Ewangelia według Mateusza

Oczy przecieram, kiedy czytam: „Zarówno globalizacja, jak i demokracja liberalna nie są dane na zawsze. Na tych dwóch filarach został zbudowany dobrobyt świata zachodniego, ale „produktem ubocznym”, zwłaszcza ostatnich 30 lat, był wzrost potęgi Chin. Mówiąc wprost globalizacja nigdy nie była ewangelią, misją humanitarną Waszyngtonu. Była systemem, który się Ameryce opłacał. Dziś w zmienionych warunkach globalnej konkurencji, taki model już się nie kalkuluje. I dlatego ulega zmianie.

Benevolent hegemony /życzliwa hegemonia/ dobiega końca. Zasadniczym celem opublikowanej niedawno Narodowej Strategi i Bezpieczeństwa USA /NSS/ jest zmniejszenie obciążeń wynikających z rozległej obecności amerykańskich sił w trzech teatrach geostrategicznych jednocześnie /Indio- Pacyfik, Bliski Wschód, Europa/, podporządkowanie polityki zagranicznej priorytetom wewnętrznym /America First/ oraz utrzymanie władzy innymi metodami: opierając się na przewadze technologicznej i finansowej. Nowe reguły będą bazować na – jak to określa strategia – równowadze, wzajemności i sprawiedliwości. Innymi słowy, to koniec ery „globalnego policjanta”.

Przecieram, kiedy czytam, że „Szczególną kwestią pozostaje rosyjskie zagrożenie i dalszy przebieg wojny na Ukrainie. W dokumencie pojawia się postulat „przywrócenia stabilności strategicznej z Rosją”. To, co z perspektywy NSS – podporządkowanej logice rywalizacji USA–Chiny – może wydawać się uporządkowaniem priorytetów, z perspektywy Polski i Europy jest trudne i rodzi pytania.

Rosja nie jest i nie będzie parterem, na którym można oprzeć jakikolwiek trwały układ. To państwo, którego przewidywalność zasadza się wyłącznie na przemocy, autorytaryzmie i imperialnych ambicjach”.

Przecieram oczy moje, bo opinie, z którymi niekiedy się zgadzam, napisał nie lewicowy komentator, lecz Mateusz Morawiecki.

Polski premier w rządach PiS w latach 2017–2023. Dziś poseł opozycyjnej PiS. Przywódca frakcji „Harcerzy” w partii prezesa Kaczyńskiego. Aspirujący do funkcji premiera w prawicowym „Gabinecie cieni”.

Manifest „Harcerzy”

Słowa, które cytuję, poseł Morawiecki pisał pod koniec grudnia zeszłego roku. Jeszcze przed napadem wojsk USA na Wenezuelę, powszechnie teraz krytykowanym na świecie.

A także przed złożoną na początku roku deklaracją prezesa Kaczyńskiego, że kandydatem jego prawicy na przyszłego premiera powinien być „młody polityk”, jeszcze nie zgrany. Czyli ktoś z frakcji „Maślarzy”, konkurencyjnej wobec morawieckich „Harcerzy”.

Pomimo tego polityczne propozycje Morawieckiego jeszcze bardziej zyskały na aktualności.

Słowa i propozycje ubrane zostały w formę manifestu politycznego. Zatytułowanego „Mniej hurraoptymizmu, więcej technopatriotyzmu”.

Swój manifest poseł PiS Morawiecki opublikował na łamach „Dziennika. Gazeta Prawna”. Pisma dbającego o rzetelność swej marki. O lekkim zabarwieniu prawicowym i konserwatywnym, ale zapraszającym na swe łamy autorów o różnych poglądach oraz poważnych polityków wszystkich orientacji politycznej. Ale odcinającego się od identyfikacji z działającymi w Polsce partiami politycznymi.

Publikując tam manifest poseł Morawiecki liczył zapewne, że zostanie on wnikliwie przeczytany przez polityków prezydenckiego Dużego Pałacu, technokratycznych Konfederatów i przede wszystkim prawicowych koalicjantów w rządzie Donalda Tuska. A także konserwatywnego grona parlamentarzystów Koalicji Obywatelskiej.

Bo zaproponowana tam oferta współpracy politycznej wyrasta ponad obecną skłóconą Zjednoczoną Prawicę.

Co robić?

„Jednym z najważniejszych wyzwań dla Polski w najbliższym czasie jest oswojenie samotności strategicznej. Nie chodzi o podważanie sensu sojuszy, ale świadomość, że nie wszystkie nasze interesy są tożsame z interesami sprzymierzeńców i że własny rachunek strategiczny trzeba prowadzić samodzielnie.”

Ale zawsze w takich przypadkach, wraca klasyczne, leninowskie pytanie.

„Co robić?”

Były, i może przyszły, premier nie uchyla się od niego.

„Co więc powinna zrobić Polska? Relacje transatlantyckie zmieniają warunki, ale nie zmieniają swego strategicznego znaczenia. W obecnej sytuacji wyłania się kilka obszarów, w obrębie których możemy skutecznie lewarować naszą geostrategiczną pozycje. Obserwujemy bowiem, powtórzę, koniec naiwnej globalizacji i świt nowego regionalizmu./…/

W świecie, w którym trzeba szukać nisz i obszarów specjalizacji, Polska dysponuje zasobami, które może rozwinąć w spójny infrastrukturalny ekosystem: od CPK poprzez porty po wielowarstwową infrastrukturę cargo – zaczynając od LNG, kolei i logistyki internetowej, a kończąc na hubach przeładunkowych obsługujących handel Północ–Południe.

To układ, który pozwala budować efekt skali i tworzyć wysoką rentowność i regionalną marże – zarówno gospodarczą, jak i geostrategiczną.

Polska może – a skoro może, to w obecnej sytuacji musi – stać się multisektorowym hubem regionu, bramą nowej Europu.”

Mówiąc prościej, polskie elity polityczne powinny wykorzystać geograficzne położenie naszego państwa i zarabiać na przewozach surowców i towarów wytworzonych przez innych.

Tym razem były premier nie obiecuje Polakom miliona polskich samochodów elektrycznych, floty polskich promów morskich, taboru polskich luxtorped, produkcji polskich wyrobów pod polskimi, dumnymi markami.

Przewidując przyszłą krytykę propozycji redukowania polskiego gospodarki do roli usługodawcy, Morawiecki broni się przez publicystyczny atak.

„Czas zdjąć z piedestału naiwną narrację o „dwudziestej gospodarce świata”. To dobra opowieść ku pokrzepieniu serc, ale słaba diagnoza.

Owszem, cieszmy się przez chwile tym sukcesem ostatnich 36 lat, ale miejmy też świadomość zaszytej we nim słabości. PKB mierzy przepływ, nie zasób, nie majątek, nie know-how, nie technologie.

Tymczasem o realnej sile gospodarczej państwa decyduje przede wszystkim „stock”: kapitał, technologia i zdolność do przechwytywania zysków, generowania marży.

Na „flow” naszej dwudziestej gospodarki świata zarabia całkiem sporo zagraniczny kapitał, a w mniejszym stopniu polskie firmy. Więcej środków z Polski wypływa niż do niej wraca.

Potrzebujemy zatem mniej hurraoptymizmu, a więcej technopatriotyzmu: mniej abstrakcyjnych celów, w tym odrealnionych celów klimatycznych, a więcej konkretnych misji technologicznych i gospodarczych”.

Kiedy czytam tak radykalna krytykę mierzenia jakości gospodarki jedynie metodą PKB, dokonaną teraz przez Morawieckiego, jestem pod wrażeniem przemiany jego poglądów.

Czyżby przed świętami naczytał się Kołodki albo Klementewicza?

Jeszcze niedawno poseł Morawiecki był banksterem na pensji i premiach zagranicznego kapitału. Teraz jawi się patriotą polskiego kapitału i to w wersji turbo. Okazuje się też, że niedawny bankster, potem promotor polskiego Nowego Ładu nie tylko na tranzycie chce zarabiać.

Postuluje: „Trzeba inwestować we własne silniki wzrostu. Dziś takim silnikiem jest sektor obronny – a dokładniej dual-use, czyli technologie o jednoczesnym zastosowaniu wojskowym i cywilnym. Dual–use zwraca się podwójnie w bezpieczeństwie i w konkurencyjności gospodarki.

Znaczna część tego ekosystemu może powstać w Polsce, tworząc miejsca pracy i potencjał eksportowy. Rewolucja dronowa jest tu modelowym przykładem”.

Zgoda, zgoda.

Niestety nie można zarabiać na cudzych wojnach kiedy ma się permanentną polityczna wojnę domową. Dlatego promotor militaryzacji polskiej gospodarki, poseł Morawiecki wieszczy i przestrzega:

„Tymczasem obecny rząd ugrzązł w stanie trwalej niewydolności strategicznej. Rok 2026 może być ostatnim momentem, by ten deficyt nadrobić. Wiąże się to z trudnymi decyzjami – w energetyce, w przemyśle. A ponadto żadna strategia się nie powiedzie, jeśli Polska pozostanie wewnątrz pęknięta. Polaryzacja paraliżuje instytucje i osłabia zdolność działania. Musimy zdobyć się na minimum zgody wokół sprawa najważniejszych – bezpieczeństwa czy polityki energetycznej”.

Trzeba przyznać, że Mateusz Morawiecki ma szczególną intuicję.

Zawsze wie gdzie trzeba być, co mówić, aby karierę robić i dodatkowo wspaniale zarobić.

Teraz stawia na zbrojeniówkę, zgodę narodową i technopatriotyzm.

Wedle ostatnich badań IBRIS aż 87 procent polskich obywateli chce współpracy prezydenta z premierem w sprawach polityki zagranicznej.

Czuły na nastroje społeczne Morawiecki proponuje prawicowej klasie politycznej atrakcyjny deal. Pogódźmy się, wspólnie zarabiajmy na zbrojeniach. Ponad partyjnymi podziałami.

A przed wyborami skasujmy dziaderowskich hurraoptymistów.

Cała władza w ręce technopatriotów!

Więcej w Tygodnik NIE

Piotr Gadzinowski

Poprzedni

Nie jesteśmy dżentelmenami

Następny

Globalna „korupcja prezydencka”