
Według GUSu w 20-tej gospodarce świata 4 mln pracowników zatrudnionych jest na umowach śmieciowych. Nadwiślańscy liberałowie w rządzie bronią biedabiznesów różnych Rafałów, Januszów, Hansów, Elonów. Premier Morawiecki ogłosił Polskę jedną wielką strefę specjalną. Teraz Tusk proponuje pseudoreformę PIP, o czym alarmuje Xavier Wolński (Wolnelewo.pl 2.02.26)
Obozy pracy. W Polsce po neoliberalnej transformacji pojawiły się skoncentrowane obozy pracy. To strefy specjalne, gdzie zatrudnia się pracowników jak w Azji. To usługi dla zagranicznego biznesu w mordorach kilku polskich miast: Warszawy, Wrocławia, Krakowa…. A także królestwo Kauflandu, gdzie różne Żabki i Biedronki potrzebują piastunki i piastunów. Do tego szara strefa bieda-biznesów prowincji, w których pan Zenek coś uszczknie z dochodów pryncypała – rzekomego krusowca. Oczywiście, największe obozy pracy są w Chinach. Tutaj 160 mln chłopo-robotników montuje pod nadzorem strażników tajwańskiej firmy Foxconn różne gadżety ku radości Fejsbuca.
By eksploatacja taniego pracownika mogła trwać, potrzebni są medialni misjonarze religii przedsiębiorczości i wolnego rynku. Od początku tzw. transformacji, kiedy Ursus zamienił się w Factory, wspierają oni marionetki biznesu krajowego i zagranicznego. Augiasze neoliberalnej transformacji stworzyli gospodarkę peryferii. Powstało półtora nieszczęścia na raz: konkurencja na niskie podatki w regionie. Do tego konkurencja na tanią siłę roboczą oraz bieda-biznes poddostawców. W efekcie wysuszenia podatkowego i doktryny taniego państwa powstał swoisty „supermarket usług publicznych” (D. Sześciło). Pojawiło się nowe zarządzanie publiczne, w którym urzędnik tylko rozdziela pośród prywatnych usługodawców publiczne fundusze na usługi coraz mniej publiczne – jak to robi NFZ.
PiS zastosował metodę łapówki: dawał do ręki żywą gotówkę, ale usługi za nie trzeba kupować bądź w sektorze prywatnym z marszu albo czekać miesiącami na badania czy zabiegi w publicznej placówce.
Jak się narodził Marionetek. Przechwycenie instrumentarium państwa przez marionetki biznesu umożliwiła demokracja wyborcza. Pozwoliła ona zatriumfować standuperce kramarzy pustosłowia i patriotycznych póz. Ideologiczną funkcją tych marionetek biznesu: Tuska, ministra obrony zygot Kosiniaka-Kamysza, Petru, Hołowni, Mentzena, i setek pozostałych – było i jest maskowanie jądra ciemności Systemu. Czyli, eksploatacji pracy i przyrody. A kto daje pracę? Wiadomo – błogosławiony przedsiębiorca, do tego zmuszany jeszcze płacić podatki, … i składki zdrowotne. A przecież nie święci im budują rezydencje i fortuny! Sami, jak Mentzen, mogą tylko nawarzyć piwa.
Siła ich sprawczości bierze się z bezsilności klienteli wyborczej. Walcząca o przetrwanie między obozem pracy a Biedronką nie jest ona w stanie samodzielnie ogarnąć wiele składowych tworzących obecny moment ewolucji kapitałocenu: i degradację przyrody, i pracy ludzkiej. Wyborcy boją się Putina, lecz nie martwią ich kalifornijscy oligarchowie, którzy tworzą jeden planetarny obóz przetrwania. A jeszcze trudniej ogarnąć umysłem kapitalizm w skali globalnej. A przecież bez zrozumienia, jak ta całość obecnie funkcjonuje, nie poznamy źródła stagnacji zglobalizowanego, zmonopolizowanego, sfinansjeryzowanego kapitalizmu. Innego nie ma przecież. Jest on bezpośrednim skutkiem gospodarki dużych Bezosów i małych Mentzenów. To wyczynowy kapitalizm, nastawiony na wyciskanie zysku z czego tylko się da.
Politycznym głosem Rafałów i Januszów biznesu jest teraz KO. Jej przewodniczący niczym disc jockey serwuje znane melodie o cudach liberalnej demokracji, wolnego rynku, przedsiębiorczości. Gdyby nie „komunistyczne zniewolenie”, już dawno Polska by weszła w nowy „złoty wiek”. A przecież tylko 60/70 proc. obywateli siermiężnej II RP miało jakikolwiek związek z rynkiem. A to dzięki zakupom gwoździ, nafty i soli. Dla niego druga wojna światowa skończyła się w 1989 r. Nareszcie można było pójść własną drogą, czyli szlakiem niemieckich ordoliberałów. Zawsze podkreśla inspiracje ich doktryną. Ta zaś ma obsesję na punkcie długu publicznego i deficytu budżetowego. W stosunku do biznesu państwo powinno przypominać sędziego na boisku. Ono ma tylko pilnować reguł konkurencji, gry bez fauli. Tak też funkcjonuje UE. I negocjatorami traktatu i pierwszymi komisarzami-pionierami byli przecież inspiratorzy Tuska: pierwszy przewodniczący KE Walter Hallstein, komisarz ds. konkurencji Hans von der Groeben czy współtwórca unijnej unii gospodarczej i walutowej Hans Tietmeyer.
Atak na państwo jako instancję usprawniającą życie zbiorowe przez trumpizm-muskizm ośmieliło polskiego libka. On też uwierzył w deregulację, mimo że to ona uczyniła z Polski zaplecze taniej pracy, montażu, rynek zbytu dla globalnych korporacji. Teraz idzie tyłem do przodu aleją neoliberalnej transformacji: wybrukowaną deregulacją obrotu kapitału, prywatyzacją majątku publicznego, emerytur, komercjalizacją służby zdrowia i edukacji, uelastycznieniem pracy. Filantropia zamiast rozwiniętej opieki społecznej. Tu króluje kapelmistrz Owsiak – raz w roku czyści sumienia zyskobiorców.
Polskiej marionetce nie przeszkadza, że według Global Footprint Network, ludzkość już w latach 80. przekroczyła limity przyrodnicze. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa). Nadal otacza kultem wzrost gospodarczy. Mierzy go za pomocą wskaźnika PKB, mimo znanych jego ułomności. Nie liczy on, jak wiadomo, ubytku zasobów przyrodniczych: degradacji biosfery, wyczerpywania się zapasów minerałów. Do tego tzw. polski PKB to w połowie dzieło firm zagranicznego kapitału. Zatrudniają one blisko 1/3 siły roboczej i wytwarzają blisko 40% produkcji przemysłowej kraju. A jeśli dodać firmy z mniejszym udziałem kapitału zagranicznego niż 50 proc., to byłaby połowa. To też blisko połowa „polskiego” eksportu. Co więcej, prawie 40% eksportu to wymiana towarowa z jednostkami macierzystymi, czyli to w istocie obrót wewnętrzny w ramach tych firm i nie można go uznać za sukces eksportowy. Głupiemu radość! Do tego topi krajową i zagraniczną nadwyżkę w zbrojeniach.
A tymczasem trwa już wymuszony, niedobrowolny dewzrost. Coraz więcej energii trzeba włożyć, żeby wydobyć energię ukrytą w złożach węglowodorów czy w panelu fotowoltaicznym. Mitem okazała się „dematerializacja” gospodarki (decoupling). Skąd się bierze chip? To nie jest wytwór wyrafinowanego przemysłu? Maszyna do litografii składa się prawie z pół miliona części. Żyjemy w erze hiperprzemysłowej, a opiewana kolejna rewolucja, tym razem cyfrowa nie przynosi prometejskiej technologii. Będzie nią, można sądzić, dopiero energia pochodząca z syntezy termojądrowej. Tak zwana gospodarka oparta na wiedzy Paula Romera okazała się kolejnym fetyszem neoklasycznej ekonomii. Np. produkcja jednego panelu fotowoltaicznego powoduje emisję ponad 70 kg dwutlenku węgla. Jak podaje francuski analityk rewolucji cyfrowej Guillaume Pitron, na świecie wysyłanych jest 10 miliardów e-maili na godzinę. By dotarły one do adresatów, potrzeba 50 gigawatów energii, czyli tyle, ile produkuje w tym samym czasie 15 elektrowni jądrowych.
Może w końcu i nadwiślańscy liberałowie wszystkich barw i serduszek, a także ich wyborcy, dojdą do wniosku, że społeczeństwa, w których się żyje najlepiej mają rynek i przedsiębiorczość pod kontrolą – państwa, związków zawodowych, umów zbiorowych. Tak jak w Skandynawii. Bo ani wolny rynek, ani wolna przedsiębiorczość same nie gwarantują równowagi rynkowej, ani tym bardziej dobrobytu społecznego. Przestrzegał nas nieoceniony i niedoceniony przewodnik polskiej inteligencji Andrzej Walicki, że „ograniczenie bezosobowej władzy rynku jest równie istotne jak ograniczenie władzy rządu. Albowiem niewidzialna ręka rynku może dławić wolność jednostki w sposób równie totalitarny (choć inny), jak widzialna ręka jednoosobowego lub zbiorowego dyktatora” (za Paweł Kozłowski, Spotkania z Andrzejem Walickim, Książka i Prasa, 2021).









