Miałem szczęście do ciekawych ról

-Mój ojciec był powstańcem śląskim, a jego brat, a mój stryj był po drugiej stronie, walczył w armii niemieckiej. Gdyby się wówczas zetknęli w walce, to by do siebie strzelali. Takie to były śląskie losy – z Franciszkiem Pieczką rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Dane było Panu stworzyć wspaniałe kreacje w kilku arcydziełach polskiego kina w okresie jego największej świetności. W 1964 roku zagrał Pan Pacheco w zjawiskowym „Pamiętniku znalezionym w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa. Jak Has znalazł Pana do tej roli?
Bez problemu. Wojtek Has był krakauerem i znał mnie z moich ról scenicznych w teatrze krakowskim, więc chyba dlatego zaangażował mnie do roli Pacheco.
Jak Pan wspomina czas realizacji tego filmu?
Jako okres bardzo starannej, wytężonej pracy. Has podchodził do pracy filmowej bardzo poważnie, może nawet zbyt poważnie. Jego perfekcyjność sprawiała, że kręcił filmy rzadko, przeciętnie raz na cztery, pięć lat. To była piękna przygoda, grałem m.in. z Basią Krafftówną, Ludwikiem Benoit, Zbyszkiem Cybulskim i Kazimierzem Opalińskim. Grałem młodzieńca z bogatego rodu, który oszalał z miłości.
Co utrwaliło się Panu w pamięci z czasu realizacji „Wesela” Andrzeja Wajdy, w którym zagrał Pan Czepca?
Najbardziej realizacja sceny tańców w chacie, nieustanny wir. Witek Sobociński kręcił wszystko kamerą z ręki, w każdym momencie w tym wirze operator mógł zrobić komuś zbliżenie, trzeba było grać na sto procent! Niemniej ostateczny efekt był wspaniały. Z pracy w roli Czepca utkwiła mi jeszcze w pamięci taka scena, gdy nie może on dojść do ładu z panami z miasta, chwyta kosę, wychodzi wściekły na dwór i tą kosą tnie po gęsiach, aby się wyładować. Tę scenę ja Wajdzie zaproponowałem. Wajda zresztą stwarzał nam, aktorom, na planie atmosferę współtworzenia, może trochę złudną, ale bardzo potrzebną, inspirującą. To w ogóle były wspaniałe czasy polskiego kina, chcieliśmy coś ważnego powiedzieć polskiemu widzowi mimo działalności cenzury z ulicy Mysiej, a może dzięki niej. Dzięki temu twórcy musieli mocno główkować, jak przemycić określone, ważne treści.
Dwa lata później Wajda zaangażował Pana do roli łódzkiego kapitalisty Müllera w „Ziemi obiecanej”…
Grając rolę Müllera byłem już bardziej doświadczony filmowo. Tam także zaproponowałem Wajdzie kształt sceny, w której Müeller oprowadza Karola Borowieckiego z nuworyszowską dumą po swoim pałacu. Wymyśliłem, że ten nowobogacki musi zachowywać się jak nowobogacki. Oprowadza więc gościa po swoim pałacu chodząc na bosaka, podkleja mu śliną cygaro i mówi, że nie musi mieszkać w pałacu, bo woli „swoja stara chałupa”, ale skoro „oni mają salon, to i on ma salon”.
Jak wspomina Pan atmosferę pracy nad „Żywotem Mateusza” Witolda Leszczyńskiego?
Pracowaliśmy niedaleko Czerwonego Klasztoru nad jeziorem na Suwalszczyźnie. Leszczyński był bardzo skupiony nad pracą nad tym filmem, ale prywatnie bynajmniej tam nie żył jak kameduła bosy (śmiech). Byliśmy na planie zupełnie odcięci od świata. To nie były czasy telefonów komórkowych, a do najbliższego telefonu było kilka kilometrów. Kiedy w tym czasie zmarła moja matka, to zostałem o tym powiadomiony przez radio.
Zagrał Pan kilka ciekawych ról w filmach Jana Jakuba Kolskiego, przede wszystkim w „Jańciu Wodniku”, ale także w „Pogrzebie kartofla”. Miał Pan z tej pracy dużo satysfakcji?
Bardzo dużo, przede wszystkim dlatego, że ja, człowiek już starszy, potrafiłem porozumieć się z młodym reżyserem. Bardzo mi też odpowiadają bogata wyobraźnia Kolskiego i jego bliskość duchowa do przyrody, natury.
W „Quo vadis” Jerzego Kawalerowicza zagrał Pan św. Piotra, ale ten film został przyjęty raczej chłodno. Jak Pan myśli, dlaczego?
Co do oceny filmu to nie do mnie ona należy. Zaś jeśli chodzi o moją rolę – świętość nie jest fotogeniczna, więc niełatwo było grać św. Piotra. Sceny w katakumbach kręciliśmy w Tunezji i większość statystów to byli Tunezyjczycy. I pamiętam, że kiedy w ich obecności św. Piotr przemawia do zgromadzonych, a mówiłem po polsku, to miałem wrażenie, że oni mimo to rozumieli, co mówię. Bardzo mi to pochlebiało. Strasznie trudno było kręcić sceny męczeństwa chrześcijan w obecnych czasach, gdy w kinie i telewizji nadużywa się krwi i scen przemocy. A jednak Kawalerowicz nie chciał pójść tą drogą, pokazywać kawałki rozszarpanych ciał, choć były takie możliwości techniczne.
Poprzez rolę Gustlika w „Czterech pancernych i psie” oraz w „Perle w koronie” Kazimierza Kutza objawiła się Pana śląskość. Pochodzi Pan ze Śląska, a w polskim kinie jest Pan postacią stanowiącą wręcz kwintesencję śląskości. Ile zostało jej w Panu po nieprzerwanym okresie życia w Warszawie od 1969 roku?
Mogę powiedzieć, że mieszkam jeszcze dłużej, bo w latach 1950 – 1954 studiowałem w warszawskiej PWST, ale Ślązakiem pozostanę na zawsze i na zawsze zapamiętam widok z okna w moim rodzinnym Godowie położonym między Wodzisławiem Śląskim a Cieszynem. Mój ojciec był powstańcem śląskim, a jego brat, a mój stryj był po drugiej stronie, walczył w armii niemieckiej. Gdyby się wówczas zetknęli w walce, to by do siebie strzelali. Takie to były śląskie losy.
Pytania o rolę Gustlika Pana nie irytują?
A dlaczego? Konrad Nałęcki zatrudnił mnie w tej roli i przyjąłem ją z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mówiłem w niej gwarą śląską, ale tak, by widz spoza Śląska zrozumiał.
Ma Pan na swoim koncie także znakomity dorobek teatralny. Co jest dla Pana ważniejsze, teatr czy kino?
Choć popularność przyniosły mi film, serial telewizyjny i kino, to mimo wszystko dla każdego aktora teatr jest zazwyczaj najważniejszy. Od początku miałem szczęście do ciekawych ról. Moja powierzchowność sprawiała, że nawet w młodym wieku nie byłem obsadzany w rolach młodzików. Np. jako dwudziestokilkulatek grałem w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie rolę Regimentarza w „Śnie srebrnym Salomei”, Senatora w „Dziadach”. To były lata 1955 – 1964, mój drugi, po roku w Jeleniej Górze, teatr po studiach. Później przeniosłem się do Starego Teatru w Krakowie, gdzie do ważniejszych dla mnie ról zaliczam tytułowego „Woyzecka” Büchnera u Swinarskiego, czy Benię Krzyka w „Zmierzchu” Babla u Jarockiego.
Od 1964 roku pracował Pan przez wiele lat, do emerytury, w warszawskim Teatrze Powszechnym…
Przybyłem tu za Zygmuntem Hübnerem, który zaproponował mi angaż. Tak się złożyło, że w tym teatrze zagrałem ponownie w „Zmierzchu” Babla, ale tym razem nie Benię, ale Mendla Krzyka i ponownie w „Weselu”, tym razem nie Czepca, ale Żyda. Zagrałem też m.in. w 1979 roku we „Wrogu ludu” Ibsena.
Ostatnia rola, która przyniosła Panu popularność, to Japycz z serialu „Ranczo” …
Takiego starszego jegomościa popijającego piwo z kumplami pod sklepem, a jednocześnie mądrego życiowo wiejskiego filozofa. To była bardzo ciekawa i sympatyczna przygoda, a takiemu staremu aktorowi jak ja dająca unikalną możliwość kontaktu z młodym pokoleniem w tym zawodzie.
Dziękuję za rozmowę.

FRANCISZEK PIECZKA – ur. 18 stycznia 1928 roku w Godowie. Debiutował w Teatrze Dolnośląskim w Jeleniej Górze. Następnie w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie i Starym Teatrze w Krakowie. Gościnnie występował też w Teatrze Narodowym w Warszawie. Od 1964 roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Niektóre kreacje: Regimentarz w „Śnie srebrnym Salomei” J. Słowackiego (1959), generał Barcz w „Radości z odzyskanego śmietnika” J. Krasowskiego – J. Kadena (1960), Senator w „Dziadach” A. Mickiewicza (1962), Żewakin w „Ożenku” (1959) i Horodniczy w „Rewizorze” M. Gogola (1963), Ksiądz w „Wacława dziejach” S. Garczyńskiego (1973), Westermann w „Sprawie Dantona” St. Przybyszewskiej (1975), Bockmann we „Wrogu ludu” H. Ibsena (1979), Dunkana w „Makbecie” W. Szekspira (1996).
Ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról filmowych m.in. w „Matce Joannie od Aniołów” J. Kawalerowicza (1960) „Kwietniu” W. Lesiewicza (1961), „Rękopisie znalezionym w Saragossie” W. J. Hasa (1964), „Chudym i innych” Henryka Kluby (1966), „Żywocie Mateusza” W. Leszczyńskiego (1967), „Weselu” (1973) i „Ziemi Obiecanej” (1975) A. Wajdy. „Potopie” J. Hoffmana (1974), „Bliźnie” K. Kieślowskiego (1976). W popularnym serialu telewizyjnym „Ranczo” zagrał Japycza.