Pytania o przyszłość,

nie w pandemicznej rzeczywistości, a w polskiej, powyborczej perspektywie są przedwczesne bez rozważania przyczyn przegranej w dniu 12 lipca. Po to, aby nauka nie poszła w las.

Co prawda z tą wiedzą nabytą w okresie wyborów jest różnie – niektórzy politycy, nie tylko z Platformy Obywatelskiej, są przeciwni powyborczym rozliczeniom mając zapewne na uwadze utrzymanie jedności swoich partii, a wielu uważa, że we wrogich warunkach i przy matactwach wyborczych PiS porażka w rzeczywistości jest wielkim obywatelskim zwycięstwem, a wiec i w jakimś stopniu ich samych. Nadto kto lubi przyznawać się do błędów i wynikających z nich konsekwencji ?

Pierwsze opinie i oceny już mamy.

Włodzimierz Czarzasty uważa, że PO wykazała się „totalną arogancją i nieumiejętnością konsolidowania opozycji… Nie przedstawiła Rafałowi żadnego spójnego programu… Jakby ktoś do Biedronia zadzwonił i normalnie, po ludzku powiedział: chodźcie się spotykamy, Władysław Kosiniak- Kamysz, Robert Biedroń, Szymon Hołownia, pogadajmy o tym, bo Polska jest najważniejsza… Ze sztabu PO dostawaliśmy takie sygnały: generalnie się nie wtrącajcie, dlatego że wasz elektorat i tak na Trzaskowskiego zagłosuje, a nam jest potrzebny elektorat np. Konfederacji bądź Hołowni.”

Piotr Pacewicz w OKO.press : „Trzaskowski nie miał programu z wizją Polski, ale dla wielu sam stał się tą wizją. I jakoś przekonywająco, mimo wszystkich wygibasów ideowych w stylu Platformy, która boi się własnego cienia, dał do zrozumienia, że chce Polski nowocześniejszej, bardziej otwartej, mniej nienawistnej, mocno samorządowej, Polski bez ostrej ideologicznej szajby. Sam chyba nabierał przekonania, że „mamy dość” odwróci losy kraju w końcu pierwszej ćwiartki XXI wieku.”

Kamil Durczok, pomimo swoich szczególnych kłopotów, celnie napisał w Onecie: „Kandydat opozycji poległ nie dlatego, że nie pokonał artylerii wymierzonej w niego przez PiS, rząd i medialne ramię partii, czyli TVP. O dziwo, z tym sobie znakomicie poradził. Nie wygrał, bo poza złością na PiS i nadzieją na zmianę nie zaproponował nic. A to, mimo całej wściekłości na drużynę Kaczyńskiego, za mało… Ludziom omamionym gusłami PiS nie zaoferował nic…jego oferta była słaba. A właściwie jej nie było”

Jeszcze należy koniecznie przywołać opinię Miłosza Wiatrowskiego o tym, że pora kończyć z obecnym modelem opozycji („GW”, 17.07.2020) i Jędrzeja Włodarczyka „Byt (nadal) określa świadomość” („Dziennik-Trybuna”, 17.07.2020). Oba teksty zasługują na pogłębioną lekturę.

Ewenementem

staje się wynik Trzaskowskiego – co wszyscy zgodnie podkreślają – osiągnięty bez polemicznej ostrości wypowiedzi i spójnego programu wyborczego, a jedynie z kilkoma oderwanymi od siebie zapowiedziami, nadto bez daleko idącego porozumienia z opozycyjnymi kandydatami i partiami. Dowodzi to co prawda, że 10 milionów Polaków ma dość urządzania swojego kraju przez Zjednoczoną Prawicę, ale również stanowi przyczyny porażki.

Rafał Trzaskowski w swojej kampanii powtórzył niejako wypromowane przez jednego z partyjnych geniuszy i obowiązujące przed wyborami czerwcowymi w 1989 roku hasło o niekonfrontacyjnej kampanii wyborczej, sprzeczne w tego rodzaju rywalizacją. I jeżeli jeszcze można powyższe wyjaśniać zamiarem zyskania wyborców z innych partii i niezdecydowanych, to brak programu wyborczego woła o pomstę do nieba. Nadziwić się nie można niezborności sztabu wyborczego Trzaskowskiego i struktur PO lub KO, nie mówiąc już o różnych specach wyborczych, że nie potrafili stworzyć zwartej, skutecznej i przekonywującej narracji dla kandydata na prezydenta. Można oczywiście doszukiwać się różnych powodów, ale najważniejszym wydaje się trwała niemoc Platformy Obywatelskiej, która nie tylko z racji polityczno-ideowych tego ugrupowania, nie pozwala jej ogarnąć umysłowo materialnego położenia milionów obywateli tego kraju, oczekiwanego przez nich szacunku nawet gdy są inni oraz faktu, że na scenie politycznej znajdują się jeszcze alternatywne ugrupowania.

Było już wiadomo

po I turze wyborów, a i wcześniej nie stanowiło żadnej tajemnicy, że przekupstwo finansowe PiS przynosi oczekiwane poparcie. Można się na to obruszać i krytykować beneficjentów tych działań, ale warto jednak zrozumieć, co nie jest zbyt trudne, dlaczego te 500+, 13-ta emerytura i temu podobne są aż tak dla nich ważne, że nawet odpuszczają PiS-owi i kandydującemu Andrzejowi Dudzie szereg matactw, kłamstw i idiotyzmów. O tym powinni wiedzieć stratedzy Trzaskowskiego, tym bardziej, że doskonale znali przewidywania i szczegółowe analizy wyborcze, ale sprowadzili przebieg kampanii do jedynie słusznych skądinąd, ogólnych haseł.

Moja wnuczka,

jak wiele młodych dziewcząt i kobiet głosując na Trzaskowskiego, zawiedziona ostatecznym wynikiem, pytała mnie, dlaczego jego sztab wyborczy nie opracował programu adresowanego punktowo do określonych grup wyborców, dlaczego nie uwzględnił bądź zlekceważył materialną sytuację milionów, dlaczego…wiele jeszcze razy.

Natomiast Cezary Michalski przedstawiając receptę „Jak pozbawić władzy Kaczyńskiego” („Newsweek”, 13-19.07.2020) uważa: „Zamiast zapewniać, że nic, co dane przez PiS, nie będzie odebrane, demokraci i liberałowie muszą zaproponować Polsce własne 500+ – motywacyjne, wolnościowe, prorozwojowe, skupione na równości szans życiowego startu, a nie na równości żołądków. Demokratyczna opozycja ma w swoim programie wszystkie elementy takiego bonusu: stypendia dla dzieci z uboższych rodzin, pieniądze dla nauczycieli, obniżki podatków pomagające pracownikom i przedsiębiorcom. Jednak jej liderzy wciąż nie potrafią tego wypowiedzieć w postaci mocnego hasła.”

W tym kontekście paradoksem jest odwoływanie się Trzaskowskiego do tradycji Solidarności, która potrafiła jednak przedstawić swój program w 21 postulatach.

Odpowiedzialna polityka społeczna państwa

to niwelowanie różnic społecznych i wyrównywanie szans, adresowanie środków finansowych do grup i dziedzin działalności szczególnie ważnych, zagrożonych, ale również istotnych dla rozwoju kraju, także wsparcie najsłabszych. To nie mają być jakieś dawane z łaski bonusy, a naturalny wyraz odpowiedzialności państwa za swoich obywateli i dalszy jego rozwój.
Podkreślić jednocześnie należy, że jej istotnym elementem musi być egalitaryzm wyrażający się m. in. w progresywnym podatku dochodowym, tak zresztą znienawidzonym przez wielu liberałów, oraz kierowanie środków selektywnie do grup i dziedzin najbardziej zagrożonych. Również potrzebne jest tworzenie relacji pomiędzy pomocą państwa a odpowiedzialnością obywateli, stanowiąc realizacje wzajemnych zobowiązań i powinności.

Przykładowo będą to podatki wyższe dla lepiej zarabiających, 500+ i 13 emerytura uzależnione od sytuacji materialnej danej rodziny i wysokości otrzymywanych świadczeń, gdyż dla osób z wyższych finansowych półek służą dzisiaj jedynie do zakupu przysłowiowych wacików. I podobnie, pomoc finansowa medycznym rezydentom powinna jednocześnie zobowiązywać ich do wyznaczonego, obowiązkowego jej odpracowania w publicznej służbie zdrowia. Warto zresztą, poza proponowanymi stypendiami dla młodych z biedniejszych rodzin powrócić do znanego i wyjątkowo celnego systemu stypendiów fundowanych z czasów PRL, które, obecnie dostosowane do nowej sytuacji, zastępując pożyczki bądź dodatkowe zatrudnienie studenta, kierowały by niezbędne państwu kadry do najbardziej potrzebujących sektorów.

Budowa takiego programu

jest sprawą stosunkowo prostą i, co ważne, w realizacji finansowej możliwą, a w powszechnej społecznej percepcji również w pełni wiarygodną. Zwarty i konkretny koncept mógłby być adresowany do:
* rodzin – za R. Trzaskowskim darmowe żłobki i przedszkola ●
* młodych – za A. Zandbergiem mieszkania do wynajęcia finansowane przez państwo lub samorządy
* nauczycieli i lekarzy – wzrost zarobków w proporcji do zmieniającej się średniej płacy
* wyrównanie płac kobiet i mężczyzn
* wspomożenie najniższych emerytur dodatkową wypłatą ● osób od określonego wieku stałą ulgą na leki oraz dotacją do ośrodków opieki
* wsparcie matek na emeryturze – za M. Trzaskowską świadczeniem za każde dziecko.

Można tę listę bez większych problemów rozpisać jeszcze na kolejnych stronach, uwzględniając m. in. dofinansowanie służby zdrowia i wsparcie samorządów.Taki zwarty, czytelny i jednoznaczny program mógłby stanowić skuteczną przeciwwagę pisowskiemu rozdawnictwu dóbr, natomiast zasadniczą kwestią jest czy całą tzw. demokratyczną opozycję stać na jego akceptację. Rozwiewa częściowo te obawy liberalny publicysta Łukasz Pawłowski, który w tekście „Zrzutka na pożar Polski” („GW”, 18-19.06, 2020) wychodząc z odmiennych od lewicy paradygmatów akceptuje program prospołeczny m. in. takimi słowami: „ludzie kupują te wszystkie prywatne ubezpieczenia, korepetycje i wizyty u lekarza, bo tak chcą? Bo to wyraz ich wolności? Czy dlatego, że muszą, bo państwo nie wywiązuje się z umowy społecznej?”

Rafał Trzaskowski wielokrotnie mówił

o konieczności przebudowy działalności istniejących partii politycznych, zachęcał także młodych do partyjnej aktywności, ale z uwagi na jego możliwą sprawczość to wszystko dotyczy przede wszystkim macierzystej Platformy Obywatelskiej. Jednocześnie zapowiedział w Gdyni stworzenie ruchu obywatelskiego pod hasłem nowej solidarności pragnąc tym działaniem podtrzymać społeczną aktywność z okresu wyborczego.
Można zasadnie powątpiewać czy odwołanie się do Solidarności, której liczni następcy w postsolidarnościowych PO i PiS tak właśnie urządzali i urządzili obecną Polskę, jest najlepszym pomysłem, ale widocznie lepszego nie było. Natomiast sama idea powołania takiego ponadpartyjnego ruchu wydaje się celną, bo jak pisał Marek Beylin („GW”,14.07.2020): „Wybory pokazały, że skończył się czas dominacji PiS w społeczeństwie. Nastąpiło masowe demokratyczne przebudzenie”, a tego trendu nie da się łatwo zatrzymać.

Jedno wydaje się pewnym, że Platforma Obywatelska w swoim dotychczasowym kształcie wyczerpała możliwości przywódcze na polskiej scenie politycznej. O paradoks, potwierdził to na gdyńskim wiecu jej obecny lider Borys Budka wypowiadając bardzo wiele okrągłych i pustych w sumie słów o zmianie Polski, z których jednoznacznie wynikało, że takim sposobem żadnych zmian dokonać nie sposób. Natomiast sądzić należy, że Trzaskowski taką świadomość posiada.

Utrzymanie i zjednoczenie aktywności

z czasów wyborów w jakiejś formie ruchu obywatelskiego, postulowane przez wielu publicystów, stanowiło by pewne odwzorowanie Zjednoczonej Prawicy, dające szansę na opór wobec zamiarów PiS, a następnie odsunięcie go od władzy. Zadanie nadzwyczaj trudne, skomplikowane i wymagające przede wszystkim daleko idącego kompromisu i powszechnego zrozumienia nadrzędnego celu, jakim jest obrona demokracji i prawa w Polsce.

Z tym zrozumieniem mamy już dziś kłopoty, bo Bartosz Rydliński tak pisze: „Zrozumiałe jest to, że spora część lewicy chciała i zagłosowała na Trzaskowskiego w kontrze, w proteście przeciwko Andrzejowi Dudzie i praktyce rządów PiS. Ale jest pewna subtelna, acz ważna różnica w podejściu „głosowałem, chociaż się z tego nie cieszyłem”, a entuzjastycznym popieraniem kandydata, który co prawda ma demokrację na sztandarach, ale w wielu fundamentalnych kwestiach jest niezwykle bliski tradycji partii Jarosława Kaczyńskiego.”(„D-T”, 20.07.2020). Sądzę, że ta demokracja na sztandarach Trzaskowskiego w zupełności wystarcza różnicując go fundamentalnie od Kaczyńskiego, a entuzjazm wyrażał nadzieję na klęskę Dudy. Ale tak się nie da budować jakiegokolwiek porozumienia.

Bardzo dużo nie wiemy – czy Trzaskowski będzie liderem takiego przedsięwzięcia gdyż do obecnej pozycji wyniosły go głosy sympatyków wielu partii i równie wielu przekonań; czy odezwą się stare polskie swary, różne interesy poszczególnych politycznych ugrupowań i ich przywódców. Równie trudne będą poszukiwania wspólnej platformy programowej wśród często sprzecznych haseł, poglądów, przekonań.

Ale to nie jest mission impossible, w Polsce XX wieku kilkukrotnie się udało. Dlaczego nie teraz ?

Masz rację, Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat.

Masz rację Krzysiu

pisząc o „Lewicy Kaczyńskiego” („D-T”, 21.02.2020) i uświadamiając tym samym „szeregi zorganizowanej lewicy”, ale można jeszcze rozszerzyć ten temat  

W obszernym, dobrze udokumentowanym wywodzie Krzysztof Janik – jak sam przyznaje – z dydaktycznego usposobienia – dokonuje pełnej wiwisekcji tego, co za lewicowość w działaniach partii Kaczyńskiego uważają niektórzy. Bardzo krytycznie ocenia i nadto tłumaczy co jest sednem socjaldemokratycznej polityki socjalnej, ale nie wyjaśnia dlaczego przyjęło się to populistyczne rozdawnictwo nazywać „lewicowością”, Przecież i sam PiS, i cala Zjednoczona Prawica, nie wspominając o pozostałej oraz wspomagającym na różne sposoby Kościele katolickim tego słowa w jego pozytywnej konotacji unikają jak ognia, a ten ostatni, jak szatana. Może, poza negatywną oceną przekupstwa PiS, niby na wzór zarzucanego lewicy populizmu, kryje się jednak przekonanie o konieczności zaspokojenia elementarnych potrzeb życiowych bardzo wielu ludzi?

Podczas spotkania ze znaną Panią Profesor, po zgodnej ocenie naszej politycznej codzienności, zadała mi pytanie: Jak pan sądzi, kiedy to wszystko się zaczęło ?

Grzech pierworodny – 

odpowiedziałem – miał miejsce w 1989-90 roku, gdy w wąskim, solidarnościowo-rządowym gremium przyjęto arbitralnie doktrynę neoliberalizmu jako najlepszy i jedyny sposób rozwiązania nie tylko naszych ówczesnych gospodarczych problemów, ale i urządzenia nam Polski na przyszłość. Symbolami tamtych czasów stały się liczne chóry piewców wolności i brania spraw w swoje ręce, co trwa po dziś dzień, bo Leszek Balcerowicz twierdzi, że „Populistyczne hasła krytykujące reformy sprzed 30 lat są wyrazem głupoty albo skrajnej nieuczciwości” („GW”,25.02.2020). Pojawił się także słynny tischnerowski homo sovieticus, który nie wiedzieć czemu tęsknił także za jakąkolwiek pracą, a zapewne jeszcze za zakładową stołówką i innymi, podobnymi komunistycznymi symbolami.

Oblicze tak odmienionej naszej ziemi nawiedził na stałe bóg-pieniądz, a więc pogoń za kasą stała się najważniejszym staraniem Polaków, z życiowej konieczności, bądź z chęci posiadania coraz więcej, I tak ten neoliberalny kanon po dziś dzień funkcjonuje z dostosowującym się do niego, z przymusem lub zadowoleniem, społeczeństwem.

Przełomowym momentem – 

dodałem po chwili – były również lata rządów lewicy, gdy koalicją SLD-UP wygrała wybory parlamentarne w 2001 roku. Ten czas miał, w skrócie niejako, dwa oblicza: odziedziczoną po rządach AWS-UW ogromną dziurę budżetową zasypano (nota bene po rządach PiS też będzie podobnie), wzrost gospodarczy wyniósł 7%, ukończono z powodzeniem negocjacje akcesyjne z Unią Europejską, do której Polska wstąpiła 1 maja 2004 roku. Niewątpliwe osiągniecia przekreślone zostały jednak sporym zaciskaniem pasa, aferami, także finansowymi, z udziałem prominentnych działaczy SLD, walką na samych szczytach władzy, a nadto takimi decyzjami rządu, które z głoszonym lewicowym programem i społecznymi oczekiwaniami nie tak wiele miały wspólnego. Nie od rzeczy więc narodziło się wtedy powiedzenie o kawiorowej lewicy, dbającej więcej o swoje interesy niż o pozostałych obywateli.

Godot, który miał Polskę prowadzić nadal w kapitalistycznym kierunku, ale socjaldemokratyczną drogą okazał się złudzeniem nie wiele lepszym od poprzedników, i od tego czasu Polacy przestali wierzyć nie tylko w jego możliwości, ale i w samo jego istnienie.  Tak to pozostało po dzień dzisiejszy, z marnymi w sumie perspektywami tak dla lewicy jak i dla ogółu.

Tę odpowiedź 

zaakceptowała moja Rozmówczyni, acz nie wiem czy zadowoliłaby ona autora przywołanego tekstu, gdyż pozornie nie jest na temat. Jednak ten „lewicowy” koronawirus PiS z jego pandemią nie spadł nagle z nieba i z jakiejś przyczyny przecież zaistniał?

Poza antraktem 

w wykonaniu PiS-Samoobrona-LPR, przez następne osiem lat PO podawała Polakom w nadmiarze symboliczną ciepłą wodę okraszoną „Orlikami” w każdej gminie, które stanowiły sztandarową inwestycję tej partii. Wszystko pozostałe jakoś się toczyło, czasem zupełnie nieźle, ale nie dzięki szczególnej rządowej aktywności, a samorządowej i obywatelskiej przedsiębiorczości oraz wielkiej emigracji za lepszym chlebem. I utrwaliło się przekonanie, że pieniądz ponad wszystko, bo nigdy go za dużo, a szczególnie tam, gdzie ma miejsce jego brak bądź niedostatek.

Katastrofalna miłość do pieniędzy 

dotyczy także producentów rozlicznych dóbr, w tym przykładowych 18 rodzajów jogurtu, o czym niedawno pisał obszernie Wojciech Orliński („GW”, 22.02.2020). Ich celem nie jest bowiem zaspokojenie rzeczywistych potrzeb konsumentów, a jedynie pomnażanie zysku. Oznacza to tworzenie sztucznego, reklamowanego zapotrzebowania na wielki stragan rzeczy często zbędnych, tylko pozornie bardziej użytecznych, nowszych, lepszych. A w demokratycznych pięcioprzymiotnikowych wyborach liczy się jeszcze, co najmniej na równi, rzeczownik pieniądz, o czym pisał Jacek Uczkiewicz w cytowanym „D-T”; dodatkowo, gdy jest szansa na zwycięstwo politycznego przeciwnika, to zmienia się zasady ordynacji wyborczej, jak tego dokonał w 2001 roku Sejm głosami AWS, UW i PSL. Podobnie, ale z wcześniej niespotykaną zachłannością, dzieje się tak w Kościele – Matce  Naszej, który swoje dochody z tacy w zasadniczy sposób pomnaża rozlicznymi państwowymi dotacjami.

Wszechpotężna mamona

stała się tym lepszym pieniądzem i jest w nadmiarze gromadzona (na aktualnej liście polskich bogaczy przybyło 14 miliarderów), a z obiegu wyparła kiedyś uznawane wartości, jako dziś gorsze, podrzędne, mniej warte zachodu, a przede wszystkim znaczenia. Ostało się jedynie, nie wiedzieć czemu, i zapewne tylko do czasu, porzekadło, że nie wszystko jednak w życiu można kupić.

Taki stan naszych rzeczy 

wzmocniony nadto pseudoideologią PiS, stanowiącą zlepek wybranych narodowych aspiracji i fobii, patriarchalnych gradacji i obaw przed światem, codziennych kłamstw rządzących i  katolicyzmu w swojskim, ludowym wydaniu, ale bez czynnej akceptacji podstawowych zasad wiary, niesie różne dalsze, w tym i polityczne, konsekwencje, budzące zrozumiałe powszechne obawy, szczególnie wśród tych, którzy przewidują jeszcze czarniejszą naszą polską przyszłość.

Stefan Chwin pyta: „Czy w przyszłej Europie będą obozy koncentracyjne?”, bo „Nie ma niczego bardziej kruchego niż demokracja liberalna, która w każdej chwili może się rozsypać pod ciemną presją mas zwiedzionych słodkimi obietnicami…przeciwstawiajmy się złu u samych jego słodkich początków, gdy się dopiero wykluwa w pogodnej masce miłości do ojczyzny, dobra, sprawiedliwości, prawa i wspólnoty, a nie wtedy, kiedy jest już za późno” („Newsweek”, 3-9.02.2020).                                         A jeszcze wcześniej, też w tym tytule (16-29.12.2019) Marcin Król m. in. wieszczy: „Będzie tylko powszechny chaos. Już widać jego początki, na przykład w polskim sądownictwie”, a jedyne remedium widzi, na wzór byłej Solidarności, w nadziei „na inne rozwiązanie na rzeczywistą wspólnotę: niewymuszoną i niewymuszającą. Nadzieja ta nie minęła, chociaż – niesłusznie – tamto doświadczenie zostało do cna zapomniane na skutek zerwania ciągłości.”

Te rozważania i rady niestety napotykają opór ciemnych mas, pozbawionych przez III Rzeczpospolitą solidarnościowych złudzeń i nadziei na rzeczywistą wspólnotę, chcących jednak uczestniczyć w sprawiedliwym podziale bochna polskiego chleba. Dodaje do tego Adriana Rozwadowska w cytowanym już „Newsweeku”: „Jeśli urodziłeś się w Polsce w rodzinie pracowników fizycznych, to spośród obywateli i obywatelek 39 krajów masz niemal największe szanse na to, że umrzesz jako pracownik fizyczny…W Polsce dziecko pracownika fizycznego ma 40 proc. szans na powtórzenie losu swojego ojca i 25 proc. szans na awans społeczny.”

Perspektywy rozwiązania 

aktualnej polskiej kwadratury koła, w którym kwadrat stanowi stan obecny o koło niestety tylko przez niektórych pożądany, są – pisze to niepoprawny optymista – nadzwyczaj ograniczone. Zapewne możliwe przy zaistnieniu ekstremalnych sytuacji typu: wielki kryzys ekonomiczny odbierający Polakom wielokrotność 500 —, wyjątkowa niewydolność którejś z funkcji państwa, katastrofa przyrodnicza lub inna z kompromitującymi wypowiedzią i działaniami rządzących, ujawnienie nadzwyczajnej (!!!) afery i jeszcze, bardzo liczące się,  poważne sankcje Unii Europejskiej. Ale poza nimi, w naszej normalno-nienormalnej aktualnej sytuacji nawet wygrana kandydata opozycji na prezydenta niewiele zmieni, bo jak ostatnio zapowiedział Jarosław Kaczyński, jeśli Duda przegra, będziemy trwać. Co prawda ze zwiększonymi problemami, podobnie jak to już ma miejsce w Senacie, ale z większością parlamentarną i tłumem beneficjentów tej władzy oraz niestety nadal z liczącym się elektoratem.

Zapowiada się więc 

raczej długi i bardzo uciążliwy marsz ku jakiej takiej normalności i nie wiadomo czy, jak ten chiński, zakończy się sukcesem. Lepiej byłoby go nazwać Pracą Organiczną II, na wzór tej pierwszej, która w sprzyjających warunkach potwierdziła swoją skuteczność.

Na tej drodze podstawowymi kierunkowskazami będzie, czy się to komuś podoba czy nie, lewicowość, ale nie pisowska, a socjaldemokratyczna, rozumiana przede wszystkim jako wolność, demokracja i rzeczywiście realizowana sprawiedliwość społeczna.

Lewica Kaczyńskiego

Czy PiS jest ugrupowaniem lewicowym? Tak twierdzi wcale niemało publicystów i komentatorów polskiego życia politycznego, a nikt im nie daje odporu. Spróbuję ja, ze względu na moje dydaktyczne usposobienie, ale przede wszystkim ze względu na to, że brednię tę zaczynam spotykać w szeregach zorganizowanej lewicy.

„Czemu Wy nie daliście po 500” – zapytał mnie kiedyś pryszczaty lewicowiec. „Bośmy nie mieli” – to jeszcze rozumie. „Bo to nie jest lewicowe” – tego nie zrozumiał w ogóle. Ponieważ „pryszczatych” w rozmaitym wieku jest więcej, to spróbuję na przykładzie PiS im to wytłumaczyć. Zacznijmy od prostej konstatacji.

Czym jest polityka socjalna?

To polityka redystrybucji środków materialnych prowadzona w sposób, którego konsekwencją jest realne zmniejszenie różnic społecznych, zwłaszcza wynikających z niedostatku oraz niskiego kapitału ludzkiego i społecznego. Państwo – zdaniem lewicy – powinno być zainteresowane równaniem startu życiowego wszystkich dzieci, mobilnością społeczną, pomnażaniem kanałów awansu społecznego, rotacją w elitach państwowych. Tu nie chodzi li tylko o lewicowe wartości. To kwestia rozwoju społecznego, ograniczenia oligarchizacji – słowem: siły i potencjału państwa. Zależności te odkryto jeszcze w XIX wieku i dlatego np. Skandynawia jest przedmiotem zazdrości wielu społeczeństw świata.

Co robi Prawo i Sprawiedliwość?

Kilkanaście lat temu zlikwidowało podatek spadkowy. Abstrahując od moralnych aspektów tego problemu (czyż rodzice nie pracują na dzieci?) skutki praktyczne są takie, że z innego poziomu startują do życia dzieci bogatych rodziców, z innego dzieci biednych. Podatek spadkowy jakoś (w niewielkim stopniu) to niwelował. Co prawda zabierając bogatym tylko trochę z tego dawał biednym, ale przynajmniej trochę. Ale PiS na tym nie poprzestało, bowiem ograniczyło redystrybucję zmniejszając ilość progów podatkowych. Czyli kasy na biednych było mniej. Korzystała z tego potem Platforma z PSL-em, pomimo, że to wiejskie dzieci straciły najwięcej. Mit klasy średniej, do której aspirowali (a przynajmniej powinni) wszyscy, połączony z doktryną „ciepłej wody” paraliżował lewicę, choć nie tylko. Nawet Kosiniak-Kamysz (młody), rozumiejący dość liberalnie istotę polityki socjalnej, daleki był od zwrócenie uwagi na biednych, kosztem odbierania bogatym. Tak, nawiasem mówiąc, uwolnienie emerytur od podatku mieści się w kanonie tak rozumianego liberalizmu. Biednemu emerytowi oddamy nieco ponad 2 tysiące złotych, bogatemu kilka razy tyle.

Kilka lat temu PiS wprowadziło 500+ na każde dziecko. Gest wart dwadzieścia kilka miliardów, a do tego doszło jeszcze kilkanaście miliardów na tzw. trzynastą emeryturę. Poprawiło się wszystkim. Tym bogatym i tym biednym. Tym, co zarabiają płacę minimalną i tym, którzy otrzymują jej kilkunastokrotność. Tym z emeryturą 1000 złotych i tym, co otrzymują z naszej wspólnej kasy dziesięć razy tyle. Lud, w tym lewicowy, zapiał z zachwytu. Elity, zwłaszcza lewicowe, trochę marudziły, że to wypchnie kobiety z rynku pracy, a ludzie przyzwyczają się, że ich dochody nie będą miały żadnego związku z wykonywaną pracą, jej ilością i jakością. Mówiąc po marksowsku, praca – jedyne dobro, którym dysponuje klasa pracująca – przestanie być źródłem dobrobytu. To jest problem dla lewicy i dla państwa. Po „śmieciówkach” Tuska, znowu najważniejszy dla ludzi pracy problem: godne i adekwatne do wysiłku wynagrodzenie, został wypchnięty z głównego nurtu debaty publicznej. Mało kto to zauważył – spora część lewicy też nie.

Nierówności

Ale idźmy dalej. Bo większy problem jest zupełnie gdzie indziej. Te drobne trzydzieści parę miliardów (500+ i 13-a emerytura) przykryła co innego. Mianowicie to, że władza przestała zauważać (i przejmować się) stanem i finansowaniem usług publicznych. Nie ma pieniędzy na oświatę i publiczną opiekę nad dzieckiem, na służbę zdrowia i publiczny transport, a wreszcie na efektywną politykę socjalną. Na nic strajki nauczycieli (i tak ich nie lubimy) czy protesty niepełnosprawnych. Pieniędzy na to akurat zabrakło. Ale lud, upojony pięćsetkami, tego jeszcze nie widzi. Do ludu nie mam pretensji – do lewicy już tak, że nie krzyczy, że ludziom nie tłumaczy.
Jaki wyraz praktyczny ma ten problem? W rodzinie biednej te dodatkowe 500 złotych idzie na konsumpcję. Kupi ona za to lepsze jedzenie, czasem jakiś gadżet, aby dziecko w szkole nie czuło się gorszym. Inflacja, która stoi za drzwiami uderzy w te rodziny najbardziej. Więcej będą kosztowały ziemniaki i kiełbasa, a dziecku się nie odmówi. Mniej zatem pójdzie na edukację i kulturę, wypoczynek i ubrania. W rodzinie bogatej te 500 złotych to środki inwestycyjne. Wyśle się za to dziecko do prywatnego żłobka i przedszkola, do prywatnej szkoły i na studia zagranicę. W jednym i drugim przypadku sprzyjać to będzie dziedziczeniu pozycji społecznej, likwidacji mechanizmów awansu społecznego. A przede wszystkim powiększać różnice społeczne, które blokują rozwój wspólnoty, obniżają potencjał państwa.

Z tej perspektywy lewica musi patrzeć na likwidację gimnazjów, na postulaty nauczycieli, na to co robi minister Gowin. W konkurencji o miejsce na Uniwersytecie wygra dziecko lepiej kształcone w szkole prywatnej i w dodatku studiować będzie za darmo. Dziecku z biednej rodziny, po prowincjonalnym liceum zostaje szkoła prywatna, na ogół dość kosztowna i nie zapewniająca kapitału, który daje Uniwersytet. Nie urażając w niczym tych szkół, rzadko która ma swoje akademiki, kluby studenckie, inwestuje w kulturę lub sport akademicki. Ważne, aby się punkty zgadzały.

Czy to robione jest z zamysłem? Być może jest jakaś część prawicy, która myśli, że ten „prosty lud” będzie nadal jej elektoratem. Ale jest w tym niekonsekwentna. Bowiem w drugim ważnym obszarze usług publicznych jakim jest służba zdrowia propaguje ten sam mechanizm. Biedni czekać będą miesiącami na dostęp do lekarza, bogaci po prostu go sobie kupią. Taki program jest rodem z najprymitywniejszego darwinizmu, od którego świat odszedł już wiele lat temu. Ale jest on tak naprawdę wspierany przez powszechne rozdawnictwo i znany mechanizm świadomościowej prostolinijności. Dopóki jesteś zdrowy (a przecież wszyscy mamy taką nadzieję), to te 500 złotych traktujesz jako rezerwę na wszelki wypadek. Ale kiedy on się zdarzy, to ta sama kwota stanowi zaledwie ułamek niezbędnych wydatków. Część ludzi o tym wie, część – jak na razie – tego nie doświadczyła. Życzmy sobie zdrowia.

Czy to znaczy, że jestem przeciwko 500+? Otóż nie, zwłaszcza, że ono już jest i zostało zagospodarowane w budżetach polskich rodzin. Nie, bo Polacy zarabiają za mało i jest to jakiś substytut wyższych wynagrodzeń, na które zasługujemy. Ale gdyby ktoś dał lewicy dwadzieścia parę miliardów do rozdania, to jednak dostać je powinny te wszystkie rodziny, w których dochód na człowieka nie przekracza minimum socjalnego. Od tegoż minimum powinna także zaczynać się najmniejsza emerytura. I nie opowiadajcie, że koszty obsługi tego programu byłyby większe. Samorządowcy już dziś prowadzą politykę socjalną. Niech rząd się od nich uczy i ich potencjał wykorzysta. Pani Zosi z biednej gminy gdzieś na Podkarpaciu wszystko jedno czy będzie wypłacać po 600 zł czy po 1600. Podejrzewam zresztą, że robić to będzie z większym zapałem. Że trafią te pieniądze do „patologii”? Otóż likwidacja tego zjawiska, to jest prawdziwa polityka socjalna. Chodzi nie tylko o pieniądze, tylko o te mądrze wydane. O żłobek, przedszkole,, szkołę, które wyrwą te dzieci ze patologicznego domu. Pokażą, że istnieje inny świat i jest on w ich zasięgu. Nie wiem czy dla PiS-u on istnieje, czy potrafią tak myśleć?

Sojusz tronu i ołtarza

Do tego chciałbym przywołać jeszcze politykę PiS wobec Kościoła. Zasadza się ona na tych samych celach. Ideałem większości polskich biskupów jest wszak społeczeństwo jak z II Rzeczypospolitej: biedne i nie wykształcone, pogodzone z losem i wierne autorytetom. Dla którego swojskość – mierzona starymi, dobrze znanymi rytuałami, standardami grzechu, piekła i nieba, jest zrozumiała i akceptowana. Umacnia ją Prawo i Sprawiedliwość polityką zaostrzania kar i jednoznacznością semantyczną, manichejskim postrzeganiem świata. Że to oddala nas od współczesności – cóż to „jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy”. A nasze dzieci czy wnuki?
Warto pamiętać powiedzenie starego konserwatysty: politykier myśli o najbliższych wyborach, polityk o kolejnych pokoleniach. O czym myślą ludzie z Prawa i Sprawiedliwości?

Zabiorą niepełnosprawnym, dadzą emerytom

Sejm zdecydował: Solidarnościowy Fundusz Wsparcia Osób Niepełnosprawnych będzie już „tylko” Funduszem Solidarnościowym. Gromadzone w nim środki będzie można przeznaczyć na wypłacanie i obsługę „trzynastek” dla emerytów. Niebezpiecznej, precedensowej decyzji nie powstrzymała opozycyjna większość w Senacie.

Senat usiłował zablokować takie rozszerzenie zastosowania funduszu, ale w Sejmie jego poprawka została 20 grudnia odrzucona. Ustawa trafi do prezydenta w takiej postaci, jakiej chciał PiS.
Fundusz wsparcia osób niepełnosprawnych miał być dowodem na to, jak Prawo i Sprawiedliwość przejmuje się losem osób niepełnosprawnych i zamierza umożliwić im coś więcej niż nędzną egzystencję. Został utworzony po proteście rodziców niepełnosprawnych w Sejmie. Finansowany jest ze składki stanowiącej 0,15 proc. podstawy składki na Fundusz Pracy. Od przyszłego roku dojdą jeszcze wpływy z tzw. daniny solidarnościowej – czteroprocentowego podatku od nadwyżki dochodów powyżej miliona złotych rocznie. Wobec niechęci PiS-u do poważnej progresji podatkowej te właśnie pieniądze mają teraz wystarczyć i dla niepełnosprawnych, i na regularną wypłatę trzynastych emerytur.

Przed głosowaniem doszło do dramatycznej konfrontacji między Iwoną Hartwich, niegdyś liderką protestu rodziców osób niepełnosprawnych, a obecnie posłanką KO, a ministrem rodziny, pracy i polityki społecznej Marleną Maląg. – Wczoraj jeszcze państwo dzieliliście się opłatkiem, dziś pozbawiacie osoby z niepełnosprawnościami szansy na odrobinę lepszego życia. Bo czym miał być fundusz solidarnościowy, to ja doskonale wiem, ale państwo również wiedzą, z czego wynikał. Powstał wyłącznie w celu pomocy osobom z niepełnosprawnościami. To była wasza odpowiedź na nasz protest – mówiła Hartwich.

– Rząd Prawa i Sprawiedliwości i Zjednoczonej Prawicy pokazał, że tworzy szeroką koalicję na rzecz wsparcia osób niepełnosprawnych – odpowiedziała w typowym stylu Maląg. Przekonywała następnie, że PiS przekazał na rzecz niepełnosprawnych o 10 mld złotych więcej, niż poprzednicy.

– Pomysł, żeby z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych finansować 13 emeryturę to właśnie cała prawda o „socjalnej” i „opiekuńczej” twarzy Prawa i Sprawiedliwości! Za ich wyborcze obietnice bez pokrycia zapłacą nie miliarderzy i korporacje, ale NIEPEŁNOSPRAWNI! – komentowała w listopadzie posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Również Piotr Szumlewicz, przewodniczący centrali Związkowa Alternatywa nie ma wątpliwości, że działania PiS są niesprawiedliwe i nieetyczne.

– Rząd sprawi przedwyborczy prezent relatywnie ubogiej grupie z środków przeznaczonych pierwotnie dla grupy jeszcze biedniejszej. Władza nie ma żadnej całościowej wizji świadczeń społecznych, a jedynie dosypuje pieniądze na wybranych obszarach, aby czasowo powstrzymać niezadowolenie społeczne lub zmobilizować swój elektorat do udziału w wyborach. Trzynasta emerytura to wzorcowy przykład świadczenia, które nie rozwiązuje żadnego problemu i nie poprawia trwale sytuacji emerytów. Zamiast wprowadzić trwały mechanizm waloryzacji emerytur, władza przeleje jednorazowo gotówkę seniorom tuż przed wyborami prezydenckimi – zauważa związkowiec. Szumlewicz przypomina również, że hojność PiS na polu wydatków socjalnych to mit.
– Z danych Eurostatu wynika, że Polska wciąż wydaje na politykę społeczną mniej niż wynosi średnia unijna, a wydatki w 2017 r. spadły w porównaniu z 2016 r. PiS nie dokonał więc żadnego przewrotu w polityce społecznej, a wręcz na wielu jej obszarach nastąpił regres – podsumowuje.

Selektywna polityka społeczna

W opinii rozpowszechnionej przez większość polityków i część ekspertów po wprowadzeniu przez rząd świadczenia Rodzina 500+ Polska przeznacza bardzo duże środki na politykę społeczną. Niedawny raport Europejskiego Urzędu Statystycznego pokazuje, że to nieprawda.

Z danych Eurostatu wynika, że wydatki na politykę społeczną w Polsce wciąż należą do najniższych w UE. Dzieli nas przepaść od rozwiniętych krajów Europy Zachodniej i to nie tylko w wydatkach liczonych nominalnie, ale też przy porównaniu procentowego udziału świadczeń społecznych w PKB.

Polskie państwo antysocjalne

Z raportu Eurostatu wynika, że w 2017 r. średnie wydatki na zabezpieczenia społeczne w UE wyniosły 27,9 proc. PKB i były o 0,1 pkt proc. niższe niż w 2016 r. oraz o 0,8 pkt proc. niższe niż w 2012 r. Największe wydatki na świadczenia społeczne w 2017 r. były we Francji – 34,1 proc. PKB, w Danii – 32,2 proc. w Finlandii – 30,6 proc. i w Niemczech – 30,3 proc.. Najmniej środków na cele społeczne przeznaczały: Rumunia – 14,4 proc., Łotwa – 14,8 proc., Irlandia – 14,9 proc. i Litwa – 15,1 proc.. Polska też usytuowała się znacznie poniżej średniej unijnej z wydatkami rzędu 20,3 proc. PKB.

Wydajemy więc aż o 7,6 pkt proc. PKB mniej niż wynosi średnia unijna. Gdyby polski rząd przeznaczał na świadczenia społeczne 27,9 proc. PKB, byłaby to kwota o blisko 160 mld zł rocznie większa niż obecnie. To 40 proc. całego polskiego budżetu! Okazuje się zatem, że pomimo wprowadzenia świadczenia Rodzina 500+, polskie wydatki na politykę społeczną wciąż należą do najniższych w UE.

Eurostat przedstawił też strukturę wydatków na politykę społeczną w państwach należących do Unii. Wynika z nich, że jesteśmy w ogonie UE odnośnie opieki zdrowotnej, przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu i walki z bezrobociem. Wydatki na ten ostatni cel w Polsce stanowią zaledwie 1,6 proc. wszystkich wydatków na politykę społeczną przy średniej unijnej 4,4 proc.. Na tym obszarze wyprzedzamy tylko Rumunię i Wielką Brytanię.

Niektórzy eksperci twierdzą, że przy relatywnie niskim bezrobociu nie ma sensu wydawać większych środków, ale aktywna polityka rynku pracy polega między innymi na tym, że państwo angażuje się na rzecz tworzenia godnych, stabilnych miejsc pracy i przeciwdziałania długoterminowemu pozostawaniu bez pracy. W Polsce niestety takie działania nie są podejmowane. Stąd olbrzymia skala śmieciowego zatrudnienia, w tym szczególnie wymuszonego samozatrudnienia i umów na czas określony oraz wysoki udział osób długotrwale bezrobotnych.

Ochłapy dla chorych i bezdomnych

Jeszcze gorzej wygląda sytuacji odnośnie walki z wykluczeniem społecznym i bezdomnością – tutaj Polska zajmuje niechlubne, ostatnie miejsce w UE z wydatkami na poziomie 0,8 proc. całości wydatków społecznych przy średniej unijnej 4,0 proc.. Wreszcie bardzo marnie wygląda Polska, gdy przyjrzymy się skali wydatków na służbę zdrowia i wsparcie dla osób z niepełnosprawnościami. Łączny udział wydatków na ten rodzaj świadczeń w stosunku do kosztów całej polityki społecznej wynosi w Polsce 30,1 proc. przy unijnej średniej 37,1 proc.. Na tym polu wyprzedzamy tylko Cypr, Włochy i Grecję.

Będzie jeszcze gorzej

Warto też zwrócić uwagę, że w Polsce szczególnie niskie są wydatki na usługi publiczne. Dużą część wydatków społecznych stanowią bowiem świadczenia pieniężne takie jak program Rodzina 500+ czy Wyprawka+. Bardzo niewiele zaś Polska wydaje na rozwój wysokiej jakości usług publicznych, szczególnie tych związanych z opieką przedszkolną i opieką senioralną.

Dane Eurostatu pokazują też, że, wbrew retoryce władzy, po istotnym wzroście wydatków na politykę w 2016 r., rok później nastąpił już spadek. W 2016 r. Polska wydała na świadczenia społeczne 21,0 proc. PKB, w 2017 r. już tylko 20,3 proc.. Polska, która znacznie odstaje od większości państw Unii w tej kwestii, już niedługo zacznie odstawać jeszcze bardziej.

500+ po włosku

We Włoszech został uruchomiony program socjalny, na podstawie którego bezrobotni i niezamożni obywatele mają zapewniony bezwarunkowy dochód podstawowy.

Zasiłek dla samotnych obywateli oraz obcokrajowców mieszkających we Włoszech ponad 10 lat wynosi 500 euro miesięcznie w przypadku, jeśli dochody są równe zeru. Rodzina bez dochodu i z trójką niepełnoletnich dzieci otrzyma 1050 euro, a rodzina wynajmująca mieszkanie będzie mogła ubiegać się o dodatkowy zasiłek w wysokości 280 euro. W ten sposób włoska prawica wywiązuje się z wyborczych obietnic – wprowadzenie bezwarunkowego dochodu było jednym ze sztandarowych haseł Ruchu Pięciu Gwiazd. Nie dziwi więc, że już pierwszego dnia jego obowiązywania ustawiły się kolejki chętnych do złożenia wniosków.
Z danych Eurostatu za styczeń 2019 r. wynika, że włoski wskaźnik bezrobocia na poziomie 10,5 proc. jest jednym z najwyższych w Europie. Z kolei zgodnie z danymi ISTAT-u, głównego urzędu statystycznego Włoch, w 2017 r. liczba Włochów żyjących w skrajnej biedzie wyniosła 5,1 mln, co oznacza ponad trzykrotny wzrost w ciągu jednej dekady.
Z wyliczeń urzędu wynika też, że dochód obywatelski może na początku trafić do ok. 2,7 mln osób, co w 2019 r. będzie kosztowało budżet 7 mld euro.
Rozwiązania oparte na dochodzie podstawowym testowała w ciągu dwu ostatnich lat Finlandia. Podobne eksperymenty zamierzają przeprowadzać także Niemcy.

Największa słabość PiS

Bezpieczeństwo to kluczowe pojęcie w gramatyce politycznej Prawa i Sprawiedliwości.

W 2015 roku Kaczyński i spółka zapewniali, że w przeciwieństwie do nieodpowiedzialnych aferałów z Platformy Obywatelskiej i nieznających życia lekkoduchów z lewicy, oni są w stanie zapewnić bezpieczną egzystencję w stabilnym kraju. Paliwem w tym temacie był przede wszystkim temat uchodźców, którym PiS zamierzał zatrząsnąć drzwi przed nosem. Ale ponowne rządy prezesa miały oznaczać również koniec afer w instytucjach publicznych i niekompetentnego zarządzania zasobami państwowymi. Platfomerskich „kolesi” zastąpić mieli nieprzekupni patrioci z twardymi zasadami etycznymi. Część wyborców oddała głos na PiS, bo oczekiwała sanacji życia publicznego. To oczywiście naiwna postawa, ale z drugiej strony – trudno dziwić się ludziom, że chcą żyć w uczciwym i bezpiecznym kraju.
Jeśli jest pole, na którym PiS rozczarował kompletnie tych, którzy na niego postawili, to jest to właśnie polityka bezpieczeństwa. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że zarządcy spółki Cenzin, strategicznego podmiotu skarbu państwa wchodzącego w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowe, przez pół roku nie mieli pojęcia, komu przelewają pieniądze. W czasach szeryfa Ziobry i control freaka Brudzińskiego do orżnięcia państwowej firmy handlującej bronią wystarczy wysłanie jednego e-maila, którego nadawca podał się za czeskiego dostawcę broni, informując o zmianie numeru konta. Zgodnie z wyjaśnieniami złożonymi przez biuro prasowe spółki, adres nie wzbudził żadnych podejrzeń, a więc pracownik działu finansowego dokonał korekty w systemie. W efekcie przez kolejne miesiące przelewy na łączną kwotę 4 mln złotych nie trafiały do czeskiego partnera, a…no właśnie, państwo PiS nadal nie ma pojęcia gdzie. Ale próbuje się dowiedzieć. Podobno sprawą zajęła się już Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Spółka poinformowała również, że został rozpoczęty audyt, który ma na celu ustalenie, jakie systemy zabezpieczeń będą potrzebne, aby zapobiec podobnym przykrościom w przyszłości. Ktoś zwrócił uwagę, że casus Cenzinu znajdzie się w prezentacjach i podręcznikach dla początkujących menedżerów podmiotów prywatnych i publicznych na temat niewiarygodnych, ale prawdziwych zaniedbań w zarządzaniu bezpieczeństwem.
W 2018 roku ofiarami „phishingu” padały głównie osoby starsze czy z jakichś powodów słabo zorientowane w świecie sieciowym. Teraz okazuje się, że w określonych warunkach politycznych, problem ten może dotyczyć również spółek skarbu państwa.
Najgorszą wiadomością dla PiS jest moment, w którym afera Cenzinu ujrzała światło dzienne. Partia, dotychczas dysponująca psychologiczną przewagą siły i pewności nad przeciwnikami, w ciągu ostatnich trzech miesięcy została mocno poturbowana. Mam tu na myśli zarówno gdańską tragedię, jak i kolejne afery: KNF, Taśmy Kaczyńskiego, KGHM, a także, co ma ogromne znacznie w kontekście pękającego mitu formacji zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa – aferę Misiewicza. Trochę o tym zapomnieliśmy, bo stało się to niemal w przed dzień publikacji nagrań z udziałem prezesa. Ale to właśnie sprawa aptekarza z Łomianek, który w arcypodejrzanych okolicznościach został szefem gabinetu politycznego ministra obrony narodowej, faceta o aparycji bywalca klubu Ekwador w Manieczkach, którego wyraźnie jarało, kiedy żołnierze Siły Zbrojnych stawali przed nim na baczność i który rozbijał się służbowymi furami po warszawskich dzielnicach rozpusty, to właśnie ta afera w zestawieniu z kuriozum w spółce Cenzin może stanowić najbardziej bolesny cios dla ugrupowania Kaczyńskiego w roku wyborczym.
PiS pokazał słabość na obszarze, po którym jego elektorat, szczególnie ten „twardy”, oczekiwał najwięcej. To może prezesa sporo kosztować, jeśli nie utratę władzy, to może brak możliwości samodzielnych rządów w przyszłym parlamencie.

Czy warto bronić PRL?

Perspektywa kobieca.

 

Nie mam wątpliwości, że warto. Jednak rozstrzygając wątpliwości innych, nie można polegać wyłącznie na sentymencie. Twarde fakty również przemawiają na korzyść „poprzedniej epoki”. Bo dokładnie te same dziedziny życia społecznego, które Polska Ludowa otaczała szczególną troską, dziś leżą odłogiem. Kobiety pracujące, matki – odczuwają to szczególnie dotkliwie.

 

3 narracje

Rzetelna ocena PRL to trudne zadanie – odkłamanie PRL to jednak obowiązek lewicy, jeżeli nie chce utonąć w morzu IPN-owskich prawicowych wizji tego okresu jako sowieckiej okupacji i „totalitaryzmu”. Ta narracja dziś dominuje: swój udział ma w tym propaganda Telewizji Publicznej oraz wdrażanie ustawy dekomunizacyjnej – niejednokrotnie siłowe, zwłaszcza w mniejszych gminach.

Komponując słowo wstępu, warto podeprzeć się publikacją Piotra Szumlewicza i Jakuba Majmurka „PRL bez cenzury”. Po 1989 roku Polska Ludowa stała się negatywnym punktem odniesienia dla większości elit.

Jak twierdzą autorzy: „Poprzez jego krytykę uzasadniają one rozwarstwienie społeczne, strukturalne bezrobocie, wydłużanie tygodnia pracy czy utrzymanie płacy minimalnej na bardzo niskim poziomie. Krytyce Polski Ludowej towarzyszy zatem przedstawianie społecznych patologii jako prawidłowości rozwoju gospodarczego. W ten sposób atak na PRL pełni funkcję legitymizowania istniejącego ładu społeczno-ekonomicznego”.

Książka wyróżnia 3 główne narracje wokół Polski Ludowej: postsolidarnościowo-prawicową (PRL to ustrój totalitarny, siłą narzucony przez sowiecką okupację), sentymentalną (odpowiedź na pierwszą + podkreślenie bezpieczeństwa socjalnego), a także nostalgiczną (bazującą na anegdotach, filmach, opowieściach i mitach). My dziś w większości opowiadamy się za drugą. W przekazie medialnym dominuje dziś jednak pierwsza – dlatego zapewne dziś badania opinii publicznej nie prezentowałyby się dla zwolenników PRL-u tak korzystnie jak w pamiętnym raporcie CBOS z 2014 „PRL – doświadczenia, oceny, skojarzenia”.

Swego czasu większość mediów obnosiła zawarte w nim konkluzje ze zdziwieniem (chodzi o pamiętne „44 proc. Polaków dobrze wspomina PRL”).

 

Co ci przypomina widok znajomy ten?

Zajrzyjmy więc do raportu CBOS:

„Do wymienianych najczęściej konkretnych skojarzeń z okresem PRL należą: brak bezrobocia (19 proc., kolejki (18), puste półki w sklepach (17) oraz kartki na żywność i inne produkty (17)”. Mimo wszelkich uciążliwości, Polacy cenią sobie stabilność zatrudnienia.

„Co piąte skojarzenie z okresem PRL związane jest z ówczesną polityką na rynku pracy (łącznie 21 proc.), przy czym w niemal wszystkich przypadkach chodzi o pewność zatrudnienia i brak bezrobocia (19). Nieliczni zwracali w tym kontekście uwagę na większą dbałość o pracowników, m.in. na politykę socjalną zakładów pracy (2), albo akcentowali negatywne konsekwencje związane z obowiązkiem zatrudnienia (1).

PRL kojarzy się również „z lepszą polityką społeczną (6 proc.) lub po prostu z łatwiejszym, spokojniejszym i mniej stresującym życiem (3), z porządkiem społecznym (2) lub z większym poczuciem bezpieczeństwa (2)”.

 

Kobieta awansuje w społecznej hierarchii

Tu podpieram się pracami „Wpływ kobiet na politykę państwa na przykładzie Polski i Hiszpanii” Emilii Drewniak oraz kompendium „Wywołać z milczenia. Historia kobiet w PRL-u – kobiety w historii PRL-u” Agnieszki Mrozik

PRL przede wszystkim nie cieszy się, jak udowadnia Mrozik, szczególnym zainteresowaniem badaczek i badaczy ruchu kobiecego. Powtarzana jest mantra o fasadowości i pozorności upodmiotowienia kobiet.
Zaprzecza tej tezie cytowana przez Mrozik Małgorzata Fidelis i jej „Kobiety, komunizm i industrializacja w Polsce”: Fidelis zaprzecza tej dominującej dziś narracji. Zwraca uwagę na rolę kobiet jako AKTYWNYCH NEGOCJATOREK SWOJEJ POZYCJI W SIECI ZALEŻNOŚCI SPOŁECZNYCH – na przykładzie aktywnych zawodowo robotnic.

Fidelis rozróżnia przede wszystkim epokę stalinizmu – której absolutnie nie wybiela, oraz czas odwilży – kiedy emancypacja kobiet nagle przyhamowała, kobiety zaczęły być wypychane z rynku pracy do domów lub do słabiej płatnych zawodów. Hasłem przewodnim tej epoki było wszak „Irena, do domu!”.

Badaczka swoje wnioski wysnuwa z analizy sytuacji kobiet zatrudnionych w zakładach przemysłu bawełnianego w Zambrowie i Żyrardowie oraz kobiet pracujących w śląskich kopalniach. Udowadnia, że miały one wielki wpływ na kształtowanie rzeczywistości zawodowej i warunków pracy – przykładem fala kobiecych strajków z wczesnych lat 50. – wówczas według Fidelis narodziła się idea „kobiecego protestu”, jaką znamy dzisiaj. Robotnice (m.in., żyrardowskie tkaczki) twardo domagały się zniesienia podziału zawodów na męskie i żeńskie.

„Wykorzystywały swą nową tożsamość pracownic socjalistycznego państwa, a także tradycyjne rozumienie kobiecego honoru i różnicy płci, […] by obnażyć sprzeczności komunistycznego projektu i zrealizować swoje cele – m.in. poprawę jakości żywienia i dostaw surowców do fabryk”.

W okresie stalinizmu ścierały się dwa wzorce obyczajowo-spoleczne – PPS-owski (kobieta – matka Polka) i PPR-owski (ideał robotnicy. I ten okres właśnie był najbardziej owocny jeśli chodzi o przełamywanie stereotypów tradycyjnych ról wpłciowych z II RP (analfabetyzm, zależność ekonomiczna).

„Autorka przytacza dane, które wskazują, że wraz z przeprowadzką ze wsi do miasta, zdobywaniem wykształcenia oraz znajdowaniem pracy w zawodach tradycyjnie określanych jako męskie (górnik, hutnik, spawacz, motorniczy, taksówkarz itd.) kobiety awansowały w społecznej hierarchii, co nie pozostawało bez wpływu na ich życie seksualne, relacje z mężczyznami i rodziną. Większa niezależność finansowa przekładała się bowiem na swobodniejszy stosunek kobiet do ich tradycyjnych ról w społeczeństwie (żony i matki), większe wymagania wobec partnera czy szerzej – bardziej partnerski model związku”.

Autorka zwraca też uwagę na to, że władze PRL zrobiły sporo, aby w miarę bezboleśnie dostosować radziecki archetyp „świętej traktorzystki” do polskich realiów. Po 1953 roku ten symbol równouprawnienia został całkowicie odrzucony jako symbol obcej dominacji. Autorka udowadnia, że było to potrzebne na poziomie wspólnoty narodowej, aby odzyskać tożsamość – lecz wówczas sytuacja zawodowa kobiet uległa pogorszeniu. Nagrodą pocieszenia – według Fidelis – okazała się liberalizacja prawa aborcyjnego w 1956 roku.

Gdyż w kwestii obyczajowości stalinizm – trudno zaprzeczyć – tłamsił kobiety, czerpiąc z II RP pełnymi garściami.

Na przykład podaje Fidelis przykłady zdarzeń, w trakcie których urzędnicy partyjni, nie mogąc poradzić sobie z „rozpasaniem” seksualnym młodych robotnic (na przykład w Zambrowie), wzywali na pomoc ojców dziewcząt, by „siłą swego autorytetu” (czyli de facto przemocą) sprowadzali je na „dobrą drogę”. W tym samym czasie duchowni w czasie nabożeństw gromili „rozwiązłe” kobiety, które wolały „używać życia” zamiast realizować się jako matki i żony (tu istniał do pewnego momentu swoisty sojusz Partii i kościoła).

Seks był przy tym mocno stabuizowany. W stalinizmie seksualność kobiety miała realizować się głównie w rodzinie, mężczyzny – poza rodziną. Później nastąpił powrót do emancypacyjnych wzorców z okresu po rewolucji październikowej, kiedy wręcz padały z ust Aleksandry Kołłontaj stwierdzenia o przeżytku rodziny jako burżuazyjnego tworu.
Zresztą ustawa w początkowym swoim kształcie też była „dobrem reglamentowanym”:

„W tym kontekście liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w 1956 roku jawi się jako swoista nagroda pocieszenia dla tracących stabilne zatrudnienie Polek, początkowo przyznawana zresztą tylko wybranym (na przykład kobietom, które już wypełniły obowiązek macierzyństwa) i w drodze silnych obostrzeń (do 1959 roku o tym, czy kobieta może przerwać ciążę, decydowali lekarze, którzy często wykorzystywali swoją władzę przeciwko pacjentkom, odmawiając im przysługującego prawa)”.

Jak dodaje jednak Małgorzata Maciejewska, „już trzy lata po wejściu w życie ustawy, tj. w roku 1959 roku, aborcja była możliwa już bez jakichkolwiek pozwoleń. Niestety jednocześnie państwo nie prowadziło działalności mającej na celu poprawę wiedzy kobiet na temat swojej płodności, nadal nie funkcjonowała edukacja seksualna – wprowadzona dopiero w 1981 roku pod nazwą

Przysposobienie do życia w rodzinie. Seksualność więc nadal była dla władz tematem tabu”.

Ale tutaj w sukurs przyszła m.in. Wisłocka i Lew-Starowicz.

 

Reprodukcja i produkcja – stalinizm

W XX wieku debata na temat regulacji prawa do aborcji dzieli się na 3 zasadnicze okresy (miedzywojnie, PRL, postkomunizm).

W międzywojniu ścierały się dwa mocne paradygmaty – tradycyjny skrajnej prawicy oraz wyzwolonej inteligencji. Tu oczywiście nie do przecenienia jest Boy – Żeleński, który razem z feministkami Ireną Krzywicką oraz dr Justyną Budzińską-Tylicką promował idee świadomego macierzyństwa. Dzięki ich staraniom w Kodeksie karnym z 1932 roku znalazły się regulacje w pełni odpowiadające naszemu dzisiejszemu „kompromisowi aborcyjnemu”. Aborcję niespełiającą tych warunków karano jednak 5 latami pozbawienia wolności.

Stalinowska polityka pronatalna, jak pisze David Hoffmann, była pod wieloma względami podobna do trendów ogólnoeuropejskich w pierwszej połowie XX w., które zmierzały do objęcia przez państwo kontroli nad organizacją reprodukcji.

 

Liberalizacja

Po 1956 roku ruszyli do boju społecznicy. Liga Kobiet oraz Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, świadome początkowych ograniczeń w stosowaniu ustawy, promowały antykoncepcję (zwłaszcza na terenach wiejskich) i edukację seksualną, aborcję uznając za ostateczność. W latach 60. nastąpił boom na globulki antykoncepcyjne i pierwsze leki hormonalne. Wtedy również zaczęto swobodniej podchodzić do realizacji zapisów ustawy. Zwłaszcza zapis o przesłance trudnych warunków życia kobiety ciężarnej” zaczął być szerzej wykorzystywany.

Ponadto ustawa znosiła z kobiety odpowiedzialność karną za przeprowadzony zabieg, nawet jeśli nie był on dokonany legalnie. Ponosili ją natomiast dokonujący nielegalnej aborcji, również wtedy, gdy robili to za zgodą kobiety. Udzielenie jakiejkolwiek pomocy kobiecie ciężarnej w dokonaniu nieuprawnionego zabiegu było także uznawane za przestępstwo. W obu tych przypadkach zmniejszono jednak maksymalną karę przewidywaną za popełnienie czynu z 5 na 3 lata więzienia. Wprowadzono również kary za zmuszanie kobiet w jakikolwiek sposób do aborcji.

Państwo ze swej strony zapewniało więc aborcję de facto na życzenie, działacze społeczni – edukację przy cichym poparciu fasadowo pruderyjnych władz. Taki stan rzeczy miał miejsce przez większość czasu trwania PRL.

Abp Hoser stwierdził niedawno, że w PRL przeprowadzono 800 tys. aborcji. Nie było ich tak dużo. Fakt jednak, że w 1956 roku bano się katastrofy demograficznej i coraz bardziej popularnych „domowych” metod spędzania płodu.

„Fakt, że dokonuje się corocznie nielegalnie co najmniej 300 tys. zabiegów przerywania ciąży, a więc że co najmniej 600 tys. osób rocznie (lekarzy i pacjentek) formalnie popełnia przestępstwo – co jest publiczną tajemnicą – oznacza tolerowanie fikcji, jest przejawem zakłamania w życiu społecznym” – pisano w 1956 w „Trybunie Ludu”.

 

Wsparcie dla matek (i ojców)

Za publikacją Arkadiusza Durasiewicza „Historyczne unormowania polityki rodzinnej”:

Pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych XX w. rodzina stała się przedmiotem szczególnego zainteresowania państwa. Znowelizowany w 1975 roku Kodeks rodzinny przewidywał szeroko zakrojone inicjatywy wsparcia małżeństw.

„Według Rozporządzenia Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych z dnia 31 maja 1974 r. w sprawie zasiłków rodzinnych do nich uprawnieni byli pracownicy podlegający ubezpieczeniu na wypadek choroby i macierzyństwa, zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy. Ponadto przysługiwał również zasiłek rodzinny na żonę, jeżeli pełniła ona jeden z następujących warunków: wychowywała choćby jedno dziecko w wieku do lat 8 lub sprawowała opiekę nad dzieckiem niepełnosprawnym, ukończyła 50 lat bądź była inwalidą. Zasiłek rodzinny na męża przysługiwał, jeżeli ukończył 65 lat bądź był inwalidą. Zasiłki rodzinne były wypłacane w wysokości podstawowej lub podwyższonej”.

Szerokie wsparcie miały kobiety ciężarne i matki małych dzieci: „Szczególnie bogate uprawnienia przysługiwały kobietom w okresie ciąży i macierzyństwa. Ochrona pracy kobiet w okresie ciąży obejmowała między innymi zakaz zatrudniania przy pracach szkodliwych, w godzinach nadliczbowych, w porze nocnej oraz zabraniało się delegowania bez zgody zainteresowanej poza stałe miejsce pracy. Kodeks pracy zapewniał ochronę trwałości stosunku pracy w okresie macierzyństwa, a ochronę przed zwolnieniem rozciągał na cały czas ciąży Jeżeli kobieta przepracowała okres próbny) oraz na okres urlopu macierzyńskiego. Zgodnie z kodeksem pracy zakład miał obowiązek zwalniania kobiety ciężarnej na badania lekarskie, przy zachowaniu prawa do pełnego wynagrodzenia, jeżeli badania te nie mogły być przeprowadzone poza godzinami pracy. Zakład był zobowiązany również do przeniesienia kobiety ciężarnej do pracy lżejszej – dozwolonej dla kobiet w ciąży. Jeżeli przeniesienie do innej pracy powodowało obniżenie wynagrodzenia, pracownicy przysługiwał dodatek wyrównawczy do wysokości I 00 proc. zarobku”.

Urlop macierzyński regulacje z 1972 roku przedłużyły z 12 na 16 tygodni przy pierwszy dziecku i do 18 przy kolejnych. Urlop bezpłatny (z zachowaniem ciągłości pracy!) przedłużono do 3 lat.
„Rocznie z urlopów macierzyńskich skorzystało średnio około 420 tys. kobiet. W 1976 r. wprowadzono jednorazowy zasiłek porodowy, który przysługiwał pracownicom i niezatrudnionym żonom pracowników w razie urodzenia lub przyjęcia dziecka na wychowanie. Zasiłek ten wypłacany był w wysokości trzykrotnego zasiłku rodzinnego, przysługującego na to dziecko. Od maja 1978 r. wszystkie kobiety otrzymywały ponadto po urodzeniu dziecka jednorazowy zasiłek, niezależnie od źródła utrzymania (…). Wprowadzono także nową formę pomocy dla rodzin z małym dzieckiem, mianowicie tak zwany zasiłek wychowawczy, wypłacany matkom przerywającym pracę zawodową w celu sprawowania osobistej opieki nad małym dzieckiem.

W roku 1975 został wprowadzony Fundusz Alimentacyjny. Korzystali z niego rodzice (najczęściej matki), którzy nie mogli uzyskać alimentów od osób zobowiązanych do alimentacji”.

Przedszkola były w PRL najsilniejszym ogniwem opiekuńczym. Reorganizacja przedszkoli uregulowana została rozporządzeniem ministra oświaty z 1950 r. – tak aby w planie sześcioletnim dobić do wskaźnika zatrudnienia kobiet na poziomie 33,5 proc.

Rozwój sieci przedszkoli w okresie PRL z jednej strony zapewnić miał dzieciom prawidłowy, wszechstronny rozwój, z drugiej natomiast – stać na straży równouprawnienia kobiet, umożliwiając im „uwolnienie” od gospodarstw domowych i podjęcie aktywności zawodowej.

W roku szkolnym 1945/46 wg materiałów statystycznych GUS działało w Polsce ok. 2 286 przedszkoli, obejmujących opieką blisko 140 tys.

Do 1950 r. liczba przedszkoli wzrosła o ponad 270 proc. natomiast liczba wychowanków przedszkoli o ok. 210 proc. W 1955 r. było w Polsce ok. 2 640 tys. dzieci w wieku od 3 do 6 lat, co stanowiło ok. 10 proc. ogółu ludności. Później przyszło tysiąc szkół na tysiąclecie. A realnie powstało ich znacznie więcej.

Do końca 1965 roku wybudowano 1105 szkół podstawowych (432 w miastach i 673 na wsi), 54 szkół zawodowych, 28 liceów oraz 6 obiektów przeznaczonych dla szkolnictwa specjalnego. Budowę dalszych 164 obiektów szkolnych ukończono już w 1966 roku. Ponadto w ramach akcji przekazano szkolnictwu 6349 izb mieszkalnych dla nauczycieli.

 

Tekst ten stanowił kanwę wystąpienia podczas debaty „Czy warto bronić PRL?” zorganizowanej przez Społeczne Forum Wymiany Myśli oraz redakcję portalu Strajk.eu w Warszawie, 16 września 2018 roku.

Kraj biednych emerytów

Właśnie ukazał się raport „Ageing Working Group”, który Komisja Europejska publikuje regularnie co trzy lata. Dotyczy on starzenia się społeczeństw i prognoz dotyczących ewentualnych świadczeń. Polskę czeka sukcesywne zwiększanie się liczby emerytów, ale wysokość świadczeń niestety w większości nie pozwoli na godne życie.

 

W dokumencie możemy przeczytać, że „relacja wydatków na emerytury do PKB będzie się utrzymywała na stałym poziomie około 11 proc”. Do 2050 roku liczba emerytów (12,6 mln) może praktycznie zrównać się z liczbą osób pracujących i płacących składki (12,7 mln). Natomiast w 2060 liczba pobierających świadczenia emerytalne przekroczy liczbę pracujących i niestety – dalej będzie sukcesywnie rosnąć. Tę tendencję widać dobrze już dziś. Na koniec 2016 emerytów było 9,2 miliona, a pracujących i odprowadzających składki – 16 mln.

– Wpływ starzenia się społeczeństwa będzie szczególnie widoczny i będzie się wiązał ze wzrostem wydatków na świadczenia już w latach 2020–2030, co odzwierciedla proces starzenia się pokolenia „baby boomers” – mówi w rozmowie z „Rz” Antoni Kołek, prezes Instytutu Emerytalnego.

Utrzymywanie dalej tzw. systemu zdefiniowanej składki – jest bardzo korzystne dla państwa, ale nie dla przyszłych emerytów, ponieważ – jak twierdzi Komisja Europejska – nastąpi ograniczenie przyszłych obciążeń budżetu wydatkami na emerytury. Świadczenia będą oczywiście niewystarczające, ponieważ „wskaźnik korzyści” (relacja przeciętnej emerytury do wysokości przeciętnego wynagrodzenia) będzie sukcesywnie spadać.

Eksperci, m.in. Paweł Strzelecki z NBP, uważają, że zwiększanie liczby emerytów będzie wiązać się z coraz większą presja na rząd, aby podnosił świadczenia lub całkowicie przebudował system.
Podobnie uważa Marcin Mrowiec, główny ekonomista Banku Pekao, którego o opinię poprosiła „Rz”.

„Raport wskazuje, że na poziomie makroekonomicznym na korzyść budżetu mocno zapracuje przejście z systemu zdefiniowanego świadczenia na system zdefiniowanej składki – pomiędzy 2016 a 2050 r. praktycznie nie będzie – liczonego jako procent PKB (a nie nominalnie) – wzrostu wydatków publicznych na emerytury. To stawia nas w gronie krajów, które z tego tytułu powinny mieć najmniejsze kłopoty.

Niestety, w pewnym sensie kłopot budżetu państwa został przerzucony na obywateli – relacja przeciętnej emerytury do przeciętnego wynagrodzenia spadnie z 48,5 proc. w 2016 do 27,3 proc. w 2050 r.” – napisał ekonomista.

 

Wątpliwy postulat

Rafał Woś, jak zwykle nieco prowokacyjnie, sugeruje lewicy wyjście z postulatem 1000 złotych dla każdego. I do tego radzi się spieszyć, zanim… po ów postulat sięgnie PIS, tą drogą po raz kolejny zjednując sobie społeczną przychylność licznych grup obywateli. Mam w tym względzie inny pogląd. I choć uważam, że istotnie, lewica powinna bazować na odważnym i wyrazistym programie polityki społeczno-ekonomicznej, to bynajmniej niekoniecznie w formie postulatów typu nowe 500+ czy 1000+. Z argumentacją Rafała Wosia można polemizować na płaszczyźnie merytoryczno-ideowej jak i polityczno-taktycznej.

 

Projekt bezwarunkowego dochodu podstawowego, choćby w wysokości 1000 złotych dla każdego jest propozycją kuszącą, ale i też niewolną od kontrowersji czy przynajmniej znaków zapytania. Przekonująco obiekcje wobec zbyt hurraoptymistycznego przywiązywania się części lewicy do tej koncepcji zestawił swego czasu na łamach „Bez dogmatu” Piotr Szumlewicz.

Koncepcja BDP ma wiele zalet i jest atrakcyjna. Na polskim podwórku doczekała się tak wytrawnych propagatorów prof. Ryszard Szarfenberg czy dr Maciej Szlinder, autor wydanej ostatnio książki „ Bezwarunkowy dochód podstawowy. Rewolucyjna reforma społeczeństwa w XXI wieku”, a także dość aktywnej zwłaszcza w poprzedniej kadencji parlamentu wielonurtowej koalicji rzeczniczej na rzecz tego rozwiązania w Polsce. Nie należy tego lekceważyć. Na lewicy powinna toczyć się pluralistyczna debata na temat tejże nośnej w światowym obiegu społecznym koncepcji (gdzieniegdzie pilotażowo wprowadzanej nawet w życie). Warto toczyć dyskusję nie tylko na temat, czy w ogóle wprowadzić to rozwiązanie, ale na jakich zasadach i w jakiej wysokości oraz w jakiej relacji do innych elementów systemu społeczno-ekonomicznego. Czym innym jest jednak dyskusja, a czym innym robienie z BDP jednego z centralnych haseł politycznych, być może wyborczych. Czy aby na pewno jesteśmy uzbrojeni w przekonujące argumenty, by obronić pomysł nawet przed wewnątrzlewicową krytyką (jak choćby ta ze strony Piotra Szumlewicza), a co dopiero zewnętrzną, ze strony środowisk nieprzechylnych radykalnej zmianie społecznej, jaką miałby nieść ten instrument?

 

Kosztem publicznych usług?

Jest wiele pytań, które nasuwają się już na starcie i które z lewicowego punktu widzenia nie powinny być zbywane czy odkładane na później. Ot, choćby jak BDP wpłynie na rozwój i możliwości finansowania usług publicznych. Zakładając nawet, że wprowadzenie tego bądź co bądź kosztownego instrumentu nie doprowadziłoby do cięć w innych, usługowo-instytucjonalnych segmentach polityki społecznej ( co bynajmniej nie jest oczywiste), mogłoby to jednak zahamować możliwości ich dalszego rozwoju i dofinansowania.

Pamiętajmy, że wiele dziedzin polityki społecznej, jak opieka zdrowotna, szeroko rozumiana pomoc społeczna, opieka długoterminowa nad osobami niesamodzielnymi i sędziwymi czy aktywna polityka rynku pracy przy udziale publicznych służb zatrudnienia to dziedziny, które w relacji do PKB są mniej lub bardziej niedoinwestowane. Czy wprowadzenie choćby potrzebnego instrumentu, który jednak stanowiłby pokaźny procent PKB nie będzie stanowić nowego ograniczenia? Niektóre szacunki mówią nawet o wydatkowaniu na dochód gwarantowany ¼ PKB, czyli więcej, niż idzie obecnie na całe dotychczasowe zabezpieczenie razem wzięte.

Przecież BDP nawet na poziomie 1000 złotych nie uczyni usług opiekuńczych zbędnymi ani takimi, na których będzie można sobie troszkę oszczędzić. Wprowadzenie go samo w sobie nie wyklucza rozwoju polityki społecznej na innych odcinkach, za czym zresztą opowiadają się czołowi zwolennicy tego rozwiązania w Polsce, ale możliwości realizacji tych zamierzeń mogą stopnieć. A z socjaldemokratycznej perspektywy zawsze kluczowym narzędziem rozwoju były jednak wspólnotowe narzędzia, jak dobrze zorganizowana i włączona w proces kształtowania stosunków pracy (np. poprzez układy zbiorowe) partycypacja i reprezentacja pracownicza oraz różnorodne usługi na rzecz obywateli o charakterze publicznym.

Powtórzę to, co już pisałem o programie 500+: bezpośrednie transfery finansowe, choćby adresowane na zasadzie powszechności, stanowiły raczej – nieprzypadkowo – uzupełnienie systemu niż jego podstawę. Pomysł, by za punkt wyjścia uznać postulat 1000 złotych na każdego jawi mi się jako odwrócenie tej proporcji. Szeroko dostępne programy transferowe mają niewątpliwy walor w kontekście jednostkowej podmiotowości, godności i emancypacji, ale wydaje mi się, że dla lewicy (przynajmniej tej socjaldemokratycznej, z której duchem najsilniej się utożsamiam) równie ważne jest budowanie wspólnoty oraz sprawiedliwych i niewykluczających relacji w jej ramach. A tu programy pieniężne, nawet te uniwersalne, mają ograniczony potencjał w porównaniu z rozwiązaniami usługowo-instytucjonalnymi.

 

Czy PIS zaproponuje BDP? Wątpliwe

Pozostałe powody mojej polemiki z tekstem Rafała Wosia są bardziej polityczno-taktycznej natury. Argumentacja jego wydaje się podszyta przekonaniem, że Prawo i Sprawiedliwość może w tej materii lewicę ubiec, więc nie ma co hamletyzować i zwlekać. Taki scenariusz nie wydaje mi się w najbliższym czasie zbyt prawdopodobny, a nawet gdyby się ziścił, nie wiem, czy PIS byłby w tym względzie aż tak wiarygodny. Sukces 500+, a ostatnio program „ Dobry start”, czyli inaczej wyprawka 300+, nieco uwiarygadniają rządzącą formację i uprawdopodabniają możliwość zrobienia kroku dalej. Z drugiej jednak strony, protest niepełnosprawnych i opiekunów zrobił swoje, a ów wpływ wykracza poza kwestię zabezpieczenia tej grupy.
Władza pokazała, że nie jest gotowa spełnić każdego oczekiwania socjalnego, nawet wobec grupy, której racje i problemy zyskały duże poparcie dużej części społeczeństwa. Czy stały za tym ograniczenia finansowe czy brak woli wydania środków na ten cel, przynajmniej w formie, jakiej oczekiwali protestujący, faktem pozostaje, że rząd stawił opór. Jak zatem przekonać opinię społeczną do rozwiązania znacznie bardziej kosztownego i też bardziej społecznie kontrowersyjnego, kiedy dopiero co odmówiło się mniejszych pieniędzy dalece węższej i jednoznacznie pokrzywdzonej grupie?

 

Złożone źródła prawicowego sukcesu

Poza tym poruszamy się w paradygmacie licytowania się z władzą, kto da więcej. Stoi za tym pewnie – według mnie nie do końca trafna – diagnoza, że Prawo i Sprawiedliwość odniosło wyborczy sukces głównie za sprawą nośności hasła 500+. Skoro wtedy zaproponowano najdalej idący program socjalny, pokonać rządzącego przeciwnika należałoby, proponując jeszcze więcej. To fałszywe rozpoznanie.

Jeśli cofniemy się do 2015 okazuje się, że Prawo i Sprawiedliwość na poziomie zapisanego programu wcale nie wyróżniało się jakoś znacząco np. względem programu Zjednoczonej Lewicy czy Razem, które przecież też miały wiele odważnych społecznie postulatów. Jeśli chodzi o sam program 500+, jeszcze po wygranych wyborach nie było pewne czy, kiedy i w jakim kształcie wejdzie w życie. Program faktycznie umocnił wiarygodność partii, ale po przejęciu władzy i jego realizacji. Na sukces wyborczy pracowały także inne czynniki, jak uogólniony nimb partii prospołecznej, a także czynniki, wykraczające poza sprawy społeczno-ekonomiczne ( np. umiejętne rozhuśtanie lęków na tle kryzysu uchodźczego oraz wykorzystanie, a może i wzbudzenie w społeczeństwie poczucia zagrożenia i potrzeby władzy silnej ręki).

Nie należy lekceważyć podłoża społeczno-ekonomicznego dla dzisiejszej popularności w Polsce i w Europie skrajnie prawicowego autorytaryzmu, ale źle byłoby patrzeć na te zależności w sposób mechaniczny. Przeświadczenie, że duża część społeczeństwa poprze tego, kto szerzej i bardziej hojnie zrealizuje programy transferowe, wydaje mi się zahaczać o paternalizm wobec ludzi, którzy są w trudniejszej sytuacji i zależni od społecznej polityki państwa. Tak się składa, że mam dużo w życiu osobistym i pracy do czynienia z ludźmi doświadczającymi na co dzień zagrożenia wykluczeniem socjalno-ekonomicznym i wiem, że te osoby wcale nie myślą o tym w taki prosty sposób. Oni oczekują wieloaspektowej opiekuńczości i wsparcia, zrozumienia dla problemów, z którymi się mierzą i pomocy w ich przezwyciężaniu, z ich udziałem. Wyższe i/lub bardziej dostępne świadczenia pieniężne mogą być tego wyrazem, ale tylko jako część szerszego pakietu, a nie najwyższa wartość sama w sobie.

Dlatego jeśli miałbym coś sugerować opozycji, zwłaszcza tej lewicowej, nie rekomendowałbym szukania św. Graala, który da się uchwycić przy pomocy nośnego hasła politycznego. Bardziej zalecałbym strategię rozpoznawania wielu obszarów problemowych, wspieranie i uruchamianie mobilizacji grup, które ich doświadczają oraz szukanie dla nich wspólnej platformy w ramach większego projektu politycznego opartego na wartościach, regułach i mechanizmach, pozwalających na mierzenie się z tymi problemami.