Ukraina wreszcie da

Szorstka przyjaźń zapanowała w politycznych relacjach polsko – ukraińskich. Tym razem ten szorstki ton nadaje strona polska pomimo jednoznacznych ukraińskich zalotów.

Rezygnując z przylotu pierwszego września do Warszawy amerykański prezydent Trump olał nie tylko polskiego, usłużnego mu gospodarza. Przykrość wielką sprawił też ukraińskiemu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu, który też liczył na ciepłe słówka Trumpa podczas warszawskich uroczystości.
Zelenski chciał upiec trzy pieczenie na warszawskim rożnie. Spotkać się z Trumpem, pogadać z „przyjacielem Macronem” i ocieplić relacje z panem prezydentem Dudą.
Udało mu się tylko z tym ostatnim. Złożył panu prezydentowi i państwu polskiemu bardzo korzystnie brzmiącą ofertę. Oto strona ukraińska bez warunków wstępnych znosi wszelkie biurokratyczne bariery poczynione przez administrację poprzedniego ukraińskiego prezydenta w kwestii ekshumacji i poszukiwań polskich ofiar na terenie Ukrainy. Proponuje też aby od teraz politykami historycznymi w obu państwach zajmowali się przede wszystkim historycy. A wszelkie sporne interpretacje bolesnej historii rozwiązywano dzięki wspólnej komisji.
Takie przesunięcie historycznych sporów na drugi plan ułatwi polskiemu biznesowi w korzystaniu ze skutków zaplanowanych przez ekipę Zełenskiego ukraińskich reform gospodarczych. W uczestnictwie w prywatyzacji ukraińskich przedsiębiorstw, zakupie ziemi uprawnej, wspólnych przedsięwzięciach na terenie Unii Europejskiej.
W zamian za swe ustępstwa i przyjacielskie gesty strona ukraińska oczekuje poparcia Polski w konflikcie z Rosją. Co przy gigantycznej rusofobii, demonstrowanej od lat przez pana prezydenta Dudę i jego ministrów oraz elit politycznych PiS, nie było warunkiem trudnym do spełnienia.
I rzeczywiście podczas swego okolicznościowego przemówienia pan prezydent Duda twardo skrytykował Rosję, gromko poparł suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy. Choć tych tematów nie poruszali pozostali mówcy. Prezydent Niemiec i przysłany substytut prezydenta Trumpa.
Wyglądało, że pakt Duda – Zełenski zaczął obowiązywać. Ale to tylko miraż.

Najpierw głowa
Pan prezydent Duda stanął po stronie walczącej z Rosją Ukrainy i kolejny raz skrytykował agresywne geny prezydenta Putina, aby przede wszystkim przypomnieć administracji amerykańskiej o sobie i ministrze Szczerskim. O wymarzonym przez ich obu „Forcie Trump”, który właśnie odpływa na dalekie prerie nierealizowanych koncepcji.
Ukraina potrzebna jest elitom PiS jako młot do walenia w Rosję. Propagandowego rzecz jasna. Bo przecież propagandowa rusofobia elit PiS nie przeszkadza im w codziennym popieraniu zaprzyjaźnionych biznesmenów zarabiających na imporcie i handlu węglem z Rosji oraz od prorosyjskich, ukraińskich separatystów.
Poza tym ukraińska oferta ocieplenia stosunków ukraińsko-polskich została przyjęta w polskim Dużym Pałacu z wielką rezerwą. Bez entuzjastycznej woli szybkiej jej realizacji. Czemu tak się stało?
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pomimo podobnego wieku obu prezydentami, pomiędzy polskim i ukraińskim, nie ma tej przysłowiowej „chemii”. Niektórzy kanceliści pana prezydenta Dudy obwiniają taki stan poprzednimi zaszłościami. Wcześniej to pan prezydent Duda proponował przyjaźń i współpracę ukraińskiemu prezydentowi Poroszence. Ale ten szybko postawił na ukraiński nacjonalizm i wystawił Polaka do przysłowiowego wiatru.
A ściślej wystawił go, jak politycznego szczeniaka, na działalność Wołydymyra Wiatrowycza, szefa ukraińskiego IPN.
Jeszcze trzy lata temu przewodniczący Wiatrowycz był idolem polskiej prawicy, nawet tej narodowo-katolickiej. Bo pod jego przewodem ukraiński IPN skutecznie porozwalał tamtejsze pomniki Lenina. Ale kiedy zaraz potem zaczął ich miejsce zapełniać Stefanem Banderą, stał się śmiertelnym wrogiem polskiego IPN i elit narodowo-katolickich.
Wtedy też pan prezes Kaczyński obiecał prezydentowi Poroszence, że zablokuje mu wstęp do Unii Europejskiej, bo tam Ukraina „z Banderą nie wejdzie”.
W odwecie ukraiński IPN zablokował ekshumacje i inne prace planowane przez polski IPN. A prezydent Poroszenko zaczął łączyć się z Brukselą przez centralę w Berlinie. Warszawę uznał za zbędnego pośrednika.
Obrażony, dumny warszawski Duży Pałac, bacznie teraz obserwował nowo wybranego w Kijowie. Spekulował, czy na pierwszą zagraniczną wizytę ukraiński prezydent wybierze Warszawę?
Okazało się, że Zełenski od razu poleciał do Brukseli. To jeszcze dumny polski Duży Pałac mógłby ukraińskiemu pariasowi wybaczyć. Ale demonstrowanej wszem i wobec jego „przyjaźni z Macronem” nadal nie potrafi.
Jak wszyscy już wiedzą relacje prezydent Macron – elity PiS są złe. Francuski prezydent po raz pierwszy miał odwiedzić Warszawę właśnie z okazji obchodów wrześniowej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Kiedy Trump zdecydowal się olać uroczystości, to Macron skorzystał z okazji. Nie przyleciał do wrogiej mu Warszawy i też wysłał swojego substytuta.
Prezydent Zełenski nie kryje za to swej sympatii do francuskiego prezydenta. Media ukraińskie mówią wręcz o „wzajemnej sympatii i przyjaźni” obu prezydentów.
Dlatego polski prezydent sparzony we wcześniejszym związku politycznym z prezydentem Poroszenką, teraz nowemu prezydentowi stawia ponoć jeden kardynalny warunek. Najpierw wyrzucicie z waszego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, a potem pogadamy sobie o ociepleniu.
O miłości mowy nie ma, bo pan prezydent Duda jest przykładnym katolikiem i wyklucza inne związki niż bilateralne. O francuskich trójkątach mowy nie ma.

Biznes potem
To prezydent Macron zapewne jest pomysłodawcą zamrożenia konfliktu rosyjsko-ukraińskiego lansowanego teraz przez prezydenta Zełenskiego. Przyszły stały rozejm polegać ma na uznaniu przez Kijów jakiejś formy autonomii zbuntowanych regionów Doniecka i Ługańska. W zamian Ukraina przejmie kontrolę nad ich granicami z Rosją. Sprawa Krymu zostanie odłożona na przyszłość, jak turecka okupacja części Cypru.
Nowy rząd ukraiński zezwoli na wielką prywatyzację ukraińskich przedsiębiorstw i zniesie zakaz nabywania ukraińskiej ziemi przez cudzoziemców. To doprowadzi do wzrostu zagranicznych inwestycji na Ukrainie. Amerykanie i Chińczycy już przejmują wielkie gospodarstwa rolne. Francuzi Niemcy chętnie wejdą w ukraiński przemysł. Powinni się spieszyć, bo Chińczycy też mają na oku smakowite kąski.
Dzięki takiemu rozejmowi z Rosją, zagranicznym inwestycjom i kolejnym zachodnim kredytom, ekipa Zełenskiego chce unowocześnić państwo, gospodarkę i wtopić się w zachodnią Europę. Nawet za cenę bycia jej peryferiami.
A co zyska na tym Polska? Jeśli elity PiS przestaną się zachowywać po jaśniepańsku, to Ukraińcy pozwolą im na ekshumacje i inne dokumentowanie polskich historycznych krzywd na Ukrainie.
Zatem Amerykanie, Chińczycy, Niemcy i Francuzi zostaną udziałowcami ukraińskiej gospodarki. Polacy odnajdą, udokumentują i pokażą światu swe krzywdy.
Każdy dostanie od prezydenta Zełenskiego to, co lubi najbardziej.

Ukraina wreszcie da

Szorstka przyjaźń zapanowała w politycznych relacjach polsko- ukraińskich. Tym razem ten szorstki ton nadaje strona polska pomimo jednoznacznych ukraińskich zalotów.

Rezygnując z przylotu pierwszego września do Warszawy amerykański prezydent Trump olał nie tylko polskiego, usłużnego mu gospodarza. Przykrość wielką sprawił też ukraińskiemu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu, który też liczył na ciepłe słówka Trumpa podczas warszawskich uroczystości.
Zelenski chciał upiec trzy pieczenie na warszawskim rożnie. Spotkać się z Trumpem, pogadać z „przyjacielem Macronem” i ocieplić relacje z panem prezydentem Dudą.
Udało mu się tylko z tym ostatnim. Złożył panu prezydentowi i państwu polskiemu bardzo korzystnie brzmiącą ofertę. Oto strona ukraińska bez warunków wstępnych znosi wszelkie biurokratyczne bariery poczynione przez administrację poprzedniego ukraińskiego prezydenta w kwestii ekshumacji i poszukiwań polskich ofiar na terenie Ukrainy. Proponuje też aby od teraz politykami historycznymi w obu państwach zajmowali się przede wszystkim historycy. A wszelkie sporne interpretacje bolesnej historii rozwiązywano dzięki wspólnej komisji.
Takie przesunięcie historycznych sporów na drugi plan ułatwi polskiemu biznesowi w korzystaniu ze skutków zaplanowanych przez ekipę Zełenskiego ukraińskich reform gospodarczych. W uczestnictwie w prywatyzacji ukraińskich przedsiębiorstw, zakupie ziemi uprawnej, wspólnych przedsięwzięciach na terenie Unii Europejskiej.
W zamian za swe ustępstwa i przyjacielskie gesty strona ukraińska oczekuje poparcia Polski w konflikcie z Rosją. Co przy gigantycznej rusofobii, demonstrowanej od lat przez pana prezydenta Dudę i jego ministrów oraz elit politycznych PiS, nie było warunkiem trudnym do spełnienia.
I rzeczywiście podczas swego okolicznościowego przemówienia pan prezydent Duda twardo skrytykował Rosję, gromko poparł suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy. Choć tych tematów nie poruszali pozostali mówcy. Prezydent Niemiec i przysłany substytut prezydenta Trumpa.
Wyglądało, że pakt Duda – Zełenski zaczął obowiązywać. Ale to tylko miraż.

Najpierw głowa

Pan prezydent Duda stanął po stronie walczącej z Rosją Ukrainy i kolejny raz skrytykował agresywne geny prezydenta Putina, aby przede wszystkim przypomnieć administracji amerykańskiej o sobie i ministrze Szczerskim. O wymarzonym przez ich obu „Forcie Trump”, który właśnie odpływa na dalekie prerie nierealizowanych koncepcji.
Ukraina potrzebna jest elitom PiS jako młot do walenia w Rosję. Propagandowego rzecz jasna. Bo przecież propagandowa rusofobia elit PiS nie przeszkadza im w codziennym popieraniu zaprzyjaźnionych biznesmenów zarabiających na imporcie i handlu węglem z Rosji oraz od prorosyjskich, ukraińskich separatystów.
Poza tym ukraińska oferta ocieplenia stosunków ukraińsko- polskich została przyjęta w polskim Dużym Pałacu z wielką rezerwą. Bez entuzjastycznej woli szybkiej jej realizacji. Czmu tak się stało?
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pomimo podobnego wieku obu prezydentami, pomiędzy polskim i ukraińskim, nie ma tej przysłowiowej „chemii”. Niektórzy kanceliści pana prezydenta Dudy obwiniają taki stan poprzednimi zaszłościami. Wcześniej to pan prezydent Duda proponował przyjaźń i współpracę ukraińskiemu prezydentowi Poroszence. Ale ten szybko postawił na ukraiński nacjonalizm i wystawił Polaka do przysłowiowego wiatru.
A ściślej wystawił go, jak politycznego szczeniaka, na działalność Wołydymira Wiatrowycza szefa ukraińskiego IPN.
Jeszcze trzy lata temu przewodniczący Wiatrowycz był idolem polskiej prawicy, nawet tej narodowo- katolickiej. Bo pod jego przewodem ukraiński IPN skutecznie porozwalał tamtejsze pomniki Lenina. Ale kiedy zaraz potem zaczął ich miejsce zapełniać Stefanem Banderą, stał się śmiertelnym wrogiem polskiego IPN i elit narodowo- katolickich.
Wtedy też pan prezes Kaczyński obiecał prezydentowi Poroszence, że zablokuje mu wstęp do Unii Europejskiej, bo tam Ukraina „z Banderą nie wejdzie”.
W odwecie ukraiński IPN zablokował ekshumacje i inne prace planowane przez polski IPN. A prezydent Poroszenko zaczął łączyć się z Brukselą przez centralę w Berlinie. Warszawę uznał za zbędnego pośrednika.
Obrażony, dumny warszawski Duży Pałac, bacznie teraz obserwował nowo wybranego w Kijowie. Spekulował czy na pierwszą zagraniczną wizytę ukraiński prezydent wybierze Warszawę?
Okazało się, że Zełenski od razu poleciał do Brukseli. To jeszcze dumny polski Duży Pałac mógłby ukraińskiemu pariasowi wybaczyć. Ale demonstrowanej wszem i wobec jego „przyjaźni z Macronem” nadal nie potrafi.
Jak wszyscy już wiedzą relacje prezydent Macron – elity PiS są złe. Francuski prezydent po raz pierwszy miał odwiedzić Warszawę właśnie z okazji obchodów wrześniowej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Kiedy Trump zdecydowal się olać uroczystości, to Macron skorzystał z okazji. Nie przyleciał do wrogiej mu Warszawy i też wysłał swojego substytuta.
Prezydent Zełenski nie kryje za to swej sympatii do francuskiego prezydenta. Media ukraińskie mówią wręcz o „wzajemnej sympatii i przyjaźni” obu prezydentów.
Dlatego polski prezydent sparzony we wcześniejszym związku politycznym z prezydentem Poroszenką, teraz nowemu prezydentowi stawia ponoć jeden kardynalny warunek. Najpierw wyrzucicie z waszego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, a potem pogadamy sobie o ociepleniu.
O miłości mowy nie ma, bo pan prezydent Duda jest przykładnym katolikiem i wyklucza inne związki niż bilateralne. O francuskich trójkątach mowy nie ma.

Biznes potem

To prezydent Macron zapewne jest pomysłodawcą zamrożenia konfliktu rosyjsko- ukraińskiego lansowanego teraz przez prezydenta Zełenskiego. Przyszły stały rozejm polegać ma na uznaniu przez Kijów jakiejś formy autonomii zbuntowanych regionów Doniecka i Ługańska. W zamian Ukraina przejmie kontrolę nad ich granicami z Rosją. Sprawa Krymu zostanie odłożona na przyszłość, jak turecka okupacja części Cypru.
Nowy rząd ukraiński zezwoli na wielką prywatyzację ukraińskich przedsiębiorstw i zniesie zakaz nabywania ukraińskiej ziemi przez cudzoziemców. To doprowadzi do wzrostu zagranicznych inwestycji na Ukrainie. Amerykanie i Chińczycy już przejmują wielkie gospodarstwa rolne. Francuzi Niemcy chętnie wejdą w ukraiński przemysł. Powinni się spieszyć, bo Chińczycy też mają na oku smakowite kąski.
Dzięki takiemu rozejmowi z Rosją, zagranicznym inwestycjom i kolejnym zachodnim kredytom, ekipa Zełenskiego chce unowocześnić państwo, gospodarkę i wtopić się w zachodnią Europę. Nawet za cenę bycia jej peryferiami.
A co zyska na tym Polska? Jeśli elity PiS przestaną się zachowywać po jaśniepańsku to Ukraińscy pozwolą im na ekshumacje i inne dokumentowanie polskich historycznych krzywd na Ukrainie.
Zatem Amerykanie, Chińczycy, Niemcy i Francuzi zostaną udziałowcami ukraińskiej gospodarki. Polacy odnajdą, udokumentują i pokażą światu swe krzywdy.
Każdy dostanie od prezydenta Zełenskiego to co lubi najbardziej.

Będą odbierać?

To projekt, który ma wszelkie szanse zostać zrealizowany przez nowe władze i partię Sługa Narodu nowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.

Zostaną skontrolowane miliony obywateli, którzy mieli nieostrożność dostawać pieniądze z budżetu: emerytury, stypendia studenckie, naukowe i uczniowskie a także renty inwalidzkie. Jeżeli powszechna kontrola wykaże, że pieniądze te ktoś otrzymał z naruszeniem zasad, to będzie je musiał zwrócić. Kontrolujący urzędnicy otrzymają wgląd w konta bankowe kontrolowanych. Próba odmowy zwrotu nienależnych pieniędzy skutkować będzie skierowaniem sprawy do sądu.
Projekt ten skierował szef komitetu finansów, polityki podatkowej o celnej Danił Hetmacew. Kontrola będzie przebiegała przy pomocy automatycznej bazy danych, w której znajdują się wszyscy, którzy kiedykolwiek otrzymali środki finansowe od państwa. Składać się będzie z trzech etapów: pierwszy przeprowadzi organ, który wypłaca pieniądze. Drugi etap to stała kontrola dotycząca środków finansowych, którymi obracają obywatele, którzy np. otrzymali zasiłek, czy nie przekroczyli poziomu płacy, do którego zasiłek się należał. Kontrolowane będą wszelkie zakupy, wpłaty i inne wpływy finansowe na konto obywatela. Trzeci etap to kontrola tych, którzy w przeszłości otrzymywali pieniądze z budżetu w jakiejkolwiek formie w ciągu ostatnich trzech lat.
W przypadku ujawnienia jakichkolwiek naruszeń, pieniądze trzeba będzie zwrócić. Informacje o projekcie nie mówią nic, czy dokonywane będzie rozróżnienie co do błędów zawinionych i niezawinionych przez beneficjentów pomocy państwa. Trudno sobie wyobrazić, by zwracali emerytury ludzie, którzy teraz i tak balansują na skraju nędzy, ponieważ ukraińskie emerytury należą do najniższych w Europie lub samotne matki w trudnej sytuacji materialnej.
Przy okazji władza otrzyma potężne narzędzie kontroli społeczeństwa, przy pomocy którego wszelkie dochody i wydatki obywateli będą znajdować się pod stałym nadzorem.

Chicago Boys na falach Dniepru

Temu rządowi nie będzie łatwo – powiedział 35-letni Ołeksij Honczaruk krótko po tym, gdy złożył ślubowanie przed Radą Najwyższą i objął w czwartek 29 sierpnia stanowisko premiera Ukrainy. Czy będą to słowa prorocze? To się dopiero okaże, ale z pełną odpowiedzialnością można powiedzieć co innego – pod rządami Sługi Ludu najtrudniej będzie ukraińskiemu społeczeństwu.

Na razie nie cichną wyrazy zachwytu nad najmłodszym w historii szefem ukraińskiego rządu. Polski Ośrodek Studiów Wschodnich wystawił mu entuzjastyczną ocenę, nazywając go „uznanym specjalistą w swojej dziedzinie”, chociaż przyznał, że Honczaruk, prawnik z wykształcenia, ma w zarządzaniu doświadczenie niewielkie. Inni się nie ograniczają: według komentatora i członka ukraińskiego klubu dyrektorów dużych firm (CEO Club) Tarasa Kozaka powstał „cudowny rząd”, zdaniem szefa ukraińskiej służby celnej Maksyma Nefiodowa zaistniała „nadzwyczajna koncentracja ludzi godnych i profesjonalnych”, gratulacje złożył przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Stanu Kurt Volker. Najbardziej w sedno trafił jednak, pokazując zarazem źródła tego powszechnego niemal zachwytu Siergiej Fursa, analityk funduszu inwestycyjnego Dragon Capital.
– Honczaruk i Spółka – to najlepszy gabinet, jaki zdarzył się w całej historii Ukrainy. Właśnie oni mogą stać się „Chicago Boys&Girls”, jeśli będą mieć wsparcie prezydenta i parlamentu – napisał Fursa. Byłoby jeszcze trafniej, gdyby zamiast „mogą stać się” napisał po prostu „będą”. W kraju, gdzie skutecznie wycięto z debaty politycznej jakąkolwiek lewicową czy choćby delikatnie prospołeczną myśl, i tak nie wzbudziłby żadnych kontrowersji. Neoliberalizm i rozścielanie czerwonego dywanu przed biznesem, w połączeniu z pogardą dla zwykłych ludzi, to w ukraińskich warunkach synonim „skutecznego reformowania” czy „uzdrawiania państwa”. A o tym, że nowy rząd ma takie właśnie plany, międzynarodowa opinia publiczna zdążyła się już dowiedzieć – nawet szybciej niż ukraińska. Ołeksij Honczaruk, będąc jeszcze „tylko” zastępcą szefa prezydenckiej administracji, przedstawił program partii Sługa Narodu i prezydenta Zełenskiego dla Ukrainy w końcu lipca w wywiadzie dla „Bloomberga”. Dziennikarze tego tytułu podsumowali rzecz krótko: Ukraina zamierza iść drogą terapii szokowej na wzór Polski i Węgier sprzed 30 lat.
Bo i Honczaruk nie owijał w bawełnę: w pierwszej kolejności wskazał jako strategicznego partnera Kijowa Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a nowy kredyt z tego źródła jako jedyną faktycznie szansę dla swojego państwa. Świetnie wiedział też, a przynajmniej próbował oszacować, jaka będzie cena pożyczki: stwierdził, że współpraca z MFW to konieczność wystawienia na sprzedaż udziałów w około dwustu przedsiębiorstwach, które choćby w części należą do państwa ukraińskiego i jeszcze przedstawiają jakąś wartość. Byłyby to, doprecyzował, także takie podmioty jak przewoźnik kolejowy (Ukrzaliznycia) i ukraińska poczta. Ale prawdziwym łakomym kąskiem dla inwestorów ma być co innego: jeszcze w tym roku, zapowiedział, Rada Najwyższa wycofa obowiązujące od 2001 r. moratorium na obrót ziemią. Prawdopodobnie także dla nabywców z zagranicy, ale tę kwestię, podobnie jak kilka innych szczegółowych regulacji władze w Kijowie będą jeszcze omawiać z Bankiem Światowym.
Terapia szokowa, podejście drugie
Wielką prywatyzację i wyprzedaż resztek państwowego majątku Ukrainy, łącznie z gruntami, neoliberalni doradcy podsuwają Kijowowi, odkąd zwyciężył Majdan. W rządzie Arsenija Jaceniuka w latach 2014-2016 zasiadał nawet człowiek, który zupełnie zasłużenie zapracował na nadaną mu przez dziennikarzy ksywkę „Likwidator”. Chodzi o litewskiego finansistę, naturalizowanego Ukraińca Aivarasa Abromavičiusa, ministra rozwoju gospodarczego i handlu. Jego pomysł na stymulowanie rzeczonego rozwoju jako żywo przypominał recepty Leszka Balcerowicza: deregulacja, prywatyzacja, cięcia wydatków publicznych. O kryzysie, jaki dotknął ukraińską gospodarkę po raptownym zerwaniu wymiany z Rosją mówił: wyjątkowa szansa, w domyśle – na terapię szokową.
Jeśli wtedy nie doprowadził swoich planów do końca, to głównie dlatego, że w ramach deregulowania i prywatyzowania chciał również przyciągać zagraniczny biznes i podważyć wszechwładzę lokalnych kleptokratów. Łącznie z przyjaciółmi samego prezydenta Poroszenki. Ci zaś się nie dawali. Gdy w lutym 2016 r. Abromavičius składał dymisję, ambasadorowie dziesięciu krajów z USA, Niemcami i Francją głośno wyrażali niezadowolenie.
„Likwidator” nie zniknął z Ukrainy: wypłynął w kampanii wyborczej Zełenskiego jako jeden z jego doradców ekonomicznych. Pozostawił też po sobie think-tank BRDO, Biuro Efektywnego Regulowania, finansowany ze środków Unii Europejskiej oraz Kanady, chwalący się też współpracą z Bankiem Światowym. Nietrudno się domyślić, jak BRDO definiuje swoje cele: chce czynić z Ukrainy miejsce maksymalnie przyjazne dla biznesu, deregulować, przyciągać inwestorów. Funkcję jego dyrektora pełnił przez ostatnie cztery lata nie kto inny, jak właśnie obecny premier Honczaruk.
Niejasne pozostaje tylko, czy Zełenskiemu i jego szefowi administracji Andrijowi Bohdanowi zarekomendował go bezpośrednio Abromavičius, czy też do prezydenckiego gmachu na Bankowej przyprowadził Honczaruka Dmytro Dubiłet, założyciel internetowego Monobanku i człowiek z otoczenia oligarchy Ihora Kołomojskiego. Biznesmen Dubiłet dostał zresztą w „reformatorskim” rządzie stanowisko ministra bez teki. Desant z BRDO w elitach władzy uzupełniają Denys Maluśka (minister sprawiedliwości) i Ołeksij Orżel (minister energetyki) oraz deputowani Sługi Ludu Ołena Szulak i Witalij Bezhyn. Świetnie pasuje do nich również Tymofij Myłowanow, który nie pozostawił wątpliwości, że jako minister gospodarki zamierza cyfryzować, deregulować, prywatyzować.
Biznesowi przywileje, pracownikom…
Czym dla zwykłych Ukraińców skończy się taka konfiguracja rządowo-biznesowa, nie mają wątpliwości aktywiści z grupy Socialny Ruch, jedni z nielicznych nad Dnieprem odważnych ludzi walczących o prawa pracownicze. Na to, że Honczaruk w swoim expose zwrócił uwagę na to, że 10 mln jego współobywateli żyje na granicy nędzy i zapewnił, że się z tym godził nie będzie, wzruszają ramionami.
– Na podstawie jego propozycji rząd [poprzedni – przyp. MKF] unieważnił ogromną liczbę ustaw dotyczących ochrony pracowników, co doprowadziło wręcz do wzrostu liczby śmiertelnych wypadków w pracy – piszą o premierze. – Po nowym rządzie nie należy spodziewać się niczego oprócz przywilejów dla biznesu, ograniczenia kontroli państwowej, zwiększenia długu publicznego i prywatyzacji. Konieczne jest, by spotkał się z opozycją ze strony sił prospołecznych i związków zawodowych. Tylko to powstrzyma wzrost ubóstwa i pogardy dla życia w imię „interesów rynku”.
Tyle, że opozycja w Radzie Najwyższej zrobić wiele nie może, gdy Sługa Ludu ma absolutną większość. A na wypadek, gdyby zaczęła organizować się poza radą, Zełenski z Kołomojskim się zabezpieczyli: w resorcie spraw wewnętrznych pozostał Arsen Awakow. To z jego nazwiskiem ukraińscy obrońcy praw człowieka, także ci o liberalnej orientacji, łączą przymykanie oka na ekscesy nacjonalistycznych radykałów (czy wręcz wspieranie ich przez resorty siłowe) i rażącą bezradność państwa w obliczu napaści na niezależnych dziennikarzy czy lokalnych aktywistów krytykujących np. korupcję w policji. Теraz piszą o sprzeniewierzeniu się hasłom z kampanii wyborczej i porzuceniu wyborców, którzy przecież oczekiwali alternatywy i zmian na lepsze, a nie konsolidowania wpływów przez jedną z twarzy poprzedniego rządu. Przeciwko pozostaniu Awakowa w resorcie spraw wewnętrznych udało się nawet zorganizować protest uliczny, z wiadomym – czyli zerowym – skutkiem.
„Niespodziewane” rozczarowanie
Tyleż mocny, co emblematyczny w tej dyskusji jest wpis, jaki zamieścił Dmytro Łychowy, redaktor portalu internetowego Nowinarija. Autor zarzuca Zełenskiemu zdradę wyborców, wypomina, że w odróżnieniu od Poroszenki, który do rządzenia potrzebował przyzwolenia różnych koterii i musiał dogadywać się z Awakowem, żeby nie upadł jego rząd, aktualny prezydent ma w parlamencie większość absolutną. Gdyby chciał, przekonuje dziennikarz, mógłby zmieniać kraj, w dowolnym kierunku i przy entuzjazmie wyborców.
– Wybrał jednak inną drogę. Stał się takim samym smokiem, jaki rządził wcześniej. Ma swojego Bohdana. Ma nie swojego Awakowa, który stał się częścią podziału władzy. Ma Kołomojskiego, który wpływa na liczne decyzje kadrowe – pisze rozgoryczony Łychowy, występując niczym głos wszystkich tych niejednorodnych grup wyborców, które zaufały Zełenskiemu, bo tak bardzo miały dość Poroszenki, że były gotowe uwierzyć w aktora bez programu politycznego i jego pośpiesznie sklejaną z przypadkowych elementów partię. Tak bardzo miały dość oligarchicznej kleptokracji, że nawet nie przeszkadzał im Kołomojski krążący wokół „świeżego kandydata”. I dopiero teraz powoli przekonują się, komu ten uśmiechnięty mężczyzna miał utorować drogę.
Nadzorcy
Bolesne przebudzenie tych, którzy ciągle się łudzą, nastąpi niedługo. Spotkanie premiera Honczaruka z delegacją MFW to kwestia kilku tygodni, ale jeszcze wcześniej zdominowana przez samozwańczych Sługów Ludu Rada Najwyższa może zająć się pierwszymi projektami, które były szef BRDO ma w zanadrzu. Jak powiedział portalowi nv.ua szef prezydenckiej frakcji w radzie Dawid Arachamija, czekają one tylko na moment, gdy zyskają pozytywną opinię Amerykańskiej Izby Handlowej, European Business Association (kolejnego podmiotu troszczącego się o zachodnie biznesy nad Dnieprem) i Ukraińskiego Związku Przedsiębiorców. Kto zaopiniuje nowe projekty z punktu widzenia ludzi, pracowników? Pytanie oczywiście retoryczne.
Obawa o to, że Zełenski jednak zechce wsłuchać się w głos zubożałych wyborców, a Honczaruk tylko mówi o prywatyzacji, w umysłach liberalnych entuzjastów nowego rządu nie zaistniała ani na chwilę. Z fali zachwytów nad rządem „ekspertów i menedżerów” nie wybija się ani jeden głos przestrzegający przed „populizmem” czy „nadmiernym oglądaniem się na roszczeniowych ludzi” – słudzy i klakierzy wielkiego biznesu nie boją się, że Sługa Ludu faktycznie będzie godny swojej nazwy. Martwi ich co innego – czy ambitna ekipa deregulatorów nie podzieli losu swojego prekursora Abromavičiusa, gdy wspierając kapitał zagraniczny wejdzie w drogę interesom aktualnego pierwszego wśród oligarchów Ihora Kołomojskiego. I znowu najpewniej nadzieje i obawy tych kręgów wyraził Siergiej Fursa: „Jesteśmy na Ukrainie, a więc bez nadzorcy się nie da. Dobrze, że chociaż zrobiono Dubiłeta tylko prostym i niepojętym «ministrem rady ministrów», zamiast dać człowiekowi Kołomojskiego wyższe stanowisko. Chociaż trudno będzie wyjaśnić zagranicznemu inwestorowi, dlaczego członek zarządu Prywatbanku i syn przewodniczącego zarządu Prywatbanku z czasów Kołomojskiego, gdy z tego banku wyprowadzono pieniądze, zasiada w rządzie, a nie na ławie oskarżonych”.

Czyj sługa? Ludu czy kapitału?

W filmie „Sługa ludu 2”, będącym kontynuacją niezwykle popularnego pierwszego sezonu serialu, dobry prezydent Hołoborodko odrzuca niekorzystny dla Ukrainy układ z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. W prawdziwym świecie prezydent Zełenski razem ze swoimi współpracownikami ma dokładnie odwrotne plany. Jego doradcy nazywają Fundusz „strategicznym partnerem” i pod jego kierunkiem zamierzają sprywatyzować wszystko, co się da.

I nikt im w tym nie przeszkodzi. Sługa Ludu, partia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego zdobyła w wyborach parlamentarnych 21 lipca samodzielną większość w Radzie Najwyższej – 254 mandaty. Będzie zarządzać w ukraińskiej polityce niepodzielnie, bez oglądania się na żadnych koalicjantów (takiego komfortu nie miał np. Petro Poroszenko i jego nieistniejący już Blok). Zagadką pozostaje jedynie szef i skład przyszłego rządu. Jedno z nazwisk przewijających się w tym kontekście to Ołeksij Honczaruk, zastępca dyrektora kancelarii prezydenta ds. ekonomicznych. Właśnie on przedstawił 30 lipca główne założenia polityki gospodarczej Zełenskiego, potwierdzając domysły analityków uważnie śledzących skład ekipy skompletowanej przez prezydenta-aktora.
Honczaruk stwierdził w rozmowie z Bloombergiem, iż Ukraina zamierza starać się o nowy kredyt z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kiedy upłynie termin obecnego porozumienia z funduszem – a więc już od początku przyszłego roku. W ramach nowego, jeśli się uda – trzy – lub czteroletniego programu współpracy Kijów miałby wystawić na sprzedaż udziały w około dwustu przedsiębiorstwach państwowych, które przedstawiają jeszcze jakąś wartość. Pod hasłami „rozbijania monopoli” do kupienia byłyby m.in. pakiety – na razie mniejszościowe – udziałów w ukraińskich liniach kolejowych (Ukrzaliznycia) oraz państwowym przedsiębiorstwie pocztowym. Wzrost gospodarczy w przyszłym roku miałby wynieść na Ukrainie 5 proc., więc rządzący będą również cięli deficyt budżetowy.
Sługa Ludu chce również przyciągać zagranicznych inwestorów do wydobycia ukraińskich bogactw naturalnych, a przede wszystkim otworzyć możliwości wykupu ukraińskiej ziemi uprawnej. Moratorium na obrót ziemią, wprowadzone w 2001 r., ma zostać zniesione jeszcze do końca tego roku. W styczniu 2019 r. Rada Najwyższa nie zgodziła się tego zrobić – obecnie parlamentarnej większości nikt planów nie pokrzyżuje. Otwartą kwestią pozostają jedynie szczegóły: czy będzie wprowadzony jakiś limit rocznej sprzedaży ziemi? Czy będą ją mogli nabywać cudzoziemcy? Jak stwierdził szczerze Honczaruk, sprawy te zostaną rozstrzygnięte w toku negocjacji z Bankiem Światowym. A więc nie samodzielnie przez państwo ukraińskie.
– Ukraina sięga po rozwiązania, które pomogły przebudować postkomunistyczną część kontynentu w latach 90. – komentują autorzy Bloomberga, wprost wskazując, że wzorem dla Zełenskiego i Honczaruka mogła być ówczesna Polska. Tyle tylko, że po blisko trzydziestu latach od tamtej terapii szokowej można już stwierdzić, do jakiej „powszechnej prosperity” ona doprowadziła. Czy ukraińscy decydenci tego nie wiedzą, wolą nie wiedzieć czy też zamierzają wdrożyć zabójcze dla zwykłych ludzi rozwiązania z jeszcze innych powodów?
Ołeksij Honczaruk, który do ekipy Zełenskiego trafił prosto z think-tanku Better Regulation Delivery Office, proeuropejskiego podmiotu stawiającego sobie za cel budowanie na Ukrainie przyjaznego środowiska dla przedsiębiorców, oględnie przyznał jedno: obywatelom Ukrainy sposób i efekty współpracy z IMF mogą się nie spodobać. W komentarzu dla Bloomberga stwierdził, że jeśli zmian w obrocie ziemią nie uda się wdrożyć jeszcze w tym roku, potem może być z tym bardzo trudno.

Przeciw antykomunistycznym represjom

Kostas Papadakis, eurodeputowany z Komunistycznej Partii Grecji (KKE) podczas debaty z komisarzem Vĕrą Jourovą poruszył sprawę represji spadających na komunistów w Polsce i na Ukrainie.

Debata odbywała się na forum Komisji Swobód Obywatelskich i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Poseł Papadakis określić w swoim wystąpieniu nazwał stanowisko Komisji Europejskiej hipokryzją. „Pani komisarz – stwierdził – odpowiadając na niedawno postawione pytanie w sprawie nieakceptowalnych działań przeciwko Komunistycznej Partii Polski i członków redakcji jej pisma, powiedziała pani, że Komisja przyjmuje do wiadomości, że pewne państwa członkowskie przyjęły ustawodawstwo zakazujące użycia symboli z czasów komunistycznej przeszłości i że Komisja zawsze była oddana sprawie pamięci o reżimach komunistycznych. Powiedziała pani, że każde państwo członkowskie znajduje swój własny sposób upamiętnienia swojej historii.”
Tymczasem zrównanie komunizmu z faszystowskim potworem jest ahistoryczne i bezpodstawne”. „Równocześnie, UE robi zamieszanie wokół sytuacji w wymiarze sprawiedliwości w Polsce (…) i przechodzi do porządku dziennego nad prześladowaniami antykomunistycznymi w tym kraju” – dodał. Europoseł Papadakis poruszył również sprawę wydania przez ukraiński Trybunał Konstytucyjny zakazu działania Komunistycznej Partii Ukrainy.
„Wychodzi na to, że Unia Europejska pamięta o prawach człowieka i politycznych wolnościach jako o użytecznych narzędziach do interweniowania w sytuacjach, gdy służy to ochronie konkretnych interesów. Wtedy może występować w roli zatroskanego nieproszonego adwokata praw człowieka, mieszając się w wewnętrzne sprawy państw z całego świata, a godzi się przymykać oczy na eskalację antykomunizmu w państwach członkowskich, któremu towarzyszy intensyfikacja antypracowniczej i antyludowej polityki. W tym samym czasie usiłuje się oczernić w świadomości robotników osiągnięcia socjalizmu. Osiągnięcia, które narody tych krajów pamiętają, pomimo całego błota i pomówień, jakimi się je obrzuca” – oświadczył.
KKE jest obecnie najsilniejszą legalnie działającą partią komunistyczną w Europie, posiadającą swoich przedstawicieli w PE i krajowym parlamencie. Greccy komuniści często zabierają głos w obronie partii komunistycznych innych państw, które nie mają możliwości wypowiadać się w swoim imieniu na forach instytucji Unii Europejskiej.

Czy „młodzieżowa Odnowa” zmieni Ukrainę?

Debiutanci „Siły Narodu” wygrali wybory przeciwko starym układom i korupcji.

„Sługa Narodu” – partia prezydenta Wołodymira Zelenskyego jest bezapelacyjnym zwycięzcą przedterminowych wyborów parlamentarnych na Ukrainie, które odbyły się 21 lipca. Po przeliczeniu 98 % protokołów otrzymanych z komisji wyborczych okazało się, że partia ta zdobyła 43,14% poparcia (6 160 933 głosy). Prorosyjska Platforma Opozycyjna „Za Życie” – 13,05% ( 1 861 597 ), „Batkiwszczyna” (Ojczyzna) pod przewodnictwem Julii Tymoszenko – 8,18% (1 168 449 ), Europejska Solidarność byłego prezydenta Petra Poroszenki – 8,13% (1 159 991), a partia „Głos” prowadzona przez rockmana zespołu „Okean Elzy” Światosława Wakarchuka – 5,84% ( 834 143 głosy). Pozostałe ugrupowania nie przekroczyły 5 % progu wyborczego. Frekwencja wyborcza wyniosła prawie 50 procent. Ostateczne wyniki Centralna Komisja Wyborcza Ukrainy musi podać do 5 sierpnia, bowiem wtedy upływa prawny termin ich ogłoszenia.
Ukraińskie wybory odbyły się według mieszanego systemu wyborczego, zgodnie z którym połowa deputowanych z 450-osobowej Wierchownej Rady (225 posłów) wybierana jest z ogólnokrajowych partyjnych list wyborczych, zaś pozostali – w okręgach jednomandatowych. W tym roku 26 miejsc pozostało nieobsadzonych, ponieważ niemożliwe było przeprowadzenie wyborów w okręgach jednomandatowych na okupowanych przez Rosję terytoriach Krymu i Donbasu.

Nowe twarze kontra oligarchowie

Z jeszcze wstępnych obliczeń wynika, że „Sługa Narodu” Zelenskyego będzie miała w Wierchownej Radzie aż 254 mandaty. Jest to najlepszy wynik, jaki uzyskało jedno ugrupowanie od czasów ogłoszenia przez Ukrainę niepodległości w 1991 roku. W rezultacie prezydenckie ugrupowanie będzie miało dominującą pozycję, w tym będzie decydować o składzie rządu. Sam Prezydent zatwierdza premiera desygnowanego przez parlament, ministrów: spraw zagranicznych i obrony, szefa sił zbrojnych a także szefa banku centralnego. Pełnia władzy oznacza również pełną odpowiedzialność za sytuację w kraju.
Zwycięstwo „Sługi Narodu” – partii nazwanej jak serial telewizyjny, gdzie Zelensky grał role skromnego nauczyciela historii, który przypadkowo został prezydentem – jest kontynuacją jego sukcesu wyborczego. W wyborach z tej listy wystartowali m.in. aktorzy, dziennikarze, sportowcy, prawnicy ludzie prowadzący własne firmy, a nawet bezrobotni. Wśród nich jest najmłodszy ukraiński parlamentarzysta, mający zaledwie 23 lata. Większość nowych deputowanych do tej pory nie miała do czynienia z polityką i w rezultacie w ukraińskim parlamencie zasiądzie niemal 80 % ludzi bez jakiegokolwiek doświadczenia w polityce. Ta młoda i nowa ekipa pokonała w walce wyborczej starych wyjadaczy partyjnych, głosząc hasła walki z korupcją, rozbicia układu oligarchów, dążenia do szybkiego zreformowania kraju oraz poprawy statusu materialnego społeczeństwa. Co prawda, w kampanii wyborczej unikali podawania jakichkolwiek konkretów, a ich siłą był przede wszystkim prezydent Zelensky, wrażenie nowości i brak wcześniejszych związków z polityką. Te argumenty wystarczyły by pokonać stronników byłego prezydenta Petra Poroszenki, „Ojczyzny” Julii Tymoszenko czy prorosyjskich zwolenników porozumienia z Rosją z partii
„Za Życie”.
W czasie kampanii wyborczej Poroszenko był jednym z najsilniej atakowanych kandydatów. Dochodziło nawet do sytuacji, że był obrzucany różnymi przedmiotami i musiała go chronić policja. Ta niechęć i złość do byłego prezydenta spowodowana była tym, iż w odczuciu wielu Ukraińców w czasie swojej prezydentury nie troszczył się o zwykłych ludzi, a jedynie pomnożył własny majątek, wspierał oligarchów oraz podburzał nacjonalistyczne nastroje. Nikt nie chciał pamiętać o jego proeuropejskich dążeniach i zabiegach, jak też o stosunkowo silnej pozycji międzynarodowej, jaką udało mu się osiągnąć.
Z kolei zwolennicy partii „Za Życie” na kilka dni przed wyborami zafundowali ukraińskim telewidzom program z udziałem jej lidera Wiktora Medwedczuka, przy okazji ojca chrzestnego córki prezydenta Rosji, w którym rozmawiał on o Ukrainie z samym Władimirem Putinem. Wcześniej kandydaci tego ugrupowania, politycy z wieloletnim doświadczeniem, jednoznacznie sugerowali, że są szanse na zakończenie konfliktu z Rosją i przywrócenie dawnych relacji z Kremlem. Partia ta jest nieformalnym dysponentem czterech kanałów telewizyjnych i ma duże poparcie wśród prorosyjskiej części społeczeństwa. zwolenników, a zwłaszcza tych, którzy są zmęczeni antyrosyjskim kursem byłego prezydenta Poroszenki jak i obecnego Zelenskyego.
Najskromniej prowadziła kampanie wyborczą Julia Tymoszenko, która najczęściej pokazywała się w asyście zespołów ludowych i lokalnych liderów samorządowych i społecznych.
Po części nową, choć znaną jeszcze z czasów „pomarańczowej rewolucji „w 2004 roku, twarzą jest pochodzący z Lwowa Światosław Wakarchuk. Z wykształcenia fizyk i ekonomista ale znany przede wszystkim jako lider rockowego zespołu „Okean Elzy”, niezwykle popularnego nie tylko na Ukrainie. W 2007 roku wybrano go parlamentarzystą, ale po roku sam zrezygnował z tego mandatu. W obecnej kampanii ponownie wystartował z założonej partii „Głos”, która cieszyła się poparciem zwłaszcza wśród młodych Ukraińców, z uwagi nie tylko na postać przywódcy i jego otoczenie, ale przede wszystkim dlatego, że głosili oni proeuropejskość połączoną z liberalno – obywatelskim programem działania. Jako warunek zmian wskazywali oni walkę z korupcją, dążenie za wszelką cenę do przystąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO jako gwarancji pokoju i rozwoju ekonomicznego kraju.
Wieczorem, w dniu wyborów, gdy nie znane były jeszcze wyniki głosowania, prezydent Zelensky publicznie wyraził wolę zawarcia koalicji „Sługi Narodu” z „Głosem”, wskazując Wakarchuka na ewentualnego przyszłego premiera. Wakarchuk wstrzymał się z odpowiedzią mówiąc, że trzeba poczekać na pełne wyniki wyborów.

Koniec wojny w Donbasie, reformy antykorupcyjne i poprawa warunków życia

W inauguracyjnym przemówieniu, wygłoszonym w maju na uroczystości zaprzysiężenia, prezydent Zelensky obiecał Ukraińcom zakończenie wojny na wschodzie kraju, która pochłonęła już ponad 13 tysięcy ofiar. Teraz, gdy on i jego ugrupowanie mają zdecydowaną większość muszą spełnić publicznie złożone obietnice. Pozycja Zelenskyego w kraju wydaje się silna z uwagi na olbrzymie poparcie społeczne. Pozostaje jednak pytanie, czy on i jego ekipa będą potrafili prowadzić skuteczne negocjacje na forum międzynarodowym, jak też czy sprostają oczekiwaniom na zmiany ze strony mieszkańców Ukrainy, co raz bardziej zmęczonych trudną sytuacją gospodarczą, przeciągającą się wojną oraz dotychczasową polityką. Zelensky i jego ekipa muszą działać szybko i skutecznie, aby nie roztrwonić zaufania społecznego, jakie zgromadzili.
W tej sytuacji obietnica szybkiego znalezienia sprawnego, doświadczonego i uznawanego na świecie kandydata na premiera brzmi wiarygodnie. Jak twierdzą polityczni obserwatorzy, premierem może być obecny przedstawiciel Ukrainy w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, były zastępca prezesa Narodowego Banku Ukrainy – Vladyslav Rashkovan. Ten polityk zapewne przyczynił się do otrzymania przez Zelenskyego z MFW obietnicy otwarcia nowego programu pomocy finansowej dla Ukrainy. Program ten niewątpliwie będzie przydatny w ożywieniu gospodarczym kraju i poprawie standardów życia ludności. Innym poważnym kandydatem jest Aivaras Abramovicius, Ukrainiec litewskiego pochodzenia, minister ekonomii w latach 2014 – 2016.
Wśród wielu osób, które przyczyniły się do sukcesu Zelenskyego a potem jego partii znajdują się producenci, aktorzy i współpracownicy z czasów, gdy Zelensky był aktorem-komikiem. I to właśnie oni zechcą, wspólnie z nowo wybranymi deputowanymi do parlamentu, zająć ważne stanowiska w administracji państwowej. Wielu z nich kieruje się – jak mówi polityczna giełda – prawdziwymi ideami reformy państwa, a zwłaszcza walką z korupcją. Personalia poznamy 24 sierpnia, bowiem w tym dniu wyznaczone zostało pierwsze posiedzenie Wierchownej Rady Ukrainy IX kadencji.
Dmytro Razumkow (35 lat), oficjalny szef partii „Sługa Narodu”, syn Oleksandra Razumkowa, nieżyjącego już doradcy prezydenta Leonida Kuczmy, zostanie prawdopodobnie przewodniczącym Wierchownej Rady. Andrij Bogdan, były prawnik oligarchy Ihora Kołomojskiego (który, według wielu komentatorów jest „cichym opiekunem” poczynań Zelenskyego) jest szefem Biura Prezydenta. Kołomojski za czasów byłego prezydenta Poroszenki utracił PrivatBank, który ówczesny rząd znacjonalizował. I zapewne zechce, w zamian za wsparcie w kampanii wyborczej, próbować odzyskać utraconą firmę. Jest na dobrej drodze do tego, bo tuż przed drugą turą wyborów prezydenckich sąd administracyjny rozpoznał w pierwszej instancji skargę Kołomojskiego i orzekł, że prywatyzacja Banku była nielegalna. Jeśli rzeczywiście Kołomojski zechce mieć wpływ na politykę rządzącej partii i prezydenta, może dojść do konfliktu z młodymi, ambitnymi, ale nie doświadczonymi politykami.
Zadaniem najpilniejszym jest zakończenie konfliktu na wschodzie Ukrainy i to będzie wymagać od prezydenta Zelenskyego nie lada umiejętności w negocjacjach z prezydentem Putinem. To najtrudniejsze wyzwanie, zwłaszcza, że Rosja rozpoczęła wydawanie swoich paszportów mieszkańcom tych terenów, próbując przeciągnąć ich na swoją stronę i po raz kolejny stosując politykę faktów dokonanych. Prawdopodobne jest również, że nowa ekipa rządowa zechce przyspieszyć wybory samorządowe w kraju, aby przejąć pełnię władzy w kraju, co ma być też argumentem wobec Moskwy i Brukseli o pełnym poparciu społecznym obecnej ekipy rządzącej.
Nowi deputowani w Wierchownej Radzie muszą udowodnić społeczeństwu Ukrainy, że poradzą sobie z wyzwaniem, które dało im sukces wyborczy, jakim jest walka z korupcją i bardzo trudna sytuacja ekonomiczna kraju, która zmusza tysiące Ukraińców do emigracji zarobkowej. To olbrzymi sprawdzian dla samego Prezydenta Zelenskyego, który musi stać się przywódcą – reformatorem. Tego oczekują wszyscy na Ukrainie. I jeśli ta „polityczna młodzież” przeprowadzi prawdziwą i skuteczną odnowę kraju, wówczas przed Ukrainą dobre perspektywy. Każde inne rozwiązanie może spowodować jeszcze większe polityczne zamieszanie u naszego wschodniego sąsiada i radość w Moskwie.

Przełom?

Po ostatnich doniesieniach o wzmożonych ostrzałach cywilnych obiektów w Donbasie i śmierci wielu cywilów, opinia publiczna była przekonana, że konflikt ten rozgorzeje z ponownie.
Sytuacja się jednak zmieniła – pojawiła się nadzieja na pokój.

Martin Sajdik, przedstawiciel OBWE w trójstronnej komisji ds. uregulowania sytuacji na Donbasie oznajmił wieczorem 17 lipca, że strony porozumiały się co do bezterminowego zawieszenia broni. Porozumienie ma zacząć obowiązywać od 21 lipca.
„Mam dobre wiadomości. Dzisiaj strony ustaliły, że potwierdzają pełną determinację co do przerwania ognia od 21 lipca, zaczynając od godziny 00:01 czasu kijowskiego” – oznajmił dziennikarzom w Mińsku, stolicy Białorusi.
Strony, jak zakomunikował Sajdik, zobowiązują się do wstrzymania działań ofensywnych i operacji wywiadowczo-dywersyjnych, otwierania ognia z dowolnej broni, w tym snajperskiej a także dyslokacji ciężkiej broni w zamieszkałych miejscowościach i ich okolicach oraz obiektach infrastrutury miejskiej: szkołach, przedszkolach i szpitalach. Strony porozumienia zobowiązały się również do zapewnienia pełnego i nieskrępowanego dostępu do swoich obiektów specjalnym misjom OBWE na terytorium całej Ukrainy.
Jak podkreślił Sajdik, działania te można było podjąć dzięki spotkaniu w Paryżu doradców szefów rządów „normandzkiej czwórki” (Ukrainy, Francji, Niemiec i Rosji). Sajdik wyraził nadzieje, że spotkanie to ma rzeczywiste znaczenie dla osiągniętego w stolicy Białorusi porozumienia i pozytywnie wpłynie na dalsze prace trójstronnej grupy w Mińsku. Symbolem porozumienia będzie wspólne odbudowanie przez obie zwaśnione strony mostu w Stanicy Ługańskej. Mają w ciągu 10 dni przedstawić OBWE swoje projekty odbudowy do zatwierdzenia i nie wykorzystywać przeprawy do celów wojennych.
Każde porozumienie, każdy krok, który przybliża zakończenie tego krwawego konfliktu, który pochłonął już ponad 10 tysięcy zabitych w tym wiele osób cywilnych, jest warte poparcia. Nawet jeśli przypomnieć, że to nie pierwsza tego typu umowa, a na dodatek zwierzchnik sił zbrojnych Ukrainy Wołodymyr Zelenski, pozostaje w konflikcie z częścią wojskowych (wysocy oficerowie wręcz sabotują jego rozkazy) to jest nadzieja, że ta kolejna umowa o przerwaniu ognia będzie ostatnią. Według doradcy nowego prezydenta Ukrainy Siergieja Szerifa, ekipa polityczna Wołodymyra Zełenskiego ma zamiar doprowadzić do negocjacji z prezydentem Federacji Rosyjskiej Władimirem Putinem. Szerif potwierdził również doniesienia o planowanej odbudowie mostu w Stanicy Ługańskiej. „Pokazujemy swoje kroki – rozgraniczyliśmy wojska w Stanicy Ługańskiej, chcemy zbudować most, wznowiliśmy proces miński. Wszystkimi swoimi działaniami, a także w czasie wystąpień prezydent mówi, że jest gotów do negocjacji” – powiedział.
Wołodymyr Zełenski i Władimir Putin odbyli z inicjatywy ukraińskiej w ubiegłym tygodniu rozmowę telefoniczną. Podczas niej, poz a ustaleniami dotyczącymi negocjacji w „formacie normandzkim”, których efektem stało się uzgodnienie zawieszenia broni, zadeklarowana została m.in. gotowość do wymiany jeńców.
Ta ostatnia kwestia była także omawiana przez prezydenckich doradców państw „formatu normandzkiego” 12 lipca w Paryżu. „Umówiliśmy się, że w ciągu miesiąca zrealizujemy wymianę określonej liczby, jak to nazwaliśmy, naszych jeńców” – ogłosił po spotkaniu zastępca szefa administracji prezydenta Ukrainy Wadym Prystajko, dodając że ustalenia nie wprowadziły ograniczenia liczby oso, które mogłyby w wyniku wymiany wrócić do ojczyzny.

Przejścia brak Ważny tunajt

Przypomniał mi się dziś Dołhobyczów. To taka wioseczka w powiecie hrubieszowskim, w której jeszcze pół roku temu działało graniczne przejście pieszo-rowerowe z Ukrainą. Jedyne takie na Lubelszczyźnie. W ostatnich sześciu miesiącach przekroczyło je 3,5 tysiąca podróżnych, z czego 850 pieszo lub rowerem. Funkcjonowało od lipca 2015 do końca 2018 r. I dość.

Dołhobyczów przypomniał mi się akurat dzisiaj, gdym włączył telewizor, i zobaczył prezydenta Dudę, składającego kwiaty pod pomnikiem ofiar Rzezi Wołyńskiej. Prezydent po raz wtóry zaapelował do władz ukraińskich o to zgodę na przeprowadzenie ekshumacji ofiar na Wołyniu. To, zdaniem prezydenta Polski, byłoby jasnym sygnałem, że nowej prezydenckiej administracji na Ukrainie zależy, podobnie jak nam, na utrzymaniu poprawnych i przyjacielskich stosunków między obydwoma krajami. Nikt ludziom życia nie przywróci, ale pamięć o nich i prawdę historyczną, nawet najgorszą, należy na światło dzienne wydobyć, choćby spod ziemi, nawet jeśli nie ma na niej mogiły. Kości pomordowanych nadal jednak pod nią tkwią i mogą pokazać światu, jak było naprawdę. Dziś już mogą. Nie bardzo jednak wierzę, że apel prezydenta Dudy spotka się na Ukrainie ze zrozumieniem, choć podobnie jak i pan prezydent, bardzo bym sobie życzył, żeby relacje polsko-ukraińskie wreszcie ucywilizować i zacieśnić. Znam Ukraińców dobrze, bo wychowałem się niespełna 30 kilometrów od nich. Znałem ich wtedy i znam ich dzisiaj. Wożą mnie taksówkami, podają zakupy w sklepie, bawią się z moim dzieckiem. Ba, z paroma grałem na jednej scenie koncerty. Nigdy nic złego mnie z ich strony nie spotkało. Wiem jednak, że póki sama Ukraina nie poradzi sobie wewnętrznie ze sobą i swoją spuścizną, niewiele się tam zmieni. A widoki na uporanie się z własnymi demonami są w Kijowie raczej nieciekawe.
Nowy prezydent Ukrainy postrzegany jest jako człowiek Ihora Kołomojskiego, skonfliktowanego z byłem prezydentem Poroszenką oligarchy, który otwarcie wspiera samodzielny batalion Azow walczący na zachodniej Ukrainie z wojskami separatystów prorosyjskich. Wiecie Państwo co to ten Azow? Na początku prywatna, nacjonalistyczna armia, finansowana z kieszeni bogaczy, takich jak m.in. Kołomojski, później, zalegalizowana przez ukraińskie władze jednostka. W jej skład wchodzą ochotnicy. Sami najlepsi synowie narodu? Nie do końca. Z przeróżnych źródeł dowiedzieć się można, że sporą grupę wojaków stanowią byli skazańcy. Obok nich, w okopach, siedzą legalni faszyści z różnych stron Europy, wyznający ideę supremacji białej rasy. Dalej ukraińscy nacjonaliści, wypisz wymaluj spod tryzuba Bandery, a jeszcze obok nich norlmalsi, postrzegający siebie jako patriotów, którym obecność pozostałych u boku nie wadzi. Wszyscy przystrojeni w mundury z wolfsangelem, przeróbką run, wykorzystywanym w symbolice neonazistowskiej. Jak ktoś ma silne nerwy i takiż sam żołądek, może sobie poszperać w sieci i poszukać filmików z przykładami na to, w jaki sposób towarzystwo obchodzi się z pojmanymi do niewoli jeńcami. Czy to znaczy że drudzy są święci? Bynajmniej. Rzecz jednak w tym, że to z Ukrainą chcemy się bratać bardziej niż z putinowską Rosją. Mam jednak wrażenie, że Ukraina niekoniecznie chce bratniego kontaktu z nami, tak bardzo, jak my z nimi.
Jeśli są wątpliwości, że w Jedwabnem było inaczej niż opisuje to Jan Tomasz Gross, to nie można zakryć ich czapką, a wszystkich tych którzy je podnoszą, nazwać kretynami i nacjonalistami, z którymi rozmawiać się nie godzi. Trzeba rzecz wyjaśnić, żeby nie tonąć w półprawdach i kłamstwach. Tak i na Ukrainie. Pokazać trzeba światu, jak było naprawdę. Kto stał za ludobójstwem, a nie za zbrodnią noszącą znamiona ludobójstwa, bo to podła i niegodziwa manipulacja, bawić się w semantykę nad cierpieniem ofiar. Obdartych ze skóry, poćwiartowanych, spalonych żywcem. Jeden kolega, gdy Rzeź Wołyńska stała się ongiś głośnym tematem sporów przekonywał mnie, że dziś to nie jest dobry czas, żeby atakować Ukrainę „rachunkiem krzywd”, kiedy na wschód od Kijowa siedzi im na karku Moskal. A kiedy jest na to dobry czas? Kiedy będzie lepszy? Jak mamy dojść do wzajemnego pojednania, gdy huk armat pod Mariupolem zagłusza prawdę spod Wołynia, do której nie nazbyt odważnie próbujemy przekonać naszych politycznych partnerów.
Tymczasem, w Dołhobyczowie, zamknięto pas dla pieszych i rowerów, bo podobno trudno było utrzymać nań porządek, a przez sam fakt jego istnienia, autokary notowały obsuwki. Zbliżenie obydwu narodów o którym mówimy, jakby się…oddaliło. Ludzie nie mogą już pojechać rowerem na Ukrainę i z powrotem. Zresztą po co by mieli. Nie dość że zabiją, to jeszcze rower ukradną. Lepiej nam u siebie, przy piecu.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Bieda piszczy

Prezydent Zełenski poza walką ze swoimi politycznymi przeciwnikami, którzy nie przebierają w środkach, musi też zmierzyć się z biedą, w której żyją obywatele Ukrainy.

A sytuacja jest poważna. Jak informuje ukraińska gazeta „Siegodnia” (Dzisiaj) już 91 proc. obywateli Ukrainy jest zmuszonych do szukania oszczędności na każdym kroku.
Z badań Research & Branding Group przeprowadzonych w maju br. wynika, że przeciętna ukraińska rodzina jest musi odmawiać sobie najpotrzebniejszych usług i towarów. Ponad połowa tnie wydatki na odzież i obuwie, niemal połowa (48 proc.) oszczędza na żywności, 39 proc. szuka oszczędności w opłatach mieszkaniowych, co najczęściej związane jest po prostu z niepłaceniem lub zaleganiem z opłatami. Ostry reżim oszczędnościowy stosuje 91 proc. ukraińskich rodzin.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w grupie ludzi starszych. 61 proc. z nich oszczędza na jedzeniu, 57 proc. na lekarstwach.
Choć ukraiński PKB rośnie, to nie przekłada się to, niestety, na poziom życia obywateli. Jeszcze w ubiegłym roku w podobnym sondażu „tylko” 71 proc. zadeklarowało, że musi stale oszczędzać. Bank Światowy ocenia, że by gospodarka dorównała polskiej, kraj potrzebuje 50 lat. Ukraina obecnie znajduje się na poziomie Mołdawii i Gruzji – jednych z najbiedniejszych krajów Europy.
Przyczyną tego stanu rzeczy są niedokończone reformy strukturalne, konflikt w Donbasie i ogromna korupcja.
Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy żądają od Ukrainy kolejnych kroków według neoliberalnych recept, co nie przynosi oczekiwanych rezultatów w krótkim czasie. Prezydent Zełenski przystąpił obecnie do kolejnej tury rozmów z MFW na ten temat. Zmęczenie obywateli fatalną sytuacja ekonomiczną jest coraz większe, rośnie też gniew wobec władz. Partia Zełenskiego „Sługa Ludu” nadal jest na pierwszym miejscu w sondażach, ale z każdym kolejnym jej popularność spada.