Chwała Powstańcom i mieszkańcom zamordowanego Miasta

„Warszawa-mały Paryż” – prof. Ignacy Mościcki; „Warszawa – zbiorowy żołnierz” – marsz. Józef Piłsudski; „Warszawa – najwspanialsza barykada wolności jaką znają dzieje” – Władysław Raczkiewicz; „Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia”– gen. Wojciech Jaruzelski

Piękne porównanie naszej Stolicy do tej zachodniej metropolii, przedwojennego prezydenta RP jawi się należnym ukłonem dla jej materialnych i kulturowych zasobów, np. budowli, rzeźb, malarstwa, dzieł literatury, pomników (pierwszy w Polsce króla Zygmunta). W Paryżu przy liczącym 20 tys. żołnierzy garnizonie niemieckim też wybuchło powstanie, wszczęte 19 sierpnia przez ruch oporu, wsparty dywizją pancerną armii Wolnych Francuzów. Przy niewielkich stratach materialnych i ludzkich zostało wyzwolone 25 sierpnia, choć sprzymierzeni początkowo nie zamierzali zdobywać miasta. Dlaczego tak nie stało się w Warszawie? W imię jakich-logicznie narodowych i politycznie racjonalnych idei i wizji, rząd londyński, dowództwo AK wystawiło Miasto na mordowanie przez 63 dni?
Pytań jest wiele i odpowiedzi – mniej czy bardziej realnych także wiele. Jedną ze znamiennych prezentuje prof. Jan Ciechanowski: „Masakra Warszawy była owocem zupełnie nietrafnej oceny sytuacji pod względem politycznym i geostrategicznym. Nałożyły się na to ambicje jednego człowieka, Okulickiego. Powstanie nie musiało i nie powinno dojść do skutku”. Wspomniany gen. Tadeusz Okulicki, podczas jednej z narad przed wybuchem powstania miał powiedzieć „Podejmujemy w sercu Polski walkę z taką mocą, by wstrząsnęła opinią świata. Krew będzie się lała potokami, a mury będą się walić w gruzy. I taka walka sprawi, że opinia świata wymusi na rządach przekreślenie decyzji teherańskiej, a Rzeczypospolita ocaleje” (Jan Ciechanowski, „Kulisy genezy Powstania Warszawskiego”, Londyn 1978). Co i jak spełniło się – Państwo wiecie. „Opinia świata” – „wstrząśnięta” była, ale swoimi sprawami, jakich II wojna światowa dostarczyła ponad miarę, krajom Europy szczególnie. Czy tego do sierpnia 1944 r. nie wiedział rząd londyński i Dowództwo AK w Kraju, z bólem i sarkazmem można pytać. Natomiast Paweł Jasienica w 1948 r. pisał: „Dziś wiemy: nie wolno dać się unieść patosowi historii. Nie wolno bytu narodu stawiać na jedną kartę. Nie wolno porywać się do walki zbrojnej za wszelką cenę. Boleśnie zapłaciliśmy za tę naukę.” Rok później oceniał: „Powstanie było wymierzone militarnie przeciw Niemcom, politycznie przeciw Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce” („Wrzesień i sierpień”, Tygodnik Powszechny nr19 z 1949 r.)
Do tego cztery takie wypowiedzi Czytelników Trybuny sprzed kilkunastu laty:
1. We wrocławskim Okręgowym Klubie Oficerskim odbyła się konferencja naukowa na temat 60. rocznicy Powstania Warszawskiego, zorganizowana pod przewodnictwem gen. rez. Zdzisława Rozbickiego. Przybył na nią jako gość honorowy gen. Wojciech Jaruzelski. Lokalna telewizja zaprezentowała – z tej okazji (!) – liczne migawki ze stanu wojennego, wraz z informacją, że pełną odpowiedzialność ponosi za to gen. Jaruzelski. Po pierwsze – Generał nigdy od odpowiedzialności się nie uchylał; po drugie – oprócz umiejętności manipulacji, dobrze byłoby mieć trochę wiedzy, nie wspomnę o przyzwoitości (Czesław Świątecki, Wrocław,4.10.04)
2. „Ludzie, których ojcowie brali udział w powstaniu i którzy je dziś adorują nie uwierzą mi, że kiedy w drugim dniu powstania w mundurze z podchorążackimi odznakami przechodziłem przez piwnice, to bardzo bałem się nie bomb, ale ludności cywilnej, zgromadzonych tam matek z ginącymi dziećmi. Nikt nie pamięta, że obok entuzjazmu była także rozpacz i niechęć do nas. Przecież w powstaniu zginęła ogromna liczba cywili, którym powstanie, ten „zryw” zgotował ogrom klęski, nieszczęścia, rozpaczy (..) Dzielni panowie, obnoszący się dziś z obrzędowym patriotyzmem, wpuszczeni w mundurze AK-owskim do piwnicy zostaliby rozszarpani przez rozpaczające kobiety, którym umierały dzieci. O tym oni ani nie wiedzą, ani w to nie uwierzą, bo tak jest ukształtowana ich mentalność, tzw. patriotyczna, która z prawdziwym patriotyzmem ma niewiele wspólnego, jest obrzędowa, kultowa i ksenofobiczna” (…) Powstanie Warszawskie doprowadziło do zniszczenia wielkiego miasta, ale nie spowodowało zniszczenia złudzeń, bo tego zniszczyć się nie da (…) Gdy od czasu do czasu trafiam na cmentarz powstańczy, to widzę to wspaniałe pokolenie zakopane przez Historię, na którą złożyły się i winy, i błędy, i nieszczęścia” (Roman Bratny, „Kolumbowie raz jeszcze”, „T” z 2.08.06).
3. Dlaczego nikt uczciwie nie powie, że wybuch był zbrodnią, która doprowadziła do śmierci 200 tys. mieszkańców Stolicy i poległych powstańców? Warszawa niegdyś nazywana Paryżem Wschodu, obróciła się w gruzowisko, a ulice spłynęły krwią. Czy o taką Polskę walczyli powstańcy 1944 r.? (Grzegorz Czapliński, e-mail, 1.08.07)
4. Monopol AK na Powstanie Warszawskie. Tak, w 100 procenstach za wywołanie i tragiczną klęskę odpowiada AK. Bohaterska walka w beznadziejnej sytuacji to wiekopomne dzieło żołnierzy AK, AL, oddziałów PPS i żołnierzy LWP z 1 Armii WP oraz ludności cywilnej Warszawy (Tomasz Borowicz, Biskupice, 2.08.07)
5. „Powstanie…od lat dzieli Polaków i to nie według kryteriów politycznych, ale głównie poprzez udział emocji w ocenie historii”. Redaktor Andrzej Ziemski sierpień br.,
Tragiczny „plon” Powstania
Podczas Powstania zginęło ok. 200 tys. osób (inne dane że ok. 150-180 tys.), w tym aż 33 tys. dzieci. Oznacza, że co 6-7 osoba poległa lub zginęła jako ofiara egzekucji. Po Powstaniu, do niemieckiej niewoli trafiło ok. 2,5 tys. dziewcząt i ok.1,1 tys. chłopców w wieku 11-18 lat. Na Woli (5-7 sierpnia) i Ochocie (4-25 sierpnia) zamordowano łącznie ok. 50-60 tys. osób; po zamordowanych zebrano ok. 12 ton popiołów ludzkich, złożonych przy ul. Wolskiej 174/176 w 1946 r. Poległo ok. 18 tys. powstańców, ok. 20 tys. było rannych. Dziennie podczas Powstania ginęło statystycznie prawie 3,5 tys. ludzi – trzy razy więcej niż podczas hitlerowskiego oblężenia Leningradu (1941-1943). Z domów wypędzono ok. 650 tys. warszawiaków, z których ok. 55 tys. deportowano do obozów koncentracyjnych, wróciło ok. połowy; ok. 165 tys. wywieziono do Rzeszy na roboty. Ocalało ok. 550 tys. Warszawa, która przed wojną liczyła 1 mln. 310 tys. mieszkańców, straciła łącznie ok. 800 tys. Dopiero 25 lat po wojnie, w 1970 r. osiągnęła tamtą liczebność. Jak obliczono, gruzy po zniszczeniach liczyły ok. 20 mln.m3. Czy Czytelnicy mają wątpliwości, że wówczas, ale i lata wcześniej, np. powstania – była Warszawa „zbiorowym żołnierzem”, wg Marszałka? Warto zadumać się także 75 lat później – nad wnioskami z tej „najwspanialszej barykady wolności”, gdzie „Krew lała się potokami, a mury waliły się w gruzy”.
Na przyczółkach: Czerniaków, Powiśle i Żoliborz wspólne walki Powstańców i żołnierzy 1 AWP trwały 8 dni, tj.16-24 września okupione ofiarą 4892 poległych, rannych i zaginionych żołnierzy (od kilku lat podawane są niższe straty, np. 3764 żołnierzy). „Rodzina Kościuszkowców” środowiska kombatanckie, przedstawiciele SLD, PPS i Lewicy z udziałem kandydatów do Sejmu i Senatu, min. Moniki Jaruzelskiej, której Ojciec – wówczas chorąży – tu walczył i Katarzyny Piekarskiej. Szkoda, że pilne sprawy zatrzymały Piotra Gadzinowskiego i Andrzeja Rozenka, nie pozwalając im przy Pomniku Kościuszkowca na Pradze 16 września, oddać hołdu bohaterom, wraz z władzami dzielnicy. Hołd kościuszkowcom spoczywającym na miejscowym cmentarzu oddali mieszkańcy i władze Rembertowa.
Wszystkich Czytelników, którzy są zainteresowani tą tematyką zachęcam do czytania Przeglądu, np. nr 37 z 9-15.9.2019 oraz z lat poprzednich z tego okresu.
Niemcy zestrzelili 35 lotniczych załóg polskich, brytyjskich, południowoafrykańskich, kanadyjskich.
Straty niemieckie: 1570 żołnierzy zabitych, 9044 rannych, 100-200 zabitych cywili.
Prezydent USA, Franklin Delano Roosvelt, po upadku Powstania Warszawskiego m.in. pisał do Stalina – „Mam nadzieję, że nie muszę zapewniać Pana, iż Stany Zjednoczone nigdy nie poprą żadnego tymczasowego rządu w Polsce, sprzecznego z Pana interesami” (list w książce Ludwika Stommy „Polskie złudzenia narodowe”).
Upamiętnienie Powstania
Pierwszy pomnik na Powązkach – Gloria Victis, (zwieńczony orłem bez korony) – już w 1946 r. wybudowany, a przebudowany pod koniec lat 60. Jest wyrazem hołdu ekipy Właadysława Gomułki, złożonym poległym powstańcom. Jednym z ostatnich – 63-metrowy maszt z łopocącą flagą, na rondzie „Radosława”. W PRL wydano ok. 3,5 tys. książek (w wielotysięcznych nakładach) i artykułów poświęconych Powstaniu. Wiele z nich należy do kanonu, np. pozycje Jerzego Kirchmajera, szefa sztabu Okręgu AK Warszawa, Lesława Bartelskiego, powstańca, żołnierza AK i prof. Jana Ciechanowskiego, Romana Bratnego. Wtedy powstały najważniejsze filmy o powstaniu: „Kanał”, pierwszy powojenny film 1956, „Eroica” reż. Andrzej Munk., „Godzina W” Janusza Morgensterna oraz „Warszawskie dzieci” – pieśń Ryszarda Dobrowolskiego. Wybudowano kilkaset pomników, np. „Małego powstańca” na Starym Mieście, autor Jerzy Jarnuszkiewicz i tablic pamiątkowych. Wielu powstańców awansowano, np. „Radosław” gen. Jan Mazurkiewicz; odznaczano orderami, w tym Virtuti Militari.
Krakowska homilia
Metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski, 1 sierpnia 2019 r. podczas Mszy św. wygłasza homilię, by upamiętnić duchową nauką 75 rocznicę Powstania Warszawskiego. Po wspomnieniu jego historii – jak podaje Wirtualna Polska, nawiązał do współczesności. Medialną, publiczną sensacją stały się słowa, myśli: „Z powstańczych mogił narodziła się wolna Polska, choć na jej narodzenie trzeba było czekać bardzo długo. Czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi, co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca i umysły. Nie marksistowska, bolszewicka, ale zrodzona z tego samego ducha, neomarksistowska. Nie czerwona, ale tęczowa”. Różni fachowcy, po blisko dwóch miesiącach szacują, że może nawet kilka milionów Polaków „ogarnęły dreszcze” po tych słowach, „przeszły ciarki po plecach”. Zrozumieli je jako porażającą pogardę wobec ludzi starających się rozumieć i realizować decyzje władzy – „czerwonej zarazy”, 45 lat PRL (1944-1989). Można je sytuować na dwóch wielkich wymiarach – materialnym i ludzkim.
Wymiar materialny
Metropolita nie miał na myśli odbudowy spalonych miast i wsi, przekształcania Polski z kraju rolniczego w przemysłowy, lata 1944-1970. Warto – szczególnie biskupom i księżom – przypomnieć („Trybuna”, „czerwona gazeta”, tytułem i treścią jest czytana przez duchownych, świadczą różne sygnały). Decyzję o odbudowie Warszawy podejmowali „czerwoni” władze PKWN. Taka ciekawostka. Bezmiar zniszczeń zabudowy Stolicy wydawał się w 1945 r. z fizycznego, materialnego punktu widzenia nie do udźwignięcia.
Bolesław Bierut wysunął pomysł by stolicę Polski przenieść do Łodzi, która nie była zniszczona podczas wojny. Stanowczo zaprotestował Rząd Tymczasowy (urzędował w budynkach PKP Warszawa Wileńska na Pradze). Jego premier Edward Osóbka-Morawski zwrócił się do Stalina, tak!, o pomoc w przekonaniu, by jednak Warszawa została stolicą Polski. Decyzja Stalina: Warszawa będzie odbudowana jako Stolica (proszę oczu nie przecierać ze zdumienia, tylko sprawdzić w archiwalnych dokumentach. Raz jeszcze przeczytać „list” Roosevelta do Stalina). Czy ktoś zna dokument, w którym byłoby zabronione odbudowywanie Kościołów, świadomie burzonych przez noszących na żołnierskich pasach wezwanie „Gott mit uns”– „Bóg jest z nami”? Może Państwo znają dokument nakazujący odbudowę cerkwi Aleksandra Newskiego, zniszczonej decyzją Piłsudskiego? Niech Państwo sięgną do warszawskich przewodników, a ciekawostki z nią związane otworzą nie jednemu oczy! Pytam więc – co zrobić z Kościołami, które odbudowywane były na mocy decyzji „czerwonej zarazy”? Nie tylko były decyzje ale i „ruski” sprzęt, samochody (wśród nich Studebackery USA), materiały itp. A może należałoby zburzyć np. Kościół Św. Krzyża lub Katedrę Polową WP przy ul Długiej (dawna cerkiew), dowolnie inny, są zdjęcia ruin nie tylko z Warszawy, by teraz odbudować je pod kierunkiem tego Metropolity – rękami biskupów, księży i wiernych uznających nienawiść i pogardę do innych, kolejny raz „udomowioną” krakowską homilią. By była jasność – nie jest moim zamiarem obraza, upokorzenie. Tylko drastyczne zwrócenie uwagi na odpowiedzialność za słowa – te też ranią i zabijają, podobnie jak gruzy z Kościołów burzonych barbarzyńską ręką – od godz.4.40. 1 Września 1939 w Wieluniu, do 17 stycznia 1945 w Warszawie.
A może wszystkie warszawskie Kościoły należałoby odkazić specjalnym preparatem dobrej marki z USA, by z nich usunąć nie tylko „czerwone” odium z kamiennych, ceglanych murów ale i wypędzić „ducha marksistowskiego, bolszewickiego” – jak nauczał Arcybiskup. Czy na tym należy poprzestać – ktoś przewrotnie zapyta? Może odkazić w Polsce wszystkie Kościoły odbudowane i zbudowane za PRL w latach 1944-1989. Że „czerwona zaraza …już nie chodzi”, nie ma po niej śladów, pozostałości – upewnić się „na wszelki wypadek” warto! To przypomniało mi rozmowę z gen. Wojciechem Jaruzelskim, gdy zapytał czy wiem jak był przezywany, jaki miał „przydomek” w niektórych kręgach partyjnych. Rzeczywiście nie wiedziałem, co Generał przyjął, że przez grzeczność nie powiem i oznajmił z uśmiechem na twarzy – „kościelny”. Nie był pewien liczby wybudowanych Kościołów w latach 80., ok.2,5-3 tys., przy brakach i reglamentacji materiałów budowlanych. Proszę, niech Czytelnicy sięgną pamięcią lub zapytają osoby, które pamiętają tamten czas, ile złorzeczeń, wprost przekleństw padało pod adresem władzy, Partii – od ludzi, którzy chcieli budować domy, poprawiać warunki życia, ale tłumaczono im, że trzeba też uwzględniać potrzeby Kościoła.
Wymiar ludzki
Podczas Powstania ginęli powstańcy i mieszkańcy Warszawy oraz żołnierze 1 Armii Wojska Polskiego idący im przez Wisłę z pomocą, o innych niż Kościół aprobuje orientacjach i przekonaniach, mówiąc językiem Arcybiskupa-„czerwona zaraza”. Pytam-to dobrze czy źle, że nieśli pomoc? Wśród odbudowujących Warszawę i inne miasta byli młodzi mieszkańcy zabiedzonych wiosek i małych miasteczek, wykonywali decyzje„czerwonej zarazy”, władzy. To dobrze, czy źle, że mocą „takich decyzji” odbudowywano kraj, także i Kościoły. Jeśli ktoś z Czytelników Trybuny o poglądach „tylko kościelnych” (dobrze, że Państwo czytają) w tym miejscu chce mnie skarcić za te pytania i wywody – nie przyjmuję! Dlaczego? Bo Arcybiskup dał ku temu powody, skłonił do refleksji – podkreślę – do krytycznej refleksji wypowiedzianych słów. Sobór Watykański II naucza i uznaje, by wierni nie tylko słuchali głosu księży ale także myśleli o tym co do nich mówią. Papież Jan Paweł II, nasz narodowy święty, m.in. nauczał i pytał – Jakże człowiek może miłować Boga, którego nie widzi, jeśli nie miłuje brata, którego widzi? Brata, pod tym samym dachem, przy tym samym warsztacie pracy, na tej samej ziemi ojczystej… Pytam – jak Państwa zdaniem należy rozumieć papieskie słowo „brat” w kontekście „czerwonej zarazy”? A słowa Chrystusa – zaprawdę powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili. Czy Państwo dostrzegacie tu choć jedno słowo, wskazujące na odrzucenie ludzi „innej orientacji”? Słowa o „czerwonej i tęczowej zarazie” nie powinny paść 1 Sierpnia. Są obrazą ludzkiego cierpienia i poświęcenia, kilku milionów trzeźwo myślących Polaków! Dla jeszcze wątpiących mam sugestię. Niech zgłoszą się do zarządu wodociągów i kanalizacji w Warszawie o zgodę na przejście przez wybrany odcinek kanalizacji (jakim szli Powstańcy – są oznakowane), dziś – jak 75 lat temu – pełne fekaliów, smrodu i szczurów. Może to skłoni do „ludzkiego myślenia”, do ważenia słów potępienia. Jak długo jeszcze można jątrzyć, dzielić Polaków na „czerwonym” tle? Stąd jedną z najbliższych publikacji będą relacje Jana Pawła II z władzą, ludźmi „czerwonej zarazy”.
Słuchając i oglądając transmisję TVP z uroczystości na Powązkach, naiwnie liczyłem, że prowadzący uroczystość – za wiedzą najwyższych władz państwowych – wezwie wszystkich na Cmentarzu do upamiętnienia szczególnego momentu godz.17-ej oddaniem hołdu poległym zmarłym warszawiakom i tym, którzy przeżyli tę hekatombę cierpienia i jeszcze żyją – w milczeniu, na klęczkach. Są – cytowałem na wstępie Generała – „w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia”, tu właśnie na klęczkach. Że prowadzący duchowną część uroczystości, zwróci się o przekazanie „znaku pokoju”. Nie tylko „sobie”, obecnym na tej Nekropolii, też innym, poza granicami Polski. Tym bardziej, że znane były pełne pokory i szacunku dwa wystąpienie prezydenta Niemiec – po polsku mówił w Wieluniu – „Chylę czoła przed ofiarami niemieckiej tyranii i proszę o wybaczenie”. Ci „inni”, to dla przykładu kpt. Wim Hosenfeld, noszący na oficerskim pasie zapis „Gott mit uns” – „Bóg jest z nami”. Na motywach życia Władysława Szpilmana, ) reż. Roman Polański oparł film „Pianista”, proszę sobie przypomnieć! To kompozytor ponad 500 piosenek, którego rodzice, dwie siostry i brat zginęli w Treblince – w getcie grał na pianinie w kawiarniach Nowoczesna i Sztuka.(zmarł 6 lipca 2000 r.). Niemcem, który dostarczał mu żywność był kpt. Wim Hosenfeld, wiedział, że jest Żydem. Oficer ten trafił do radzieckiej niewoli, zmarł w obozie. Szukał go uratowany Szpilman, nie zdążył. I drugi przykład. Wśród tych „innych” był przypadek, który zapamiętała wtedy 7-letnia Elżbieta Jakubowska(obecne nazwisko Kulińska, znam osoby z tej dosłownie szlachetnej rodziny) – opis ze strony internetowej Muzeum Powstania. „Nad Starym i Nowym Miastem zaczęły unosić się kłęby dymów. Buchnęły płomienie. Stłoczeni na Wybrzeżu ludzie patrzyli na płonącą Starówkę. Mama zaczęła głośno płakać. Babcia też. Przy nas stał młody żołnierz w niemieckim mundurze. Popatrzył na mamę i powiedział łamanym, polsko – rosyjskim językiem. „Nie płacz matka. Tu świeżyj wozduch … a tam wsio goreje. Nie płacz matka”. Zapamiętałam ten świeżyj wozduch i pamiętam do dziś. Mama mi to przetłumaczyła. Znała język rosyjski”.
Wymiar kościelno-polityczny
Sens, istota myśli Arcybiskupa – oznacza ostrzeżenie, wręcz alarm. Przecież nie odnosi się tylko i wyłącznie do Lewicy – SLD, PPS, Lewicy, jako ugrupowania wyborczego! Odnosi się do innych organizacji, nurtów i środowisk uważających się za lewicowe. Czy będzie błędem rozumienie pod pojęciem „neomarksista” człowieka, który nie należy do żadnej partii politycznej, ale ma poglądy zbliżone do Lewicy? Przecież tacy są także w partii sprawującej władzę, w opozycji parlamentarnej. Arcybiskup do „neomarksistów” kwalifikuje mających inne poglądy niż głosi Kościół, a sojusz „tronu i ołtarza” uważają za wielce szkodliwy dla państwa XXI wieku. Czy nie jest to „inteligentnie ukryta” zapowiedź dalszego wprowadzania wyznaniowej polityki wewnętrznej, choćby w zakresie wychowania w szkole, kształcenia na uczelniach, w administracji, działalności sądownictwa. Chyba jest nad czym pomyśleć przed wyborami parlamentarnymi – już za 2 tygodnie. „Trybuna” z 19 września opublikowała program wyborczy Lewicy, warto go poznać, wybrać posłów i senatorów, którzy będą go realizować.
Co może znaczyć pojęcie „czerwona zaraza już po naszej ziemi całe szczęście nie chodzi”. To subtelna figura myślowa Arcybiskupa. Zastanówcie się Czytelnicy, czy błędem jest rozumienie tu członków b. PZPR, którzy „nie chodzą”, czyli nie sprawują państwowych urzędów. Chyba, że we właściwym czasie „oczyszczeni”, dziś są „po słusznej stronie partyjno-politycznej mocy”, znani z mediów, przynajmniej niektórzy.
Byli członkowie PZPR, to jeszcze kilka milionów emerytów z rodzinami, wśród nich wojskowych, służb mundurowych, urzędników różnych ogniw administracji, posłów, nauczycieli, lekarzy, itp. Przy okazji święta Wojska Polskiego w Katowicach, Prezydent RP dementował krążące obawy o obniżeniu im emerytur i degradacji – miałyby objąć ok. 180-200 tys. „mundurowych” (w środowiskach emeryckich mówią o ukaraniu obniżkami osób pełniących różne funkcje partyjne). Owocem jest środowiskowa czujność i przypomnienie podobnej „operacji” sprzed 3 lat. Objęła ponad 40 tys. funkcjonariuszy MSW. Na forum UE upomnieli się o nich europosłowie – prof. Krystyna Łybacka, Bogusław Liberadzki, Janusz Zemke i b. szef MSW Henryk Majewski – głębokie wyrazy uszanowania i poważania! Podczas przesłuchania w Komisji UE wskazywali ustawowe łamanie elementarnych zasad prawa.
Obecny tam Andrzej Rozenek i kilku poszkodowanych tą haniebną ustawą mówiło o bezduszności ludzi władzy, stawiających chorych emerytów, z nadwyrężonym w służbie zdrowiem, wdów i sierot na granicy nędzy i utraty życia z braku środków na drogie leki. Episkopat wyrozumiale milczał, gdy ta sprawa była wcześniej nagłaśniana(tylko Biskup Polowy WP i kapelani swoiście ich bronili) Kto zwróci im zabrane fundusze, skoro Arcybiskup uznał, że „czerwona zaraza…już nie chodzi”? Sędzia Marek Przysucha z Sądu Okręgowego w Częstochowie nakazał zwrot świadczeń b. funkcjonariuszowi wydziału dochodzeniowo-śledczego MO, miał obniżone do niecałe 900 zł. Sędzia podważył prawomocność ustawy – słowa wdzięczności, Przegląd nr 37 z 2019.
Andrzej Rozenek, kandydat SLD na posła z Warszawy – zapamiętajmy, wiele razy zapowiadał, zgłoszenie w Sejmie zmiany tej ustawy, przyjętej przy braku Lewicy w obecnym Sejmie Skomentował to prof. Jacek Raciborski – „Jeżeli setki tysięcy emerytów dawnego aparatu władzy, zwłaszcza ze struktur siłowych, nie głosują na SLD, a tak było w roku 2015, to uważam ich za idiotów. Teraz część się nawróciła… Ale w pewnym momencie odpłynęła w stronę PiS. Bo SLD, cokolwiek by nie mówić złego o tej partii, konsekwentnie broni pewnego dorobku PRL, idei ciągłości państwa i ciągłości jego zobowiązań. Dowartościowuje też indywidualne biografie. Choćby ten ostatni wzgląd powinien trzymać ich przy Sojuszu” – Przegląd nr 52 z 2018. Sądzę, że tej jakże dosadnie boleśnie pouczającej dla emerytów przestrogi – nie zapomną przy urnach w 2019 r.
Na zakończenie
Od pewnego czasu, po uformowaniu się lewicowego bloku na wybory parlamentarne, zaczęły pojawiać się „środowiskowe słuchy” o potrzebie jej uwiarygodnienia się. Dociekając sensu zauważyłem, że nie są to „słowa rzucane na wiatr”, ale oczekiwania mające różne podłoża – dwa są istotne. Pierwsze-historyczne, nawiązujące do głębokiej przeszłości (błędy i „pozostałości” po PZPR) oraz do błędów SLD w III RP (nie rozwijam). I drugie – wydaje się racjonale. Tu istota polega na osobistej wiarygodności posłów, tzw. transfery partyjne oraz możliwości realizacji zapowiadanego programu wyborczego, to echo sprzed lat-„SLD wolno mniej”, stąd oczekiwanie rzetelności i odpowiedzialności. Fakt, obietnice wyborcze, bazujące na „dawaniu pieniędzy” stały się nad wyraz modne, m.in. w takiej tezie – „kradną, ale przecież dzielą się z nami”. Wyborcy-emeryci stawiali pytania – czy Lewica zgłosi zapowiadaną ustawę – pisałem wyżej, (jest w programie ogłoszonym 19 września) i przeciwstawi się pogłoskom o „dekomunizacji”, opartej na degradacji służb mundurowych i obniżeniu emerytur ludziom „czerwonej zarazy”. Widocznie nagłośniona obietnica Prezydenta RP nie uspokoiła. Bo rządzący na pokrycie obietnic muszą znaleźć fundusze. Do tego-jak słyszę z sarkazmem – biskupi martwią się tylko o życie nienarodzonych, to łatwe, nic nie kosztuje. Zaś życie starych – tych „nie ma”, zdaniem Metropolity „czerwona zaraza…nie chodzi”. Właśnie emeryci tu doszukują się milczącej zgody Episkopatu na „finansową rozprawę”, wspartą medialnymi sensacjami i półprawdami z życiorysów dawnych działaczy PZPR
Czy można temu zapobiec teraz, we wrześniu-październiku 2019. Sugestie skupiały się na pewnej formie gwarancji zaufania i odpowiedzialności. Jak to u nas Polaków bywa – wskazywano palcem na kandydatów SLD, PPS, Lewicy do parlamentu. By na spotkaniach wyborczych, gdy mówią o programach deklarowali, iż w połowie kadencji (po 2 latach), poddadzą się osądowi wyborców, zarówno etyczno-moralnemu jak i merytorycznemu ze sprawowania mandatu. Zaś w przypadku negatywnej oceny-dobrowolnie oddadzą mandat. Zdaniem wielu, to dwustronne zobowiązanie: „my ciebie wybierzemy, ty będziesz wobec nas uczciwy”. Ten swoisty „zakład”, inaczej „umowa moralna” daje szanse wejścia Lewicy do Sejmu, z możliwie dużą liczbą mandatów. Fakt, tego jeszcze w historii naszych wyborów nie było. Eksperyment ten wymaga rozwagi, z szansą powodzenia. Sądzę, że te i podobne głosy, sugestie i myśli Kierownictwu bloku Lewicy są znane. Wielu rozmówców – wyborców liczy, iż przed 13 października usłyszą czytelne deklaracje.

Hołd Bohaterom

Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić.
Generał Wojciech Jaruzelski

Obchody 75. lecia wybuchu Powstania Warszawskiego – podobnie jak we wszystkich latach poprzednich – nosiły dwa nieścieralne znamiona. Pierwsze – głęboki hołd dla poległych pomordowanych, powstańców i mieszkańców Stolicy. Wyrażał się poprzez odsłanianie tablic i pomników(o jednym z nich niżej) – w tym roku gen. Ścibor-Rylskiego, nazwy placów i ulic honorujących imiennie i zbiorowo bohaterskie czyny, ku pamięci potomnych. Wyrazem pamięci były palące się znicze; wieńce i kwiaty składne na mogiłach, pod pomnikami i tablicami; wręczane żyjącym bohaterom oraz modlitwy, które z różnym akcentem inicjowano za poległych i zmarłych. Drugie – wdzięczność mieszkańcom, którzy przeżyli gehennę tego Powstania, wygnanie z miasta, tułaczy los oraz obozy koncentracyjne, z których wiele tysięcy nigdy nie wróciło. Mam osobiste wspomnienie, gdy w moich rodzinnych stronach, miejscowa organizacja Związku Bojowników o Wolność i Demokrację zbierała datki, by na cmentarzu parafialnym wybudować symboliczną mogiłę, upamiętniającą zmarłych powstańców (wtedy dowiedziałem się, że profesor polonistyki w liceum, to młody warszawiak, nie pamiętam, czy był powstańcem). Ta mogiła – pomnik jest po dziś dzień także hołdem pamięci dla cicho i skromnie żyjących wśród nas mieszkańców Stolicy. Zaś ci, co wrócili, podjęli trud dźwigania miasta z gruzów, z milionami rodaków z całego kraju.
Geografia i „teorie rządu londyńskiego”
Niejako na „obrzeżach” tej Rocznicy, w niektórych mediach pojawiało się pytanie – od lat znane – kto odpowiada za tę tragedię? Można zacytować obszerne fragmenty książki prof. Andrzeja Leona Sowy „Kto wydał wyrok na miasto”, tytułem przyprawiającym o dreszcze (przypomnianej przez Krzysztofa Wasilewskiego, „Przegląd”, nr 31 z 2019). Zamiast tego, zachęcam Państwa do przestudiowania tego autentycznego dzieła podczas wakacji, a teraz do refleksji nad faktami sprzed 75-80 lat, do swoistej „wycieczki historycznej” do lat 1939-1944. Wielu spośród Państwa Czytelników zapewne pamięta jeszcze ze szkolnych podręczników historii fragmenty dyrektyw i rozkazów Hitlera, by jego wojska nie oszczędzały ani kobiet ani dzieci, nikogo polskiej mowy. Kto zaprzeczy, że członkowie rządu londyńskiego o tym nie słyszeli, nie znali „praktycznych skutków” tych barbarzyńskich decyzji w postaci ulicznych rozstrzeliwań we wrześniu 1939 r. w wielu miastach, np. Bydgoszczy i Gdyni, bombardowań bezbronnych miast, np. Wielunia, w Warszawie zginęło wtedy ok. 20 tys. mieszkańców, nie mówiąc o ostrzeliwanych kolumnach uciekinierów i drogach zasłanych ich trupami, a słynna szosa Zaleszczycka. Czy wniosek, iż hitlerowcy nie będą oszczędzać nikogo z Polaków, krwawo łamać każdy, nawet najmniejszy sprzeciw czy opór – był trudny do wyciągnięcia już w 1939 roku? O czym świadczyły uliczne łapanki, nie tylko w Warszawie, transporty ludzi do Oświęcimia, czy „polski Londyn” tego nie wiedział, jak chciał pomóc zagrożonym rodakom?
1941 rok, dzień 22 czerwca, operacja „Barbarossa”, Hitler rozpoczyna wojnę z ZSRR. Ten fakt zmienił przecież ówczesne pojęcie „geografii wojny” i postawił fundamentalne pytanie – czy ZSRR zdoła oprzeć się agresorowi? Wtedy było to dla Wielkiej Brytanii pytanie – dosłownie o państwowy byt, a także niezwykle istotne dla USA. Nie trudno odpowiedzieć dlaczego. Gdyby Armia Radziecka została rozbita, zniszczona przez hitlerowskie armie od zachodu i współdziałające wojska japońskie od wschodu, a ZSRR padł, opanowany przez nich – kto zapewni, że po takim zwycięstwie nie zwrócą swe siły przeciwko – właśnie USA i Wielkiej Brytanii? Zarówno Londyn, premier Winston Churchill jak i Waszyngton, prezydent Franklin Roosevelt zrozumieli to w czerwcu, lipcu 1941 r. Czy dokumenty dyplomatyczne, fakty tu przeczą? Jak postępują? Bacznie obserwują przebieg działań wojennych i rozważają możliwości udzielenia faktycznej pomocy materialnej, co staje się faktem w postaci znanych morskich transportów z pomocą wojskową do ZSRR (Murmańsk), nie mówiąc o innych formach, np. dyplomatycznych, bombardowań ważnych obiektów wojskowych w Niemczech.
Jak postępuje rząd londyński?
To podstawowe pytanie w kontekście organizacji ruchu oporu na okupowanych ziemiach, a powstania szczególnie. Przecież z inspiracji-dyplomatycznej oczywiście-premiera Churchilla, już w lipcu 1941 r. (półtora miesiąca po napaści Nieniec na ZSRR) następuje spotkanie Sikorski – Majski w Londynie, a w grudniu Generał jest u Stalina w Moskwie. Tu, podczas kilku rozmów Stalin wręcz namawia Sikorskiego do podpisania umowy Polska – ZSRR, sugerując Polsce przyrost terytorialny na zachodzie, prowincja opolska. Nic z tego nie wychodzi poza ogólnikową deklaracją, bo Generał stanowczo postawił sprawę Kresów Wschodnich i granicy z 1921 r. Pisałem o tym w tekście – sprawa zachodniej granicy, m.in. stawiając pytanie – czy Stalinowi Polska, rząd londyński mógł wierzyć. Ale wtedy to było główne zadanie dla tego rządu. Polegało na znalezieniu takich gwarancji dyplomatycznych, traktatowych z pomocą zachodnich sojuszników, by Stalin był zmuszony je dotrzymać, gdyż wtedy, w latach 1942-43, do zwycięstwa pod Stalingradem i na Łuku Kurskim miał tzw. nóż na gardle. Co w tej sferze uczynił rząd londyński? – sięgnijcie Państwo Czytelnicy po książki, np. „Londyński rodowód PRL”, Eugeniusza Guza czy „Stalinizm” prof. Eugeniusza Duraczyńskiego, jest wiele innych. Inny przykład – gen. Sikorski rozmawia z Rooseveltem na przełomie 1942-43 r., m.in. przedkłada memorandum sugerujące wyzwolenie Polski poprzez powstanie, skoordynowane z działaniami aliantów (pisze wspomniany wyżej K. Wasilewski), co wtedy Amerykanie wykluczyli. Czyżby cały rząd londyński nie zdawał sobie sprawy, nie wiedział, że jeśli ZSRR oprze się Hitlerowi, to radzieckie operacje wojskowe zakończą się w Niemczech? Czy nie wiedział, że geograficznie, „po drodze” między Moskwą a Berlinem jest, leży terytorialnie Polska? Czyżby cały rząd londyński wyobrażał sobie, że Armia Radziecka ominie Polskę, np. przez Czechy i Bałkany? Na co liczył – że Hitler podpisze akt kapitulacji ze Stalinem najpóźniej latem 1944 r., co spowoduje, że ziemie Polski staną się tranzytowe dla „wyjeżdżających” wojsk Hitlera, jak w innych okolicznościach częściowo stało się w 1918 r., by całe siły skierować przeciw aliantom. Takie kalkulacje były w głębokim zaciszu gabinetów Londynu i Waszyngtonu, ale te stolice taką ewentualność skutecznie sparaliżowały. Brak jest archiwalnych dowodów, że takie rozwiązanie brano pod uwagę w Berlinie, nawet planując zamachy na Hitlera, np. w Winnicy czy Kętrzynie. Przepraszam Państwa, że takimi, wręcz banalnymi wywodami zajmuję uwagę.
Inny przykład – Armia Andersa
To podczas wspomnianej rozmowy z gen. Sikorskim, Stalin oponował, by ta armia zamiast ewakuować się do Persji (dzisiejszy Iran) walczyła wraz z Armią Radziecką. Czyżby znów rząd londyński nie wiedział, że geograficznie jest bliżej ze Wschodu do Warszawy niż z Azji Mniejszej czy Włoch? A ponadto, właśnie ten rząd miałby polityczny i wojskowy atut w ręku, wobec aliantów. (pisałem we wspomnianym tekście). Co z tego wyszło – wiemy, znamy dzisiejszą narrację, nie pytam kto jej wierzy.
Przecież rząd londyński wiedział o ustaleniach w Teheranie (28 listopada 1 grudnia 1943 r.) nie tylko z tzw. przecieków, ale z informacji Churchilla, piszą prof. Duraczyński i E. Guz, a tu cytuję: „Chciałbym, żeby Rząd Polski przyjął jako podstawę do rokowań (z ZSRR, E.D) linię Curzona z pozbawieniem Polski Lwowa i w zamian za kompensaty obejmujące na rzecz Polski Prusy Wschodnie, Śląsk Opolski i wyrównanie granic na zachodzie, aż do linii Odry. Rozumiem, że musicie to przyjąć jako konieczność, ale przyjąć z entuzjazmem jako rozwiązanie na szeroką skalę. Wymaga tego interes nie tylko Polski, ale wszystkich narodów Zjednoczonych… Proszę zatem Panów o przyjęcie tego rozwiązania, które uważam za słuszne i które doradzam jako przyjaciel Polski” – było to 20 stycznia 1944 r. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz i wyciągnijcie sobie wnioski w kontekście wyzwolenia Polski latem 1944 r. i decyzji o wybuchu Powstania, którą podjął ten rząd pod przewodnictwem nowego premiera, Stanisława Mikołajczyka. Miał więc premier i rząd pół roku czasu, by zastanowić się i podjąć logicznie wynikające z tego decyzje. Churchill spotkał się 25.04.44 r. z Z. Berezowskim i gen. St. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania „linii Curzona”. Gdy Polacy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do relacji z rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Komentarz pozostawiam Państwu.
Tuż przed wyjazdem Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem w Moskwie (1-9 sierpnia 1944), prezydent Roosevelt spotkał się Janem Karskim, a świadkiem rozmowy był ambasador Ciechanowski. Tu taki fragment – Roosevelt mówi do Janem Karskiego – „Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”. Było to 28 lipca 1944 r., czyli po wyrażeniu przez rząd londyński zgody na wywołanie powstania, z pozostawieniem decyzji o jego terminie dowództwu AK w Warszawie. Czy ta wiadomość skłoniła Mikołajczyka do refleksji, do zastanowienia nad treścią zbliżającej się rozmowy? Jak pisze Jan Karski – „Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów Prusy Wschodnie, tylko na północy” (Jan Karski, Maciej Wierzyński, Emisariusz własnymi słowami, Głos Ameryki, 1995-1997 Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Komentujcie to Państwo na swój sposób!
Raz jeszcze zwrócę uwagę, iż Mikołajczyk był w Moskwie na początku sierpnia przez 9 dni. Od 22 lipca, jeszcze w Londynie wiedział, że powstał PKWN. Przecież zmieniło to diametralnie sytuację jego osobiście i rządu. Z jaką więc misją do Stalina jechał – czy jako „równorzędny partner”? Czy chciał z nim nawiązać współpracę, z PKWN i to natychmiast, gdy w Warszawie obficie lała się krew, do czego – powtórzę-on sam i rząd przyłożyli rękę? Dokumenty o tym nie mówią, a historycy dopatrzyli się kilku kłamstw w jego pamiętnikach. Są podstawy by twierdzić, że znał siłę bojową powstańców (amunicji wystarczy na 3 dni), był informowany o przebiegu Powstania, choćby o wymordowaniu mieszkańców Woli. Dlaczego więc nie prosił, nie szukał pomocy, błagał – dosłownie na klęczkach Stalina o natychmiastową pomoc wojskową? Wiedział przecież, że jest 1 AWP, już weszła do Polski, na lubelszczyznę Z dystansu czasu – czy nie on, premier i jego rząd są odpowiedzialni za zamordowanie Warszawy? Dowiódł tego dokumentalnie wspomniany prof. Sowa.
Co działo się w Stolicy?
Wielu powstańców napisało pamiętniki, wspomnienia, a historycy obszerne, naukowo uzasadnione publikacje, jest ich tysiące, są powszechnie dostępne i części Czytelnikom znane. Tu tylko taki fakt. 19 kwietnia 1943 r. wybuchło powstanie w getcie. Przyczyną wybuchu był widok starego Żyda stojącego w beczce, a dwaj SS-mani ze śmiechem, nożycami obcinali mu brodę. To upokorzenie u Marka Edelmana wywołało wolę i siłę oporu – „nie można dać się wepchnąć w beczkę. Ani poddać się bez walki”, mówił po latach.. Z bronią w ręku stawiło opór ok. 2 tys. słabo uzbrojonych Żydów, wspieranych przez kilka oddziałów, m.in. AK, AL. Niemcy złamali opór 15 maja, symbolem tego był spalenie Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackie 7. Spalili dzielnicę żydowską. Zginęło ok. 7 tys. osób, ok. 6 tys. spłonęło żywcem, ok. 50 tys. wywieziono do Treblinki. Gen. Jurgen Strop meldował Hitlerowi – „Nie ma już żydowskiej dzielnicy w Warszawie”. Pytam kolejny raz – czy ten fakt w postaci wymordowanej ludności i spalonej dzielnicy – niczego nie nauczył, ani dowództwa AK, ani delegata rządu londyńskiego na kraj? Nie skłonił do refleksji, by oszczędzić cierpień i zachować życie swoich żołnierzy i mieszkańców? Ponieważ było to na rok przed powstaniem-pytam dosadnie – czy ten okres czasu pozbawił władze wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za decyzje i ich skutki dla cywilnej ludności Warszawy?
Dla wielu Czytelników nie jest znany fakt, że na kilka dni przed wybuchem powstania przedstawiciel dowództwa niemieckiego w Warszawie, spotkał się z przedstawicielem Komendy Głównej AK i poinformował, że Niemcy wiedzą o przygotowaniach do powstania (widocznie wywiad ich był skuteczny) i przestrzegał przed tym krokiem. Podobny fakt miał miejsce 7 września w Józefowie, tym razem z sugestią by przerwać powstanie. Jakie były tego skutki – wiemy!
W 20 rocznicę Powstania
Nie zdziwcie się Państwo, że cofam się pamięcią aż o 55 lat. To z uwagi na tamtą formę i treść obchodów. Jednocześnie wszystkich Czytelników przepraszam, jeśli skaleczę czyjeś ucho lub wzrok nazwiskiem i fragmentem referatu Zenona Kliszki, jaki wygłosił w przeddzień 20 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: „Powstanie było dobitną demonstracją woli walki z okupantem, bohaterstwa i patriotyzmu ludu Warszawy (…). To jest jedna strona prawdy o Powstaniu Warszawskim. Ta chlubna i bohaterska, przechowywana w pamięci narodu i złotymi zgłoskami wypisana na kartach dziejów walki o niepodległość (…) Prawdy o politycznych przyczynach Powstania, a zarazem przyczynach jego tragedii nie znali i nie mogli wówczas znać ci, którzy walczyli i ginęli na ulicach Warszawy. Powstanie Warszawskie stało się powstaniem ludowym. Główną jego siłą była ludność Warszawy, ona też największe poniosła w nim ofiary. Jego armią była przede wszystkim patriotyczna młodzież warszawska, która w powstaniu widziała tylko jeden cel – walkę ze śmiertelnym wrogiem, walkę o wolność i niepodległość swojej Ojczyzny (…).Tę wypowiedź pozostawiam Czytelnikom do własnych refleksji w zderzeniu z wypowiedziami, że w PRL nie pamiętano o Powstaniu. A dalej – „Inspiratorzy i sprawcy Powstania mieli pretensje do wszystkich o to, że zakończyło się ono katastrofą. Oskarżali oni Armię Radziecką, że mogła zdobyć Warszawę, a nie uczyniła tego ze względów poza militarnych. Oskarżali Anglosasów o brak dostatecznej pomocy w postaci zrzutów broni i amunicji, o pozostawienie walczącej Warszawy własnemu losowi i na łasce opatrzności. Ludzie, których sumienia są bardzo obarczone, biją się najczęściej w cudze piersi (…). Zapytam, jakie stąd wnioski wyciągnięto u nas w latach 1944-1950 oraz w 1981r? Dalej, Zenon Kliszko przypomniał taki fakt – >7 września grupa oficerów z oddziałów powstańczych, głównie AK-owskich w oficjalnym, przesłanym drogą służbową memoriale do Bora-Komorowskiego stwierdzała: „już w drugiej połowie sierpnia powstanie straciło swój sens polityczny i dziś po 5 tygodniach powstania nie ma nawet sensu militarnego i z walki zbrojnej przekształciło się w pospolitą mordownię naszych żołnierzy i dziesiątków tysięcy bezbronnej ludności Warszawy… Domagamy się w imieniu licznego korpusu oficerskiego i setek tysięcy obywateli Warszawy, byś niezwłocznie nawiązał iskrową łączność z gen. Rolą-Żymierskim”. Dowództwo AK zareagowało na ten memoriał oddaniem sprawy jego autorów prokuratorowi wojskowemu(…) 9 września płk „Monter” w liście do Bora-Komorowskiego pisał: „proponuję nieśmiało wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę. Zmieniają się warunki walki – bądźmy więcej elastyczni. Każdy, kto da nam pomoc – zasłuży na wdzięczność. Wszystko inne jakoś się ułoży (…) Bór-Komorowski odpowiedział na ten list: „zwracanie się do Żymierskiego jest – moim zdaniem – zdradą’. Ciekawe, czy te meldunki są widoczne w Muzeum Powstania, co Państwo myślicie? Dalej Kliszko mówił: „W bezpośredniej walce z wrogiem, w długie dni i noce powstania, nawiązywało się braterstwo broni żołnierzy i oficerów AL i AK. Nie mogła mu przeszkodzić antykomunistyczna propaganda londyńskiej delegatury i jej ugrupowań, prowadzona przez cały czas powstania. Krew przelana na barykadach Warszawy przez żołnierzy AK i AL, przez wszystkich bojowników powstania, była wspólną ofiarą dla umęczonej okupacją Ojczyzny, dla jej wolności. Pozwólcie mi przyjaciele, powiedzieć kilka słów na tematy osobiste. Podczas Powstania walczyłem cały czas w żoliborskim zgrupowaniu Armii Ludowej. Współdziałanie między nami a Armią Krajową było na ogół poprawne, jeśli nie liczyć kilku drobnych incydentów. Z dowódcą AK, pułkownikiem „Żywicielem” spotykaliśmy się dość systematycznie, omawiając bieżące sprawy, dotyczące współdziałania obu formacji wojskowych… Pułkownik „Żywiciel” próbował nas przekonać i prosił o wyrażenie zgody AL na kapitulację. Zapewniał nam opiekę i ochronę, traktowanie na równi z członkami AK, gdyż AL w rozmowach kapitulacyjnych została postawiona poza prawem. Prawa kombatantów przyznano tylko żołnierzom i oficerom AK. Wierzyłem mu, lecz w naszej sytuacji na kapitulację nie mogliśmy wyrazić zgody… Nie wiem gdzie jest i co robi pułkownik Mieczysław Niedzielski – „Żywiciel”. Z tej trybuny ówczesny porucznik „Zenon’, członek dowództwa żoliborskiego AL przesyła mu słowa żołnierskiego pozdrowienia”. (cały tekst wystąpienia można przeczytać w „Trybunie Ludu” z 1.08.1964). Skierujcie Państwo swe serdeczne myśli i westchnienia do jeszcze
żyjących Powstańców.
Kilka refleksji
Wiadomo, iż Bór-Komorowski nie zwrócił się o pomoc. Pan prof. Zdzisław Sadowski wspomina, iż kilka lat po wojnie, w Genewie wysłuchał referatu Bora na spotkaniu z Polonią, który powiedział – „Proszę państwa, myśmy przecież mieli dwóch wrogów. Podjęcie decyzji o powstaniu było bardzo trudne, zwłaszcza, że mieliśmy broni na trzy dni. Ale proszę państwa – myśmy zupełnie byli pewni – cytuje dosłownie, mówi Profesor – że Armia Czerwona przyjdzie nam z pomocą” (Przegląd, nr 35 z 2018). Jakże to – ciśnie się pytanie – od jednego wroga oczekiwał pomocy przeciw drugiemu? A czy sam zwrócił się o nią do Rosjan? Nie chciał nawet rozmawiać ze swoimi, żołnierzami 1 AWP? Przynajmniej w pewnym sensie starałbym się zrozumieć tłumaczenie Bora w Genewie, jako odpowiedzialnego za wybuch Powstania. Ale nie mogę z uwagi na tekst, jaki opublikował Przegląd nr 32 z 2019. Pan Redaktor Paweł Dybicz cytuje i komentuje rozkaz Bora w sprawie wywołania powstania w Krakowie, wydany 23 sierpnia 1944 r. Przeczytajcie Państwo to zdanie jeszcze raz – tak, rozkaz Bora dla Krakowa! Serdecznie, gorąco zachęcam do tej nie znanej lektury! Temu sprzeciwił się – jak pisze Pan Redaktor – sam kard. Adam Sapieha! Kto rozumny może to pojąć? Czy Bor, jego najbliżsi podwładni nie znali, nie widzieli do 23 sierpnia skali zniszczeń budynków Warszawy, jej dóbr kultury materialnej, w tym sakralnej, kościołów. Nie słyszeli o morderstwach na Woli, na Ochocie, na Starym i Nowym Mieście, w Śródmieściu? Cytowany rozkaz „otwiera oczy” na poczytalność Bora. Zachęcam też Państwa do nabycia promowanej w tym numerze „Przeglądu” książki „Zakłamana historia Powstania. Raporty oficerów AK: to się skończy katastrofą”. Dziękuję Redakcji, z akcentem uznania dla Pana Redaktora Pawła Dybicza i raz jeszcze wszystkich Państwa zachęcam do tej pasjonującej lektury.
Kolejna refleksja. To dowództwo 1 AWP za zgodą dowódcy 1 Frontu Białoruskiego (marsz. Rokossowski) wydzieliło 2 i 3 dywizje piechoty do pomocy powstańcom. Generał Wojciech Jaruzelski wówczas chorąży, dowódca zwiadu w 5 pp, z tego okresu zachował takie frontowe wspomnienia: „Wiadomość o Powstaniu Warszawskim dotarła do nas bodaj 3 sierpnia. Nie wyglądało to wtedy dramatycznie. Powstanie nie było jeszcze przedstawiane jako wynik decyzji zgubnych, politykierskich. 13 sierpnia gen Rola-Żymierski pisał m.in. w swym rozkazie: „Warszawa wytrwała na posterunku obrony honoru narodu polskiego. Warszawa trwa”. Później, na przyczółku magnuszewskim zostałem kontuzjowany. Wreszcie zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”. Zachęcam Warszawiaków, a także turystów do spaceru po obu brzegach Wisły w Stolicy, by zobaczyć jak upamiętniono tę rocznicę na płycie czerniakowskiej i żoliborskiej oraz po praskiej stronie pod pomnikiem gen. Zygmunta Berlinga. Sprawdziłem – są kwiaty przy skwerze płk. Antoniego Żurowskiego, który trzeciego dnia przerwał powstanie na Pradze, oszczędzając życie podwładnych i mieszkańców oraz zniszczeń w tej dzielnicy. Zmarł w 1988 r., spoczywa w Pruszkowie. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski, wtedy Przewodniczący Rady Państwa, w dniu pogrzebu posłał swego przedstawiciela by złożył wiązankę kwiatów od frontowego żołnierza, bez rozgłosu, z głębi serca, po ludzku.
Generał, jako Prezydent Polski w 45 rocznicę Powstania z kard. Józefem Glempem odsłonił Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego i wygłosił przemówienie, które załączam. Pomyślcie Państwo nad sensem oraz istotą tej nazwy dla samych powstańców i mieszkańców Stolicy. Dlaczego – jak mówił Generał – ten Pomnik „powstał w toku sporów i dyskusji” oraz jaki był ludzki i materialny bilans Powstania Warszawskiego, napiszę na początku października br.

Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Generała Wojciecha Jaruzelskiego
na uroczystości odsłonięcia Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego

1 sierpnia 1989 r.

Pozdrawiam Was – żołnierze wszystkich formacji, obrońcy barykad, łączniczki, sanitariuszki, harcerze, uczestnicy nieśmiertelnego czynu mieszkańców naszej Stolicy.
Po wieczne czasy w zbiorowej pamięci pokoleń przechowane będą tamte dni „krwi i chwały” – bezprzykładne męstwo Powstańców, cierpienia ludności cywilnej, barbarzyństwo najeźdźcy.
To miasto dumne, miasto nie ujarzmione zawsze „urągało wrogowi”. Ceniło nade wszystko wolność i honor. Od Kilińskiego po Starzyńskiego, od listopadowych ogni na Solcu po zamach na gestapowskiego wielkorządcę; od pogrzebu „pięciu poległych” po wyrwane gołymi rękami z ruin cegły – nie gasł tu ani na chwilę płomień patriotycznej ofiarności ludu Stolicy.
Patrzą dziś na nas ci, których Polsce zabrakło – niemi świadkowie powstańczej epopei. Ci, którzy szli „z visami na tygrysy”. Którzy do ostatniego tchu bronili szańców na Mostowej i Freta. Którzy schodzili opodal w czarne piekło kanałów. Którzy ginęli pchnięci bagnetem w szpitalu polowym na Długiej. Ten zakątek naszego miasta, symbolizuje jak gdyby całą walczącą Warszawę – od Woli po Mokotów, od Powiśla po Żoliborz. Jej nieustępliwą walkę o każdy kamień – od pamiętnej, wrześniowej barykady na Opaczewskiej, po desant czerniakowski i żoliborski. Od powstania w getcie, po wyzwolenie Stolicy.
W takim dniu jak dzisiejszy – nikt z wojennego pokolenia nie potrafi oprzeć się wspomnieniom. Polegli w tym mieście towarzysze mojej młodości. Spalono szkołę, w której się uczyłem. Podczas walk o Pragę, o wiślane przeprawy, w okopach Bródna i Pelcowizny, patrzyliśmy ze ściśniętym sercem na nasze umierające miasto – na pełznąca chmurę dymu i nocne łuny nad lewym brzegiem. W styczniowy dzień 1945 roku byłem wśród tych, polskich żołnierzy, którzy stanęli na wypalonym, opustoszałym cmentarzysku Stolicy. Tego nigdy zapomnieć nie można.
Minęły od tamtych czasów cztery z górą dziesięciolecia – cała epoka. Były w niej karty wielkie: patriotyczny zryw, odbudowa zrujnowanego miasta, jego wielki awans urbanistyczny i przemysłowy, naukowy i kulturalny. Ale były i niesprawiedliwość, ludzkie krzywdy, przemilczenia. To już zamknięta księga.
Spójrzmy przed siebie. Rzeczpospolita, choć ugina się pod brzemieniem trudności, jest suwerenną, bezpieczną w swych granicach Ojczyzną wszystkich Polaków. Wchodzi na nową drogę. Niech będzie Polską na miarę myśli i marzeń tych, którzy dnia dzisiejszego nie doczekali. A zarazem na miarę oczekiwań tych, którzy w kolejne rocznice wybuchu Powstania staną na tym miejscu, aby w bolesnym skupieniu zdać odwieczny polski raport.
Trzeba nam spełnić testament poległych, podać sobie rękę ponad tym co w przeszłości dzieliło. Niechaj ten pomnik – dowód wiecznej pamięci i hołdu dla Bohaterów Powstania Warszawskiego – służy sprawie narodowego pojednania. Powstał w toku sporów i dyskusji. Być może będzie je budził jeszcze nie raz. Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia.
Salutuję poległym. Wyrażam szacunek tym, którzy ocaleli. Zwracam się do urodzonych już po tamtej hekatombie, aby nie zapomnieli nigdy, skąd ich ród.

Powstanie w śmietanie

„W” jak Warszawa i walka, „w” jak wypaczanie pamięci, „w” jak wynocha zdrowy rozsądku, wreszcie „w” jak wydymani na własne życzenie.

Sporo tego, a przecież historia zawsze ta sama, natomiast zmianom ulega narodowa mitologia, karykaturalnie zniekształcając dziejową optykę. W ujęciu patriotycznym tamto powstanie prawie wgniotło okupacyjne siły niemieckie w ziemię, o czym obecnie zaświadczają rozliczne defilady prawie zwycięstwa i wspomnienia co rok młodniejących prawie kombatantów, których kabaretowe portrety na potrzeby obowiązującego kursu polityki historycznej dziatwa może przyswajać np. dzięki serialowi „Czas honoru”.
Zaiste, honor to wielki, siłami niespełna 40 tys. młodziaków, z których jedynie około 5 tys. miało w rękach coś, co mogło pretendować do miana broni, wywołać u okupanta stan białej gorączki, dając okazję do wymordowania 150-200 tys. cywilów, wywózki 50 tys. do obozów zagłady i kolejnych 100-150 tys. na roboty przymusowe, a wszystko kosztem zaledwie 16-18 tys. zabitych i mniej więcej 20 tys. rannych powstańców. Oni walczyli nie o zwycięstwo, lecz o wolność.
Tylko czyją i jaką?
Restauracja II RP w połowie roku 1944, jako wynik „negocjacji” przywódców akowskiej ruchawki ze Stalinem była taką samą mrzonką, jak mityczna wolność w krótkim okresie jej chwiejnego trwania. Obraz międzywojennej Polski to prawdziwa sielanka. O tak, było do czego tęsknić.
Granice II RP tworzono w krwawym znoju do roku 1921. W skrócie wyglądało to tak: wojna polsko-ukraińska trwająca od listopada 1918 do września 1919 (to właśnie ten konflikt oraz późniejsze polskie represje wobec ludności ukraińskiej odbiły się bolesną czkawką na Wołyniu w latach 1943-1944), powstanie wielkopolskie na przełomie 1918 i 1919, zatarg o Śląsk Cieszyński z Czechami (styczeń-luty 1919), wojna polsko-bolszewicka (1919-1920), trzy powstania śląskie (sierpień 1919, sierpień 1920, maj-lipiec 1921), spór z Litwą o Wilno (w październiku 1920 na polecenie Piłsudskiego gen. Żeligowski urządza prowokację, będącą pretekstem do zajęcia przez armię polską należącego do Litwy miasta), niekorzystne dla Polski wyniki plebiscytów na Warmii i Mazurach. W październiku 1938, wykorzystując fatalną sytuację polityczną zagarnianej przez Hitlera Czechosłowacji, polskie wojsko zajęło Zaolzie, czym rząd polski chciał sobie powetować straty po starciu z roku 1919.
Konstytucja marcowa (17 marca 1921) tworzyła sytuację, w której sejm dominował nad władzą wykonawczą. Towarzysząca temu ordynacja proporcjonalna i polityczne swary doprowadziły do permanentnego braku sejmowej większości mogącej podtrzymać rząd. Efekt – od listopada 1918 do maja 1926 Polacy cieszyli się aż czternastoma gabinetami.
Kołomyjce stanowisk kres położył chwilowo zamach majowy Piłsudskiego, który jednakowoż odmówił wcześniej kandydowania na prezydenta. Wybrany prezydentem 9 grudnia 1922 Narutowicz został zamordowany kilka dni później w trakcie trwającej przeciw niemu kampanii Narodowej Demokracji (sic!). Do przełomu 1924 i 1925 przez kraj przetacza się fala strajków robotniczych. Szaleje hiperinflacja. W starciach z policją i wojskiem w Krakowie (listopad 1923) ginie 18 cywilów i 14 żołnierzy. W związku z coraz gorszą sytuacją ekonomiczną kraju w 1925 upada gabinet Grabskiego, a niedługo po nim Skrzyńskiego. Potem prawicowy rząd Witosa zostaje obalony przez Piłsudskiego. Bilans walk na ulicach Warszawy, trwających od 12 do 15 maja, to niemal 400 zabitych i około 1000 rannych.
1 maja 1926 Zgromadzenie Narodowe wybiera Piłsudskiego prezydentem. Jednak ten odmawia, woląc pociągać za sznurki zza kulis. Prezydentem zostaje wskazany przez niego Mościcki, będący w istocie jedynie marionetką. Po trwających cztery lata przepychankach, PPS, PSL Wyzwolenie, PSL Piast, Stronnictwo Chłopskie, NPR i Chrześcijańska Demokracja tworzą partyjny blok nazwany Centrolewem, którego głównym celem jest zwalczanie dyktatorskich ambicji sanacji. Piłsudski podejmuje decyzję o przedterminowym rozwiązaniu sejmu, a w nocy z 9 na 10 września 1930 przywódcy Centrolewu zostają aresztowani i osadzeni w twierdzy brzeskiej.
Od tej chwili (po wyborach wygranych w listopadzie 1930 przez wspierany przez rząd Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem) aż do śmierci marszałka w 1935, trwają tzw. rządy pułkowników. Rządzili twardą ręką — ciała ofiar tamtego okresu odnaleźli później przypadkowo hitlerowcy, którzy tak jak polscy pułkownicy uznali Las Kabacki za dogodne miejsce egzekucji i grzebania martwych opozycjonistów.
Od 1934 do 1939 w Berezie Kartuskiej działał obóz koncentracyjny przeznaczony wyłącznie dla przeciwników rządów sanacyjnych. Choć nie tak rozległy i działający na mniejszą skalę niż późniejsze obozy hitlerowskie, to jednak i jego więźniowie nie mogli narzekać na brak atrakcji. Bicie i poniżanie były tam normą. Opornych politycznie tłuczono drewnianymi pałkami m.in. w stopy, rozciągając torturowanych na tzw. koziołku; wylewano na nich pomyje w nieogrzewanych celach, zrzucano ze schodów ze związanymi z tyłu rękami itp. Na terenie obozu funkcjonował „karcer”, w istocie głęboki dół wypełniony fekaliami, w którym niektórzy więźniowie spędzali niekiedy nawet trzy dni. Z relacji świadków wynika, iż pewnej listopadowej nocy zamarzło tam co najmniej dwóch skazańców.
Oficjalna liczba zabitych w Berezie to jedynie 17 osób. Ilu ich było naprawdę? Zapewne nigdy się nie dowiemy. Przez obóz przeszło wedle szacunków polskich historyków od 3 do 4 tys. ludzi. Wielu z nich wyszło stamtąd jako złamane psychicznie kaleki, którym opozycyjna działalność polityczna na dobre z głów wywietrzała.
Choć II RP podpisała w Wersalu tzw. traktat mniejszościowy (18 czerwca 1918), gwarantujący mniejszościom narodowym w Polsce prawo do zakładania szkół uczących w językach narodowych, oraz dofinansowanie rządowe dla tego typu placówek publicznych, to faktycznie zapisy te pozostały martwe. Konstytucja marcowa w szumnie brzmiących słowach zrównywała wobec prawa wszystkich obywateli Polski, mimo to sejm nigdy nie uchwalił przepisów wykonawczych umożliwiających praktyczną realizację górnolotnych deklaracji dotyczących praw mniejszości do tworzenia organów samorządowych.
Nie powstały też szkoły dla mniejszości, finansowane ze środków państwowych. Działające oficjalnie bojówki endeckie dopuszczały się aktów przemocy wobec Żydów, Białorusinów i Ukraińców. Na uczelniach funkcjonowało tzw. getto ławkowe – studentom pochodzenia żydowskiego nie wolno było usiąść na zajęciach, a złamanie zakazu groziło pobiciem. Przekonał się o tym m.in. prof. Tadeusz Kotarbiński, zaatakowany przez endeków za to, iż zaoferował swoje krzesło zmuszonej do słuchania wykładu na stojąco żydowskiej studentce. Potem przez wiele lat musiał korzystać z ochrony.
Wspierana przez armię polską brutalna akcja kolonizacyjna na Kresach Wschodnich doprowadziła do tego, iż Polacy byli przez tubylców znienawidzeni, tych w istocie sprowadzono bowiem do roli obywateli drugiej kategorii. Osiedlaniu Polaków towarzyszyły pacyfikacje wsi, zabójstwa i gwałty, wysadzanie cerkwi dynamitem.
Dla przedstawicieli mniejszości awans społeczny w Polsce okresu międzywojnia był zablokowany. Nie mieli dostępu do posad państwowych. Byli marginalizowani, traktowani jak problem, z którym zajęty sobą rząd polski po prostu nie miał czasu się ostatecznie uporać. Z tego kłopotu wybawiła go dopiero niemiecka okupacja.
Skłócona niemal ze wszystkimi sąsiadami, Polska osuwała się w otchłań niepodległościowego delirium, opierając swą politykę zagraniczną na iluzorycznych sojuszach z Francją i Wielką Brytanią.
Dzisiejsza propaganda roztacza przed młodymi Polakami wizję II RP jako legendarnej krainy miodem i mlekiem płynącej, gdzie ludziom żyło się szczęśliwie i dostatnio, królowały zaś społeczna równość, pluralizm polityczny i tolerancja. Ów raj odebrali nam podstępni agresorzy, w których roli Polacy rzekomo nigdy wcześniej nie występowali.
Opowieści o warszawskim zrywie to już jeno szemranie wyschłego strumyka. Czy w zbolałej głowie kilkunastolatka, zmuszonego patrzeć, jak rozgrzani wódką Ukraińcy w mundurach SS robią z cnoty jego dzielnej koleżanki-łączniczki jesień średniowiecza, zaświtała myśl: „Po co nam to było?” Czy gdy mu już tę głowę użynali dla zabawy bagnetem, myślał o wolnej Polsce? Czy animatorzy tego szaleństwa zastanawiali się, ilu takich żółtodziobów nie wróci już do swych zrozpaczonych matek? Dziś nikogo to już nie obchodzi.
Dopóki siedzieli okrakiem na barykadzie, świeciło słonko, a nad głową powiewał biało-czerwony sztandar, mogli przenosić góry.
Potem przyszło się zmierzyć z rzeczywistością, a ta zawsze boleśnie weryfikuje nacjonalistyczną megalomanię. Nie było pięknej i dobrej Rzeczpospolitej, nie było wyśnionego zwycięstwa. Zakłamywanie historii poprzez gloryfikację niegdysiejszych klęsk czyni nas narodem wyjątkowym, ale na pewno nie godnym szacunku i naśladowania.
Zważywszy rozmiary tragedii, syreny powinny wyć nie przez minutę, ale bez przerwy przez 63 dni.

Armia Ludowa w Powstaniu Warszawskim

Współczesnym obchodom powstania warszawskiego towarzyszy antykomunizm i podkreślanie antysowieckiego charakteru rebelii. Nic dziwnego, że ze społecznej świadomości zniknęła obecność Armii Ludowej, której żołnierze uczestniczyli w powstańczych walkach.

Historycy zdają się nie pamiętać o tym, że komunistyczna Polska Partia Robotnicza była pierwszym ugrupowaniem ruchu oporu, wzywającym do powszechnego powstania przeciwko faszystowskim okupantom. Co prawda, motywacje towarzyszące tym apelom nie były jednoznaczne, polskim komunistom – zdaniem krytyków – chodziło bardziej o odciążenie Armii Czerwonej, aniżeli realną chęć wyzwolenia narodu.
PPR przewidywała, że masowe powstanie będzie końcowym etapem działań partyzanckich prowadzonych przez Gwardię Ludową (zbrojne skrzydło PPR – przyp. aut.) już od maja 1942 roku, kiedy w lasach w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego działalność rozpoczął oddział Franciszka „Małego Franka” Zubrzyckiego. Już miesiąc po rozpoczęciu komunistycznych operacji wojskowych, Armia Krajowa informowała Naczelnego Wodza o planowaniu przez PPR „powstania zbrojnego odciążającego front sowiecki”. Dążenie do insurekcji – według AK i rządu londyńskiego – było błędem, należało prowadzić raczej „ograniczoną akcję zbrojną”. „Opór masowy” miał doprowadzić do „masowej rzezi” cywilów, o czym AK-owcy naocznie przekonali się w sierpniu 1944 roku.
Nazbyt wojowniczy komuniści byli izolowani przez Armię Krajową, która uważała ich za proradzieckich szkodników i „anarchistów”. Bardziej powściągliwa AK zamierzała czekać z powstaniem aż do czasu załamania się potęgi militarnej III Rzeszy. Komuniści wykorzystywali bierność AK do własnych celów propagandowych, głosząc potrzebę zbrojnej odpowiedzi na hitlerowski terror. Agresywna retoryka przyczyniła się do wzrostu poparcia dla komunistów, szczególnie wśród spragnionej odwetu młodzieży, która nie chciała czekać w spokoju na dalszy rozwój wypadków. W listopadzie 1943 roku Bór-Komorowski informował Londyn o tym, że „stan potencjalny i liczebny komuny został nie tylko utrwalony lecz i zwiększony”. „(…) komuna posiada w swym ręku groźne i wielkiej wagi narzędzie, które z właściwą sobie giętkością i energią obróci przeciw polskiej racji stanu przy pierwszym korzystnym dla siebie momencie, przy czym moment programowej przedwczesności tej aktywizacji wcale nie jest wykluczony” – pisał w swoim raporcie przywódca Polskiego Państwa Podziemnego, wyraźnie ostrzegając przed możliwością „przedwczesnego” powstania.
Wraz z kontrofensywą Armii Czerwonej, militarno-dywersyjna działalność PPR wyraźnie przyśpieszyła. Coraz częstsze były tzw. eksy, czyli akcje „ekspropriacyjne” mające na celu pozyskanie środków finansowych na utrzymanie partii (Jan M. Ciechanowski podaje, że PPR przez cały okres wojny nie otrzymywała pomocy finansowej ze strony ZSRR). Komuniści byli także coraz bardziej aktywni w partyzantce, która na początku 1944 roku przekształciła się w podporządkowaną Krajowej Radzie Narodowej, Armię Ludową.
Rok 1944 przyniósł całkowite przeorientowanie na mapie ruchu oporu. Komuniści wraz z postępem Armii Czerwonej wstrzymali się od dotychczasowych planów rozpoczęcia masowego powstania, podczas gdy AK przystąpiła do realizacji Akcji „Burza”. W lipcu ścisłe kierownictwo PPR opuściło Warszawę i skierowało się do Lublina, gdzie powołano Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. W stolicy pozostawiono wyłącznie „kierownictwo zastępcze” partii, co – zdaniem Ciechanowskiego – wskazuje na to, że PPR całkowicie wycofała się z planów wywołania w mieście powstania.
W chwili wybuchu powstania, w Warszawie rozlokowanych było 2000 żołnierzy Armii Ludowej, z których tylko połowa służyła w uzbrojonych oddziałach bojowych. Bunt był dla „komuny” – jak utrzymuje historyk Ryszard Nazarewicz – totalnym zaskoczeniem. Pomimo tego, Armia Ludowa gremialnie stanęła do walki przeciwko Niemcom i podporządkowała się pod względem operacyjnym dowództwu Armii Krajowej. Większość komunistów zgłaszała się do najbliższych jednostek AK, niektórzy z nich w ogóle nie zdradzali swojej prawdziwej przynależności – takim sposobem do zgrupowania „Chrobry II” weszły dwa plutony komunistycznej armii.
Dowódcy Polskiego Państwa Podziemnego raczej entuzjastycznie przyjęli dołączenie żołnierzy AL do powstańczej batalii. Pułkownik Antoni „Monter” Chruściel sugerował AK-owcom „traktować życzliwie oddziały PAL (chodzi o Polską Armię Ludową, skrajnie lewicową organizację konspiracyjną – przyp. red.) czy AL, podporządkowując je naszym dowódcom rejonów”. Żołnierze AL, u boku AK-owców walczyli na Woli, Starówce, Śródmieściu, Żoliborzu i w Czerniakowie. Dowódcy docenili heroizm komunistycznych żołnierzy, wielu z nich odznaczonych została przez gen. Komorowskiego orderami „Virtuti Militari” (m.in. por. Jan Szelubski, por Edwin Rozłubirski) i Krzyżami Walecznych.
Szacuje się, że w powstaniu zginęło około 500 powstańców z Armii Ludowej, w tym cały Sztab Powstania. Dowódca AL mjr Bolesław „Ryszard” Kowalski śmierć poniósł pod koniec sierpnia w kamienicy Łyszkiewicza na Starym Mieście. Wraz z nimi poległo czterech członków warszawskiego sztabu komunistycznej armii (mjr Stanisław Nowicki, kpt. Stanisław Kurland, kpt. Edward Lanota i por. Anastazy Matywiecki). „Tak ogromnej straty (…) nie poniosła żadna inna formacja powstańcza” – napisał w swojej monografii o AL Ryszard Nazarewicz, historyk i weteran partyzantki.
Na początku września AL-owcy otrzymali niewielkie wsparcie ze strony 1. Dywizji Lotniczej WP i radzieckiej 16 Armii Lotniczej, które rozpoczęły zrzuty broni i amunicji w miejsca wyznaczone przez obecnych w mieście komunistów. Powstańcy walczyli również u boku żołnierzy LWP na przyczółku czerniakowskim. Ogół „komunistycznych” oddziałów poniósł tam dotkliwe straty personalne – zginęło 2276 żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego, czyli 87% desantowanych wojsk.
Armia Ludowa nawiązała w czasie walk bliską współpracę z innymi grupami lewicowego oporu, wśród nich znalazły się Polska Armia Ludowa i Korpus Bezpieczeństwa. W połowie września wszystkie wspomniane organizacje weszły do tzw. Połączonych Sił Zbrojnych, koalicji powstańczej pod faktyczną kontrolą komunistów. Integracji skrajnej lewicy sprzyjała coraz gorsza sytuacja na froncie i rosnące napięcie pomiędzy AK i AL – oficerowie tej pierwszej zaczęli oskarżać komunistów, o to, że powstanie wybuchło z ich inspiracji, znaleziono w ten sposób „kozła ofiarnego”, którego obarczono winą za klęskę rebelii.
Kolejny etap integracji skrajnej lewicy przyszedł 25-26 września, kiedy wykrystalizowało się prokomunistyczne Powstańcze Porozumienie Demokratyczne, do którego dokooptowano radykalnych socjalistów, syndykalistów i żydowską lewicę. Członkowie porozumienia, w odezwie „Do społeczeństwa stolicy” oficjalnie uznali zwierzchnictwo PKWN. Deklaracja, która miała być pstryczkiem w nos dla Polskiego Państwa Podziemnego, miała wyłącznie symboliczny wymiar – 2 października dowództwo AK podpisało akt kapitulacji.
Członkowie AL i ich sojusznicy – w obliczu klęski powstania – podzielili się na dwie grupy. Część z nich otrzymała legitymacje AK i wraz z resztą powstańców trafiła do obozów jenieckich, pozostali opuścili miasto stołeczne wraz z cywilami. Niewielkie zgrupowanie AL-owców przepłynęło Wisłę łodziami dostarczonymi przez 1 Armię Wojska Polskiego. Przeprawą niedobitków dowodził kpt. Lech Kobyliński z batalionu szturmowego im. Czwartaków. Na drugą stronę Wisły, samodzielnie przepłynęło też kilku oficerów Połączonych Sił Zbrojnych ze Śródmieścia. Wszyscy AL-owscy uczestnicy powstania wykazali się żołnierską postawą i bohaterstwem, z czym wypada zgodzić się niezależnie od naszej współczesnej oceny powstania.
Komuniści i „lewacy” nie tylko uczestniczyli w ulicznych walkach, ale również jako pierwsi wpadli na pomysł ogólnopolskiego powstania. Propaganda prokomunistyczna nawoływała do otwartego buntu jeszcze w czasach, kiedy AK apelowało do rodaków o zachowanie umiaru i wstrzymywanie się od zachowań prowokacyjnych i mogących wywołać represje.

Od Brandta do Maasa

1 sierpnia Polacy nie tylko w stolicy, obchodzili rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Spory o jego sens i ocenę będą toczyły się jeszcze długo. Miało trwać tydzień,a nie ponad dwa miesiące. Zginął kwiat młodzieży i generalnie ok. 180 tys. cywilów. Po upadku Powstania wypędzono pół miliona ludzi,a lewobrzeżna Warszawa została niemal zrównana z ziemią.
Tego dnia oficjalną wizytę składał w Polsce szef dyplomacji Niemiec, dość młody polityk (53 l.),socjaldemokrata Heiko Maas. Wspominam o wieku ponieważ przez długi czas toczyły się dyskusje o tym-czy wraz z odchodzeniem nad Renem pokolenia, które pamięta II wojnę światową młodsi politycy będą kontynuowali linię kanclerza Willy Brandta,który 7 grudnia 1970 r. ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie, prosił o wybaczenie i zainicjował długi oraz trudny proces pojednania obu naszych społeczeństw.
Moim zdaniem Heiko Maas we właściwy sposób.idzie drogą Brandta. Akcentował mocno odpowiedzialność państwa niemieckiego za zbrodnie i okrucieństwa oraz jasno stwierdził,że jest mu wstyd „za to, co Niemcy wyrządzili Polsce”.
W trakcie spotkania z młodzieżą w Muzeum Powstania Warszawskiego użył ładnej formuły,iż dla Niemców „to wielkie szczęście,że możemy żyć z Polakami jako równi partnerzy w zjednoczonej Europie”. Opowiedział się ponadto za tym,by wreszcie w RFN powstało miejsce pamięci ofiar wojny i okupacji w Polsce,które stanowiłoby znaczący gest pojednania.
Szereg razy,m.in. w Sejmie, mówiłem o istotnej triadzie występującej w tego rodzaju sytuacjach:”POROZUMIENIE- POJEDNANIE-WYBACZENIE”. To skomplikowane i długotrwałe procesy, na ogół nie poddające się schematycznym ujęciom. Porozumienie generalnie w stosunkach polsko-niemieckich mamy już za sobą,co nie znaczy,że występować już nie mogą znaczące różnice zdań w niektórych kwestiach (vide Nord-Stream 2,czy reparacje).Berlin jest dla Warszawy głównym partnerem gospodarczym (obroty ponad 110 mld. euro) i jednym z kluczowych partnerów politycznych. Proces pojednania jest bardzo zaawansowany, zaś co do wybaczenia to nie ma jednoznacznych jego mierników,ale z pewnością w miarę upływu czasu ono też postępuje.
Polacy słusznie szczycą się tym,że nie mieliśmy nigdy swojego Quislinga.(trochę już zapomniany polityk norweski kolaborujący z Hitlerem, który w 1940 r. ogłosił się premierem). Stąd trudno pojąć zapowiedź objęcia patronatem przez prezydenta Dudę uroczystości 75. rocznicy utworzenia Brygady Świętokrzyskiej Narodowych Sił Zbrojnych – blisko współdziałającej z Wehrmachtem. PAD idzie więc fałszywym śladem obecnego premiera,który półtora roku temu,w trakcie pobytu w Monachium, składał kwiaty na grobach żołnierzy tej Brygady. Z pewnością dziwią się temu wielce nie tylko żyjący jeszcze powstańcy, ale także sami Niemcy.

Głos lewicy

Pamięć tak, propaganda nie

Tymoteusz Kochan komentuje na 1 sierpnia:
Powstanie Warszawskie to przede wszystkim hekatomba i straszna masakra ludności cywilnej. Na 200 tys. zabitych cywilów ginie 10 tys. powstańców. Nie była to ani decyzja demokratyczna, ani podjęta przy jakimkolwiek współudziale ludności cywilnej. Współcześnie porównywalne do tego byłyby chyba tylko wydarzenia np. w Syrii lub Iraku, gdzie zdarzało się, że kilkutysięczne oddziały Państwa Islamskiego brały często za zakładników całe, wielkie miasta…
Powstanie było militarną i strategiczną klęską.
Wykrwawiło stolicę, decyzja o jego organizacji była błędem, a w stosunku do samego miasta po prostu zbrodnią. Dziś Andrzej Duda powtarza znane kłamstwa, że dzięki temu Polska nie była Republiką Radziecką tylko Polską Rzeczpospolitą Ludową (choć z reguły prawica nie widzi przecież żadnej różnicy!)…
Tak naprawdę decyzje o tym zapadały już w 1943 roku, a decydujący wpływ miały na to: rozwiązanie polskiej partii komunistycznej, zawiązanie polskiego wojska i Armii Ludowej, czy starania polskich komunistów i socjalistów. Czechosłowacja np. nie miała masakry powstańczej i jakoś też nie stała się Republiką Radziecką…
Wszystkim należy się pamięć. Również Powstańcom, którzy najczęściej nie mieli żadnego wyboru… Ale propaganda sukcesu uprawiana na tej przerażającej masakrze, którą trudno nawet nazwać walką, to coś, czego prawica powinna się tylko wstydzić.

Nie estetyzujmy wojny

Na ten sam temat wypowiedział się Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca:
Nie znoszę estetyzacji wojny. Za dużo osób rzeczywiście na niej cierpiało, nie dawało rady, robiło rzeczy, których robić nigdy nie planowało. Np. zabijało. Bo nie było innego wyjścia. Wyobrażam sobie, że po latach życia w strachu mogli odczuwać radość idąc do walki. Wyobrażam sobie, że z różnych powodów zachowali z tamtego okresu jakieś piękne wspomnienia. Przeżyli rzeź, a takie traumatyczne doświadczenie potrafi przestawić wajchę życia. Przeżyli, więc wybrali radość życia, to normalne, inaczej popełniliby samobójstwo, jak wielu innych.
Kochajmy ich, słuchajmy, póki możemy. Ale nie estetyzujmy wojny, nie róbmy o niej komiksów, gier, nie twórzmy wzorców zachowań, którymi mieliby się kierować ludzie, którzy mają szczęście żyć w czasach pokoju. Nie róbmy tego szczególnie dzieciom. Jest tyle pięknych historii, którymi można je uraczyć.

Na dywaniku prezesa z dumnie podniesioną głową

Tymczasem dziennikarz Piotr Jastrzębski relacjonuje, jak wygląda 1 sierpnia w mediach:
Oglądam tvn24, najpierw Tomasz Wołek, który stał się nagle obrońcą demokracji, a ja chciałbym zadać mu tylko jedno pytanie: jak smakowała mu herbatka u Pinocheta, gdy razem z innym obrońcą demokracji Michałem Kamińskim pojechali zawieźć mu ryngraf. A teraz Duda dziękuje między innymi aliantom, którzy podobno tak bardzo wsparli powstańców. Aha, mówił jeszcze, że Polacy to dumny naród który ma zawsze podniesioną głowę. Wyobraziłem go sobie na dywaniku prezesa z tą dumnie podniesioną głową.

Bohaterowie szerzej nieznani

W rocznicę Powstania Warszawskiego chciałabym oderwać się od historycznych dyskusji i ocen. Moje oczy tego dnia zwrócone są w stronę tych, którzy nie mieli wyboru: na najmłodszych uczestników powstania, do których bohaterstwo przyszło samo, nieproszone.

O dzieciach powstania pisze Monika Kowaleczko-Szumowska w książce „Fajna ferajna”.
Pozycja ta ukazała się wprawdzie już jakiś czas temu, w roku 2015, jest również dedykowana dzieciom w wieku szkolnym, jednak może stanowić wzruszającą lekcję historii dla czytelnika w każdym wieku.
To spisane w formie opowiadań wspomnienia tych uczestników powstania, którzy w momencie jego wybuchu mieli kilka lub kilkanaście lat.
Najmłodszy zmobilizowany powstaniec miał ich dziewięć. To Jurek. Po wojnie otworzył w stolicy zakład zegarmistrzowski.
Jego koledzy opisani w książce nie byli wiele starsi – 10-letni Mirek (uciekł z domu, aby zostać łącznikiem, tak bardzo zazdrościł swoim nastoletnim kolegom, że mogą walczyć). Hipek przeprowadzał ludzi przez kanały, Jaga cieszyła się, że nie musi iść do szkoły „bo jest powstanie”. Basia przygotowywała żonierzom lemoniadę, była z siebie niezwykle dumna. Halusia kochała swoje domowe psy i koty – razem z nimi wyjechała z Warszawy w bydlęcym wagonie, nie pozwoliła zostawić swoich pupili.
Bo warto wspomnieć, że w powstaniu ginęły również zwierzęta. Zginęli niemal wszyscy lokatorzy warszawskiego ZOO – większość przez bombardowanie miasta.
Niewdzięczny los czekał również zwierzęta domowe. Wzruszającą historię opowiedziała mediom nieżyjąca już aktorka Zofia Czerwińska. Jej ojciec przygarnął rannego wilczura, którego, jak się okazało, szukało później gestapo. Pies jednak tak bardzo przywiązał się do małej Zosi, że oddał za nią życie.
„Gdy wybuchło powstanie, strach było nawet wychodzić z domu”- wspominała aktorka. – „Wszędzie świszczały kule. Ale ja zawsze chodziłam przez podwórko po wodę do studni, więc i tego dnia też postanowiłam iść. Pies oczywiście ze mną. Łatwo można się domyślić, co się wydarzyło na podwórku. Nagle ten wielki wilczur rzucił się na mnie . A ja dopiero po chwili usłyszałam dziwny świst. Ten pies musiał być jednak szkolony i w ułamku sekundy potrafił zareagować. Ja tylko czułam, jak to jego serduszko przestaje bić”.

W buraczkach

Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Przed poprzednią rocznicą Warszawskiego Powstania pewna sympatyczna pani zadała mi pytanie – jak Powstanie wpłynęło na pańskie życie, co pan z niego szczególnie zapamiętał? Nie było wówczas warunków do udzielenia odpowiedzi, więc obiecałem, że odpowiem później.

Spóźniona odpowiedź

Jako względnie solidny sklerotyk wracam więc do tego tematu. Dlaczego dopiero po roku? Chyba dlatego – i jest to już wstępny element odpowiedzi, – że nie kultywuję specjalnie tego okresu mego życia. Staram się eliminować z pamięci sytuacje tragiczne, a eksponować pogodne i zabawne, bo – wbrew pozorom – i takich w „historycznych momentach” na ogół nie brakuje. I nie jest to z mojej strony ani zamiar ani objaw lekceważenia, tylko instynktowna, równoważąca reakcja, na śmiertelnie poważne i niemal zawsze smutne opowiadania o wszystkim, co dotyczy tego „niepodległościowego zrywu”. Zwłaszcza drażnią mnie górnolotne, okolicznościowe przemówienia naszych najwyższych notabli, których wtedy jeszcze na świecie nie było. Ale Powstanie jest kapitałem politycznym, więc muszą o nim dużo mówić, a nawet teatralnie pokrzykiwać.
Nota bene – jest to jedna z przyczyn, dla których od dawna zrezygnowałem z uczestnictwa w organizacjach kombatanckich, staram się nie chadzać na wspomnieniowe spotkania (zresztą już nie bardzo mam z kim!), nie znoszę ubierania berecików i podniecania młodzieży moją rzekomo bohaterską postawą.
To „bohaterstwo” też jest już pewnym podtematem odpowiedzi. Nie chcę powiedzieć – broń mnie Boże – że wśród żyjących jeszcze uczestników Powstania nie ma prawdziwych bohaterów, którzy robili coś nadzwyczajnego, albo wykonywali wyjątkowo trudne zadania. Ale wrodzona przekora przypomina mi spotkanie z oficerami łącznikowymi z Londynu, jakie w lipcu 1945 r. wraz z kilkudziesięciu kolegami, mieliśmy w Niemczech, już umundurowani i wspomagający II Armię Kanadyjską, która wyzwoliła nas z jenieckiego obozu.

Bohaterstwo, ostrożność i szczęście

Prowadzący spotkanie major powiedział wtedy – „Drodzy chłopcy – jesteście bohaterami i zrobimy wszystko abyście mogli rozpocząć nowe życie na zachodzie”. Jeden ze starszych kolegów, słynący wśród nas z inteligencji, dowcipu i cynizmu, odpowiedział wówczas – „Panie majorze – prawdziwi bohaterowie, nasi przyjaciele i koledzy, wyginęli w Powstaniu. Tutaj ma Pan do czynienia z gromadą ludzi bardzo ostrożnych, takich, którzy po prostu mieli szczęście, albo wręcz dekowników. O ile wiem, to większość z nas nie uważa się za bohaterów”.
Jeśli chodzi o mnie – to kolega miał rację. Przez całe Powstanie nie zrobiłem nic bohaterskiego. Byłem – upraszczając – czymś w rodzaju „łącznika dalekiego zasięgu”. Miałem satysfakcję, kiedy, zgodnie z rozkazem, udawało mi się dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Miałem szczęście, bo udawało mi się często „przeskoczyć” przez ulice pod ostrzałem i niemające (albo jeszcze niemające) barykad. Chwaliłem się przed kolegami, że znajdowałem nowe przejścia między domami, albo przez łączące się piwnice. Miałem szczęście, że nie podtruli mnie skutecznie w kanałach, jak przechodziłem ze Śródmieścia na Starówkę i na Powiśle. Miałem w końcu szczęście, że niemiecki snajper strzelający z Ogrodu Saskiego, wprawdzie mnie trafił, jak przeskakiwałem Marszałkowską, ale przestrzelił mi tylko bluzę na przygarbionych plecach. Wśród kolegów panowało przekonanie, ze właśnie ta bluza daje „nietykalność”. Parokrotnie, niemal zmuszano mnie do jej pożyczania, przed bardziej niebezpiecznymi trasami.
Co zapamiętałem poza tymi „osiągnięciami”? Oczywiście – wizyty w piwnicznym szpitalu na Świętokrzyskiej, gdzie początkowo leżał mój ojciec (kpt. „Macedończyk”), trafiony kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Leżał na materacu, rozłożonym na podłodze, w „pomieszczeniu oficerskim”. Był tam też pacjent, który niemal bez przerwy opowiadał „kawały”, czyli anegdoty, głównie warszawskie i żydowskie. Dzięki tym opowiastkom Ojciec, mimo bólu, był zawsze w niezłym humorze. Mnie się to też udzielało i wychodziłem z tego szpitala w pogodnym nastroju i z nadzieją, „że wszystko dobrze się skończy”.

Coś do zjedzenia

Dodatkowym, codziennym zajęciem było poszukiwanie czegoś konkretnego do zjedzenia, poza często dostępną, przesłodzoną zupą z ziaren pszenicy. Chleb jadłem rzadko. Piekły go jeszcze nieliczne piekarnie, w których mieli zapasy mąki. Nie było powszechnego systemu zaopatrzenia, bo też nie było niezbędnej dla jego funkcjonowania logistyki. Częściej jadałem w różny sposób przyrządzane kartoflanki, bo ludność cywilna miała spore zapasy ziemniaków. Częstowano nas tymi kartoflankami w piwnicach, przez które przechodziliśmy, indywidualnie wykoncypowanymi trasami dojścia do miejsc przeznaczenia.
W czasie całego Powstania tylko raz jadłem prawdziwy i smaczny, pełny obiad. Na Jasnej spotkałem Krysię – zaprzyjaźnioną koleżankę ze szkoły. Nie uczestniczyła czynnie w Powstaniu, bo opiekowała się matką i babcią, które po ucieczce z Woli mieszkały w miejscu pracy mamy – budynku Komunalnej Kasy Oszczędności, róg Złotej, Jasnej i Przeskok. Rodzina opiekująca się tym obiektem miała znaczne zapasy ziemniaków i buraków. Jej matka też z nich korzystała. Krysia zaprosiła mnie na obiad na następny dzień, zapowiadając z uśmiechem, że będzie „wyjątkowa wyżerka”. Poprosiłem o dwugodzinne „wolne, wyrwałem jakieś kwiatki z resztek balkonu rozbitego bombą domu na Sienkiewicza i poszedłem do budynku KKO.
Panie mieszkały w piwnicy, ale obiad zrobiły w jednym z urzędniczych pokoi na parterze. Na przystawkę podano połówki jajek z chrzanem, potem doskonale przyrządzoną kartoflankę. Po krótkiej przerwie babcia wniosła danie główne – na półmisku leżał zając! Nałożono mi spory kawałek ciemnego mięsa, ziemniaki i buraczki. Nie miałem wątpliwości – mięso smakowało jak zając. Zapytałem tylko, kto i jak dostarczył im zająca? Panie zaśmiały się głośno, a Krysia powiedziała, że to właściwie tajemnica, ale później mi powie.
Po obiedzie zostało mi jeszcze pół godziny „wolnego”, dostałem kubek zbożowej kawy i usiedliśmy z Krysią na schodkach, przed wejściem do budynku. Było cicho – tego dnia bombardowano nas rano, a potem był spokój. Krysia zapytała, czy smakował mi obiad. Jak entuzjastycznie potwierdziłem, szczególnie chwaląc zająca, powiedziała „to fajnie, ale to nie był zając, tylko kot!”. Zakrztusiłem się kawą, ale mój żołądek nie zareagował. Pomyślałem, że w końcu Chińczycy jedzą niemal wszystko, co się rusza. A kot – dachowiec, to właściwie dziczyzna.

Uśmiech przez łzy

Powstanie trwało dwa miesiące, ale z mego życiorysu wycięło prawie półtora roku. Największą część tego okresu zabrał pobyt w niewoli. To nie był dobry czas, ale i w nim zdarzały się momenty, w których rozbawienie było silniejsze od smutku i złości, w których uśmiech ukrywał łzy.
Pierwszym takim momentem był apel po przyjeździe do jenieckiego obozu XIB w Fallingbostel. To nie była represja. Rozumieliśmy, że musieli zrobić jakąś wstępną ewidencję. Ustawiono nas na wielkim placu i niemieccy oficerowie w towarzystwie kilku żołnierzy przechodzili powoli wzdłuż szeregów, notując imiona i nazwiska, stopnie wojskowe, daty urodzenia, zabierając legitymacje AK, wydane w czasie Powstania, scyzoryki i „fińskie” noże, a także wojskowe pasy lub szerokie pasy o podobnym wyglądzie. I to ostatnie żądanie stało się problemem wywołującym powszechna wesołość – zarówno naszą jak i ich. Pół biedy, jeśli ktoś nosił pas opasujący bluzę, kurtkę czy płaszcz. Ale jeśli ten pas utrzymywał spodnie – sytuacja robiła się tragiczna. Na ogół zbyt luźne spodnie opadały, trzeba było je podtrzymywać rękami, zajętymi przecież plecakami, walizeczkami i workami z „dobytkiem”. Ci mniej szczęśliwi z trudem potem dotarli do wyznaczonych baraków, wygrzebywali ze swoich bagaży zapasowe, normalne paski do spodni, – jeśli je mieli. Ci, co ich nie mieli, szukali sznurków i linek. Jeśli ich nie znaleźli, darli i wiązali na paski zabrane ręczniki, a nawet koszule. Ale złość mieszała się ze śmiechem, a obraz naszych chłopców, łącznie ze mną, paradujących przez dłuższy czas z opadającymi spodniami, został w mojej pamięci.
Dużo później zdarzyła się sytuacja, w której także rozbawienie zwyciężyło z obawą i niezadowoleniem. Wraz z kolegą uciekliśmy z podobozu pracy, mając nadzieję, że uda nam się przejść do Aliantów przez bliski już front. Nie daliśmy rady. Nie mieliśmy dobrej mapy, po trzech dniach byliśmy wykończeni spaniem w domkach w ogródkach działkowych, zmarznięci i głodni. W mieście Wuppertal odpoczęliśmy w słońcu na parkowej ławce i postanowiliśmy się poddać. Ale komu i jak? Uznaliśmy, że najlepiej policjantowi, regulującemu ruch na pobliskiej ulicy. Zdjęliśmy i wyrzuciliśmy do kosza na śmieci cywilne płaszcze, które przykrywały nasze mundury – wprawdzie belgijskie, otrzymane już w obozie, ale zupełnie podobne do polskich. Założyliśmy pomięte w kieszeniach furażerki i podeszliśmy do policjanta. W naszym szkolnym, chociaż nieco już podszlifowanym niemieckim, powiedzieliśmy, że uciekliśmy z obozu jenieckiego, ale rezygnujemy i prosimy o przekazanie nas najbliższej jednostce Wehrmachtu, czyli wojskowej.
Policjant stał jak posąg z ręką podniesioną dla regulowania ruchem W jego oczach i zastygłej ze zdumienia twarzy zobaczyłem zdziwienie połączone z przerażeniem. Być może, w hałasie ulicznym nie końca nas zrozumiał. Jak wszyscy Niemcy w Westfalii zdawał sobie sprawę, że coraz lepiej słyszalne, zbliżające się odgłosy pojedynków artyleryjskich oznaczają rychłe wejście aliantów. Przez chwilę był chyba przekonany, że jesteśmy już zwiadowcami nadchodzącej „wrogiej” armii i że to on ma się poddać. Nie mogliśmy się powstrzymać od szerokiego uśmiechu, a on w końcu zorientował się, że jesteśmy bez broni. Otrzeźwiał, ale muszę przyznać, że widocznie bardziej zrozumiał, zbliżającą się nieuchronnie „zamianę miejsc” i był wyjątkowo uprzejmy. Także w komisariacie, do którego nas zaprowadził, traktowano nas niemal jak oczekiwanych gości. Nic dziwnego – składaniu rutynowych zeznań towarzyszyło coraz silniejsze drganie szyb, reagujących na wybuchy artyleryjskich pocisków.
Jak piszę ten tekst, przypomina mi się coraz więcej powstańczych i postpowstańczych momentów, które wywoływały śmiech, osłabiały napięcie, ułatwiały przetrwanie. Ale teraz nie jest dobry czas na ich opisywanie. Aktualne władze mają ograniczone poczucie humoru i mogą to uznać za modne ostatnio „szarganie świętości”.

UWAGA! W artykułach obejmujących wspomnienia z okresu Powstania Warszawskiego i kilku lat powojennych, autor opiera się wyłącznie na własnej pamięci. Stąd też mogą występować pewne różnice w stosunku do informacji zawartych w dostępnej literaturze.

Niech powrócą wspomnienia (8)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy twórcę TDC – Macieja Zimińskiego.

Maciej Zimiński był chłopakiem z Woli. Z warszawskiej Woli. Zawsze podkreślał, że mówiąc o sobie najchętniej by opowiadał o szczęściu i przypadku, bo obie te rzeczy przez całe życie mu towarzyszyły. Szczęście zwykle pozytywnie, natomiast przypadki bywały także i w ciemnych barwach.
W wieku 7 lat wyjechał z rodzicami do Wilna, albowiem jego tata awansował na szefa nowego wileńskiego oddziału „Naszej Księgarni”.
W Wilnie Maciej rozpoczął edukację, a że był nad wiek oczytany i jego wiedza daleko wykraczała poza pierwszy oddział, więc od razu poszedł do klasy drugiej. Nauka szła mu dobrze, ze zdrowiem znacznie gorzej. W lutym 1938 zachorował na szkarlatynę. Była to wówczas bardzo ciężka choroba.
„Moja mama, jak to dobra, kochająca mama, nie oszczędzając się, pielęgnowała mnie – wspomina. – W rezultacie sama się rozchorowała na płuca i w końcu kwietnia ’38 zmarła. W czerwcu 1939 wróciliśmy z tatą do Warszawy”.
Wybuch wojny i niemiecka okupacja nie przerwała edukacji Macieja.
„To świadectwo ukończenia klasy 7 opatrzone datą 1944. Mam na nim wszystkie oceny bardzo dobre. Faktycznie jednak 7 klasę ukończyłem w roku 1943. Cenzurkę mi wręczono po czym zabrano i zakomunikowano: zostajesz na drugi rok! No, skoro tak zdecydowano, to we wrześniu stawiłem się na lekcje. Jak przystało, wręczono mi legitymację uczniowską i… zakazano pokazywania się w szkole. Cały trick polegał bowiem na tym, żeby fikcyjnie uczynić ze mnie jeszcze przez rok ucznia, bo to dawało pewną ochronę przed mało przyjaznymi władzami niemieckimi”.
Któregoś dnia, pod wpływem kolegów, którzy namawiali go aby wstąpił do Zawiszaków, czyli najmłodszej grupy konspiracyjnego harcerstwa, poszedł do swego nauczyciela zwierzyć się i zapytać o radę.
„Wiesz co – powiedział Maćkowi – nie wstępuj do Zawiszaków, będziesz żołnierzem w naszym batalionie. I tak mając lat 13 i pół zostałem, no chyba muszę powiedzieć to w cudzysłowie, „żołnierzem” batalionu Armii Krajowej Kiliński”.
28 lipca ‘44 w gmachu szkoły przy ulicy Miedzianej 8 wziął udział w zgrupowaniu kompani. Ostatnim przed wybuchem powstania.
„To był piątek – wspomina – a w sobotę wraz z tatą, który też miał swoje kontakty i wiedział, że powstanie wybuchnie lada dzień, pojechaliśmy do Józefowa pożegnać się z bliskimi. Nazajutrz mieliśmy wracać do Warszawy. Tymczasem w niedzielę o 6 rano byliśmy już wyzwoleni i owego 30 lipca ‘44 z dwoma kolegami wieszaliśmy na stacji Józefów biało-czerwoną flagę.
Słowo szczęście może zabrzmi tutaj dla kogoś mało elegancko – dodaje – ale dla mnie cudownie, bo całe powstanie spędziłem poza Warszawą. Może dzięki temu siedzę tu Sławeczku z tobą i mogę opowiedzieć o tamtych dniach. Moi koledzy z plutonu, najbliżsi przyjaciele, nie mieli tyle szczęścia. Zginęli w domu Marszałkowska róg Siennej na który spadła bomba”.
W końcu stycznia ‘45 roku razem z ojcem, przez skutą lodem Wisłę, dotarł do Warszawy. Widok, jaki ukazał się ich oczom, był przerażający. Nie było miasta, nie było ich domu, ale dziwnym trafem przy Mokotowskiej ocalała księgarnia jego taty. Tam się zatrzymali. Ojciec cudem zdobył żelazny piecyk, zwany kozą. Na szczęście za kontuarami zachował się fragment drewnianej podłogi, więc urządzili sobie na nim legowisko.
Wiosną ‘45 zobaczył na murze jakiejś kamienicy napisane ręcznie ogłoszenie, że przy ulicy Rakowieckiej 23 wznawia działalność Gimnazjum i Liceum Rejtana. Pobiegł tam szybciutko, by wpisać się na listę uczniów.
„To zabrzmi dzisiaj zabawnie, ale warunkiem przyjęcia do gimnazjum było przyniesienie własnego krzesełka! Właśnie krzesełka, bo w szkole nie było żadnych mebli – wspomina. – Przed wojną faktycznie mieścił się tam Rejtan, lecz w czasie okupacji działały w tym budynku niemieckie zakłady wyrobów skórzanych. Przez pierwsze tygodnie mieliśmy wielkie sprzątanie: wynoszenie ścinków, wstawianie okien, kitowanie szyb, słowem – przygotowania do rozpoczęcia lekcji”.
Wkrótce z kolegami reaktywował słynną „Czarną Jedynkę” – pierwszą warszawską drużynę harcerską. Maciejowi powierzono funkcję sekretarza.
„Załatwiałem formalności z wręczeniem krzyży harcerskich i przez zupełny przypadek, bo nie ma w tym żadnej mojej zasługi, zostałem posiadaczem, co jest uwidocznione w książeczce służbowej, odznaki serii pierwszej numer pierwszy z roku 1945. Całkowicie żartem mogę więc powiedzieć, że jestem pierwszym powojennym harcerzem” – mówi.
Po maturze zdał egzaminy do Szkoły Głównej Handlowej, przemianowaną później na Szkołę Główną Planowania i Statystyki, tak więc, chcąc nie chcąc, skończył SGPiS.
„Moją specjalizacją była organizacja i technika handlu – dodaje. – Czyli mógłbym zostać ekspedientem w sklepie. Ale równocześnie zacząłem studiować dziennikarstwo. Najpierw w Akademii Nauk Politycznych, bo tam było Studium Dziennikarskie, potem na Uniwersytecie. W 1952 roku zostałem absolwentem do kwadratu: i SGPiS-u i Uniwersytetu Warszawskiego”.
Pamiętajmy, że były to czasy, gdy absolwentom wyższych uczelni wręczano nakazy pracy. Maciej czynił usilne zabiegi, aby dostać skierowanie do „Naszej Księgarni”, z którą współpracował od 1949 roku, ale początkowo nie układało się po jego myśli. Otrzymał przydział do Referatu Prasowego Ministerstwa Szkół Wyższych. Wybronił się jakoś i ostatecznie trafił do upragnionego wydawnictwa:
„Gdy przyniosłem nakaz pracy, trzeba było rozwiązać ze mną wcześniej podpisaną umowę. Traf chciał, że na Placu Unii spotkałem kolegę, który był zastępcą naczelnego redaktora „Świata Młodych”. Zapytał: Maciek, czy nie przyszedłbyś do nas do pracy? Ja, wykorzystując chytrze, ale może nie całkiem zgodnie z prawem fakt, że dostałem już wypowiedzenie, a nakaz jeszcze nie zaczął obowiązywać, uciekłem do tej harcerskiej gazety”.
I tak jesienią 1952 Maciej Zimiński z dwoma dyplomami w kieszeni – organizacji i techniki handlu oraz dziennikarstwa – rozpoczął pracę w „Świecie Młodych”. Pasja i talent pozwoliły mu szybko awansować. Został sekretarzem redakcji. Był lubiany przez koleżanki i kolegów. Potwierdza to Stanisław Borowiecki, który pod jego okiem stawiał pierwsze dziennikarskie kroki:
„Maciek był dla nas i kolegą i autorytetem. Czuliśmy przed nim respekt. Gdy nie wiedzieliśmy jak ugryźć temat, on zaledwie dwoma, trzema słowami naprowadzał na właściwy tor. Naprawdę szkoda, że odszedł do telewizji, bo był dla „Świata Młodych” cennym nabytkiem z olbrzymim workiem fantastycznych pomysłów, a także jednym z filarów redakcji”.
W 1964 znowu dały o sobie znać: przypadek i szczęście. Tym razem uosabiał je Włodek Grzelak, kolega Macieja, który w telewizji piastował funkcję szefa programów dla dzieci:
„Włodek najzwyczajniej w świecie wziął mnie za rękę i sprowadził na Plac Powstańców” – wspomina.
W tym samym czasie rozpoczęła tam pracę Zofia Chećko:
„Stanowili zgraną ekipę. Mieli wspólne poglądy na wychowanie, na kształtowanie postaw z tym, że Maciej wyróżniał się umiejętnością przełożenia tej całej ideologii na konkretny program.
Pierwszą i najważniejszą zasadą jaką wprowadził był szacunek do widza oraz traktowanie go bardzo serio.
„Rzeczywiście – przyznaje Zofia Chećko – dbał, abyśmy rozmawiając z dziećmi nie kucali i nie szczebiotali”.
Był wulkanem pomysłów. Wymyślił „Ekran z Bratkiem”, wymyślił „Teleranek”, wymyślił „Zwierzyniec”, wymyślił „Teleferie”, wymyślił „Ligę Entuzjastów Wakacji” i wiele innych. Te programy tworzyły całą instytucję, którą była Telewizja Dziewcząt i Chłopców. Oprócz tego funkcjonowała jeszcze Telewizja Najmłodszych i Telewizja Młodych w ramach jednej wielkiej Naczelnej Redakcji Programów Dziecięcych i Młodzieżowych.
„Była jedna zasada, wręcz świętość, której musieliśmy się twardo trzymać – podkreśla red. Zofia Chećko. Nasz widz miał być wychowywany na człowieka aktywnego, odpowiedzialnego i pomysłowego. Zdarzało się, że szef przyjmując ode mnie scenariusz pytał: no dobrze, ale co widz z tego będzie miał? Czy on się czegoś nauczy, czy on się czegoś niezwykłego dowie? Trzeba się było starać”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Pani Danusia

Umarła Danuta Gałkowa. Wspaniała kobieta, bohaterka Powstania Warszawskiego.

 

Jeśli zawód dziennikarski ma jakieś blaski, to takie właśnie – że od czasu do czasu można spotkać na swojej drodze ludzi wielkich, pięknych i jednocześnie życzliwych, dobrych, skromnych. A nie tylko politycznych miglanców, wyrachowanych karierowiczów, cwaniaków, którzy gotowi są zarzucić na ramiona każdy płaszcz, a ideały sprzedać po dobrym kursie.

Nie spotykaliśmy się regularnie, ot – od czasu do czasu. Na przykład we wrześniu 2002 roku. Zadzwoniła, bo zabrakło dla niej biletów na premierę „Pianisty”. Premierę zorganizowano w dwóch salach jednocześnie, ale pojawiło się tylu chętnych do ogrzania się w cieple sławy Polańskiego i legendy Powstania, że dla niej miejsca zabrakło. Wydawało się jej, że mam wejściówkę dla prasy. Nie miałem, nigdy nie byłem w „rozdzielniku”. Ale udało się i pani Danusia na „Pianiście” była.

Mam przed sobą skromne pamiątki, które mi podarowała. Związane z 60 rocznicą wybuchu Powstania: Złoty Medal z powstańczą „Kotwicą”, Srebrny z wizerunkiem powstańca w hełmie z orłem, maleńką „Kotwicę” do wpięcia w klapę marynarki i taką samą wspartą na cyfrze „60”, otuloną laurem z liści dębowych.

Pamiętam jej opowieści zwłaszcza o ostatnich dniach Powstania i o gehennie trwania w ruinach, pośród umierających rannych, których wyniosła z płonącego szpitala i ukryła w piwnicach Starego Miasta. O spotkaniu z Ukraińcem, na którego natknęła się na Mostowej, gdy wyszła w poszukiwaniu wody. Do dziś brzmi mi w uszach jak mówiła:

– Dlaczego on mnie wtedy nie zastrzelił, nie wiem… Może dlatego, że było mi już wszystko jedno, patrzyłam mu prosto w oczy… i on się odwrócił.

Żegnam Panią, Pani Danusiu. Może to dzięki uporczywemu trwaniu na Starówce Pani oddziału, moi rodzice złapali tę jedną jedyną chwilę i jakimś cudem uciekli do Śródmieścia? Może dzięki Pani walce przeżyli to Powstanie? Ich już dawno nie ma. Pani też już nie ma. Warszawa znów stała się uboższa…

 

***

Bardzo rzadko chodzę do kościoła. Prawdę mówiąc tylko z okazji pogrzebów. Czas ślubów i chrzcin w moim życiu już minął, zaś na łaskę wiary widocznie nie zasłużyłem…
Katedra Polowa Wojska Polskiego. Po raz pierwszy brałem bezpośredni udział w pogrzebowej ceremonii wojskowo-kościelnej. Po raz pierwszy więc zetknąłem się osobiście z wyrażanym gestem i słowem, przesłaniem nowej Polski płynącym z takiej okazji…

Żołnierze-ministranci – jak z obrazka. Wyprostowani, wyprasowani, wypucowani… Ani drgnęli przez całą uroczystość. Tak samo trzymający wartę przy trumnie. „Prezentuj broń” – perfekcyjnie jednakowo. „Spocznij”. „Do nogi broń” – żadnego kiksu. Lekko, dziarsko, sprężyście…

Trąbka wojskowa podająca sygnały – ani o ćwierć sekundy za wcześnie czy za późno. W sam raz. Czyściutko, ale nie nachalnie – wszak to kościół. Skromnie, ale godnie.

Słyszę i czytam różne alarmistyczne opinie o ćwiczeniach „Anakonda”, czy innych zajęciach poligonowych – to źle, tamto niedobrze. W myśliwcach fotele z błędem materiałowym polskiego pomysłu – już pilot przez to zginął. Jakiś czołg spadł z wagonu kolejowego, jakaś ciężarówka wojskowa wylądowała w rowie… Co za bzdury! Kto nie widział Wojska Polskiego służącego do mszy, ten nie ma pojęcia jaka to fantastycznie wyszkolona armia! W 1920 roku wystarczył jeden ksiądz i daliśmy radę. Dziś, przy tym stopniu nasycenia kapelanami i modlitwą na żołnierza – furda czołgi nowoczesne, transportery dzielne, samoloty śmigłe. Nam to na nic. Któż bowiem naszej wierze pola dotrzyma? No, kto?!…

Następnie przemówił proboszcz. Początkowo, w pierwszym gniewie pomyślałem sobie: „ale dzban”. Modne ostatnio słowo z języka młodzieżowego wydawało mi się adekwatne. Ale nie – prowadzący nabożeństwo żałobne nie był głupkiem. Co to, to nie! To był cwany, dobrze przygotowany do wypełnienia misji politruk.

„Pani Danuta Józefa Gałkowa od poczęcia aż do śmierci była wierna Bogu i Ojczyźnie” – mówił…

W językowej tradycji jest przecież „od narodzin aż do śmierci”. Ale on powtórzył kilka razy: „od poczęcia”. Bez wątpienia mamy więc do czynienia z ideologiczną zmianą tradycji językowej, „człowiek” został wsadzony w imadło kościelnej frazeologii i teraz liczy się od „poczęcia”. W ten sposób kościół domyka ideologiczno-językowy ciąg technologiczny: od ołtarza, przez panią Gądek, przez posłów i stypendystów Tadeusza Rydzyka, aż po Episkopat, przekaz jest jednobrzmiący i zgodny z politycznym postulatem umacniania prymatu Ewangelii nad Konstytucją, prawa sutannowego nad prawami człowieka…

To może „od napoczęcia”? Praktyka potwierdza, że tak dzieje się najczęściej – najpierw jest napoczęcie, potem poczęcie, potem ślub, a dopiero na końcu zaczyna się etap „od narodzin”. Księża mogliby w tej sprawie zabrać głos. Mają bogatą praktykę – nie tylko osobistego „napoczynania”, o czym co chwilę głośno w prasie, ale też na co dzień mają do czynienia ze skutkami „napoczynania”. Głośny był niedawno ślub takiej wielokrotnie „napoczętej” panny udzielony przy ołtarzu. Jakoś niebiosa nie rozstąpiły się z oburzenia, a i księdzu ręka nie zadrżała, choć stuła zahaczała o kolejne, widoczne już „napoczęcie”…

Mówił dalej: „To przecież tu, niedaleko, z podpalonego szpitala polowego wyniosła i ukryła w ruinach 21 ciężko rannych…”

To prawda. To był czyn heroiczny. Ale nie mniej heroiczna była walka, jaką pani Danusia stoczyła ze śmiercią, która po kolei zabierała jej towarzyszy. Była sama, nie miała bandaży, lekarstw, nawet wody…

Beznadziejna walka o tych żołnierzy i ich śmierć, to jeszcze jedno oskarżenie politycznych i wojskowych dowódców Powstania, którzy z rozmysłem rzucili tysiące młodych ludzi na pewną śmierć. Ostateczny bilans był taki, że żaden z przywódców Powstania nie zginął, za to na rękach „Blondynki” zmarło z ran dziewiętnastu z tych dwudziestu jeden, których ratowała. Przeżył „Elegant” (jej późniejszy mąż) i „Edek”…

Ale o tym bilansie homiliant nie wspomniał ani słowem. Młodzi żołnierze z pododdziału reprezentacyjnego, którzy go słuchali i nieliczni młodzi uczestnicy nabożeństwa, dowiedzieli się o bezgranicznym bohaterstwie, ale o śmierci z ran, w bandażach przesiąkniętych ropą, w męce i bólu, który został ich rówieśnikom zadany przez polityków w mundurach, już się nie dowiedzieli. Z podręczników też się tego nie dowiedzą, gdyż innych niż z IPN-owskim imprimatur nie ma.

I mówił jeszcze proboszcz w swej mowie pogrzebowej o pani Danusi AK-owskim, powojennym losie: – Trzeba się było godzić z byciem obywatelem gorszej kategorii.

Może mylę jakieś słowo, ale sens na pewno był taki właśnie. (e-KAI w ogóle ten fragment pominęła, a jako nie-bankier, nie-kelner i nie-Michnik sam nikogo nie nagrywałem).

Nie dziwię się Katolickiej Agencji Informacyjnej, że zaciągnęła litościwie zasłonę milczenia nad tym fragmentem przemówienie proboszcza Katedry Polowej WP. Pani Danuta Gałkowa, „Blondynka” wiodła w Polsce Ludowej życie „gorszej kategorii”?

Po wojnie pracowała w Centralnej Radzie Związków Zawodowych, gdzie aż do emerytury w roku 1977 prowadziła referat poradnictwa prawnego. Była działaczką ZBoWiD-u, aktywnie uczestniczyła w życiu kombatantów oraz środowisk AK-owskich. W Związku Inwalidów Wojennych i w Związku Bojowników o Wolność i Demokrację zajmowała się sprawami socjalnymi. Była członkiem Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich oraz członkiem Zespołu Doradczo-Opiniodawczego pomocy finansowej dla ofiar pseudomedycznych eksperymentów w hitlerowskich obozach koncentracyjnych.

W latach 70. Teatr Telewizji przedstawił spektakl oparty na historii „Blondynki” i „Eleganta”.

Swoje wspomnienia z czasów wojny wydała w książce „Byłam warszawskim Robinsonem”.

W 1959 r. została odznaczona Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Wniosek o odznaczenie złożył jej dowódca z Powstania kpt. Lucjan Fajer, ps. „Ognisty”.

Odznaczona została również Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1966), Krzyżem Oficerskim OOP (1978), Krzyżem Komandorskim OOP (1989), nie mówiąc już o odznaczeniach i medalach nadanych jej po tej dacie…

Nie dziwię się, iż dziennikarze KAI w relacji z pogrzebu Danuty Gałkowej w ogóle pominęli fragment mowy pogrzebowej, kiedy proboszcz Katedry Polowej WP mówił, że „Blondynka” musiała po wojnie godzić się z życiem obywatela gorszej kategorii. Niech on się wstydzi na własne konto.