Mój drogi narodzie…

„Mój drogi narodzie, całe życie próbowałem robić wszystko, by Ukraińcy się uśmiechali. (…) W ciągu najbliższych pięciu lat zrobię wszystko, byście nie płakali” – tak swoje inauguracyjne przemówienie zakończył 41-letni Wołodymyr Zełenski, zaprzysiężony dziś, nowy prezydent Ukrainy. Na początek okazało się, że Amerykanie nie są z niego zadowoleni.

Były komik i aktor odtworzył dziś scenę zaprzysiężenia, którą zagrał już w komediowym serialu „Sługa narodu”: opierając dłoń na ukraińskiej konstytucji i XVI-wiecznej Ewangelii przyrzekł chronić niepodległości swego kraju. W przemówieniu, które potem nastąpiło, wyznaczył trzy najważniejsze kierunki swej przyszłej polityki.
Jak się spodziewano, jego priorytetem ma być doprowadzenie do zawieszenia broni w konflikcie na wschodzie kraju, który od pięciu lat separuje się od reszty Ukrainy. Mimo zaangażowania wielkich środków, ofiar, które przyniosła ta wojna (ok. 13 tys. zabitych) i europejskich prób pokojowego rozstrzygnięcia sporu, nigdy do trwałego rozejmu nie doszło. Zełenski ogłosił swój zamiar mimo ekskluzywnego, ostrzegawczego spotkania z prowojennym, francusko-izraelskim publicystą politycznym Bernardem-Henrim Lévym i otwartego bojkotu ze strony Stanów Zjednoczonych: Rudy Giuliani, osobisty adwokat prezydenta USA i jego wysłannik, który miał być na inauguracji, odwołał wizytę w Kijowie wspominając o „wrogach” Trumpa, którzy mieliby znajdować się w otoczeniu Zełenskiego.
Ponadto nowy prezydent dał wyraźnie do zrozumienia, że prozachodni kierunek polityczny jego kraju zostanie utrzymany. Trzecią jego ważną decyzją polityczną jest rozwiązanie parlamentu. Do nowych wyborów miało dojść jesienią, ale chce on wykorzystać ludową sympatię, którą się cieszy, by wymienić skompromitowaną aferami korupcyjnymi post-majdanową klasę polityczną.
Nowy, sprzyjający mu parlament umożliwiłby mu wprowadzenie w życie swych projektów politycznych. Przy okazji zwrócił się do obecnego parlamentu, by zwolnił ze stanowisk ministra obrony, prokuratora generalnego i szefa tajnej policji SBU, wiernych poprzedniemu prezydentowi Poroszence.
Zełenski obiecał efektywną walkę z epidemiczną korupcją, lecz szczegóły jego programu pozostają ciągle dość niejasne,a przyszła ekipa rządząca właściwie nieznana. Będzie miał ciężkie zadania przed sobą, przede wszystkim gospodarcze, gdyż ekonomia Ukrainy jest w opłakanym stanie. Są i inne trudności: dotychczasowi, niechętni mu deputowani są w stanie dość łatwo, proceduralnie zablokować rozwiązanie parlamentu, a irytacja Stanów Zjednoczonych może wpłynąć na zmianę jego planów.

Sługo narodu, do dzieła!

Tydzień minął od ukraińskich wyborów prezydenckich. Niezwykle ważnych też dla Polski.

Bo Ukraina to nasz sąsiad aspirujący do NATO i Unii Europejskiej. Bo w Polsce pracuje i studiuje już ponad 1,5 miliona przybyłych stamtąd Ukraińców. I jeśli doliczyć do nich ponad półmilionową społeczność ukraińską od lat mieszkającą w Polsce, posiadająca polskie obywatelstwa, to nietrudno zauważyć jak wielu tutaj czeka na deklaracje nowo wybranego tam prezydenta.
W trakcie kampanii wyborczej Wołodymyr Żełenski zapowiadał nowy styl uprawiania polityki. Wymianę pokoleniową ukraińskich politycznych elit. Miał ułatwione zadanie, bo jego najpoważniejszym rywalem okazał się urzędujący prezydent Petro Poroszenko. Prowadzący kampanię pod patriotycznymi, pobożnymi, nacjonalistycznie pobrzmiewającymi hasłami: „Język, armia, religia”.
Hasłami jeszcze niedawno ekscytującymi, wzbudzającymi poparcie. Dziś już niepopularnymi, brzmiącymi wczorajszymi problemami i emocjami.
Prezydent Petro Poroszenko pomimo swych zasług, politycznego doświadczenia i licznych osobistych przymiotów, przegrał z młodszym debiutantem. Jego klęskę radośnie komentowano w Rosji, bo Poroszenko swą politykę oparł na konflikcie z Kremlem i na religijno-kulturowym rozwodem z Rosją.
Nie opłakiwano go też w stolicach państw Unii Europejskiej. Paryż zdążył już, nieoficjalnie, przyjąć ukraińskiego następcę na tronie, oswoić się z nim. Trochę łez uronił Berlin, bo Poroszenko Z Niemcami próbował budować długoletnie strategiczne partnerstwo. Ale od razu też popłynęło z Berlina gorące zaproszenie dla oczekiwanego tam Żełeńskiego.
Władze w Warszawie odejście Poroszenki przyjęły z ulgą. Kanceliści pana prezydenta Dudy od dawna narzekali zaprzyjaźnionym dziennikarzom na brak dobrej współpracy z administracją Poroszenki.
Centrum rządzenia Polską zlokalizowane przy Nowogrodzkiej też polityki prezydenta Poroszenki nie akceptowało. Miało mu za złe, że zlekceważył zalecenie pana prezesa Kaczyńskiego. Przekazane do wiadomości wszystkim aktualnym i przyszłym przywódcom Ukrainy.
Zalecenie przestrzegające, że „Z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.
Dodatkowo prominentom PiS bardzo nie podobało się zatrudnianie przez ekipę Poroszenki byłych polskich polityków związanych z Platformą Obywatelska. Czemu naszych nie zatrudnia? – narzekali nieoficjalnie mediom.
Tydzień minął, a następca na prezydenckim, kijowskim tronie nie zaprezentował głównych kierunków swej polityki. Można dalej na takie wystąpienie cierpliwie czekać. A nuż wreszcie uchyli rąbka tajemnicy.
Można też, o czym coraz częściej i głośniej polscy parlamentarzyści rozmawiają, publicznie o to zapytać nowo wybranego prezydenta. A pytań jest wiele. Po stronie ław rządzących i opozycji też.
Opozycyjni polscy parlamentarzyści chcieliby usłyszeć, czy pan prezydent Żełenski będzie nadal kroczył w kierunku integracji z Unią Europejską? Nawet jeśli będzie miał „pod górkę”?
Czy może wybierze „wariant turecki”, czyli będzie dążył do integracji z gospodarką Unii Europejskiej, nie przyjmując wszystkich jej demokratycznych wartości i rozwiązań?
Zintegruje obie gospodarki przy zachowaniu niezgodnego z unijnymi standardami i wartościami ustroju ukraińskiego państwa, systemu sądowniczego, samorządowego.
I tu trzeba zadać nowemu prezydentowi Ukrainy powszechne wśród parlamentarzystów „Nowoczesnej” pytanie: czy podpisze i wprowadzi w życie kartę praw LGBT?
Bo na Ukrainie prawa mniejszości seksualnych nadal nie są przestrzegane. Osoby o homoseksualnej orientacji nadal są często prześladowane.
Skoro w czasie kampanii prezydenckiej pan Wołodymyr Żełenski zapowiadał nową politykę, inną od obecnej, to czy jej zmiana nastąpi też wobec środowisk LGBT?
Następnie warto zapytać nowego prezydenta, nadzorującego armię ukraińską, o politykę wobec Donbasu i Ługańska. Dwóch zbuntowanych wobec władzy w Kijowie regionów państwa ukraińskiego.
Czy pan prezydent Żełenski uzna buntowników za „partyzantów”, jak już raz powiedział, i zacznie z nimi negocjować warunki rozejmu i pokoju?
Czy utrzyma politykę swego poprzednika deklarującego, że z najemnikami Kremla nie rozmawia się, tylko walczy się z nimi?
Bardziej zainteresowani polityką międzynarodową parlamentarzyści chcieliby widzieć, czy pan prezydent Żełenski akceptuje „wariant normandzki” przy rozwiązywaniu konfliktu w zbuntowanych regionach? Nawet jeśli jest on niekorzystny dla władzy w Kijowie, bo może prowadzić do dużej autonomii zbuntowanych obecnie prowincji.
Trzeba też zapytać nowego prezydenta Ukrainy, co zamierza zrobić z zabranym Ukrainie Krymem. Żaden poważny polityk z UE nie neguje praw Ukrainy do tego terytorium.
Ale żaden z poważnych polityków nie wierzy, że Ukraina szybko Krym odzyska. Prędzej już wejdzie do NATO i Unii Europejskiej.
Ale aby państwo ukraińskie przystąpiło do NATO i UE, to wpierw musi mieć uregulowane swe państwowe granice.
Czyli za cenę wejścia do NATO i UE Ukraina będzie musiała zrzec się Krymu, albo kwestię jego odzyskania odłożyć w nieokreśloną przyszłość.
Co o tym myśli pan prezydent Żełenski? Czy gotowy jest taką cenę zapłacić?
Czy pomimo utraty Krymu jest gotowy do poprawy stosunków z Rosją?
Relacje Ukraina – Rosja bardzo interesują parlamentarzystów z PSL i wszystkich innych pochodzących ze wsi. Bo ewentualna poprawa relacji Moskwa – Kijów to zniesienie sankcji gospodarczych Unii Europejskiej. To ponowne otwarcie rynku rosyjskiego dla polskich produktów żywnościowych. To dla polskiego rolnictwa kwestia niezwykle ważna.
I problem ważny nie tylko dla parlamentarzystów PiS. Także tych z Kukiz’15 i PSL.
Czy nowy pan prezydent zerwie z kultywowaniem tradycji OUN-UPA, z gloryfikowaniem Stefana Bandery?
Czy potępi organizacje gloryfikujące ukraiński faszyzm?
Czy przeprosi za ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu w latach 1943-1944?
Przeprosi nie tylko w czasie wizyty w Polsce, ale także w czasie wizyty na Wołyniu?
I na koniec pytanie, które powinno być pierwsze. Kiedy pan prezydent Wołodymyr Żełenski odwiedzi Warszawę?
Kancelaria pana prezydenta Dudy poinformowała o wysłaniu oficjalnego zaproszenia.
Wówczas zapewne parlamentarzyści polscy, którzy podzielili się ze mną intrygującymi ich pytaniami, będą mieli okazję zadać je sami.

Bigos tygodniowy

Wasyl Hołoborodko, główny bohater ukraińskiego serialu komediowego „Sługa narodu” wygrał wybory prezydenckie i wystąpi w roli Wołodymyra Zełenskiego, prezydenta Ukrainy. Mimo dramatycznych trudności jakie przeżywa, naród ukraiński jest najdowcipniejszym narodem na świecie.

*****
Dowcipny jest także sam Zełenski, o którym prasa zachodnia, głównie anglojęzyczna, pisze dość powszechnie per „jew”. Niestety, brak treningu w serialu komediowym uniemożliwia bycie dowcipnym premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Jego amerykańskie wypowiedzi o polskich sędziach pozbawione są nie tylko komizmu, ale także dobrego smaku, a nade wszystko odrobiny nawet sensu i logiki.

*****
Strajk nauczycieli ciągle trwa mimo zmasowanego ataku rządowej propagandy dyfamacyjnej, różnych pęknięć i pewnego słabnięcia determinacji. Propaganda władzy uporczywie powtarza zwrot o „dzieciach” jako „zakładnikach ZNP”. „Dzieci”, wiadomo, to w Polsce to sentymentalny fetysz. Ale jakie tam znów dzieci? Niech nie wkurzają młodzieży, bo ona to nie żadne „dzieci”, jeno „uczniowie” i „młodzież” właśnie. Dzieci to są w żłobku i przedszkolu.

*****

Tymczasem na horyzoncie rysuje się ponowny strajk lekarzy, którzy po roku od podpisania z nimi porozumienia z ministrem zdrowia Szumowskim alarmują, że rząd nie dotrzymuje umowy. Pojawiły się też sygnały niepokojów wśród pracowników opieki społecznej, może jeszcze drastyczniej niedopłaconych niż nauczyciele. Takich grup zawodowych w budżetówce jest wiele, choćby szeroko rozumiani pracownicy placówek kultury, muzealnictwa, etc. Tyle że oni ani mrugną protestacyjnie.

****
Instytut Badań Pollster zapytał respondentów, „czy religia powinna być nauczana w szkole?”. 50 proc. ankietowanych odpowiedziało „nie”, 38 proc. – „tak”. Odpowiedź „nie wiem/trudno powiedzieć” wybrało 12 proc. Prof. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk ocenił ten wynik jako „efekt cywilizacyjnego rozwoju i zjawisko, które występuje we wszystkich rozwiniętych demokracjach”. Jego zdaniem „Polacy coraz częściej traktują Kościół jako coś, co powinno być wyborem indywidualnym, a nie strategią narzuconą z góry przez instytucje państwowe. Po prostu nie chcą podporządkowania szkoły Kościołowi” .

*****
Z kolei Kantar Public ogłosił wynik badania, z którego wynika, że Za prawem do aborcji na życzenie jest 58 procent respondentów, przeciw jest 35 procent, bez zdania – 7 procent. Za legalizacją związków partnerskich jest 50 procent respondentów, 46 procent jest przeciw. Rzecz nie w tym jednym badaniu. Rzecz w tym, że podobne wyniki od pewnego czasu się powtarzają i zaczynają układać we wzór, który mówi: koniunktura dla władztwa Kościoła katolickiego wchodzi w fazę schyłkową, a nadzieje na katolicką kontrrewolucję są zdecydowanie płonne. A ponieważ te procesy wyraźnie przyspieszyły po „czarnym proteście” z października 2016 roku, to śmiało można wysnuć wniosek, że żadne rządy tak bardzo nie przyczyniły się do przyspieszenia sekularyzacji w Polsce, jak drugie rządy PiS. A za rządów PO-PSL, a wcześniej SLD-PSL z badań tak bardzo wyzierał konserwatyzm katolicki Polaków, że progresiści w tych formacjach rozkładali ręce w geście bezradności : nic się nie da zrobić. Kościół i konserwatywni katolicy mogliby powiedzieć: było tak dobrze, więc komu to przeszkadzało? No cóż, jedna z żelaznych zasad fizyki mówi, że bodziec o określone silnej, rodzi reakcję o sile mu odpowiadającej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
*****
ICH publicyści to zauważają. Niezmiennie boleściwy Robert Tekieli napisał w „Gapolu” : „jeśli PiS przegra, oznacza to koniec istnienia Polski, jaką znamy, bo w cztery lata upodobni się do Belgii, Francji czy Niemiec”. Boże Przedwieczny, czy to możliwe, że spełni się moje marzenie żywione od młodości? Żart – ale tylko trochę, bo ta Francja, którą zobaczyłem po raz pierwszy w życiu 38 lat temu, robiła wspaniałe wrażenie, jednak od tamtego czasu to się bardzo obsunęło, z różnych powodów. Tak czy inaczej życzmy sobie Polski w ramach dobrze pojętego, europejskiego kształtu, bez pisiorstwa u władzy i tego męczącego Kościoła wiecznie na karku.

*****
Wspomniany Tekieli wyrzeka na „pokolenie Bosackie i Winnickie za krecią robotę” i na „towarzysza Janusza Korwina Mikke”. „Uszczkną punktów PiS i to zdecyduje o przegranej” – martwi się Tekieli. Inny publicysta prawicowy alarmuje: „Narodowcy w służbie lewactwa”. Jedynie Karnowscy, ci najwierniejsi lejtnanci PiS, martwią się tylko o notowanie Koalicji Europejskiej.

*****
Chamska łupa Pawłowicz przypieprzyła się do Magdaleny Adamowicz za kandydowanie do PE i nie umie uszanować jej dramatu osobistego. Pawłowicz, zamknij się gdzieś w szafie ze swoją sałatką w opakowaniu foliowym i wchłaniaj na osobności. Może ktoś uważa, że teraz idę za ostro? A Pawłowicz to wolno? A poza tym Dostojny Jubilat Jan Kobuszewski uczył w kabarecie, że „chamstwu trzeba przeciwstawiać się siłom”. I oczywiście także „godnościom osobistom”.

*****
Są sygnały, że problem z ministerką finansów Teresą Czerwińskią wcale się nie zagoił i trwa ona uparcie w zamiarze dymisji, tyle tylko, że ją uprosili, by nie odchodziła sama, demonstracyjnie, ale w ramach ogólnej rekonstrukcji rządu. Jednak podobno, z powodu strajku nauczycieli, rekonstrukcja oddala się w czasie.

*****
Katolicy jak zwykle pilnowali nocą grobu Jezusa Chrystusa i jak zwykle im się wymknął.

*****
„Miliony dla Notre Dame, nic dla biedaków”. W wersji bardziej literackiej: „Wszystko dla Notre Dame, nic dla Nędzników”. Protest „żółtych kamizelek” z hasłami więcej niż jakobińskimi – z sankiulockimi i „wściekłymi”. Kłaniają się z zaświatów dechrystianizatorzy z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej – Hebert, Chaumette i inni. Do tego nauczyciele w jednej ze strajkujących polskich szkół upozowali się na słynny obraz Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. A że przy okazji Notre Dame przywołano dzwonnika Quasimodo, więc można powiedzieć, że ożywa przywiędła od lat moda na Francję.
*****
Na koniec o elektrycznych hulajnogach, nowej pladze naszych czasów. Uważajmy, piesi, na hulajnogi, bo gdy hulajnoga nas przejedzie na chodniku, to nie dość, że odwiozą nas do szpitala (w najlepszym razie), to jeszcze zapłacimy mandat za niewłaściwe poruszanie się po chodniku.

Wybór Ukrainy

Pierwsza tura wyborów prezydenckich ukazała w całej pełni głębię kryzysu politycznego, który od lat paraliżuje Ukrainę.

Objawami tego kryzysu są inflacja kandydatur (39) i niemal powszechna niechęć wobec dotychczasowej polityki. Przejawem tej niechęci jest żenująco słaby wynik uzyskany przez prezydenta Petro Poroszenkę, który wprawdzie zdołał wejść do drugiej tury, ale z wynikiem niemal o połowę słabszym niż uzyskany przez Wołodymyra Zełenskiego – popularnego aktora, ale człowieka spoza elity politycznej, bez jakiegokolwiek doświadczenia pracy państwowej.
Przyczyny tego stanu rzeczy tkwią nie tylko w fatalnych dla Ukrainy konsekwencjach tak zwanej „rewolucji godności” i konfliktu z Federacją Rosyjską. Obalenie w lutym 2014 roku prezydenta Wiktora Janukowycza było konsekwencją masowego sprzeciwu wobec odmowy podpisania przez niego umowy o stowarzyszeniu Ukrainy z Unią Europejską, protestu przeciw systematycznej korupcji i oburzenia wywołanego użyciem brutalnej siły wobec demonstrujących na kijowskim Majdanie. Obalenie Janukowycza rozbudziło wielkie nadzieje na demokratyczny i prozachodni rozwój Ukrainy, ale zarazem spotęgowało wewnętrzne podziały.
Podziały te mają korzenie historyczne. W momencie rozpadu ZSRR Ukraina obejmowała cztery regiony o wyraźnie różnej historii. Ukraina zadnieprzańska obejmuje ziemie, które do drugiej polowy XVII wieku stanowiły część państwa polsko-litewskiego i znalazły się pod panowaniem rosyjskim w wyniku powstania Chmielnickiego, Ugody Perejeslawskiej (1654) i kończącego wojnę polsko-rosyjską pokoju z 1686 roku. Ziemie te pozostawały pod panowaniem rosyjskim najdłużej, mają znaczącą liczebnie ludność rosyjskojęzyczną i tradycyjnie ciążą ku Rosji. Regionem jeszcze bardziej związanym historycznie z Rosją jest Krym, zdobyty dla Rosji w 1783 przez księcia Potiomkina, który odebrał ten półwysep chanatowi krymskiemu panującemu nad nim od 1441 roku. Krym stał się częścią Ukrainy dopiero w 1954 roku (decyzją Prezydium Rady Najwyższej ZSRR) a jego rosyjska w większości ludność po upadku ZSRR wielokrotnie opowiadała się za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. Trzecim i największym regionem Ukrainy są obszary centralne, gdzie panowanie rosyjskie miało swe korzenie w trzech kolejnych rozbiorach Polski. Czwarty reszcie region obejmuje ziemie, które nigdy nie należały do Rosji a wcielone do ZSRR zostały dopiero w wyniku drugiej wojny światowej – są to dawna Galicja Wschodnia i Ukraina Zakarpacka, w latach międzywojennych stanowiąca część Czechosłowacji, następnie anektowana przez Węgry i po wojnie wcielona do ZSRR. Ten historyczny podział ma trwałe konsekwencje polityczne. Ukraina zachodnia (zwłaszcza dawna Galicja Wschodnia) to najsilniejsze oparcie dla ugrupowań nacjonalistycznych i prawicowych, podczas gdy wschód Ukrainy w kolejnych wyborach udzielał poparcia politykom opowiadającym się za zbliżeniem z Rosją. Tegoroczne wybory potwierdziły tę tendencję. Poroszenko wygrywał w części zachodniej, Zełenski znokautował go w centrum kraju. Czwarty pod względem liczby zdobytych głosów – prorosyjski polityk Jurij Bojko (11 proc.) – miał poparcie tylko na wschodzie kraju, gdzie wypadł nawet lepiej od Zełenskiego.
Kryzys polityczny jest tylko częściowo związany z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Gdy z rosyjskim poparciem dokonała się secesja Donbasu, większość mieszkańców wschodniej Ukrainy nie poparła tej rebelii. W rosyjskojęzycznym Dnieprze (dawnym Dniepropietrowsku) i w innych miastach tego regionu widziałem tablice ku czci ochotników poległych po stronie Ukrainy. Okazało się wtedy, że różnice kulturowe (w tym językowe) nie przekładają się automatycznie na lojalność polityczną. Naród ukraiński to nie tylko ludzie, dla których językiem ojczystym jest ukraiński. Dlatego terytorialny zasięg secesji nie pokrywa się z obszarem dominacji języka rosyjskiego.
Nie przeczy to jednak temu, że region wschodni nie udzielał tak zdecydowanego poparcia nowym władzom, jak zachód kraju. Przyczyniła się do tego nacjonalistyczna polityka „ukrainizacji”, której przejawem było uchwalenie (bezpośrednio po obaleniu Janukowycza) ustawy pozbawiającej język rosyjski statusu drugiego oficjalnego języka. Została ona wprawdzie pod naciskiem państw zachodnich anulowana, ale samo jej uchwalenie ujawniło intencje nowej władzy. Nacjonalizm powoduje alienację mieszkańców wschodniej Ukrainy, a tym samym pogłębia kryzys państwa.
Jeszcze poważniejsze są skutki fatalnej polityki gospodarczej, na której odbija się brak odważnej reformy. Bank światowy szacuje spadek ukraińskiego PKB po 2014 roku na co najmniej 16 procent. Spadła stopa życiowa, czego pośrednim efektem jest masowa emigracja Ukraińców, także do Polski. Równocześnie rosną fortuny oligarchów, do których należy także prezydent Poroszenko. Polaryzacja bogactwa i biedy w warunkach ogólnego zubożenia społeczeństwa rodzi protest społeczny skierowany, rzecz prosta, przeciw dotychczasowej elicie władzy.
Obciąża ją także w oczach obywateli niezdolność rozwiązania konfliktu z Rosją. Najbardziej radykalni nacjonaliści mają pretensje do Poroszenki o to, że nie jest dostatecznie antyrosyjski i że nic nie zrobił, by odzyskać Krym oraz zbuntowany Donbas. Krytycy nie mówią, jak prezydent miałby tego dokonać, ale wykorzystują przeciw niemu wzrost nastrojów antyrosyjskich. Z drugiej strony pojawiły się także zapowiedzi (między innymi Zełenskiego) szukania jakiegoś rozwiązania konfliktu, przy czym nie zostało jasno powiedziane, na jakich zasadach miałoby się to dokonać.
Przewidywanie wyniku drugiej tury (21 kwietnia) jest obciążone pewnym ryzykiem, gdyż w warunkach bardzo niestabilnej sytuacji politycznej nie można wykluczyć jakiegoś spektakularnego zwrotu na korzyść urzędującego prezydenta. Najprawdopodobniej jednak cudu nie będzie i Poroszenko – jak wszyscy jego poprzednicy – odejdzie po jednej kadencji. Nie będzie to oznaczało końca kryzysu, ale otworzy nowe perspektywy. Ewentualny kompromis z Federacja Rosyjską wymagałby od obu stron zrezygnowania z maksymalnych żądań. Nie wiem, czy obie strony są do tego gotowe. Byłby on jednak w interesie Ukrainy, Rosji i Unii Europejskiej. Ta ostatnia stoi po stronie Ukrainy, kontynuuje stosowanie wobec Rosji sankcji ekonomicznych, ale zarazem odczuwa negatywne skutki tej polityki i chętnie by od niej odeszła, gdyby w wyniku kompromisu ukraińsko-rosyjskiego stało się to możliwe. Jeśli Wołodymyr Zełenski zostanie prezydentem, stanie więc przed historycznym wyzwaniem.

Tako rzecze Wielki Brat

Kurt Volker jest specjalnym wysłannikiem USA ds. Ukrainy. Do tej pory wstrzymywał się z okazywaniem poparcia jednemu z kandydatów. Do teraz.

Volker ogłosił, że kandydat, który zresztą wygrał I turę ze znaczną przewagą – Wołodymyr Zełenski jest kandydatem antysystemowym. To, w wydaniu Volkera oczywiste i jednoznaczne oskarżenie, ponieważ „system” to kształt ukraińskiego państwa, który został ostatecznie stworzony po Majdanie 2014 roku, i w który to projekt USA włożyły, jak przyznali oficjalnie amerykańscy politycy, miliardy dolarów. Poza tym, jak zauważa Volker, hasła wyborcze Zełenskiego brzmią populistycznie. Dodał następnie, że kandydat Poroszenko (niemal dwa razy mniej głosów niż Zełenski) „wiele pracował”, „wiele osiągnął” i przed nim jeszcze „wiele spraw [do załatwienia – przyp. red]”.
„Teraz ukraińska społeczność stoi przed wyborem – czy chcą kogoś, kto jest po prostu antyestabliszmentowy, obiecując wielkie reformy (…), czy chcą kogoś, kto być może niektórych rozczarował w pewnych sprawach, ale zrobił więcej w sprawie reform niż ktokolwiek na Ukrainie w ciągu ostatnich 20 lat?”, retorycznie pytał Volker. Pytany przez dziennikarza telewizji PBS, której udzielał wywiadu, czy ma na myśli Poroszenkę, odpowiedział twierdząco.
W I turze ukraińskich wyborów prezydenckich Wołodymyr Zełenski otrzymał 30,24 proc, zaś Poroszenki 15,95 proc. głosów, co odczytane zostało jako jednoznaczna zapowiedź przegranej Poroszenki w II turze, która odbędzie się 21 kwietnia. Jednak teraz, bo tak bezczelnym mieszaniu się USA w ukraińskie wybory poprzez udzielanie jednoznacznego poparcia jednemu z kandydatów, to już nie jest wcale takie pewne. Wsparcie Volkera dla Poroszenki może mieć wielkie znaczenie również w tym sensie, że gdyby doszło do masowych fałszerstw podczas głosowania i liczenia głosów, Stany Zjednoczone potrafią poprzez naciski spowodować, by nikomu w Unii Europejskiej to kompletnie nie przeszkadzało, nawet mimo niezbitych i licznych dowodów na oszustwa nad urnami.
Trudno znaleźć mocniejszy dowód na mieszanie się USA w wewnętrzne sprawy Ukrainy.

Poroszenko wierzy

Ukraiński prezydent Petro Poroszenko, choć wyprzedzony w sondażach przez komika Wołodymyra Zelenskiego, na ostatnim wiecu wyborczym we Lwowie ogłosił, że jest „absolutnie” pewny swego ostatecznego zwycięstwa. W niedzielę odbyła się pierwsza, a 21 kwietnia będzie druga tura wyborów, w których startuje 39 kandydatów. Liczy się jednak tylko trzech.

Wszystkie sondaże wskazują na Zelenskiego jako zwycięzcę pierwszej tury, dają mu od 25 do 28 proc. głosów. To znak zmęczenia wyborców elitami skompromitowanymi powtarzającymi się skandalami i sygnał rozczarowania po pięciu latach od prozachodniego Majdanu, który wyniósł Poroszenkę na najwyższe stanowisko w państwie. Zelenski, 41-letni aktor i przedsiębiorca rozrywkowy, swój ostatni wiec wyborczy w formie zabawnego spektaklu zorganizował pod Kijowem.
Poroszenko pojechał do Lwowa, by zapewnić tamtejszą publiczność, że Ukraina zachowa swój prozachodni kierunek polityczny. Dużo mówił o Putinie i Zelenskim. „Wybory będą całkowicie wolne i sprawiedliwe i jedynie naród ukraiński, a nie Putin, i nie jakiś oligarcha z Izraela, będą decydować o przyszłości Ukrainy!” – mówił Poroszenko, któremu sondaże dają od 17 do nawet 22 proc. głosów.
Ten „oligarcha izraelski”, o którym mówił prezydent, to Ihor Kołomojski. Sztab Poroszenki nazywa Zelenskiego „marionetką Kołomojskiego”, choć komik regularnie temu zaprzecza. Z drugiej strony popularna telewizja 1+1 należąca do Ukraino-Izraelczyka, zapewnia Zelenskiemu bogatą, pozytywną obsługę.
O przejście do drugiej tury Poroszenko będzie walczył z Julią Tymoszenko zajmującą w sondażach trzecią pozycję – od 13 do 17 proc. głosów. Tymoszenko zapewnia, że za jej kadencji Krym wróci do Ukrainy i obiecuje, że obniży o połowę ceny gazu dla ludności (co jednak już wzbudza protesty wierzycieli Ukrainy). Wszyscy trzej liczący się kandydaci są za zacieśnieniem stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.

Poroszenko zwodzi?

Piotr Poroszenko, ukraiński prezydent, oznajmił, że gotów jest spotkać się z Władimirem Putinem na dwustronnych rozmowach.

Czy to oznacza, że Ukraina jest gotowa do rozmów o pokoju na swoich wschodnich terytoriach? Raczej nie, to tylko gra przed wyborami prezydenckimi w tym kraju. Poroszenko świetnie rozumie, że druga pozycja w przedwyborczych rankingach (15, 7 proc i traci 3,1 proc. do prowadzącego komika Wołodymyra Zelenskiego) wymusza na nim niestandardowe zachowania, jeżeli chce myśleć o nawiązaniu równorzędnej walki z Zelenskim. A w związku z tym, że 22 marca w Moskwie przebywali z wizytą Jurij Bojko, prorosyjski kandydat na prezydenta Ukrainy, popierany w Donbasie i Ługańsku, w towarzystwie Wiktora Medwedczuka, opozycyjnego polityka ukraińskiego i rozmawiali z premierem Miedwiediewem o zakończeniu konfliktu na wschodzie kraju oraz próbowali porozumieć się w sprawie nowych dostaw rosyjskiego gazu na Ukrainę, Poroszenko musiał zareagować.
Propozycja Poroszenki na temat spotkania z Putinem po bliższym wyjaśnieniu okazała się nieco przerysowana. Polityk oznajmił, że spotkanie takie przeprowadzi tylko w tym wypadku, jeżeli będzie miał wsparcie proukaraińskich partnerów zachodnich.
– Mogą być rozmowy dwustronne? Oczywiście, jesteśmy suwerennym, niepodległym państwem. Ale czy pozycja Ukrainy będzie słabsza, jeśli pojedziemy bez poparcia naszych międzynarodowych partnerów z proukraińskiej koalicji? Oczywiście, że słabsza – powiedział obecny prezydent Ukrainy w wywiadzie dla miejscowej telewizji.

Ukraińska demokracja, czyli nic się nie zmieniło

Im bliżej końca kampanii wyborów prezydenckich nad Dnieprem (przypomnijmy – pierwsza tura głosowania wypada 31 marca), tym bardziej atmosfera polityczna gęstnieje, przybierając coraz bardziej brutalne i niedemokratyczne formy.

Do gry włączyły się aktywnie środowiska nacjonalistyczno-neofaszystowskie z tzw. ukraińskiego Korpusu Ochotniczego „Prawego Sektora” dowodzonego przez Andrija Biłeckiego. Ukraiński Korpus Ochotniczy „Prawego Sektora”, zbrojne ramię tej partii, to typowa bojówka i zarazem kolejna mutacja jednostek militarnych złożona z ochotników, którzy operowali w Donbasie. Zorganizowały one kilka spektakularnych manifestacji skierowanych głównie przeciwko kampanii wyborczej urzędującego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki. Przeszkodziły mu w objeździe Ukrainy i organizowaniu wieców, na których obiecuje on, że w ciągu drugiej kadencji wprowadzi kraj do czołówki rozwiniętych państw świata, podniesie pensje i emerytury, no i oczywiście zwycięży w wojnie z Rosją na wschodzie Ukrainy, odzyska Krym i wprowadzi kraj do UE i NATO.
Obietnice mają rozmach, bo i opozycja przeciwko prezydentowi narasta – 10 marca wielki wiec w Kijowie zorganizował przeciwko prezydentowi Prawy Sektor, ale poczucie, że jego klan opanował większość stanowisk w administracji państwowej, wykracza poza skrajną prawicę. Takie jest mniemanie większości komentatorów życia publicznego nad Dnieprem różnych opcji. Kolejnym powodem niezadowolenia jest gigantyczna afera korupcyjna związana z handlem bronią i uzbrojeniem armii ukraińskiej, doposażeniem jej w sprzęt wojskowy i zyski związane z trwaniem wojny na wschodzie kraju (tzw. afera Ukr-Oborono-Prom-u). Klan Poroszenki jest bezpośrednio zamieszany w tę sprawę. Julia Tymoszenko zażądała publicznie rozpoczęcia procesu impeachmentu prezydenta w związku z tym skandalem.
Nacjonaliści czują się na Ukrainie na tyle pewnie, by zrywać kolejne wiece wyborcze Poroszenki. W Czerkasach, w ubiegłym tygodniu prezydenta zakrzyczano, zmuszono do zejścia ze sceny i ucieczki z wyborczego mitingu. Podobne wydarzenie miało miejsce następnego dnia w Żytomierzu. Kolejne spotkanie przedwyborcze w Czernihowie zorganizowano jako „niepubliczne”. Mimo to ochotnicy z Korpusu Narodowego i tak skutecznie je zakłócili. Następnego, w Łucku, już nie było. Spodziewają się równie „owacyjnego” przyjęcia prezydent pojechał …. do Donbasu, gdzie w mundurze polowym spotkał się z członkami batalionu Azow. Takie wyborczo-wojenne widowisko dla ludu.
Nagłe i agresywne rozerwanie związków między Poroszenką a nacjoszowinistami trzeba opisywać jako kolejny etap procesu rozpoczętego już na Majdanie. Te środowiska, które do tej pory wspierały Poroszenkę – z wzajemnością – dokonują kolejnego kroku ku dalszemu zorganizowaniu Ukrainy wedle koncepcji ultraprawicy i faszyzującego integralnego nacjonalizmu (pomysły Bandery, Szuchewycza, OUN itd.). Poroszenko basujący dotychczas tym tendencjom, aby przyciągnąć do siebie bardziej umiarkowany elektorat i ludzi, którym daleko do tych koncepcji państwa i narodu, którzy chcą po prostu spokojnie żyć, zmuszony został do zmiany narracji i retoryki. Fanatyczni zwolennicy ultraprawicy na jakiekolwiek kompromisy, z tytułu wyznawanych wartości i idei, nigdy i nigdzie się nie zgadzają.
Komentatorzy nad Dnieprem coraz częściej mówią, iż w razie wyborczego niepowodzenia Poroszenko nie będzie miał innego wyjścia, niż zbiec za granicę, wzorem Wiktora Janukowycza. Wymienia się Mołdawię, gdyż Poroszenko – który uczył się w szkole w naddniestrzańskich Benderach – jest zaprzyjaźniony z tamtejszym prezydentem Igorem Dodonem, lub Malagę w Hiszpanii gdzie posiada luksusową rezydencję. Majątek Poroszenki w czasie jego działalności w państwowej administracji Ukrainy (od 1998 r.) a zwłaszcza podczas prezydentury, został wielokrotnie pomnożony, niekoniecznie legalnymi i transparentnymi metodami. Zajmowanie się równolegle działalnością biznesowa i polityką, piastując przy tym najwyższe stanowiska państwowe jest z definicji korupcjogenne. Bez gigantycznych machinacji w trakcie wyborów i olbrzymich manipulacji medialnych Poroszenko ma nikłe szanse na wejście do II tury. Zwłaszcza, iż tendencje badań opinii publicznej pokazują trend spadkowy tej kandydatury.
Nawet najgorliwsi do tej pory zwolennicy Majdanu, prozachodniego Ukrainy i zerwania jakichkolwiek związków z Rosją – jak np. topowy dziennikarz naddnieprzańskich mediów Dmitrij Gordon – oficjalnie mówią dziś, że problemem Ukrainy jest nie wojna na wschodzie kraju, nie hybrydowa agresja Federacji Rosyjskiej, ale korupcja i przegnicie do dna systemu funkcjonowania państwa. Bez wymiany całej elity politycznej nic się nad Dnieprem nie zmieni. W wywiadzie dla kanału 112 Gordon stwierdził nawet, iż „korupcja funkcjonująca za Janukowycza to dziecinada w porównaniu z tym, co jest w ostatnich 5 latach”. Przewiduje on sytuację, kiedy wszystko zostałoby po wyborach jak dotychczas, że kolejne miliony Ukraińców wyjadą na Zachód i do Rosji. Kraj opustoszeje do reszty.
Zanim zastanowimy się, czy o to chodziło tym Ukraińcom, którzy szczerze ryzykowali życie na Majdanie, spójrzmy jeszcze na sondaże: permanentnie zyskuje komik, reżyser i aktor Wołodymyr Zełenski (ponad 25 proc. poparcia). Na drugim miejscu tasują się Julia Tymoszenko (ponad 17 proc.) i Petro Poroszenko (ok. 16 proc.). W wyścigu o II turę liczy się jeszcze może Jurij Bojko (ok. 11 proc. poparcia). W tle pozostają oligarchowie, którzy sponsorują kampanie kandydatów. Np. Ihor Kołomojski jest donatorem kampanii Zełenskiego, ale ostatnio regularnie spotyka się (według kijowskich informacji medialnych) z … „piękną Julią”.
To oligarchowie zadecydują o składzie drugiej tury: wymienia się Rinata Achmetowa, Dmytro Firtasza, Wiktora Pińczuka, Ihora Kołomojskiego, Wiktora Medwedczuka, Wadyma Rabinowicza czy Hennadija Bogolubowa. Może w dokonywaniu wyborów pomogą im ultranacjonalistyczne bojówki, cieszące się protekcją czy też przyjaznym milczeniem ministerstwa spraw wewnętrznych. Zdanie zwykłych wyborów będzie miało takie znaczenie, jak zawsze.
Dlatego, jeśli spytać ich o plany na przyszłość, najczęściej odpowiadają: wyjechać.

Chwali i obiecuje

Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk przybył do Kijowa na obchody piątej rocznicy śmierci „Niebiańskiej Sotni” – poległych podczas skrytobójczego ostrzału kijowskiego Majdanu.

Wizyta Tuska, któremu towarzyszyli m.in. parlamentarzyści z Polski – Małgorzata Gosiewska z PiS, Grzegorz Schetyna i Robert Tyszkiewicz, obaj z PO, wpisała się w przedwyborczą kampanię prezydencką. Główny rozmówca byłego polskiego premiera, Petro Poroszenko, nie jest w najlepszej sytuacji przed pierwszą rundą głosowania. Zajmuje, według różnych ocen, drugie miejsce z dużą stratą do prowadzącego w rankingach komika Wołodymyra Zelenskiego (23 proc.). Na Poroszenkę chciałby głosować 16,4 proc. a na Julię Tymoszenko 15,7 proc. Poroszenko zajmuje też pierwsze miejsce w rankingu braku zaufania wśród polityków – ponad połowa pytanych deklaruje, że nie zagłosuje na niego podczas najbliższych wyborów.

Ukraińcy są generalnie rozczarowani ukraińskim państwem i jego polityką. 78 proc. uważa, że ich kraj zmierza w złym kierunku. Na tym tle wystąpienie Tuska w ukraińskim parlamencie było mieszaniną obietnic, nic nie kosztujących zachęt i gołosłownych twierdzeń.

– Nie może być sprawiedliwej Europy bez niepodległej i bezpiecznej Ukrainy – mówił były polski premier. Potem jednak się poprawił: „nie ma Europy bez Ukrainy”. Tusk zasygnalizował bezwarunkową solidarność Europy, którą reprezentuje, wobec Ukrainy. Według neoliberalnego polityka każdy, kto nie jest solidarny z Ukrainą w rozumieniu Tuska, nie jest Europejczykiem.
Donald Tusk przywiózł kolejny pakiet sankcji UE wobec Rosji, co miało być wyrazem wspomnianej solidarności. Zadeklarował także, że Europa pod jego przywództwem nigdy nie uzna rosyjskiej aneksji Krymu, ani nie pogodzi się z „żadnym aktem agresji na Morzu Azowskim”.

Jednocześnie Tusk dał kilka „rad” Ukraińcom, zarzekając się, że absolutnie nie chce pouczać obywateli tego dumnego państwa. Wezwał do łagodzenia konfliktu miedzy stronami politycznego sporu na Ukrainie, do solidarności wobec Brukseli, a także zaapelował, by omijali „pokusy radykalnego nacjonalizmu i populizmu, tak jak robicie to dotąd”. I to był jedyny sygnał w przemówieniu Donalda Tuska świadczący, że dostrzega zauważony wcześniej przez organizacje międzynarodowe rozwój faszyzmu i skrajnego nacjonalizmu na Ukrainie.

Wybory prezydenta Ukrainy odbędą się 31 marca tego roku.

Nasi ukraińscy bracia

Widzisz ich codziennie, być może już tak skutecznie wtopili się w tłum, że nie zwracasz na nich uwagi. Tymczasem oni walczą o każdy dzień.

Pani Valeria uciekła z Ukrainy, wraz z ośmioletnim synem. Uciekła przed wojną, czyli jest uchodźcą. Tu, w Polsce nie stworzono jej i dziecku żadnych warunków. Musiała przejściowo umieścić syna w domu dziecka. Kiedy po jakimś czasie chciała go odebrać powiedziano jej, że złamała jakieś przepisy imigracyjne i ma sama, bez dziecka wracać na Ukrainę, a polskie władze dziecko jej przyślą. Rusłan jest lekarzem, ale pracuje na budowach, bo w Polsce lekarzom z Ukrainy bardzo trudno nostryfikować dyplomy. Chociaż lekarzy u nas brakuje bo emigrują na Zachód. Ukraińscy też bo tam o uznanie ich kwalifikacji zawodowych jest o wiele łatwiej niż u nas. Kolega Rusłana miał kłopoty z przedłużeniem prawa pobytu w Polsce i został deportowany na Ukrainę. Tymczasem władze imigracyjne wezwały go na kolejne przesłuchanie w ramach wszczętej procedury przedłużenia prawa pobytu. Nie stawił się bo zdążyliśmy go już deportować.
Kiedyś na Dworcu Zachodnim podsłuchałem rozmowę dwóch Ukrainek, które pracowały w naszym kraju jako pomoce domowe. Jedna zwierzała się drugiej, że „państwo” kazali jej prać dżinsy ręcznie, żeby mnie zużywać pralki. Milion co najmniej gości z Ukrainy pracuje na nasz dobrobyt. A zachowujemy się jakby ich nie było. Traktujemy ich jak niechcianych przybyszów mimo że bez nich polska gospodarka straci impet, przestanie rosnąć w dotychczasowym tempie, a w niektórych dziedzinach produkcja może zacząć zanikać. Tymczasem sąsiedzi zza zachodniej granicy szykują się do przyjęcia setek tysięcy ukraińskich pracowników. I bardzo duża ich część to, ci którzy są już w Polsce. Niemcy kuszą ich ubezpieczeniem, opieką medyczną, wyższymi płacami.
Bardzo często zdarza mi się udzielać porad prawnych pracownikom z Ukrainy, którzy nie mogą się pogodzić nie tylko z dyskryminacją, ale i z łamaniem przepisów prawa pracy. Kiedy na budowie pracodawca zalega z wypłatą pierwsi schodzą z niej Ukraińcy, a Polacy nie wiadomo na co czekają. Nasi goście ze Wschodu są bardziej asertywni, pracują solidnie i wydajnie, ale nie pozwalają sobą pomiatać. Powinniśmy brać z nich przykład, a nie narzekać czy boczyć się na to, że nie dają sobie w kaszę dmuchać. A przede wszystkim zrobić co w naszej mocy, żeby jak największa ich część znalazła powody by pozostać i pracować w Polsce.