Saakaszwili wraca do łask

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski mianował byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego na wpływowe stanowisko przewodniczącego komitetu wykonawczego Komitetu ds. Reform. W reakcji na ten fakt władze w Tbilisi wezwały swojego ambasadora w Kijowie na konsultacje co w języku dyplomacji oznacza czasowe obniżenie rangi szefa placówki dyplomatycznej w sytuacji sporów bądź zaostrzenia stosunków między krajem wysyłającym i przyjmującym ambasadora.

Saakaszwili jest przez gruzińskie władze poszukiwany listem gończym w związku z ciążącymi nad nim zarzutami o charakterze kryminalnym. W czerwcu 2018 r. gruziński sąd skazał go zaocznie na sześć lat pozbawienia wolności m. in. za przekroczenie uprawnień podczas siłowego rozpędzenia demonstracji w listopadzie 2007, udział w zabójstwie jednego z gruzińskich bankierów oraz sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy. Gruzja niejednokrotnie występował do Ukrainy z żądaniem wydania jej byłego prezydenta jednak bez rezultatu. Saakaszwili uciekł z Gruzji w 2013 r. natychmiast po inauguracji nowego prezydenta Georgija Margelaszwili.
W dwa lata później ówczesny prezydent Ukrainy Petro Poroszenko przyznał mu ukraińskie obywatelstwo i wyznaczył go na stanowisko gubernatora obwodu odeskiego. Jednak już w następnym roku odwołał go z tego stanowiska z powodu „niskich wskaźników ekonomicznych”, pozbawił obywatelstwa i zakazał mu przyjazdu na Ukrainę.
Przez następnych kilka lat Saakaszwili pałętał się po świecie. Przebywał po trochu w Belgii, Stanach Zjednoczonych, Holandii jako mąż Holenderki a także w Polsce i w 2018 r. przekroczył nielegalnie granicę z Ukrainą skąd po próbach wiecowania ze swoimi zwolennikami został wydalony.
W maju ubiegłego roku Zełenski przywrócił mu obywatelstwo Ukrainy co też umożliwiło mu prowadzenie działalności politycznej. Jednak założone przez niego ugrupowanie Ruch Nowych Sił nie odegrało żadnej roli w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych a sam Saakaszwili agitował wyborców do głosowania na prezydencką partię Sługa Narodu.
Po roku pobytu na Ukrainie w charakterze zwykłego obywatela prezydent Zełenski zaproponował mu wejście do rządu na stanowisku I wicepremiera ds. reform. Jednak jego kandydatura nie była rozpatrywana przez parlament, ponieważ mogłaby nie uzyskać akceptacji ze strony większości deputowanych.
Zełenski znalazł jednak wyjście z sytuacji i powierzył swojemu protegowanemu kierownictwo Komitetu ds. Reform, gdzie nie potrzebował już niczyjej zgody. Komitet nie jest ciałem decyzyjnym a jedynie organem doradczym prezydenta. Może jednakże mieć wpływ na politykę państwa posiadając kompetencje co do strategicznego planowania i koordynacji reform.
Po otrzymaniu nominacji Saakaszwili nie szczędził podziękowań i słów zachwytu wobec ukraińskiego prezydenta. W swoim pierwszym wystąpieniu zaznaczył, że jest gotów maksymalnie pomagać prezydentowi. Jak się wyraził Ukrainę należy wyciągnąć z bagna a może tego dokonać tylko prezydent, który „nigdy nie był złodziejem i nigdy nim nie zostanie”. Zapowiedział też, że będzie działał na rzecz liberalizacji dotkniętej koronawirusem ukraińskiej gospodarki uwalniając ją od zbyt wielu – jego zdaniem – regulacji wprowadzonych przez państwo.
Mianowanie Saakaszwilego spowodowało natychmiastową reakcję ze strony Gruzji. Minister spraw zagranicznych Dawid Zalkaliani oświadczył, że nominacja ta spowodowała „pewne problemy w stosunkach dwustronnych” i w rezultacie wezwał swojego ambasadora w Kijowie na konsultacje. Zabrał też głos premier Georgij Gacharija precyzując, że Tbilisi nie odwołuje ambasadora a jedynie wzywa na konsultacje dotyczące tego jak „chronić strategiczne i braterskie stosunki z ukraińskim narodem od tych awanturników-polityków”. Zaznaczył, że niezrozumiałe jest to, że strategiczny partner mianuje na stanowisko kogoś, kto został skazany za popełnienie ciężkich przestępstw. Jednak równocześnie w dyplomatyczny sposób wyraził przekonanie, że stosunki między Gruzją a Ukrainą nie ucierpią z powodu „poszczególnych nieodpowiedzialnych polityków”. Oświadczył też, że ma nadzieję na to, że ukraińskie władze nie pozwolą by Saakaszwili ingerował z Kijowa w wewnętrzne sprawy Gruzji dodając, że bardzo go ta sprawa interesuje i będzie ją bacznie obserwować.
Reakcję ze strony gruzińskiej Wołodymyr Zełenski starał się zbagatelizować. Nazwał ją mylną jednocześnie twierdząc, iż Ukraina ma z Gruzją wspaniałe stosunki i nie będzie wzywać na konsultacje swojego ambasadora, ponieważ stosunki między obu krajami są bardziej długotrwałe niż rządy w jakimkolwiek państwie. Jego zdaniem, po konsultacjach wszyscy zrozumieją, że w każdym państwie polityka kadrowa obejmuje obywateli, którzy tam żyją. Z kolei rzeczniczka ukrańskiego MSZ Kateryna Zełenko „uściśliła”, że władze w Kijowie chcą wykorzystać doświadczenia byłego gruzińskiego prezydenta w zakresie wdrażania reform dodając, że ma on na tym polu „znaczące osiągnięcia”.
Kijów i Tbilisi łączy negatywny stosunek do Rosji, choć w Gruzji jest mniej eksponowany, i co za tym idzie dążenie do wstąpienia w szeregi NATO. Przy podkreślanym przez Gruzję strategicznym partnerstwie między obu krajami decyzja ukraińskiego prezydenta wobec Saakaszwilego wydaje się być niezrozumiała a prawdziwe motywy faworyzowania byłego prezydenta Gruzji oraz istota wzajemnych relacji między obu politykami pozostają wciąż niejasne.

Ukraina nie zmieni priorytetów

Zmiany kadrowe w ukraińskim rządzie nie zmieniają jego priorytetów – wszelkie wątpliwości rozwiał prezydent Wołodymyr Zełenski w wywiadzie dla „Bloomberga”. Przy okazji zadziwiająco szczerze wypowiedział się o tym, jak wielkie znaczenie na Ukrainie, sześć lat po Majdanie, nadal mają znienawidzeni oligarchowie.
Wymianę rządu, który jeszcze dwa tygodnie temu zbierał od niego pochwały, Zełenski wytłumaczył potrzebą „efektywności” pracy gabinetu. Zapewnił, że nikogo, kto pracuje efektywnie, nie wyrzuci z posady i raz jeszcze przekonywał, że obecny rząd przeprowadza w kraju reformy o historycznym znaczeniu.
Niewątpliwie takich zmian spodziewała się po Majdanie znaczna część ukraińskiego społeczeństwa, ale w tej samej rozmowie Zełenski przyznał mimochodem, że demontaż patologicznego układu oligarchów żerujących na zasobach Ukrainy nie został nawet dobrze zaczęty. – Oligarchowie kontrolują 70-80 proc. aktywów Ukrainy. Każdy menedżer na Ukrainie pracował dla któregoś z nich albo jest w jakiś sposób z jednym z nich powiązany – powiedział prezydent.
Zełenski mówił, że w obecnych czasach politycy ukraińscy powinni reformować, nie oglądając się na rankingi popularności, ale komentatorzy nie mają wątpliwości: to właśnie spadający ranking popularności prezydenta i jego partii Sługa Ludu był jedną z przyczyn, dla których rząd „młodych i dynamicznych menedżerów” wyleciał w powietrze. W lutym sondaże pokazywały, że już 53 proc. Ukraińców uważa, że sprawy kraju zmierzają w złym kierunku, a 60 proc. twierdziło, że nie ma zaufania do rządu (do prezydenta – 40 proc.). Tymczasem jeszcze pół roku temu 78 proc. społeczeństwa była raczej skłonna dawać gabinetowi Honczaruka szansę…
Cokolwiek kuriozalnie brzmi na tym tle deklaracja Zełenskiego, że nowy rząd będzie robił zasadniczo to samo, co poprzedni, a przynajmniej takie same stoją przed nim zadania. Denys Szmyhal i jego gabinet będą kontynuować współpracę z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, dokończyć reformę zezwalającą na swobodny obrót ziemią. Zwłaszcza ten drugi temat budzi wśród Ukraińców ogromne kontrowersje i raczej nie sprawi, że rząd nagle zacznie cieszyć się autentyczną sympatią. Do tego Szmyhal podobnie jak poprzednik jest admiratorem polskiej transformacji gospodarczej i chciałby się na niej wzorować.

„Miłość polsko- ukraińska pod anty ruską banderą

Rok 2020 będzie niezwykle ważny dla naszych ukraińskich sąsiadów. Już 7 lutego 2019 Rada Najwyższa Ukrainy wpisała do Konstytucji zapis o strategicznym dążeniu Ukrainy do członkowstwa w NATO i Unii Europejskiej. Przyjęto go entuzjastycznie jako sygnał do wymarszu ku europejskim, demokracjom parlamentarno- gabinetowym i Atlantyckiej wspólnocie wojskowej. No i pożegnanie z „ruskim mirem” oraz putinowską „Demokracją suwerenną”.
Paryż mrozi
Rok 2020 kiepsko się zaczął dla proeuropejskich, ukraińskich aspiracji. Unię Europejska opuściła Wielka Brytania, tradycyjna orędowniczka rozszerzenia Unii, przede wszystkim przyjęciu sześciu państw bałkańskich. Ale w starej Unii Europejskiej zwyciężyła doktryna francuskiego prezydenta Macrona – „Najpierw pogłębienie, potem rozszerzenie”. Co oznacza, że zanim Unia Europejska nie zreformuje się, to nowych państw przyjmować nie będzie. Przynajmniej szybko nie powinna. Takiej „czarnej polewki” zakosztowała właśnie Macedonia Północna i Albania. Dwa państwa o łącznej liczebności 6,5 miliona obywateli. Bardzo zaawansowane w reformowaniu swego prawa tak, aby pasowało do unijnego. Porównując unio europejskość Macedonii i Albanii z ukraińską, nietrudno zauważyć, że Kijów pozostaje w tyle pro unijnego peletonu. I jeśli nie przeprowadzi reformy samorządowej i agrarnej w tym roku, to zdecydowanie umocni się na ostatniej pozycji.
Obie reformy obiecywał już nowy prezydent Ukrainy w czasie swej zeszłorocznej wizyty w Paryżu. Jednakich realizacja nie jest łatwa. Do tej pory ziemia rolna na Ukrainie jest własnością państwa. Uprawiają ją, zwykle w formie wielkich farm i latyfundiów, prywatni dzierżawcy. Jeśli ziemia ta zostanie sprywatyzowana w formie latyfundiów, to grupa ukraińskich oligarchów umocni się jeszcze bardziej. Jeśli do prywatyzacji dopuszczeni zostaną zagraniczni inwestorzy, co politycy ukraińscy obiecywali, to zagoszczą tam chińscy panowie magnaci oraz amerykańskie, globalne koncerny produkujące żywność na skalę przemysłową. Już teraz lobby rolnicze z Unii Europejskiej obawia się ukraińskiej konkurencji. Jeśli po przyszłej reformie agrarnej ukraińskie rolnictwo zdominują giga latyfundia, to przyszła Ukraina będzie kłopotem dla przyszłej, wspólnej polityki rolnej Unii Europejskiej.
Reforma samorządowa, polegająca na decentralizacji władzy, na pewno przybliży Ukrainę do Unii Europejskiej. Pozwoli sąsiadującym, europejskim regionom jeszcze lepiej współpracować z dotychczasowymi ukraińskimi partnerami. Z drugiej strony taka decentralizacja władzy w regionach może sprzyjać legitymizacji władzy pro rosyjskich separatystów z regionów Donbasu i Ługańska. Tam gdzie państwo ukraińskie już teraz kontroli nie ma, a po takiej reformie tym bardziej kontroli może nie mieć.
Zatem pytanie: Robić reformę rolną aby oddalić się od modelu rolnictwa w Unii Europejskiej i robić reformę samorządową aby przybliżyć Donieck do Rosji?, pozostaje gorzkim i fundamentalnym.
Donbas pas
Równie gorzka jawi się przyszłość kontrolowanego obecnie przez prorosyjskich separatystów terytorium. W czasie Forum dyskutowano o problemach odbudowy regionu Donbasu, zwłaszcza tej 1/3 jego terytorium nadal zajętego przez separatystów. Zgodzono się, że odbudowa dawnego systemu ekonomicznego Donbasu nie ma już sensu. Tradycyjne hutnictwo i węgiel kamienny to technologie przeszłości. Dodatkowo ten separatystyczny region jest teraz systematycznie dewastowany, rozkradziony, dekapitalizowany. Nie ma tam cywilnej gospodarki, jest „dziki kapitalizm wojenny”. Nie ma też wystarczających kadr dla przyszłej, cywilnej gospodarki. I dodatkowo regionowi grozi katastrofa ekologiczna, bo wszelka infrastruktura od lat przestała być modernizowana. Dlatego z roku na rok znaczenie gospodarcze Donbasu będzie spadać, a koszty jego odbudowy będą coraz droższe. Dziś Kijów deklaruje, że odbuduje gospodarczo Donbas, ale już jako inną, nowoczesną strukturę gospodarczą. Trudno w te deklaracje uwierzyć, bo przecież cała Ukraina wymaga systemowego euro remontu. Dlatego Donbas ma szanse stać się kolejnym zacofanym, peryferyjnym regionem podobnym Naddniestrzu czy Abchazji. Niestety bez regionalnych koniaków, bez Morza Czarnego. Za to z wydobywanym tam węglem sprzedawanym w Polsce rządzonej przez PiS.
Bolszewika goń
Elity PiS, obecne na Forum, deklarowały, że ich Partia jest najbardziej pro ukraińską formacją polityczną w IV Rzeczpospolitej. Czyniły to wielokrotnie ustami pani wicemarszałek Małgorzaty Gosiewskiej, pana wicemarszałka Ryszarda Terleckiego oraz innymi, już mniej utytułowanymi. Te deklaracje miłości elit intelektualno- politycznych PiS nie zostały potwierdzone przez odpowiednich rangą polityków ukraińskich.
Bo w tym roku reprezentacja ukraińskiej Rady Najwyższej zbojkotowała zaproszenia do wspólnych aktów miłości podczas Forum. Może dlatego pan marszałek Terlecki wiele gorzkich i twardych słów o swoich ukraińskich partnerach rzekł raczył.
Zebrani na Forum europejscy politycy i eksperci uznali, że stosunki polsko- ukraińskie na poziomie najwyższych władz politycznych są złe. Od pięciu lat nie było przecież wizyty polskiego premiera na Ukrainie. I choć PiS uważa się za partię pro ukraińską, to politycy ukraińscy uważają PiS za formację jawnie anty ukraińską. Cierpliwie czekają, aż PiS straci w Polsce władzę.
A na poziomie samorządów, uczelni i instytucji kulturalnych współpraca jest dobra, czasem znakomita. Podobnie jest ze współpracą gospodarczą. Kiepsko bywa na poziomie dużych przedsiębiorstw, bardzo dobrze jest na szczeblu średniego i małego biznesu.
Najsilniej elity polityczne PiS i Ukrainy łączy wezwanie do walki z Rosją. W tym roku podczas Forum można było usłyszeć krytykę polityki Rosji znacznie częściej niż w latach poprzednich. Elity polityczne rządzące Polską i Ukrainą planują zacieśnienie współpracy wojskowej Ukrainy z NATO, aby przeciwstawić się Rosji. No i wedle zasady „Najpierw członkowstwo w NATO, potem w UE”.
Planują wspólne protesty przeciwko blokowaniu Morza Azowskiego i okupacji Morza Czarnego przez Rosję. Umiędzynarodowienie konfliktu pomiędzy Tatarami i Rosjanami na Krymie. Bojkot ekonomiczny Krymu i portu w Noworosyjsku. Wspólny antyrosyjski front propagandowy w zachodniej Europie. Planują też wielkie, uroczyste wspólne obchody zwycięstwa polsko- ukraińskiego w wojnie 1920 roku z Armią Radziecką.
Tu jednak strona polska wkracza na pole wspólnej polityki historycznej. Pole usiane gęsto, tradycyjnymi minami. Nie wiem, czy uda się stronie polskiej ustąpić wystarczająco dużo pola dla strony ukraińskiej. Sojusznika drugorzędnego, ale też na polu polityki historycznej wielce ambitnego.
Czas po obchodach Bitwy Warszawskiej pokaże, czy pogoń za nieboszczykiem bolszewikiem stanie się mową viagrą dla współczesnej miłości polsko- ukraińskiej?
PS. We wtorek 18 lutego o godzinie 17:00 w lokalu „Kuźnicy” przy Al. Słowackiego 44 (parter) w Krakowie odbędzie się spotkanie z Piotrem Gadzinowskim, redaktorem naczelnym „Dziennika Trybuna”.. Zapraszamy , zapraszamy!

Ostatni bój ukraińskich pracowników

Nowy neoliberalny kodeks pracy zrobi z Ukraińców parobków – alarmują związki zawodowe nad Dnieprem.

Pod siedzibą rządu w Kijowie oraz w wielu innych miastach Ukrainy 30 stycznia odbyły się demonstracje związków zawodowych i organizacji lewicowych przeciwko projektowi nowego kodeksu pracy. Prawo wzięte prosto z marzeń neoliberałów i z koszmarów sennych pracowników świadomych swoich interesów to jeden ze sztandarowych projektów rządu Ołeksija Honczaruka. Najprawdopodobniej przejdzie, gdyż rządowa frakcja ma większość w Radzie Najwyższej.

Ponadto frekwencja na proteście pokazywała raczej słabość ukraińskiego ruchu związkowego – przeciwko zmianie kodeksu pracy, która jest wyjątkowo niekorzystna odla pracowników, pod gmach rządu przy ul. Hruszewskiego przyszło protestować kilka tysięcy osób. W porównaniu z tłumami na Majdanie to naprawdę niewiele, a przecież wprowadzane zmiany uderzą w każdego Ukraińca, który nie zdecyduje się na emigrację zarobkową.

Powyżej tysiąca oburzonych udało się zmobilizować także związkowcom z Zaporoża, Charkowa, Czernihowa i Krzywego Rogu. Kilkaset zgromadziło się na protestach w Użhorodzie, Równem, Mikołajowie, Winnicy, Dnieprze oraz we Lwowie. To akurat sukces. W przemysłowym Krzywym Rogu walka pracownicza ma wielkie tradycje, a lokalne związki także w ostatnich latach rzucała z powodzeniem wyzwanie wielkim i bezwzględnym pracodawcom, ale w pozostałych miastach w ostatnich latach ruch pracowniczy był w niemal całkowitej stagnacji.

Praca niebezpieczna i niestabilna

– Pracownik będzie mógł bez większych trudności zostać zwolniony, gdy jest na urlopie, na chorobowym lub na urlopie macierzyńskim. Neoliberalne prawo pracy zrobi z Ukraińców parobków – ten fragment stanowiska przyjętego przez Zjednoczenie Związków Zawodowych Ziemi Lwowskiej zawiera w sobie część zarzutów, jakie pod adresem nowego kodeksu mają obrońcy praw pracowniczych. A to nie wszystko.
Po wejściu w życie nowego ustawodawstwa pracownik nie będzie mógł odmówić wykonywania swoich obowiązków, kiedy zatrudniający nie zapewni mu warunków zgodnych z zasadami BHP, wynagrodzenie za nadgodziny ma wynosić zaledwie 20 proc. zwykłej stawki godzinowej, a okres wypowiedzenia przy zwolnieniu zredukowano do 15 dni. Pod pretekstem „wyrównywania szans mężczyzn i kobiet” z nowego prawa wykreślono również przepisy chroniące matki z dziećmi – nie można było dotąd ich zwolnić, dopóki dziecko nie skończyło 3 lat, zaś samotne matki miały gwarancję zatrudnienia aż do ukończenia przez syna lub córkę lat 14.

Wyrzucić ministra

Do uproszczonej procedury zwalniania pracownika, który za wspomnianym 15-dniowym wypowiedzeniem będzie mógł zostać wyrzucony w zasadzie zawsze, kiedy pracodawca uzna to za stosowne, nawiązali demonstranci podczas wczorajszych zgromadzeń. Na jednym z transparentów zebrani ludzie, jako „pracodawcy rządu”, ogłosili zwolnienie Tymofija Myłowanowa, ministra gospodarki i jednego z głównych architektów antyspołecznej reformy. Na innym napisano: Nawet koronawirus umarłby od takiej pracy!, jeszcze na innym: Precz z niewolnictwem! Co do tego, że kodeks uczyni z pracowników najemnych niewolników, wątpliwości nie ma również Witalij Machynko, przewodniczący związku zawodowego Solidarność Robotnicza.

– W kodeksie znalazło się m.in. pojęcie kontraktu z nienormowanym czasem pracy. To oznacza, że pracownik jest zobowiązany do pracy tyle godzin, ile mu nakaże pracodawca,byle zgadzała się miesięczna pula godzin. W praktyce oznacza to, że jednego dnia, kiedy nie ma materiałów, albo po prostu takiej potrzeby, dzień pracy dla każdego może wynosić 2 – 3 godziny. A kiedy trzeba nadgonić czas i zamówienia, pracodawca może całkowicie bezkarnie zmusić swoich pracowników do pracy np. 16 godzin – alarmuje Machynko.

Być jak Polska

Ukraiński rząd wydaje się jednak bardzo zadowolony z przygotowanej ustawy i raczej nie zanosi się na to, by się z niej wycofał. Minister Myłowanow obiecuje, że jego kraj dzięki deregulacji i uproszczeniu przepisów stanie się „mekką dla inwestorów”, podobne wizje kreśli prezydent Zełenski. W ocenie lewicowych organizacji Myłowanow uprawia w internecie zwyczajną dezinformację, wychwalając zalety nowych przepisów i zapewniając, że wszystkie wady to wymysł związkowców.
Wschodnioeuropejska praktyka pokazuje, że nie da się równocześnie przyciągać za wszelką cenę biznesu i dbać o prawa pracowników. Dowodzi tego choćby przykład polskiej transformacji, którym ukraińskie władze bardzo się zachwycały.

Ukraina zażąda reparacji wojennych od Rosji?

Okazuje się, że poza Prezesem Państwa, jego akolitami i wyznawcami są jeszcze ludzie, którzy autentycznie zazdroszczą Polsce upadku i międzynarodowej izolacji. To część ukraińskiej skrajnej prawicy.

Oleg Tiahnybok to znany na Ukrainie prawicowy ekstremista, lider skrajnej partii Swoboda. Wezwał on, wskazując na Polskę jako wzór, władze w Kijowie do natychmiastowego sformułowania i wysunięcia roszczeń odszkodowawczych wobec Rosji w związku z drugą wojną światową. Polityk powołuje się też na przykład krajów bałtyckich, które wraz z Polską tworzą osobliwy konglomerat krajów, w których fundamentalną tożsamością nowych władz jest nieokiełznana i nieskończona nienawiść do Rosji.
Szef ukraińskiej Swobody zyskał sławę głównie dzięki ostentacyjnemu wyrażaniu poglądów antysemickich i ksenofobicznych, teraz chyba chce zyskać kilka dodatkowych punktów do swojego „kombatanctwa”. Spodziewa się, że Moskwa zapłaci za „szkody wyrządzone na Ukrainie” w czasie drugiej wojny światowej. Tłumaczył, że chodzi mu o okres, w którym III Rzesza zaatakowała radziecką Ukrainę. W jaki sposób ZSRR jest za to odpowiedzialny i dlaczego Rosja jako sukcesorka tego państwa miałaby ponosić jakieś konsekwencje finansowe pozostaje wyłączną wiedzą Tiahnyboka.
Na tym jednak nie koniec. Ukraiński ekstremista życzy sobie także odszkodowania od Rosji „za okupację w ciągu minionego stulecia” oraz specjalnych bonusów za wywłaszczenie i kolektywizację dokonane w pierwszych latach istnienia Związku Radzieckiego. Życzy sobie także specjalnych rekompensat za tzw. wielki głód oraz „dziesiątki milionów zabitych Ukraińców”.
Lista żądań Tiahnyboka nie kończy się i na tym.
Domaga się on także przekazania ekwiwalentu części rezerw walutowych ZSRR. Jest to szczególnie szczególnie odrażające żądanie, gdyż Rosja, po rozpadzie Związku Radzieckiego, wzięła na siebie zobowiązania finansowe wszystkich republik, także Ukrainy. Nawiasem mówiąc, ciężar tych długów był jedną z przyczyn głębokiego regresu cywilizacyjnego jakiego doznała Rosja w latach 90-tych i to nie tylko na początku tej dekady. Także zapomniany już kryzys z roku 1998 wynikał z przesłanek związanych właśnie z wierzytelnościami ZSRR.
Żądanie wynika zapewne z tego, że sam Tiahnybok jest po prostu złym człowiekiem; nie należy jednak pomijać jego ewidentnej ignorancji i wynikającego z niej zaślepienia. Znamy to oczywiście i z naszego podwórka – dość spojrzeć choćby na dorobek Instytutu Pamięci Narodowej. Jednak Tiahnybok jest cokolwiek mocniej szurnięty. Jego wiedzę o drugiej wojnie światowej ujawnia najlepiej wypowiedź z 2004 roku, kiedy to został usunięty z Rady Najwyższej (parlament ukraiński). Oznajmił wówczas, że „Ukraińcy walczyli z Moskalami, Niemcami, Żydami i innymi szumowinami, którzy chcieli zabrać nam nasze państwo”.
Dziś ten „mąż stanu” wskazuje Polskę i postępowanie władz naszego kraju jako przykład do naśladowania. Jak nisko upadliśmy?

Iran się przyznał

Irańczycy przyznali się, że to oni zestrzelili ukraińskiego Boeinga 737-800. Dodają jednak: ta tragedia nie zdarzyłaby się, gdyby nie amerykańskie awanturnictwo w regionie.

Oświadczenie irańskiego prezydenta Hassana Rouhaniego o tym, że to irańska obrona przeciwlotnicza zestrzeliła ukraiński samolot z jednej strony przecina spekulacje dotyczące prawdziwych intencji i sprawców zestrzelenia (przewodniczący ukraińskiej Rady Obrony zasugerował wprost, że to Rosjanie stoją za tragedią), z drugiej zaś, może wcale nie uspokoić tych, którzy za wszelką cenę chcą oskarżyć i, co ważniejsze, ukarać Iran.
Rouhani powiedział, że strącenie samolotu było wynikiem „błędu ludzkiego”. Stwierdził, że „głęboko żałuje” tego, co się stało oraz wyraził współczucie rodzinom zabitych. Dodał, że tragedia była związana z istotnym zagrożeniem ze strony USA, w związku z czym siły zbrojne Iranu zostały postawione w stan pełnej gotowości bojowej. Samolot, jak poinformował sztab generalny Iranu, został omyłkowo wzięty za „samolot nieprzyjaciela” i zestrzelony.
Prezydent Iranu przedsięwziął wszelkie niezbędne działania w celu wypłaty finansowych rekompensat rodzinom zabitych. Zapowiedział też, że prowadzone śledztwo będzie miało na celu ujawnienie winnych strasznej katastrofy.
„To straszny dzień”, napisał w na Twitterze minister praw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif, „wstępne ustalenia wewnętrznego śledztwa sił zbrojnych: to ludzki błąd, popełniony w czasie kryzysu, wywołanym awanturnictwem USA, doprowadził do katastrofy”.
Dowódca sil powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Amir Ali Hadżizade wyjaśniał w telewizji irańskiej, że operator pocisku miał 10 sekund na podjęcie decyzji i otworzył ogień, nie konsultując tego z nikim. Amir Ali Hadżizade powiedział też, że „że chciałby umrzeć i nie być świadkiem takiego wypadku”. Komentując oświadczenie irańskiego prezydenta Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy.
„Dzisiejszy poranek przynosi prawdę. Ukraina nalega na pełne przyznanie się do winy. Oczekujemy, że Iran pociągnie winnych do odpowiedzialności, zwróci ciała, zapłaci odszkodowanie i wyda oficjalne przeprosiny. Dochodzenie musi być otwarte i kontynuowane bez opóźnień i przeszkód” – napisał Zełenski.
Czy przyznanie się władz irańskich do zestrzelenia samolotu i wzięcie na siebie całej winy przyczyni się do uspokojenia napięcia w regionie? Tego na razie nie wiadomo.
W 1988 roku stacjonujący na wodach cieśniny Ormuz, krążownik USS Vincennes wystrzelił rakietę w kierunku AirbusaA300B2, należącego do linii Iran Air. Samolot eksplodował. Zginęło 290 osób. W przeciwieństwie do Teheranu, Waszyngton miał problem z jednoznacznym przyznaniem się do winy. Marynarka poinformowała, że załoga okrętu zidentyfikowała maszynę jako wojskowy F-14 Tomcat oraz, że był to efekt „stresu wojennego”. Dowódca krążownika William C. Rogers przekonywał, że uznał start samolotu jako zagrożenie dla jego jednostki. Strona irańska potępiła zdarzenie jako akt terroru, zauważając, samolot oddalał się okrętu, a więc nie było podstaw by diagnozować ofensywne zamiary, oraz, że nawet jeśli Amerykanie uznali maszynę za myśliwiec, to nie mieli prawa kierować w jej stronę pocisków, bo znajdowała się w irańskiej przestrzeni powietrznej.

Turcy IV Rzeczpospolitej

W maju 1958 roku prasa niemiecka informowała o niezwykle miłej uroczystości. Oto na dworcu w Berlinie radośnie przywitano stutysięcznego gastarbeitera przybyłego z Portugalii. I wręczono mu okolicznościowy prezent. Elegancki motocykl.
Jednak pomimo tak atrakcyjnych zachęt strumień importowanych portugalskich robotników szybko wysechł. Wtedy rządy ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec zaczęły zapraszać gastarbeiterów z Grecji, Włoch, Hiszpanii i Jugosławii. Ci też nie wystarczali dla dynamicznie rozwijającej się niemieckiej gospodarki. Dlatego w 1961 roku niemiecki rząd zwrócił uwagę na Turków, których dwa tysiące już pracowało na dobrobyt Republiki Federalnej. W tamtym roku odpisano niemiecko – turecką umowę regulującą prawnie pobyt tureckich pracowników w Niemieckiej Republice Federalnej. Wszyscy oni mieli być jedynie czasowymi pracownikami – gośćmi niemieckiego państwa. Dwanaście lat później było ich tam już 700 tysięcy, choć żaden z nich motocykla za przyjazd do Niemiec nie dostał. Pomimo tego wielu z nich osiedliło się tam na stałe, jeszcze sprowadziło swych bliskich z Turcji.
Obecnie mieszka w Niemczech ponad 3 miliony Turków i tureckich Kurdów. Tylko cześć z nich uważa się za w pełni zasymilowanych obywateli RFN.

W Polsce przebywa obecnie ponad milion Ukraińców przybyłych w ostatnich latach z sąsiedniej Ukrainy. Są stałymi już „sezonowymi pracownikami”, licznymi studentami, a także rodzinami zatrudnionych w Polsce ukraińskich specjalistów. Wielu z nich ma wsparcie mieszkających tutaj „od zawsze” Ukraińców i Polaków świadomych swych ukraińskich korzeni. Nie wiemy ilu dokładnie mieszka obecnie w Polsce Ukraińców. Spisy ludności z lat 2002 i 2011 były tak przeprowadzane, aby maksymalnie zniechęcać wszystkich obywateli III Rzeczpospolitej do ujawniania swych niepolskich korzeni. Do ukrywania innej, niż katolicka, religii.
Dodatkowo, pomimo trzydziestoletniego istnienia III Rzeczpospolitej żaden z jej rządów nie opracował jeszcze kompleksowej, spójnej polityki migracyjnej. Nawet rządy uważane za lewicowe.

Elity związane z „Prawem i Sprawiedliwością” wpisały na swe polityczne sztandary specyficzną wrogość do niepolskich rządów i narodów oraz konieczność minimalizowania przyjmowanych migrantów ekonomicznych.
Hasła obrony Polski przed zalewem obcych znakomicie podbijały popularność PiS w czasie kampanii wyborczych.

Ale prognozy demograficzne i gospodarcze są dla rządzących nieubłagane i jednoznaczne. Populacja polskiej ludności będzie się zmniejszać, a społeczeństwo polskie statystycznie starzeć.
Nie pomogą programy 500+. Nie pomogą patriotyczne wezwania władz do Polaków – emigrantów, aby powrócili oni na Ojczyzny łono.
Polska gospodarka nie wyjdzie z „pułapki średniego rozwoju” bez pozyskania kilku milionów zagranicznych pracowników.

Elity gospodarcze PiS doskonale o tym wiedzą. Aby oszukać swój przysłowiowy „ciemny lud” wyborczy kreują mity o repatriacjach Polaków ze Wschodu, czyli z byłych republik byłego ZSRR. Stworzono „Kartę Polaka” – dokument ułatwiający przyjazd do Polski obywatelom Ukrainy, Białorusi, Rosji, Kazachstanu, posiadającym polskie korzenie. Dzisiaj taka Karta jest już często tylko przykrywką dla ukrytego drenażu mózgów i muskułów z tamtych państw dla polskiej gospodarki. Każdy bowiem obywatel mieszkający na terenach byłego ZSRR może mieć „polskie korzenie”. Przez tysiące lat byliśmy przecież sąsiadami, a czasem też bywaliśmy tu i tam „u siebie”.

Nie trzeba być prorokiem, aby przyjąć, że liczba ludności ukraińskiej, a także białoruskiej, rosyjskiej i innej „cudzoziemskiej”, będzie w Polsce rosnąć. Tego domaga się stale głodna siły roboczej rosnąca polska gospodarka.
Tego wymaga też polityka. Warto przypomnieć, że im więcej ma państwo polskie obywateli, tym bardziej jego ranga i znaczenie w Unii Europejskiej rośnie. Więcej obywateli PR to więcej dla Polski pieniędzy z wszelkich funduszy przeznaczonych na integrację naszej Unii. Więcej obywateli RP to także większa reprezentacja naszego państwa w Parlamencie Europejskim i innych unijnych instytucjach. Im więcej obywateli będzie miało państwo polskie, tym mniejsze będzie też zagrożenie wyludniania się części terenów Polski. Pustynnienia ich. Zagrożenie realne, już opisane, ale nadal ignorowane przez polskie elity polityczne i media.

Ten ponad milion Ukraińców w Polsce, taki Milion + społeczności ukraińskiej, to obecnie, realnie już ponad 3 procent mieszkańców naszego kraju. To procentowo tyle samo ilu Turków mieszka obecnie w RFN.

Pomimo tego polskie państwo, podobnie jak niemieckie w latach sześćdziesiątych w stosunku do przyrastającej populacji Turków, udaje, że nie się nie dzieje. Problemu nie ma. Że jedynie przyjechali do nas sezonowi pracownicy i sezonowi studenci. Nie trzeba wiele myśleć i robić, bo przecież studenci kiedyś wyjadą, a sezonowi pracownicy też na starość wrócą do siebie. Albo pojadą do Niemiec, gdzie już ich zapraszają. I problem sam się rozwiąże.

Rzetelne sondaże przeprowadzane wśród społeczności ukraińskiej mieszkającej w Polsce wskazują na odwrotne trendy. Wielu studentów ukraińskich chce pozostać w Polsce, podobnie jak wielu „pracowników sezonowych”. Niemcy, choć oferują im lepsze zarobki, przegrywają ze względów kulturowych. No i nie leżą w tak bliskim sąsiedztwie Ukrainy jak Polska.
Dlatego, zgodnie z doświadczeniami innych emigracji, powinniśmy oczekiwać procesów odwrotnych od oczekiwanych i głoszonych przez elity PiS.

Społeczność ukraińska będzie się w Polsce wzmacniać i samoorganizować. Emancypować kulturowo najpierw. Potem politycznie.
Jednym z pierwszych przejawów tego jest społeczna, kulturowa akcja Kateryny Kruk, ukraińskiej artystki mieszkającej w Polsce, postulującej aby polskie media przestały używać zwrotu „na Ukrainie”. Bo to sugeruje ukraińską poległość wobec dominującego społeczeństwa polskiego.
Nieuchronne jest powstawanie stowarzyszeń i partii politycznych reprezentujących przybyłą do Polski społeczność ukraińską. Nie zapominajmy, że Ukraińcom z „polskimi korzeniami” łatwo jest uzyskać polskie obywatelstwo. W Polsce można mieć też podwójne obywatelstwo, co też ułatwia decyzję o jego przyjmowaniu. Emancypacja społeczności ukraińskiej w Polsce będzie też miała religijny charakter. Zwłaszcza, że polski kościół katolicki jest w głębokim kryzysie moralnym i intelektualnym.
Pozostaje pytanie: czy ten Milion + społeczności ukraińskiej wzmocni teraz kościół prawosławny w Polsce? Czy przeniesie do Polski toczoną na Ukrainie wojnę religijną między stara cerkwią moskiewską, z która sympatyzuje nadal polska cerkiew, i nowo powstałą cerkwią ukraińską?

W czasie ostatnich wyborów prezydenckich w Ukrainie mieszkający w Polsce Ukraińcy stali w wielogodzinnych kolejkach by zagłosować na swego kandydata. To dowodzi ich aspiracji politycznych. Ale też budzi obawy, czy taka polityczna aktywność nie spowoduje przenoszenia z Ukrainy tamtejszych konfliktów kulturalnych, religijnych, politycznych, zwłaszcza z obszaru polityki historycznej, na teren państwa polskiego? Jak obecność tego ukraińskiego Miliona + będzie wpływać na relacje Polska – Rosja?
W przyszłości rzecz jasna, bo obecnie relacje są wyjątkowo złe, bez szczególnego udziału społeczności ukraińskiej.

Pomimo zaklęć i totumfackich deklaracji PiS nasz kraj będzie w XXI wieku wielonarodowy i wielokulturowy. Czas przestać okłamywać się. Udawać, że nie ma problemu, że wszystko jakoś „samo się”. Czas zacząć poważną dyskusję o programach adaptacyjnych, asymilacyjnych dla narastających społeczności emigrantów.
Przecież do hasła „Ukraińcy na Madagaskar” już nie wrócimy.

Kierunek Ukraina

Ten kraj nie jest dziś przykładem sukcesów „polskiej ekspansji gospodarczej”, aczkolwiek znalazł się wśród wskazanych przez rząd „perspektywicznych rynków pozaunijnych, mających znaczenie dla polskiego eksportu”. W wielu wypowiedziach słychać tęsknotę do odgrywania większego znaczenia na tym kierunku, nieco nostalgicznego „odbicia” rynku, zawojowania „dzikiego wschodu”. To Ukraina.

Jakie są więc nasze dwustronne relacje gospodarcze? Dobre czy złe? Z perspektywy Polsko- Ukraińskiej Izby Gospodarczej mogę odpowiedzieć, że te relacje są coraz lepsze.
W 2014 roku, po aneksji Krymu przez Rosję i wojnie w Donbasie, polsko-ukraińska wymiana handlowa załamała się. Polski eksport do Ukrainy spadł prawie o jedną trzecią i dopiero w 2017 roku wrócił do „przedwojennych” poziomów. Tyle o zjawisku, za które nie można winić Ukrainy. A teraz twarde dane: w 2013 roku polski eksport na rynek Ukrainy wynosił 18 mld PLN, w 2015 roku eksport był mniejszy o 5, 5 mld PLN ! To było już załamanie wymiany handlowej, które polscy przedsiębiorcy zdołali odrobić przez kolejne dwa lata. W 2018 roku wartość eksportu towarów zbliżyła się do 19 mld PLN. Dane o polskim eksporcie na Ukrainę w ciągu 10. miesięcy bieżącego roku też są optymistyczne- przekroczyliśmy równowartość 15 mld PLN, dynamika wzrostu rok do roku wynosi ponad 5 proc. W strukturze eksportu dominują wyroby przemysłu elektromaszynowego, chemicznego, artykuły rolno- spożywcze i wyroby metalurgiczne i przemysłu lekkiego.
A teraz trochę inne spojrzenie na statystykę. Udział Ukrainy w polskim eksporcie wynosi 2,1 proc. , czyli- nie szukając okrągłych słów- Ukraina nie jest dla Polski ważnym partnerem handlowym. Inaczej wygląda to z perspektywy Ukrainy. Konflikt na wschodzie Ukrainy i zabór części jej terytorium, wojna handlowa z Rosją osłabiły gospodarkę Ukrainy, ale też wymusiły jej reorientację. Nastąpiło wzmocnienie relacji z Unią Europejską, które doprowadziło do umowy stowarzyszeniowej. Jeszcze pięć lat temu eksport z Ukrainy do Rosji stanowił 18,2 proc., podczas kiedy do Polski – 4,9 proc. całości ukraińskiego eksportu. Dane Państwowej Służby Podatkowej Ukrainy za cztery miesiące 2019 r. pokazują, że zmienił się główny rynek ukraińskiego eksportu. Ukraina nastawiła się na zwiększenie współpracy gospodarczej z Europą. Miejsce Rosji – wieloletniego lidera (na drugim miejscu były Chiny, a dopiero na trzecim kraje UE razem wzięte) – zajęła Polska, z udziałem 6,7 proc. eksportu Ukrainy. Na drugim miejscu Rosja (6,2 proc.) przed Egiptem (5,3 proc.), Chinami (5,2 proc.), Turcją (5,2 proc.), Indiami (5,2 proc.), Włochami (5 proc.), Niemcami (4,5 proc.) i Holandią (3,9 proc.). Ciekawe są też zmiany w strukturze eksportu. Jeszcze niedawno „miejsca na pudle” były nienaruszalne: pierwsze- metalurgia, drugie- produkty pochodzenia roślinnego, trzecie- produkty przemysłu maszynowego. Dwa tygodnie temu dowiedziałem się, że na „na pudło” wskoczył sektor IT , zajmując trzecie miejsce i pozostawiając w tyle metalurgię.
Polska , stając się głównym partnerem handlowym Ukrainy, musi dostrzec tę zmianę. Liderzy Ukrainy, reprezentujący obóz prezydenta Wołodyra Zełenskiego i spora część oligarchów, zarządzających gospodarką, zrozumieli, że skończył się stary model gospodarczy. Opierał się on na tanich surowcach, w tym taniej energii, taniej pracy i przemyśle ciężkim. Dziś i rząd, i biznes mówi o konieczności zwiększenia konkurencyjności Ukrainy. To stawka na energię odnawialną , zwłaszcza farmy fotowoltaiczne i wiatrowe, nowoczesne wielkoobszarowe rolnictwo, szeroko rozumiany sektor IT, na wzrost handlu zagranicznego przetworzonymi produktami. Powinniśmy zastanowić się, jak wspierać te ambicje i pomagając w ich realizacji, zadbać o polskie interesy. Ukraina nie jest bowiem „skazana” na Polskę. Bez większego ryzyka można sformułować tezę, że Polska jest pierwszym krajem dla ukraińskiego eksportu dlatego, że jest najbliższym państwem członkowskim Unii Europejskiej. Krajem europejskiego tranzytu i dużym, bliskim a więc naturalnym rynkiem zbytu dla towarów, które muszą spełniać europejskie standardy. Poprzez Polskę ukraińscy przedsiębiorcy i handlowcy uczą się i zdobywają Unię Europejską.
Dogodne położenie nie zastąpi więc naszej wyobraźni i pracy. Pokazali to polscy inwestorzy, właściciele znanych w Polsce marek, którzy w Ukrainie uruchomili ciekawe i spore inwestycje. Ryszard Florek, właściciel producenta okien dachowych Fakro , ma na Ukrainie trzy fabryki, w których zatrudnia 570 osób. Ekspansję na Ukrainie prowadziły polskie instytucje finansowe. PZU przejął lokalnego ubezpieczyciela, aktywnie działa Kredobank należący do PKO BP. Zbigniew Drzymała, właściciel Inter-Groclin wybudował dwie fabryki w Ukrainie. Michał Sołowow otworzył zakład Barlinka w Winnicy. Fabryki na Ukrainie wybudowali także polscy producenci mebli Nowy Styl i Black Red & White.
Decyzje i projekty inwestycyjne w opisanych wyżej przypadkach podejmowano jednak przed wybuchem konfliktu z Rosją. Dziś wartość skumulowana inwestycji polskich przedsiębiorstw na rynku ukraińskim nie jest imponująca – nie przekracza jednego miliarda dolarów. Ostatnie lata przyniosły wyhamowanie ekspansji polskiego kapitału. I choć sytuacja zaczęła się poprawiać, Ukraina jest ciągle postrzegana jako kraj wysokiego ryzyka. Taka jest opinia przedsiębiorców i międzynarodowych instytucji, których opinie stanowią o dostępności kapitału i jego kosztach.
Ten prawie miliard „polskich” dolarów zainwestowanych w Ukrainie to niespełna 2 procent wszystkich inwestycji zagranicznych w tym kraju ( 33 miliardy dolarów) . W czasie polskiej transformacji gospodarczej wartość inwestycji zagranicznych przekroczyła 200 miliardów euro. To zestawienie, z jednej strony, poprawia polskie samopoczucie, z drugiej strony, świadczy o „głodzie” inwestycji w Ukrainie, który z czasem będzie zaspakajany. Można przypuszczać, że przemysł i usługi outsourcingowe , które jeszcze przenoszone są ze Starej Europy do Polski, za jakiś czas chętniej lokowane będą w Ukrainie. Wybierano Polskę ze względu na koszty i jakość pracy, dostępność komunikacyjną, stabilność kraju. Trudno odmówić Ukrainie, że jej kapitałem są młodzi, pracowici ludzie, niskie koszty pracy, co będzie przyciągało kapitał zagraniczny.
Ukraina się zmienia i powinniśmy dostrzec nową Ukrainę. To państwo, w którym prezydenta wybrano w wyborach przeprowadzonych zgodnie z kalendarzem wyborczym, a nie pod wpływem kolejnego Majdanu. To państwo, w którym jest proprezydencka większość parlamentarna, gwarantująca jednolitą, proreformatorską politykę. To państwo, w którym rządzi młoda ekipa, pewnie nieopierzona, ale wykształcona, znająca Europę, ambitna i lojalna wobec prezydenta. Co prawda, ukraińska polityka to ciągle zmaganie się demokratycznych aspiracji z interesami oligarchów, podejmowanie decyzji w cieniu podejrzeń o korupcję, ale jakieś przełamanie w kierunku normalności widać. Ukraina to kraj o ogromnych zasobach: ludzkich, naturalnych, ze słynnymi czarnoziemami i korzystnym klimatem. Wcześniej czy później jest wskazana na sukces. Będziemy jego uczestnikami, albo skorzystają na sukcesie Ukrainy inni.
W opublikowanym przez Bank Światowy zestawieniu „Doing Business 2019”, Ukraina pod względem warunków sprzyjających prowadzeniu działalności gospodarczej, zajmuje 71 pozycję wśród 190 ujętych w rankingu gospodarek świata. W porównaniu z edycją z 2017, Ukraina poprawiła swoją pozycję o 9 miejsc. W odniesieniu do kategorii handel zagraniczny, Ukraina zajmuje 78 pozycję – awans o 37 pozycji w stosunku do roku 2017. Ostatni Global Competitiveness Index daje Ukrainie 77 pozycję wśród 137 klasyfikowanych państw w dziedzinie warunków innowacyjności- poprawa o 4 pozycje- i 57 pozycję w dziedzinie poziomu infrastruktury- poprawa o 21 pozycji.
Według danych ukraińskich na początku 2018 roku na Ukrainie zarejestrowanych miało być przeszło 2,9 tys. firm z polskim kapitałem. Z kolei według szacunków Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej na Ukrainie działało w tym czasie ok. 1,2 tys. małych i średnich firm z mieszanym kapitałem polsko-ukraińskim, natomiast ok. 4 tys. firm realizowało z Ukrainą transakcje handlowe. To świadectwo dużej aktywności małych i średnich przedsiębiorstw. Polskie, zwłaszcza państwowe giganty, nie spieszą się ze współpracą i inwestycjami. Przykładem jest energia, a właściwie bezpieczeństwo energetyczne, które stało się jednym z celów rządu polskiego. Jak informuje „Rzeczpospolita”, w ubiegłym roku import energii elektrycznej do Polski był na poziomie 13,83 TWh, z czego z Ukrainy trafiło do nas tylko 1,41 TWh energii. Najwięcej energii w 2018 roku sprowadziliśmy z Niemiec – 7 TWh, druga na liście jest Szwecja z 3 TWh, a za nimi Litwa 1,61 TWh. Moglibyśmy sprowadzać więcej taniej i czystej energii elektrycznej z Chmielnickiej Elektrowni Jądrowej, ale linia przesyłowa 750 kV o mocy 2000 MWh stoi nieczynna od 1993 r. Jest to symbol kompromitacji relacji energetycznych Polska – Ukraina.
A teraz o współpracy gazowej. Polska zadeklarowała pomoc Ukrainie w dostawach gazu, wskazując że może to być amerykański LNG. Nasze deklaracje i plany przesyłowe są chyba większe niż oczekiwania strony ukraińskiej. Jednocześnie wskazujemy, że dla umożliwienia tego tranzytu Ukraina powinna wybudować po swojej stronie 120 km gazociągu, my w Polsce 2 km. Ukraińscy partnerzy podkreślają, że brakuje im pieniędzy na inwestycje i zauważają, że w sytuacji przerwania przesyłu gazu rurami wykorzystywanymi dziś przez Gazprom, można będzie wykorzystać je do przesyłu w drugą stronę. Trudno odmówić logiki temu rozumowaniu. My uzależniamy tę inwestycję od zakontraktowania przez Ukraińców dostaw gazu z USA. Oni mówią o wolnym rynku i handlu w obie strony. Czyli- w tym największy jest ambaras, aby dwoje chciało naraz.
Przez ostatnie cztery lata władze RP, udzielając strategicznego wsparcia Ukrainie w jej konflikcie z Rosją, w relacjach dwustronnych postawiły na politykę historyczną, przyjmując – paradoksalne u etatystów założenie – że gospodarka sama sobie poradzi. Radzi sobie, ale w kraju takim, jak Ukraina, w którym nie wszystkie instytucje i urzędnicy działają prawidłowo i uczciwie, państwo powinno mocniej wspierać swoich przedsiębiorców. BGK ma ciekawe produkty, wspomagające polskich eksporterów i inwestorów. Ale zredukowano działalność ekonomiczną polskiej dyplomacji, wierząc że zagraniczne biuro handlowe PAIH wystarczy. Brakuje spotkań na wysokim politycznym szczeblu, które z reguły są impulsem dla nowych projektów gospodarczych i pomagają tym projektom, które znalazły się w „zamrażarce”.
Przedsiębiorcy, Polsko- Ukraińska Izba Gospodarcza i inne organizacje biznesowe robią swoje. Będzie lepiej, ale można pomóc w tej pracy.

Szczyt normandzki i…

W Paryżu odbyło się spotkanie „czwórki normandzkiej” . Prezydenci Ukrainy i Rosji, którzy rozmawiali bezpośrednio ze sobą po raz pierwszy, zadeklarowali, że do końca roku w konflikcie w Donbasie nastąpi całkowite zawieszenie broni.

W pisemnym komunikacie podsumowującym spotkanie Kijów i Moskwa zapowiadają również wymianę wszystkich jeńców, demilitaryzację trzech kolejnych odcinków graniczących z linią rozgraniczenia. Potwierdzono również, że kolejne spotkanie w formacie normandzkim (Ukraina-Rosja-Francja-Niemcy) odbędzie się za cztery miesiące, a podstawą dalszych trwałych porozumień mają być porozumienia mińskie z 2015 r. To oznacza, że część obwodów donieckiego i ługańskiego otrzyma w granicach Ukrainy status specjalny. Formuła Steinmeiera, regulująca tryb jego wdrożenia, zostanie wprowadzona do ukraińskiego systemu prawnego (dotąd została jedynie zaakceptowana przez prezydenta).
Wołodymyr Zełenski i Władimir Putin rozmawiali w cztery oczy przez półtorej godziny. Po spotkaniu Putin okazywał demonstracyjne zadowolenie, twierdził nawet, że doszło do „ocieplenia wzajemnych relacji”. Zełenski wręcz przeciwnie – twierdził, że na spotkaniu osiągnięto za mało, a on liczył na więcej, chociaż już „odblokowanie dialogu” ocenił jako rzecz pozytywną.
Strony nie doszły do żadnych decyzji w sprawie dalszego statusu Donbasu. Władimir Putin na konferencji prasowej twierdził, że potrzebne będą zmiany w ukraińskiej konstytucji, by terytorium obecnych republik Donieckiej i Ługańskiej mogło uzyskać specjalny status. Wołodymyr Zełenski odpowiadał, że federalizacja Ukrainy nie jest możliwa, a żadnych ustępstw terytorialnych w zamian za pokój nie przewiduje; oznajmił, że częścią jego państwa pozostaje i Donbas, i Krym.
Zgodnie z przewidywaniami uczestnicy szczytu nie doszli do porozumienia, w jaki sposób w Donbasie odbywać się będą kolejne wybory ani o poruszeniu tematu wschodniej granicy Ukrainy. Według Kijowa o jakiejkolwiek elekcji – w tym o najbliższych wyborach samorządowych – może być mowa dopiero wtedy, gdy Ukraina odzyska nad tą granicą kontrolę. Obaj przywódcy stwierdzili natomiast, że chcą wdrażać w Donbasie projekty humanitarne.
W strefie konfliktu w Donbasie żyje 3,5 mln ludzi. Od początku wojny zginęło 13-14 tys. osób, większość podczas pierwszego, najkrwawszego roku walk. Jedną z przyczyn efektownego zwycięstwa Wołodymyra Zełenskiego w ukraińskich wyborach prezydenckich było jego zobowiązanie do zakończenia konfliktu.

 

Polski dobrobyt ukraińskimi rękami

„Polski model państwa dobrobytu” zaproponowany w expose pana premiera Mateusza Morawieckiego kierowany był jedynie do „normalnych” Polaków. I dlatego program, który w normalnym expose powinien obywateli łączyć, albo niwelować istniejące różnice, jedynie zaostrzył istniejące już podziały w polskim społeczeństwie.

Bo oferta premiera została skierowana jedynie do „normalnych” polskich rodzin, czyli tych preferujących narodowo – katolicki wzorzec. Kolejna szansa na wygaszenie wojny polsko-polskiej została zmarnowana.
Okazało się bowiem, że przyszły dobrobyt obiecywany przez premiera pana prezesa Kaczyńskiego, nie dotyczy wielu milionów obywateli państwa polskiego. Nie dotyczy wszystkich niekatolików.
Gdybyśmy dzisiaj przeprowadzili w naszym kraju uczciwy spis, albo rzetelny sondaż okazałoby się, że grupa osób nie identyfikujących się z religiami przekracza już dziesięć procent polskiego społeczeństwa.
Nieprawdziwy zatem jest też upowszechniany przez prawicowe media mit, że ponad 90 procent społeczeństwa polskiego to rzymscy katolicy. Zapewne mamy ponad 80 procent obywateli naszego kraju kiedyś ochrzczonych w tym obrządku. Ale to nie oznacza, że wszyscy oni przynależą się obecnie do polskiego kościoła katolickiego.
Dość rzetelne niedawne kościelne statystyki wskazują, że na msze święte regularnie uczęszcza jedynie czterdzieści procent deklarujących się jako „katolicy”. Jeszcze mniejsza grupa regularnie przystępuje do komunii świętej.
Symbolicznym było ślubowanie nowo wybranych parlamentarzystów. Prawie jedna czwarta nowego składu Sejmu RP nie skorzystała z możliwości dodania do roty ślubowania religijnej końcówki. I pewnie byłoby ich więcej, gdyby ateiści z klubu parlamentarnego PiS mieli więcej odwagi i nie ulegli panującemu tam „terrorowi poprawności politycznej”. Ale pan prezes Kaczyński zapowiedział walkę z „poprawnością polityczną”. Może następnym razem i oni się odważą?
Ile Ukrainy w Polsce?
„Polski model państwa dobrobytu” nie był też kierowany do innych niż „normalni Polacy” obywateli i mieszkańców naszego kraju. Nie dotyczył chrześcijan obrządku prawosławnego. Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Mołdawian, Rosjan.
Tych, którzy zamieszkują Polskę od wieków, od lat posiadają polskie obywatelstwa. Szacowanych na przynajmniej ponad pół miliona, a może i milion obywateli.
I tych cudzoziemców, którzy przybyli do nas w ciągu ostatnich kilku lat. Migrantów zarobkowych i studentów. Z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii. Ich może być już w naszym kraju prawie dwa miliony.
Oślepione narodowo – katolickim nacjonalizmem elity PiS nie chcą ich zauważyć. Samookłamują się, że mamy do czynienia jedynie z okresowym pobytem „pracowników – gości”. Ot, biedni ludzie z dzikiego Wschodu skorzystają sobie z danej im okazji, zarobią sobie, i wrócą tam gdzie ich miejsce.
Elity PiS nie chcą się pogodzić z prawdą i ekonomiczną rzeczywistością. Przecież bez pracy obecnych i kolejnych setek tysięcy ekonomicznych emigrantów z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i innych krajów nie ma szans na „Polski model państwa dobrobytu”.
Pan premier Morawiecki w swym eksposeł opowiadał bajki o setkach tysięcy Polaków pakujących już swe emigracyjne walizki. Aby z wiosną, z bocianami, po wrócić na Ojczyzny łono, zwabieni wizją „państwa dobrobytu”.
Ale takiej reemigracji nie będzie. Elity PiS zakłamują rzeczywistość i oszukują swych wyborców. Nie wspominają im o milionach Ukraińców i Białorusinów stale pracujących w Polsce. A tych, którym udało się dostać „Kartę Polaka”, teraz już coraz łatwiej wydawaną, mianują „odzyskanymi Polakami”.
Za to miliony Ukraińców codziennie budujących nasz „polski dobrobyt” są dla elit, mediów i biurokracji PiS niewidzialnymi.
Nie ma długofalowej polityki państwa polskiego wobec tej nowej emigracji. Bo elity PiS dalej udają, że problemu nie ma. Łudzą się, że ukraińscy emigrancki wtopią się w polskie społeczeństwo niczym wspólnota wietnamska. Nie będą zawracać państwu polskiemu głowy. Schowają się w niszach rynkowych i kulturalnych.
Elity PiS zapominają, że emigracja ukraińska jest nie tylko wielokrotnie większą od wietnamskiej. Zatrudniona jest już we wszystkich sektorach polskiej gospodarki. Zapominają, że ta emigracja ma po drugiej stronie granicy własne państwo. Nadal nie ustabilizowane, skonfliktowane.
Skutki braku polityki
W efekcie takiego sąsiedztwa do Polski przenosi się nie tylko ukraińska siła robocza, ale też spory i podziały polityczne stale obecne w ukraińskim społeczeństwie.
Niedawno został w Polsce aresztowany Ihor Mazur, weteran walk w Donbasie, aktywista nacjonalistycznych bojówek. Bo był poszukiwanym przez Interpol na wniosek Rosji. Po ukraińskich protestach wypuszczono go z aresztu i wykreślono z rejestru poszukiwanych. Ale problem rosnącego znaczenia faszyzujących, czy wręcz odwołujących się do nazizmu, ukraińskich ugrupowań pozostał. Czego w Polsce nie dostrzega się. Nie ma w Polsce instytucji, które by monitorowały takie zachowania wśród nowych emigrantów. Nie mówiąc już o edukowaniu ich w celu eliminowania złych wzorców. Zakazanych w Unii Europejskiej.
Żyjące w bańce „normalności nagrodo-katolickiej” elity i media PiS nie dostrzegają innych, chrześcijańskich religii. Albo traktują je z góry, protekcjonalnie.
I pewnie dlatego znowu nikt nie reaguje kiedy ukraińskie konflikty między prawosławnymi cerkwiami przenoszą się na teren Polski. Niedawno znany we wspólnocie prawosławnej monaster Świętych Cyryla i Metodego w Ujkowicach stał się miejscem walk między dotychczasowym patriarchatem moskiewskim a nowym kijowskim.
Cóż, można rzec, że takie spory i problemy nie są warte uwagi elit budujących „polski model państwa dobrobytu”, bo ci emigranci – Ukraińcy nie są przecież „normalnymi Polakami”.
Ale oni żyją w Polsce są, budują tutejszy „dobrobyt”. Wielu z nich zostanie u nas na stałe. I mają wszelkie prawa by państwo polskie otaczało ich swą opieką. Pomagało im w integracji ze społeczeństwem polskim. Zapewniało im dostęp do kultury narodowej i polskiej. Tworzyło warunki do wyznawania ich religii. Zapobiegało krzewieniu nienawiści narodowej, religijnej, politycznej.
Bez ich ciężkiej pracy i wysiłku program pogoni gospodarczej za Niemcami, tak pięknie wyartykułowany przez pana prezesa Kaczyńskiego, nie spełni nam się.