Nowa Lewica – nowe otwarcie

Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń – przewodniczącymi Nowej Lewicy. Zakończył się wyczerpujący serial składania w jedno dawnego SLD i Wiosny. W samą porę, by ratować spadające notowania. Plany są ambitne: za dwa lata będziemy rządzić, zapowiedział Czarzasty. Kluczem do sukcesu ma być walka o praworządność i zarazem o Polskę współpracy i szacunku.

Na początek personalia: oprócz liderów dwóch frakcji – tu zaskoczenia nie ma – powołano też wiceprzewodniczących partii. Frakcja SLD wybrała Marka Dyducha, Arkadiusza Iwaniaka, Łukasza Komoniewskiego, Annę Zofię Mackiewicz, Małgorzatę Moskwę-Wodnicką, Andrzeja Szejnę oraz Dariusza Wieczorka. Z ramienia Wiosny wskazano Krzysztofa Gawkowskiego, Anitę Kucharską-Dziedzic, Beatę Maciejewską, Wandę Nowicką, Paulinę Piechnę-Więckiewicz, Joannę Scheuring-Wielgus oraz Krzysztofa Śmiszka. Funkcję sekretarza generalnego partii będzie pełnił Marcin Kulasek.

Pięć kluczowych wartości

zjednoczonej partii zaprezentowali Maciej Gdula i Anna Mackiewicz. – Chcemy Polski współpracy, Polski zielonej, Polski europejskiej, Polski wzajemnego szacunku i troski – oznajmili.Działacze partii zapowiedzieli również walkę z PiS, bo ratowanie demokracji w Polsce traktowane jest jako priorytet. – W celu odspawania PiS-u od władzy musimy rozmawiać ze wszystkimi na opozycji, nawet z tymi, z którzy nie chcą rozmawiać z nami – oznajmił przewodniczący Czarzasty.

Poza tym Nowa Lewica ma w programie

reformę mediów publicznych, państwo wolne od ideologii i neutralne szkolnictwo, wydatki na ochronę zdrowia warte 7,2 proc. PKB, publiczne żłobki i przedszkola w każdej gminie oraz odejście od węgla w ciągu 15 lat. Będzie ambitniejsza polityka społeczna. – Drodzy PiS-owcy, daliście 500+ i myślicie, że to rozwiązuje wszystkie problemy w Polsce. Nie rozwiązuje! Nie można dać komuś 500 zł i się zwolnić ze wszelkich obowiązków – padło z kongresowej sceny.

Nie zabrakło jasnej deklaracji propracowniczej. – Lewica w sporze pomiędzy pracą a kapitałem zawsze będzie po stronie pracy. Będziemy bronić pracowników, upominać się o ich prawa pracownicze i prawo do uzwiązkowienia – obiecał Włodzimierz Czarzasty, a posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zrealizowała te słowa w praktyce, opuszczając kongres, by wziąć udział w demonstracji nauczycieli przed siedzibą MEN.

Czy to wszystko przekona potencjalnych wyborców? Lewica podróżowała ostatnio po Polsce, słuchając ich propozycji. Oby prace programowe na tym się nie skończyły i oby nie zabrakło socjaldemokratów na coraz liczniejszych protestach różnych grup zawodowych. Ostatnie sondaże nie były bowiem łaskawe dla Nowej Lewicy. Badanie CBOS opublikowane w połowie września dawało jej katastrofalne 4 proc.

Punkt widzenia niebezstronnego obserwatora

Oczywiście nie jest to punkt widzenia obserwatora chłodnego, bezstronnego, neutralnego, bo Lewica to w końcu, od dziesięcioleci, moja formacja ideowa, z wszystkimi jej zaletami i wadami, na dobre i na złe.
Pierwsze wrażenie, które mogło uderzyć obserwatora już pierwszych chwil przedpołudniowych przed gmachem Expo przy ulicy Prądzyńskiego w Warszawie, gdy z wolna „nadciągali” delegaci i goście, to konstatacja pierwszej w dziejach tej formacji na przestrzeni dziesięcioleci tak dużej reprezentacji młodego pokolenia. Nie potrafię stwierdzić, jaki procent wśród delegatów na Kongres stanowili ludzie młodzi, w przedziale wieku między 20-40 lat. Na pewno było tym razem inaczej niż w poprzednich latach – młodzi ludzie nie byli słabo zauważalną mniejszością pokoleniowa czy generacyjną wśród weteranów z PRL-owskim rodowodem, lecz – o ile mnie wrażenie nie myliło – stanowili być może nawet większość. Nie przemawia przeze mnie „ejdżyzm”, czyli skłonność do dyskryminowania z powodu wieku, bo sam pokoleniowo należę do tych starszych, ale satysfakcja, że Lewicy nie grozi jednak to niebezpieczeństwo, o którym mówiono przez lata – niebezpieczeństwo naturalnego „obumarcia” formacji z powodu braku dopływu przedstawicieli młodego pokolenia.

Druga kongresowa satysfakcja niebezstronnego obserwatora wzięła się z faktu, że poszczególnym przedstawicielom Lewicy, którzy zabierali na Kongresie głos, udało się dobitnie i klarownie wyłożyć główne zagadnienia jej programu, a przy tym zachować (co w poprzednich latach nie zawsze się udawało) równowagę między kwestiami politycznymi, społeczno-ekonomicznymi oraz ideowo-światopoglądowymi. Zważywszy, że Kongres odbył się w momencie zaognienia konfliktu politycznego wynikającego z orzeczenia Trybunału Julii Przyłębskiej w sprawie w wyższości Konstytucji RP nad prawem Unii Europejskiej, bardzo potrzebny był w tej kwestii także głos Lewicy. I był to głos zdecydowany, w obronie polskiej obecności w Unii, ale – co ważne – głos nie ogólnikowy, lecz konkretny, opowiadający się za kursem na federalizm Europy, przeciw tendencjom nacjonalistycznym, izolacjonistycznym, populistycznym.

Po trzecie, cieszy radykalizm i brak kompleksów młodego pokolenia Lewicy. Jeden z moich znajomych delegatów, czterdziestolatek powiedział mi, że choć nie brakowało mu nigdy temperamentu ideowego, to w porównaniu do młodszych do siebie o lat 15-20 młodych koleżanek i kolegów z Lewicy, czuje się jako jako działacz ostrożny i umiarkowany. Młoda Lewica bez kompleksów, bez psychicznych barier ostro stawia swoje postulaty, zarówno te socjalne jak i światopoglądowo ideowe, np. w kwestii tzw. praw reprodukcyjnych, w tym prawa do przerywania ciąży. Młodzi ludzie Lewicy nie chcą już brać pod uwagę zamierzchłych i pozornych „kompromisów”. To młode pokolenie, jako pierwsze po 1989 roku nie owija sprawy w bawełnę i otwarcie domaga się prawa do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży, wzorem rozwiązań prawnych od dziesięcioleci funkcjonujących w Europie Zachodniej.

Czwarta uwaga dotyczy spraw kadrowych. Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń nie są, podobnie jak nikt z nas – doskonali, ale wydaje się, że na ten czas, na ten historyczny moment są dla Lewicy liderami (współprzewodniczącymi) optymalnymi, którzy potrafili zgodnie połączyć w lewicowym tyglu, reprezentowane przez nich nieco inne wrażliwości. I właśnie dlatego można od nich oczekiwać, by nie dopuścili do zmarnotrawienia cennych kadrowych zasobów Lewicy i z pożytkiem dla niej rozwiązali wewnętrzny konflikt, który ostatnio Lewicą wstrząsnął.
Dobrze że na Kongresie pojawił się i zabrał głos Aleksander Kwaśniewski, powitany taktami pamiętnej piosenki „Ole, Olek” ze zwycięskich dla niego wyborów prezydenckich w 1995 roku. Ciągle jest on autorytetem nie tylko dla ludzi lewicy, a poza tym przypomina czasy jej sukcesów, a to pozwala nie zapomnieć o politycznych ambicjach. Kwaśniewski opowiedział się m.in. za federalnym modelem Unii Europejskiej, a także przestrzegł przed ewentualnymi pokusami współpracy z PiS, partią, która niszczy polską demokrację i – obiektywnie biorąc – zmierza do polexitu.

„Wiele razy, kiedy lewica szła do wyborów podzielona, były problemy, gorsze sondaże, gorsze wyniki. Dzisiaj łączymy się po dwóch latach ciężkiej drogi, ale łączymy się dla Polski, dla wyborców, łączymy się, żeby pokazać nowy, energetyczny program. Jestem przekonany, że to początek drogi, która będzie kończyła się odbiciem rządów z rąk PiS i udziałem Lewicy w rządach” – powiedział Krzysztof Gawkowski i słowa te mogą stanowić motto sobotniego Kongresu.

Pożegnanie

Z głębokim smutkiem przyjąłem informację o śmierci

Michała Turkiewicza

Posła na Sejm IV kadencji
Radnego Rady Powiatu Lubańskiego
Prezesa Zarządu ZGiUK Sp. z o.o. Miasta Lubania
Wrażliwego, życzliwego Kolegi

Rodzinie, bliskim i współpracownikom składam wyrazy współczucia.

Włodzimierz Czarzasty
Wicemarszałek Sejmu

Zebranie partyjne na Targówku

Wydarzenia polityczne w Polsce i na świecie nie nastrajają dziś optymistycznie. Po przegraniu przez Donalda Trumpa wyborów prezydenckich świat wielkiej polityki wstrzymał na kilka dni oddech, ponieważ osobliwą puentą tej prezydentury był atak niezadowolonego z wyniku wyborczego tłumu na waszyngtoński Kapitol, czyli na siedzibę Kongresu Stanów Zjednoczonych. Na pożegnalnym wiecu Trump krzyknął do zbierających się swych zwolenników „Save America” („Ocalić Amerykę”), po czym można było zobaczyć, jak tłum osobliwych dziwadeł wdrapuje się na mury amerykańskiego parlamentu, rozłazi się po korytarzach i gabinetach, dopuszczając się aktów wandalizmu a potem bezczeszczących swym gorszącym zachowaniem świątynię amerykańskiej demokracji, czyli budynki Senatu i Izby Reprezentantów, dokonując dzieła zniszczenia.

Niezwykły obraz Kapitolu z 6 stycznia tego roku zapisze się na długo w mojej pamięci, później z uwagą obserwowałam, jak Kolegium Elektorów Stanów Zjednoczonych konsekwentnie finalizowało wybór nowego prezydenta, a elity Partii Demokratycznej i Gwardia Narodowa Stanów Zjednoczonych sprawnie przezwyciężały skutki aktu politycznego bestialstwa. Ta obserwacja była dla mnie ważna, ponieważ zdawałam sobie sprawę z tego, że trampizm miał kolosalny wpływ na zachowanie „elity” PiS i ich praktyki polityczne w Polsce. Dziś nie ulega wątpliwości, że ostatecznie to tradycje demokratyczne, a w tym system wyborczy obronił w USA powagę procedur państwowych: zaprzysiężenie Joe Bidena i Kamali Harris odbyło się już bez zakłóceń.

Nie mniej jednak wydarzenia z 6 stycznia 2021r. odnowiły nie tylko w USA dyskusje na temat zmierzchu demokracji, w Polsce również. Polecam czytelnikom Trybuny znakomitą książkę na ten temat prof. J.Reykowskiego p.t. „Rozczarowanie demokracją”, napisaną z perspektyw psychologicznych. Przyczyn pojawienia się zagrożeń wokół wartości liberalno-demokratycznych poszukują politolodzy z różnych zakątków świata.

Dyskutują na ten temat socjaldemokraci niemieccy i socjaliści francuscy. Recepty na przezwyciężenie kryzysu demokracji poszukują również w Izraelu, a jej kreatorzy wskazują wydarzenia z 11 września 2001r. jako na moment pojawienia się czarnych chmur na niebie szczęśliwego dotąd Zachodu. Panuje przekonanie, że to wtedy, razem z nowojorskimi wieżami WTC runął cały ten świat oparty na nowoczesności, świeckości i dobrobycie, który – jak się okazało nie uchronił Ameryki od dotkliwego, upokarzającego zamachu, dokonanego przez terrorystów na jej własnym terytorium, co się chyba nie zdarzyło od ataku na Pearl Harbour (grudzień 1941). W każdym razie już w początkach nowego tysiąclecia, nowoczesne wartości (demokracja i liberalizm) w obliczu pojawienia się nowych zagrożeń okazały się tragicznie bezbronne. Nowe krzywdy przyniosła światu globalizacja, a na jej gruncie populizm, Al Kaida, nacjonalizmy, fundamentalizmy wyznaniowe i ostra polaryzacja opinii w wielu demokratycznych krajach.

Po styczniowym szoku Joe Biden w pierwszych miesiącach swej kadencji tchnął nowe impulsy w odczucia wątpiących w siłę mechanizmów amerykańskiej demokracji. Spędził je bardzo pracowicie, przypominając, że demokracja to trudna sztuka, wymagająca od ludzi władzy odpowiedzialności i wierności wartościom podstawowym, czyli praworządności, podziałowi władz, wolności praw obywatelskich ( w tym wolności mediów i prawa do zróżnicowanej informacji) oraz zdolności odróżniania sacrum od profanum. I chociaż Joe Biden jest katolikiem, nie przyszło mu do głowy definiować po drodze n.p. „cnót niewieścich” i innych takich fantasmagorii, ponieważ wiedział, że Ameryka i świat oczekują od niego nie upowszechniania zamierzchłych ideologii, ale zapalenia w politycznym tunelu naprowadzającego światła, które w sposób racjonalny pozwoliłoby obronić wartości, przynoszące większości pożytek. I co ciekawe, sekunduje mu w tym jego wiceprezydentka – Kamala Harris, kapiąca od dorobku zawodowego i obywatelskich cnót, które doprowadziły ją na jeden z najwyższych urzędów w USA. Prezydenta Joe Bidena wspiera również inna znana kobieta – Madeleine Albright (urodzona w Pradze) – pierwsza kobieta w historii USA, która objęła urząd sekretarza stanu. To ona m.in. uczestniczyła w procesie przystępowania Polski do NATO. Pełna politycznych cnót i doświadczeń wydała w 2018 r. książkę p.t. „Faszyzm. Ostrzegam”, w której opisywała współczesne mutacje faszyzmu i ostrzegała m.in. przed rządami Kaczyńskiego. Niedawno udzieliła w TVN 24 wywiadu, w którym stwierdziła, że jest rozczarowana tym, co dzieje się w Polsce.
Jak wiadomo, po odejściu Donalda Trumpa relacje Polski ze Stanami Zjednoczonymi znacznie się pogorszyły, tuż po wyborach prezydenckich w USA politycy PiS czekali na Godota, który- jak to było u Mrożka – nie przybył: Biden wygrał, Trump odleciał i powoli zacierają się ślady na piasku po jego zagrywkach w kwestiach NATO, Unii Europejskiej i innych awanturach. A swoją drogą chciałabym zapytać, czym zajmuje się obecnie Krzysztof Szczerski z kancelarii prezydenta RP, ponieważ kilka miesięcy temu ogłosił, że stanął na czele nowego Biura Polityki Międzynarodowej, czyli czego…? Za co mu właściwie nadal płacimy…? Pamiętam, jak kiedyś w Sejmie krzyczał z trybuny do posłów PO „Wy jesteście tu obcy !”; jeszcze jako szef gabinetu Dudy zapowiadał rozstrzygnięcie wyborów w USA właśnie 6 stycznia! Zwracam więc uwagę, że ten domorosły fałszywy prorok w dalszym ciągu siedzi w Pałacu Prezydenckim i coś tam zapewne dłubie – za kim, albo przeciwko komu…? Może zwrot ku Rosji i Łukaszence ….?

Uwagę opinii politycznej przykuwa szarża PiS przeciwko TVN, a w szczególności TVN 24. Kołodziejski (przewodniczący KRRiT) nie udziela koncesji, obecna wygasa za ok. 50 dni. Jak wiadomo, stacja ta tworzona niegdyś przez polski kapitał zmieniała jakiś czas temu kolejnych właścicieli, aby w końcu stać się własnością amerykańskiego koncernu Discovery. Teraz Kaczyński Jarosław jednym zamachem wystawia Amerykanom rachunek za zaakceptownie Nord Stream 2, Unii Europejskiej za odesłanie Tuska i niezależnemu dziennikarstwu za gadanie od rzeczy, czyli krytycznie wobec polityki PiS. Kiedy dziś zastanawiam się, jak można opisać pozycję Kaczyńskiego w państwie, to wydaje mi się, że najbliżej jest mu do funkcji I Sekretarza KC PZPR: sekretarze mogli wszystko, a przecież takiej wszechwładzy nie przydzielała im Konstytucja PRL z 1952r. , nawet po sławetnej nowelizacji z 1976r. Wypowiadający się na temat realnego socjalizmu dodają na ogół tradycyjną formułkę, że był to „ustrój słusznie miniony”. Miniony, czy właśnie przywracany…? W formie oligarchicznej..? Co by nie powiedzieć, Kaczyński skupia w państwie olbrzymią władzę, dzierży w rękach imperium w ogóle nie przewidziane w Konstytucji RP, podobnie było z realnym władztwem I sekretarzy KC PZPR, jednakże z jedną korektą, uczynioną na rzecz Edwarda Gierka : od 1976r. do 1980r.był członkiem Rady Państwa, co ze względów protokolarnych ułatwiało mu kontakty międzynarodowe, n.p. wyjazd do Stanów Zjednoczonych w 1974r. na zaproszenie Prezydenta USA – Geralda Forda. Pewnie z myślą o takim rozwiązaniu ekipa PiS obdarzyła Kaczyńskiego funkcją wicepremiera ds…….bezpieczeństwa, Kaczyńskiego jakoś nikt nie zaprasza, tak jakby już funkcjonował jako persona non grata. Gierek był na Zachodzie lubiany i uznawany, a jak jest z Kaczyńskim..? Odpowiem po staropolsku: koń, jaki jest każdy widzi (właśnie przed chwilą doniesiono, że Kaczyński „nie zgadza się” na ustępstwa w sprawie TVN i wobec wyroku w odniesieniu do statusu t.zw. izby dyscyplinarnej, no po prostu imperator!).
Wielcy tego świata uzgadniają właśnie ze sobą strategie, urzeczywistniające ich interesy na długie lata. Dlaczego wśród nich nie ma takiego wszechwładnego dyktatora, jakim jest Kaczyński…? To błąd, bo ten potężny umysł może w końcu unieważnić ich świat! Nie wiem, czy zauważył to wysłannik administracji amerykańskiej, nie wiem, kto reprezentował ze strony PiS myśl strategiczną Kaczyńskiego w rozmowach poufnych, bo takie na pewno były. Polska opinia publiczna nie jest poinformowana o przyczynach wywoływania przez Kaczyńskiego napięcia z krajem, który daje nam gwarancje bezpieczeństwa. W kontekście rozważań na ten temat przypomina mi się przemówienie Józefa Becka w Sejmie w kwietniu 1939r: mówił wtedy o honorze, a potem wiał, jak reszta sanacji przez Zaleszczyki do Rumunii. Robił to, oczywiście, z honorem w garści.

Dziennikarze mówią, że to powrót Tuska do polskiej polityki wywołał zaostrzenie kursu wobec TVN, ponieważ stacja ta popiera obecną opozycję i jej racje polityczne, co może zagrozić interesom wyborczym PiS. Być może dlatego odwlekano tak długo decyzję koncesyjną. Zauważam jednak, że z zagrożeniami wyborczymi można sobie poradzić pod warunkiem, że koalicja będzie miała poparcie wyborców. Przypomnę kampanię prezydencką z 1995r. – też nas nie dopuszczano wówczas do jedynej ogólnopolskiej telewizji – TVP, kierowanej przez W.Walendziaka, a wygraliśmy (t.zn. wygrał Aleksander Kwaśniewski, a nie Lech Wałęsa). Poza tym, jak znam życie polityczne, wielkie mocarstwo znajdzie sposób na utrzymanie TVN, Polska – leżąc w tym miejscu na mapie Europy z gwarancjami bezpieczeństwa niekoniecznie. Znów kłania się 1 i 17 września 1939.

Słuchałam z uwagą wystąpienia D.Tuska w Gdańsku. Muszę przyznać, że ma zdolności oratorskie i potrafi trafnie nazywać rzeczy po imieniu. W każdym razie nie zmarnował czasu w Radzie Europejskiej. Tyle na razie, zobaczymy co dalej. Mam nadzieję, że swoim zwyczajem nie zrobi krzywdy Rafałowi Trzaskowskiemu, bo w przeszłości jako szef PO i premier skutecznie usuwał z pola widzenia rzeczywistych i potencjalnych konkurentów. A ja przed drugą turą w ostatnich wyborach prezydenckich wywiesiłam baner Trzaskowskiego na balkonie, w uznaniu, że w trudnym momencie podjął wyzwanie, krzyknął „mamy dość” i ostro pracował. Skutecznie pozamiatał po nieudanej kampanii Kidawy – Błońskiej, zmobilizował wyborców i każdy w Polsce wie, że gdyby były to uczciwe wybory, Duda by z nim przegrał. Trzaskowski to zdolny, postępowy polityk, z wyraźnymi cechami przywódczymi. A poza tym – przystojny chłop! (mówię tak, ponieważ stoję na stanowisku, że każdemu , co mu się należy).
Natomiast Donaldowi Tuskowi odradzałabym sięganie po hasło „ruski ład”, bo niechcący ktoś może przywołać inne nam znane, acz niemiłe polskiej duszy, mianowicie „polnische Wirtschaft”, co mogłoby, zresztą, n.p. znakomicie dziś ilustrować poziom naszego zadłużenia, a w związku z tym perspektywy rozwojowe w ramach lansowanego przez twórców „polskiego ładu”.

Atmosfera w polskiej polityce jest gęsta od niewiadomych. Stąd m.in. w swych wakacyjnych lekturach sięgnęłam po „Historię Polski od 17 listopada 1918r. do 17 września 1939r”., autorstwa St. Cata Mackiewicza (1896-1966). Ten znany w międzywojniu polityk napisał w jednym z zamieszczonych tam esejów słowa następujące: „Otoczenie Piłsudskiego miało dwóch proroków: Wyspiańskiego i Żeromskiego. Wyspiański, to pisarz par excellance polityczny, „wzywał na bój”, wzywał do przekształcenia potencjalnej siły polskiego sentymentu na kinetyczną siłę walki i wojny. „Wesele”, to program polityczny pierwszej brygady, Żeromski był pisarzem załamania i sceptycyzmu”, ( pamiętamy ?: Rozdzióbią nas kruki, wrony..?).. We wrześniu zjeżdża z Krakowa do Warszawy z „Weselem” Wyspiańskiego reżyser Krzysztof Jasiński, hm…. tak sobie tylko to i owo kojarzę…..A Stefan Żeromski był dla mnie pisarzem ważnym.

Kilka tygodni temu odbyło się zebranie partyjne Nowej Lewicy na Targówku, zwołane przez sympatycznego przewodniczącego – Jacka Pużuka. Zaszczyciła je posłanka Żukowska, byłam ciekawa jej wypowiedzi, ponieważ przez trzy kadencje byłam posłanką z Warszawy (a w 1997r. nawet wygrałam wybory w warszawskim okręgu wyborczym). W szczególności interesowały mnie dziwne zabiegi wokół jednoczenia się lewicy. Męczyła mnie kwestia mojej aktualnej przynależności, ponieważ z internetu dowiedziałam się, że jestem członkiem Nowej Lewicy, chociaż nie wypełniałam żadnej deklaracji członkowskiej, nikt, zresztą, szarych członków o zdanie na ten temat nie pytał. Posłanka Żukowska wyjaśniała, że w końcu wiele partii współczesnych zmienia swą nazwę i w tej decyzji, aby wytrzeć z obiegu gumką myszką historyczną nazwę „Sojusz Lewicy Demokratycznej” nie ma nic dziwnego. To prawda, ale w Europie są również partie socjaldemokratyczne o ponad stuletniej tradycji, która buduje również ich dzisiejszą moc i zasoby członkowskie. Nie przekonał mnie również argument, że SLD ma struktury, a Wiosna elektorat (?), w związku z tym było warto. W czasie zebrania jednakże okazało się, że częścią składową Nowej Lewicy mają być frakcje, nikt dokładnie nie wiedział ile i jakie. Potem ukazały się informacje, że dopuszczone są tylko dwie, co najmniej 500-osobowe. Znów zadzwonił do mnie sympatyczny Jacek Pużuk z pytaniem, czy przystępuję do „frakcji” SLD. Zaznaczył również, że jeśli tego nie zrobię – to zgodnie ze statutem moja przynależność w SLD wygaśnie w ciągu miesiąca. Pomyślałam: czystej wody autorytaryzm, ktoś odgórnie zarządza moim partyjnym losem. Do tej pory tak było w polityce, że najpierw budowano partię, a potem ewentualnie władze tej partii wyrażały zgodę na uruchomienie frakcji.

Jednym słowem- moja długa droga przynależności partyjnej wygaśnie ….. „z automatu”. Ale, Panie Przewodniczący, rąk nie załamuję. Drogę do polityki wyznaczył mi ruch kobiecy, zawsze był dla mnie ważny i teraz do niego wrócę. Z inicjatywy Barbary Labudy poznałam niedawno dwie znakomite kobiety- Martę Lempart i Klementynę Suchanow ze Strajku Kobiet. W rozmowie urzekły mnie wszechstronną, niebanalną wiedzą na tematy społeczne i polityczne oraz głęboką motywacją do działania. W trakcie naszego spotkania wydawca przywiózł z drukarni jeszcze cieplutkie egzemplarze mojej ostatniej książki „Ołtarz bez tronu…? Walka o rząd polskich dusz”, które wręczyłam im z osobistą satysfakcją.

Do „frakcji” SLD nie przystąpię, bo pewnie i tak by mnie wkrótce z jakiegoś powodu zawieszono. I to by było na tyle.

Wołodja mocny i Andrzej twardy

Oglądam jednak olimpiadę; głównie z rana. W zasadzie to tylko z rana, żeby nie jeść śniadania w samotności. Kiedyś oglądałem „Ukrytą prawdę” albo „Malanowskiego”, ale kiedy grają nasz hymn, to ciągle jeszcze mi staje. I staję wtedy ja, na baczność, choć przy tegorocznych, olimpijskich zmaganiach mam po temu niewiele okazji. Nawet San Marino nas wyprzedziło w strefie medalowej.

Prawdę rzekł parę dni temu Łukasz Kadziewicz, były reprezentant Polski w siatkówce: świat nam uciekł. Sportowy świat. Ale jak tak dalej pójdzie, ucieknie nam i każdy inny. Kiedy igrzyska się zakończą, olimpijski ogień zgaśnie, zacznie się u nas stawianie stosów i palenie żywcem winnych najgorszego występu Polaków w historii olimpijskich startów. Naturalnie, pierwszym do spłonięcia, przynajmniej ze wstydu, winien być minister, odpowiedzialny za sport. Kiedyś był od tego osobny „fachowiec”, a dziś jego kompetencje przejął, zdaje się, Gliński. Ten, jak wiadomo, ogniowi się nie kłania i nawet choćby płonął jak pochodnia, krzyczał będzie, że Nowy Ład jednak się kręci. Prędzej wyjdą mu na licach plamy opadowe niźli płowe rumieńce wstydu. Bo gdyby Pan minister mógł, to by przed sobą klękał. O ile jeszcze tego nie robi. Co się zaś tyczy wstydu, uczucia nieznanego w polityce polskiej, mistrzami jego deficytu, prócz Glińskiego, zostają na najbliższe dni dwaj z pozoru różni, ale mentalnie tożsami politycy: Duda Andrzej i Czarzasty Wołodja.

Pierwszy podpisał ostatnio kwity, dzięki którym posłowie i senatorowie oraz inna, polityczna menażeria, dostaną z naszych podatków podwyżki pensji. Kiedy inflacja przekracza nienotowane od 20 lat pułapy, banda darmozjadów przyznaje sobie dodatkowe apanaże. Trzyma się to, w sumie, kupy, bo jak w kraju drożyzna, trzeba zarobić więcej, żeby rachunki w budżecie domowym się spięły. Dodaj do tego, człowieku prosty, wyrzucone na bruk rodziny i krewnych ze spółek skarbu państwa i obrazek masz jak malowanie. Nie wszyscy jednak uwierzyli w tragiczną sytuację naszych polityków, i zaczęli utyskiwać, że to niemoralne, żeby w chwilach trudnych, gdy ludziom żyje się coraz gorzej i muszą się natrudzić dwa razy tyle, żeby zarobić na chleb i oliwki, państwo senatorstwo przyznawało sobie podwyżki, a prezydent łaskawie się na to godził. Andrzej Duda szybko uciął tę dyskusję. Zupełnie inaczej, niż zwykł nas do tego ostatnio przyzwyczajać, bo z życzeniami gratulacyjnymi dla jedynych, jak do dziś, medalistek z Tokio, zeszło mu parę dni. Tym razem prezydent Duda nie kazał na siebie czekać, i podpis pod podwyżkami złożył od razu, argumentując to w sobie znanym stylu, że liczy się co prawda z protestami opinii społecznej, ale całe odium tego występku bierze na siebie. I to właśnie on, a nie kto inny, będzie musiał z tym żyć. W myśl zasady, że jeśli chcesz być prezydentem, to musisz być twardy; bo taki prezydent, to nie byle co; to bezwzględny, twardy profesjonalista, który nie może okazać grama słabości; a jak okaże, to znaczy, że się do tej roboty nie nadaje. Chyba tylko grafen albo diament może być w naszym kraju twardszy. Tak właśnie: Andrzej Duda, grafen i damasceńska stal. Gdyby MKOl dołożył do rywalizacji w Tokio dyscyplinę twardości, mamy kandydata jak się patrzy. Szkoda tylko, że już wyjechał, bo może byłoby zeń więcej pożytku, gdyby sobie w Japonii jeszcze trochę posiedział. Przynajmniej by niczego nie podpisał. To akurat prezydent też dobrze potrafi.

Ongiś, jeden z polityków SLD starszego pokolenia powiedział mi na ucho, że gdy ważyły się losy przywództwa w partii, Włodzimierz Czarzasty miał się początkowo wstrzymywać z kandydowaniem, tłumacząc się, że wątroba już nie ta. Jak się okazało, było to jeno zwykłe hamletyzowanie miłośnika żółtych swetrów, do których ja też się zaliczam. Wziął Czarzasty SLD jak Bronek ślepą Kaśkę, i nikt złego słowa nie powiedział. Ani Zandberg, ani Biedroń, ani Zawisza, ani Dziemianowicz-Bąk. Wszyscy pospuszczali oczy poniżej depresji i przyklepali czarzastową rabację w biały dzień, a trzeba być naprawdę pełnym złej woli, żeby nie widzieć nahaja w ręku oprawcy, którym poprzetrącał młodzieży kręgosłupy. Takiej, Szanowne Posłanki i Posłowie (z podwyżkami) lewicy chcecie, na której można łamać statut, terleckizować regulamin i witkować głosowania do skutku, aż wyjdzie na nasze? Ludzie to widzą i widzą Was, jak skundliliście pod butem hegemona. Jeśli chcecie dołączyć do zacnego grona bezwstydników, którzy cynizmem wypełniają półeczki na honor i własne zdanie a sejmową pengą portfel, to jesteście na bardzo dobrej ścieżce i kursie i nic nie zmieniajcie. Tyle macie w sobie buntu i woli walki z niesprawiedliwością co na ajpadach i ajfonach. Jak PiS zeszmaca ludzi to zamach na demokrację, ale jak szef ugrupowania opozycyjnego łamie demokratyczne reguły gry i pozbywa się przeciwników za pomocą cepa, to już skuteczność, ceniona bardziej nad styl. Poważnie? Adrian!

Lewica nie będzie przystawką

Piotr Kusznieruk, przewodniczący Nowej Lewicy w województwie podlaskim, tłumaczy, dlaczego zjednoczenie Nowej Lewicy i Wiosny jako dwóch równorzędnych sił to optymalne rozwiązanie.

Lider podlaskiej Nowej Lewicy skomentował ostatni konflikt w partii na łamach białostockiej „Gazety Wyborczej”.

Przypomnijmy, że na posiedzeniu zarządu Nowej Lewicy w ostatnią sobotę zapadły ostatecznie decyzje o utworzeniu dwóch i tylko dwóch frakcji w partii. Będą to struktury odpowiadające dawnym formacjom: SLD i Wiośnie. W takiej postaci partia uda się na kongres zjednoczeniowy, finałowo zaplanowany na 9 października.

Przed i podczas zarządu przewodniczący Włodzimierz Czarzasty zawiesił w prawach członka kilkoro działaczy, w tym posłów Lewicy. Emocje wokół konfliktu w partii nie gasną.

Umów trzeba dotrzymywać…

Przewodniczący podlaskich struktur Nowej Lewicy nie ma wątpliwości: już za późno na dyskusje o tym, czy i na jakich zasadach Wiosna połączy się z Nową Lewicą. To już było omawiane i zostało ustalone. – Kluczowym elementem jest dotrzymanie słowa wobec Wiosny. Umów trzeba dotrzymywać. Dzisiaj ważniejsza jest ta integracja niż indywidualne ambicje pewnej grupy osób – powiedział Piotr Kusznieruk w rozmowie z „GW”. – Dogadaliśmy się, że Wiosna ma mieć autonomię, integralność w ramach tego połączenia, a to, że będą dwie frakcje i po dwóch przewodniczących, także w regionach, zostało zapisane w naszym statucie. Taka strategia rozwoju naszej partii została określona w 2019 r. – doprecyzował.Dodał przy tym, że pomysł mnożenia liczby frakcji i tworzenia np. pięciu wewnętrznych grup uważa za kuriozalny. – W kraju i regionach po pięciu przewodniczących? To jakiś absurd – mówi działacz.

… a Wiosna jest cenna

Piotr Kusznieruk uważa również, że wartość rozwiązanej Wiosny jest dużo wyższa, niż wskazywałyby na to mało liczebne struktury w terenie. Przypomina, że Wiośnie udało się zaangażować do polityki nowe twarze, młodych ludzi, że ci nowi aktywiści to uczestnicy protestów w sprawach LGBT i równości kobiet i mężczyzn.

– Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO. Bo w Wiośnie jest energia – mówi Kusznieruk.

A dzisiejsze różnice w światopoglądzie i podejściu do polityki między doświadczonymi działaczami dawnego SLD i tą energetyczną młodzieżą? Są do przezwyciężenia, mówi przewodniczący Nowej Lewicy na Podlasiu. Jest przekonany, że za 2-3 lata frakcje partii zżyją się ze sobą.

Są podstawy, by w to uwierzyć – wszak cel politycy z obu formacji mają jeden, a koalicja zawarta w 2019 r. przyniosła socjaldemokratom i progresywistom upragniony powrót do parlamentu.

Nie spaść do roli przystawki

Piotr Kusznieruk obawia się, że bez Wiosny i jej elektoratu znaczenie Nowej Lewicy mogłoby raptownie zmaleć. Nawet do tego stopnia, że samodzielny start w wyborach nie miałby sensu. A skutki byłyby opłakane. – Jeśli Wiosna zostanie „wystrzelona w powietrze” przez nieuczciwe działania, to Lewica będzie musiała pójść do tych wyborów jako przystawka PO – prognozuje polityk. A taki scenariusz w jego przekonaniu jest niepożądany. Socjaldemokraci powinni iś do wyborów samodzielnie, nie jako część koalicji, w której ich program rozmyje się.

Dlatego Piotr Kusznieruk, chociaż zaznacza, że od konfliktu w partii trzyma się z daleka, chce jednak, by przewodniczącym Nowej Lewicy do kongresu w październiku był Włodzimierz Czarzasty, współtwórca koalicji z Wiosną i Razem.

Co dalej z Nową Lewicą?

Zarząd Nowej Lewicy podjął w sobotę uchwałę o powołaniu dwóch frakcji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej i frakcji Wiosna; utrzymał również w mocy decyzje zawieszające kilku członków partii – powiedział w sobotę lider Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty. Zarząd podjął decyzję praktycznie jednomyślnie – przy jednym głosie wstrzymującym się.

„Zarząd w sposób ostateczny podjął uchwałę o powołaniu dwóch frakcji – Sojuszu Lewicy Demokratycznej i frakcji Wiosna, co kończy dyskusję w sprawie tego, jak będzie wyglądała sprawa dotycząca kongresu zjednoczeniowego 9 października. Dwie frakcje – frakcja Wiosna i frakcja SLD”

– powiedział Czarzasty po sobotnim posiedzeniu zarządu Nowej Lewicy.

„Dopełniliśmy obietnicy zobowiązania wobec naszego partnera, jakim jest partia Wiosna”

– zaznaczył.

Podkreślił, że w głosowaniu, tylko jedna osoba powstrzymała się od głosu, wszyscy inni byli „za”. „Kończy to w sposób definitywny dyskusję w tej sprawie. My nie oszukujemy, jak dajemy słowo, to tak być powinno” – zaznaczył.

Poinformował ponadto, że zarząd Nowej Lewicy utrzymał w mocy jego wcześniejsze decyzje zawieszające członków partii. „Działania te są zgodne z procedurami partii, poddałem swoje decyzje pod weryfikację zarządu. Temat uważam za zakończony” – oświadczył.

Czarzasty zawiesił w sobotę sześciu posłów: Tomasza Trelę, Karolinę Pawliczak, Wiesława Szczepańskiego, Wiesława Buża, Jacka Czerniaka i Bogusława Wontora. W południe rozpoczęło się posiedzenie zarządu ugrupowania.

Partactwem Obezwładnieni

W taki sposób szewc Fabisiak odczytuje skrót nazwy PO jakim posługuje się partia, która sama zamknęła się w kręgu politycznej a także medialnej partaniny.

Jak trafnie zauważył Marek Dyduch, Platforma uprawia polityczne dziadostwo. W jaskrawy sposób objawiło się to podczas sejmowego głosowania nad ratyfikacją unijnego Funduszu Odbudowy. PO sama wpędziła się w kanał oponując przeciwko „zdradzieckim” negocjacjom Lewicy z rządem – które to negocjacje tak jak to ma miejsce na całym świecie toczyły się w zaciszu gabinetowym zamiast w świetle kamer – oraz założeniom będącego konsekwencją przyjęcia tego funduszu Krajowego Planu Odbudowy. Jednocześnie PO zarzekała się, że jest obiema górnymi kończynami za tym aby unijne środki wpłynęły do Polski. Popadając w tego rodzaju schizofrenię nie miała zatem innego wyjścia jak wstrzymać się od głosu. W ten sposób zachowała się jak chwiejna moralnie panienka, która i chciałaby i boi się.

Mówiąc o ratyfikacji unijnego programu trzeba postawić sprawę jasno. Otóż Polska nie miała innego wyjścia niż ratyfikowanie funduszu, gdyż jego zawetowanie oznaczałoby jego udupienie z konsekwencją dla wszystkich państw członkowskich UE. W Unii bowiem obowiązuje zasada jednomyślności. Czyli innymi słowy liberum veto, co zdaniem szewca Fabisiaka, stanowi najdonioślejszy wkład Polski w funkcjonowanie europejskiej wspólnoty. Skoro tak, to sejmowa większość nie mogła sobie pozwolić na odrzucenie ratyfikacji albo otwarcie głosując za albo jak Koalicja Obywatelska na sposób strusia chowającego głowę w piasek. Spośród posłów Koalicji Obywatelskiej za ratyfikacją głosował jedynie Franciszek Sterczewski. Zapytany o motywy odpowiedział, że tego życzyli sobie jego wyborcy. Wniosek z tego można by wysnuć następujący. Albo szefostwo Koalicji ma zupełnie innych wyborców niż poseł Sterczewski albo się z wyborcami nie konsultowało. Szewc Fabisiak skłania się raczej ku tej drugiej wersji.

O dziadostwie Platformy świadczy też jej reakcja na ustalenia jakie Lewica dokonała w wyniku rozmów z rządem. Ponoć Lewica nic nie uzyskała, co plastycznie argumentował Borys Budka pokazując pustą kartkę tak jak gdyby ktoś pierwej wymazał z miej ujęte w KPO postulaty Lewicy. Być może budowa 75 tys. mieszkań to jest nic dla kogoś, kto przynajmniej jedną taką nieruchomość posiada ale już nie dla tych, którzy tych mieszkań oczekują. Szewc Fabisiak nie chce w tym momencie cytować wszystkich nerwowych komentarzy platformianych i powiązanych z nią polityków. Pragnie jedynie zwrócić uwagę na dwa najbardziej kretyńskie. Autorem pierwszego jest Roman Giertych hop! hop! hop!, który widzi tu inspirację rosyjskich służb specjalnych, tym samym wpisując się w nurt tych myślicieli, dla których wszystkiemu co im się nie podoba winna jest rosyjska agentura wykazując się wyobraźnią na poziomie pewnego żołnierza, któremu wszystko kojarzyło się z pewną częścią damskiego ciała. Drugim mózgowcem okazał się Radosław Sikorski, który z kolei najwyraźniej ma pierdolca na punkcie paktu Ribbentrop-Mołotow porównując doń przed laty budowę gazociągu północnego a obecnie lewicowo-rządowe negocjacje. Jeżeli już bawić się w polityczne paralele, to trafniejsze byłoby porównanie tychże negocjacji do rozmów pomiędzy Rooseveltem i Churchillem z jednej a Stalinem z drugiej strony. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że choć byli to polityczni adwersarzy to potrafili w obliczu wspólnego celu zachować się jak mężowie stanu a nie jak rozkapryszone przedszkolaki.

Do krytyki Lewicy ochoczo przyłączyli się też nadgorliwi propagandziści ze sprzyjających Platformie mediów z Tomaszem Lisem, Gazetą Wyborczą i TVN na pierwszej linii frontu. Przykładowo, niezwykle dociekliwy redaktor tej stacji telewizyjnej Andrzej Morozowski dopytywał czy podczas rozmów z Morawickim w punkcie dotyczącym budowy mieszkań przedstawiciele uzyskali rządowe gwarancje tego, że w mieszkaniach tych będą mogły zamieszkać osoby LGBT. Zgodnie z tą logiką profesor egzaminujący studenta z układu planetarnego nagle powinien zacząć go go wypytywać o wojny peloponeskie. W komentarzach, a także wypowiedziach przynajmniej jednej z prominentnych postaci coraz mniej aktywnego Strajku Kobiet częstokroć pod adresem Lewicy pojawiają się oskarżenia o zdradę, tak jakby Lewica nagle zgodziła się na niemal całkowity zakaz aborcji czy też odpuściła swoje stanowisko wobec wielu innych kwestii. Tymczasem rozmowy dotyczyły zupełnie innych spraw niż te co do których Lewica ma odmienne zdanie niż PiS. Wszystkie te nie trzymające się przysłowiowej kupy insynuacje Włodzimierz Czarzasty podsumował jednym krótkim, lecz zrozumiałym dla ludzi myślących i nie do końca ogłupionych prymitywną propagandą zdaniem mówiąc: rozmawiałem z premierem w sprawie pieniędzy.

Szewc Fabisiak uważa, że Czarzasty rozegrał sprawę w sposób profesjonalny stawiając pod ścianą zarówno PiS, jak i PO – wbrew temu co twierdzi Platforma, iż było zgoła na odwrót najwyraźniej myląc własne pragnienia z obiektywną rzeczywistością. Najpierw wyraźnie zadeklarował poparcie dla Funduszu Odbudowy sytuując się na pozycji poważnego partnera do rozmów w odróżnieniu od zadufanej w sobie Platformy uważającej, że każdemu może dyktować swoje warunki. Następnie w skuteczny sposób ustawił sobie premiera zmuszając go do wpisania postulatów Lewicy do Krajowego Planu Odbudowy pod presją odmowy głosowania za jego przyjęciem. I na tym polega profesjonalna a nie partacka polityka – konkluduje Szewc Fabisiak.