Artyzm i stabilność

Z TERESĄ LIPOWSKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Wyraziła Pani niedawno żal, że dopiero po roli Mostowiakowej w „M jak miłość”, zainteresowały się Panią media, a dziennikarze zaczęli prosi o wywiady. Czy rzeczywiście dopiero teraz, po tylu latach popularności aktorskiej?
Wiele lat temu nie narzekałam na zainteresowanie krytyków i dziennikarzy, zebrałam nawet mnóstwo recenzji i uwag na temat moich ról, w tym spod piór cenionych wtedy krytyków, takich jak August Grodzicki czy Wojciech Natanson. Oni bardzo wnikliwie analizowali spektakle i role aktorskie. Później recenzje zaczęły składać się z nieistotnych uwag zamiast oceny włożonej przez nas pracy, więc przestałam się nimi interesować. Wywiadów ze mną rzeczywiście nie było zbyt wiele, bo choć zagrałam sporo ról filmowych, nigdy nie byłam tzw. gwiazdą, ani też nie mam na koncie jakiejś jednej, błyszczącej roli, o której było by głośno w prasie czy telewizji i którą by na lata zapamiętano.
Jaka jest Pani dewiza w pracy?
Uczciwość aktorska to moja podstawowa zasada. Mogę o sobie powiedzie, że nigdy nie „puściłam” roli, tzn. nie potraktowałam lekceważąco mojego zadania. W tym roku obchodzę 50-lecie pracy artystycznej i mogę się pochwalić, że ani przez jeden dzień nie byłam bez etatu, a po przejściu na emeryturę mam chyba więcej pracy niż kiedykolwiek. Poza tym jestem aktorką, która nie odrzuca ról małych, pod warunkiem że dojdę do wniosku, iż można z niej coś ciekawego zrobić. Mój najukochańszy reżyser Jurek Antczak mówił mi, że nie ma małych czy dużych ról, ale role dobrze i źle zagrane. Mówił, że można odmówić, ale jeśli już się rolę bierze, to trzeba się do niej przyłożyć uczciwie. Uważny widz czy recenzent zawsze to dostrzeże. Niezależnie od tego, czy jest to subretka czy księżniczka. Nawet jak grałam rolę „Kapusty” w bajce dla dzieci, to starałam się z niej zrobi coś interesującego. Za kulisy przyszły niewidome dzieci i chciały rozmawiać właśnie z „Kapustą”.
Czy wybór zawodu aktorskiego miał korzenie w Pani dzieciństwie?
Tak, ale nie w tym sensie, bym pochodziła z rodziny aktorskiej. Nic z tych rzeczy. Mama skończyła SGH, ojciec prawo, dziadek był kolejarzem. W szkole natomiast mówiłam wierszyki, śpiewałam, chodziłam na kółko teatralne, które wystawiało bajki w łódzkim teatrze „Lutnia”. Od czwartego roku życia uczyłam się gry na fortepianie. Wszystko to mnie bawiło. Myślałam wprawdzie o studiowaniu fortepianu w konserwatorium, ale odstraszyła mnie perspektywa ćwiczenia po wiele godzin dziennie. Za bardzo byłam na to ruchliwa, dynamiczna, lubiąca taniec, śpiew itd. Dzięki temu zawsze dobrze radziłam sobie z repertuarem muzycznym w teatrze.
Jak to się stało, że ten zawód nie wyssał¸ Pani, nie zniszczył, jak to bywało w przypadku niektórych Pani koleżanek i kolegów?
Myślę, że po prostu równo rozłożyłam sprawy prywatne i zawodowe. Zawód wykonywałam i wykonuję z przyjemnością. Nie traktuję go ani jako powołania, ani jako zawodu niszczącego. Tak się zdarza, gdy ktoś przedkłada zawód ponad wszystko. Dla mnie dom i rodzina były najważniejsze, zwłaszcza od czasu, gdy urodził nam się syn. Jednocześnie, jak mówił Romek Kłosowski, byłam pazerna na role i jak nie wywiesili mojego nazwiska w obsadzie, to byłam niezadowolona, mimo, że grałam w tym czasie kilka innych ról. Pod tym względem byłam pracoholiczką.
Miała Pani swoją mistrzynię zawodu aktorskiego?
Nie, nie miałam jednej mistrzyni czy idolki. Od wielu koleżanek aktorek czerpałam różne rzeczy. N.p. od Ireny Kwiatkowskiej, z którą grałam kilkakrotnie, w Teatrze Nowym, m.in. w „Wariatce z Chaillot” czy w „Moralności pani Dulskiej”, nie mówiąc już o naszych spotkaniach w kabarecie Dudek. Pani Irena była jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna, specyficzna. Można było uczyć się od niej precyzji, pasji, punktualności, gotowości.
Spędziła Pani 28 lat w zespole Teatru Ludowego przy ul. Szwedzkiej na Pradze w Warszawie. Jak Pani wspomina te lata?Jako czas ciągłego przebywania w teatrze, a także familiarną, rodzinną atmosferę, gdzie wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli, ale w duchu życzliwości. Bardzo ciepło wspominam współpracę zwłaszcza z dyrektorem i reżyserem Janem Kulczyńskim. Pamiętam moje uroczystości weselne w teatrze i przemarsz nas, młodej pary pod szpalerem szabel, w którym ustawili się koledzy.
Dziś nie ma w teatrach nawet śladu po takiej atmosferze. Aktor przychodzi na chwilę i za chwilę idzie do jakichś innych zajęć. Dziś aktorzy mają rozliczne rozbudowane możliwości pracy.
Jakie role Pani sprawiają Pani szczególną przyjemność?
Dobre. Lubię n.p. Brechta, bo są u niego role szarpiące, ostre, drapieżne, trochę wbrew moim dość ciepłym warunkom. Granie przeciw warunkom to dla mnie wielka przyjemność. Stąd mile wspominam role pani Peachum i Jenny w „Operze za 3 grosze”. Byłam też szczęśliwa z powodu roli Smugoniowej w teatrze radiowym, za którą zostałam bardzo pochwalona, grając razem z Gustawem Holoubkiem i Tadeuszem Łomnickim. Często przydarzało mi się grać postacie starsze od siebie. Miałam niski głos i jakiś rys dojrzałości, stabilności, tak więc np. w sztuce „Maturzyści”, mając dwadzieścia parę lat, zagrałam matkę mojego kolegi rówieśnika.
W życiu też tak wcześnie osiągnęła Pani psychiczną dojrzałość?
Myślę, że tak. Zawsze miałam stabilną psychikę. Jak się zakochałam, to na zawsze. Moje życie małżeńskie było głębokie i przemyślane. Z moim mężem przeżyłam w miłości i zgodzie 44 lata, choć oczywiście zdarzały się chwile kryzysowe, jakieś ciche dni.
Chciałbym zapytać Panią o zmarłego lata temu Pani męża, znanego aktora Tomasza Zaliwskiego, tym bardziej, że umawiałem się z nim na rozmowę ale nie zdążyłem…
Byliśmy bardzo dobrym małżeństwem, mimo że wiele rzeczy nas różniło, n.p. światopogląd. Ja jestem wierząca, on był ateistą. Był upartym i zamkniętym w sobie, trochę kanciastym, ale kryształowo uczciwym, wspaniałym człowiekiem. Był jeszcze uczciwszy zawodowo i życiowo ode mnie. On nigdy nikogo nie okłamał, nie skrzywdził, chyba że mimowolnie. Był wspaniałym mężem, ojcem, kolegą. Lubił ciszę i kochał przyrodę, czego mnie nauczył. Dawniej bardziej ciągnęło mnie do towarzystwa i do rozrywek. A teraz brakuje mi tylko jego. Jako aktor był prawdziwy do bólu. Był rewelacyjny w roli komisarza w filmie „Wśród nocnej ciszy” Tadeusza Chmielewskiego. Słyszałam o jego aktorstwie wielkie komplementy, choć jako aktor moim zdaniem i nie tylko moim, był niedoceniony. Miał surową powierzchowność, predysponującą go do ról osób szorstkich, często wojskowych, ale w środku był romantykiem i samą dobrocią. Bardzo przeżywał swoje role. Był wielkim patriotą. Nota bene pochodził z tej linii rodu Zaliwskich, z których wywodził się jeden z inicjatorów powstania listopadowego, Józef Zaliwski.
Nie mogę Pani nie zapytać o Pani rolę Barbary Mostowiakowej w „M jak miłość”, jednym z najpopularniejszych polskich seriali telewizyjnych ostatnich lat. Czy pomogły Pani w niej bardziej doświadczenia filmowe czy teatralne?
Myślę, że jedne i drugie, ale filmowe bardziej, bo to jednak przecież film. Popularność tego serialu i tej roli sprawia mi ogromną satysfakcję. Wiem, że widzowie traktują starszych państwa Mostowiaków jako wzór. Wielu z nich chciało by mie takie domy, takie mamy i takie babcie, jak Mostowiakowa. Do roli napisanej przez panią Ilonę Łepkowską dodaję swój warsztat aktorski, a także ciepło i otwartość, którymi zostałam obdarzona.
Trzyma się Pani ściśle tekstu roli?
Nie, mam od pani Ilony Łepkowskiej carte blanche na korygowanie języka i zachowań mojej postaci, tak aby przede wszystkim przemawiała przez nią prawda. Myślę, że mi się to udaje. Proponuję reżyserowi swoją wizję danej sceny i zwykle uzyskuję akceptację. Muszę zagrać tak, jak to czuję. Może dlatego dostałam od telewidzów Złoty Ekran w 2004 roku.
Ogarnia Pani całość swojej postaci poprzez setki odcinków, czy gra Pani „wycinkowo”?
Muszę ogarniać. Czasem do trafnego zagrania jakiej sceny potrzebna mi jest pamięć o tym, jak zagrałam scenę w odcinku sprzed kilku lat. Ja muszę znać treść wszystkich odcinków. Muszę wiedzieć, co dzieje się z moim serialowym wnukiem czy córką, mimo, że nie mam w tej chwili nic wspólnego z daną sceną. To jest mi potrzebne do grania mojej roli. Dzięki temu wrosłam w nią. Gram całą sobą, ciałem, sercem i umysłem.
Co dała Pani rola Mostowiakowej?
Otworzyła mi wiele różnych dróg, przypomniała ludziom moje dawne role. W tym roku zaproszono mnie Do Londynu. Miałam recitale, na które przyszło wielu widzów z tamtejszej Polonii, oglądających serial. Jeżdżę na spotkania do uniwersytetów trzeciego wieku, spotykam się z młodzieżą i z chorymi dziećmi.
Czy „M jak miłość”dojdzie do tysięcznego odcinka?
Daj Boże, ale ja osobiście nie sądzę. Spodziewam się jeszcze dwóch lat dla tego serialu. Wszystko ma swój kres. Nie można ciągnąć czegoś, jeżeli nie jest to już tak porywające. Pomysły też się kiedyś kończą. Ale ja wykorzystałam już swoje pięć minut. Jestem szczęśliwa, że dane mi było grać tę rolę.
Dziękuję za rozmowę.

Teresa Lipowska – ur. 14 lipca 1937 w Warszawie. Ukończyła średnią szkołę muzyczną w klasie fortepianu w Łodzi (1955) i PWSTiF w Łodzi (1957). W latach 1957-1985 w warszawskim Praskim Teatrze Ludowym, a w latach 1985-92 w Teatrze Syrena w Warszawie. Obecnie związana z Teatrem Kwadrat. Wśród ról teatralnych m.in. Krystyna w „Pannie Julii” A. Strindberga (1957), „W małym domku” T. Rittnera, rola tytułowa w „Balladynie” J. Słowackiego (1961), Księżniczka Francuska w „Straconych zachodach miłości” W. Szekspira (1962), Hrabina w „Konfederatach barskich” A. Mickiewicza (1964), Dorota w „Poskromieniu złośnicy” W. Szekspira (1969), Isabel w „Niewidzialnej kochance” Calderona de la Barca (1970), Fabian w „Wieczorze Trzech Króli” W. Szekspira (1976), Laura w „Ojcu” A. Strindberga (1981), Maxine Mayer w „Jesiennych manewrach” P. Coke (2013). Liczne role także w teatrze telewizji, m.in. w „Zawiszy Czarnym” J. Słowackiego (1959), „Idach marcowych” T. Wildera (1962), „Moralności pani Dulskiej” G. Zapolskiej (1970), „Weselu” St. Wyspiańskiego (1972) „Operze za 3 grosze” (1976), „Pijakach” F. Bohomolca (1983), „Złodzieju w sutannie” P. Woldana (2008).
Przez wiele lat związana była z kabaretem „Dudek”. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról w dubbingu. Jej wielką pasją jest radio, a także estrada, gdzie może spotka się z widownią twarzą w twarz. W filmowym dorobku ma ponad 70 ról, m.in. w „Rzeczpospolitej babskiej” H. Przybyła, „Sublokatorze” J. Majewskiego, „Hasło Korn” W. Podgórskiego, „Molo” W. Solarza, „Nocach i dniach” J. Antczaka, „Rodzinie Połanieckich” J. Rybkowskiego i „Tacie” M. Ślesickiego. Grała także w serialach „Lalka”, „Przygody psa Cywila”, „Dyrektorzy”, „Stawiam na Tolka Banana”, „Miasteczko”, „Matki, żony i kochanki”, „Miodowe lata”, „Klan”, „13 posterunek”.

Wiolonczelę zamieniłem na aktorstwo

Z KRZYSZTOFEM KALCZYŃSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Właśnie ukazały się Pana wspomnienia „Moje boje. W pojedynkę i we dwoje”. Urodził się Pan w Poznaniu. Czy przyszły artysta spędził młodość w tym rozsądnym mieście?
Częściowo. Ojciec był warszawiakiem, mama łodzianką. Ojciec był przed wojną przedstawicielem na okręg poznański znanej warszawskiej firmy „Dobrolin”, więc tam zamieszkaliśmy i tam się urodziłem. Jednak tuż przed wybuchem wojny ojciec wrócił do Warszawy i tu spędziliśmy okres okupacji. Mam zatarte w czasie obrazy z mieszkania przy ulicy Dynasy, zjazdy na sankach ze skarpy na tyłach Teatru Polskiego, ucieczkę na plecach taty przed niemieckim patrolem, czasowy pobyt w Kołbieli, zamieszkanie w Radości pod Warszawą, zatrzymanie frontu i pobyt Rosjan w naszym domu. Oficer czerwonoarmista bytował wówczas u nas na górze, a jego szofer „Krasnal” (jak go nazywaliśmy z siostrą) sypiał w szoferce. Po wojnie tato wrócił z nami do Poznania, gdzie wkrótce przeżyliśmy wykwaterowanie – „służbowe” – z ładnego mieszkania na rzecz „kołchozu”, do spółki z trzema obcymi rodzinami. Pamiętam, że na schodach tego pięciopiętrowego budynku, lata później, zabił się mój 9-letni siostrzeniec. To był rok 1962. Byłem wtedy w Rzymie, kiedy dostałem telegram, że Maciek jest w ciężkim stanie i żebym szybko wracał do kraju. Wracałem pociągiem z perypetiami, bo jechali też nim do Związku Radzieckiego włoscy kolejarze, pracownicy „Ferrovia”. Zgubili dokumenty, więc pociąg zatrzymano na granicy, a ja w konsekwencji nie zdążyłem na pogrzeb.
Jak to się stało, że pojechał Pan do Włoch, co w 1961 roku nie było takie łatwe?
Pojechałem tam na zaproszenie Margherity, z włoskiego chóru, którą poznałem w Tuluzie podczas pobytu grupą ze szkoły muzycznej. Spędziłem tam dwa miesiące. To były prawdziwe rzymskie wakacje pełne przygód, i miłych i kłopotliwych. Miałem ze sobą wszystkiego pięć dolarów, z czego trzy wydałem w Wiedniu zaprosiwszy na kawę poznane przypadkowo Dunki. Było mnóstwo rozmaitych qui pro quo. Kiedy w hotelu przyznałem się Marghericie, że nie mam pieniędzy, zabrała mnie do swojego mieszkania przy via Giulia. Później mieszkałem u jej trochę dziwnego znajomego, który zapałał do mnie zbyt żywą sympatią, a w dalszej kolejności zamieszkałem niedaleko od Stazione Termini, u pani Rosetty, ciotki Margherity, starszej, pięknej, lekko utykającej damy, która bardzo się mną opiekowała i wieczorami oczekiwała na mnie z kolacją, gdy wracałem z wielogodzinnych wędrówek po Wiecznym Mieście. Przeżyłem też niewielkie trzęsienie ziemi i liczne wrażenia emocjonalne. W Rzymie poznałem przypadkiem Kalinę Jędrusik i Stanisława Dygata. Spotkałem też Krysię Stypułkowską, która grała główną rolę kobiecą w „Niewinnych czarodziejach” Andrzeja Wajdy i kształciła się w Rzymie zawodowo. Dziś mieszka w USA.
Proszę o powiedzieć o powojennych latach poznańskich…
Od 1951, czyli od czternastego roku życia chodziłem tam do Liceum Muzycznego. Ściągnął mnie do niego słynny kontrabasista poznański, profesor Adam Ciechański, z muzycznej rodziny. „Zrobię z ciebie mistrza” – powiedział. Wcześniej zdałem egzamin do ogólniaka, ale byłem bez punktów, bo nie byłem synem ani robotnika ani chłopa. Interwencyjny list do kancelarii prezydenta Bolesława Bieruta przyniósł, „o dziwo”, pozytywny skutek, ale już w międzyczasie byłem uczniem liceum i w nim pozostałem. Okazałem się jednak niewdzięcznym młodzieńcem, bowiem zdradziłem kontrabas na rzecz wiolonczeli. Mając niespełna osiemnaście lat dostałem zaszczytny angaż do Poznańskiej Filharmonii od dyrektora Śliwińskiego. Zagrałem w trzech koncertach. Czwartego wieczoru nie było. Doznałem ciężkich obrażeń podczas wypadku drogowego. Straciłem możliwość uczestnictwa w Światowym Festiwalu Młodzieży w Warszawie, gdzie miałem wystąpić wraz z Poznańską Filharmonią. Odniesione wtedy obrażenia odzywają się do dziś.
Jak to się stało, że z muzyka przekwalifikował się Pan na aktora?
Po wielomiesięcznej rehabilitacji rozpocząłem studia na Wydziale Reżyserii Muzycznej w Warszawie. Odbywałem praktyki w Wytwórni Filmowej przy Chełmskiej u profesora inżyniera Jankowskiego, dźwiękowca. W tym czasie grałem na wiolonczeli m.in. w Teatrze Narodowym. Graliśmy muzykę dworską do przedstawienia „Henryk VI na łowach” Bogusławskiego. Poznałem wielu aktorów, m.in. Andrzeja Szalawskiego, z którym, później pracowałem na Wybrzeżu. Złapałem bakcyla teatru i zdecydowałem się zdawać do krakowskiej PWST. Z powodzeniem. Studiowałem na jednym roku z Anią Seniuk, Tereską Budzisz-Krzyżanowską, Piotrem Wysockim, Józiem Lewartowskim, synem jednego z przywódców powstania w getcie warszawskim, Jankiem Nowickim, Krzysztofem Kumorem, Andrzejem Fedorowiczem. Dziekanem był wtedy Eugeniusz Fulde, znakomity pedagog, a moimi profesorami – „babcia” Halina Gallowa, Halina Gryglaszewska od scen, Marta Stebnicka od piosenki, Jerzy Merunowicz od impostacji głosu. Po ukończeniu szkoły obroniłem dyplom i podjąłem pracę w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku u dyrektora Jerzego Golińskiego. Zdarzyło mi się zagrać w ciągu jednego sezonu pięć dużych ról, co dziś byłoby trudnym do wykonania osiągnięciem. Zagrałem Patroklesa w „Troilusie i Kresydzie” i Claudia w „Wiele hałasu o nic” Szekspira, Frankiego, Kochanka w „Pani Dally ma kochanka” Hanleya Williama, gdzie wystąpiłem razem z Andrzejem Szalawskim, który w międzyczasie przeniósł się na Wybrzeże, inżyniera Metropolitaine w „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej, najsłynniejszym wtedy przedstawieniu wystawianym w całej Polsce, w „Zmierzchu” Izaaka Babla, w „Matce” Witkacego. Jedna z najważniejszych moich ról był Eiliff w „Matce Courage” Brechta (słynna sekwencja tańca z szablą podczas śpiewanego songu Kurta Weila pod playback bardzo trudnej muzyki).
Jak się Pan czuł w Trójmieście?
Świetnie. To był barwny okres w moim życiu. Trójmiasto kipiało życiem. Rano jazdy konne w stadninie w Kolibkach, po próbie plaża pod Grand Hotelem w Sopocie, zawsze blisko morze. Mieszkałem najpierw w kamienicy przy Długim Targu 72/73, potem w wynajętym pokoju w willi w Górnym Sopocie przy Świerczewskiego, w którym mieszkali kiedyś Zbyszek Cybulski i Bobek Kobiela. Miałem przyjaciół w Teatrze Bim Bom i Cyrku Jerzego Afanasjewa, w macierzystym teatrze i mnóstwo ciekawych znajomych dookoła. Przyjaźniłem się ze znanymi gdańskimi aktorami Ryśkiem Ronczewskim, Tadeuszem Gwiazdowskim, podziwiałem kunszt taneczny Henia Melomana. Mile wspominam sukces polskiej wersji muzycznej „Brata marnotrawnego” Oscara Wilde’a, gdzie jako Jack Worthing przez trzy akty nie schodziłem ze sceny, tańcząc, śpiewając, uprawiając akrobację parterową i walkę wolnoamerykańską. Tak brzmiał w „Ekspresie Wieczornym” list teatralny z Wybrzeża.
W tym czasie zaczął Pan też grać w filmie…
Tak, w tym okresie, w 1965 roku zagrałem w filmie „Zakochani są między nami” Jana Rutkiewicza. Z tą realizacją wiążą się zabawne wspomnienia. Zabrakło pieniędzy na zdjęcia w Bułgarii, którą zamieniono na bałtyckie Mielno. Pech chciał, że lato było w tym okresie zimne, ciągle lało, a mieliśmy grać sceny w upale. Rano ludzie w ekipy technicznej lampami ogrzewali piasek, a Magdzie Zawadzkiej, mojej partnerce, mnie i innym aktorom nakładano sztuczne kropelki potu, choć drżeliśmy z chłodu. Grała też Lidia Korsakówna, Maria Nowotarska,, dziś mieszkająca w Toronto, Bodzio Łazuka, Stanisław Jaśkiewicz, a także Andrzej Jurczak, ówcześnie etatowy chłopaczek polskiego filmu. Po wyczekiwaniu na upał latem, w październiku z kolei czekaliśmy na sztorm, w czasie którego topiła się w filmie moja dziewczyna imieniem Kajtek, grana przez Magdę Zawadzką. Czekaliśmy na prawdziwy sztorm w Mielnie – w kożuchach, ale do filmowej akcji na morzu główni aktorzy wybiegali z lokalu „Meduza” w slipkach. Wszystko się sprzysięgało przeciw ekipie. Za honorarium za te kilka miesięcy pracy mogłem sobie kupić skromny płaszcz. Towarzyszył temu charakterystyczny dla tamtych czasów folklor obyczajowy. Nie było wtedy ochroniarzy, a falanga ludzi nie chroniła, jak dziś, spokoju aktorów. Ciągle przychodzili miejscowi pijaczkowie z propozycją typu: „Te aktor, postaw flachę”. I stawialiśmy, tracąc te zarobione dniówki filmowe. Ciągle też trwały jakieś bójki, zatargi między plażowiczami a miejscową żulią. Jeden z takich „amatorów”, zwany Luciano, właściciel jednego zęba, został stróżem samochodów ekipy filmowej i przedstawiał się swoim kolesiom jako asystent reżysera. W okresie gdańskim zagrałem też epizod w gdańskim odcinku „Stawki większej niż życie”, zatytułowanym „Hotel Excelsior”.
W 1969 roku, po pięciu latach pracy na Wybrzeżu, przeniósł się Pan do Warszawy…
Podpisana wcześniej umowa z dyrektorem Dejmkiem przestała obowiązywać z chwila odwołania go z funkcji dyrektora tej sceny. Później znalazłem swoje miejsce w zespole Teatry Klasycznego w Warszawie, równocześnie podejmując zarobkową działalność artystyczną dla szkół, razem Haliną Rowicką, moją przyszłą żoną oraz z kolegą, niedawno, przedwcześnie zmarłym Jurkiem Matałowskim. Prezentowaliśmy poemat Puszkina „Eugeniusz Oniegin”, ze mną w roli tytułowej, Haliną w roli Tatiany i Jerzym w roli Leńskiego. Wraz z organizatorami tych koncertów słowa o szóstej rano umawialiśmy się na placu Dzierżyńskiego i ruszaliśmy do szkół warszawskich i w teren, pod Warszawę, z poezją Mickiewicza, pod hasłem „literatura pod strzechy”. To była ciężka praca, między innymi z powodu złej akustyki sal gimnastycznych, gdzie występowaliśmy. Poza tym młodzież w takiej masie jest trudna, wystarczy jeden złośliwiec i kładzie całe przedstawienie. Jurek miał na to sposób. Kiedy taki delikwent przeszkadzał, zirytowany wskazywał go palcem i kazał mu wyjść na scenę mówiąc: „Teraz będziesz mówił dalej za mnie”. Skutkowało wybornie – do końca występu był spokój. W kolejnych latach byłem w trzech zespołach teatralnych: w Narodowym u Adama Hanuszkiewicza, w Studio u Józefa Szajny i w Nowym u Mariusza Dmochowskiego. Poza tym grałem gościnnie w Rzeszowie i Łodzi.
W Teatrze Telewizji zadebiutował Pan w 1969 roku…
Jeszcze w ośrodku gdańskim, w programie telewizji ogólnopolskiej wystąpiłem w tytułowej w spektaklu „Murzyn” Jerzego Szaniawskiego. Pamiętam, że wchodziliśmy bezpośrednio na wizję po wielkich emocjach meczu piłkarskiego Górnik Zabrze – Dynamo Kijów i błyskotliwej relacji redaktora Jana Ciszewskiego. Jak trudno było wtedy zapanować nad sobą! Z ról późniejszych wspominam mile rolę Achillasa w „Cezarze i Kleopatrze” George’a Bernarda Shaw u boku Gustawa Holoubka, Listonosza w „Naszym mieście” Thorntona Wildera, w reżyserii Jerzego Gruzy. Zagrałem też główną rolę męską w „Cnocie uciśnionej czyli przygodach Josepha Andrewsa” według Henry Fieldinga. Bardzo urocza i zabawna komedia oparta o XVIII-wieczną literaturę angielską. No i – w moim wykonaniu – chyba pierwszy, mówiąc pół żartem pół serio – męski striptiz w telewizji. Warto wspomnieć, że pani Xymena Zaniewska, scenografka, zbudowała wtedy w studiu telewizyjnym trzynaście dekoracji, bowiem graliśmy na żywo i w takiej to scenerii nie ma miejsca na żadne dowolności.
Należał Pan wtedy, obok Jerzego Zelnika i kilku innych, do najbardziej urodziwych młodych aktorów polskich…
W czasie gdy w Teatrze Rozmaitości przy Marszałkowskiej graliśmy w „Gwałtu co się dzieje” Fredry, mnie i Jurkowi Matałowskiemu licealistki nie dawały spokoju, szturmowały garderobę i dopraszały się o autografy.
Jest już Pan na emeryturze, ale ciągle udziela się Pan zawodowo…
Tak, niedawno zagrałem w „Małej maturze” Janusza Majewskiego i filmie Piotra Trzaskalskiego „Mój rower”. Piszę też scenariusze. Niedawno Centrum Kultury na Saskiej Kępie zaproponowano mi zrobienie spektaklu poetyckiego według poezji Broniewskiego, raczej tej lirycznej niż rewolucyjno-politycznej. Odbyło się kilka spektakli i teraz chciałbym przedłużyć żywot przedstawienia.
Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Kalczyński – ur. 4 maja 1937 w Poznaniu . W latach 1957-1959 muzyk Teatru Narodowego. W 1961 ukończył studia na wydziale reżyserii muzycznej w PWSM w Warszawie. Jest także absolwentem krakowskiej PWST (1963). Aktor teatrów Wybrzeże w Gdańsku (1964–1969), w Warszawie: Klasycznego w Warszawie (1969–1971), Studio (1971–1975), Narodowego (1975–1981), Nowego (1980–1987). Wśród ról teatralnych: Patrokles w „Troilusie i Kresydzie” Szekspira, tytułowy „Don Juan” Moliera, Jan Kanty w „Gwałtu co się dzieje” Fredry, Gustaw w „Miłości i próżności” Godebskiego, Regulus Aemilius w „Kajusie Cezarze i Kaliguli” Rostworowskiego, Roderigo w „Księżnej d’Amalfi” Webstera, Peters w „Niemcach” Kruczkowskiego, Phillipeaux w „Dr Guillotin” Buchnera. W Teatrze Telewizji m.in. „Amerykańska guma do żucia Pinky” (Teatr Kobra), Wacław w „Zemście” Fredry, Koryfeusz w „Królu Edypie” Sofoklesa, Lord w „Elżbiecie królowej Anglii” Brucknera. Role filmowe m.in. w: „Zakochani są między nami” (1964), „Kaszebe” (1970), „System” (1971), „Nagrody i odznaczenia”, „Con amore” (1972), „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” (1978). W serialach m.in.: „Przygody psa Cywila”, „Pogranicze w ogniu”, „Marszałek Piłsudski” „Plebania”, „Na Wspólnej”, „Klan”, „Miasto z morza”. Nakładem wydawnictwa „Rytm” ukazały się właśnie jego wspomnienia „Moje boje”.

Teatralny wędrowiec

Paweł Nowisz – ur. 15 stycznia 1940 w Warszawie – aktor. W 1963 roku ukończył studia na Wydziale Lalkarskim PWST w Krakowie, a rok później, w 1964 roku ukończył studia na Wydziale Aktorskim tejże szkoły. W 1966 roku otrzymał nagrodę dla młodego aktora za rolę Księdza w „Dziadach” na VI Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. W roku 1972 otrzymał lubelską „Srebrną Maskę. W 1974 roku otrzymał 2 nagrody: nagrodę artystyczną wojewody lubelskiego i nagrodę WRN w Lublinie. Występował w teatrach: Polskim w Bielsku-Białej (1964 – 67), Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach (1967 – 68), im. Juliusza Osterwy w Lublinie (1970 – 75), Współczesnym we Wrocławiu (1975 – 79), im. Stefana Jaracza w Łodzi (1979 – 81), Narodowym w Warszawie(1981 – 85), Nowym w Warszawie (1985 – 93), Rozmaitości w Warszawie (1991), Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie (1992), Szwedzka 2/4 w Warszawie (1994), Na Woli w Warszawie(1995 – 98), Współczesnym w Warszawie (1995, 2002), Muzycznym w Lublinie (2002). W Teatrze Telewizji m.in. w: „Cnota uciśniona” (1970), „Stara kobieta wysiaduje” T. Różewicza (1976), „Villa dei Misteri” H. Kajzara (1983), „Maestro” J. Abramowa (1989), „Cezar i Pompejusz” H. de Montherlanta (1996), „Prymas w Komańczy” (2010). „W filmie m.in. „Indeks” (1977) i Kung fu” (1979) J. Kijowskiego (1977), „Wodzirej” F. Falka (1975), „Rozmowy kontrolowane” S. Chęcińskiego (1991), „Kiler” J. Machulskiego (1997), „Różyczka” J. Kidawy (2010). W serialach m.in. „Zmiennicy”, Królewskie sny”, „M jak miłość”, „Kryminalni” a ostatnio „Blondynka”.

Z PAWŁEM NOWISZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Raczej rzadko się zdarza, żeby warszawiak z urodzenia znaczną część życia spędził poza Warszawą, zwłaszcza jako aktor. Przecież od zawsze tu właśnie zewsząd ciągną ambitni artyści w poszukiwaniu szansy. Tymczasem Pan przez lata wędrował przez teatry – Bielsko, Lublin, Wrocław, Łódź. Jednocześnie nigdy nie dał się Pan zepchnąć do pozycji prowincjonalnego aktora, znanego tylko garstce ludzi w swoim mieście. To przypadek czy ponosił Pana temperament, ciekawość nowych doświadczeń?

Wędrowałem, ale w końcu zawędrowałem z powrotem do Warszawy i od razu do Teatru Narodowego. Różnie bywało. Po jakimś czasie obecności w teatrze popada się w szufladę, rutynę, a idee czy kategorie estetyczne, które na początku fascynowały, stają się nieświeże. Poza tym ludzie, z którymi pracuje się zbyt długo, przestają inspirować. Z tego powodu przynajmniej raz odszedłem, wbrew tak zwanej logice, z teatru, gdzie miałem pod każdym względem znakomite warunki, do warunków gorszych, ale z potrzeby zmiany powietrza. Bez zmian aktor staje się zdrewniałą teatralną maszyną. Helmut Kajzar, z którym dużo pracowałem mówił mi: „Tylko nie graj tak, jak codziennie. Graj inaczej, świeżo, nie naciskaj starych guzików”. Nie wyobrażam sobie, jak mógłbym funkcjonować w dawnym teatrze, gdzie każdy latami miał swoje miejsce jako tragik, amant czy charakterystyczny i piłował w nieskończoność tę działkę.

Boi się Pan nudy i rutyny?

Boję się. Jest dla mnie dokuczliwa w życiu, ale sztuce to katastrofa. Dlatego tak ważna jest inwencja ze strony reżysera czy aktora, która jakąś nudna, płaską sytuację nagle rozświetla i czyni ciekawą. Takim inspiratorem był choćby Helmut Kajzar. Natomiast w tzw. prowincjonalnych środowiskach teatralnych występowało wtedy zjawisko zasiedzenia, utkwienia w tej prowincjonalności. Byli tacy, którzy się w tym dusili, jak np. bohater filmu Agnieszki Holland „Aktorzy prowincjonalni”, ale i tacy, którzy doskonale czuli się w atmosferze spokojnego życia w niezbyt wielkim mieście, z dość wysokim statusem miejscowego artysty. Tak było na przykład w znanym mi Lublinie, gdzie skądinąd wybitni aktorzy zadowalali się siedzenie tam przez całe życie i ani myśleli je opuszczać. Dziś to zjawisko jest rzadsze, bo ludzie stali się bardziej mobilni, prawie nie ma zasiedziałych kręgów artystycznych. Bo pieniądz wszystko wprawia w ruch.

I właśnie w Lublinie pojawił się Pan w 1970 roku. To był bardzo ciekawy okres tamtejszego Państwowego Teatru im. Juliusza Osterwy, którym kierował wtedy Kazimierz Braun…

Bardzo ciekawy, utalentowany eksperymentator. Na teatrze tradycyjnym to on się znał moim zdaniem słabo, ale był bardzo twórczy w nowym języku teatralnym. Jego „Akt przerywany” Tadeusza Różewicza zrobił szum na cały teatralny kraj. Było to trochę za dużo jak na zaściankowy mocno Lublin, ale dla teatru i aktorów bardzo rozwijające. Inna sprawa, że Braun wystawiał jednocześnie dużo klasyki, Mickiewicza Fredrę, Gogola, Słowackiego, Wyspiańskiego, Mrożka „Szcęśliwe wydarzenie”, gdzie zagrałem Przybysza, nawet Bałuckiego, czy „Otella” Szekspira, gdzie zagrałem Jagona. Zrobił nawet widowisko z „Robinsona Crusoe” dla młodego widza, a ja w jego bardzo tradycyjnie wyreżyserowanym „Dożywociu” Fredry zagrałem Łatkę i był to kawał starego, tradycyjnego „tyjatru”.

Potem wędrował Pan po scenach krajowych…

We Wrocławiu w tamtejszym Teatrze Współczesnym ponownie spotkałem się z Kazimierzem Braunem, który tam się przeniósł i kontynuował swoje koncepcje. Zacząłem tam od jednej z najważniejszych dla mnie ról, Shauma w „Annie Livii” według Joyce’a. Byłem tam do 1979 roku, aż odkrył mnie Adam Hanuszkiewicz i zaprosił do Teatru Narodowego, gdzie w 1980 roku zadebiutowałem u niego w widowisku według „Dekamerona” Bocaccia. Losy związały mnie z Hanuszkiewiczem na kilkanaście lat, bo po jego odejściu z Narodowego w 1982 roku, zaprosił mnie do swojego Teatru Nowego, przy Puławskiej. W międzyczasie trochę współpracowałem z łódzkim Teatrem im. Stefana Jaracza. Od początku lat dziewięćdziesiątych gram głównie gościnnie, w różnych teatrach, np. w warszawskim Współczesnym, w Rozmaitościach (TR), na Woli.

Gdzie Pan „złapał” bakcyl aktorstwa?

W liceum im. Tadeusza Reytana w Warszawie, ale wbrew schematowi, że w wyniku inspiracji nauczyciela polonisty czy wciągnięcia się w szkolny teatr. Nie, po prostu oglądałem różne filmy, podziwiałem aktorów i bardzo mi się spodobała perspektywa pójścia w ich ślady.

Dlaczego mieszkając w Warszawie zdecydował się Pan na krakowską szkołę teatralną?

Zdawałem najpierw do warszawskiej, ale się nie dostałem. Spróbowałem ponownie do krakowskiej i tym razem mi się powiodło. Krakowskie czasy studiów pozostały mi w pamięci jako okres piękny. To było jeszcze przed tym wielkim zajaśnieniem tego miasta na cały kraj, dzięki dokonaniom głównie Starego Teatru i inscenizacji Wajdy, Jarockiego, Hubnera z początku lat siedemdziesiątych. Kraków był jeszcze trochę zamknięty w sobie, zasklepiony w krakowskości, trochę zapleśniałej, konserwatywnej. Już jednak, głównie wokół Piwnicy pod Baranami i Piotra Skrzyneckiego, gromadziło się środowisko ludzi bardzo niekonwencjonalnych, inteligentnych, twórczych, wrażliwych, którzy zaczęli tworzyć nową, specyficzną atmosferę tego miasta. Tym, co rodziło się na moich oczach, za chwilę cała Polska się zachwyciła. Dlatego, choć urodziłem się w Warszawie i przez lata pracowałem w różnych miastach, to moja dusza jest krakowska. Zauważyłem na przykład, że inne rzeczy mi się podobają niż wielu kolegom ukształtowanym w Warszawie. Na przykład inaczej podchodzę do poezji i do klasyki, bo w Krakowie przykładano do nich większą wagę. Inna sprawa, że coraz mniej jest to aktorowi potrzebne przy obecnym kursie na bełkotliwą „naturalność”, „prawdziwość” mowy i zachowań. Jednak co bym nie robił, w teatrze, filmie czy telewizji, osadzenie w zawodzie mam krakowskie.

Pracuje Pan z młodymi aktorami. Czym różnią się od Pana pokolenia?

Są znacznie mniej nastawieni na poezję i klasykę. Częściej bywają nonszalanccy dykcyjnie, a poza tym są znacznie bardziej niż starsze, czyli moje pokolenie, nastawieni na służbę sztuce aktorskiej. Nam to na studiach wpajano, choćby krakowski dziekan Eugeniusz Fulde. O służbie teatrowi mówiono niemal tak, jak dziś o służbie zdrowia. Inna sprawa, że wielu starszych kolegów czasem w deklaracjach przesadza z tym swoim „świętym” podejściem do aktorstwa jako służby i że część z nich nie wyszła na tej służbie najlepiej. Odeszła z zawodu albo w nim zgorzkniała z braku sukcesów i satysfakcji zawodowych. Tym bardziej zadziwia mnie napór młodych na ten zawód. Za moich czasów zdawało po kilkunastu kandydatów na jedno miejsce i uważało się, że to jest strasznie dużo. Dziś jest ich około setki na jedno miejsce, bo na kilkanaście miejsc na pierwszym roku próbuje się dostać ponad tysiąc osób. Obłęd. Z drugiej strony, no cóż, rozumiem młodych ludzi – pewnie szukają atrakcyjnego zawodu, liczą na sławę i pieniądze.

I przeliczą się…

Przeliczy się 99 procent z nich. Tym bardziej, że warunki w tym zawodzie z pewnego punktu widzenia zmieniły się na gorsze. Oczywiście, jak się już trafi na złotą żyłę, to pieniądze są nieporównywalnie większe od tych z dawnych czasów. Nieporównywalnie większy jest też generalny rynek pracy dla aktorów, jest wiele seriali, jest reklama. Jednak na przykład kiedyś, jak młody aktor dostał angaż na prowincji, to małymi krokami mógł dojść do uznania krajowego, ponieważ dyrektorzy ze stolicy i większych ośrodków obserwowali, co tam się dzieje, wyszukiwali talenty. Wtedy w ogóle interesowano się pracą innych. Twórcy teatru byli także widzami. Dziś tego w zasadzie nie ma, dziś każdy patrzy tylko na swój ogródek. Ja po krakowskim dyplomie zostałem zabrany do Bielska-Białej przez reżysera Mieczysława Górkiewicza, u którego robiłem dyplom i który został tam dyrektorem. Zadebiutowałem tam w 1964 roku jako Arfon, Harfiarz w „Lilii Wenedzie” Juliusza Słowackiego I krok po kroku, przechodząc z teatru do teatru, zostałem w końcu aktorem Narodowego w Warszawie. Dziś, jeśli się aktora nie zobaczy w filmie czy telewizji, nie ma on szans na to by ruszyć z miejsca. Dlatego do Warszawy przyjeżdżają tysiące młodych ludzi, wynajmują jakiś kąt i chodzą po castingach licząc na szczęście.

Zagrał Pan dziesiątki ról w wielu teatrach. Może Pan wskazać którą, jako szczególnie ważna dla Pana?

To dość trudne przy takim stażu. Wspomnę jednak „Kwiaty dla Algernona” według amerykańskiego autora Daniela Keyesa w reżyserii Pawła Kędzierskiego. Główną postacią jest niedorozwinięty człowiek, który wskutek operacji staje się geniuszem, ale potem z wolna wraca do swojego pierwotnego stanu. Pokazać tę ewolucję, to rzadkie zadanie aktorskie. Szeroki wachlarz możliwości. I ono mi właśnie przypadło w udziale. Chyba z sukcesem.

Dziękuję za rozmowę.

Od liryzmu do szorstkich tonów

Bożena Adamek – ur. 1 stycznia 1952 w Zaklikowie. Absolwentka PWST w Krakowie (1975). Aktorka scen krakowskich: Teatru Ludowego w Nowej Hucie (1975-78), Teatru STU (1978-82), Teatru Bagatela (1982-86) i od 1986 roku Teatru im. J. Słowackiego. Role teatralne, to m.in. Krasawica w „Bolesławie Śmiałym” St. Wyspiańskiego, Orcio w „Nieboskiej komedii” Z. Krasińskiego, tytułowy „Kopciuch” J. Głowackiego, Miranda w „Burzy” W. Szekspira, Pani de Tourvel w „Niebezpiecznych związkach” Choderlos de Laclos, Lukrecja w „Celestynie” Rojasa, Matka w „Pułapce” T. Różewicza, Betty w „Operze za 3 grosze” B. Brechta, Elisabeth w „Czarownicach z Salem” B. Brechta, Simona w „Marat/Sade” P. Weissa. W Teatrze telewizji m.in. Julia w „Romeo i Julii” W. Szekspira, Horodniczanka w „Rewizorze” M. Gogola, Marianna w „Opowieściach z Lasku Wiedeńskiego” O. von Horwatha, Luiza w „Intrydze i miłości” F. Schillera, tytułowa „Księżna d’Amalfi” J. Webstera. W filmie m.in. Bianka w „Sanatorium pod Klepsydrą” W. J. Hasa, Elżbieta w „Królowej Bonie” J. Majewskiego, Filipa w „Thais” R. Bera, Alicja w „Był jazz” F. Falka, Bożena w „Debiutantce” B. Sass, Kobieta w „Kramarzu” A. Barańskiego, Emilka w „Spisie cudzołożnic” J. Stuhra, a także epizody w szeregu popularnych seriali jak n.p. „Na dobre i na złe”.

Z BOŻENĄ ADAMEK rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Spędziła Pani część młodości w moim rodzinnym Lublinie. Czy to tam zaczęła się Pani przygoda z aktorstwem?

Tak. Mój pierwszy ruch w stronę aktorstwa zaczął się od konkursu na rolę Nel w przygotowywanym przedstawieniu „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie, gdzie wtedy mieszkałam i chodziłam do tamtejszego III Liceum Ogólnokształcącego imienia Unii Lubelskiej. Przedstawienie, którego premiera odbyła się w styczniu 1970 roku i które wyreżyserowała Maria Billiżanka, cieszyło się ogromnym powodzeniem i jeździliśmy z nim po całej Lubelszczyźnie. Dwa lata w otoczeniu profesjonalnych aktorów dały mi bardzo wiele i w pewnym momencie stało się oczywiste, że będę zdawała do szkoły teatralnej. Zdałam bez problemu nie tylko dzięki temu doświadczeniu, ale także dzięki temu, że miałam za sobą średnią szkołę muzyczną, dzięki której oswoiłem się ze sceną. Zawsze byłam bardzo umuzykalniona.

Zdecydowała się Pani na szkołę krakowską a nie na bliższą od Lublina warszawską. Dlaczego?

Z powodu zachęty pani Billiżanki, u której zamieszkałam w Krakowie w trakcie egzaminów, w mieszkaniu pełnym wspaniałej atmosfery teatralnej, dzieł sztuki, teatralnych rekwizytów, plakatów itp. Zdawało kilkaset osób więc nikt z rodziny nie wierzył, że się dostanę. Za to wierzyła we mnie pani Billiżanka i bardzo przeżywała mój egzamin.

Jak czuła się Pani w szkole?

Tak naprawdę doceniłam ją dopiero po latach. W trakcie studiów było mi bardzo ciężko, bo byłam naiwnym dzieckiem, które na teatr patrzyło z perspektywy osoby hołubionej przez aktorów w czasie „W pustyni i w puszczy”. W szkole okazało się, że nic nie umiem i muszę uczyć się podstaw zawodowych, abecadła. W połowie pierwszego roku dostałam pałę z prozy, bo wybrałam sobie nieodpowiedni dla mnie i mojego wnętrza tekst, czyli monolog „Panny Julii” Strindberga. Ten pełen nienawiści do mężczyzn tekst w ustach dziecka wzbudził śmiech. Miałam nawet wrażenie, że specjalnie podrzucano mi takie teksty, żeby mnie wystawić na próbę. A przecież nie miałam doświadczenia życiowego i nie wiedziałam, że takie relacje damsko męskie realizuje się inaczej niż przez histerię. Na poprawkę wybrałam „Anię z Zielonego Wzgórza” i tym razem mi się udało. Mimo to pod koniec roku chcieli mnie wyrzucić, także za głos. Mam głos charakterystyczny, matowy, który nie wszystkim się podobał, z czego sobie zdaję sprawę, zawsze nad nim intensywnie pracowałam, żeby był nośny na scenie, żebym była słyszalna. Uratowała mnie rola Frani w „Weselu Figara”, bo okazało się, że na scenie dobrze mówię, że nie mam problemów ani z dykcją ani z nośnością głosu, że mówię lepiej niż w sytuacjach egzaminacyjnych, w których zżera mnie stress. Uratował mnie też dziekan Eugeniusz Fulde i list Wojciecha Hasa, u którego, będąc na pierwszym roku, zagrałam Biankę w „Sanatorium pod Klepsydrą”. Has poprosił szkołę o „opiekę nad moim talentem”, jak się podobno wyraził. Has zresztą sam się mną bardzo opiekował podczas realizacji, roztaczał parasol ochronny nad aktorami. Dał mi przed zdjęciami trzy dni na oswojenie się z rolą, karmił mnie pomarańczami, a operator Witold Sobociński posadził mnie przed kamerą, żebym zobaczyła w jakim będę kadrze. Dzięki temu nakręciliśmy moje sceny od razu, bez licznych dubli. Podobnie płynną, idealnie układającą się współpracę wspominam z planu serialu „Królowa Bona” reżyserowanego przez Janusza Majewskiego.

Co było dalej w szkole?

Gdy już odpuściły nerwy z tego potwornie stresującego pierwszego roku, zaczęłam się wreszcie rozwijać. Trafiłam w ręce Bohdana Hussakowskiego, bardzo ostrego pedagoga, nie cackającego się z nami, rąbiącego prawdę w oczy, ale jednocześnie traktującego studentów po partnersku. To Hussakowski wyleczył mnie z dziecięcej naiwności i nauczył myślenia o roli, analizowania jej, dobierania środków. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Także to, że moim dyplomem stała się rola Julii w telewizyjnym przedstawieniu „Romeo i Julii” Szekspira u Jerzego Gruzy, gdzie partnerowałam romantycznemu z fizjonomii i stylu gry Krzysiowi Kolbergerowi. Kilka lat później Gruza zaangażował mnie też do swojego „Rewizora” z Tadeuszem Łomnickim i Wojciechem Pszoniakiem, do roli córki Horodniczego.

Czyli to była jednocześnie Pani rola dyplomowa i debiut w Teatrze Telewizji…

Tak, po latach doceniłam ten moment, ale dość długo nie lubiłam tej roli, bo na długi czas, na jakieś dwadzieścia lat zamknęła mnie w szufladce pod nazwą „Julia”, jak Stanisława Mikulskiego w Klossie. Zdarzało się, że gdy nie pamiętano mojego nazwiska, to mówiono o „tej aktorce, co grała Julię w telewizji”. Pięknym wspomnieniem pozostała praca z Krzysiem Kolbergerem, który był nie tylko utalentowany, ale i superwrażliwy. Grałam tam też ze wspaniałym Markiem Walczewskim, który zagrał ojca Laurentego. To był aktor wielkiej, niepowtarzalnej formy, do tego odważny, potrafiący wyjść ponad codzienność, w szaleństwo, nawet do granic samoośmieszenia. Nie zapomnę go w „Hipnozie” Antoniego Cwojdzińskiego w kapitalnym duecie z Izabellą Olszewską.
A jak ułożyła się Pani współpraca z Gruzą, bądź co bądź reżyserem specjalizującym się w komediach, a w obejściu i kontaktach z aktorami raczej mało lirycznym?

Bardzo dobrze. Zarekomendował mu mnie operator Witold Sobociński, z którym pracowałam na planie „Sanatorium”, jako „tę małą z Krakowa” i dzięki temu właśnie ja zagrałam Julię, a nie któraś z gwiazd warszawskich. Pamiętam, że Gruza zachęcił mnie i Krzysia do zagrania Romea i Julii w sposób dość bezwstydny, ostry, bez nadmiaru łagodnego liryzmu. Do tego zastosowano ruchliwą kamerę z ręki, co nadało przedstawieniu żywy, nowoczesny kształt. Z Teatru Telewizji dobrze wspominam rolę Pietruszki w „Wiele hałasu o nic” Szekspira w reżyserii Józefa Słotwińskiego, gdzie zagrałam u boku wspaniałego Jerzego Bińczyckiego w roli Falstaffa, tytułową „Księżnę d’Amalfi” w dramacie Johna Webstera, Mariannę w „Opowieściach Lasku Wiedeńskiego”, obie w reżyserii Włodzimierza Nurkowskiego.

Wróćmy jeszcze na chwilę do szkoły. Proszę o kilka wspomnień o pedagogach…

Wiersza uczyła nas Danuta Michałowska, sięgając do Mickiewicza, do „Pana Tadeusza” i bardzo kładąc nacisk na formę. Dziś znów zajmuję się poezją i tamte nauki wiele mi dały. Wiele dały mi też kontakty z doświadczonymi aktorami, którzy nie byli moimi pedagogami. Na przykład z Bronisławem Pawlikiem, który uczył mnie słuchania partnera, podkreślając, że na scenie, czy przed kamerą ważne jest reagowanie na zachowanie i słowa partnera, wsłuchanie się w niego, a nie tylko nasze własne granie. Wiem też, że gdy się pracuje nad rolą, to najpierw myśli się o niej, gromadzi jej poszczególne składniki, wzbogaca, ale po tym wszystkim trzeba wykonać jakby drogę w przeciwnym kierunku, do pierwotnej prostoty, przesuwając to co się nagromadziło jakby w tył głowy, jakby zapominając o całej budowli. Bo trzeba wejść z czystym sercem i żyć na scenie, a nie odtwarzać jakąś wiedzę. Z pedagogów wymieniłabym jeszcze Halinę Gryglaszewską, mocną aktorkę dramatyczną, która snuła nam opowieści o krakowskim życiu teatralnym po wojnie.

Jak reagowano w szkole na Pani dziewczęcą urodę?

Nawet, powiedziałabym, dziecięcą. Miałam warunki typowej lirycznej amantki, idealnej do roli Julii w Szekspirze czy Luizy w „Intrydze i miłości” Schillera. Wydziwiano trochę nade mną, mówiono żebym pracowała na swoją głębię, by mieć w przyszłości role, gdy moje warunki zewnętrzne wraz z upływem czasu zmienią się. Pracowałam więc na wydobycie z siebie ostrzejszych i bardziej chropowatych tonów.

Po studiach zaangażowała się Pani do krakowskiego Teatru Ludowego w Nowej Hucie, ale zetknęła się Pani przy okazji właściwie ze wszystkimi scenami Krakowa, bo i na chwilę ze Starym, i z Teatrem Stu, i z Bagatelą, by w końcu zostać w Teatrze im. Juliusza Słowackiego…

To prawda. Dało mi to wiele ciekawych i przydatnych doświadczeń. Bardzo ciekawym doświadczeniem była rola w Teatrze Stu, u Jasińskiego, w „Wydrążonych ludziach” Eliota, a także w „Tajnej misji”, „Pacjentach”, „Burza”.

Jak ze swojego punktu widzenia określiłaby Pani cechy tych krakowskich scen. Co je odróżniało? Co łączyło?

Łączył na pewno specyficzny, krakowski pietyzm dla sztuki, silne poczucie jej wagi. Natomiast z Teatru Ludowego pod dyrekcją Ryszarda Filipskiego uciekłam, bo panował tam hurrapatriotyzm typu pisowskiego połączony z komunizmem. Dyrektor z największą lubością wystawiał widowiska w rodzaju „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” czy „Nasza patetyczna”. Dziwna mieszanka, dla mnie nie do przyjęcia. To był dla mnie teatr raczej opresyjny niż patriotyczny, a wyratował mnie z tej opresji Krzysztof Jasiński biorąc mnie do swojego Teatru Stu. Ten okres był dla mnie z wszystkich moich lat teatralnych najbardziej twórczy. Bardzo też cenię sobie dwa lata współpracy z Teatrze Powszechnym w Warszawie u Zygmunta Hubnera, gdzie zetknęłam się z warszawskimi gwiazdami. W garderobie siedziałam ze wspaniałą panią Mirosławą Dubrawską, z którą wiodłam długie rozmowy o teatrze i miejscu aktora. W Powszechnym zagrałam tytułową rolę „Kopciucha” Janusza Głowackiego w reżyserii Kazimierza Kutza.

Zagrała Pani bardzo dużo klasyki. To dobra szkoła umiejętności i ich podstawowa weryfikacja…

Klasyka bezwzględnie wymaga warsztatu. Nie można w niej grać jak współczesnej roli w kuchni w serialu, nalewając herbatę i mówiąc o „żyćku”. A już zwłaszcza, gdy klasyka jest napisana mową wiązaną, często w niełatwych przekładach, wymaga nie lada umiejętności. Powiedzieć dwudziestominutowy monolog w „Dziadach”, zachowując rytm wiersza, klarownie, plastycznie, sugestywnie, ze zrozumieniem, to jest prawdziwy test umiejętności. W tym aktora nie zastąpi najzdolniejszy nawet naturszczyk.

Jest Pani ostatnimi czasu mało obecna zawodowo, ale zauważyłem, że wydała Pani płytę, z mówioną przez Panią, wspólnie z Andrzejem Grabowskim, poezją Anny Achmatowej…

Dzięki poezji poznałam grono wybitnych poetów mieszkających w Krakowie, Wisławę Szymborską Adama Zagajewskiego, Juliana Kornhausera. Zaproszono mnie bowiem do czytania wierszy na wieczorach autorskich i zaakceptowano w tej roli.

Dziękuję za rozmowę.