
Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt wyszła 4 marca przed kamery, żeby wyjaśnić światu, dlaczego Stany Zjednoczone rozpoczęły operację wojskową przeciw Iranowi. „Prezydent miał przeczucie, znów oparte na faktach, że Iran zamierzał uderzyć w Stany Zjednoczone, w nasze aktywa w regionie, i podjął decyzję o uruchomieniu Operacji Epickiej Furii”. Przeczucie oparte na faktach. Tak dziś wygląda oficjalne uzasadnienie rozpoczęcia wojny przez teoretycznie wciąż największe mocarstwo świata. W skrócie: prezydent coś poczuł, a skoro poczuł, to znaczy, że tak musi być. Jeśli przyjąć tę logikę, bezpieczeństwo świata zależy dziś od humoru i „przeczucia” jednego człowieka – niemal osiemdziesięcioletniego nieprzewidywalnego narcyza otoczonego dworem przytakiwaczy, gdzie nikt nie ma odwagi się sprzeciwić. A jeśli ktoś to zrobił, to już go pewnie tam nie ma.
Im dłużej jednak słucha się tego, co mówią sami amerykańscy politycy, tym mniej przypomina to strategię, a bardziej improwizację i paniczne łatanie narracji. Administracja Donalda Trumpa powtarza, że chodziło o „bezpośrednie zagrożenie” ze strony Iranu. Tyle że po zamkniętym briefingu wywiadowczym w Senacie senator Tim Kaine z Partii Demokratycznej powiedział wprost: żadnych dowodów na takie zagrożenie wciąż nie przedstawiono. Poszedł jeszcze dalej i uznał tę wojnę za „nielegalną”, argumentując, że prezydent rozpoczął działania wojenne bez zgody Kongresu i bez wykazania bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych.
Ale najciekawsze jest to, co mówią politycy z własnego obozu Trumpa. Bo kilku czołowych republikanów publicznie powiedziało rzeczy, które wprost rozbrajają oficjalną wersję Białego Domu.
Sekretarz Stanu USA Marco Rubio tłumaczył dziennikarzom, że administracja wiedziała o planowanym ataku Izraela na Iran. Według Rubio było jasne, że gdyby Izrael uderzył, Iran odpowiedziałby również na cele amerykańskie w regionie. Dlatego – jak mówił – Stany Zjednoczone zdecydowały się uderzyć pierwsze, żeby ograniczyć straty.
Kilka godzin później podobną logikę przedstawił Mike Johnson, republikański przewodniczący Izby Reprezentantów. Stwierdził wprost, że Izrael był zdeterminowany działać „z USA lub bez USA”. A skoro tak, administracja uznała, że jeśli Izrael rozpocznie atak, Iran natychmiast uderzy w amerykańskie wojska i bazy na Bliskim Wschodzie.
Tę samą ocenę powtórzył senator Tom Cotton, jeden z najbardziej jastrzębich polityków republikańskich. W telewizji Fox News powiedział bez ogródek, że Izrael był gotów uderzyć samodzielnie, ponieważ uważa sytuację za egzystencjalne zagrożenie.
Trzy wypowiedzi z samego szczytu amerykańskiej władzy prowadzą do jednego wniosku: Stany Zjednoczone weszły do wojny nie dlatego, że Iran miał zaatakować Amerykę. Weszły do niej dlatego, że Izrael i tak zamierzał ją rozpocząć.
Donald Trump wygrał wybory pod hasłem „America First”. Tymczasem gdy zestawi się ze sobą wypowiedzi jego współpracowników, wyłania się obraz raczej „Israel First”. Najpierw publicznie przyznaje się, że decyzja była konsekwencją planowanego izraelskiego ataku, a potem – gdy robi się politycznie gorąco – zaczyna się nerwowe prostowanie przekazu, że nikt nikogo do niczego nie wciągnął. Dokładnie tak reagują dziś Trump i politycy Partii Republikańskiej.
Sam Trump próbuje teraz odwracać kota ogonem. „Myślę, że gdybyśmy nie zrobili tego pierwsi, oni uderzyliby w Izrael – a może też w nas” – powiedział podczas jednego z briefingów. Brzmi to jak próba przepisania całej historii: z sytuacji, w której Izrael prowadzi własną, nieskoordynowaną politykę militarną i podejmuje decyzje o eskalacji, a Stany Zjednoczone muszą potem mierzyć się z jej skutkami, w opowieść o koniecznej obronie przed wrogiem. Innymi słowy – z historii o tym, że sojusznik robi to, na co ma ochotę, w narrację o rzekomej amerykańskiej samoobronie.
Kulisy tej decyzji są jednak dość czytelne. Według relacji „New York Timesa” izraelski premier Benjamin Netanjahu od miesięcy naciskał na administrację Trumpa, by podjęła zdecydowane działania przeciw Iranowi. Dziennik opisuje rozmowy i zabiegi dyplomatyczne, których celem było trzymanie amerykańskiego prezydenta „na ścieżce prowadzącej do wojny”. W jednej z rozmów z prawicowym komentatorem Tuckerem Carlsonem Trump miał nawet powiedzieć, że rozumie ryzyko ataku, ale „nie ma wyboru” – musi dołączyć do operacji, którą Izrael i tak przeprowadzi.
Sam Netanjahu w wywiadzie dla Fox News powiedział wprost, że od dziesięcioleci próbował przekonać kolejne administracje w Waszyngtonie do zdecydowanego działania przeciw Iranowi. „Potrzebny był stanowczy prezydent jak Donald Trump, żeby podjąć tę decyzję” – stwierdził. Innymi słowy: izraelski premier od lat próbował doprowadzić do tej wojny i dziś sam przyznaje, że wreszcie znalazł w Białym Domu prezydenta, który tańczy tak, jak ten mu zagra.
Dlaczego prezydent – teoretycznie wciąż najpotężniejszego państwa świata – zdecydował się pójść tą drogą? To pytanie pozostaje otwarte. Jedno jest jednak pewne: Netanjahu od lat pchał świat w tę konfrontację i dziś mówi o niej z radością jak o spełnieniu długo oczekiwanego celu. Wokół tej decyzji krąży wiele spekulacji i teorii, ale nawet bez nich widać wyraźnie, że „przeczucie”, o którym mówiła rzeczniczka Białego Domu, ma bardzo konkretne źródło.
Konsekwencje tego „przeczucia” widać jednak gdzie indziej. W każdej wojnie rachunek płacą zwykli ludzie. W ciągu pierwszych pięciu dni nalotów w Iranie zginęło już ponad tysiąc osób. Reuters, powołując się na irański Czerwony Półksiężyc, mówi o co najmniej 1045 zabitych. Irańskie Ministerstwo Zdrowia podawało wcześniej 926 ofiar śmiertelnych i ponad 6 tysięcy rannych. Niezależne organizacje monitorujące prawa człowieka, jak Human Rights Activists News Agency (HRANA), szacują, że wśród zabitych może być ponad 1100 cywilów, w tym ponad 180 dzieci.
Najbardziej wstrząsającym symbolem tej eskalacji był nalot na szkołę dla dziewcząt w Minab w prowincji Hormozgan. Według różnych relacji zginęło tam od około 108 do nawet 175 uczennic i pracowników szkoły, a kilkadziesiąt kolejnych osób zostało rannych.
Skutki widać także poza Iranem. Już w pierwszych dniach eskalacji izraelskie naloty na południowy Liban – według danych lokalnych służb ratowniczych i mediów regionalnych – zabiły ponad siedemdziesiąt osób i zmusiły dziesiątki tysięcy mieszkańców do ucieczki z przygranicznych miejscowości. Kolejne raporty organizacji humanitarnych mówią także o uderzeniach w dzielnice mieszkalne, szkoły i obiekty medyczne w różnych częściach regionu.
Ale rachunki tej wojny nie kończą się tam, gdzie spadają bomby. Wystarczyło kilka dni walk, żeby rynki energii zareagowały. Gdy po amerykańsko-izraelskiej napaści pojawiły się problemy z żeglugą przez kontrolowaną przez Iran cieśninę Ormuz, ceny energii musiały wzrosnąć. Przez tę wąską cieśninę między Iranem a Omanem przepływa około 20 procent światowego handlu ropą naftową i niemal jedna trzecia globalnego transportu LNG, dlatego każda groźba blokady natychmiast podnosi ceny surowców energetycznych. Najpierw na giełdach, potem w przemyśle, a na końcu w portfelach zwykłych ludzi.
W Europie mechanizm jest prosty. Droższy gaz oznacza droższe nawozy, bo gaz stanowi nawet 70–80 procent kosztów produkcji amoniaku. W Polsce pierwsze sygnały już widać – Grupa Azoty wstrzymała przyjmowanie nowych zamówień na nawozy w związku z gwałtownymi wahaniami cen energii.
Jeśli ta wojna potrwa dłużej, scenariusz jest oczywisty. Najpierw drożeją energia i transport, potem nawozy, a kilka miesięcy później rosną ceny żywności w sklepach.
Waszyngton oczywiście zapowiedział już, że „zapewni bezpieczeństwo żeglugi”. Amerykańska marynarka ma eskortować tankowce i zwiększyć patrole w rejonie cieśniny Ormuz, aby utrzymać otwarte kluczowe szlaki transportu ropy i gazu. Brzmi imponująco – tylko że na razie to przede wszystkim ogólne deklaracje. Najpierw pomogli rozpętać konflikt w jednym z najważniejszych węzłów światowej energetyki na podstawie „przeczucia”, a dopiero potem ogłaszają, że spróbują posprzątać powstały chaos.
Trump zaczyna odczuwać polityczne skutki swych decyzji we własnym kraju. W Izraelu jego popularność jest dziś wyjątkowo wysoka jak na amerykańskiego prezydenta. W Stanach Zjednoczonych sytuacja wygląda gorzej. Sondaż Reuters/Ipsos z początku marca pokazuje, że tylko około 27 procent Amerykanów popiera naloty na Iran, podczas gdy 43 procent jest im przeciwnych, a reszta nie ma zdania. Inne badania, m.in. CNN, pokazują jeszcze większy sceptycyzm – nawet 59 procent respondentów sprzeciwia się eskalacji wojny.
Nawet część środowiska MAGA, czyli najbardziej lojalnej wobec Trumpa części prawicy, zaczęła krytykować tę decyzję. Tucker Carlson powiedział wprost, że to „wojna Izraela, a nie Stanów Zjednoczonych”.
Wojny rozpętane przez USA zawsze zaczynają się od wielkich słów o bezpieczeństwie, konieczności i obronie. Potem okazuje się, że prawda bywa znacznie mniej wzniosła. Czasem wystarczy jedno zdanie, żeby zobaczyć, jak naprawdę zapadają takie decyzje. Tym razem było to „przeczucie oparte na faktach” – czytaj: Izrael tego chciał.
Problem polega na tym, że skutki takich „przeczuć” ponoszą nie politycy w Waszyngtonie czy Tel Awiwie, lecz zwykli ludzie – w miastach, które nagle stają się kolejnymi punktami na mapie bombardowań, i w krajach na całym świecie, gdzie za kolejną wojnę płaci się później wyższymi cenami energii, żywności i paliw. A w geopolityce rachunek bywa jeszcze prostszy, bo gdy jedni rozkręcają nową wojnę, ktoś inny zbiera premie. Jak zauważa Reuters, przeniesienie uwagi Stanów Zjednoczonych na konflikt z Iranem może oznaczać ograniczenie dostaw systemów Patriot dla Ukrainy. A bez nich trudniej będzie bronić ukraińskich miast przed rosyjskimi rakietami. Innymi słowy – wojna na Bliskim Wschodzie może okazać się kolejnym prezentem dla Kremla.









