25 września 2022

loader

Z dymem pożarów

Unsplash

Do napisania tekstu, który właśnie czytasz drogi czytelniku skłonił mnie wywiad z prof. Normanem Daviesem zamieszczony w „Gazecie Wyborczej” z 30/31 VII 2022 r. pod prowokacyjnym tytułem „Powstanie warszawskie nie było błędem”. Tytuł mnie zainteresował, bo mógł oznaczać, iż prof. Davies przeniósł się z perspektywy historycznej na mitologiczną. Po lekturze okazało się, co prawda, że Davies jednak tak kategoryczny, w ocenie powstania nie jest, ale tytuł osiągnął swój cel – był wystarczająco sensacyjny. No i zachęcił mnie do pisania.

Dyskusja czy warto było się bić? – jest niestety stałym elementem polskich badań historycznych od ponad 250 lat. Na szczęście w III RP dzięki przynależności do NATO i Unii Europejskiej ten tragiczny dylemat nas nie dotyczy, ale mam wrażenie, że kierownictwu Prawa i Sprawiedliwości jego brak mocno uwiera. Od kiedy kilkanaście lat temu bracia Kaczyńscy w poszukiwaniu pomysłu na zdobycie władzy w Polsce wypisali sobie na sztandarach opcję „bić się zawsze i wszędzie” dylemat stał się także elementem polityki. Z takim uzasadnieniem Lech i Jarosław Kaczyńscy zanegowali pokojową zmianę polityczną roku 1989, symbolizowaną przez okrągły stół. Okazało się, że satysfakcjonuje ich tylko taka zmiana polityczna, która odbyłaby się jak w wierszu Kornela Ujejskiego, z dymem pożarów i kurzem krwi bratniej. W tą koncepcję świetnie wpisywał się spór o racjonalność powstania warszawskiego. Zdawali się mówić – im więcej trupów i zniszczeń tym lepiej dla Polski.

Magikom od politycznego PR-u, którzy podpowiedzieli ten pomysł braciom Kaczyńskim wydało się to tym bardziej łatwe, bo nie ma już wśród żywych tych wszystkich, którzy wtedy podejmowali decyzje o wybuchu powstania warszawskiego. Siłą rzeczy, upływ czasu spowodował, że żyją już tylko ci weterani powstania, którzy w chwili jego rozpoczęcia mieli w najlepszym razie po dwadzieścia lat. Nie byli wtedy świadomi wszystkich politycznych uwarunkowań tej decyzji. Byli żołnierzami podziemnej, konspiracyjnej armii. Dostali rozkaz i poszli się bić. Ci, którzy dowodzili na szczeblu operacyjnym i ponosili wojskową oraz polityczną odpowiedzialność już dawno nie żyją. Gdy dziś słyszę szczególnie od młodszych komentatorów, iż dowódcy Armii Krajowej musieli wydać rozkaz do walki, bo straciliby legitymację do dowodzenia, zastanawiam się jakby to miało praktycznie wyglądać? Żołnierze AK założyliby profil na portalu społecznościowym pt. „Tchórze, nasi dowódcy”? Może warto zauważyć, że dostęp do informacji w konspiracji był ograniczony i ściśle reglamentowany. Nie było mediów społecznościowych i internetu. Co więcej, nawet dostęp do prądu elektrycznego nie był powszechny.

Wróćmy jednak do politycznego sztandaru braci Kaczyńskich. Po kilku latach okazało, iż powstańcy warszawscy nie spełniają politycznych oczekiwań PiS-u. Niechętnie poddawali się politycznej manipulacji. Zostali, więc zastąpieni przez żołnierzy wyklętych. O ile, aby być weteranem powstania warszawskiego trzeba było brać udział w powstaniu, o tyle kryteria bycia żołnierzem wyklętym są na tyle niejasne i trudno weryfikowalne, że świetnie nadają się na materiał do politycznej, wizerunkowej wojny.

A my? Po tych polityczno-historycznych manewrach zostaliśmy z ważnym i tragicznym sporem naszej historii sprowadzonym do rangi jednego z elementów popkultury. Zastąpiły go koszulki z nadrukiem i pseudohistoryczne inscenizacje. Może i lepiej? Szczęśliwy ten kraj, w którym nie trzeba dokonywać takich wyborów.

Jan Czubak

Poprzedni

Demokracja w niewoli algorytmów

Następny

Spocona, śmierdząca anilana