Lewica popiera Konrada Fijołka

– Gorąco apeluję tak do wszystkich swoich wyborców, jak i do wszystkich rzeszowian żeby oddawali swój głos na Konrada Fijołka, bo ten jest gwarantem rozwoju miasta. Ono naprawdę leży mu na sercu – powiedział „Dziennikowi Trybuna” poseł Wiesław Buż, były radny Rzeszowa i szef struktur SLD w województwie podkarpackim, obecnie reprezentujący region i Lewicę w Sejmie.

Doświadczony samorządowiec, a obecnie parlamentarzysta nie miał wątpliwości, że obecny wiceprzewodniczący rzeszowskiej rady miejskiej to najlepszy kandydat na następcę Tadeusza Ferenca w ratuszu. To nie przywieziony w teczce działacz, który nie ma pojęcia o realiach terenu, gdzie przyszło mu działać, a człowiek urodzony i wykształcony na miejscu.
– To kandydat wszechstronnie przygotowany do pełnienia urzędu, pokazał to na stanowiskach które zajmował w radzie miejskiej – powiedział nam poseł Buż. – Zawsze dobrze nam się współpracowało, np. przy projektach związanych z wdrażaniem budżetu obywatelskiego czy tych dotyczących edukacji. Konrad Fijołek to lokalny polityk profesjonalny i wszechstronny, który nie musi uczyć się zarządzać ani„uczyć się miasta”. On je po prostu zna i żyje jego sprawami – podkreślił Wiesław Buż.

Poseł nie miał również wątpliwości, że głosowanie na Konrada Fijołka nie oznacza dla wyborcy o lewicowych przekonaniach żadnego „mniejszego zła”. Zaznaczył, że kandydat na prezydenta niejednokrotnie zajmował stanowisko bliskie poglądom lewicowym, nie zaprzeczał im. Ponadto jego zaangażowanie w rozwijanie i unowocześnianie Rzeszowa, czyli sprawy bliskie lewicowej polityce miejskiej to nie banał. – On doskonale pasuje do hasła „:Rzeszów – stolica innowacji” – nie miał wątpliwości rzeszowski poseł Lewicy.

Innego rodzaju rekomendację Konradowi Fijołkowi wystawił także Włodzimierz Czarzasty. – To człowiek, który w sprawie Rzeszowa zjednoczył opozycję. To człowiek, który wygra te wybory – oznajmił Czarzasty na konferencji, podczas której poinformowano o poparciu Fijołka ze strony całej opozycji.

Czas dialogu z biskupami minął

Ostatnie miesiące zmieniły polskie społeczeństwo. Kobiety i ich sojusznicy wyszli na ulice. Walka o prawo do bezpiecznego przerywania ciąży, o prawo do wyboru, jest doświadczeniem pokoleniowym. Jego skutki będą zapewne odłożone w czasie. Ale całe pokolenie złapało bakcyla wolności. I jednocześnie zostało zaszczepione przeciwko klerykalizmowi, obskurantyzmowi i konserwatyzmowi.

Przyczyn protestu jest wiele. Sam uczestniczyłem w wielu protestach przeciwko piekłu kobiet i z doświadczenia mogę powiedzieć, że niezwykle dobrze odbierany jest argument dotyczący godności Polek. Brzmi on mniej więcej tak: Dlaczego Polki nie mają takich praw jak inne Europejki. Wszystkie Europejki [poza Maltankami] mogą dokonywać wyboru, a Polki nie. Dlaczego?

Odrzucić niepisaną konstytucję

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. I mieści się w dwóch słowach: Kościół Rzymskokatolicki.

To uprzywilejowana pozycja Kościoła w polskim systemie politycznym decyduje o pozbawieniu Polek praw, które są oczywiste dla innych Europejek. Prawa do wyboru, którym – przypomnijmy – cieszyły się od 1956 do 1993 roku. Prawo wyboru jest doświadczeniem milionów Polek z pokolenia powojennego wyżu. Wtedy jednak pozycja Kościoła w Polsce była inna. Transformacja ustrojowa była głębsza, niż na pierwszy rzut oka widać. Doskonale opisała to na łamach Oko.press Agnieszka Graff, wskazując że obok pisanej Konstytucji – zgodnej z ideami oświecenia i praw człowieka – uformowała się również konstytucja niepisana, przyznająca Kościołowi nieformalny, ale respektowany przez elity, wpływ na różne sfery życia społecznego. Na nieszczęście polskich kobiet, jedną z takich sfer była kontrola nad seksualnością i rozrodczością kobiet.

Każda umowa trwa jednak tak długo jak stosunki społeczne, które ją wytworzyły. Na scenę wkroczyło nowe pokolenie, które niepisanej Konstytucji nie uznaje. Nie akceptuje uprzywilejowanej pozycji Kościoła w państwie. Jest ona dla nich czymś dziwacznym, odbiegającym od Zachodniej normy, ograniczającym ich wolność. Dla młodych Kościół ma twarz szkolnego katechety. I nie jest to twarz zbyt zachęcająca. Katecheta nie prowadzi otwartej dyskusji, lecz wykłada niepodważalne prawdy wiary. Jeśli jakiś uczeń chciał z nauczaniem Kościoła dyskutować w oparciu o rozumowe czy empiryczne argumenty to był ośmieszany. Taki obraz Kościoła ma w głowach młode pokolenie. Powiedzmy szczerze, jest to dobra metafora pozycji Kościoła w Polsce.

Kościół już przegrał

Dni uprzywilejowanej pozycji Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce są już policzone. Z kilku powodów. Po pierwsze, młode pokolenie uznaje ten stan za nienormalny. Po drugie, spora część średniego i starszego pokolenia nie wybaczy Kościołowi sojuszu z PiS. Jeśli PiS straci kiedyś władzę, to pójdzie na dno razem ze swoim sojusznikiem.

Polska potrzebuje więc nowego ułożenia stosunków z Kościołem. Na zasadach, które zgodne są z XXI-wieczną praktyką rozdziału Kościoła od Państwa. Jak wypracować te nowe zasady? Drogi są z grubsza dwie. Dialog albo siła prawa. Albo Państwo się z Kościołem dogada polubownie, albo narzuci mu swoje propozycje.

Nie ma partnera do dialogu

Większość z nas instynktownie czuje, że dialog jest czymś lepszym, a rozwiązania wykute w dialogu są trwalsze. Na tym przekonaniu swoją pozycję buduje Szymon Hołownia, którego upodobanie do kojącej mocy dialogu stało się już tematem wielu internetowych memów. Mógłbym nawet przyznać Hołowni rację. Problem polega na tym, że do dialogu potrzeba dwóch stron. Nie widzę po stronie kościelnej chętnych do prowadzanie dialogu na temat nowego ułożenia relacji Państwo-Kościół. Szczególnie, że za kilka lat będzie to – z punktu widzenia Kościoła Rzymskokatolickiego – negocjowanie warunku kapitulacji. Rzeczywistość społeczna się zmienia. I za kilka lat Kościół w Polsce nie będzie negocjował dla siebie nowych przywilejów, lecz warunki na których je utraci. Czy ktoś wyobraża sobie obecnych członków Episkopatu w takiej roli? Polski Kościół jest w swojej masie Kościołem przedsoborowym. Nie w sensie liturgii i symboliki, ale w sensie postrzegania własnej roli społecznej, własnej roli w państwie i społeczeństwie. Księża nie uznają siebie za jednych z uczestników pluralistycznego społeczeństwa obywatelskiego, roszczą sobie prawo do pozycji uprzywilejowanej, jak – powiedzmy – w XIX wieku. Księdza wierni mają słuchać w każdym temacie, na który się wypowie i łożyć na jego utrzymanie. A państwu wara od tego.

Tak to wygląda i Szymon Hołownia doskonale o tym wie. Kto jak kto, ale katolicki publicysta zna tę instytucję od podszewki. To nie jest Kościół „Tygodnika Powszechnego”. To jest Kościół, który wyrzuca „Tygodnik Powszechny” z redakcji, bo naprzykrza się miejscowemu hierarsze. Jak Kościół ma negocjować swoją rolę w demokratycznym państwie i pluralistycznym społeczeństwie, skoro biskupi nie tolerują nawet pluralizmu we własnej instytucji.

Dlatego ustalenie nowej pozycji Kościoła w Państwie nie odbędzie się w porozumieniu z biskupami. Opozycja po wygranych wyborach musi mieć siłę, aby zawalczyć o świeckie państwo. Niektórzy samorządowcy już teraz odnajdują w sobie tę siłę.

Dwa fundamenty władzy Kościoła

Władza Kościoła opiera się na dwóch fundamentach: ideologicznym i finansowym. Fundament ideologiczny to odbywająca się w szkołach katechizacja. Co rusz słyszymy, że szkoła ma być wolna od polityki. Działacze na rzecz praw osób LGBT, czy aktywiści klimatyczni w szkołach bardzo drażnią prawicę. Ale zupełnie nie przeszkadza im, że w radzie pedagogicznej zasiadają osoby, które przez 12 lat edukacji, dwa dni w tygodniu prowadzą ideologiczną indoktrynację. Mówią dzieciom, że aborcja to morderstwo, homoseksualizm to zboczenie a prezerwatywa to grzech. Młodzi się przeciwko temu buntują. Wypisują masowo z katechezy. W dużych miastach to masowy trend. Ale w mniejszych ośrodkach wypisanie się z katechezy jest aktem odwagi. Kilka pokoleń dzieciaków niechodzących na religię doświadczyło w Polsce prześladowań przez grupę rówieśniczą, katechetów, nauczycieli. Czas z tym skończyć. Nie chodzi o zmniejszenie liczby godzin katechezy. To będzie zmiana ilościowa. Polska szkoła potrzebuje zmiany jakościowej, przywrócenia jej świeckiego charakteru. Bez lekcji religii i księży w radzie pedagogicznej.

Szkoła powinna – jak wszystkie inne publiczne instytucje – być wolna od symboli religijnych. Księża nie powinni uczestniczyć w uroczystościach państwowych. Żadnych. Chyba, że w charakterze gości.

Rozmontować potęgę Kościoła

Szczególnie, że katecheza w szkołach łączy się z drugim fundamentem władzy Kościoła: finansami.

Musimy przerwać pępowinę łączącą Państwo z Kościołem. PiS z Kościołem. Jedną i drugą stronę łączy relacja handlowa. PiS płaci gotówką. Kościół odwdzięcza się poparciem. PiS zapewnia bezkarność. Księża odwdzięczają się dobrym słowem z ambony. W dniu wyborów.

Mój przekaz jest jasny. Należy znieść przywileje Kościoła. Księża powinni być takimi samymi obywatelami jak osoby świeckie. Powinni płacić takie same podatki, składki, cła i inne daniny. Nie ma żadnego uzasadnienia dla rozlicznych przywilejów, wyjątków, ulg i bonifikat dla Kościoła.

Za katechizację płaci państwo. Z naszych podatków finansujemy armię prawie 22 tys. katechetów, co kosztuje na wszystkich 1,5 mld zł rocznie. Niewiele mniej niż inne propagandowe narzędzie władzy, czyli media publiczne w obecnym wydaniu. Tę pozycję należy wykreślić z budżetu państwa. Zero godzin religii w szkole. Zero złotych na pensje dla katechetów. Szymon Hołownia ma pomysł, aby lekcje religii zredukować o połowę. Ja żądam, aby zredukować je do zera.

Katechizacja i pensje dla katechetów to niejedyne elementy finansowej potęgi Kościoła. Są też inne. Księża nie płacą podatku dochodowego jak zwykli obywatele. Księży obowiązuje podatek dochodowy (PIT) w formie niewielkiego ryczałtu, w zależności od funkcji w Kościele i wielkości parafii – od 131 zł kwartalnie dla wikariuszy do półtora tysiąca dla proboszczów największych parafii. To kwoty nieporównywalnie mniejsze, niż gdyby PIT był płacony na zasadach ogólnych. Dlaczego księża nie mogą płacić podatku dochodowego od tacy? Od ofiar pobieranych za chrzest, ślub i pogrzeb?

Przecież to dochód księdza i jego parafii!

Dzisiaj ZUS księży i zakonnic jest opłacany przez w 80% przez Państwo z Funduszu Kościelnego. Dlaczego księża nie opłacają w 100% swojego ZUS-u? Jak wszyscy inni pracujący Polacy. Tak powinno być. A Fundusz Kościelny po prostu powinien zostać zlikwidowany.

Kościół korzysta z bonifikat przy zakupie nieruchomości (zwłaszcza gruntów) od samorządów. Często są to ulgi w wysokości 90–99 proc. wartości nieruchomości. Hołownia chce te bonifikaty ograniczyć. Jego krakowscy zwolennicy mówią, że ograniczenie ma sięgać AŻ 50 proc. Przelicytuję was. Bonifikaty mają być ograniczone do zera. Żadnych bonifikat dla kleru. To na nich bowiem zbudowano małe imperia księdza Dymera i innych kościelnych oligarchów, którzy na koniec dnia byli „zbyt duzi by upaść”. Nawet jeśli jednocześnie krzywdzili dzieci.

Od 1992 roku do dziś Kościół dostaje na tzw. Ziemiach Odzyskanych za darmo grunty rolne. Po 15ha dla parafii.

Łącznie ponad 76 tys. ha, czyli prawie tyle, ile zwróciła niesławna Komisja Majątkowa. Komisje Regulacyjne powinny zakończyć swoje działanie. I ani jeden hektar na Ziemiach Zachodnich i Północnych nie powinien już trafić w ręce kleru. Lewica w Sejmie wykonuje swoją pracę. Składamy projekty ustaw odbierające Kościołowi jego przywileje, jak ten o nadziałach ziemi na ziemiach Zachodnich i Północnych. Nie mamy wątpliwości, ze PiS tego nie przegłosuje. Ale projekty już są. I zostaną zgłoszone ponownie, kiedy większości już miał nie będzie.

Roczny koszt utrzymania samego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego to ponad 15 mln zł, a kolejne 10 mln zł wynosi rachunek od kapelanów więziennych, szpitalnych oraz zatrudnionych w służbach mundurowych. Moim zdaniem jedynym miejscem, gdzie powinni pozostać kapelani są szpitale. W obliczu śmierci każda osoba wierząca ma prawo wezwać księdza. Tylko niekoniecznie musi być to ksiądz na etacie szpitala. Wystarczy proboszcz, czy wikary z najbliższej parafii.

NIE dla Podatku Kościelnego

Zadaniem opozycji jest rozmontowanie, cegiełka po cegiełce tego fundamentu finansowej potęgi Kościoła. Nie chodzi o to, aby zmienić system finansowania Kościoła przez Państwo, ale aby go rozmontować. Należy postawić tamę przepływom finansowym na linii Państwo-Kościół. Również na linii Spółki Skarbu Państwa – Kościół. Proponuję tutaj opcję zero. Zero złotych dla Kościoła.

Szymon Hołownia proponuje Polakom specjalny Podatek Kościelny. Pomysł to nie nowy. Pojawiał się już w kręgach Platformy Obywatelskiej. Pomysł to nie polski, ale niemiecki. Zasługuje więc na poważne rozważenie.
W mojej ocenie Podatek Kościelny należy jednak odrzucić. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, to będzie tylko zmiana formy finansowania Kościoła przez Państwo. W sytuacji, gdy postulatem powinna być likwidacja przepływów Państwo-Kościół.

Po drugie, wiara i przynależność wyznaniowa powinna być prywatną sprawą każdego człowieka. I należy się tej zasady trzymać w Polsce w sposób ortodoksyjny. Boję się sytuacji, w które Państwo Polskie będzie gromadzić dane o przynależności wyznaniowej (lub jej braku) obywatelek i obywateli. Napiszę wprost: w Polsce wierna lub wierny Gminy Wyznaniowej Żydowskiej dwa razy się zastanowi zanim wpisze do swojego PIT-a, że chce aby procent jej podatku trafiał na rzecz lokalnej wspólnoty żydowskiej. Każdemu przedstawicielowi mniejszości wyznaniowej w Polsce zapali się w takiej sytuacji w głowie lampka ostrzegawcza. A wraz z nią przychodzi refleksja, co będzie jeśli do władzy dojdzie, dajmy na to, Konfederacja i zyska dostęp do spisu polskich żydów, prawosławnych, protestantów, osób bezwyznaniowych? Przy takiej władzy, lepiej nie być na takiej liście. Tego uczy wielowiekowe doświadczenie mniejszości wyznaniowych.

Dlatego ja za Podatek Kościelny panu Hołowni dziękuję. Może intencje są szczytne, ale skutki mogą być groźne. W Polsce trzymajmy się modelu Państwa, które NIE pyta swoich obywatelek i obywateli o wiarę. I nie gromadzi nigdzie odpowiedzi na to pytanie. Wiara to sprawa prywatna każdej obywatelki i każdego obywatela.

Niestety nie każdy element władzy Kościoła można rozmontować za pomocą zwykłych ustaw. Część zapisano w umowie międzynarodowej jaką jest Konkordat. Przypomnę tutaj, że SLD w Sejmie głosowało przeciwko ratyfikacji konkordatu podpisanego w ostatnich dniach premierostwa Hanny Suchockiej. Zostawmy jednak historię i spójrzmy w przyszłość. Co zrobić z Konkordatem? Państwo powinno uczciwie zaproponować Watykanowi renegocjację tej umowy. Jeśli spotka się z odmową należy rozważyć inne kroki z wypowiedzeniem tej umowy międzynarodowej włącznie. A przy najbliższej nowelizacji Konstytucji należy z ustawy zasadniczej wykreślić Konkordat. Umowa z Watykanem może zostać zawarta. Ale Konstytucja nie powinna nadawać jej wyjątkowego charakteru.

Prokuratorzy wejdą do kurii

Inne wielkie zadanie dla Państwa to rozliczenie pedofilii w Kościele. I nie chodzi tylko o łapanie pojedynczych seksualnych drapieżników. Celem państwowej Komisji powinno być pokazanie systemu ochrony pedofilów przez instytucje Kościoła. I doprowadzenie do postawienia zarzutów każdemu hierarsze, który w tym procederze brał udział. Prawica mówi, że pedofile są wszędzie, a podobno statystyki pokazują, że najwięcej ich wśród budowlańców. Tylko jak jakiś murarz jest pedofilem to firma budowlana nie przenosi go z budowy na budowę, tylko zawiadamia prokuraturę.
Napiszę wprost, aby nie było, że nikt księży nie ostrzegał. Pierwszego dnia rządów dzisiejszej opozycji, do kurii biskupich w całej Polsce wejdzie prokuratura i zabezpieczy dowody dotyczące tuszowania pedofilii wśród księży. Przenoszenia z parafii do parafii. Blokowania procesów kościelnych podejrzanych księży. Zaniechań w informowaniu prokuratury o popełnionych przestępstwach. Państwowa komisja ds. Pedofilii to rozsądny pomysł. Ale może taka komisja nie będzie potrzebna. Wystarczy niezależna prokuratura. I solidna prasówka. Bo opisów afer pedofilskich jest aż nadto w materiałach prasowych. W tych opublikowanych. I tych zablokowanych przez różnych redaktorów Lisickich.

Albo klerykalizm, albo modernizacja

Polki na ulicach walczą z piekłem kobiet. Pamiętajmy jednak, kto to piekło zbudował. I nie zrobił tego w ciągu ostatnich 30 lat. Sam termin pochodzi przecież od Boya-Żeleńskiego, który opisywał pozycję kobiet w II RP. I kto za międzywojenne piekło kobiet odpowiadał? Przywołajmy tytuł innej słynnej książki Boya „Nasi okupanci”.

Postawmy sprawę jasno: jeśli potęga Kościoła w Polsce nie zostanie złamana, to w Polsce nigdy nie będzie normalnie. Przynajmniej, jeśli przez normalność rozumiemy rzeczywistość zachodnich demokracji. Polki i Polacy nie będą mogli cieszyć się pełnią praw człowieka, które są oczywiste dla mieszkańców Europy Zachodniej. Będzie obywatelkami i obywatelami Unii Europejskiej, ale niestety obywatelkami i obywatelami gorszego sortu.
Rozdział Kościoła od Państwa nie oznacza walki z religią. Wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Podobnie jak brak wiary. Szanuję osoby wierzące i w pełni popieram wolność religijną. Nie akceptuję jednak sytuacji, w której jedna z instytucji mówi innym ludziom, w tym również nie należącym do tej instytucji, jak mają żyć, jak mają się kochać, jak mają wychowywać swoje dzieci. I czy rodzić dzieci z bezmózgowiem, czy nie.

Lewica musi mieć wizję

Lewica musi mieć koncepcję rozwiązywania problemów bieżących, lecz – jak naucza profesor Zygmunt Bauman – musi jej jeszcze chodzić, o coś więcej, niż: „robić to samo, co robi prawica, tylko lepiej”.

Na działania polskiej lewicy niewątpliwy wpływ wywierają dzisiaj dwa główne czynniki: konieczność przeciwdziałania opresyjnej władzy PiS, spychającej społeczeństwo i państwo w jakieś niebezpieczne otchłanie. Oraz, zmagania z pandemią, wywołanym przez nią kryzysem, i jego wielorakimi skutkami (zdrowotnymi, społecznymi, gospodarczymi, kulturowymi, psychologicznymi).

Stawia to przed formacją konieczność podejmowania trudnych decyzji. Na przykład, czy do wyborów (za dwa lata, ale nie można też wykluczyć, że wcześniej) iść samodzielnie, czy w koalicji? I w ślad za taką lub inną decyzją w tej sprawie – podjętą po wnikliwych analizach oraz dyskusjach – realizować adekwatne do niej (decyzji) działania programowe i praktyczne.
Lecz sytuacja ta wymaga również – odnosząc się do drugiej kwestii – opracowania propozycji do walki z owymi wielorakimi skutkami kryzysu, tak w zakresie krótkookresowym, jak i perspektywicznym.

Niedawno na łamach Dziennika Trybuny, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty, w kontekście znanego wystąpienia przywódców PO (o „zjednoczeniu” opozycji), dał jasną wykładnię sensowności podziału lewica-prawica i wyszczególnił niektóre zadania formacji w pracy bieżącej. Warto jednak w tym miejscu dodać, iż – oprócz działań, o których pisał szef SLD – przed lewicą (bo, jak nie przed nią, to przed kim?) stoją też zadania wyjścia naprzeciw dramatycznym wyzwaniom szerzej postrzeganej rzeczywistości społecznej, przyrodniczej itp., wymagającej głębszych zmian, w tym strukturalnych. Myślę, iż także te sprawy winny znajdować się w sferze zainteresowania przywódców polskiej lewicy. Bo lewica musi mieć koncepcję rozwiązywania problemów bieżących, lecz musi jej jeszcze chodzić, jak naucza profesor Zygmunt Bauman, o coś więcej, niż „robić to samo, co robi prawica, tylko lepiej”.

Na marginesie, próbę pewnej reakcji, a zatem: „robić inaczej, niż prawica” – podjęła Socjalistyczna Platforma Programowa SLD, przedstawiając swój Manifest. Szkoda, iż partie polskiej lewicy się nie ustosunkowały do tej sprawy, choć od inicjatyw, jaką podjęła SPP, na polskiej lewicy się przecież nie przelewa. I tym bardziej powinno się ją docenić.

Dlatego, silnie akcentując potrzebę przyjęcia odpowiedniej polityki, przeciwdziałającej pisowskiemu szkodnictwu, i apelując do gremiów przywódczych Nowej Lewicy i Lewicy Razem o jak najpilniejsze jej wdrożenie, chciałbym się zarazem odnieść do kryzysu popandemicznego, ale rozumianego szerzej. To znaczy kryzysu, w którym uwzględnia się skutki samej pandemii, ale też problemy – wynikające z dewastacji środowiska społecznego, przyrodniczego, i inne – będące rezultatem (w najszerzej pojętym aspekcie społecznym) niewydolności panującej formacji społeczno-ekonomicznej. Także w tej kwestii chciałbym apelować do gremiów decyzyjnych lewicy o podjęcie tematu. Zwraca, bowiem uwagę na to zagadnienie wspomniany już wyżej Manifest Socjalistycznej Platformy Programowej:

„Kapitalizm przywiódł ludzkość ku nowym, nieznanym dotąd wyzwaniom… Po raz pierwszy problem przetrwania gatunku ludzkiego spowodowany zmianami środowiska, jakie człowiek spowodował jawi się dla niego, jako najważniejsze wyzwanie… Niepowstrzymanie katastrofy klimatycznej przyniesie zagładę znacznej części ludzkości. Skutkiem kapitalistycznej polityki gospodarczej i społecznej szybko pogłębia się rozwarstwienie ekonomiczne społeczeństw… W nowym socjalizmie jest jedyna nadzieja na zrównoważony rozwój społeczny, na społeczną sprawiedliwość, na sprawiedliwą przyszłość…”.

Powyższy tok rozumowania skłania ku tezie, iż dla jasności sprawy oraz skuteczności działania lewicy konieczne jest kompleksowe spojrzenie na obecny kryzys, i na sposób jego obecnego rozumienia. Jest to ważne, bo od interpretacji zjawiska będzie zależał wybór sposobów i narzędzi do jego pokonania.

Szerzej rozpatruję ten problem w opracowaniu: „Socjalizm w XXI wieku: Praca u podstaw i praca od podstaw. V RP – Socjalistyczna?”; Wydawnictwo i Drukarnia MOLOH WROCŁAW.

„… Koronawirus COVID-19, będzie znamienny dla roku – 2020… Pozostawi po sobie dramatyczne następstwa, szczególnie ludzkie, osobiste, zdrowotne, często bardzo bolesne. Ale też społeczne, ekonomiczne, psychologiczne. Już jest, i pozostanie wielowymiarowy kryzys i jego skutki, w postaci załamania gospodarek, bezrobocia, biedy, niedoli, depresji – ludzi, klas i warstw społecznych, nacji.

Z tym kryzysem zmierzyć się musi świat i ludzkość. A przecież nie zniknęły stare, przed epidemiczne wyzwania dla Ziemi, Europy, Polski: nierówności społeczne, dewastacja przyrody itp., których też nie można zostawiać na potem, bo to prosta droga ku tragedii dużo większej niż pandemia. Stąd mówiąc o kryzysie trzeba uwzględniać różne jego aspekty wynikające z przeszłości i okoliczności aktualnych, z którymi wszak przyjdzie się mierzyć i w przyszłości. W tym rozumieniu kryzys dziś to scalony układ trzech splątanych składników: skutków pandemii (zdrowotnych, społecznych); skutków i procesów post pandemicznych (kryzysy: gospodarczy, społeczny, kulturowy); procesów przed pandemicznych, lecz występujących także i po pandemii (społecznych – rozwarstwienia, biedy, wojen; klimatycznych – dewastacji przyrody, uchodźców itp.). Taki, wielostronny – niepomijający żadnej z powyższych spraw – sposób reakcji na kryzys, musi cechować sferę polityczną, a szczególnie podejście lewicy. Lewica globalna/ europejska/ polska… musi się włączyć w wyprowadzanie ludzkości/ Polski z matni, tak postrzeganego kryzysu. Formacja winna wywalczyć sobie pozycję jednej z głównych sił realizujących to zadanie. Jest bardzo ważne, by lewica i jej – służące całemu społeczeństwu, a nie klasom wybranym – plany społeczno-ekonomiczne legły u podstaw działań antykryzysowych. Wymaga to wzmocnienia jej aktywności politycznej, oraz sformułowania adekwatnych propozycji programowych.

W kontekście programu lewica powinna podjąć dwa kierunki działań. Na pierwszym miejscu walka ze skutkami kryzysu, aby zapobiec klęskom biedy, głodu, chorób, temu, co grozi podstawom egzystencji ludzi. Oraz walka o gospodarkę, o miejsca pracy, o produkcję i usługi zaspokajające potrzeby główne.

Lecz, jest i drugi kierunek: konieczność przekształceń systemu, który staje się coraz bardziej nieludzki i niewydolny społecznie, wrogi przyrodzie, naturze. Nie wolno ulec pojawiającej się narracji „teraz zajmijmy się ratowaniem gospodarki, a uzdrawianiem kapitalizmu zajmiemy się potem”. Nie wolno ulec, bo ów system, gdy dziś nie zreformuje się pewnych elementów jego struktury – nie zmieni się „sam z siebie” nawet pod wpływem kolejnego wirusa lub kolejnej klęski suszy, czy wręcz katastrofy, dziś jeszcze trudnej do wyobrażenia.

Lewica musi ustrzec się błędu, jaki popełniła w czasach kryzysu – 2008-2012. Błędu niedostatecznej walki z jego skutkami, lecz także i w szczególności, błędu zaniechania walki z główną jego przyczyną, neoliberalnym kapitalizmem. Lewica, niezależnie od tego, jaki jest jej stan i kondycja w danym momencie, winna mieć zawsze przygotowany plan awaryjny, plan działań na wypadek nadzwyczajnej sytuacji. Powinien on zawierać, oprócz wariantów bieżącej reakcji na kryzys i jego skutki, także zręby alternatywy ustrojowej dla kapitalizmu, aby „w każdej chwili” móc ją zaproponować. Zabrakło ich na poprzedni kryzys, już czas, zatem na ich opracowanie, w obliczu wyzwań roku 2021, i lat następnych.

Taki plan, choć ma zawierać alternatywne rozwiązania dla kapitalizmu, musi być realistyczny, łączyć w sobie rozwiązania zabezpieczające poziom egzystencji klas najsłabszych, bezrobotnych, i działanie gospodarki, produkcji, usług, zaspokajające główne potrzeby ludzi – z mądrymi, ewolucyjnymi, ale i konsekwentnymi działaniami strukturalnymi. Przebudowującymi, w uzasadnionym zakresie struktury instytucji państwa, ale przede wszystkim… stosunki społeczne i strukturę społeczeństwa. Warunkiem realizmu tego planu jest stosowanie w jego urzeczywistnianiu metod pozytywnych i konstruktywnych, opartych o pracę edukacyjno-wychowawczą i organizatorską, skupiającą do aktywności gospodarczej/ własnościowej, społecznej, kulturalnej; oraz odpowiednią, w tym zakresie politykę państwa.

Dziś światu, społeczeństwu, Polsce brakuje spojrzenia na stan rzeczy w dłuższej perspektywie czasu. Szczególnie brak perspektywy w najszerzej rozumianej kwestii społecznej. Ta perspektywa w pracach partii politycznych (nie tylko polskich) sięga dzisiaj roku – dwóch, co najwyżej kadencji. Tymczasem wielkie problemy współczesności narzucają konieczność pilnego zajęcia się też tym, co przed nami w niedalekiej przyszłości, a nawet, już tuż za rogiem. Sprawami najgroźniejszymi dla ludzkości, tak, aby nie dać się zaskoczyć zjawiskom o następstwach dalece poważniejszych niż skutki pandemii. Nie ma wątpliwości, iż problemy te były i dalej są zaniedbane przez siły polityczne, intelektualne itp., w tym i przez lewicowe. Dotychczasową bierność w kwestii zmian systemowych, które powstrzymywałyby te niebezpieczeństwa, usprawiedliwiano twierdzeniami o czasie interregnum/ międzykrólewia, w którym jedna epoka jeszcze nie umarła, kolejna nie narodziła, tedy czekamy. Ale teraz wnioskując po opiniach na temat „czasu po epidemii” niewykluczona jest sytuacja, którą opisuje teza, iż świat, społeczeństwo, gospodarka na skutek kryzysu ekonomicznego i perturbacji następujących po nim, nie będą już takie same. Zatem, czy czas interregnum dobiega końca, i mamy początek nowej epoki? Nie wyrokując już dzisiaj można jednak z dużą dozą pewności stwierdzić, iż ciąg epidemii oraz nieprzygotowanie do niej rządów i społeczeństw, dużo dobitniej niż ostrzeżenia ekspertów i obrońców natury, dały politykom… i obywatelom do zrozumienia, iż trzeba się głębiej zastanowić nad dalszym swoim postępowaniem: bezwzględną eksploatacją natury i człowieka w imię zysków garstki, oraz prymitywnej konsumpcji pewnej grupy innych. Dały też ludzkości jeszcze trochę czasu na to, aby się opamiętać, i zawrócić z drogi samozagłady…”.

Podział lewica-prawica nie odszedł do lamusa

Czy podział prawica-lewica jest nadal aktualny? Rafał Trzaskowski podczas multimedialnej prezentacji Platformy Obywatelskiej powiedział, że nie.

Wcześniej jego szef, Borys Budka, miał w tle logo Lewicy. Nie zgodziliśmy się na jego użycie, ale mniejsza o to. Istotniejsze jest to, że samo użycie logo Lewicy przeczyło słowom prezydenta Warszawy. Lewica jest, ma się dobrze i jest potrzebna, aby wspólnie pokonać PiS.

Maskowanie braku własnych idei

Mówiąc szczerze, nie dziwie się, że liderzy Platformy Obywatelskiej negują podział „prawica-lewica”. Partia, która kierują zawiera tak wiele sprzecznych poglądów, wartości i interesów, że uporządkowanie ich na tradycyjnej osi podziałów politycznych byłoby niemożliwe. A na pewno skończyłoby się znacznym odchudzeniem PO. Nie chcą tego, mają do tego prawo. Ale lepiej byłoby, aby nie wygłaszali poważnych politycznych diagnoz, które nie wynikają z pogłębionej analizy sił społecznych i ekonomicznych w społeczeństwie, lecz z analizy… układu sił w Platformie.

Danie drugiej świeżości

Oczywiście Trzaskowski nie jest pierwszym, który przekonuje, że podział sceny politycznej na osi „prawica-lewica” stał się anachroniczny. Tak samo było w latach 90. Wtedy triumfy świeciła Trzecia Droga Tony’ego Blaira, w wersji niemieckiej nazywana Nowym Środkiem. Panowie opublikowali wspólny manifest (w Polsce na łamach „Gazety Wyborczej”), a cała koncepcja była zbudowana na pracy teoretycznej Antony’ego Giddensa. Operacja przyniosła centrolewicy wspaniałe wyborcze triumfy. Ale później nie mniej wspaniałe wyborcze katastrofy. Socjaldemokraci rządzili jedną, zazwyczaj dwie kadencje. Były to jednak rządy nieliczące się z interesami tradycyjnego pracowniczego elektoratu. I ten elektorat od socjaldemokracji się odwrócił. I to nie na jedną kadencję, nie na dwie. Ale wygląda na to, że na zawsze. Poszedł w stronę prawicowych populistów, którzy jak rak niszczą zachodnią demokrację.

Od Rewolucji do pandemii

Podział prawica-lewica wywodzi się z okresu Rewolucji Francuskiej. Jego treść zmieniała się pod wpływem uprzemysłowienia, wytworzenia się klasy robotniczej i jej politycznej reprezentacji. Lewica na poziomie wartości wyrasta jednak z Rewolucji Francuskiej. Uważamy, że wolność i równość są nierozerwalne. Wolnym można być tylko w społeczeństwie równych. Oczywiście dzisiaj nie mówimy o równości jak w Związku Radzieckim. Nie mówimy jednak również o prostej równości szans. Państwo musi prowadzić aktywną politykę, aby wyrównywać możliwości osób ze środowisk o mniejszych możliwościach rozwoju.

Tutaj pandemia – niestety – przychodzi nam z pomocnym przykładem. W czasach edukacji zdalnej nie wystarczy po prostu zorganizować lekcji on-line i powiedzieć, że wszyscy macie takie same możliwości zdobywać wiedzę. Trzeba jeszcze niektórym dzieciakom kupić laptopy a do niektórych wsi pociągnąć światłowód z szybkim internetem. To zadanie państwa.

Szczepionkowy dowód

Pandemia pokazuje również, że jeszcze na jednym obszarze tradycyjne lewicowe myślenie łączące wolność z równością jest nie tylko etycznie słuszne, ale również społecznie użyteczne. Szczepienia. Przekonując do szczepień wiele razy padły słowa, że szczepionka przywróci zaszczepionym wolność. Będziemy mogli po zaszczepieniu wyjść do kina, teatru, na basen, obejrzeć mecz na stadionie. Tak zapewne będzie, jestem przekonany, że nauka może pokonać koronawirusa. Jest tutaj jednak jeden haczyk. Jeśli nie wyszczepimy ludzi w państwach globalnego Południa to wirus zmutuje w sercu Afryki i ta zmutowana wersja dotrze do wyszczepionej i pozornie bezpiecznej Europy. Jest ryzyko, że mutacja ta będzie odporna na znane nam szczepionki i cała tragedia rozpocznie się od początku. Światowa Organizacja Zdrowia ma tutaj rację. Nikt nie jest bezpieczny, póki wszyscy nie będą bezpieczni – tę mantrę powtarza WHO i jest to przekaz po prostu prawdziwy. A przy okazji potwierdzający, że lewicowe postrzeganie związków wolności i równości jest właściwe.

PO wyciąga wnioski z 2007

W Polsce w ten sposób relacje wolności i równości postrzega kilka milionów ludzi. Chcemy, aby państwo pozwoliło nam żyć tak jak chcemy – nie wtrącało się w sferę naszej wolności. Ale wiemy również, że warunkiem naszej wolności jest wolność innych. Dlatego państwo powinno prowadzić aktywną politykę na rzecz zmniejszania różnic majątkowych. Szanujemy przedsiębiorczość, ale stajemy po stronie pracowników. Gdy słyszymy o „tarczy finansowej” zgłaszamy postulat „tarczy socjalnej”, bo wiemy że gospodarka nie składa się tylko z przedsiębiorców, że są jeszcze ludzie pracy najemnej.

Liderzy PO rzucili postulat „koalicji 276”. Opozycja powinna mieć tylu posłów, aby odrzucać weto prezydenta Dudy. Oczywiście – chciałbym aby dzisiejsza opozycja miała taką swobodę rządzenia w nowym Sejmie. Przypomnę tylko analogię do roku 2007. PO wygrywa wybory. Prezydentem jest Lecha Kaczyński. Platforma ma możliwość budowy koalicji z LiD. Takie porozumienie z udziałem PO i PSL miałoby możliwość odrzucania wet prezydenta Kaczyńskiego. Tusk wybrał jednak wąską koalicję z PSL. A Kaczyński dał mu alibi dla niezbyt aktywnych rozliczeń okresu IV RP. Cieszę się, że PO wyciągnęła wnioski z tamtych błędów.

Kwestia moralna

Warto mieć możliwość odrzucania weta prezydenta Dudy. Trzeba jednak wiedzieć, po co to weto odrzucać. Mieć wspólną wizję rozwoju Polski. Bo na razie mamy z liberałami spory protokół rozbieżności. Czy wspierać publiczną służbę zdrowia czy raczej wzmacniać to co w ochronie zdrowia prywatne. Czy państwo powinno budować tanie mieszkania na wynajem, czy też wspierać finansowo deweloperów. Tych dylematów jest sporo. I wszystkie wpisują się w podział prawica-lewica. Podział ten wynika z wyznawania odmiennych wartości i reprezentowania interesów odmiennych (często antagonistycznych) grup społecznych. Lewica walczy o dostępną służbę zdrowia dla wszystkich, chcemy aby państwo prowadziło aktywną politykę mieszkaniową. Liberałowie mają odmienne propozycje w tym zakresie, bo reprezentują interesy swoich wyborców. Tak działa demokracja. Nie ma w tym nic złego. Ale trzeba to sobie uświadomić. Wypieranie ze świadomości podziału „prawica-lewica” polskiej demokracji nie wyjdzie na zdrowie.

Na koniec warto przytoczyć słowa Piotra Ikonowicza, który chyba najdobitniej skomentował słowa Trzaskowskiego: „Lewica to stawanie po stronie słabszych, to wybór moralny. Odrzucenie podziału na lewicę i prawicę to odrzucenie moralności”.

Lewicowe postrzeganie państwa, społeczeństwa, gospodarki jest w Polsce dobrze zakorzenione. Nie jest ono anachroniczne, przeszłościowe. Nie damy sobie tego wmówić. Politycy PO nie są pierwszymi, którzy chcieli nas do tego przekonać. Lewica jednak jest w Sejmie, jest na ulicach, jest internecie. Toczy żywą dyskusję również na łamach „Trybuny”. Nie damy się liberałom wysłać do muzeum. Powiem więcej, mamy w sobie więcej energii i przyszłościowego myślenia, niż wy.

Budujemy partię

Na lewicy szykuje się nowa partia. Rodzi się w bólach: a to kłopoty z rejestracją statutu, a to wątpliwości wyrażane w mniej lub więcej zawoalowany sposób przez byłe i aktualne autorytety, w tym liczące się na lewicy.

Kierownictwo lewicy reaguje na te zjawiska ze spokojem, unikając publicznej polemiki. Zbyt rzadko odwołuje się do zimnej kalkulacji zysków i strat politycznych, swoistej analizy SWOT tego zamierzenia. To błąd. W swoim życiu budowałem (wraz z innymi przyjaciółmi z lewicy) dwie partie: Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej i Sojusz Lewicy Demokratycznej. W swoim czasie wygrywały one wybory i ponosiły one główną odpowiedzialność za Polskę. Czasy są inne, a i okoliczności też, choć pewne zjawiska się powtarzają: dominacja poglądów i postaw prawicowych, niechęć liberalnego mainstremu, narastające zniechęcenie obywateli wobec otaczającej nas rzeczywistości.

To jest punkt wyjścia. Jeśli tak, to w procesie budowy partii brakuje mi tego co najważniejsze: nowej narracji jaką Polskę chcemy budować, aby przystawała ona do lęków i nadziei naszego społeczeństwa. Zaczął dobrze Włodzimierz Czarzasty w świątecznej Trybunie, o raz pierwszy zobaczyłem kawałek poważnego materiału nie o PiS-ie, tylko o lewicy. Ale trzeba pójść dalej. Wyłożyć ideę porządkującą, ująć program nowej lewicy w kategoriach wartości i celów życiowych, norm moralnych i ideowych, którym będzie wierna. Czyli odpowiedzieć na pytanie, czym będziemy się różnić od innych partii politycznych i wokół szukania tej odpowiedzi organizować nową partię. Budowa nowej partii to nie proces czysto organizacyjny, jak chciałoby widzieć wielu, to przede wszystkim proces ideowy i polityczny, którego nie wolno zlekceważyć.

Tym bardziej, że chcemy połączyć w niej rozmaite środowiska: od tych dla których ważna jest polityka socjalna, po te, dla których najważniejsze są równe szanse osób LGBT. Od słowianofilów, którzy na lewicy widzą szansę na odbudowę idei jedności Słowian, po okcydentalistów, którzy chcą Unii federacyjnej w przekonaniu, że tylko dzięki tej formule nikt nas nie wykopie z Zachodu. Od tych, którzy wiedzą kto to był Marcin Kasprzak, po tych, którzy nie wiedzą kto to jest Aleksander Kwaśniewski. Od tych, dla których najważniejsza jest wolność, po tych którzy wierni są idei sprawiedliwości społecznej. Oni wszyscy są ważni dla partii lewicowej. Dodam w tym miejscu, że wątpliwym wydaje mi się pogląd, że społeczeństwo dzieli się na wielkie grupy społeczne i trzeba tylko jedną z nich reprezentować. Otóż nie, coraz wyraźniej widać, że społeczeństwo to federacja wielu grup społecznych, o odmiennych celach życiowych i zróżnicowanym etosie. Idzie zatem o to, aby znaleźć punkty wspólne, platformę uzgadniania tych interesów i ich jak najmniej konfliktowej realizacji. Dla lewicy taką płaszczyzną jest nowoczesne państwo i zaczątek takiego myślenia wyłożył przywoływany tu Czarzasty.

Problemem jest także niejednolitość kultury organizacyjnej, którą chcemy wnieść do nowej partii. Z jednej strony środowisko tradycyjnej kultury partyjnej z jej demokracją wewnętrzną, rutynowym oparciem jej na trwałych, sformalizowanych więziach społecznych, pewnym rodzajem partyjnej dyscypliny politycznej. Z drugiej szerokie grono aktywistów społecznych, przywiązanych do więzi sieciowych, z pewną dozą woluntaryzmu, zwoływane i działające ad hoc, bardziej przywiązane do procesów artykulacji politycznej niż do myśli o rządzeniu. Obydwa środowiska mogą wiele się od siebie nauczyć, pod warunkiem, ze będą uważnie siebie słuchać i szanować. Podział na „starych” i „młodych” w Klubie Parlamentarnym Lewicy był zawsze. Idzie o to, aby go wykorzystać do realizacji wspólnych celów. Młodzi od starszych powinni uczyć się prowadzenia kampanii bez kampanii, odpowiedzialności za kontakt z wyborcami, ale też wykorzystywania instrumentów, który parlamentarzysta ma w ręku, bez względu na to czy jest w rządzie czy w opozycji.

Oczywiście konfliktów nie unikniemy. Nowa partia, to nowe „rozdanie”, także personalne. W toku jej powstawania ułoży się na nowo drabina wpływów politycznych, zbudowana zostanie nowa hierarchia „władzy”. Ujawnią się ambicje, których dziś nikt się spodziewa. Tak było zawsze. Sztuka polega na tym, aby tak skonstruować nowe władze partyjne, aby nikt nie poczuł się pominięty, tak podzielić robotę, aby każdy miał co robić, nie wedle własnych zainteresować, ale potrzeb formacji. Czarzasty (Biedroń, Gawkowski) nie unikną trudnych rozmów, ale trzeba je podjąć i wobec każdego sformułować czytelną perspektywę, obwarowując ją zadaniami do wykonania. W toku budowy SLD Leszek Miller i ja wykonaliśmy ponad 300 rozmów indywidualnych, z parlamentarzystami (było ich prawie dwustu), marszałkami i wicemarszałkami województw, kierownictwami związków zawodowych, przewodniczącymi i wiceprzewodniczącymi rad wojewódzkich SdRP. Ale także z szefami związków zawodowych, stowarzyszeń i organizacji, które tworzyły koalicję pod nazwą SLD. Ten wysiłek się opłacił.

Dziś jest podobnie. Mamy co prawda nieco mniej parlamentarzystów, ale znacznie więcej ludzi i zorganizowanych grup społecznych, które trzeba pozyskać do nowej partii. Nie wcielić (połączyć), ale właśnie pozyskać. Poczynając od partii Razem, przez PPS i może Unię Pracy. Od lewicowych Stowarzyszeń po liderów ostatnich protestów społecznych. I nie myślę tu o paniach Lempart czy Suchanow, ale o setkach ludzi, którzy organizowali protesty w miastach i miasteczkach rozrzuconych po całej Polsce. To są brylanty, które trzeba odnaleźć, wyłowić i zachęcić do współdziałania. Przekonać, że droga do realizacji ich postulatów prowadzi przez Sejm i samorządy lokalne, przez zorganizowaną wspólnotę polityczną i lojalną współpracę. To robota dla każdego parlamentarzysty, dla każdego świadomego polityka Nowej Lewicy.

Wiem, że to nie są proste, łatwe do rozwiązania kwestie. Wiem, ze po stronie mojej partii – Sojuszu Lewicy Demokratycznej – jest mnóstwo wątpliwości. Odpowiem tak: po pierwsze – mister d’Hondt – kawał sukinsyna, który potrafi wyczyniać różne numery. Gdybyśmy ostatnio nie poszli razem do wyborów, to w Sejmie nie byłoby partii Razem, a kluby parlamentarne SLD i Wiosny liczyły by po kilkanaście osób. Po drugie – wyborca lewicy, ten tradycyjny, stały, ceni jedność. Ten incydentalny – wie o tym Jarosław Kaczyński – też. Po trzecie – może najważniejsze – ten akt zjednoczenia otwiera nas na nowe środowiska, nowe pokolenia. Mam taki pogląd, ze PiS to ostatni akt dzieci (raczej bękartów) Okrągłego Stołu. Po nim, o rządach w Polsce będą decydować nowe pokolenia, dla których Kwaśniewski, Tusk czy Kaczyński to zamierzchła historia. To z nimi, a nie z moją generacją, trzeba będzie budować nową, inną od dotychczasowych Polskę. Wierzę, że nowa partia lewicy może stać się głosem tych pokoleń, ucząc ich przy okazji szacunku do dorobku poprzedników. Inaczej to jest bez sensu.

Jakiej Polski chcemy?

Odbudować państwo

Epidemia COVID-19 zmieniła wszystko. Runęło kilka mitów. Chociażby przekonanie liberałów, że prywatna opieka zdrowotna jest odpowiedzią na niedowład publicznego systemu opieki zdrowotnej. Albo sprytne myślenie PiS, że wystarczy dać ludziom 500 zł do ręki, za 150 zł pójdą do specjalisty i państwo będzie zwolnione z obowiązku finansowania systemu ochrony zdrowia na europejskim poziomie. Albo przekonanie, że można urzędnikom płacić głodowe stawki i utrzymywać instytucje państwa w stanie niedoborów kadrowych. W sytuacji kryzysu hasło „sprawdzam” pada bardzo szybko. A symboliczny już Sanepid zostaje sparaliżowany w przeciągu kilku dni. I nigdy z tego paraliżu nie wychodzi. Nie są realizowane śledztwa epidemiologiczne pozwalające ujawniać, jak naprawdę się zakażamy. Państwo jest w walce z epidemią ślepe i niewydolne.

To wina zaniedbań ostatnich 30 lat. Skutek przekonań, że państwo optymalne to państwo minimum, a każdy urzędnik to pasożyt. Tak mówiła ulica przez 30 lat. Tak myśleli politycy. Ale to się skończyło. Przed nami zadanie odbudowy silnego i sprawnego państwa. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego państwa chcemy?

Państwo usług publicznych

Państwo powinno być silne przede wszystkim siłą usług publicznych, które dostarcza obywatelom. Najważniejsze z nich to zdrowie i edukacja. Konieczna jest odbudowa służby zdrowia po COVID-owej katastrofie. Dane NFZ pokazują, że poradnie udzieliły o 20-30 milionów mniej porad. W okresie od marca do lipca tych z użyciem tomografu było o 200 tys. mniej w stosunku do zeszłego roku, a rezonansu – 70 tys. mniej. Zapłacimy za to straszną cenę. Aby zminimalizować straty konieczne jest ostateczne odejście od limitów w służbie zdrowia. I skończenie z oszczędzaniem na tym, co najważniejsze.

Edukacja zdalna to wielkie wyzwanie dla nauczycieli, uczniów, ale też ich rodziców i dziadków. Nie jest to katastrofa. Doświadczenie wielu rodzin jest takie, że jesienią wszystko przebiega lepiej niż na wiosnę. Cała operacja jest jednak wielkim obciążeniem dla całych rodzin, w tym obciążeniem psychicznym dla naszych dzieci i wnuków. Przekonujemy się jednak osobiście, jak bardzo przeciążone są dzisiaj szkolne programy. Jak bardzo potrzebują unowocześnia. I jakim zbytecznym anachronizmem są dwie godziny lekcji religii. To wszystko jest doświadczeniem większości polskich rodzin. Jest jednak grupa, która jest z tego wyłączona. Bo nie ma Internetu, bo łącze jest za słabe, bo nie ma komputera, bo jest jeden komputer na pięcioro dzieciaków. Przyczyn jest wiele. Jest jeden wspólny mianownik: bieda. Dodajmy jeszcze wykluczenie cyfrowe, brak dostępu do nowoczesnej infrastruktury telekomunikacyjnej. SLD zgłaszało kiedyś program laptop dla każdego ucznia. Wtedy się z tego śmiano. Dzisiaj okazuje się, że wyprzedziliśmy epokę.

Lewica powinna być partią usług publicznych. Reprezentować ludzi, którzy je świadczą: lekarzy, pielęgniarki, nauczycieli, kierowców, motorniczych. Tych, którzy organizują ich pracę: urzędników. I przede wszystkim, którzy z usług publicznych korzystają: uczniów, pacjentów, pasażerów. Taką drogę podpowiadał swego czasu Lewicy prof. Rafał Matyja. I chociaż pan profesor bliższy jest innym formacjom, to była to dobra, rozsądna rada.

Mieszkania – wielki projekt

Kolejny aspekt wymagający przemyślenia to mieszkalnictwo. W pandemii zaczęliśmy tłoczyć się w czterech ścianach. Przypomnieliśmy sobie, że w Polsce brakuje dwóch milionów mieszkań. A te które mamy są przeludnione. Brakuje jednego miliona na rynku pierwotnym. I jednego miliona na rynku wtórnym, dotyczy to przede wszystkim mieszkań, które można by – dzięki remontom – przywrócić do dostępnej puli w zasobie komunalnym.

Jednocześnie doszło do paradoksalnej sytuacji. Gospodarka zaczęła się kurczyć, ale ceny mieszkań nie spadały. Dlaczego? Bo w Polsce mieszkania nie służą do zaspokojenia podstawowych potrzeb, ale do inwestowania nadwyżek kapitału. Mieszkań w Polsce – szczególnie w dużych miastach – buduje się sporo. Nie są jednak dostępne dla tych, którzy najbardziej ich potrzebują. Dlatego koniecznością jest stworzenie nowoczesnego programu mieszkaniowego. Opartego o instytucję publicznego przedsiębiorstwa mieszkaniowego, ale również ze znaczącym udziałem samorządów, wsparciem państwa dla budownictwa komunalnego.

Lewica dała Polsce Konstytucję, miejsce w Unii Europejskiej. Teraz chciałbym, aby dała Polsce milion dostępnych mieszkań. To jest dziedzictwo trwalsze niż spiżowy pomnik. Ale program dotyczący mieszkalnictwa wymaga mądrego przepracowania. Czy dać ludziom możliwość dojścia do własności? Czy postawić wyłącznie na mieszkania na wynajem? To żywotny dylemat, który wymaga wniknięcie w stan świadomości Polaków, ich priorytetów, hierarchii wartości. Ale nie wartości, które wyznają dzisiaj, ale będą wyznawali za dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat.

Mieszkania nie buduje się na teraz, ale na lata, na dekady, na pokolenia. Przed nami trudne zadanie, zaprojektowania programu, który będzie służył kolejnym pokoleniom. Ale jeśli tak się stanie, to damy milionom Polek i Polaków widomy symbol, aby głosować na Lewicę. Skąd wziąć na to pieniądze? Po pierwsze, z rynku finansowego. Po drugie, z Unii Europejskiej. Dzisiaj Unia nie wspiera wprost budowy nowych mieszkań. Ale powinna zacząć. Jeśli hasłem kluczowego programu UE w nowej dekadzie będzie „Nowe Pokolenie UE” to nowe pokolenie potrzebuje mieszkań. Wczoraj Unia nie finansowała ochrony zdrowia, dzisiaj wchodzi na ten obszar. Tak samo powinno być z budową mieszkań. I po trzecie – TVP. To ma wymiar symboliczny, ale proponuję aby całą kasę, która idzie na PiS-owską propagandę przekierować na budowę mieszkań dla nowego pokolenia. Pamiętajmy, że nie to marzycielstwo, ale twarde stanie na gruncie obowiązującej Konstytucji, której artykuł 2 stanowi, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, a artykuł 20 mówi, że społeczna gospodarka rynkowa stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej.

Więcej Europy w Polsce, więcej Polski w Europie

Unia Europejska w związku z epidemią koronawirusa postanowiła zrobić kilka kroków do przodu. Finansowanie funduszu odbudowy ze wspólnego długu to gigantyczny krok naprzód w stronę pogłębienia integracji europejskiej. Popieramy ten proces. I dajemy jasny sygnał, w sprawie integracji europejskiej Lewica popierała, popiera i będzie popierać wszelkie kroki zmierzające do jej pogłębienia.

Polacy są ambitnym narodem. PiS spycha jednak Polskę na margines. Nasza ojczyzna nie powinna budować niepoważnych koalicji z Węgrami, w której to koalicji jesteśmy zresztą przystawką dla premiera Orbana. Polska powinna wspólnie z Niemcami, Francją, Włochami i Hiszpanią nadawać kierunek rozwoju Unii Europejskiej. Powinniśmy siedzieć przy głównym stole i decydować o kierunkach rozwoju Europy. A kierunek jest prosty: ochrona praw człowieka, zielona transformacja energetyczna, suwerenność cyfrowa Europy, badania naukowe i innowacyjność. To wszystko zapewni Europie rolę silnego podmiotu w warunkach wzrostu potęgi Chin i względnej niestabilności w Stanach Zjednoczonych.

Najważniejsze to jednak być przy stole. A nie starać się ten stół wywrócić. Brytyjczycy wyszli z Unii Europejskiej marząc o odbudowie imperium. Jeśli Polska wyjdzie z Unii Europejskiej, to jedynym imperium do odbudowy, którego się przyczynimy będzie Imperium Rosyjskie. Unia to wielka przestrzeń wolności, praw człowieka, dobrobytu. Pokolenia Polaków marzyły o uczestnictwie w tym klubie. Nie pozwolimy ukraść nam tego marzenia grupie oszalałych, prawicowych karierowiczów.

To zmienia wszystko

Kilka lat temu Naomi Klein, kanadyjska aktywistka i publicystka, napisała książkę „To zmienia wszystko”. Co mianowicie? Kwestia klimatyczna. I nie chodzi nam tylko o topniejące góry lodowe, czy podnoszący się poziom oceanów. Zmiana klimatu oznacza pustynnienie ziem uprawnych, klęski głodu i masowe przemieszczenia ludzi w poszukiwaniu lepszego życia. Może nas czekać wędrówka ludów, przy której fala migrantów spowodowana wojną domową w Syrii będzie przystawką przed daniem głównym. Dlatego cała ludzkość: państwa, korporacje, obywatele muszą realizować ambitną politykę neutralności klimatycznej.

Lewica powinna być w awangardzie tej walki. Naomi Klein sformułowała ten postulat wprost. Uczyniła to w 2014 roku. Niedługo potem wybory w USA wygrał Donald Trump i kwestia klimatyczna została pogrzebana. Dzisiaj karta się odwraca. Stany Zjednoczone wrócą do klimatycznego głównego nurtu. Chiny od kilku lat starają się zawstydzić Amerykanów swoją polityką klimatyczną. A Unia Europejska – przy braku sprzeciwu polskiego premiera – akceptuje ambitniejsze cele klimatycznego. I daje kilkanaście miliardów złotych na sprawiedliwą transformację energetyczną. Od wymiany starych pieców po rozwój odnawialnych źródeł energii. Europejski Zielony Ład to jednak nie tylko szansa na budowę zielonej energetyki, ale przede wszystkim na transformację polskiego społeczeństwa w stronę zbiorowości ceniącej kooperację, samoorganizacje i wzajemne zaufanie. W kierunku zawsze pożądanym przez Lewicę.
Lewica powinna reprezentować również wszystkich tych, którzy kochają dziką przyrodę. Stać po stronie osób postrzegających las nie jako źródło pozyskiwania drewna, ale dom dzikiej przyrody, gdzie człowiek może odpocząć od codziennego zgiełku. Miłość do polskiej przyrody i chęć jej ochrony to przecież jedna z oznak naszego patriotyzmu.

Polska – strefa wolności

Polska powinna być krajem wolnych ludzi. Miejscem, gdzie obowiązuje zasada żyj i daj żyć innym. Państwo nie może wchodzić ludziom do sypialni. Powiem więcej, państwo powinno powstrzymać zakusy tych, którzy chcą nam wejść do sypialni. Niezależnie od tego, czy mają koloratkę, czy tylko święte przekonanie o chęci decydowaniu o życiu innych. Zadaniem państwa jest ochrona wolności każdego obywatela. W Polsce każdy powinien czuć się u siebie, niezależnie od tego kogo i jak kocha, w co wierzy lub nie wierzy, skąd pochodzi i kim byli jego przodkowie.

Jedna teza powinna wybrzmieć: w Polsce nie będzie wolności, takiej jaką znają chociażby Polacy mieszkający na Zachodzie, póki Kościół Rzymskokatolicki będzie uzurpował sobie rolę polityczną, jaką pełni obecnie. A politycy będą to akceptować. Dlatego warunkiem koniecznym ochrony i poszerzania wolności obywatelskich jest realizacja postulatu świeckiego państwa. Bez tego nie ruszymy z miejsca. A kolejne młode pokolenia Polek i Polaków będą się irytować, że nie mogą żyć tak jak ich rówieśnicy na Zachodzie. I korzystać z przywileju otwartych granic.
Polska powinna być domem wszystkich, otwartym dla każdego kto widzi tutaj swoje miejsce na ziemi. Chce pracować na swój i nasz dobrobyt. Takich ludzi jest zresztą coraz więcej. Polska się zmienia. Ukraińcy, Białorusini, Wietnamczycy, nie tylko w wielkich miastach stają się naszymi sąsiadami, współpracownikami, kolegami z klasy naszych dzieci i wnuków. Płacą u nas podatki, współtworzą naszą codzienność. Dlatego powinniśmy rozważyć nadanie obcokrajowcom mieszkającym na stałe w Polsce praw wyborczych w wyborach samorządowych. Pracują w Polsce, płacą w Polsce podatki. Nie widzę powodu, aby nie nadać im możliwości współdecydowania o tym, na co zostaną wydane. Prawo wyborcze w wyborach samorządowych to pierwszy krok. Ale też zachęta, aby zostali z nami. Bo w perspektywie dekad, naprawdę ich potrzebujemy.

Dyskutujmy!

Kwestii do dyskusji i dylematów do rozstrzygnięcia jest wiele. Takiej pogłębionej dyskusji programowej miały służyć – i służyły – wojewódzkie Kongresy Lewicy. Druga fala pandemii COVID-19 przerwała ten proces w połowie. Jednak doświadczenie tych kongresów, które się odbyły jest zachęcające. Udało nam się zebrać przedstawicieli środowisk akademickich, związkowych, pozarządowych. Ludzie o bogatym doświadczeniu życiowym mogli skonfrontować się z przedstawicielami młodego pokolenia aktywistek i aktywistów. Tego, które kilka tygodni po Kongresach Lewicy wyszło na ulicę i zachwiało w posadach zarówno tronem jak i ołtarzem. To było wspaniałe doświadczenie, które będzie kontynuowane. Póki jednak sytuacja pandemiczna uniemożliwia nam spotkania w większym gronie, proponuję aby dyskusję programową kontynuować na łamach „Trybuny”. Wiem, że ona się toczy i śledzę ją z zaciekawieniem. Tutaj też głos prof. Tadeusza Klementewicza ściera się z perspektywą Tymoteusza Kochana. Im więcej takich wolnych głosów, tym lepiej. Dobrze, że łamy „Trybuny” są na nią otwarte.

2021 – czas na nokautujący cios

Jestem przekonany, że w 2021 roku będziemy mogli spotykać się już w warunkach zbliżonych do normalności, że programowe Kongresy Lewicy powrócą i będą okazją do wielu inspirujących dyskusji. Tego chciałbym Państwu życzyć w 2021. Ale rok 2020 był nie tylko rokiem dyskusji, ale przede wszystkim rokiem działania. Setki tysięcy polskich kobiet i ich sojuszników wyszło na ulicę w obronie swojej wolności. Chciałbym im podziękować za ich odwagę.

I jeszcze jedno: rząd PIS szkodzi Polsce i powinien odejść – życzę Państwu, aby nastąpiło to jak najszybciej. Ponadto, życzę Państwu udanego świątecznego odpoczynku w gronie najbliższych. Spokoju ducha, dobrych lektur. I dużo zdrowia w Nowym Roku!