
Dominik Tarczyński nie tylko przyklaskuje brutalnej egzekucji obywatela USA w Minneapolis, ale wprost się z tego nie wycofuje i brnie jeszcze dalej. Po zastrzeleniu Alexa Prettiego przez funkcjonariuszy amerykańskiej agencji ICE eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości opublikował nagranie z miejsca zdarzenia, pochwalając działania służb. Teraz, na antenie TV Republika, powtórzył, że funkcjonariusze „wykonali dobrą robotę” i że chciałby, aby w Polsce było „tak samo” — by państwo było silne, a służby „nie bały się używać broni” i „nie płaciły odszkodowań”.
Żeby zrozumieć wagę tej sytuacji, trzeba przypomnieć, co dokładnie wydarzyło się podczas interwencji ICE. Alex Pretti został zastrzelony w trakcie działań amerykańskiej agencji imigracyjnej. Z dostępnych nagrań i relacji świadków wynika, że nie sięgał po broń, nie trzymał jej w dłoni i nie wykonywał żadnych ruchów mogących stanowić bezpośrednie zagrożenie. Trzymał telefon i nagrywał interwencję. W pewnym momencie stanął między funkcjonariuszem a kobietą powaloną na ziemię, próbując zasłonić ją własnym ciałem, gdy była spryskiwana gazem. Nie atakował — osłaniał. Dopiero wtedy sam stał się celem: użyto wobec niego gazu, przewrócono go i dociśnięto do ziemi. Miał przy sobie legalnie posiadaną broń, ale znajdowała się ona w kaburze, nie w ręku. Po okrzyku „gun” jeden z funkcjonariuszy wyciągnął broń z kabury Prettiego, a następnie agenci oddali serię strzałów, w wyniku których mężczyzna zginął na miejscu.
Do nagrania dokumentującego ten przebieg zdarzeń Tarczyński dopisał: „Good job ICE! FAFO”.
Kluczowe znaczenie ma właśnie to hasło, którego eurodeputowany użył i którego do dziś jednoznacznie się nie wypiera. „FAFO” to skrót od angielskiego „Fuck Around, Find Out”. W potocznym znaczeniu oznacza: sam sobie zasłużył, dostał to, na co zapracował. Nie jest to neutralny komentarz ani publicystyczny skrót myślowy. To język usprawiedliwiania przemocy, charakterystyczny dla środowisk skrajnej prawicy. FAFO działa jak wytrych: zdejmując odpowiedzialność z państwa i służb, jednocześnie unieważnia ofiarę. Nieważne, co dokładnie się wydarzyło, nieważne, czy człowiek stanowił realne zagrożenie — skoro „coś zrobił”, to „sam jest sobie winien”. Użycie tego hasła pod nagraniem, na którym ginie człowiek, nie jest oceną sytuacji. Jest kibicowaniem śmierci. I robi to — co trzeba powiedzieć wprost — zadeklarowany polak-katolik.
Mimo potępienia, także ze strony bardziej przytomnej części prawicowego komentariatu, Tarczyński nie tylko nie cofnął słów, ale podkręcił przekaz. W TV Republika powiedział dokładnie:
„Nie wycofam się z żadnego swojego słowa. Uważam, że wykonali dobrą robotę. Stany Zjednoczone teraz są silnym państwem. Bardzo dobra robota. Chciałbym, aby w Polsce było tak samo, aby państwo było silne, nie płaciło, aby żołnierze nie musieli płacić odszkodowań i aby nie bali się używać broni. Może wtedy kapitan Sitek by nie zginął. Może wtedy mielibyśmy mniej śmierci, może nie byłoby tej włóczni. Trzeba nam silnego państwa. Jestem za silnym państwem. Jak Bóg da i będzie wola. Wrócę, aby pracować w Ministerstwie Deportacji, bo to jest teraz moim zdaniem najważniejsze. Jeżeli nie dokonamy masowej deportacji, nielegalnych.”
„Silne państwo” w wydaniu Tarczyńskiego nie oznacza sprawnego państwa ani państwa prawa. Oznacza państwo bezkarne. Państwo, które częściej strzela do obywateli. Państwo, które nie płaci odszkodowań. Państwo, w którym przemoc ma być prostsza, tańsza i politycznie opłacalna. To nie jest program bezpieczeństwa. To jest estetyka siły, w najbrutalniejszym, trumpistowskim wydaniu.
Najbardziej interesujące pozostaje jednak samo „Ministerstwo Deportacji”. W polskich realiach deportacje nie wymagają żadnego nowego resortu — są rutynową czynnością administracyjną realizowaną przez istniejące służby. Hasło, którym posługuje się Tarczyński, nie opisuje żadnej reformy państwa. Jest czystą kalką trumpizmu: ma brzmieć twardo, budować wizerunek republikańskiego szeryfa i przenosić na polski grunt amerykańską obsesję „mass deportation”. To tani cosplay, nie polityka publiczna.
A kogo właściwie Tarczyński chce deportować? Polska nie mierzy się z masową falą „nielegalnych”, tylko z ogromną skalą legalnej migracji pracowniczej, bez której gospodarka zwyczajnie by stanęła. I to nie jest żadna tajemnica ani „lewacka narracja”, tylko bilans rządów PiS. W latach 2018–2023 Polska wydała ponad 6 milionów wiz, z czego około 3,8 miliona wiz pracowniczych — wynika z kontroli Najwyższej Izby Kontroli. W samym 2021 roku Polska odpowiadała za blisko jedną trzecią wszystkich pierwszych pozwoleń na pobyt wydanych w całej Unii Europejskiej.
To właśnie rządy PiS masowo otwierały rynek pracy dla migrantów, bo bez nich nie dało się utrzymać wzrostu gospodarczego, budów, logistyki, przetwórstwa czy usług. Migranci byli potrzebni — i byli wpuszczani. Jednocześnie ta sama władza prowadziła antyimigrancki jazgot, straszyła „najazdem”, „falą obcych” i „zagrożeniem cywilizacyjnym”, a dziś — ustami Tarczyńskiego — ogłasza, że „najważniejsze są deportacje”.
Na tym tle wymyślone „Ministerstwo Deportacji” brzmi obłudnie. Tym bardziej że to właśnie za rządów PiS wybuchła afera wizowa: proceder handlu wizami, pośredników, „przyspieszania” procedur i dziurawego nadzoru MSZ nad systemem konsularnym. Państwo, które sprzedawało wizy na potęgę, dziś próbuje grać rolę twardego szeryfa i straszyć deportacjami. To jest polityczny cynizm i najbardziej odpychająca twarz tej formacji: cyniczna gra strachem, w której fakty nie mają znaczenia, liczy się tylko brutalna poza i przemocowe hasła.
Koledzy — w większości bez komentarza
W szeregach Prawa i Sprawiedliwości w sprawie pochwał mordu przez ich partyjnego koleszkę dominuje milczenie. Większość polityków partii unika komentarzy albo odpowiada wymijająco, nie decydując się na publiczną ocenę wpisów eurodeputowanego.
Jeden wyjątek jednak się pojawił. Jeden sprawiedliwy. Poseł Janusz Cieszyński w rozmowie z TVP Info ocenił, że wpisy Dominika Tarczyńskiego są „nie do obrony”, ponieważ — jak podkreślił — „tam zginął człowiek”.
Inni politycy PiS wypowiadali się mniej jednoznacznie: europoseł Patryk Jaki powiedział, że nie zna dokładnie wszystkich okoliczności i nie chce komentować sprawy, jednocześnie mówiąc, że Tarczyński „robi też bardzo dużo dobrych rzeczy”.
Można nie wiedzieć. Ale nie można nie rozumieć. Tu chodzi o elementarną granicę. Eurodeputowany (i nikt inny również) nie powinien pochwalać egzekucji, a potem opowiadać, że marzy mu się Polska, w której służby „nie boją się używać broni”, a państwo „nie płaci”. To nie jest konserwatyzm, patriotyzm ani troska o bezpieczeństwo. To jest moralna zapaść, ubrana w hasło „silnego państwa”.
Jeżeli dla pana, panie Tarczyński, symbolem „silnego państwa” jest kraj, w którym w biały dzień zabija się ludzi, a potem dopisuje do nagrań „Good job” i „FAFO”, to wszystko jest jasne. Nie reprezentuje pan interesów Polek i Polaków. Reprezentuje pan importowaną, trumpowską obsesję na punkcie przemocy i bezkarności.
Dlatego warto powiedzieć to wprost także do wyborców prawicy: to nie jest polski polityk, tylko amerykański republikanin z polskim paszportem. W jego wypowiedziach nie ma ani bezpieczeństwa, ani państwa, ani odpowiedzialności — jest tylko zachwyt nad aparatem siłowym Trumpa i gotowość, by cudzą brutalność przenieść na polski grunt.
Silne państwo to państwo, które kontroluje użycie siły, a nie je celebruje. Które ma procedury, odpowiedzialność i rozliczalność służb właśnie po to, żeby nikt nie ginął „profilaktycznie” ani „bo się należało”. Ale silne państwo to także takie, które potrafi leczyć, budować i chronić, a nie tylko strzelać i deportować: zapewnia realną ochronę zdrowia, politykę mieszkaniową i pomoc tym, którzy bez państwa sobie nie poradzą.
Państwo, które musi zabijać, żeby udowodnić, że jest silne, a jednocześnie nie potrafi zagwarantować leczenia, dachu nad głową i elementarnego bezpieczeństwa socjalnego, w rzeczywistości jest państwem słabym — bo nie umie rządzić inaczej niż strachem.









