Konfiarze i konfetki. Wolnorynkowa utopia dla słabych umysłów

Źródło: Facebook / Sławomir Mentzen.

Państwo dla wszystkich i dla każdego ogranicza wolność w jednej dziedzinie, żeby poszerzyć ją w innych. Lewica powinna to tłumaczyć – ale nie umie. Ta nieumiejętność może przynieść opłakane skutki. Nam wszystkim.

Podczas kryzysu wolnorynkowego kapitalizmu lat 30. rozczarowani jego niewydolnością wybrali autorytarną prawicę. Współczesny kapitalizm taniej pracy i szczątkowego państwa socjalnego zrodził podobny fenomen. W USA, w Europie, w Ameryce Południowej rozczarowane wyczynowym kapitalizmem klasy pracownicze zasilają prawicę. W Polsce przechodzą na stronę całej tej narodowo-ksenofobicznej menażerii: od pseudoludowego PiS do ultraliberalnej Konfederacji.

Rej wodzi teraz tiktokowy Sławomir. To Janusz biznesu, zręczny marketingowo kuglarz, talib wolnego rynku i mentzennik regulacji. Jego recepta to więcej kapitalizmu w kapitalizmie. Co gorsza, wiedzie młodych na pokuszenie biznesowej kariery w polskim peryferyjnym kapitalizmie. Ale drogą przedsiębiorcy do bogactwa i władzy może dojść dwóch, trzech na stu powołanych. Co z resztą i co dalej z państwem jako organizatorem usług publicznych w dobrze funkcjonującej wspólnocie życia i pracy?

Darwinowską koncepcję walki o byt najsilniejszych zainspirował angielski filozof i socjolog Herbert Spencer. Był zajadłym zwolennikiem wolnej, nieskrępowanej żadnymi normami przedsiębiorczości. Jego bajkę o wolnym rynku przekształciła w popularną doktrynę austriacka szkoła ekonomii (L. von Mises, F. A. von Hayek). I to ona inspiruje konfiarzy i konfetki-szczebiotki. Potrafią recytować z pamięci całą ich księgę mądrości.

Tu nie ma społeczeństwa. Są produkujące i konsumujące jednostki. Mają one zdolność podejmowania autonomicznych wyborów, co i jak produkować oraz co i kiedy konsumować. Człowiek dążący do sukcesu działa w warunkach konkurencji z innymi. Konkurencja ta rodzi niepewność i nieprzewidywalność skutków. Rodzi tym samym ryzyko, ale też i nowe szanse zysku. Radzenie sobie z nim to istota przedsiębiorczości. Za błędne decyzje płaci się bankructwem.

W przeciwieństwie do odważnych przedsiębiorców i inwestorów, firmy publiczne nie bankrutują, mają też miękkie ograniczenia budżetowe. Dlatego działają mniej efektywnie, wręcz szkodzą pozostałym uczestnikom rynku. Szkodzi zwłaszcza państwo. Może ono tylko zaburzać spontaniczny ład. Ten zaś tworzy równowagę między zasobami, a potrzebami jednostek. I tylko te warunki zapewniają efektywną alokację społecznych zasobów, tym samym dobrobyt dla ubogich duchem. W dziełach Spencera nie ma taniej pracy, tanich surowców, taniej ziemi ludów kolonizowanych. Pomińmy więc imperializm, szubienice dla niepokornych żeglarzy i niewolników, eksploatację peryferii i przyrody…

Jeśli spojrzymy na przeszłość gospodarki kapitalistycznej, to granice wolnej przedsiębiorczości się kurczyły, choć biznes zawsze stawiał zaciekły opór. Najpierw długo bronił „swobody zawierania umów” z pracownikami. Swobodę tę ograniczyło w 1819 r. państwo angielskie, zabroniło bowiem zatrudniania dzieci poniżej 9 lat.

Trochę starszym ograniczało pracę do 12 godzin dziennie.

Później obrońców wolności oburzał zakaz handlu ludźmi, bronią, narkotykami, nawet ludzkimi organami. Za to nie oburzało angielskich pionierów wolnego rynku zmuszanie społeczeństwa chińskiego do „konsumpcji” opium. W inny sposób nie potrafili zrównoważyć bilansu handlu herbatą – tak wówczas popularną używką, zwłaszcza o piątej po południu.

Do dziś oburzają ich licencje konieczne do tego, by wykonywać zawody zaufania społecznego: lekarzy, prawników, bankowców. Do histerii doprowadza ich płaca minimalna, przepisy zawierania i rozwiązywania umowy o pracę.

Wolną przedsiębiorczość ubezpieczają finansowane przez nich pseudonaukowe think tanki, jak Cato Institute czy Fraser Institute. W Polsce różne „obywatelskie” centra myśli wolnej od społecznych realiów: Warsaw Enterprise Institute, Centrum im. Adama Smitha, i dziesiątki podobnych wydmuszek. Składają one donosy na państwo, które utrudnia doing business.

Państwa robią to w imię ochrony pracy, jakości życia, homeostazy planety. Ale kiedy nałożą one nawet skromne ograniczenia na wolną przedsiębiorczość, stają się „socjalistyczne”. W języku fundamentalistów rynkowych to etykieta wroga nr 1.

Jak stwierdza demaskator wolnorynkowej mitologii, koreańsko-angielski ekonomista Ha-Joon Chang, „historia kapitalizmu to w istocie ciągła walka o granice rynku”. Dlatego nauka ekonomii to w 95 procentach tzw. zdrowy rozsądek, podpowiadający, jak osiągać zysk. Nie przypadkiem bankierzy szwedzcy przyozdobili ją dla niepoznaki tzw. ekonomicznym Noblem.

Problem realny – zdaniem Mentzena i jego wyznawców – występuje pod nazwą paternalizmu.

Czy państwo ogranicza wolność?

Kiedy monopolizuje edukację dzieci i młodzieży – czy nie ogranicza to wolności zamożnych rodziców, którzy nie mogą posyłać przyszłych Rafałów biznesu do prywatnej, lepszej szkoły?

Owszem – powinna odpowiedzieć lewica – ale w ten sposób poszerza wolność wszystkich innych rodziców.

W społeczeństwie, gdzie poziom edukacji jest najwyższy na świecie, tj. w Finlandii, nie ma prywatnych szkół. Dlaczego? Bo tam, gdzie władze lokalne współfinansują edukację, mogą pojawić się szkoły lepsze i gorsze – są bowiem gminy uboższe i bogatsze. Wówczas rodzice, którzy nie mogą posłać dziecka do lepszej prywatnej szkoły, będą zabiegać o to, żeby podnieść poziom nauczania w publicznej. Dzięki temu w systemie publicznym pozostają i zdolne dzieci, i rodzice troszczący się o jakość ich nauczania. Jaka jest alternatywa? Jak pisze krytyk balcerowiczowskiej transformacji Ursusa w Factory, ekonomista keynesowski Tadeusz Kowalik: „większy zakres wyboru dla dzieci (i ich rodziców) stwarzany przez szkoły prywatne, został okupiony przez zubożenie szkół państwowych (publicznych), wraz z tym i wolności wyboru ich uczniów”.

Inny przykład: dlaczego ci przedsiębiorczy mają być przymuszani do oszczędzania na przyszłość w ZUSie, a nie w prywatnych funduszach emerytalnych?

Ale co z tymi, którzy nie przewidzieli, że kiedyś dochody płacowe ustaną? Siądą z kapeluszem na rogu ulicy przed biurem podatkowym Mentzena? Może lepiej zmusić ich, żeby część dochodów z pracy przeznaczali systematycznie na zabezpieczenie starości? Czyli – mogłaby tłumaczyć lewica – państwo ogranicza ich wolność dysponowana swoimi zarobkami teraz, żeby mieli swobodę ich wydawania, kiedy już nie będą zdolni do codziennego zapierdolu.

Według Mentzena progresywne i wysokie podatki ograniczają możliwość życia w podmiejskiej rezydencji z widokiem na błękitną wodę basenu. Co gorsza, ludzie z „genami lenistwa” popadają w – jak wyraził się skądinąd błyskotliwy krytyk próżniaczej elity Thorstein Veblen – „wyuczoną bezradność”. Stają się tak piętnowanymi przez warszawkę „roszczeniowcami”. Tylko przesłaniają widok morskich bałwanów swoimi napęczniałymi od piwa brzuchami.

Ale co począć z chorymi fizycznie, z mającymi problemy z psychiką, z wypaleniem zawodowym po opuszczeniu obozu pracy, który tworzą koledzy Mentzena?

Sprawne państwo jest potrzebne każdej wspólnocie życia i pracy. Dlatego kres liberalnej utopii przewiduje nawet przewodnik wszystkich ekonomicznych fundamentalistów, „The Economist”. Tylko do Mentzena nie dotarła jego prognoza, że „świat wkracza w nową erę, w erę interwencjonizmu”. Dlatego hałaśliwie kroczy on pod prąd. Dołącza do swoich przodków: warcholskiego szlachcica czy samowładnego magnata I RP. A krajowi potrzeba takich reformatorów jak Franciszek K. Drucki-Lubecki, Eugeniusz Kwiatkowski czy, w Polsce Ludowej, Hilary Minc. Tacy przewodnicy są szczególnie potrzebni wspólnocie, która zawierza opiekę nad swoją przyszłością nie tylko przywódcy upadającego mocarstwa, ale też zdalnemu kierownictwu Hetmanki Narodu – Jasnogórskiej Królowej Polski.


Tekst pierwotnie ukazał się w Tygodniku NIE, nr 7/2026.

Tadeusz Klementewicz

(ur. 1949) – polski politolog, profesor nauk społecznych, wykładowca na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalista w zakresie teorii polityki i metodologii nauk społecznych. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Klementewicz

Poprzedni

184 mld zł dla polskiej armii. PiS i Konfederacja przeciw programowi SAFE

Następny

Benedyktyńska praca prof. Jerzego Jaskierni