Żyłam w mieszance kultur

– Matrix w moim wydaniu polega tu na tym, że jestem traktowana jako awanturnica i na przekonaniu, że ze mną jest ciężko. Tymczasem ja zawsze normalnie wykonuję pracę, jestem niezwykle ugodowa, miła, a następnie wbrew mej woli wybucha konflikt. Czyli dalszy ciąg matrixu. – z Joanną Szczepkowską rozmawia Krzysztof Lubczyński.

To nietypowe, ale rozmowę z aktorką rozpocznę od Pani pisania. Co więcej, niewiele miejsca poświęca w nim Pani swoim rolom aktorskim, pracy teatralnej czy filmowej. Nawet w wydanych jakiś czas temu wspomnieniach rodzinnych „Kto ty jesteś. Początek sagi rodzinnej” swojemu życiu zawodowemu poświęca Pani relatywnie mało miejsca i głównie w wymiarze personalnym. Tak jakby sprawy zawodu najmniej Panią fascynowały…
W moim zawodzie jest pewna tajemnica i opowiedzenie o niej może spowodować, że muza sobie pójdzie. Pewnych rzeczy nie powinno się werbalizować nawet dla siebie. Jest z tym trochę jak z zakochaniem. Jeśli człowiek zacznie próbować definiować stan, w którym się znajduje, analizować go, opisywać, to może to doprowadzić do jego ulotnienia się. Nie nazywanie pewnych rzeczy, zostawienie ich intymności, wyobraźni, intuicji jest niezbędne do wykonywania tego zawodu. Dlatego pewnie wielu aktorów nawet podświadomie unika opowiadania o tajnikach swojej profesji. Dzisiejsze celebryckie targowisko w tabloidach i w internecie odbiera aktorstwu tajemniczość. Aktorzy odsłaniając przed publicznością swoje życie odbierają sobie pewien walor, polegający na tym, że mogą wcielać się w innych. Na tym przecież polega ten zawód, że gra się kogoś innego niż się jest. Tymczasem aktor celebryta pokazuje tylko siebie prywatnego. Jest w tym jakaś sprzeczność z sensem tego zawodu. W ideale aktor powinien być jak najbardziej anonimowy.
Z tej przyczyny, że Pani ojciec Andrzej Szczepkowski był wybitnym i znanym aktorem, miała Pani okazję od dzieciństwa obserwować ludzi tego zawodu. Skąd wziął się ten nieprawdopodobny wysyp talentów i indywidualności w pokoleniu Pani ojca i w kilku generacjach młodszych?
Tak, byłam dzieckiem aktorskim od urodzenia. Pamiętam żywiołowy, pełen fantazji klimat tego środowiska u schyłku lat pięćdziesiątych, w latach sześćdziesiątych i jeszcze po części w siedemdziesiątych. Mam wrażenie, że to o czym pan mówi, było efektem powojennego odreagowania. Myślę, że stąd brała się erupcja radości życia, chęci tworzenia, chęci zabawy. Gdy się ogląda filmy z tamtych czasów widać tam wiele humoru, radości życia. Pamiętam aktorów, sąsiadów z kamienicy, w której mieszkałam. Jak oni cieszyli się, że żyją, że przeżyli wojnę i że mogą tworzyć, odreagowywali wojenną traumę. Dla nich zawód był czymś więcej niż pracą. Budził dodatkową adrenalinę. Może dlatego dowcipkowanie, obracanie wszystkiego w żart było wtedy stylem życia. Mnie jednak przerażała perspektywa takiego życia, jakie wiodła pewna aktorka mieszkająca w mojej kamienicy w tych czasach. Jej mieszkanie wypełnione było jej zdjęciami z różnych ról, a ona sama żyła ich rozpamiętywaniem, wspominała oklaski publiczności i pauzy, jakie robiła w tym czy innym miejscu. Pomna tej obserwacji bardzo później dbałam, żeby nie ograniczyć swojego życia do tej perspektywy. Bo wtedy świat jest bardzo malutki.
W Pani książce widać też zjawisko polegające na kontraście między ukształtowanym na scenie i na ekranie wizerunkiem aktora a jego rzeczywistą osobowością. Zaskoczeniem był dla mnie był obraz prywatny Pani ojca, którego wyobrażałem sobie wyłącznie jako wytwornego causera, aktora otoczonego wianuszkiem koleżanek i kolegów w SPATiF, ze swobodą rzucającego anegdoty i bon-moty. A Pani opisała go jako skrajnego samotnika, człowieka porywczego i trudnego w kontaktach domowych….
Co więcej, ojciec kojarzony był jako klasyczny człowiek teatru, opowiadający anegdoty w garderobie czy kawiarni, podczas gdy w rzeczywistości on, wędrowiec, górołaz, nie czuł się zbyt dobrze w teatrze, który jest zamkniętym pudłem. Taką dwoistość ma w sobie wielu aktorów. Robią wrażenie dusz towarzystwa, a tak naprawdę są samotnikami, małomównymi obserwatorami. Wchodząc do domu mój ojciec zdejmował z siebie teatr i zajmował się swoim hobby, pasjansami i filatelistyką. Nie było tego, o czym opowiadali niektórzy koledzy mający rodziców aktorów, czyli nieustannego robienia teatru w domu. Natomiast często obserwowałam to robienie teatru przez gości, aktorów przychodzących do mojego ojca. Na przykład dorosłego pana wchodzącego do naszego mieszkania na czworakach. Ja miałam od zawsze do tego dystans, a nawet odrzucało mnie, bo kojarzyło mi się z jakąś powierzchownością. Była w tym jakaś intuicja, wewnętrzne ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem nałogu bycia nieustannie atrakcyjnym towarzysko.
Pani udziałem było życie rozdwojone, między rodziną dziadków, Ireną i Janem Parandowskimi, żyjącą na wyżynach estetyczno-intelektualnych, czyli między dziadkiem, autorem „Mitologii”, wykwintnym smakoszem kultury antycznej, śródziemnomorskiej, a żyjącą z znacznie bardziej pospolitych zatrudnień, zwyczajną rodziną ojca. I jeszcze to odwrócenie – Pani matka, córka Parandowskich wiodła życie będące przeciwieństwem ich zainteresowań oraz stylu życia i ojciec, znany aktor i ważna postać w swoim środowisku, który pochodził ze skromnej rodziny.
Tak, żyłam w mieszance różnych kultur obyczajowych. W dzieciństwie chodziłam na Pragę, do mojej opiekunki, żyjącej w bardzo nędznych warunkach, gdzie na ścianie wisiała dyscyplina do karania dzieci, a na przeciwko obraz Ostatniej Wieczerzy. Tam życie było brutalne, tam była wódka i wszystko co może łączyć się z taką kulturą. Nie odstraszało mnie to, bo mnie zawsze tylko odstrasza to, co można nazwać chamstwem, a tam nie było chamstwa, lecz brutalne życie. Fascynowały mnie rozmowy w stylu: przynieś, wynieś, a ile co kosztuje, rozmowy, jakich nie było ani u mnie w domu, ani w domu dziadków. Było mi potrzebne takie życie bezrefleksyjne, wyłącznie praktyczne. Tam nikt nie mówił o kwiecie: „ach, jakie to piękne”, tylko że trzeba go podlać. Spędzałam tam sporo czasu, a potem szłam do Jana Parandowskiego. Te kontrasty bardzo mnie ukształtowały. I trzeciej strony dom moich rodziców, którzy żyli skromnie, nie tak jak sobie wielu ludzi wyobrażało, że żyją aktorzy. Swego czasu napisałam tomik poezji „Ludzie ulicy i inne miłości”, poświęcony ludziom z marginesu, w którym te wrażenia zawarłam. Nawet tu, gdzie rozmawiamy, na Saskiej Kępie, spotykam takich ludzi „z murków” i rozmawiam z nimi, nie mam do nich dystansu. Zawsze wiem, że to jest drugi człowiek, któremu nawet jedna rozmowa może pomóc.
To, że będzie Pani pisała, wywróżył Pani dziadek Jan Parandowski…
Tak, bo ja zawsze pisałam, nawet gdy nie umiałam pisać, na takiej zasadzie, na jakiej dzieci przebierają się jakieś postacie i coś grają. Moje dorosłe pisanie zaczęło się od felietonów w pisemku „Goniec Teatralny”, na które był niespodziewany dla mnie duży odzew. Niedługo później zaproponowały mi pisanie felietonów inne tytuły.
Napisała też Pani miedzy innymi powieść o latach sześćdziesiątych „Kocham Paula McCartneya”…
Chciałam oddać atmosferę tych lat, bo to były lata mojego dzieciństwa i mojej wczesnej młodości. Dodałam do tego trochę składników autobiograficznych.
Od lat co pewien czas staje się Pani udziałem jakieś zdarzenie, które czyni Panią, zgodnie z Pani intencjami czy wbrew nim. W 1989 roku ogłosiła Pani w „Dzienniku Telewizyjnym”, że „4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”, później krótkie, ale niestandardowe pełnienie funkcji prezes ZASP, następnie sceniczny epizod w „uchyleniem rąbka ciała”, a ostatnio zerwanie współpracy z Panią przez „Wysokie Obcasy” czyli zakończenie pisania tam felietonów na tle Pani krytyki roli środowisk gejowskich w instytucjach teatralnych, a może szerzej, artystycznych. Te eventy wiele dzieli, ale łączy je wspólny mianownik. Jest nim Pani imperatyw przekory wobec pewnych utartych opinii środowiskowych, stereotypów i rozmaitych poprawności. Czy ten dystans daje Pani poznanie różnych światów i brak przynależności do jednej tylko kultury środowiskowej?
Na pewno nigdy nie zrobiłam niczego ze z góry przyjętym zamysłem, żeby wywołać skandal. Takie zachowanie, jak moje Małgorzata Musierowicz nazwała kiedyś „wierzgnięciami”. Może ta „wielokulturowość” o której rozmawialiśmy, dała mi pewne poczucie wolności, uwolniła mi od lęku przed wypadnięciem z jakiegoś kręgu towarzysko-zawodowego? Lęku, który odczuwają ludzie, dla których inny krąg jest niewyobrażalny. Dla mnie jest wyobrażalny. Perspektywa życia w skromniejszych niż obecne czy nawet wręcz ubogich warunkach nie wydaje mi się końcem świata. Nie oznaczało by to dla mnie ani wstydu, ani poczucia końca. To byłoby tylko inne życie.
W wywiadzie dla jednej z telewizji powiedziała Pani, że wydawnictwo, które wydało Pani wspomnienia „Kto ty jesteś” zrezygnowało z wydania drugiego tomu. Dlaczego?
Tu właśnie znów objawił się po raz kolejny fenomen polegający na tym, że w moim życiu dzieją się sprawy, których w żaden sposób nie mogę pojąć i które określam słowem „matrix”, bo to wydaje się niemożliwe. Oddałam temu wydawnictwu całość wspomnień doprowadzonych niemal do dziś, do spektaklu „Ciało Simone” Krystiana Lupy włącznie. Otóż wydawnictwo stwierdziło, że nie wyda drugiej części, bo to co tam opisuję wydaje im się nieprawdopodobne i że jeśli ten drugi tom ma się ukazać, to powinien zostać przepracowany. Kiedy już się na to zdecydowałam i oparłam swoje plany także na kalkulacjach finansowych związanych z tym wydaniem, wydawnictwo zaczęło unikać ze mną kontaktu, zażądało zwrotu zaliczki, a ja uruchomiłam prawników i zaczęła się kołomyja. Matrix w moim wydaniu polega tu na tym, że jestem traktowana jako awanturnica i na przekonaniu, że ze mną jest ciężko. Tymczasem ja zawsze normalnie wykonuję pracę, jestem niezwykle ugodowa, miła, a następnie wbrew mej woli wybucha konflikt. Czyli dalszy ciąg matrixu. Tak się do tego przyzwyczaiłam, że w podobnych sytuacjach zaczynam czekać kiedy „to” się zacznie i jak „to” się zacznie.
Ma Pani jakąś hipotezę dotyczącą tego Pani życiowego „matrixu”?
Mam. Myślę, że wiąże się to z moją karmą. Nazywam to zjawiskiem deficytu uwagi, jest to pewien rodzaj ADHD, Odznaczają się nim ludzie twórczy, ponadprzeciętnie wrażliwi, mający w głowie karuzelę pomysłów i ich nadmiar. Śmiem się zaliczać do takich osób. I już bardzo dawno zauważyłem, że ludzie reagują na takie osoby specyficznie. Może wyczuwają ofiarę? Może jest w tym lęk przed nieprzewidywalnością takiej osoby? Wcześniej powiedziałam panu, że nie ma we mnie chęci skandalizowania i wchodzenia w awantury. Nie do końca jest to prawda. Dwa lata temu, w czasie piłkarskich mistrzostw Euro 2012, niedaleko stąd, na Moście Poniatowskiego doszło do znanych bijatyk po meczu Polska-Rosja. Nie jestem kibicką sportową, ale przeczułam, że po takim meczu musi dojść do jakichś awantur. I z własnej, nieprzymuszonej woli poszłam w samo centrum zadymy i nawet próbowałam rozdzielać bijących się. Dopiero kiedy zaczęły fruwać kamienie i zaczęło robić się niebezpiecznie, jakiś mężczyzna ewakuował mnie z pola walki.
Dziękuję za rozmowę.

Joanna Szczepkowska – ur. 1 maja 1953 w Warszawie – aktorka, pisarka, felietonistka. Absolwentka warszawskiej PWST (1975). W 2010 prezeska Związku Artystów Scen Polskich. Na ekranie filmowym zadebiutowała w 1976 roku w głośnym wtedy filmie „Con amore” w reżyserii Jana Batorego (rola nagrodzona za najciekawszy debiut). W latach 1975–1981 była aktorką warszawskich scen: Teatru Współczesnego (1975-1981), teatru Polskiego (1981−1988) i Teatru Powszechnego (1988−1992 i od 2000). W filmie zagrała m.in. w „Matce Królów” J. Zaorskiego (nagroda za drugoplanową rolę kobiecą na FPFF w Gdyni (1987), „Dolinie Issy” T. Konwickiego (1983), „Kronice wypadków miłosnych” A. Wajdy (1985), „Dekalogu” K. Kieślowskiego (1988), „Popiełuszko. Wolność jest w nas” R. Wieczyńskiego (2009) . Wśród ról teatralnych m.in. Ania w „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa w reż. M. Prusa (1976), Kordelia w „Królu Lirze” W. Szekspira w reż. J. Jarockiego (1977). Afrozja w „Kurce wodnej” Witkacego w reż. M. Englerta (1980), Panna Młoda w „Weselu” St. Wyspiańskiego w reż. K. Dejmka (1984), Aniela w „Ślubach panieńskich” A. Fredro w reż. A. Łapickiego (1984 – nagroda pisma „Teatr”), Emilia w „Lekcji polskiego” A. Bojarskiej w reż. A. Wajdy (1988), Julia w „Romeo i Julii” W. Szekspira w reż. K. Dejmka (1990), Irina Arkadina w „Mewie” A. Czechowa w reż. A. Glińskiej (2010) , Lekarka w „Czarnobylskiej modlitwie” S. Aleksijewicz, we własnej reżyserii (2013) i wiele innych. W Teatrze Telewizji m.in. Irina w „Trzech siostrach” A. Czechowa (1974), Muszka w „Skizie” G. Zapolskiej w reż. O. Lipińskiej (1977), Horodniczówna w „Rewizorze” M. Gogola w reż. J. Gruzy (1977), Justyn w „Mężu i żonie” A. Fredro w reż. J. Świderskiego (1978), Solange w „Lato w Nohant” J. Iwaszkiewicz w reż. O. Lipińskiej (1980), Armanda w „Molierze czyli zmowie świętoszków” M. Bułhakowa w reż. M. Wojtyszko (1981), Kornelia w „Irydionie” Z. Krasińskiego w reż. J. Englerta (1982), Lady Makbet w „Makbecie” W. Szekspira w reż. K. Nazara (1988), Kasia w „Poskromieniu złośnicy” W. Szekspira w reż. M. Kwiecińskiego (1990), Lady Astor w „Herbatce u Stalina” R. Harwooda w reż. J. Morgensterna (2001), Maria Simpson w „Wielebnych” S. Mrożka w reż. K. Kutza (2001). Laureatka wielu prestiżowych nagród aktorskich. Wydała m.in. tomy wierszy „Miasta do wynajęcia” (1997), „Ludzie ulicy i inne owoce miłości” (2006), zbiory felietonów „Drugie podwórko” (2000), „Sześć minut przed czasem” (2004). „Jak wyprostować koło” (2006) i „Piasek ze szkła” (2010). Wydała też m.in. powieść „Kocham Paula McCartneya (2008), głośny monodram, w którym zagrała – „Goła baba” (2005), autobiografię „4 czerwca” (2009), a także sztukę teatralną „ADHD i inne cudowne zjawiska. Wykład nieprzewidywalny” (2012).

Nie jestem jakoś specjalnie oblatany

– Teraz nie wiem dokładnie, czym jest Teatr Telewizji. Wcześniej był jednak bliski teatrowi żywemu, np. w scenografii, czy grze aktorskiej. Dzisiaj nie wiem – z Bartłomiejem Kotschedoffem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Nazwisko Kotschedoff brzmi niecodziennie, a nawet intrygująco. Ma brzmienie rosyjskie, a zapis jakby do transkrypcji na użytek świata anglofońskiego czy łacińskiego, więc nie odmówię sobie pytania o Pana rodzinne genealogie…
Pytano mnie już w okresie, gdy chodziłem do podstawówki. I dziś prawie każdy się mnie o to pyta. Mój wujek był historykiem na Uniwersytecie Jagiellońskim i gdy budował drzewo genealogiczne natknął się na wzmiankę z XIV wieku o tym nazwisku. Pochodziło z kręgu Zakonu Kawalerów Mieczowych osiadłego w Kurlandii. Potem część rodu osiadła w Niemczech, a część w Polsce i ja zapewne z tej pochodzę.
Urodził się Pan w Stargardzie Szczecińskim, a po maturze zdecydował się Pan na studia w krakowskiej szkole teatralnej. Skąd ta motywacja?
Przez pewien czas mieszkałem we Włoszech i zastanawiałem się, czy nie pójść tam do szkoły aktorskiej w Mediolanie. Jednak przez cały czas Kraków mnie ciągnął. Samo miasto psychodelicznie na mnie działało. Byłem zafascynowany niektórymi aktorami, którzy skończyli krakowską szkołę. Za pierwszym razem zdałem egzamin do szkoły teatralnej, ale nie zadałem matury. Za drugim razem udało się. Krzysztof Globisz dopytywał się: „No, panie Kotschedoff zdał Pan tę maturę, czy nie?”. Po informacji, że zdałem, powitał mnie w progach PWST i tam am już zostałem. I dobrze się stało, bo chciałem pracować z Janem Peszkiem i to mi się udało.
Jak wspomina Pan Kraków i atmosferę tam panującą?
Dla mnie Kraków jest super miejscem. Tam się dobrze dojrzewa przez okres studiów, ale potem z tym, co w człowieku dojrzało, trzeba wydostać się z Krakowa tam miejsca, gdzie się więcej dzieje. Kraków żyje w zwolnionym rytmie. Z kolegami śmialiśmy, że Kraków, to kuchnia z babcinym kredensem – ciepło, przytulnie, wygodnie, ale raczej człowiek nie pozwoli sobie na jakieś ekscesy, czy odważniejsze kroki. To miejsce trochę malaryczne i duszne, ale ja uwielbiam tam wracać.
Jakie Pan ma doświadczenia w pracy w innych miastach?
Nie jestem jakoś specjalnie oblatany. Najwięcej pracowałem w Katowicach ze studentami „filmówki” i trochę w Łodzi. Teraz jestem w Warszawie. Jestem bardzo miło zaskoczony Warszawą, bo dużo tu się się dzieje, jest bardzo dużo ludzi aktywnych, którzy chcą coś robić i często wiedzą, co chcą robić. To jest bardzo motywujące do działania. Polubiłem Warszawę, bo tutaj są ludzie, z którymi można zrealizować swoje plany.
No i w Warszawie zadebiutował Pan w Teatrze, zaangażowany do „Skutków ubocznych” Petra Zelenki w reżyserii Leszka Dawida. Mam do tego spektaklu sentyment, bo wystąpiłem w nim jako statysta-przebieraniec w scenie z Krzysztofem Stroińskim, który dokonuje fotograficznego castingu do roli „Hitlera”. Jak wspomina Pan tę realizację w murach dawnego Banku Polskiego przy ulicy Bielańskiej?
Dostałem maila z informacją, że są zdjęcia próbne i przyszedłem na nie. Nie wiem, ilu było zaproszonych, ale mnie wybrano. Jeszcze przed zdjęciami próbnymi dowiedziałem się, kto będzie moim partnerem na planie. Okazało się, że Magda Czerwińska. Umówiliśmy się wcześniej, żeby zrobić próby z tekstem. Od początku wiedziałem, że to będzie super z Magdą zagrać. Bardzo mi pomogła i jestem jej wdzięczny.
Zagrał Pan postać Pawła. Jaką funkcję pełni w tym spektaklu?
Paweł jest młodym kreatywnym człowiekiem, który zajmuje się reklamą. Jest to najmłodsza postać. To jest człowiek, który wyrabia w sobie jakieś ideały. Jego romantyczna wizja zderza się z rzeczywistością, która jest kanciasta. Paweł ma w sobie jakąś naiwność, taką która zaczyna się wytrącać w trakcie rozwijania się fabuły. Interesujący jest właśnie proces degradacji jego naiwności. Paweł na pewno nie używa żadnej fasady.
Jak Pan ocenia tekst Petra Zelenki?
Jeśli chodzi o to jak ten tekst jest napisany, to mi się nie podobał. Podoba mi się temat. Ale na przykład dialogi były dość syntetyczne i trochę niekonsekwentne. Reżyser Leszek Dawid jakoś to zgrabniej przeprowadził. My to też inaczej graliśmy, bo Leszek stawiał bardziej na filmowe granie niż teatralne. Nie było to łatwe do pogodzenia. Jest tam świetne poczucie humoru, a postacie są tak narysowane, że czuć ich tragizm. Sztuka podejmuje ważne tematy.
To Pana debiut w Teatrze Telewizji. Jak Pan to konfrontował ze swoim wyobrażeniem?
Ja się wychowywałem na Teatrze Telewizji. Dla mnie to było coś totalnie fascynującego. Obserwowałem jak ten Teatr Telewizji się stopniowo zmieniał. Trochę byłem tu zaskoczony. Powiem szczerze, że teraz nie wiem dokładnie, czym jest Teatr Telewizji. Wcześniej był jednak bliski teatrowi żywemu, np. w scenografii, czy grze aktorskiej. Dzisiaj nie wiem. Te „Skutki uboczne” były bardzo bliskie filmu. Chociaż np. wnętrza nie były wiernym odwzorowaniem rzeczywistości, ale jakimś abstrakcyjnym komentarzem tej przestrzeni.
W szkole aktorskiej spotykał się Pan z takimi aktorami jak Krzysztof Globisz, czy Jan Peszek. W „Skutkach ubocznych” zetknął się Pan z Krzysztofem Stroińskim i Adamem Ferencym…
Była jeszcze Anna Radwan. Wszyscy byli świetni. Ja byłem tam najmłodszy. Z Adamem Ferencym mieliśmy tylko jedną scenę, gdzie mówię jedno zdanie. Z panem Krzysztofem miałem więcej scen. Grą aktorską Krzysztofa Stroińskiego inspirowałem się od dawna. Moja mama byłą pochłonięta serialem „Daleko od szosy”. Ja do dzisiaj pamiętam ten serial, bo on u mnie w domu był oglądany systematycznie. Przy spotkaniu z panem Krzysztofem czułem tremę. To miało wpływ na moją pracę, ale też mieściło się w postaci, bo Jerzy Czejka, którego pan Krzysztof gra, jest idolem dla Pawła, czyli postaci granej przeze mnie. Pan Krzysztof to jest kosmos ­– sposób jego pracy, jego wejście w analizę postaci, w każde słowo. To jest zawodowy aktor i człowiek z pasją. Jest do tego człowiekiem niesamowicie uprzejmym i pomocnym.
Dziękuję za rozmowę.

Bartłomiej Kotschedoff – ur. 11.04. 1987 r. w Stargardzie Szczecińskim. Absolwent PWST w Krakowie (2014). W 2013 roku nagrodzony za rolę Heinera w spektaklu „Pływalnia” na 31. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Grał w serialach „Szpilki na Giewoncie”, „Na dobre i na złe”, „Julia”. W 2014 roku zagrał w filmie fabularnym, „Harcor disco”. Role teatralne, m.in. w „Na srebrnym Globie” Jerzego Żuławskiego, reż. K. Skonieczny (2011), „Ślub” Witolda Gombrowicza, reż. Ł. Korczak (2011), „Miarka za miarkę” Williama Szekspira (2011).

Nie silić się na sztuczną młodzieńczość

– Dziś niektórymi autorytetami dla mas stali się ludzie, których nie poważam – z Magdaleną Zawadzką rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pani książka „Kij w mrowisko” okazała się, wbrew tytułowi, ciepłym pamiętnikiem pozbawionym złośliwości w stosunku do ludzi. Po latach, w 2014 roku wydała Pani kolejną książkę wspomnieniową, „Taka już jestem”. Przywiązuje Pani wagę do wspomnień, do przeszłości. Czym są dla Pani?

Uważam, że zawsze trzeba odwoływać się do ważnych dla nas wzorców. Tymczasem stało się tak, że tylko ktoś kto się pcha, może znaleźć się – jak to się teraz obrzydliwie mówi – „na topie”. Nie chciałabym zaś, by autorytetem był dla mnie tylko ten, kto ma dużo pieniędzy albo kto najczęściej pokazuje się w telewizji, bez względu na to, w czym się pokazuje i jak często. Dziś niektórymi autorytetami dla mas stali się ludzie, których nie poważam. A co do przeszłości, pamięci, to przywiązuję do tego wielką wagę. Nie byłoby nas, gdyby nie było tych, którzy utorowali nam drogę. Buńczuczność i megalomania, że wszystko zostało stworzone teraz i niczego nie ma za nami, są bardzo denerwujące. My posuwamy się tylko krok do przodu i prawie wszystko zawdzięczamy tym, którzy byli przed nami. Ja też jestem skierowana ku przyszłości, ale nie można tworzyć przyszłości bez przeszłości. Nie zamierzam się silić na sztuczną młodzieńczość.

W swojej książce wspomina Pani, że urodziła się Pani w rodzinie żyjącej w warunkach bardzo skromnych. Może właśnie to bardzo normalne życie w dzieciństwie sprawiło, że daleka jest Pani od „fumów” środowiskowych?

Życie mojej rodziny było tak skromne, jak życie inteligencji, zdemolowanej przez wojnę. Zresztą często nie mądrość, ale cwaniactwo dawało pieniądze i niestety w dużej mierze tak do dziś pozostało. Dom mnie tak ukształtował, że nie było dla mnie wielkim szokiem czy powodem do przewrócenia się w głowie, gdy odnosiłam sukcesy. Te zaś demolują ludzi, których psychika nie wytrzymuje skoku z niebytu na wyżyny. Ogromnie też zawdzięczam obecności w moim życiu mego męża, Gustawa Holoubka. Byłam bardzo młoda kiedy go poznałam i byłam z nim całe moje dorosłe życie. Był dla mnie autorytetem w sztuce i w życiu. Mój mąż był żywiołowym, wspaniałym, młodym człowiekiem, pełnym ogromnego poczucia humoru, wiedzy i mądrości życiowej. Gdyby nie palił papierosów i nie był tak roztargniony, to byłby ideałem, takim, który mi odpowiada. On miał w sobie to, co mi się w mężczyźnie podoba. Nie miał w sobie nic z dostojeństwa i z zakłamania. Był skromny i pełen szlachetnej prostoty w życiu codziennym, był naprawdę wspaniałym człowiekiem.

Czy swoją żywiołowość, znaną z ekranu i sceny, odziedziczyła Pani po ojcu, Andrzeju Zawadzkim, w latach 1935-37 mistrzem w jeździe figurowej na lodzie?

Na pewno, bo był człowiekiem ogromnej energii, nie tylko sportowej. Wiele tablic upamiętniających Powstanie Warszawskie, to skutek jego starań. Zbierał na nie pieniądze i czynnie działał w środowisku akowskim. Brał udział w konspiracji Powstaniu, przeszedł szlak kanałami z Woli do Śródmieścia. Później znalazł w offlagu w Niemczech, następnie walczył w kampanii we Włoszech, po czym znalazł się w Londynie, z którego wrócił do Polski. Gdy zmarł, to jego odznaczenia nie mieściły się na poduszce, którą niesiono na pogrzebie. Ale gdy chodzi o energię, żywiołowość, to mamie też nic nie brakowało.

Pani początki aktorskie to telewizyjne Młodzieżowe Studio Poetyckie. Jak wspomina Pani tamto doświadczenie?

Miałam 14 lat, byłam amatorką, a telewizja była emitowana na żywo, więc tamtych doznań nie da się z niczym porównać. Sporo lat później grałam na żywo w teatrze telewizji ogromną rolę „Czarującej szewcowej” w sztuce Federico Garcia Lorki.
Na egzaminie w PWST zauważył Panią Ludwik Sempoliński. Czy to pod jego wpływem kierowała się pani ku estradzie?
Ludwik Sempoliński dodał mi dużo otuchy. Był człowiekiem bardzo kulturalnym, miłym. Nie stwarzał na egzaminie atmosfery sztucznej grozy jak niektórzy profesorowie. Kabaret, piosenkę, estradę zawsze lubiłam niezależnie od tego, choć na pewno on, oraz inny mój mistrz, Aleksander Bardini, przekazali mi dużo wiedzy z tej dziedziny scenicznej.

Miała Pani okazję zagrać kilkakrotnie z Tadeuszem Łomnickim – w „Panu Wołodyjowskim”, oraz w telewizyjnym „Makbecie” i „Poskromieniu złośnicy”. Zwłaszcza rola lady Makbet była obsadzona przez A. Wajdę nieszablonowo, bo Pani, młodej aktorce o miłej i dziewczęcej powierzchowności powierzył rolę demonicznej podżegaczki do mordu.

I takie posunięcia są najbardziej interesujące, wbrew warunkom zewnętrznym, a nawet psychicznym, bo wtedy trzeba w sobie poszukać tego zła. Kiedyś Krzysztof Zanussi obsadził mnie w filmie „Damski interes”, w roli dawnej funkcjonariuszki SB, osoby o nie najbardziej świetlanym charakterze. Była to sama przyjemność odnajdować w sobie takie motywacje i możliwości psychiczne jak w tej postaci. Podobnie Kazimierz Dejmek na początku lat 90-tych obsadzając mnie w roli Ubicy w „Królu Ubu”, mimo że nie jestem ani wulgarna ani chamska ani zła czy demoniczna. Zewnętrznie nie miałam nic z Ubicy, tak jak z koszmarnej, nowobogackiej rektorowej w „Barwach ochronnych”.

Czy posiadanie doświadczenia życiowego warunkuje wiarygodność grania pewnego typu ról? Czy można wiarygodnie grać wielkie cierpienie, jeśli nie doznało się ekstremalnych cierpień?

Warunkuje, ale nie wprost, nie w ten sposób, że jeśli ktoś nie jest pijakiem, to nie może grać pijaka, czy chorego, jeśli nie jest chorym. Natomiast pracując nad rolą trzeba zwracać uwagę np. na to by nie grać słabej osoby chodząc na „mocnych nogach” albo odwrotnie. A jest tak, że jeśli poczujemy daną rolę, to zaczynamy inaczej się zachowywać i wyglądać, więc chodzi osiągnięcie tej współmierności. Bo to przecież forma określa treść.

W filmie „Rozwodów nie będzie” zagrała Pani ze Zbigniewem Cybulskim. Jak go Pani wspomina? Jaki byłby dziś jako starszy pan?

Byłby takim samym wspaniałym człowiekiem, jakim był, bo my z wiekiem pozostajemy wewnątrz tacy sami. O pewnej aktorce, bardzo złośliwej i niemiłej mówiono, że jest taka, bo miała ciężkie życie. A jej koleżanka powiedziała na to: „ Co wy, ona była taka sama złośliwa i wstrętna, kiedy bawiłyśmy się w piaskownicy”. W nas starzeje się tylko zewnętrzna powłoka, a środku zostaje ten sam młody człowiek. I to jest dramat starości, że człowiek chciałby pobiec, a nie ma już sił. Miałam wielkie szczęście, że poznałam Zbyszka, na planie „Rozwodów nie będzie”. Był przystępny, serdeczny, chłopięco nieśmiały, niby roztargniony, ale pilnie obserwujący wszystko wokoło.

W swojej książce wspomina Pani, że po kilkunastu latach życia w Szczecinie rodzice z radością powrócili do rodzinnej Warszawy. Jaki jest Pani stosunek do tego miasta?

Kocham Warszawę, a tym, którzy ja krytykują, boczą się na nią mieszkając tu, przypominam, że jest wiele innych miast, w których można mieszkać To jest moje miasto i kocham je z jego wadami. Nie lubię pogardliwego słowa „warszawka”. Czy ktoś mówi „krakówek” czy „gdańszczyk”?

Dlaczego Warszawa budzi takie emocje?

Bo jest najwspanialsza i budzi zazdrość. I nikt nie powinien zapomnieć o historii Warszawy i jej tragedii, bo będzie miał ze mną do czynienia. Kocham Warszawę za jej dramat i za wszystko. To prawda, że w Warszawie ocalało niewiele starych kamienic, rodó i pamiątki. Stała się zlepkiem ludzi zewsząd. To jednak przecież nie jest winą Warszawy.

A co Pani czuje, kiedy się słyszy, że Stare Miasto to atrapa?

Jestem wściekła, bo to nie wina Warszawy, że została zburzona. Paryż nie jest atrapą, bo Francuzi kolaborowali z Niemcami i powinni się tego do tej pory wstydzić. Urok Warszawy nie jest tak łatwy i oczywisty jak wdzięk Paryża. Jerzy Waldorf porównał kiedyś stolicę Francji do urodziwej i zadbanej damy, a Warszawę do kobiety trochę zaniedbanej, nie tak szykownej, ale kocha, którą trzeba starać się pokochać mimo wszystkich niedogodności życia z nią.

Dziękuję za rozmowę.

MAGDALENA ZAWADZKA – ur. 29 października 1944 w Filipowicach, aktorka teatralna, filmowa i telewizyjna. Występowała w Teatrze Dramatycznym i Polskim w Warszawie. Obecnie w Teatrze Ateneum. Niektóre jej role teatralne, to Królowa Jadwiga w „Kronikach królewskich” wg. St. Wyspiańskiego, Porcja w „Kupcu weneckim” W. Szekspira, „Iwona, księżniczka Burgunda” W. Gombrowicza, Hrabina w „Weselu Figara” Beaumarchais, Ofelia w „Hamlecie” W. Szekspira, Rosana w „Życie jest snem” Calderona de la Barca, Muszka w „Skizie” G. Zapolskiej. Jej najgłośniejsza rola filmowa to Basia Jeziorkowska w „Panu Wołodyjowskim” J. Hoffmana, a poza tym zagrała m.in. w filmach: „Sublokator” J. Majewskiego, „Mocne uderzenie” J. Passendorfera, „Rozwodów nie będzie” J.S. Stawińskiego, „Mazepa” G. Holoubka, „Barwy ochronne” i „Damski interes” K. Zanussiego. Zagrała też Simonę Grabczyk w serialu „Wojna domowa” w reż. J. Gruzy i Basię w serialu „Przygody pana Michała” w reż. P. Komorowskiego. W teatrze telewizji m.in: Lady Makbet w „Makbecie” W. Szekspira w reż. A. Wajdy, Kleopatra w „Kleopatrze i Cezarze” G.B. Shawa w reż. J. Gruzy, Kasia w „Poskromieniu złośnicy” W. Szekspira w reż. Z. Hubnera, „Beatrix Cenci” – tytułowa rola w dramacie J. Słowackiego w reż. G. Holoubka, Ofelia w „Hamlecie” w reż. G. Holoubka, Palma Lori w „Żeby wszystko było jak należy” L. Pirandella w reż. L. Rene. Ostatnio ukazała się jej druga jej pamiętnikarska książka – „Gustaw i ja”.

Jestem z teatru, nie z serialu

– Toż na tym polega mój zawód, że muszę potrafić – z Krzysztofem Kowalewskim, aktorem teatralnym i filmowym rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Jest Pan kojarzony głównie z repertuarem komediowym, farsowym. Kiedyś mówiło się o takich aktorach: ”komik”. Ostatnimi czasy bawił Pan widzów jako doktor Łubicz w serialu „Daleko od noszy”, z gatunku humoru „szpitalnego”. Nie buntował się Pan nigdy przeciwko swojemu emploi?

A co się buntować? Tak się ułożyło, taki los, tak wyglądam. Kiedyś, jako młodszy i szczuplejszy, bywałem amantem charakterystycznym i nawet śpiewałem, o czym wspomniał zresztą Ludwik Sempoliński w książce „Wielcy artyści małych scen”, cytując recenzję Karoliny Beylin wspomniał, że „Krzysztof Kowalewski zapowiada się na bardzo interesującego tenora operetkowego” (śmiech). Gdybym jednak miał zagrać rolę dramatyczną, to przeobraził bym się w mgnieniu oka, bo na tym polega mój zawód. Zauważyłem, że recenzenci pisali czasami, jakby ze zdziwieniem, że „Kowalewski potrafi być groźny”. Toż na tym polega mój zawód, że muszę potrafić. Ja nie wziąłem się z serialu, lecz z teatru, a w teatrze muszę umieć wszystko. W serialu gram tylko przy okazji, niezbyt chętnie.

Pana mama była aktorką, ale wyczytałem, że Pan początkowo nie chciał być aktorem…

Długo nie miałem świadomości, że mogę być aktorem. Tłumaczę to tym, że w odróżnieniu od wielu moich kolegów, którzy mieli sprecyzowany pogląd na swoją przyszłość. Dość długo datujący się jeszcze od dzieciństwa nawyk chodzenia do teatru nie przeradzał się w myśl, że i ja mogę być aktorem. Nie docierało to do mnie. Może było to dla mnie zbyt oczywiste. Jednak w pewnym momencie stało się to moją tęsknotą. Do szkoły dostałem się jednak nie bez trudu, za drugim razem.

Jak to jest z oddziaływaniem typu ról na psychikę aktora? Czy jak się gra role komediowe, to staje się trochę komediowym prywatnie, a jak dramatyczne, to również trochę się tym klimatem nasiąka?

To jest wybór innej klasy, wybór osobisty i prywatny, jakim chce się w życiu być, chce się być tak czy tak widzianym. Jedni aktorzy chcą być odbierani w kategorii „przepastne głębiny myślowe”, co nawiasem mówiąc jest gówno prawda i szybko się demaskuje. Robią to tak, że skichać się można z tej sztucznej powagi. A przecież jest to zawód, który uprawiany z pasją daje radość.

Co Panu sprawia w nim największą radość?

To, że jest to bardzo wyszukana zabawa umysłowa. Do wyników dochodzi się jednak bardzo ciężko i nieraz okupuje się to nawet cierpieniem. Co prawda mając świadomość, że nie jest się chirurgiem od którego zależy życie człowieka, nie powinno się tego aż tak przeżywać, ale jednak często się przeżywa. Gdy się jednak rolę do końca ułoży, gdy się znajdzie do niej klucz, gdy spektakl się uformuje, to radość jest duża. Nigdy jednak nie można być do końca, aż do premiery, pewnym efektu. Ci którzy są zbyt pewni siebie, którzy uważają, że rzucą publiczność na kolana, często się zawodzą.

Był Pan też pedagogiem w warszawskiej PWST, dziś Akademii Teatralnej. Jak Pan się czuł w tej roli?

Niespecjalnie, bo przyznam, że na dłuższą metę mnie to męczyło. Byłem przez jakiś czas asystentem od szermierki u profesora Sławomira Lindnera, wspaniałego człowieka, a przejąłem te zajęcia po Wiesławie Gołasie i Mietku Kaleniku. Bardzo szanuję pracę pedagogiczną kolegów, ale ja jestem na nią za wygodny. To za ciężki dla mnie kawałek chleba.

Jest Pan w zawodzie, na scenie już ponad 50 lat. Jak w tym czasie, z Pana punktu widzenia, ewoluowało poczucie humoru Polaków?

Kiedyś Polaków, en masse, śmieszyło przede wszystkim to, co antyradzieckie czy antyustrojowe. Wychwytywano najbardziej zakamuflowane wątki i aluzje, a tacy autorzy jak Jurek Dobrowolski, Wojtek Młynarski, Staszek Tym, koledzy z kabaretów, z STS byli ostojami humoru i żartu. Oczywiście byli też autorzy kiepscy, u których antyradzieckość i antykomunistyczność była płaska. Dziś wyczuwam zróżnicowanie publiczności raczej według kryterium wykształcenia. Wykształconych i niewykształconych śmieszą inne rzeczy. Generalnie jednak poziom kabaretów wyraźnie obniżył się, bo dinozaury powoli się wykruszają. Ceniłem zawsze krakowską „Piwnicę pod Baranami”, ale już dość dawno zauważyłem, że śpiewa się w niej jedną i tę samą piosenkę, charakterystyczną krakowską „piosenkę piwniczną”. To sprawia, że Piwnica stała się po trosze muzeum.

Którego z współczesnych autorów dramatycznych ceni Pan najbardziej?

Na pewno Sławomira Mrożka, w którego sztukach zagrałem najwięcej ról, głównie w reżyserii Axera i Englerta. Wiadomo kim jest ten autor i na co go stać, wiadomo o co w jego tekstach chodzi i dlaczego. Chylę czoła przed jego talentem i z radością gram w jego sztukach. U Mrożka jest i dramat i komedia w jednym.

Jego „Tango”, Teatr Współczesny, w którym rozmawiamy, wystawił z wielkim powodzeniem dwukrotnie. Po raz pierwszy w 1965 roku z Tadeuszem Fijewskim w roli Wuja Eugeniusza i Mieczysławem Czechowiczem w roli Edka, a po raz drugi w latach 90. z m.in. Wiesławem Michnikowskim, Zbigniewem Zapasiewiczem i Panem w roli Edka. To bardzo ciekawa rola, bo w każdej epoce wkłada się w nią inne treści. Kim innym był Edek w 1965 roku, a kim innym 20 czy 30 lat później. Kim był Pana Edek lat 90.?

Dla mnie to był poseł, czy może, szerzej, polityk polski. To był, a raczej jest sukinsyn i cham poseł, radny, minister, macher od geszeftu, który ciągle drenuje społeczeństwo.

Zagrał Pan dziesiątki ról filmowych, ale pewnie jak większość aktorów powie Pan, że teatr jest dla Pana najważniejszy…

Tak, ale dlaczego? Bo to w teatrze wykuwa się rzemiosło aktora, jego gust i widzenie teatru. Tylko w teatrze może mieć miejsce stały, codzienny kontakt aktora z wybitną indywidualnością reżysera, dyrektora z wizją teatru. Takimi byli choćby Erwin Axer, Zygmunt Hubner, czy Janusz Warmiński. Do takich też należy Maciek Englert, który wziął ten teatr z rąk Axera i kultywuje jego tradycję opartą o dobrą literaturę, o dobry gust i obyczaj teatralny.

Teatr Współczesny w Warszawie jest niewątpliwie jednym z nielicznych teatrów mających tak stabilny profil i stabilne dyrekcje. To niewiarygodne, ale Maciej Englert jest dopiero drugim, po Axerze dyrektorem w ciągu tego blisko siedemdziesięciu lat istnienia sceny. Skąd ta stabilność?

Myślę, że z tej jakości, bo taka jakość spaja. Niestety wielu dziennikarzom piszącym o naszym teatrze stoi on kością w gardle i chętnie by go roznieśli w drobiazgi. Jakieś bełkoczące panie ciągle piszą o „teatrze mieszczańskim”. A jednocześnie rozmaite rozparzone misie zapalały ćwieczki, niby to cmentarne, pod Ateneum czy pod naszym teatrem. Władze ich jednak nie słuchają, bo to nasz teatr ma duże wpływy i 98 procent frekwencji. Inteligencka publiczność ciągle deklaruje nam swoją miłość, wierność, trzyma się Współczesnego, a nasze przedstawienia na ogół mają nie mniej niż dwieście wystawień, a „Porucznik z Inishmore” przekroczy trzysta wystawień i jest już kilka lat na afiszu.

Czy łatwo nawiązuje Pan kontakt z kolegami z najmłodszego pokolenia aktorskiego?

Łatwo, choć niewątpliwie jeśli chodzi o literaturę i pewne cytaty, które w moim pokoleniu są powszechnie znane, to czasem ci młodzi muszą się douczyć. Jak aktor z mojego pokolenia słyszy: „Słowa, słowa, słowa”, to od razu wie skąd to jest, a młodzi miewają w tym względzie braki. Jeśli jednak jest talent, to wszystkie braki można nadrobić.

Kiedyś opowiedział Pan anegdotkę o tym, że jako młody aktor Teatru Polskiego w Warszawie chodził Pan „po wódeczkę”, wysyłany przez starszych kolegów, których wspomina Pan ze wzruszeniem. Czy to także wyraz sentymentu za dawnymi czasami teatralnymi?

Takiego teatralnego życia towarzyskiego jakie było kiedyś, już nie ma. Kolegą, który piastował to, co nazywa kolegowaniem się, był świętej pamięci Jurek Dobrowolski. Zawsze mówił: „nie wkładajcie tak szybko ciuchów po spektaklu i nie uciekajcie z teatru jak od pożaru”. Trzeba było więc po przedstawieniach posiedzieć, pogadać i nie zawsze chodziło o alkohol. Jeśli nie spotykaliśmy się w teatrze, to szliśmy choćby do SPATiF-u, niekoniecznie napić się do spodu. Ludzie głębiej się poznawali, to było najistotniejsze i myśl, że nie pozostawało bez – może nieuchwytnego – wpływu na klimat artystyczny. Pogodziłem się jednak z tym, że czasy się zmieniły. Wtedy większość towarzystwa nie posiadała samochodu, więc nie było tego hamulca, a poza tym nie było tego udręczenia w postaci komórek. Ludzie, głównie inteligencja, lgnęli do siebie, głównie kontestując poprzedni ustrój i traktując tę bliskość jako formę ocalenia. Zaniepokojona władza próbowała to rozbijać. Z przedwojennych kamienic robiono slumsy, wpuszczając do nich tzw. element, który urządzał pijackie awantury. Dziś natomiast społeczeństwo jest zatomizowane.

Dziękuję za rozmowę.

KRZYSZTOF KOWALEWSKI – ur. 20 marca 1937 roku w Warszawie, wybitny aktor teatralny i filmowy, absolwent PWST w Warszawie (1960). Występował w teatrach Klasycznym, Dramatycznym, Polskim, STS, Rozmaitości, Kwadracie. Od 1977 w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Wieloletni wykładowca PWST w Warszawie. Do jego licznych, wybitnych kreacji teatralnych należą m.in: Ekscelencja w „Krawcu” S. Mrożka, (1979), Nikanor w „Mistrzu i Małgorzacie” M. Bułhakowa (1987), sir Tobiasz Czkawka w „Wieczorze Trzech Króli” Szekspira (1991), Estragon w „Czekając na Godota” S. Becketta (1992), Czelcow w „Miłości na Krymie” S. Mrożka (1994), Cziczikow w „Martwych duszach” M. Gogola (1995), Edek w „Tangu” S. Mrożka (1997), pan Jourdain w „Mieszczaninie szlachcicem” Moliera (1999) czy tytułowa rola w „Męczeństwie Piotra Oheya” S. Mrożka (2004). Wśród jego licznych ról filmowych trzeba wymienić Rocha Kowalskiego w „Potopie” (1974) J. Hoffmana, a także główne role w „Brunecie wieczorową porą” (1976), „Co mi z robisz, jak mnie złapiesz?” (1978), „Misiu” (1980) St. Barei, a także w „Latach dwudziestych, latach trzydziestych” J. Rzeszewskiego (1983), „CK Dezerterach” (1986) J. Majewskiego, „Rozmowach kontrolowanych” (1991) S. Chęcińskiego, Zagłobę w „Ogniem i mieczem” (1999) J. Hoffmana, „Rysiu” (2007) St. Tyma. Dobrze znany także jako ordynator Łubicz w serialu „Daleko od noszy”. Przez lata był bardzo popularny jako Pan Sułek ze słuchowiska radiowego „Kocham pana, panie Sułku”, w duecie z Martą Lipińską.

Świat jest kobietą

Z DOROTĄ LANDOWSKĄ, aktorka teatralną i filmową, rozmawia Krzysztof Lubczyński

W kolorowych pisemkach pełnych plotek i skandalików ze sfer artystycznych nie pojawiła się Pani dotąd ani razu. To przypadek czy wybór?
Wybór. Odrobina życia prywatnego, które nie polega na występie, jest mi bardzo potrzebna. Wynika to też pewnie z tego że jestem osobą nieśmiałą. Może to dziwne, że z taką cechˆ uprawiam ten zawód, który jest przypisywany raczej ludziom otwartym, ekspansywnym. Bardzo jednak lubię nieśmiałych aktorów, bo oni wydają mi się bardziej wiarygodni.
Dlaczego wybrała Pani ten zawód?
Byłam zafascynowana teatrem, działałam w teatrze amatorskim. W któreś wakacje spakowałam plecak, pojechałam do Warszawy na egzamin i zostałam przyj«ta.
Odbieram Pani aktorstwo jako „wewnętrzne”, jakby uduchowione, skierowane w głąb siebie, bardziej skupione na budowaniu wewnętrznego wizerunku postaci niż na charakterystycznych rysach zewnętrznych. Czy to odblask Pani natury psychicznej czy efekt artystycznego wyboru?
Dziękuję. Gdy przyszłam do szkoły teatralnej, wydawało mi się, że jestem stworzona do takich właśnie ról „ciężkiego kalibru”, do ról Medei, pani Rollison czy lady Makbet. Utwierdzali mnie w tym też niektórzy profesorowie. Czasy się jednak zmieniły i zapotrzebowanie na tego typu realizacje i na tego typu postacie maleje. Osłabła więc we mnie energia aktorska tego rodzaju. Z drugiej strony dzięki temu odkryłam, że potrafię być zabawna, śmieszna, o co nikt mnie nie podejrzewał. Możliwości komiczne odkryła we mnie Agnieszka Glińska już w roli Filifionki w spektaklu dla dzieci o Muminkach. Myślę, że dobrze się stało, że zdołałam się częściowo oderwać od tego ciężkiego kalibru teatralnego.
Ale czy nie sądzi Pani, że owo zmniejszenie zapotrzebowania na wielką klasykę teatralną, na repertuar i postacie „ciężkiego kalibru”, świadczy o zbanalizowaniu się i spłaszczeniu duchowym naszych czasów, w których ludzie nie chcą już w teatrze wysokiego diapazonu, lecz oczekują banalności i odbicia w nim własnych spraw?
Tak, z postaciami z wielkiego repertuaru coraz trudniej się i widzom i aktorom utożsamić. Z drugiej jednak strony, kiedy zagrałam panią Rollison w mickiewiczowskich „Dziadach” w murach warszawskiej Cytadeli, to utożsamienie zaistniało. Dramat cierpienia matki, która straciła dziecko jest wiecznie żywy. Myślę więc, że podobny repertuar wymagający nawet zaangażowania duchowego, może być żywy, tylko potrzebuje odpowiedniego momentu i być może odpowiedniego miejsca.
Czy ten zawód bardzo Panią obciąża psychicznie?
Z takimi, którzy dają mi poczucie bezpieczeństwa i obdarzają zaufaniem. Zrobię dla nich wszystko.
Z którymi reżyserami ceni Pani współpracę najbardziej?
Na przykład z Waldkiem Śmigasiewiczem. To reżyser, który siada aktorowi na kolanach i patrzy mu prosto w oczy, który zna jego wady i zalety i wyciąga go na szerokie wody.
Przydarzyła się Pani praca z dwoma wielkimi seniorami i mistrzami polskiego teatru, z nieżyjącym już Kazimierzem Dejmkiem i z Jerzym Jarockim. Proszę opowiedzieć o tych doświadczeniach.
U Dejmka grałam Gospodynię w „Requiem dla gospodyni” Wiesława Myśliwskiego. Pamiętam okropny lęk przed tą pracą. Dejmek miał sławę strasznie wymagającego reżysera, z którym praca jest frapująca, ale też potwornie ciężka psychicznie. To był wielki kaliber. Wyczuwał najmniejszy fałsz w naszej grze i miał nad nami wszelaką przewagę, doświadczenia, wiedzy, intelektu, przytłacza¸ nas. Wspominam jednak tę pracę jako cenne przeżycie. Pamiętam, że gdy zauważył¸ że boję się swojego zadania, powiedział do mnie uspokajająco, dając jednocześnie wskazówkę: „Niech się pani nie boi tej roli, to jest Medea”.
A Jerzy Jarocki i „Błądzenie” według tekstów Gombrowicza, w którym zagrała pani Iwonę, księżniczkę Burgunda i Simone Weil?
Podobne poniekąd odczucia. Jarocki to artysta o wielkim intelekcie, wielkiej wiedzy i silnej indywidualności. Praca nad tym wielogodzinnym spektaklem to była udręka, tortura, ale artystycznie fascynująca.
A Krzysztof Zaleski, z którym pracowała Pani w przedstawieniu „Przyjęcia” Mike’a Leigha?
Znakomity reżyser, bardzo mądry i wykształcony. Poza tym sam mając aktorskie doświadczenia świetnie czuje i rozumie aktora.
Czy często obserwuje Pani sytuacje, w których na próbie spotykają się indywidualności i koncepcje tak odmienne, że nie mogą ze sobą współpracować z powodu złej aury psychicznej?
Bardzo często, choć ja staram się być otwarta i unikać uprzedzeń.
Zagrała Pani międy innymi Olgę w „Trzech siostrach” Czechowa i nawet była Pani asystentką reżyserki, Agnieszki Glińskiej. Lubi Pani tego dramaturga?
Bardzo. To był nie tylko wielki pisarz, ale bardzo mądry człowiek. Był lekarzem, znał się na życiu, dużo wiedział, miał ogromne poczucie humoru.
Stworzyła pani monodram „Jordan” pióra Anny Reynolds i Moiry Buffini, wykupiła Pani do niego prawa i gra go Pani bez czerpania z tego korzyści finansowych. To rzadkie w obecnych czasach. Skąd się to wzięło?
To jest dla mnie bardzo istotny tekst mówiący o ludzkiej walce. Monodram jest dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem, bo jestem w nim zdana na sama siebie, bez zabezpieczeń, sam na sam z widzem. Jest we mnie ogromna potrzeba treningu.
Słyszy się często, że ciekawych ról kobiecych jest znacznie mniej niż męskich…
To prawda, a przecież świat jest kobietą.
Pobrzmiewa w tym nuta feministyczna. Jaki ma Pani stosunek do tego ruchu?
Nie czuję się feministką, bo dalekie mi są takie organizacyjne zaangażowania, ale problem walki kobiet o wolność i niezależność jest mi bardzo bliski. Przeraża mnie samo posiadanie legitymacji.
To z kolei nuta antymęska?
Ależ skąd, bardzo lubię mężczyzn, od dzieciństwa, już w rodzinie, wokół mnie byli głównie mężczyźni.
Zagrała Pani między innymi tytułową rolę w „Norze” Henryka Ibsena, Reżyserka spektaklu, Agnieszka Olsten odwróciła niejako sens tradycyjnie przypisywany tej sztuce, zgodnie z którym nieodpowiedzialna, infantylna, lekkomyślna kobieta mimowolnie niszczy rodzin«, której ostoją jest mężczyzna. W tym spektaklu, to mężczyźni są infantylnymi, wiecznymi chłopcami, a Nora walczy o swoją wolność. Czy tacy są Pani zdaniem współcześni mężczyźni?
Często tak. Są wbrew pozorom słabsi i delikatniejsi od kobiet. A mimo to gotowa jestem w razie potrzeby własnymi włosami wycierać męskie stopy.
Dziękuję za rozmowę.

DOROTA LANDOWSKA – ur. 1966, jedna z najbardziej utalentowanych aktorek swojego pokolenia. Od 1999 roku w Teatrze Narodowym. Na koncie ról teatralnych ma m.in. Ficię w „Onych” Witkacego, Zutę w „Ferdydurke” W. Gombrowicza, Marynę i Marysię w „Weselu” St. Wyspiańskiego, Ninoczkę w „Ninoczce” M. Lengyela, Niewiastę w „Akropolis” Wyspiańskiego, Żonę w „Nieboskiej komedii” Z. Krasińskiego. W teatrze telewizji wystąpiła m. in. jako Czarna w „Na szkle malowane” E. Brylla, Smugoniowa w „Uciekła mi przepióreczka” S. Żeromskiego, Donia Sol w „Hernanim” W. Hugo, Depeszówka w „Niuz” R. Bugajskiego. Ma na swoim koncie także role filmowe, m.in.: w „Prawie ojca” reż. M. Kondrata, Katarzynę w „Patrzę na ciebie, Marysiu” reż. Ł. Barczyka, w „Daleko od okna” J..J. Kolskiego, także w serialach telewizyjnych „Miasteczko”, „M jak Miłość” i „Kryminalni”.

Zagrać wszystko

Z JERZYM BOŃCZAKIEM, aktorem i reżyserem, z okazji 70 rocznicy urodzin, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Ostatnio masowa widownia ogląda Pana m.in. w roli Prokuratora Stanu Wojennego w „Uchu Prezesa”, a ja przejrzałem Pana role teatralne, filmowe, telewizyjne i doszedłem do wniosku, że wśród czołówki polskich aktorów jest Pan chyba jednym z najbardziej, jeśli nie najbardziej doświadczonym, jako że nie tylko od kilkudziesięciu lat gra Pan na scenach warszawskich, ale występował Pan też i przede wszystkim reżyserował na kilkunastu scenach tzw. prowincjonalnych, od Elbląga przez Częstochowę, po Jelenią Górę i Wałbrzych. Co daje takie doświadczenie twórcy warszawskiemu?
Przede wszystkim luksus spokojnej pracy, w ludzkim tempie, bez warszawskiego pośpiechu i biegania od studia do studia, od teatru na plan. Tam aktorzy, reżyser itd. mają czas na spokojną pracę nad rolami, nad spektaklem. Żyjemy w takich czasach, że mamy dostęp do różnych luksusów, ale najmniejszy do luksusu spokojnego życia w umiarkowanym tempie. A poza tym poznałem dzięki temu wielu nowych, ciekawych ludzi teatru, działających na scenach pozawarszawskich i nabyłem wiele nowych doświadczeń.
Jako aktor ma Pan tak nieczęste, szerokie emploi, że może Pan zagrać wszystko, od ulicznego „menela” i postać farsową, poprzez role realistyczne, po postacie klasyczne, jak Edek w „Tangu” Mrożka czy Mefisto w Fauście” Goethego. Jak się żyje z taką różnorodnością i natłokiem w głowie?
Znakomicie, bo to jest właśnie kwintesencja aktorstwa – potrafić zagrać wszystko. Mój znakomity, starszy kolega Wiesław Gołas proszony o zagranie ołówka, pytał, czy ma być to ołówek zwykły czy kopiowy. Wiem oczywiście, że są inne, także szlachetne odmiany stylu aktorskiego, n.p. taki jakiego mistrzem był Gustaw Holoubek, wiem, że istnieje też odmiana aktorstwa zwanego „rezonerskim”, ale esencja aktorstwa to wcielanie się w rozmaite postacie, psychiki czy sposoby bycia.
Po studiach w warszawskiej PWST ukończonych w 1971 roku zaangażował się Pan do warszawskiego Teatru Rozmaitości. Dobrze wspomina Pan tamten czas?
Wybitnie dobrze, bo zgodnie z jego nazwą był w nim bardzo rozmaity repertuar, od współczesnego, przez komediowy po dramatyczny, realizowany przez rozmaitych, także stylem pracy, reżyserów. Nagrałem się w nim do syta, rozmaitych ról, co było świetną szkołą, od „Żab” Arystofanesa po Lokaja w popularnym „Cieniu” Młynarskiego, od Dyla Sowizdrzała po Żabę i Żółwia w „Alicji w krainie Czarów”.
Mimo to w 1980 roku przeszedł Pan do Teatru Nowego w Warszawie. Dlaczego?
Namówił mnie Bohdan Cybulski, u którego w 1977 roku zagrałem gościnnie, w Szczecinie, w „Księciu Niezłomnym” Słowackiego. Chyba wtedy Cybulski sobie mnie upatrzył. Jeszcze jednak przez trzy lata zostałem w Rozmaitościach, a miałem też krótki epizod w Ateneum, krótki, za to w roli Zietena w wybitnym przedstawieniu „Wielkiego Fryderyka” Nowaczyńskiego w reżyserii Józefa Grudy. Do Nowego przeszedłem w 1980 roku rozpoczynając od roli Edka w „Tangu” Mrożka. Czas Nowego to mój najlepszy czas teatralny. Dziś w budynku tego teatru przy Puławskiej jest sieciowy market spożywczy. Zagrałem tam m.in. Sganarela w „Don Juanie” Moliera, Skrzypka w „Rzeźni” Mrożka, Mefista w „Fauście” Goethego, Szatana w „Kordianie”, Govera w „Peryklesie” Szekspira, monodram „Pamiętnik wariata” Gogola, Iwana Karamazowa w „Braciach Karamazow” Dostojewskiego czyli w wielkiej literaturze, na ogół w znakomitych inscenizacjach samego Cybulskiego. I może bym w tym teatrze został dłużej, gdyby nie śmierć Cybulskiego w 1989 roku. Wtedy inni reżyserzy zobaczyli mnie niemal wyłącznie jako aktora komediowego, farsowego i od tej pory moja droga zawodowa przechyliła się w tę stronę. Grałem więc dużo takich ról, głównie w teatrach Komedia i Kwadrat, a także na wspomnianych scenach „prowincjonalnych”. Jednak nie żałuję, bo akurat to przyniosło mi największą popularność i szeroko otworzyło drogę do filmu i telewizji.
No właśnie, w pewnym momencie film i seriale Pana objęły na full: od dramatycznej roli w półdokumentalnym filmie społecznym Trzosa Rastawieckiego „Zapis zbrodni”, poprzez tytułowego „Mazepę” w filmie Gustawa Holoubka, realistyczne role w „Akwarelach” Rydzewskiego czy „Wyroku” Witolda Orzechowskiego, komediową w „Misiu” Barei czy witkacowską w „W starym dworku czyli niepodległość trójkątów”, od seriali „starego typu”, jak „Lalka”, „Kariera Nikodema Dyzmy „Alternatywy 4”, „Życie Kamila Kuranta” po niezliczone role w serialach „nowego typu”. No i w Teatrze Telewizji tak różne role jak ksiądz Lwowicz w „Dziadach” czy Stiopa w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa.
Ta różnorodność moich ról jest moim ogromnym bogactwem i posagiem, który wnoszę do każdej roli. Roli dramatycznej bardzo dawno nie zagrałem, bo mnie zaszufladkowano jako komika i farsowca, ale marzy mi się zagrać porządną rolę dramatyczną z wykorzystaniem, z tyłu głowy, tego bagażu komediowo-farsowego. To byłby kapitalny mix, bo nie ma w teatrze, w aktorstwie w ogóle niczego ciekawszego niż stop tragizmu, dramatyzmu z komizmem i groteską.
W Teatrze Telewizji zagrał Pan też dwukrotnie u Grzegorza Królikiewicza: Piotra Borzęckiego w „Trzecim Maja” i zdrajcę Kalksteina w „O coś więcej niż przetrwanie”, niezwykle oryginalnych widowiskach historycznych, o do niczego innego niepodobnym klimacie i stylu. Jak się Panu z nim pracowało?
Hardcorowo, jak mówi dziś młodzież. To był po prostu psychopata, ale zarazem bardzo twórczy artysta i te jego psychopatyczne w stosunku do aktorów działania, nawet pomiatanie nimi, dały w efekcie, to trzeba przyznać, niezwykłe, bardzo ciekawe rezultaty.
W czym będzie można Pana zobaczyć w najbliższym czasie poza teatrem i serialami, no i poza rolą Prokuratora Stanu Wojennego w „Uchu Prezesa”?
Pod koniec grudnia będzie premiera filmu „Pan T” o Leopoldzie Tyrmandzie, w którym zagrałem Bolesława Bieruta?
To będzie film historyczny?
Raczej wariacja na temat tamtych czasów, trochę zgrywa, w stylu farsowym, spojrzenie na tamte czasy okiem młodego reżysera. Ma zresztą ostatnio jakiś fart do ról na podłożu historycznym, bo Jurek Hoffman dał mi rolę kapitana Kostrzewy w „Bitwie warszawskiej 1920” a Borys Lankosz rolę partyjnego dostojnika w „Rewersie”.
Dziękuję za rozmowę.

Jerzy Bończak – ur. 29 lipca 1949 w Bieżuniu, absolwent PWST w Warszawie 1971, aktor i reżyser.

Zimny nóż w gorące serce

Z MARIĄ CIUNELIS, aktorką Teatru Ateneum w Warszawie rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Od 34 lat jest Pani wierna Teatrowi Ateneum. To rzadkie w obecnych czasach. Co zaważyło na tej wierności?
Jest kilka powodów. Na pewno przyzwyczajam się do ludzi i miejsc, ale najważniejsze jest dla mnie przesłanie dyrektora Janusza Warmińskiego, który mnie zaangażował i który wpajał w aktorów, że „Ateneum”, to wyjątkowe miejsce. Na jeden sezon po studiach trafiłam do Teatru Polskiego, za dyrekcji Kazimierza Dejmka, w czas kryzysowego dla zespołu przełomu, co rodziło nerwową atmosferę, a następnie tu, do zespołu opartego na XIX-wiecznej niemal wspólnocie, z pięknym przesłaniem ideowym, z gronem wspaniałych aktorów starszego pokolenia, którzy zaskoczyli mnie przyjazną postawą wsparcia, dającą poczucie bezpieczeństwa. Po odejściu dyrektora Warmińskiego miałam poczucie współodpowiedzialności za ten teatr, choć być może powinnam zmienić zespół, bo zmiany sprzyjają rozwojowi własnemu. Jednak zostałam, choć jeśli chodzi o finanse to „Ateneum” od lat walczy o przetrwanie i były lata, gdy nas było stać zaledwie na trzy premiery w sezonie, przy istnieniu trzech scen. Zazdrośnie patrzę na Teatr Narodowy, który ma takie finansowanie, że może sobie pozwolić na 20 premier rocznie. Konieczność finansowego przetrwania wymusza na nas odpowiedni dobór repertuaru, nie możemy sobie pozwolić na błędy, o co nie jest łatwe. Jesteśmy najstarszym miejskim teatrem Warszawy, rok temu obchodziliśmy 90-lecie, ale miasto traktuje nas jak teatr komercyjny, co trochę nas ogranicza w swobodzie twórczych poszukiwań.
Zauważyłem, że w pierwszym dwudziestoleciu Pani pracy aktorskiej, wśród Pani ról dominuje wielka klasyka, ale w miarę upływu lat jej udział radykalnie się zmniejszał na rzecz sztuk współczesnych, które chyba bardziej odpowiadają masowej publiczności…
Chyba tak, zresztą nawet klasyka jest wystawiana coraz bardziej w sposób odbiegający od kanonu. Gdy w okresie dyrekcji Gustawa Holoubka wystawialiśmy dużo klasyki, byliśmy krytykowani jako teatr anachroniczny, skierowany w przeszłość. Jednak i tak wystawianie klasyki nie jest tu łatwe, bo dysponujemy małą sceną, uniemożliwiającą wielkie inscenizacje. W tej sytuacji to, co mogliśmy najlepszego tu pokazać, to dobre aktorstwo i dobra literatura. Gustaw nas pocieszał, że w ogólnym zalewie bylejakości jesteśmy awangardą.
Kończąc warszawską PWST spodziewała się Pani angażu do takich renomowanych scen jak Polski czy „Ateneum”?
Nie, tym bardziej, że marzyłam o pracy w jakimś małym, eklektycznym teatrze na prowincji, jako że wychowałam się jako widz na teatrach w Olsztynie, a także w Gdańsku czy Grudziądzu. Jednak jak na ironię nigdy dotąd nie zetknęłam się zawodowo z teatrem tzw. prowincjonalnym. Nie traktuję zresztą tego określenia pejoratywnie, przeciwnie, zazdroszczę, że będąc jedynym teatrem w mieście, mają dużo premier, dużo pracy.
W PWST miała Pani wśród pedagogów Tadeusza Łomnickiego, Andrzeja Szczepkowskiego, Ryszardę Hanin, Zofię Mrozowską, Zygmunta Hűbnera, Zbigniewa Zapasiewicza, Jana Englerta. Kto z nich wywarł na Pani największy wpływ?
Każdy z nich. Na pewno Tadeusz Łomnicki, który ćwiczył nas okrutnie wybijając z dobrego samopoczucia, jakiemu ulegaliśmy po dostaniu się na uczelnię. Na przykład kazał dziesiątki razy powtarzać jedno zdanie. Pamiętam jego definicję różnicy między aktorem a amatorem: „aktor wzrusza, a amator wzrusza się”. „Łom” mówił zawsze: „zimny nóż w rozgrzane serce”. To najpierw widownia ma się wzruszyć, a dopiero potem aktor, gdy chwyci odzew z widowni. Najgorzej jest wtedy, gdy aktor się wzrusza a widownia pozostaje obojętna. Z kolei Zapasiewicz wymagał od nas wielkiej kreatywności w relacjach z reżyserem, a Janek Englert traktował nas jako kolegów i koleżanki, jako partnerów, zostawiał dużą swobodę. Dobrze wspominam też profesora od historii teatru, pięknie o nim opowiadającego, pana Henryka Izydora Rogackiego.
Jaki ma Pani emocjonalny stosunek do granych postaci: utożsamia się Pani z nimi czy zachowuje dystans?
Dystans, ale jak do dobrych znajomych, bez utożsamiania się. Mam poczucie, że jestem aktorką i mogę zagrać wszystko, ale nie jestem tym, kogo gram. To daje mi poczucie bezpieczeństwa. Zdarzały mi się, owszem, epizodycznie stany utożsamiania, kiedyś nawet taki, że schodziłam ze sceny z zakrwawionymi rękami. Nawet nie wiedziałam, kiedy dochodziło do tego urazu, co świadczyło o tym, że wpadałam w coś rodzaju transu. Mam jednak od lat w pamięci zdanie Gustawa Holoubka z jednego z wywiadów, gdy powiedział, że nie lubi emocji w teatrze, bo nimi najłatwiej oszukiwać, bo łzami czy krzykiem zasłaniamy myśl i słowo, a one są najważniejsze. Dlatego cenił teatr starożytny, antyczny, bo ten teatr koncentrował się na opowiadaniu o tym, co się wydarza. Najważniejsze jest nawiązanie kontaktu z widzem, uwiedzenie go bądź nie. Najgorsza jest obojętność widza.
Bardzo szybko upomniał się o Panią film i to od razu ważnymi rolami: Teresy w „Przez dotyk” Magdaleny Łazarkiewicz (1983) i Franki w „Dziewczętach z Nowolipek” Barbary Sass (1986). Jak Pani wspomina te realizacje?
W pierwszym przypadku grałam w duecie z Grażynką Szapołowską i trochę się z ta rolą mocowałam. Miałam zagrać takie „zwierzątko” wysysające energię z drugiej osoby, ale starałam się bronić mojej postaci. Niedawno obejrzałam ten film po raz pierwszy od premiery i dopiero teraz w pełni pojęłam intencje Magdy Łazarkiewicz. Także po latach obejrzałam ponownie „Dziewczęta z Nowolipek” i uświadomiłam sobie jak kolorowy był ten film na tle szarości polskich lat 80-tych, a piękna, barwna scenografia, piękne stroje bohaterek jakby niwelowały ten świat biedy, o której opowiadał.
Czy mogłaby Pani wskazać swoją teatralną rolę życia?
Byłoby mi trudno, ale z ważniejszych czy ulubionych ról mogłabym wskazać rolę głuchoniemej Sary w „Dzieciach mniejszego Boga” Medoffa, nagrodzoną m.in. przez miesięcznik „Teatr”, Anitę w „Antygonie w Nowym Jorku” w reż. Izy Cywińskiej, Katasię w „Kosmosie”, Celinę w „Przeklętym tangu”. Na pewno nie identyfikuję się z jakąś jedną rolą.
Kilka razy podjęła się Pani reżyserii teatralnej, na przykład „Bajek robotów” według Stanisława Lema w teatrze Capitol czy „Kopciuszka” Jana Brzechwy w Teatrze Polonia, a także „Killevippen” A. Lindgren w Teatrze Telewizji. To tylko epizody czy świadome zmierzanie do momentu, gdy na dobre zajmie się Pani reżyserią?
Reżyserką nie jestem ani się nie czuję, bo to zupełnie odrębna sztuka. Najtrudniejsze i najważniejsze w tej sztuce, to umieć przełożyć pomysł na scenę, uwieść aktora i widownię, mieć własny język. Umieją to n.p. Adam Sajnuk czy Piotr Cieplak, których bogatą wyobraźnię podziwiam, a także Jarzyna, Warlikowski, Mikołaj Grabowski, Janusz Wiśniewski, wymieniam najbardziej obecnie czynnych.
Jakie ma Pani plany na najbliższy czas?
Zostały mi dwa sezony do emerytury i chciałabym poświęcić je tej scenie, której twórca, Stefan Jaracz za najważniejszy składnik teatru uważał aktora i słowo. Dziś niestety ten zawód uległ deprecjacji, kiedy podważany jest sens studiowania w szkole teatralnej, bo liczą się nie umiejętności ale kilka zewnętrznych, prostych warunków. Mam też problem, bo nie odróżniam często młodych aktorów, tak podobnie wyglądają i zachowują się. A nowy sezon zaczynam od „Cesarza” według Ryszarda Kapuścińskiego.
Dziękuję za rozmowę.

Maria Ciunelis – ur. 28 czerwca 1961 roku w Ostródzie. Absolwentka PWST w Warszawie (1984). Zadebiutowała w Teatrze Polskim kilkoma rolami w „Matce” Witkacego w reż. Jana Englerta. Od 1985 roku w zespole Teatru Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie. Stale współpracowała także m.in. z teatrem „Prezentacje” (m.in. Josephine w „Smaku miodu” S. Delaney, Anna Austriaczka w „Diable w purpurze” A. Raulta w reż. R. Szejda). Wśród ról teatralnych także m.in. Maria w „Woyzeck” G. Büchnera w reż. A. Hanuszkiewicza, Duniasza w „Wiśniowym sadzie” A. Czechowa w reż. J. Warmińskiego, Matka w „Opowieściach Lasku Wiedeńskiego” O. von Horvátha w reż. A. Glińskiej, także tytułowa „Iwona, księżniczka Burgunda” W. Gombrowicza w reż. W. Śmigasiewicza, Aktorka w „Korowodzie” A. Schnitzlera, Solange w „Pokojówkach” J. Geneta, Aryst w „Dziewicach i mężatkach” w reż. J. Wiśniewskiego. W Teatrze Telewizji m.in. Maria w „Żabusi” G. Zapolskiej w reż. O. Lipińskiej, Ala w „Tangu” S. Mrożka w reż. P. Szulkina, Cudzołożnica w „Kobietach u grobu” M. de Ghelderode, Małgorzata Fornalska w „Mordzie założycielskim” J. Raginisa. Role filmowe także m.in. w „Siekierezadzie” W. Leszczyńskiego, „Panu Tadeuszu” A. Wajdy, „Dniu świra” M. Koterskiego, „Winie truskawkowym” D. Jabłońskiego, a także w kilku serialach. Laureatka szeregu nagród za dokonania artystyczne, m.in. Medalu „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2014).

Najważniejsze role są przede mną

Z KAMILLĄ BAAR rozmawia Krzysztof Lubczyński

Pani pierwszą nauczycielką aktorstwa była Dorota Pomykała w studium scenicznym w Katowicach. Co mogła Pani zaczerpnąć od tej świetnej aktorki?
Dorota ma bardzo indywidualny stosunek do każdego swojego studenta, więc dość szybko pomogła mi zrozumieć, co jest moją mocną stroną. Zawsze też stawiała na indywidualizm i wrażliwość. To mnie „ustawiło” w mojej zawodowej drodze.
A kiedy dotknęło Panią pierwsze marzenie o aktorstwie?
Pierwsze zainteresowania teatralne obudziły się we mnie w liceum w Poznaniu, a nauczyciele języka polskiego delikatnie je stymulowali. Teatr i film bardzo mnie fascynował, szczególnie aktorzy. W pewnym momencie pojawiły się marzenia, żeby samemu wejść w ten świat. Nic w tym nadzwyczajnego. Byłam nie pierwszą i nie ostatnią osobą podatną na takie marzenia. Przeobrażenie się w kogoś innego, to odwieczne marzenie wielu ludzi. Także z tego bierze się aktorstwo.
Podobno na egzamin do warszawskiej Akademii Teatralnej przygotowała Pani aż 28 tekstów, w tym monolog „Hamleta”. Można sobie tylko wyobrazić szok egzaminatorów. Proszę opowiedzieć o tym niezwykłym egzaminie, który zdała Pani za pierwszym podejściem.
To było dość ekscentryczne. Byli zaskoczeni i kiedy w spisie tekstów zobaczyli tytuł „Romeo o Julia” – od razu padło pytanie, czy przygotowałam monolog Romea. Ten szekspirowski tekst fascynował mnie zawsze. Nadal uważam, że ma wielką siłę. A od kiedy zobaczyłam wielką Teresę Budzisz – Krzyżanowską, kobietę, w tej roli, pomyślałam – spróbuję. Przygotowałam też m.in. monolog ze „Skrzywdzonych i poniżonych Dostojewskiego. A w „Hamlecie” zagrałam po latach Ofelię w Teatrze Telewizji wyreżyserowanym przez jednego z moich mistrzów, Łukasza Barczyka.
Którzy z profesorów w Akademii Teatralnej mieli na Panią największy wpływ lub z innych powodów byli najważniejsi? I czy ma Pani poza tym szczególnie ważnych mistrzów w zawodzie?
W szkole właśnie Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Maja Komorowska, Jan Englert, Łukasz Barczyk. Nadal są moimi mistrzami. Z aktorów filmowych bardzo cenię Charlotte Rampling, Catherine Deneuve, Fanny Ardant i Daniela Auteila. To też moi mistrzowie.
W jaki sposób Panią inspirują?
Pośrednio. Nie trzeba i nie powinno się innych naśladować. Poza tym styl grania szybko się zmienia, także pokoleniowo. Teraz w szkole teatralnej to się już jakoś uporządkowało, ale był taki okres przełomu, kiedy niektórzy mistrzowie dawnego stylu, seniorzy nie mogli zaakceptować stylu wnoszonego przez najmłodsze pokolenie. Raziła ich na przykład niestaranność dykcyjna studentów. Tu mieli rację – dobra dykcja jest podstawa aktorskiego rzemiosła.
Nieczęsto zdarza się młodym aktorom, że na samym początku drogi zawodowej wchodzą do jednego z najbardziej prestiżowych teatrów polskich, myślę o Narodowym. Czym jest dla Pani praca z wybitnymi reżyserami na tej scenie i jakie role ceni Pani sobie najbardziej?
Te najważniejsze role wierzę, że są ciągle przede mną, Zmieniłam warunki. Nie jestem już dziewczyną, lecz dojrzałą kobietą. Jestem gotowa do poważnych zadań. Miałam szczęście pracować z Jerzym Jarockim, Janem Englertem, Mają Kleczewską. Teraz pracuję z Maciejem Wojtyszką. Fascynują mnie role bogate psychologicznie, wpisane w ciekawe konteksty kulturowe, historyczne. Lubię drążyć w roli, siłować się z nią, choć nie do przesady. Cudowna jest w tym zawodzie możliwość wielokrotnego przeobrażania się w kogoś innego, poczucie, że żyje się dzięki temu wielokrotnie. Chyba żaden inny zawód, także artystyczny, tego nie daje.
Proszę wspomnieć o współpracy z Jerzym Jarockim, który niedawno zmarł…
To był wspaniały intelektualista, nieprawdopodobnie przenikliwy i drobiazgowy analityk tekstu scenicznego. Poznałam go przy pracy w Teatrze Narodowym. Zawsze robił wrażenie człowieka surowego, ale cechowała go niesamowita miłość do teatru. Miałam świadomość jego dokonań artystycznych, choćby w Starym Teatrze w Krakowie. Świadomość jego legendy. Pracowałam z nim przy „Błądzeniu” według Gombrowicza, grając tam trzy role, Modelki, Reny i Zosi. Tekst był niesłychanie trudny, jakby zgodnie z tytułem, ale satysfakcja kolosalna. Zagrałam też w jego innej inscenizacji gombrowiczowskiej, w „Kosmosie”, Lulusię. No i Alę w „Tangu”, którego Jerzy Jarocki nie zdążył zrealizować do końca w Teatrze Telewizji. Bardzo ciekawie wspominam też innego intelektualistę sceny, Tadeusza Bradeckiego, w którego reżyserii debiutowałam w Narodowym w „Piaskownicy”.
Jak teksty Gombrowicza działały na Panią?
Bardzo silnie i rozwijająco. Odkryłam dzięki nim niezwykle obszary psychiczne i intelektualne, których bez nich bym nie odkryła. Wspaniałym przewodnikiem był tu profesor Jerzy Jarocki, wspaniały analityk Gombrowicza. To dla mnie kolosalny bonus ze współpracy z nim.
Na scenie żywej gra Pani niemal wyłącznie w przedstawieniach na podstawie wybitnej literatury (Szekspir, Racine, Mrożek, Gombrowicz, Fredro). Co daje gra ról w takich tekstach? I jakie Jakie są Pani prywatne upodobania literackie, teatralne, filmowe?
Klasyka w najlepszym tego słowa znaczeniu fascynuje mnie i zawsze inspiruje. Czytam tez poezję, filozofów, w tym Junga, z pisarzy współczesnych Zygmunta Miłoszewskiego, Szczepana Twardocha. Tu jednak mówię o moich gustach prywatnych, czytelniczych. Natomiast do myślenia o aktorstwie nawet bardziej inspiruje mnie bezpośrednia obserwacja życia, zwłaszcza w podróży, w środkach komunikacji. Ludzie wtedy zachowują się najbardziej spontanicznie, wychodzi z nich wtedy wiele rozmaitych cech, które nie ujawniają się w sytuacjach aranżowanych, zaplanowanych.
Które z prac filmowych, serialowych przyniosły Pani największą satysfakcję zawodową, z uwagi na temat, reżysera etc?
Każda moja praca to satysfakcja. Taką mam naturę ze bez reszty rzucam się w to co robię. Nie żyję bez pasji i adrenaliny. Zresztą zwód aktorski nie pozostawia innej możliwości. Zmusza do zaangażowania się w niego bez reszty.
Mówi się o Pani jako o aktorce nie tylko niezwykle utalentowanej, ale także bardzo wrażliwej. To wyłącznie pomaga w zawodzie, czy także rodzi dyskomfort?
Bywało różnie. Przeżywałam każde niepowodzenie i brałam na siebie jeśli coś nie wychodziło. Odkąd jestem mamą – powaga podejścia do zawodu aktorki się zmieniła . Teraz skupiam sie na tym co dobre – cieszę się ze spotkań z ludźmi, z każdego projektu i zaufania ze strony reżyserów i widzów.
Gdyby miała Pani – pytam czysto teoretycznie – stanąć przed wyborem: gra wyłącznie w filmie lub w teatrze, to jakiego wyboru by Pani dokonała?
Teraz filmy potrafią być żywym teatrem, tak jak choćby w „Annie Kareninie”, a w spektaklach często pojawiają się filmowe projekcje. Jako środka teatralnego używa się kamery. Nie musiałabym więc podejmować takich wyborów.
Jak Pani sama definiuje się jako aktorka, jaki jest Pani aktorski „autoportret własny”?
Życie jest nieprzewidywalne, aktorstwo tym bardziej. Nie wiem co mnie w przyszłości spotka w tym zawodzie. Najważniejsze to żyć i pracować z pasją i dobrze się przy tym bawić!.
Dziękuję za rozmowę.

Kamilla Baar – ur. 6 października 1979 w Człuchowie. Uważana za jedną z najbardziej utalentowanych aktorek swojego pokolenia. Od 2005 roku aktorka Teatru Narodowego w Warszawie. Dzieciństwo spędziła w Poznaniu a następnie w Tychach. Absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej. Po raz pierwszy przed kamerą stanęła już w 2002 na planie telewizyjnego spektaklu „Oszuści”. W filmie pojawiła się nieco później. Jej debiutem serialowym była rola Ewy w serialu „Na dobre i na złe” w 2003. Na dużym ekranie debiutowała w 2004 rolą Magdy w komedii sensacyjnej Vinci Juliusza Machulskiego. Pojawia się też w szeregu seriali, m.in. od 2011 roku w „Na dobre i na złe”. Laureatka Złotej Kaczki 2012 za rolę w „Vincim”. W 2013 laureatka nagrody „Wiktora” w kategorii „Odkrycie telewizyjne roku”.

Z dodatkiem Iskry Bożej

Z okazji z okazji 60-lecia pracy artystycznej i 80-lecia urodzin
Z KRYSTYNĄ KOŁODZIEJCZYK, „KIKSĄ”, aktorką, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Zauważyłem, że znajomi nie mówią do Pani inaczej niż „Kiksa”. Dlaczego?
Podejrzewam, że są i tacy, którzy znają mnie tylko pod tym przydomkiem. Lata temu, gdy Adamowi Hanuszkiewiczowi zarekomendowano mnie do tworzonego przez niego zespołu Teatru Nowego przy Puławskiej i podano nazwisko Kołodziejczyk, nie wiedział o kogo chodzi, ale gdy dodano, że chodzi o „Kiksę”, to powiedział: „A, Kiksa, trzeba było od razu tak mówić”. „Kiksę” wymyśliła nieżyjąca już niestety moja przyjaciółka aktorka Zosia Saretok. Po prostu dodała do siebie pierwsze litery imienia i nazwiska oraz mój zwichrowany charakter. Kiksa-fiksa.
Skąd u Pani pomysł na wybór zawodu aktorskiego?
Pierwotnie planowałam studia na Wydziale Ekonomicznym z zakresu produkcji filmowej. Kiedy jednak pani Maria Kaniewska zaproponowała powołanie w ramach łódzkiej szkoły filmowej, w 1957 roku, Wydziału Aktora Filmowego, zdecydowałam się tam zdawać, nie mając pojęcia o aktorstwie, tak wielkie było pragnienie dostania się do szkoły filmowej. Przygotowałam warszawski, a raczej „warsiaski” w klimatach fragment „Kwiatów polskich” Tuwima, taki trochę w stylu Wiecha. Spodobało się to komisji, i w przeciwieństwie do poprzednich moich kawałków wysłuchała tego do końca. Następstwem tego była propozycja zagrania Sabci, wychowanicy Aniołków w „Café pod Minogą”, gdy miałam 18 lat. Poza tym w ramach egzaminu była scena kamerowa. Miałam udawać, że jestem w ciąży, oświadczyć to jej sprawcy i buchnąć go w twarz. Romek Polański, który organizował scenę przed kamerą powiedział mi później: „Wysoka komisja powiedziała, że najlepiej lejesz po pysku”. Końcowa opinia komisji egzaminacyjnej brzmiała: „Młodziutka, niezmanierowana, nic nie umie, z iskrą bożą” i oznaczał przyjęcie mnie do szkoły.
Zacznijmy wspomnienia właśnie od roli Sabci we wspomnianym filmie, który wyreżyserował Bronisław Brok. Zetknęła się tam Pani m.in. z Adolfem Dymszą i Stefanią, Stefcią Górską, czyli ówczesnymi sławami. Miała Pani dużą tremę?
Nie aż tak dużą jak by się mogło wydawać, bo oboje byli bardzo życzliwi. Dodek Dymsza oczywiście, jak to on, starał się dominować nad wszystkim, ale Stefcia Górska była równą babką. Miałyśmy wspólną garderobę, więc miałam okazję nasłuchać się jej pikantnych erotycznie dowcipów, z dziedziny poniżej pasa, typu że „mały ma dużego” i odwrotnie. O dobrą atmosferę na planie dbał reżyser z przedwojennym dorobkiem, pan Brok, kulturalny i miły człowiek. Film kręciliśmy w atelier w Łodzi, aczkolwiek kilka scen plenerowych nakręcono w Warszawie, na Starym Mieście, Mariensztacie, Solcu, na Targówku i w Alei Róż.
W filmie zagrał młody czarnoskóry aktor Makpokpo Dravi…
On nie był zawodowym aktorem ani nawet studentem aktorstwa. Po prostu przyjechał na Światowy Zlot Młodzieży w 1955 roku i kilka lat się w Polsce zasiedział. Smutny traf sprawił, że zmarł niedawno w Togo w czasie, kiedy się do niego, do Afryki wybierałam z gronem znajomych, aby nakręcić o nim film. Udział w „Café pod Minogą” był rzeczywiście debiutem bo to była konkretna rola, ale mój pierwszy plan filmowy to był „Król Maciuś I” Wandy Jakubowskiej w 1957 roku.
Była Pani wtedy jeszcze studentką szkoły filmowej w Łodzi. Jak Pani wspomina czas studiów?
Większość czasu spędzaliśmy w szkole na Targowej, bo było dużo zajęć. Najbardziej atrakcyjna była możliwość oglądania filmów zachodnich, które sprowadzano dla szkoły, dla celów edukacyjnych, a które nie trafiały do zwykłego repertuaru, więc pod tym względem byliśmy grupą uprzywilejowaną. Prowadziliśmy też życie towarzyskie w lokalach łódzkich, bogate na tyle, na ile pozwalały skromne fundusze, a ulubionymi naszymi lokalami były SPATiF i „Honoratka”.
Dyplom zaczęłam u profesor Zofii Petri, w „Śnie nocy letniej” Szekspira, ale w końcu ukończyłam go po zawiłych perypetiach. W tym okresie ze szkołą skontaktował się dyrektor teatru w Koszalinie, pan Tadeusz Aleksandrowicz, który potrzebował aktorki, pani Petri poleciła mu mnie i tak znalazłam się w tym mieście na cztery lata. To był właściwie teatr koszalińsko-słupski i miał nazwę Bałtyckiego Teatru Dramatycznego, choć ani Koszalin ani Słupsk nie leżą nad Bałtykiem, aczkolwiek blisko niego. Po Koszalinie pojechałam do Bydgoszczy na trzy lata w tamtejszym teatrze, a ponieważ w pewnym momencie mój przyszły mąż Andrzej Ziębiński został dyrektorem teatru koszalińsko-słupskiego, więc tam z nim powróciłam.
Spędziłam w tych prowincjonalnych teatrach 14 lat i bardzo sobie cenię ten okres, bo naprawdę nagrałam się do syta i to dużych ról. I w wielkiej klasyce – Violettę w „Kordianie” czy Salomeę w „Śnie srebrnym Salomei” Słowackiego, Donię Dianę w „Zielonym Gilu” Tirso de Moliny, Klarę w „Ślubach panieńskich” Fredry czy tytułową „Fedrę” Racine’a, ale też w repertuarze współczesnym. W międzyczasie urodziłam też syna Marcina, dziś reżysera filmowego. Aha, byłabym zapomniała wspomnieć, że dwa sezony spędziłam w Teatrze Polskim w Poznaniu.
Jak wyglądało życie „aktorki prowincjonalnej”, a nieco później także małżeństwa teatralnego?
Żadnych fajerwerków, szare życie, praca, próby, granie, częste wyjazdy na występy w domach kultury w różnych miejscowościach województwa koszalińskiego, wychowanie dzieci. Dlatego, gdy w 1973 roku zetknęłam się w Warszawie z Józefem Szajną, który zaproponował mi angaż do swojego Teatru Studio, uznałam że to szansa na życiową zmianę.
I rzeczywiście tak się stało, bo renomowana na świecie scena Szajny ciągle wyjeżdżała ze spektaklami za granicę. Napodróżowałam się wtedy za wszystkie czasy. I choć Szajna traktował aktorów bardziej jako element swojej eksperymentalnej wizji artystycznej niż jako indywidualności, a my aktorzy graliśmy raczej potwory niż postacie ludzkie, to warto było w tej wizji wybitnego człowieka teatru uczestniczyć przez dekadę, tym bardziej, że zagrałam w większości jego najsłynniejszych przedstawień, w „Gulgutierze”, „Replice”, „Śnie” według Dostojewskiego, „Dantem”, „Majakowskim”. I mimo, że w tym czasie mój mąż objął dyrekcję Teatru Ziemi Mazowieckiej na Pradze w Warszawie, zdecydowałam się na teatr Szajny. I mimo że po 10 latach Szajna odszedł ze Studio i zastąpił go Jerzy Grzegorzewski, to ja z sentymentu zostałam jeszcze sporo lat, bo bardzo zżyłam się z zespołem, mimo, że Witold Filler złożył mi propozycję angażu do Teatru Syrena.
Z uwagi na Pani emploi apetycznej amantki charakterystycznej byłaby to idealna dla Pani scena…
Toteż później żałowałam, że się nie zdecydowałam, tym bardziej, że zespół nie był wart mojego sentymentu. No a potem był wspomniany już Teatr Nowy pod dyrekcją Hanuszkiewicza, gdzie dostałam kilka ciekawych ról, od Matki w „Balladynie” Słowackiego począwszy. To była już druga „Balladyna” w inscenizacji Adama, po tej głośnej w Teatrze Narodowym, tym razem nie na motocyklach, ale na wrotkach.
Zaczęliśmy od filmu i powróćmy do filmu. Po „Café pod Minogą” film już stale Pani towarzyszył…
Tak, zagrałam pannę młodą w filmie „Historia współczesna” Wandy Jakubowskiej, zrealizowanego w 1961 roku na kanwie autentycznego faktu masowego zatrucia alkoholem metylowym na Śląsku. Zagrałam też w tym czasie w „Zobaczymy się w niedzielę” Stanisława Lenartowicza, a także niewielkie rólki w „Lotnej” i „Niewinnych czarodziejach” Andrzeja Wajdy, „Pożegnaniach” Wojciecha J. Hasa czy „Inspekcji pana Anatola” Jana Rybkowskiego. W późniejszym okresie zagrałam też m.in. w „150 na godzinę” Wandy Jakubowskiej, „Godzinach szczytu” Jerzego S. Stawińskiego, „Kogel Mogel” Romana Załuskiego.
Janusz Majewski zaproponował Pani rolę Maryśki, Dziewczyny Folwarcznej, której „pan kazali kawki płoszyć” w stodole, w „Ja gorę” (1967) krótkometrażowym filmie z cyklu „Opowieści niezwykłe”. Główny bohater, szlachciura Pogorzelski, grany przez Jerzego Turka, próbuje się do Maryśki dobrać, obiecuje jej „kupić w Krakowie piernika toruńskiego, lukrowanego, z makiem”, gdy akcję przerywa mu głos upiora: „Pan tu panie Pogorzelski dziewuchę zamierzasz, a ja gorę”. Bardzo zabawny film, jeden z najczęściej powtarzany przez telewizje.
Janusz Majewski potrzebował takiej hożej dziewuchy i na plan przyjechałam aż z Koszalina, po nocnej podróży. U Majewskiego zagrałam też w jego popularnej komedii „CK Dezerterzy”. Potem posypały się propozycje ról serialowych, więc wzięłam udział w „Czterech pancernych”, „Chłopach” w roli Wójtowej, „Czterdziestolatku”, „Polskich drogach”, „Dyrektorach”, „Daleko od szosy”, „Lalce”, „Tulipanie”. Zauważył mnie też Staszek Bareja, u którego zagrałam w serialu „Zmiennicy”, a wcześniej w kinowej komedii „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Później jeszcze w serialu „Dorastanie”, „Rodzina Kanderów”, „Pogranicze w ogniu”, „Domu”, w „Miodowych latach”, w „Samo życie”. Epizodycznie w „Złotopolskich” i „Siedlisku”, w „39 i pół”, pojawiłam się też w „Komisarzu Aleksie” i „Ojcu Mateuszu”. Sporo się tego zebrało, bo nie wszystko wymieniłam. Najwięcej popularności przysporzyła mi rola Koniuszkowej w „Zmiennikach”. Jestem z niej rozpoznawana na ulicy, także przez młodych ludzi, pozdrawiają mnie, nawiązują rozmowę.
Jednocześnie, w 1969 roku zauważył Panią Teatr Telewizji, który był w pierwszych latach swojej świetności….
Tak i pierwszą moją rolą w TTV był wspomniany „Zielony gil” w reżyserii Jowity Pieńkiewicz, przeniesiony z żywej sceny do telewizyjnego studia. Niestety, spektaklu nie zarejestrowano i nikt go już nigdy nie zobaczy. Poza tym zagrałam panią Jones w „Babitt” Lewisa u Henryka Kluby, Łukaszową w „Rewizorze” Gogola w reżyserii Jerzego Gruzy, w Teatrze Sensacji „Akcja V” u Andrzeja Zakrzewskiego, w „Domu otwartym” Bałuckiego. Ostatni mój udział w teatrze telewizyjnym miał miejsce w 1997 roku w „Dziadach” w reżyserii Jana Englerta.
Które z ról w teatrze żywym ceni sobie Pani najbardziej?
Na pewno „Zielonego gila”, „Idiotkę” w sztuce Marcela Acharda, który mi osobiście tej roli pogratulował i ofiarował kosz kwiatów dowieziony na premierę. Ciekawie wspominam także nietypową dla mojego emploi dramatyczną rolę frau Hoess w „Ludobójcy” Andrzeja Jareckiego.

Krystyna Kołodziejczyk – ur. 30 marca 1939 w Częstochowie. Absolwentka Wydziału Aktorskiego PWSTiF w Łodzi (1960). Ma na koncie setki ról na scenach teatralnych, w filmach, serialach i spektaklach teatru telewizji. Występowała w teatrach Koszalina, Słupska, Bydgoszczy oraz Poznania (1959-1972), a po przeniesieniu się do Warszawy w Teatrze Nowym u Adama Hanuszkiewicza i w Studio, w zespole Józefa Szajny. Aktualnie współpracuje z Och-Teatrem w Warszawie, gdzie 6 października b.r. odbędzie się jej benefis z okazji 60-lecia pracy artystycznej i 80-lecia urodzin.

Stand-up, czyli rozśmieszyć trudniej niż wzruszyć

Z RAFAŁEM RUTKOWSKIM , aktorem komediowym, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kiedyś w kinie i teatrze funkcjonowała kategoria komika, aktora specjalizującego się wyłącznie w tego typu rolach. Przed wojną istnieli w Ameryce aktorzy wybitnie obdarzeni tzw. vis comica, specyficzne typy, komicy tacy jak Charlie Chaplin, Harold Lloyd czy Flip i Flap. Po wojnie we Francji trwały kilka dziesięcioleci fenomeny Fernandela czy Louisa de Funes. W Polsce głównie przed wojną, a potem trochę po wojnie, rolę komika tout court pełnił Adolf Dymsza, ale na nim się skończyło. I w ogól ten fenomen osłabł. Niejako „etatowych” komików zastąpili w kinie i teatrze komicy „sytuacyjni”, nie ma jednego „typu”, ale co jakiś czas jakiś aktor gra rolę, przynajmniej w zamierzeniu, komiczną. Obserwując Pana jako zjawisko aktorskie doszedłem do wniosku, że Pan w pewnym stopniu nawiązał do tej tradycji, przywracając zwłaszcza polskiemu teatrowi figurę komika z prawdziwego zdarzenia…
Jeśli tak jest, jak pan mówi, to mogę wyrazić tylko satysfakcję. Komiczny punkt widzenia jest nierozerwalnie związany z moim spojrzeniem na świat, poprzez śmiech. W Teatrze Montownia, który współtworzyłem i w którym gram, wystawiamy spektakle przeważnie komediowo-satyryczne. Taki też charakter mają moje występy w ramach „one man show czy stand-upach, jak np. „Ojciec polski”. Ludzie łakną śmiechu, a poza tym za pomocą śmiechu można mówić o ważnych, a nawet poważnych sprawach. To jest dla mnie sytuacja idealna i wypełniał ją idealnie mój idol, Woody Allen czy Stanisław Tym, który swego czasu był takim polskim lustrem, nowym Stańczykiem. Ludzie znów uczą się słuchać o poważnych sprawach poprzez śmiech. Tak było w PRL, potem to jakoś zaniknęło i teraz znów wraca. Niestety, nie pełni takiej funkcji kabaret, który służy prawie wyłącznie do rozśmieszania. Niedawno w Teatrze Polonia zrobiliśmy premierę „Depresji komika” Michała Walczaka, gdzie gram razem z Adamem Woronowiczem, aktorem o profilu zdecydowanie dramatycznym, który gra tam prawdziwego showmana, podczas, gdy ja gram postać pogrążonego w depresji komika. Słowem – odwróciliśmy nasze role i aktorskie charaktery. Bardzo chciałbym, żeby w Polsce narodził się rynek komików, co zresztą powoli się staje. Ciągle jednak jeszcze nie zaczęło się wracać do określenia „komik”, które kiedyś powszechnie funkcjonowało i zostało u nas niemal zapomniane. Na świecie komicy są bardzo cenieni, bo to bardzo rzadka kategoria aktorska, na wagę złota. Od czasów wspomnianego przez pana Charliego Chaplina czy także Bustera Keatona, komik to była bardzo ważna postać w kulturze, dziś powiedzielibyśmy w popkulturze. Prawzorem komika był cyrkowy clown.
Bierze Pan też udział w telewizyjnym widowisku „I kto to mówi”. To ciekawe doświadczenie?
Bardzo. Improwizowanie na żywo, przed ludźmi, to forma bardzo popularna w świecie, a u nas dopiero wchodzi. Poza tym improwizowanie na żywo, przed kamerą, to świetne ćwiczenie zawodowe, które zaleciłbym nie tylko aktorom komediowym, także dramatycznym, ćwiczenie wzbogacające warsztat.
Proporcje w zakresie potencjalnych możliwości formowania aktorskich typów widzę tak: z większości studentów aktorstwa można by zrobić przeciętnych aktorów dramatycznych, ale tylko bardzo nielicznych udałoby się zrobić nawet przeciętnymi komikami. Rozśmieszyć jest znacznie trudniej niż wzruszyć czy dać do myślenia…
Zgadzam się. Jakoś tak skonstruowana jest ludzka psychika. Zgadzam się, że rozśmieszyć człowieka jest trudniej niż wzruszyć. Poza tym w sytuacji aktorskiej działa przymus rozśmieszenia widza, przymus, który może działać paraliżująco. Jeśli robię komedię i ludzie się nie śmieją, to jest to śmierć przedsięwzięcia. W przypadku wzruszenia, takiej bezpośredniej odpowiedzi nie odbieramy, a nawet nie oczekujemy, bo większość ludzi wzrusza się w milczeniu. W komedii jest natychmiastowa recenzja ze strony widowni. Po prostu: jest śmiech albo go nie ma. Dlatego nie należy nikogo na siłę przerabiać. Jeśli ktoś się nie czuje na siłach, żeby rozśmieszać publiczność, jeśli nie ma tego we krwi, to powinien dać sobie spokój. Ja lubię śmiech, lubię, gdy ludzie się śmieją. Dlatego mam ogromną frajdę z moich występów w ramach one man show. Oczywiście zawsze mam tremę. Kiedy stoję za kurtyną i wiem, że czeka na mnie ponad trzysta osób, że mam ich sam przez półtorej godziny bawić, to myślę przez moment: „Boże, w co ja się władowałem”. Trwa to jednak tylko pięć sekund, potem wychodzę i publiczność daje mi energię. Jestem wtedy jak rekin, którego rozkręca zapach krwi. Jak usłyszę pierwszy szmerek śmiechu, pierwsze brawka, to staję się takim rekinem. Mam jednak sporo kolegów aktorów, którzy mają talent komiczny ale odmawiają, kiedy im proponuję taką rolę, jak twierdzą, ze strachu przed taką konfrontacją.
Pokazując w krzywym zwierciadle różne aspekty zachowań, postaw, kompleksów mężczyzny polskiego stał się Pan dla niego w jakimś stopniu lustrem, może po trosze socjologiem…
Kiedy wybieram tematy, to biorę te, które mnie kręcą, ale także są ważne dla mężczyzn w ogóle. Na przykład kiedy zostałem ojcem, uświadomiłem sobie, że o macierzyństwie mówi się u nas nieustannie, ale ojcostwie bardzo rzadko. Dlatego z Michałem Walczakiem wpadliśmy na pomysł, żeby w one man show „Ojciec polski” porozmawiać i o tej kwestii. I zabawnie i gorzko. Z kolei w one man show o seksie poruszyliśmy temat, który w Polsce tak naprawdę ciągle jest tematem tabu. Dało mi to też asumpt do pytania, czy Polska jest krajem sexy. W „Depresji aktora”, którą zaczęliśmy grać w Teatrze Polonia rozmawiamy z Adasiem Woronowiczem o tym, czym jest w Polsce bycie aktorem, komediantem i co się kryje za tym celebryckim blichtrem, szczerzeniem zębów do kamery i co się z nami dzieje po zapadnięciu kurtyny czy zakończeniu zdjęć na planie filmowym czy telewizyjnym. O tym, jakie są koszty rozśmieszania, czyli dawania swojej energii widzom. A to kosztuje, bo musimy zawodowo rozmieszać także w te dni, kiedy przeżywamy prywatne smutki i dramaty. Ale na tym polega zawodowstwo.
Kiedy zrodziła się Panu komiczna samoświadomość aktorska? Na studiach?
Dużo wcześniej. Już w przedszkolu byłem skłonny do rozśmieszania innych. Już wtedy słuchałem kawałów opowiadanych przez dorosłych, a potem sam je opowiadałem, zadowolony, że się z nich śmieją. W podstawówce robiłem różne scenki, skecze. Tak więc wprawiałem się bardzo wcześnie.
Co dała Panu z tego punktu widzenia szkoła teatralna, czyli ukończona przez Pana warszawska PWST?
Bardzo dużo. Ten warsztat o charakterze ogólnym, czy dramatycznym, którego przede wszystkim uczyliśmy się przy Miodowej jest przydatny także w budowaniu ról komediowych.
W PWST wystąpił Pan w kanonicznej już jako „pomoc naukowa” „Zabawie” Mrożka, a także w „Kabarecie modernistycznym” w oparciu o teksty Bałuckiego, Witkacego i Gombrowicza pod kierunkiem Wiesława Komasy. Jednak Pana rolą dyplomową był Don Fernand w „Cydzie” Corneille’a w reżyserii Pana profesorki, Zofii Kucówny. „Cyd”, to ucieleśnienie teatru klasycznego, retorycznego dostojnego i hieratycznego. Czy myślał Pan wtedy, że w zawodzie daleko odejdzie Pan od tej ścieżki?
Wiedziałem. Mając świadomość swoich warunków komicznych podjąłem jednak to wyzwanie jako ćwiczenie się w diametralnie odmiennej formie. I mogło mi to wyjść tylko na dobre. Każda rola, zwłaszcza odbiegająca od naszych predyspozycji, bardzo wzbogaca i poszerza warsztat. Poza tym dobra komedia polega na tym, żeby ją grać bardzo serio. Im bardziej serio gram, tym śmiech jest większy. Dlatego polecam każdemu komikowi zagranie w „Cydzie”. Mój idol John Cleese, wielki komik angielski z „Monthy Pytona” mówił, że dobrzy slapstick polega na tym, żeby bić w mordę dwa razy prawdziwej niż w rzeczywistości i dwa razy prawdziwiej poślizgnąć się na bananie, bo wtedy jest zabawniej. Nie ma śmiechu tam, gdzie jest udawanka.
Zdarzało się czytać lub słyszeć w wywiadach z aktorami komediowymi żal, że nie dane im było zagrać ról dramatycznych, „Hamleta” i tym podobnych. Nieżyjący już świetny aktor komediowy i charakterystyczny Jerzy Turek powiedział mi wprost, że „w środku zawsze czuł się dramatyczny”…
W odpowiedzi na to powołam się na przykład słynnego kiedyś szwedzkiego tenisisty Bjorna Borga. Otóż on fantastycznie bił z forhandu, ale miał słaby serwis. A ponieważ to go męczyło, chciał ten serwis poprawić. I trener mu to odradził, zalecając mu doskonalenie tego, co było jego mocną stroną, właśnie forhandu. Nie warto tracić czasu na dyspozycje, które z natury nie są naszą mocna stroną. Lepiej doskonalić mocne strony. Skoro zatem najlepiej gra mój instrument komediowy, nie powinienem na siłę pchać się do „Cyda”, bo nic z tego nie będzie.
Czasem jednak zdarza się, że obsadzenie aktora stricte komediowego w roli dramatycznej daje ciekawe efekty, np. Andrzej Grabowski, serialowy Ferdek Kiepski był znakomity w dramatycznej roli Heideggera w Teatrze Telewizji…
Bardzo dobre role dramatyczne mieli na swoim koncie tacy znakomici aktorzy o profilu komediowym jak Roman Kłosowski, Jan Kobuszewski, Wiesław Gołas, Wiesław Michnikowski, Mieczysław Czechowicz czy Wojciech Pokora. Z drugiej strony kapitalne efekty komiczne osiągał arcymistrz aktorstwa dramatycznego Tadeusz Łomnicki, ale on potrafił zagrać wszystko. Z przykładów obcych przywołam Jima Carreya, aktora, który potrafi rozśmieszyć do rozpuku, aktora o nieograniczonej mimice i plastyczności ciała. On zaczynał w filmie od ról dramatycznych.
Pan by teraz przyjął propozycję roli dramatycznej?
Jeśli byłaby obmyślana pode mnie, to oczywiście. Mógłby to być nawet „Hamlet”, ale na pewno inny niż ten, do którego przyzwyczaiła nas tradycja (śmiech). Póki co jednak nie myślę o wyciskaniu widzom łez, bo już samo życie wystarczająco dużo im ich wyciska. Wolę rozśmieszać.
Dziękuję za rozmowę.

Rafał Rutkowski – ur. 22 maja 1973. Absolwent warszawskiej PWST (1995). Ma na swoim koncie dziesiątki epizodycznych ról w filmach (m.in. „Ciało” A. Saramonowicza, „Lejdis” T. Koneckiego) i serialach (m.in. „Kryminalni”, „Niania”, „Daleko od noszy” , „Szatan z siódmej klasy”, „Siła wyższa”, „Dom nad rozlewiskiem”). Na scenie zadebiutował w „Skarbie” St. Tyma w warszawskim Teatrze Powszechnym (1996). Współzałożyciel, aktor i reżyser Teatru Montownia, w którym zagrał m.in. w „Szelmostwach Skapena” Moliera, „Transatlantyku” W. Gombrowicza, „McQuichote” na motywach M. Cervantesa, „Testosteronie” A. Saramonowicza, „Smutnej królewnie” i „To nie jest kraj dla wielkich ludzi” M. Walczaka, „Seksie polskim” M. Łubieńskiego. Współpracuje m.in. z Teatrem Polonia K. Jandy, gdzie w 2008 roku zadebiutował w roli Idiotosa-Boga w komedii „Bóg Woody Allena, a zagrał też w „Ojcu polskim” M. Walczaka i „Hipnozie” K. Materny. Współpracował też z teatrami: Studio i na Woli im. T. Łomnickiego.