Bieda: niechciane dziecko transformacji

W mniemaniu środowisk prawicowych, od umiarkowanych po liberalne i skrajne, raz biedzie winny jest PRL i bliżej nieokreślone „komunistyczne zaszłości”, a innym razem lenistwo, nałogi, nieporadność czy nieroztropność finansowa ludzi uboższych. Prawicowcy nigdy nie przyznają, że u podstaw wszystkiego leży kapitalizm i jego święte prawo prywatnej własności środków produkcji, a to tutaj właśnie leży sedno problemu.

Nikt tak w społecznej historii Polski nie walczył z biedą, jak władze potępionego już na wszelkie możliwe sposoby PRL.

Wbrew temu, co uważają środowiska prawicowe, ubóstwo bierze się przede wszystkim z bezrobocia, niestabilności rynku pracy, elastycznych form zatrudnienia, śmieciowych umów, niskich wynagrodzeń za pracę, niskich emerytur i rent z jednej strony. Przyczyną ubóstwa bywa także trwała czy okresowa niezdolność do pracy, spowodowana chorobami oraz niepełnosprawność. W kapitalizmie bogactwo jak i biedę dziedziczy się z pokolenia na pokolenia. Kto urodził się z zamożnej rodzinie, to i zamożnym raczej umrze, a ten, kto urodził się w biednej, z biedy być może nie wyrwie się już nigdy. Ubóstwo i życie w niedostatku nie są skutkami ubocznymi kapitalizmu, gdyż jak wskazuje zarówno historia społeczna kapitalizmu, jak i doświadczenia współczesne, ubóstwo i niedostatek są jego nieodłącznymi elementami, bez których kapitalizm nie mógłby istnieć i nie mógłby normalnie funkcjonować. Określenie „normalny” w warunkach kapitalizmu należy przy tym rozumieć jako zdolność do ciągłego wyzysku – przywłaszczania jak największej części wartości dodatkowej oraz do ciągłej akumulacji kapitału.

Nawet najbardziej łagodne i najmniej opresyjne wersje kapitalizmu, spotykane np. w państwach skandynawskich, nie są w stanie skutecznie poradzić sobie z ubóstwem, na co dowodem są badania wykonywane chociażby przez Eurostat – jeżeli zgłębimy się w statystyki na temat różnych form ubóstwa, to dowiemy się, że te w zależności od formy osiąga wskaźniki od kilku do nawet kilkunastu procent.

Ubóstwo w wymiarze ekonomicznym

Ekonomiczny wymiar ubóstwa w Polsce mierzy się m.in. za pomocą trzech progów: próg ubóstwa skrajnego, relatywnego oraz ustawowego. Granicę ubóstwa skrajnego wyznacza się na podstawie minimum egzystencji ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (w 2019 r. minimum egzystencji, w zależności od liczby osób w gospodarstwie domowym i typu gospodarstwa domowego, wynosiło od 585,04 zł do 2746,68 zł). Dochód poniżej tej granicy oznacza biologiczne zagrożenie życia oraz rozwoju psychofizycznego człowieka. W 2019 r. stopa ubóstwa skrajnego w Polsce wyniosła 4,2 proc.

Granica ubóstwa ustawowego określa grupę osób lub gospodarstw domowych, które zgodnie z obowiązującymi przepisami są potencjalnie uprawnione do ubiegania się o świadczenia pieniężne z pomocy społecznej. W 2019 r. wskaźnik ten kształtował się na poziomie 9 proc.

Ubóstwo relatywne określa się na podstawie wyznaczenia grupy osób lub gospodarstw domowych, których miesięczne wydatki nie przekraczają 50 proc. przeciętnych wydatków w gospodarstwach domowych ogółem (w 2019 r. przeciętne wydatki gospodarstw domowych kształtowały się na poziomie 1819 zł). W 2019 r. wskaźnik ubóstwa relatywnego wynosił 13 proc.

Ubóstwo w wymiarze ekonomicznym można zmierzyć również za pomocą „sfery niedostatku”, ta wyznaczana jest na podstawie minimum socjalnego ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych (w 2019 r. minimum socjalne wynosiło od 992,61 do 1066,36 zł na osobę, w zależności od rodzaju gospodarstwa domowego i od ilości osób w gospodarstwie domowym). Minimum socjalne wyznacza dolną granicę dochodów, które pozwalają na życie w warunkach umożliwiających reprodukcję sił życiowych, posiadanie i wychowanie potomstwa oraz utrzymanie więzi społecznych. Według danych za 2019 r. zasięg sfery niedostatku wynosił 39,4 proc., a to oznacza, że nieco ponad 15 mln osób w Polsce żyje poniżej poziomu pozwalającego na godne życie.

O skali ubóstwa i jego różnych formach mogą świadczyć również dane na temat zasięgu korzystania ze środowiskowej pomocy społecznej. Najaktualniejsze dane dotyczące pomocy społecznej pochodzą z 2018 r. i zostały opracowane przez GUS. Stąd wiadomo, że w 2018 r. z pomocy społecznej skorzystało 5,1 proc. osób zamieszkujących w Polsce, co w wartościach bezwzględnych daje liczbę niemal 2 mln osób. Przyczyną skorzystania ze świadczeń pomocy społecznej w 80 proc. przypadków były ubóstwo, długotrwała lub ciężka choroba, niepełnosprawność i bezrobocie.

Biedne dzieci, ubodzy emeryci

W tym samym roku zasięg pomocy społecznej udzielonej osobom poniżej 18 lat kształtował się na poziomie 9,1 proc., co oznacza, że pomocą objętych było ok. 630 tys. dzieci. Natomiast z danych Eurostatu wynika, że w 2019 r. 17,2 proc. dzieci w Polsce było zagrożonym ubóstwem, co daje liczbę ok. 1,2 mln dzieci. Według danych GUS skrajne ubóstwo dotyczy ok. 250 tys. dzieci, natomiast organizacje pozarządowe szacują, że liczba ta może wynosić nawet 500 tys.

EAPN (Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu), szacuje, że w Polsce liczba emerytów żyjących w skrajnym ubóstwie wynosi ok. 210 tys. osób. Natomiast według badań Ryszarda Szarfenberga liczba ta może wynosić nawet ok. 275 tys. osób, zaś liczba emerytów relatywnie ubogich nawet 771,2 tys. osób. Do senioralnej sfery niedostatku zalicza się 37,3 proc. osób powyżej 65 lat – dochody ok. 2,1 mln starszych osób są niższe niż minimum socjalne. Obecnie najniższa ustawowo emerytura stanowi tylko 78 % minimum socjalnego.

Praca nie chroni przed ubóstwem

W 2018 r. najczęściej występujące wynagrodzenie netto w Polsce wynosiło 1765 zł, taki dochód z pracy osiągało 13 proc. (2,1 mln osób) pracujących. Liczba osób pracujących za minimalne wynagrodzenie kształtowała się na poziomie 1,5 mln. W tym samym roku mediana wynagrodzeń wynosiła 2919,54 zł netto, a to oznacza, że połowa pracujących, czyli ok. 8 mln osób otrzymywało wynagrodzenie mniejsze niż 2919,54 zł netto. Na umowach zlecenie i umowach o dzieło zatrudnionych było 1,3 mln osób, zaś na umowach na czas określony ok. 3,8 mln osób. Deregulacja kodeksu pracy powoduje niepewność zatrudnienia, umożliwia obniżanie wynagrodzeń, wydłużanie czasu pracy czy pogarszanie warunków pracy. W rezultacie można też stwierdzić, że praca w Polsce nie chroni przed biedą.

Tylko 16 proc. osób bezrobotnych posiada prawo do zasiłku. Jednak zasiłek jest tak niski, że bezrobotny od razu spychany jest w sferę ubóstwa. Kwota zasiłku dla pracowników z 5-letnim stażem wynosi 603,17 zł netto, jest to mniej niż minimum egzystencji, a to oznacza skrajne ubóstwo. Osoby ze stażem 5-20 lat otrzymują świadczenie o wysokości 741,87 netto, a osoby z ponad 20-letnim stażem pracy 880,67 zł netto, jest to, co prawda powyżej minimum egzystencji, ale mniej niż minimum socjalne, dochody takiego rzędu również oznaczają ubóstwo.

A co z pozostałą grupą 84 proc. bezrobotnych, nieposiadających prawa do zasiłku? Brak jakichkolwiek dochodów również oznacza ubóstwo skrajne. Jeżeli taka osoba nie otrzyma żadnej pomocy, to w wielu przypadkach będzie oznaczać to wykluczenie społeczne.

Promyk nadziei?

Pomimo negatywnego PR, wymierzonego w osoby ubogie, trzech dekad ideologicznej kontrofensywy środowisk prawicowych, odczłowieczającej osoby żyjące w ubóstwie, większość społeczeństwa nadal przejawia odruchy człowieczeństwa i postawy solidarnościowe. Na dowód można przytoczyć wyniki badań opinii publicznej z 2018 r. przeprowadzonych przez GUS. Pokazały one, że 87 proc. społeczeństwa twierdzi, iż w Polsce różnice dochodowe są zbyt duże, 78 proc. osób w wieku 16 lat i więcej uważa, że do obowiązków państwa należy zmniejszanie różnic pomiędzy wysokimi i niskimi dochodami, a podobny odsetek osób uważa, że państwo powinno zapewnić każdemu obywatelowi podstawowe minimum. 43 proc. obywateli było zdania, że najlepszą formą pomocy dla osób żyjących w ubóstwie jest zapewnienie im pracy, a 16 proc. uznało, że w największym stopniu pomoże im zasiłek pieniężny.

Zapewnienie wszystkim zdolnym do pracy możliwości jej wykonywania, osobom w wieku poprodukcyjnym – godnych emerytur, a czasowo lub trwale niezdolnym pracy godnych – rent i opieki medycznej na wysokim poziomie wymagałoby zanegowania praw rządzących wolnym rynkiem i wyjścia poza ramy kapitalizmu. Takie potrzeby zaspokoi tylko gospodarka oparta na założeniach egalitarnych, społecznej własności środków produkcji, gdzie procesy gospodarcze służą zaspakajaniu potrzeb społecznych, a nie mnożeniu bogactw wąskiej grupy milionerów i miliarderów. Tak więc socjalizm jest odpowiedzią na ubóstwo stworzone przez kapitalizm. A co z rozwiązaniami na tu i teraz? One również istnieją, w Polsce też.

Aby wyciągnąć pomocną dłoń do ubogich, można zagospodarować środki zgromadzone w Funduszu Pracy. W 2019 r. wykorzystano tylko 43 proc. środków z dostępnych 14,7 mld zł. Zasiłki dla bezrobotnych stanowiły przy tym jedynie 21 proc. wydatków Funduszu, zatem środki na finansową pomoc dla wszystkich osób pozostających bez pracy bez wątpienia są i powinny zostać wykorzystane. Ponadto wymogi, które bezrobotny musi spełnić, aby otrzymać zasiłek, powinny zostać obniżone, a najniższą kwotę zasiłku powinna stanowić kwota wyznaczona przez minimum socjalne lub kwota w wysokości minimalnego wynagrodzenia w gospodarce.

Wydatki na roboty publiczne, prace interwencyjne w 2019 r. stanowiły tylko 2,3 proc. wydatków funduszu, a że praca jest najlepszą formą aktywizacji, należy zdecydowanie zwiększyć wydatki właśnie na taką formę pomocy. Wydatki na szkolenia powinny zostać zachowane, ale muszą być to szkolenia, które przygotowują bezrobotnego do pracy na danym stanowisku pracy. Po ukończeniu szkolenia człowiek powinien po prostu pójść do pracy, której się uczył! Wydatki na staże stanowiły 4,5 proc. budżetu, jednak wysokość stypendium stażowego podobnie jak zasiłku dla bezrobotnych jest skandalicznie niska: to 120 proc. kwoty zasiłku dla osób bezrobotnych. Praca na stażu w praktyce oznacza ubóstwo, dlatego też wysokość stypendium stażowego powinna kształtować się co najmniej na poziomie płacy minimalnej.

Na rynku pracy należy zlikwidować umowy śmieciowe, ograniczyć stosowanie umów na czas określony, podwyższyć minimalne wynagrodzenie, przywrócić do Kodeksu Pracy wcześniej usunięte zapisy. Pozwoli to na ograniczenie sfery niedostatku i zjawiska ubogich pracujących, a także podwyższy poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego. Najniższa emerytura i renta z tytułu trwałej lub czasowej niezdolności do pracy nie powinna być niższa niż minimalne wynagrodzenie za pracę, czynsze dla osób pobierających najniższe emerytury i renty powinny być częściowo albo w całości opłacane przez budżet państwa. Dodatkowo leki dla osób 65+, niepełnosprawnych, przewlekle i ciężko chorych powinny być bezpłatne. Rozwiązania te w zasadzie zlikwidowałyby zjawisko ubóstwa wśród emerytów, rencistów, osób niepełnosprawnych i przewlekle chorych oraz zdecydowanie ograniczyłoby sferę niedostatku senioralnego. Wyższe płace i stabilniejsze miejsca pracy to krok w kierunku likwidacji ubóstwa nie tylko wśród pracujących, ale także wśród dzieci. Tu oprócz zasiłków w postaci 500+, niezbędne są także inwestycje w publiczną i bezpłatną sieć żłobków oraz przedszkoli, a także przywrócenie stołówek szkolnych, gdzie każde dziecko będzie mogło zjeść bezpłatny ciepły posiłek.

Jednak zawsze należy mieć na uwadze to, że w warunkach kapitalizmu, żadne, nawet najbardziej prospołeczne reformy nie rozwiążą dostatecznie problemu ubóstwa. Lewicowe reformy wdrożone przez socjaldemokratyczny rząd w każdej chwili mogą zostać zaatakowane przez kontrofensywę politycznych sił klasy żyjącej z wyzysku pracowników. Walka z ubóstwem będzie mogła zakończyć się pełnym powodzeniem dopiero wtedy, kiedy środki produkcji będą należały do ludzi pracy, a idee egalitaryzmu, dobra wspólnego, równości i sprawiedliwości wyznaczą politykę społeczną i gospodarczą państwa.

Autor jest geografem społecznym, niezależnym publicystą, działaczem Związkowej Alternatywy oraz Alternatywy Socjalistycznej.

Postawmy diagnozę

Większość lewicowej refleksji dotyczącej polskiej sytuacji gospodarczej oraz politycznej przypomina optymistyczny koncert życzeń.

Lewica przedstawia kolejne propozycje, lecz stale ucieka od kwestii zasadniczych, czyli: podatków, kwestii systemowych i stosunku do wyzwań, które stawia przed nami przyszłość. To błąd. Przed zglobalizowanym kapitalizmem cała seria katastrof. I lepiej się do nich przygotować. Nie stoimy u progu kolejnej epoki neoliberalnego „końca historii”. Nie ma już żadnego Pax Americana, a główne imperia gospodarcze żyją w coraz większym napięciu. Nie mamy też przed sobą perspektyw na wieczny, stabilny wzrost gospodarczy i bezpieczne dochodzenie „państw rozwijających się” do poziomu życia „państw rozwiniętych”. Te wszystkie marzenia rodem z wyobraźni zwolenników Miltona Friedmana są równie archaiczne, co cała jego neoliberalna doktryna. Przed nami czasy kryzysów i niepewności. Dla całej lewicy to także ostatni moment na pobudkę! To pora na odważne i bezkompromisowe kroki w walce o dobrostan ludzi pracy, o silne i opiekuńcze państwo zdolne przeciwdziałać katastrofom i o postęp obyczajowy, który wyrwie nas wreszcie z pazurów archaiczno-katolickiej prawicy. Realia walki politycznej i walki klas ulegną wyłącznie zaostrzeniu. I tu właśnie niezbędny jest konkretny program.

Kapitalizm nie gwarantuje bezpieczeństwa

Wszelkie projekty, które zakładają wieloletni i niezakłócony, stabilny żywot globalnego kapitalizmu są kompletnie oderwane od rzeczywistości. I ma to kolosalne znaczenie także z perspektywy samej Polski i jej ograniczonych mocy sprawczych. Po pierwsze: nowoczesną rywalizacją gospodarczą z perspektywy świata pracy nie jest wcale rywalizacja o kapitalistyczny wzrost gospodarczy, ale walka o wysoki poziom świadczonych usług publicznych, który będzie w stanie odpowiednio zabezpieczyć ludność w trakcie kolejnych kryzysów: ekonomicznych, klimatycznych, czy np. w sytuacji zagrożenia pandemicznego. Oznacza to, że niezbędny jest rozwijający się, silny i odpowiednio dofinansowany sektor publiczny. Państwo będzie musiało też w coraz większym stopniu odpowiadać za miejsca pracy, zabezpieczenie wypłat, czy kryzysowe zarządzanie całym systemem ekonomicznym. Z perspektywy rynkowej tego typu zarządzanie jest natomiast praktycznie niemożliwe. Drobna własność kapitalistyczna, która najszybciej odczuwa wszelkie rynkowe zawirowania, nie może być gospodarczym fundamentem dla nowoczesnego państwa. Nawet jej do przetrwania jest też potrzebne sprawcze i bardzo bezpośrednio interweniujące państwo. Planowanie bezpiecznej przyszłości musi w związku z powyższym zakładać zdolność państwa do kryzysowego przejmowania sterów nad całymi sektorami gospodarki. Przed Polską stoi również kolejne kluczowe wyzwanie. To kwestia koniecznego skoku w nowoczesną energetykę odnawialną, wspartą najprawdopodobniej przez energetykę jądrową, przy mniejszym (lecz wcale nie wyeliminowanym) wydobyciu węgla. Tu zadaniem dla odpowiedzialnych władz państwowych jest upewnienie się, że transformacja energetyczna nie będzie oznaczała pauperyzacji dla całych regionów naszego kraju. Likwidacja jednych dobrze płatnych miejsc pracy musi być związana z tworzeniem tak samo dobrze płatnych stanowisk w nowych sektorach. Nie ma też powodu żeby produkcja komponentów energetyki odnawialnej nie mogła zostać wykorzystana w roli państwowego pakietu ratunkowego dla borykających się z największymi problemami powiatów. Odejście od kapitalistycznego ekonomizmu to jednocześnie konieczność coraz większych inwestycji w fundusz spożycia zbiorowego. Zamiast filozofii dochodu podstawowego i dzielenia zysków od kapitału należy przygotować się do konieczności zastępowania rynków systemem inwestycji i zamówień publicznych. Całkowite uzależnienie produkcji gospodarczej od systemu, który z łatwością godzi się na setki tysięcy ofiar pandemii i nie widzi większego problemu w poświęceniu globalnego klimatu na ołtarzu walki o wzrost PKB to późnośredniowieczna patologia, której czas powiedzieć już: dość! To nie podział i redystrybucja, lecz wytwarzanie wartości decyduje o całokształcie gospodarki i dlatego też inwestycje publiczne są koniecznością, jeśli poważnie pragniemy zerwać z polską tradycją, którą jest opieranie gospodarki na sprzedaży taniej siły roboczej. Zamiast dochodu podstawowego niesprawiedliwego i niewiadomego pochodzenia niezbędny jest skokowy rozwój państwowych zakładów pracy oraz spółdzielni, które działałyby w oparciu o długoterminowe plany i pozwoliły amortyzować szok giełdowych spadków w kryzysowych sytuacjach. Darmowa komunikacja miejska i ogólnopolska kolejowa, darmowa i zreformowana edukacja, dobrze zaprojektowany i sfinansowany system ochrony zdrowia, państwowa energetyka jądrowa… To także element strategicznej polityki polegającej na tworzeniu bezpiecznych, stabilnych i opartych na wytwarzaniu dobra wspólnego miejsc pracy.

Postulaty
1. Przygotowanie strategii na kolejne kryzysy
2. Utworzenie rozbudowanego systemu zamówień publicznych
3. Wzrost państwowego zarządzania i kontroli całości gospodarki
4. Wprowadzenie świadczeń kryzysowych dla bezrobotnych na czas kryzysu
5. Masowe tworzenie dobrze opłacanych miejsc pracy w sektorze publicznym
6. Nowy system państwowych gospodarstw rolnych w wybranych regionach
7. Transformacja energetyczna i publiczne budownictwo mieszkaniowe, jako koło zamachowe publicznych inwestycji

Polska to neoliberalny raj podatkowy

W tym momencie dochodzimy do sedna polityki krajowej. Polska bowiem to państwo o wybitnie niskich i niesprawiedliwych podatkach. W oczy rzuca się szczególnie brak progresji podatku CIT, który z roku na rok staje się coraz niższy. Walczące o przetrwanie i niezbyt produktywne małe przedsiębiorstwa chcą oczywiście, by podatek ten był jak najniższy lub by w ogóle nie istniał. W tego typu narrację, czy wręcz aktywne ubolewanie nad losem małych przedsiębiorstw, włączają się oczywiście liczni politycy. Czasami są to nawet politycy o lewicowym rodowodzie ideowym. Ciągły kryzys, ciągła bieda i brak samowystarczalności małego biznesu nie świadczą natomiast wcale o jego sile. Nie są też argumentem na rzecz ciągłego fundowania małym firmom ich niewydajnej egzystencji. Wręcz przeciwnie. Polska to od długiego czasu kraj bardzo niewydajnych małych firm, które przy życiu utrzymywane są kroplówkami z budżetu zamaskowanymi pod postacią wyjątkowo niskich podatków. Wystarczy wspomnieć, że nasz CIT jest niższy od tego w Niemczech, we Francji, czy w Wielkiej Brytanii. W Europie na porządku dziennym jest też wyraźna progresja podatku od przedsiębiorstw, a najmniejsze firmy płacą przynajmniej 20% i wcale nie skarżą się przy tym, że zaraz umrą. Rotacja i wymiana nieefektywnych przedsiębiorstw jest konieczna. Mechanizm rynkowy nie może być zawieszony ze szkodą dla państwa, które następnie poświęca swój budżet dla zakładów, które pracownikom płacą nawet gorzej od firm i korporacji pochodzenia zagranicznego. Bez podniesienia podatku CIT i zrobienia realnej jego progresji Polska nigdy nie wyjdzie ze swojej funkcji dostarczyciela taniej siły roboczej i kapitalizmu małego biedakapitału, który służy głównie samym właścicielom. Nie możemy być podatkowym Cyprem i walczyć o to musi właśnie lewica. A będzie to zmiana bardzo trudna do przeprowadzenia, ponieważ interesy drobnych właścicieli są bezpośrednio sprzęgnięte z działalnością wielu wpływowych organizacji oraz samych polityków, których sposobem na dojście do pieniędzy bardzo często jest uprawianie takiej właśnie gospodarczej aktywności. Stawki podatkowe muszą się zmienić także dlatego, ponieważ polski budżet będzie wymagał coraz większych środków, a nie zdobędziemy ich nakładając podatki na cukier, produkty spożywcze i towary, które kupują przeciętni i niezamożni konsumenci. Potrzebne będą ogromne pieniądze na walkę z suszą, potrzebne będą środki na stworzenie nieuśmiercającego kolejkami systemu ochrony zdrowia i potrzebne są też publiczne inwestycje w nowe, państwowe gospodarstwa rolne, czy wsparcie dla publicznego budownictwa mieszkaniowego. Zagraniczne korporacje nie są jedynym złem kapitalistycznego świata, a skala podatkowa w Polsce musi zacząć przypominać systemy podatkowe państw bogatszych: chyba, że Polska nigdy nie zamierza wyjść ze swojej spauperyzowanej i głęboko półperyferyjnej roli. Do tego skutecznie dążą zresztą wszystkie prawicowe programy. Nie może być już więcej mowy o wielkim ucisku właścicieli małych firm. Niesprawiedliwe subsydiowanie polskiej szlachty 2.0 nie służy ani rozwojowi gospodarczemu, ani innowacjom, czy niezbędnemu w realiach rynkowych krążeniu kapitału. Polska potrzebuje zasadniczej wymiany struktury własnościowej i wymiany firm, których jedynym sposobem na przetrwanie jest życie z taniej pracy. Inaczej przejście ku gospodarce opartej na wiedzy, publicznych inwestycjach i firmach, które są w stanie płacić podatki na przeciętnym europejskim poziomie nie dokona się nigdy. Bez progresji ani rusz.

Postulaty

1. Wprowadzenie progresji podatkowej i podniesienie podatku CIT
2. Dodanie progów oraz naprawienie progresji podatku dochodowego
3. Zdecydowane zwiększenie oraz progresja podatku spadkowego
4. Oparcie systemu podatkowego na wzorcach z państw rozwiniętych
5. Kryzysowa pomoc publiczna jedynie dla rentownych przedsiębiorstw
6. Kryzysowe wspieranie firm w ramach pożyczek lub w zamian za udziały
7. Dodatkowe wsparcie tylko dla firm tworzących gospodarkę opartą na wiedzy

Pracownicy pod ostrzałem

Od czasów transformacji ustrojowej pod szczególnym ostrzałem znajdują się w Polsce pracownicy i ich prawa. Mało kto wie, że jedną z decyzji po ustanowieniu w naszym kraju systemu kapitalistycznego było rozwiązanie milicyjnego pionu zajmującego się przestępczością gospodarczą. Od tamtej pory ta przestępczość ma się w Polsce bardzo dobrze. A asystuje jej kompletnie upośledzony system kontroli przedsiębiorstw i prywatnej własności. Niezbędnej reformie musi zostać poddana Państwowa Inspekcja Pracy, która powinna uzyskać prawo do interweniowania i kontrolowania przedsiębiorstw bez wcześniejszej zapowiedzi. Kary za niewypłacanie wynagrodzenia nie mogą wynosić 2000 złotych, jak ma to miejsce obecnie. Zasiłek dla bezrobotnych nie może być ustalany tak, aby zmuszać do głodowania, a wyliczający go urzędnicy muszą skończyć udawać, że za 320 złotych da się w Polsce utrzymać własne mieszkanie. Renta dla osób całkowicie niezdolnych do pracy nie może wynosić 1100 złotych i skazywać na wegetację, i życie na łasce rodziny oraz przyjaciół. Emerytura ma pozwalać na godne i dostatnie życie, a nie pozbawiać możliwości wykupienia lekarstw na receptę. W praktycznie każdej sferze życia ludzi pracy mamy do czynienia z takimi oto patologiami, czy wręcz ekonomicznymi prześladowaniami. I nie są to wypadki przy pracy, ani drobne błędy wymagające kilku korekt. To cały, wyjątkowo spójny system wyzysku, przymusowej biedy i wtrącania ludzi w rozpaczliwe życiowo sytuacje. Jego ostatecznym rezultatem są dziesiątki tysięcy ludzi pozbawionych prawa do jakiegokolwiek życia, które byłoby czymś więcej niż tylko ciągłą walką o przetrwanie. Przy okazji reform w prawie pracy należy też oczywiście zabiegać o rozpowszechnienie w Polsce umów zbiorowych. Te sprzyjałyby jednocześnie wzrostowi skali uzwiązkowienia, które wciąż mamy na żałośnie niskim poziomie.

Postulaty

1. Wzmocnienie możliwości Państwowej Inspekcji Pracy
2. Strategia budowy rynku pracy w oparciu o umowy zbiorowe
3. Specjalne ulgi i system zachęt na rzecz większego uzwiązkowienia
4. Zwiększenie kar za łamanie praw pracowniczych; w tym za brak wypłat
5. Likwidacja bezdomności poprzez program przekazywania mieszkań od państwa
6. Zasiłek dla bezrobotnych w wysokości płacy minimalnej lub 50% ostatniej wypłaty
7. Wyższe renty, emerytury i świadczenia dla opiekunów osób z niepełnosprawnościami

Ostatnia szczęśliwa baza wojenna USA

Przy okazji stawiania diagnozy nie można nie wspomnieć o polityce zagranicznej. Polska stała się państwem frontowym, podległym i skolonizowanym przy użyciu amerykańskiej bazy wojskowej, którą finansujemy zresztą z własnej kieszeni. To prawicowa iluzja bezpieczeństwa, gdyż coraz większa militaryzacja wiąże się jedynie z coraz większym zagrożeniem. Uzbrojeni po zęby i posiadając obce bazy wojskowe automatycznie stajemy się celem. W rezultacie każdy ewentualny konflikt skończy się starciem na polskiej ziemi i zniszczeniem polskiego terytorium. To kompletne przeciwieństwo polityki, którą powinniśmy realizować. Mocarstwowe ambicje już przerabialiśmy, skończyły się one ucieczką do Rumunii. W obliczu rosnących tarć na arenie międzynarodowej Polska powinna być głęboko neutralna. Nasze bezpieczeństwo powinno być zaś oparte na współpracy z europejskimi sąsiadami. Zamiast coraz bardziej niepewnego amerykańskiego przywództwa potrzebujemy europejskiej wspólnoty obronnej i europejskich sił zbrojnych, które miałyby charakter wyłącznie obronny i niekolonizatorski. To właśnie powiązanie z imperialistycznymi armiami realizującymi imperialistyczne interesy jest dziś szczególnie niebezpieczne i ryzykowne. Polska musi zdystansować się od polityk rodem z zimnowojennych podziałów i związać się ze swoim najbliższym otoczeniem. Będzie to wymagało nie tylko pozbycia się obecności obcych wojsk, ale też aktywnych starań o transformację Unii Europejskiej w stronę ściślejszej współpracy oraz ewolucji w kierunku federacji państw europejskich. To ostatnie jest absolutną koniecznością, jeśli Europa nie chce pogodzić się z marginalizacją i uprzedmiotowieniem ze strony potężniejszych imperiów. Państwa mikro-narodowe w starej postaci nie będą już tak silne, jak dawniej, a ich rozdrobnienie i podział na strefy o różnym poziomie życie i różnych zarobkach działa na niekorzyść dalszej integracji. Stąd podstawowymi wyzwaniami na arenie międzynarodowej jest wprowadzenie europejskiej płacy minimalnej (na wysokim poziomie), czy dążenie do wspólnych systemów podatkowych i pogłębiania solidaryzmu wewnętrznego wbrew neoliberalnym i nacjonalistycznym tendencjom, które umacniane są przez imperialne skłonności niektórych spośród europejskich państw. Z tej perspektywy Brexit to tylko doskonała szansa na zacieśnienie więzi dla kontynentalnej i – miejmy nadzieję – znacznie bardziej socjalnej i solidarnej Europy.

Postulaty

1. Zmniejszenie skali wydatków na zbrojenia
2. Rezygnacja ze stałej obecności obcych wojsk na terytorium Polski
3. Głęboko proeuropejska, pokojowa i neutralna polityka zagraniczna
4. Starania na rzecz utworzenia nowego programu europejskiej obronności
5. Działania na rzecz głębszej integracji, federalizacji i silnie socjalnej UE
6. Wyrównanie poziomu życia w krajach UE przez wprowadzenie wysokiej i wspólnej płacy minimalnej oraz rozbudowa mechanizmów kontrolnych związanych z Europejskim Filarem Praw Socjalnych

Krzyż i skansen

Ostatnie wielkie wyzwanie polskiej lewicy to laicyzacja i osłabienie wpływów, głęboko konserwatywnego i szkodliwego społecznie polskiego kościoła katolickiego. Ideologiczna ofensywa, której jesteśmy obecnie świadkami, to wyraz prawicowej rozpaczy. Wsparcie dla kościoła słabnie. Spada frekwencja podczas mszy, w wyniku zupełnie oddolnych reakcji lekcje religii zaczęły wynosić się ze szkół, a ofensywa przeciwko osobom LGBTQIA+ coraz bardziej zamienia się w archaiczny i kompromitujący kabaret. Przemysław „Odnowiciel” Czarnek nie powstrzyma tych tendencji, bo Polska nie jest w stanie samodzielnie powstrzymać skomplikowanych procesów składających się na zachodnią laicyzację. TVP nie wygra z Netflixem i Youtube’m, a prawicowi publicyści nie przepiszą Internetu na podobieństwo swych mrocznych umysłów. Ich możliwości są zbyt żadne. Walka przeciwko liberalnemu Zachodowi jest też głęboko spóźniona, a kulturowe środki produkcji, którymi dysponuje Polska nijak nie umożliwiają odniesienia zwycięstwa i sprawowania rządu dusz nad młodzieżą, której proces socjalizacji to głównie zachodnie treści i zachodnie produkcje. Rosła będzie za to polska zaściankowość, poczucie wyobcowania z uwagi na zupełnie oderwany od większości Europy światopogląd polskiej prawicy i narastał będzie konflikt oparty na podziałach kulturowych. PiS się boi. I ma czego, bo nie jest to rząd ani dobry pod względem polityk gospodarczych, ani taki, którego narracja polityczna posiadałyby głębokie zakorzenienie we współczesnym świecie. Poza polską (bo nie watykańską) amboną absolutnie nic ich nie chroni. Obóz rządzący próbuje więc zrobić z polski całkowicie osobny ideowo, autarkiczny skansen katoprawicowej ideologii. Dlatego tak panicznie i szybko rozpoczyna walkę ze wszystkim, co mu wrogie. I dlatego przegra. Lewica ma w tej sytuacji do wykorzystania prawicowe błędy wynikające z otwierania zbyt wielu frontów walki ideologicznej. PiS prowadzi obecnie swą kampanię przeciwko nauczycielom, osobom nieheteronormatywnym, przeciwko ludziom kultury, przeciwko niewierzącym i przeciwko kobietom… Tak szerokie pole politycznej walki sprawia, że powstaje historyczna szansa, by łączyć interesy tych, którzy dotychczas nie mieli ze sobą tak wiele wspólnego. Katoprawicową ofensywę ideologiczną trzeba przy tym nazywać wprost i po imieniu. Biskupów należy wskazywać palcem. Politykom wytykać ofiary śmiertelne i krew. A lewicowi politycy muszą stosować jak najbardziej bezpośrednie i obrazowe chwyty polityczne. Aby nie było najmniejszej wątpliwości, że są oni częścią fundamentalnie różnej alternatywy ideowej, światopoglądowej i wręcz cywilizacyjnej. Lewica potrzebuje jednak do tego także własnej broni. Prawicowa ofensywa ideologiczna wymaga wzmocnienia i integracji lewicowych ośrodków przekazu. Potrzebne są podmiotowe, lewicowe media traktowane poważnie przez lewicowych posłów i polityków. Potrzebne jest połączenie i współpraca sił politycznych z lewicowym dziennikarstwem i publicystyką. Lewica musi stawiać na własny przekaz, budować profesjonalne zaplecze i kadry, które będą również w stanie przejąć w przyszłości władzę nad krajem. W tym celu prysnąć musi złudzenie namaszczenia przez liberałów i liberalne media, a lewicowi politycy muszą zaufać lewicowym autorom, naukowcom i dziennikarzom oraz działaczom. Jeśli lewica ma wygrać z doskonale zorganizowanym i zintegrowanym prawicowym kombinatem to sama musi posiadać swój własny.

Postulaty

1. Walka o prawo do aborcji i na rzecz praw reprodukcyjnych
2. Przywrócenie „Tabletki po” bez recepty, dotowanie antykoncepcji
3. Walka o związki partnerskie i śluby cywilne dla osób tej samej płci
4. Starania na rzecz utworzenia komisji ds. pedofilii w Kościele katolickim
5. Usunięcie specjalnych praw i publicznych dotacji dla Kościoła katolickiego
6. Umocnienie plus profesjonalizacja systemu lewicowych mediów w Polsce

Pytania o przyszłość,

nie w pandemicznej rzeczywistości, a w polskiej, powyborczej perspektywie są przedwczesne bez rozważania przyczyn przegranej w dniu 12 lipca. Po to, aby nauka nie poszła w las.

Co prawda z tą wiedzą nabytą w okresie wyborów jest różnie – niektórzy politycy, nie tylko z Platformy Obywatelskiej, są przeciwni powyborczym rozliczeniom mając zapewne na uwadze utrzymanie jedności swoich partii, a wielu uważa, że we wrogich warunkach i przy matactwach wyborczych PiS porażka w rzeczywistości jest wielkim obywatelskim zwycięstwem, a wiec i w jakimś stopniu ich samych. Nadto kto lubi przyznawać się do błędów i wynikających z nich konsekwencji ?

Pierwsze opinie i oceny już mamy.

Włodzimierz Czarzasty uważa, że PO wykazała się „totalną arogancją i nieumiejętnością konsolidowania opozycji… Nie przedstawiła Rafałowi żadnego spójnego programu… Jakby ktoś do Biedronia zadzwonił i normalnie, po ludzku powiedział: chodźcie się spotykamy, Władysław Kosiniak- Kamysz, Robert Biedroń, Szymon Hołownia, pogadajmy o tym, bo Polska jest najważniejsza… Ze sztabu PO dostawaliśmy takie sygnały: generalnie się nie wtrącajcie, dlatego że wasz elektorat i tak na Trzaskowskiego zagłosuje, a nam jest potrzebny elektorat np. Konfederacji bądź Hołowni.”

Piotr Pacewicz w OKO.press : „Trzaskowski nie miał programu z wizją Polski, ale dla wielu sam stał się tą wizją. I jakoś przekonywająco, mimo wszystkich wygibasów ideowych w stylu Platformy, która boi się własnego cienia, dał do zrozumienia, że chce Polski nowocześniejszej, bardziej otwartej, mniej nienawistnej, mocno samorządowej, Polski bez ostrej ideologicznej szajby. Sam chyba nabierał przekonania, że „mamy dość” odwróci losy kraju w końcu pierwszej ćwiartki XXI wieku.”

Kamil Durczok, pomimo swoich szczególnych kłopotów, celnie napisał w Onecie: „Kandydat opozycji poległ nie dlatego, że nie pokonał artylerii wymierzonej w niego przez PiS, rząd i medialne ramię partii, czyli TVP. O dziwo, z tym sobie znakomicie poradził. Nie wygrał, bo poza złością na PiS i nadzieją na zmianę nie zaproponował nic. A to, mimo całej wściekłości na drużynę Kaczyńskiego, za mało… Ludziom omamionym gusłami PiS nie zaoferował nic…jego oferta była słaba. A właściwie jej nie było”

Jeszcze należy koniecznie przywołać opinię Miłosza Wiatrowskiego o tym, że pora kończyć z obecnym modelem opozycji („GW”, 17.07.2020) i Jędrzeja Włodarczyka „Byt (nadal) określa świadomość” („Dziennik-Trybuna”, 17.07.2020). Oba teksty zasługują na pogłębioną lekturę.

Ewenementem

staje się wynik Trzaskowskiego – co wszyscy zgodnie podkreślają – osiągnięty bez polemicznej ostrości wypowiedzi i spójnego programu wyborczego, a jedynie z kilkoma oderwanymi od siebie zapowiedziami, nadto bez daleko idącego porozumienia z opozycyjnymi kandydatami i partiami. Dowodzi to co prawda, że 10 milionów Polaków ma dość urządzania swojego kraju przez Zjednoczoną Prawicę, ale również stanowi przyczyny porażki.

Rafał Trzaskowski w swojej kampanii powtórzył niejako wypromowane przez jednego z partyjnych geniuszy i obowiązujące przed wyborami czerwcowymi w 1989 roku hasło o niekonfrontacyjnej kampanii wyborczej, sprzeczne w tego rodzaju rywalizacją. I jeżeli jeszcze można powyższe wyjaśniać zamiarem zyskania wyborców z innych partii i niezdecydowanych, to brak programu wyborczego woła o pomstę do nieba. Nadziwić się nie można niezborności sztabu wyborczego Trzaskowskiego i struktur PO lub KO, nie mówiąc już o różnych specach wyborczych, że nie potrafili stworzyć zwartej, skutecznej i przekonywującej narracji dla kandydata na prezydenta. Można oczywiście doszukiwać się różnych powodów, ale najważniejszym wydaje się trwała niemoc Platformy Obywatelskiej, która nie tylko z racji polityczno-ideowych tego ugrupowania, nie pozwala jej ogarnąć umysłowo materialnego położenia milionów obywateli tego kraju, oczekiwanego przez nich szacunku nawet gdy są inni oraz faktu, że na scenie politycznej znajdują się jeszcze alternatywne ugrupowania.

Było już wiadomo

po I turze wyborów, a i wcześniej nie stanowiło żadnej tajemnicy, że przekupstwo finansowe PiS przynosi oczekiwane poparcie. Można się na to obruszać i krytykować beneficjentów tych działań, ale warto jednak zrozumieć, co nie jest zbyt trudne, dlaczego te 500+, 13-ta emerytura i temu podobne są aż tak dla nich ważne, że nawet odpuszczają PiS-owi i kandydującemu Andrzejowi Dudzie szereg matactw, kłamstw i idiotyzmów. O tym powinni wiedzieć stratedzy Trzaskowskiego, tym bardziej, że doskonale znali przewidywania i szczegółowe analizy wyborcze, ale sprowadzili przebieg kampanii do jedynie słusznych skądinąd, ogólnych haseł.

Moja wnuczka,

jak wiele młodych dziewcząt i kobiet głosując na Trzaskowskiego, zawiedziona ostatecznym wynikiem, pytała mnie, dlaczego jego sztab wyborczy nie opracował programu adresowanego punktowo do określonych grup wyborców, dlaczego nie uwzględnił bądź zlekceważył materialną sytuację milionów, dlaczego…wiele jeszcze razy.

Natomiast Cezary Michalski przedstawiając receptę „Jak pozbawić władzy Kaczyńskiego” („Newsweek”, 13-19.07.2020) uważa: „Zamiast zapewniać, że nic, co dane przez PiS, nie będzie odebrane, demokraci i liberałowie muszą zaproponować Polsce własne 500+ – motywacyjne, wolnościowe, prorozwojowe, skupione na równości szans życiowego startu, a nie na równości żołądków. Demokratyczna opozycja ma w swoim programie wszystkie elementy takiego bonusu: stypendia dla dzieci z uboższych rodzin, pieniądze dla nauczycieli, obniżki podatków pomagające pracownikom i przedsiębiorcom. Jednak jej liderzy wciąż nie potrafią tego wypowiedzieć w postaci mocnego hasła.”

W tym kontekście paradoksem jest odwoływanie się Trzaskowskiego do tradycji Solidarności, która potrafiła jednak przedstawić swój program w 21 postulatach.

Odpowiedzialna polityka społeczna państwa

to niwelowanie różnic społecznych i wyrównywanie szans, adresowanie środków finansowych do grup i dziedzin działalności szczególnie ważnych, zagrożonych, ale również istotnych dla rozwoju kraju, także wsparcie najsłabszych. To nie mają być jakieś dawane z łaski bonusy, a naturalny wyraz odpowiedzialności państwa za swoich obywateli i dalszy jego rozwój.
Podkreślić jednocześnie należy, że jej istotnym elementem musi być egalitaryzm wyrażający się m. in. w progresywnym podatku dochodowym, tak zresztą znienawidzonym przez wielu liberałów, oraz kierowanie środków selektywnie do grup i dziedzin najbardziej zagrożonych. Również potrzebne jest tworzenie relacji pomiędzy pomocą państwa a odpowiedzialnością obywateli, stanowiąc realizacje wzajemnych zobowiązań i powinności.

Przykładowo będą to podatki wyższe dla lepiej zarabiających, 500+ i 13 emerytura uzależnione od sytuacji materialnej danej rodziny i wysokości otrzymywanych świadczeń, gdyż dla osób z wyższych finansowych półek służą dzisiaj jedynie do zakupu przysłowiowych wacików. I podobnie, pomoc finansowa medycznym rezydentom powinna jednocześnie zobowiązywać ich do wyznaczonego, obowiązkowego jej odpracowania w publicznej służbie zdrowia. Warto zresztą, poza proponowanymi stypendiami dla młodych z biedniejszych rodzin powrócić do znanego i wyjątkowo celnego systemu stypendiów fundowanych z czasów PRL, które, obecnie dostosowane do nowej sytuacji, zastępując pożyczki bądź dodatkowe zatrudnienie studenta, kierowały by niezbędne państwu kadry do najbardziej potrzebujących sektorów.

Budowa takiego programu

jest sprawą stosunkowo prostą i, co ważne, w realizacji finansowej możliwą, a w powszechnej społecznej percepcji również w pełni wiarygodną. Zwarty i konkretny koncept mógłby być adresowany do:
* rodzin – za R. Trzaskowskim darmowe żłobki i przedszkola ●
* młodych – za A. Zandbergiem mieszkania do wynajęcia finansowane przez państwo lub samorządy
* nauczycieli i lekarzy – wzrost zarobków w proporcji do zmieniającej się średniej płacy
* wyrównanie płac kobiet i mężczyzn
* wspomożenie najniższych emerytur dodatkową wypłatą ● osób od określonego wieku stałą ulgą na leki oraz dotacją do ośrodków opieki
* wsparcie matek na emeryturze – za M. Trzaskowską świadczeniem za każde dziecko.

Można tę listę bez większych problemów rozpisać jeszcze na kolejnych stronach, uwzględniając m. in. dofinansowanie służby zdrowia i wsparcie samorządów.Taki zwarty, czytelny i jednoznaczny program mógłby stanowić skuteczną przeciwwagę pisowskiemu rozdawnictwu dóbr, natomiast zasadniczą kwestią jest czy całą tzw. demokratyczną opozycję stać na jego akceptację. Rozwiewa częściowo te obawy liberalny publicysta Łukasz Pawłowski, który w tekście „Zrzutka na pożar Polski” („GW”, 18-19.06, 2020) wychodząc z odmiennych od lewicy paradygmatów akceptuje program prospołeczny m. in. takimi słowami: „ludzie kupują te wszystkie prywatne ubezpieczenia, korepetycje i wizyty u lekarza, bo tak chcą? Bo to wyraz ich wolności? Czy dlatego, że muszą, bo państwo nie wywiązuje się z umowy społecznej?”

Rafał Trzaskowski wielokrotnie mówił

o konieczności przebudowy działalności istniejących partii politycznych, zachęcał także młodych do partyjnej aktywności, ale z uwagi na jego możliwą sprawczość to wszystko dotyczy przede wszystkim macierzystej Platformy Obywatelskiej. Jednocześnie zapowiedział w Gdyni stworzenie ruchu obywatelskiego pod hasłem nowej solidarności pragnąc tym działaniem podtrzymać społeczną aktywność z okresu wyborczego.
Można zasadnie powątpiewać czy odwołanie się do Solidarności, której liczni następcy w postsolidarnościowych PO i PiS tak właśnie urządzali i urządzili obecną Polskę, jest najlepszym pomysłem, ale widocznie lepszego nie było. Natomiast sama idea powołania takiego ponadpartyjnego ruchu wydaje się celną, bo jak pisał Marek Beylin („GW”,14.07.2020): „Wybory pokazały, że skończył się czas dominacji PiS w społeczeństwie. Nastąpiło masowe demokratyczne przebudzenie”, a tego trendu nie da się łatwo zatrzymać.

Jedno wydaje się pewnym, że Platforma Obywatelska w swoim dotychczasowym kształcie wyczerpała możliwości przywódcze na polskiej scenie politycznej. O paradoks, potwierdził to na gdyńskim wiecu jej obecny lider Borys Budka wypowiadając bardzo wiele okrągłych i pustych w sumie słów o zmianie Polski, z których jednoznacznie wynikało, że takim sposobem żadnych zmian dokonać nie sposób. Natomiast sądzić należy, że Trzaskowski taką świadomość posiada.

Utrzymanie i zjednoczenie aktywności

z czasów wyborów w jakiejś formie ruchu obywatelskiego, postulowane przez wielu publicystów, stanowiło by pewne odwzorowanie Zjednoczonej Prawicy, dające szansę na opór wobec zamiarów PiS, a następnie odsunięcie go od władzy. Zadanie nadzwyczaj trudne, skomplikowane i wymagające przede wszystkim daleko idącego kompromisu i powszechnego zrozumienia nadrzędnego celu, jakim jest obrona demokracji i prawa w Polsce.

Z tym zrozumieniem mamy już dziś kłopoty, bo Bartosz Rydliński tak pisze: „Zrozumiałe jest to, że spora część lewicy chciała i zagłosowała na Trzaskowskiego w kontrze, w proteście przeciwko Andrzejowi Dudzie i praktyce rządów PiS. Ale jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego.”(„D-T”, 20.07.2020). Sądzę, że ta demokracja na sztandarach Trzaskowskiego w zupełności wystarcza różnicując go fundamentalnie od Kaczyńskiego, a entuzjazm wyrażał nadzieję na klęskę Dudy. Ale tak się nie da budować jakiegokolwiek porozumienia.

Bardzo dużo nie wiemy – czy Trzaskowski będzie liderem takiego przedsięwzięcia gdyż do obecnej pozycji wyniosły go głosy sympatyków wielu partii i równie wielu przekonań; czy odezwą się stare polskie swary, różne interesy poszczególnych politycznych ugrupowań i ich przywódców. Równie trudne będą poszukiwania wspólnej platformy programowej wśród często sprzecznych haseł, poglądów, przekonań.

Ale to nie jest mission impossible, w Polsce XX wieku kilkukrotnie się udało. Dlaczego nie teraz ?

Masz rację, Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat.

Masz rację Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat  

W obszernym, dobrze udokumentowanym wywodzie Krzysztof Janik – jak sam przyznaje – z dydaktycznego usposobienia – dokonuje pełnej wiwisekcji tego, co za lewicowość w działaniach partii Kaczyńskiego uważają niektórzy. Bardzo krytycznie ocenia i nadto tłumaczy co jest sednem socjaldemokratycznej polityki socjalnej, ale nie wyjaśnia dlaczego przyjęło się to populistyczne rozdawnictwo nazywać „lewicowością”, Przecież i sam PiS, i cala Zjednoczona Prawica, nie wspominając o pozostałej oraz wspomagającym na różne sposoby Kościele katolickim tego słowa w jego pozytywnej konotacji unikają jak ognia, a ten ostatni, jak szatana. Może, poza negatywną oceną przekupstwa PiS, niby na wzór zarzucanego lewicy populizmu, kryje się jednak przekonanie o konieczności zaspokojenia elementarnych potrzeb życiowych bardzo wielu ludzi?

Podczas spotkania ze znaną Panią Profesor, po zgodnej ocenie naszej politycznej codzienności, zadała mi pytanie: Jak pan sądzi, kiedy to wszystko się zaczęło ?

Grzech pierworodny – 

odpowiedziałem – miał miejsce w 1989-90 roku, gdy w wąskim, solidarnościowo-rządowym gremium przyjęto arbitralnie doktrynę neoliberalizmu jako najlepszy i jedyny sposób rozwiązania nie tylko naszych ówczesnych gospodarczych problemów, ale i urządzenia nam Polski na przyszłość. Symbolami tamtych czasów stały się liczne chóry piewców wolności i brania spraw w swoje ręce, co trwa po dziś dzień, bo Leszek Balcerowicz twierdzi, że „Populistyczne hasła krytykujące reformy sprzed 30 lat są wyrazem głupoty albo skrajnej nieuczciwości” („GW”,25.02.2020). Pojawił się także słynny tischnerowski homo sovieticus, który nie wiedzieć czemu tęsknił także za jakąkolwiek pracą, a zapewne jeszcze za zakładową stołówką i innymi, podobnymi komunistycznymi symbolami.

Oblicze tak odmienionej naszej ziemi nawiedził na stałe bóg-pieniądz, a więc pogoń za kasą stała się najważniejszym staraniem Polaków, z życiowej konieczności, bądź z chęci posiadania coraz więcej, I tak ten neoliberalny kanon po dziś dzień funkcjonuje z dostosowującym się do niego, z przymusem lub zadowoleniem, społeczeństwem.

Przełomowym momentem – 

dodałem po chwili – były również lata rządów lewicy, gdy koalicją SLD-UP wygrała wybory parlamentarne w 2001 roku. Ten czas miał, w skrócie niejako, dwa oblicza: odziedziczoną po rządach AWS-UW ogromną dziurę budżetową zasypano (nota bene po rządach PiS też będzie podobnie), wzrost gospodarczy wyniósł 7%, ukończono z powodzeniem negocjacje akcesyjne z Unią Europejską, do której Polska wstąpiła 1 maja 2004 roku. Niewątpliwe osiągniecia przekreślone zostały jednak sporym zaciskaniem pasa, aferami, także finansowymi, z udziałem prominentnych działaczy SLD, walką na samych szczytach władzy, a nadto takimi decyzjami rządu, które z głoszonym lewicowym programem i społecznymi oczekiwaniami nie tak wiele miały wspólnego. Nie od rzeczy więc narodziło się wtedy powiedzenie o kawiorowej lewicy, dbającej więcej o swoje interesy niż o pozostałych obywateli.

Godot, który miał Polskę prowadzić nadal w kapitalistycznym kierunku, ale socjaldemokratyczną drogą okazał się złudzeniem nie wiele lepszym od poprzedników, i od tego czasu Polacy przestali wierzyć nie tylko w jego możliwości, ale i w samo jego istnienie.  Tak to pozostało po dzień dzisiejszy, z marnymi w sumie perspektywami tak dla lewicy jak i dla ogółu.

Tę odpowiedź 

zaakceptowała moja Rozmówczyni, acz nie wiem czy zadowoliłaby ona autora przywołanego tekstu, gdyż pozornie nie jest na temat. Jednak ten „lewicowy” koronawirus PiS z jego pandemią nie spadł nagle z nieba i z jakiejś przyczyny przecież zaistniał?

Poza antraktem 

w wykonaniu PiS-Samoobrona-LPR, przez następne osiem lat PO podawała Polakom w nadmiarze symboliczną ciepłą wodę okraszoną „Orlikami” w każdej gminie, które stanowiły sztandarową inwestycję tej partii. Wszystko pozostałe jakoś się toczyło, czasem zupełnie nieźle, ale nie dzięki szczególnej rządowej aktywności, a samorządowej i obywatelskiej przedsiębiorczości oraz wielkiej emigracji za lepszym chlebem. I utrwaliło się przekonanie, że pieniądz ponad wszystko, bo nigdy go za dużo, a szczególnie tam, gdzie ma miejsce jego brak bądź niedostatek.

Katastrofalna miłość do pieniędzy 

dotyczy także producentów rozlicznych dóbr, w tym przykładowych 18 rodzajów jogurtu, o czym niedawno pisał obszernie Wojciech Orliński („GW”, 22.02.2020). Ich celem nie jest bowiem zaspokojenie rzeczywistych potrzeb konsumentów, a jedynie pomnażanie zysku. Oznacza to tworzenie sztucznego, reklamowanego zapotrzebowania na wielki stragan rzeczy często zbędnych, tylko pozornie bardziej użytecznych, nowszych, lepszych. A w demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborach liczy się jeszcze, co najmniej na równi, rzeczownik pieniądz, o czym pisał Jacek Uczkiewicz w cytowanym „D-T”; dodatkowo, gdy jest szansa na zwycięstwo politycznego przeciwnika, to zmienia się zasady ordynacji wyborczej, jak tego dokonał w 2001 roku Sejm głosami AWS, UW i PSL. Podobnie, ale z wcześniej niespotykaną zachłannością, dzieje się tak w Kościele – Matce  Naszej, który swoje dochody z tacy w zasadniczy sposób pomnaża rozlicznymi państwowymi dotacjami.

Wszechpotężna mamona

stała się tym lepszym pieniądzem i jest w nadmiarze gromadzona (na aktualnej liście polskich bogaczy przybyło 14 miliarderów), a z obiegu wyparła kiedyś uznawane wartości, jako dziś gorsze, podrzędne, mniej warte zachodu, a przede wszystkim znaczenia. Ostało się jedynie, nie wiedzieć czemu, i zapewne tylko do czasu, porzekadło, że nie wszystko jednak w życiu można kupić.

Taki stan naszych rzeczy 

wzmocniony nadto pseudoideologią PiS, stanowiącą zlepek wybranych narodowych aspiracji i fobii, patriarchalnych gradacji i obaw przed światem, codziennych kłamstw rządzących i  katolicyzmu w swojskim, ludowym wydaniu, ale bez czynnej akceptacji podstawowych zasad wiary, niesie różne dalsze, w tym i polityczne, konsekwencje, budzące zrozumiałe powszechne obawy, szczególnie wśród tych, którzy przewidują jeszcze czarniejszą naszą polską przyszłość.

Stefan Chwin pyta: „Czy w przyszłej Europie będą obozy koncentracyjne?”, bo „Nie ma niczego bardziej kruchego niż demokracja liberalna, która w każdej chwili może się rozsypać pod ciemną presją mas zwiedzionych słodkimi obietnicami…przeciwstawiajmy się złu u samych jego słodkich początków, gdy się dopiero wykluwa w pogodnej masce miłości do ojczyzny, dobra, sprawiedliwości, prawa i wspólnoty, a nie wtedy, kiedy jest już za późno” („Newsweek”, 3-9.02.2020).                                         A jeszcze wcześniej, też w tym tytule (16-29.12.2019) Marcin Król m. in. wieszczy: „Będzie tylko powszechny chaos. Już widać jego początki, na przykład w polskim sądownictwie”, a jedyne remedium widzi, na wzór byłej Solidarności, w nadziei „na inne rozwiązanie na rzeczywistą wspólnotę: niewymuszoną i niewymuszającą. Nadzieja ta nie minęła, chociaż – niesłusznie – tamto doświadczenie zostało do cna zapomniane na skutek zerwania ciągłości.”

Te rozważania i rady niestety napotykają opór ciemnych mas, pozbawionych przez III Rzeczpospolitą solidarnościowych złudzeń i nadziei na rzeczywistą wspólnotę, chcących jednak uczestniczyć w sprawiedliwym podziale bochna polskiego chleba. Dodaje do tego Adriana Rozwadowska w cytowanym już „Newsweeku”: „Jeśli urodziłeś się w Polsce w rodzinie pracowników fizycznych, to spośród obywateli i obywatelek 39 krajów masz niemal największe szanse na to, że umrzesz jako pracownik fizyczny…W Polsce dziecko pracownika fizycznego ma 40 proc. szans na powtórzenie losu swojego ojca i 25 proc. szans na awans społeczny.”

Perspektywy rozwiązania 

aktualnej polskiej kwadratury koła, w którym kwadrat stanowi stan obecny o koło niestety tylko przez niektórych pożądany, są – pisze to niepoprawny optymista – nadzwyczaj ograniczone. Zapewne możliwe przy zaistnieniu ekstremalnych sytuacji typu: wielki kryzys ekonomiczny odbierający Polakom wielokrotność 500 —, wyjątkowa niewydolność którejś z funkcji państwa, katastrofa przyrodnicza lub inna z kompromitującymi wypowiedzią i działaniami rządzących, ujawnienie nadzwyczajnej (!!!) afery i jeszcze, bardzo liczące się,  poważne sankcje Unii Europejskiej. Ale poza nimi, w naszej normalno-nienormalnej aktualnej sytuacji nawet wygrana kandydata opozycji na prezydenta niewiele zmieni, bo jak ostatnio zapowiedział Jarosław Kaczyński, jeśli Duda przegra, będziemy trwać. Co prawda ze zwiększonymi problemami, podobnie jak to już ma miejsce w Senacie, ale z większością parlamentarną i tłumem beneficjentów tej władzy oraz niestety nadal z liczącym się elektoratem.

Zapowiada się więc 

raczej długi i bardzo uciążliwy marsz ku jakiej takiej normalności i nie wiadomo czy, jak ten chiński, zakończy się sukcesem. Lepiej byłoby go nazwać Pracą Organiczną II, na wzór tej pierwszej, która w sprzyjających warunkach potwierdziła swoją skuteczność.

Na tej drodze podstawowymi kierunkowskazami będzie, czy się to komuś podoba czy nie, lewicowość, ale nie pisowska, a socjaldemokratyczna, rozumiana przede wszystkim jako wolność, demokracja i rzeczywiście realizowana sprawiedliwość społeczna.

Lewica Kaczyńskiego

Czy PiS jest ugrupowaniem lewicowym? Tak twierdzi wcale niemało publicystów i komentatorów polskiego życia politycznego, a nikt im nie daje odporu. Spróbuję ja, ze względu na moje dydaktyczne usposobienie, ale przede wszystkim ze względu na to, że brednię tę zaczynam spotykać w szeregach zorganizowanej lewicy.

„Czemu Wy nie daliście po 500” – zapytał mnie kiedyś pryszczaty lewicowiec. „Bośmy nie mieli” – to jeszcze rozumie. „Bo to nie jest lewicowe” – tego nie zrozumiał w ogóle. Ponieważ „pryszczatych” w rozmaitym wieku jest więcej, to spróbuję na przykładzie PiS im to wytłumaczyć. Zacznijmy od prostej konstatacji.

Czym jest polityka socjalna?

To polityka redystrybucji środków materialnych prowadzona w sposób, którego konsekwencją jest realne zmniejszenie różnic społecznych, zwłaszcza wynikających z niedostatku oraz niskiego kapitału ludzkiego i społecznego. Państwo – zdaniem lewicy – powinno być zainteresowane równaniem startu życiowego wszystkich dzieci, mobilnością społeczną, pomnażaniem kanałów awansu społecznego, rotacją w elitach państwowych. Tu nie chodzi li tylko o lewicowe wartości. To kwestia rozwoju społecznego, ograniczenia oligarchizacji – słowem: siły i potencjału państwa. Zależności te odkryto jeszcze w XIX wieku i dlatego np. Skandynawia jest przedmiotem zazdrości wielu społeczeństw świata.

Co robi Prawo i Sprawiedliwość?

Kilkanaście lat temu zlikwidowało podatek spadkowy. Abstrahując od moralnych aspektów tego problemu (czyż rodzice nie pracują na dzieci?) skutki praktyczne są takie, że z innego poziomu startują do życia dzieci bogatych rodziców, z innego dzieci biednych. Podatek spadkowy jakoś (w niewielkim stopniu) to niwelował. Co prawda zabierając bogatym tylko trochę z tego dawał biednym, ale przynajmniej trochę. Ale PiS na tym nie poprzestało, bowiem ograniczyło redystrybucję zmniejszając ilość progów podatkowych. Czyli kasy na biednych było mniej. Korzystała z tego potem Platforma z PSL-em, pomimo, że to wiejskie dzieci straciły najwięcej. Mit klasy średniej, do której aspirowali (a przynajmniej powinni) wszyscy, połączony z doktryną „ciepłej wody” paraliżował lewicę, choć nie tylko. Nawet Kosiniak-Kamysz (młody), rozumiejący dość liberalnie istotę polityki socjalnej, daleki był od zwrócenie uwagi na biednych, kosztem odbierania bogatym. Tak, nawiasem mówiąc, uwolnienie emerytur od podatku mieści się w kanonie tak rozumianego liberalizmu. Biednemu emerytowi oddamy nieco ponad 2 tysiące złotych, bogatemu kilka razy tyle.

Kilka lat temu PiS wprowadziło 500+ na każde dziecko. Gest wart dwadzieścia kilka miliardów, a do tego doszło jeszcze kilkanaście miliardów na tzw. trzynastą emeryturę. Poprawiło się wszystkim. Tym bogatym i tym biednym. Tym, co zarabiają płacę minimalną i tym, którzy otrzymują jej kilkunastokrotność. Tym z emeryturą 1000 złotych i tym, co otrzymują z naszej wspólnej kasy dziesięć razy tyle. Lud, w tym lewicowy, zapiał z zachwytu. Elity, zwłaszcza lewicowe, trochę marudziły, że to wypchnie kobiety z rynku pracy, a ludzie przyzwyczają się, że ich dochody nie będą miały żadnego związku z wykonywaną pracą, jej ilością i jakością. Mówiąc po marksowsku, praca – jedyne dobro, którym dysponuje klasa pracująca – przestanie być źródłem dobrobytu. To jest problem dla lewicy i dla państwa. Po „śmieciówkach” Tuska, znowu najważniejszy dla ludzi pracy problem: godne i adekwatne do wysiłku wynagrodzenie, został wypchnięty z głównego nurtu debaty publicznej. Mało kto to zauważył – spora część lewicy też nie.

Nierówności

Ale idźmy dalej. Bo większy problem jest zupełnie gdzie indziej. Te drobne trzydzieści parę miliardów (500+ i 13-a emerytura) przykryła co innego. Mianowicie to, że władza przestała zauważać (i przejmować się) stanem i finansowaniem usług publicznych. Nie ma pieniędzy na oświatę i publiczną opiekę nad dzieckiem, na służbę zdrowia i publiczny transport, a wreszcie na efektywną politykę socjalną. Na nic strajki nauczycieli (i tak ich nie lubimy) czy protesty niepełnosprawnych. Pieniędzy na to akurat zabrakło. Ale lud, upojony pięćsetkami, tego jeszcze nie widzi. Do ludu nie mam pretensji – do lewicy już tak, że nie krzyczy, że ludziom nie tłumaczy.
Jaki wyraz praktyczny ma ten problem? W rodzinie biednej te dodatkowe 500 złotych idzie na konsumpcję. Kupi ona za to lepsze jedzenie, czasem jakiś gadżet, aby dziecko w szkole nie czuło się gorszym. Inflacja, która stoi za drzwiami uderzy w te rodziny najbardziej. Więcej będą kosztowały ziemniaki i kiełbasa, a dziecku się nie odmówi. Mniej zatem pójdzie na edukację i kulturę, wypoczynek i ubrania. W rodzinie bogatej te 500 złotych to środki inwestycyjne. Wyśle się za to dziecko do prywatnego żłobka i przedszkola, do prywatnej szkoły i na studia zagranicę. W jednym i drugim przypadku sprzyjać to będzie dziedziczeniu pozycji społecznej, likwidacji mechanizmów awansu społecznego. A przede wszystkim powiększać różnice społeczne, które blokują rozwój wspólnoty, obniżają potencjał państwa.

Z tej perspektywy lewica musi patrzeć na likwidację gimnazjów, na postulaty nauczycieli, na to co robi minister Gowin. W konkurencji o miejsce na Uniwersytecie wygra dziecko lepiej kształcone w szkole prywatnej i w dodatku studiować będzie za darmo. Dziecku z biednej rodziny, po prowincjonalnym liceum zostaje szkoła prywatna, na ogół dość kosztowna i nie zapewniająca kapitału, który daje Uniwersytet. Nie urażając w niczym tych szkół, rzadko która ma swoje akademiki, kluby studenckie, inwestuje w kulturę lub sport akademicki. Ważne, aby się punkty zgadzały.

Czy to robione jest z zamysłem? Być może jest jakaś część prawicy, która myśli, że ten „prosty lud” będzie nadal jej elektoratem. Ale jest w tym niekonsekwentna. Bowiem w drugim ważnym obszarze usług publicznych jakim jest służba zdrowia propaguje ten sam mechanizm. Biedni czekać będą miesiącami na dostęp do lekarza, bogaci po prostu go sobie kupią. Taki program jest rodem z najprymitywniejszego darwinizmu, od którego świat odszedł już wiele lat temu. Ale jest on tak naprawdę wspierany przez powszechne rozdawnictwo i znany mechanizm świadomościowej prostolinijności. Dopóki jesteś zdrowy (a przecież wszyscy mamy taką nadzieję), to te 500 złotych traktujesz jako rezerwę na wszelki wypadek. Ale kiedy on się zdarzy, to ta sama kwota stanowi zaledwie ułamek niezbędnych wydatków. Część ludzi o tym wie, część – jak na razie – tego nie doświadczyła. Życzmy sobie zdrowia.

Czy to znaczy, że jestem przeciwko 500+? Otóż nie, zwłaszcza, że ono już jest i zostało zagospodarowane w budżetach polskich rodzin. Nie, bo Polacy zarabiają za mało i jest to jakiś substytut wyższych wynagrodzeń, na które zasługujemy. Ale gdyby ktoś dał lewicy dwadzieścia parę miliardów do rozdania, to jednak dostać je powinny te wszystkie rodziny, w których dochód na człowieka nie przekracza minimum socjalnego. Od tegoż minimum powinna także zaczynać się najmniejsza emerytura. I nie opowiadajcie, że koszty obsługi tego programu byłyby większe. Samorządowcy już dziś prowadzą politykę socjalną. Niech rząd się od nich uczy i ich potencjał wykorzysta. Pani Zosi z biednej gminy gdzieś na Podkarpaciu wszystko jedno czy będzie wypłacać po 600 zł czy po 1600. Podejrzewam zresztą, że robić to będzie z większym zapałem. Że trafią te pieniądze do „patologii”? Otóż likwidacja tego zjawiska, to jest prawdziwa polityka socjalna. Chodzi nie tylko o pieniądze, tylko o te mądrze wydane. O żłobek, przedszkole,, szkołę, które wyrwą te dzieci ze patologicznego domu. Pokażą, że istnieje inny świat i jest on w ich zasięgu. Nie wiem czy dla PiS-u on istnieje, czy potrafią tak myśleć?

Sojusz tronu i ołtarza

Do tego chciałbym przywołać jeszcze politykę PiS wobec Kościoła. Zasadza się ona na tych samych celach. Ideałem większości polskich biskupów jest wszak społeczeństwo jak z II Rzeczypospolitej: biedne i nie wykształcone, pogodzone z losem i wierne autorytetom. Dla którego swojskość – mierzona starymi, dobrze znanymi rytuałami, standardami grzechu, piekła i nieba, jest zrozumiała i akceptowana. Umacnia ją Prawo i Sprawiedliwość polityką zaostrzania kar i jednoznacznością semantyczną, manichejskim postrzeganiem świata. Że to oddala nas od współczesności – cóż to „jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy”. A nasze dzieci czy wnuki?
Warto pamiętać powiedzenie starego konserwatysty: politykier myśli o najbliższych wyborach, polityk o kolejnych pokoleniach. O czym myślą ludzie z Prawa i Sprawiedliwości?

Zabiorą niepełnosprawnym, dadzą emerytom

Sejm zdecydował: Solidarnościowy Fundusz Wsparcia Osób Niepełnosprawnych będzie już „tylko” Funduszem Solidarnościowym. Gromadzone w nim środki będzie można przeznaczyć na wypłacanie i obsługę „trzynastek” dla emerytów. Niebezpiecznej, precedensowej decyzji nie powstrzymała opozycyjna większość w Senacie.

Senat usiłował zablokować takie rozszerzenie zastosowania funduszu, ale w Sejmie jego poprawka została 20 grudnia odrzucona. Ustawa trafi do prezydenta w takiej postaci, jakiej chciał PiS.
Fundusz wsparcia osób niepełnosprawnych miał być dowodem na to, jak Prawo i Sprawiedliwość przejmuje się losem osób niepełnosprawnych i zamierza umożliwić im coś więcej niż nędzną egzystencję. Został utworzony po proteście rodziców niepełnosprawnych w Sejmie. Finansowany jest ze składki stanowiącej 0,15 proc. podstawy składki na Fundusz Pracy. Od przyszłego roku dojdą jeszcze wpływy z tzw. daniny solidarnościowej – czteroprocentowego podatku od nadwyżki dochodów powyżej miliona złotych rocznie. Wobec niechęci PiS-u do poważnej progresji podatkowej te właśnie pieniądze mają teraz wystarczyć i dla niepełnosprawnych, i na regularną wypłatę trzynastych emerytur.

Przed głosowaniem doszło do dramatycznej konfrontacji między Iwoną Hartwich, niegdyś liderką protestu rodziców osób niepełnosprawnych, a obecnie posłanką KO, a ministrem rodziny, pracy i polityki społecznej Marleną Maląg. – Wczoraj jeszcze państwo dzieliliście się opłatkiem, dziś pozbawiacie osoby z niepełnosprawnościami szansy na odrobinę lepszego życia. Bo czym miał być fundusz solidarnościowy, to ja doskonale wiem, ale państwo również wiedzą, z czego wynikał. Powstał wyłącznie w celu pomocy osobom z niepełnosprawnościami. To była wasza odpowiedź na nasz protest – mówiła Hartwich.

– Rząd Prawa i Sprawiedliwości i Zjednoczonej Prawicy pokazał, że tworzy szeroką koalicję na rzecz wsparcia osób niepełnosprawnych – odpowiedziała w typowym stylu Maląg. Przekonywała następnie, że PiS przekazał na rzecz niepełnosprawnych o 10 mld złotych więcej, niż poprzednicy.

– Pomysł, żeby z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych finansować 13 emeryturę to właśnie cała prawda o „socjalnej” i „opiekuńczej” twarzy Prawa i Sprawiedliwości! Za ich wyborcze obietnice bez pokrycia zapłacą nie miliarderzy i korporacje, ale NIEPEŁNOSPRAWNI! – komentowała w listopadzie posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Również Piotr Szumlewicz, przewodniczący centrali Związkowa Alternatywa nie ma wątpliwości, że działania PiS są niesprawiedliwe i nieetyczne.

– Rząd sprawi przedwyborczy prezent relatywnie ubogiej grupie z środków przeznaczonych pierwotnie dla grupy jeszcze biedniejszej. Władza nie ma żadnej całościowej wizji świadczeń społecznych, a jedynie dosypuje pieniądze na wybranych obszarach, aby czasowo powstrzymać niezadowolenie społeczne lub zmobilizować swój elektorat do udziału w wyborach. Trzynasta emerytura to wzorcowy przykład świadczenia, które nie rozwiązuje żadnego problemu i nie poprawia trwale sytuacji emerytów. Zamiast wprowadzić trwały mechanizm waloryzacji emerytur, władza przeleje jednorazowo gotówkę seniorom tuż przed wyborami prezydenckimi – zauważa związkowiec. Szumlewicz przypomina również, że hojność PiS na polu wydatków socjalnych to mit.
– Z danych Eurostatu wynika, że Polska wciąż wydaje na politykę społeczną mniej niż wynosi średnia unijna, a wydatki w 2017 r. spadły w porównaniu z 2016 r. PiS nie dokonał więc żadnego przewrotu w polityce społecznej, a wręcz na wielu jej obszarach nastąpił regres – podsumowuje.

Selektywna polityka społeczna

W opinii rozpowszechnionej przez większość polityków i część ekspertów po wprowadzeniu przez rząd świadczenia Rodzina 500+ Polska przeznacza bardzo duże środki na politykę społeczną. Niedawny raport Europejskiego Urzędu Statystycznego pokazuje, że to nieprawda.

Z danych Eurostatu wynika, że wydatki na politykę społeczną w Polsce wciąż należą do najniższych w UE. Dzieli nas przepaść od rozwiniętych krajów Europy Zachodniej i to nie tylko w wydatkach liczonych nominalnie, ale też przy porównaniu procentowego udziału świadczeń społecznych w PKB.

Polskie państwo antysocjalne

Z raportu Eurostatu wynika, że w 2017 r. średnie wydatki na zabezpieczenia społeczne w UE wyniosły 27,9 proc. PKB i były o 0,1 pkt proc. niższe niż w 2016 r. oraz o 0,8 pkt proc. niższe niż w 2012 r. Największe wydatki na świadczenia społeczne w 2017 r. były we Francji – 34,1 proc. PKB, w Danii – 32,2 proc. w Finlandii – 30,6 proc. i w Niemczech – 30,3 proc.. Najmniej środków na cele społeczne przeznaczały: Rumunia – 14,4 proc., Łotwa – 14,8 proc., Irlandia – 14,9 proc. i Litwa – 15,1 proc.. Polska też usytuowała się znacznie poniżej średniej unijnej z wydatkami rzędu 20,3 proc. PKB.

Wydajemy więc aż o 7,6 pkt proc. PKB mniej niż wynosi średnia unijna. Gdyby polski rząd przeznaczał na świadczenia społeczne 27,9 proc. PKB, byłaby to kwota o blisko 160 mld zł rocznie większa niż obecnie. To 40 proc. całego polskiego budżetu! Okazuje się zatem, że pomimo wprowadzenia świadczenia Rodzina 500+, polskie wydatki na politykę społeczną wciąż należą do najniższych w UE.

Eurostat przedstawił też strukturę wydatków na politykę społeczną w państwach należących do Unii. Wynika z nich, że jesteśmy w ogonie UE odnośnie opieki zdrowotnej, przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i walki z bezrobociem. Wydatki na ten ostatni cel w Polsce stanowią zaledwie 1,6 proc. wszystkich wydatków na politykę społeczną przy średniej unijnej 4,4 proc.. Na tym obszarze wyprzedzamy tylko Rumunię i Wielką Brytanię.

Niektórzy eksperci twierdzą, że przy relatywnie niskim bezrobociu nie ma sensu wydawać większych środków, ale aktywna polityka rynku pracy polega między innymi na tym, że państwo angażuje się na rzecz tworzenia godnych, stabilnych miejsc pracy i przeciwdziałania długoterminowemu pozostawaniu bez pracy. W Polsce niestety takie działania nie są podejmowane. Stąd olbrzymia skala śmieciowego zatrudnienia, w tym szczególnie wymuszonego samozatrudnienia i umów na czas określony oraz wysoki udział osób długotrwale bezrobotnych.

Ochłapy dla chorych i bezdomnych

Jeszcze gorzej wygląda sytuacji odnośnie walki z wykluczeniem społecznym i bezdomnością – tutaj Polska zajmuje niechlubne, ostatnie miejsce w UE z wydatkami na poziomie 0,8 proc. całości wydatków społecznych przy średniej unijnej 4,0 proc.. Wreszcie bardzo marnie wygląda Polska, gdy przyjrzymy się skali wydatków na służbę zdrowia i wsparcie dla osób z niepełnosprawnościami. Łączny udział wydatków na ten rodzaj świadczeń w stosunku do kosztów całej polityki społecznej wynosi w Polsce 30,1 proc. przy unijnej średniej 37,1 proc.. Na tym polu wyprzedzamy tylko Cypr, Włochy i Grecję.

Będzie jeszcze gorzej

Warto też zwrócić uwagę, że w Polsce szczególnie niskie są wydatki na usługi publiczne. Dużą część wydatków społecznych stanowią bowiem świadczenia pieniężne takie jak program Rodzina 500+ czy Wyprawka+. Bardzo niewiele zaś Polska wydaje na rozwój wysokiej jakości usług publicznych, szczególnie tych związanych z opieką przedszkolną i opieką senioralną.

Dane Eurostatu pokazują też, że, wbrew retoryce władzy, po istotnym wzroście wydatków na politykę w 2016 r., rok później nastąpił już spadek. W 2016 r. Polska wydała na świadczenia społeczne 21,0 proc. PKB, w 2017 r. już tylko 20,3 proc.. Polska, która znacznie odstaje od większości państw Unii w tej kwestii, już niedługo zacznie odstawać jeszcze bardziej.

500+ po włosku

We Włoszech został uruchomiony program socjalny, na podstawie którego bezrobotni i niezamożni obywatele mają zapewniony bezwarunkowy dochód podstawowy.

Zasiłek dla samotnych obywateli oraz obcokrajowców mieszkających we Włoszech ponad 10 lat wynosi 500 euro miesięcznie w przypadku, jeśli dochody są równe zeru. Rodzina bez dochodu i z trójką niepełnoletnich dzieci otrzyma 1050 euro, a rodzina wynajmująca mieszkanie będzie mogła ubiegać się o dodatkowy zasiłek w wysokości 280 euro. W ten sposób włoska prawica wywiązuje się z wyborczych obietnic – wprowadzenie bezwarunkowego dochodu było jednym ze sztandarowych haseł Ruchu Pięciu Gwiazd. Nie dziwi więc, że już pierwszego dnia jego obowiązywania ustawiły się kolejki chętnych do złożenia wniosków.
Z danych Eurostatu za styczeń 2019 r. wynika, że włoski wskaźnik bezrobocia na poziomie 10,5 proc. jest jednym z najwyższych w Europie. Z kolei zgodnie z danymi ISTAT-u, głównego urzędu statystycznego Włoch, w 2017 r. liczba Włochów żyjących w skrajnej biedzie wyniosła 5,1 mln, co oznacza ponad trzykrotny wzrost w ciągu jednej dekady.
Z wyliczeń urzędu wynika też, że dochód obywatelski może na początku trafić do ok. 2,7 mln osób, co w 2019 r. będzie kosztowało budżet 7 mld euro.
Rozwiązania oparte na dochodzie podstawowym testowała w ciągu dwu ostatnich lat Finlandia. Podobne eksperymenty zamierzają przeprowadzać także Niemcy.

Największa słabość PiS

Bezpieczeństwo to kluczowe pojęcie w gramatyce politycznej Prawa i Sprawiedliwości.

W 2015 roku Kaczyński i spółka zapewniali, że w przeciwieństwie do nieodpowiedzialnych aferałów z Platformy Obywatelskiej i nieznających życia lekkoduchów z lewicy, oni są w stanie zapewnić bezpieczną egzystencję w stabilnym kraju. Paliwem w tym temacie był przede wszystkim temat uchodźców, którym PiS zamierzał zatrząsnąć drzwi przed nosem. Ale ponowne rządy prezesa miały oznaczać również koniec afer w instytucjach publicznych i niekompetentnego zarządzania zasobami państwowymi. Platfomerskich „kolesi” zastąpić mieli nieprzekupni patrioci z twardymi zasadami etycznymi. Część wyborców oddała głos na PiS, bo oczekiwała sanacji życia publicznego. To oczywiście naiwna postawa, ale z drugiej strony – trudno dziwić się ludziom, że chcą żyć w uczciwym i bezpiecznym kraju.
Jeśli jest pole, na którym PiS rozczarował kompletnie tych, którzy na niego postawili, to jest to właśnie polityka bezpieczeństwa. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że zarządcy spółki Cenzin, strategicznego podmiotu skarbu państwa wchodzącego w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowe, przez pół roku nie mieli pojęcia, komu przelewają pieniądze. W czasach szeryfa Ziobry i control freaka Brudzińskiego do orżnięcia państwowej firmy handlującej bronią wystarczy wysłanie jednego e-maila, którego nadawca podał się za czeskiego dostawcę broni, informując o zmianie numeru konta. Zgodnie z wyjaśnieniami złożonymi przez biuro prasowe spółki, adres nie wzbudził żadnych podejrzeń, a więc pracownik działu finansowego dokonał korekty w systemie. W efekcie przez kolejne miesiące przelewy na łączną kwotę 4 mln złotych nie trafiały do czeskiego partnera, a…no właśnie, państwo PiS nadal nie ma pojęcia gdzie. Ale próbuje się dowiedzieć. Podobno sprawą zajęła się już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Spółka poinformowała również, że został rozpoczęty audyt, który ma na celu ustalenie, jakie systemy zabezpieczeń będą potrzebne, aby zapobiec podobnym przykrościom w przyszłości. Ktoś zwrócił uwagę, że casus Cenzinu znajdzie się w prezentacjach i podręcznikach dla początkujących menedżerów podmiotów prywatnych i publicznych na temat niewiarygodnych, ale prawdziwych zaniedbań w zarządzaniu bezpieczeństwem.
W 2018 roku ofiarami „phishingu” padały głównie osoby starsze czy z jakichś powodów słabo zorientowane w świecie sieciowym. Teraz okazuje się, że w określonych warunkach politycznych, problem ten może dotyczyć również spółek skarbu państwa.
Najgorszą wiadomością dla PiS jest moment, w którym afera Cenzinu ujrzała światło dzienne. Partia, dotychczas dysponująca psychologiczną przewagą siły i pewności nad przeciwnikami, w ciągu ostatnich trzech miesięcy została mocno poturbowana. Mam tu na myśli zarówno gdańską tragedię, jak i kolejne afery: KNF, Taśmy Kaczyńskiego, KGHM, a także, co ma ogromne znacznie w kontekście pękającego mitu formacji zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa – aferę Misiewicza. Trochę o tym zapomnieliśmy, bo stało się to niemal w przed dzień publikacji nagrań z udziałem prezesa. Ale to właśnie sprawa aptekarza z Łomianek, który w arcypodejrzanych okolicznościach został szefem gabinetu politycznego ministra obrony narodowej, faceta o aparycji bywalca klubu Ekwador w Manieczkach, którego wyraźnie jarało, kiedy żołnierze Siły Zbrojnych stawali przed nim na baczność i który rozbijał się służbowymi furami po warszawskich dzielnicach rozpusty, to właśnie ta afera w zestawieniu z kuriozum w spółce Cenzin może stanowić najbardziej bolesny cios dla ugrupowania Kaczyńskiego w roku wyborczym.
PiS pokazał słabość na obszarze, po którym jego elektorat, szczególnie ten „twardy”, oczekiwał najwięcej. To może prezesa sporo kosztować, jeśli nie utratę władzy, to może brak możliwości samodzielnych rządów w przyszłym parlamencie.

Czy warto bronić PRL?

Perspektywa kobieca.

 

Nie mam wątpliwości, że warto. Jednak rozstrzygając wątpliwości innych, nie można polegać wyłącznie na sentymencie. Twarde fakty również przemawiają na korzyść „poprzedniej epoki”. Bo dokładnie te same dziedziny życia społecznego, które Polska Ludowa otaczała szczególną troską, dziś leżą odłogiem. Kobiety pracujące, matki – odczuwają to szczególnie dotkliwie.

 

3 narracje

Rzetelna ocena PRL to trudne zadanie – odkłamanie PRL to jednak obowiązek lewicy, jeżeli nie chce utonąć w morzu IPN-owskich prawicowych wizji tego okresu jako sowieckiej okupacji i „totalitaryzmu”. Ta narracja dziś dominuje: swój udział ma w tym propaganda Telewizji Publicznej oraz wdrażanie ustawy dekomunizacyjnej – niejednokrotnie siłowe, zwłaszcza w mniejszych gminach.

Komponując słowo wstępu, warto podeprzeć się publikacją Piotra Szumlewicza i Jakuba Majmurka „PRL bez cenzury”. Po 1989 roku Polska Ludowa stała się negatywnym punktem odniesienia dla większości elit.

Jak twierdzą autorzy: „Poprzez jego krytykę uzasadniają one rozwarstwienie społeczne, strukturalne bezrobocie, wydłużanie tygodnia pracy czy utrzymanie płacy minimalnej na bardzo niskim poziomie. Krytyce Polski Ludowej towarzyszy zatem przedstawianie społecznych patologii jako prawidłowości rozwoju gospodarczego. W ten sposób atak na PRL pełni funkcję legitymizowania istniejącego ładu społeczno-ekonomicznego”.

Książka wyróżnia 3 główne narracje wokół Polski Ludowej: postsolidarnościowo-prawicową (PRL to ustrój totalitarny, siłą narzucony przez sowiecką okupację), sentymentalną (odpowiedź na pierwszą + podkreślenie bezpieczeństwa socjalnego), a także nostalgiczną (bazującą na anegdotach, filmach, opowieściach i mitach). My dziś w większości opowiadamy się za drugą. W przekazie medialnym dominuje dziś jednak pierwsza – dlatego zapewne dziś badania opinii publicznej nie prezentowałyby się dla zwolenników PRL-u tak korzystnie jak w pamiętnym raporcie CBOS z 2014 „PRL – doświadczenia, oceny, skojarzenia”.

Swego czasu większość mediów obnosiła zawarte w nim konkluzje ze zdziwieniem (chodzi o pamiętne „44 proc. Polaków dobrze wspomina PRL”).

 

Co ci przypomina widok znajomy ten?

Zajrzyjmy więc do raportu CBOS:

„Do wymienianych najczęściej konkretnych skojarzeń z okresem PRL należą: brak bezrobocia (19 proc., kolejki (18), puste półki w sklepach (17) oraz kartki na żywność i inne produkty (17)”. Mimo wszelkich uciążliwości, Polacy cenią sobie stabilność zatrudnienia.

„Co piąte skojarzenie z okresem PRL związane jest z ówczesną polityką na rynku pracy (łącznie 21 proc.), przy czym w niemal wszystkich przypadkach chodzi o pewność zatrudnienia i brak bezrobocia (19). Nieliczni zwracali w tym kontekście uwagę na większą dbałość o pracowników, m.in. na politykę socjalną zakładów pracy (2), albo akcentowali negatywne konsekwencje związane z obowiązkiem zatrudnienia (1).

PRL kojarzy się również „z lepszą polityką społeczną (6 proc.) lub po prostu z łatwiejszym, spokojniejszym i mniej stresującym życiem (3), z porządkiem społecznym (2) lub z większym poczuciem bezpieczeństwa (2)”.

 

Kobieta awansuje w społecznej hierarchii

Tu podpieram się pracami „Wpływ kobiet na politykę państwa na przykładzie Polski i Hiszpanii” Emilii Drewniak oraz kompendium „Wywołać z milczenia. Historia kobiet w PRL-u – kobiety w historii PRL-u” Agnieszki Mrozik

PRL przede wszystkim nie cieszy się, jak udowadnia Mrozik, szczególnym zainteresowaniem badaczek i badaczy ruchu kobiecego. Powtarzana jest mantra o fasadowości i pozorności upodmiotowienia kobiet.
Zaprzecza tej tezie cytowana przez Mrozik Małgorzata Fidelis i jej „Kobiety, komunizm i industrializacja w Polsce”: Fidelis zaprzecza tej dominującej dziś narracji. Zwraca uwagę na rolę kobiet jako AKTYWNYCH NEGOCJATOREK SWOJEJ POZYCJI W SIECI ZALEŻNOŚCI SPOŁECZNYCH – na przykładzie aktywnych zawodowo robotnic.

Fidelis rozróżnia przede wszystkim epokę stalinizmu – której absolutnie nie wybiela, oraz czas odwilży – kiedy emancypacja kobiet nagle przyhamowała, kobiety zaczęły być wypychane z rynku pracy do domów lub do słabiej płatnych zawodów. Hasłem przewodnim tej epoki było wszak „Irena, do domu!”.

Badaczka swoje wnioski wysnuwa z analizy sytuacji kobiet zatrudnionych w zakładach przemysłu bawełnianego w Zambrowie i Żyrardowie oraz kobiet pracujących w śląskich kopalniach. Udowadnia, że miały one wielki wpływ na kształtowanie rzeczywistości zawodowej i warunków pracy – przykładem fala kobiecych strajków z wczesnych lat 50. – wówczas według Fidelis narodziła się idea „kobiecego protestu”, jaką znamy dzisiaj. Robotnice (m.in., żyrardowskie tkaczki) twardo domagały się zniesienia podziału zawodów na męskie i żeńskie.

„Wykorzystywały swą nową tożsamość pracownic socjalistycznego państwa, a także tradycyjne rozumienie kobiecego honoru i różnicy płci, […] by obnażyć sprzeczności komunistycznego projektu i zrealizować swoje cele – m.in. poprawę jakości żywienia i dostaw surowców do fabryk”.

W okresie stalinizmu ścierały się dwa wzorce obyczajowo-spoleczne – PPS-owski (kobieta – matka Polka) i PPR-owski (ideał robotnicy. I ten okres właśnie był najbardziej owocny jeśli chodzi o przełamywanie stereotypów tradycyjnych ról wpłciowych z II RP (analfabetyzm, zależność ekonomiczna).

„Autorka przytacza dane, które wskazują, że wraz z przeprowadzką ze wsi do miasta, zdobywaniem wykształcenia oraz znajdowaniem pracy w zawodach tradycyjnie określanych jako męskie (górnik, hutnik, spawacz, motorniczy, taksówkarz itd.) kobiety awansowały w społecznej hierarchii, co nie pozostawało bez wpływu na ich życie seksualne, relacje z mężczyznami i rodziną. Większa niezależność finansowa przekładała się bowiem na swobodniejszy stosunek kobiet do ich tradycyjnych ról w społeczeństwie (żony i matki), większe wymagania wobec partnera czy szerzej – bardziej partnerski model związku”.

Autorka zwraca też uwagę na to, że władze PRL zrobiły sporo, aby w miarę bezboleśnie dostosować radziecki archetyp „świętej traktorzystki” do polskich realiów. Po 1953 roku ten symbol równouprawnienia został całkowicie odrzucony jako symbol obcej dominacji. Autorka udowadnia, że było to potrzebne na poziomie wspólnoty narodowej, aby odzyskać tożsamość – lecz wówczas sytuacja zawodowa kobiet uległa pogorszeniu. Nagrodą pocieszenia – według Fidelis – okazała się liberalizacja prawa aborcyjnego w 1956 roku.

Gdyż w kwestii obyczajowości stalinizm – trudno zaprzeczyć – tłamsił kobiety, czerpiąc z II RP pełnymi garściami.

Na przykład podaje Fidelis przykłady zdarzeń, w trakcie których urzędnicy partyjni, nie mogąc poradzić sobie z „rozpasaniem” seksualnym młodych robotnic (na przykład w Zambrowie), wzywali na pomoc ojców dziewcząt, by „siłą swego autorytetu” (czyli de facto przemocą) sprowadzali je na „dobrą drogę”. W tym samym czasie duchowni w czasie nabożeństw gromili „rozwiązłe” kobiety, które wolały „używać życia” zamiast realizować się jako matki i żony (tu istniał do pewnego momentu swoisty sojusz Partii i kościoła).

Seks był przy tym mocno stabuizowany. W stalinizmie seksualność kobiety miała realizować się głównie w rodzinie, mężczyzny – poza rodziną. Później nastąpił powrót do emancypacyjnych wzorców z okresu po rewolucji październikowej, kiedy wręcz padały z ust Aleksandry Kołłontaj stwierdzenia o przeżytku rodziny jako burżuazyjnego tworu.
Zresztą ustawa w początkowym swoim kształcie też była „dobrem reglamentowanym”:

„W tym kontekście liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w 1956 roku jawi się jako swoista nagroda pocieszenia dla tracących stabilne zatrudnienie Polek, początkowo przyznawana zresztą tylko wybranym (na przykład kobietom, które już wypełniły obowiązek macierzyństwa) i w drodze silnych obostrzeń (do 1959 roku o tym, czy kobieta może przerwać ciążę, decydowali lekarze, którzy często wykorzystywali swoją władzę przeciwko pacjentkom, odmawiając im przysługującego prawa)”.

Jak dodaje jednak Małgorzata Maciejewska, „już trzy lata po wejściu w życie ustawy, tj. w roku 1959 roku, aborcja była możliwa już bez jakichkolwiek pozwoleń. Niestety jednocześnie państwo nie prowadziło działalności mającej na celu poprawę wiedzy kobiet na temat swojej płodności, nadal nie funkcjonowała edukacja seksualna – wprowadzona dopiero w 1981 roku pod nazwą

Przysposobienie do życia w rodzinie. Seksualność więc nadal była dla władz tematem tabu”.

Ale tutaj w sukurs przyszła m.in. Wisłocka i Lew-Starowicz.

 

Reprodukcja i produkcja – stalinizm

W XX wieku debata na temat regulacji prawa do aborcji dzieli się na 3 zasadnicze okresy (miedzywojnie, PRL, postkomunizm).

W międzywojniu ścierały się dwa mocne paradygmaty – tradycyjny skrajnej prawicy oraz wyzwolonej inteligencji. Tu oczywiście nie do przecenienia jest Boy – Żeleński, który razem z feministkami Ireną Krzywicką oraz dr Justyną Budzińską-Tylicką promował idee świadomego macierzyństwa. Dzięki ich staraniom w Kodeksie karnym z 1932 roku znalazły się regulacje w pełni odpowiadające naszemu dzisiejszemu „kompromisowi aborcyjnemu”. Aborcję niespełiającą tych warunków karano jednak 5 latami pozbawienia wolności.

Stalinowska polityka pronatalna, jak pisze David Hoffmann, była pod wieloma względami podobna do trendów ogólnoeuropejskich w pierwszej połowie XX w., które zmierzały do objęcia przez państwo kontroli nad organizacją reprodukcji.

 

Liberalizacja

Po 1956 roku ruszyli do boju społecznicy. Liga Kobiet oraz Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, świadome początkowych ograniczeń w stosowaniu ustawy, promowały antykoncepcję (zwłaszcza na terenach wiejskich) i edukację seksualną, aborcję uznając za ostateczność. W latach 60. nastąpił boom na globulki antykoncepcyjne i pierwsze leki hormonalne. Wtedy również zaczęto swobodniej podchodzić do realizacji zapisów ustawy. Zwłaszcza zapis o przesłance trudnych warunków życia kobiety ciężarnej” zaczął być szerzej wykorzystywany.

Ponadto ustawa znosiła z kobiety odpowiedzialność karną za przeprowadzony zabieg, nawet jeśli nie był on dokonany legalnie. Ponosili ją natomiast dokonujący nielegalnej aborcji, również wtedy, gdy robili to za zgodą kobiety. Udzielenie jakiejkolwiek pomocy kobiecie ciężarnej w dokonaniu nieuprawnionego zabiegu było także uznawane za przestępstwo. W obu tych przypadkach zmniejszono jednak maksymalną karę przewidywaną za popełnienie czynu z 5 na 3 lata więzienia. Wprowadzono również kary za zmuszanie kobiet w jakikolwiek sposób do aborcji.

Państwo ze swej strony zapewniało więc aborcję de facto na życzenie, działacze społeczni – edukację przy cichym poparciu fasadowo pruderyjnych władz. Taki stan rzeczy miał miejsce przez większość czasu trwania PRL.

Abp Hoser stwierdził niedawno, że w PRL przeprowadzono 800 tys. aborcji. Nie było ich tak dużo. Fakt jednak, że w 1956 roku bano się katastrofy demograficznej i coraz bardziej popularnych „domowych” metod spędzania płodu.

„Fakt, że dokonuje się corocznie nielegalnie co najmniej 300 tys. zabiegów przerywania ciąży, a więc że co najmniej 600 tys. osób rocznie (lekarzy i pacjentek) formalnie popełnia przestępstwo – co jest publiczną tajemnicą – oznacza tolerowanie fikcji, jest przejawem zakłamania w życiu społecznym” – pisano w 1956 w „Trybunie Ludu”.

 

Wsparcie dla matek (i ojców)

Za publikacją Arkadiusza Durasiewicza „Historyczne unormowania polityki rodzinnej”:

Pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych XX w. rodzina stała się przedmiotem szczególnego zainteresowania państwa. Znowelizowany w 1975 roku Kodeks rodzinny przewidywał szeroko zakrojone inicjatywy wsparcia małżeństw.

„Według Rozporządzenia Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych z dnia 31 maja 1974 r. w sprawie zasiłków rodzinnych do nich uprawnieni byli pracownicy podlegający ubezpieczeniu na wypadek choroby i macierzyństwa, zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy. Ponadto przysługiwał również zasiłek rodzinny na żonę, jeżeli pełniła ona jeden z następujących warunków: wychowywała choćby jedno dziecko w wieku do lat 8 lub sprawowała opiekę nad dzieckiem niepełnosprawnym, ukończyła 50 lat bądź była inwalidą. Zasiłek rodzinny na męża przysługiwał, jeżeli ukończył 65 lat bądź był inwalidą. Zasiłki rodzinne były wypłacane w wysokości podstawowej lub podwyższonej”.

Szerokie wsparcie miały kobiety ciężarne i matki małych dzieci: „Szczególnie bogate uprawnienia przysługiwały kobietom w okresie ciąży i macierzyństwa. Ochrona pracy kobiet w okresie ciąży obejmowała między innymi zakaz zatrudniania przy pracach szkodliwych, w godzinach nadliczbowych, w porze nocnej oraz zabraniało się delegowania bez zgody zainteresowanej poza stałe miejsce pracy. Kodeks pracy zapewniał ochronę trwałości stosunku pracy w okresie macierzyństwa, a ochronę przed zwolnieniem rozciągał na cały czas ciąży Jeżeli kobieta przepracowała okres próbny) oraz na okres urlopu macierzyńskiego. Zgodnie z kodeksem pracy zakład miał obowiązek zwalniania kobiety ciężarnej na badania lekarskie, przy zachowaniu prawa do pełnego wynagrodzenia, jeżeli badania te nie mogły być przeprowadzone poza godzinami pracy. Zakład był zobowiązany również do przeniesienia kobiety ciężarnej do pracy lżejszej – dozwolonej dla kobiet w ciąży. Jeżeli przeniesienie do innej pracy powodowało obniżenie wynagrodzenia, pracownicy przysługiwał dodatek wyrównawczy do wysokości I 00 proc. zarobku”.

Urlop macierzyński regulacje z 1972 roku przedłużyły z 12 na 16 tygodni przy pierwszy dziecku i do 18 przy kolejnych. Urlop bezpłatny (z zachowaniem ciągłości pracy!) przedłużono do 3 lat.
„Rocznie z urlopów macierzyńskich skorzystało średnio około 420 tys. kobiet. W 1976 r. wprowadzono jednorazowy zasiłek porodowy, który przysługiwał pracownicom i niezatrudnionym żonom pracowników w razie urodzenia lub przyjęcia dziecka na wychowanie. Zasiłek ten wypłacany był w wysokości trzykrotnego zasiłku rodzinnego, przysługującego na to dziecko. Od maja 1978 r. wszystkie kobiety otrzymywały ponadto po urodzeniu dziecka jednorazowy zasiłek, niezależnie od źródła utrzymania (…). Wprowadzono także nową formę pomocy dla rodzin z małym dzieckiem, mianowicie tak zwany zasiłek wychowawczy, wypłacany matkom przerywającym pracę zawodową w celu sprawowania osobistej opieki nad małym dzieckiem.

W roku 1975 został wprowadzony Fundusz Alimentacyjny. Korzystali z niego rodzice (najczęściej matki), którzy nie mogli uzyskać alimentów od osób zobowiązanych do alimentacji”.

Przedszkola były w PRL najsilniejszym ogniwem opiekuńczym. Reorganizacja przedszkoli uregulowana została rozporządzeniem ministra oświaty z 1950 r. – tak aby w planie sześcioletnim dobić do wskaźnika zatrudnienia kobiet na poziomie 33,5 proc.

Rozwój sieci przedszkoli w okresie PRL z jednej strony zapewnić miał dzieciom prawidłowy, wszechstronny rozwój, z drugiej natomiast – stać na straży równouprawnienia kobiet, umożliwiając im „uwolnienie” od gospodarstw domowych i podjęcie aktywności zawodowej.

W roku szkolnym 1945/46 wg materiałów statystycznych GUS działało w Polsce ok. 2 286 przedszkoli, obejmujących opieką blisko 140 tys.

Do 1950 r. liczba przedszkoli wzrosła o ponad 270 proc. natomiast liczba wychowanków przedszkoli o ok. 210 proc. W 1955 r. było w Polsce ok. 2 640 tys. dzieci w wieku od 3 do 6 lat, co stanowiło ok. 10 proc. ogółu ludności. Później przyszło tysiąc szkół na tysiąclecie. A realnie powstało ich znacznie więcej.

Do końca 1965 roku wybudowano 1105 szkół podstawowych (432 w miastach i 673 na wsi), 54 szkół zawodowych, 28 liceów oraz 6 obiektów przeznaczonych dla szkolnictwa specjalnego. Budowę dalszych 164 obiektów szkolnych ukończono już w 1966 roku. Ponadto w ramach akcji przekazano szkolnictwu 6349 izb mieszkalnych dla nauczycieli.

 

Tekst ten stanowił kanwę wystąpienia podczas debaty „Czy warto bronić PRL?” zorganizowanej przez Społeczne Forum Wymiany Myśli oraz redakcję portalu Strajk.eu w Warszawie, 16 września 2018 roku.