Księga Wyjścia (77)

Ballada o niewygodnej masakrze.

Znowu udało się powrócić z wyprawy w jednym kawałku, chociaż tym razem spodziewałem się wszystkiego. I to nie tyle ze strony Turcji, którą podczas wyprawy dwukrotnie odwiedziłem, a wcześniej publicznie oskarżałem o wspieranie Azerbejdżanu podczas konfliktu w Republice Arcachu (Górski Karabach), bardziej obawiałem się Ukrainy. Cieszyłem się natomiast, że lecę do Odessy.
Pojechałem tam na obchody siódmej rocznicy zbrodni odeskiej. Niedawnej historii, skrzętnie zamiatanej pod dywan przez niemal wszystkie polskie media, a jeśli już wyjdzie jakaś informacja, to tylko w jednej „słusznej” narracji. Pod tym względem już telewizja ukraińska jest bardziej obiektywna, nie tylko więcej o tym mówili, ale nawet programy, które zaczynały się słowami „sława Ukrainie, gierojom sława” nazywały tamte wydarzenia zbrodnią. Tym, którzy nie wiedzą, spróbuję streścić, a przy okazji opiszę co wyczytałem przygotowując się do wyprawy.
Drugiego maja 2014 roku, między nacjonalistycznymi bojówkami, które wsparli obecni wtedy kibice z Charkowa i Odessy, a protestującymi w miasteczku namiotowym przeciwnikami „ulicznej demokracji” czyli „Antymajdanem”, doszło do tragicznych w skutkach zamieszek.
Dwa tysiące rozjuszonych bandziorów, zaatakowało trzystu pokojowo protestujących ludzi. Najpierw podpalono im namioty, gdy schronili się w pobliskim budynku Związków Zawodowych, rozjuszony tłum nie odpuścił. Poleciały koktajle Mołotowa. Ogień wdarł się do środka i szybko ogarnął solidny gmach, część ludzi uciekając przed wydobywającymi się z okien płomieniami stanęła na zewnętrznych parapetach, część desperacko skakała na chodnik – nawet z tych najwyższych pięter, łamiąc sobie przy tym kończyny lub ginąc. Według zdjęć i świadków, ze strony napastników padały również strzały. Bilans – zamordowano 48 osób, a ponad dwieście pięćdziesiąt zostało rannych. Śledztwo wciąż trwa i jak zapewnili mnie znajomi z partii Szarija, zapewne będzie trwać wiecznie.
Tę masakrę polskie media (łącznie z Wikipedią) nazwały starciem nacjonalistów z prorosyjskimi separatystami. U nas tak zawsze, jeśli „Majdan” – dobry, to nic nie może tego „dobra” umniejszyć. Dlatego „Antymajdan” – z automatu okrzyknięto złym i inspirowanym przez Putina.
Konsekwentnie więc, wciąż wspierając tę uliczną „hurra demokrację”, lepiej było oczernić ofiary, czyli jak już wspominałem – protestujących Ukraińców – głównie mieszańców Odessy, ale także całej Ukrainy – nazywając ich rosyjskimi separatystami, żołnierzami Specnazu, serbskimi najemnikami, a nawet znalazłem opis, że sami się tam podpalili. Wrzućcie w wyszukiwarkę, naprawdę trudno uwierzyć. Zwróćcie też uwagę na źródła, są to głównie Gazeta Wyborcza i TVN. Już ukraińskie media bardziej rzetelnie relacjonują te wydarzenia, nikt tam nie mówi o żołnierzach i najemnikach, jeżeli już, to „rosyjskojęzyczni mieszkańcy Odessy” – to największy zarzut jaki usłyszałem na Ukrainie.
Przeglądając przed wyjazdem te relacje, zupełnie nie pasowało mi to do załączanych zdjęć i filmów, których też jest bardzo dużo w sieci. Za wszelką cenę starałem się zapomnieć, że znam jednego z uczestników tego protestu i jestem pewien, że nie jest ze specnazu. Na fotografiach, zamiast rosyjskich sołdatów, była głównie młodzież ubrana jak na pikniku, kilka starszych osób, a nawet kobieta w ciąży.
Doskonale widać to na tych przerażających zdjęciach, gdy stoją już na krawędziach, wypustach i zewnętrznych parapetach okien wysokich pięter, mając za plecami jedynie ścianę i obok buchające płomienie z czeluści okiennych.
Potrzeba zaszufladkowania i wyścig mediów w wychwalaniu przewrotu, jakim był Majdan – nie mogły przyznać, że Janukowycz, był legalnie wybranym prezydentem i jakby nie było, ogromna część społeczeństwa głosowała właśnie na niego. Potwierdziły to raporty międzynarodowych obserwatorów. A że był nieudolny, to już kwestia oceny, ale oceniać nie powinniśmy my, lecz sami obywatele podczas kolejnych wyborów.
Polska rusofobia odrzuciła ten wariant i przyjęła jedyną do zaakceptowania dla naszej wrodzonej rusofobii narrację. Ukraińska rusofobia jest równie zajadła, ale na pocieszenie napiszę, że chyba wobec Polaków bardziej. Jeśli gdzieś na Ukrainie usłyszycie za plecami – „polskie pany” – lepiej zwiewać. Wiedziałem więc, że pcham się w paszczę lwa.
Ukrainę znam od bardzo dawna, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych bardzo często odwiedzałem ten kraj. Ale głównie jego zachodnią część.
Odessa natomiast kojarzyła mi się z kosmopolityczną – rosyjskojęzyczną – wczasową enklawą. Gdy tylko mogłem, to łaziłem po mieście. Pierwszym punktem zwiedzania były słynne potiomkinowskie schody, ale również masę wrażeń po drodze, przepiękne barokowe kamienice, zatoka Morza Czarnego, niewielki port.
Poznałem ludzi z partii Szarija, mają w Odessie biuro, nawet stację telewizyjną, są zajadłymi przeciwnikami separatyzmu, uważają się za patriotów, nie godzą się jednak na gloryfikowanie nacjonalistów i wybielanie zbrodni.
To też ciekawe, sam Anatolij Szarij – dziennikarz i polityk, musiał uciekać z Ukrainy i schronił się w jednym z zachodnioeuropejskich państw. Pracując jako dziennikarz odkrył kilka skandali, urzędniczych przestępstw i odkrył w Odessie luksusowy dom publiczny dla pedofilów. Sam siebie określa jako kosmopolitę, ale i ukraińskiego patriotę, z zagranicy prowadzi swój kanał na YouTubie. Drugiego maja, podczas święta nacjonalistów, zaczął od pełnych oburzenia słów: „jak można w taki sposób świętować ludobójstwo”. To jeden z paradoksów tego kraju, Szarij musiał uciec, a partia jego działa i choć biuro jest strzeżone, nie kryją się ze swoją działalnością.
W miejscu masakry, na Kulikowym Polu, już od pierwszego maja pojawiali się ludzie, bardzo szybko układano kolejne rzędy kwiatów. To tam miały miejsce główne i smutne uroczystości, w których uczestniczyli przedstawiciele lokalnych władz i cerkwi. O czternastej ruszył pochód nacjonalistów. Pełen nazistowskiej symboliki marsz, początkowo wydawał się większy, to zasługa miedzy innymi przechodniów, widzów, ale i nasza. Przez całą ich trasę, wmieszani w tłum, szliśmy filmując i robiąc zdjęcia.
Marsz zakończył się wiecem pod pomnikiem Tarasa Szewczenki, tam już mogłem mniej więcej oszacować grupę, nie było ich więcej niż sto pięćdziesiąt osób. Duży fotoreportaż z tegorocznych obchodów ukaże się na łamach DT za dwa tygodnie. Przy okazji tajna policja aresztowała naszego kolegę, fotoreportera, po kilku godzinach nasi ukraińscy koledzy odnaleźli go i jakimś cudem odzyskali.
Miasto, które jeszcze dwa, trzy lata temu, było idealnym miejscem odpoczynku, też już się radykalizuje, powstają coraz bardziej wyczuwalne barykady. Rosyjski przestaje już być uniwersalnym językiem Odessy, o czym przekonałem się w sklepie spożywczym nieopodal hotelu. Miła obsługa zmieniła się w wulgarną, gdy tylko po rosyjsku zwróciłem się z jakimś pytaniem. Natomiast podczas marszu nacjonalistów, gdy zamawialiśmy po drodze kawę, dwójka sprzedawców ostentacyjnie rozmawiała z nami po rosyjsku – dodając na odchodne „paka”. Podział jest już nawet w samym mieście.
Dwa dni po uroczystościach i tym marszu, ponownie na lotnisko, w samolot i powrót. Ale już z dłuższym przystankiem w Stambule. Lecąc do Odessy, lotnisko to, chociaż duże, wydawało się świetnie oznakowane i bardzo czytelne. Dwie, czy trzy godziny czekania i bez problemu polecieliśmy dalej. Wracając, okazało się, że ta prostota, to jednak złudzenie. Zanim udało nam się przejść wszystkie bramki i wydostać na zewnątrz, minęło blisko półtorej godziny. Taksówka z hotelu już dawno odjechała i trzeba było wziąć nową. Odległość dosyć duża około 40 kilometrów. Z europejskiej części, musieliśmy pojechać na drugą stronę Bosforu. Do Azji. Taksówkarz zaproponował, że zawiezie nas za 35 euro. Oczywiście resztę z pięćdziesięciu wydał w tureckich lirach i oddając dziesięć, twierdził, że jest to równowartość piętnastu euro. Zmęczenie – dochodziła druga w nocy, już nie chciało się nikomu z nas targować. Po kilku godzinach snu i solidnym śniadaniu spacer. Stambuł zachwyca, ale o tym już w kolejnym odcinku Księgi Wyjścia. Transport powrotny był już tańszy, bo hotelowy – 25 euro.

Bilans na zero?

Czas na „Omówienie pełnego zakresu problemów, przed którymi stoją Stany Zjednoczone i Rosja”, stwierdził prezydent Joe Biden i zaproponował prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi spotkanie.
Chęć do szybkiego dialogu wzmogły koncentracje wojsk rosyjskich i NATO na pograniczu ukraińsko- rosyjskim. Alarmujące prognozy, że znowu może dojść tam do wojny.
Konflikt rosyjsko- ukraiński będzie zapewne jednym z tematów przyszłych rozmów. Jawne i oficjalne rokowania amerykańsko – rosyjskie o integralności i przyszłości ukraińskiego państwa to nowość polityczna. Do tej pory rozwiązaniem problemów Donbasu i aneksji Krymu zajmowała się „czwórka normandzka”, czyli Niemcy, Francja, Ukraina i Rosja. Zaś długofalową politykę sąsiedztwa Unii Europejskiej w europejskim otoczeniu Rosji spełniało Partnerstwo Wschodnie. Spłodzone przez Polskę i Szwecję, zaakceptowane przez Unię Europejską.
Partnerstwo Wschodnie zakładało współpracę z sześcioma byłymi republikami ZSRR, które po 1990 roku wybrały niepodległość. Z leżącymi w bliskim sąsiedztwie Białorusią, Ukrainą i Mołdawią oraz reprezentującymi kaukaskie krańce Europy; Gruzją, Azerbejdżanem i Armenią.
Na pierwszy szczyt w maju 2009 r. przybyli do Pragi wszyscy przywódcy. Drugi, we wrześniu 2011 roku w Warszawie, został już zbojkotowany przez przywódców Białorusi. Był to pierwszy sygnał narastających konfliktów wewnątrz Partnerstwa. Ostatni „szczyt” Partnerstwa odbył się w maju 2019 roku w Brukseli. W formie kolacji wydanej przez ówczesnego przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska dla przywódców pięciu państw Partnerstwa oraz białoruskiego ministra spraw zagranicznych.
Prymusi i chuligani
Celem Partnerstwa było przyciąganie byłych, europejskich republik radzieckich do sfery wpływów Unii Europejskiej. Cała szóstka dostała obietnicę akcesji do Unii Europejskiej pod warunkiem przeprowadzenia zmian i reform przybliżających ich gospodarki, systemy polityczne i prawne do standardów obowiązujących w UE.
Rosja od początku była przeciwna Partnerstwu. Uważała, i nadal uważa, taką politykę sąsiedztwa Unii za wrogą. Protestowała w czasie inauguracji Partnerstwa ustami prezydenta Miedwiediewa. Po przejęciu prezydenckiego urzędu przez Wladimira Putina oceny Partnerstwa stały się bardziej negatywne i jednoznacznie wyrażane.
W czasie dwunastoletniego istnienia Partnerstwa ujawnił się w tym regionie nowy, sprawny „partner”. Jeszcze w 2009 roku „partnerska” szóstka miała alternatywę. Być „bliską zagranicą” Federacji Rosyjskiej albo oczekującym w kolejce do Unii Europejskiej. W międzyczasie na regionalnego przywódcę i wzór do naśladowania wyrosła Turcja.
Rządzona przez prezydenta „sułtana” Erdogana rychło porzuciła starania o akcesję do UE. Zręczną polityką dowiodła, że dzięki umowom o wolnym handlu z UE można być tam swą gospodarczą nogą i jednocześnie można swą polityczną nogę trzymać poza euro wspólnotą. Można korzystać z europejskiego rynku bez konieczności nakładania sobie demokratycznego kagańca. Respektowania norm ochrony mniejszości etnicznych, kulturalnych, seksualnych. Podobnie można być w NATO i jednocześnie prowadzić w regionie własną politykę. Nawet mieć swoje „małe wojenki”. Nic dziwnego, że dla wielu elit państw Partnerstwa model tureckiego „sułtanatu” stał się bardziej atrakcyjny niż zachodniej demokracji parlamentarno- gabinetowej.
O osiągnięciu pozycji „drugiej Turcji” marzy wielu polityków ukraińskich. Nawet tych werbalnie deklarujących chęć akcesji do Unii Europejskiej. Zwłaszcza, że taka akcesja nie grozi przecież Ukrainie w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Nie trzeba zatem szybko i na siłę przyjmować trudnych do akceptacji rozwiązań, skoro nagrody szybko nie będzie. Na dziś wystarczy elitom dostęp ukraińskich firm do rynku UE i bezwizowe wyjazdy do państw Unii. Poza tym Unia nie jest już wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa Ukrainy. Teraz ekipa prezydenta Zelenskiego postawiła na szybką integrację z NATO, czyli administrację USA. Ma atut w postaci „najliczniejszej armii europejskiej”, choć jeszcze nie wystarczająco wyszkolonej i uzbrojonej.
Szans na akcesję do UE, ani na „drugą Turcję” nie ma inny, niedawny „prymus” Partnerstwa – Republika Mołdawii. Cóż z tego, że posiada ona umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, w tym porozumienie o strefie wolnego handlu. Skoro ostatnie lata mołdawskiej polityki to bezustanna walka prorosyjskich socjalistów z pro unijnymi liberałami. Bezpardonowa, z łamaniem prawa i zasad demokracji przez obie strony. W efekcie długotrwałych konfliktów Mołdawia stała się jedynie eksporterem taniej żywności i siły roboczej do państw UE.
Podobna przyszłość może czekać ostatniego z grona „prymusów” – Gruzję. Jeśli globalna pandemia nie zostanie opanowana, jeśli nie ruszy tam turystyka przynosząca znaczące dochody jej gospodarce, to Gruzja podryfuje w stronę autorytarnych rządów i starć z radykalizującą się opozycją. A proeuropejskie nastroje zaczną wypierać utopie przeszłości. Nostalgie za Gruzją, kiedyś najbogatszą republiką ZSRR.
Trudno dziś mówić o proeuropejskich nostalgiach i pespektywie unijnej akcesji w Armenii. Przegrana niedawna lokalna wojna z Azerbejdżanem o Górski Karabach ostudziła europejskie marzenia ormiańskich elit. Nie wykorzystały one czasu rozejmu na wzmocnienie gospodarki państwa, modernizacji armii. Znów okazało się, że w tym regionie tylko Rosja może zagwarantować podstawowe bezpieczeństwo armeńskiego państwa. I skoro wparcia Unii nie ma, to trzeba Rosję polubić. Skoro tylko ją się ma.
Białoruś prezydenta Łukaszenki próbowały polubić europejskie elity polityczne. Było jak w serialu, co rok, to zmiana akcji. Sankcje, ocieplenie, sankcje i próby kooperacji z tym „niezwykle ciepłym człowiekiem”. Aktualnie wszyscy już czekają na kres rządów ekipy prezydenta Łukaszenki. Tylko jego następcy są nadal niewiadomi. Większym prawdopodobieństwem jest, że będą to młodsi, reformatorscy i jeszcze bardziej prorosyjscy niż apostołowie w unio wstąpienia.
Największym beneficjentem dziesięciolecia Partnerstwa Wschodniego okazał się Azerbejdżan. Choć „prymusem” nigdy nie był. Ale skutecznie zdemokratyzował swój system polityczny. Choć nie ortodoksyjnie, bez kopiowania zachodnioeuropejskich systemów. Jego elity nie pchały się do Unii, ani na rosyjska orbitę. Z pomocą USA stworzyły pozycję ważnego eksportera surowców energetycznych, przy pomocy Turcji zmodernizowały swą armię. Wygrana, lokalna wojna z separatystami ormiańskimi, wzmocniła pozycję Baku w regionie.
Dwanaście lat Partnerstwa Wschodniego minęło. Miało zmienić sąsiedzkie państwa w demokracje i rozwijające się gospodarki. Państwa skutecznie kandydujące do Unii Europejskiej. Wzory do naśladowania dla innych post radzieckich republik. W rzeczywistości, oprócz bogacącego się Azerbejdżanu, mamy w naszym europejskim sąsiedztwie „partnerskie” kulejące gospodarki i niewygasłe konflikty społeczne. Na Ukrainie groźbę poważnej wojny angażującej już dwa najsilniejsze na świecie mocarstwa militarne.
Inaugurując Partnerstwo Wschodnie polskie elity polityczne dumnie zapowiadały, że poprowadzą unijną politykę wschodnią ku świetlanej przyszłości. Bo znają się na niej w Europie najlepiej. Bo są jej genetycznymi ekspertami.
Gdzie był błąd?

Może być gorzej

Pana prezydenta Dudę trzeba pocieszyć. Choć prezydent Biden nie zadzwonił jeszcze do niego, co może wywołać stany depresyjne, ryzyko wypadku narciarskiego i ponowne zamknięcia stoku, to innym głowom lekko też nie jest.
Weźmy pierwszą z brzegu. Wołodymyr Zełenski. Też prezydent, też przystojny i też czeka na połączenie. Jemu, w przeciwieństwie do pana prezydenta Dudy, trochę się do tej rozmowy śpieszy. Prezydent Ukrainy zaprosił bowiem amerykańskiego kolegę na uroczystość 30 rocznicy niepodległości Ukrainy. Biały Dom potwierdził zaproszenie, ale nie uczestnictwa najważniejszego tam lokatora jeszcze nie.
Cóż z tego, że przy okazji potwierdzono też wsparcie Kijowa dla odzyskania Krymu i Donbasu. Tradycyjną przyjaźń i partnerstwo. Skoro na razie amerykański prezydent więcej mówił o Ukrainie z prezydentem Rosji niż Ukrainy. Dlatego bez obecności głowy amerykańskiego państwa uroczystość ku czci ukraińskiej suwerenności może być niekompletna.
Czemu prezydent Biden jest tak powściągliwy z telefonicznych kontaktach z prezydentem Zełenskim ? Plotki przypominają ujawnione w Ukrainie podsłuchy wcześniejszych rozmów między amerykańskimi i ukraińskimi prezydentami. Chodziło o działalność Huntera Bidena, syna prezydenta USA, w radzie ukraińskiej firmy Burisma. Jej właściciel jest podejrzewany o korupcję, o co w Ukrainie nietrudno.
W lipcu 2019 prezydent Trump zadzwonił do prezydenta Zeleńskiego nalegając by wszczęto dochodzenie w sprawie syna jego ówczesnego konkurenta. A w zeszłym roku wyciekły wcześniej nagrane poufne rozmowy wiceprezydenta Bidena z poprzednim ukraińskim prezydentem Poroszenką. Może pp takich doświadczeniach prezydent Biden dostaje bezwarunkowego szczękościsku już na dźwięk „Prezydent Ukrainy”.
Szczęście ma pan prezydent Duda, że jego córka pracowała w jedynie w Londynie. I nie musi spieszyć się z zapraszaniem prezydenta Bidena do Warszawy.
I gadać, też nie ma o czym. Wojska USA już w Polsce są, „fortu Trump” nie zbudowano na szczęscie, a prezydent Biden propagujący teraz prawa LGBTI nie przez obecnego władze pilnie w Warszawie widziany.
NATO i co na to
Inaczej jest w przypadku prezydenta Zełenskiego. Ma pierwszą kadencję, drugi rok prezydentury, musi pracować. W kampanii obiecywał zbliżenie do Unii Europejskiej i NATO. Miał także poparcie amerykańskiego prezydenta i przywódców państw Unii Europejskiej.
Z Unią do zbliżenia doszło. Otworzyła się na ukraińskich pracowników, zwłaszcza tych tanich, a Ukraina obiecała lepsze warunki dla jej firm. Ale przyszła pandemia i państwa UE pozamykały się.
W międzyczasie władze ukraińskie kolejny raz skonfliktowały się z mniejszością węgierską, arbitralnie zamknęły rosyjskojęzyczne kanały telewizyjne, co było niezgodne z normami Unii Europejskiej. Ale ukraińskie elit polityczne doskonale wiedzą, że perspektywa akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej to zadanie za kolejne 30 lat. Bardziej realna jest pozycja podobna sąsiedniej Turcji. Silna integracja gospodarcza bez przyjmowania politycznych i obyczajowych norm UE.
Realniej wydaje się bliższa kooperacja z NATO. Zaproszenie Ukrainy do Planu Działań na rzecz Członkostwa. Klucz do bram NATO ma prezydent USA.
Na razie nie ułatwia on Ukraińcom wędrówki do wspólnoty Północnoatlantyckiej. Znany ukraiński oligarcha Ihor Kołomojski, uważany za protektora prezydenta Zełenskiego, dostał zakaz wjazdu do USA. Nałożone przez Departament Stanu USA sankcje uzasadnione są aferami korupcyjnymi i niszczeniem demokratycznych instytucji przez oligarchę. Przy okazji sankcje spadły na jego żonę, dzieci i licznych współpracowników. Psuje to wizerunek Ukrainy w USA.
Chiński koncern Skyrizon chciał kupić kontrolowany przez państwo ukraińskie koncern Motor Sicz. Produkujący silniki rakietowe i samolotowe, także do słynnego An -225. Transakcję finalizowano, ale zablokował ją ukraiński rząd. Dodatkowo prezydent Zełenski nałożył sankcje na Skyrizon, jego prezesa i trzy inne chińskie firmy.
Wcześniej, bo w sierpniu 2020 ówczesny sekretarz stanu USA, Mike Pompeo wyraził zaniepokojenie „szkodliwymi chińskimi inwestycjami na Ukrainie” i wskazał przejęcie Motor Siczy przez Skyrizon.
W styczniu ukraińskie służby bezpieczeństwa SBU przerwały spotkanie akcjonariuszy Motor Siczy z Chińczykami blokując zmiany w zarządzie firmy. Teraz Chińczycy domagają odszkodowania w wysokości 3,5 mld dolarów. Mają wsparcie swego rządu. Wojna z nimi będzie kosztowna. Chiny są największym rynkiem eksportowym Ukrainy. W razie bojkotu, UE strat tych nie zrekompensuje.
Zbliżenie Ukrainy z NATO od lat blokują Węgry, oskarżając ją o represje wobec mniejszości węgierskiej. Krzywym okiem patrzy Turcja, bo prawosławna Ukraina może wspierać wrogą wobec niej Grecję. Za to Ukraina wojująca z Rosją przyda się Turcji w rywalizacjach z Kremlem. Wzmocnionej tak Turcji nie chce Francja, skonfliktowana z nią w Libii, i USA na Bliskim Wschodzie. Niemcy chętnie pohandlują z Ukrainą i z Rosją. Ukrainie obiecają bezpieczeństwo, a Rosji szlaban dla Ukrainy w NATO. Im więcej Ukrainy w NATO, tym mniejsza atrakcyjność w pakcie Rumunii. I Polski też. Nowe kłopoty.
Na razie Kijów oczekuje pomocy USA w modernizacji armii, kolejnej transzy kredytów Międzynarodowego Funduszu Walutowego i chińskiego rynku na swój eksport. Pomocy w rozwiązaniu problemów Donbasu i Krymu też. Prezydent Biden nie dzwoni.
A szczęściarz Duda śmiga na nartach.

Trzy kanały, czyli wolność słowa nad Dnieprem

W nocy z 2 na 3 lutego prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podpisał dekret o zablokowaniu niepublicznych i opozycyjnych kanałów telewizyjnych ZiK, NewsOne i 112. Traf chce, że to również kanały zaliczające się do najpopularniejszych mediów w kraju, warte do tej pory 45 proc. rynku środków masowego przekazu. Wszystkie wchodzą w skład holdingu medialnego, którego formalnym właścicielem jest parlamentarzysta Opozycyjnej Platformy – Za Życiem, Taras Kozak. Właśnie jego aktywa objęto na wniosek Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO) sankcjami.

Zamknięte kanały były konstruktywnie krytyczne wobec rządu, miały liczną i oddaną publiczność, a nazwiska Diany Panczenko, Anny Stiepaniec, Maksa Nazarowa, Wiaczesława Pichowszeka, Wowy Połujewa, Wadima Dikiego i innych gwarantowały wysoki poziom debat, wywiadów i autorskich programów. Częstymi gośćmi byli tu komentatorzy pomijani i deprecjonowani w stacjach publicznych i powiązanych z oligarchami sympatyzującymi z Zełeńskim i Poroszenką. Wiadomo, że sympatia kanałów była raczej po stronie opozycji i raczej przy osobie Wiktora Medwedczuka, który obok innych polityków opozycyjnych gościł regularnie na ekranach. Czy to jednak wystarczy, by w demokratycznym kraju ogłosił „prorosyjskość” kanałów, oskarżyć je o wspieranie „terroryzmu” oraz udział w nielegalnym handlu węglem z republik Donieckiej i Ługańskiej? Nawet wielu prawników i konstytucjonalistów znad Dniepru twierdzi, że nie.
RBNiO swoje decyzje, jako organ doradczy prezydenta, musi podejmować podczas zebrań, nie zaś rekomendować dekrety, gotowe dokumenty do podpisania. Znaczące, że przewodniczący Rady Najwyższej Dmytro Razumkow, członek prezydenckiej partii Sługa Ludu, odmówił właśnie z powodów konstytucyjnych i proceduralnych podpisanie tej rekomendacji. W specjalnym oświadczeniu stwierdził, że informacje SBU, na dodatek częściowo utajnione nawet dla członków RBNiO (!), nie mogą być podstawą dla zamykania mediów. Od tego, podsumował, jest śledztwo i sąd. Wiadomo jednak, że proces sądowy trwałby jakiś czas, przez który media mogłyby nadal punktować politykę Zełenskiego, wielkiego rozczarowania coraz większej części społeczeństwa. Prezydent poszedł na skróty, nie oglądając się na to, że jego działanie nosi znamiona ograniczania wolności mediów i swobody wypowiedzi.
Wybrany z wielkimi nadziejami, jako antyteza poprzednika Petra Poroszenki, Zełenski nie spełnił de facto żadnej z przedwyborczych obietnic. Sytuacja gospodarcza kraju uległa dramatycznemu pogorszeniu, pokoju na wschodzie Ukrainy nie ma i Zełenski zrobił nader niewiele, by to zmienić. Pandemia doskonale udowodniła, że neoliberalne reformy (na podobieństwo balcerowiczowskich w Polsce) zdemolowała ochronę zdrowia, przemysłu, transportu kolejowego. Prawo o obrocie ziemią – niepopierane przez prawie 80 proc. obywateli Ukrainy – zostało uchwalone przy silnym udziale prezydenta na wskutek nachalnych nacisków MFW, Banku Światowego i rządu USA.
Na te wszystkie elementy prezydentury zwracano codziennie uwagę w programach właśnie zamkniętych kanałów TV. Pokazywano badania opinii publicznej, z których wynika, że z 75 proc. uzyskanych przez Zełenskiego w II turze ostatnich wyborów pozostało 30 proc. Partia Sługa Ludu nie ma nawet tyle. Rysujący się kryzys państwa i w obozie władzy, do którego dochodzi fala protestów społecznych, napawa Zełeńskiego przerażeniem. Do tego ten przyzwyczajony do oklasków człowiek mediów i sceny, zamieniający swoje rządzenie w show, nie znosi krytyki.
A co z zarzutami węglowej kontrabandy czy sponsorowania nieuznawanych republik na wschodzie? Sankcje nie objęły akurat tego przedsięwzięcia Tarasa Kozaka, które zaangażowanie jest w przywóz węgla rosyjskiego czy z Donbasu na Ukrainę, i to na niemałą skalę. Ale tu współpracuje on z takimi oligarchami jak Firtasz czy Achmetow, a ich ekipa Żełeńskiego boi się ruszyć. Do tego jeszcze jeden niuans: konstytucja Ukrainy nie przewiduje obejmowania sankcjami własnych obywateli. To też Zełenski zignorował, chociaż w przyszłości może narazić się nawet na odpowiedzialność karną. Uznał, że w krótkiej perspektywie bardziej opłaci mu się wykluczenie zaplecza medialnego opozycji z przestrzeni informacyjnej. Nieskutecznie zresztą, bo kanały kontynuują działalność na platformie YouTube.
Podgrzewanie atmosfery, stwarzanie klimatu zagrożenia, ruchy w kierunku zaostrzenia sytuacji na wschodzie Ukrainy mobilizują tzw. aktywistów i nac-patriotów do działania. Zgromadzeni w różnych organizacjach jawni i półjawni faszyści domagają się zamykania kolejnych kanałów TV, znajdując wsparcie wśród części polityków. 4 lutego pod gmachem TV NASZ zebrało się kilkudziesięciu nacjonalistów pod wodzą podejrzanego o zabójstwo Serhija Karasia, domagając się zamknięcia i tej stacji. Strasznie było patrzeć na dyskusję, jaką podjęli z „patriotami” dziennikarze stacji – jedyne, co od nich usłyszeli, to groźby unicestwienia, pobicia, zniszczenia „agentów Putina”. Policja odgradzała dziennikarzy od nakręcających się wystąpieniem Karasia aktywistów, a w końcu musiała kilku krewkich „patriotów” zatrzymać. Tę sytuację udało się opanować. Ogólny rozwój wypadków nad Dnieprem wyprowadzić w dobrym kierunku będzie o wiele trudniej.
Tragiczno-śmieszne, chociaż wcale nie tak bardzo nieoczekiwane jest to, że ograniczenie wolności mediów i swobody pracy dziennikarzy, a także zawężenie dostępu opinii publicznej do nie-prorządowej informacji znalazło jawne poparcie ambasad USA i Wielkiej Brytanii w Kijowie. Faktem jest, że przedstawiciele UE mniej entuzjastycznie wyrazili się o tej decyzji. Chciałbym w tym miejscu napisać coś o solidarności dziennikarskiej, ale zabraknie mi jednak budujących przykładów. Szkoda, bo żurnaliści, którzy popierają takie rozwiązania, zwyczajnie podcinają gałąź, na której siedzą. A i pouczanie innych krajów w przedmiocie wolności mediów Ukraina – i nie tylko ona – może sobie „wsadzić w buty”.

Triumfalna ofensywa cenzury

Zablokowanie Donaldowi Trumpowi kont na tzw. mediach społecznościowych stało się dla ministra Zbigniewa Ziobry inspiracją do forsowania rozwiązań prawnych umożliwiających cenzurowanie tychże mediów przez jakieś nowe ciało powołane przez sejmową większość, która wiadomo jaka jest. Po przejęciu przez prorządowy Orlen prasy regionalnej jest to kolejny krok na drodze do dominacji jednolitej linii propagandowej w środkach masowego przekazu.

Jednakże Ziobro nie jest w swych totalitarnych ciągotkach bynajmniej odosobniony i nawet wypada dość blado na tle innych krajów – zwraca uwagę szewc Fabisiak. To, że w państwie zwanym Mjanma (dawniej Birma) wojsko po dokonaniu zamachu stanu znacznie ograniczyło obywatelom dostęp do internetu jest zjawiskiem zrozumiałym. Taka jest bowiem norma postępowania w przypadkach siłowego przejęcia władzy. Jednak nie tylko Mjanma wprowadziła medialną cenzurę. Dotyczy to także Ukrainy. W tym hołubionym przez Zachód ze względu na swój antyrosyjski kurs państwie jednym pociągnięciem prezydenckiego pióra zamknięto trzy stacje telewizyjne 112 Ukraina, NewsOne oraz ZIK a na ich szefostwa nałożono sankcje finansowe. Te trzy stacje naraziły się władzy ponieważ nie dość że prezentowały one własny a nie prorządowy punkt widzenia to jeszcze w dodatku w języku rosyjskim. Decyzja ta zgodnie z ukraińskim prawem jest nieodwołalna. Wprawdzie dekret prezydenta może być zaskarżony przed Sądem Najwyższym, to jednak takie zażalenie nie przysługuje wobec postanowienia Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony RBNO, która podjęła analogiczną decyzję.

Zamknięcie stacji telewizyjnych wywołało krytyczną reakcję ze strony Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Organizacja ta w wydanym oświadczeniu stwierdza, iż „takie zakazy powinny mieć zastosowanie jedynie w niezwykle wyjątkowych okolicznościach”. Ze stanowiskiem tym stara się polemizować sekretarz RBNO Ałeksiej Daniłow. Otóż jego zdaniem stacje telewizyjne stały się narzędziem wojny prowadzonej przez Rosję przeciwko Ukrainie. Radząc międzynarodowej organizacji bliższe zapoznanie się z istotą prawy Daniłow posłużył się dość ciekawym argumentem. Zadał bowiem retoryczne w jego mniemaniu pytanie o to czy podczas II Wojny Światowej byłaby możliwa w USA i Wielkiej Brytanii swoboda działania filii nazistowskich gazet i rozgłośni radiowych. Szewc Fabisiak wraca w tym momencie uwagę na zasadniczą różnicę pomiędzy hitlerowskimi i ukraińskimi środkami masowego przekazu, co obala całą misterną argumentację ukraińskiego wysokiego urzędnika. Różnica ta polega na tym, że owe trzy stacje telewizyjne powiązane są z Blokiem Opozycyjnym – Za Życie, które to ugrupowanie jest nie tylko legalną partią polityczną ale ma też swoją reprezentację w parlamencie i cieszy się dużym poparciem wśród mieszkańców wschodniej części Ukrainy.

Symptomatyczna jest natomiast reakcja oficjalnych czynników zagranicznych. Nie trzeba być szczególnie domyślnym aby dojść do wniosku, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Rosji to czołowi zachodni politycy gromko by grzmieli na temat łamania wolności słowa. Jednakże prozachodnia Ukraina to nie Rosja dlatego wobec niej należy stosować inne kryteria. Akredytowani w Kijowie ambasadorowie grupy G7 stanęli w rozkroku pomiędzy poszanowaniem wolnościowych wartości a popieraniem antyrosyjskiej Ukrainy. Jak stwierdza ich oświadczenie, „istnieje potrzeba walki z dezinformacją w ramach wolności i pluralizmu środków masowego przekazu”. Zdaniem szewca Fabisiaka, doprawdy trzeba mieć tęgi łeb aby wymyślić tak zagmatwaną formułkę.
Z tej jednolitej oceny wyłamała się Wielka Brytania. Jej ambasadorka bowiem w pełni poparła „zdecydowane działania prezydenta Zełenskiego w walce z dezinformacją przynoszącą szkody Ukrainie”. W stanowisku tym szewc Fabisiak dostrzega pewną konsekwencję bowiem działania ograniczające swobodę dziennikarską zostały w ostatnim czasie podjęte również w ojczyźnie pani ambasador. Jak informuje brytyjski portal The Independent, fotoreporter Andy Aitchison został zatrzymany przez policję, ponieważ robił zdjęcia z protestu starających się o azyl uchodźców mieszkających w barakach w miejscowości Folkestone. Wyrażając swój protestu wobec złych warunków życia uchodźcy podczas trwającej zaledwie koło 10 minut demonstracji wyrzucali różne przedmioty przed wejściem do obozu. Wszystko to usiłował sfotografować Aitchison. Jednakże pięciu policjantów aresztowało go w jego własnym domu argumentując to podejrzeniem o karalne uszkodzenie substancji mieszkaniowej. Fotografowi zabrano telefon komórkowy oraz kartę pamięci jego kamery. Był przez ponad 5 godzin przetrzymywany w areszcie a następnie wypuszczony za kaucją z równoczesnym zakazem zbliżania się do obozu uchodźców do czasu zakończenia prowadzonego przeciwko niemu śledztwa.

Podobnie jak w przypadku ukraińskich telewizji także i tu zaprotestowała organizacja dziennikarska. Również i tu i tam żadne pełne wolnościowych frazesów państwo ani też miłująca wolność i demokrację Unia Europejska nie zareagowały krytycznie na owe wynaturzenia. Czyżby medialna cenzura stawała się już nie podlegającą krytyce normą? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Geopolityka szczepionkowa

Prawie wszędzie występują publiczne kłótnie w kolejkach po Pfizera, którego szczepionki prawie zmonopolizowały dostawy w świecie zachodnim. Poza nim, w olbrzymiej większości krajów świata, nie ma konfliktów o szczepienia poza kolejką, bo nie ma kolejki, z powodu braku szczepionek lub parcia na szczepienia.

Brak kolejek ma też przyczyny geopolityczne, co dobrze widać na przykładach Izraela i Ukrainy. W pierwszym nie ma kolejek, gdyż nie ma tam żadnego szczepionkowego deficytu, jak np. w Europie, wystarczy tylko wystawić ramię, a w drugim nie ma ich, bo nie ma żadnych szczepionek. Nasz sąsiad stoi w międzynarodowej kolejce krajów zainteresowanych, w której, jak w polskiej, też są kłótnie i wylewanie żalów, i pewne nadęcia godnościowe.
Ukraina, prawdę mówiąc, została potraktowana z buta zarówno przez Unię Europejską, jak i Stany Zjednoczone, czyli przez tych, których pokochała. Unia nie objęła swymi negocjacjami z producentami szczepionek krajów pretendujących do wspólnoty. Ukraina jest stowarzyszona, ale okazało się, że musi sobie radzić sama, co od razu wytworzyło problem wcale nie sanitarny, lecz tożsamościowy: „Te szczepienia są ściśle związane z Europą. Boimy się odrzucenia przez klub krajów cywilizowanych, traktowania nas jak kraj Trzeciego Świata, podczas gdy tyle zrobiliśmy reform wymaganych przez Zachód” – tłumaczyła niedawno zachodnim dziennikarzom Tetiana Ogarkowa z kijowskiej, pozarządowej organizacji Ukraine Crisis Media Center.
Amerykanie wydali dużo pieniędzy, by zagwarantować, że rząd Ukrainy będzie i pozostanie antyrosyjski. Obecny prezydent USA Biden był osobiście (wraz z rodziną) zaangażowany w zmiany w Kijowie, ale nie zmienił dekretu Trumpa o zakazie eksportu szczepionek, poza wyjątkami. Ukraina nie należy do wyjątków, co boleśnie odczuwa w kategoriach zawiedzionej miłości. Jedyne co jej się dostało, co obietnica otrzymania 8 milionów darmowych dawek z ONZ, z programu Covax przewidzianego dla ubogich krajów Trzeciego Świata. Do tego Ukraińcy wynegocjowali kilka milionów dawek z Chińczykami, czyli razem zaszczepią (od marca?) ok. 12,5 proc. populacji, co będzie musiało wystarczyć.
Oczywiście tam też są osoby już zaszczepione, politycy i inni notable, którzy kupowali sobie preparat Pfizera w Izraelu. Wybuchła z tego powodu afera, ale nie tak głośna, jak oficjalne zapewniania, że nie ma mowy, by korzystać ze szczepionki rosyjskiej, z powodu dumy narodowej. „Ukraińcy wolą umrzeć, niż się szczepić rosyjskim towarem” – pisał z Kijowa New York Times, choć to nie całkiem prawda. Ale wiadomo – Krym, Donbas… tu też kwestia sanitarna nie ma znaczenia.
Izrael nie ma tych kłopotów. Ma szczepionek po szyję, bo ma znajomości w Pfizerze i zapewnioną uwagę administracji USA, a do tego zapłacił koncernowi bez problemu ponad dwa razy tyle, niż wynegocjowała Unia. Zgodził się też być realnym sprawdzianem szczepionki i szczepi na łeb na szyję, już ok. 40 proc. populacji, w oczekiwaniu jakichś pozytywnych efektów. Wystarczy być bogatym i ustosunkowanym, by nie męczyć się międzynarodową kolejką.
Lub biednym. „Bogaci znaleźli się pierwsi w światowej kolejce po szczepionki” – mówił gorzko ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski, próbując bezskutecznie otrzymać coś z Unii. Ukraińcom nie udało się też zamówić szczepionek bezpośrednio u producentów, w europejskich oddziałach Pfizera i Moderny. Po swym spektakularnym zwrocie politycznym Ukraina została w czasie epidemii z pustymi rękami, które próbuje wypełnić patriotyczną retoryką. Podlega tym samym regułom, co polska kolejka, gdzie podziały klasowe, tyle, że na szczeblu planety, czy geopolityki, dyktują jej dyskretny porządek.

Nieciekawie tuż za płotem

Obwód zakarpacki, jeden z 24 obwodów Ukrainy, graniczący z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią, z 12-procentową mniejszością węgierską, znowu staje się tłem napięć. 30 listopada 2020 r. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy dokonała przeszukań w siedzibie Partii Węgrów Ukrainy (KMKS) w Berehowem, w domu jej lidera i działacza Zakarpackiej Rady Regionalnej Wasyla Brenzowicza, w  biurze fundacji Egan Ede a także w budynku Węgierskiego Instytutu im. Ferenca Rakoczego.

To w ostatnich 18 miesiącach powtórna taka akcja sił bezpieczeństwa Ukrainy. Kijów podejrzewa Węgrów z Zakarpacia o tendencje separatystyczne, oskarża Budapeszt o to, że dąży do restytuowania Wielkich Węgier, tych sprzed traktatu w Trianon. Węgrzy z Zakarpacia w referendum 1991 r. domagali się autonomii, lecz głos ten został zignorowany, chociaż za Węgierskim Okręgiem Autonomicznym było 74 proc. mieszkańców obwodu.
Tymczasem Budapeszt rozdaje obywatelom Ukrainy, którzy udowodnią odpowiednie powodzenie, węgierskie paszporty, a wspomniana fundacja Egan Ede, oprócz wspierania instytucji kulturalnych i edukacyjnych, od 2016 roku udzieliła kilkanaście tysięcy pożyczek i dotacji o łącznej sumie ok. 100 milionów euro.
Na terenach, gdzie mniejszość węgierska jest widoczna, Budapeszt inwestuje w budowę infrastruktury publicznej (nowocześnie wyposażone szkoły, niezłe szpitale), wspiera drobny biznes. A równocześnie grozi zablokowaniem starań Kijowa o członkostwo w UE i NATO, systematycznie od 2017 r. oprotestowując ukraińskie ustawy nakazujące używanie w szkolnictwie, czy szerzej w przestrzeni publicznej, jedynie języka państwowego, kosztem języków mniejszości.
Bez Węgrów nie da się zarządzać Zakarpaciem. Po ostatnich wyborach lokalnych (25 października) rada obwodu zakarpackiego jest podzielona: Sługa Ludu Zełenskiego wygrał 11 mandatów, lokalny komitet „Zakarpacka rodzina”- 12, „Europejska Solidarność” Poroszenki i Platforma Opozycyjna Medwedczuka – po 6 mandatów.
Złoty głos ma Partia Zakarpackich Węgrów, której 10 miejsc w radzie może przesądzać o wyniku każdego głosowania. Oni to wiedzą – dlatego czują się na tyle pewnie, że w niektórych gminach, gdzie zdominowali lokalne rady wiszą na budynkach lokalnej administracji flagi węgierskie (obok ukraińskich), a w niektórych miejscowościach radni rozpoczęli swoją kadencje odśpiewaniem hymnu węgierskiego (po ukraińskim). Nacjonaliści w Kijowie uważają ten fakt za obrazę godności Ukrainy i grożą „zemstą”. Prawy Sektor – szowinistyczna, parafaszystowska formacja działająca jawnie nad Dnieprem – opublikowała na YouTube film z zamaskowany mężczyzną, grożącym zakarpackim Węgrom śmiercią, pozującym na tle wjazdu do Berehowego. Film usunięto 1 grudnia, a wszechwładny minister Arsen Awakow od razu podkreślił, iż konflikt został zainspirowany daleko poza granicami Ukrainy. Nie trzeba chyba dodawać, gdzie. Tymczasem jak podaje Oleg Chavych (za lokalnymi, zakarpackimi mediami) w regionie krążą informacje, iż władze przygotowują się do zakazania działalności KMKS z racji działań „separatystycznych”.
Prawda tymczasem może być dużo bardziej prozaiczna: geopolityka i wielkie sprawy swoją drogą, a tymczasem niektórzy komentatorzy podejrzewają, że inicjatorem akcji SBU wobec zakarpackich Węgrów są machinacje ustępującego gubernatora, byłego generała SBU Aleksija Petrowa  (stronnika Petra Poroszenki), który chciałby zostać przewodniczącym rady obwodu i mieć za sobą stabilną koalicję.
Czyli Węgrów posłusznych, a nie targujących się przy każdym głosowaniu. Taka koalicja miałaby możliwość wyboru swojego gubernatora i obsady miejscowych urzędów swoimi ludźmi, a to oznacza, że położyłaby ręce na środkach płynących do regionu z Węgier. A jeszcze bardziej nieoficjalnie mogłaby też uzyskiwać korzyści z masowo uprawianej kontrabandy, która kwitnie na styku granic Ukrainy i Węgier (czyli UE)…
Wersja prozaiczno-biznesowa wydaje się przy tym wcale nienajgorsza. Bo jeśli inicjatorem działań SBU byłby Petrow, to mocodawcą mógłby być równie dobrze sam Petro Poroszenko, działający przez lojalnego miejscowego urzędnika. Zaostrzenie nastrojów w wielonarodowym regionie i równocześnie doprowadzenie do nowego kryzysu w relacjach węgiersko-ukraińskich miałoby być wkładaniem kija w szprychy i tak coraz wolniej jadącego Sługi Ludu. Gdyby zaś Sługa upadł, Poroszenko miałby przynajmniej szanse na powrót do władzy. Jeszcze inną wersję sugeruje Giennadij Moskal, słynny były gubernator Zakarpacia: w jego przekonaniu to partia Zełenskiego, za pośrednictwem służb, chce przymusić Węgrów do koalicji i do posłuszeństwa. Rozwiązywałoby to za jednym zamachem i kwestię korzyści z zawiązania takiej koalicji, i kwestię uspokojenia newralgicznie położonego regionu.
Gdy jedne domysły gonią inne, pewne jest tylko jedno: pełzający konflikt, nawet jeśli ciągle nie jest „gorący”, ciągnie się już niebezpiecznie długo. A w Kijowie ciągle nie widzą, że podgrzewanie tych narodowych, religijnych i językowych różnic celem uzyskania doraźnych politycznych korzyści prowadzi tak naprawdę do rozluźniania związków między regionami a stolicą, z czego na dłuższą metę nie będzie nic dobrego. Pokojowe współistnienie w wielonarodowościowym kraju jest możliwe. Jednak nie wtedy, gdy systematycznie podważany jest jego sens.

Miesiąc pod ziemią

Krzywy Róg, wielki ośrodek przemysłowy na południowej Ukrainie, ostatni raz przebił się na czołówki krajowych mediów, kiedy urodzony tam Wołodymyr Zełenski i jego partia Sługa Ludu przebojem wygrywali wybory prezydenckie i parlamentarne. Dziś lud roboczy z miasta wyrosłego na rudach żelaza toczy desperacką walkę, a jego samozwańczy sługa milczy. W grę wchodzi w końcu oligarchiczny interes i niewyobrażalne pieniądze.

3 września, po zakończeniu pierwszej zmiany w Oktiabrskiej, jednej z czterech kopalń Krzyworoskiego Kombinatu Rud Żelaza (KZRK), dwudziestu dziewięciu górników nie wyjechało na powierzchnię. Na kartce papieru spisali postulaty. Pierwszy, najważniejszy: podwyżka płac do równowartości 1000 dolarów. Dalej – większa dbałość o bezpieczeństwo w kopalni. Zachowanie prawa do wcześniejszej emerytury przez wszystkich pracowników. I odejście obecnego zarządu, który zaniedbuje zakład, oszczędza kosztem ludzi i sprzętu.
Pozostawanie pod ziemią przez całą dobę i dłużej jest szkodliwe dla zdrowia. W kopalniach Krzywego Rogu, na głębokości od 1190 do półtora kilometra, panuje niska temperatura wysoka wilgotność, płucom i skórze szkodzi grzyb, w powietrzu brakuje tlenu. Dlatego gdy Mychajło Wołyneć, deputowany Batkiwszczyny i przewodniczący Niezależnego Związku Górników Ukrainy zaczynał na swoim profilu na Facebooku relacjonować przebieg dramatycznego protestu, wyrażał nieśmiałą nadzieję, że sprawę da się w miarę sprawnie załatwić, zanim ktoś naprawdę ucierpi.
Ale dyrekcja kombinatu najpierw milczała, a następnie opublikowała komunikat zawierający niedwuznaczne groźby pod adresem strajkujących. Za zakłócenie pracy, skutkujące niewykonaniem planu wydobycia, mieliby zapłacić z własnej kieszeni. Grożono im również, że za „łamanie zasad pracy w szczególnych warunkach” trafią przed sąd karny.
Krzyworoski Kombinat Rud Żelaza, niegdyś część państwowej spółki Ukrrudprom, został w sierpniu 2004 r. sprzedany firmie Solajm, wchodzącej w skład grupy Prywat – oligarchicznego imperium Ihora Kołomojskiego. Dziś właścicielem 99 proc. akcji przedsiębiorstwa jest firma Starmill Limited.
Jak podawał ukraiński Forbes, udziałami w niej dzielą się Kołomojski, za pośrednictwem czterech różnych firm, oraz kolejny niezatapialny oligarcha – Rinat Achmetow, poprzez firmę Metinvest, część jego grupy SCM. Achmetow jest jednak tylko inwestorem, praktyczne zarządzanie przedsiębiorstwem pozostawił Kołomojskiemu. Starmill Limited, z dość oczywistych powodów, zarejestrowana jest na Cyprze.
KZRK wydobywa 45 proc. wszystkich ukraińskich rud żelaza, zatrudnia ponad siedem tysięcy pracowników bezpośrednio; kolejne dwa tysiące miejsc pracy funkcjonuje na zasadzie outsourcingu. To kolejna z aktywnie rozwijanych przez oligarchów form oszczędzania.
Co to znaczy godność?
7 września do Oktiabrskiej przyłączyła się Rodina, potem Ternowska i Gwardiejska. 10 września pod ziemią pozostawało 261 robotników. Na ziemi codziennie odbywały się protesty solidarnościowe: z rodzinami protestujących łączyli się robotnicy z innych zakładów przemysłowych. Na jedno z naziemnych zgromadzeń przynieśli napis: Godność zaczyna się od 1000 dolarów.
Bo właśnie niskie zarobki to największa bolączka robotników z Krzywego Rogu. Opowiedział mi o tym Artiom, trzydziestolatek, wychowany w Krzywym Rogu, od pół roku w Polsce. Pracował w Ternowskiej wtedy, kiedy była jeszcze kopalnią im. Lenina. Byłaby nią zresztą do tej pory, gdyby w 2016 r. ukraiński Instytut Pamięci Narodowej nie tupnął nogą i nie zażądał od KZRK realizacji dekomunizacyjnych zaleceń. Sami górnicy, gdy mieli szansę wypowiedzieć się w sprawie nazwy, nie widzieli specjalnej potrzeby jej zmiany, podobnie jak nie przeszkadzają im pozostałe radzieckie/rosyjskie nazwy kopalń.
O wiele bardziej byliby wdzięczni za nowe maszyny, ułatwiające, na tyle, na ile się da, pracę samemu robotnikowi. Za to, żeby kopalnię systematycznie modernizować, a nie pośpiesznie i doraźnie remontować sprzęt, byle tylko jakoś działał.
Co do tego, że kopalnia im. Lenina była daleka od najnowszych standardów górnictwa, Artiom i jego koledzy nie mieli raczej wątpliwości. Widzieli też, że kierownictwo kombinatu łatwo przechodzi nad tym faktem do porządku dziennego. Miało tylko plan wydobycia i założenie, że trzeba go wykonać. Na rezygnacji z zakupów nowych maszyn można było tylko zaoszczędzić.
To samo opowiada Jurij Samojłow, niegdyś górnik z Oktiabrskiej, dziś przewodniczący Niezależnego Związku Górników Krzywego Rogu. – Cechą szczególną tej kopalni jest to, że ruda żelaza znajduje się bardzo głęboko, półtora kilometra pod ziemią. Kierownictwo nie wprowadza jednak technicznych innowacji, które polepszyłyby warunki pracy. Od czasów, kiedy ja tam pracowałem, nic się nie zmieniło. Ten sam olewczy stosunek do ludzi i sprzętu.
Płacili na czas, mówi Artiom, gdy pytam, czy nie zdarzały się u nich wielomiesięczne zaległości w wynagrodzeniach, o których słychać, z przerażającą systematycznością, w różnych zakładach i regionach Ukrainy. Nie, w kopalni im. Lenina z pieniędzmi się nie spóźniali. Tyle tylko, że płacili mało. Przez pięć lat pracy w kopalni egzystował od wypłaty do wypłaty. Mógł zapomnieć o oszczędzaniu na mieszkanie czy o porządnym urlopie.
I właśnie przez pieniądze, nawet nie przez warunki pracy czy zakres obowiązków („w kopalni nie trzeba bać się wypadków, jeśli się zachowuje instrukcje, zasady bezpieczeństwa”) w końcu pojechał szukać szczęścia gdzie indziej.
Ci, którzy zostali, wiedzą, że stałymi kontrahentami KZRK są oddziały Arcelor Mittal (w Polsce i Czechach), US Steel (w Koszycach) i kombinat metalurgiczny w Mariupolu. W 2019 r. KZRK osiągnął 1,583 mld hrywien czystego przychodu, dwa razy więcej, niż rok wcześniej. Tymczasem zarobki robotników nie tylko nie rosły, ale też pozostają niższe nawet od – również pozostawiających wiele do życzenia – pensji w krzyworskim kombinacie metalurgicznym sprzedanym koncernowi Arcelor Mittal. Krótko przed protestem jeszcze spadły: wprowadzono nowe zasady wyliczania pensji, nie według stawki godzinowej, a według faktycznego wydobycia.
Gdy stare, niewymieniane nawet od 30 lat i niekonserwowane maszyny stały, robotnicy nie mogli pracować i zarabiać. Nagle zagrożone stały się nawet dotychczasowe pensje, po przeliczeniu na złotówki nieprzekraczające 1000-1300 zł.
Do tego załogi kopalń dowiedziały się, że ich stanowiska pracy będą weryfikowane przez zewnętrzną firmę z Charkowa – miała ona ustalić, które górnicze zawody są na tyle wymagające, by dawać prawo do wcześniejszej emerytury i dodatkowych dni wolnych. To szczególnie oburzyło zatrudnione w kopalniach kobiety – w KZRK jest ich dużo, 25 proc. załogi; jedna reforma emerytalna w ostatnich latach na Ukrainie już w nie uderzyła.
Walka klas
11 września negocjacje między związkami a zarządem kombinatu zostają zerwane. Dyrekcja nie zamierza spełnić postulatów górników, chociaż po ich stronie jest coraz więcej ludzi. Przynoszą do kopalń jedzenie i leki, rozbijają przed budynkiem władz miejskich miasteczko namiotowe, postanawiają ruszyć do Kijowa: niech głos zabiorą premier i prezydent. Przecież Wołodymyr Zełenski pochodzi właśnie z Krzywego Rogu. Z 95 kwartału, dzielnicy miasta, która dała nazwę jego kabaretowi, a potem firmie producenckiej, można prostą drogą – jedną z głównych arterii miasta – dojechać do wszystkich czterech strajkujących kopalń.
Ale Zełenski milczy. Inni przedstawiciele władz ograniczają się do gestów: wiceminister gospodarki zjeżdża do jednej ze strajkujących kopalń, potem to samo robi dwójka parlamentarzystów „Sługi Ludu”, premier Denys Szmyhal tworzy komisję, która ma „zbadać sytuację”. Robotnicy doskonale rozumieją, że to nic nie znaczy. Zostają pod ziemią. Mychajło Wołyneć codziennie publikuje na Facebooku zdjęcia kartek z podsumowaniem, ilu ludzi ciągle walczy. Z dnia na dzień liczby są coraz mniejsze, codziennie karetki pogotowia odwożą wycieńczonych robotników do szpitala.
Witalij Dudin, lider lewicowej organizacji Socialnyj Ruch, nazwał Krzywy Róg epicentrum walki klasowej w kraju. Robotnicy z tutejszego zagłębia w 2017 r. przeprowadzili wielki skoordynowany strajk kilku wielkich przedsiębiorstw, domagając się podwyżek. Do wspólnego protestu stanęli wówczas zatrudnieni w KZRK, w kopalni Jubilejna (też należy do prywatnej spółki Jewraz Sucha Bałka) oraz w miejscowym oddziale Arcelor Mittal (sprywatyzowana Kryworiżstal).
Odnieśli wtedy częściowe zwycięstwo, którego zresztą przyszło im potem praktycznie co roku bronić drogą kolejnych protestów. Uzyskali podwyżkę zarobków, przed protestem jeszcze bardziej głodowych. Znamienne, że gdy górnicy z KZRK walczą pod ziemią, kierownictwo Jubilejnej po cichu zapowiada podwyżki u siebie. Widmo strajku solidarnościowego, który ogarnąłby całe żyjące z przemysłu miasto, ciągle straszy.
Czy sami górnicy wiedzą, że biorą udział w walce klas? Postulatów politycznych nie wysuwają, chociaż ostre hasła uderzające w oligarchów podczas ich protestów słychać. Niezależny Związek Górników Ukrainy uruchamia wszelkie kanały, by skłonić władze do negocjacji. Z daleka poparcie dla górników wyraziła Międzynarodowa Organizacja Pracy i federacja pracowników przemysłowych IndustriALL.
Dużo bliżej jest Służba bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), błyskawicznie zawiadomiona przez oligarchów: rodziny strajkujących robotników skarżą się, że są śledzeni, że dziwni ludzie podchodzą do górniczych dzieci przed szkołą, pytają o rodziców.
Znikające miliony
Z inicjatywy niezależnych górniczych związków zawodowych i organizacji Socialnyj Ruch europarlamentarna frakcja Zjednoczonej Lewicy / Nordyckiej Zielonej Lewicy (GUE/NGL) zbadała proceder wyprowadzania zysków z eksportu ukraińskiej rudy żelaza oraz ukraińskiej stali za granicę. Specjalna komisja badawcza ustaliła, jak surowce sprzedawane są po zaniżonych cenach podstawionym, specjalnie do tego celu stworzonym firmom z rajów podatkowych, by te następnie sprzedawały je dalej, już po cenach rynkowych. Przyjmując, że ceny są zaniżane o 20 proc., komisja przyjęła, że ukraiński budżet traci tym samym rocznie 540 mln dolarów w niezapłaconych podatkach. Tak było w latach 2015-2017. W tym samym czasie makrofinansowa pomoc Unii Europejskiej dla Ukrainy wynosiła 460 mln dolarów rocznie.
Raport został opublikowany, oligarchom włos z głosy nie spadł. Do nich należą na Ukrainie władza, pieniądze i media. W kraju, gdzie wszystkie ruchy lewicowe oraz idee socjalistyczne zostały niemal wyrwane z korzeniami, tlący się gniew obywateli został skanalizowany, gdy podsunięto im eklektyczno-efekciarską partię o nazwie zakrawającej na szyderstwo oraz jej lidera-komika. Wołodymyr Zełenski dobrze wie, czego teraz oczekuje od niego Kołomojski et consortes: ani razu nie wyszedł do górników z rodzinami, którzy od kilku dni codziennie pikietują przed Radą Najwyższą w Kijowie. Na wszelki wypadek główne ukraińskie media również milczą o proteście. I tylko mer i rada miejska Krzywego Rogu (też „słudzy ludu”), wiedząc, że jeśli teraz pozostaną bezczynni, to z władzą i autorytetem mogą się szybko pożegnać, przyjęli oświadczenie z apelem o rozwiązanie konfliktu i uwzględnienie żądań robotników. W końcu akurat od nich i tak nic w tej sprawie ostatecznie nie zależy.
Prawnik i obrońca praw człowieka Ihor Tokowenko w rozmowie z ekonomicznym portalem Diengi nie ma wątpliwości, że prywatyzacja krzyworoskich złóż i kopalń nigdy nie powinna była mieć miejsca. Te bogactwa winny przynależeć państwu, miejscowym władzom – w końcu wydobycie odbywa się dosłownie pod miastem – oraz samym robotnikom. Sam Tokowenko wie jednak, że w obecnych realiach to nieosiągalne marzenie. Politycy na pasku oligarchów doprowadzili do sprzedaży przemysłowych gigantów, kombinaty górnicze stały się przedmiotem gorszących rozgrywek między miliarderami i nikomu z wielkich graczy nie zależy, by było inaczej.
Międzynarodowa opinia publiczna? Unia Europejska? Patrzą w innym kierunku, gdy 21 września Mychajło Wołyneć publikuje kolejną kartkę. Oktiabrska: 25. Rodina: 68. Gwardiejska: 25. Ternowska: 31. Sto czterdzieści dziewięć osób pod ziemią, niektórzy od prawie dwudziestu dni. Mają się jeszcze odbyć negocjacje, choć nie z samym dyrektorem kopalni. „Słudzy ludu” milczą. Oligarchowie liczą pieniądze.

Unia nie daje Ukrainie

Ukraina, której gospodarka znajduje się w opłakanym stanie, próbuje zmienić ten stan rzeczy. Projekty, by państwo pomagało swoim przedsiębiorstwom spotkały się z natychmiastową reprymendą Brukseli.

W Radzie Najwyższej grupa posłów złożyła w maju br. projekt ustawy, której celem jest pomoc przemysłowi maszynowemu Ukrainy, niegdyś słynącym z wysokiej jakościowo produkcji, obecnie znajdującym się na krawędzi ogólnego bankructwa. Jeżeli w marcu spadek produkcji wyniósł 8 proc., to w kwietniu 17 proc.
Projekt zatytułowany był: „Obrona ukraińskich towarów, prac i usług przed importowanymi alternatywami” i chodziło w nim o pewną formę protekcji ukraińskiego przemysłu takie jak priorytet ukraińskich przedsiębiorstw, korzystna polityka podatkowa dla ukraińskich dostawców, wymagania, by od 15 do 30 proc. wytwórców znajdowało się na Ukrainie itp.
Unia Europejska zareagowała szybko i brutalnie poprzez swojego ambasadora na Ukrainie, Matti Maasikasa. Polityk europejski nie pozostawił żadnych złudzeń: jeśli projekt otrzyma wsparcie władz Ukrainy, europejskie banki zaprzestaną kredytowania ukraińskiej gospodarki. Powołuje się przy tym, oczywiście, na zasadę równoprawności podmiotów uczestniczących w procesie handlu i produkcji, choć nie ma żadnych wątpliwości, że ukriańskie podmioty, będące w fazie ostrego kryzysu nie mają żadnej „równoprawności” w porównaniu z bogatymi i bezwzględnymi europejskimi graczami. Maasikas twierdzi, że wspomniane projekty zmian w ukraińskim prawie godzą w istotę współpracy między Ukraina a Unia Europejską.
„W tej sprawie [pomocy państwa ukraińskim podmiotom – przyp. red.] chcemy podkreślić, że te wymagania mogą okazać poważny negatywny wpływ na przyszła działalność takich instytucji [jak Europejski Bank Inwestycyjny- przyp. red]. w Ukrainie i odpowiednie poparcie UE”, pisze w liście Maasikas.
„Unia Europejska jest gotowa do dalszych dyskusji nad tymi problemami i wsparciu władz ukraińskich swoim doświadczeniem wykorzystania państwowych zamówień jako środka strategicznego w celu rozwiązania międzynarodowych interesów z zachowaniem głównych zasad i międzynarodowych zobowiązań Ukrainy”, takim przywołaniem do porządku Ukrainy kończy swój list Maasikas.

Saakaszwili wraca do łask

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski mianował byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego na wpływowe stanowisko przewodniczącego komitetu wykonawczego Komitetu ds. Reform. W reakcji na ten fakt władze w Tbilisi wezwały swojego ambasadora w Kijowie na konsultacje co w języku dyplomacji oznacza czasowe obniżenie rangi szefa placówki dyplomatycznej w sytuacji sporów bądź zaostrzenia stosunków między krajem wysyłającym i przyjmującym ambasadora.

Saakaszwili jest przez gruzińskie władze poszukiwany listem gończym w związku z ciążącymi nad nim zarzutami o charakterze kryminalnym. W czerwcu 2018 r. gruziński sąd skazał go zaocznie na sześć lat pozbawienia wolności m. in. za przekroczenie uprawnień podczas siłowego rozpędzenia demonstracji w listopadzie 2007, udział w zabójstwie jednego z gruzińskich bankierów oraz sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy. Gruzja niejednokrotnie występował do Ukrainy z żądaniem wydania jej byłego prezydenta jednak bez rezultatu. Saakaszwili uciekł z Gruzji w 2013 r. natychmiast po inauguracji nowego prezydenta Georgija Margelaszwili.
W dwa lata później ówczesny prezydent Ukrainy Petro Poroszenko przyznał mu ukraińskie obywatelstwo i wyznaczył go na stanowisko gubernatora obwodu odeskiego. Jednak już w następnym roku odwołał go z tego stanowiska z powodu „niskich wskaźników ekonomicznych”, pozbawił obywatelstwa i zakazał mu przyjazdu na Ukrainę.
Przez następnych kilka lat Saakaszwili pałętał się po świecie. Przebywał po trochu w Belgii, Stanach Zjednoczonych, Holandii jako mąż Holenderki a także w Polsce i w 2018 r. przekroczył nielegalnie granicę z Ukrainą skąd po próbach wiecowania ze swoimi zwolennikami został wydalony.
W maju ubiegłego roku Zełenski przywrócił mu obywatelstwo Ukrainy co też umożliwiło mu prowadzenie działalności politycznej. Jednak założone przez niego ugrupowanie Ruch Nowych Sił nie odegrało żadnej roli w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych a sam Saakaszwili agitował wyborców do głosowania na prezydencką partię Sługa Narodu.
Po roku pobytu na Ukrainie w charakterze zwykłego obywatela prezydent Zełenski zaproponował mu wejście do rządu na stanowisku I wicepremiera ds. reform. Jednak jego kandydatura nie była rozpatrywana przez parlament, ponieważ mogłaby nie uzyskać akceptacji ze strony większości deputowanych.
Zełenski znalazł jednak wyjście z sytuacji i powierzył swojemu protegowanemu kierownictwo Komitetu ds. Reform, gdzie nie potrzebował już niczyjej zgody. Komitet nie jest ciałem decyzyjnym a jedynie organem doradczym prezydenta. Może jednakże mieć wpływ na politykę państwa posiadając kompetencje co do strategicznego planowania i koordynacji reform.
Po otrzymaniu nominacji Saakaszwili nie szczędził podziękowań i słów zachwytu wobec ukraińskiego prezydenta. W swoim pierwszym wystąpieniu zaznaczył, że jest gotów maksymalnie pomagać prezydentowi. Jak się wyraził Ukrainę należy wyciągnąć z bagna a może tego dokonać tylko prezydent, który „nigdy nie był złodziejem i nigdy nim nie zostanie”. Zapowiedział też, że będzie działał na rzecz liberalizacji dotkniętej koronawirusem ukraińskiej gospodarki uwalniając ją od zbyt wielu – jego zdaniem – regulacji wprowadzonych przez państwo.
Mianowanie Saakaszwilego spowodowało natychmiastową reakcję ze strony Gruzji. Minister spraw zagranicznych Dawid Zalkaliani oświadczył, że nominacja ta spowodowała „pewne problemy w stosunkach dwustronnych” i w rezultacie wezwał swojego ambasadora w Kijowie na konsultacje. Zabrał też głos premier Georgij Gacharija precyzując, że Tbilisi nie odwołuje ambasadora a jedynie wzywa na konsultacje dotyczące tego jak „chronić strategiczne i braterskie stosunki z ukraińskim narodem od tych awanturników-polityków”. Zaznaczył, że niezrozumiałe jest to, że strategiczny partner mianuje na stanowisko kogoś, kto został skazany za popełnienie ciężkich przestępstw. Jednak równocześnie w dyplomatyczny sposób wyraził przekonanie, że stosunki między Gruzją a Ukrainą nie ucierpią z powodu „poszczególnych nieodpowiedzialnych polityków”. Oświadczył też, że ma nadzieję na to, że ukraińskie władze nie pozwolą by Saakaszwili ingerował z Kijowa w wewnętrzne sprawy Gruzji dodając, że bardzo go ta sprawa interesuje i będzie ją bacznie obserwować.
Reakcję ze strony gruzińskiej Wołodymyr Zełenski starał się zbagatelizować. Nazwał ją mylną jednocześnie twierdząc, iż Ukraina ma z Gruzją wspaniałe stosunki i nie będzie wzywać na konsultacje swojego ambasadora, ponieważ stosunki między obu krajami są bardziej długotrwałe niż rządy w jakimkolwiek państwie. Jego zdaniem, po konsultacjach wszyscy zrozumieją, że w każdym państwie polityka kadrowa obejmuje obywateli, którzy tam żyją. Z kolei rzeczniczka ukrańskiego MSZ Kateryna Zełenko „uściśliła”, że władze w Kijowie chcą wykorzystać doświadczenia byłego gruzińskiego prezydenta w zakresie wdrażania reform dodając, że ma on na tym polu „znaczące osiągnięcia”.
Kijów i Tbilisi łączy negatywny stosunek do Rosji, choć w Gruzji jest mniej eksponowany, i co za tym idzie dążenie do wstąpienia w szeregi NATO. Przy podkreślanym przez Gruzję strategicznym partnerstwie między obu krajami decyzja ukraińskiego prezydenta wobec Saakaszwilego wydaje się być niezrozumiała a prawdziwe motywy faworyzowania byłego prezydenta Gruzji oraz istota wzajemnych relacji między obu politykami pozostają wciąż niejasne.