Przejścia brak Ważny tunajt

Przypomniał mi się dziś Dołhobyczów. To taka wioseczka w powiecie hrubieszowskim, w której jeszcze pół roku temu działało graniczne przejście pieszo-rowerowe z Ukrainą. Jedyne takie na Lubelszczyźnie. W ostatnich sześciu miesiącach przekroczyło je 3,5 tysiąca podróżnych, z czego 850 pieszo lub rowerem. Funkcjonowało od lipca 2015 do końca 2018 r. I dość.

Dołhobyczów przypomniał mi się akurat dzisiaj, gdym włączył telewizor, i zobaczył prezydenta Dudę, składającego kwiaty pod pomnikiem ofiar Rzezi Wołyńskiej. Prezydent po raz wtóry zaapelował do władz ukraińskich o to zgodę na przeprowadzenie ekshumacji ofiar na Wołyniu. To, zdaniem prezydenta Polski, byłoby jasnym sygnałem, że nowej prezydenckiej administracji na Ukrainie zależy, podobnie jak nam, na utrzymaniu poprawnych i przyjacielskich stosunków między obydwoma krajami. Nikt ludziom życia nie przywróci, ale pamięć o nich i prawdę historyczną, nawet najgorszą, należy na światło dzienne wydobyć, choćby spod ziemi, nawet jeśli nie ma na niej mogiły. Kości pomordowanych nadal jednak pod nią tkwią i mogą pokazać światu, jak było naprawdę. Dziś już mogą. Nie bardzo jednak wierzę, że apel prezydenta Dudy spotka się na Ukrainie ze zrozumieniem, choć podobnie jak i pan prezydent, bardzo bym sobie życzył, żeby relacje polsko-ukraińskie wreszcie ucywilizować i zacieśnić. Znam Ukraińców dobrze, bo wychowałem się niespełna 30 kilometrów od nich. Znałem ich wtedy i znam ich dzisiaj. Wożą mnie taksówkami, podają zakupy w sklepie, bawią się z moim dzieckiem. Ba, z paroma grałem na jednej scenie koncerty. Nigdy nic złego mnie z ich strony nie spotkało. Wiem jednak, że póki sama Ukraina nie poradzi sobie wewnętrznie ze sobą i swoją spuścizną, niewiele się tam zmieni. A widoki na uporanie się z własnymi demonami są w Kijowie raczej nieciekawe.
Nowy prezydent Ukrainy postrzegany jest jako człowiek Ihora Kołomojskiego, skonfliktowanego z byłem prezydentem Poroszenką oligarchy, który otwarcie wspiera samodzielny batalion Azow walczący na zachodniej Ukrainie z wojskami separatystów prorosyjskich. Wiecie Państwo co to ten Azow? Na początku prywatna, nacjonalistyczna armia, finansowana z kieszeni bogaczy, takich jak m.in. Kołomojski, później, zalegalizowana przez ukraińskie władze jednostka. W jej skład wchodzą ochotnicy. Sami najlepsi synowie narodu? Nie do końca. Z przeróżnych źródeł dowiedzieć się można, że sporą grupę wojaków stanowią byli skazańcy. Obok nich, w okopach, siedzą legalni faszyści z różnych stron Europy, wyznający ideę supremacji białej rasy. Dalej ukraińscy nacjonaliści, wypisz wymaluj spod tryzuba Bandery, a jeszcze obok nich norlmalsi, postrzegający siebie jako patriotów, którym obecność pozostałych u boku nie wadzi. Wszyscy przystrojeni w mundury z wolfsangelem, przeróbką run, wykorzystywanym w symbolice neonazistowskiej. Jak ktoś ma silne nerwy i takiż sam żołądek, może sobie poszperać w sieci i poszukać filmików z przykładami na to, w jaki sposób towarzystwo obchodzi się z pojmanymi do niewoli jeńcami. Czy to znaczy że drudzy są święci? Bynajmniej. Rzecz jednak w tym, że to z Ukrainą chcemy się bratać bardziej niż z putinowską Rosją. Mam jednak wrażenie, że Ukraina niekoniecznie chce bratniego kontaktu z nami, tak bardzo, jak my z nimi.
Jeśli są wątpliwości, że w Jedwabnem było inaczej niż opisuje to Jan Tomasz Gross, to nie można zakryć ich czapką, a wszystkich tych którzy je podnoszą, nazwać kretynami i nacjonalistami, z którymi rozmawiać się nie godzi. Trzeba rzecz wyjaśnić, żeby nie tonąć w półprawdach i kłamstwach. Tak i na Ukrainie. Pokazać trzeba światu, jak było naprawdę. Kto stał za ludobójstwem, a nie za zbrodnią noszącą znamiona ludobójstwa, bo to podła i niegodziwa manipulacja, bawić się w semantykę nad cierpieniem ofiar. Obdartych ze skóry, poćwiartowanych, spalonych żywcem. Jeden kolega, gdy Rzeź Wołyńska stała się ongiś głośnym tematem sporów przekonywał mnie, że dziś to nie jest dobry czas, żeby atakować Ukrainę „rachunkiem krzywd”, kiedy na wschód od Kijowa siedzi im na karku Moskal. A kiedy jest na to dobry czas? Kiedy będzie lepszy? Jak mamy dojść do wzajemnego pojednania, gdy huk armat pod Mariupolem zagłusza prawdę spod Wołynia, do której nie nazbyt odważnie próbujemy przekonać naszych politycznych partnerów.
Tymczasem, w Dołhobyczowie, zamknięto pas dla pieszych i rowerów, bo podobno trudno było utrzymać nań porządek, a przez sam fakt jego istnienia, autokary notowały obsuwki. Zbliżenie obydwu narodów o którym mówimy, jakby się…oddaliło. Ludzie nie mogą już pojechać rowerem na Ukrainę i z powrotem. Zresztą po co by mieli. Nie dość że zabiją, to jeszcze rower ukradną. Lepiej nam u siebie, przy piecu.
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Bieda piszczy

Prezydent Zełenski poza walką ze swoimi politycznymi przeciwnikami, którzy nie przebierają w środkach, musi też zmierzyć się z biedą, w której żyją obywatele Ukrainy.

A sytuacja jest poważna. Jak informuje ukraińska gazeta „Siegodnia” (Dzisiaj) już 91 proc. obywateli Ukrainy jest zmuszonych do szukania oszczędności na każdym kroku.
Z badań Research & Branding Group przeprowadzonych w maju br. wynika, że przeciętna ukraińska rodzina jest musi odmawiać sobie najpotrzebniejszych usług i towarów. Ponad połowa tnie wydatki na odzież i obuwie, niemal połowa (48 proc.) oszczędza na żywności, 39 proc. szuka oszczędności w opłatach mieszkaniowych, co najczęściej związane jest po prostu z niepłaceniem lub zaleganiem z opłatami. Ostry reżim oszczędnościowy stosuje 91 proc. ukraińskich rodzin.
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w grupie ludzi starszych. 61 proc. z nich oszczędza na jedzeniu, 57 proc. na lekarstwach.
Choć ukraiński PKB rośnie, to nie przekłada się to, niestety, na poziom życia obywateli. Jeszcze w ubiegłym roku w podobnym sondażu „tylko” 71 proc. zadeklarowało, że musi stale oszczędzać. Bank Światowy ocenia, że by gospodarka dorównała polskiej, kraj potrzebuje 50 lat. Ukraina obecnie znajduje się na poziomie Mołdawii i Gruzji – jednych z najbiedniejszych krajów Europy.
Przyczyną tego stanu rzeczy są niedokończone reformy strukturalne, konflikt w Donbasie i ogromna korupcja.
Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy żądają od Ukrainy kolejnych kroków według neoliberalnych recept, co nie przynosi oczekiwanych rezultatów w krótkim czasie. Prezydent Zełenski przystąpił obecnie do kolejnej tury rozmów z MFW na ten temat. Zmęczenie obywateli fatalną sytuacja ekonomiczną jest coraz większe, rośnie też gniew wobec władz. Partia Zełenskiego „Sługa Ludu” nadal jest na pierwszym miejscu w sondażach, ale z każdym kolejnym jej popularność spada.

Kompleks Putina

Władimir Władimirowicz Putin nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”.

Oglądanie polskich dzienników telewizyjnych i czytanie gazet staje się nudne. Slogany zastępowane są sloganami, wszyscy prześcigają się w deklaracjach miłości do USA i przyjaźni z Ukrainą, A przyczyną wszystkich „ukraińskich nieszczęść”, wrogiem Europy i wcielonym szatanem jest niejaki Putin – skądinąd Prezydent Rosyjskiej Federacji.
Ukraina – nasza miłość
Na zielonej Ukrainie – albo „dzikich polach” jak pisał Sienkiewicz i jak rzeczywiście nazywano Ukrainę w XVI i XVII wieku – różnie bywało. Rozrabialiśmy tam w sienkiewiczowskich czasach „ogniem i mieczem”, ale także na początku XX wieku. Nie byliśmy (i nie jesteśmy poza Kijowem) ulubieńcami „ludu”. Ukraińskie jednostki walczące po stronie Niemiec i rekrutowane (bez przymusu!) na zachodniej Ukrainie źle zapisały się w naszej pamięci, a jeszcze gorzej w pamięci Słowaków. W przedłużającej się wojnie partyzanckiej na południowym wschodzie Polski jednostki Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) wykazywały się nie tylko bezwzględnością, ale i nadgorliwością.
Ale to było. Od 70 lat żyjemy w spokoju i przynajmniej deklaratywnej przyjaźni, tak samo, jak z Niemcami. Wprawdzie Ukraina dopiero od 26 lat stała się odrębnym i politycznie suwerennym państwem, ale i poprzednio z Ukrainą, jako częścią ZSRR, nasze stosunki układały się względnie poprawnie.
Po tragicznych wydarzeniach na Majdanie, zaczęliśmy deklarować nie tylko utrzymywanie i „pogłębianie” poprawnych stosunków, ale niemal uwielbienie. Kilkunastu naszych polityków w sweterkach albo przyciasnych płaszczykach wdrapywało się na trybunę kijowskiego Majdanu, wygłaszało płomienne zapewnienia poparcia i z zachwytem wysłuchiwało okrzyków „sława Ukrainie” – starszemu pokoleniu wychowanemu na wschodzie Polski kojarzących się (niestety) ze zwyczajowymi pozdrowieniami oddziałów Bandery. A kto, jak kto, ale Stepan Bandera i jego zwolennicy przyjaciółmi Polski nie byli. Co zresztą nie zmienia faktu, że miał wielkie zasługi w walce o niepodległość Ukrainy i nadal jest tam postacią kultową.
Źródła miłości
Skąd ten przypływ uczuć? Wystarczy ze zrozumieniem spojrzeć na mapę Europy, aby zobaczyć, że Ukraina jest ogniwem pierścienia otaczającego od wschodu i południa Rosję, do której „zwyczajowo” nie mamy zaufania. Jest buforem stwarzającym Polsce (i niektórym innym krajom) iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Dopóki jest neutralna, to wszyscy, łącznie z Rosją, są gotowi jej nie „ruszać”, a nawet jej pomagać. Ale określone siły na Ukrainie wspomagane nie tylko okrzykami naszego zachwytu nad patriotyzmem Majdanu, postanowiły utrzymać kurs zachodni, dążąc do jej „zjednoczenia z Europą” przez wejście w skład Unii, a nawet NATO. To oczywiście wzbudziło wzmożoną sympatię naszych elit i – odwrotnie – niepokój Rosji. Bo czym innym dla niej jest Ukraina, jako element względnie neutralnego pierścienia, a czym innym ta sama Ukraina, jako istotne ogniwo otaczających ją „sił obronnych” Europy. Zdziwienie, że „oni” tak myślą może być tylko dowodem naiwności.
Reakcja odrzuconego kochanka
Rosja, przez stulecia językowo i kulturowo zjednoczona zwłaszcza ze wschodnią Ukrainą, zareagowała tak, jak odrzucony kochanek, albo zdradzany mąż. Zaczęła wspomagać siły odśrodkowe, dążąc do destabilizacji politycznej na Ukrainie, pogorszenia jej sytuacji ekonomicznej, odrywania od niej takich „kawałków”, w których nie ma zachodniego entuzjazmu i społeczeństwo identyfikuje się z Rosją. Bezpowrotnie (moim zdaniem) oderwała Krym i stara się doprowadzić, do tego, aby kilka innych południowo-wschodnich regionów Ukrainy „wybiło się” na międzynarodowo uznaną niepodległość, utrzymując z nią silne stosunki przyjaźni.
Gwałtowny wzrost sympatii do Ukrainy widoczny po Majdanie, w następnych latach nieco się „zmodyfikował”. Są nieporozumienia dotyczące właśnie kultu Bandery i UPA, narastających w niektórych zachodnich regionach wpływów raczej antypolskiej skrajnej prawicy, opieki nad cmentarzami, a nawet posągów lwów na cmentarzu Orląt. Wzrasta niepewność dotycząca dalszej drogi Ukrainy, walczącej z wewnętrznymi problemami gospodarczymi i korupcją, zaskakującej wyborem ostatniego prezydenta.
My w Polsce z reguły nie uznajemy obiektywnych procesów społeczno – politycznych. U nas wszystko musi być spersonalizowane, albo łączyć się ze „spiskowymi teoriami dziejów”, lub z wiarą w boskie działanie. Dla przeciętnego Polaka Solidarność zaczęła się od tego, że Wałęsa przeskoczył przez płot. A gdyby nie przeskoczył, tylko spokojnie wszedł przez bramę, to nie było by Solidarności? Nasze samoloty nie mogą się rozbijać z obiektywnych przyczyn, tylko w wyniku „zamachów”. A odparcie bolszewików w 1920r. to nie wynik strategii sztabu Piłsudskiego, tylko cudu.
„Putin winowat”
Nasi politycy i media świadomie lub podświadomie wpisują się w taki właśnie schemat myślenia i stwarzają idiotyczną atmosferę, że niemal całemu złu świata – a już na pewno kłopotom Ukrainy – winien jest jeden człowiek – właśnie Putin. W tej antyputinowskiej propagandzie popełniane są jednak dwa kardynalne błędy.
Pierwszy – polega na wmawianiu ludziom, że w tak ogromnym państwie, jakim jest Rosyjska Federacja i w warunkach XXI wieku, wszystko zależy od decyzji jednego człowieka. Coś mu się przyśniło, wstaje rano i wydaje polecenia np. aneksji Krymu. To oczywista bzdura. Nawet w tak totalitarnych i opartych na wewnętrznym terrorze formach rządzenia, jakie występowały za Hitlera, Mussoliniego, Stalina czy Franco – większość decyzji była przez dyktatorów konsultowana z najbliższym otoczeniem, i „wypracowywali” je ludzie zajmujący eksponowane stanowiska w państwowej lub partyjnej administracji i w wojsku. Prezydent Putin ma zapewne ogromny wpływ na kształtowanie rosyjskiej polityki, ale musi się liczyć z różnymi „grupami nacisku” i podlega ocenie społecznej opinii. I – niestety dla nas i stety dla niego – ma nadal ogromną wewnętrzną akceptację. Nikt u nas i w Europie nie ma takiej akceptacji – co może się nam nie podobać i czego niektórzy politycy i dziennikarze nie potrafią spokojnie strawić.
I drugi – Putin nie jest naszym prezydentem, ani prezydentem jakiegokolwiek kraju zachodniej Europy. Nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Odpowiada przed rosyjskim społeczeństwem i – jak dotychczas – „robi mu dobrze”. Jasne, że było by lepiej, gdyby to co robi było przyjazne lub wręcz korzystne także dla nas i „zachodniego świata”, ale historia zna niewiele przypadków takiej powszechnie akceptowalnej polityki. Niemal zawsze to, co jest dobre dla jednego kraju, nie jest równie dobre, a nawet jest wręcz złe dla kilku innych.
Podzielony kraj
Problem ukraiński – jak każdy – w końcu się rozwiąże. To duży kraj, ale tak bardzo historycznie podzielony, że tak zwany „przeciętny Polak” nie zawsze zdaje sobie sprawę z głębokości i oddziaływania tych podziałów na poglądy i odczucia „przeciętnego Ukraińca”. Mimo to kraj, pod mądrym i konsekwentnym kierownictwem, może się jednak uspokoić i zjednoczyć. Ale mogę też sobie wyobrazić, że będzie to Ukraina nieco terytorialnie zmniejszona.. W końcu od Sudanu oderwało się Południe, Jugosławia rozpadła się na kilka państw, podzielili się nawet nasi bracia Czesi i Słowacy.
I – paradoksalnie – wszyscy mogą być usatysfakcjonowani. Zachód, – bo utrwali swoje wpływy na zachodniej Ukrainie i – być może – włączy ją po jakimś czasie do UE. Rosja, – bo nie dopuści do zamknięcia otaczającego pierścienia i ekonomicznie skorzysta z istniejącego i potencjalnego bogactwa wschodnich regionów Ukrainy. Polska, – bo będzie miała dwa bufory oddzielające od Rosji zamiast jednego.
A Ukraina? Jak zawsze w takich sytuacjach zainteresowany ma relatywnie mniej do powiedzenia w globalnych rozgrywkach. Ale zakładam, że też może być zadowolona, bo uniknie dalszego zaostrzania wewnętrznych konfliktów. A poza tym zachodnia będzie „wyciskała” znaczą pomoc z Unii a nawet z USA, a wschodnia będzie bogatsza, bo nie będzie utrzymywać zachodniej.
Konflikt ukraiński będzie się jednak rozwiązywał w wyniku procesów społeczno politycznych a nie tylko dlatego, że tak chce lub nie chce Prezydent Putin. Może pomagać lub przeszkadzać, ale nie wszystko może „załatwić” po swojej myśli. „Kompleks Putina” dręczący nasze elity i media zaczyna więc być śmieszny i – moim zdaniem – jest szkodliwy. Wytwarza w narodzie obawy, że jesteśmy bezpośrednio zagrożeni, że już „pachnie” III wojną. Sprzyja naszemu udziałowi w bezsensownym, szkodliwym tak samo dla Rosji jak i Europy, obrzucaniu się „sankcjami ekonomicznymi”.
Uspokójmy się. W dzisiejszym stanie techniki zniszczenia tylko szaleniec, albo otumaniony religijnie dżihadysta, może chcieć lokalnej, a tym bardziej globalnej, wojny. A Putin może być zły (jak dla kogo), wstrętny (ale podoba się wielu Paniom!), bezczelny (choć w Moskwie sprzedają m.in. koszulki z napisem, że jest wyjątkowo uprzejmy) – ale szaleńcem nie jest. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”, który nas nie kocha, (bo nie musi!) i może nam popsuć jeszcze trochę krwi. Ale to nie powód, abyśmy mówili o nim w dzień i w nocy, traktowali jak wariata albo – co gorsze – jak faceta jednoosobowo decydującego o naszej przyszłości.

Quo vadis, Europo?

Przyznaję, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie jestem w tej niewiedzy osamotniony, gdyż nad przyszłością Europy zastanawiają się najpotężniejsze umysły świata nauki i polityki, nie znajdując jednoznacznych odpowiedzi.

Europa stoi przed czterema wielkimi wyzwaniami, na które można też spojrzeć jako na rozstajne drogi – niejednoznaczne możliwości dalszych wyborów. Świadomość tej niejednoznaczności powoduje, że – inaczej niż ćwierć wieku temu – patrzymy w przyszłość bez taniego optymizmu, bez wiary, że możliwy jest jedynie dalszy harmonijny marsz ku europejskiej Arkadii. Nie znaczy to jednak, by wczorajszy optymizm miał zostać zastąpiony czarnym pesymizmem. To, ze dalszy bieg historii pozostaje otwartą kwestia naszych wyborów, powinno być zachętą do działania na rzecz tego, co uważamy za najbardziej korzystny kierunek rozwoju. W tym sensie próba przewidywania staje się, jak pisał wielki włoski marksista Antonio Gramsci, próbą tworzenia woli zbiorowej.

Cztery wyzwania, o których chcę mówić, można ująć w formę pytań:

Po pierwsze: jaka ma być geografia polityczna Europy? Czy Unia Europejska będzie się kurczyła? Czy wrócą czasy, gdy szybko rozszerzały się jej granice?
Po drugie: czym będzie integracja europejska? Czy ulegnie dalszemu pogłębieniu, kosztem przenoszenia coraz większych uprawnień państw narodowych do sfery wspólnej władzy organów unijnych? A może nastąpi odwrót od pogłębionej integracji opartej na traktacie z Maastricht ku idei „Europy ojczyzn”?
Po trzecie: jaka będzie przyszłość stosunków między jednoczącą się Europą zachodnią i środkową a wschodem naszego subkontynentu, zwłaszcza Federacją Rosyjską? Czy przyszłość niesie w sobie zapowiedź kontynuowania konfrontacji politycznej, czy też możliwy jest powrót do idei europejskiego „wspólnego domu”, który marzył się Gorbaczewowi?
Po czwarte wreszcie: jak układać się będą nasze relacje z wielkim sojusznikiem demokratycznej Europy – Stanami Zjednoczonymi? Jaki będzie kształt wspólnoty transatlantyckiej?
W pierwszej z tych spraw kluczowa okaże się sprawa „brexitu”. Nieprzemyślana decyzja poprzedniego premiera Zjednoczonego Królestwa Dawida Camerona, by o przyszłym udziale tego państwa w Unii Europejskiej zdecydowali obywatele w referendum, pokazała, jak naiwne są oczekiwania – żywione zwłaszcza przez populistów różnych barw – że referendum stanowi panaceum na wady demokracji parlamentarnej. Brytyjczycy w referendum z 2016 roku odpowiadali na pytanie, w którym tylko jedna odpowiedź miała jednoznaczny sens: ta, która oznaczała pozostanie w Unii. Natomiast opowiedzenie się za jej opuszczeniem było skokiem w nieznane, gdyż nigdy nie określono jednoznacznie, na jakich warunkach Zjednoczone Królestwo miałoby wyjść z Unii. Chaos związany z „brexitem”, będzie zapewne zniechęcał następne państwa od naśladowania Londynu. Myślę więc , że „brexit”nie będzie miał następców, ale wątpliwe jest, by Unia w najbliższych latach decydowała się na przyjmowanie nowych członków. Dotyczy to zwłaszcza państw bałkańskich a także Ukrainy. Czeka je prawdopodobnie los podobny do Turcji, od dwudziestu lat tkwiącej w przedpokoju jako „kandydat” do członkostwa w UE.
Sama zaś Unia stoi przed wyborem dotyczącym jej tożsamości. Z jednej strony słychać postulaty dalszego pogłębienia integracji, w czym przoduje zwłaszcza prezydent Francji Emmanuel Macron. Z drugiej jednak coraz mocniej słychać głos „eurorealistów”, jak lubią się nazywać politycy pragnący osłabienia Unii przez restytucję jak najszerszych uprawnień państw członkowskich, Takie stanowisko współbrzmi z tendencjami autorytarnymi i nieprzypadkowo najsilniej akcentowane jest przez polityków rządzących obecnie na Węgrzech i w Polsce. Mają oni jednak życzliwych sprzymierzeńców w kilku innych państwach europejskich, w tym we Włoszech. Czy ten kierunek będzie rósł w siłę, czy okaże się efemerydą? Wiele będzie zależało od tegorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego, które pokażą, w jakim kierunku ewoluują nastroje Europejczyków.

Trzeci obszar niepewności

dotyczy stosunków z Rosją. Pamiętam, jak wielkie nadzieje trzydzieści lat temu towarzyszyły zwrotowi ówczesnego Związku Radzieckiego od zimnowojennej konfrontacji ku idei partnerskiej współpracy w ramach „wspólnego europejskiego domu”. Nic z tego nie zostało. Mamy dziś klimat konfrontacji, powodujący, że coraz więcej komentatorów mówi o „drugiej zimnej wojnie”. Myślę, ze jest to mylna analogia. Zimna wojna była globalnym starciem ideologicznym, „walką o duszę ludzkości”, jak to ujął prezydent Bush senior. Dziś mamy do czynienia z rywalizacją mocarstw, w ramach której Federacja Rosyjska – po fatalnym dla niej dziesięcioleciu rządów Jelcyna – próbuje odbudować swą pozycję jako liczącego się mocarstwa regionalnego. Jej działania budzą zrozumiały sprzeciw tam, gdzie postrzega się je jako zagrożenie dla narodowej suwerenności: a więc przede wszystkim w niektórych państwach-sukcesorach po ZSRR, zwłaszcza Ukrainie. Daleki jestem od afirmowania polityki rosyjskiej wobec słabszych sąsiadów, chociaż nie podzielam rozpowszechnionej opinii, że stanowi ona bezpośrednie zagrożenie dla Polski. Nasze bezpieczeństwo gwarantuje członkostwo w NATO i jest to tak silna gwarancja, jakiej Polska nigdy w swej historii nie miała.

Pozostaje jednak otwarty problem przyszłych relacji

między demokratyczną Europą zachodnią i środkową a autorytarną Rosją. Przewlekły konflikt ciąży nam jak kula u nogi. Nie możemy jednak – bo byłoby to sprzeczne tak z naszymi wartościami, jak i z naszymi interesami – po prostu się z niego wycofać. Droga do zakończenia konfliktu z Rosją prowadzi przez wypracowanie kompromisowych rozwiązań, także w najtrudniejszej sprawie stosunków ukraińsko-rosyjskich. Pierwsza tura wyborów prezydenta Ukrainy wskazuje na bardzo wysokie prawdopodobieństwo zmiany władzy w tym państwie. Czy nowy prezydent będzie chciał i – co ważniejsze- będzie w stanie odmrozić relacje z Rosją, wypracować akceptowalny kompromis? Nikt tego dziś nie wie, ale sądzę, że takiego scenariusza nie wolno wykluczać. Sądzę też, że dla Europy, dla jej bezpieczeństwa i rozwoju, byłoby dobrze, gdyby poprawiły się stosunki z Rosją.
Wiąże się to z czwartym polem niepewności – ze stosunkami z USA. Po raz pierwszy od drugiej wojny światowej Stany Zjednoczone rządzone są przez ekipę politycznie nieprzewidywalną. Nie idzie tu nawet o to, że Donald Trump jest populistą, którego chaotyczne posunięcia i deklaracje polityczne rodzą – także w jego własnym kraju – obawy co do kierunku polityki amerykańskiej. Idzie bardziej no to, że sukces polityczny uzyskany przez Trumpa w 2016 roku jest objawem głębszego zjawiska. Określiłby je jako kryzys amerykańskiej tożsamości. Reakcją na głębokie modernizujące zmiany, których symbolem była ośmioletnia prezydentura Obamy, jest agresywny fundamentalizm i nacjonalizm. Ten trend stanowi odejście od amerykańskiego konsensusu, który cechował politykę USA pod rządami wszystkich poprzednich prezydentów i którego sensem było dążenie do wspólnego z partnerami budowania przyszłości świata w oparciu o wartości liberalnej demokracji. Po przeszło dwóch latach urzędowania Trump nie może pochwalić się istotnymi osiągnięciami, Stany Zjednoczone są nadal najsilniejszym mocarstwem świata i trzonem sojuszu atlantyckiego, ale nie są przywódcą demokratycznego świata w takim sensie, jak to postulował Zbigniew Brzeziński. Nie są inspiratorem wspólnego marszu ku lepszej przyszłości.
Dla Europejczyków oznacza to konieczność brania w większym niż dawniej stopniu odpowiedzialności za swoją wspólną przyszłość. Na dłuższą metę jest to dla nas korzystne, ale wymaga wzmożonego wysiłku.

Wymaga także przywództwa.

Wielkim problemem Europy w drugim dziesięcioleciu XXI wieku jest to, że dziś potrzebuje ona wielkich przywódców na miarę tych, którzy w pierwszych latach powojennych wykuwali przyszłość naszego kontynentu: Churchilla i De Gaulle’a, Adenauera i Brandta, Schumanna i Monneta. Uważa się często, że wielcy przywódcy pojawiają się zawsze wtedy, gdy istnieje wyzwanie o historycznym znaczeniu. Dzieje świata tego nie potwierdzają. Niemniej powinniśmy pamiętać, że to, jak odpowiemy na tytułowe pytanie tego wystąpienia będzie w wielkiej mierze zależało od tego, jaki przywódcom powierzymy swój los w obecnej fazie drogi Europy ku nieznanej –ale mam nadzieję lepszej – przyszłości.

Jest to odczyt wygłoszony na spotkaniu Law Club Center w Warszawie 4 kwietnia 2019 r.

Prokurator obstruuje rozmowy

Prokurator generalny Ukrainy, Jurij Łucenko wszczął trzy śledztwa dotyczące poważnych zarzutów. Dziwne jest jednak to, że są one reakcją na oficjalne propozycje pokojowe strony ukraińskiej na spotkaniu Grupy Trójstronnej w Mińsku.

Propozycje te przedstawił były prezydent Ukrainy Leonid Kuczka. Chodziło w nich o przerwanie ognia, łącznie z zakazem otwierania ognia przez jednostki armii ukraińskiej w odpowiedzi na wystrzały ze strony przeciwnej i zdjęcie blokady ekonomicznej nieuznawanych republik: Donieckiej i Ługańskiej. Co to oznaczałoby w praktyce?
Po pierwsze przywrócenie wzajemnego obrotu handlowego między Ukraina a jej zbuntowanymi prowincjami. Po drugie rozpoczęcie procesu przywracania własności ukraińskim przedsiębiorcom ich zakładów na terytorium Donbasu i okolic Ługańska. Po trzecie obowiązywanie ukraińskiego prawa na tych terenach. Po czwarte wreszcie zatrzymanie eskalacji militarnej na linii frontu. A ogólnie to byłby pierwszy, bardzo ważny i konkretny krok w kierunku pokojowego uregulowania krwawego konfliktu, w którym życie straciło około 10 tysięcy ludzi, w znakomitej większości cywilów.
Jednak Jurij Łucenko, prokurator generalny Ukrainy zareagował natychmiast i w sposób radykalny.
„Jeszcze większy szok wywołują u mnie propozycje przedstawicieli Ukrainy w Mińskiej Grupie Kontaktowej, by nie otwierać ognia w stronę przeciwnika” – powiedział Łucenko. Osobiście, jak twierdzi, zarejestrował śledztwa: o finansowanie terrorystów („to dla tych, którzy uważają, że można wznowić relacje gospodarcze z terrorystami” mówił Łucenko), o utrudnianie działalności armii i o zdradę.
Co istotne, inicjatywa ukraińska została dobrze przyjęta przez przedstawicieli separatystów, stronę rosyjską i obserwatorów ze strony OBWE. Być może istotnie pomogłaby ruszyć z martwego punktu kwestię pokoju na Ukrainie. Można domniemywać, że to nie była własna inicjatywa Kuczmy, lecz nowego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który przedtem skonsultował się z przedstawicielami Francji, Niemiec, USA i OBWE.
To jawny akt nieposłuszeństwa Jurija Łucenki wobec nowego prezydenta. Należało jednak tego oczekiwać od czasu, kiedy podczas inauguracyjnego swojego przemówienia Zełenski zażądał dymisji Łucenki. I ten mu teraz odpłaca. Oznacza to, że droga do pokoju na Ukrainie może być trudniejsza, niż chcieliby tego Ukraińcy.

Bezkompromisowa inauguracja

Objęcie rządów przez najmłodszego Prezydenta Ukrainy Wołodymira Zełenskiego to zapowiedź zmian w wielu dziedzinach życia kraju.

Wystarczy powiedzieć, że na zakończenie swojego inauguracyjnego przemówienia Zełensky rozwiązał Wierchowną Radę (parlament) i zapowiedział przedterminowe wybory. Do tego zażądał od parlamentarzystów uchwalenia ustaw znoszących ich immunitet, jak również wprowadzenia przepisów o odpowiedzialności karnej parlamentarzystów i wysokich urzędników za nielegalne wzbogacenie się, oraz odwołanie ministrów obrony narodowej, szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa i prokuratora generalnego.

Zawieszenie broni z Rosją

Pierwszym zadaniem, jakie postawił sobie Zełensky po zaprzysiężeniu, będzie zakończenie wojny na wschodzie kraju, gdzie pięcioletni konflikt z popieranymi przez Rosję separatystami pochłonął 13 000 ukraińskich ofiar. Dodał, że dialog z Rosją może nastąpić dopiero po powrocie utraconych terytoriów do Ukrainy oraz po uwolnieniu jeńców wojennych. „Donbas i Odessa to ukraińskie ziemie”, a Ukraina to kraj dla wszystkich jej mieszkańców ukraińsko i rosyjskojęzycznych. Prezydent powiedział, że „To nie my zaczęliśmy te wojnę. Ale to my musimy ją skończyć”.
W reakcji na te słowa – jak donosi Reuters – rzecznik Kremla, Dmitrij Peskow, oświadczył, że prezydent Putin pogratuluje prezydentowi Ukrainy, jeśli Zełensky poczyni postępy w rozwiązywaniu konfliktu z prorosyjskimi separatystami we wschodniej Ukrainie i naprawi stosunki z Rosją.

Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem.

W swoim przemówieniu, merytorycznym acz zadziornym, Zełensky zwrócił również uwagę na konieczność zmiany świadomości Ukraińców w kwestii myślenia o Unii Europejskiej i NATO. Podkreślił on wolę dążenia do dołączenia do tych wspólnot, przy czym koniecznym jest – jak to określił, pokazując palcem głowę – „odpowiednie myślenie o tym, a nie tylko mówienie”. „Nie chcę abyście wieszali mój portret jako prezydenta w waszych instytucjach. Postawcie na biurkach zdjęcia waszych dzieci abyście pamiętali o ich powodzeniu podejmując decyzje”.
Cytując słowa prezydenta USA Ronalda Reagana „Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem” – poprosił on skonsternowanych ministrów o podanie się do dymisji, aby „uwolnić miejsca dla ludzi, którzy będą myśleć o przyszłych pokoleniach, a nie o przyszłych wyborach”.
Następnie korzystając ze swoich uprawnień konstytucyjnych zapowiedział dymisje w ciągu dwóch miesięcy prokuratora generalnego, ministra obrony i szefa ukraińskiej służby bezpieczeństwa.

Wierchowna Rada – nowe wybory

Wielu prawników i obserwatorów politycznych zadawało sobie wcześniej pytanie, czy nowo powołany prezydent może legalnie rozwiązać Wierchowną Radę? Chodzi o ty by Zełensky mógł – na kanwie swojego sukcesu wyborczego – wprowadzić do parlamentu przedstawicieli własnej partii. Istniejące w obecnym składzie rady partie nie mogły zawrzeć koalicji tworzącej rząd, stąd powstała sytuacja umożliwiająca prezydentowi rozwiązanie parlamentu.
Opozycja zręcznie manipulowała dniem zaprzysiężenia Zełenskiego, jednak nie udało jej się przeciągnąć zorganizowanie tej uroczystości po 27 maja, którego to dnia upływał termin legalnego rozwiązania parlamentu. Istniejące uregulowania prawne parlamentu nie zezwalają na rozwiązanie rady w ciągu 30 dni po ogłoszeniu upadku koalicji rządzącej. Przy czym wybory parlamentarne na Ukrainie zaplanowano na 27 października, a kadencja obecnego parlamentu wygasa pod koniec listopada. Stąd też prawo zezwala prezydentowi Ukrainy na rozwiązanie Wierchownej Rady nie później niż 6 miesięcy przed wygaśnięciem kadencji.
Prezydent Wołodymir Zełensky skorzystał z tego uprawnienia i rozwiązał ukraiński parlament w dniu swojego zaprzysiężenia.

By Ukraińcy nie płakali

Zełensky wygrał wybory na Ukrainie otrzymując 73 procentowe poparcie. Wygrał, bowiem zapowiedział walkę z korupcją, bogacącymi się parlamentarzystami i zmianą polityki wobec Rosji. Na ceremonię zaprzysiężenia poszedł piechotą przez park, gdzie „przybijał piątki” oraz robił selfie ze zwolennikami. Nie było więc tradycyjnej parady.
W przeciwieństwie do swojego poprzednika ustępującego prezydenta Poroszenki, który swoją kampanię prezydencką jak również okres sprawowania urzędu opierał o podziały społeczne i nacjonalistyczne idee i trendy, Zełensky zwrócił się z apelem o jedność do wszystkich Ukraińców na świecie. „My was bardzo potrzebujemy. Wszystkim, którzy są gotowi zbudować nową silną i odnoszącą sukcesy Ukrainę, chętnie przyznam obywatelstwo ukraińskie. Musicie przyjechać na Ukrainę, nie w odwiedziny, ale po to, aby wrócić do domu. Czekamy na was. Nie potrzebujemy prezentów z zagranicy, proszę przynieś nam swoją wiedzę, doświadczenie i wartości umysłowe”.
Na koniec bardzo emocjonalnego, ciekawego i bezkompromisowego swojego przemówienia, przypomniał wszystkim, że jest aktorem-komikiem: „Przez całe życie starałem się rozweselać Ukraińców. Za pięć lat, na koniec kadencji, postaram się, aby Ukraińcy nie płakali”.
W inauguracji prezydentury Zełenskiego uczestniczyli prezydenci i premierzy sąsiadujących państw. Polskę reprezentował minister Jacek Czaputowicz. Szkoda, że obecny polski rząd nie przywiązuje odpowiedniej wagi do protokołu dyplomatycznego i nie wysłał do Kijowa przynajmniej osoby w randze wicepremiera. Była to najlepsza okazja do zresetowania polsko-ukraińskich stosunków.
Na dekret w sprawie rozwiązania Wierchownej Rany i wyznaczenie terminu przedterminowych wyborów nie trzeba było długo czekać – odbędą się one 21 lipca. Rada nie zaakceptowała za to propozycji zmian w ordynacji wyborczej zaproponowanych przez Zełenskiego.

Mój drogi narodzie…

„Mój drogi narodzie, całe życie próbowałem robić wszystko, by Ukraińcy się uśmiechali. (…) W ciągu najbliższych pięciu lat zrobię wszystko, byście nie płakali” – tak swoje inauguracyjne przemówienie zakończył 41-letni Wołodymyr Zełenski, zaprzysiężony dziś, nowy prezydent Ukrainy. Na początek okazało się, że Amerykanie nie są z niego zadowoleni.

Były komik i aktor odtworzył dziś scenę zaprzysiężenia, którą zagrał już w komediowym serialu „Sługa narodu”: opierając dłoń na ukraińskiej konstytucji i XVI-wiecznej Ewangelii przyrzekł chronić niepodległości swego kraju. W przemówieniu, które potem nastąpiło, wyznaczył trzy najważniejsze kierunki swej przyszłej polityki.
Jak się spodziewano, jego priorytetem ma być doprowadzenie do zawieszenia broni w konflikcie na wschodzie kraju, który od pięciu lat separuje się od reszty Ukrainy. Mimo zaangażowania wielkich środków, ofiar, które przyniosła ta wojna (ok. 13 tys. zabitych) i europejskich prób pokojowego rozstrzygnięcia sporu, nigdy do trwałego rozejmu nie doszło. Zełenski ogłosił swój zamiar mimo ekskluzywnego, ostrzegawczego spotkania z prowojennym, francusko-izraelskim publicystą politycznym Bernardem-Henrim Lévym i otwartego bojkotu ze strony Stanów Zjednoczonych: Rudy Giuliani, osobisty adwokat prezydenta USA i jego wysłannik, który miał być na inauguracji, odwołał wizytę w Kijowie wspominając o „wrogach” Trumpa, którzy mieliby znajdować się w otoczeniu Zełenskiego.
Ponadto nowy prezydent dał wyraźnie do zrozumienia, że prozachodni kierunek polityczny jego kraju zostanie utrzymany. Trzecią jego ważną decyzją polityczną jest rozwiązanie parlamentu. Do nowych wyborów miało dojść jesienią, ale chce on wykorzystać ludową sympatię, którą się cieszy, by wymienić skompromitowaną aferami korupcyjnymi post-majdanową klasę polityczną.
Nowy, sprzyjający mu parlament umożliwiłby mu wprowadzenie w życie swych projektów politycznych. Przy okazji zwrócił się do obecnego parlamentu, by zwolnił ze stanowisk ministra obrony, prokuratora generalnego i szefa tajnej policji SBU, wiernych poprzedniemu prezydentowi Poroszence.
Zełenski obiecał efektywną walkę z epidemiczną korupcją, lecz szczegóły jego programu pozostają ciągle dość niejasne,a przyszła ekipa rządząca właściwie nieznana. Będzie miał ciężkie zadania przed sobą, przede wszystkim gospodarcze, gdyż ekonomia Ukrainy jest w opłakanym stanie. Są i inne trudności: dotychczasowi, niechętni mu deputowani są w stanie dość łatwo, proceduralnie zablokować rozwiązanie parlamentu, a irytacja Stanów Zjednoczonych może wpłynąć na zmianę jego planów.

Sługo narodu, do dzieła!

Tydzień minął od ukraińskich wyborów prezydenckich. Niezwykle ważnych też dla Polski.

Bo Ukraina to nasz sąsiad aspirujący do NATO i Unii Europejskiej. Bo w Polsce pracuje i studiuje już ponad 1,5 miliona przybyłych stamtąd Ukraińców. I jeśli doliczyć do nich ponad półmilionową społeczność ukraińską od lat mieszkającą w Polsce, posiadająca polskie obywatelstwa, to nietrudno zauważyć jak wielu tutaj czeka na deklaracje nowo wybranego tam prezydenta.
W trakcie kampanii wyborczej Wołodymyr Żełenski zapowiadał nowy styl uprawiania polityki. Wymianę pokoleniową ukraińskich politycznych elit. Miał ułatwione zadanie, bo jego najpoważniejszym rywalem okazał się urzędujący prezydent Petro Poroszenko. Prowadzący kampanię pod patriotycznymi, pobożnymi, nacjonalistycznie pobrzmiewającymi hasłami: „Język, armia, religia”.
Hasłami jeszcze niedawno ekscytującymi, wzbudzającymi poparcie. Dziś już niepopularnymi, brzmiącymi wczorajszymi problemami i emocjami.
Prezydent Petro Poroszenko pomimo swych zasług, politycznego doświadczenia i licznych osobistych przymiotów, przegrał z młodszym debiutantem. Jego klęskę radośnie komentowano w Rosji, bo Poroszenko swą politykę oparł na konflikcie z Kremlem i na religijno-kulturowym rozwodem z Rosją.
Nie opłakiwano go też w stolicach państw Unii Europejskiej. Paryż zdążył już, nieoficjalnie, przyjąć ukraińskiego następcę na tronie, oswoić się z nim. Trochę łez uronił Berlin, bo Poroszenko Z Niemcami próbował budować długoletnie strategiczne partnerstwo. Ale od razu też popłynęło z Berlina gorące zaproszenie dla oczekiwanego tam Żełeńskiego.
Władze w Warszawie odejście Poroszenki przyjęły z ulgą. Kanceliści pana prezydenta Dudy od dawna narzekali zaprzyjaźnionym dziennikarzom na brak dobrej współpracy z administracją Poroszenki.
Centrum rządzenia Polską zlokalizowane przy Nowogrodzkiej też polityki prezydenta Poroszenki nie akceptowało. Miało mu za złe, że zlekceważył zalecenie pana prezesa Kaczyńskiego. Przekazane do wiadomości wszystkim aktualnym i przyszłym przywódcom Ukrainy.
Zalecenie przestrzegające, że „Z Banderą Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej”.
Dodatkowo prominentom PiS bardzo nie podobało się zatrudnianie przez ekipę Poroszenki byłych polskich polityków związanych z Platformą Obywatelska. Czemu naszych nie zatrudnia? – narzekali nieoficjalnie mediom.
Tydzień minął, a następca na prezydenckim, kijowskim tronie nie zaprezentował głównych kierunków swej polityki. Można dalej na takie wystąpienie cierpliwie czekać. A nuż wreszcie uchyli rąbka tajemnicy.
Można też, o czym coraz częściej i głośniej polscy parlamentarzyści rozmawiają, publicznie o to zapytać nowo wybranego prezydenta. A pytań jest wiele. Po stronie ław rządzących i opozycji też.
Opozycyjni polscy parlamentarzyści chcieliby usłyszeć, czy pan prezydent Żełenski będzie nadal kroczył w kierunku integracji z Unią Europejską? Nawet jeśli będzie miał „pod górkę”?
Czy może wybierze „wariant turecki”, czyli będzie dążył do integracji z gospodarką Unii Europejskiej, nie przyjmując wszystkich jej demokratycznych wartości i rozwiązań?
Zintegruje obie gospodarki przy zachowaniu niezgodnego z unijnymi standardami i wartościami ustroju ukraińskiego państwa, systemu sądowniczego, samorządowego.
I tu trzeba zadać nowemu prezydentowi Ukrainy powszechne wśród parlamentarzystów „Nowoczesnej” pytanie: czy podpisze i wprowadzi w życie kartę praw LGBT?
Bo na Ukrainie prawa mniejszości seksualnych nadal nie są przestrzegane. Osoby o homoseksualnej orientacji nadal są często prześladowane.
Skoro w czasie kampanii prezydenckiej pan Wołodymyr Żełenski zapowiadał nową politykę, inną od obecnej, to czy jej zmiana nastąpi też wobec środowisk LGBT?
Następnie warto zapytać nowego prezydenta, nadzorującego armię ukraińską, o politykę wobec Donbasu i Ługańska. Dwóch zbuntowanych wobec władzy w Kijowie regionów państwa ukraińskiego.
Czy pan prezydent Żełenski uzna buntowników za „partyzantów”, jak już raz powiedział, i zacznie z nimi negocjować warunki rozejmu i pokoju?
Czy utrzyma politykę swego poprzednika deklarującego, że z najemnikami Kremla nie rozmawia się, tylko walczy się z nimi?
Bardziej zainteresowani polityką międzynarodową parlamentarzyści chcieliby widzieć, czy pan prezydent Żełenski akceptuje „wariant normandzki” przy rozwiązywaniu konfliktu w zbuntowanych regionach? Nawet jeśli jest on niekorzystny dla władzy w Kijowie, bo może prowadzić do dużej autonomii zbuntowanych obecnie prowincji.
Trzeba też zapytać nowego prezydenta Ukrainy, co zamierza zrobić z zabranym Ukrainie Krymem. Żaden poważny polityk z UE nie neguje praw Ukrainy do tego terytorium.
Ale żaden z poważnych polityków nie wierzy, że Ukraina szybko Krym odzyska. Prędzej już wejdzie do NATO i Unii Europejskiej.
Ale aby państwo ukraińskie przystąpiło do NATO i UE, to wpierw musi mieć uregulowane swe państwowe granice.
Czyli za cenę wejścia do NATO i UE Ukraina będzie musiała zrzec się Krymu, albo kwestię jego odzyskania odłożyć w nieokreśloną przyszłość.
Co o tym myśli pan prezydent Żełenski? Czy gotowy jest taką cenę zapłacić?
Czy pomimo utraty Krymu jest gotowy do poprawy stosunków z Rosją?
Relacje Ukraina – Rosja bardzo interesują parlamentarzystów z PSL i wszystkich innych pochodzących ze wsi. Bo ewentualna poprawa relacji Moskwa – Kijów to zniesienie sankcji gospodarczych Unii Europejskiej. To ponowne otwarcie rynku rosyjskiego dla polskich produktów żywnościowych. To dla polskiego rolnictwa kwestia niezwykle ważna.
I problem ważny nie tylko dla parlamentarzystów PiS. Także tych z Kukiz’15 i PSL.
Czy nowy pan prezydent zerwie z kultywowaniem tradycji OUN-UPA, z gloryfikowaniem Stefana Bandery?
Czy potępi organizacje gloryfikujące ukraiński faszyzm?
Czy przeprosi za ludobójstwo ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu w latach 1943-1944?
Przeprosi nie tylko w czasie wizyty w Polsce, ale także w czasie wizyty na Wołyniu?
I na koniec pytanie, które powinno być pierwsze. Kiedy pan prezydent Wołodymyr Żełenski odwiedzi Warszawę?
Kancelaria pana prezydenta Dudy poinformowała o wysłaniu oficjalnego zaproszenia.
Wówczas zapewne parlamentarzyści polscy, którzy podzielili się ze mną intrygującymi ich pytaniami, będą mieli okazję zadać je sami.

Bigos tygodniowy

Wasyl Hołoborodko, główny bohater ukraińskiego serialu komediowego „Sługa narodu” wygrał wybory prezydenckie i wystąpi w roli Wołodymyra Zełenskiego, prezydenta Ukrainy. Mimo dramatycznych trudności jakie przeżywa, naród ukraiński jest najdowcipniejszym narodem na świecie.

*****
Dowcipny jest także sam Zełenski, o którym prasa zachodnia, głównie anglojęzyczna, pisze dość powszechnie per „jew”. Niestety, brak treningu w serialu komediowym uniemożliwia bycie dowcipnym premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Jego amerykańskie wypowiedzi o polskich sędziach pozbawione są nie tylko komizmu, ale także dobrego smaku, a nade wszystko odrobiny nawet sensu i logiki.

*****
Strajk nauczycieli ciągle trwa mimo zmasowanego ataku rządowej propagandy dyfamacyjnej, różnych pęknięć i pewnego słabnięcia determinacji. Propaganda władzy uporczywie powtarza zwrot o „dzieciach” jako „zakładnikach ZNP”. „Dzieci”, wiadomo, to w Polsce to sentymentalny fetysz. Ale jakie tam znów dzieci? Niech nie wkurzają młodzieży, bo ona to nie żadne „dzieci”, jeno „uczniowie” i „młodzież” właśnie. Dzieci to są w żłobku i przedszkolu.

*****

Tymczasem na horyzoncie rysuje się ponowny strajk lekarzy, którzy po roku od podpisania z nimi porozumienia z ministrem zdrowia Szumowskim alarmują, że rząd nie dotrzymuje umowy. Pojawiły się też sygnały niepokojów wśród pracowników opieki społecznej, może jeszcze drastyczniej niedopłaconych niż nauczyciele. Takich grup zawodowych w budżetówce jest wiele, choćby szeroko rozumiani pracownicy placówek kultury, muzealnictwa, etc. Tyle że oni ani mrugną protestacyjnie.

****
Instytut Badań Pollster zapytał respondentów, „czy religia powinna być nauczana w szkole?”. 50 proc. ankietowanych odpowiedziało „nie”, 38 proc. – „tak”. Odpowiedź „nie wiem/trudno powiedzieć” wybrało 12 proc. Prof. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk ocenił ten wynik jako „efekt cywilizacyjnego rozwoju i zjawisko, które występuje we wszystkich rozwiniętych demokracjach”. Jego zdaniem „Polacy coraz częściej traktują Kościół jako coś, co powinno być wyborem indywidualnym, a nie strategią narzuconą z góry przez instytucje państwowe. Po prostu nie chcą podporządkowania szkoły Kościołowi” .

*****
Z kolei Kantar Public ogłosił wynik badania, z którego wynika, że Za prawem do aborcji na życzenie jest 58 procent respondentów, przeciw jest 35 procent, bez zdania – 7 procent. Za legalizacją związków partnerskich jest 50 procent respondentów, 46 procent jest przeciw. Rzecz nie w tym jednym badaniu. Rzecz w tym, że podobne wyniki od pewnego czasu się powtarzają i zaczynają układać we wzór, który mówi: koniunktura dla władztwa Kościoła katolickiego wchodzi w fazę schyłkową, a nadzieje na katolicką kontrrewolucję są zdecydowanie płonne. A ponieważ te procesy wyraźnie przyspieszyły po „czarnym proteście” z października 2016 roku, to śmiało można wysnuć wniosek, że żadne rządy tak bardzo nie przyczyniły się do przyspieszenia sekularyzacji w Polsce, jak drugie rządy PiS. A za rządów PO-PSL, a wcześniej SLD-PSL z badań tak bardzo wyzierał konserwatyzm katolicki Polaków, że progresiści w tych formacjach rozkładali ręce w geście bezradności : nic się nie da zrobić. Kościół i konserwatywni katolicy mogliby powiedzieć: było tak dobrze, więc komu to przeszkadzało? No cóż, jedna z żelaznych zasad fizyki mówi, że bodziec o określone silnej, rodzi reakcję o sile mu odpowiadającej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.
*****
ICH publicyści to zauważają. Niezmiennie boleściwy Robert Tekieli napisał w „Gapolu” : „jeśli PiS przegra, oznacza to koniec istnienia Polski, jaką znamy, bo w cztery lata upodobni się do Belgii, Francji czy Niemiec”. Boże Przedwieczny, czy to możliwe, że spełni się moje marzenie żywione od młodości? Żart – ale tylko trochę, bo ta Francja, którą zobaczyłem po raz pierwszy w życiu 38 lat temu, robiła wspaniałe wrażenie, jednak od tamtego czasu to się bardzo obsunęło, z różnych powodów. Tak czy inaczej życzmy sobie Polski w ramach dobrze pojętego, europejskiego kształtu, bez pisiorstwa u władzy i tego męczącego Kościoła wiecznie na karku.

*****
Wspomniany Tekieli wyrzeka na „pokolenie Bosackie i Winnickie za krecią robotę” i na „towarzysza Janusza Korwina Mikke”. „Uszczkną punktów PiS i to zdecyduje o przegranej” – martwi się Tekieli. Inny publicysta prawicowy alarmuje: „Narodowcy w służbie lewactwa”. Jedynie Karnowscy, ci najwierniejsi lejtnanci PiS, martwią się tylko o notowanie Koalicji Europejskiej.

*****
Chamska łupa Pawłowicz przypieprzyła się do Magdaleny Adamowicz za kandydowanie do PE i nie umie uszanować jej dramatu osobistego. Pawłowicz, zamknij się gdzieś w szafie ze swoją sałatką w opakowaniu foliowym i wchłaniaj na osobności. Może ktoś uważa, że teraz idę za ostro? A Pawłowicz to wolno? A poza tym Dostojny Jubilat Jan Kobuszewski uczył w kabarecie, że „chamstwu trzeba przeciwstawiać się siłom”. I oczywiście także „godnościom osobistom”.

*****
Są sygnały, że problem z ministerką finansów Teresą Czerwińskią wcale się nie zagoił i trwa ona uparcie w zamiarze dymisji, tyle tylko, że ją uprosili, by nie odchodziła sama, demonstracyjnie, ale w ramach ogólnej rekonstrukcji rządu. Jednak podobno, z powodu strajku nauczycieli, rekonstrukcja oddala się w czasie.

*****
Katolicy jak zwykle pilnowali nocą grobu Jezusa Chrystusa i jak zwykle im się wymknął.

*****
„Miliony dla Notre Dame, nic dla biedaków”. W wersji bardziej literackiej: „Wszystko dla Notre Dame, nic dla Nędzników”. Protest „żółtych kamizelek” z hasłami więcej niż jakobińskimi – z sankiulockimi i „wściekłymi”. Kłaniają się z zaświatów dechrystianizatorzy z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej – Hebert, Chaumette i inni. Do tego nauczyciele w jednej ze strajkujących polskich szkół upozowali się na słynny obraz Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. A że przy okazji Notre Dame przywołano dzwonnika Quasimodo, więc można powiedzieć, że ożywa przywiędła od lat moda na Francję.
*****
Na koniec o elektrycznych hulajnogach, nowej pladze naszych czasów. Uważajmy, piesi, na hulajnogi, bo gdy hulajnoga nas przejedzie na chodniku, to nie dość, że odwiozą nas do szpitala (w najlepszym razie), to jeszcze zapłacimy mandat za niewłaściwe poruszanie się po chodniku.

Wybór Ukrainy

Pierwsza tura wyborów prezydenckich ukazała w całej pełni głębię kryzysu politycznego, który od lat paraliżuje Ukrainę.

Objawami tego kryzysu są inflacja kandydatur (39) i niemal powszechna niechęć wobec dotychczasowej polityki. Przejawem tej niechęci jest żenująco słaby wynik uzyskany przez prezydenta Petro Poroszenkę, który wprawdzie zdołał wejść do drugiej tury, ale z wynikiem niemal o połowę słabszym niż uzyskany przez Wołodymyra Zełenskiego – popularnego aktora, ale człowieka spoza elity politycznej, bez jakiegokolwiek doświadczenia pracy państwowej.
Przyczyny tego stanu rzeczy tkwią nie tylko w fatalnych dla Ukrainy konsekwencjach tak zwanej „rewolucji godności” i konfliktu z Federacją Rosyjską. Obalenie w lutym 2014 roku prezydenta Wiktora Janukowycza było konsekwencją masowego sprzeciwu wobec odmowy podpisania przez niego umowy o stowarzyszeniu Ukrainy z Unią Europejską, protestu przeciw systematycznej korupcji i oburzenia wywołanego użyciem brutalnej siły wobec demonstrujących na kijowskim Majdanie. Obalenie Janukowycza rozbudziło wielkie nadzieje na demokratyczny i prozachodni rozwój Ukrainy, ale zarazem spotęgowało wewnętrzne podziały.
Podziały te mają korzenie historyczne. W momencie rozpadu ZSRR Ukraina obejmowała cztery regiony o wyraźnie różnej historii. Ukraina zadnieprzańska obejmuje ziemie, które do drugiej polowy XVII wieku stanowiły część państwa polsko-litewskiego i znalazły się pod panowaniem rosyjskim w wyniku powstania Chmielnickiego, Ugody Perejeslawskiej (1654) i kończącego wojnę polsko-rosyjską pokoju z 1686 roku. Ziemie te pozostawały pod panowaniem rosyjskim najdłużej, mają znaczącą liczebnie ludność rosyjskojęzyczną i tradycyjnie ciążą ku Rosji. Regionem jeszcze bardziej związanym historycznie z Rosją jest Krym, zdobyty dla Rosji w 1783 przez księcia Potiomkina, który odebrał ten półwysep chanatowi krymskiemu panującemu nad nim od 1441 roku. Krym stał się częścią Ukrainy dopiero w 1954 roku (decyzją Prezydium Rady Najwyższej ZSRR) a jego rosyjska w większości ludność po upadku ZSRR wielokrotnie opowiadała się za przyłączeniem do Federacji Rosyjskiej. Trzecim i największym regionem Ukrainy są obszary centralne, gdzie panowanie rosyjskie miało swe korzenie w trzech kolejnych rozbiorach Polski. Czwarty reszcie region obejmuje ziemie, które nigdy nie należały do Rosji a wcielone do ZSRR zostały dopiero w wyniku drugiej wojny światowej – są to dawna Galicja Wschodnia i Ukraina Zakarpacka, w latach międzywojennych stanowiąca część Czechosłowacji, następnie anektowana przez Węgry i po wojnie wcielona do ZSRR. Ten historyczny podział ma trwałe konsekwencje polityczne. Ukraina zachodnia (zwłaszcza dawna Galicja Wschodnia) to najsilniejsze oparcie dla ugrupowań nacjonalistycznych i prawicowych, podczas gdy wschód Ukrainy w kolejnych wyborach udzielał poparcia politykom opowiadającym się za zbliżeniem z Rosją. Tegoroczne wybory potwierdziły tę tendencję. Poroszenko wygrywał w części zachodniej, Zełenski znokautował go w centrum kraju. Czwarty pod względem liczby zdobytych głosów – prorosyjski polityk Jurij Bojko (11 proc.) – miał poparcie tylko na wschodzie kraju, gdzie wypadł nawet lepiej od Zełenskiego.
Kryzys polityczny jest tylko częściowo związany z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Gdy z rosyjskim poparciem dokonała się secesja Donbasu, większość mieszkańców wschodniej Ukrainy nie poparła tej rebelii. W rosyjskojęzycznym Dnieprze (dawnym Dniepropietrowsku) i w innych miastach tego regionu widziałem tablice ku czci ochotników poległych po stronie Ukrainy. Okazało się wtedy, że różnice kulturowe (w tym językowe) nie przekładają się automatycznie na lojalność polityczną. Naród ukraiński to nie tylko ludzie, dla których językiem ojczystym jest ukraiński. Dlatego terytorialny zasięg secesji nie pokrywa się z obszarem dominacji języka rosyjskiego.
Nie przeczy to jednak temu, że region wschodni nie udzielał tak zdecydowanego poparcia nowym władzom, jak zachód kraju. Przyczyniła się do tego nacjonalistyczna polityka „ukrainizacji”, której przejawem było uchwalenie (bezpośrednio po obaleniu Janukowycza) ustawy pozbawiającej język rosyjski statusu drugiego oficjalnego języka. Została ona wprawdzie pod naciskiem państw zachodnich anulowana, ale samo jej uchwalenie ujawniło intencje nowej władzy. Nacjonalizm powoduje alienację mieszkańców wschodniej Ukrainy, a tym samym pogłębia kryzys państwa.
Jeszcze poważniejsze są skutki fatalnej polityki gospodarczej, na której odbija się brak odważnej reformy. Bank światowy szacuje spadek ukraińskiego PKB po 2014 roku na co najmniej 16 procent. Spadła stopa życiowa, czego pośrednim efektem jest masowa emigracja Ukraińców, także do Polski. Równocześnie rosną fortuny oligarchów, do których należy także prezydent Poroszenko. Polaryzacja bogactwa i biedy w warunkach ogólnego zubożenia społeczeństwa rodzi protest społeczny skierowany, rzecz prosta, przeciw dotychczasowej elicie władzy.
Obciąża ją także w oczach obywateli niezdolność rozwiązania konfliktu z Rosją. Najbardziej radykalni nacjonaliści mają pretensje do Poroszenki o to, że nie jest dostatecznie antyrosyjski i że nic nie zrobił, by odzyskać Krym oraz zbuntowany Donbas. Krytycy nie mówią, jak prezydent miałby tego dokonać, ale wykorzystują przeciw niemu wzrost nastrojów antyrosyjskich. Z drugiej strony pojawiły się także zapowiedzi (między innymi Zełenskiego) szukania jakiegoś rozwiązania konfliktu, przy czym nie zostało jasno powiedziane, na jakich zasadach miałoby się to dokonać.
Przewidywanie wyniku drugiej tury (21 kwietnia) jest obciążone pewnym ryzykiem, gdyż w warunkach bardzo niestabilnej sytuacji politycznej nie można wykluczyć jakiegoś spektakularnego zwrotu na korzyść urzędującego prezydenta. Najprawdopodobniej jednak cudu nie będzie i Poroszenko – jak wszyscy jego poprzednicy – odejdzie po jednej kadencji. Nie będzie to oznaczało końca kryzysu, ale otworzy nowe perspektywy. Ewentualny kompromis z Federacja Rosyjską wymagałby od obu stron zrezygnowania z maksymalnych żądań. Nie wiem, czy obie strony są do tego gotowe. Byłby on jednak w interesie Ukrainy, Rosji i Unii Europejskiej. Ta ostatnia stoi po stronie Ukrainy, kontynuuje stosowanie wobec Rosji sankcji ekonomicznych, ale zarazem odczuwa negatywne skutki tej polityki i chętnie by od niej odeszła, gdyby w wyniku kompromisu ukraińsko-rosyjskiego stało się to możliwe. Jeśli Wołodymyr Zełenski zostanie prezydentem, stanie więc przed historycznym wyzwaniem.