Trump pozbawia złudzeń

Największym sukcesem Donalda Trumpa w minionym roku było uprzytomnienie światu, że Stany Zjednoczone to państwo, jak każde inne. które w walce o swoje interesy nie cofnie się przed niczym.

 

W roku 2018 na dobre rozstaliśmy się z mitem Stanów Zjednoczonych jako bezpiecznej przystani dla imigrantów i uchodźców. Rozstanie przyszło o tyle trudniej, że wiele w tym micie było prawdy. Od początku swojej państwowości USA prowadziły dość liberalną politykę imigracyjną, zachęcając śmiałków do przyjazdu i spełnienia swojego „American dream”. Oczywiście amerykańska brama nigdy nie była rozwarta na oścież. Na przestrzeni lat z prawa do osiedlenia się w USA wykluczano kolejne grupy etniczne – począwszy od czarnoskórych i Azjatów, a skończywszy na mieszkańcach Europy Południowej i Wschodniej. Niemniej, na tle pozostałych państw Ameryka jawiła się jako kraj otwarty i przyjazny dla obcokrajowców.

I za taką ją uważano aż do nadejścia Donalda Trumpa. To właśnie wykrzykiwana podczas setek spotkań z wyborcami niechęć do imigrantów i uchodźców, wyzywanie ich od „gwałcicieli i morderców”, a w końcu obietnica budowy muru na granicy z Meksykiem, doprowadziły Trumpa do zaskakującego zwycięstwa w wyścigu o Biały Dom w 2016 r. Nic zatem dziwnego, że nowy prezydent rozpoczął swoją kadencję od zamknięcia amerykańskich granic przed obywatelami sześciu państw muzułmańskich. Chcąc uniknąć oskarżeń o kierowanie się religijnymi przesłankami, na czarną listę wpisano także Korę Północną, Wenezuelę i Czad. Mimo że prezydenckie rozporządzenie spotkało się z oporem ze strony poszczególnych sądów stanowych, Trump uzyskał efekt, na którym zależało mu najbardziej – pokazał Amerykę jako twierdzę, do której dostęp uzyskają tylko nieliczni.

Tak jak rozpoczął swoje rządy, tak też zakończył miniony rok. W grudniu w amerykańskich ośrodkach dla nielegalnych imigrantów zmarła dwójka dzieci – uchodźców z Gwatemali, które wraz z rodzicami szukały w USA schronienia przed głodem i przemocą. Pierwszą z ofiar była siedmioletnia Jakelin Caal, czekająca w El Paso na deportację. Z kolei w wigilię zmarł Felipe Gomez Alonzo, ośmiolatek, przetrzymywany gdzieś przy granicy z Meksykiem. Chociaż zatem winę za śmierć dzieci nie ponoszą wprost amerykańskie władze, to Trump i jego poplecznicy chętnie wykorzystują podobne przypadki do wyartykułowania swoich poglądów. I rzeczywiście. Nie trzeba było długo czekać, aby w serii tweetów prezydent obwinił o śmierć najpierw rodziców zmarłej dwójki, a zaraz potem „żałosnych demokratów”, którzy blokują budowę muru na granicy z Meksykiem.

Nieprzyznanie przez Kongres środków na przygraniczny mur spowodowało tzw. government shutdown, który od 22 grudnia paraliżuje działalność federalnych służb i instytucji. Nie działają urzędy, muzea, ambasady i konsulaty. Ich pracownicy zaś nie otrzymują pensji. To już drugi taki przypadek w 2018 r. Co prawda pierwszy trwał zaledwie trzy dni (20 – 23 stycznia), lecz i tak można było mówić o poważnym kryzysie, biorąc pod uwagę, że przewagę w Kongresie posiadali wówczas republikanie. Obecny paraliż federalnych instytucji przeciąga się, gdyż Izba Reprezentantów znajduje się pod rządami demokratów, a ci w roku poprzedzającym wybory prezydenckie nie mają najmniejszej ochoty na zgniłe kompromisy z Białym Domem. Jeśli jednak ktoś myśli, że cała sytuacja martwi Trumpa, to jest w poważnym błędzie. Dla prezydenta niemoc rządu federalnego to doskonała okazja, aby jeszcze raz zrzucić winę na imigrantów. Wszak cały problem wziął się z potrzeby budowy muru, aby uchronić USA przed rzeszami „zwierząt”, „morderców i gwałcicieli”. Właśnie tak o imigrantach mówi się obecnie w Stanach Zjednoczonych i co najgorsze – na nikim nie robi to już wrażenia.

Drugim mitem, który pożegnaliśmy w 2018 r., jest mit Ameryki jako państwa walczącego o demokrację i wolność na świecie. Z dokładnie takimi hasłami USA zaangażowały się w pierwszą wojnę światową, której stulecie zakończenia hucznie obchodziliśmy w minionym roku. Tak też przedstawiano wszystkie kolejne konflikty, w których brały udział Stany Zjednoczone, począwszy od drugiej wojny światowej, przez Wietnam, a na „wyzwoleniu” Iraku w 2003 r. skończywszy. Miniony rok przyniósł jednak otrzeźwienie. Amerykańskie wsparcie dla brutalnej saudyjskiej interwencji w Jemenie uzmysłowiło wszystkim, że także USA posiadają swoje interesy. I że te interesy Ameryka będzie realizowała za wszelką cenę. Przypomnijmy – według ostrożnych szacunków, od stycznia 2016 r. zginęło w Jemenie co najmniej 56 tys. osób. Wiele z nich to ofiary saudyjskich nalotów i amerykańskich bomb. Wartość kontraktu na dostawy broni, który kilka lat temu Waszyngton podpisał z Rijadem, już przekroczyła 9 mld dolarów, a ostatnio Saudyjczycy ujawnili plany wydania ponad 110 mld na dalsze zbrojenie. Czy można więc dziwić się, że los tysięcy jemeńskich ofiar i rannych mało interesuje amerykańskich decydentów?

Podobną lekcję amerykańskiej real politik odbierają właśnie Kurdowie. Skuszeni obietnicami autonomii, a nawet niepodległości, przez wiele lat wzorowo odgrywali rolę najwierniejszego sojusznika USA w regionie. Także w Syrii Amerykanie mogli liczyć na kurdyjskie wsparcie. Jednak tuż przed świętami Trump ogłosił – niespodziewanie nawet dla niektórych członków swojego gabinetu, w tym i byłego już sekretarza obrony gen. Jamesa Mattisa – natychmiastowe wycofanie wojsk USA z Syrii. W konsekwencji Kurdowie zostali pozostawieni na łasce Turcji. W tej sytuacji nie mieli innego wyjścia niż prosić o protekcję swojego dotychczasowego przeciwnika – prezydenta Baszszara al-Asada. W ten oto sposób „ten bydlak” – jak jeszcze całkiem niedawno mówił o nim Trump – stał się (wspólnie z Rosjanami) gwarantem przeżycia najwierniejszego sojusznika Waszyngtonu.

Porzucenie sojusznika to żadna nowość w amerykańskiej polityce zagranicznej. Taki los spotkał m.in. Wietnam Południowy, którego przedstawicieli nawet nie zaproszono do rokowań z komunistycznym rządem Ho Chi Mina w 1973 r. Wówczas porozumienie USA z Wietnamem Północnym nagrodzono pokojową Nagrodą Nobla, podzieloną między Henriego Kissingera i Le Duc Tho. Stany Zjednoczone opuściły swojego wasala, jednak zdołały zachować twarz i pozycję na arenie międzynarodowej. Tym razem jest inaczej. Tym razem bowiem Amerykanie zostawiają swojego sojusznika na pastwę przeciwników bez żadnego celu i planu. Niczym znudzone dziecko, Trump zabiera swoje zabawki z piaskownicy i nie oglądając się za siebie wraca do domu.

Jeśli Trump bez najmniejszych skrupułów pozostawił Kurdów w regionie o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, to jak w takim razie wierzyć w zapowiedzi budowy „Fortu Trump” w peryferyjnej – dla USA – Polsce? W weekendowym numerze niemieckiego „Spiegla” dobrze poinformowana publicystka Christiane Hoffmann pisze, że w razie potrzeby, obecny gospodarz Białego Domu bez mrugnięcia okiem wycofa amerykańskie wojska z naszego kraju. Zapewne ma rację. Przecież łatwo sobie wyobrazić jak w zbliżającej się kampanii prezydenckiej Trump ponownie uderzy w izolacjonistyczne tony i dla poklasku zarządzi odwrót z „niewdzięcznej” Europy. W polskim rządzie wydają się tego nie dostrzegać, nadal karmiąc się mitem Stanów Zjednoczonych jako światowego strażnika wolności i demokracji. Tymczasem o takiej postawie już ponad pół wieku temu pisał Stanisław Cat-Mackiewicz, że „przypomina los służącej, która by dla swoich państwa harowała od świtu do nocy, a na pierwszego płaciłaby sobie pensję z własnej książeczki oszczędnościowej”.

Jak każde imperium w historii świata, także Stany Zjednoczone realizują własne interesy. Bez oglądania się na mniejsze państwa – czy to sojuszników, czy przeciwników. „Albo jesteście z nami, albo jesteście przeciwko nam” – te słowa prezydenta George’a W. Busha najlepiej oddają zasady, jakimi kieruje się amerykańska polityka zagraniczna. Od końca drugiej wojny światowej, USA były zaangażowane militarnie w niemal 190 konfliktach, za każdym razem bezwzględnie broniąc własnych celów, często dalekich od wyidealizowanej wizji świata opartej na poszanowaniu praw człowieka. Dzięki obecnej polityce Trumpa prawda ta dociera powoli do dotychczasowych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Pytanie czy i kiedy dotrze także do Warszawy?

Tragiczna historia dwójki dzieci z Gwatemali oraz zaangażowanie USA w Jemenie i Syrii – na pierwszy rzut oka to dwa odrębne tematy. Łączy je jednak sposób, w jaki traktuje je obecna amerykańska administracja. Przewodnie hasło Trumpa, czyli „America First”, oznacza bowiem nie tylko bezwzględną politykę imigracyjną, ale także bezwzględną politykę zagraniczną. Gabinet Trumpa nie zamierza przejmować się śmiercią dzieci w ośrodkach dla nielegalnych imigrantów, tak samo jak nie uroni łzy nad losem Kurdów w Syrii. Polityka międzynarodowa w rozpoczętym właśnie roku jeszcze bardziej niż w poprzednim będzie cierpiała na brak idealizmu, w który mimo wszystko przyjemnie było wierzyć. Jak odnajdzie się Polska w tej pozbawionej złudzeń rzeczywistości?

Płacz nad rozlanym mlekiem

Wielkie larum podniosło się w polskich mediach po rezygnacji gen. Mattisa ze stanowiska sekretarza obrony i decyzjach prezydenta Trumpa o wycofaniu wojsk amerykańskich z Syrii.

 

Tuż przed tymi wydarzeniami ukazała się w „Trybunie” obszerna wypowiedź Longina Pastusiaka „Trump = zagrożenie”, której tytuł odpowiada przede wszystkim poczynaniom prezydenta USA w sprawie paryskiego układu klimatycznego.

Pozostałe elementy amerykańskiej polityki autor tak tłumaczy: „Hasło wyborcze Trumpa „America First” („Ameryka Przede wszystkim”) powtarzane również i dziś było i jest wieloznaczne. Może oznaczać priorytet amerykańskich interesów w świecie, jak również zwrot ku sprawom wewnętrznym, kosztem obrony interesów globalnych… Trump jest drugim prezydentem Stanów Zjednoczonych [po B. Obamie – Z.T.], który próbuje dostosować politykę zagraniczną USA do realnej tzn. relatywnie słabnącej pozycji Stanów Zjednoczonych w świecie… Donald Trump będzie odważniejszy w tej sprawie. Może go to doprowadzić do konfliktu z częścią establishmentu amerykańskiego, który chciałby utrzymać silną pozycję, prymat Stanów Zjednoczonych w globalnym układzie sił.”

Powyższa argumentacja interesów USA nie pozbawiona jest przecież logiki, ale jej konsekwencje wywołały alarmistyczne teksty w „Gazecie Wyborczej”: „Trump opuszcza Syrię”, „Nawet generał Marines porzuca Biały Dom”, Trump zabiera armię z Afganistanu”.

 

Warto jednak pamiętać,

że obecność już pierwszych pięćdziesięciu amerykańskich żołnierzy na terenie Syrii w 2015 roku budziła sporo kontrowersji, gdyż USA nie posiadały zgody na wysłanie wojsk od syryjskich władz (w odróżnieniu od Rosjan). W kolejnych latach, niewielki stosunkowo amerykański udział w likwidacji ISIS różnił się zasadniczo od zmasowanych NATO-wskich bombardowań Syrii i zwalczania, różnymi sposobami, rządów Baszara Al-Asada. Obecnie Trump odpuścił, mając w tej części świata liczących się sojuszników.

Do podobnej konkluzji zaczyna dochodzić w sprawie Afganistanu po kiepskich doświadczeniach od 2001 roku, nie wspominając już o dawnych radzieckich. Wydaje się, że będzie dążył do resetu z Rosją, co mu dotychczas różnymi sposobami, i z rozlicznych powodów, uniemożliwiano.

 

Natomiast nie jest prawdą,

jak przedstawia Onet klawiaturą Grzegorza Węglarczyka, że „Odejście Mattisa to koszmarnie zła wiadomość dla NATO, a więc i dla Polski… problem Trumpa może się okazać problemem nas wszystkich.” I dalej: „Nadchodzi sztorm. Pozostaje nam mieć nadzieję, że Ameryka nadal w tym sztormie będzie bezpiecznym portem, nie mamy bowiem innego wyboru i innego portu nie widać nigdzie na horyzoncie”.

Jaki sztorm panie Węglarczyk?

Gdzie pan go widzi, skoro nawet ważny generał Włodzimierz Pacek, kreśląc różne scenariusze, nie spodziewa się regularnej wojny, bo Rosja nie ma żadnego interesu, żeby zajmować terytorium Polski. „W dzisiejszej Europie nie ma powodu, żeby bać się wojny, która czyha na nasze życie. Jeżeli dzisiaj mówimy o zagrożeniach wojennych, to jest to raczej Azja, region Morza Południowochińskiego. Ale i Europa nie może być zupełnie spokojna… Krym jest z punktu widzenia interesów rosyjskich kluczowy ze względu na strategiczne miejsce. To coś zupełnie innego.

Polska nie jest z punktu widzenia Rosji takim strategicznym miejscem. Jest nim Białoruś”.

Aby jednak utrzymać się w obowiązującej antyrosyjskiej narracji generał dodaje: „Obawiam się, że gdzieś tam w Rosji chodzi po głowach taki scenariusz wojny zastępczej na terytorium Europy wikłający także Stany Zjednoczone. Myślę, że i Amerykanie zdają sobie sprawę z tego, bo dzielą swoje wysiłki i swój potencjał i na Europę, i na Azję.”

 

Pewne jest natomiast jedno,

że aktualnie w głowach, nie tylko polskich, polityków i publicystów dokonał się kopernikański przewrót oglądu politycznego świata. Poprzednio obowiązywał zero-jedynkowy, w konsekwencji dobro bądź zło, a więc USA – Rosja, dalej: nieprzerwanie dobry prezydent Stanów Zjednoczonych i zawsze zły Putin. I jeszcze więcej: Ameryka zapewniająca światu bezpieczeństwo i Rosja stanowiąca nieustanne zagrożenie. A obecnie dotychczasowe „albo-albo” zastąpiono krytyczną oceną polityki tak Trumpa, jak i Putina, niosących podobno równie poważne zagrożenia. Longin Pastusiak dodaje: „Charakterystyczne, że Trump w swojej polityce zagranicznej nie podnosił kwestii praw człowieka, co było zawsze standardowym hasłem w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych”.

 

Ta, tak pięknie brzmiąca, kwestia

w nadzwyczaj selektywny sposób była realizowana, oszczędzając przychylnych USA dyktatorów, którym jeden włos z głowy nigdy nie spadł za dziesiątki tysięcy zamordowanych politycznych przeciwników. Służyła także wnoszeniu demokracji do licznych krajów, ale metodami zbrojnymi. Natomiast w stosunku do byłych krajów socjalistycznych i ZSRR – skądinąd odpowiadając prawdzie – spełniała przede wszystkim rolę pokojowego środka walki politycznej. Jeszcze innym hasłem, służącym, w założeniu, obronie demokracji, był słynny „Pax Americana” do którego pragnie powrócić pewna część wpływowych amerykańskich elit, bowiem zapewniał dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych w sferze militarnej i ekonomicznej. Skutkowało to także w konsekwencji oglądem USA jako żandarma świata.

 

Świat jednak się zmienił,

nie ma już ZSRR z jego ideologiczno-imperialną doktryną, jest Rosja zajęta wieloma swoimi problemami i troską o własne bezpieczeństwo, Chiny kreują się na ekonomicznego hegemona świata, a tuż za nimi podążają Indie, Japonia i Brazylia. Wg. rankingu Banku Światowego na dwadzieścia krajów o największym PKB, zaledwie osiem pochodzi z Europy (a tak na marginesie, w czasach PRL nie zajmowaliśmy co prawda propagandowego, dziesiątego miejsca na świecie, a tylko siedemnaste, ale od naszej transformacji wypadliśmy na stałe poza tę grupę). Trump, bez względu co się o nim mówi, to rozumie, i w nowy sposób kreuje politykę zagraniczną, ekonomiczną oraz cele militarne USA. Uważa, trawersując słowa Henry Temple, że „Stany Zjednoczone nie mają wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Stanów Zjednoczonych”.

 

A u nas prawie bez zmian,

bo jak inaczej nazwać spreparowaną przez Onet informację o wywiadzie Lecha Wałęsy dla rosyjskiej państwowej agencji prasowej RIA Nowosti. Przypomina jota w jotę – pogratulować – najgorsze praktyki peerelowskiej propagandy, która uniemożliwiając czytelnikowi zapoznanie się z „nieprawomyślnym tekstem” atakowała go bez umiaru. Tak się stało i teraz, bowiem Onet nie przedstawił ani całego wywiadu, ani też obszerniejszych fragmentów. Z obawy, że Wałęsa powiedział coś, o czym internauci nie powinni wiedzieć, bo im się jeszcze na temat Rosji coś pomiesza w głowach?

Dowiedzieliśmy się tylko tyle, że chwalił Putina i krytykował sojusz Polski z USA, a to zupełnie wystarczające powody do onetowskiej autocenzury. Ale na tym nie koniec, portal jeszcze i poucza, i ostrzega: „polscy politycy nie tylko mają prawo, ale wręcz powinni udzielać wywiadów rosyjskim mediom. Każde słowo rozsądnej krytyki postępowania rosyjskich władz, które uda się przemycić do Rosjan, jest na wagę złota….Udzielając wywiadów rosyjskim mediom państwowym należy jednak mieć pełną świadomość, że to zawsze pułapka”.

Kontynuuje tę światłą myśl, że o Rosji należy mówić tylko krytycznie, również na Onecie, Sławomir Sierakowski opowiada o Nord Stream 2: „Rura, która ma być położona na dnie Bałtyku jest dokładnie tak zaprojektowana i po to budowana, żeby wyeliminować Polskę i Ukrainę i umożliwić Rosji sprzedaż jeszcze większej ilości gazu do Niemiec i Unii Europejskiej”. Pan Sierakowski nie jest jednak tak młodym człowiekiem, aby nie pamiętał zdwojonych wysiłków władz państwowych III RP, wspieranych przez liczne media, na czele z „Gazetą Wyborczą”, zmierzających do uniemożliwienia Rosjanom położenia drugiej nitki rurociągu „Przyjaźń”, którym surowiec płynąć miał przez Polskę na zachód Europy. Ile się to wtedy wszyscy natrudzili, opowiadając nawet istne bajki o montowanym, wzdłuż rurociągu, światłowodzie będącym szpiegowskim narzędziem, zagrażającym bezpieczeństwu naszego ukochanego kraju. No i sukces został osiągnięty: Rosjanie nakładem wielokrotnie wyższych kosztów obeszli polskie terytorium kładąc Nord Stream na dnie morza, a my obeszliśmy się brakiem zysków za prawo do tranzytu surowca. Nauczeni naszą wyjątkową życzliwością powtarzają ten manewr raz jeszcze. Największy paradoks polega jednak na tym, że jak sam Sierakowski przyznaje, „Merkel popiera ten projekt, bo jest bardzo opłacalny dla niemieckiego biznesu”, nie wiadomo zresztą dlaczego, bo nam się opłaca sprowadzać gaz zza oceanu. Naszą politykę ekonomiczną wyznacza nienawiść do Rosji, która w tym wypadku przypomina znane powiedzenie, że zrobię mamie na złość i odmrożę sobie uszy.

 

Jednak coś się pomału zmienia,

bo naczelny rusofob „GW” Wacław Radziwinowicz nadzwyczaj rzadko daje głos, a ostatnio był on nawet, w związku z obchodami 100-lecia urodzin Aleksandra Sołżenicyna, pozytywny dla Putina i Miedwiediewa. Ale jeszcze większe wrażenie zrobił skrót z raportu Fundacji Batorego „Polska wobec Rosji. Radykalizm bez polityki” autorstwa Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Tytuł artykułu Kremlowi jak zawsze przywala (do tytułu ma prawo redakcja, a w „GW” jest ono często nadużywane), ale można odnaleźć w nim szereg opinii, propozycji i zaleceń, które stwarzają szansę na pewną zmianę naszej polityki zagranicznej na tym kierunku. Dla wyjaśnienia, nie tylko obecnych rządów PiS, czy byłych PO, ale prawie wszystkich od 1990 roku. Czy tak się stanie, to tylko Bóg raczy wiedzieć.

 

Dla wyjaśnienia

dodać należy, że w polskiej polityce zagranicznej sami to przysłowiowe mleko rozlewamy, później o te czyny obwiniamy innych, a gdy jeszcze kolejni mówią, abyśmy sami posprzątali, to stać nas jedynie na płacz i żebranie o pomoc.

Rosjanie u brzegów

Mogą Amerykanie latać wzdłuż Krymu, przy bazach Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku, no to teraz Rosjanie polatają wzdłuż Florydy i przy największej bazie US Navy w Norfolk. Niby zasada „lustrzanego odbicia” jest powszechnie znana, to jednak Amerykanie zareagowali nerwowo i zgoła mało dyplomatycznie.

 

Prawie drugie Pearl Harbor?

7 grudnia Amerykanie obchodzili uroczyście kolejną rocznicę ataku lotnictwa pokładowego Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii na bazę Floty Pacyfiku na Hawajach w 1941. Dla USA był de facto początek II wojny światowej i jedna z największych klęsk militarnych w jego historii. Okazało się wówczas, ze nie ma baz bezpiecznych w 100 proc., a płomień wojny może zawitać na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Tymczasem, w tym czasie amerykańskiej zadumy, 10 grudnia br. do Wenezueli przyleciała grupa samolotów rosyjskich WajennoKosmiczieskich Sił – w celu prowadzenia manewrów i ćwiczeń nad Morzem Karaibskim.

I nie były to zwykłe samoloty. W skład rosyjskiego zespołu weszły dwa potężne, strategiczne bombowce typu Tu-160 („Władymir Sudec” i „Nikołaj Kuzniecow”) oraz najcięższy w linii samolot transportowy na świecie typu An-124 „Rusłan”. Całość uzupełniał wiozący żołnierzy obsługi lotniczej pasażerski samolot dalekiego zasięgu Ił-62 należący do WKS.

Samoloty rosyjskie wystartowały z baz na Półwyspie Kola, przeleciały wokół Norwegii, nad Morzem Północnym opodal Wielkiej Brytanii, dalej nad Oceanem Atlantyckim, tankując w powietrzu, przyleciały do Wenezueli.

Reakcja Amerykanów była natychmiastowa i wysoce niedyplomatyczna. Media tradycyjnie rozpętały histerię, „The New York Times” informował, że na horyzoncie rosnącego napięcia między USA i Rosją, Rosjanie przebazowali bombowce z bronią jądrową na pokładzie do Wenezueli. Oprócz tradycyjnego „wyrażenia zaniepokojenia rosyjskimi działaniami” przez Pentagon, szef Departamentu Stanu Mike Pompeo na Twitterze napisał: „Rosyjski rząd wysłał bombowce na pół świata do Wenezueli. Narody Rosji i Wenezueli powinny wiedzieć, że tak właśnie jest: dwa skorumpowane rządy marnują fundusze państwowe oraz tłumią wolność i prawa swobody, podczas gdy ich obywatele cierpią”.

I gdzie tu szefowi amerykańskiej dyplomacji równać się z wiedzą i kulturą bycia ministra Siergieja Ławrowa? Wszak Panowie się jeszcze nie raz się spotkają na płaszczyźnie międzynarodowej współpracy i jak sekretarz stanu USA przywita szefa dyplomacji „skorumpowanego rządu marnującego pieniądze podatnika”? Skąd taka niedyplomatyczna wściekłość? Wyjaśnię w dalszej części

 

Rosja i Chiny wspierają chavistów

Rządy lewicowego prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, następcy legendarnego charyzmatycznego Hugo Rafaela Cháveza napotykają na szereg obiektywnych problemów. Stany Zjednoczone jawnie od lat wspierają opozycję i dążą do obalenia lewicowych władz. W sierpniu 2017 prezydent Donald Trump groził Wenezueli wręcz „opcją militarną”, wywołując skandal na arenie międzynarodowej. Kraj posiadający największe złoża ropy naftowej na świecie, pogrążony jest jednak w głębokim kryzysie ekonomicznym, szaleje inflacja, poziom życia bardzo się obniżył, a przeszło 3 miliony obywateli z przyczyn ekonomicznych i politycznych represji udało się na emigrację. W Wenezueli dochodzi tu do prób puczu wojskowych, zamachów na Maduro, burzliwych wystąpień opozycji i represji wobec niej ze strony rządzących.

Sojusznikiem Maduro są jednak Chiny, które włożyły w gospodarkę wenezuelską od 42 do 48 miliardów dolarów. Prezydent Chin Xi Jinping to strategiczny przyjaciel Wenezueli, choć nie jedyny. Kilka dni temu w wenezuelską gospodarkę zainwestowała również Turcja, a prezydent Recep Erdoğan osobiście spotkał się z prezydentem Wenezueli, kreśląc plany ekonomicznego wsparcia i tureckich inwestycji. 7 grudnia Nicolás Maduro wylądował w Moskwie, gdzie spotkał się z prezydentem Władimirem Putinem. Po spotkaniu wenezuelski prezydent ogłosił, że podpisał z Rosją umowy inwestycyjne na wartość 5 miliardów dolarów w sektorze naftowym (które wyłoży rosyjski gigant naftowy Gazprom). Dodatkowo Rosjanie zainwestowali dodatkowo miliard dolarów w górnictwo, w szczególności w wenezuelski sektor wydobycia złota.

W cieniu rozmów liderów państw, co mało kto dostrzegł, odbyło się też spotkanie ministra obrony Wenezueli generała Vladimira Padrino Lopeza z ministrem obrony Rosji generałem Siergiejem Szojgu. Omawiano tam kwestie dostaw rosyjskiej broni. Jednak z ust Siergieja Szojgu padło znamienne stwierdzenie, że „Rosja jest zainteresowana korzystaniem przez jej lotnictwo wojskowe i okręty marynarki wojennej z wenezuelskich lotnisk i portów nad Morzem Karaibskim”. I oto już po 3 dniach rosyjskie samoloty strategiczne lądowały już na lotnisku opodal Caracas.

Co nie mniej ciekawe, Iran zadeklarował skierowanie swoich 2-3 okrętów do portów Wenezueli w ramach wsparcia Maduro, oskarżającego USA i personalnie Johna Boltona o organizację wojskowego zamachu stanu mającego na celu obalenie rządów chavistów. Mamy oto klasyczne starcie ekonomiczne o bogatą w ropę Wenezuelę pomiędzy USA a blokiem państw mniej lub bardziej „antyamerykańskich” – Chiny, Rosja, Turcja i Iran.

 

Rosyjskie „Białe łabędzie” – czym są i co mogą

Tu-160 zwane przez Rosjan z racji wyglądu i malowania „białymi łabędziami” to największe i najpotężniejsze samoloty bojowe w historii lotnictwa. Zaprojektowane i wybudowane w schyłkowym okresie ZSRR były i są postrachem USA i NATO.

Pierwotnie 19 T-160 weszło na wyposażenie 184 Gwardyjskiego Pułku Ciężkich Bombowców stacjonującego w Priłukach w Ukraińskiej Republice ZSRR.

W ramach schedy bo byłym Związku Radzieckim przypadły niepodległej Ukrainie. Amerykanie mieli cały czas owe samoloty na oku i w ramach Programu Kooperatywnego Zmniejszania Zagrożeń (Program Nunna-Lugara, (Cooperative Threat Reduction – CTR) w latach 1998-2001 – zapłacili Ukrainie miliony dolarów, aby 9 bombowców pocięto na złom. 8 Tu-160 Ukraina w 1998 przekazała Rosji w zamian za umorzenie kilkumiliardowego długu za dostawy gazu.

Dziś te niesamowite maszyny stanowią wyposażenie 121 Gwardyjskiego Sewastopolskiego Pułku Ciężkich Bombowców, stacjonującego w bazie Engels. Pułk posiada na stanie 16 szt „białych łabędzi”. W roku 2017 Rosjanie podjęli decyzję wznowienia produkcji zmodernizowanej wersji Tu-160M2 w ilości aż 50 od 2021 roku.

Tu-160 posiada 4 osobową załogę. Długość kadłuba sięga 54 metrów, a rozpiętość skrzydeł o zmiennej geometrii od 35 m, do (przy skrajnym położeniu 55 metrów). Maksymalna masa tego największego bombowca w historii świata to 275 ton. Pomimo to, rosyjski kolos wyposażony w 4 silniki turboodrzutowe NK-32, o sile ciągu 137 kN każdy, osiąga dwukrotną prędkość dźwięku tj. 2230 km/h. Amerykański odpowiednik, bombowiec strategiczny B1B tylko 1300 km/h. „Biały łabędź” według rosyjskiej nomenklatury to nosiciel rakiet (rakietonosiec). Samolot wyposażony jest w system nawigacyjno-celowniczy umożliwiający lot na bardzo małej wysokości z omijaniem przeszkód terenu. System składający się z około 100 komputerów pozwala również precyzyjnie trafiać w cele, niezależnie od pory dnia i pogody. Do zapewnienia łączności służy wielokanałowy cyfrowy kompleks łączności radiowej z elementami łączności satelitarnej. Do własnej obrony samolot używa systemu walki radioelektronicznej, umożliwiającego lokalizację pracujących stacji radiolokacyjnych oraz generowanie na ich pasmach pracy silnych zakłóceń.

W dwóch bębnowych komorach samolot przenosi 12 rakiet manewrujących wykonanych w technologii stealth, czyli o obniżonej wykrywalności przez radary typu Ch-101 (z głowicą konwencjonalną) lub Ch-102 (z głowicą jądrową o sile 250 kt lub 1 Megatony). Dla przykładu bomba atomowa zrzucona przez Amerykanów na japońskie miasto Hiroszimę, Little Boy miała moc 15 kt. Amerykańska bomba zabiła w ciągu jednego dnia ponad 100 tysięcy Japończyków, na chorobę popromienną i inne powikłania będące bezpośrednim skutkiem wybuchu zmarło w ciągu kilku kolejnych lat dodatkowo około 65 tysięcy ludzi. Wyliczono po latach, że bomba ta uśmierciła 54 proc. populacji Hiroszimy, nie licząc osób poranionych zarówno fizycznie, jak i psychicznie, którzy mimo wszystko przeżyli. Wielu Japończyków straciło wzrok, kończyny, utraciło najbliższych, nie licząc również wielu przypadków śmierci zmutowanych płodów ludzkich i noworodków, jako późniejszych, daleko idących następstw wybuchu. Można sobie tylko wyobrazić co może zrobić rosyjska rakieta, skoro jej głowica jest 50 razy mocniejsza, trafiając np. w Boston. Każdy z dwóch rosyjskich bombowców jakie dziś bazują w Wenezueli może unicestwić po 12 celów. Dwa samoloty lecące z dwukrotną prędkością dźwięku w wciągu kilku minut znajdą się gdzieś nad bezkresem Oceanu Atlantyckiego i z odległości 5500 km, bo taki zasięg mają Ch-102, mogą odpalić, prawie niewykrywalne przez radary 24 rakiety mknące tuż nad powierzchnia wody z prędkością 270 m/s. Gdyby się to udało, jest to wyrok śmierci dla 20 miast wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i około 50 milionów zamieszkujących je mieszkańców. Boston, Waszyngton, Nowy York, Norfok, Filadelfia, Baltimor itd. Zamieniłyby się w kupę radioaktywnych płonących gruzów.

Apokaliptyczny scenariusz. Co z niego wynika? Otóż tym posunięciem Rosjanie przypomnieli Amerykanom, że dysponują realnymi narzędziami zagrażającymi samemu terytorium USA.
Jest to swoisty rewanż, za amerykańskie manewry lotnicze na Ukrainie. Do tej pory to amerykańskie samoloty wojskowe patrolowały obszar przyległy do Okręgu Kaliningradzkiego, startując np. z baz w Polsce. Patrolowały wybrzeże rosyjskie na Morzu Czarnym startując z baz w Rumunii czy we Włoszech (Sigonella). Niemal każdego dnia samoloty szpiegowskie RC-135, zwiadowcze Boeing P-8A Poseidon należące do US Navy czy strategiczny dron rozpoznawczy „Global Hawak” krążą wzdłuż granic Ukrainy i Rosji, wokół Krymu i na wysokości baz Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu czy Noworosyjsku. Rosjanie jedynie co mogli, to rozbudowywać wzdłuż wybrzeża siły OPL, rozmieszczając kolejne kosztowne jednostki wyposażone w przeciwlotnicze systemy rakietowe S-300 WM „Antiej-2500” i S-400 „Triumf”.

Teraz wydatki poniesie podatnik amerykański. Amerykanie będą musieli doposażyć i odnowić zasady użycia własnych myśliwców bazujących na lotniskach znajdujących się terytorium macierzystym uwzględniając możliwości bojowe bombowców Tu-160 i rakiet Ch-102. Jedynym antidotum, a i tu o ograniczonym zakresie, pozwalającym na relatywnie wczesne wykrycie rakiet manewrujących są latające radary czyli słynne E-3 Sentry AWACS. Póki Rosjanie będą w „gościnie” na terytorium Wenezueli, jeden taki samolot wskazane, aby był w powietrzu. Muszą zatem Amerykanie na przyszłość mieć odpowiednią ich liczbę na terenie USA. Skoro będą tam, to będzie ich mniej nad Morzem Śródziemnym, Morzem Czarnym, czy nad Europą Wschodnią czy Syrią. Amerykanie muszą też pomyśleć o utworzeniu strefowej, nowoczesnej obrony przeciwlotniczej składającej się z systemu radarów i rakiet przeciwlotniczych. Tak oto Rosjanie „przebili piłkę na drugą stronę boiska”. Do tej pory to Moskwa „łatała” własne granice i uszczelniała OPL, teraz czeka to Amerykanów.

Ma Tu-160 i swój mankament, jakim jest spore echo radarowe – świeci na radarach jak przysłowiowa stodoła, ale rosyjski samolot nie jest bombowcem, nie musi nadlecieć nad cel, lecz pędzi z dwukrotną prędkością dźwięku, a do celu wysyła manewrujące trudno wykrywalne przez radary rakiety manewrujące o zasięgu 5500 km. Rosjanie przećwiczyli tego typu operacje kilkukrotnie w Syrii, gdy startujące z baz pod Murmańskiem Tu-160, lecąc wokół Norwegii, Wielkiej Brytanii, wlatywały na Morze Śródziemne przez Cieśninę Gibraltarską i odpalały Ch-101, które z „chirurgiczną precyzją” celnością do 10 metrów niszczyły cele terrorystów na terenie Syrii.

 

Asymetryczna odpowiedź – „aerodromy padskoka”?

Oczywiście nikt nie mówi o budowie stałej rosyjskiej bazy lotniczej w Wenezueli, co wiązałoby się z wielkimi kosztami i utrzymaniem tam licznego komponentu lotniczego pozwalającego skutecznie bazę ochronić. Z wojskowego i ekonomicznego punktu widzenia jest to niecelowe bo bardzo kosztowne. Nikt jednak nie powiedział, że Rosjanie nie stworzą w ramach „asymetrycznej odpowiedzi” na wyjście USA z traktatu RSMD (traktat o likwidacji rakiet średniego i krótkiego zasięgu), budową na terenie Wenezueli, Nikaragui i Kuby tzw. „aerodromów padskoka”., czyli odpowiednio doposażonych lotnisk, ze szkieletową obsługą i odpowiednio zaopatrzonymi magazynami, na których w każdej chwili mogą wylądować i zostać przygotowane do dalszego lotu samoloty Dalnoj Awiacji Wazduszno-Kosmieczieskich Sił. 12 grudnia rosyjskie Tu-160, latając przeszło 10 godzin nad Morzem Karaibskim, ćwiczyły wspólne loty i procedury w eskorcie wenezuelskich Su-30 i F-16.

Tak więc osłonę myśliwską zapewnią Rosjanom lokalni sojusznicy.

Równolegle z przebazowaniem rosyjskich bombowców Tu-160 do Wenezueli, na nieodległej Kubie przebywał szef rosyjskiego wywiadu zagranicznego Siergiej Naryszkin. Odbył tam spotkania na najwyższym szczeblu w tym z Raúlem Castro i przewodniczącym rady państwa Miguelem Díaz-Canelem . Rosjanie prawdopodobnie przygotowują tam jakiś poważny projekt. Szykowana jest też w 2019 wizyta prezydenta Władimira Putina na Kubie, podczas której mają być podpisane ważne umowy.

 

Co dalej?

W 2001 roku Prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush jednostronnie wypowiedział traktat ABM o zakazie broni antybalistycznej. Zawarty w 1972 r. pomiędzy USA a Związkiem Radzieckim traktat zabraniał budowy broni i systemów chroniących przed rakietami balistycznymi. Miało to zapobiec naruszeniu równowagi sił między supermocarstwami. Układ ten, jak twierdzili Amerykanie, uniemożliwiał im budowę ogólnokrajowego systemu obrony przeciwrakietowej, który ma chronić USA przed atakiem ze strony tzw. państw nieprzewidywalnych – Korei Północnej czy Iranu. Prezydent Rosji Władimir Putin ostrzegał, że narusza to strategiczny balans między USA i Rosją co doprowadzi to wyścigu zbrojeń. Putin mówił też, że Rosja będzie musiała odpowiedzieć na działania USA i zrobi to w sposób „asymetryczny”. W obliczu zacofania technologicznego, wielkiego kryzysu finansowego i ogólnego upadku w jakim było państwo rosyjskie w latach 90 tych XX w., czyli w okresie prezydentury Borysa Jelcyna, Waszyngton uznał słowa Putina za blef. Wojskowi stratedzy USA twierdzili, że współczesna Rosja nie jest wstanie wybudować i sfinansować budowy odpowiednika amerykańskiej „tarczy antyrakietowej”. Sytuacja taka pozwoli zatem na wyjście Stanów Zjednoczonych na niekwestionowaną pozycję globalnego supermocarstwa i osiągniecie bezdyskusyjnej przewagi militarnej nad Rosją, czyniąc jej potencjał nuklearny bezużytecznym. Mylili się – w 2018 roku Rosjanie odpowiedzieli „asymetrycznie” na budowę amerykańskie „tarczy antyrakietowej” w tym jej elementy w Polsce i Rumunii systemami ofensywnymi zdolnymi ją przełamać. To co zaprezentowali Rosjanie to prawdziwa rewolucja techniczna. Pokazano systemy rakiet hiperdźwiękowych, „Kindżał” czy manewrujące moduły nuklearne „Awangard” Od istniejących rodzajów sprzętu bojowego „Awangard” wyróżnia się zdolnością do latania w gęstych warstwach atmosfery na międzykontynentalnych odległościach z hiperdźwiękową prędkością przekraczającą liczbę Macha ponad 20 razy. Podczas ruchu do celu głowica wykonuje głębokie manewrowanie – zarówno poprzeczne, jak i pionowe. To sprawia, że jest odporna na wszelkie środki obrony powietrznej i obrony przeciwrakietowej”.

Należy się zatem spodziewać, że po deklaracji prezydenta Donalda Trumpa o wyjściu z drugiego traktatu ograniczającego zbrojenia nuklearne jakim jest traktat RSMD, Rosjanie nie rzucają słów na wiatr. Odpowiedzą „asymetrycznie” i owe lotniska „padskoka” nad Morzem Karaibskim to jedna z opcji. Tak czy inaczej, Amerykanie muszą wydać niebawem kolosalne pieniądze na modernizację i rozbudowę obrony przeciwlotniczej terytorium macierzystego, bo wizyty „białych łabędzi” nad Morzem Karaibskim mogą stać się częstsze. Rosjanie wznowili bowiem w 2017 roku ich produkcję w wersji zmodernizowanej (Tu-160M2) w wielkich Zakładach KAPO im. S.P. Gorbunowa w Kazaniu (należące do koncernu OAO Tupolew) a pierwszy samolot przedseryjny już wyprodukowano.

Trójmorski dylemat

Polska leży w Europie Środkowej, a ta – „politycznie” – w Zachodniej Europie

 

Polityczna definicja „Europy Środkowej” nie zawsze była oczywista. Obecnie jest to obszar między Rosją, Niemcami, Włochami a Turcją. (Terminem „Europa Środkowo-wschodnia” należałoby, moim zdaniem, definiować obszar – Europa Środkowa + Ukraina i Białoruś). Wraz z końcem II wojny światowej Niemcy pożegnały się z marzeniami o Mitteleuropie i odtąd w skład Europy Środkowej nie wchodzą. Prób poddania Europy Środkowej dominacji niemieckiej było trzy (przed I wojną, podczas I wojny i podczas II wojny światowej). Ostatnia zakończyła się w 1945 roku. Bezpośrednio przed II wojną, podczas wojny i po wojnie w Europie Środkowej miały miejsce próby federalizacji regionu. Nie były to nowe koncepcje, bo sięgały wstecz co najmniej do XIX wieku, a nawet wcześniej. Ich przykładem była nieudana, niestety, próba utworzenia konfederacji polsko-czechosłowackiej i konfederacji grecko-jugosłowiańskiej, które w przyszłości miały się połączyć. Spoiwem, które łączyło wówczas te zamiary był, przede wszystkim strach – obawa przed Niemcami i Związkiem Radzieckim (Rosją). Można poszukiwać i znaleźć kilka argumentów, poza strachem, przemawiających za jednością tego regionu. Niemniej liczne jednak są argumenty dowodzące braku spójności oraz na rzecz jego niebywałej różnorodności. Tym co jednak zdecydowanie wyróżnia region, oprócz obaw przed wielkimi mocarstwami, jest stanowczy sprzeciw wobec prób narzucania regionowi czegokolwiek z pozycji siły. Tak było z Mitteleuropą, tak stało się po zajęciu niemal całego regionu przez Związek Radziecki. Europa Środkowa nie aplikowała o wejście do radzieckiej strefy wpływu, ona się w niej po prostu znalazła, zresztą za zgodą Zachodu. (Ta ostatnia cecha regionu, tj. sprzeciw wobec brutalnej siły, powinna być w miarę możliwości brana pod uwagę w Brukseli). Federaliści środkowoeuropejscy uważali, że nasz region powinien się najpierw zjednoczyć, a później dopiero włączyć w struktury europejskie. Z wielu powodów stało się inaczej – to poszczególne państwa środkowoeuropejskie aplikowały o wejście do Unii. W tym miejscu warto zauważyć, że to najpierw Unia zapragnęła, aby poszerzyć się o nasz region, a dopiero później nastąpił proces aplikowania państw regionu o wejście do Unii, przy równoczesnych staraniach z ich strony o zachowanie unijnych standardów. Podobnie działo się wcześniej w przypadku wchodzenia w struktury NATO; chęć państw regionu wstąpienia do Sojuszu poprzedzona była wolą – skrywaną co prawda – państw Sojuszu jego poszerzenia. Wejściu państw regionu do NATO i UE towarzyszyła równoczesna akcja Zachodu zmierzająca do rozbicia istniejących w regionie państw federacyjnych – Czechosłowacji i Jugosławii (w tym ostatnim przypadku skończyło się to rozlewem krwi), pod zarzutem, że są to państwa postkomunistyczne, mimo, że obydwie federacje powstały w wyniku I wojny światowej, a sama Jugosławia znajdowała się poza radziecką strefa wpływu.

Tendencje federalistyczne zostały więc w regionie pokonane, ale integracja regionu okazała się najwidoczniej koniecznością. Unia Europejska i cały Zachód zachęcała wręcz Polskę, Czechosłowację i Węgry do powołania i funkcjonowania nieformalnej Grupy Wyszehradzkiej, stawiając za wzór państwa Beneluxu. Nieco inaczej wygląda sprawa powołania inicjatywy Trójmorza. Zamysł ten nie został regionowi narzucony z zewnątrz, (Grupa Wyszehradzka też nie), niemniej jednak bez zewnętrznego wsparcia nie powstałby wcale. Oficjalnie stały za nim początkowo dwa państwa o tradycjach katolickich – Polska i Chorwacja. Kto zapoznał się z rolą Watykanu w rozbiciu Jugosławii, ten ma prawo się domyślać, że inicjatywa Trójmorza (powstałego częściowo na gruzach Jugosławii i Czechosłowacji) cieszyła się poparciem Watykanu. Przy czym tym razem nie ma w tym nic złego, bo ta inicjatywa jest regionowi potrzebna. Podobnie jak w przypadku Grupy Wyszehradzkej pojawiły się głosy nie tylko poparcia, ale sugerujące niecelowość i nietrwałość inicjatywy Trójmorza. Posądzono inicjatywę o antyniemieckość i antyunijność. Zarzuty poważne, ale gdyby były uzasadnione, to Trójmorze skazane byłoby od samego początku na niepowodzenie. Zresztą zarzucać Chorwacji antyniemieckość oznacza nieznajomość historii. Wśród 12 państw Trójmorza znalazła się Austria, a trzeba przypomnieć, że federaliści środkowoeuropejscy podczas II wojny i bezpośrednio po wojnie nie zaliczali tego kraju do Europy Środkowej i nie przewidywali udziału Austrii w planach federacyjnych regionu. Uważali Austrię, nie bez powodu, za ewentualnego eksponenta niemieckich interesów. Austria bowiem, w ten czy inny sposób, uczestniczyła we wszystkich próbach realizacji Mitteleuropy. Obecnie sytuację mamy zupełnie inną, państwa środkowoeuropejskie dobrowolnie, a nie pod przymusem znalazły się politycznie na Zachodzie. Dowodem na antyniemieckość i antyunijność Trójmorza można by próbować uznać poparcie dla inicjatywy ze strony Stanów Zjednoczonych, ale przeczą temu, mające znaczenie gospodarcze, infrastrukturalne projekty unijne na linii Północ-Południe obejmujące połączenia energetyczne i transportowe. Niedawno zresztą Polska w imieniu państw Trójmorza zaprosiła Niemcy jako państwo partnerskie do wzięcia udziału we wrześniowym spotkaniu inicjatywy w Bukareszcie (w drugiej połowie września). Polska przychyliła się do wniosku Niemiec o udział w pracach inicjatywy Trójmorza w charakterze państwa partnerskiego, co oznacza, że Niemcy byłyby gościem spotkania. Polska zwróci się do pozostałych 11 państw inicjatywy o akceptację tego zaproszenia, co będzie równocześnie sprawdzianem lojalności państw regionu wobec Niemiec i Unii. Zaproszenie miało miejsce przed wizytą Prezydenta Andrzeja Dudy w Waszyngtonie 18 września, co można by rozumieć jako przypomnienie Amerykanom ze strony Niemiec, że region znajduje się w polu zainteresowania Unii Europejskiej. To Unia Europejska przede wszystkim inwestuje w regionie. Zaproszenie Niemiec, wiodącego państwa unijnego oznacza także, iż region rozumie na czym polegają jego interesy, że potrafi ich bronić oraz że przyszłość regionu i Trójmorza polegać będzie na umiejętnym wykorzystaniu faktu, iż zainteresowanie regionem wykazuje nie jedno dominujące mocarstwo, lecz jest ich kilka: nie tylko UE i USA, ale także Chiny, Rosja i Turcja. Warto zauważyć, że Chiny w roku bieżącym uzyskały status pierwszej gospodarki w świecie. Są one zainteresowane integracją Europy Środkowej (od wielu lat realizują w regionie format 16+1, a więc szerszy od Trójmorza). Stany natomiast także popierają integrację Europy Środkowej, ale widziałyby ten proces pod swoją kontrolą, co nie ma szans na pełny sukces. Jakkolwiek cel jaki sobie stawiają Stany Zjednoczone w Europie Środkowej – niedopuszczenie do zbytniego zbliżenia między Niemcami oraz Unią Europejską a Rosją, realizują dość skutecznie. Jedynym państwem, które zdaje się mieć zastrzeżenia do integracji Europy Środkowej jest Rosja, ale w rezultacie permanentnego dialogu Watykanu z rosyjskim prawosławiem i władzami Rosji nastawienie Rosji może ulegać stopniowej ewolucji. Sądzę w tym kontekście, że rola dyplomacji watykańskiej w Europie Środkowej, w Europie i w świecie jest w polskiej publicystyce niedoceniana. Podsumowując: Trójmorze (państwa inicjatywy) pozostanie w UE i NATO, ale żadne mocarstwo nie może liczyć w regionie na swą wyłączną dominację. Inicjatywa Trójmorza ma charakter ponadnarodowy i ponadpartyjny. W państwach regionu rządzą różne partie, prawicowe i lewicowe, „lepsze i gorsze”, ale wszystkie wydają się zgodne co do tego, że pojedynczo znaczą te państwa o wiele mniej niż razem. Należy przypuszczać, że kolejne, zmieniające się rządy w poszczególnych państwach Trójmorza nie zmienią tego kierunku, a do inicjatywy dołączą m.in. dwa państwa o tradycji prawosławnej: Serbia i Czarnogóra. Trójmorze to nie polski pomysł, lecz inicjatywa regionalna, w której, jeżeli posłuchamy rad polskiego, katolickiego wizjonera Oskara Haleckiego, nie powinno być miejsca na dominację żadnego państwa – wszystkie państwa są sobie równe.

Przed wizytą w Izraelu

Czy w czasie rozmów ministra Jacka Czaputowicza w Tel Awiwie padnie pytanie o Rosję: „Czy przyjaciel naszych przyjaciół teraz ma być również i naszym przyjacielem”?

 

Mam zastrzeżenia do poglądu, że oto dopiero niedawno obszar Pacyfiku stał się ważniejszy dla Stanów Zjednoczonych niż Europa. Obszar Pacyfiku stał się dla Stanów szczególnie ważny już po II wojnie światowej. O tym, że centrum zainteresowania polityki światowej przesunie się z Europy na Pacyfik pisał w Polsce bezpośrednio po wojnie katolicki myśliciel i w wizjoner Jerzy Braun. Ze znaczenia tego regionu zdawali sobie doskonale sprawę także politycy radzieccy. Co się zaś tyczy Europy Środkowej (obszar między Rosją, Niemcami, Włochami i Turcją), to znalazła się ona po II wojnie (z wyjątkiem Grecji i Jugosławii) za zgodą mocarstw zachodnich w sferze wpływów Związku Radzieckiego. Natomiast po upadku państwa radzieckiego, cała Europa Środkowa włączona została do Zachodu, zredukowane zostały w środkowoeuropejskim regionie pływy rosyjskie.

O wpływy w Europie Środkowej walczą obecnie: USA, Unia Europejska (w skład której wchodzi już większość państw środkowoeuropejskich), Turcja, Chiny i oczywiście Rosja, która stara się odzyskać utracone pozycje. Jeżeli chodzi o Amerykanów to ich największym zmartwieniem w Europie była od pewnego czasu i chyba jest nadal możliwość zbytniego zbliżenia Unii Europejskiej (w tym przede wszystkim Niemiec) z Rosją. Oznaczać by to mogło podział wpływów w Europie Środkowowschodniej między Niemcami a Rosją. Stąd m.in. ważność Europy Środkowej dla Stanów Zjednoczonych i amerykańskie zainteresowanie tym regionem. Pisał o tym wielokrotnie George Friedman. Stąd ponawiające się amerykańskie próby osłabienia Unii Europejskiej (z przerwą na prezydenturę B. Obamy), a szczególnie Niemiec i Francji.

Tym też tłumaczyć trzeba amerykańską obecność w Europie Środkowej: polityczną, gospodarczą i militarną – ta ostatnia ma ostrze przede wszystkim antyrosyjskie. Polityka rosyjska z kolei zmierza w zasadzie do nawiązania bliskich relacji z Unią Europejską, a szczególnie z Niemcami, jakkolwiek niektóre jej posunięcia to chęć wyłuskiwania z Unii poszczególnych państw, partii politycznych i ruchów społecznych. W sumie zarówno USA, jak i Rosja prowadzą politykę osłabiania Unii Europejskiej.

Niezależnie od zmieniających się indywidualnych politycznych preferencji kolejnych prezydentów amerykańskich, istnieją stałe interesy Stanów Zjednoczonych w różnych częściach świata, które częstym zmianom nie podlegają. Rodzi się pytanie, na ile zmieni się polityka amerykańska w Europie Środkowej po spotkaniu Trump-Putin w Helsikach. Szczyt dotyczył w dużym stopniu Bliskiego Wschodu, a, jak zauważa wielu obserwatorów, podjęte, lub zapoczątkowane tam decyzje mieć będą implikacje globalne. Stałym i podstawowym składnikiem polityki amerykańskiej na Bliskim Wschodzie było dotąd sojusznicze poparcie dla Izraela.

W momencie kiedy Stany Zjednoczone dzielą się odpowiedzialnością za bezpieczeństwo Izraela z Rosją, wiele rzeczy się zmienia. Rosja ustanowiła w Syrii swe przyczółki, a Stany najwidoczniej nie są w stanie samodzielnie zapewnić bezpieczeństwa swemu sojusznikowi – Izraelowi. Zarówno Stany, jak i Izrael zdają sobie sprawę, że bez Rosji nie ustabilizują sytuacji w tym regionie, bo o ostatecznym uregulowaniu konfliktów w ogóle nie ma mowy.

Głównymi sojusznikami Stanów na Bliskim Wschodzie są, obok Izraela – Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Trwałość tego sojuszu nie jest jednak wieczna. Stany Zjednoczone posiadają od pewnego czasu własne, olbrzymie zasoby ropy i gazu, mogą więc zrezygnować z bliskowschodniej ropy bez uszczerbku dla swego bezpieczeństwa energetycznego. W razie dalszego wycofywania się w bliżej nieokreślonej przyszłości Stanów z Bliskiego Wschodu, globalna rola Rosji będzie rosła i doczekać się możemy jeszcze entuzjastycznych komentarzy w zachodnich mediach na temat Rosji i demokratycznego porządku w tym kraju.

Sytuacją w świecie po szczycie Trump-Putin w Helsinkach oraz niepewną przyszłością polskiego bezpieczeństwa zaniepokojeni są polscy emerytowani dyplomaci, czemu dali wyraz w opublikowanym w prasie Stanowisku Konferencji Ambasadorów 20 lipca br. Stanowisko podpisane zostało przez 29 ambasadorów, w tym dwóch wybitnych dyplomatów, wykształconych jeszcze solidnie w Polsce Ludowej: Jerzego Marię Nowaka i Andrzeja Towpika. W Stanowisku czytamy pod adresem obecnego polskiego rządu m.in.: „Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać dwa filary – USA i Europę”. Oraz: „Wysiłek społeczny przeznaczenia 2 proc. PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego sił Zbrojnych RP”.

Nasuwa się rzeczywiście pytanie na co te pieniądze są wydawane, skoro wyników brak? W najbliższym czasie dowiemy się też czy Stany Zjednoczone ustanowią swą stałą obecność na wschodniej flance NATO oraz czy sprzedadzą Polsce broń i czy zdecydują się na modernizację naszej armii. Skoro bowiem Rosja staje się, przynajmniej na Bliskim Wschodzie, sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, to może należy się spodziewać, że także w polsko-rosyjskich stosunkach nastąpi era ocieplenia. Po co więc byłaby ta cała antyrosyjska narracja w poprzednich latach? Trudno przy tym uwierzyć, że poprawa stosunków amerykańsko-rosyjskich następuje tak nagle i że już wcześniej o pewnych sprawach nie rozmawiano. Przecież prezydent Trump już od początku swej prezydentury pragnął wycofać amerykańskie oddziały z Syrii!

John R. Bradley, brytyjski ekspert ds. Bliskiego Wschodu zauważył, że porozumienie USA, Rosja, Izrael w sprawie konfliktu w Syrii oznacza, że prezydent Baszszar al-Assad utrzyma się przy władzy, a Syria staje się rosyjskim protektoratem. Rząd syryjski zaoferuje gwarancje dotyczące bezpieczeństwa Izraela, a Stany Zjednoczone porzuciły wspieranych przez siebie rebeliantów w południowo-zachodniej Syrii.
Dzięki porozumieniu Rosja otrzymuje potwierdzenie swego statusu w Syrii i ciepłowodny port na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a USA ma zamiar wycofać swe oddziały z operacji w Syrii. (John R. Bradley, „Assad is back for good In Syria – and with Trump’s Blessing”, The Spectator, 21 July 2018). Media dorzucają stale dodatkowe, potwierdzające te wieści informacje. Tak np. amerykańska gazeta Washington Post stwierdziła 27 lipca, iż nie można wykluczyć, że Donald Trump w rozmowie z Putinem zaakceptował wcześniejszą nieformalną umowę między Izraelem a Rosją. Władze Izraela zgodziły się w niej uznać jurysdykcję prezydenta Assada nad południowo-zachodnią Syrią w zamian za gwarancję Kremla, że jednostki irańskie rozlokowane będą w Syrii nie bliżej niż 80 km od granicy z Izraelem.

Inne źródło z kolei informuje, że Rosja rozmieści swą policję wojskową na Wzgórzach Golan i otworzy osiem punktów obserwacyjnych, by uniknąć możliwych prowokacji, natomiast siły irańskie w Syrii wycofają się na odległość 85 km od okupowanych przez Izrael Wzgórz Golan („Rosjanie wchodzą do Izraela, portal WGospodarcze,pl, 2 sierpnia 2018).
W Polsce, po stronie rządowej także zaobserwować można zaniepokojenie, chociaż przesłania je dyskusja polityków i publicystów na inne ważne tematy. Większość polityków i publicystów nie zauważa jak gdyby, że w świecie nastąpić może (nie twierdzę, że na pewno nastąpi) poważna zmiana sojuszy).

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz udał się natychmiast do Waszyngtonu, by zorientować się w aktualnej sytuacji. Rozmawiał w Białym Domu z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Johnem Boltonem na temat dwustronnych stosunków. Po tej rozmowie, korespondentom polskich mediów min. Czaputowicz oznajmił, że podczas planowanego spotkania prezydentów Polski i USA zapaść mogą konkretne decyzje w sprawie stałej, a nie rotacyjnej – jak obecnie – obecności wojsk amerykańskich na terytorium Polski. Jak ustaliła PAP, w ostatecznym projekcie ustawy o wydatkach na obronę narodową USA w roku bieżącym znalazła się poprawka zobowiązująca ministra obrony do poinformowania o możliwości i celowości stałego stacjonowania w Polsce amerykańskiej grupy bojowej (brygady). Minister Czaputowicz oświadczył polskim korespondentom, że został zapewniony, iż nie ma żadnych obaw co do pewności, że Stany Zjednoczone pozostają naszym sojusznikiem. („USA: Minister Czaputowicz spotkał się z Boltonem”, WGospodarce.pl, 27 lipca 2018).

Zapewne po to, by rozwiać jeszcze inne wątpliwości minister Czaputowicz w najbliższych dniach złoży wizytę w Izraelu (11-13 sierpnia). Wśród ujawnionych w prasie tematów rozmów w Izraelu brak co prawda tematyki szczytu w Helsinkach i „wojskowych Rosjan w Izraelu”, ale należy się domyślać, że padnie tam pytanie czy Rosja, „przyjaciel naszych przyjaciół zostać ma także naszym przyjacielem”.

Si vis bellum…

Historia udowodniła, że przynajmniej do czasów broni jądrowej, władcy jednego bądź drugiego państwa fabrykowali broń po to żeby ją wcześniej czy później użyć. Era wojen masowych rozpoczęła się jednak dopiero w czasach przejścia kapitalizmu na etap imperializmu co spowodowało pierwszą i drugą wojnę światową.

 

Należy przy tym zaznaczyć, że ten proces się rozpoczął za zgodą demokratycznie wybranych parlamentów Wielkiej Brytanii, II Rzeszy Niemieckiej, Republiki Francuskiej, Królestwa Włoch, Stanów Zjednoczonych oraz do pewnego stopnia monarchii Habsburskiej, Imperium Rosyjskiego i wielu innych państw bardziej czy mniej demokratycznych, co obala mit rozgłaszany w końcowej fazie zimnej wojny jakoby wojny miedzy państwami liberalno-demokratycznymi są niemożliwe. Okres „równowagi wzajemnego zastraszania” miedzy USA a ZSRR pozwolił utrzymać względny pokój na północnej półkuli, przy licznych „gorących wojnach” na „peryferiach” ówczesnego świata. A lansowanie gigantycznego amerykańskiego planu „gwiezdnych wojen” ostatecznie wyczerpało siły Związku Radzieckiego, powodując kapitulację jego rodzącej się nowej klasy rządzącej co jednocześnie podkopało jednak zdolność rozwojową USA które przeszły w tym okresie od polityki wszechstronnego uprzemysłowienia na tory ekonomii wojny, systematycznego zadłużenia i wirtualnej waluty dyktującej globalne warunki gospodarcze innym krajom. Proces globalizacji kapitalizmu doprowadził USA i inne wiodące mocarstwa kapitalistyczne do etapu de-industrializacji i delokalizacji przemysłów cywilnych, co dodatkowo wzmacniało siłę lokalnego sektora zbrojeniowego który pozostał prawie że sam na terenie metropolii zachodnich.

W latach 1946-1989 toczono 27 wojen które spowodowały śmierć ponad 100 000 ludzi, wszystkich w krajach „południowych peryferii”. W 1990 r. konflikt w Zatoce został ogłoszony przez George’a Busha Pierwszego jako pierwsza wojna „nowego światowego ładu” i stanowiła sygnał, że „zwycięstwo” wyczerpanego wysiłkiem zbrojeniowym obozu kapitalistycznego doprowadziło do przyspieszenia spirali zbrojeń i wojen, coraz częściej z pominięciem prawa konfliktów zbrojnych i prawa międzynarodowego opartego na zasadach Karty Narodów Zjednoczonych. Wojny od tego czasu mnożyły się już na wszystkich kontynentach i były prowadzone przez armie państwowe lub przez grupy zbrojne nie produkujące broni lecz kupujące je w krajach imperialistycznych pod różnymi pretekstami: obrona interesów globalnych lub regionalnych i wzrostem skrajnych ideologii nacjonalistycznych, plemiennych lub religijnych. A jednocześnie wzrosła też ilość państw posiadających, jawnie czy nie, broń jądrową.

Zdaniem Stockholm International Peace Research Institute, wydatki na cele „obronne” wzrosły o 1 021, 5 mld. dolarów rocznie od 2002 r. do 2006 r. , o 1 540, 5 mld. dolarów od 2007 r. do 2011 r. (wzrost o 51 proc.) i osiągnęły od 2012 r. do 2016 r. sumą 1 728, 0 mld. dolarów (wzrost o 12 proc.). Szacuje się, że w 2016 r. wydatki na cele wojskowe stanowiły już 2,2 proc. „światowego” PKB. Ten wzrost jest szczególnie szybki na terenie Azji, dowodzi to, że już nie Europa lecz Azja stała się centrum sprzeczności globalnego świata. Od roku 2008 do 2016, kraje obu Ameryk stanowiły 41,1 proc. wydatków na armię, kraje Azji i Oceanii 26,7 proc., kraje Europy 19,8 proc., kraje Bliskiego Wschodu 7,5 proc. i kraje Afryki 2,2 proc.. Rozpatrując jednak w cyfrach absolutnych, strefa NATO wraz z jego sojusznikami z innych stref pozostaje daleko na pierwszym miejscu. To świadczy o tym, ze lokomotywa spirali zbrojeniowej pozostaje na Zachodzie wbrew hasłom o wzroście potęgi Rosji, Chin czy Iranu lub Korei.

 

 

Z tej listy osiem państw należy do NATO (USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Kanada, Hiszpania, Turcja), pięć jest bliskimi sojusznikami bloku zachodniego (Arabia Saudyjska, Japonia, Korea Południowa, Australia, Izrael), trzy do grupy państw mniej więcej nie zaangażowanych (Indie, Brazylia, Algieria) i cztery do państw które można uznać za konkurentów bloku zachodniego (Chiny, Rosja, Iran, Korea Północna). I to stanowi aktualny balans sił światowych, nawet jeśli uwzględnimy sprzeczności powstałe niedawno w obozie zachodnim i fakt, że „po drugiej stronie”, postawę państw niezaangażowanych bądź „wrogich” można także uważać za, do pewnego stopnia, potencjalnie zmienną. Strefa atlantycka i krajów ogłoszonych przez USA jako „Major non-NATO ally” reprezentuje 62,3 proc. wszystkich wydatków zbrojeniowych, nie wliczając w to jednak innych krajów silnie związanych z NATO bądź z jednym z jego mocarstw. Według Countries Ranked by Military Strength, na 30 najsilniejszych armii świata, 11 należy do NATO, 11 jest blisko związanych z krajami NATO, 4 mogą być uważane za „niezaangażowane” i 4 za będące w stanie potencjalnego konfliktu z krajami obozu zachodniego. Nie licząc przy tym niepaństwowych formacji zbrojnych, opozycyjnych i najczęściej terrorystycznych, które korzystają z poparcia jawnego bądź nie, ze strony mocarstw, co szczególnie dotyczy takich krajów jak Syria, Irak, Jemen, Iran, Kolumbia, Kongo, Somalia, Nigeria, Mali, Pakistan, itd. Poparcia udzielone tym ugrupowaniom przez państwa takie jak USA, Izrael, Arabia Saudyjska, Francja czy Turcja znacznie przerastają podobne zjawiska ze strony takich państw jak Iran lub Rosja. Z tych wszystkich danych jasno wynika wiec, że „paniczne groźby ze strony wzrastających mocarstw” rozpowszechnione w wiodących mediach państwowych i prywatnych świata nie odpowiadają racjonalnej analizie.
Spirala zbrojeniowa jest wiec nakręcana po to, żeby klasy rządzące wiodących mocarstw kapitalistycznych mogły legitymować ich niechęć do wydawania funduszy na cele socjalne i rozwojowe dla mas, żeby stale powiększać zyski oraz wzmacniać swoją władzę. Przemysł śmierci (zbrojenia wraz z wydatkami/zyskami ubocznymi na przemysł farmaceutyczny, narkotykowy i leczenia ofiar wojen, na sprzedaż energii dla wojsk, na rozwój sektorów bezpieczeństwa i więziennictwa państwowego i prywatnego, itp.) stał się główną gwarancją przetrwania elit światowej finansjery, a także siły roboczej związanej z tymi sektorami, w momencie kiedy de-industrializacja, prekariat i masowy głód grozi większości ludzi na świecie.

 

 

Spośród dziesięciu największych eksporterów broni, aż siedem należy więc do NATO, co oznacza 62,3 proc. całego handlu bronią na świecie. W tej sytuacji, niezależnie od tego co sądzimy o polityce takich państw jak Rosja czy Chiny, należy postawić pytanie czy te państwa można umieścić w kategorii siły napędowej ruchu na rzecz zbrojeń czy stanowią tylko względnie słabą przeciwwagę wobec mocarstw w których sektor przemysłu zbrojeniowego odgrywa wiodącą rolę w życiu ekonomicznym, handlowym, finansowym, politycznym i medialnym. Musimy przy tym także zauważyć, ze USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy sprzedają broń ośmiu z dziesięciu państw kupujących największą ilość broni, co wskazuje jednocześnie, że ten handel jest po części tylko związany z polityką i strategią danego państwa i po części z „apolitycznymi” interesami biznesowymi. Rządy wielkich mocarstw stały się, co wyraźnie widać na przykładzie sprzedaży francuskiej broni dla saudyjskiej strony wojny w Jemenie, czynnymi agentami handlowymi swych firm zbrojeniowych.

 

 

38 na 100 największych firm zbrojeniowych na świecie ma swoją siedzibę w USA co reprezentuje 57,9 proc. ogólnej liczby sprzedaży stu największych firm zbrojeniowych świata, 25 firm na 100 to firmy zbrojeniowe krajów UE, czyli 25,7 proc.. Dołączając do tego Kanadę, firmy zbrojeniowe krajów członkowskich NATO reprezentują wiec 87,3 proc. sprzedaży spośród 100 największych sprzedawców broni na świecie. Udział francuskich firm zbrojeniowych wynosi 9,7 proc.. Polska sprzedaje z kolei broń głównie do Indii, Algierii i Indonezji co warto zaznaczyć gdyż, nawet jeśli jej udział w światowym handlu broni jest stosunkowo mały, sytuacja ta świadczy o tym, że Polska nie sprzedaje wiele broni krajom stowarzyszonym z Zachodem skąd została wyrugowana przez swych „sojuszników” podczas gdy wciąż jeszcze może sprzedawać broń krajom mniej lub bardziej niezaangażowanym, czyli krajom leżącym poza „strefą zainteresowania” obecnych polskich elit politycznych szczególnie służalczych wobec interesów politycznych i ekonomicznych krajów nie umiejących dzielić swoich zysków ze swoimi „przyjaciółmi”. Nawet kwestia zbrojeń udowadnia więc po raz kolejny, że Polska, stając się rezerwatem taniej siły roboczej i producentem podzespołów dla multinarodowych zachodnich firm, swoje główne perspektywy rozwoju musi jednak ulokować we współpracy z krajami rozwijającymi się bo rynki zachodnie weszły na etap nasycenia i stagnacji, stąd obecne zapędy wojenne które jak zawsze w historii świadczą o dekadencji danych mocarstw.
W tej jak najbardziej ponurej i groźnej sytuacji, pesymiści twierdzą, że napięcia między krajami produkującymi broń należą do sprzeczności wewnątrz systemu imperialistycznego niezależnie od tego czy dane państwo jest silniejsze czy słabsze, podczas gdy optymiści sądzą, że nowe wschodzące mocarstwa opierają swój rozwój głównie na sektory pozawojenne i reprezentują więc pewien postęp w walce o pokój i rozbrojenie, niezależnie od tego czy głoszą oni hasła burżuazyjno-narodowo antykompradorskie i anty-imperialistyczne jak Rosja, Iran czy Algieria lub socjalistyczne jak Chiny, Syria czy Korea Północna.

Mami, tumani, przestrasza

– tak, parafrazując mickiewiczowski opis diabła z „Pani Twardowskiej” scharakteryzować można politykę Prezydenta Trumpa wobec Unii Europejskiej (i nie tylko).

 

„USA bronią Niemcy, Francję i całą Europę”. „Chcę aby państwa NATO wydatkowały 4 proc. budżetu na zbrojenia”. Te dwa zdania Prezydenta Trumpa wygłoszone na brukselskim szczycie NATO mówią prawie wszystko o aktualnej sytuacji geopolitycznej. Prawie, gdyż należy do nich dodać parę szczegółów. Pierwszy to ten, że USA bronią Europy przed wrogiem, którego same wykreowały. Nie po raz pierwszy potwierdza się prawda, że w polityce posiadanie dobrego wroga jest ważniejsze niż najlepszego sojusznika. Nie ważne, czy Rosja jest czerwona , biała czy kolorowa – ma być wrogiem i zagrożeniem dla świata, któremu tylko USA mogą stawić czoła. I interes się kręci: wojskowi rozkładają mapy, przedsiębiorcy rozkręcają produkcję zabawek dla wojskowych, politycy wygrywają wybory.

Drugi to ten, że Trump codziennie niemal potwierdza swoją nieobliczalność: dzisiaj mówi jedno, jutro mówi coś przeciwnego a pojutrze robi coś zupełnie innego.

Trzeci ważny element, to szereg drobnych z pozoru faktów, które należy zebrać razem. Tak więc na koktajl Trumpa muszą złożyć się na przykład zaangażowanie jego ludzi (Robert Mrecer) w brytyjskie referendum w sprawie wystąpienia z Unii Europejskiej (wpis „Truchtająca lewica”, maj, 2017). Dodać należy do tego ujawnioną w trakcie dwustronnego spotkania w Waszyngtonie propozycję wystąpienia Francji z Unii, jaką Trump złożył Prezydentowi Macronowi w zamian za umowę handlową korzystniejszą dla Francji niż ta z Unią. Ostatnio w niewybredny sposób upominał Niemcy, że są na pasku Kremla i znów groził sankcjami za Nord Stream 2. Mami, tumani, przestrasza.

Trump dąży do załamania przedsięwzięcia pod nazwą Unia Europejska. Dla USA jest jasne, że Zjednoczona Europa będzie poważnym konkurentem dla wchodzących w kryzys Stanów, nie tylko w aspekcie gospodarczym. Dlatego w celu jej demontażu obrał taktykę wybierania z europejskiego koszyka pojedynczych państw. Najpierw szantaż: wprowadzenie ceł na określone towary z możliwością odstąpienia od nich w stosunku do poszczególnych państw w drodze dwustronnych negocjacji. To, że Teresa May pospieszyła do Trumpa z błaganiem, by skreślił Wielką Brytanię z listy mnie nie dziwi, ale że podobnie uczyniła Unia Europejska – już tak. Na szczęście wygląda na to, że w Brukseli przejrzeli na oczy i zdali sobie sprawę z humorystycznego charakteru takiego wniosku. Zdali sobie sprawę, że celem działań Trumpa jest właśnie UE.

Niektórych państw Trump nie musi z unijnego koszyka wyjmować : same z niego wyskakują w jego objęcia. Należy do nich przede wszystkim Polska, która wasalizm względem USA me niejako w genach. Jego nowożytne początki biorą się od próśb „Solidarności” o wprowadzenie sankcji gospodarczych przeciwko Polsce w latach 80-tych, wsparcia finansowego, materialnego i wywiadowczego „Solidarności” przez CIA, przez aferę Kuklińskiego, niesławne obozy dla arabskich jeńców, aż po najnowszy akt – już z polskiej inicjatywy: porozumienie „Trójmorza”, które Polska na tacy podała Trumpowi rok temu (wpis „Szczyt zaszczycony”, czerwiec 2017). Polska jest więc ochotnikiem-pomagierem, wspólnikiem Trumpa w rozmontowywaniu Unii. I cała Europa to widzi.
Kolejnym elementem, który musi być wzięty pod uwagę, jest informacja, która mignęła przez media, nieoficjalna oczywiście, że niewykluczone jest, że Trump, w trakcie zbliżającej się rozmowy z Putinem, byłby gotów uznać aneksję Krymu przez Rosję. W tle tego wszystkiego jest oczywiście amerykańska gospodarka, zmuszenie Europy do zakupów amerykańskiego gazu i amerykańskiego uzbrojenia.

Do tej pory Unia Europejska dzielnie i solidarnie stawała po stronie USA w jej agresywnej względem Rosji polityce. Pojawiające się przesłanki i spekulacje, że Trump może się z Putinem „dogadać” postawi Europę w niezręcznej pozycji z ręką w urynale.

Trump wcale nie musi z Putinem podpisywać jakiegoś formalnego porozumienia. Wystarczy świadomość wspólnych geopolitycznych interesów. Ważne jest przy tym pytanie, czy Rosja w zamian za wolną rękę w sprawie Ukrainy będzie gotowa oddać Nord Stream 2? Z drugiej strony, podpisując kuriozalną deklarację z Kim Dzong Unem Trump pokazał, że stać go na każdą tego typu woltę – również w stosunku do Rosji.

„America first!” – a cała reszta? Zupełnie nieważna.

Takiej wolty nie będzie natomiast w stanie wykonać rozgrzana do czerwoności w swej rusofobii Unia Europejska. I zapewne o to Trumpowi chodzi: zdezorientowana, wewnętrznie poróżniona Unia stanie się łatwym łupem gospodarczym.

Złapał Kozak…

Podczas, gdy większość światowych mediów zastanawia się o czym tak naprawdę rozmawiali obydwaj przywódcy w Helsinkach, część prasy amerykańskiej i prasa izraelska wiedziała i wie dość sporo.

 

Bezpośrednio przed szczytem izraelska gazeta „The Jerusalem Post” pisała, że kilka dni wcześniej premier Benjamin Netanyahu spotkał się na Kremlu z Putinem. Oczywiście Netanyachu rozmawiał także kilkakrotnie na temat bezpieczeństwa Izraela z Trumpem. Dlatego gazeta przewidywała, że bardzo ważnym tematem szczytu będzie przyszłość Syrii i rola Iranu w regionie. Spekulowała przy tym, że Putin zaoferuje pozbycie się irańskich sił z Syrii, jeżeli Trump wywrze nacisk na Zachód, by złagodzić ekonomiczne i dyplomatyczne sankcje nałożone na Rosję po jej inwazji i aneksji Krymu. (Herb Keinon, „Netanyahu talks to Trump before Trump-Putin Summit”, The Jerusalem Post, July 15, 2018).

Bezpośrednio po szczycie, w tym samym dniu, amerykański „New York Post” napisał, że zwycięzca szczytu może być tylko jeden – Izrael. Obydwaj przywódcy zapewnili, że będą wspólnie pracować na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa Izraela. Putin wezwał do pełnego poszanowania Porozumienia z 1974 roku dotyczącego rozdzielenia wojsk na Wzgórzach Golan; zapewni to pokój na Wzgórzach i bardziej przyjazne relacje między Syrią i Izraelem oraz bezpieczeństwo Izraelowi. Putin wezwał do koordynacji działań militarnych Rosji i Stanów w kryzysie syryjskim. Jak wiadomo, dotychczas w tej 8. letniej wojnie obydwa państwa popierały zwalczające się strony. Izrael spodziewa się korzyści po spotkaniu dwóch przywódców. (Marisa Schultz, „Why Israel stands to benefit from Trump – Putin summit”. New York Post, July 16, 2018).

Większość obserwatorów twierdzi, że zwycięzcą szczytu okazał się Putin, a nie Trump. Wykluczyć się jednak nie da, że wyniki szczytu będą korzystne także dla Izraela. Styl jednak w jakim ten ewentualny sukces został osiągnięty budzi poważne wątpliwości. Izraelska gazeta Haaretz dzień po szczycie niezwykle krytycznie oceniła postawę Trumpa w Helsinkach: „Z wyjątkiem twardych zwolenników, Ameryka z trudem wybaczy prezydentowi, który stojąc przy autorytarnym przywódcy, jakim jest Władymir Putin, zdecydował się raczej go bronić niż skarcić, zamiast tego walił (bashed) w swój własny kraj”. Jeżeli nawet Trump niczego Putinowi nie zawdzięcza, (podkreślenie moje, M.P.) to wyglądał i mówił tak, jak gdyby był jego lokajem lub marionetką, co już wcześniej przewidziała Hilary Clinton. (Chemi Shalev, „In Helsinki, Trump Hazed America as if He Were Putin’s Puppet” , Haaretz, Jul 17, 2018). Co i komu Trump zawdzięcza czytamy w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd”, jakiego udzielił wybitny znawca Bliskiego Wschodu, ambasador Krzysztof Płomiński: „Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem”. (Rozmawiał Robert Walenciak, „Ropa, Religia, Narody, Interesy”, Przegląd Nr 28, 8-15.07.2018). Wygląda więc na to, że Donald Trump spłaca teraz swe długi.

Dowiemy się kiedyś zapewne czy w Helsinkach dyskutowano o Unii Europejskiej, Europie Środkowo-Wschodniej, czy o Polsce i co postanowiono. Świat obserwował będzie z niepokojem treść dialogu, jaki prowadzić będą Rosja i USA. Za ustępstwa rosyjskie wobec USA i Izraela na Bliskim Wschodzie, Europa, a szczególnie nasz region zapłacić może jakąś cenę. Pytanie – jaką? Na naszym polskim podwórku słychać niezdarne próby usprawiedliwiania postawy Trumpa w Helsinkach ( a to, że jest pod stałą presją krytyków i nie wytrzymał tej presji, albo, że właściwie „Polacy nic się nie stało”). Jest jednak oczywiste, że Stany Zjednoczone nie chcą już być przywódcą świata zachodniego, dobrowolnie z tego przywództwa zrezygnowały, choć pozostało jeszcze ich przywództwo w NATO. Natura nie lubi próżni i to miejsce zapełni zapewne po jakimś czasie Unia Europejska (a w niej Niemcy i Francja). Do Europy Środkowej weszły już gospodarczo Chiny (formuła 16+1 niewiele się różni od 12tki państw Trójmorza). Potwierdzeniem chińskich intencji było sofijskie forum gospodarcze 16+1, na którym (7 lipca) premier Chin Li Keqiang zachęcał do dyskusji o problemach dotychczasowej integracji Środkowej Europy i promowaniu osiągnięć regionu. Chiny oraz 16 państw Środkowo-Wschodniej Europy chciałyby widzieć zjednoczoną, dobrze funkcjonującą Unię Europejską. Integracja środkowoeuropejska nie jest konkurencją czy alternatywą dla Unii Europejskiej. Chiny postrzegają Europę jako globalny „biegun pokoju” i proponują zaproszenie państw trzecich do współpracy z „16+1”, w domyśle chodzi o Niemcy, Francję, Włochy. „Wojna celna USA z Chinami, zaproszenie państw bałkańskich do Unii Europejskiej, obietnice kredytów dla państw Trójmorza składane przez prezydenta Donalda Trumpa wzmocniły pozycję Forum 6+1, Czy uda im się wykorzystać to zainteresowanie – czas pokaże”.(Anna Sobczyńska, „Chiny zapraszają”, Trybuna, 16-17 lipiec 2018 – przy pisaniu tekstu pani A. Sobczyńska wykorzystała publikacje z „People’s Daily”).

Unia Europejska, w przeciwieństwie do USA i Rosji w sposób otwarty, bez tajemnic, nawiązuje ściślejsze niż dotąd stosunki z Chinami. W dniu szczytu w Helsinkach w Chinach wizytę złożyli Jean-Claude Juncker, Przewodniczący Komisji Europejskiej i Donald Tusk, Przewodniczący Rady. Podpisano wiele umów. Chiny szukają w UE sojusznika w wojnie handlowej z USA i chcą zrównoważyć straty w relacjach gospodarczych z USA. Dyskutowano m.in. o sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także o Ukrainie. A więc nie tylko Stany Zjednoczone i Rosja interesują się naszym regionem i całą Europą!

W świetle rozpętanej przez Donalda Trumpa wojny handlowej i obłożenia towarów z UE dodatkowymi cłami, szczególne znaczenie miała będzie umowa podpisana 17 lipca 2018 roku między UE a Japonią przez Junckera i Tuska oraz japońskiego premiera Shinzo Abe. Powstaje strefa wolnego handlu obejmująca ponad 600 milionów ludzi. Japonia, bliski sojusznik USA, nie zapytała się w tym przypadku o zgodę swego wielkiego brata.

Po szczycie Trump-Putin w Helsinkach obudziliśmy się, bez własnej woli, w innym zupełnie świecie.

Obawy ambasadorów

Stanowisko Konferencji Ambasadorów RP: „O bezpieczeństwie RP. Zagrożenia i wyzwania”.

 

Po Szczycie NATO i spotkaniu prezydentów USA i Rosji w Helsinkach wzrasta niepokój o przewidywalność porządku międzynarodowego oraz o przyszłość polskiego bezpieczeństwa. Polityka wewnętrzna i zagraniczna obecnych władz RP nie odpowiada na wyzwania, przed jakimi stoi Polska.

Rosja nasiliła rewizjonistyczne działania na rzecz rozszerzenia swojej strefy wpływów, dąży do rozbicia NATO i UE. Prowadzi wojny hybrydowe, manipulacje informacyjne, wspiera skrajne ugrupowania polityczne w zachodnich demokracjach, a nawet ingeruje w procesy wyborcze. Terroryzm, wzrost populizmu i egoizmów narodowych są zagrożeniem dla Zachodu. Podważają spójność transatlatycką.

Prezydent Trump stara się narzucić światu nowe reguły. Niepokoją nas sygnały o warunkowym i selektywnym traktowaniu gwarancji bezpieczeństwa dla sojuszników, o możliwości wycofania wojsk z Europy, określanie NATO jako organizacji „przestarzałej”, a Unii Europejskiej jako „wroga”. Wojna handlowa USA z Europą destabilizuje stosunki transatlantyckie. Tradycyjnie na poprzednich szczytach amerykańsko-rosyjskich prezydent USA uwzględniał poglądy zachodnich sojuszników. W relacjach z Helsinek nie zauważyliśmy zharmonizowania stanowiska prezydenta Trumpa z europejskimi sojusznikami. Narastające różnice interesów osłabiać będą pozycję Zachodu jako całości.

Zachodzące gwałtowne przemiany porządku światowego. są szczególnie groźne dla naszego kraju. Pozycja i wizerunek Polski na arenie międzynarodowej uległy gwałtownemu osłabieniu. Trwa kryzys spowodowany łamaniem praworządności, upadkiem jakości parlamentaryzmu i lekceważeniem norm i wartości demokracji liberalnej. Powoduje to nasze rosnące wyobcowanie – zachodni partnerzy przestają nas traktować jako „swoich”. Budowanie naszych relacji z sąsiadami wokół historycznych krzywd jest sprzeczne z polską racją stanu. Bezpieczeństwo Polski zależne jest także od dobrych relacji z Berlinem i Kijowem. Dziś trzeba głośno powtórzyć: bezpieczna Ukraina oznacza bezpieczną Polskę. Czas przywrócić Polsce rolę rzecznika bezpieczeństwa Ukrainy.

Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać oba filary – USA i Europę. Nie wolno naruszyć równowagi tych relacji, nawet jeśli chwilowa koniunktura wydaje się sprzyjać promowaniu szczególnych stosunków z USA. Polska nie może ryzykować osłabienia partnerstwa z europejską częścią NATO. Wypowiedzi prezydenta Trumpa na brukselskim szczycie NATO oraz w Helsinkach tworzą głęboko niepokojące poczucie dwuznaczności.

Decyzja o stałym stacjonowaniu wojsk USA w Polsce musi wynikać ze strategii NATO, powinna wzmacniać obronność całego regionu i spójność Sojuszu. Konieczne jest rozwijanie samodzielnych (ale nie konkurencyjnych wobec NATO) zdolności obronnych Unii. Polska powinna wspierać inicjatywy Brukseli zmierzające w tym kierunku.

Kluczowe decyzje dotyczące obronności muszą być podejmowane w warunkach przywrócenia narodowej zgody wokół spraw bezpieczeństwa. Wysiłek społeczny przeznaczenia 2% PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego Sił Zbrojnych RP. Domagamy się powrotu do długoletniego strategicznego planowania modernizacji sił zbrojnych RP, realizowanego przez kompetentną i sprawną kadrę wojskową i cywilną, wolną od politycznych nacisków. Partnerstwo z zachodnimi strukturami obronnymi tylko wtedy okaże się skuteczne, gdy nasi sojusznicy będą mieli pewność, że po stronie polskiej bezpieczeństwa strzeże sprawna, dobrze wyposażona i profesjonalna armia w służbie demokratycznego państwa.

Nie wykluczając możliwości konfliktu np. w postaci wojny hybrydowej bardziej obawiamy się strategicznego osamotnienia Polski połączonego ze wzrostem wpływów Rosji w naszym regionie. Różniące się w ocenach Rosji państwa zachodnie mogą pogodzić się z takim stanem rzeczy. By przeciwstawić się temu zagrożeniu musimy odbudować skuteczność działania państwa, zwłaszcza Sił Zbrojnych i dyplomacji. Polska powinna wzmacniać swą pozycję i w UE i w NATO oraz dążyć do zachowania ich spójności. Niestety promowany przez polski rząd nacjonalizm rozsadza jedność tych organizacji.

Musimy stale pamiętać, że zwarta UE i silny Sojusz Atlantycki stanowią gwarancję polskiego bezpieczeństwa, dobrobytu i wolności obywatelskich.

 

Warszawa, 17 lipca 2018 r.

 

Jan Barcz
Michał Klinger
Jerzy Maria Nowak
Marcin Bosacki
Tomasz Knothe
Piotr Nowina-Konopka
Iwo Byczewski
Maciej Kozłowski
Agnieszka Magdziak-Miszewska
Maria Krzysztof Byrski
Maciej Kożmiński
Piotr Ogrodziński
Mieczysław Cieniuch
Jerzy Kranz
Ryszard Schnepf
Tadeusz Diem
Henryk Lipszyc
Grażyna Sikorska
Paweł Dobrowolski
Bogumił Luft
Tadeusz Szumowski
Grzegorz Dziemidowicz
Piotr Łukasiewicz
Andrzej Towpik
Andrzej Jaroszyński
Jacek Najder
Maria Wodzyńska-Walicka
Maciej Klimczak
Anna Niewiadomska

Z potrzeby chwili

To, że amerykański prezydent znajdzie się znów na kolizyjnym kursie ze swoimi sojusznikami wisiało w powietrzu zanim bruselski szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego się rozpoczął. Ale mało kto przypuszczał, że ta kolizja osiągnie aż taki wymiar. A ustalenia, którymi szczyt się zakończył zapewne nie stanowią definitywnego zażegnania sporu wewnątrz NATO.

 

Problemy zapowiadały już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Trumpa, sygnalizujące że nie tylko nie zamierza wycofywać się z nacisków na swoich europejskich sojuszników niechętnych do powiększania budżetów wojskowych do uzgodnionego w 2014 r. poziomu 2 proc. Teraz Trump oczekiwał już nie 2, tylko 4 procent.

– Wiele krajów nie płaci, ile powinny – oświadczył Trump już na wstępie szczytu, podczas śniadania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. – A mówiąc wprost, wiele krajów winnych jest nam przeogromne pieniądze za wiele lat wstecz, kiedy zalegały z płaceniem, a Stany Zjednoczone musiały za nie zakładać. Pierwszy dzień szczytu zakończył się zatem zwarciem.

W czwartek, na zakończenie niejawnych sesji Trump przed odlotem do Londynu otrąbił sukces, triumfalnie oświadczając, że „wierzy w NATO” oraz że szczyt zakończył się decyzją o natychmiastowym podniesieniu swoich budżetów obronnych do 2 proc.

 

Etap

Jak to będzie – jeszcze się okaże, szczyt, jak to szczyt, musiał się czymś zakończyć. Cokolwiek odbywa się z udziałem prezydenta Trumpa musi być sukcesem. Europejscy przywódcy też zapewne nie chcieli doprowadzać do tego aby szczyt kończył się w atmosferze fiaska. Nie mówiąc o tym, że byłby to poważny cios tak i Sojusz, jak i w samego Trumpa zadany mu na trzy dni przez oczekiwanym spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Cokolwiek by nie było mówione o manifestujących się wewnątrz Sojuszu podziałach i różnicach poglądów na jego funkcjonowania, byłoby i skrajnie nielojalne, i biłoby nie tylko w Trumpa, ale i w samo NATO, osłabiając pozycję wszystkich jego państwa. Przez helsińskim spotkaniem w interesie wszystkich było, żeby Sojusz zachowywał chociaż pozór wewnętrznej spójności. Na to zapewne liczył amerykański prezydent stawiając swoje warunki.

Czym innym jest jednak potrzeba chwili, czym innym długodystansowe działania, a w tej materii brukselski szczyt niewiele przesądził.

 

Konflikt wizji, konflikt interesów

Filozofia, w myśl której Europa za amerykański udział w jej ochronie – według Trumpa stanowiący od 70 do 90 proc. kosztów – musi się zmniejszyć na rzecz znacznie bardziej substancjalnego wkładu Europy, gdyż nie może odbywać się to na koszt amerykańskiego podatnika to zwykły bluff. Faktycznie, USA są pod względem siły militarnej największym komponentem Sojuszu, większym od wszystkich pozostałych razem wziętych, nie określa wcale, kto komu powinien płacić. Przyrównywanie NATO do „międzynarodowej firmy ochroniarskiej”, jak określa amerykańskie podejście niemiecki dziennik „Handelsblatt” jest z gruntu fałszywe, bo to USA mają ambicję być globalnym mocarstwem tak gospodarczym jak i militarnym i nie wynika z tego, że na ten cel Europa musi płacić haracz. Bez trwałych punktów oparcia w Niemczech – jak choćby baza w Rammstein – USA o tej pozycji ani w regionie europejskim, ani w Środkowej Azji nie mogłyby myśleć. A w skali budżetu samej organizacji – dość skromnego, bo liczącego niecałe 5 mld dolarów, Stany Zjednoczone wkładają ok. 22 proc. – tyle, ile wynika z kalkulacji opartej przede wszystkim na PKB państw członkowskich.

Druga obserwacja, której nie sposób się oprzeć, jest taka, że uparte naciski, aby Europa płaciła USA za ich zaangażowanie w jej ochronę, to w gruncie rzeczy element toczącej się już na całego wojny celnej pomiędzy USA a resztą świata, w której na razie jedynym „osiągnięciem” amerykańskiej polityki było właśnie popchnięcie Europy bliżej do Chin, a nawet Rosji. Logika – wojujecie z nami na pieniądze, to płaćcie za ochronę jest tu aż nadto widoczna.

 

Fałszywe opozycje

Postawienie przez Trumpa pytania, jak to jest, że Zachodnia Europa jednocześnie boi się Rosji i chce aby NATO było parasolem ochronnym przed nią, a równocześnie aprobuje budowę gazociągu Nord Stream 2, którym popłynie rosyjski gaz , a i w innych obszarach – nawet pomimo sankcji – podtrzymuje współpracę gospodarczą z rosyjskimi podmiotami, które pojawia się w komentarzach jest zupełnie błędna. Jest to bowiem logiczna antyteza jedynie z perspektywy Waszyngtonu widzącego świat tylko z perspektywy siebie jako samotnego hegemona i jego posłusznych wasali lub wrogów oraz wschodnioeuropejskich pionków w tej rozgrywce, tak zaimpregnowanych rusofobią, że gotowych akceptować wszystko, co Wielki Brat zarządzi – żeby dopłacać mu za obecność amerykańskich dywizji, żeby łożyć na obronę terytorialną, żeby kupować droższy skroplony gaz i niszczyć sektory własnej gospodarki żyjące nie tak dawno jeszcze z eksportu na Wschód.

Z perspektywy centrum Europy takiej opozycji właśnie nie ma. Z Berlina czy Paryż świat i system globalnego bezpieczeństwa to wielka sieć naczyń połączonych, w której takich wykluczających się opcji nie ma, bo być nie może. Bo jest to gra nie na zero-jedynkowe rozstrzygnięcia stawiające każdą sprawę na ostrzu noża, jak najwyraźniej wyobraża sobie politykę globalną Trump (i wielu innych amerykańskich polityków), ale na dążenie do tworzenia całych układów równowag. A jedną z nich jest też równowaga w relacjach z Rosją. To kanclerz Merkel rozumie doskonale – w końcu zęby na tym zjadła.

Że Polska nie wyciągnęła przez wieki wniosku, że skoro ma się na wschód od siebie sąsiada (w stosunku do którego czuje odwieczną zawiść, bo wskutek jakiejś tragicznej pomyłki dziejów zastąpił w XVI w. jej nieodżałowaną rolę „wielkiego państwa na wschodzie”), trzeba nauczyć się z nim żyć, bo z dnia na dzień nie zniknie, ani nie pogrąży się w wiecznej smucie – to oczywistość, z którą nad Wisłą nie da się dyskutować. Ale taki poziom zaufania do merkantylizacji obronności, jaką serwuje Europie Trump uznać za wartą cokolwiek gwarancję – to dowód skrajnej naiwności. Opieranie strategii własnego bezpieczeństwa na sojuszu z państwem, które potrafi swoją doktrynę sojuszniczych zobowiązań zredukować do kwestii zakupu „usługi ochroniarskiej” to skrajna niefrasobliwość. Nietrudno sobie wyobrazić, że sojusz taki z dnia na dzień może przestać istnieć. A co pozostanie – lepiej nie myśleć.