Europa nie jest bezradna wobec Trumpa

3 lut 2026

Gdy retoryka Donalda Trumpa wokół „posiadania” Grenlandii na chwilę przygasła, część komentatorów odetchnęła z ulgą. Napięcia handlowe między USA a Unią Europejską również zeszły na moment z pierwszych stron gazet. Problem w tym, że taka ulga bywa myląca. Jeśli czegoś nauczyła nas pierwsza prezydentura Trumpa, to tego, że pretekst do presji zawsze się znajdzie. Cła, groźby i szantaż gospodarczy nie są wyjątkami, lecz stałym elementem tej polityki.

Często słyszymy przy tym, że Europa w starciu z USA jest skazana na defensywę. Ameryka jest większa, bardziej agresywna, gotowa na eskalację, a Unia – podzielona i ostrożna – może co najwyżej apelować o dialog. To jednak opowieść, która pomija istotny szczegół: UE nie jest pozbawiona realnych narzędzi nacisku, tylko zbyt często zakłada, że jedyną odpowiedzią na cła są… kolejne cła.

Problem w tym, że debata szybko upraszcza się do haseł, a różnice między konkretnymi narzędziami giną w tle. 

Cła importowe to podatki nakładane na towary wjeżdżające do kraju. Jeśli USA nakładają cła na europejskie samochody, drożeją one na rynku amerykańskim, ale koszt uderza także w europejskich producentów, którzy tracą konkurencyjność. Gdy UE odpowiada symetrycznie, nakładając cła na towary z USA, efekt jest podobny: rosną ceny, pojawia się presja inflacyjna i niezadowolenie po obu stronach.

To klasyczna spirala wojny handlowej, w której koszty są nieuniknione po obu stronach, choć nie pojawiają się w tym samym czasie ani w tych samych miejscach. Presja po stronie eksportera bywa natychmiastowa, podczas gdy po stronie importera narasta wolniej – poprzez inflację, zakłócenia łańcuchów dostaw i napięcia polityczne. Ostateczny rozkład tych kosztów zależy przy tym od elastyczności popytu i podaży oraz możliwości przerzucania obciążeń w cenach i marżach.

Obok ceł importowych istnieje jeszcze inne narzędzie: podatek eksportowy, czyli opodatkowanie własnych firm sprzedających towary za granicę. Formalnie koszt ponosi eksporter, ale w określonych sektorach faktyczny ciężar ekonomiczny przenosi się na zagranicznego odbiorcę.

Jeśli dany towar można bez większych kosztów zastąpić innym, importer po prostu zmienia dostawcę, a ciężar podatku zostaje po stronie eksportera. Jeśli jednak alternatywy nie istnieją, zakup staje się koniecznością, a wyższa cena nie eliminuje popytu – tylko przesuwa koszt na drugą stronę transakcji.

Dlaczego to ważne w relacjach UE–USA? Bo struktura handlu jest asymetryczna. W części sektorów Europa jest bardziej narażona na amerykańskie cła, ale jednocześnie to ona kontroluje dostęp do wielu produktów, których USA nie są w stanie szybko ani tanio zastąpić. To sprawia, że presja działa nierówno – i właśnie na tej nierówności Europa może grać.

Spójrzmy na energię. Stany Zjednoczone eksportują do UE głównie LNG i ropę. To dziś niezwykle ważny element bezpieczeństwa energetycznego Europy, zwłaszcza po 2022 roku, i w krótkim okresie zastąpienie tych dostaw byłoby kosztowne i bolesne. Jednocześnie są to surowce o charakterze globalnym. W średnim horyzoncie – choć nie bez inwestycji i ryzyk – Europa może dywersyfikować dostawy i kupować je także od innych producentów. Oznacza to, że amerykańska energia pozostaje istotna, ale jej potencjał jako trwałej dźwigni nacisku jest ograniczony.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w sektorach, gdzie to Europa ma silną przewagę i gdzie zależność USA od europejskich dostaw jest wysoka. Dobrym przykładem są farmaceutyki, w których UE od lat notuje wyraźną nadwyżkę handlową wobec Stanów Zjednoczonych, a amerykański rynek w dużym stopniu opiera się na imporcie z Europy. Jeszcze lepszym przykładem są maszyny do produkcji mikroczipów, zwłaszcza najbardziej zaawansowane urządzenia wytwarzane przez holenderską firmę ASML. Bez nich amerykański przemysł półprzewodników – a wraz z nim ambicje w zakresie AI – nie jest w stanie funkcjonować.

Z perspektywy kosztów i stabilności gospodarczej USA logiczne jest więc to, że sektor ten bywa w praktyce traktowany wyjątkowo, ponieważ jego obciążenie natychmiast przełożyłoby się na wzrost cen i problemy produkcyjne w Stanach Zjednoczonych. Podatek eksportowy na takie produkty nie oznaczałby, że Amerykanie „przestaną kupować”. Oznaczałby, że będą musieli kupować drożej, a presja szybko przeniosłaby się na amerykański przemysł, rynek pracy i politykę wewnętrzną. Europa poniosłaby koszt w postaci mniejszego wolumenu sprzedaży, ale USA poniosłyby koszt systemowy, którego nie da się łatwo rozproszyć ani zamaskować.

Podobna logika dotyczy usług, choć tu sytuacja jest bardziej złożona. Handel usługami między UE a USA jest niemal tak duży jak handel towarami, a Stany Zjednoczone mają w nim wyraźną nadwyżkę. Klasyczne cła na usługi są jednak trudne do egzekwowania, dlatego europejski podatek cyfrowy okazał się narzędziem politycznie konfliktogennym i w praktyce ograniczonym. Znacznie skuteczniejsze byłoby opodatkowanie tantiem i opłat licencyjnych. Amerykańskie firmy technologiczne generują w Europie ogromne przychody z praw własności intelektualnej, często księgowane przez spółki-córki w Irlandii w celu obniżania podatków. Zamknięcie tej furtki uderzyłoby bezpośrednio w ich zyski – i pozostawiło Waszyngtonowi bardzo ograniczone możliwości odwetu.

Najwrażliwszym punktem USA pozostaje jednak finansowanie deficytu. Amerykański dług publiczny przekracza 38 bilionów dolarów i nadal rośnie. Europejscy inwestorzy posiadają jego ogromną część. Europa także korzysta z kapitału zagranicznego, lecz w tej relacji kluczowa jest skala i koncentracja ekspozycji na amerykańskie aktywa. To asymetria, którą w Waszyngtonie doskonale rozumieją.

Gdy analitycy Deutsche Bank zasugerowali, że Europa mogłaby wykorzystać tę dźwignię, reakcja amerykańskich władz była nerwowa: bagatelizowanie ryzyka połączone z ostrzeżeniami przed „konsekwencjami”. To zwykle sygnał, że ktoś dotknął realnego problemu. Nie chodzi przy tym o masową wyprzedaż amerykańskich obligacji, która byłaby kosztowna także dla europejskich instytucji. Znacznie subtelniejszym ruchem byłoby odejście od traktowania obligacji USA jako aktywów „wolnych od ryzyka” w regulacjach finansowych UE. Nawet symboliczna zmiana zwiększyłaby koszty obsługi amerykańskiego długu i wysłałaby jasny sygnał polityczny.

Gdy Trump straszył Chiny kolejnymi podwyżkami ceł, Pekin nie odpowiedział ustępstwami, lecz spokojnie wytrzymał presję i reagował proporcjonalnie. W dłuższej perspektywie kluczowe okazało się jednak nie samo „cło za cło”, lecz to, że administracja USA zaczęła się wycofywać, gdy amerykańskie działania zaczęły generować realne koszty gospodarcze i polityczne po własnej stronie. Nieprzypadkowo analitycy rynkowi zaczęli mówić o zjawisku TACO trade – od hasła „Trump Always Chickens Out” – opisującym schemat, w którym Trump eskaluje groźby, testuje reakcję rynków i partnerów handlowych, a następnie zawiesza decyzje lub szuka „resetu”, gdy presja zaczyna działać przeciwko USA.

Ten przykład bywa mylnie interpretowany jako dowód, że najlepszą odpowiedzią na presję USA jest eskalacja konfliktu handlowego. W rzeczywistości chińska strategia polegała na czymś innym: na konsekwentnym sygnalizowaniu gotowości do długiego sporu przy jednoczesnym przerzucaniu kosztów na stronę amerykańską. Sytuacja Unii Europejskiej jest jednak zasadniczo inna. UE funkcjonuje jako wielopaństwowa wspólnota, w której klasyczna wojna celna szybciej ujawnia wewnętrzne napięcia i nierówny rozkład strat. Dlatego europejską lekcją z chińskiego przypadku nie powinno być kopiowanie instrumentów, lecz przyjęcie podobnej logiki: gra twarda, długodystansowa, ale prowadzona na polu, które Europa wybiera sama.

Skuteczniejsza jest więc polityka selektywna: nie „wojna handlowa” w sensie medialnym, lecz precyzyjne uderzanie tam, gdzie druga strona rzeczywiście nie ma łatwej alternatywy. Wbrew obiegowym opiniom, w relacjach UE–USA takich punktów jest więcej, niż zwykle się przyznaje.

Najnowsze

Koniec bezkarnego poniżania pracowników? Od 5 listopada nowe prawo przeciwko mobbingowi. Nawet 28 836 zł zadośćuczynienia

Koniec bezkarnego poniżania pracowników? Od 5 listopada nowe prawo przeciwko mobbingowi. Nawet 28 836 zł zadośćuczynienia

Nowe przepisy Kodeksu pracy, które wejdą w życie 5 listopada 2026 roku, mają na celu walkę z mobbingiem w polskich zakładach pracy. Uproszczona definicja nękania oraz wyższe zadośćuczynienie wzmocnią pozycję pracowników. Kluczowe będzie skuteczne egzekwowanie przepisów, aby zapewnić ochronę i godność zatrudnionych.

Polska prawica dostarcza paliwa rosyjskiej propagandzie. Kreml wykorzystuje kryzys wywołany sporem prezydenta z rządem

Polska prawica dostarcza paliwa rosyjskiej propagandzie. Kreml wykorzystuje kryzys wywołany sporem prezydenta z rządem

Rosyjskie działania dezinformacyjne wykorzystują wewnętrzne konflikty w Polsce, szczególnie wokół Trybunału Konstytucyjnego, aby podważyć zaufanie społeczne i osłabić bezpieczeństwo państwa. Polityczne napięcia między prezydentem a rządem stają się polem do popisu dla rosyjskiej propagandy, zwiększając ryzyko destabilizacji Polski w obliczu zagrożeń ze strony Rosji.

Chiny i Szwajcaria podpisały protokół w sprawie aktualizacji umowy o wolnym handlu

Chiny i Szwajcaria podpisały protokół w sprawie aktualizacji umowy o wolnym handlu

30 października w Pekinie minister handlu Chin Wang Wentao podpisał protokół aktualizacyjny umowy o wolnym handlu z Szwajcarią. Obie strony zobowiązały się do otwartości w zakresie towarów, usług i inwestycji, co ma pogłębić współpracę gospodarczą. Umowa została pierwotnie podpisana w 2013 roku, a jej aktualizacja jest podkreśleniem wsparcia dla wolnego handlu w trudnym międzynarodowym środowisku.

Komentarz: Japonia rozbraja pacyfizm. Stare demony, nowe rakiety

Komentarz: Japonia rozbraja pacyfizm. Stare demony, nowe rakiety

80 lat po ogłoszeniu pacyfistycznej konstytucji Japonia coraz śmielej stawia na zbrojenia.** Rząd premier Sanae Takaichi rozważa zwiększenie wydatków wojskowych, rozwija potencjał militarny i zaostrza stanowisko wobec Chin. W tle pozostają bolesna historia japońskiego imperializmu, napięcia wokół Tajwanu oraz interesy przemysłu zbrojeniowego. Tymczasem tysiące Japończyków protestują w obronie pokoju. **Czy kraj, który po II wojnie światowej wyrzekł się agresji, ponownie wkracza na niebezpieczną drogę militaryzmu? I kto zapłaci za polityczne ambicje Tokio?

Spotkanie Xi Jinpinga z prezydentem Niemiec    

Spotkanie Xi Jinpinga z prezydentem Niemiec    

30 października Xi Jinping spotkał się z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem w Pekinie. Xi podkreślił wysoką jakość relacji chińsko-niemieckich oraz potrzebę współpracy opartej na wzajemnym zaufaniu. Zaapelował o wspieranie otwartości, współpracy i poszanowania równości w relacjach. Strony uzgodniły współpracę w dziedzinach takich jak sztuczna inteligencja, ekologiczne rozwiązania i gospodarka cyfrowa. Steinmeier potwierdził politykę „jednych Chin” i wolę współpracy, w tym w rozwiązywaniu sporów handlowych. Obie strony zobowiązały się do utrzymywania dialogu oraz wspierania pokojowego rozwoju i wolnego handlu na świecie.

Xi Jinping spotkał się z przewodniczącym Konfederacji Szwajcarskiej

Xi Jinping spotkał się z przewodniczącym Konfederacji Szwajcarskiej

30 października w Pekinie Xi Jinping spotkał się z przewodniczącym Konfederacji Szwajcarskiej, Guyem Parmelinem. Xi podkreślił znaczenie współpracy między Chinami a Szwajcarią, uznając ją za wzorcowy przykład w relacjach międzynarodowych. Omówiono rozwój partnerstwa w nowych branżach, takich jak gospodarka cyfrowa i zielona energia, a także potrzebę wspólnej pracy na rzecz multilateralizmu. Po spotkaniu podpisano zaktualizowany protokół strefy wolnego handlu oraz dokumenty dotyczące współpracy naukowej i medialnej, co ma przyczynić się do zrównoważonego rozwoju handlu między krajami.

Sprawdź również

Żółty Październik

Żółty Październik

W lipcu 1949 roku wiceprzewodniczący Komunistycznej Partii Chin Liu Shaogi odwiedził Moskwę. Stalin potraktował go jak wasala. Pokazał mu mapę Europy i Azji. Potem pouczył, że nowa Chińska Republika Ludowa nie będzie wtrącać do spraw Europy Środkowo-Wschodniej. Nie...