Miłość czy ambicja

W ostatnich kilku tygodniach, w związku z osiągnięciem nieprzyzwoicie sklerotycznego wieku, miałem okazję względnie spokojnej wymiany poglądów także z osobami, które deklarują się jako członkowie albo zagorzali zwolennicy obecnie opozycyjnej strony polskiego, politycznego parkanu. Tak teraz mamy, że po jednej stronie, wyczulonej na realne niebezpieczeństwa, ale wyraźnie dążącej do stabilizacji, są osoby formalnie lub przynajmniej psychicznie związane z partiami rządzącej obecnie koalicji. Po drugiej, której ostoją i kręgosłupem politycznym i moralnym jest partia o dumnej nazwie Prawo i Sprawiedliwość. Wokół niej grupują się mniejsze prawicowe organizacje i indywidualni wojownicy zaliczani teraz do opozycji.

Rozmowy były ciekawe. Jako polityczny cynik i abnegat chciałem uzyskać z nich odpowiedź na nurtujące mnie od dawna pytanie – czy zaangażowanie polityczne aktywistów obu stron parkanu, często okraszane widoczną zawiścią i werbalnym, przywłaszczanym i monopolizowanym, patriotyzmem, wynika wyłącznie z miłości do ojczyzny, czy też bardziej z rachunku zysków i strat społecznej pozycji, kształtowanej przez indywidualny poziom ambicji.

Cechy globalne

Moje pierwsze wrażenia z tych rozmów miały jednak charakter bardziej globalny. Nie chcę być złośliwy, ale wrażenia te dotyczyły głównie rozmówców z obecnej opozycji. Może miałem pecha, ale w tej grupie towarzyskich kontaktów jej uczestnicy legitymowali się średnio odczuwalnie niższym poziomem wykształcenia, niż grupa przeciwników. Specjalnie się temu nie dziwiłem, bo w systemach opartych na protekcjonizmie i wzajemnej pomocy, wykształcenie jest zawsze mniej potrzebne.

Bardziej zaniepokoiło mnie coś innego. Działacze, a nawet tylko szeregowi członkowie tej obecnej opozycji niemal w każdej wymianie poglądów powtarzają – czasem niemal dosłownie – poglądy i argumenty „szefa”, czyli Pana Jarosława K. – nawet jeśli są to argumenty powszechnie uważane za błędne. Odniosłem wrażenie, że opinie Pana Jarosława traktowane są przez część wyznawców jako rodzaj „prawdy objawionej”, która powinna być prawem i wewnętrznym nakazem postępowania.

Rozwój takich zwyczajów ociera się niebezpiecznie o jednowładztwo i dyktaturę. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że – oczywiście – głosy przywódców innych formacji na polskim rynku politycznym też mają istotne znaczenie dla ich środowiska i (czasem) dla kraju. Ale nie są „święte” i często podlegają wewnętrznej, krytycznej dyskusji.

Kształtowanie uczuć

Przejdźmy do podsumowania tych nieudolnych rozważań. Z moich rozmów i obserwacji wynika, że nie ma u nas jednakowych przyczyn deklarowania miłości do ojczyzny, czyli uczuciowej części patriotyzmu. Są zwolennicy opozycji i zwolennicy rządu, którzy szczerze wierzą swoim przywódcom i uznają wskazane przez nich kierunki polityki i rozwoju kraju za jedynie słuszne.

Są tacy po obu stronach, ale nie jest ich dużo. Znacznie większą grupę – z moich „badań” wynika, że zwłaszcza po stronie opozycyjnej – stanowią ci, którym czołówka się podoba, poglądy ich nie drażnią i liczą na to, że popierana przez nich „władza” „załatwi” im, lub pomoże załatwić, życiowe awanse – w polityce, gospodarce, administracji, a nawet w dziedzinach związanych ze sztuką.

Ale – i tu mam smutną wiadomość – także ta grupa w żadnej partii i społecznej organizacji nie stanowi większości, chociaż nie można jej odmówić znacznego wpływu na rozwój wydarzeń.

Większość stanowi trzecia grupa, której, nie interesuje polityka i problemy rozwoju kraju. Ich zainteresowania, działania i plany oscylują wokół osobistych „interesów” i możliwości zwiększenia dochodów. To oni są trwałą częścią tych, którzy nie biorą udziału w wyborach nie dlatego, że tego dnia mieli inne ważne zadania, tylko dlatego, że ich to w ogóle nie interesuje.

Miłość do ojczyzny w pierwszej i najmniejszej z wymienionych przeze mnie grup jest naturalną częścią charakterologiczną jej członków. Dziedziczona z pokolenia na pokolenie, nie zmienia się nawet wtedy, kiedy przez podejmowane „wyżej” decyzje tracą pozycję lub majątek. W drugiej grupie jest wynikiem świadomej lub podświadomej kalkulacji, a w trzeciej albo jej nie ma, albo jest następstwem odruchowej konkurencji.

Ten zarysowany przeze mnie obraz nie jest najweselszy, ale mam kilka słów pocieszenia. W rzeczywistych godzinach próby – kiedy nabiera aktualności zawołanie ze znanego wiersza Broniewskiego: „Ty ze snu podnosząc skroń, stań u drzwi. Bagnet na broń! Trzeba krwi!” – ludzie się gwałtownie zmieniają. W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego ja i moi koledzy z konspiracyjnych Szarych Szeregów odczuwaliśmy coś w rodzaju złośliwego zadowolenia, widząc kolejki zgłaszających się ochotników. Złośliwego dlatego, że byli wśród nich także nasi koledzy ze szkół i przedwojennych harcerskich obozów, którym przed dwoma laty lub przed rokiem proponowaliśmy dołączenie do konspiracji. Ale wtedy nie chcieli, bo to dyscyplina, niebezpieczne akcje nawet w małym sabotażu, trzeba poświęcić dużo czasu itd. A teraz chcieli i okazywali się odważnymi chłopcami.

Tadeusz Wojciechowski

(ur. 25 lipca 1925 w Warszawie) – polski ekonomista, menedżer i działacz państwowy, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, profesor zwyczajny, specjalizujący się w zakresie marketingu i ekonomiki przedsiębiorstw. Powstaniec warszawski i uczestnik II wojny światowej, podsekretarz stanu w Urzędzie Gospodarki Materiałowej (1976–1982). Pełnił funkcję rektora Wyższej Szkoły Zarządzania i Prawa im. Heleny Chodkowskiej. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Wojciechowski_(ekonomista)

Poprzedni

Na Dachu Świata

Następny

Xi Jinping uczestniczy w uroczystym zgromadzeniu z okazji 60. rocznicy powstania Autonomicznego Regionu Xizangu(Tybetu)