wszelka infrastruktura od lat przestała być modernizowana. Dlatego z roku na rok znaczenie gospodarcze Donbasu będzie spadać, a koszty jego odbudowy będą coraz droższe. Dziś Kijów deklaruje, że odbuduje gospodarczo Donbas, ale już jako inną, nowoczesną strukturę gospodarczą. Trudno w te deklaracje uwierzyć, bo przecież cała Ukraina wymaga systemowego euro remontu. Dlatego Donbas ma szanse stać się kolejnym zacofanym, peryferyjnym regionem podobnym Naddniestrzu czy Abchazji. Niestety bez regionalnych koniaków, bez Morza Czarnego. Za to z wydobywanym tam węglem sprzedawanym w Polsce rządzonej przez PiS.
Bolszewika goń
Elity PiS, obecne na Forum, deklarowały, że ich Partia jest najbardziej pro ukraińską formacją polityczną w IV Rzeczpospolitej. Czyniły to wielokrotnie ustami pani wicemarszałek Małgorzaty Gosiewskiej, pana wicemarszałka Ryszarda Terleckiego oraz innymi, już mniej utytułowanymi. Te deklaracje miłości elit intelektualno- politycznych PiS nie zostały potwierdzone przez odpowiednich rangą polityków ukraińskich.
Bo w tym roku reprezentacja ukraińskiej Rady Najwyższej zbojkotowała zaproszenia do wspólnych aktów miłości podczas Forum. Może dlatego pan marszałek Terlecki wiele gorzkich i twardych słów o swoich ukraińskich partnerach rzekł raczył.
Zebrani na Forum europejscy politycy i eksperci uznali, że stosunki polsko- ukraińskie na poziomie najwyższych władz politycznych są złe. Od pięciu lat nie było przecież wizyty polskiego premiera na Ukrainie. I choć PiS uważa się za partię pro ukraińską, to politycy ukraińscy uważają PiS za formację jawnie anty ukraińską. Cierpliwie czekają, aż PiS straci w Polsce władzę.
A na poziomie samorządów, uczelni i instytucji kulturalnych współpraca jest dobra, czasem znakomita. Podobnie jest ze współpracą gospodarczą. Kiepsko bywa na poziomie dużych przedsiębiorstw, bardzo dobrze jest na szczeblu średniego i małego biznesu.
Najsilniej elity polityczne PiS i Ukrainy łączy wezwanie do walki z Rosją. W tym roku podczas Forum można było usłyszeć krytykę polityki Rosji znacznie częściej niż w latach poprzednich. Elity polityczne rządzące Polską i Ukrainą planują zacieśnienie współpracy wojskowej Ukrainy z NATO, aby przeciwstawić się Rosji. No i wedle zasady „Najpierw członkowstwo w NATO, potem w UE”.
Planują wspólne protesty przeciwko blokowaniu Morza Azowskiego i okupacji Morza Czarnego przez Rosję. Umiędzynarodowienie konfliktu pomiędzy Tatarami i Rosjanami na Krymie. Bojkot ekonomiczny Krymu i portu w Noworosyjsku. Wspólny antyrosyjski front propagandowy w zachodniej Europie. Planują też wielkie, uroczyste wspólne obchody zwycięstwa polsko- ukraińskiego w wojnie 1920 roku z Armią Radziecką.
Tu jednak strona polska wkracza na pole wspólnej polityki historycznej. Pole usiane gęsto, tradycyjnymi minami. Nie wiem, czy uda się stronie polskiej ustąpić wystarczająco dużo pola dla strony ukraińskiej. Sojusznika drugorzędnego, ale też na polu polityki historycznej wielce ambitnego.
Czas po obchodach Bitwy Warszawskiej pokaże, czy pogoń za nieboszczykiem bolszewikiem stanie się mową viagrą dla współczesnej miłości polsko- ukraińskiej?
PS. We wtorek 18 lutego o godzinie 17:00 w lokalu „Kuźnicy” przy Al. Słowackiego 44 (parter) w Krakowie odbędzie się spotkanie z Piotrem Gadzinowskim, redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna”.. Zapraszamy , zapraszamy!

Ostatni bój ukraińskich pracowników

Nowy neoliberalny kodeks pracy zrobi z Ukraińców parobków – alarmują związki zawodowe nad Dnieprem.

Pod siedzibą rządu w Kijowie oraz w wielu innych miastach Ukrainy 30 stycznia odbyły się demonstracje związków zawodowych i organizacji lewicowych przeciwko projektowi nowego kodeksu pracy. Prawo wzięte prosto z marzeń neoliberałów i z koszmarów sennych pracowników świadomych swoich interesów to jeden ze sztandarowych projektów rządu Ołeksija Honczaruka. Najprawdopodobniej przejdzie, gdyż rządowa frakcja ma większość w Radzie Najwyższej.

Ponadto frekwencja na proteście pokazywała raczej słabość ukraińskiego ruchu związkowego – przeciwko zmianie kodeksu pracy, która jest wyjątkowo niekorzystna odla pracowników, pod gmach rządu przy ul. Hruszewskiego przyszło protestować kilka tysięcy osób. W porównaniu z tłumami na Majdanie to naprawdę niewiele, a przecież wprowadzane zmiany uderzą w każdego Ukraińca, który nie zdecyduje się na emigrację zarobkową.

Powyżej tysiąca oburzonych udało się zmobilizować także związkowcom z Zaporoża, Charkowa, Czernihowa i Krzywego Rogu. Kilkaset zgromadziło się na protestach w Użhorodzie, Równem, Mikołajowie, Winnicy, Dnieprze oraz we Lwowie. To akurat sukces. W przemysłowym Krzywym Rogu walka pracownicza ma wielkie tradycje, a lokalne związki także w ostatnich latach rzucała z powodzeniem wyzwanie wielkim i bezwzględnym pracodawcom, ale w pozostałych miastach w ostatnich latach ruch pracowniczy był w niemal całkowitej stagnacji.

Praca niebezpieczna i niestabilna

– Pracownik będzie mógł bez większych trudności zostać zwolniony, gdy jest na urlopie, na chorobowym lub na urlopie macierzyńskim. Neoliberalne prawo pracy zrobi z Ukraińców parobków – ten fragment stanowiska przyjętego przez Zjednoczenie Związków Zawodowych Ziemi Lwowskiej zawiera w sobie część zarzutów, jakie pod adresem nowego kodeksu mają obrońcy praw pracowniczych. A to nie wszystko.
Po wejściu w życie nowego ustawodawstwa pracownik nie będzie mógł odmówić wykonywania swoich obowiązków, kiedy zatrudniający nie zapewni mu warunków zgodnych z zasadami BHP, wynagrodzenie za nadgodziny ma wynosić zaledwie 20 proc. zwykłej stawki godzinowej, a okres wypowiedzenia przy zwolnieniu zredukowano do 15 dni. Pod pretekstem „wyrównywania szans mężczyzn i kobiet” z nowego prawa wykreślono również przepisy chroniące matki z dziećmi – nie można było dotąd ich zwolnić, dopóki dziecko nie skończyło 3 lat, zaś samotne matki miały gwarancję zatrudnienia aż do ukończenia przez syna lub córkę lat 14.

Wyrzucić ministra

Do uproszczonej procedury zwalniania pracownika, który za wspomnianym 15-dniowym wypowiedzeniem będzie mógł zostać wyrzucony w zasadzie zawsze, kiedy pracodawca uzna to za stosowne, nawiązali demonstranci podczas wczorajszych zgromadzeń. Na jednym z transparentów zebrani ludzie, jako „pracodawcy rządu”, ogłosili zwolnienie Tymofija Myłowanowa, ministra gospodarki i jednego z głównych architektów antyspołecznej reformy. Na innym napisano: Nawet koronawirus umarłby od takiej pracy!, jeszcze na innym: Precz z niewolnictwem! Co do tego, że kodeks uczyni z pracowników najemnych niewolników, wątpliwości nie ma również Witalij Machynko, przewodniczący związku zawodowego Solidarność Robotnicza.

– W kodeksie znalazło się m.in. pojęcie kontraktu z nienormowanym czasem pracy. To oznacza, że pracownik jest zobowiązany do pracy tyle godzin, ile mu nakaże pracodawca,byle zgadzała się miesięczna pula godzin. W praktyce oznacza to, że jednego dnia, kiedy nie ma materiałów, albo po prostu takiej potrzeby, dzień pracy dla każdego może wynosić 2 – 3 godziny. A kiedy trzeba nadgonić czas i zamówienia, pracodawca może całkowicie bezkarnie zmusić swoich pracowników do pracy np. 16 godzin – alarmuje Machynko.

Być jak Polska

Ukraiński rząd wydaje się jednak bardzo zadowolony z przygotowanej ustawy i raczej nie zanosi się na to, by się z niej wycofał. Minister Myłowanow obiecuje, że jego kraj dzięki deregulacji i uproszczeniu przepisów stanie się „mekką dla inwestorów”, podobne wizje kreśli prezydent Zełenski. W ocenie lewicowych organizacji Myłowanow uprawia w internecie zwyczajną dezinformację, wychwalając zalety nowych przepisów i zapewniając, że wszystkie wady to wymysł związkowców.
Wschodnioeuropejska praktyka pokazuje, że nie da się równocześnie przyciągać za wszelką cenę biznesu i dbać o prawa pracowników. Dowodzi tego choćby przykład polskiej transformacji, którym ukraińskie władze bardzo się zachwycały.

Ukraina zażąda reparacji wojennych od Rosji?

Okazuje się, że poza Prezesem Państwa, jego akolitami i wyznawcami są jeszcze ludzie, którzy autentycznie zazdroszczą Polsce upadku i międzynarodowej izolacji. To część ukraińskiej skrajnej prawicy.

Oleg Tiahnybok to znany na Ukrainie prawicowy ekstremista, lider skrajnej partii Swoboda. Wezwał on, wskazując na Polskę jako wzór, władze w Kijowie do natychmiastowego sformułowania i wysunięcia roszczeń odszkodowawczych wobec Rosji w związku z drugą wojną światową. Polityk powołuje się też na przykład krajów bałtyckich, które wraz z Polską tworzą osobliwy konglomerat krajów, w których fundamentalną tożsamością nowych władz jest nieokiełznana i nieskończona nienawiść do Rosji.
Szef ukraińskiej Swobody zyskał sławę głównie dzięki ostentacyjnemu wyrażaniu poglądów antysemickich i ksenofobicznych, teraz chyba chce zyskać kilka dodatkowych punktów do swojego „kombatanctwa”. Spodziewa się, że Moskwa zapłaci za „szkody wyrządzone na Ukrainie” w czasie drugiej wojny światowej. Tłumaczył, że chodzi mu o okres, w którym III Rzesza zaatakowała radziecką Ukrainę. W jaki sposób ZSRR jest za to odpowiedzialny i dlaczego Rosja jako sukcesorka tego państwa miałaby ponosić jakieś konsekwencje finansowe pozostaje wyłączną wiedzą Tiahnyboka.
Na tym jednak nie koniec. Ukraiński ekstremista życzy sobie także odszkodowania od Rosji „za okupację w ciągu minionego stulecia” oraz specjalnych bonusów za wywłaszczenie i kolektywizację dokonane w pierwszych latach istnienia Związku Radzieckiego. Życzy sobie także specjalnych rekompensat za tzw. wielki głód oraz „dziesiątki milionów zabitych Ukraińców”.
Lista żądań Tiahnyboka nie kończy się i na tym.
Domaga się on także przekazania ekwiwalentu części rezerw walutowych ZSRR. Jest to szczególnie szczególnie odrażające żądanie, gdyż Rosja, po rozpadzie Związku Radzieckiego, wzięła na siebie zobowiązania finansowe wszystkich republik, także Ukrainy. Nawiasem mówiąc, ciężar tych długów był jedną z przyczyn głębokiego regresu cywilizacyjnego jakiego doznała Rosja w latach 90-tych i to nie tylko na początku tej dekady. Także zapomniany już kryzys z roku 1998 wynikał z przesłanek związanych właśnie z wierzytelnościami ZSRR.
Żądanie wynika zapewne z tego, że sam Tiahnybok jest po prostu złym człowiekiem; nie należy jednak pomijać jego ewidentnej ignorancji i wynikającego z niej zaślepienia. Znamy to oczywiście i z naszego podwórka – dość spojrzeć choćby na dorobek Instytutu Pamięci Narodowej. Jednak Tiahnybok jest cokolwiek mocniej szurnięty. Jego wiedzę o drugiej wojnie światowej ujawnia najlepiej wypowiedź z 2004 roku, kiedy to został usunięty z Rady Najwyższej (parlament ukraiński). Oznajmił wówczas, że „Ukraińcy walczyli z Moskalami, Niemcami, Żydami i innymi szumowinami, którzy chcieli zabrać nam nasze państwo”.
Dziś ten „mąż stanu” wskazuje Polskę i postępowanie władz naszego kraju jako przykład do naśladowania. Jak nisko upadliśmy?

Iran się przyznał

Irańczycy przyznali się, że to oni zestrzelili ukraińskiego Boeinga 737-800. Dodają jednak: ta tragedia nie zdarzyłaby się, gdyby nie amerykańskie awanturnictwo w regionie.

Oświadczenie irańskiego prezydenta Hassana Rouhaniego o tym, że to irańska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ukraiński samolot z jednej strony przecina spekulacje dotyczące prawdziwych intencji i sprawców zestrzelenia (przewodniczący ukraińskiej Rady Obrony zasugerował wprost, że to Rosjanie stoją za tragedią), z drugiej zaś, może wcale nie uspokoić tych, którzy za wszelką cenę chcą oskarżyć i, co ważniejsze, ukarać Iran.
Rouhani powiedział, że strącenie samolotu było wynikiem „błędu ludzkiego”. Stwierdził, że „głęboko żałuje” tego, co się stało oraz wyraził współczucie rodzinom zabitych. Dodał, że tragedia była związana z istotnym zagrożeniem ze strony USA, w związku z czym siły zbrojne Iranu zostały postawione w stan pełnej gotowości bojowej. Samolot, jak poinformował sztab generalny Iranu, został omyłkowo wzięty za „samolot nieprzyjaciela” i zestrzelony.
Prezydent Iranu przedsięwziął wszelkie niezbędne działania w celu wypłaty finansowych rekompensat rodzinom zabitych. Zapowiedział też, że prowadzone śledztwo będzie miało na celu ujawnienie winnych strasznej katastrofy.
„To straszny dzień”, napisał w na Twitterze minister praw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif, „wstępne ustalenia wewnętrznego śledztwa sił zbrojnych: to ludzki błąd, popełniony w czasie kryzysu, wywołanym awanturnictwem USA, doprowadził do katastrofy”.
Dowódca sil powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Amir Ali Hadżizade wyjaśniał w telewizji irańskiej, że operator pocisku miał 10 sekund na podjęcie decyzji i otworzył ogień, nie konsultując tego z nikim. Amir Ali Hadżizade powiedział też, że „że chciałby umrzeć i nie być świadkiem takiego wypadku”. Komentując oświadczenie irańskiego prezydenta Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy.
„Dzisiejszy poranek przynosi prawdę. Ukraina nalega na pełne przyznanie się do winy. Oczekujemy, że Iran pociągnie winnych do odpowiedzialności, zwróci ciała, zapłaci odszkodowanie i wyda oficjalne przeprosiny. Dochodzenie musi być otwarte i kontynuowane bez opóźnień i przeszkód” – napisał Zełenski.
Czy przyznanie się władz irańskich do zestrzelenia samolotu i wzięcie na siebie całej winy przyczyni się do uspokojenia napięcia w regionie? Tego na razie nie wiadomo.
W 1988 roku stacjonujący na wodach cieśniny Ormuz, krążownik USS Vincennes wystrzelił rakietę w kierunku AirbusaA300B2, należącego do linii Iran Air. Samolot eksplodował. Zginęło 290 osób. W przeciwieństwie do Teheranu, Waszyngton miał problem z jednoznacznym przyznaniem się do winy. Marynarka poinformowała, że załoga okrętu zidentyfikowała maszynę jako wojskowy F-14 Tomcat oraz, że był to efekt „stresu wojennego”. Dowódca krążownika William C. Rogers przekonywał, że uznał start samolotu jako zagrożenie dla jego jednostki. Strona irańska potępiła zdarzenie jako akt terroru, zauważając, samolot oddalał się okrętu, a więc nie było podstaw by diagnozować ofensywne zamiary, oraz, że nawet jeśli Amerykanie uznali maszynę za myśliwiec, to nie mieli prawa kierować w jej stronę pocisków, bo znajdowała się w irańskiej przestrzeni powietrznej.

Turcy IV Rzeczpospolitej

W maju 1958 roku prasa niemiecka informowała o niezwykle miłej uroczystości. Oto na dworcu w Berlinie radośnie przywitano stutysięcznego gastarbeitera przybyłego z Portugalii. I wręczono mu okolicznościowy prezent. Elegancki motocykl.
Jednak pomimo tak atrakcyjnych zachęt strumień importowanych portugalskich robotników szybko wysechł. Wtedy rządy ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec zaczęły zapraszać gastarbeiterów z Grecji, Włoch, Hiszpanii i Jugosławii. Ci też nie wystarczali dla dynamicznie rozwijającej się niemieckiej gospodarki. Dlatego w 1961 roku niemiecki rząd zwrócił uwagę na Turków, których dwa tysiące już pracowało na dobrobyt Republiki Federalnej. W tamtym roku odpisano niemiecko – turecką umowę regulującą prawnie pobyt tureckich pracowników w Niemieckiej Republice Federalnej. Wszyscy oni mieli być jedynie czasowymi pracownikami – gośćmi niemieckiego państwa. Dwanaście lat później było ich tam już 700 tysięcy, choć żaden z nich motocykla za przyjazd do Niemiec nie dostał. Pomimo tego wielu z nich osiedliło się tam na stałe, jeszcze sprowadziło swych bliskich z Turcji.
Obecnie mieszka w Niemczech ponad 3 miliony Turków i tureckich Kurdów. Tylko cześć z nich uważa się za w pełni zasymilowanych obywateli RFN.

W Polsce przebywa obecnie ponad milion Ukraińców przybyłych w ostatnich latach z sąsiedniej Ukrainy. Są stałymi już „sezonowymi pracownikami”, licznymi studentami, a także rodzinami zatrudnionych w Polsce ukraińskich specjalistów. Wielu z nich ma wsparcie mieszkających tutaj „od zawsze” Ukraińców i Polaków świadomych swych ukraińskich korzeni. Nie wiemy ilu dokładnie mieszka obecnie w Polsce Ukraińców. Spisy ludności z lat 2002 i 2011 były tak przeprowadzane, aby maksymalnie zniechęcać wszystkich obywateli III Rzeczpospolitej do ujawniania swych niepolskich korzeni. Do ukrywania innej, niż katolicka, religii.
Dodatkowo, pomimo trzydziestoletniego istnienia III Rzeczpospolitej żaden z jej rządów nie opracował jeszcze kompleksowej, spójnej polityki migracyjnej. Nawet rządy uważane za lewicowe.

Elity związane z „Prawem i Sprawiedliwością” wpisały na swe polityczne sztandary specyficzną wrogość do niepolskich rządów i narodów oraz konieczność minimalizowania przyjmowanych migrantów ekonomicznych.
Hasła obrony Polski przed zalewem obcych znakomicie podbijały popularność PiS w czasie kampanii wyborczych.

Ale prognozy demograficzne i gospodarcze są dla rządzących nieubłagane i jednoznaczne. Populacja polskiej ludności będzie się zmniejszać, a społeczeństwo polskie statystycznie starzeć.
Nie pomogą programy 500+. Nie pomogą patriotyczne wezwania władz do Polaków – emigrantów, aby powrócili oni na Ojczyzny łono.
Polska gospodarka nie wyjdzie z „pułapki średniego rozwoju” bez pozyskania kilku milionów zagranicznych pracowników.

Elity gospodarcze PiS doskonale o tym wiedzą. Aby oszukać swój przysłowiowy „ciemny lud” wyborczy kreują mity o repatriacjach Polaków ze Wschodu, czyli z byłych republik byłego ZSRR. Stworzono „Kartę Polaka” – dokument ułatwiający przyjazd do Polski obywatelom Ukrainy, Białorusi, Rosji, Kazachstanu, posiadającym polskie korzenie. Dzisiaj taka Karta jest już często tylko przykrywką dla ukrytego drenażu mózgów i muskułów z tamtych państw dla polskiej gospodarki. Każdy bowiem obywatel mieszkający na terenach byłego ZSRR może mieć „polskie korzenie”. Przez tysiące lat byliśmy przecież sąsiadami, a czasem też bywaliśmy tu i tam „u siebie”.

Nie trzeba być prorokiem, aby przyjąć, że liczba ludności ukraińskiej, a także białoruskiej, rosyjskiej i innej „cudzoziemskiej”, będzie w Polsce rosnąć. Tego domaga się stale głodna siły roboczej rosnąca polska gospodarka.
Tego wymaga też polityka. Warto przypomnieć, że im więcej ma państwo polskie obywateli, tym bardziej jego ranga i znaczenie w Unii Europejskiej rośnie. Więcej obywateli PR to więcej dla Polski pieniędzy z wszelkich funduszy przeznaczonych na integrację naszej Unii. Więcej obywateli RP to także większa reprezentacja naszego państwa w Parlamencie Europejskim i innych unijnych instytucjach. Im więcej obywateli będzie miało państwo polskie, tym mniejsze będzie też zagrożenie wyludniania się części terenów Polski. Pustynnienia ich. Zagrożenie realne, już opisane, ale nadal ignorowane przez polskie elity polityczne i media.

Ten ponad milion Ukraińców w Polsce, taki Milion + społeczności ukraińskiej, to obecnie, realnie już ponad 3 procent mieszkańców naszego kraju. To procentowo tyle samo ilu Turków mieszka obecnie w RFN.

Pomimo tego polskie państwo, podobnie jak niemieckie w latach sześćdziesiątych w stosunku do przyrastającej populacji Turków, udaje, że nie się nie dzieje. Problemu nie ma. Że jedynie przyjechali do nas sezonowi pracownicy i sezonowi studenci. Nie trzeba wiele myśleć i robić, bo przecież studenci kiedyś wyjadą, a sezonowi pracownicy też na starość wrócą do siebie. Albo pojadą do Niemiec, gdzie już ich zapraszają. I problem sam się rozwiąże.

Rzetelne sondaże przeprowadzane wśród społeczności ukraińskiej mieszkającej w Polsce wskazują na odwrotne trendy. Wielu studentów ukraińskich chce pozostać w Polsce, podobnie jak wielu „pracowników sezonowych”. Niemcy, choć oferują im lepsze zarobki, przegrywają ze względów kulturowych. No i nie leżą w tak bliskim sąsiedztwie Ukrainy jak Polska.
Dlatego, zgodnie z doświadczeniami innych emigracji, powinniśmy oczekiwać procesów odwrotnych od oczekiwanych i głoszonych przez elity PiS.

Społeczność ukraińska będzie się w Polsce wzmacniać i samoorganizować. Emancypować kulturowo najpierw. Potem politycznie.
Jednym z pierwszych przejawów tego jest społeczna, kulturowa akcja Kateryny Kruk, ukraińskiej artystki mieszkającej w Polsce, postulującej aby polskie media przestały używać zwrotu „na Ukrainie”. Bo to sugeruje ukraińską poległość wobec dominującego społeczeństwa polskiego.
Nieuchronne jest powstawanie stowarzyszeń i partii politycznych reprezentujących przybyłą do Polski społeczność ukraińską. Nie zapominajmy, że Ukraińcom z „polskimi korzeniami” łatwo jest uzyskać polskie obywatelstwo. W Polsce można mieć też podwójne obywatelstwo, co też ułatwia decyzję o jego przyjmowaniu. Emancypacja społeczności ukraińskiej w Polsce będzie też miała religijny charakter. Zwłaszcza, że polski kościół katolicki jest w głębokim kryzysie moralnym i intelektualnym.
Pozostaje pytanie: czy ten Milion + społeczności ukraińskiej wzmocni teraz kościół prawosławny w Polsce? Czy przeniesie do Polski toczoną na Ukrainie wojnę religijną między stara cerkwią moskiewską, z która sympatyzuje nadal polska cerkiew, i nowo powstałą cerkwią ukraińską?

W czasie ostatnich wyborów prezydenckich w Ukrainie mieszkający w Polsce Ukraińcy stali w wielogodzinnych kolejkach by zagłosować na swego kandydata. To dowodzi ich aspiracji politycznych. Ale też budzi obawy, czy taka polityczna aktywność nie spowoduje przenoszenia z Ukrainy tamtejszych konfliktów kulturalnych, religijnych, politycznych, zwłaszcza z obszaru polityki historycznej, na teren państwa polskiego? Jak obecność tego ukraińskiego Miliona + będzie wpływać na relacje Polska – Rosja?
W przyszłości rzecz jasna, bo obecnie relacje są wyjątkowo złe, bez szczególnego udziału społeczności ukraińskiej.

Pomimo zaklęć i totumfackich deklaracji PiS nasz kraj będzie w XXI wieku wielonarodowy i wielokulturowy. Czas przestać okłamywać się. Udawać, że nie ma problemu, że wszystko jakoś „samo się”. Czas zacząć poważną dyskusję o programach adaptacyjnych, asymilacyjnych dla narastających społeczności emigrantów.
Przecież do hasła „Ukraińcy na Madagaskar” już nie wrócimy.