
Włodzimierz Czarzasty nikogo nie obraził. Nie nazwał Donalda Trumpa p*dofilem. Wbrew temu, co insynuuje amerykański ambasador, marszałek Sejmu nie użył języka zniewagi ani prowokacji — użył języka faktów. Odmówił poparcia kandydatury Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla i uczciwie to uzasadnił. Bez klękania, bez hołdów, bez rytualnego poddaństwa, w którym politycy Prawa i Sprawiedliwości coraz mocniej się prześcigają. I właśnie to okazało się dla Waszyngtonu nie do przyjęcia.
Zacznijmy od faktów. Ambasador USA w Polsce Tom Rose publicznie poinformował, że „z natychmiastową skutecznością” zawiesza wszelkie kontakty z marszałkiem Sejmu. Jako powód podał rzekome „obraźliwe i nieprowokowane komentarze” wobec Donalda Trumpa, które — jego zdaniem — mają szkodzić relacjom USA z polskim rządem. Padły też sugestie o „braku szacunku” wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz próba ustawienia sprawy tak, jakby Czarzasty naruszył fundamenty sojuszu.
Tyle że to się po prostu nie wydarzyło. A jednak reakcja ambasady jest taka, jakby przed jej siedzibą spalono amerykańską flagę.
Czarzasty, kulturalnie odpowiadając na wniosek o poparcie kandydatury Donalda Trumpa, nie użył języka antyamerykańskiego ani języka obelgi. Przeciwnie — przedstawił przytomną, rzeczową ocenę dotychczasowej polityki Trumpa, opartą na faktach i zgodną z elementarnymi standardami debaty publicznej. Wskazał, że była to polityka oparta na sile, presji i interesie transakcyjnym, a nie na prawie międzynarodowym i trwałym budowaniu pokoju. Zwrócił uwagę na destabilizowanie instytucji międzynarodowych, wojny celne, instrumentalne traktowanie sojuszników oraz lekceważące wypowiedzi dotyczące udziału państw sojuszniczych w misjach wojskowych — w tym udziału polskich żołnierzy w misji NATO w Afganistanie. Jasno podkreślił, że USA są sojusznikiem, a NATO filarem bezpieczeństwa, ale Polska jest i pozostanie częścią Europy, która musi wzmacniać własne zdolności obronne i instytucjonalne. Skrytykował iluzoryczne projekty w rodzaju „Rady Pokoju”, wskazując, że realne bezpieczeństwo buduje się poprzez UE, NATO, ONZ, WHO i własny potencjał, a także zwrócił uwagę na politykę ceł, instrumentalne traktowanie terytoriów takich jak Grenlandia oraz łamanie zasad prawa międzynarodowego. Na tej podstawie uznał, że Trump nie zasługuje na Pokojową Nagrodę Nobla.
Była to zwyczajna ocena polityczna — dokładnie taka, do jakiej ma prawo suwerenne państwo i jego konstytucyjny przedstawiciel. Druga osoba w państwie ma pełne prawo odmówić poparcia nominacji do Nagrody Nobla, zwłaszcza gdy jej przyznanie pozostawałoby w sprzeczności z faktami i własnymi wartościami. Można się z tą oceną nie zgadzać — ale traktowanie jej jako „zniewagi” oznacza, że mylimy sojusz z poddaństwem.
Jeżeli Polska ma być partnerem, a nie amerykańskim wasalem, to musi mieć prawo do różnicy zdań — nawet w tak „drobnej” sprawie jak nominacja do Pokojowej Nagrody Nobla. Sojusz nie polega na obowiązku aprobaty, lecz na zdolności do niezgody bez gróźb i represji.
Reakcja ambasadora USA pokazuje coś zupełnie innego. Zamiast polemiki z argumentami mamy demonstracyjną presję dyplomatyczną: zerwanie kontaktów, język lojalności i sugestię, że sama krytyka prezydenta USA stanowi zagrożenie dla relacji bilateralnych. To nie jest dyplomacja. To jest próba dyscyplinowania.
I właśnie na tę eskalację Czarzasty zdążył już odpowiedzieć — podobnie jak wcześniej: spokojnie, kulturalnie i bez klękania, podkreślając szacunek dla USA jako sojusznika, a jednocześnie jednoznacznie zaznaczając, że w sprawach fundamentalnych dla Polski i jej żołnierzy cofania się nie będzie.
Warto na koniec dodać jeszcze jedno: odmowa poparcia Nobla dla Donalda Trumpa nie tylko nie stoi w sprzeczności z nastrojami społecznymi w Polsce, ale jest z nimi w pełni zgodna. Z sondażu SW Research dla „Rzeczpospolitej” wynika, że 53,2 proc. Polek i Polaków uznaje dziś Stany Zjednoczone za niewiarygodnego sojusznika, a zaledwie 29,9 proc. postrzega je jako partnera, na którym można polegać. To wyraźna większość — i właśnie to społeczeństwo reprezentuje druga osoba w państwie. Gdyby Włodzimierz Czarzasty poparł nominację Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, działałby wbrew faktom, wbrew własnym wartościom i wbrew ocenie większości Polek i Polaków. Strzeliłby sobie politycznie w stopę — i słusznie tego nie zrobił.
Spadek zaufania do Stanów Zjednoczonych nie wziął się znikąd. Jest konsekwencją polityki prowadzonej przez administrację Donalda Trumpa — polityki presji, ceł, instrumentalnego traktowania sojuszników i nerwowych, imperialnych reakcji na każdą formę krytyki. To ona realnie podkopuje wiarygodność USA także w oczach polskiego społeczeństwa.
Potężne państwo, globalne imperium, największa ambasada świata — i jedno zdanie polskiego marszałka wywołuje dyplomatyczną histerię. Jeśli to ma być dowód siły, wyszedł raczej dowód kruchego ego, które pęka przy najmniejszym sprzeciwie. Reakcja Czarzastego była jedyną sensowną: spokojna, kulturalna, konsekwentna. Szacunek dla USA — tak. Zgoda na kneblowanie debaty i obrażanie polskich żołnierzy — nie.









