Koniec pewnej przyjaźni

Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawę o zakończeniu działania Porozumienia o Przyjaźni miedzy Ukrainą i Rosją, podpisanego w maju 1997 roku.

 

Porozumienie, zgodnie z przyjętą ustawą (niepodpisana jeszcze przez prezydenta Poroszenkę, który jest autorem projektu, wniesionego pod obrady parlamentu 3 grudnia br.) przestanie obowiązywać 1 kwietnia 2019 roku. „Za” głosowało 227 deputowanych (Rada liczy 450 posłów), „przeciw” wystąpili deputowani Bloku Opozycyjnego.

Do dalszego pogorszenia relacji miedzy oboma skonfliktowanymi krajami doszło po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej, kiedy Rosja przejęła trzy okręty Marynarki Wojennej Ukrainy, które, zdaniem strony rosyjskiej, naruszyły jej wody terytorialne. Według Kijowa okręty znajdowały się na wodach międzynarodowych.

Zakończenie obowiązywania Porozumienia oznacza, że Ukraina nie będzie zobowiązana do m.in. dostosowywania obowiązującego prawa do wymogów dokumentu, zgodnie z art. 70 Konwencji Wiedeńskiej o prawie międzynarodowych porozumień. Oznacza to też, jak wskazują eksperci, początek procesu usuwania z porządku prawnego Ukrainy wszelkich innych bilateralnych porozumień miedzy tymi dwoma sąsiadującymi krajami. Jak zapowiedział minister spraw zagranicznych Ukrainy, Pawło Klimkin, rząd ukraiński rzeczywiście ma zamiar wypowiedzieć około 40 podobnych dokumentów o wzajemnej, ukraińsko-rosyjskiej współpracy.

„Według stanu na dzisiaj, brak jest cech wskazujących na dążenie Rosyjskiej Federacji, by usunąć naruszenia prawa i naprawić szkody uczynione ich nieprawnymi działaniami” – czytamy w uzasadnieniu Rady Najwyższej przyjętej ustawy.

– To populistyczne kroki – powiedział Kazbek Taisajew, członek komitetu rosyjskiej Dumy Państwowej do spraw krajów b. ZSRR – Wszystko związane jest z wyborami [prezydenckimi na Ukrainie – przyp. Red.] Rosja z Ukrainą nigdy nie walczyła i walczyć nie będzie.

W Rosji przebywa obecnie około 3 milionów obywateli Ukrainy, którzy tutaj pracują, a wysyłane przez nich do kraju pieniądze stanowią znaczącą część ukraińskiego budżetu. Utrudnienie wzajemnego przepływu siły roboczej, pieniędzy i kontaktów międzyludzkich będzie ogromnym utrudnieniem przede wszystkim dla strony ukraińskiej.

W Sahryniu nikt nikogo nie znieważył

Postępowanie przeciwko Grzegorzowi Kuprianowiczowi, prezesowi Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie, zostało umorzone. Zawiadomienie o możliwości znieważenia narodu polskiego złożył wojewoda lubelski Przemysław Czarnek. Chodziło o przypomnienie zbrodni polskich partyzantów na cywilach ukraińskich w Sahryniu.

 

Śledztwo prowadzone było w kierunku art. 133 kodeksu karnego, który mówi o publicznym znieważeniu narodu lub państwa polskiego. Według Przemysława Czarnka pod ten paragraf podlegały słowa wypowiedziane przez prezesa Towarzystwa Ukraińskiego podczas uroczystości z udziałem Petra Poroszenki. Kuprianowicz przypomniał, że 10 marca 1944 r. żołnierze Armii Krajowej zamordowali mieszkańców wsi, gdyż ci mówili innym językiem i przynależeli do innego wyznania religijnego: „To zbrodnia przeciwko ludzkości popełniona (…) przez członków Narodu Polskiego, partyzantów Armii Krajowej będących żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego” – powiedział. Wojewoda uznał, że tym samym znieważył państwo polskie. Argumentował, że obraźliwy dla Polaków jest cały kontekst wypowiedzi, czyli fakt, że przemówienie, w którym przypomniano polskie zbrodnie, miało miejsce podczas uroczystości upamiętniających rocznicę rzezi wołyńskiej.
– Oczywiście nie mamy tu bezpośredniego zaprzeczenia zbrodniom, ale w mojej ocenie taka wypowiedź powinna być przedmiotem badania prokuratury. Dlatego kieruję zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa – kategorycznie oświadczył Przemysław Czarnek. Przy tym oskarżył Kuprianowicza, że swoją wypowiedzią zrównał ludobójstwo Polaków przeprowadzone przez OUN i UPA z jedną akcją polskiego podziemia, chociaż ukraiński działacz nie sugerował w żadnym momencie, że na Wołyniu mordów na Polakach nie było
Ale prokuratura w Zamościu, która długo wahała się, czy postępowanie w ogóle wszcząć, ostatecznie nie zgodziła się z taką interpretacją.
Sprawę przekazała do Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Instytucie Pamięci Narodowej w Lublinie, aby zbadała wątek ewentualnego zaprzeczania zbrodniom dokonanym na Polakach. Ale Komisja odmówiła wszczęcia śledztwa z art. 55 ustawy o IPN. Drugi wątek – czyli publiczne znieważenie narodu polskiego, również umorzono. „W oparciu o zgromadzony w sprawie materiał dowodowy stwierdzono, że brak jest podstaw do przyjęcia, iż wygłoszone publicznie słowa mogły znieważyć Naród lub Rzeczpospolitą Polską, a co za tym idzie wyczerpać dyspozycję art. 133 kodeksu karnego” – stwierdził cytowany przez „Wyborczą” Rafał Kawalec, p.o. prokuratora okręgowego w Zamościu.
Jak donosi strajk.eu, fakty dotyczące mordu ludności cywilnej w Sahryniu przez Polaków były już badane i potwierdzane prze sam IPN: w 2015 historyk Mariusz Zajączkowski opisał je w obszernej monografii. Dowiemy się z niej, że polskie podziemie, przerażone skalą zbrodni UPA na Wołyniu, postanowiło, niszcząc kilka wsi w powiecie hrubieszowskim, nie tylko uprzedzić spodziewany atak UPA, ale i dać prawosławnym Ukraińcom z Chełmszczyzny odstraszający przykład.
Postanowienie o umorzeniu nie jest jednak jeszcze prawomocne. Mimo to już można uznać je za precedensowe, ponieważ okazuje się, że polska polityka historyczna nie może polegać na kneblowaniu i straszeniu organami ścigaania za przypominanie mało chwalebnych kart z naszych dziejów.

Prowokacja kerczeńska

Upłynął tydzień od wydarzeń jakie miały miejsce na Morzu Czarnym u wejścia do Cieśniny Kerczeńskiej. Poznaliśmy wiele nowych faktów, dowodów i towarzyszących im okoliczności, co pozwala spojrzeć na wydarzenia z 25 listopada chłodnym okiem i przeanalizować wydarzenia w sposób wolny od histerycznej antyrosyjskiej propagandy, jaką rozpętały aktualne władze Ukrainy. Owe pojedyncze bezsporne fakty, są niczym litery. Litery te układają się w słowa, słowa te zaś tworzą odpowiedź na pytanie: co tam się wydarzyło? Brzmi ona – cyniczna zaplanowana, ukraińska prowokacja.

 

O 4:40 w dniu 24 listopada 2018 roku (sobota), w wyłącznej strefie ekonomicznej Federacji Rosyjskiej, w odległości 28-30 mil na południowy wschód od Przylądka Meganom na Krymie, radiolokacyjne i lotnicze środki rozpoznawcze Federalnej Służby Bezpieczeństwa Republiki Krymu wykryły i zidentyfikowały okręty ukraińskiej marynarki wojennej. Zwiad lotniczy potwierdził, że zespół okrętów ukraińskich składa się z dwóch jednostek. Były to: stary, wybudowany jeszcze w 1965 poradziecki transportowiec o ładowności 2100 ton, służący marynarce Ukrainy jako statek wsparcia „Gorłówka” (pokładowy numer U – 753) i niewiele młodszy zbudowany w 1974 holownik redowy „Jany Kapu” (numer burtowy) A-947, które podążały na północny wschód w kierunku Cieśniny Kerczeńskiej.

O 21:30 po zbliżeniu się owej grupy okrętów ukraińskiej marynarki wojennej do granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, patrolowy kuter rosyjskiej Straży Granicznej FSB „Sobol” poinformował Ukraińców o procedurze przekraczania granicy państwowej Federacji Rosyjskiej i zasadach nawigacji na kanale Kercz-Jenikalski. „Sobol” to wybudowany w 2006 szybki, bo rozwijający prędkość do 50 węzłów, niewielki kuter o wyporności 57 ton z 6 osobową załogą. Procedura o jakiej poinformowali Rosjanie Ukraińców, była tożsama z tą jaką wypełnił 23 września br zespół okrętów marynarki wojennej Ukrainy, który przepłynął Cieśninę Kerczeńską płynąc pod słynnym rosyjskim Mostem Kerczeńskim. Wówczas ukraiński okręt poszukiwawczo-ratunkowy „Donbass” przeszedł tę trasę płynąc do Berdiańska, wzmacniając tym samym infrastrukturę floty ukraińskiej na Morzu Azowskim, a towarzyszył mu holownik „Koriec”. Do najmniejszego incydentu nie doszło.
Zgodnie z ową procedurą należy złożyć wniosek do administracji morskiej portu w Kerczu 48 godzin przed wejściem cieśniny. Do 24 godzin czeka się na rozpatrzenie wniosku, potwierdzenie zgody na rejs torem wodnym przez Ciesninę Kerczeńską następuje do 4 godzin od otrzymania zgody. Taka procedura, trudnym do nawigacji torem wodnym prowadzącym z Morza Czarnego na Morze Azowskie ustalona była pomiędzy Rosją a Ukrainą do roku 2014 , czyli do czasu przyłączenia Krymu przez Rosję.

 

Okręty ukraińskiej marynarki wojennej nie złożyły tym razem wymaganych wniosków.

Ponadto, rosyjscy pogranicznicy otrzymali odpowiedź od dowódców okrętów ukraińskich, że nie planują przekroczenia granicy państwowej Federacji Rosyjskiej i przejścia przez Cieśninę Kerczeńską.

O 22:23 kuter patrolowy FSB PSK-302 „Sobol” poinformował grupę okrętów ukraińskiej marynarki wojennej o zamknięciu obszaru na morzu terytorialnym Federacji Rosyjskiej w części podejścia do Cieśniny Kerczeńskiej od Morza Czarnego. Grupa ukraińskich okrętów manewrowała na południowy zachód od wód Rosji w odległości 6-7 mil od granicy państwowej, na trawersie Cieśniny Kerczeńskiej.

O 02:05 w niedziele 25 listopada br , patrolowy okręt straży granicznej FSB „Izumrud” zajmujący pozycję na wodach rosyjskich o współrzędnych W = 44°50’, D = 36°29’ wykrył radarem opancerzone kutry artyleryjskie Ukrainy – „Nikopol” i „Berdiańsk”, kierujące się na wschód w kierunku Cieśniny Kerczeńskiej. „Izumrud” to rosyjski okręt patrolowy wybudowany w 2012 roku o wyporności 630 ton, posiadający 24 osobową załogę i rozwijający prędkość do 30 węzłów. Okręt ma na wyposażeniu lekki śmigłowiec Ka-226 i uzbrojony jest w dwa wielkokalibrowe karabiny maszynowe „Kord” kalibru 12,7 mm i sześciolufowe działko przeciwlotnicze o kalibrze 30 mm AK-630.

O 3:45 rano opancerzone kutry artyleryjskie „Nikopol” i „Berdiańsk” zbliżyły się do obszaru, na którym znajdowały się okręty ukraińskiej marynarki wojennej: czyli statek zaopatrzeniowy „Gorłowka” i holownik morski „Jany Kapu”. Do godziny 05.30 prowadzono tankowanie obu kutrów ze statku pomocniczego „Gorłowka”. Warto tu przybliżyć co to były za okręty. Z uwagi na fakt, że ukraińska marynarka jest w fatalnym stanie, a na skutek aneksji przez Rosję Krymu w 2014 roku straciła wiele okrętów, postanowiono szybko wybudować małe jednostki. Stocznie ukraińskie oddały marynarce wojennej w ostatnich dwóch latach opancerzone kutry artyleryjskie typu „Groza”. Jednostka rozwija prędkość do 23 węzłów, ma wyporność 54 ton, załoga składa się z 5 marynarzy, a uzbrojenie z dwóch działek 30 mm „Katran-M”. Oba kutry artyleryjskie należały to typu „Groza”, były zatem okrętami bardzo nowymi, dodatkowo obsadzonymi przez młode załogi – żaden z marynarzy nie miał powyżej 30 lat.

Dowódcy słynęli z fanatycznych antyrosyjskich wypowiedzi publikowanych w mediach społecznościowych, jeden z nich był tam wręcz swego rodzaju „gwiazdą”. Wielokrotnie obiecywał stosowanie nowej taktyki „wilczej watahy” i zatopienie okrętów rosyjskich.

Po zatrzymaniu ukraińskich okrętów, wyszło na jaw , że na ich pokładzie byli nie tylko marynarze. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przyznała, że ​​wśród członków załogi byli oficerowie SBU. Co oni tam robili i co mogli powiedzieć rosyjskim służbom specjalnym, nie wiadomo. Szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Wasilij Gritsak również potwierdził, że funkcjonariusze służby kontrwywiadu wojskowego SBU znajdowali się na okrętach: „Funkcjonariusze ukraińskich służb specjalnych wykonali oficjalne zadania wsparcia kontrwywiadowczego jednostki ukraińskiej marynarki wojennej”.

Rosyjskie media opublikowały wideo z przesłuchania przez śledczych FSB pracownika Głównego Zarządu Kontrwywiadu Wojskowego, departament kontrwywiadu SBU, starszego porucznika Andrieja Dracha, który był na pokładzie kutra artyleryjskiego „Nikopol”. W sumie w ukraińskim konwoju, jaki się dostał do rosyjskiej niewoli było dwóch funkcjonariuszy SBU: 27-letni Andrej Drach i 27-letni Wasilij Soroka – jeden z trzech lekko rannych na kutrze artyleryjskim „Berdiańsk”

Mniej lub bardziej wytłumaczalna jest rola w konwoju kapitana III rangi Władimira Lesowowa, dowódcy 8-go dywizjonu sił ochrony i wsparcia strefy „Południe” z siedzibą w bazie morskiej Nikołajew. To ten oficer ukraiński najprawdopodobniej był dowódcą operacji i dlatego był na holowniku „Jany Kapu”, przewyższając stopień dowódcy holownika, dowódcy pierwszego stopnia Olega Melniczuka. Kutrem artyleryjskim „Berdiańsk” dowodził kapitan 2 rangi Denis Gritsenko, urodzony w 1984 roku i był on najstarszym rangą i wiekiem oficerem w całym konwoju. Na kutrze artyleryjskim „Nikopol” dowodzonym przez porucznika Bogdana Nebelica, oprócz oficera bezpieki Andrieja Dracha z jakiegoś powodu obecny był jeszcze jeden oficer – porucznik Siergiej Popow, którego rola jest nieznana. Tak czy inaczej okręty obsadzone były przez bardzo młodych marynarzy i oficerów pilnowanych przez oficerów bezpieki, co po doświadczeniach na Krymie gdy kadra oficerska i marynarze masowo przechodzili na stronę rosyjską, miało być gwarantem wykonania antyrosyjskiej prowokacji.

 

Wróćmy jednak do sytuacji na morzu.

O 05:35 kuter artyleryjski „Berdiańsk” (sygnał wywoławczy „Szchuna-175”) zgłosił się do punktu obserwacji technicznej (latarnia Takil) informując o planowanym przejściu okrętów ukraińskiej marynarki wojennej (holownik „Jany Kapu” (znak wywoławczy „Desna-947”), kuter artyleryjski „Nikopol” (znak wywoławczy „Szchuna-176”), kuter artyleryjski „Berdiańsk” (sygnał wywoławczy „Szchuna-175”)) do portu w Berdiańsku. Przejście przez Cieśnę Kerczeńską o godzinie 06:00 czasu kijowskiego.

O 05:45 dowódca rosyjskiego PSK-302 „Sobol” poinformował dowódcę kutra artyleryjskiego „Berdiańsk”: „W celu realizacji prawa Federacji Rosyjskiej, jako państwa nadbrzeżnego, do zapewnienia bezpieczeństwa w przestrzeni morskiej zgodnie z przepisami z 31 lipca 1998 r. tymczasowe przejście przez Terytorium Morskie Federacji Rosyjskiej na danym obszarze (współrzędne) zostaje czasowo zawieszone, o czym wcześniej Państwa powiadomiliśmy. Zalecamy, aby nie przekraczać granicy morskiej Federacji Rosyjskiej , dopóki ograniczenia nie zostaną zniesione i nie zostaną spełnione obowiązkowe wymogi prawne w porcie Kercz”.

O godz. 5:50 otrzymano informację od dowódcy „Berdiańska”: „Zgodnie z postanowieniami Traktatu między Federacją Rosyjską a Ukrainą O współpracy w korzystaniu z Morza Azowskiego i Cieśninie Kerczeńskiej z 24 grudnia 2003 r. Mamy prawo do wolności żeglugi”.

O 06:30 dowódca PSK-302 „Sobol” poinformował dowódcę kutra „Berdiańsk”, że w kanale Kercz-Jenikalia obowiązuje procedura permisywna w celu zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi i została przeprowadzona zgodnie z zatwierdzonym planem przez kapitanat portu Kercz. Zreferował zasady prawne przejścia opisane wyżej. Te wymagania nie były spełnione przez stronę ukraińską, stąd Rosjanin powiadomił, że po kanale-torze wodnym Kercz-Jenikański zabronione jest pływanie okrętom ukraińskiej marynarki wojennej . Powołano się na pkt 20, 38 uchwały portu Kercz zatwierdzonej przez Ministerstwo Transportu Rosji z dnia 21 października 2015 r. nr 313. Czyli na przepisy przyjęte po aneksji Krymu. Jednak grupa okrętów ukraińskich zignorowała tę informację i kontynuowała podążanie w kierunku morza terytorialnego Federacji Rosyjskiej.

O 07:10 we współrzędnych W = 44°52’, D = 36°31’ ukraińskie okręty przekroczyły linię granicę państwową Rosji, a następnie płynęły przez Cieśniny Kerczeńskie. Według Rosjan stanowiło to naruszenie ust. 3, art. 25 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 r klauzula 2 oraz artykułu 12 ustawy federalnej z 31 lipca 1998 r. O wodach śródlądowych, morzu terytorialnym i przylegającej strefie Federacji Rosyjskiej.

O 07:20 Okręty Rosyjskiej Służby Granicznej FSB „Don” i „Izumrud” otrzymały rozkaz od dowództwa podjęcia środków w celu zapobieżenia przejściu kanału okrętom ukraińskim na trasie Kercz-Jenikalski.

Rosyjskie jednostki to okręty projektu 22460 „Myśliwy”, wyporność 630 ton, prędkość 30 węzłów uzbrojone w jedno działko przeciwlotnicze sześciolufowe 30 mm AK-630. Rosyjskie dowództwo poprosiło też o wsparcie Flotę Czarnomorską, która skierowała tu mały okręt zwalczania okrętów podwodnych „Suzdalec” o wyporności 1200 ton, z załogą 89 marynarzy uzbrojony między innymi tak w działko 30 mm AK-630 , jak również w działo morskie 76 mm AK-176 , rozwijający prędkość 32 węzłów.

 

Co istotne, Ukraińcy wpłynęli na 12 mil na wody rosyjskie, będące rosyjskimi przed rokiem 2014, czyli przyłączeniem Krymu.

Rosjanie nadali do okrętów ukraińskich komunikat drogą radiową. Zażądali, aby natychmiast opuściły wody terytorialne Federacji Rosyjskiej (zgodnie z art. 30 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 roku). Żądanie to przez okręty ukraińskiej marynarki wojennej zostało zignorowane.

O godzinie 08:35 okręty ukraińskie zostały postawione w stan gotowości bojowej: zaczęły pracować stanowiska artyleryjskie, lufy artylerii w wieżach działowych podniesiono pod kątem 45 stopni i skierowano w stronę okrętów i kutrów rosyjskich co stanowi naruszenie Art. 19 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 r. Strona rosyjska poinformowała okręty ukraińskie, że w dowództwie okrętów Federacji Rosyjskiej groźba użycia broni zostanie uznana za naruszenie prawa międzynarodowego i prawa Federacji Rosyjskiej.

Od 10:35 rozpoczęły się próby blokowania ukraińskich okrętów. Rosyjski okręt pograniczny FSB „Don” staranował dwukrotnie ukraiński holownik „Jany Kapu” uszkadzając mu silniki. W tym czasie pod głównym łukiem Mostu Kerczeńskiego Rosjanie w poprzek ustawili tankowiec blokując ruch w obie strony. Z przechwyconych i udostępnionych transmisji radiowych dowódcy ukraińscy ok. 10:40 meldowali do bazy w Oczakowie sytuację proponując porzucenie uszkodzonego holownika i przedarcie się kutrów artyleryjskich z maksymalna prędkością z wód rosyjskich. Po podejściu rosyjskich okrętów pogranicza „Sobol” i „Mangusta” oraz okrętu Floty Czarnomorskiej „Suzdalec” obie strony prowadziły manewrowanie, które zakończyło się całkowitym zablokowaniem okrętów ukraińskich. Załogi ukraińskich okrętów zaległy w dryfie, Rosjanie również dryfowali wokół. W rejonie Mostu Kerczeńskiego Rosjanie skierowali latający na niskich wysokościach patrol dwóch śmigłowców szturmowych Ka-52, dwóch samolotów szturmowych Su-25SM, a w przestrzeń powietrzną powyżej parę myśliwców przewagi powietrznej Su-30 należących do lotnictwa Floty Czarnomorskiej . W tym czasie Rosjanie szybkimi kutrami dostarczyli na pokłady okrętów FSB żołnierzy Specnazu – specjalnej jednostki komandosów morskich. Według strony ukraińskiej miało dojść do odpalenia dwóch rakiet ze śmigłowców Ka-52 w kierunku okrętów ukraińskich, ale brak potwierdzenia tej informacji.

O 18:30 grupa okrętów ukraińskich w celach przerwania blokady i obawy przed atakiem rosyjskich sił specjalnych ruszyła z dryfu i rozpoczęła kurs 200 stopni, w celu szybkiego wyjścia z wód terytorialnych Rosji. Prędkość kutrów artyleryjskich bliska była maksymalnej tj. ok. 20 węzłów, uszkodzony holownik „Jany Kapu” rozwijał 8 węzłów. Rosyjskie okręty straży granicznej FSB „Don” i „Izumrud” rozpoczęły pościg i żądały ich zatrzymania się zgodnie art., 30 Konwencji ONZ o prawie morza z 1982 r.

W czasie od 19.00 do 20.40 okręty rosyjskie „Don” i „Izumrud” kontynuowały ściganie grupy okrętów ukraińskiej marynarki wojennej. Rosjanie komunikując się radiowo na kanale 16 pasma VHF, wysyłając sygnały świetlne i pirotechniczne wzywały Ukraińców do zatrzymania się. Grupa ukraińskich okrętów nie reagowała na rosyjskie komunikaty. Stanowiło to naruszenie rosyjskich przepisów o „O wodach śródlądowych, morzu terytorialnym i przyległej strefie Federacji Rosyjskiej” z dnia 1 kwietnia 1993 r. i o „Granicy państwowej Federacji Rosyjskiej”. Pogranicznicy FSB tym samym mieli pełną podstawę prawną do użycia środków przymusu w celu zatrzymania intruzów. Tak jest na całym świecie.

O 20:42 rosyjski okręt straży granicznej „Izumrud” ostrzegł grupę statków ukraińskiej marynarki wojennej, że przystąpi do strzelania zapobiegawczego, w przypadku dalszego ignorowania sygnałów i wymagań dotyczących zatrzymania. Rosjanie działali zgodnie z Dekretem Rządu Federacji Rosyjskiej z dnia 24 lutego 2010 r. nr 80 „W sprawie zatwierdzenia zasad używania broni i sprzętu wojskowego przy jednoczesnym zabezpieczeniu granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, wyłącznej strefy ekonomicznej i kontynentalnej Rosji”.

Według stanowiska Rosjan, okręty organów granicznych FR wyczerpały wszelkie środki niezbędne do zapobiegania naruszeniom ustawodawstwa Federacji Rosyjskiej przez kutry pancerne marynarki ukraińskiej. Zgodnie z „Zasadami używania broni i sprzętu wojskowego, przy jednoczesnej ochronie granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, wyłącznej strefy ekonomicznej i kontynentalnej”, rosyjski dowódca okrętu „Izumrud” podjął decyzję salwy uprzedzającej z artylerii pokładowej w kierunku ukraińskich okrętów marynarki wojennej.

O godzinie 20:45 okręt straży granicznej FSB „Izumrud” będący na wodach terytorialnych federacji Rosyjskiej W = 44°53’47’’, D = 36°25’76’’ wykonał strzały ostrzegawcze w kierunku celu grupowego (kutry artyleryjskie „Berdiańsk”, „Nikopol”, holownik redowy „Jany Kapu”)

Strzelano w lewą stronę z dział na rufie z użyciem pocisków świetlnych z odległości 2 kabli, co pozwoliło zobaczyć, że strzelanie zapobiegawcze zostało przeprowadzone z rosyjskimi przepisami.
Grupa okrętów ukraińskiej marynarki wojennej według Rosjan nie odpowiedziała na żądania dotyczące zatrzymania się, nie skontaktowała się, nadal podążała w kierunku granicy państwowej Federacji Rosyjskiej chcąc się wydostać z wód terytorialnych Rosji.

O 20.50 okręt straży granicznej Rosji „Izumrud” ostrzegł artyleryjski kuter opancerzony „Berdiańsk”, że w przypadku nieprzestrzegania wymagań co do zatrzymania zostanie otwarty ogień na porażenie – czyli w celu zniszczenia. Żądania te Ukraińcy na „Berdiańsku” zignorowali.

O 20.55 „Izumrud” we współrzędnych W = 44°51’3’’, D = 36° 23’4’’ na morzu terytorialnym Rosji użył broni aby pokonać opancerzony kuter artyleryjski „Berdiańsk”, czyli strzelał wprost w kadłub.

O 20.58 pociski działka AK-630 trafiły w ukraiński kuter artyleryjski, „Berdiańsk” wszedł w dryf, dowódca kutra przez radiotelefon, poinformował że ma rannych na pokładzie i poprosił o pomoc. W Internecie dostępne są nagrania kilkunastu radiowych, dramatycznych apeli dowódcy ukraińskiego kutra. O 21:06 „Izumrud” podszedł do burty kutra „Berdiańsk”, do akcji wszedł Specnaz Marynarki Wojennej Rosji i rozbroił i 7 członków załogi, w tym 3 rannych, którzy otrzymali pierwszą pomoc. Aby uratować ukraiński kuter przed zatonięciem, podjęto podstawowe środki zabezpieczenia okrętu.

O 21:15 rosyjski okręt straży granicznej FSB „Don” zatrzymał holownik „Jany Kapu”, tu też Specnaz dokonał abordażu i rozbroił ukraińską załogę, przejął liczne uzbrojenie strzeleckie znajdujące się na pokładzie.

O godzinie 21:27 doszło do kolejnej odsłony dramatu. Rosyjski śmigłowiec szturmowy Ka-52 wciąż na morzu terytorialnym Federacji Rosyjskiej, zatrzymał ukraiński opancerzony kuter artyleryjski „Nikopol”. Groźba użycia broni pokładowej poskutkowała i kapitan ukraińskiego okrętu skapitulował zatrzymując okręt przed będącym w zawisie śmigłowcem rosyjskim. Wówczas podpłynął tam okręt Floty Czarnomorskiej „Suzdalec” , by monitorować jego działania. Wycelowane w kuter rosyjskie działa skutecznie sparaliżowały opór Ukraińców.

O 23:21 Okręt straży granicznej „Don” przeprowadził abordaż komandosów specnazu i zatrzymał kuter opancerzony Nikopol”. Tu załoga też nie stawiała oporu, tylko młody kapitan zamknął się w kajucie i według rosyjskich świadków wpadł w histerię. O 00:40 w dniu 26 listopada kuter Straży Granicznej FSB Nr-605 dostarczył zatrzymanych żołnierzy ukraińskiej marynarki wojennej do portu Kerczu. Ranni zostali wysłani na leczenie do szpitala miejskiego.

O godzinie 01:10 rozpoczął się konwój zatrzymanych okrętów ukraińskiej marynarki wojennej do portu Kercz. O 06:40 zatrzymane jednostki ukraińskiej marynarki wojennej zostały dostarczone do portu w Kercz w celu dalszego zbadania.

W wyniku rewizji odnaleziono sporo nieetatowej broni strzeleckiej. W ręce Rosjan trafiły niezniszczone dokumenty potwierdzające wydane wcześniej rozkazy dowództwa ukraińskiej marynarki wojennej, o przeprowadzeniu „skrytego przedarcia się” przez Cieśninę Kerczeńską do portu w Berdiańsku na Morzu Azowskim. Nie było zatem żadnego przypadku, Ukraińcy z premedytacją planowali przeprowadzenie tej operacji morskiej, a wtargnięcie na wewnętrzne wody rosyjskie było elementem uzyskania „zaskoczenia”.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa powiedziała 30 listopada, że tylko braterskie relacje z narodem ukraińskim sprawiły że Rosjanie ukraińskich okrętów nie zatopili. Perfidia ukraińskiego dowództwa polegała na tym, że wysłano młodziutkich marynarzy de facto z misją samobójczą i gdyby demonizowani Rosjanie byli autentycznie bezwzględni, jak ich przedstawia ukraińska propaganda, okręty poszłyby na dno a wielu marynarzy ukraińskich by zginęło.

Prezydent Putin na forum gospodarczym 28 października komentując incydent powiedział „Narody rosyjski i ukraiński zawsze były i na zawsze zostaną braterskimi narodami. Ta szumowina polityczna spłynie i naród ukraiński da aktualnemu kierownictwu kraju taką ocenę jak dał onegdaj naród gruziński (Sakaszwilemu po wojnie 2008)”.

Rosjanie zachowują daleko idącą wstrzemięźliwość i histeryczne zachowania prezydenta Poroszenki wynikają z sytuacji wewnętrznej i świadomości przegranej w najbliższych wyborach prezydenckich. „Mała awantura wojenna” ma odwrócić uwagę społeczeństwa od tragicznej sytuacji ekonomicznej i bankructwa polityki Petro Poroszenko. Wprowadzony stan wojenny bezspornie wpłynie na kalendarz wyborczy i termin wyborów prezydenckich oddali się w czasie.

Warto też dodać, że w okresie poprzedzającym incydent i po nim, prawie co dzień , po kilka godzin wody wokół Krymu patrolują amerykańskie samoloty szpiegowskie RC-135VC i P-8 Posejdon startujące z bazy we Włoszech Sigonella oraz strategiczne drony zwiadowcze typu Global Hawk.

Rosjanie ze swej strony ściągnęli w rejon cieśniny dywizjon rakiet przeciwokrętowych BAŁ z rakietami Ch-35 pozwalającymi zwalczać małe cele morskie w promieniu do 260 km.
Na pograniczu Krymu i Ukrainy w Dżankoje (30 km od granicy) 29 listopada Rosjanie rozwinęli przywieziony pilnie z głębi Rosji koleją, dywizjon rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu systemu S-400 Triumf. Tym samym 18 Armia Wojenno-Wazdusznych Sił i Pratiwozdusznoj Oborony zwiększyła swoje siły do 4 dywizjonów. Pozostałe bazują w Eupatorii, Sewastopolu i Teodozji. Trakcją samochodową dotarł też osłaniający S-400 dywizjon przeciwlotniczych systemów krótkiego zasięgu z pojazdami Pancyr-S.

 

To, co się dzieje wokół Cieśniny Kerczeńskiej jest niewątpliwie eskalacją napięcia, jednak stroną go dynamizującą i tworzącą incydenty są działania władz w Kijowie.

Według wielu komentatorów, ku czemu się skłaniam władze ukraińskie mogą być inspirowane do tego, przez określone kręgi polityczne w USA opozycyjne wobec rządzącego prezydenta. Ludziom tym potencjalny dialog na linii Donald Trump – Władymir Putin jest co najmniej nie na rękę. Póki co, prowokacją w Cieśninie Kerczeńskiej, cel swój osiągnęły, długo wyczekiwane spotkanie na szczycie G-20 w Buenos Aires pomiędzy prezydentami Rosji i USA nie odbyło się.

Stan półwojenny

Stan wojenny na Ukrainie został wprowadzony tylko w wybranych obwodach. Rada Najwyższa nie przyjęła dekretu prezydenta Petra Poroszenki w wersji, jaką głowa państwa wniósł do parlamentu. To reakcja na ostrzelanie i zajęcie przez Rosję trzech ukraińskich okrętów przepływających przez Cieśninę Kerczeńską. Ukraina nie zerwie jednak stosunków dyplomatycznych z Moskwą.

 

W niedzielę dwa ukraińskie kutry artyleryjskie płynące z Odessy do Mariupola oraz towarzyszący im holownik zostały zajęte przez okręty rosyjskiej straży granicznej w Cieśninie Kerczeńskiej. Rosja oskarżyła jednostki ukraińskie o nielegalne wpłynięcie na rosyjskie wody terytorialne. W myśl umowy zawartej przez obydwa kraje w 2003 r. cieśnina stanowi wspólne wody terytorialne obydwu państw. Rosja wychodzi jednak z założenia, że przyłączenie Krymu – nieuznawane przez Ukrainę i Zachód – zmieniło tę sytuację.

Petro Poroszenko wezwał parlament do ogłoszenia stanu wojennego na całym terytorium kraju po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, jakie odbyło się w nocy z niedzieli na poniedziałek. Podpisując dekret w tej sprawie, prezydent mówił o obronie państwa i zatrzymaniu wroga, wezwał weteranów do „bycia w gotowości”, ale zastrzegł, że nie przewiduje powszechnej mobilizacji do wojska. Dekret Poroszenki, jaki wpłynął we wtorek pod dyskusję w Radzie Najwyższej, zawierał natomiast zapowiedź ograniczenia praw i swobód obywatelskich w zakresie nietykalności mieszkania, tajemnicy korespondencji, ochrony danych osobowych, swobody słowa i poruszania się, udziału w wyborach i w pokojowych zgromadzeniach, ochrony własności prywatnej, wolności od pracy przymusowej, prawa do strajku i prawa do edukacji.

Takie brzmienie dekretu spotkało się z krytyką ukraińskich obrońców praw człowieka i aktywistów pozaparlamentarnej, rozproszonej ukraińskiej lewicy.

– Politycy, którzy zawłaszczyli władzę, nie chcą jej oddawać, chociaż są przerażająco niepopularni. Ich zagraniczni protektorzy nie mają nic przeciwko takiemu scenariuszowi. Nauczyli się zarządzać krajem przy pomocy wojny i zupełnie na serio liczą na to, że będą rządzili wiecznie (…) Stan wojenny to nie tylko odwołane wybory. W takim czasie zabrania się również organizacji strajków, masowych zgromadzeń i akcji protestacyjnych. Krytyka władz staje się przestępstwem, z niezadowolonymi można zrobić wszystko – napisał na Facebooku lewicowy dziennikarz i komentator Andrij Manczuk.

Podobnie Wołodymyr Iszczenko, redaktor lewicowego magazynu „Wrzesień” i członek kolektywu „Wspólne” (Spilne/Commons), ocenił, iż Poroszenko chce wprowadzić stan wojenny, by odłożyć wybory prezydenckie, których nie miał szans wygrać.

– Inna możliwość to wprowadzenie stanu wojennego tylko na południowym wschodzie kraju, graniczącym z Rosją i Morzem Czarnym, co z kolei eliminuje z głosowania miliony żyjących tam wyborców opozycji. Stan wojenny umożliwi blokowanie wieców protestacyjnych i zamknięcie niektórych mediów, w kontekście rosnącego niezadowolenia z powodu antyspołecznych reform i rosnących cen ogrzewania – napisał Iszczenko.

Scenariusz przewidziany przez Iszczenkę ziścił się. W Radzie Najwyższej po kilku godzinach burzliwej dyskusji przegłosowano wprowadzenie stanu wojennego tylko w obwodach, które graniczą z Rosją oraz z wspieranym przez nią nieuznawanym państwem naddniestrzańskim. Stan wojenny rozpocznie się 28 listopada i potrwa (na razie) 30 dni. Parlament zgodził się również na przełożenie wyborów prezydenckich na 31 marca, zaznaczając jednak, że data ta powinna absolutnie zostać dotrzymana.

Prezydencki projekt musiał zostać zmodyfikowany z powodu opozycji ze strony Batkiwszczyny (partii Julii Tymoszenko), Samopomocy (partii Andrija Parubija), Bloku Opozycyjnego i Partii Radykalnej Ołeha Laszki. Partie te wykorzystały szansę, by w oczach społeczeństwa coraz bardziej zmęczonego i niezadowolonego z powodu działań Poroszenki pokazać się jako obrońcy swobód obywatelskich i podstawowych praw mieszkańców Ukrainy. Zarzuciły prezydentowi, że stan wojenny w całym kraju w żaden sposób nie pomoże w rozwoju sił zbrojnych Ukrainy czy w walce z Rosją, a jego prawdziwym celem ma być stłumienie opozycji i zamknięcie ust krytykom.

Ołeksandr Wilkul z Bloku Opozycyjnego oraz przedstawiciele Samopomocy zwrócili uwagę, że w konflikcie na wschodzie Ukrainy miały już miejsce znacznie bardziej dramatyczne dla Kijowa wydarzenia, jak aneksja Krymu, walki pod Iłowajskiem i o Debalcewe. Wtedy jednak stan wojenny nie był wprowadzany. Gniewne przemówienie wygłosiła Julia Tymoszenko, która w ostatnich miesiącach wyrosła na liderkę antyprezydenckiej opozycji. Ona i jej partyjni koledzy mogą czuć się największymi zwycięzcami debaty: wygrała ich wersja uchwały, w której stan wojenny obejmuje tylko newralgiczne rejony kraju, za to w pełnym przewidzianym przez prezydenta zakresie ograniczeń. Przedstawiciele Swobody domagali się natomiast prawdziwej, a nie pozorowanej walki z Rosją: zamknięcia granicy, zerwania wszelkich stosunków i przerwania wymiany handlowej.

Również jeden z przedstawicieli Samopomocy wezwał ministra spraw zagranicznych Pawła Klimkina do całkowitego zerwania stosunków dyplomatycznych z Rosją. Szef resortu odpowiedział jednak, że krok taki jest niemożliwy, powołując się na możliwe utrudnienie sytuacji 2,5 mln Ukraińców przebywających i pracujących w Rosji.

W ocenie cytowanego już Wołodymyra Iszczenki nie jest wykluczone, że stan wojenny zostanie przedłużony, a obywatele niechętni prezydentowi – pozbawieni możliwości protestowania.
Obecne sondaże są dla prezydenta bezlitosne. Poroszenko zdobywa w sondażach nie więcej, niż 10 proc. poparcia. Największe szanse na zwycięstwo w głosowaniu dają Julii Tymoszenko.

Równocześnie jednak ponad 2/3 obywateli deklaruje, że nie ufa żadnemu politykowi. Potwierdzeniem tego były komentarze w mediach społecznościowych podczas posiedzenia Rady Najwyższej. W większości wpisów każdego bez wyjątku mówcę obrzucano inwektywami…

 

 

Zamknięte koło

 

Reakcje polskich polityków i mediów na kolejny akt eskalacji w relacjach między Kijowem a Moskwą – za wyjątkiem wyjątków – były doskonale przewidywalne. Skoro za wszystkim ma stać „straszny Putin”, to przecież nie można zachować się inaczej niż tylko potępiając działania strony rosyjskiej. Gromadzić się pod rosyjską ambasadą i wznosić okrzyki. Oświadczenie polskiego MSZ ma jednak – powiedzmy to sobie – znaczenie czysto rytualne i nic nie wnoszące. Po w tej sprawie opinia Polski jest postrzegana jako pozbawiona znaczenia.

Już w 2014 r. Polska pozwoliła się wyłączyć z procesu mediacyjnego, pozostawiając sprawy dziejące się na terytorium naszego sąsiada, a więc choćby z racji bliskości powinny nas obchodzić, jako wyłączną domę tzw. „formatu normandzkiego”, trudno oczekiwać, żeby teraz Warszawa mogła w jakikolwiek sposób zaistnieć w tym procesie. Może zatem i lepiej ograniczać się do buńczucznych słów potępienia Rosji, które ani Moskwy, ani także Kijowa nie obejdą.

A sprawa nie jest oczywista, nawet jeśli zakwestionuje się prawa Rosji do Krymu. Punkt widzenia tak jednej jak i drugiej stolicy są nieprzejednane. Rosja, zająwszy Krym metodą fait accompli, uważa go za swoje terytorium (choć reszta świata tego nie uznaje), w konsekwencji zatem uważa wody Cieśniny Kerczeńskiej za swoje wody terytorialne. Ukraina uważając Krym za terytorium ukraińskie – uważa tak samo. Stąd zatem rozbieżność w interpretowaniu umowy z 2003 r., na którą powołują się tak Kijów jak i Moskwa. Incydenty są zatem mniej lub bardziej nieuniknione, bo dochodziłoby do nich nawet wtedy, gdyby obie strony starały się wypracować jakiś modus vivendi. A bez tego każdy incydent wymaga ze strony rosyjskiej reakcji, bo reagując wykazuje sprawowanie suwerenności. Ukraina – tak samo, jeśli odpuści, przyzna tym samym, że z utratą Krymu nieodwołalnie się pogodziła. Czyli innymi słowy – pat.

Trudno oczekiwać, że tego rodzaju sytuację uda się przełamać bez zewnętrznej mediacji. Mediacji, czyli zaangażowania niezależnych partnerów, których celem – dodajmy, niełatwym, ale czy do rozwiązywania spraw łatwych potrzebni są mediatorzy – będzie pomoc w wypracowaniu rozwiązania akceptowalnego tak dla Kijowa jak i dla Moskwy. Choćby rozwiązania nieformalnego, czysto operacyjnego. Takiego, które otworzy drogę w przyszłość. Konstruktywną.

Taką drogę wskazują Niemcy. Z propozycją mediacji wystąpił niemiecki minister Heiko Mass. Czy zostanie przyjęta – trudno wykazywać przesadny optymizm. Prawdopodobnie szansa na to nie pojawi się wcześniej niż dopiero po wyborach na Ukrainie, jeśli do nich w ogóle dojdzie.

Najgorszą z kolei rzeczą jest dać się wciągnąć w spór, w którym Polska nie jest ani stroną, ani nie ma interesu. Bo stronom tego konfliktu tak naprawdę czyjekolwiek poparcie czy niechęć do niczego nie jest potrzebna. Jeśli by miało dojść do rozładowania konfliktu, a nie jego utrwalenia.

Obecne władze ukraińskie, które nie są w stanie opanować postępującego rozkładu państwa, a od przyznania własnej nieudolności uciekają w straszenie rosyjskim zagrożeniem. A taką retoryką Europa jest także znużona i zniecierpliwiona. Bo ile razy można kryczeć „ratunku, ratunku wilk!” W końcu wszyscy przestaną zwracać na to uwagę, bo ile razy można. Nie mówiąc o tym, że zapaść w jakiej znalazła się Ukraina czyni, że jej realne szanse na akcesję do UE w wyobrażalnej przyszłości robią się coraz bardziej mizerne. Żaden chyba poważny europejski analityk nie traktuje już tej perspektywy jako realnej, co najwyżej zaś obwarowanej mnóstwem zastrzeżeń typu „jeśli” i „o ile”.

Ale i wierzyć w to, że groźbami Rosję da się przymusić do ustąpienia także nie ma co. Jakiekolwiek rozwiązanie da się wypracować, może to być tylko rozwiązanie, które obie strony będą mogły ogłosić jako swój sukces, pogodziwszy się z tym, że wygaszenie zapalnej, konfliktogennej sytuacji dla obu większe korzyści niż trwanie w niej.Pragmatyka okazuje się w takich razach lepsza od pryncypialnej nieustępliwości. Bo – powiedzmy sobie szczerze – czy zależy nam na tym, żeby nieunormowana sytuacja między Rosją a Ukrainą trwała w nieskończoność, ta druga będzie toczyć się po równi pochyłej, podczas gdy pierwsza tym mniej chętnie będzie korzystać z okazji, aby wywierać na nią presję?

JAN LEWKOWICZ

Wojna o pamięć

Bitwa o pomniki i pamięć to nie wyłącznie polska specjalność. Burzliwe dyskusje o przeszłości toczą się we wszystkich współczesnych społeczeństwach, jako część tzw. debaty tożsamościowej. Tym, czym Polska wyróżnia się na ich tle, to bezwzględna dominacja jednej wizji historii.

 

Rodzimą debatę o przeszłości kreują rządzący, głównie za pośrednictwem Instytutu Pamięci Narodowej. Od początku swojego istnienia, czyli od 1999 r., IPN niepodzielnie stoi na straży właściwej interpretacji historii najnowszej. Najnowszym osiągnięciem jego pracowników jest nakaz zdjęcia tablicy w nadmorskim Dziwnowie, która upamiętniała ofiary wojny domowej w Grecji. Zdaniem instytutu, fragment „Pamięci bojowników o demokratyczną Grecję” jest „zwyczajnym kłamstwem”. Pewnie w innej rzeczywistości taka decyzja wywołałaby sprzeciw i protest ze strony historyków czy rozsądniejszych polityków. Jednak w obecnej Polsce można co najwyżej parsknąć śmiechem. Czym bowiem jest usunięcie jednej tablicy w porównaniu z niedawną „dekomunizacją” miejsc pamięci poświęconych walkom o Wał Pomorski czy usunięciem pomników upamiętniających szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego?

 

Monumenty

są stawiane i obalane na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych od kilku już lat trwa gorąca dyskusja na temat dziedzictwa Konfederacji i jej roli w kształtowaniu amerykańskiej tożsamości. W sierpniu zeszłego roku decyzja władz miasta Charlottesville w Virginii o usunięciu pomnika gen. Roberta E. Lee – głównodowodzącego wojsk Konfederacji i właściciela pokaźnej liczby niewolników – wywołała burzliwe protesty ze strony skrajnie prawicowych środowisk. Podczas jednej z demonstracji, w której nacjonaliści starli się z antyfaszystami, jedna osoba zginęła a 19 odniosło poważne rany. Spór o historię ogarnął cały kraj. Podobne starcia, choć nie tak tragiczne jak w Charlottesville, odnotowano we wszystkich południowych stanach, gdzie znajduje się większość pomników poświęconych bohaterom „przegranej sprawy”.
Dyskusja o przeszłości rozgrzewa także sąsiednią Kanadę. Od kilku miesięcy tamtejsi politycy i historycy spierają się o dziedzictwo Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera, który nadał państwu jego współczesny kształt. Obok jednak wielu niewątpliwych osiągnięć, Macdonald przeforsował w 1876 r. tzw. Indian Act, tworzący dla rdzennej ludności specjalne rezerwaty i wprowadzający jej przymusową asymilację. Wielu Indian do tej pory określa ustawę mianem „eksterminacyjnej”. Tymczasem imię pierwszego premiera noszą szkoły w całym kraju, zaś upamiętniające go pomniki można spotkać niemal w każdym kanadyjskim mieście. W sierpniu 2018 r. władze Wiktorii zdecydowały się usunąć podobiznę Macdonalda z głównego placu miasta, wywołując tym samym ogólnokrajową debatę.
Nie od miesięcy, lecz dobrych kilku lat w Wielkiej Brytanii i całym dawnym brytyjskim imperium toczy się dyskusja nad tym czy warto wciąż upamiętniać Cecila Rhodesa. Ten urodzony w 1853 r. polityk i awanturnik odegrał kluczową rolę w budowie potęgi brytyjskiej Afryki Południowej. W podziękowaniu za wkład w rozwój imperium, od jego imienia nazwano Rodezję (obecnie Zimbabwe), zaś w metropolii i licznych koloniach postawiono mu pomniki. Dzisiaj o dziedzictwo Rhodesa upomnieli się dawni poddani brytyjskiej monarchii, podkreślając, że był on rasistą, uważającym czarnoskórych za podludzi. Najwięcej emocji budzi pomnik Rhodesa na uniwersytecie w Oksfordzie. Studiuje tu wielu Afrykanów, których zdaniem pomnik jedynie umacnia kolonialne dziedzictwo i stereotypy.

 

Podobne emocje

wywołują rozmowy o historii w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii. W tej ostatniej decyzja lewicowych władz o przeniesieniu zwłok gen. Franco z dotychczasowego mauzoleum rozbudziła dyskusję, której wszystkie demokratyczne rządy starały się do tej pory unikać. Nawet na Słowacji historia dała ostatnio o sobie znać. Kiedy państwowa telewizja zaczęła reklamować show poświęcone bohaterom słowackiej niepodległości podobizną ks. Tiso, część polityków uznała, że przekroczono pewną granicę. Ostatecznie z głosowania na najwybitniejszą postać wykluczono wszystkich skazanych za zdradę, a więc i katolickiego przywódcę faszystowskiej Słowacji.
Wydaje się więc, że Polska wcale nie różni się tak bardzo od pozostałych państw. Czy, aby jednak na pewno? Wszystkie powyższe przykłady łączy nie tylko wysoka temperatura sporu, ale także jego względny pluralizm. W USA i Kanadzie ostateczną decyzję o przyszłości kontrowersyjnych pomników pozostawiono władzom i społecznościom lokalnym. Chociaż zatem głos w debacie o dziedzictwie Konfederacji zabrał sam prezydent Donald Trump, to nawet on nie mógł narzucić swojej interpretacji historii. Także w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii media i politycy dopuszczają różnorodne głosy. Jak to możliwe? W żadnym z tych państw nie funkcjonuje instytucja, która posiada niemal nieograniczoną i – co najważniejsze – prawnie umocowaną władzę decydowania o narracji historycznej.

 

Pomysłodawcy

Instytutu Pamięci Narodowej przekonywali, że będzie to instytucja naukowa, prowadząca obiektywne badania i wspierająca świadomość społeczną na temat najnowszej historii Polski. W rzeczywistości jednak od początku IPN pełnił przede wszystkim funkcje propagandowe, nie tyle inspirując debatę publiczną, co nią sterując i wyznaczając jej główne kierunki. Okres dobrej zmiany, która szybko zawitała też do IPN-u, jeszcze bardziej wynaturzył tę instytucję. Prowadzona właśnie „dekomunizacja” Ziem Zachodnich, gdzie praktycznie zlikwidowano wszelkie miejsca pamięci związane z powojenną historią, już przyniosła nieodwracalne straty dla polskiej tożsamości tych terenów. Nie mówiąc już o szkodach dla całego państwa i jego pozycji międzynarodowej, które spowodowała nowelizacja ustawy o IPN ze stycznia tego roku.

 

Zachodnie społeczeństwa

już dawno zrozumiały, że nie ma jednej pamięci narodowej. Każde bowiem państwo, także tak jednolite etnicznie jak Polska, składa się z różnorodnych grup, które mogą dzielić ogólne wyobrażenie o przeszłości, lecz zarazem różnią się w ocenie ważności pewnych wydarzeń i postaci. Mieszkańcy Kaszub czy Wielkopolski postrzegają drugą wojnę światową nie przez pryzmat powstania warszawskiego, lecz doświadczeń własnych przodków. Trudno też nakłonić społeczność Ziem Zachodnich, aby podziwiała żołnierzy wyklętych, skoro fundament jej tożsamości stanowi wspomnienie o pionierach i odbudowie powojennego państwa w nowych granicach.
Nie ma nic złego, ani tym bardziej niemoralnego, w prowadzeniu polityki historycznej. Każda władza – czy nam się to podoba, czy nie – posiada prawo do lansowania własnej narracji o przeszłości. Tak dzieje się we wszystkich wspomnianych powyżej państwach. Problem jednak rodzi się wówczas, gdy wszelkie odmienne poglądy są nie tylko marginalizowane, ale wręcz poddawane prawnym restrykcjom. W naszym podejściu do historii bardziej więc przypominamy Ukrainę i Rosję niż Zachód, do którego aspirujemy. To właśnie w tych państwach dominująca interpretacja historii podlega prawnej ochronie, zaś próby jej podważenia grożą więzieniem. Do czego to prowadzi widać chociażby na Ukrainie, gdzie nad kultem Bandery czuwa tamtejszy IPN, tak jak jego polski odpowiednik strzeże dziedzictwa żołnierzy wyklętych. Sposób kształtowania pamięci zbiorowej jest miarą respektowania zasad demokratycznych. Także w przypadku polityki historycznej oddalamy się od zachodnich standardów.

Śmierć aktywistki

W szpitalu w Kijowie zmarła Kateryna Handziuk – ukraińska dziennikarka i aktywistka zaangażowana w śledzenie policyjnych nadużyć oraz korupcji w organach ścigania.

 

Kobieta została 31 lipca oblana kwasem przez pięciu mężczyzn aktywnych wcześniej w organizacjach nacjonalistycznych. Obrońcy praw człowieka alarmują, że na Ukrainie od 2017 r. miały miejsce jeszcze 54 inne ataki na aktywistów takich jak zamordowana.

33-letnia aktywistka z Chersonia (280-tysięcznego miasta na południu Ukrainy), członkini tamtejszej rady miejskiej i doradczyni mera w latach 2003-2015 należała do partii Batkiwszczyna, brała udział w pomarańczowej rewolucji 2004 r. i w Euromajdanie. Zasłynęła swoim zaangażowaniem w śledzenie i opisywanie zasięgu korupcji w miejscowej policji, nadużyć władz i organów ścigania, zarzucała również włodarzom Chersonia związki z separatystami z Doniecka i Ługańska.

31 lipca została napadnięta przed własnym domem i oblana kwasem siarkowym. Odniosła oparzenia blisko 40 proc. ciała, straciła wzrok w jednym oku. Walczyła o życie kilka miesięcy, przeszła 11 operacji. 4 listopada zmarła w szpitalu w Kijowie, o czym poinformowano na profilu „Kto zlecił zabójstwo Katii Handziuk?”. Prowadzą go aktywiści, którzy sprzeciwiają się rosnącej na Ukrainie fali przemocy wobec aktywistów antykorupcyjnych, obrońców praw człowieka i niezależnych dziennikarzy.

Po śmierci Handziuk kondolencje rodzinie złożył Petro Poroszenko, wzywając równocześnie do tego, by odpowiednie organy odnalazły i ukarały sprawców. Również unijny komisarz ds. poszerzenia Johannes Hahn stwierdził, że „ataki na aktywistów obywatelskich są niedopuszczalne”. Jednak obrońcy praw człowieka są wręcz przekonani, że policja, której nadużycia zamordowana aktywistka tak nieugięcie ścigała, nie ma najmniejszego zamiaru skazać winnych.

– Niedawno przez Ukrainę przetoczyła się cała fala ataków na aktywistów. Są to zarówno zabójstwa i pobicia, jak i zniszczenia własności działaczy – palenie samochodów, biur czy rzucanie granatów. Ofiarami są w większości ludzie, którzy sprzeciwiają się korupcji oraz przestępczości zorganizowanej, ekolodzy i obrońcy praw człowieka – powiedziała, cytowana przez Onet, Tetiana Peczonczyk, szefowa ukraińskiego Centrum Informacji o Prawach Człowieka. – Przyczyną ataków jest brak reformy organów ścigania. Zleceniodawcy pozostają bezkarni. Niektórzy aktywiści byli atakowani już kilka razy, a mimo to nie objęto ich żadną ochroną – dodała.

Policja początkowo zakwalifikowała napad z użyciem kwasu siarkowego jako… chuligaństwo. Dopiero później zmieniła kwalifikację czynu na usiłowanie zabójstwa.

Jako podejrzanych o napad na Handziuk zatrzymano ostatecznie pięciu mężczyzn. Wszyscy mają za sobą udział w konflikcie w Donbasie po stronie ukraińskiej. W sierpniu 2018 r. policja przyjmowała wersję, że pomysłodawcą brutalnego ataku był 41-letni Serhij Torbin, były oficer policji w Chersoniu i uczestnik walk na Donbasie, który nakłonił do wzięcia udziału w napadzie czworo byłych podkomendnych, później działaczy nacjonalistycznej Ukraińskiej Armii Ochotniczej. Policja podkreślała, że mężczyźni uważali swoje działania za słuszny akt patriotyzmu, a ofiarę – za separatystkę. Serhij Torbin przebywa obecnie w areszcie w Kijowie. SBU utajniło akta sprawy dotyczące kwestii tego, kto tak naprawdę był głównym zleceniodawcą napadu.

Wieczorem 4 listopada, po kilku godzinach od podania informacji o śmierci aktywistki, w kilku ukraińskich miastach miały miejsce zgromadzenia ku czci jej pamięci. Największe, ponad stuosobowe, odbyło się pod siedzibą ministerstwa spraw wewnętrznych w Kijowie, a jego uczestnicy domagali się ukarania winnych morderstwa.

Jak informowali aktywiści w mediach społecznościowych, na niektórych zgromadzeniach najbardziej widoczni byli… aktywiści organizacji nacjonalistycznych. Takich samych, jak tak, w której działali podejrzani o napad na działaczkę.

Cerkexit

Wrze za naszą wschodnią granicą. W prawosławnych cerkwiach podległych moskiewskiemu patriarchatowi zakazano modlenia się za patriarchę Konstantynopola Bartłomieja. To trochę tak jakby w polskich kościołach księża wymówili posłuszeństwo papieżowi Franciszkowi.

 

Trochę, bo kościół prawosławny nie jest tak zhierarchizowany jak rzymsko-katolicki. Patriarcha Bartłomiej nie jest formalnie bezpośrednim zwierzchnikiem kościoła prawosławnego na całym świecie. Formalnie jest tylko pierwszym pośród równych, autokefalicznych, czyli niezależnych patriarchów. Ale ze względu na historyczne zasługi patriarchatu Konstantynopola dla utrzymania kościoła prawosławnego, dla zachowania jego tożsamości i jedności, autorytet tego patriarchatu jest w innych prawosławnych kościołach niepodważalny. A ściślej – był.
Bo oto największy na świecie kościół prawosławny kierowany przez patriarchę moskiewskiego zamroził relacje z patriarchatem konstantynopolitańskim. Kościołem liczebnie mniejszym, którego zwierzchnik, patriarcha Bartłomiej od wieków rezyduje w stambulskiej dzielnicy Fanar. Dodatkowo Synod cerkwi moskiewskiej zakazał swym wiernym modlitw w świątyniach podległych patriarchatowi konstantynopolitańskiemu. Czyli na terenie dzisiejszej Grecji i Turcji. Nawet na popularnej wśród wiernych górze Athos. To trochę tak jakby episkopat polskiego kościoła katolickiego zabronił wiernym modlić się w niemieckich lub francuskich kościołach. Traktować je wyłącznie jako obiekty turystyczne.
Wszystkie te decyzje to religijne retorsje za tomos, czyli dekret pozwalający ukraińskiemu kościołowi prawosławnemu na wyjście ze struktur moskiewskiego kościoła prawosławnego. Na taki ukraiński „cerkexit”.
Do tego roku na Ukrainie istniały trzy kościoły prawosławne. Największy, podległy patriarsze moskiewskiemu. I dwa mniejsze, konkurujące często ze sobą, ale niezależne od Moskwy. Ze „szklanym sufitem”, czyli bez błogosławieństwa patriarchy Bartłomieja.
Teraz ukraińskie kościoły łączą się ze sobą. Dzięki poparciu patriarchy Bartłomieja stworzą autokefaliczną nową cerkiew. Czyli ukraiński, w pełni niezależny od Moskwy, kościół prawosławny. Stworzą go nie tylko z wiernych i majątku tych dwóch odrębnych, wrogich nawet Moskwie, kościołów. Nowa ukraińska cerkiew chce przejąć też wszystkich ukraińskich wiernych i cały ukraiński majątek cerkwi moskiewskiej. I tu może zacząć się wojna. Religijna na razie.

 

Gra wyborcza

Tomosu patriarchy Bartłomieja nie byłoby, gdyby nie energiczne i skuteczne zabiegi dyplomacji prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki. To ona doprowadziła do unieważnienia pochodzącej z XVII wieku decyzji patriarchy konstantynopolitańskiego o podporządkowaniu kijowskiej cerkwi patriarsze moskiewskiemu.
Po co był prezydentowi Poroszence ten „Cerkexit”? Tak jak niedawno brytyjski premier Dawid Cameron zaproponował swym obywatelom „Brexit” aby poprawić swoje wyborcze notowania, tak teraz ukraiński prezydent Poroszenko uczynił podobnie.
W przyszłym roku na Ukrainie będą wybory prezydenckie. Notowania obecnego prezydenta słabną. Wszystkie sondaże nie dają mu szans na reelekcję. Dlatego zechciał on poprawić sobie popularność korzystając ze wzrostu ukraińskich patriotycznych, nacjonalistycznych wręcz, nastojów. Z silnej niechęci do Moskwy części ukraińskiego społeczeństwa. Uznał zapewne, że dzięki stworzeniu ukraińskiego kościoła prawosławnego, kolejnej instytucji niezależnej od wrogiej Moskwy, uzyska dodatkowe poparcie w nadchodzących wyborach. Skoro nie dało się dać Ukraińcom przysłowiowego chleba, to dostaną strawę duchową.
Czy ten ukraiński „Cerkexit” da też prezydentowi Poroszence ponowną prezydenturę – zobaczymy w przyszłym roku. Jednak geopolityczne konsekwencje tego „Cerkexitu”, tej gry wyborczej, mogą mieć ogromne znaczenie geopolityczne i wpłynąć na przyszłość naszych wschodnich sąsiadów.

 

Nie nasz cyrk?

Powstanie nowej, ukraińskiej cerkwi spotkało się z różnymi reakcjami hierarchów innych, autokefalicznych kościołów prawosławnych. Od postaw wyczekujących po pierwsze krytyki. Obawy, że oto w kościele prawosławnym może dojść do kolejnej schizmy, czyli rozłamu. Do nowego roku 1054, kiedy chrześcijaństwo podzieliło się na dwa konkurencyjne, a potem nawet wojujące ze sobą, kościoły. Obecny prawosławny i katolicki. Czy teraz dojdzie do kolejnego rozłamu ?
Przecież samo już opuszczenie moskiewskiej cerkwi przez ukraińskich wiernych sprawi, że cerkiew moskiewska przestanie być największą na świecie. To teraz nowa ukraińska cerkiew ma perspektywy posiadania największej grupy wiernych. To Kijów może być w przyszłości ważniejszym ośrodkiem prawosławia niż teraz Moskwa.
Może takim zostać, jeśli ten „Cerkexit” odbędzie się pokojowo. Jeśli nie będzie oporu władz Rosji. Jeśli dotychczasowi, uznający moskiewską zwierzchność, ukraińscy wierni bezkonfliktowo przejdą pod zwierzchnictwo nowego, kijowskiego patriarchy. Jeśli jednak część wiernych zechce pozostać przy patriarsze moskiewskim i dodatkowo zyska polityczne poparcie władz rosyjskich, to za naszą granicą zaiskrzy.
W Polsce, zwłaszcza obecnej, kiedy elity polityczne preferują zasadę „nasza chata z kraja”, problem ewentualnego rozłamu w sąsiednim kościele uważany jest za egzotyczny. I dla Polski nieistotny. Bo przecież to „nie nasz cyrk i małpy też nie nasze”.
Polskie społeczeństwo uważane jest za monolityczne religijnie społeczeństwo katolickie. Polskie elity polityczne i polskie media nie zauważają, albo nie chcą zauważać, obecności kościoła prawosławnego w Polsce. Autokefalicznego od moskiewskiego i przyszłego ukraińskiego, ale przecież nie hermetycznego od braci na wschodzie. W Polsce pracuje, studiuje, mieszka około miliona obywateli przybyłych z Ukrainy. I będzie ich jeszcze więcej, bo bez ukraińskich emigrantów polska gospodarka nie może się szybko rozwijać.
Ilu z nich to prawosławni? Ilu z nich należy do moskiewskiej cerkwi? Ilu zechce uznać nową autokefalię?
Polskie elity i media nie zajmują się problemem potencjalnych konfliktów religijnych za naszą wschodnią granicą. A tym bardziej w Polsce. Może dlatego, że katolicka wiara w naszym kraju jest bardzo płytka, bo polski katolicyzm ogranicza się do kultywowania tradycyjnych świąt, religijnych opraw ślubów i pogrzebów. O wojnie religijnej wśród Polaków mowy być nie może, bo nikt tu tak mocno nie wierzy, aby chciał za swą wiarę wojować.
W Wielkiej Brytanii wielu głosujących za „Brexitem” nie miało pojęcia o dalekosiężnych skutkach tej decyzji. W Polsce też początkowo uważano efekt brytyjskiego referendum za wewnętrzny problem Wielkiej Brytanii. Za coś egzotycznego.
Teraz za naszą wschodnią granicą zaczyna się nowy rozdział historii prawosławia. Może też nowy konflikt religijno-państwowy?
Cz znów zostanie przez polskie elity skwitowany refleksją: „Nie nasz cyrk, nie nasze małpy”, bo przecież „nasza chata z kraja”?

Maria i zazule

W Kijowie poza Majdanem i Aleją Niebiańskiej Sotni nie widać już śladów tragicznych wydarzeń z lutego 2014 roku.

 

Tylko tam pozostała wyrwa w ziemi, kilka zapór utworzonych z szyn i zawieszone wzdłuż alei zdjęcia ofiar snajperów, pod którym wciąż ktoś składa świeże kwiaty Zniszczony wówczas budynek związków zawodowych

 

dźwiga się z ruin,

wygląda więc jakby nic się nie stało. Owszem, zapobiegliwi sprzedawcy pamiątek wciskają plecionki w narodowych barwach, można zrobić sobie zdjęcie z białym gołębiem za dwadzieścia hrywien albo pogadać z gwarkiem za trzydzieści. Dzieciaki śmigają jak wszędzie na deskorolkach, tłumy myszkują po pobliskich sklepach, zakochani spotykają się na ulubionym trawniku, a kto chce może napić się świetnej kawy z budki – espresso za jedyne czternaście hrywien. Słoneczny październik podgrzewa leniwą atmosferę sobotniego spaceru.

A jednak każde przedstawienie podczas międzynarodowego festiwalu „Maria” w pobliskim teatrze imienia Iwana Franki, na scenie kameralnej, ledwie 300 metrów od Majdanu, zaczyna się od zbiórki pieniędzy. Widzowie składają dobrowolne datki dla rodziny Andrieja Mołczana, poległego na Majdanie od kuli snajpera technika tego teatru. Podobno był wysoki prawie na dwa metry i nikt tak uważnie i z wyczuciem nie ustawiał świateł przed spektaklami jak on. Pracował także podczas festiwalu. Larysa Kadrowa, wybitna artystka Narodowego Akademickiego Teatru Dramatycznego im. Iwana Franki, która od samego początku, prowadzi ten festiwal dba o pamięć w duchu Stefana Żeromskiego, który przestrzegał, żeby rany się nie zabliźniły „błoną podłości”.

Swoją nazwę

 

festiwal „Maria”

zawdzięcza Marii Kostiantyniwnie Zańkoweckiej (1854-1934), artystce zaliczanej do ścisłego grona twórców profesjonalnego ukraińskiego teatru narodowego. W Kijowie zachował się dom, w którym przez ostatnie dziesięciolecia swego pracowitego życia mieszkała Zańkowiecka. W domu mieści się muzeum jej imienia. Zgromadzono tu chronione pieczołowicie pamiątki po uwielbianej artystce, jej rzeczy osobiste, afisze teatralne, listy, przedmioty codziennego użytku. Nawet szarfy wieńców, którymi zasypywali ja rozentuzjazmowani widzowie. To miejsce ożywia jakaś magia. Toteż chętnie bywają tutaj artyści. W kameralnym salonie na parterze dobywają się co pewien czas koncerty, spektakle, dyskusje, miejsce więc żyje, także za sprawą festiwalu Maria. Stało się bowiem już tradycją, że festiwalowi goście odwiedzają muzeum, aby znaleźć się choć w ten symboliczny sposób bliżej patronki kijowskiego spotkania.

Toteż nic osobliwego w tym, że to międzynarodowe spotkanie monodramów w Kijowie to zjazd kobiecych teatrów jednoosobowych, jedyne takie na Ukrainie (a może i na świecie). Po raz pierwszy odbył się taki zjazd w roku 2004 – tak więc tym razem już po raz piętnasty. Od początku kieruje nim Larysa Kadyrowa, notabene absolwentka Studium Teatralne Teatru Dramatycznego im. Marii Zańkowieckiej we Lwowie (a potem aktorka tego teatru, 1963-1992), a więc patronat Marii nie jest dziełem przypadku. Prowadzi artystka ten festiwal pewną ręką, wciąż poszerzając jego formułę i poszukując rozmaitych możliwości dialogu kultur. Intencją bowiem artystki pozostaje nie tylko pokazanie bogactwa kobiecych kreacji w teatrze jednego aktora, ale konfrontacja rozmaitych poszukiwań, która z czasem wzbogaciła się o kameralne spektakle (m.in. „Rzeźnia” Mrożka w reżyserii Zbigniewa Chrzanowskiego z Teatru Polskiego we Lwowie) wieloosobowe i monodramy „męskie”.

Tak więc dzisiaj nie jest to tylko spotkanie aktorek uprawiających monodram, ale także aktorów, których sztuka zaciekawiła artystkę, w których twórczości odnalazła akcenty z jej punktu widzenia ważne, służące porozumieniu między ludźmi. „Wszyscy jesteśmy ludźmi – zwykła powtarzać Kadyrowa – i wszyscy mamy prawo do szczęśliwego losu”, nawet jeśli na pierwszy rzut oka brzmi to sentymentalnie. A jednak w to, co mówi Kadyrowa, chce się wierzyć. Artystka ma rzadki dar jednania sobie ludzi, dar wielkiej bezpośredniości, świetnego, intymnego kontaktu, który sprawdza się nie tylko na scenie, ale równie silnie w codziennym życiu. „Ach, wy moje zazule” (czyli po polsku „kukułki”), zwraca się z czułością do swoich gości, budząc żywiołową sympatię.

Częstymi gośćmi „Marii” są aktorki i aktorzy polscy.

W pamiętnym roku 2014 gościł tu Andrzej Seweryn ze swoim monodramem Szekspirowskim, przed laty była przyjmowana z honorami Irena Jun z przedstawieniem Beckettowskim. Na piętnastolecie też zjechała się niezła ekipa z Polski, choć dominowali na tym „kobiecym” festiwalu mężczyźni. Mateusz Nowak gościł tutaj z monodramem „Od przodu i od tyłu” na podstawie książki Karola Zbyszewskiego „Niemcewicz od przodu i od tyłu”. Mateusz Deskiewicz przyjechał z monodramem Piotra Wyszomirskiego „Być jak Charlie Chaplin”. Trochę o tematyce domowej, bo dotyczącej losu aktora.

Polski

 

monodram kobiecy,

by użyć nazewnictwa festiwalowego, reprezentowała Marta Pohrebny i jej monodram „Słodka” oparty na motywach powieści Marii Matios, czołowej dzisiaj pisarki ukraińskiej. „Słodka Darusia” Matios (2003) stała się na Ukrainie bestsellerem, autorkę wyróżniono Państwową Nagrodę im. Tarasa Szewczenki, jej powieść kandydowała do międzynarodowej Nagrody Literackiej Angelus. W Polsce ukazała się już w 2010 roku w tłumaczeniu Anny Korzeniowskiej-Bihun, a monodram Marty Pohrebny narobił sporo hałasu, bardzo wysoko oceniany m.in. przez Jerzego Stuhra. Podobał się również gospodarzom, zwłaszcza że Matios można określić jedną z bohaterek festiwalu. Również Larysa Kadyrowa podczas swego wieczoru jubileuszowego z okazji 50-lecia twórczości scenicznej przedstawiła monodram na podstawie prozy Marii Matios, „Nigdy za mną nie paczcie”:

Baba Justyna – tak pisała artystka o bohaterce swego monodramu – babcia, babunia, babinka Justeczka. Moja Justyna, karpacka Sybilla, wypełniona wewnętrzną wolnością gwarantującą niezależność istnienia. Jest mądrą uduchowioną, obdarzoną talentami czarodziejką, opiewającą świat dookoła siebie, pełną przeciwieństw i tragizmu, a zarazem delikatności i bezpośredniości uczuć. Justyna – młoda duchem, pełna mądrości życiowej, urodzona przez łagodne abrysy Karpat, przez ziemię, w którą wrosła korzeniami rodu. Jej dusza dąży do nieba, podobnie jak smukłe karpackie świerki, których wierzchołków mogą dotknąć jedynie ogniste iskry rozpalonej watry, nad którymi są już tylko gwiazdy…

W tym spektaklu Kadyrowa ukazuje swoje

 

wyrafinowane aktorstwo.

Jest nie tylko prawdziwa, realistyczna w każdym szczególe, kiedy portretuje swoją Justynkę. Ukazuje bowiem kobietę, której siły fizyczne dobiegają kresu, która z trudem wykonuje codzienne obowiązki, ale która nie ustaje w heroizmie ostatniego rytuału – drobiazgowych przygotowań do śmierci. Gromadzi Justynka ubrania, sprzęty, od trumny poczynając a ziołach skończywszy, aby wejść do lepszego świata możliwie najlepiej wyposażona. Ale jest jednocześnie Kadyrowa świadoma swoich zdań aktorką w tym spektaklu, która nie zapomina, że tylko kreuje Justynkę, ale Justynką nie jest. Zachowuje podwójność postaci, prowadząc grę z publicznością, zaczepiając widzów, wciągając ich w interakcję, czasem nawet strofując, że nie słuchają jej zbyt uważnie albo czegoś nie wiedzą, co wiedzieć powinni. Nadaje to spotkaniu szczególny klimat, który nie dozwala widzowi ani na moment osłabić uwagi, a jednocześnie pozwala aktorce potrącać wiele strun emocji.

Jak wielką drogę przeszła artystka, dowodzi tego wspaniała dokumentacja fotograficzna, którą zgromadził Marek Sendek, fotograf z Krakowa, który zakochał się w festiwalu Maria. Bywa tu co roku, rejestruje na swoich fotosach spektakle, z których ułożył fascynującą opowieść o aktorkach (i aktorach), pokazywaną w przedostatni wieczór festiwalowy. Szczególne miejsce w tym pokazie zajęła sztuka Larysy Kadyrowej, od jej ról utrzymanych w klasycznej konwencji realistycznej (monodram o Sarah Bernhardt), przez teatr otwarty Tadeusza Różewicza („Stara kobieta wysiaduje”), po monodram ostatni, w którym kumuluje się wspaniały talent i doświadczenie sceniczne artystki.

To był jej festiwal, a jednocześnie nasz festiwal, w którym przeglądały się sprawy wielkie i małe, z którymi przychodzi nam się spotykać każdego dnia.

Marne szanse

Zastępca szefa Komisji Międzynarodowej Rady Federacji Władimir Dżabarow w rozmowie z RT skomentował oświadczenie prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki o planach Rosji odnośnie „ingerencji w kampanię wyborczą na Ukrainie” przy użyciu „dezinformacji, falsyfikacji i ataków cybernetycznych”.

 

– Poroszenko podąża za ogólnym trendem. Teraz jest modne: każdy kraj przygotowujący się do wyborów oskarża Rosję o ingerencję. Petro Poroszenko nie zarządza żadnymi procesami na Ukrainie i rozumie, że ma bardzo małe szanse na reelekcję w uczciwy sposób. Dlatego próbuje za wszelką cenę asekurować się, zabezpieczać się i w razie czego oskarżyć Rosję o swoją porażkę. To kompletny nonsens. Nie interesuje nas to, co on tam robi, kogo wybierają. Ukraina żyje — i niech sobie żyje. Najważniejsze jest to, żeby realizowali porozumienia mińskie, a obywatele południowo-wschodniej Ukrainy nie cierpieli z powodu permanentnej agresji – powiedział Dżabarow.

Jego zdaniem życzenia aktualnego prezydenta nie pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy w kraju.

– U Poroszenki jest opozycja. To, czego chce i co się faktycznie dzieje na Ukrainie, to dwie różne rzeczy. Nawet jeśli ludzie milczą, nie oznacza to, że go popierają. Poroszenko ma minimalną szansę, a teraz powie, że wszyscy mu przeszkadzają, Rosja przewodzi jakimś podziemnym siłom politycznym na Ukrainie i stara się przeforsować swojego kandydata. Ale Rosja nie ma własnych kandydatów i nie zamierza ingerować w wewnętrzne procesy krajów zachodnich, zwłaszcza Ukrainy – podsumował.

Poroszenko uważa, że na Ukrainie należy zwiększyć odpowiedzialność za przekupywanie wyborców. Zapewnił na Twitterze, że posiada informacje, iż Rosja rzekomo „zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie”.

„Zdobyliśmy informacje, że Rosja zamierza ingerować w kampanię wyborczą na Ukrainie za pośrednictwem systemu dezinformacji i falsyfikacji oraz ataków cybernetycznych. Spodziewam się skutecznych działań ze strony zarówno Komisji Wyborczej, jak i służb specjalnych w celu przeciwdziałania rosyjskiej ingerencji i zapewnianie swobodnego wyrażenia woli przez Ukraińców” – podkreślił w swoim oświadczeniu ukraiński prezydent.

Wojna polsko-ukraińska pod krzyżem na drogę

Wystrzał ostrzegawczy poszybował z Warszawy w stronę Kijowa. Odpalił go poseł Kornel Morawiecki, „Marszałkiem seniorem” zwany. Były lider „Solidarności Walczącej”, ideowy antykomunista, obecny lider kanapowego koła parlamentarnego. A także ojciec pana premiera Mateusza Morawickiego.
Powiedział on w publicznych wywiadach dla mediów polskich i rosyjskich to, za co inny obywatel IV RP mógłby zostać szybko aresztowany. I oskarżony o agenturę rosyjskich wpływów.
Rzekł on bowiem: Rosja nie prowadzi agresywnej polityki”. Wojna na Ukrainie to „w pewnym sensie wojna domowa, zderzenie dwóch racji /…/ Na Krymie pierwsi kamieniem rzucili Rosjanie, ale wcześniej w Kijowie obalono demokratycznie wybranego prezydenta Janukowycza, który na prorosyjskim wschodzie i południu kraju miał ogromne poparcie. /…/ Krym został przejęty przez Rosjan bez walki. Ukraińskie wojsko przeszło na stronę Moskwy. Mieszkańcy Krymu wyrazili swą wolę w referendum”.
I stwierdził dobitnie: „Rosja nie ma żadnego interesu w tym, żeby użyć siły militarnej przeciwko Polsce. Rosjanie od czterech lat bronią się rękami i nogami, żeby tylko nie zająć Doniecka, to cóż dopiero mówić o agresji na Polskę /…/ Gazociąg Północny to efekt fatalnej polityki wschodniej Warszawy. Rosjanie chcieli przeprowadzić drugą nitkę Jamalu przez Polskę. Myśmy sie na to nie zgodzili, bo gazociąg miał iść nie przez Ukrainę, tylko przez Białoruś. Gdybyśmy nie postawili interesów Kijowa ponad naszymi, Rosjanie nie musieliby dogadywać się z Niemcami. A teraz będziemy przepłacać za amerykański gaz /…/ Nasza polityka zagraniczna sprowadza się niestety do odgrywania roli marionetki Waszyngtonu.
I na koniec snuje program takiej współpracy: Europa traci swą moc. Mogłaby ją odzyskać, gdyby połączyła się z Rosją. Jeśli do tego nie dojdzie, to wielki potencjał Syberii z czasem wpadnie w ręce Chin. Tylko w połączeniu z Rosją i jej ogromnym potencjałem Europa może stać się światową potęga – w sensie duchowym, gospodarczym, militarnym. Tylko taki sojusz zapobiegnie ostatecznej groźbie kolejnej wojny światowej z udziałem broni jądrowej, która doprowadzi do zniszczenia podstaw cywilizacji.
Ale taka Unia Europejska z Rosją nie jest obecnie możliwa , bo również rosyjskie władze i rosyjskie media nastawiają Rosję przeciwko Polakom. To przykre, że nieporozumienie psuje relacje z dwoma największymi narodami w regionie.
Głos Morawieckiego seniora zainicjował dyskusję wewnątrz elit PiS o przyszłej ich polityce wschodniej.
W przyszłym roku odbędą się prezydenckie wybory na Ukrainie. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ekipa prezydenta Petro Poroszenki straci władzę. Głoszony przez nią postulat wejścia Ukrainy do UE i NATO też traci tam zwolenników. Ale ochłodzenie miłości do Zachodu nie równa się wzrostowi sentymentu do Rosji. Nawet w tradycyjnie prorosyjskich regionach antymoskiewskie nastroje wzrosły. Rosja nie jest postrzegana jako brat, zwłaszcza Wielki Brat, lecz jedynie jako sąsiad. Trudny we współżyciu, ale znany od lat. Dobry partner do biznesu, ale na równoprawnych warunkach.

 

Trzecia droga

Na Ukrainie zwycięża koncepcja „Trzeciej Drogi”. Pisałem o niej jeszcze przed Majdanem, bo była wtedy popularna w środowiskach politologów i publicystów. Teraz rozpleniła się na fali rosnących nacjonalistycznych nastrojów.
Jej zwolennicy tak mówią. Skoro nie chcemy być młodszym bratem Moskwy, skoro nie chce nas Unia Europejska, to pójdźmy własna drogą. Bądźmy taką „drugą Turcją”. Bądźmy jak Turcja zintegrowani gospodarczo z Unią Europejską, ale bez przyjmowania obcych nam wartości „Gejoeuropy”. Bądźmy, jak Turcja, w sojuszu wojskowym z USA, bądźmy ich flanką wojskową, co nam da gwarancje bezpieczeństwa wobec Moskwy. Nie odpuszczamy Krymu i Donbasu, ale sprawę powrotu tych terytorium odłóżmy na przyszłość. Nie będziemy zakładnikami tego problemu. Dzięki temu odmrozimy kontakty i współpracę gospodarczą z Rosją. Ale nie zahamujemy budowy ukraińskiej tożsamości narodowo – kulturalnej.
Zwolennicy „Trzeciej Drogi” i „Drugiej Turcji” chcą być jak to sprytne ciele, które będzie jednocześnie ssać cycek europejski, chiński, amerykański, i nie pogardzi jeszcze rosyjskim. Chcą być geopolitycznym, aktywnym mostem pomiędzy Waszyngtonem, Berlinem, Brukselą i Moskwą.
Jeśli na Ukrainie wygrają zwolennicy „Drugiej Turcji”, to Warszawa przestanie być potrzebna w Kijowie jako adwokat ukraińskich interesów w Brukseli. Dostrzegły to już elity PiS i pan Naczelnik Polski. Marginalizacja roli Warszawy w oczach Kijów i brak relacji Polski z Rosją grozi totalną klęską polityki wschodniej elit PiS.

 

Czwarty Rzym

Ważnym filarem „drugiej Turcji” ma być autokefalia Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. W kwietniu administracja prezydenta Poroszenki poinformowała, że Święty Synod Patriarchatu Ekumenicznego w Konstantynopolu zaakceptował rozpatrzenie prośby władz Ukrainy o nadanie jej cerkwi autokefalii. Czyli uniezależnienia administracyjnego ukraińskich prawosławnych od patriarchatu w Moskwie. Prośba ta szybko została przychylnie skomentowana przez tytularnego zwierzchnika światowego prawosławia, Bartłomieja patriarchę Konstantynopola.
Co to oznacza dla chrześcijan za naszą wschodnią granicą? Autokefalia ukraińskiej cerkwi osłabia cerkiew moskiewską. Największą na świecie, zwaną często „Trzecim Rzymem”.
Prawdopodobnym jest, że po rozłamie miano największej cerkwi otrzyma Kijów, bo prawosławie na Ukrainie liczne jest i najszybciej pozyskuje młodych wyznawców. Zatem idący „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” Kijów ma szanse zostać „Czwartym Rzymem”. Przynajmniej teoretycznie.
Praktyka może okazać się inna i bolesna. Moskwa będzie się tej autokefalii sprzeciwiać. Sprzeciw mogą wyrazić inne narodowe cerkwie prawosławne. Już teraz wstrzemięźliwość wobec kijowskich planów zasygnalizowały cerkwie serbska i polska.
Trudno też ocenić, ilu wiernych na Ukrainie zaakceptuje nową autokefalię. Już teraz istnieją tam trzy odrębne cerkwie. Jedna związana z Moskwą, dwie separatystyczne. Trudno ocenić, czy proces jednoczenia ukraińskich prawosławnych przez podział cerkwi moskiewskiej, przejdzie spokojnie czy wznieci wojnę religijną na Ukrainie?
Działania Kijowa są tez niezgodne z obecnie prowadzoną przez Watykan polityką wschodnią. Jej filarem jest plan porozumienia z patriarchatem moskiewskim, zorganizowanie spotkania papieża Franciszka i patriarchy Cyryla w Moskwie.
Administracja watykańska woli znaną od lat, przewidywalną, patriarchalną Moskwę, od nowej centrali w Kijowie. Obawia się też, że nowa, młoda, czyli ekspansywna ukraińska autokefaliczna cerkiew zechce zwiększyć swą kontrolę nad związanym z Watykanem ukraińskim kościołem grekokatolickim.
Zatem, jeśli władze w Kijowie zdecydują się iść „Trzecią Drogą” ku „Drugiej Turcji” i „Czwartemu Rzymowi”, to Warszawa może demonstracyjnie odmrozić relacje z Moskwą. A dotychczasowym ukraińskim braciom życzyć przysłowiowego „krzyża na drogę”.