Sierpniowo-wrześniowa agenda

W polskim kalendarzu obchodzimy rocznice historycznych wydarzeń w jakże różnym, acz jednak podobnym wymiarze, odnoszącym się do współczesności.

1 sierpień – Powstanie Warszawskie 

Pozostając w zbiorowej pamięci zawsze budziło gorące spory wyrażające się w swoim czasie także wkoło nazwy warszawskiego monumentu. Czy ma być to pomnik Powstańców Warszawy czy też Powstania Warszawskiego ? Krytycznie oceniano jego polityczne cele, możliwości militarnego sukcesu i tragiczne, w niewyobrażalnej hekatombie, skutki dla mieszkańców i miasta. Tu wyjątkowo często panowała zgoda między licznymi emigracyjnymi osądami i krajowymi, nie koniecznie rządowymi czy lewicowymi, środowiskami. 

Warszawski Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego 1944, stanowiący dziś także centrum rocznicowych obchodów, odsłonięty został wreszcie po 45 latach od tamtych wydarzeń. I co prawda tę rocznicę obchodzono publicznie po stalinowskich czasach to w przestrzeni Warszawy przypominały ją tylko powstańcze kwatery na Powązkach. Idea budowy monumentu zrodziła się w 1984 roku, a w 1989  odsłaniał go prezydent Wojciech Jaruzelski. O tym dziś mało kto wie, albo chce pamiętać.

    Rocznica wybuchu Powstania stała się okazją do licznych wypowiedzi: Tomasz Nałęcz, jak zwykle pokrętnie rozwodząc się na temat 250 lat polskiej insurekcji, uniknął jasnej oceny Powstania. Natomiast Anna Machcewicz w materiale  „Czy powstanie nas połączy?” („GW – Ale historia”, teksty z 4-5. 09 i 28-29.08.2021) pisze: „jeśli będziemy pielęgnować nie powierzchowną pamięć ograniczoną do rocznic, pomników… lecz kulturę pamięci – innymi słowy, jeśli będziemy uprawiać krytyczne spojrzenie – odnajdywać będziemy sens tego wydarzenia dla każdego nowego pokolenia”. Skwituje to stwierdzeniem, że całe to wydarzenie czyli Powstanie Warszawskie od samego zamysłu po swój tragiczny koniec było bez sensu. Pozostaje tylko chwała jego bohaterom. 

31 sierpień – porozumienia sierpniowe w Gdańsku 

stały się asumptem dla Romana Kurkiewicza do napisania tekstu „Solidarność, moja miłość” i dopełnienia „Pierwsza Solidarność chciała innej Polski niż ta, którą mamy.” („Przegląd”, 30.08-5.09.2021). Bywa tak w życiu, że pierwsza miłość zawodzi, szczególnie wtedy, gdy wspomnienia snuje ówczesny licealista m. in. o roznoszeniu ulotek i wspaniałym czasie solidarnościowego karnawału. Ja po moich młodzieńczych doświadczeniach – wydarzeniach Polskiego Października i krwawym stłumieniu węgierskiego powstania – pozbyłem się złudzeń na całe życie. I nic to nie miało wspólnego z miłością, a z racjonalnym oglądem Polski w świecie.

31 sierpień – z Afganistanu uciekają, 

po dwudziestu latach zmarnowanego pobytu, żołnierze największej armii świata – bez wcześniejszego planu, ładu, porządku, z wielkimi problemami przy ewakuacji współpracujących z nimi Afgańczyków. Strategiczne oceny sytuacji analityków Pentagonu i rozlicznych służb wywiadowczych były tak samo celne, jak przy rejteradzie z wietnamskiego Sajgonu w 1975 roku. Zostawili wojskowe wyposażenie wartości, wg „The Times”, 85 mld dol. Jak donosi portal Defence24.pl „Amerykańskie wojsko przed opuszczeniem Afganistanu dokonało zniszczenia pozostawionego na lotnisku w Kabulu sprzętu wojskowego. Jak się okazuje, jest to niewielki wycinek tego, co zostało pozostawione przez nich w kraju zajętym przez talibów”. Ciekawe czy znalazły się tam także przeciwlotnicze rakiety Stringer, w które w latach 80’ CIA wyposażało bogato mudżahedinów walczących z wojskami radzieckimi ? Nie ma to jak hodować żmiję za własnym przyzwoleniem, co uświadomiły sobie Stany Zjednoczone wiele lat później. Na tym samym portalu 4 września ppłk. US Army Daniel L. Davis bez ogródek mówi: „Wszyscy doskonale wiedzą co wiedzieliśmy, a co mówiliśmy. Wiedzą, że walczyliśmy w wojnie nie do wygrania, obieraliśmy cele, których nie dało się zrealizować. Wiedzą, że ciągle kłamaliśmy.” I dlatego  już dziś oglądamy zdjęcia talibów w amerykańskich mundurach i z pozostawioną amerykańską bronią. Kiedyś bałagan i bezład slangowo nazywano sajgonem, obecnie zmienił się na kabul.

Porzucili także swoich najbliższych towarzyszy broni – jak donosi „Daily Mail” – wojskowe psy zostały przez Amerykanów zostawione w Afganistanie, co słusznie oburzyło obrońców zwierząt. Cytowana w mediach organizacja American Humane ocenia, że psy będą torturowane przez talibów.  

Zostawiam te fakty bez komentarza (a może wręcz odwrotnie) wszystkim tym, którzy tak bardzo kochają i wierzą w Amerykę. Ciekaw jestem także czy wolne media w postaci TVN zdobędą się na całą prawdę w tej hańbiącej sprawie – może w programie „Szkło kontaktowe” – „Każdy zwierz ma swój Czubaszek.”

Przypomnieć wypada, że wycofujące się w lutym 1989 roku z Afganistanu wojska radzieckie, po dziesięciu latach mało skutecznej obecności, zabrały ze sobą cały swój sprzęt i „swoich Afgańczyków”. Nie było ich zresztą wielu, bo ówczesny rząd afgański, w odróżnieniu od obecnego, upadł dopiero trzy lata później.

1 wrzesień – Wrzesień mógł być lepszy, 

to w nawiązaniu do rozważań Janusza Rolickiego („Przegląd”, 30.08-5.09.2021) o przyczynach naszej wrześniowej klęski, a w dalszej konsekwencji gehenny lat wojny i okupacji kraju przez Niemcy i ZSRR. 

    Poza dawno i skutecznie skompromitowanym pomysłem paktu Ribbentrop – Beck, tym razem obronę i wybielanie polityki Józefa Becka podjęli profesorowie Mariusz Wołos i Marek Kornat obszernie przekonując, że „To nie Beck wywołał wojnę” („GW – Ala historia” – 4-5.09.2021). Apelując do czytelnika o wyciagnięcie z tych wywodów własnych wniosków zgadzam się w pełni w jednym z autorami: to rzeczywiście nie Józef Beck wywołał wojnę.

Dodać jednak do tych wszystkich rozważań koniecznie należy jeden istotny element o znaczeniu polityczno-militarnym. Nie wiedzieć dlaczego powszechnie niedostrzegany, a może marginalizowany, przez wszystkich podejmujących temat tamtych wydarzeń.

Jedynym, który w tamtym szczególnym dla Polski czasie mógł stanowić pewien ratunek, byłby odpowiednio wcześniej zawarty pakt obronny Mościcki – Beneš. Ten związek Polski z Czechosłowacją, wspólnie zagrożonych przez hitlerowskie Niemcy, stanowiłoby jakąś szansę bardziej skutecznego oporu, mającego być może także wpływ na inne rozgrywające mocarstwa. Do bardzo poważnego przemysłu zbrojeniowego Czechosłowacji (wykorzystanego później nadzwyczaj owocnie przez niemieckiego okupanta) dodać należy dużą, nieźle uzbrojoną, także w broń pancerną, lotnictwo i transport, armię oraz poważne fortyfikacje na zachodniej granicy tego kraju. Wspólny wysiłek przemysłów obronnych oraz sztabów wojskowych, wraz z twardym, jednolitym politycznym odporem stanowiłby orzech do zgryzienia przez agresora. Również namysł dla drugiego.

    Z taką propozycją współpracy wielokrotnie i w różnych formach zwracał się do nas południowy sąsiad, o czym zresztą, na podstawie dokumentów, pisała w swoim czasie także „Gazeta Wyborcza”. Ale wrogość rozpoczęta granicznymi sporami po I wojnie światowej, potem odmienna polska i czechosłowacka optyka międzynarodowa, wreszcie lekceważenie południowego sąsiada wraz z okazywaną arogancją, budowały przez lata co najmniej chłodne stosunki. Nie powinno to jednak stanowić barier nie do przekroczenia przez ówczesnych polskich polityków w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Zakończyła się to u nas jak zwykle: my tryumfalnie zajęliśmy w 1938 roku Zaolzie, a potem Hitler powybierał nas razem, jak ślepe kocięta. 

    Zapewne zupełnie nie na temat będzie przypomnienie, że w odróżnieniu od czeskiej Škody gdzieś w transformacyjnej mgle zapodziały się nasze osobowe samochody, ale za to wyłonił się w całej swojej skomplikowanej wyjątkowości polski Turów.

1 września – zakończył się Campus Polska, 

który bardzo wielu zadziwił, gdyż politycy mogli spotkać się z młodymi bez pośrednictwa policyjnych pałek. Rafał Trzaskowski – inicjator imprezy – z racji swojego wieku może nie wiedzieć, że chcący – niechcący „odgapił” pomysł „spotkań z ciekawymi ludźmi”, który stanowił podstawową część programu na wszystkich, bardzo licznych letnich obozach, zimowiskach i seminariach organizowanych w latach Polski Ludowej przez młodzieżowe organizacje ZMS, ZMW i ZSP.  

 Brali w nich udział nie tylko politycy, także ważne publiczne postacie – nie zapomnę studenckiego spotkania z Andrzejem Kurzem (wtedy I sekretarzem Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR), Jerzym Olszewskim (ministrem przemysłu chemicznego), ze Zbyszkiem Cybulskim oraz Lidią Zamkow i Leszkiem Herdegenem. Także odpowiedzi kuratora na pytanie czy dyrektor szkoły ma prawo obcinać zbyt długie włosy uczniom: „Tak, pod warunkiem, że posiada czeladniczy dyplom fryzjera.” Sam takie spotkania organizowałem, a wiele lat później brałem w jednym z nich udział w Grodku nad Dunajcem. Jak poprzednikom, nie było łatwo i mnie, bo odważnych, młodych nigdy nie brakuje – jak zawsze wtedy i dziś – wyprzedzają bieżący czas oczekując na to aby było wreszcie mądrzej, więcej. lepiej. I bardzo dobrze. Ale była wtedy oczywiście i zabawa, najmodniejsza muzyka do późnej nocy, a czasem i białego rana, która na ogół kończyła się niezawodnym „Obozowym tangiem.”

Opinie na temat Campus Polska Przyszłości są podzielone. W „Trybunie” Izabela Balicka nazywa go po prostu „Campusem Zaprzeszłości” (1-2.09.2021), natomiast w podobnym czasie czytam na Onecie: „Uczestnicy spotkania zadawali Leszkowi Balcerowiczowi wiele pytań, z których wiele było polemicznych. Najostrzejszy spór wywołała sprawa kryzysu klimatycznego…Odpowiedź Balcerowicza wywołała gwałtowne głosy polemiczne młodych uczestników…To człowiek odpowiada głównie za ocieplenie klimatu, wszystkie poglądy są zgodne, że potrzebne są szybkie i masowe redukcje emisji. W tym kontekście stanowisko FOR i pana jest po prostu błędne – mówił jeden z uczestników, wzbudzając aplauz.”

Nie da się osiągnąć wszystkich oczekiwanych efektów w rozchwianym poglądowo gronie gości i młodzieży, tym bardziej pod taką egidą. Także słysząc błędne opinie Trzaskowskiego, że nie ma obecnie podziału w Polsce na lewicę i prawicę, a jedynie na partie anty lub proeuropejskie. Natomiast oczekiwany skutek Campusu w postaci przyciągnięcia młodych do PO jest nadal bardzo wątpliwy. 

To wszystko jednak żadną miarą nie umniejsza tego unikatowego spotkania i ma rację Tomasz Sawczuk („Kultura Liberalna”, 1.09.2021) twierdząc : „Imprezy takie jak Campus Polska powinny odbywać się wiele razy w roku, organizowane przez różne środowiska polityczne. Potrzebujemy żywej, demokratycznej sfery publicznej, a udział młodych ludzi w tych wydarzeniach jest absolutnie niezbędny.”

?  ? wrzesień – Czy samotny lider, 

daleko wyrastający ponad potencjał własnej partii i podzielonej opozycji, może wygrać z całym państwem PiS ? Tak, może choć całe pytanie postawione jest na głowie – odpowiadam Cezaremu Michalskiemu, który w  „Newsweeku” (22 16-22.08.2021) pisze, że Tusk wrócił i co dalej?

    Nie wdając się w semantyczną analizę znaczenia wyrazu „samotny” przypominam, że liderem stać się można tylko będąc przywódcą jakiej grupy, a tego rodzaju stanowisko uzyskuje się wyrastając ponad swoje środowisko. Samotnie to można na przykład iść w góry, ale odradzam. Na pozycję lidera nikt nikogo wołami nie ciągnie, samemu do niej usilnie się dąży przy wielu temu awansowi przeciwnych. Natomiast podziały w politycznej opozycji, z uwagi na znajdujące się w niej różne podmioty są tak naturalne jak codzienny wschód słońca.

    Powszechnie powtarza się fundamentalne pytanie, kiedyś – wejdą czy nie wejdą?, dziś – opozycja zjednoczy się czy nie? „Donald Tusk otwarcie mówi o tym, że najlepszym wariantem byłby wspólny start z jednej listy w wyborach KO, PSL i ruchu Hołowni” („Newsweek”, 30.08-5.09.2021). Dużo wcześniej Jacek Żakowski tłumaczył „Po co komu lewica i jaką ma przyszłość?” („GW”, 10-11.07.2021). Zastanawiał się także czy demokracja może być bez lewicy, bo w Europie to się dotychczas nie udało.

W tuskowym wariancie brak arytmetyki – z obijającym się o próg wyborczy PSL-em nie da się odsunąć PIS od władzy; po prostu brakować będzie tych 8-10 %% lewicowych głosów. 

Jak z powyższego wynika ta samotność lidera jest bardzo ograniczona, choć tu nie idzie tyle o Donalda Tuska, a o naszą wspólną obywatelską podmiotowość.

Polska nad Morzem Śródziemnym

Tragedia kilkudziesięciu migrantów na polsko – białoruskiej granicy, bez względu na to, jak zostanie zakończona, była (a może jeszcze jest) jednocześnie satyrycznym przykładem nieudolności organizacyjnej i bałaganu kompetencyjnego.

Szczyt absurdu

Szczyt absurdu osiągnęli niektórzy z prominentni przedstawiciele obecnego rządu, którzy uzasadniali decyzję blokowania koczującej grupy przykładem doświadczeń Włoch, Grecji i Hiszpanii, do których napływały tysiące migrantów z wybrzeży Afryki, korzystających „dmuchanych” pontonów.
Słuchając tych wypowiedzi początkowo wpadłem w euforię, bo za młodu marzyłem, aby polskie granice sięgały do jakiegoś ciepłego morza.

Sięgnąłem po szkolny atlas i mój entuzjazm nieco ostygł. Przykład – niestety – nie był trafny. Migranci do Polski mogą przybywać tylko droga lądową i to zaledwie z trzech graniczących z nami krajów – Ukrainy, Białorusi i Rosji. Trudno, żeby przypływali wodami zimnego Bałtyku albo masowo przekraczali granice z państw strefy Schengen, z którymi sąsiadujemy od południa i zachodu.

Przykłady migracji z tamtych regionów zupełnie do nas nie pasują. Do nas trzeba dojechać, dolecieć, albo dojść, a nie przypłynąć. Stąd też opowiadania o dziesiątkach tysięcy migrantów, którzy tylko czekają na objaw słabości albo litości z naszej strony, aby „zalać” nasze terytorium wydaje mi się nie tylko przesadzony, ale wręcz nierealny. Zalać to nas mogą Ukraińcy. I robią to bez sensacji i wysiłku, a my się nawet z tego cieszymy. A uchodźcy z Afganistanu mają znacznie dłuższą drogę – przez Pakistan, Turcję, dawne południowe republiki radzieckie i w końcu właśnie przez Ukrainę, albo Rosje i Białoruś

W moich felietonikach nie mam zwyczaju przynudzać cytowaniem przepisów. Ale „stoi w nich” jasno, że jeśli ktoś zjawia się na naszej granicy i prosi o międzynarodową ochronę, to powinniśmy go wpuścić i stworzyć mu godziwe warunki oczekiwania na decyzję. Trzymanie kilkudziesięcioosobowej grupy ludzi w przygranicznych zaroślach i nie dopuszczanie do nich dopływu jedzenia, wody i opieki medycznej, jest bezsensowne, a zarazem okrutne. Używanie do tego większego tłumu „zielonych ludzików”, w mundurach pobawionych oznaczeń jednostki, stwarza takie rażenie, jakby ci ludzie mieli ze sobą broń atomową.
Wszyscy uczestniczący w realizacji tej komedii powołują się na rozkazy, ale nikt nie mówi, kto je wydał, i kto ponosi odpowiedzialność za jej skutki.

A Powstanie jeszcze trwa

Jako reprezentant prawie 40-to milionowego narodu nie wiem, czy patrząc na te manewry obecnej władzy mam się śmiać, czy płakać? Powstanie Warszawskie trwało 63 dni i jego rocznicę mamy w sierpniu i wrześniu. Uczymy młodzież, że było przykładem nie tylko patriotyzmu, ale także wzajemnej pomocy i współczucia obcych sobie ludzi. I nie dziwię się Frasyniukowi, że użył mocnych słów, oceniając istniejącą sytuację.

W tym czasie, kiedy znęcano się nad grupą migrantów na polsko – białoruskiej granicy, nasze samoloty przywiozły z Afganistanu ponad 800 osób, w tym większość Afgańczyków. Oni byli „dobrzy”, bo ich znaliśmy, współpracowali z naszą misją w Afganistanie. A ci na granicy są „źli”, bo ich nie znamy, nie wiemy, kim są i mamy udokumentowane podejrzenie, że z ich pomocą białoruski dyktator chce nam zrobić kuku. Wierząca rządzącej partii część naszego elektoratu pochwala nasze „twarde” stanowisko wobec tej grupy i innych „przecieków granicznych”. Część z nich już się szykuje do tego, aby bić na ulicy czy w tramwaju każdego, kto ma ciemniejszy kolor skóry. A głupie kolorowe dziewczyny nie pozwalają nawet obejrzeć twarzy, nie mówiąc o innych, bardziej intymnych częściach ciała.

Kto nami rządzi?

Mam coraz bardziej wyraźne wrażenie, że obecna władza zapomina o wielkości i pozycji politycznej i geograficznej naszego kraju. Usiłuje rządzić tak, jak można to czasem zaobserwować w małych państwach Ameryki Południowej. Obrazki z zabawy w berka żołnierzy straży granicznej z posłem PO usiłującym zanieść trochę żywności koczującej grupie migrantów, obrazki odmowy dopuszczenia do nich wicemarszałkini Senatu RP, przedstawicielom organizacji pomocowych a nawet księdza, nasuwają niepokojące przypuszczenia. Może nie zauważyłem, jak w Polsce, po cichu, przeprowadzono wojskowy zamachu stanu? Może liczna ochrona najważniejszego Prezesa i premiera nie zapewnia im bezpieczeństwa, tylko przyciska do pleców lufy pistoletów, każąc podejmować szkodliwe dla państwa decyzje?

Panowie i Panie dzierżący władzę – obudźcie się! Nie zniszczy nas trzydzieści kilka osób, które marzły albo nadal marzną w zaroślach granicznych. Może kilka tysięcy osób będzie ich naśladowało, ale i z nimi sobie poradzimy. A opowiadania o kilkudziesięciu tysiącach śniadolicych zdążających do nas przez Białoruś, Ukrainę lub Rosję – włóżcie między bajki. Wasi czołowi wojownicy, w opowiadaniu bajek, są przecież niezastąpieni!!

Bój to bywa ostatni

Rocznica 77 wybuchu Powstania Warszawskiego przebiegła godnie. Jako uczestnik Powstania dostałem oczywiście, jak zwykle, komplet zaproszeń na uroczystości, i – też jak zwykle – z racji stanu zdrowia i niechęci do masowych spotkań, nie wziąłem w nich fizycznego udziału.

Wzruszająca uroczystość

Ale siedząc na przyzbie obserwowałem w telewizorze spotkanie w dniu 31 lipca w ogrodzie Krasińskich. Po raz pierwszy byłem zbudowany dobrą organizacją tego spotkania, wyjątkowo dobrymi przemówieniami Prezydentów Państwa i Warszawy oraz doskonałym, – choć z konieczności nieco za długim – Apelem Poległych. Może mam sklerotyczne luki, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy słyszałem w nim „wezwania do apelu”, lewicowych oddziałów (AL. i PPS) walczących w Powstaniu, chcących pomóc Powstaniu żołnierzy I Armii WP forsujących Wisłę i ginących na przyczółku czerniakowskim. Schylam więc głowę przed organizatorami tych uroczystości, a zwłaszcza przed niezawodnym Muzeum Powstania.
Ale czas każdych rocznic i związanych z nimi uroczystości kiedyś mija. Główni Adresaci tej konkretnej rocznicy, nazywani w przemówieniach „naszymi kochanymi Powstańcami” wrócić muszą do codziennej rzeczywistości. A każda rzeczywistość trochę skrzeczy.

Coraz mniej liczni Uczestnicy Powstania to, ewidencyjnie, kombatanci II wojny światowej. Mogą więc korzystać z tego, co zapewniono wszystkim kombatantom, ale pozostają też pod szczególną opieką swego miasta, – czyli Warszawy.

Znaczące dla kombatantów II wojny „przywileje” to przede wszystkim dodatek kombatancki do emerytury, w koniecznych przypadkach pomoc finansowa i możliwość korzystania bez skierowania z porad medycznych specjalistów, oraz „omijanie” kolejek do lekarzy.

Z dodatkami kombatanckimi nie ma problemów. Moja skromna „grupa badawcza” i własne doświadczenia potwierdzają, że ZUS, po otrzymaniu dokumentu potwierdzającego status kombatanta, dodaje i realizuje je sprawnie. Jeśli bywają jakieś zacięcia, to równie sprawnie rozwiązują je pracownicy Urzędu ds. Kombatantów.

Kłopot, to chory kombatant

Z preferencjami medycznymi bywa różnie. Są placówki, które starają się dostosować terminy zapisów do lekarzy do potrzeb i życzeń kombatanta, są takie, które robią wrażenie jakby nie wiedziały, że powinny to robić. Odrębnym problemem jest – jak zwykle u nas – prozaiczne dopisanie kombatanta, do oczekującej już kolejki pacjentów, do konkretnego lekarza. Często są głośne protesty, a niekiedy zwykły hejt, zarzuty wynajdywania sobie pretekstów do omijania kolejek, wypraszanie z gabinetów.

Opieka Zarządu Miasta Warszawy jest wyjątkowo konkretna. Poza okresową pomocą finansową obejmuje darmowe przejazdy taksówkami określonej korporacji. Wprawdzie nie ma róży bez kolców, więc trzeba dopłacać za przejazd poza granice miasta. To często się zdarza, bo część żyjących jeszcze p\Powstańców mieszka w otoczce aglomeracji, m.in. we Włochach, Zielonce czy Markach. Sposób liczenia dopłat jest tajemniczy. Czasem, przy tym samym adresie docelowym, kierowca żąda tylko 10 złotych, najczęściej 20-25, ale bywa, że nawet 45. To już przestaje mieć sens, bo Uber albo Opti Taxi za taką cenę dowiozą kombatanta, do Śródmieścia, poczekają i odwiozą z powrotem do domu.

Aktywność i inicjatywność Muzeum Powstania Warszawskiego powoduje, że opieka i kontakt z kombatantami sięga jednak poza problemy materialno – logistyczne. Muzeum potrafi zmobilizować jednostki Obrony Terytorialnej WP, aby żołnierze odwiedzili kombatantów, zaofiarowali np. pomoc w zakupach czy załatwianiu spraw „na mieście”. To niby drobiazgi, – ale jak ktoś ma 90+, trudności z chodzeniem i prawie nie ma już rodziny, to są to dla niego sprawy ważne.

Przysłowiowe schody w opiece nad kombatantami Warszawy zaczynają się w chwilach poważniejszych kłopotów ze zdrowiem. Jeśli nastąpi nagłe załamanie kondycji, to „nasz kochany Powstaniec” ma – jak w starych anegdotach – trzy wyjścia: Zadzwonić do przychodni, w której ma „swego” lekarza pierwszego kontaktu, zadzwonić do przychodni kombatanckiej na Litewskiej, zadzwonić pod 112 lub do Pogotowia. Ma jeszcze dodatkową możliwość komercyjną – skorzystać z usług jednej z prywatnych i drogich firm medycznych, lub lekarza prowadzącego formalnie domową praktykę.
Niektórzy Czytelnicy zaraz mnie zakrzyczą, ale ośmielam się twierdzić, że żadna z tych możliwości nie działa dobrze, a niektóre robią czasem wrażenie, jakby funkcjonowały w świece wirtualnym. Z dostępnych mi porównań wynika, że niemal zawsze działają gorzej niż „obsługa” kombatantów II wojny w Paryżu czy Londynie, a także w rosyjskim mieście – bohaterze, Petersburgu

Posłużmy się przykładem. Dwie osoby z mojej trzyosobowej grupy obserwacyjnej poczuły się właśnie gorzej w okresie poprzedzającym 77 rocznicę. Jeden narzekał na bóle w żołądku, drugi na gwałtowny „mokry” kaszel. Obaj wybrali – zapewne niesłusznie – nawiązanie kontaktu z lokalną przychodnią, a nie z Litewską. Dlaczego – bo właśnie mieszkają pod Warszawą i na Litewską daleko, a w lokalnych przychodniach mają „lekarzy pierwszego kontaktu”. A dlaczego nie 112 lub Pogotowie? Bo pandemia, spodziewana 4 fala, brak możliwości wizyt i zajmowanie miejsca bardziej potrzebującym.

Ale próba „skonsumowania” tego kontaktu nie była udana. Okres urlopowy, lekarze są na urlopach, mogą ich zastąpić inni, ale na razie tylko w formie porady telefonicznej. Lekarz przy telefonie rozmawiający z kaszlącym pacjentem był uprzejmy, ale stwierdził tylko, że kaszel mu się nie podoba. Czas biegł, samopoczucie chorych było coraz gorsze. Przez kolejne kilka dni nie mogli załatwić ani wizyty w przychodni ani (tym bardziej!) wizyty domowej. Wreszcie tego z kaszlem zapisano do przyjmującej „laryngolożkI”. Doczołgał się. Kolejka była kilkuosobowa, ale „warczała” na wieść, że ma go przepuścić. Zdecydował poczekać do końca. Za nim ustawiły się jeszcze trzy osoby. Zdziwił się, bo jak przyszła jego kolej, poproszono te następne osoby. Pani doktor powiedziała, że nie ma go na liście. Musi wrócić do recepcji i wyjaśnić. Zaniósł więc znowu swoje prawie 100 lat do recepcji. Tam dano mi do zrozumienia, że pani doktor ma widocznie trudności w opanowaniem komputera, bo on jest dopisany do listy. Telefonicznie wyjaśnią. Tak zrobili i został przyjęty, jako ostatni pacjent.

Nikt „naszego kochanego Powstańca” nie przeprosił za zbyt długie oczekiwanie i niepotrzebne spacery. Na kaszel wizyta nie pomogła, bo wykraczał poza kompetencje medyczne specjalności laryngologicznej.

W końcu chorzy kombatanci zadzwonili i pojechali do najbliższej placówki znanej prywatnej firmy, gdzie z radością wzięto od nich po kilkaset złotych, ale względnie starannie zbadano, Stwierdzono u jednego zapalenie oskrzeli, a u drugiego zapalenie jelita grubego. Zapisano odpowiednie antybiotyki. Brali je przez 10 dni. Stan się poprawił, ale powinno się zrobić badania kontrolne. Jednak lekarze pierwszego kontaktu nadal na urlopach itd. Kółko „specjalnej troski” będzie się znowu bezsensownie kręcić. Da capo – jak mówią muzycy.

Więcej organizacji

Nie znam się na medycynie. Opis autentycznej sytuacji, jaki zaserwowałem Czytelnikom jest wyłącznie skrótowym opisem przebiegu awarii zdrowia. I nie chodzi tu o szczegóły i diagnozę, ani o jej zakończenie. Chodzi o odpowiedź na pytanie – czy możemy uznać opiekę nad „kochanymi Powstańcami” za wystarczającą, jeśli brakuje w niej najbardziej – moim zdaniem – istotnego elementu. Brakuje opiekuna – koordynatora, który po nawiązaniu kontaktu i otrzymaniu informacji o pogorszeniu stanu zdrowia pomoże w organizacji leczenia, Weźmie na siebie ciężar pokonania biurokracji, zadzwoni, gdzie trzeba, załatwi wizyty lekarzy lub u lekarzy, dopilnuje, czego trzeba, zorganizuje transport, jeśli jest potrzebny. W końca raz na dwa dni zapyta, czy jest lepiej, czy jeszcze czegoś trzeba.

Na tym tle mam też wątpliwość dotyczącą „lekarzy [pierwszego kontaktu”. Jeśli uznajemy ich za rodzaj stałych opiekunów, to dlaczego nie ma żadnej możliwości bezpośredniej łączności ze strony pacjenta? „Mój lekarz” w tradycji europejskiej i amerykańskiej oznacza lekarza, do którego mogę w każdej chwili zadzwonić, poprosić o poradę, przesłać maile ze szczegółami dolegliwości. U nas nie ma takich możliwości. Polska jest krajem, gdzie ministrowie mogę przez prywatne skrzynki e-mailowe przekazywać ważne dla państwa informacje, ale telefony i skrzynki lekarzy są specjalnie chronione przed pacjentami.

Niektórzy Czytelnicy mogą uzna ten felieton za niestosowne czarnowidztwo i psucie pięknego, rocznicowego obrazu aktualnego życia resztek „naszych kochanych Powstańców”. Nie taki był mój cel. Kilkakrotnie pisałem, że kombatanci Powstania składają się z dwóch grup. Takich, dla których Powstanie było głównym epizodem ich życia, często punktem odniesienia, do którego stale wracają. To oni byli aktywem organizacji kombatanckich, oni tworzyli obraz tego środowiska. Oni też mają lub mogą mieć kontakty łagodzące lub rozwiązując wspomniane kłopoty.

Ale była i jest druga, co najmniej tak samo liczna grupa.. To tacy kombatanci Powstania, dla których ono także było ważnym epizodem życia, – ale nie jedynym o takim znaczeniu. Najczęściej to oni byli przed Powstaniem w AK, Szarych Szeregach, Batalionach Harcerskich i innych organizacjach, a po Powstaniu byli lokatorami niemieckich obozów jenieckich. Potem wrócili do kraju, studiowali, odbudowywali Miasto, byli adwokatami, inżynierami, profesorami, pracownikami przemysłu i budownictwa. Mniej korzystali, albo wcale nie korzystali z ze statusu kombatanta i Powstańca. Nie mieli rozbudowanych w tej dziedzinie kontaktów i nie dziwią się, że dzisiaj pamięta o nich tylko Muzeum Powstania. Ale w ostatnich bitwach o zdrowie chętnie spotkaliby uśmiechniętego lekarza albo organizatora, który sam by się interesował ich stanem i pomagał w prostowaniu krętych dróg medycyny.

Jak zwykle nie mogę się powstrzymać od końcowego, satyrycznego komentarza. Jeśli widzę, słyszę i czytam, że zorganizowanie takiej opieki jest możliwe w środowisku lekarzy i wolontariuszy weterynarii, organizującym ratunek dla tygrysów, lisów, psów i kotów – to chyba można to zrobić także w stosunku do ludzkich, nawet złośliwych sklerotyków. Tylko trzeba pamiętać, że życie nie składa się z samych imprez patriotycznych.

Warszawa – Marki, 4.08.2021.

Wysiłek słabej pamięci

z okazji 76 rocznicy kapitulacji Powstania Warszawskiego

Policzyłem. Od 2004 roku opublikowano 14 moich artykułów wspomnieniowych poświęconych Powstaniu Warszawskiemu, w których opowiadałem o fragmentach Powstania, poprzedzającej go harcerskiej konspiracji, i pobycie w niewoli po jego kapitulacji. Pierwsze – pt. „Jak to było naprawdę” w czasopiśmie ”Oświata i wychowanie”, nr 7 z 2004 roku, ostatnie w tym roku, w „Angorze” z 9 sierpnia pt. „Uciekający jeńcy” i Trybunie z 3 sierpnia pt. „Leniwy cynik w Powstaniu Warszawskim”. Niektóre pisałem „na zamówienie”, bo w miarę upływu lat coraz mniej było i jest uczestników Powstania, którzy mają pewne doświadczenie z „przelewaniem myśli na papier”.

Pisałem bez studiowania dostępnej literatury, bo z doświadczenia wiem, że wtedy człowiek inspiruje się przeczytanymi informacjami i zaczyna uważać je za swoje. Opierałem się wyłącznie na własnej pamięci, niestety zawsze słabej i dodatkowo podziurawionej już po Powstaniu. Czytelnicy, którzy byłi łaskawi przeczytać cos z tej części mojej „twórczości”, wiedzą, o co chodzi, bo o tym wspominałem. Zamiast wyjść z Powstania z „bohaterskimi” ranami, dałem się bezsensownie zasypać gruzem w czasie pobytu w niewoli w mieście Munchen Gladbach w Westfalii, w niewielkim domku całkowicie przewróconym wybuchem amerykańskiej bomby, zrzuconej w czasie dywanowego nalotu. Słynna niemiecka jakość tym razem się nie sprawdziła, bo dom rozleciał się w całości – od drugiego piętra do piwnicy, w której się schroniliśmy. Przysypało mnie dokładnie, nie mogłem się ruszyć, ale część głowy miałem wolną i mogłem oddychać, coraz bardziej ubogim powietrzem. Odgrzebywali nas ręcznie koledzy z obozu ok. sześciu – siedmiu godzin. Badający mnie niemiecki felczer, a po kilku miesiącach kanadyjscy lekarze, powiedzieli, że w wyniku czasowego niedotlenienia mogę mieć kłopoty, z tzw. pamięcią wsteczną, czyli moim życiem przed zasypaniem. Mieli rację. Mam rzeczywiście ogromne luki w pamięci x okresu dzieciństwa, lat szkolnych, okupacji, konspiracji i Powstania. Pamiętam głównie epizody, w których coś mnie bardzo zmartwiło, przestraszyło, wzruszyło, albo ucieszyło.

Postanowiłem więc napisać ostatni artykuł z okazji rocznicy Powstania (w tym przypadku– kapitulacji) robiąc rachunek sumienia – powiedzieć, co dokładnie pamiętam i jestem tego pewien. Co pamiętam tylko w zarysie, ale wiem, że się zdarzyło. I czego nie pamiętam mimo, że powinienem.

Konspiracja w czasie okupacji

Chodziłem w czasie okupacji do szkoły Zgromadzenia Kupców w Warszawie i na nielegalne „komplety”, organizowane przez moje przedwojenne Gimnazjum i Liceum im. Wojciecha Górskiego. W tej pierwszej, bliżej mi nieznany kolega, zapytał w końcu 1941 roku, czy „coś robię”?. Czy gdzieś należę? Bo on ma kontakt z harcerską organizacją oporu, nazywaną Szarymi Szeregami. Może mnie zaprosić na spotkanie grupy członków, organizowane w jego mieszkaniu.

Przed wojną byłem harcerzem, więc oczywiście poszedłem. Pamiętam gdzie – na ul. Dobrą, duże mieszkanie w czynszowym domu. Zbiórka miała charakter harcerski i przyszedł na nią zwierzchnik o pseudonimie Ryszard (Michał Filipowicz), który odebrał ode mnie przyrzeczenie, uzupełniane elementami przysięgi żołnierskiej. Potem było kilka spotkań w innych mieszkaniach na Powiślu. Na niektóre też przychodził Ryszard. Wtedy omawiano zadania, jakie przed nami stawiano.

Po jednym z końcowych spotkań z tą grupą wyszedłem razem z Ryszardem, naruszając reguły konspiracji. Powiedział, że ma w stosunku do mnie szersze zamiary. Ma zbyt dużą lukę w śródmieściu i chce, abym tam zorganizował drużynę z miejscowych chłopców i – ewentualnie – także dziewcząt. Powinno być cztery zastępy po 5-6 osób, czyli w sumie nie więcej niż 25 osób w drużynie. Tą rozmowę pamiętam niemal dokładnie, bo byłem oczywiście dumny z okazanego zaufania. Już na drugi dzień przystąpiłem do „rekrutacji”.

Szło dobrze. Z reguły nieprzeciętnie inteligentni chłopcy pochodzili z różnych środowisk, ale wszyscy mieszkali w Śródmieściu. Poznawałem ich i „sprawdzałem” w szkole, na kompletach, a także w „życiu towarzyskim” na moim podwórku. Zwerbowałem też cztery dziewczyny – dwie z zaprzyjaźnionych tzw, dobrych domów i dwie z jednego z burdelików na Chmielnej. Jako 16-letnie rarytasy „obsługiwały” głównie niemieckich oficerów. Nikt ich do tego nie zmuszał. Same wybrały ten „zawód”, po ucieczce ze strefy okupowanej przez ZSRR. Przyprowadził je do nas jeden z chłopców, który mieszkał obok tego przybytku. Mówiły nieźle po niemiecku i czasem zwierzenia bardziej zaprzyjaźnionych oficerów, odwiedzających je kilkakrotnie, pozwalały na weryfikowanie informacji o ruchach wojsk. Przynosiły mi te informacje, przekazywałem je Ryszardowi a on dalej – chyba do wywiadu AK. W Powstaniu były sanitariuszkami, ale nie wiem, w jakim oddziale.

Ryszarda spotkałem po wojnie, w 1949 roku. Stąd znam jego nazwisko. Bywaliśmy u siebie jak wróciłem do Warszawy. Spotkałem też wówczas u niego Kuropatwę, nazywanego też Gozdalem – jeszcze wyższego dowódcę, – który kilka razy wizytował zbiórki zastępów mojej drużyny. Ale jego nazwiska nie pamiętam. Spotkałem tam też Wojtka Borsuka (na odmianę nie pamiętam pseudonimu), który był w mojej drużynie do Powstania.

Co robiliśmy w tej najmłodszej harcerskiej konspiracji i co pamiętam? W telegraficznym skrócie:
– malowanie słynnej dzisiaj kotwicy, wszędzie, gdzie w naszej dzielnicy udawało się to robić.. Ja malowałem sporym pędzlem maczanym w lepiku. Trzy ruchy zabierały trzy sekundy. Byli tacy, którzy robili sobie szablony – wychodziło bardziej ostro, ale poza kubełkiem z lepikiem i pędzlem, trzeba było jeszcze ukrywać i przenosić szablon.
– siedzenie z wędką nad Wisłą i liczenie pociągów i wagonów ze sprzętem wojskowym i wojskiem. Robiliśmy to stale i przekazywaliśmy wyniki przez Ryszarda, do AK.
– ochrona sygnalizacyjna nieznanych nam większych akcji, polegająca na obserwacji konkretnych ulic i sygnalizowanie (czapką, gestem, głośnym wołaniem uzgodnionego imienia), pojawienie się patrolu niemieckiego lub polskiej policji.
– nieustanne szkolenie „łącznicze” polegające na pogłębianiu znajomości Śródmieścia, Powiśla i bliskiej Woli, Poszukiwanie domów przejściowych i zespolonych podwórek, pozwalających na pokonywanie znacznych odległości, bez wychodzenia na ulicę.
– ćwiczenia w okolicznych lasach, Głównie strzelanie z wiatrówek do podwieszonych na drzewach celów. Byłem niezły w tej konkurencji.
– naklejanie lub rysowanie napisów przed kinami – „Tylko świnie siedzą w kinie”. Z miernym skutkiem. Raz rozpylałem gaz łzawiący w kinie Atlantic na Chmielnej i sam po tym przez dwie godziny płakałem.

Ostatni fakt, który pamiętam z okresu konspiracji, to skierowanie przez zwierzchników do szkoły podoficerskiej WIARUS. Pamiętam niektóre zajęcia, organizowane w budynku gimnazjum na ul. Śniadeckich. Uczono m.in. podstaw strategii, psychologii dowodzenia, i zapoznawano z podstawowymi rodzajami broni ręcznej. Przynoszono ją w kilku częściach i składano na miejscu. Pamiętam, że tak poznałem Visa, klasyczny niemiecki karabin Mausera i Błyskawicę, polskie naśladownictwo angielskiego Stena.
Pamiętam też ćwiczenia, które zorganizowano w lasach w rejonie Marki – Struga – Radzymin. Było kilkunastu chłopców. Jechaliśmy kolejką wąskotorową, znaną z piosenki „Od Warszawy aż do Marek zapie …… samowarek”. Strzelaliśmy znowu z wiatrówek, ćwiczyliśmy czołganie, był prowizoryczny tor przeszkód. I pamiętam epizod, który można nazwać patriotycznym. Wracaliśmy zmęczeni i spragnieni. Woda z manierek dawno się wyczerpała. Trafiliśmy na mały sklepik, chcieliśmy kupić coś do picia. Milczący właściciel wziął niedużą beczkę, nalał do niej pompą zimniej wody i wlał duże trzy butelki soku malinowego. Piliśmy do oporu. Przed wyjściem zapytaliśmy, ile mamy zapłacić. „Od polskiego wojska nie biorę pieniędzy” powiedział właściciel i każdemu uścisnął rękę na pożegnanie.

Powstanie

Trzy pierwsze epizody z Powstania zachowane w mojej dziurawej pamięci zaczynają się od tego, że nie przyszedł łącznik, który miał przynieść rozkazy dla mojej drużyny. U mnie w domu czekałem na niego razem z jednym z zastępów – łącznie 7 osób. Czekaliśmy do 18.00. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego nie przyszedł. Po 18.00 postanowiłem więc wykonać rozkaz rezerwowy i nawiązać kontakt z jednym z oddziałów AK, który już zaczął działać. Tym najbliższym był sztab Batalionu Kiliński, który zajął jakieś biuro na rogu Świętokrzyskiej i Jasnej.

Dyżurny oficer, do którego się zgłosiliśmy informując, że jesteśmy z Szarych Szeregów i mamy przeszklenie łącznicze, był wyraźnie zadowolony. Właśnie brakowało mu łączników. Od razu przyjęto od nas przysięgę wojskową i dano pierwsze zadania.

Tej nocy w ogóle nie spałem. Wysyłano mnie kolejno do oddziałów w pobliżu dzisiejszego dworca centralnego, Zachęty, na zapleczach Nowego Światu. Rano zasnąłem na jakimś biurku. Obudził mnie hałas głośniejszych, nerwowych rozmów. Zrozumiałem, że czołgi wjechały w ulicę Szpitalną i trzeba je zatrzymać. I to jest drugi epizod, który pamiętam.
Pobiegłem z innymi ulicą Jasną do Sienkiewicza i w lewo, do Szpitalnej.

Przy wyjściu z budynku ktoś dał mi butelkę z naftą (a może z benzyną?) z lontem ze szmatki. Na Szpitalnej rzeczywiście były dwa czołgi. Pierwszy z nich już się palił. Rzuciłem w niego butelkę, zapominając z podniecenia zapalić lont. Ale nie miało to znaczenia, bo butelka trafiła w płomienie i je wzmocniła. Drugi czołg się cofnął i odjechał ulicą Warecką. Ten niezręczny rzut butelką był początkiem moich „osiągnięć” w Powstaniu.

W ciągu dnia trochę spałem na biurku i chyba tylko raz wysłano mnie z amunicją do oddziału przy alejach Jerozolimskich.

Dopiero wieczorem – i to jest trzeci epizod – znacznie starsza ode mnie łączniczka otrzymała zadanie, aby doprowadzić mnie do tzw. 9 SOPU (Służba ochrony Powstania, która miała być rodzajem żandarmerii, ale stała się oddziałami liniowymi). „Przeskoczyliśmy” Marszałkowską i przez palące się ulice w pobliżu Placu Grzybowskiego doszliśmy do bliskiej Woli.

Tam znaleźliśmy 9 SOP

Co pamiętam z dalszych dni powstania?
– wielokrotnie przejścia właśnie do 9 SOPu, który stopniowo wycofywał się w stronę Centrum. Uchodziłem za specjalistę od tego kierunku.
– wielokrotne przejścia na drugą stronę Alej Jerozolimskich, ale nie pamiętam, do kogo i gdzie. Pamiętam natomiast, że po pierwszym przejściu zatrzymałem się w drodze powrotnej i pomagałem nosić płyty chodnikowe do budowy dwustronnej i nieco zagłębionej barykady.
– dwukrotne przejścia kanałami na Starówkę, – przy czym pierwsze, wobec wysokiego stanu wody w kanale pod Marszałkowską, zaczęło się od włazu na ulicy Mazowieckiej przy Placu Napoleona, do kanału o wysokości 60 cm. Czołgaliśmy się tym kanałem aż do burzowca pod Królewską. Obciążony wiszącym na piersiach plecakiem z rozkazami, amunicją i kilkoma listami z poczty harcerskiej, miałem pierwszy w życiu atak strachu. Pamiętam, że po wyjściu na Starówce włazem na Daniłowiczowskiej miałem wysoką gorączkę i serdecznie zajął się mną porucznik „Wacek” z batalionu Zośka. Znałem go z konspiracji i też spotkałem go po wojnie. Stąd wiem, że nazywał się Wacław Micuta.

– też kilkakrotne przejście kanałami na Powiśle. Tam doręczałem i odbierałem tylko koperty z rozkazami i meldunkami.
– powrót z jednego przejścia do 9 SOPu, kiedy na Świętokrzyskiej spotkałem grupę chłopców niosących mego ojca (kpt. Macedończyk), rannego kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Niestety – nie przeżył
– zdobycie PASTy. Też wracałem z trasy i obserwowałem wyprowadzanie niemieckich jeńców.
– przy przeskakiwaniu Marszałkowskiej przestrzelono mi bufiastą, zamszową bluzę na plecach. Poczułem uderzenie, nic nie bolało i dopiero po drugiej stronie ulicy ktoś mi powiedział, że mam dwie dziurki na plecach.
– kilka dni przed kapitulacją bliski wybuch pocisku z granatnika za jedną z barykad. Kilkanaście drobnych odłamków i ziaren piasku utkwiło mi w prawej nodze. Dziewczyny – sanitariuszki mozolnie to wydłubywały, zalały wódką i obandażowały.

Nie pamiętam dokładnie, po ilu dniach (25-30?) opuściłem batalion Kilińskiego i zameldowałem się w placówce batalionów harcerskich, też na ul, Świętokrzyskiej, bliżej Mazowieckiej. Miałem z nią kontakt wcześniej, ale z Kilińskiego nie chcieli mnie zwolnić. Rozkazy przejścia na Starówkę otrzymywałem już z tej placówki.

Pamiętam, że poza wycieczkami łączniczymi uczestniczyłem jeszcze kilkakrotnie w realizacji dwóch zadań o innym charakterze. Było to pilnowanie skarbca banku Pod Orłami i rozpalanie ognisk na placyku przed tym bankiem, jako punktu orientacyjnego dla radzieckich samolotów „Kukurżnik”, zrzucających nam z małej wysokości skrzynki z małymi spadochronikami, albo bez spadochronów. Pamiętam, że byłem przy rozpakowywaniu niektórych zrzutów. Były to suchary, puszki z „tuszonką”, nie zawsze pasująca do niemieckiej broni amunicja, magazynki do pepesz (popesze podobno zrzucali w innym miejscu) i bardzo dobre granaty ręczne F1.

Żywiłem się tym, czym mnie częstowano, albo dostępną niemal w każdym oddziale zupą plujką z pszenicy, zawsze silnie osłodzoną. Skąd był wszędzie cukier i pszenica – nie wiem.

Największą zagadką w mojej dziurawej pamięci jest to, że nie wiem gdzie spałem przynajmniej przez pół Powstania. Trwało 63 dni, a więc i tyle nocy. Wydaje mi się, że na biurku w sztabie Kilińskiego spałem nie więcej niż 15 nocy, 3 noce w rodzinnym mieszkaniu na Szpitalnej, 2 w budynku KKO z rogu Złotej i Jasnej i 2 na Starówce. Chyba także spałem 2 – 3 razy w dolnej części wieżowca Prudentialu. Brakuje mi ok. 30 nocy,. Jeśli brakuje nocy, to i pamięć o następnych dniach jest uboga. Nie wiem, gdzie wtedy byłem i co robiłem. Ale pamiętam, że zawsze znałem aktualne hasło i odzew, więc ktoś mi je dawał,

Kapitulacja

Z kapitulacji Powstania pamiętam tylko dwa epizody. Już było zawieszenie broni, ale wracałem z drugiej strony Alej Jerozolimskich. Zobaczyłem, że przed budynkiem BGK stoi duża grupa naszych chłopców i Niemców, broniących tego obiektu. Podszedłem. W niemal przyjacielskiej atmosferze odprężenia wymieniano jakieś pamiątki – zapalniczki, papierośnice, bazarowe pierścionki z diabłem z czerwonymi oczami, wieczne pióra. Nie miałem nic do wymiany, ale, ze swoim szkolnym niemieckim, występowałem w roli tłumacza.

Drugi epizod to rozmowa z kilkoma młodszymi lub bardzo młodo wyglądającymi chłopcami. Zastanawialiśmy się czy wyjść do niewoli, czy, udając niewinne dzieci, z ludnością cywilną. Połowa dyskutujących zdecydowała się na to drugie. Ja, Wiesio Sokół, i dwóch innych postanowiliśmy iść do niewoli tym bardziej, że zapewniano nas, iż zgodnie z aktem kapitulacji będziemy traktowani jak jeńcy z innych krajów zachodniej koalicji. Dlaczego pamiętam nazwisko Sokoła? Bo był ze mną w konspiracji i niewoli, skąd po wyzwoleniu zabrał go wuj mieszkający w Anglii. Tam skończył studia i wrócił do kraju. Znalazł mnie i utrzymywaliśmy koleżeńskie kontakty.

Kolejne trzy obrazy, to wymarsz długiej kolumny z Warszawy w kierunku Ożarowa. Przejście przez budynek na placu Narutowicza, gdzie oddawano broń. Od tego miejsca kolumna była już „ochraniana” przez niemieckich żołnierzy. Pamiętam to, bo zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie.
W halach fabryki kabli w Ożarowie było dostatecznie luźno, aby znaleźć miejsca do spania i porozmawiać. Pamiętam, że przyszły do mnie znajome dziewczyny z Szarych Szeregów. Jedna z nich była sanitariuszką, miała torbę z wyposażeniem, w którym były też bandaże i wata. Zmieniła mi opatrunek na nodze.

Z przejazdu wagonami towarowymi do obozu w Fallinbostel na terenie Niemiec (Stalag XIB) pamiętam tylko wydłubywanie scyzorykami „sanitarnej” dziury w podłodze wagonu, techniczny postój na dworcu w Poznaniu, gdzie machaliśmy przez zakratowane okienka zdjętymi biało – czerwonymi opaskami. Zaskoczone miny Polaków stojących na peronie i częściowo udane, mimo oporów ochrony, próby podawania nam wody i przygotowanych do pracy kanapek.

Z obozu w Fallinbostel, w którym byłem krótko, pozostały mi w pamięci też tylko dwa zdarzenia. Niemal entuzjastyczne powitanie przez sektor francuski, z okrzykami wsparcia, śpiewaniem Marsylianki i rzucaniem rarytasów z paczek – papierosów, małych konserw a nawet czekolady. Prowadzono nas drogą obok tego sektora, ogrodzonego płotem z drutu kolczastego. Spytaliśmy Francuzów, czy to jest duży obóz. Powiedzieli, że bardzo duży, że jest w nim ponad 70 tysięcy jeńców.

Drugie zdarzenie, to kilkugodzinne stanie na obozowym placu apelowym. Niemieccy oficerowie z pomocą podoficerów usiłowali nas „zewidencjonować” i odebrać nam scyzoryki i inne noże, pasy wojskowe i legitymacje AK. Trudno im to szło. Wszyscy musieli podać imię, nazwisko, imiona rodziców i datę urodzenia. Pisanie polskich nazwisk budziło uśmiechy goryczy. Byli chłopcy, którzy nie mieli żadnych dokumentów. Jeśli wyglądali młodziej, podawali wtedy późniejsze, ale wiarygodne, daty urodzenia. Tak im doradzali starsi koledzy zakładając, że Niemcy będą „młodzież” łagodniej traktowali w przypadkach naruszeń dyscypliny obozowej lub próbach ucieczek.

Po kilku (a może kilkunastu?) dniach kilkuset chłopców, już bez oficerów, których wywieziono do obozów oficerskich (Oflagów), przewieziono do mniejszego obozu VIJ w Dorsten. Pamiętam zadowolenie, jakie nas ogarnęło, gdy udało się wyciągnąć od wachmanów informacje, że Dorsten położone jest jeszcze bardziej na zachód, i że obóz jest bardzo dobrze prowadzony przez wycofanych z frontu oficerów – inwalidów.

To się sprawdziło. Obóz w Dorsten był relatywnie mały i „przyjazny”. Było w nim trochę Polaków – „wrześniowców”, kilkuset Francuzów, parę tysięcy Rosjan i wśród nich także Polaków „od Berlinga”. Była też garstka świeżych jeńców, którzy lądowali pod Arnhem „o jeden most za daleko”.
Ale i w Dorsten nie byłem dłużej niż miesiąc. Pamiętam, że wraz z kilkudziesięcioma chłopcami wyraziłem zgodę na przeniesienie jeszcze dalej na zachód, do Munchen Gladbach. Głupio ulegliśmy zapewnieniom, że tam – w podobozie 365 – wprawdzie trzeba będzie pracować, ale za to dostaniemy lepsze wyżywienie i warunki „pobytu”.

Pamiętam przyjazd samochodem ciężarowym do M. Gladbach i wstrząs, jaki przeżyłem, widząc stare i przechylone podmuchami bomb baraki. Pamiętam poranek następnego dnia, budzenie wrzaskiem „funf uhr – aufstehen!!”, ciepłą wodę zaprawioną jakimiś ziołami, jako herbatę, lodowato zimną wodę w zbiorowej i jedynej łazience, bochenek chleba na sześciu, kostkę margaryny na 15-tu, małą kostkę marmolady z buraków.
Pamiętam, jak malowaliśmy białą farbą na dachach baraków pokrytych czarna papą napisy „KGF – PL”. Wymusiliśmy zgodę na to od komendanta obozu, bo bomby spadały blisko. Pamiętam satysfakcję, kiedy alianckie myśliwce z osłony bombowców, obniżyły wysokość lotu, przeleciały nad obozem niemal zahaczając o sąsiadujące budynki i zamachały skrzydłami. Uznaliśmy, że zrozumieli. I chyba mieliśmy rację, bo przy kolejnych nalotach bomby wybuchały znacznie dalej i już nam nie zagrażały.
Pozytywem pobytu w tym podobozie było włączenie do 10 osobowej grupy pracującej w tzw. „Kraisleitung komando”, najmującej się głównie usuwaniem gruzów. Jej szefem był cywilny i wiekowy, ale uzbrojony w pistolet, majster, z krzyżem żelaznym wiszącym pod szyją, otrzymanym po I wojnie światowej. Nie mówił tego, ale z jego zachowania wynikało, że jest przeciwnikiem panującego ustroju. Traktował nas niemal jak synów. Żadnych krzyków, żadnego popędzania. Zgoda na zabieranie z piwnic zburzonych domów weków z mięsem, warzywami i owocami, a także bielizny. Potrafił kończyć pracę grupy wcześniej i zabierać nas do domu, w którym jego żona karmiła nas zsiadłym mlekiem z kartoflami. Płakała przy tym, bo jeden z nas, blondynek o wyglądzie nastolatka, przypominał jej syna, który zginął na wschodnim froncie. Odwdzięczyliśmy się tej rodzinie w sierpniu 44, przywożąc duży ładunek wojskowej żywności.

I to tyle wojennej „pamięci wstecznej”. Wszystko, co pamiętam Odsyłam do początku felietonu. Zasypało mnie właśnie w czasie pracy w tej grupie. Dalsze losy, – czyli próba ucieczki, wyzwolenie, włączenie do sił pomocniczych II Armii Kanadyjskiej i potyczki z niedobitkami oddziałów SS, w końcu skomplikowany powrót do raju, pamiętam już lepiej. To są wprawdzie też następstwa Powstania, ale nie mają z nim bezpośredniego związku.

Ku pamięci Armii Ludowej

Co roku 26 sierpnia kombatanci i przedstawiciele organizacji lewicowych składają kwiaty przed kamienicą przy ul. Freta 16 na warszawskim Nowym Mieście. Przedstawicieli władzy państwowej czy samorządowej nikt się zaś nawet tam nie spodziewa…

O Armii Ludowej prawicowe władze nie mają wszak nic dobrego do powiedzenia. Nie liczy się dla nich danina krwi jej bojowników, w większości młodych ludzi z robotniczych, ludowych rodzin, walczących z niemieckim okupantem o Polskę niepodległą i sprawiedliwą. Nie liczy się też udział oddziałów lewicowych w Powstaniu Warszawskim, o którym dowództwo AL zdecydowało już 2 sierpnia.

Przy Freta 16 mieścił się powstańczy sztab AL – tam też 26 sierpnia pod gruzami zbombardowanej kamienicy zginęli jego członkowie: Bronisław Kowalski, dowodzący zgrupowaniem AL na Starym Mieście, Stanisław Nowicki, Edward Lanota, Anastazy Matywiecki i Stanisław Kurland. Na elewacji budynku ciągle znajduje się tablica pamiątkowa. Tam też 26 sierpnia wieńce złożyli kombatanci Armii Ludowej, przedstawiciele proobronnego stowarzyszenia Amor Patria, członkowie komitetu obrony pomnika gen. Berlinga oraz działacze lewicy, jedynej siły w polskiej polityce, która nie godzi się na wymazywanie z historii polskich komunistów i socjalistów.

Kolejny rok z rzędu na Freta 16 pojawiła się Anna-Maria Żukowska, obecnie posłanka. Były delegacjie Unii Pracy, Komunistycznej Partii Polski, Polskiej Partii Socjalistycznej i Stowarzyszenia Historia Czerwona. Jego przedstawiciel symbolicznie dołączył również do wojskowej asysty w zrekonstruowanym mundurze partyzanta Armii Ludowej.

Jak powiedział do zebranych płk Zbigniew Rokita, udział Armii Ludowej i innych lewicowych grup w Powstaniu Warszawskim to 1500, może 2000 żołnierzy, walczących wspólnie z oddziałami AK na Żoliborzu, Mokotowie, w Śródmieściu, na Starym Mieście i Woli. Czterej żołnierze AL-owskiego szturmowego batalionu Czwartaków otrzymali 18 sierpnia Krzyże Walecznych.

Obłąkańcze, euforyczne, nacjonalistyczne misterium

Gdy w sobotę, 1 sierpnia, słuchałem w warmińsko-mazurskiej Iławie (d. Deutsch Eylau) przenikliwego dźwięku syreny upamiętniającej o „godzinę W”, a na fasadach niektórych tutejszych budynków widziałem flagi narodowe, choć 1 sierpnia nie jest ustawowo wolnym od pracy świętem narodowym tak jak święta 3 Maja czy 11 Listopada, czułem się jakbym znalazł się w oku cyklonu-absurdu. Pomyślałem, że polski obłęd nacjonalistyczny rozprzestrzenia się jak koronawirus. Tego tu nigdy dotąd nie było.

Po pierwsze, owszem, także w wielu miejscach z dala od Warszawy, od lat dyskontowano rocznicę 1 Sierpnia 1944, ale jako wyraz słusznej, ale i smutnej pamięci o ofiarach, a nie jako podszyte dziwną euforią triumfalistyczne misterium. Po drugie dlatego, że przez lata rocznica 1 Sierpnia 1944 była jednak, mim oczywistych konotacji ogólnonarodowych, rocznicą lokalną, warszawską. Po trzecie, z tej przyczyny, że w poniemieckiej Iławie, na terenie dawnych Prus Wschodnich, tak hałaśliwy wydźwięk tych obchodów mocno „nie pasuje do obrazka”, jest swoistym historycznym dysonansem. Niby z formalnego punktu widzenia wszystko się zgadza, bo od 1945 roku i Warszawa i Iława są na terytorium tego samego państwa polskiego, ale mimo wszystko jest trochę tak, jakby w polskim dziś Gdańsku obchodzono zwycięstwo Prus nad Francją pod Sedanem w 1870 roku tylko dlatego, że w tamtej epoce Gdańsk należał do Prus właśnie. Porównanie nie jest co prawda symetryczne, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z pomieszanymi kompletami puzzli. Poza tym, owszem, 1 Sierpnia 1944 to rocznicowa data historyczna, ale jednak nie jest to stricte i formalnie tzw. oficjalne, ustawowo wolne od pracy święto narodowe!!! Tymczasem obchodzi się je tak, jakby takim było!!! Rocznica powstania lekkomyślnie zainicjowanego przez dowództwo AK, zakończonego krwawą klęską, upustem krwi grubo ponad dwustu tysięcy poległych (w tym ludności cywilnej i powstańców), a także zniszczeniem znaczącej i najistotniejszej historycznie substancji miasta, już od lat nie jest obchodzona jako po prostu forma uhonorowania ofiar. Trochę niepostrzeżenie (i właśnie bez wspomnianej wyżej oficjalnej sankcji ustawowej), rocznica ta została „przerobiona” ze święta „drugiego rzędu” w pierwszoplanowe święto narodowe obchodzone w klimacie euforycznego misterium, ustępujące rangą być może tylko Świętu Niepodległości 11 Listopada, a i tego nie można być pewnym. Drugie z wielkich, oficjalnych świąt narodowych, obchody rocznicy Uchwalenia Konstytucji 3 Maja już dawno zeszło na plan dalszy i stało się właściwie tylko trochę teatralną, martwą „oficjałką”, nie wywołującą większego rezonansu, upamiętniającą odległy w czasie o przeszło dwieście lat, czyli zaprzeszły czyn historyczny jakichś przystrojonych w pudrowane peruki panów ze starych portretów.
Obserwując ten dziwny, iławski obchód 1 Sierpnia 1944 nie po raz pierwszy, ale jednak chyba ze szczególną intensywnością uświadomiłem sobie, że jestem żywym dowodem na to, iż można w końcu doznać mdłości z obrzydzenia w reakcji na coś, co kiedyś przynależało poniekąd do dziecięco-młodzieńczego sentymentu. Mój ojciec był warszawskim powstańcem, a ja, choć w mojej naturze nigdy nie leżał sentymentalny patriotyzm polski, całą tę powstańczą tradycję traktowałem ze swoistą sympatią (szczególnie wzruszające powstańcze piosenki). Pomimo tego, że w dorosłych już, kanonicznych niemal dyskusjach nad sensem/bezsensem wzniecenia Powstania Warszawskiego przez dowództwo Armii Krajowej, czyli w dyskusjach między „romantykami” a „racjonalistami”, zawsze byłem po stronie racji tych drugich.

Co sprawiło, że rocznica krwawej klęski doznała takiego wyniesienia ponad rocznice upamiętniające, w przypadku 3 Maja konstruktywny czyn państwowej elity inspirowanej ideami Oświecenia, a w przypadku 11 Listopada pozytywny fakt odzyskania niepodległości?
Pierwszym czynnikiem było utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego za warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. To muzeum jest tworem zadziwiającym, w negatywnym sensie unikalnym. Oto wielkim nakładem środków, także nowoczesnych środków technicznych wzniesiono imponujące jako spektakl muzeum klęski, którą pokazano jako … moralne zwycięstwo. Nie sądzę, a nawet jestem pewien, że w świecie nie zaistniał analogiczny absurd. Jednak ten spektakularny absurd podziałał na wyobraźnię setek tysięcy zwiedzających z całego kraju, dzieci, młodzieży i dorosłych. I oto właśnie chodziło inicjatorom – przenieść pamięć lokalnego zrywu na pole wyobraźni ogólnokrajowej. Tym sposobem lokalne powstanie w środkowo-wschodniej Europie, wydarzenie o znikomym znaczeniu taktycznym i strategicznym, mimo zaangażowania licznych rzesz uczestników, wydarzenie o marginalnym znaczeniu historycznym w historii Europy, urosło w przestrzeni polskiej do rangi wydarzenia monumentalnego. By sobie lepiej uświadomić nonsens projektu „apologia Powstania Warszawskiego” i uczynienia go ogólnonarodowym świętem o nastroju triumfalistycznym, warto zestawić go z przykładem Francji. Mimo upływu przeszło dwóch wieków od wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, nie wzniesiono w tym kraju muzeum (są tylko skromne namiastki) upamiętniającego wydarzenie o pierwszorzędnym znaczeniu w dziejach ludzkości i w sensie cywilizacyjnym zwycięskiego. W Polsce stworzono triumfalistyczne muzeum wydarzenia marginalnego w dziejach nie tylko świata, ale nawet Europy, a do tego zakończonego straszliwą klęską.

Po drugie, wydarzenia spektakularne, patetyczne i krwawe przemawiają do wyobraźni wielu tysięcy ludzi w Polsce. Głośna swego czasu opowieść historyczna „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza jest irracjonalistyczną apologią krwawej ofiary narodowej, pochwałą wyniesienia bezrozumnego, instynktownego „samopalenia” ponad sens ocalenia życia. I nic to, że większość ludzi uczestniczących, czynnie czy biernie, we frenetycznych obchodach rocznicy wybuchu powstania nie zna tej książki. Jej duch krąży po Polsce. Ten nastrój gdzieś w polskiej przestrzeni istnieje, odnawia się, jakoś odpowiada emocjonalności wielu Polaków.

Po trzecie, to ponure zwycięstwo, bo tak to dziś trzeba określić, absurdalnego, nacjonalistycznego mitu wyrosłego z klęski powstania, źle wróży nadziejom na budowanie w Polsce świadomości racjonalistycznej. Utrudnia też, a nawet uniemożliwia budowanie rozumnej pedagogii obywatelskiej. Wskazuje bowiem, że Polak, który daje się zabić w nierównej, z góry skazanej na klęskę walce, którą podejmuje, wbrew rozsądkowi i elementarnej logice, jest kimś lepszym, godnym większego szacunku niż Polak rozsądny i rozumny. Ten przekaz idzie w przestrzeń społeczną, w świadomość i podświadomość młodych i starych.
Rozhuśtanie samodurnych, bliskich paroksyzmowi emocji nacjonalistycznych osadzonych w obłędnym kulcie przegranego powstania jako naczelnych emocji narodowych jest ciężkim przestępstwem przeciw budowaniu nowoczesnej świadomości społecznej. Unieruchamia Polskę jako europejski skansen. Kultywując takie święta nigdy nie staniemy się nowoczesnym, europejskim społeczeństwem. To, że w bieżącym momencie historycznym służy ono obłąkańczo nacjonalistycznej polityce PiS jest akurat powodem do najmniejszego zmartwienia, bo tę narrację „kupiła” także niepisowska część sił politycznych. Z wyjątkiem Lewicy, mam nadzieję.

Leniwy cynik w Warszawskim Powstaniu

Jak zwykle przed rocznicami Powstania Warszawskiego kilkoro znajomych obarczonych bardziej patriotyczną pamięcią zadaje mi różne, czasem „krępujące” pytania, dotyczące tego okresu.

W kilkunastu okolicznościowych artykułach, publikowanych w różnych czasopismach, próbowałem już opowiadać o harcerskiej konspiracji, o moim braku bohaterstwa w samym Powstaniu, o pobycie w niemieckich obozach jenieckich po jego kapitulacji i o powrocie do kraju. Już kilka razy myślałem, że dociekliwość pytających się skończyła, ale się myliłem. Teraz znowu zaprzyjaźnieni goście, wyrwani z wirusowej kwarantanny, wszczepili mi dwa nowe pytania – Pierwsze – czy ja się spodziewałem Powstania i co dzisiaj o nim sądzę? I drugie – dlaczego nie brałem i nie biorę udziału w rocznicowych i nierocznicowych, „patriotycznych uroczystościach” organizowanych przez stowarzyszenia kombatantów i „władze”?

Wydaje mi się, że „między wierszami” opowiadałem i o tych sprawach, ale może ginęły one w wiodących tematach. Spróbuję więc na nie odpowiedzieć bardziej precyzyjnie, zastrzegając się – jak zwykle, – że pamięć mam osłabioną przez kilkugodzinne niedotlenienie pod gruzami – żeby było śmieszniej – niemieckiego domu, w niemieckim mieście Munchen Gladbach, zbombardowanym dywanowo przez amerykańskich przyjaciół. Byłem tam, jako jeniec wojenny po Powstaniu. I ze wstydem przyznaję, że nie uzupełniam pamięci z tego okresu czytaniem odpowiedniej literatury.

Kuźnia kadr, czyli Szare Szeregi

Przejdźmy do tematu. Jak wybuchła wojna i jak po dwóch latach okupacji – w końcu 1941 roku – otworzył mi się kontakt z Szarymi Szeregami, harcerskim, konspiracyjnym ruchem oporu, byłem nieco dziecinnym gimnazjalistą. Wszystko, co organizowano przeciwko Niemcom przyjmowałem z entuzjazmem i niemal bezkrytycznie. Pasjonowałem się tym, co robiła moja drużyna – malowaniem kotwic PW na murach, liczeniem pociągów i wagonów z wojskiem, czołgami i artylerią przejeżdżających przez Wisłę, szkoleniem łączniczym, czyli dokładnym poznawaniem centralnych dzielnic miasta i ukrytych przejść między domami. Imponowało nam zapoznawanie się z budową i obsługą podstawowych rodzajów broni osobistej i organizowanie w okolicznych lasach ćwiczeń strzeleckich z wykorzystaniem wiatrówek. Robiliśmy to głównie w czasie pozaszkolnym, nie zaniedbując kontynuowania harcerskich zwyczajów i zdobywania „sprawności”.

W tym najmłodszym środowisku niepodległościowej warszawskiej konspiracji i w rodzinno – towarzyskich kontaktach dużo rozmawiano i plotkowano o udanych akcjach zbrojnych przeciwko niemieckiej armii i administracji, wykonanych wyrokach za współprace z okupantem, kontaktach z „leśną” partyzantką AK, AL, Batalionów Chłopskich i NSZ. W miarę zbliżania się wschodniego frontu, w końcu 1943 i na początku 1944 roku pojawiała się plotka o możliwości „większego zrywu zbrojnego” w Warszawie. Wyobrażano go sobie jednak, jako akcję zsynchronizowaną z armią „radziecką”, nieobejmującą całego miasta, tylko skierowaną na opanowanie dróg, kolei, mostów i radiostacji. Alternatywą były możliwości wielkiego, wspierającego desantu zachodnich aliantów. Wszyscy z mego środowiska zdawali sobie jednak sprawę, że przy ograniczonych zasobach broni ręcznej i całkowitym braku ciężkiego sprzętu, możliwości przeprowadzenie wielkiej akcji są ograniczone. Mnie utwierdzały w tym rozmowy mego ojca z jego przyjaciółmi na cyklicznie przygotowywanych w naszym domu wspólnych obiadach.. Wszyscy, tak jak ojciec, byli w końcu I wojny oficerami I lub II Brygady Legionów. Byłem przekonany, że teraz wszyscy coś robili w AK.

Przygotowania

W lipcu 1944 roku był próbny alarm harcerskich jednostek Śródmieścia Warszawy i – jak sądzę – także innych dzielnic i organizacji. Tego nie jestem pewien, bo w konspiracji takie informacje nie docierały do najniższych ogniw. W ramach tego ćwiczenia kazano mi zgrupować część drużyny i nawiązać kontakt z nieznanym mi oddziałem Szarych Szeregów na bliskim Mokotowie. Udało się – dostaliśmy adres, imię, hasło, odzew. Trudnością był dojazd przetłoczonym tramwajem (chyba „4”) kursującym ulicą Marszałkowską. Było nas trzech i musieliśmy jechać „na cyckach”, jak wówczas nazywano zderzaki wagonów.

Rozkaz sygnalizujący wielką akcję i zgrupowania moich druhów w wyznaczonych miejscach, czyli głównie w mieszkaniach kolegów pełniących funkcje „zastępowych”, dotarł do mnie popołudniu 31 lipca. Było w nim wyraźne wskazanie, że grupowanie mamy zakończyć przed godziną 17.00 następnego dnia, – czyli 1 sierpnia – i czekać na łączników z dalszymi rozkazami. Miałem wątpliwości, czy to znowu nie są ćwiczenia i podzieliłem się nimi z ojcem. Powiedział, że on też rano wyjdzie z domu i rozkazy są do wykonywania, a nie do dyskutowania.

Co dzisiaj sądzę o Powstaniu?

Moje dalsze „przygody” w czasie Powstania i po jego zakończeniu opisywałem wielokrotnie. Odpowiedź na zadane ostatnio pytanie, – co wtedy czułem, co myślałem i jaka jest obecnie moja opinia o Powstaniu, nie jest łatwa. Z jednej strony na początku „zrywu” udzielał mi się powszechny entuzjazm i radość z odzyskiwanej niepodległości. Entuzjazm ten stopniowo zakłócało racjonalne spojrzenie wywoływane głównie informacjami o tragediach na Woli, później własnymi obserwacjami z upadającej Starówki i – co najważniejsze – brakiem informacji o natarciu wojsk radzieckich, albo wielkim, spadochronowym desancie z zachodu. W ramach moich łączniczych wędrówek raz pokazywano mi na Powiślu (z daleka) podobno radzieckiego radiotelegrafistę. Miałem też szczątkowe informacje o próbach forsowania Wisły przez oddziały Berlinga. Nie było jednak działań, pozwalających na „zwycięskie” zakończenie Powstania.
„Wolna Warszawa” stopniowo skurczyła się do Śródmieścia i części Powiśla. Moje codzienne bieganie, czołganie i przeskakiwanie ogrodzeń powodowało, że stykałem się z mieszkańcami koczującymi w piwnicach, lub w skleconych z dykty i desek szałasach, na podwórkach częściowo zburzonych domów. Nie byłem już tak radośnie witany jak na początku Powstania. Czasem traktowano mnie i kolegów, jako współodpowiedzialnych za nieszczęścia, jakie ich spotykały. Dostrzegałem też narastające zniechęcenie niektórych uczestników Powstania, „pochodzących” nie z konspiracyjnych oddziałów, tylko z naboru „cywili” prowadzonego już w czasie akcji.

Podsumujmy. Dzisiaj mogę powiedzieć, że Powstanie pozostało w mojej pamięci, jako dwumiesięczny okres dumy i euforii, satysfakcji z chwil odzyskanej wolności, podziwu dla wielu prawdziwych bohaterów – w tym także kilku moich kolegów. Z drugiej strony skłonność do racjonalnej oceny faktów zmusza mnie do przekonania, że popełniono rażący błąd strategiczny, dając rozkaz rozpoczęcia akcji bez zapewnienia wsparcia i bez sprecyzowania odpowiedzi na pytanie, „co dalej?”. Uzyskane efekty podniesienia morale Narodu i pokazania wschodnim i zachodnim aliantom, że jest w Polsce polska władza i armia, były ważne. Ale chyba nie tak ważne, aby zapłacić za nie niezwykle wysoką cenę w ofiarach ludzkich i niemal całkowitym zniszczeniem największego polskiego miasta, zwanego czasem przed wojną „Paryżem wschodu”.

Lenistwo kombatanta

Drugie zadane mi w tym roku pytanie jest właściwie prywatne. Odpowiadam na nie, bo dotyczy nie tylko mnie, ale pewnej liczby uczestników Powstania (a także innych kombatantów wojennych), nieuczestniczących aktywnie w „życiu kombatanckim, różnego rodzaju uroczystościach, spotkaniach czy imprezach wspomnieniowo – rozrywkowych.

Są dwie przyczyny tej absencji. Pierwsza wynika z brzydkich cech mego charakteru. Nie mam skłonności do rozwijania międzyludzkich kontaktów. Nie znoszę występowania w roli eksponatu, nie lubię brać udziału w publicznych i na ogół sterowanych dyskusjach. Od zawsze i coraz bardziej (lata płyną!) męczy mnie bezczynne siedzenie nawet na najbardziej patriotycznych uroczystościach. Z zażenowaniem przyznaję, że mam chyba antyspołeczny charakter. Nakłada się na to niechęć do nadmiernego sentymentalizmu. Nie żyję wspomnieniami z konspiracji, Powstania, niewoli i wyzwolenia. Są dla mnie ważnymi epizodami mego nieprzyzwoicie długiego życia, ale za równie ważne uważam wiele innych. Za syntezę tej przyczyny mojej absencji można więc uznać zwykłe lenistwo, połączone z brakiem tendencji do uzyskania pozycji celebryty.

Druga przyczyna jest poważniejsza. W pierwszych latach po powrocie z niewoli zapisałem się do (chyba?) jedynego wówczas stowarzyszenia kombatanckiego – Związku Uczestników Walki Zbrojnej. Też się nadmiernie nie „udzielałem”, ale chodziłem na zebrania i z satysfakcją wyczuwałem atmosferę przyjaźni i współpracy ludzi, którzy byli „od Berlinga”, „od Andersa i Maczka” w zróżnicowanej partyzantce, w Powstaniu i w innych miejscach, w których walczono z III Rzeszą. Ten związek potem „automatycznie” dodano do ZBWiDu, czyli Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Atmosfera była może nieco gorsza, ale nadal pozostawałem jego członkiem, aż do lat dwutysięcznych, kiedy koło, w którym aktualnie byłem uległo rozwiązaniu „z przyczyn naturalnych”. Mówiąc prościej – zostało kilka osób o ograniczonej sprawności fizycznej.

Niektórzy, żyjący jeszcze wówczas koledzy z Powstania i niewoli sugerowali, abym zapisał się do któregoś z nowych związków, np. do Światowego Związku Żołnierzy AK, albo do Związku Powstańców Warszawskich. Nie zrobiłem tego, bo z wypowiedzi i decyzji ich działaczy wynikało, że zaczęły one za bardzo skręcać na prawo. Najpierw mnie dziwiły a potem zaczęły drażnić liczne wypowiedzi, dotyczące likwidacji pomników związanych z bitwami i ofiarami armii byłego ZSRR w czasie II wojny, nawet takich, jak rozebrany pod pretekstem robót przy budowie metra, pomnik „braci śpiących” na warszawskiej Pradze. Denerwujące były lekceważące opinie o AL i udziale jej członków w Powstaniu, oraz coraz bardziej wyraźne sprzyjanie poglądom skrajnej prawicy na najnowszą historię. Szanuję i takie poglądy, ale uznałem, że nie powinienem uczestniczyć w ich utrwalaniu. Urząd ds. Kombatantów zapewnił mnie, że żaden kombatant nie musi być członkiem jakiegoś stowarzyszenia i że jest wielu podobnych do mnie „wolnych strzelców”. Utrzymuję sporadyczny, ale sympatyczny kontakt z Muzeum Powstania Warszawskiego, korzystam z pewnych przywilejów dla uczestników Powstania, wprowadzonych przez Prezydenta Warszawy. I to wystarczy.

Opuściłem Powstanie, jako kapral i „harcerz orli”. Jeszcze ZBOWiD załatwił mi w nieproszonym prezencie dyplom podporucznika, ale go nie „uaktywniłem” w odpowiedniej jednostce wojskowej. Wiem, że wielu kombatantów (nie tylko z AK) przywiązuje wagę do takich spóźnionych awansów tym bardziej, jeśli pozwalają one na podwyższenie emerytury. Ale osobiście – pokornie proszę o wybaczenie – uważam honorowanie emerytów coraz wyższymi stopniami wojskowymi, za pewną przesadę. Część żyjących kombatantów wojennych w Polsce potrzebuje bowiem nie tylko symbolicznego uznania. Marzą po cichu o opiekującym się stale i serdecznie lekarzu ze szpitalnym zapleczem, o dobrym sanatorium z dowozem i powrotnym przywozem, czasem też o realnej pomocy finansowej, poprawie warunków mieszkaniowych, lub chociaż o naprawdę darmowych lekach. Zaspakajanie potrzeb wyższego rzędu nie zaspakaja – niestety – przyziemnych potrzeb codziennego życia. To wiedzieli już „starożytni Rzymianie” wołając – „chleba i igrzysk!!”.

Warszawa – Marki, 18.07.2020r.

Powstańcy warszawscy przeciw homofobii

Homofobiczna agresja prezydenta Andrzeja Dudy wzbudziła oburzenie ludzi, którzy walczyli z nazistami podczas II wojny światowej. Związek Powstańców Warszawskich oraz Fundacja Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego wydały oświadczenie, w którym wyrażają zaniepokojenie dehumanizacją i atakami na mniejszości i słabszych.

Uczestnicy słynnego zrywu przeciwko nazistowskim okupantom stają po stronie mniejszości walczących o równe prawa w niezwykle ważnym momencie. Spece od marketingu politycznego Andrzeja Dudy uznali, że najlepszym sposobem na mobilizacje wyborców jest pobudzenie prymitywnych homofobicznych przekonań, pokutujących w umysłach części społeczeństwa. W ostatnich dniach prezydent „zabłysnął” kilkoma wypowiedziami, w których zaatakował osoby LGBT, odmawiając im człowieczeństwa i redukując do ideologii.

– To był bolszewizm. To było ideologizowanie dzieci. Dzisiaj też nam i naszym dzieciom próbuje się wciskać ideologię, ale inną. Zupełnie nową, ale to też jest neobolszewizm. Jeżeli w szkole przemyca się ideologię, żeby zmienić punkt widzenia dzieci i ustawić ich patrzenie na świat poprzez ich seksualizację w dziecięcym wieku, coś co jest sprzeczne z najgłębszą logiką dojrzewania człowieka w sposób spokojny i zrównoważony, to to jest ideologia i nic innego – mówił Andrzej Duda w Brzegu trzy dni temu.
Na słowa prezydenta zareagowała społeczność międzynarodowa, Duda został potępiony m.in. przez Komisję Europejską, ale również przez polskiego RPO oraz całą plejadę instytucji i organizacji społecznych.

Powstańcy za równością

Teraz Andrzej Duda otrzymał być może najboleśniejszy cios – zadany przez patriotycznie nastawionych bohaterów walki z nazistowską okupacją. Powstańcy uważają, że „każdemu człowiekowi należy się szacunek i godność, również temu, który ma odmienne preferencje seksualne”
Wyrażają zaniepokojenie faktem iż, „od kilku dni słyszymy słowa, które negują człowieczeństwo drugiej osoby”.

Ich zdaniem jest to kopiowanie retoryki najbardziej zbrodniczej ideologii. „ W wyniku głoszenia bardzo szkodliwych treści, że osoby homoseksualne to nie ludzie, wprowadza się tragiczną w skutkach narrację. Postrzega się w niej drugiego człowieka jako przedmiot pozbawiony jakichkolwiek uczuć, afektów i emocji. Słowa, które słyszała cała Polska, ale i świat, muszą spotkać się z radykalnym sprzeciwem ludzi przyzwoitych” – zauważają powstańcy.

Uczestnicy zrywu podkreślają, że
właśnie z głosicielami takich ideologii walczyli w 1944 roku.

„To w czasie Powstania Warszawskiego walczono o to, aby przywrócić godność człowiekowi, która została odebrana przez okupanta. Nie będziemy obojętni wobec dehumanizacji mniejszości, przypominającej najgorsze czasy, w których mieliśmy okazję żyć. Uważamy, że mamy obowiązek zabrać głos w obronie ludzi słabszych. Nie ma zgody na akty przemocy, w tym słownej, wobec jakichkolwiek ludzi, w jakiejkolwiek postaci w wolnej, demokratycznej, tolerancyjnej Polsce, w Unii Europejskiej. Nie ma zgody na poniżanie mniejszości seksualnych w kraju, w którym homoseksualiści byli zabijani przez faszystów za swoją odmienność”

Powstańcy apelują do pisowskich decydentów, aby zakończył się spektakl deptania godności. „Krzywda ludzka, szykany i poniżanie naprawdę nie są warte korzyści politycznych. Apelujemy do Polaków słowami Mariana Turskiego – „Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana”. My nie będziemy” – zaznaczają.

Agresje Andrzeja Dudy skomentowała także uczestniczka Powstania Warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska. – To coś, co jest obrażające ludzką godność. Ja takiej wypowiedzi nie potrafię skojarzyć z wolnym krajem. Tak mówili Niemcy o Żydach. My to byliśmy podludzie, a oni, to byli już nieludzie. To jest faszyzm, który odmawia człowiekowi z powodu jego inności prawa do tego, żeby go szanować – podkreśliła.

– Czego dowodem jest także fakt, że tak trudno jest ratować dziecko, jeżeli nie ma społeczeństwa, które rozumie, że to dziecko nie jest niczemu winne. Tak trudno jest rodzicom udźwignąć świadomość, że dziecko ma taką depresję, że może polenić samobójstwo. Bardzo współczuję wszystkim matkom, które muszą teraz w Polsce znosić takie nieszczęście, jakie spotyka ich dzieci z powodu tego, że nie ma u nas zrozumienia dla tego, co najważniejsze w życiu człowieka: że każdy ma swoją godność – zaznaczyła.

Chwała Powstańcom i mieszkańcom zamordowanego Miasta

„Warszawa-mały Paryż” – prof. Ignacy Mościcki; „Warszawa – zbiorowy żołnierz” – marsz. Józef Piłsudski; „Warszawa – najwspanialsza barykada wolności jaką znają dzieje” – Władysław Raczkiewicz; „Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia”– gen. Wojciech Jaruzelski

Piękne porównanie naszej Stolicy do tej zachodniej metropolii, przedwojennego prezydenta RP jawi się należnym ukłonem dla jej materialnych i kulturowych zasobów, np. budowli, rzeźb, malarstwa, dzieł literatury, pomników (pierwszy w Polsce króla Zygmunta). W Paryżu przy liczącym 20 tys. żołnierzy garnizonie niemieckim też wybuchło powstanie, wszczęte 19 sierpnia przez ruch oporu, wsparty dywizją pancerną armii Wolnych Francuzów. Przy niewielkich stratach materialnych i ludzkich zostało wyzwolone 25 sierpnia, choć sprzymierzeni początkowo nie zamierzali zdobywać miasta. Dlaczego tak nie stało się w Warszawie? W imię jakich-logicznie narodowych i politycznie racjonalnych idei i wizji, rząd londyński, dowództwo AK wystawiło Miasto na mordowanie przez 63 dni?
Pytań jest wiele i odpowiedzi – mniej czy bardziej realnych także wiele. Jedną ze znamiennych prezentuje prof. Jan Ciechanowski: „Masakra Warszawy była owocem zupełnie nietrafnej oceny sytuacji pod względem politycznym i geostrategicznym. Nałożyły się na to ambicje jednego człowieka, Okulickiego. Powstanie nie musiało i nie powinno dojść do skutku”. Wspomniany gen. Tadeusz Okulicki, podczas jednej z narad przed wybuchem powstania miał powiedzieć „Podejmujemy w sercu Polski walkę z taką mocą, by wstrząsnęła opinią świata. Krew będzie się lała potokami, a mury będą się walić w gruzy. I taka walka sprawi, że opinia świata wymusi na rządach przekreślenie decyzji teherańskiej, a Rzeczypospolita ocaleje” (Jan Ciechanowski, „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego”, Londyn 1978). Co i jak spełniło się – Państwo wiecie. „Opinia świata” – „wstrząśnięta” była, ale swoimi sprawami, jakich II wojna światowa dostarczyła ponad miarę, krajom Europy szczególnie. Czy tego do sierpnia 1944 r. nie wiedział rząd londyński i Dowództwo AK w Kraju, z bólem i sarkazmem można pytać. Natomiast Paweł Jasienica w 1948 r. pisał: „Dziś wiemy: nie wolno dać się unieść patosowi historii. Nie wolno bytu narodu stawiać na jedną kartę. Nie wolno porywać się do walki zbrojnej za wszelką cenę. Boleśnie zapłaciliśmy za tę naukę.” Rok później oceniał: „Powstanie było wymierzone militarnie przeciw Niemcom, politycznie przeciw Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce” („Wrzesień i sierpień”, Tygodnik Powszechny nr19 z 1949 r.)
Do tego cztery takie wypowiedzi Czytelników Trybuny sprzed kilkunastu laty:
1. We wrocławskim Okręgowym Klubie Oficerskim odbyła się konferencja naukowa na temat 60. rocznicy Powstania Warszawskiego, zorganizowana pod przewodnictwem gen. rez. Zdzisława Rozbickiego. Przybył na nią jako gość honorowy gen. Wojciech Jaruzelski. Lokalna telewizja zaprezentowała – z tej okazji (!) – liczne migawki ze stanu wojennego, wraz z informacją, że pełną odpowiedzialność ponosi za to gen. Jaruzelski. Po pierwsze – Generał nigdy od odpowiedzialności się nie uchylał; po drugie – oprócz umiejętności manipulacji, dobrze byłoby mieć trochę wiedzy, nie wspomnę o przyzwoitości (Czesław Świątecki, Wrocław,4.10.04)
2. „Ludzie, których ojcowie brali udział w powstaniu i którzy je dziś adorują nie uwierzą mi, że kiedy w drugim dniu powstania w mundurze z podchorążackimi odznakami przechodziłem przez piwnice, to bardzo bałem się nie bomb, ale ludności cywilnej, zgromadzonych tam matek z ginącymi dziećmi. Nikt nie pamięta, że obok entuzjazmu była także rozpacz i niechęć do nas. Przecież w powstaniu zginęła ogromna liczba cywili, którym powstanie, ten „zryw” zgotował ogrom klęski, nieszczęścia, rozpaczy (..) Dzielni panowie, obnoszący się dziś z obrzędowym patriotyzmem, wpuszczeni w mundurze AK-owskim do piwnicy zostaliby rozszarpani przez rozpaczające kobiety, którym umierały dzieci. O tym oni ani nie wiedzą, ani w to nie uwierzą, bo tak jest ukształtowana ich mentalność, tzw. patriotyczna, która z prawdziwym patriotyzmem ma niewiele wspólnego, jest obrzędowa, kultowa i ksenofobiczna” (…) Powstanie Warszawskie doprowadziło do zniszczenia wielkiego miasta, ale nie spowodowało zniszczenia złudzeń, bo tego zniszczyć się nie da (…) Gdy od czasu do czasu trafiam na cmentarz powstańczy, to widzę to wspaniałe pokolenie zakopane przez Historię, na którą złożyły się i winy, i błędy, i nieszczęścia” (Roman Bratny, „Kolumbowie raz jeszcze”, „T” z 2.08.06).
3. Dlaczego nikt uczciwie nie powie, że wybuch był zbrodnią, która doprowadziła do śmierci 200 tys. mieszkańców Stolicy i poległych powstańców? Warszawa niegdyś nazywana Paryżem Wschodu, obróciła się w gruzowisko, a ulice spłynęły krwią. Czy o taką Polskę walczyli powstańcy 1944 r.? (Grzegorz Czapliński, e-mail, 1.08.07)
4. Monopol AK na Powstanie Warszawskie. Tak, w 100 procenstach za wywołanie i tragiczną klęskę odpowiada AK. Bohaterska walka w beznadziejnej sytuacji to wiekopomne dzieło żołnierzy AK, AL, oddziałów PPS i żołnierzy LWP z 1 Armii WP oraz ludności cywilnej Warszawy (Tomasz Borowicz, Biskupice, 2.08.07)
5. „Powstanie…od lat dzieli Polaków i to nie według kryteriów politycznych, ale głównie poprzez udział emocji w ocenie historii”. Redaktor Andrzej Ziemski sierpień br.,
Tragiczny „plon” Powstania
Podczas Powstania zginęło ok. 200 tys. osób (inne dane że ok. 150-180 tys.), w tym aż 33 tys. dzieci. Oznacza, że co 6-7 osoba poległa lub zginęła jako ofiara egzekucji. Po Powstaniu, do niemieckiej niewoli trafiło ok. 2,5 tys. dziewcząt i ok.1,1 tys. chłopców w wieku 11-18 lat. Na Woli (5-7 sierpnia) i Ochocie (4-25 sierpnia) zamordowano łącznie ok. 50-60 tys. osób; po zamordowanych zebrano ok. 12 ton popiołów ludzkich, złożonych przy ul. Wolskiej 174/176 w 1946 r. Poległo ok. 18 tys. powstańców, ok. 20 tys. było rannych. Dziennie podczas Powstania ginęło statystycznie prawie 3,5 tys. ludzi – trzy razy więcej niż podczas hitlerowskiego oblężenia Leningradu (1941-1943). Z domów wypędzono ok. 650 tys. warszawiaków, z których ok. 55 tys. deportowano do obozów koncentracyjnych, wróciło ok. połowy; ok. 165 tys. wywieziono do Rzeszy na roboty. Ocalało ok. 550 tys. Warszawa, która przed wojną liczyła 1 mln. 310 tys. mieszkańców, straciła łącznie ok. 800 tys. Dopiero 25 lat po wojnie, w 1970 r. osiągnęła tamtą liczebność. Jak obliczono, gruzy po zniszczeniach liczyły ok. 20 mln.m3. Czy Czytelnicy mają wątpliwości, że wówczas, ale i lata wcześniej, np. powstania – była Warszawa „zbiorowym żołnierzem”, wg Marszałka? Warto zadumać się także 75 lat później – nad wnioskami z tej „najwspanialszej barykady wolności”, gdzie „Krew lała się potokami, a mury waliły się w gruzy”.
Na przyczółkach: Czerniaków, Powiśle i Żoliborz wspólne walki Powstańców i żołnierzy 1 AWP trwały 8 dni, tj.16-24 września okupione ofiarą 4892 poległych, rannych i zaginionych żołnierzy (od kilku lat podawane są niższe straty, np. 3764 żołnierzy). „Rodzina Kościuszkowców” środowiska kombatanckie, przedstawiciele SLD, PPS i Lewicy z udziałem kandydatów do Sejmu i Senatu, min. Moniki Jaruzelskiej, której Ojciec – wówczas chorąży – tu walczył i Katarzyny Piekarskiej. Szkoda, że pilne sprawy zatrzymały Piotra Gadzinowskiego i Andrzeja Rozenka, nie pozwalając im przy Pomniku Kościuszkowca na Pradze 16 września, oddać hołdu bohaterom, wraz z władzami dzielnicy. Hołd kościuszkowcom spoczywającym na miejscowym cmentarzu oddali mieszkańcy i władze Rembertowa.
Wszystkich Czytelników, którzy są zainteresowani tą tematyką zachęcam do czytania Przeglądu, np. nr 37 z 9-15.9.2019 oraz z lat poprzednich z tego okresu.
Niemcy zestrzelili 35 lotniczych załóg polskich, brytyjskich, południowoafrykańskich, kanadyjskich.
Straty niemieckie: 1570 żołnierzy zabitych, 9044 rannych, 100-200 zabitych cywili.
Prezydent USA, Franklin Delano Roosvelt, po upadku Powstania Warszawskiego m.in. pisał do Stalina – „Mam nadzieję, że nie muszę zapewniać Pana, iż Stany Zjednoczone nigdy nie poprą żadnego tymczasowego rządu w Polsce, sprzecznego z Pana interesami” (list w książce Ludwika Stommy „Polskie złudzenia narodowe”).
Upamiętnienie Powstania
Pierwszy pomnik na Powązkach – Gloria Victis, (zwieńczony orłem bez korony) – już w 1946 r. wybudowany, a przebudowany pod koniec lat 60. Jest wyrazem hołdu ekipy Właadysława Gomułki, złożonym poległym powstańcom. Jednym z ostatnich – 63-metrowy maszt z łopocącą flagą, na rondzie „Radosława”. W PRL wydano ok. 3,5 tys. książek (w wielotysięcznych nakładach) i artykułów poświęconych Powstaniu. Wiele z nich należy do kanonu, np. pozycje Jerzego Kirchmajera, szefa sztabu Okręgu AK Warszawa, Lesława Bartelskiego, powstańca, żołnierza AK i prof. Jana Ciechanowskiego, Romana Bratnego. Wtedy powstały najważniejsze filmy o powstaniu: „Kanał”, pierwszy powojenny film 1956, „Eroica” reż. Andrzej Munk., „Godzina W” Janusza Morgensterna oraz „Warszawskie dzieci” – pieśń Ryszarda Dobrowolskiego. Wybudowano kilkaset pomników, np. „Małego powstańca” na Starym Mieście, autor Jerzy Jarnuszkiewicz i tablic pamiątkowych. Wielu powstańców awansowano, np. „Radosław” gen. Jan Mazurkiewicz; odznaczano orderami, w tym Virtuti Militari.
Krakowska homilia
Metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski, 1 sierpnia 2019 r. podczas Mszy św. wygłasza homilię, by upamiętnić duchową nauką 75 rocznicę Powstania Warszawskiego. Po wspomnieniu jego historii – jak podaje Wirtualna Polska, nawiązał do współczesności. Medialną, publiczną sensacją stały się słowa, myśli: „Z powstańczych mogił narodziła się wolna Polska, choć na jej narodzenie trzeba było czekać bardzo długo. Czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi, co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie marksistowska, bolszewicka, ale zrodzona z tego samego ducha, neomarksistowska. Nie czerwona, ale tęczowa”. Różni fachowcy, po blisko dwóch miesiącach szacują, że może nawet kilka milionów Polaków „ogarnęły dreszcze” po tych słowach, „przeszły ciarki po plecach”. Zrozumieli je jako porażającą pogardę wobec ludzi starających się rozumieć i realizować decyzje władzy – „czerwonej zarazy”, 45 lat PRL (1944-1989). Można je sytuować na dwóch wielkich wymiarach – materialnym i ludzkim.
Wymiar materialny
Metropolita nie miał na myśli odbudowy spalonych miast i wsi, przekształcania Polski z kraju rolniczego w przemysłowy, lata 1944-1970. Warto – szczególnie biskupom i księżom – przypomnieć („Trybuna”, „czerwona gazeta”, tytułem i treścią jest czytana przez duchownych, świadczą różne sygnały). Decyzję o odbudowie Warszawy podejmowali „czerwoni” władze PKWN. Taka ciekawostka. Bezmiar zniszczeń zabudowy Stolicy wydawał się w 1945 r. z fizycznego, materialnego punktu widzenia nie do udźwignięcia.
Bolesław Bierut wysunął pomysł by stolicę Polski przenieść do Łodzi, która nie była zniszczona podczas wojny. Stanowczo zaprotestował Rząd Tymczasowy (urzędował w budynkach PKP Warszawa Wileńska na Pradze). Jego premier Edward Osóbka-Morawski zwrócił się do Stalina, tak!, o pomoc w przekonaniu, by jednak Warszawa została stolicą Polski. Decyzja Stalina: Warszawa będzie odbudowana jako Stolica (proszę oczu nie przecierać ze zdumienia, tylko sprawdzić w archiwalnych dokumentach. Raz jeszcze przeczytać „list” Roosevelta do Stalina). Czy ktoś zna dokument, w którym byłoby zabronione odbudowywanie Kościołów, świadomie burzonych przez noszących na żołnierskich pasach wezwanie „Gott mit uns”– „Bóg jest z nami”? Może Państwo znają dokument nakazujący odbudowę cerkwi Aleksandra Newskiego, zniszczonej decyzją Piłsudskiego? Niech Państwo sięgną do warszawskich przewodników, a ciekawostki z nią związane otworzą nie jednemu oczy! Pytam więc – co zrobić z Kościołami, które odbudowywane były na mocy decyzji „czerwonej zarazy”? Nie tylko były decyzje ale i „ruski” sprzęt, samochody (wśród nich Studebackery USA), materiały itp. A może należałoby zburzyć np. Kościół Św. Krzyża lub Katedrę Polową WP przy ul Długiej (dawna cerkiew), dowolnie inny, są zdjęcia ruin nie tylko z Warszawy, by teraz odbudować je pod kierunkiem tego Metropolity – rękami biskupów, księży i wiernych uznających nienawiść i pogardę do innych, kolejny raz „udomowioną” krakowską homilią. By była jasność – nie jest moim zamiarem obraza, upokorzenie. Tylko drastyczne zwrócenie uwagi na odpowiedzialność za słowa – te też ranią i zabijają, podobnie jak gruzy z Kościołów burzonych barbarzyńską ręką – od godz.4.40. 1 Września 1939 w Wieluniu, do 17 stycznia 1945 w Warszawie.
A może wszystkie warszawskie Kościoły należałoby odkazić specjalnym preparatem dobrej marki z USA, by z nich usunąć nie tylko „czerwone” odium z kamiennych, ceglanych murów ale i wypędzić „ducha marksistowskiego, bolszewickiego” – jak nauczał Arcybiskup. Czy na tym należy poprzestać – ktoś przewrotnie zapyta? Może odkazić w Polsce wszystkie Kościoły odbudowane i zbudowane za PRL w latach 1944-1989. Że „czerwona zaraza …już nie chodzi”, nie ma po niej śladów, pozostałości – upewnić się „na wszelki wypadek” warto! To przypomniało mi rozmowę z gen. Wojciechem Jaruzelskim, gdy zapytał czy wiem jak był przezywany, jaki miał „przydomek” w niektórych kręgach partyjnych. Rzeczywiście nie wiedziałem, co Generał przyjął, że przez grzeczność nie powiem i oznajmił z uśmiechem na twarzy – „kościelny”. Nie był pewien liczby wybudowanych Kościołów w latach 80., ok.2,5-3 tys., przy brakach i reglamentacji materiałów budowlanych. Proszę, niech Czytelnicy sięgną pamięcią lub zapytają osoby, które pamiętają tamten czas, ile złorzeczeń, wprost przekleństw padało pod adresem władzy, Partii – od ludzi, którzy chcieli budować domy, poprawiać warunki życia, ale tłumaczono im, że trzeba też uwzględniać potrzeby Kościoła.
Wymiar ludzki
Podczas Powstania ginęli powstańcy i mieszkańcy Warszawy oraz żołnierze 1 Armii Wojska Polskiego idący im przez Wisłę z pomocą, o innych niż Kościół aprobuje orientacjach i przekonaniach, mówiąc językiem Arcybiskupa-„czerwona zaraza”. Pytam-to dobrze czy źle, że nieśli pomoc? Wśród odbudowujących Warszawę i inne miasta byli młodzi mieszkańcy zabiedzonych wiosek i małych miasteczek, wykonywali decyzje„czerwonej zarazy”, władzy. To dobrze, czy źle, że mocą „takich decyzji” odbudowywano kraj, także i Kościoły. Jeśli ktoś z Czytelników Trybuny o poglądach „tylko kościelnych” (dobrze, że Państwo czytają) w tym miejscu chce mnie skarcić za te pytania i wywody – nie przyjmuję! Dlaczego? Bo Arcybiskup dał ku temu powody, skłonił do refleksji – podkreślę – do krytycznej refleksji wypowiedzianych słów. Sobór Watykański II naucza i uznaje, by wierni nie tylko słuchali głosu księży ale także myśleli o tym co do nich mówią. Papież Jan Paweł II, nasz narodowy święty, m.in. nauczał i pytał – Jakże człowiek może miłować Boga, którego nie widzi, jeśli nie miłuje brata, którego widzi? Brata, pod tym samym dachem, przy tym samym warsztacie pracy, na tej samej ziemi ojczystej… Pytam – jak Państwa zdaniem należy rozumieć papieskie słowo „brat” w kontekście „czerwonej zarazy”? A słowa Chrystusa – zaprawdę powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili. Czy Państwo dostrzegacie tu choć jedno słowo, wskazujące na odrzucenie ludzi „innej orientacji”? Słowa o „czerwonej i tęczowej zarazie” nie powinny paść 1 Sierpnia. Są obrazą ludzkiego cierpienia i poświęcenia, kilku milionów trzeźwo myślących Polaków! Dla jeszcze wątpiących mam sugestię. Niech zgłoszą się do zarządu wodociągów i kanalizacji w Warszawie o zgodę na przejście przez wybrany odcinek kanalizacji (jakim szli Powstańcy – są oznakowane), dziś – jak 75 lat temu – pełne fekaliów, smrodu i szczurów. Może to skłoni do „ludzkiego myślenia”, do ważenia słów potępienia. Jak długo jeszcze można jątrzyć, dzielić Polaków na „czerwonym” tle? Stąd jedną z najbliższych publikacji będą relacje Jana Pawła II z władzą, ludźmi „czerwonej zarazy”.
Słuchając i oglądając transmisję TVP z uroczystości na Powązkach, naiwnie liczyłem, że prowadzący uroczystość – za wiedzą najwyższych władz państwowych – wezwie wszystkich na Cmentarzu do upamiętnienia szczególnego momentu godz.17-ej oddaniem hołdu poległym zmarłym warszawiakom i tym, którzy przeżyli tę hekatombę cierpienia i jeszcze żyją – w milczeniu, na klęczkach. Są – cytowałem na wstępie Generała – „w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia”, tu właśnie na klęczkach. Że prowadzący duchowną część uroczystości, zwróci się o przekazanie „znaku pokoju”. Nie tylko „sobie”, obecnym na tej Nekropolii, też innym, poza granicami Polski. Tym bardziej, że znane były pełne pokory i szacunku dwa wystąpienie prezydenta Niemiec – po polsku mówił w Wieluniu – „Chylę czoła przed ofiarami niemieckiej tyranii i proszę o wybaczenie”. Ci „inni”, to dla przykładu kpt. Wim Hosenfeld, noszący na oficerskim pasie zapis „Gott mit uns” – „Bóg jest z nami”. Na motywach życia Władysława Szpilmana, ) reż. Roman Polański oparł film „Pianista”, proszę sobie przypomnieć! To kompozytor ponad 500 piosenek, którego rodzice, dwie siostry i brat zginęli w Treblince – w getcie grał na pianinie w kawiarniach Nowoczesna i Sztuka.(zmarł 6 lipca 2000 r.). Niemcem, który dostarczał mu żywność był kpt. Wim Hosenfeld, wiedział, że jest Żydem. Oficer ten trafił do radzieckiej niewoli, zmarł w obozie. Szukał go uratowany Szpilman, nie zdążył. I drugi przykład. Wśród tych „innych” był przypadek, który zapamiętała wtedy 7-letnia Elżbieta Jakubowska(obecne nazwisko Kulińska, znam osoby z tej dosłownie szlachetnej rodziny) – opis ze strony internetowej Muzeum Powstania. „Nad Starym i Nowym Miastem zaczęły unosić się kłęby dymów. Buchnęły płomienie. Stłoczeni na Wybrzeżu ludzie patrzyli na płonącą Starówkę. Mama zaczęła głośno płakać. Babcia też. Przy nas stał młody żołnierz w niemieckim mundurze. Popatrzył na mamę i powiedział łamanym, polsko – rosyjskim językiem. „Nie płacz matka. Tu świeżyj wozduch … a tam wsio goreje. Nie płacz matka”. Zapamiętałam ten świeżyj wozduch i pamiętam do dziś. Mama mi to przetłumaczyła. Znała język rosyjski”.
Wymiar kościelno-polityczny
Sens, istota myśli Arcybiskupa – oznacza ostrzeżenie, wręcz alarm. Przecież nie odnosi się tylko i wyłącznie do Lewicy – SLD, PPS, Lewicy, jako ugrupowania wyborczego! Odnosi się do innych organizacji, nurtów i środowisk uważających się za lewicowe. Czy będzie błędem rozumienie pod pojęciem „neomarksista” człowieka, który nie należy do żadnej partii politycznej, ale ma poglądy zbliżone do Lewicy? Przecież tacy są także w partii sprawującej władzę, w opozycji parlamentarnej. Arcybiskup do „neomarksistów” kwalifikuje mających inne poglądy niż głosi Kościół, a sojusz „tronu i ołtarza” uważają za wielce szkodliwy dla państwa XXI wieku. Czy nie jest to „inteligentnie ukryta” zapowiedź dalszego wprowadzania wyznaniowej polityki wewnętrznej, choćby w zakresie wychowania w szkole, kształcenia na uczelniach, w administracji, działalności sądownictwa. Chyba jest nad czym pomyśleć przed wyborami parlamentarnymi – już za 2 tygodnie. „Trybuna” z 19 września opublikowała program wyborczy Lewicy, warto go poznać, wybrać posłów i senatorów, którzy będą go realizować.
Co może znaczyć pojęcie „czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi”. To subtelna figura myślowa Arcybiskupa. Zastanówcie się Czytelnicy, czy błędem jest rozumienie tu członków b. PZPR, którzy „nie chodzą”, czyli nie sprawują państwowych urzędów. Chyba, że we właściwym czasie „oczyszczeni”, dziś są „po słusznej stronie partyjno-politycznej mocy”, znani z mediów, przynajmniej niektórzy.
Byli członkowie PZPR, to jeszcze kilka milionów emerytów z rodzinami, wśród nich wojskowych, służb mundurowych, urzędników różnych ogniw administracji, posłów, nauczycieli, lekarzy, itp. Przy okazji święta Wojska Polskiego w Katowicach, Prezydent RP dementował krążące obawy o obniżeniu im emerytur i degradacji – miałyby objąć ok. 180-200 tys. „mundurowych” (w środowiskach emeryckich mówią o ukaraniu obniżkami osób pełniących różne funkcje partyjne). Owocem jest środowiskowa czujność i przypomnienie podobnej „operacji” sprzed 3 lat. Objęła ponad 40 tys. funkcjonariuszy MSW. Na forum UE upomnieli się o nich europosłowie – prof. Krystyna Łybacka, Bogusław Liberadzki, Janusz Zemke i b. szef MSW Henryk Majewski – głębokie wyrazy uszanowania i poważania! Podczas przesłuchania w Komisji UE wskazywali ustawowe łamanie elementarnych zasad prawa.
Obecny tam Andrzej Rozenek i kilku poszkodowanych tą haniebną ustawą mówiło o bezduszności ludzi władzy, stawiających chorych emerytów, z nadwyrężonym w służbie zdrowiem, wdów i sierot na granicy nędzy i utraty życia z braku środków na drogie leki. Episkopat wyrozumiale milczał, gdy ta sprawa była wcześniej nagłaśniana(tylko Biskup Polowy WP i kapelani swoiście ich bronili) Kto zwróci im zabrane fundusze, skoro Arcybiskup uznał, że „czerwona zaraza…już nie chodzi”? Sędzia Marek Przysucha z Sądu Okręgowego w Częstochowie nakazał zwrot świadczeń b. funkcjonariuszowi wydziału dochodzeniowo-śledczego MO, miał obniżone do niecałe 900 zł. Sędzia podważył prawomocność ustawy – słowa wdzięczności, Przegląd nr 37 z 2019.
Andrzej Rozenek, kandydat SLD na posła z Warszawy – zapamiętajmy, wiele razy zapowiadał, zgłoszenie w Sejmie zmiany tej ustawy, przyjętej przy braku Lewicy w obecnym Sejmie Skomentował to prof. Jacek Raciborski – „Jeżeli setki tysięcy emerytów dawnego aparatu władzy, zwłaszcza ze struktur siłowych, nie głosują na SLD, a tak było w roku 2015, to uważam ich za idiotów. Teraz część się nawróciła… Ale w pewnym momencie odpłynęła w stronę PiS. Bo SLD, cokolwiek by nie mówić złego o tej partii, konsekwentnie broni pewnego dorobku PRL, idei ciągłości państwa i ciągłości jego zobowiązań. Dowartościowuje też indywidualne biografie. Choćby ten ostatni wzgląd powinien trzymać ich przy Sojuszu” – Przegląd nr 52 z 2018. Sądzę, że tej jakże dosadnie boleśnie pouczającej dla emerytów przestrogi – nie zapomną przy urnach w 2019 r.
Na zakończenie
Od pewnego czasu, po uformowaniu się lewicowego bloku na wybory parlamentarne, zaczęły pojawiać się „środowiskowe słuchy” o potrzebie jej uwiarygodnienia się. Dociekając sensu zauważyłem, że nie są to „słowa rzucane na wiatr”, ale oczekiwania mające różne podłoża – dwa są istotne. Pierwsze-historyczne, nawiązujące do głębokiej przeszłości (błędy i „pozostałości” po PZPR) oraz do błędów SLD w III RP (nie rozwijam). I drugie – wydaje się racjonale. Tu istota polega na osobistej wiarygodności posłów, tzw. transfery partyjne oraz możliwości realizacji zapowiadanego programu wyborczego, to echo sprzed lat-„SLD wolno mniej”, stąd oczekiwanie rzetelności i odpowiedzialności. Fakt, obietnice wyborcze, bazujące na „dawaniu pieniędzy” stały się nad wyraz modne, m.in. w takiej tezie – „kradną, ale przecież dzielą się z nami”. Wyborcy-emeryci stawiali pytania – czy Lewica zgłosi zapowiadaną ustawę – pisałem wyżej, (jest w programie ogłoszonym 19 września) i przeciwstawi się pogłoskom o „dekomunizacji”, opartej na degradacji służb mundurowych i obniżeniu emerytur ludziom „czerwonej zarazy”. Widocznie nagłośniona obietnica Prezydenta RP nie uspokoiła. Bo rządzący na pokrycie obietnic muszą znaleźć fundusze. Do tego-jak słyszę z sarkazmem – biskupi martwią się tylko o życie nienarodzonych, to łatwe, nic nie kosztuje. Zaś życie starych – tych „nie ma”, zdaniem Metropolity „czerwona zaraza…nie chodzi”. Właśnie emeryci tu doszukują się milczącej zgody Episkopatu na „finansową rozprawę”, wspartą medialnymi sensacjami i półprawdami z życiorysów dawnych działaczy PZPR
Czy można temu zapobiec teraz, we wrześniu-październiku 2019. Sugestie skupiały się na pewnej formie gwarancji zaufania i odpowiedzialności. Jak to u nas Polaków bywa – wskazywano palcem na kandydatów SLD, PPS, Lewicy do parlamentu. By na spotkaniach wyborczych, gdy mówią o programach deklarowali, iż w połowie kadencji (po 2 latach), poddadzą się osądowi wyborców, zarówno etyczno-moralnemu jak i merytorycznemu ze sprawowania mandatu. Zaś w przypadku negatywnej oceny-dobrowolnie oddadzą mandat. Zdaniem wielu, to dwustronne zobowiązanie: „my ciebie wybierzemy, ty będziesz wobec nas uczciwy”. Ten swoisty „zakład”, inaczej „umowa moralna” daje szanse wejścia Lewicy do Sejmu, z możliwie dużą liczbą mandatów. Fakt, tego jeszcze w historii naszych wyborów nie było. Eksperyment ten wymaga rozwagi, z szansą powodzenia. Sądzę, że te i podobne głosy, sugestie i myśli Kierownictwu bloku Lewicy są znane. Wielu rozmówców – wyborców liczy, iż przed 13 października usłyszą czytelne deklaracje.

Hołd Bohaterom

Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić.
Generał Wojciech Jaruzelski

Obchody 75. lecia wybuchu Powstania Warszawskiego – podobnie jak we wszystkich latach poprzednich – nosiły dwa nieścieralne znamiona. Pierwsze – głęboki hołd dla poległych pomordowanych, powstańców i mieszkańców Stolicy. Wyrażał się poprzez odsłanianie tablic i pomników(o jednym z nich niżej) – w tym roku gen. Ścibor-Rylskiego, nazwy placów i ulic honorujących imiennie i zbiorowo bohaterskie czyny, ku pamięci potomnych. Wyrazem pamięci były palące się znicze; wieńce i kwiaty składne na mogiłach, pod pomnikami i tablicami; wręczane żyjącym bohaterom oraz modlitwy, które z różnym akcentem inicjowano za poległych i zmarłych. Drugie – wdzięczność mieszkańcom, którzy przeżyli gehennę tego Powstania, wygnanie z miasta, tułaczy los oraz obozy koncentracyjne, z których wiele tysięcy nigdy nie wróciło. Mam osobiste wspomnienie, gdy w moich rodzinnych stronach, miejscowa organizacja Związku Bojowników o Wolność i Demokrację zbierała datki, by na cmentarzu parafialnym wybudować symboliczną mogiłę, upamiętniającą zmarłych powstańców (wtedy dowiedziałem się, że profesor polonistyki w liceum, to młody warszawiak, nie pamiętam, czy był powstańcem). Ta mogiła – pomnik jest po dziś dzień także hołdem pamięci dla cicho i skromnie żyjących wśród nas mieszkańców Stolicy. Zaś ci, co wrócili, podjęli trud dźwigania miasta z gruzów, z milionami rodaków z całego kraju.
Geografia i „teorie rządu londyńskiego”
Niejako na „obrzeżach” tej Rocznicy, w niektórych mediach pojawiało się pytanie – od lat znane – kto odpowiada za tę tragedię? Można zacytować obszerne fragmenty książki prof. Andrzeja Leona Sowy „Kto wydał wyrok na miasto”, tytułem przyprawiającym o dreszcze (przypomnianej przez Krzysztofa Wasilewskiego, „Przegląd”, nr 31 z 2019). Zamiast tego, zachęcam Państwa do przestudiowania tego autentycznego dzieła podczas wakacji, a teraz do refleksji nad faktami sprzed 75-80 lat, do swoistej „wycieczki historycznej” do lat 1939-1944. Wielu spośród Państwa Czytelników zapewne pamięta jeszcze ze szkolnych podręczników historii fragmenty dyrektyw i rozkazów Hitlera, by jego wojska nie oszczędzały ani kobiet ani dzieci, nikogo polskiej mowy. Kto zaprzeczy, że członkowie rządu londyńskiego o tym nie słyszeli, nie znali „praktycznych skutków” tych barbarzyńskich decyzji w postaci ulicznych rozstrzeliwań we wrześniu 1939 r. w wielu miastach, np. Bydgoszczy i Gdyni, bombardowań bezbronnych miast, np. Wielunia, w Warszawie zginęło wtedy ok. 20 tys. mieszkańców, nie mówiąc o ostrzeliwanych kolumnach uciekinierów i drogach zasłanych ich trupami, a słynna szosa Zaleszczycka. Czy wniosek, iż hitlerowcy nie będą oszczędzać nikogo z Polaków, krwawo łamać każdy, nawet najmniejszy sprzeciw czy opór – był trudny do wyciągnięcia już w 1939 roku? O czym świadczyły uliczne łapanki, nie tylko w Warszawie, transporty ludzi do Oświęcimia, czy „polski Londyn” tego nie wiedział, jak chciał pomóc zagrożonym rodakom?
1941 rok, dzień 22 czerwca, operacja „Barbarossa”, Hitler rozpoczyna wojnę z ZSRR. Ten fakt zmienił przecież ówczesne pojęcie „geografii wojny” i postawił fundamentalne pytanie – czy ZSRR zdoła oprzeć się agresorowi? Wtedy było to dla Wielkiej Brytanii pytanie – dosłownie o państwowy byt, a także niezwykle istotne dla USA. Nie trudno odpowiedzieć dlaczego. Gdyby Armia Radziecka została rozbita, zniszczona przez hitlerowskie armie od zachodu i współdziałające wojska japońskie od wschodu, a ZSRR padł, opanowany przez nich – kto zapewni, że po takim zwycięstwie nie zwrócą swe siły przeciwko – właśnie USA i Wielkiej Brytanii? Zarówno Londyn, premier Winston Churchill jak i Waszyngton, prezydent Franklin Roosevelt zrozumieli to w czerwcu, lipcu 1941 r. Czy dokumenty dyplomatyczne, fakty tu przeczą? Jak postępują? Bacznie obserwują przebieg działań wojennych i rozważają możliwości udzielenia faktycznej pomocy materialnej, co staje się faktem w postaci znanych morskich transportów z pomocą wojskową do ZSRR (Murmańsk), nie mówiąc o innych formach, np. dyplomatycznych, bombardowań ważnych obiektów wojskowych w Niemczech.
Jak postępuje rząd londyński?
To podstawowe pytanie w kontekście organizacji ruchu oporu na okupowanych ziemiach, a powstania szczególnie. Przecież z inspiracji-dyplomatycznej oczywiście-premiera Churchilla, już w lipcu 1941 r. (półtora miesiąca po napaści Nieniec na ZSRR) następuje spotkanie Sikorski – Majski w Londynie, a w grudniu Generał jest u Stalina w Moskwie. Tu, podczas kilku rozmów Stalin wręcz namawia Sikorskiego do podpisania umowy Polska – ZSRR, sugerując Polsce przyrost terytorialny na zachodzie, prowincja opolska. Nic z tego nie wychodzi poza ogólnikową deklaracją, bo Generał stanowczo postawił sprawę Kresów Wschodnich i granicy z 1921 r. Pisałem o tym w tekście – sprawa zachodniej granicy, m.in. stawiając pytanie – czy Stalinowi Polska, rząd londyński mógł wierzyć. Ale wtedy to było główne zadanie dla tego rządu. Polegało na znalezieniu takich gwarancji dyplomatycznych, traktatowych z pomocą zachodnich sojuszników, by Stalin był zmuszony je dotrzymać, gdyż wtedy, w latach 1942-43, do zwycięstwa pod Stalingradem i na Łuku Kurskim miał tzw. nóż na gardle. Co w tej sferze uczynił rząd londyński? – sięgnijcie Państwo Czytelnicy po książki, np. „Londyński rodowód PRL”, Eugeniusza Guza czy „Stalinizm” prof. Eugeniusza Duraczyńskiego, jest wiele innych. Inny przykład – gen. Sikorski rozmawia z Rooseveltem na przełomie 1942-43 r., m.in. przedkłada memorandum sugerujące wyzwolenie Polski poprzez powstanie, skoordynowane z działaniami aliantów (pisze wspomniany wyżej K. Wasilewski), co wtedy Amerykanie wykluczyli. Czyżby cały rząd londyński nie zdawał sobie sprawy, nie wiedział, że jeśli ZSRR oprze się Hitlerowi, to radzieckie operacje wojskowe zakończą się w Niemczech? Czy nie wiedział, że geograficznie, „po drodze” między Moskwą a Berlinem jest, leży terytorialnie Polska? Czyżby cały rząd londyński wyobrażał sobie, że Armia Radziecka ominie Polskę, np. przez Czechy i Bałkany? Na co liczył – że Hitler podpisze akt kapitulacji ze Stalinem najpóźniej latem 1944 r., co spowoduje, że ziemie Polski staną się tranzytowe dla „wyjeżdżających” wojsk Hitlera, jak w innych okolicznościach częściowo stało się w 1918 r., by całe siły skierować przeciw aliantom. Takie kalkulacje były w głębokim zaciszu gabinetów Londynu i Waszyngtonu, ale te stolice taką ewentualność skutecznie sparaliżowały. Brak jest archiwalnych dowodów, że takie rozwiązanie brano pod uwagę w Berlinie, nawet planując zamachy na Hitlera, np. w Winnicy czy Kętrzynie. Przepraszam Państwa, że takimi, wręcz banalnymi wywodami zajmuję uwagę.
Inny przykład – Armia Andersa
To podczas wspomnianej rozmowy z gen. Sikorskim, Stalin oponował, by ta armia zamiast ewakuować się do Persji (dzisiejszy Iran) walczyła wraz z Armią Radziecką. Czyżby znów rząd londyński nie wiedział, że geograficznie jest bliżej ze Wschodu do Warszawy niż z Azji Mniejszej czy Włoch? A ponadto, właśnie ten rząd miałby polityczny i wojskowy atut w ręku, wobec aliantów. (pisałem we wspomnianym tekście). Co z tego wyszło – wiemy, znamy dzisiejszą narrację, nie pytam kto jej wierzy.
Przecież rząd londyński wiedział o ustaleniach w Teheranie (28 listopada 1 grudnia 1943 r.) nie tylko z tzw. przecieków, ale z informacji Churchilla, piszą prof. Duraczyński i E. Guz, a tu cytuję: „Chciałbym, żeby Rząd Polski przyjął jako podstawę do rokowań (z ZSRR, E.D) linię Curzona z pozbawieniem Polski Lwowa i w zamian za kompensaty obejmujące na rzecz Polski Prusy Wschodnie, Śląsk Opolski i wyrównanie granic na zachodzie, aż do linii Odry. Rozumiem, że musicie to przyjąć jako konieczność, ale przyjąć z entuzjazmem jako rozwiązanie na szeroką skalę. Wymaga tego interes nie tylko Polski, ale wszystkich narodów Zjednoczonych… Proszę zatem Panów o przyjęcie tego rozwiązania, które uważam za słuszne i które doradzam jako przyjaciel Polski” – było to 20 stycznia 1944 r. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz i wyciągnijcie sobie wnioski w kontekście wyzwolenia Polski latem 1944 r. i decyzji o wybuchu Powstania, którą podjął ten rząd pod przewodnictwem nowego premiera, Stanisława Mikołajczyka. Miał więc premier i rząd pół roku czasu, by zastanowić się i podjąć logicznie wynikające z tego decyzje. Churchill spotkał się 25.04.44 r. z Z. Berezowskim i gen. St. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania „linii Curzona”. Gdy Polacy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do relacji z rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Komentarz pozostawiam Państwu.
Tuż przed wyjazdem Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem w Moskwie (1-9 sierpnia 1944), prezydent Roosevelt spotkał się Janem Karskim, a świadkiem rozmowy był ambasador Ciechanowski. Tu taki fragment – Roosevelt mówi do Janem Karskiego – „Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”. Było to 28 lipca 1944 r., czyli po wyrażeniu przez rząd londyński zgody na wywołanie powstania, z pozostawieniem decyzji o jego terminie dowództwu AK w Warszawie. Czy ta wiadomość skłoniła Mikołajczyka do refleksji, do zastanowienia nad treścią zbliżającej się rozmowy? Jak pisze Jan Karski – „Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów Prusy Wschodnie, tylko na północy” (Jan Karski, Maciej Wierzyński, Emisariusz własnymi słowami, Głos Ameryki, 1995-1997 Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Komentujcie to Państwo na swój sposób!
Raz jeszcze zwrócę uwagę, iż Mikołajczyk był w Moskwie na początku sierpnia przez 9 dni. Od 22 lipca, jeszcze w Londynie wiedział, że powstał PKWN. Przecież zmieniło to diametralnie sytuację jego osobiście i rządu. Z jaką więc misją do Stalina jechał – czy jako „równorzędny partner”? Czy chciał z nim nawiązać współpracę, z PKWN i to natychmiast, gdy w Warszawie obficie lała się krew, do czego – powtórzę-on sam i rząd przyłożyli rękę? Dokumenty o tym nie mówią, a historycy dopatrzyli się kilku kłamstw w jego pamiętnikach. Są podstawy by twierdzić, że znał siłę bojową powstańców (amunicji wystarczy na 3 dni), był informowany o przebiegu Powstania, choćby o wymordowaniu mieszkańców Woli. Dlaczego więc nie prosił, nie szukał pomocy, błagał – dosłownie na klęczkach Stalina o natychmiastową pomoc wojskową? Wiedział przecież, że jest 1 AWP, już weszła do Polski, na lubelszczyznę Z dystansu czasu – czy nie on, premier i jego rząd są odpowiedzialni za zamordowanie Warszawy? Dowiódł tego dokumentalnie wspomniany prof. Sowa.
Co działo się w Stolicy?
Wielu powstańców napisało pamiętniki, wspomnienia, a historycy obszerne, naukowo uzasadnione publikacje, jest ich tysiące, są powszechnie dostępne i części Czytelnikom znane. Tu tylko taki fakt. 19 kwietnia 1943 r. wybuchło powstanie w getcie. Przyczyną wybuchu był widok starego Żyda stojącego w beczce, a dwaj SS-mani ze śmiechem, nożycami obcinali mu brodę. To upokorzenie u Marka Edelmana wywołało wolę i siłę oporu – „nie można dać się wepchnąć w beczkę. Ani poddać się bez walki”, mówił po latach.. Z bronią w ręku stawiło opór ok. 2 tys. słabo uzbrojonych Żydów, wspieranych przez kilka oddziałów, m.in. AK, AL. Niemcy złamali opór 15 maja, symbolem tego był spalenie Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackie 7. Spalili dzielnicę żydowską. Zginęło ok. 7 tys. osób, ok. 6 tys. spłonęło żywcem, ok. 50 tys. wywieziono do Treblinki. Gen. Jurgen Strop meldował Hitlerowi – „Nie ma już żydowskiej dzielnicy w Warszawie”. Pytam kolejny raz – czy ten fakt w postaci wymordowanej ludności i spalonej dzielnicy – niczego nie nauczył, ani dowództwa AK, ani delegata rządu londyńskiego na kraj? Nie skłonił do refleksji, by oszczędzić cierpień i zachować życie swoich żołnierzy i mieszkańców? Ponieważ było to na rok przed powstaniem-pytam dosadnie – czy ten okres czasu pozbawił władze wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za decyzje i ich skutki dla cywilnej ludności Warszawy?
Dla wielu Czytelników nie jest znany fakt, że na kilka dni przed wybuchem powstania przedstawiciel dowództwa niemieckiego w Warszawie, spotkał się z przedstawicielem Komendy Głównej AK i poinformował, że Niemcy wiedzą o przygotowaniach do powstania (widocznie wywiad ich był skuteczny) i przestrzegał przed tym krokiem. Podobny fakt miał miejsce 7 września w Józefowie, tym razem z sugestią by przerwać powstanie. Jakie były tego skutki – wiemy!
W 20 rocznicę Powstania
Nie zdziwcie się Państwo, że cofam się pamięcią aż o 55 lat. To z uwagi na tamtą formę i treść obchodów. Jednocześnie wszystkich Czytelników przepraszam, jeśli skaleczę czyjeś ucho lub wzrok nazwiskiem i fragmentem referatu Zenona Kliszki, jaki wygłosił w przeddzień 20 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: „Powstanie było dobitną demonstracją woli walki z okupantem, bohaterstwa i patriotyzmu ludu Warszawy (…). To jest jedna strona prawdy o Powstaniu Warszawskim. Ta chlubna i bohaterska, przechowywana w pamięci narodu i złotymi zgłoskami wypisana na kartach dziejów walki o niepodległość (…) Prawdy o politycznych przyczynach Powstania, a zarazem przyczynach jego tragedii nie znali i nie mogli wówczas znać ci, którzy walczyli i ginęli na ulicach Warszawy. Powstanie Warszawskie stało się powstaniem ludowym. Główną jego siłą była ludność Warszawy, ona też największe poniosła w nim ofiary. Jego armią była przede wszystkim patriotyczna młodzież warszawska, która w powstaniu widziała tylko jeden cel – walkę ze śmiertelnym wrogiem, walkę o wolność i niepodległość swojej Ojczyzny (…).Tę wypowiedź pozostawiam Czytelnikom do własnych refleksji w zderzeniu z wypowiedziami, że w PRL nie pamiętano o Powstaniu. A dalej – „Inspiratorzy i sprawcy Powstania mieli pretensje do wszystkich o to, że zakończyło się ono katastrofą. Oskarżali oni Armię Radziecką, że mogła zdobyć Warszawę, a nie uczyniła tego ze względów poza militarnych. Oskarżali Anglosasów o brak dostatecznej pomocy w postaci zrzutów broni i amunicji, o pozostawienie walczącej Warszawy własnemu losowi i na łasce opatrzności. Ludzie, których sumienia są bardzo obarczone, biją się najczęściej w cudze piersi (…). Zapytam, jakie stąd wnioski wyciągnięto u nas w latach 1944-1950 oraz w 1981r? Dalej, Zenon Kliszko przypomniał taki fakt – >7 września grupa oficerów z oddziałów powstańczych, głównie AK-owskich w oficjalnym, przesłanym drogą służbową memoriale do Bora-Komorowskiego stwierdzała: „już w drugiej połowie sierpnia powstanie straciło swój sens polityczny i dziś po 5 tygodniach powstania nie ma nawet sensu militarnego i z walki zbrojnej przekształciło się w pospolitą mordownię naszych żołnierzy i dziesiątków tysięcy bezbronnej ludności Warszawy… Domagamy się w imieniu licznego korpusu oficerskiego i setek tysięcy obywateli Warszawy, byś niezwłocznie nawiązał iskrową łączność z gen. Rolą-Żymierskim”. Dowództwo AK zareagowało na ten memoriał oddaniem sprawy jego autorów prokuratorowi wojskowemu(…) 9 września płk „Monter” w liście do Bora-Komorowskiego pisał: „proponuję nieśmiało wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę. Zmieniają się warunki walki – bądźmy więcej elastyczni. Każdy, kto da nam pomoc – zasłuży na wdzięczność. Wszystko inne jakoś się ułoży (…) Bór-Komorowski odpowiedział na ten list: „zwracanie się do Żymierskiego jest – moim zdaniem – zdradą’. Ciekawe, czy te meldunki są widoczne w Muzeum Powstania, co Państwo myślicie? Dalej Kliszko mówił: „W bezpośredniej walce z wrogiem, w długie dni i noce powstania, nawiązywało się braterstwo broni żołnierzy i oficerów AL i AK. Nie mogła mu przeszkodzić antykomunistyczna propaganda londyńskiej delegatury i jej ugrupowań, prowadzona przez cały czas powstania. Krew przelana na barykadach Warszawy przez żołnierzy AK i AL, przez wszystkich bojowników powstania, była wspólną ofiarą dla umęczonej okupacją Ojczyzny, dla jej wolności. Pozwólcie mi przyjaciele, powiedzieć kilka słów na tematy osobiste. Podczas Powstania walczyłem cały czas w żoliborskim zgrupowaniu Armii Ludowej. Współdziałanie między nami a Armią Krajową było na ogół poprawne, jeśli nie liczyć kilku drobnych incydentów. Z dowódcą AK, pułkownikiem „Żywicielem” spotykaliśmy się dość systematycznie, omawiając bieżące sprawy, dotyczące współdziałania obu formacji wojskowych… Pułkownik „Żywiciel” próbował nas przekonać i prosił o wyrażenie zgody AL na kapitulację. Zapewniał nam opiekę i ochronę, traktowanie na równi z członkami AK, gdyż AL w rozmowach kapitulacyjnych została postawiona poza prawem. Prawa kombatantów przyznano tylko żołnierzom i oficerom AK. Wierzyłem mu, lecz w naszej sytuacji na kapitulację nie mogliśmy wyrazić zgody… Nie wiem gdzie jest i co robi pułkownik Mieczysław Niedzielski – „Żywiciel”. Z tej trybuny ówczesny porucznik „Zenon’, członek dowództwa żoliborskiego AL przesyła mu słowa żołnierskiego pozdrowienia”. (cały tekst wystąpienia można przeczytać w „Trybunie Ludu” z 1.08.1964). Skierujcie Państwo swe serdeczne myśli i westchnienia do jeszcze
żyjących Powstańców.
Kilka refleksji
Wiadomo, iż Bór-Komorowski nie zwrócił się o pomoc. Pan prof. Zdzisław Sadowski wspomina, iż kilka lat po wojnie, w Genewie wysłuchał referatu Bora na spotkaniu z Polonią, który powiedział – „Proszę państwa, myśmy przecież mieli dwóch wrogów. Podjęcie decyzji o powstaniu było bardzo trudne, zwłaszcza, że mieliśmy broni na trzy dni. Ale proszę państwa – myśmy zupełnie byli pewni – cytuje dosłownie, mówi Profesor – że Armia Czerwona przyjdzie nam z pomocą” (Przegląd, nr 35 z 2018). Jakże to – ciśnie się pytanie – od jednego wroga oczekiwał pomocy przeciw drugiemu? A czy sam zwrócił się o nią do Rosjan? Nie chciał nawet rozmawiać ze swoimi, żołnierzami 1 AWP? Przynajmniej w pewnym sensie starałbym się zrozumieć tłumaczenie Bora w Genewie, jako odpowiedzialnego za wybuch Powstania. Ale nie mogę z uwagi na tekst, jaki opublikował Przegląd nr 32 z 2019. Pan Redaktor Paweł Dybicz cytuje i komentuje rozkaz Bora w sprawie wywołania powstania w Krakowie, wydany 23 sierpnia 1944 r. Przeczytajcie Państwo to zdanie jeszcze raz – tak, rozkaz Bora dla Krakowa! Serdecznie, gorąco zachęcam do tej nie znanej lektury! Temu sprzeciwił się – jak pisze Pan Redaktor – sam kard. Adam Sapieha! Kto rozumny może to pojąć? Czy Bor, jego najbliżsi podwładni nie znali, nie widzieli do 23 sierpnia skali zniszczeń budynków Warszawy, jej dóbr kultury materialnej, w tym sakralnej, kościołów. Nie słyszeli o morderstwach na Woli, na Ochocie, na Starym i Nowym Mieście, w Śródmieściu? Cytowany rozkaz „otwiera oczy” na poczytalność Bora. Zachęcam też Państwa do nabycia promowanej w tym numerze „Przeglądu” książki „Zakłamana historia Powstania. Raporty oficerów AK: to się skończy katastrofą”. Dziękuję Redakcji, z akcentem uznania dla Pana Redaktora Pawła Dybicza i raz jeszcze wszystkich Państwa zachęcam do tej pasjonującej lektury.
Kolejna refleksja. To dowództwo 1 AWP za zgodą dowódcy 1 Frontu Białoruskiego (marsz. Rokossowski) wydzieliło 2 i 3 dywizje piechoty do pomocy powstańcom. Generał Wojciech Jaruzelski wówczas chorąży, dowódca zwiadu w 5 pp, z tego okresu zachował takie frontowe wspomnienia: „Wiadomość o Powstaniu Warszawskim dotarła do nas bodaj 3 sierpnia. Nie wyglądało to wtedy dramatycznie. Powstanie nie było jeszcze przedstawiane jako wynik decyzji zgubnych, politykierskich. 13 sierpnia gen Rola-Żymierski pisał m.in. w swym rozkazie: „Warszawa wytrwała na posterunku obrony honoru narodu polskiego. Warszawa trwa”. Później, na przyczółku magnuszewskim zostałem kontuzjowany. Wreszcie zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”. Zachęcam Warszawiaków, a także turystów do spaceru po obu brzegach Wisły w Stolicy, by zobaczyć jak upamiętniono tę rocznicę na płycie czerniakowskiej i żoliborskiej oraz po praskiej stronie pod pomnikiem gen. Zygmunta Berlinga. Sprawdziłem – są kwiaty przy skwerze płk. Antoniego Żurowskiego, który trzeciego dnia przerwał powstanie na Pradze, oszczędzając życie podwładnych i mieszkańców oraz zniszczeń w tej dzielnicy. Zmarł w 1988 r., spoczywa w Pruszkowie. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski, wtedy Przewodniczący Rady Państwa, w dniu pogrzebu posłał swego przedstawiciela by złożył wiązankę kwiatów od frontowego żołnierza, bez rozgłosu, z głębi serca, po ludzku.
Generał, jako Prezydent Polski w 45 rocznicę Powstania z kard. Józefem Glempem odsłonił Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego i wygłosił przemówienie, które załączam. Pomyślcie Państwo nad sensem oraz istotą tej nazwy dla samych powstańców i mieszkańców Stolicy. Dlaczego – jak mówił Generał – ten Pomnik „powstał w toku sporów i dyskusji” oraz jaki był ludzki i materialny bilans Powstania Warszawskiego, napiszę na początku października br.

Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Generała Wojciecha Jaruzelskiego
na uroczystości odsłonięcia Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego

1 sierpnia 1989 r.

Pozdrawiam Was – żołnierze wszystkich formacji, obrońcy barykad, łączniczki, sanitariuszki, harcerze, uczestnicy nieśmiertelnego czynu mieszkańców naszej Stolicy.
Po wieczne czasy w zbiorowej pamięci pokoleń przechowane będą tamte dni „krwi i chwały” – bezprzykładne męstwo Powstańców, cierpienia ludności cywilnej, barbarzyństwo najeźdźcy.
To miasto dumne, miasto nie ujarzmione zawsze „urągało wrogowi”. Ceniło nade wszystko wolność i honor. Od Kilińskiego po Starzyńskiego, od listopadowych ogni na Solcu po zamach na gestapowskiego wielkorządcę; od pogrzebu „pięciu poległych” po wyrwane gołymi rękami z ruin cegły – nie gasł tu ani na chwilę płomień patriotycznej ofiarności ludu Stolicy.
Patrzą dziś na nas ci, których Polsce zabrakło – niemi świadkowie powstańczej epopei. Ci, którzy szli „z visami na tygrysy”. Którzy do ostatniego tchu bronili szańców na Mostowej i Freta. Którzy schodzili opodal w czarne piekło kanałów. Którzy ginęli pchnięci bagnetem w szpitalu polowym na Długiej. Ten zakątek naszego miasta, symbolizuje jak gdyby całą walczącą Warszawę – od Woli po Mokotów, od Powiśla po Żoliborz. Jej nieustępliwą walkę o każdy kamień – od pamiętnej, wrześniowej barykady na Opaczewskiej, po desant czerniakowski i żoliborski. Od powstania w getcie, po wyzwolenie Stolicy.
W takim dniu jak dzisiejszy – nikt z wojennego pokolenia nie potrafi oprzeć się wspomnieniom. Polegli w tym mieście towarzysze mojej młodości. Spalono szkołę, w której się uczyłem. Podczas walk o Pragę, o wiślane przeprawy, w okopach Bródna i Pelcowizny, patrzyliśmy ze ściśniętym sercem na nasze umierające miasto – na pełznąca chmurę dymu i nocne łuny nad lewym brzegiem. W styczniowy dzień 1945 roku byłem wśród tych, polskich żołnierzy, którzy stanęli na wypalonym, opustoszałym cmentarzysku Stolicy. Tego nigdy zapomnieć nie można.
Minęły od tamtych czasów cztery z górą dziesięciolecia – cała epoka. Były w niej karty wielkie: patriotyczny zryw, odbudowa zrujnowanego miasta, jego wielki awans urbanistyczny i przemysłowy, naukowy i kulturalny. Ale były i niesprawiedliwość, ludzkie krzywdy, przemilczenia. To już zamknięta księga.
Spójrzmy przed siebie. Rzeczpospolita, choć ugina się pod brzemieniem trudności, jest suwerenną, bezpieczną w swych granicach Ojczyzną wszystkich Polaków. Wchodzi na nową drogę. Niech będzie Polską na miarę myśli i marzeń tych, którzy dnia dzisiejszego nie doczekali. A zarazem na miarę oczekiwań tych, którzy w kolejne rocznice wybuchu Powstania staną na tym miejscu, aby w bolesnym skupieniu zdać odwieczny polski raport.
Trzeba nam spełnić testament poległych, podać sobie rękę ponad tym co w przeszłości dzieliło. Niechaj ten pomnik – dowód wiecznej pamięci i hołdu dla Bohaterów Powstania Warszawskiego – służy sprawie narodowego pojednania. Powstał w toku sporów i dyskusji. Być może będzie je budził jeszcze nie raz. Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia.
Salutuję poległym. Wyrażam szacunek tym, którzy ocaleli. Zwracam się do urodzonych już po tamtej hekatombie, aby nie zapomnieli nigdy, skąd ich ród.