Iran się przyznał

Irańczycy przyznali się, że to oni zestrzelili ukraińskiego Boeinga 737-800. Dodają jednak: ta tragedia nie zdarzyłaby się, gdyby nie amerykańskie awanturnictwo w regionie.

Oświadczenie irańskiego prezydenta Hassana Rouhaniego o tym, że to irańska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ukraiński samolot z jednej strony przecina spekulacje dotyczące prawdziwych intencji i sprawców zestrzelenia (przewodniczący ukraińskiej Rady Obrony zasugerował wprost, że to Rosjanie stoją za tragedią), z drugiej zaś, może wcale nie uspokoić tych, którzy za wszelką cenę chcą oskarżyć i, co ważniejsze, ukarać Iran.
Rouhani powiedział, że strącenie samolotu było wynikiem „błędu ludzkiego”. Stwierdził, że „głęboko żałuje” tego, co się stało oraz wyraził współczucie rodzinom zabitych. Dodał, że tragedia była związana z istotnym zagrożeniem ze strony USA, w związku z czym siły zbrojne Iranu zostały postawione w stan pełnej gotowości bojowej. Samolot, jak poinformował sztab generalny Iranu, został omyłkowo wzięty za „samolot nieprzyjaciela” i zestrzelony.
Prezydent Iranu przedsięwziął wszelkie niezbędne działania w celu wypłaty finansowych rekompensat rodzinom zabitych. Zapowiedział też, że prowadzone śledztwo będzie miało na celu ujawnienie winnych strasznej katastrofy.
„To straszny dzień”, napisał w na Twitterze minister praw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif, „wstępne ustalenia wewnętrznego śledztwa sił zbrojnych: to ludzki błąd, popełniony w czasie kryzysu, wywołanym awanturnictwem USA, doprowadził do katastrofy”.
Dowódca sil powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Amir Ali Hadżizade wyjaśniał w telewizji irańskiej, że operator pocisku miał 10 sekund na podjęcie decyzji i otworzył ogień, nie konsultując tego z nikim. Amir Ali Hadżizade powiedział też, że „że chciałby umrzeć i nie być świadkiem takiego wypadku”. Komentując oświadczenie irańskiego prezydenta Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy.
„Dzisiejszy poranek przynosi prawdę. Ukraina nalega na pełne przyznanie się do winy. Oczekujemy, że Iran pociągnie winnych do odpowiedzialności, zwróci ciała, zapłaci odszkodowanie i wyda oficjalne przeprosiny. Dochodzenie musi być otwarte i kontynuowane bez opóźnień i przeszkód” – napisał Zełenski.
Czy przyznanie się władz irańskich do zestrzelenia samolotu i wzięcie na siebie całej winy przyczyni się do uspokojenia napięcia w regionie? Tego na razie nie wiadomo.
W 1988 roku stacjonujący na wodach cieśniny Ormuz, krążownik USS Vincennes wystrzelił rakietę w kierunku AirbusaA300B2, należącego do linii Iran Air. Samolot eksplodował. Zginęło 290 osób. W przeciwieństwie do Teheranu, Waszyngton miał problem z jednoznacznym przyznaniem się do winy. Marynarka poinformowała, że załoga okrętu zidentyfikowała maszynę jako wojskowy F-14 Tomcat oraz, że był to efekt „stresu wojennego”. Dowódca krążownika William C. Rogers przekonywał, że uznał start samolotu jako zagrożenie dla jego jednostki. Strona irańska potępiła zdarzenie jako akt terroru, zauważając, samolot oddalał się okrętu, a więc nie było podstaw by diagnozować ofensywne zamiary, oraz, że nawet jeśli Amerykanie uznali maszynę za myśliwiec, to nie mieli prawa kierować w jej stronę pocisków, bo znajdowała się w irańskiej przestrzeni powietrznej.

Turcy IV Rzeczpospolitej

W maju 1958 roku prasa niemiecka informowała o niezwykle miłej uroczystości. Oto na dworcu w Berlinie radośnie przywitano stutysięcznego gastarbeitera przybyłego z Portugalii. I wręczono mu okolicznościowy prezent. Elegancki motocykl.
Jednak pomimo tak atrakcyjnych zachęt strumień importowanych portugalskich robotników szybko wysechł. Wtedy rządy ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec zaczęły zapraszać gastarbeiterów z Grecji, Włoch, Hiszpanii i Jugosławii. Ci też nie wystarczali dla dynamicznie rozwijającej się niemieckiej gospodarki. Dlatego w 1961 roku niemiecki rząd zwrócił uwagę na Turków, których dwa tysiące już pracowało na dobrobyt Republiki Federalnej. W tamtym roku odpisano niemiecko – turecką umowę regulującą prawnie pobyt tureckich pracowników w Niemieckiej Republice Federalnej. Wszyscy oni mieli być jedynie czasowymi pracownikami – gośćmi niemieckiego państwa. Dwanaście lat później było ich tam już 700 tysięcy, choć żaden z nich motocykla za przyjazd do Niemiec nie dostał. Pomimo tego wielu z nich osiedliło się tam na stałe, jeszcze sprowadziło swych bliskich z Turcji.
Obecnie mieszka w Niemczech ponad 3 miliony Turków i tureckich Kurdów. Tylko cześć z nich uważa się za w pełni zasymilowanych obywateli RFN.

W Polsce przebywa obecnie ponad milion Ukraińców przybyłych w ostatnich latach z sąsiedniej Ukrainy. Są stałymi już „sezonowymi pracownikami”, licznymi studentami, a także rodzinami zatrudnionych w Polsce ukraińskich specjalistów. Wielu z nich ma wsparcie mieszkających tutaj „od zawsze” Ukraińców i Polaków świadomych swych ukraińskich korzeni. Nie wiemy ilu dokładnie mieszka obecnie w Polsce Ukraińców. Spisy ludności z lat 2002 i 2011 były tak przeprowadzane, aby maksymalnie zniechęcać wszystkich obywateli III Rzeczpospolitej do ujawniania swych niepolskich korzeni. Do ukrywania innej, niż katolicka, religii.
Dodatkowo, pomimo trzydziestoletniego istnienia III Rzeczpospolitej żaden z jej rządów nie opracował jeszcze kompleksowej, spójnej polityki migracyjnej. Nawet rządy uważane za lewicowe.

Elity związane z „Prawem i Sprawiedliwością” wpisały na swe polityczne sztandary specyficzną wrogość do niepolskich rządów i narodów oraz konieczność minimalizowania przyjmowanych migrantów ekonomicznych.
Hasła obrony Polski przed zalewem obcych znakomicie podbijały popularność PiS w czasie kampanii wyborczych.

Ale prognozy demograficzne i gospodarcze są dla rządzących nieubłagane i jednoznaczne. Populacja polskiej ludności będzie się zmniejszać, a społeczeństwo polskie statystycznie starzeć.
Nie pomogą programy 500+. Nie pomogą patriotyczne wezwania władz do Polaków – emigrantów, aby powrócili oni na Ojczyzny łono.
Polska gospodarka nie wyjdzie z „pułapki średniego rozwoju” bez pozyskania kilku milionów zagranicznych pracowników.

Elity gospodarcze PiS doskonale o tym wiedzą. Aby oszukać swój przysłowiowy „ciemny lud” wyborczy kreują mity o repatriacjach Polaków ze Wschodu, czyli z byłych republik byłego ZSRR. Stworzono „Kartę Polaka” – dokument ułatwiający przyjazd do Polski obywatelom Ukrainy, Białorusi, Rosji, Kazachstanu, posiadającym polskie korzenie. Dzisiaj taka Karta jest już często tylko przykrywką dla ukrytego drenażu mózgów i muskułów z tamtych państw dla polskiej gospodarki. Każdy bowiem obywatel mieszkający na terenach byłego ZSRR może mieć „polskie korzenie”. Przez tysiące lat byliśmy przecież sąsiadami, a czasem też bywaliśmy tu i tam „u siebie”.

Nie trzeba być prorokiem, aby przyjąć, że liczba ludności ukraińskiej, a także białoruskiej, rosyjskiej i innej „cudzoziemskiej”, będzie w Polsce rosnąć. Tego domaga się stale głodna siły roboczej rosnąca polska gospodarka.
Tego wymaga też polityka. Warto przypomnieć, że im więcej ma państwo polskie obywateli, tym bardziej jego ranga i znaczenie w Unii Europejskiej rośnie. Więcej obywateli PR to więcej dla Polski pieniędzy z wszelkich funduszy przeznaczonych na integrację naszej Unii. Więcej obywateli RP to także większa reprezentacja naszego państwa w Parlamencie Europejskim i innych unijnych instytucjach. Im więcej obywateli będzie miało państwo polskie, tym mniejsze będzie też zagrożenie wyludniania się części terenów Polski. Pustynnienia ich. Zagrożenie realne, już opisane, ale nadal ignorowane przez polskie elity polityczne i media.

Ten ponad milion Ukraińców w Polsce, taki Milion + społeczności ukraińskiej, to obecnie, realnie już ponad 3 procent mieszkańców naszego kraju. To procentowo tyle samo ilu Turków mieszka obecnie w RFN.

Pomimo tego polskie państwo, podobnie jak niemieckie w latach sześćdziesiątych w stosunku do przyrastającej populacji Turków, udaje, że nie się nie dzieje. Problemu nie ma. Że jedynie przyjechali do nas sezonowi pracownicy i sezonowi studenci. Nie trzeba wiele myśleć i robić, bo przecież studenci kiedyś wyjadą, a sezonowi pracownicy też na starość wrócą do siebie. Albo pojadą do Niemiec, gdzie już ich zapraszają. I problem sam się rozwiąże.

Rzetelne sondaże przeprowadzane wśród społeczności ukraińskiej mieszkającej w Polsce wskazują na odwrotne trendy. Wielu studentów ukraińskich chce pozostać w Polsce, podobnie jak wielu „pracowników sezonowych”. Niemcy, choć oferują im lepsze zarobki, przegrywają ze względów kulturowych. No i nie leżą w tak bliskim sąsiedztwie Ukrainy jak Polska.
Dlatego, zgodnie z doświadczeniami innych emigracji, powinniśmy oczekiwać procesów odwrotnych od oczekiwanych i głoszonych przez elity PiS.

Społeczność ukraińska będzie się w Polsce wzmacniać i samoorganizować. Emancypować kulturowo najpierw. Potem politycznie.
Jednym z pierwszych przejawów tego jest społeczna, kulturowa akcja Kateryny Kruk, ukraińskiej artystki mieszkającej w Polsce, postulującej aby polskie media przestały używać zwrotu „na Ukrainie”. Bo to sugeruje ukraińską poległość wobec dominującego społeczeństwa polskiego.
Nieuchronne jest powstawanie stowarzyszeń i partii politycznych reprezentujących przybyłą do Polski społeczność ukraińską. Nie zapominajmy, że Ukraińcom z „polskimi korzeniami” łatwo jest uzyskać polskie obywatelstwo. W Polsce można mieć też podwójne obywatelstwo, co też ułatwia decyzję o jego przyjmowaniu. Emancypacja społeczności ukraińskiej w Polsce będzie też miała religijny charakter. Zwłaszcza, że polski kościół katolicki jest w głębokim kryzysie moralnym i intelektualnym.
Pozostaje pytanie: czy ten Milion + społeczności ukraińskiej wzmocni teraz kościół prawosławny w Polsce? Czy przeniesie do Polski toczoną na Ukrainie wojnę religijną między stara cerkwią moskiewską, z która sympatyzuje nadal polska cerkiew, i nowo powstałą cerkwią ukraińską?

W czasie ostatnich wyborów prezydenckich w Ukrainie mieszkający w Polsce Ukraińcy stali w wielogodzinnych kolejkach by zagłosować na swego kandydata. To dowodzi ich aspiracji politycznych. Ale też budzi obawy, czy taka polityczna aktywność nie spowoduje przenoszenia z Ukrainy tamtejszych konfliktów kulturalnych, religijnych, politycznych, zwłaszcza z obszaru polityki historycznej, na teren państwa polskiego? Jak obecność tego ukraińskiego Miliona + będzie wpływać na relacje Polska – Rosja?
W przyszłości rzecz jasna, bo obecnie relacje są wyjątkowo złe, bez szczególnego udziału społeczności ukraińskiej.

Pomimo zaklęć i totumfackich deklaracji PiS nasz kraj będzie w XXI wieku wielonarodowy i wielokulturowy. Czas przestać okłamywać się. Udawać, że nie ma problemu, że wszystko jakoś „samo się”. Czas zacząć poważną dyskusję o programach adaptacyjnych, asymilacyjnych dla narastających społeczności emigrantów.
Przecież do hasła „Ukraińcy na Madagaskar” już nie wrócimy.

Kierunek Ukraina

Ten kraj nie jest dziś przykładem sukcesów „polskiej ekspansji gospodarczej”, aczkolwiek znalazł się wśród wskazanych przez rząd „perspektywicznych rynków pozaunijnych, mających znaczenie dla polskiego eksportu”. W wielu wypowiedziach słychać tęsknotę do odgrywania większego znaczenia na tym kierunku, nieco nostalgicznego „odbicia” rynku, zawojowania „dzikiego wschodu”. To Ukraina.

Jakie są więc nasze dwustronne relacje gospodarcze? Dobre czy złe? Z perspektywy Polsko- Ukraińskiej Izby Gospodarczej mogę odpowiedzieć, że te relacje są coraz lepsze.
W 2014 roku, po aneksji Krymu przez Rosję i wojnie w Donbasie, polsko-ukraińska wymiana handlowa załamała się. Polski eksport do Ukrainy spadł prawie o jedną trzecią i dopiero w 2017 roku wrócił do „przedwojennych” poziomów. Tyle o zjawisku, za które nie można winić Ukrainy. A teraz twarde dane: w 2013 roku polski eksport na rynek Ukrainy wynosił 18 mld PLN, w 2015 roku eksport był mniejszy o 5, 5 mld PLN ! To było już załamanie wymiany handlowej, które polscy przedsiębiorcy zdołali odrobić przez kolejne dwa lata. W 2018 roku wartość eksportu towarów zbliżyła się do 19 mld PLN. Dane o polskim eksporcie na Ukrainę w ciągu 10. miesięcy bieżącego roku też są optymistyczne- przekroczyliśmy równowartość 15 mld PLN, dynamika wzrostu rok do roku wynosi ponad 5 proc. W strukturze eksportu dominują wyroby przemysłu elektromaszynowego, chemicznego, artykuły rolno- spożywcze i wyroby metalurgiczne i przemysłu lekkiego.
A teraz trochę inne spojrzenie na statystykę. Udział Ukrainy w polskim eksporcie wynosi 2,1 proc. , czyli- nie szukając okrągłych słów- Ukraina nie jest dla Polski ważnym partnerem handlowym. Inaczej wygląda to z perspektywy Ukrainy. Konflikt na wschodzie Ukrainy i zabór części jej terytorium, wojna handlowa z Rosją osłabiły gospodarkę Ukrainy, ale też wymusiły jej reorientację. Nastąpiło wzmocnienie relacji z Unią Europejską, które doprowadziło do umowy stowarzyszeniowej. Jeszcze pięć lat temu eksport z Ukrainy do Rosji stanowił 18,2 proc., podczas kiedy do Polski – 4,9 proc. całości ukraińskiego eksportu. Dane Państwowej Służby Podatkowej Ukrainy za cztery miesiące 2019 r. pokazują, że zmienił się główny rynek ukraińskiego eksportu. Ukraina nastawiła się na zwiększenie współpracy gospodarczej z Europą. Miejsce Rosji – wieloletniego lidera (na drugim miejscu były Chiny, a dopiero na trzecim kraje UE razem wzięte) – zajęła Polska, z udziałem 6,7 proc. eksportu Ukrainy. Na drugim miejscu Rosja (6,2 proc.) przed Egiptem (5,3 proc.), Chinami (5,2 proc.), Turcją (5,2 proc.), Indiami (5,2 proc.), Włochami (5 proc.), Niemcami (4,5 proc.) i Holandią (3,9 proc.). Ciekawe są też zmiany w strukturze eksportu. Jeszcze niedawno „miejsca na pudle” były nienaruszalne: pierwsze- metalurgia, drugie- produkty pochodzenia roślinnego, trzecie- produkty przemysłu maszynowego. Dwa tygodnie temu dowiedziałem się, że na „na pudło” wskoczył sektor IT , zajmując trzecie miejsce i pozostawiając w tyle metalurgię.
Polska , stając się głównym partnerem handlowym Ukrainy, musi dostrzec tę zmianę. Liderzy Ukrainy, reprezentujący obóz prezydenta Wołodyra Zełenskiego i spora część oligarchów, zarządzających gospodarką, zrozumieli, że skończył się stary model gospodarczy. Opierał się on na tanich surowcach, w tym taniej energii, taniej pracy i przemyśle ciężkim. Dziś i rząd, i biznes mówi o konieczności zwiększenia konkurencyjności Ukrainy. To stawka na energię odnawialną , zwłaszcza farmy fotowoltaiczne i wiatrowe, nowoczesne wielkoobszarowe rolnictwo, szeroko rozumiany sektor IT, na wzrost handlu zagranicznego przetworzonymi produktami. Powinniśmy zastanowić się, jak wspierać te ambicje i pomagając w ich realizacji, zadbać o polskie interesy. Ukraina nie jest bowiem „skazana” na Polskę. Bez większego ryzyka można sformułować tezę, że Polska jest pierwszym krajem dla ukraińskiego eksportu dlatego, że jest najbliższym państwem członkowskim Unii Europejskiej. Krajem europejskiego tranzytu i dużym, bliskim a więc naturalnym rynkiem zbytu dla towarów, które muszą spełniać europejskie standardy. Poprzez Polskę ukraińscy przedsiębiorcy i handlowcy uczą się i zdobywają Unię Europejską.
Dogodne położenie nie zastąpi więc naszej wyobraźni i pracy. Pokazali to polscy inwestorzy, właściciele znanych w Polsce marek, którzy w Ukrainie uruchomili ciekawe i spore inwestycje. Ryszard Florek, właściciel producenta okien dachowych Fakro , ma na Ukrainie trzy fabryki, w których zatrudnia 570 osób. Ekspansję na Ukrainie prowadziły polskie instytucje finansowe. PZU przejął lokalnego ubezpieczyciela, aktywnie działa Kredobank należący do PKO BP. Zbigniew Drzymała, właściciel Inter-Groclin wybudował dwie fabryki w Ukrainie. Michał Sołowow otworzył zakład Barlinka w Winnicy. Fabryki na Ukrainie wybudowali także polscy producenci mebli Nowy Styl i Black Red & White.
Decyzje i projekty inwestycyjne w opisanych wyżej przypadkach podejmowano jednak przed wybuchem konfliktu z Rosją. Dziś wartość skumulowana inwestycji polskich przedsiębiorstw na rynku ukraińskim nie jest imponująca – nie przekracza jednego miliarda dolarów. Ostatnie lata przyniosły wyhamowanie ekspansji polskiego kapitału. I choć sytuacja zaczęła się poprawiać, Ukraina jest ciągle postrzegana jako kraj wysokiego ryzyka. Taka jest opinia przedsiębiorców i międzynarodowych instytucji, których opinie stanowią o dostępności kapitału i jego kosztach.
Ten prawie miliard „polskich” dolarów zainwestowanych w Ukrainie to niespełna 2 procent wszystkich inwestycji zagranicznych w tym kraju ( 33 miliardy dolarów) . W czasie polskiej transformacji gospodarczej wartość inwestycji zagranicznych przekroczyła 200 miliardów euro. To zestawienie, z jednej strony, poprawia polskie samopoczucie, z drugiej strony, świadczy o „głodzie” inwestycji w Ukrainie, który z czasem będzie zaspakajany. Można przypuszczać, że przemysł i usługi outsourcingowe , które jeszcze przenoszone są ze Starej Europy do Polski, za jakiś czas chętniej lokowane będą w Ukrainie. Wybierano Polskę ze względu na koszty i jakość pracy, dostępność komunikacyjną, stabilność kraju. Trudno odmówić Ukrainie, że jej kapitałem są młodzi, pracowici ludzie, niskie koszty pracy, co będzie przyciągało kapitał zagraniczny.
Ukraina się zmienia i powinniśmy dostrzec nową Ukrainę. To państwo, w którym prezydenta wybrano w wyborach przeprowadzonych zgodnie z kalendarzem wyborczym, a nie pod wpływem kolejnego Majdanu. To państwo, w którym jest proprezydencka większość parlamentarna, gwarantująca jednolitą, proreformatorską politykę. To państwo, w którym rządzi młoda ekipa, pewnie nieopierzona, ale wykształcona, znająca Europę, ambitna i lojalna wobec prezydenta. Co prawda, ukraińska polityka to ciągle zmaganie się demokratycznych aspiracji z interesami oligarchów, podejmowanie decyzji w cieniu podejrzeń o korupcję, ale jakieś przełamanie w kierunku normalności widać. Ukraina to kraj o ogromnych zasobach: ludzkich, naturalnych, ze słynnymi czarnoziemami i korzystnym klimatem. Wcześniej czy później jest wskazana na sukces. Będziemy jego uczestnikami, albo skorzystają na sukcesie Ukrainy inni.
W opublikowanym przez Bank Światowy zestawieniu „Doing Business 2019”, Ukraina pod względem warunków sprzyjających prowadzeniu działalności gospodarczej, zajmuje 71 pozycję wśród 190 ujętych w rankingu gospodarek świata. W porównaniu z edycją z 2017, Ukraina poprawiła swoją pozycję o 9 miejsc. W odniesieniu do kategorii handel zagraniczny, Ukraina zajmuje 78 pozycję – awans o 37 pozycji w stosunku do roku 2017. Ostatni Global Competitiveness Index daje Ukrainie 77 pozycję wśród 137 klasyfikowanych państw w dziedzinie warunków innowacyjności- poprawa o 4 pozycje- i 57 pozycję w dziedzinie poziomu infrastruktury- poprawa o 21 pozycji.
Według danych ukraińskich na początku 2018 roku na Ukrainie zarejestrowanych miało być przeszło 2,9 tys. firm z polskim kapitałem. Z kolei według szacunków Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej na Ukrainie działało w tym czasie ok. 1,2 tys. małych i średnich firm z mieszanym kapitałem polsko-ukraińskim, natomiast ok. 4 tys. firm realizowało z Ukrainą transakcje handlowe. To świadectwo dużej aktywności małych i średnich przedsiębiorstw. Polskie, zwłaszcza państwowe giganty, nie spieszą się ze współpracą i inwestycjami. Przykładem jest energia, a właściwie bezpieczeństwo energetyczne, które stało się jednym z celów rządu polskiego. Jak informuje „Rzeczpospolita”, w ubiegłym roku import energii elektrycznej do Polski był na poziomie 13,83 TWh, z czego z Ukrainy trafiło do nas tylko 1,41 TWh energii. Najwięcej energii w 2018 roku sprowadziliśmy z Niemiec – 7 TWh, druga na liście jest Szwecja z 3 TWh, a za nimi Litwa 1,61 TWh. Moglibyśmy sprowadzać więcej taniej i czystej energii elektrycznej z Chmielnickiej Elektrowni Jądrowej, ale linia przesyłowa 750 kV o mocy 2000 MWh stoi nieczynna od 1993 r. Jest to symbol kompromitacji relacji energetycznych Polska – Ukraina.
A teraz o współpracy gazowej. Polska zadeklarowała pomoc Ukrainie w dostawach gazu, wskazując że może to być amerykański LNG. Nasze deklaracje i plany przesyłowe są chyba większe niż oczekiwania strony ukraińskiej. Jednocześnie wskazujemy, że dla umożliwienia tego tranzytu Ukraina powinna wybudować po swojej stronie 120 km gazociągu, my w Polsce 2 km. Ukraińscy partnerzy podkreślają, że brakuje im pieniędzy na inwestycje i zauważają, że w sytuacji przerwania przesyłu gazu rurami wykorzystywanymi dziś przez Gazprom, można będzie wykorzystać je do przesyłu w drugą stronę. Trudno odmówić logiki temu rozumowaniu. My uzależniamy tę inwestycję od zakontraktowania przez Ukraińców dostaw gazu z USA. Oni mówią o wolnym rynku i handlu w obie strony. Czyli- w tym największy jest ambaras, aby dwoje chciało naraz.
Przez ostatnie cztery lata władze RP, udzielając strategicznego wsparcia Ukrainie w jej konflikcie z Rosją, w relacjach dwustronnych postawiły na politykę historyczną, przyjmując – paradoksalne u etatystów założenie – że gospodarka sama sobie poradzi. Radzi sobie, ale w kraju takim, jak Ukraina, w którym nie wszystkie instytucje i urzędnicy działają prawidłowo i uczciwie, państwo powinno mocniej wspierać swoich przedsiębiorców. BGK ma ciekawe produkty, wspomagające polskich eksporterów i inwestorów. Ale zredukowano działalność ekonomiczną polskiej dyplomacji, wierząc że zagraniczne biuro handlowe PAIH wystarczy. Brakuje spotkań na wysokim politycznym szczeblu, które z reguły są impulsem dla nowych projektów gospodarczych i pomagają tym projektom, które znalazły się w „zamrażarce”.
Przedsiębiorcy, Polsko- Ukraińska Izba Gospodarcza i inne organizacje biznesowe robią swoje. Będzie lepiej, ale można pomóc w tej pracy.

Szczyt normandzki i…

W Paryżu odbyło się spotkanie „czwórki normandzkiej” . Prezydenci Ukrainy i Rosji, którzy rozmawiali bezpośrednio ze sobą po raz pierwszy, zadeklarowali, że do końca roku w konflikcie w Donbasie nastąpi całkowite zawieszenie broni.

W pisemnym komunikacie podsumowującym spotkanie Kijów i Moskwa zapowiadają również wymianę wszystkich jeńców, demilitaryzację trzech kolejnych odcinków graniczących z linią rozgraniczenia. Potwierdzono również, że kolejne spotkanie w formacie normandzkim (Ukraina-Rosja-Francja-Niemcy) odbędzie się za cztery miesiące, a podstawą dalszych trwałych porozumień mają być porozumienia mińskie z 2015 r. To oznacza, że część obwodów donieckiego i ługańskiego otrzyma w granicach Ukrainy status specjalny. Formuła Steinmeiera, regulująca tryb jego wdrożenia, zostanie wprowadzona do ukraińskiego systemu prawnego (dotąd została jedynie zaakceptowana przez prezydenta).
Wołodymyr Zełenski i Władimir Putin rozmawiali w cztery oczy przez półtorej godziny. Po spotkaniu Putin okazywał demonstracyjne zadowolenie, twierdził nawet, że doszło do „ocieplenia wzajemnych relacji”. Zełenski wręcz przeciwnie – twierdził, że na spotkaniu osiągnięto za mało, a on liczył na więcej, chociaż już „odblokowanie dialogu” ocenił jako rzecz pozytywną.
Strony nie doszły do żadnych decyzji w sprawie dalszego statusu Donbasu. Władimir Putin na konferencji prasowej twierdził, że potrzebne będą zmiany w ukraińskiej konstytucji, by terytorium obecnych republik Donieckiej i Ługańskiej mogło uzyskać specjalny status. Wołodymyr Zełenski odpowiadał, że federalizacja Ukrainy nie jest możliwa, a żadnych ustępstw terytorialnych w zamian za pokój nie przewiduje; oznajmił, że częścią jego państwa pozostaje i Donbas, i Krym.
Zgodnie z przewidywaniami uczestnicy szczytu nie doszli do porozumienia, w jaki sposób w Donbasie odbywać się będą kolejne wybory ani o poruszeniu tematu wschodniej granicy Ukrainy. Według Kijowa o jakiejkolwiek elekcji – w tym o najbliższych wyborach samorządowych – może być mowa dopiero wtedy, gdy Ukraina odzyska nad tą granicą kontrolę. Obaj przywódcy stwierdzili natomiast, że chcą wdrażać w Donbasie projekty humanitarne.
W strefie konfliktu w Donbasie żyje 3,5 mln ludzi. Od początku wojny zginęło 13-14 tys. osób, większość podczas pierwszego, najkrwawszego roku walk. Jedną z przyczyn efektownego zwycięstwa Wołodymyra Zełenskiego w ukraińskich wyborach prezydenckich było jego zobowiązanie do zakończenia konfliktu.

 

Polski dobrobyt ukraińskimi rękami

„Polski model państwa dobrobytu” zaproponowany w expose pana premiera Mateusza Morawieckiego kierowany był jedynie do „normalnych” Polaków. I dlatego program, który w normalnym expose powinien obywateli łączyć, albo niwelować istniejące różnice, jedynie zaostrzył istniejące już podziały w polskim społeczeństwie.

Bo oferta premiera została skierowana jedynie do „normalnych” polskich rodzin, czyli tych preferujących narodowo – katolicki wzorzec. Kolejna szansa na wygaszenie wojny polsko-polskiej została zmarnowana.
Okazało się bowiem, że przyszły dobrobyt obiecywany przez premiera pana prezesa Kaczyńskiego, nie dotyczy wielu milionów obywateli państwa polskiego. Nie dotyczy wszystkich niekatolików.
Gdybyśmy dzisiaj przeprowadzili w naszym kraju uczciwy spis, albo rzetelny sondaż okazałoby się, że grupa osób nie identyfikujących się z religiami przekracza już dziesięć procent polskiego społeczeństwa.
Nieprawdziwy zatem jest też upowszechniany przez prawicowe media mit, że ponad 90 procent społeczeństwa polskiego to rzymscy katolicy. Zapewne mamy ponad 80 procent obywateli naszego kraju kiedyś ochrzczonych w tym obrządku. Ale to nie oznacza, że wszyscy oni przynależą się obecnie do polskiego kościoła katolickiego.
Dość rzetelne niedawne kościelne statystyki wskazują, że na msze święte regularnie uczęszcza jedynie czterdzieści procent deklarujących się jako „katolicy”. Jeszcze mniejsza grupa regularnie przystępuje do komunii świętej.
Symbolicznym było ślubowanie nowo wybranych parlamentarzystów. Prawie jedna czwarta nowego składu Sejmu RP nie skorzystała z możliwości dodania do roty ślubowania religijnej końcówki. I pewnie byłoby ich więcej, gdyby ateiści z klubu parlamentarnego PiS mieli więcej odwagi i nie ulegli panującemu tam „terrorowi poprawności politycznej”. Ale pan prezes Kaczyński zapowiedział walkę z „poprawnością polityczną”. Może następnym razem i oni się odważą?
Ile Ukrainy w Polsce?
„Polski model państwa dobrobytu” nie był też kierowany do innych niż „normalni Polacy” obywateli i mieszkańców naszego kraju. Nie dotyczył chrześcijan obrządku prawosławnego. Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Mołdawian, Rosjan.
Tych, którzy zamieszkują Polskę od wieków, od lat posiadają polskie obywatelstwa. Szacowanych na przynajmniej ponad pół miliona, a może i milion obywateli.
I tych cudzoziemców, którzy przybyli do nas w ciągu ostatnich kilku lat. Migrantów zarobkowych i studentów. Z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii. Ich może być już w naszym kraju prawie dwa miliony.
Oślepione narodowo – katolickim nacjonalizmem elity PiS nie chcą ich zauważyć. Samookłamują się, że mamy do czynienia jedynie z okresowym pobytem „pracowników – gości”. Ot, biedni ludzie z dzikiego Wschodu skorzystają sobie z danej im okazji, zarobią sobie, i wrócą tam gdzie ich miejsce.
Elity PiS nie chcą się pogodzić z prawdą i ekonomiczną rzeczywistością. Przecież bez pracy obecnych i kolejnych setek tysięcy ekonomicznych emigrantów z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i innych krajów nie ma szans na „Polski model państwa dobrobytu”.
Pan premier Morawiecki w swym eksposeł opowiadał bajki o setkach tysięcy Polaków pakujących już swe emigracyjne walizki. Aby z wiosną, z bocianami, po wrócić na Ojczyzny łono, zwabieni wizją „państwa dobrobytu”.
Ale takiej reemigracji nie będzie. Elity PiS zakłamują rzeczywistość i oszukują swych wyborców. Nie wspominają im o milionach Ukraińców i Białorusinów stale pracujących w Polsce. A tych, którym udało się dostać „Kartę Polaka”, teraz już coraz łatwiej wydawaną, mianują „odzyskanymi Polakami”.
Za to miliony Ukraińców codziennie budujących nasz „polski dobrobyt” są dla elit, mediów i biurokracji PiS niewidzialnymi.
Nie ma długofalowej polityki państwa polskiego wobec tej nowej emigracji. Bo elity PiS dalej udają, że problemu nie ma. Łudzą się, że ukraińscy emigrancki wtopią się w polskie społeczeństwo niczym wspólnota wietnamska. Nie będą zawracać państwu polskiemu głowy. Schowają się w niszach rynkowych i kulturalnych.
Elity PiS zapominają, że emigracja ukraińska jest nie tylko wielokrotnie większą od wietnamskiej. Zatrudniona jest już we wszystkich sektorach polskiej gospodarki. Zapominają, że ta emigracja ma po drugiej stronie granicy własne państwo. Nadal nie ustabilizowane, skonfliktowane.
Skutki braku polityki
W efekcie takiego sąsiedztwa do Polski przenosi się nie tylko ukraińska siła robocza, ale też spory i podziały polityczne stale obecne w ukraińskim społeczeństwie.
Niedawno został w Polsce aresztowany Ihor Mazur, weteran walk w Donbasie, aktywista nacjonalistycznych bojówek. Bo był poszukiwanym przez Interpol na wniosek Rosji. Po ukraińskich protestach wypuszczono go z aresztu i wykreślono z rejestru poszukiwanych. Ale problem rosnącego znaczenia faszyzujących, czy wręcz odwołujących się do nazizmu, ukraińskich ugrupowań pozostał. Czego w Polsce nie dostrzega się. Nie ma w Polsce instytucji, które by monitorowały takie zachowania wśród nowych emigrantów. Nie mówiąc już o edukowaniu ich w celu eliminowania złych wzorców. Zakazanych w Unii Europejskiej.
Żyjące w bańce „normalności nagrodo-katolickiej” elity i media PiS nie dostrzegają innych, chrześcijańskich religii. Albo traktują je z góry, protekcjonalnie.
I pewnie dlatego znowu nikt nie reaguje kiedy ukraińskie konflikty między prawosławnymi cerkwiami przenoszą się na teren Polski. Niedawno znany we wspólnocie prawosławnej monaster Świętych Cyryla i Metodego w Ujkowicach stał się miejscem walk między dotychczasowym patriarchatem moskiewskim a nowym kijowskim.
Cóż, można rzec, że takie spory i problemy nie są warte uwagi elit budujących „polski model państwa dobrobytu”, bo ci emigranci – Ukraińcy nie są przecież „normalnymi Polakami”.
Ale oni żyją w Polsce są, budują tutejszy „dobrobyt”. Wielu z nich zostanie u nas na stałe. I mają wszelkie prawa by państwo polskie otaczało ich swą opieką. Pomagało im w integracji ze społeczeństwem polskim. Zapewniało im dostęp do kultury narodowej i polskiej. Tworzyło warunki do wyznawania ich religii. Zapobiegało krzewieniu nienawiści narodowej, religijnej, politycznej.
Bez ich ciężkiej pracy i wysiłku program pogoni gospodarczej za Niemcami, tak pięknie wyartykułowany przez pana prezesa Kaczyńskiego, nie spełni nam się.

Gwóźdź do Trumpa

To nowe otwarcie w głośnej sprawie nacisków, jakie miał wywierać prezydent Trump na swojego ukraińskiego odpowiednika, by ten wszczął śledztwo dotyczące Bidenów.

Chodzi o zapis rozmowy, której wyciek wywołał w USA skandal i wszczęcie procedury impeachmentu Trumpa.
Pisze o tym „The Wall Street Journal” powołując się na informacje, które miał rezydentowi Białego Domu przekazać ambasador USA przy Unii Europejskiej Gordon Sondland. Według gazety ambasador twierdził, że prezydent Ukrainy Zelenski został „przekonany” co do konieczności wszczęcia wspomnianego śledztwa, a wniosek ten ma wynikać z maili, które są w posiadaniu dziennikarzy pisma.
Sondalnd we wspomnianych mailach pisze do ministrów energetyki i dyrektora administracji prezydenta Trumpa, że ukraiński prezydent jest gotów potwierdzić wszczęcie śledztwa i obiecuje, że będzie ono maksymalnie transparentne.
Jeżeli informacje gazety potwierdzą się, to ambasador Sondland stanie z pewnością przed deputowanymi do Izby Reprezentantów i będzie musiał odpowiedzieć na ich pytania, dotyczące nacisków Trumpa na Zelenskiego. Przypomnimy, że Trump w rozmowie telefonicznej miał grozić niedwuznacznie ukraińskiemu prezydentowi, że od tego czy zostanie wszczęte śledztwo przeciwko konkurentowi Trumpa na najbliższych wyborach prezydenckich i jego synowi, zależeć będzie dalsza pomoc wojskowa dla ukraińskiej armii.
Trump zaprzecza, by w jakikolwiek sposób naciskał na Zelenskiego. Maile Sondlanda mogą być jednak poważnym argumentem, który posłuży demokratom do uwiarygodnieni konieczności impeachmentu Donalda Trumpa.

Sługa jaśnie panów

Państwo kaczyńskie nie może uderzyć w silnego prezydenta Francji Macrona. No to karci słabszego, jego wschodnioeuropejskiego sojusznika.

Groby dalej rządzą polską polityką wschodnią. Zamrożone relacje z Rosją stale chłodzi ciągle podgrzewany przez elity PiS kult ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu. I brak oficjalnego zakończenia śledztwa, ze strony i polskiej i rosyjskiej, w sprawie tamtego wypadku lotniczego w Smoleńsku. W przyszłym roku dziesięciolecie smoleńskiej katastrofy wypadnie w czasie kulminacji polskich wyborów prezydenckich. Już dzisiaj możemy przewidzieć te cyniczne tańce polityczne, jakie znów zakręcą się na grobach ofiar.

Groby na Ukrainie na ponad dwa lata zamroziły państwowe relacje polsko-ukraińskie. Od kiedy władze ukraińskiego IPN, przy poparciu byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, zakazały polskiemu IPN przeprowadzania badań i ekshumacji miejsc pochówków polskich obywateli na terenie Ukrainy. Mogił ofiar drugiej wojny światowej. Zakaz ten okazał się wielce dotkliwy dla czułych na punkcie polityki historycznej elit PiS. Zwłaszcza dla polskiego IPN, który ekshumacje grobów podniósł do rangi racji stanu i który nadaje teraz ton państwowej polityce historycznej.
Nic dziwnego, że w odwecie za tamten zakaz zamrożono polskie prezydenckie i rządowe wizyty na Ukrainie. Schłodzono dwustronne relacje na wszystkich możliwych poziomach. A w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy strona polska nawet poparła Rosję wbrew ukraińskiemu stanowisku.

Nowe otwarcie?

Nowe otwarcie grobów, czyli cofnięcie zakazu ekshumacji obiecał nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Podczas swej pierwszej wizyty w Polsce, przy okazji międzynarodowych uroczystości ku czci rozpoczęcia II wojny światowej w Polsce. Prezydent Zełenski planował spotkać się w Warszawie przede wszystkim z prezydentem Donaldem Trumpem. Ale ten, jak pamiętamy, nie doleciał, bo wybrał walkę z huraganem na swoim polu golfowym. I wysłał do Warszawy swego substytuta Pence’a. Zapewne nie wiedząc o tym prezydent Zełenski przygotował program ocieplenia relacji z Polską dzięki ożywieniu współpracy cmentarnej. Obiecał nie tylko pozwolenie na pracę na Ukrainie dla ekshumatorów z IPN. Przystał także na dymisję szefa ukraińskiego IPN, prezesa Wołodymyra Wiatrowycza, o co zabiegała strona polska. Jeszcze trzy lata temu prezes Wiatrowycz był noszony na rękach i hołubiony przez elity PiS oraz kierownictwo polskiego IPN. Bo zburzył na Ukrainie wszystkie pozostałem tam jeszcze pomniki Włodzimierza Lenina. Potem okazało się, że ten „szczery antykomunista” jest także zagorzałym nacjonalistą oraz promotorem kultu Stefana Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii. A przecież sam pan prezes Jarosław Kaczyński uprzedził prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę, że „z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdziecie”. I dlatego czołowy ukraiński antykomunista stał się największym wrogiem elit PiS. W październiku nowy rząd ukraiński zwolnił Wiatrowycza z zajmowanego stanowiska. Następnie ukraiński minister spraw zagranicznych Wadym Prystajko w wywiadzie dla Radia Swoboda ogłosił, że pierwsze pozwolenia dla polskiego IPN na poszukiwanie grobów i ekshumacje zostały już wydane. Następne są w drodze.

Zimna reakcja

Pomimo odwołania Wiatrowycza i zapowiedzi pozwoleń na ekshumacje nie widać radości i entuzjazmu ze strony polskiej. Ani elit PiS, ani w związanych z nimi mediach. Przeciwnie wiceprezes IPN, szef Biura Poszukiwań Identyfikacji IPN, czyli wszystkich szef służb ekshumacyjnych, w prorządowym tygodniu „Sieci” cierpko i sceptycznie odniósł się do ukraińskich działań obietnic.
„Z satysfakcją przyjmujemy zmianę stanowiska strony ukraińskiej, ale ciągle rozmawiamy w Warszawie. Pozwolę sobie poczekać z radością do momentu, kiedy te prace rzeczywiście rozpoczniemy. Na razie mamy zapowiedź przełomu, ale jeszcze nie przełom”, tak oficjalnie skomentował ukraińskie deklaracje.

Skąd taka zimna reakcja na spełnione przecież ukraińskie obietnice i zapowiedzi spełnienia pozostałych?

Nie jest w Warszawie tajemnicą, że zarówno pan prezydent Duda, jak i pan premier Morawiecki radykalnie schłodzili swe sympatie i wolę współpracy z nowym ukraińskim prezydentem. Ale to nie on jest przede wszystkim temu winien. Tylko francuski prezydent Emmanuel Macron. Ten, który traktuje rząd i prezydenta pana prezesa Kaczyńskiego jak drugorzędnych partnerów. Ten, który w czasie swej, już prawie trzyletniej prezydentury, nie postawił swej stopy w Warszawie, stolicy Europy Środkowo- Wschodniej. Nie był w Polsce z oficjalną wizytą, choć Polska chce być regionalnym liderem Unii Europejskiej.Prezydent Macron prezentuje wszystko, co uważane jest za wrogie przez elity PiS. Uważany jest przez nie za promotora Unii Europejskiej podzielonej na kilka kręgów. W tym pierwszym, najbardziej elitarnym, nie ma miejsca dla Polski pozostającej poza strefą euro. Czyli rządzonej przez PiS. Macron zręcznie dogaduje się z Chinami, ponad państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Podobnie dogaduje się z Rosją. Też ponad elitami PiS, które marzą o kierowaniu europejską polityką wschodnią. I na dodatek jeszcze francuski prezydent został politycznym wielkim przyjacielem i promotorem w Unii Europejskiej nowego ukraińskiego prezydenta. To prezydent Macron miał namówić prezydenta Zełenskiego do planu wielkiej prywatyzacji na Ukrainie. I do powrotu do negocjacji w formacie mińskim, czyli Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec, w sprawie pokoju w zbuntowanym Donbasie i Ługańsku.

Negocjacje skończyły się porażką Zełeńskiego. Ku trudno skrywanej radości elit PiS. Niech ukraiński „sługa narodu” nie służy tak bezkrytycznie Paryżowi. Zamiast tradycyjnie, polskim promotorom, szeptano w Warszawie. Pierwszego października w czasie wizyty członków Rady Północnoatlantyckiej i sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, w Kijowie odbyła się komisja Ukraina- NATO. „Wszyscy sojusznicy byli zgodni co do tego, że Ukraina stanie się członkiem NATO”, zadeklarował na koniec Stoltenberg. Zapowiedział, że NATO pomoże Kijowowi przyśpieszyć reformy i zmodernizować społeczeństwo, żeby kraj mógł wstąpić do sojuszu.

Czy aby wszyscy sojusznicy? W Warszawie słyszy się szepty elit PiS, że atlantyckie i europejskie aspiracje prezydenta Zeleńskiego można skutecznie przyblokować. Niech wpierw zdecyduje się, komu chce się tam przysłużać.

Maria pyta, kim jestem Korespondencja z Ukrainy

We wtorek spadł pierwszy śnieg. Wprawdzie zaraz stopniał, ale powiało zimą. W środę Kijów trząsł się z zimna. Ale w czwartek wybuchła nagle wiosna. Jesienna huśtawka.

Huśtawka też w polityce. Niedawny entuzjazm przed wyborami prezydenckimi do nowej twarzy polityki ostygł. Na kijowskim Majdanie znowu gromadzą się tłumy. W sobotę, 6 października, pojawiło się około 30 tysięcy niezadowolonych (jak mówią niezadowoleni) albo ponad 10 tysięcy (jak twierdzi policja) z poczynań nowego prezydenta. Ale na wszelki wypadek na ulicach przyczaiły się czołgi. Okazały się niepotrzebne, choć władza pręży muskuły.
W następną sobotę przeszły
tłumy weteranów
„w marszu przeciw kapitulacji” z pochodniami oburzonych prezydencką zgodą na przyjęcie tzw. formuły Steinmeiera w sprawie Donbasu, który zamraża status quo. W ocenie wielu ludzi budzi to obawy znacznych i trwałych ustępstw wobec Rosji. Wcześniej maszerowali nacjonaliści.
Pojedynek na marsze poprzedziła niekonwencjonalna konferencja nowego prezydenta z dziennikarzami, która odbyła się w barze szybkiej obsługi. Prezydent, jak wiadomo, do niedawna aktor, i to wielce popularny, chce sobie jednać opinię. Ale strzelił chyba gafę, kiedy powiedział do dziennikarzy mniej więcej tyle: „Widzicie, na moim miejscu mógłby siedzieć jakiś głupek”. Jak się można było spodziewać, to ulotne zdanko stało się powodem niepoliczonych dowcipów.
Ludzie kultury z niepokojem słuchają oświadczeń nowej administracji Wołodymyra Zełenskiego. Z połączonego ministerstwa turystyki, sportu, informacji, kultury (i wszystkiego najlepszego, jak dodają złośliwi) płyną sygnały w stylu wczesnego Balcerowicza. Wszystko ma być sprywatyzowane: teatry, muzea, filharmonie. Koniec z dojeniem państwa przez zaradnych artystów, słychać „argumenty” oszczędnej władzy. Jak się teatr nie obroni, to powstanie w nim kasyno. To nie jest atmosfera sprzyjająca artystycznym poszukiwaniom we względnym poczuciu bezpieczeństwa.
Ale mimo zagrożeń obchodzący właśnie setną rocznicę istnienia Narodowy Akademicki Teatr Dramatyczny imienia Iwana Franki, nazywany
pierwszą sceną Ukrainy
pracuje bez wytchnienia, a jego aktorzy zasługują na miano godnych następców Bohdana Stupki. W repertuarze teatru sporo klasyki, są Szekspiry, nawet nasz Fredro („Damy i huzary”), jest Dostojewski. Oglądałem z rozmachem zrealizowanego „Idiotę” (inscenizacja Jurij Odinokij), świetnie i równo granego, o przemyślanej w szczegółach adaptacji z budową ramową, a nawet wspaniale wyreżyserowanymi oklaskami. Młoda, w dużej mierze, publiczność trzygodzinny spektakl skwitowała owacjami na stojąco, obdarowując aktorów kwiatami, a nie była to wcale premiera. Na tym spektaklu nie czuło się, że teatr pracuje pod presją finansowych ograniczeń, na scenie pojawia się ponad 30 artystów. Oklaski na stojąco nie są tutaj wyjątkiem, to w zasadzie obyczaj, tak się dziękuję aktorom na każdym spektaklu. Po przedstawieniu bileterka zapytała mnie, jak oceniam „Idiotę”. Pochwaliłem, zgodnie z prawdą. No, właśnie – uśmiechnęła się – aktorów mamy znakomitych.
Z miłości do aktorów
zrodził się Międzynarodowy Festiwal Monodramów Maria, po raz jedenasty zwołany przez jego inicjatorkę i dyrektorkę artystyczną, aktorkę Teatru Franka (jak się tutaj mawia), wybitną artystkę sceny jednoosobowej Larysę Kadyrową.
Jak istotna to postać dla teatru ukraińskiego, można dowiedzieć się więcej dzięki książce Ałły Pidłużnej „Szczęśliwa samotność aktorki” (Щаслива самотність актриси), która ukazała się w Polsce z inicjatywy Wiesława Gerasa (po polsku i ukraińsku) w serii poświęconej teatrowi jednego aktora „Czarna Książeczka z Hamletem” (2012).
Autorka książki pisała o artystce tak: „Kiedy w monodramie „Stara kobieta wysiaduje” głosem nieznoszącym sprzeciwu krzyczy: Cukrrru, cukrrru!, wydaje się, że to żądanie skierowane jest do wszystkich. Także do krytyków, tak, tak! Ukraińska aktorka Larysa Kadyrowa to postać charyzmatyczna i człowiek instytucja – profesor Narodowej Akademii Muzycznej, pomysłodawczyni, dyrektorka i w ogóle spiritus movens dwóch festiwali teatralnych (monodramów aktorek „Maria” i sztuk antycznych „Bosforskie agony”), prezydent ukraińskiej sekcji Międzynarodowego Instytutu Teatralnego, artystka, ale i teatralny Mag. Kto zetknął się z jej sztuką aktorską, poznał jej moc. Ona nie gra jakichś tam ról, tylko całą sobą odsłania przed nami osobowość swoich bohaterek. Za tymi aktami „całkowitego ofiarowania się” na scenie stoją nie tylko jej talenty i maestria warsztatowa, ale nade wszystko refleksja – pogłębiony program estetyczny i światopogląd, który w aktywności artystycznej każe jej podkreślić misję etyczną: poprzez sztukę doskonalić własne i cudze człowieczeństwo”.
Nie ma w tym krzty przesady. Podczas tegorocznego festiwalu Kadyrowa przypomniała swoje
dwa sławne monodramy:
„Stara kobieta wysiaduje” według Tadeusza Różewicza i „Nigdy za mną nie płaczcie” według Marii Matios, w których demonstruje swoje mistrzowskie porozumienie z widzem i tak jak pisze Pidłużna, w których buduje naszych oczach osobowość bohaterek. Oba te spektakle widziałem po raz trzeci, ale za każdym razem odkrywam w nich coś nowego.
Monodram według Różewicza zobaczyłem teraz w mateczniku Kadyrowej, w jej ukochanym Teatrze Franka. Na „wyjezdnem” Kadyrowa gra trochę inaczej, dostosowuje się do lepszych lub gorszych warunków scenicznych. W Polsce grała „Starą kobietę” w legendarnej sali Laboratorium Grotowskiego we Wrocławiu i już samo miejsce tworzyło magiczną aurę spektaklu. Występowała też w Toruniu w Teatrze Baj Pomorski zupełnie inaczej otwierając spektakl: sceną wędrówki z walizką na kółkach przez widownię teatralną i proscenium na deski sceniczne. We własnym teatrze w dwu fragmentach towarzyszy jej muzyka na żywo na klarnecie jak rzewny lament nad życiem. Zaczepia widzów, także tych znajomych. Zostałem wezwany po imieniu, aby Starą Kobietę rozbierać, ale zabrakło mi odwagi. Zbigniew Chrzanowski, reżyser spektaklu, komentował potem tak: „Gdyby nie Tomasz, Larysa w ogóle nie mogłaby grać”.
Ale żarty na bok. Wspominam o tym dlatego, aby wydobyć szczególny klimat porozumienia i komitywy, jaki powołuje do istnienia artystka. To swego rodzaju paradoks: ogromna swoboda aktorskiej improwizacji i jednocześnie formalna dyscyplina. Jeszcze wyraźniej widać to w monodramie „Nigdy za mną nie płaczcie”. Podczas spektaklu jego bohaterka, stara babina Justynka sposobi się do śmierci, stroi trumnę, stroi izbę, a kulminacyjnym momentem okazuje się uplecenie z szarf zdobiących izbę lalki motanki. To lalka-szmacianka, która zamiast twarzy ma skrzyżowane kolorowe wstęgi. Ta precyzyjnie obmyślana praca aktorki podczas spektaklu organizuje jego rytm i strukturę. Narzuca bezwzględną dyscyplinę i sprawia w rezultacie, że mamy do czynienia z arcydziełem teatru jednego aktora.
Poziomowi artystycznemu i duchowemu, jaki wyznacza swoją sztuką Kadyrowa
trudno sprostać
i tylko nielicznym uczestniczkom i uczestnikom udało się dotrzymać jej kroku. Myślę przede wszystkim o drugiej wyrazistej osobowości monodramu ukraińskiego Lidii Danylczuk, który w ze swym Teatrem w Koszyku ze Lwowa wciąż przemierza wzdłuż i wszerz całą Europę. W Polsce także gościła wielokrotnie i doczekała się książki o sobie Iryny Wołyćka-Zubko we wspomnianej już serii „Czarna Książeczka z Hamletem”. W Kijowie Danylczuk przypomniała swój „klasyczny” monodram „Białe motyle, plecione łańcuchy” wg listów i nowel Wasyla Stefanika, bardzo nastrojowy i czysty muzycznie.
Ale pojawiły się na tym festiwalu także zaskoczenia – Petro Mironow przedstawił spektakl oparty na poezji Wasyla Stusa „Biały ptak z czarnym znamieniem”. Stus jest uznawany za najwybitniejszego poetę ukraińskiego drugiej polowy XX wieku. Rzecznik wolności narodowej i swobodnego rozwoju literatury rodzimej – był za to prześladowany, więziony i wreszcie zesłany do łagru, gdzie zmarł w niejasnych okolicznościach. Mironow bardzo oszczędnie dobierając środki (jedynym rekwizytem jest tu tafla blachy, wykorzystywana jako schronienie, mównica, instrument muzyczny budzący grozę), powściągając emocje, ale sugestywnie interpretując słowa daje przejmującą opowieść o wierności i niezależności ducha.
Ten ton niezależności i
pytania o tożsamość
(narodową, kulturową, ludzką) dominował w pokazywanych w Kijowie spektaklach i koncertach. Porywającym koncertem-spotkaniem, obleganym przez publiczność był wieczór Tarasa Kompaniczenko, barda ukraińskiej rewolucji, sięgającego często po teksty starych pieśni i używającego tradycyjnych instrumentów ludowych. Kompaniczenko nie tylko śpiewa, ale opowiada o wykonywanych pieśniach i snuje refleksje o tym, jaka jest dziś i jaka być powinna Ukraina. Nie zawsze są to miłe refleksje, wiele w nich rozgoryczenia.
Spektakli było dwadzieścia, nie sposób wszystkie skwitować. Dodam więc tylko, że niektóre wyróżniały się ciekawymi poszukiwaniami formalnymi. Taki był monodram Ganny Jaremczuk „Lady Capuletti” wg tekstu Niny Mazur – w którym aktorka upozowana jak włoska biała rzeźba z okresu renesansu obywała się niemal bez ruchu, zachwycając dyscypliną kompozycji. Zwrócił na siebie uwagę nietypowym sposobem prezentacji pytań egzystencjalnych Mikoła Biczuk w monodramie „Czemu ludzie nie latają”. Głównym jego rekwizytem okazał się płaszcz używany jak skrzydła Ikara, a dekoracją drabina. To nie jedyny powód, który powodował, że jego wewnętrzne skupienie i zagubienie w świecie na miarę bohatera romantycznego przypominało aktorstwo kochanego kiedyś przez polskich widzów aktora Teatru Narodowego, Andrzeja Nardellego.
W roku stulecia Teatru Franka pokazane zostały nie tylko monodramy (przede wszystkim rodzime), ale także kilka produkcji Jubilata. Ponieważ na potrzeby festiwalu oddana została Scena Kameralna teatru, to właśnie kameralne spektakle uzupełniły program monodramatyczny. Można było się przekonać, jak utalentowaną młodzieżą aktorską dysponuje teatr (spektakl „Morituri te salutant”), a także jak harmonijnie uzupełniają się młodzi i doświadczeni artyści (poruszający spektakl „Ziemia).
Swoją nazwę Festiwal Maria zawdzięcza Marii Zańkoweckiej (1854-1934), aktorce zaliczanej do ścisłego grona twórców profesjonalnego ukraińskiego teatru narodowego. W Kijowie zachował się dom, w którym mieszkała przez ostatnie dziesięciolecia swego pracowitego życia. Mieści się tu muzeum jej imienia. Przed laty ktoś próbował ten dom spalić – na miejsce pod zabudowę już czyhali deweloperzy, ale spontaniczna zbiórka pieniędzy sprawiła, że dom odbudowano i pozostał miejscem pielgrzymek miłośników teatru. Festiwal Maria jest jej drugim domem – żywym i pełnym pytań.

Szansa na pokój

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował o podpisaniu „formuły Steinmeiera”, która określa mechanizm realizacji ustawy o specjalnym statusie samorządu lokalnego w niektórych regionach obwodu donieckiego i ługańskiego.

„Formuła Steinmeiera” (niemiecki prezydent, były przewodniczący OBWE, były minister spraw zagranicznych Niemiec Frank-Walter Steinmeier) określa mechanizm realizacji ustawy o specjalnym statusie samorządu lokalnego w niektórych regionach obwodu donieckiego i ługańskiego tymczasowo w dniu wyborów i na stałe – po opublikowaniu raportu OBWE dotyczącego wyników wyborów.
Jak poinformowano, tekst „formuły Steinmeiera” został podpisany w formie, którą uzgodniła grupa kontaktowa. Podpisy złożyli wszyscy uczestnicy: Ukraina, republiki, Federacja Rosyjska i OBWE.
Unia Europejska uważa rezultaty posiedzenia grupy kontaktowej w Mińsku, zajmującej się m.in. omówieniem „formuły Steinmeiera” ws. Donbasu za krok, który może stworzyć warunki do wypełnienia porozumień mińskich – oświadczyła przedstawicielka Europejska Służba Działań Zewnętrznych Maja Kocijančič.
„Rezultaty toczących się wczoraj w Mińsku debat trójstronnej grupy kontaktowej, w tym ws. tak zwanej formuły Steinmeiera są krokiem, który jak mamy nadzieję, może przyczynić się do dalszych wysiłków odnośnie całościowego wypełnienia porozumień mińskich przez wszystkie strony” – powiedziała Maja Kocijančič‏. Jak podkreśliła, „jest to kluczem do osiągnięcia stabilnego, pokojowego uregulowania konfliktu na wschodzie Ukrainy”.
„Unia Europejska konsekwentnie wspiera prace czwórki normandzkiej, Trójstronnej Grupy Kontaktowej i OBWE w ich wysiłkach odnośnie stworzenia warunków do wypełnienia porozumień mińskich” – oświadczyła, dodając, że UE „w dalszym ciągu jednoznacznie wspiera niepodległość, suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy w jej granicach, uznanych na arenie międynarodowej”.
To, że Kijów zaakceptował formułę Steinmeiera jest pozytywnym faktem i ważnym krokiem na drodze osiągniętych wcześniej porozumień, chciałoby się mieć nadzieję, że proces będzie się później nadal rozwijać w kierunku realizacji porozumień mińskich – powiedział rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow.
„Samo potwierdzenie „formuły Steinmeiera”, która a propos została przyjęta przez wszystkich uczestników czwórki normandzkiej, w tym Ukrainę, już de facto kilka lat temu, jest pozytywnym faktem i bez wątpienia ważnym krokiem na drodze realizacji tych porozumień, które zostały wcześniej osiągnięte” – zaznaczył Pieskow, komentując ostatnie doniesienia.
„Teraz pozostaje tylko mieć nadzieję, że również w przyszłości pójdziemy drogą realizacji porozumień mińskich, ponieważ jest to jedyny możliwy sposób uregulowania ukraińskiego konfliktu na południowym wschodzie kraju” – dodał.
Przewodniczący Komisji Polityki Zagranicznej i Współpracy Międzyparlamentarnej Bohdan Jaremenko powiedział, że w czasie posiedzenia trójstronnej grupy kontaktowej w Mińsku strona ukraińska zatwierdziła tekst „formuły Steinmeiera”, ale jej nie podpisała.
Wcześniej przedstawiciel Rosji w grupie kontaktowej ds. Ukrainy Borys Gryzłow powiedział, że wszyscy uczestnicy uzgodnili „formułę Steinmeiera”, która ma znaleźć się w ukraińskim ustawodawstwie. Przedstawiciel przewodniczącego OBWE Martin Sajdik, komentując wyniki posiedzenia w Mińsku zaznaczył, że członkowie grupy kontaktowej i przedstawiciele proklamowanych w trybie jednostronnym Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych napisali listy, w których „potwierdzili tekst formuły Steinmeiera”.
Zostały one podpisane prze OBWE, stronę rosyjską, przedstawicieli nieuznawanych republik i Łeonida Kuczmę, reprezentującego Ukrainę i są datowane na 1 października. „Strona ukraińska przyjmuje tekst tej formuły” – napisano obok podpisu byłego prezydenta Ukrainy.

Raj przedsiębiorców

Skrajnie probiznesowy rząd Ukrainy nie zwleka z wdrażaniem „reform”, które pomogą przedsiębiorcom, a dodatkowo osłabią i tak fatalną pozycję ukraińskich pracowników. Projekt ustawy wniesiony przez jednego z deputowanych rządzącej partii Sługa Ludu chce radykalnie złagodzić kary za zatrudnianie na czarno.

Projekt nowelizacji Kodeksu Pracy wniósł w Radzie Najwyższej Danyło Hetmancew, deputowany Sługi Ludu, który, przypomnijmy, dysponuje większością w parlamencie i może bez problemu przeforsować praktycznie każdą zmianę. Ta ma być jedną z pierwszych w całym pakiecie reform, które ułatwią życie biznesowi. To, że przy okazji pogorszą pozycję pracowników, neoliberalnych polityków z rządu Honczaruka niespecjalnie interesuje. Wywodzący się z probiznesowego think tanku BRDO premier przekonuje, że bez uelastyczniania Kodeksu Pracy Kijów nigdy nie będzie miał szans na wejście do Unii Europejskiej.
Na czym ma polegać nowelizacja? Projekt Sługi Ludu zakłada, że jeśli przedsiębiorca zostanie pierwszy raz przyłapany na łamaniu prawa pracy, w szczególności na zatrudnianiu na czarno, ukraińska inspekcja pracy… przyśle mu list z upomnieniem. Kara grzywny będzie mogła zostać wymierzona dopiero wtedy, gdy naddnieprzański Janusz biznesu po raz drugi w ciągu jednego roku kalendarzowego złamie przepisy. Grzywny również odpowiednio spadną, by nie zniechęcać „drobnych przedsiębiorców”. Przykładowo do tej pory za niewpuszczenie inspektora i nieudostępnienie dokumentacji pracowników groziła maksymalna grzywna w wysokości 120 tys. hrywien (ok. 17 tys. złotych), stukrotność płacy minimalnej – po zmianach i w warunkach recydywy ma być to zaledwie ośmiokrotność. Za zatrudnianie na czarno maksymalna kara wynosiła trzydziestokrotność płacy minimalnej. Nowelizacja przewiduje czterokrotność i dopiero po drugim złamaniu prawa.
Aktywiści lewicowej, propracowniczej grupy Socijalny Ruch nie mają wątpliwości, że skutki zmian dla ukraińskich pracowników będą opłakane i tylko zachęcą Ukraińców i Ukrainki do migracji zarobkowej, gdzie wprawdzie również są narażeni na bezwzględny wyzysk i złe warunki, ale przynajmniej pieniądze będą lepsze.
– Tak liberalnego systemu nie ma nigdzie – komentują działacze na stronie organizacji. – Wprost zachęca on do nielegalnego zatrudniania. Państwo i tak już wspiera przedsiębiorców, nieustannie tłumacząc im, jakie są przepisy. A teraz pracodawca będzie wiedział, że przynajmniej raz w roku będzie mógł zmusić pewną liczbę pracowników do pracy na czarno. Zmniejszą się zasoby funduszy socjalnych, zwiększy – ryzyko wypadku przy pracy. Praca na czarno to zbyt poważne przestępstwo, by „wybaczać” pierwszy wypadek takiego działania.
Organizacje przedsiębiorców są jednak zachwycone pomysłem rządu Honczaruka, z którym zresztą wiążą ogromne nadzieje. Nie bez przyczyny ekipę Sługi Ludu porównuje się do Chicago Boys, ekipy, która wdrażała neoliberalne reformy w Chile za dyktatury Pinocheta, z amerykańskiego błogosławieństwa.