Aktorzy i Niepodległa

Mamy już za sobą główną falę rocznicowych obchodów. Dominowała wzniosłość albo przedziwny smutek, zamiast radości. Zwyczajni jesteśmy uroczystościom martyrologicznym, ale gorzej nam idzie, kiedy przychodzi świętować coś, co się udało.

 

Niezwykły to bowiem był zbieg okoliczności i nadzwyczajna kumulacja marzeń wielu pokoleń, że właśnie wtedy, w listopadzie 1918 doszło do wybuchu Niepodległej. „I ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego”, jak mawiał pono Józef Piłsudski, choć, oczywiście, to tylko bon mot, bo tak naprawdę nie tak znowu „ni z tego, ni z owego”, a i droga do tego bytu trwała, bagatela, ponad 120 lat. Ale udało się i jest co świętować w dobrym nastroju, nawet jeśli później wiele szans zostało zniweczonych bezpowrotnie.

W ten długi marsz do niepodległości niemały wkład wnieśli aktorzy. Tradycje ich patriotycznych postaw polskich otwiera piękny rozdział udziału aktorów w narodzinach Konstytucji 3 Maja. Dość przypomnieć wystawienie „Powrotu posła” Juliana Ursyna Niemcewicza, które miało moc debaty sejmowej, czy aktualne kuplety dopisywane do „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego o sile agitacyjnych ulotek.

Podobne ożywienie deklaracji niepodległościowych miało miejsce w okresie powstania listopadowego – często aktorzy chwytali za pióro i pisali utwory związane z walką o państwową niezależność. Stanisław Wyspiański nawiązał do tych epizodów w „Nocy listopadowej”. Nie przypadkiem jedna z kluczowych scen – z udziałem generała Chłopickiego – toczy się w teatrze. Wyspiański przypomniał zaangażowanie aktorów w sprawy restytucji państwowości właśnie w powstaniu listopadowym, gdy opiewali niepodległościowy zryw.

Aktorzy zawsze znajdowali się w patriotycznej szpicy. Te komercyjne wycieruchy, z rzemiennym dyszlem krążący po kraju z farsami i niewydarzonymi komedyjkami, okazywali się ludźmi gotowymi do służby i poświęceń. Jeden z moich (być może, bo pewien nie jestem) odległych przodków, Felicjan Paweł Miłkowski (18 I 1807 Kielce – 1854 lub 1859 Paryż) sztuką „Dwudziesty dziewiąty listopada” reagował na powstanie listopadowe. Tę zakurzoną sztukę wydaną nakładem autora w roku 1831 odnalazł Olgierd Łukaszewicz, dzięki któremu trafiła w moje ręce. Sztuka nie zaleca się szczególnymi walorami literackimi, ale tchnie z niej szczera nuta entuzjazmu dla powstańczego czynu. Sztuka nosiła podtytuł: „Rys historyczno-dramatyczny ze śpiewami oryginalnie wierszem napisany”. I rzeczywiście, przyśpiewki oddawały ducha czasu, jak ta przywołana w tym dramacie na nutę „Mazurka 3 Maja” pieśń autorstwa A. Pitschmanna:

Cieszcie się Sarmatów dzieci,
Zbawienia bije godzina,
Komu drogi kraj, rodzina,
Niech z orężem w ręku leci –
Nowy świat – nowy świat,
Rozwija wolności kwiat.

Nawet jeśli te strofy nie zadowolą subtelnych literackich gustów, to przecież świadczą jak aktorzy lgnęli do wolnej Polski i wolności w ogóle. Nie doczekał się jej Felicjan Paweł Miłkowski, autor jeszcze kilku innych sztuk i sam nieźle zapowiadający się aktor. Po klęsce powstania wyruszył jak wielu żołnierzy powstania na emigrację. Osiadł w Paryżu i tam został pono wziętym doktorem medycyny.

Pewnie z myślą o tych dziesiątkach, a może i setkach rozbudzonych patriotycznie aktorów, Olgierd Łukaszewicz sięgnął po „Traktat o Wiecznym Przymierzu Między Narodami Ucywilizowanymi – Konstytucję dla Europy” Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego, listopadowego powstańca. To niezwykłe dzieło wyszło spod pióra kanoniera zaraz po bitwie o Olszynkę Grochowską, która stała się krwawą łaźnią dla powstańców i nacierającej armii Dybicza. Napisane dosłownie po bitwie, a wydane drukiem w rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja, miało pozostać na lata zapoznanym świadectwem zaskakująco dojrzałej myśli politycznej, niezwykłym projektem, który w Europie podjęty został dopiero 150 lat później.

Jastrzębowski zwracał się już w lutym 1831 roku z dramatycznym apelem do polityków, władców Europy:

„Monarchowie i Narody Europy, porozumiejcie się ze sobą! W Europie, w tym (przynajmniej mniemanym) siedlisku oświaty i cywilizacji, w tej szczupłej krainie, w której narody tak ściśle religią, naukami i obyczajami są ze sobą połączone, że prawie jedną zdają się składać rodzinę. Możnaż ustalenie Wiecznego pokoju uważać za rzecz niepodobną?”.

Brzmiało to przejmująco. Rzecz tym bardziej zdumiewająca, że Wojciech Jastrzębowski ani nie był politykiem, ani prawnikiem, przygotowanym do formułowania rozwiązań ustrojowych. Ten śmiały projekt zjednoczonej Europy bez wojen to nie tylko szlachetna utopia, ale zarys rozwiązań ustrojowo-systemowych, które podjęto później, budując zręby Unii Europejskiej, choć projekt Jastrzębowskiego był w tym czasie zapomniany, a jego jedyne wydanie książkowe niemal w całości zniszczone przez rosyjskiego zaborcę. Teraz spoczywa w gablocie w Pałacu Prezydenckim, przypominany od czasu do czasu, ale nadal jest dokument zapoznanym. No, już nie całkiem, bo jednak Łukaszewiczowi z wielkim trudem udało się doprowadzić na warszawskiej Agrykoli do premiery wielkiego widowiska plenerowego opartego na tekście konstytucji i pieśniach patriotycznych. Widowisko odbyło się w dniu zgromadzenia generalnego Paktu Północnoatlantyckiego w Warszawie (9 lipca 2016 roku). Potem jeszcze w okrojonej formie powtórzone parę razy, nie stało się jednak stałym fragmentem programu dzisiejszego ZASP-u (jak chciał ówczesny prezes Olgierd Łukaszewicz), związku aktorów, który jest rówieśnikiem polskiej niepodległości, a nawet nieco starszym jej bratem. Bo choć pierwszy zjazd ZASP odbył się 21 grudnia 1918 roku, to już 26 października w Warszawie miało miejsce spotkanie komitetu założycielskiego, który postanowił zwołać zjazd aktorów ze wszystkich ziem polskich. Jak do tego doszło, a także, w jaki sposób aktorzy brali udział w procesie jednoczenia ziem polskich po odzyskaniu niepodległości można dowiedzieć się z realizowanego z rozmachem cyklu autorskiego profesor Bożeny Frankowskiej „100 x 100. Artyści, wydarzenia: 100 razy teatr polski na stulecie Polski Odrodzonej i Niepodległej”, którego ponad 50 odcinków ukazało się już na portalu polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej SDRP (www.aict.art.pl). Kolejne odcinki cyklu publikowane są w zakładce „Yorick nr 52” – tak powstaje specjalne wydanie tego pisma w całości poświęcone historycznemu wkładowi artystów sceny w historię odrodzonej Polski.

„Artyści polskiego teatru – napisała prof. Frankowska – od trzeciego rozbioru (1795) do roku 1918 przez 123 lata budowali teatr polski, który – na pewnych obszarach ziem polskich i przez wiele lat – był jedyną instytucją, w której mógł głośno rozbrzmiewać język polski. Zabroniony w szkołach, urzędach i w miejscach publicznych.

W ciągu ostatniego półwiecza przed odzyskaniem przez Polskę Niepodległości święcili nawet kolejno otwarcie Teatru Polskiego w Poznaniu (1875), zbudowanego przez polskie społeczeństwo z trzech zaborów, co upamiętnia dumny napis na frontonie „Naród – sobie”, Teatru Miejskiego w Krakowie (1893) noszącego od 1909 roku imię wielkiego poety polskiego Juliusza Słowackiego, a w roku 1913 inaugurację nowoczesnego Teatru Polskiego w Warszawie”.

Warto przypomnieć, o czym wspomina prof. Frankowska, że dziejowy moment wejścia Polski na drogę niepodległości obwieścił Leon Schiller „Marsylianką”, graną na szpinecie w dniu 10 listopada podczas przedstawienia „Cyrulika sewilskiego” w warszawskim Teatrze Polskim. W teatrze, o którym Artur Oppman pisał w okolicznościowym wierszu na jego otwarcie: „To nie teatr, to pole narodowej bitwy”. Stało się tak, jak to proroczo przewidział Wyspiański w „Nocy listopadowej”. Do teatru dobiegła wiadomość o abdykacji cesarza Niemiec. Koniec cesarstwa oznaczał koniec wojny i brzask niepodległości. Teatr to obwieścił pierwszy zakazaną jeszcze wówczas przez cenzurę „Marsylianką”. Po latach ze wzruszeniem wspominał to zdarzenie Jan Lechoń: „Za chwilę za kulisami Schiller grać będzie jedną z wybranych przez siebie melodii Lully’ego, ale (…) słyszę nagle dźwięki inne, drogie wszystkim wolnym ludziom świata, głoszące tryumf wolności i dlatego właśnie w owych latach niewoli zakazane i jak pieśń tłumionego buntu rozlewające się tylko w ukryciu. I oto słyszę je teraz w pełnej sali, w której pierwszych rzędach siedzą oficerowie (…) okupacyjnej armii. Nie, to nie złudzenie słuchu – to Schiller, coraz głośniej, silniej, coraz bardziej zapamiętując się w uniesieniu gra naprawdę „Marsyliankę”, witając nią wieść dopiero co nadeszła, a jeszcze nieznaną nam widzom na sali, że pobite Niemcy proszą o pokój. I ta właśnie „Marsylianka” grana na szpinecie przez Schillera obwieszcza Warszawie spełnienie wszystkich proroctw naszej poezji i koniec stuletniej niewoli”.

Aktorzy zorganizowali się szybko, odpowiadając potrzebie czasu – scalenia kraju podzielonego przez zaborców. W grudniu 1918 powstaje ZASP, a w jego szeregach rodzą się nie tylko zasady korporacyjne, ale także idee niepodległego teatru. Inicjują powstanie Instytutu Teatrologicznego, pisma „Scena Polska”, Domu Aktora w Warszawie i Domu Aktora Weterana w Skolimowie, wreszcie Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. O tym wszystkim przeczytać można w monumentalnym dziele „Artyści sceny polskiej w ZASP. 1918-2008”, wydanym na 90-lecie stowarzyszenia staraniem i pod redakcją Andrzeja Rozhina. Dziś przydałby się ciąg dalszy…

Wkrótce z ambitnymi zamiarami twórców ZASP zderzy się komercja, ale kilku wybitnych artystów tworzy silny i oddziałujący do dziś na polskie życie teatralne ferment: Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Stefan Jaracz, Wilam Horzyca, Aleksander Zelwerowicz i działający na obrzeżach eksperymentatorzy. Ludzie teatru spieszą też do Gdyni, gdy rusza budowa portu i nowego miasta. Ten szybko powstający gmach runie po najeździe hitlerowskim, choć podczas wojny i okupacji przetrwa w podziemiu tkanka polskiego życia teatralnego, aby odrodzić się po wyzwoleniu.

To nie moje święto

100-lecie odzyskania niepodległości nie jest moim świętem. Zdaję sobie sprawę, że państwowość jako taka kiedyś stanowiła ważne narzędzie identyfikacji, budowania tożsamości. Dziś żyjemy w świecie, w którym, choćby na przykładzie Unii Europejskiej, dąży się raczej do znoszenia granic, stawia na wspólnotowy, zamiast na plemienny dyskurs polityczny. Takiego akcentu w obchodach każdego 11 listopada w Polsce brakuje – odkąd sięgam pamięcią.
Być może dlatego prawica tak łatwo Święto Niepodległości zawłaszczyła, czyniąc z niego dzień gadających na biało-czerwonym tle głów w najlepszym razie – a w najgorszym, dzień wyrzucania z siebie stadnej agresji wynikającej z nadpisanej sobie przez prymitywnych osiłków dumy. Dumy, nad którą nie czynią żadnej, choćby najprostszej refleksji – bo gdyby ją poczynili, wiedzieliby, że niszczenie miejskich chodników, drzew, płotów i ławek, nie jest aktem patriotyzmu w najmniejszym stopniu, a jedynie te idee ośmiesza.
Polacy kochają romantyczne zrywy, ale nienawidzą pracy u podstaw i tak było od zawsze.
Wolimy je również upamiętniać – z przytupem. Wiadomo, patriotyzm wyrażający się poprzez nieśmiecenie w lesie, sprzątanie klatki schodowej wspólnymi sąsiedzkimi siłami, wolontariat w hospicjum, płacenie podatków i uczciwe płacenie alimentów, nie są tak spektakularne jak werble i sztandary.
Dziś nie jesteśmy już pod zaborami. Dziś nawet wojen nie prowadzi się już poprzez podbój terytorium i wciskanie młodym pokoleniom czytanek w obcym języku. XXI wiek, rozwój broni nuklearnej, a także nowe narzędzia walki poprzez gospodarcze sankcje nieco przedefiniowały sposoby prowadzenia konfliktów. Unia Europejska natomiast przedefiniowała tożsamość. Nowoczesny Polak to dziś nie ten, który raz w roku macha flagą, ale ten, który uznaje solidarność społeczną, sąsiedzką, ogólnohumanistyczną.
Państwowość, z której dziś można czuć dumę, to taka konstrukcja, która najbiedniejszych jednostek nie zostawia bez pomocy i opieki, nie pozbawia praw. To system, który wklucza. Tego nie usłyszymy 11 listopada. Usłyszymy za to opowieści o bohaterach zbawiających świat na kasztance i o tym, jak bardzo każdy Polak mały ma być dumny ze swojego totemu. Nieważne, że pod tym znakiem wzrastają nierówności, że machanie biało-czerwoną tkaniną w niedzielę nie zapewni chleba w poniedziałek i tylko zwiększy frustrację. Prawdziwa niepodległość zasługująca na świętowanie to taka niepodległość, w której państwo zapewnia swoim obywatelom godny byt, oni zaś odpłacają się autentyczną wdzięcznością: żmudnym patriotyzmem dnia codziennego.

Antypolskie głosowanie PiS

O tym, że politycy PiS i związani z nim propagandziści kłamią, wszyscy już w Polsce powinni wiedzieć. Ale nie wszyscy jeszcze wiedzą, że potrafią kłamać tak bezczelnie i aż tak głupio.
W zeszłą środę w Parlamencie Europejskim przyjęto dyrektywę o prawie autorskim. Za było 438 posłów, przeciw 226, wstrzymało się 39. Jak zgodnie twierdzili eksperci, nowe przepisy są wymierzone głównie w gigantów i monopolistów zarabiających w sieci internetowej, taki jak Google, czy Facebook. Ukrócą możliwości okradania twórców przez gigantyczne, komercyjne koncerny.
Istniała jednak obawa, że nowe przepisy mogą zostać wykorzystane także przeciwko mniejszym firmom lub nawet indywidualnym użytkownikom Internetu. Upowszechniającym dzieła polskich twórców nierzadko niekomercyjnie.
Dlatego po protestach przed parlamentarna debatą, projekt dyrektywy uzupełniono i wzbogacono o 250 poprawek. Wśród nich najważniejszą, bo zakładającą, że krytykowane rygory dyrektywy nie będą dotyczyć małych i średnich przedsiębiorstw.
Jeszcze dwa dni przed głosowaniami euro parlamentarzyści PiS sugerowali w mediach, że zagłosują za dyrektywą. Bo jest w interesie polskiej kultury i polskich twórców. To wydawało się zrozumiałe, bo przecież stale deklarują swój patriotyzm, dbałość o polskie interesy, o ochronę polskiej kultury.
Zagłosowali jednak przeciw. Jakby byli płatnymi sługusami niepolskich gigantów internetowych, albo „pożytecznymi idiotami” wyżej wymienionych sieci, okradających polską kulturę.
Jakby oczekiwali od tych zagranicznych koncernów korzyści finansowych w czasie nadchodzących kampanii wyborczych.
Aby było jeszcze śmieszniej przez całą zeszłą środę widzowie TVP info mogli się dowiedzieć, że to antypolskie głosowanie euro deputowanych PiS było heroiczną walką ludzi pana prezesa Kaczyńskiego w „obronie wolności Internetu”.
Bez zmrużenia oka przekonywali o tym nie tylko prominentni ero deputowani PiS, ale też czołowi pracownicy PiSowskiego frontu propagandowego. Tacy jak Tomasz Sakiewicz, bracia Karnowscy.
Jeśli ci, deklarujący się codziennie jako „polscy patrioci”, uważają, że „wolność w Internecie” polega na okradaniu polskich twórców i polskiej kultury przez wielkie, zagraniczne korporacje medialne,
to
niech bóg broni
Polskę i Polaków przed takimi „patriotami”.
Skoro wyborcy PiS nie dostrzegają patriotycznego zakłamania elit PiS.

 

PS. Potwierdzam pojawiające się w mediach informacje, że kandyduje do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z listy SLD – Lewica Razem, rzecz jasna.

Wieczór nad rzeką Moskwą

W pierwszą lub drugą sobotę września Moskwa tradycyjnie obchodzi Dzień Miasta – w tym roku świętowała go 8 września. Największym bodaj wydarzeniem tegorocznego święta było otwarcie nowej, okazałej i arcynowocześnie wyposażonej sali koncertowej „Zariadje” – tuż koło Kremla, nad rzeką Moskwą.

 

Zariadje – to stara dzielnica rosyjskiej stolicy, część kremlowskiego podgrodzia, której nazwa pochodzi od lokalizacji „za torgowymi riadami” – za halami targowymi. Od wieków była żywym centrum mieszkalnym i handlowym; jeszcze w połowie XVI stuleciu wzniesiono tu stojący po dziś dzień tak zwany Stary Dwór Angielski – ośrodek kontaktów dyplomatycznych i handlowych Rosji Iwana Groźnego z elżbietańską Anglią. W końcu XIX wieku dzielnica jednak podupadła, przekształcając się w rejon nędzy i siedlisko lumpenproletariatu. W 1950 roku po wyburzeniu dotychczasowej zabudowy zaczęto tu wznosić kolejny moskiewski socrealistyczny wysokościowiec (omal więc nie mieliśmy tych słynnych „wysotek” osiem, a nie siedem), lecz po dojściu do władzy Chruszczowa budowę przerwano; ostatecznie w 1967 roku stanął tu zaprojektowany już w stylu „międzynarodowym” znacznie niższy, ale też gigantyczny (ćwierćkilometrowa fasada) hotel „Rossija”, w momencie ukończenia budowy największy na świecie, z prawie trzema tysiącami miejsc. Jako jeden z najbardziej prestiżowych hoteli rosyjskiej stolicy często gościł cudzoziemców – pamięta go również zapewne niejeden czytelnik „Trybuny”; pamięta się też, że miał w swych dziejach epizod tragiczny – wielki pożar z kilkudziesięcioma ofiarami śmiertelnymi. W 2006 roku, uznawszy architekturę gmachu za nielicującą z zabytkowym otoczeniem, przystąpiono do jego rozbiórki. Wielka pustynia w centrum miasta straszyła przez kilka lat – spierano się o to, co ma „Rossiję” zastąpić. W końcu zdecydowano się na efektowny park, otwarty dokładnie rok temu – też w Dniu Moskwy.
Dawnej „Rossiji” żałowałem głównie z jednego względu – w hotelowym kompleksie znajdowała się sala widowiskowa (też zresztą olbrzym – dwa i pół tysiąca miejsc), którą pamiętałem z wielu wspaniałych imprez muzycznych, baletowych czy filmowych; to właśnie tu przed czterdziestoma z górą laty zawierałem pierwszą bezpośrednią znajomość z legendarnym rosyjskim baletem (gościnne występy słynnej leningradzkiej trupy Leonida Jakobsona), to tu oglądałem wiele projekcji w ramach moskiewskich międzynarodowych festiwali filmowych. Nowa sala swą urodą i świetną akustyką rekompensuje tę stratę z nawiązką: z centralnie położoną estradą, z wijącymi się wzdłuż ścian falami balkonów czyni wrażenie bardzo duże. Mieści 1,6 tysiąca słuchaczy, nadto ma za sąsiadów salę kameralną na 400 miejsc i otwarty amfiteatr dla 1,5 tysiąca widzów.
Inauguracyjny koncert 8 września poprowadził najbardziej dziś chyba rozchwytywany i zapracowany dyrygent świata, czyli Walerij Giergijew, przywiózłszy z Petersburga chór i orkiestrę swego Teatru Maryjskiego; nawiązując do miejsca uroczystości, otworzył ją orkiestrowym wstępem do „Chowańszczyzny” Musorgskiego „Świt nad rzeką Moskwą”. Najsłynniejsza dziś sopranistka świata, czyli Anna Netrebko, pięknie zaśpiewała arię Marfy z ostatniego aktu „Carskiej narzeczonej” Rimskiego-Korsakowa; brawurowo wystąpili gwiazdorzy rosyjskiej pianistyki – nasz warszawski chopinowski laureat Daniił Trifonow (w „Rapsodii na temat Paganiniego” Rachmaninowa) i Denis Macujew (w I Koncercie Szostakowicza); jedyny gość z zagranicy – słynny skrzypek Pinchas Zukerman zagrał Serenadę melancholijną Czajkowskiego. Z dzieł twórców współczesnych wykonano „Uwerturę świąteczną” – napisany pół wieku temu, stylistycznie trochę przypominający jego słynne „Ozornyje czastuszki”, pełen wigoru utwór Rodiona Szczedrina; sędziwy już dziś, choć wciąż młody duchem, najwybitniejszy obok Sofii Gubajdulinej żyjący kompozytor rosyjski, mieszkający na poły w Monachium, na poły w Moskwie, był zresztą na sali obecny. Uświadomiłem sobie przy tej okazji raz jeszcze, jak mało o nim dziś w Polsce pamiętamy – wyjąwszy jego pisane dla Mai Plisieckiej balety „Carmen-suitę” i „Annę Kareninę”; czy na przykład któryś z naszych teatrów operowych kiedykolwiek odważy się na wystawienie jego bodaj najwybitniejszego utworu – opery „Martwe dusze”? (Giergijew ma dziś u siebie w Teatrze Maryjskim oper Szczedrina w repertuarze chyba pięć).
A ta nowa sala w Zariadju to przecież tylko jedna z wielu imponujących inwestycji dla muzyki, na jakie zdobyła się w naszym stuleciu Moskwa – w 2002 roku uruchomiono drugą scenę Teatru Wielkiego, w 2003 roku otwarto trzysalowy Międzynarodowy Dom Muzyki, potem poddano kapitalnemu remontowi główną scenę „Bolszowo”, w 2014 roku oddano do użytku salę koncertową „Filharmonia-2” w dawnej moskiewskiej wiosce olimpijskiej. Zaiste przykro się robi, kiedy porównamy to ze współczesnym tempem warszawskim – ślimaczeniem się jedynej w ostatnim ćwierćwieczu poważnej inwestycji dla działalności koncertowej, jaką jest budowa sali dla orkiestry Sinfonia Varsovia. Gdy w 2012 roku nakładem PIW-u ukazywała się moja monografia o tej orkiestrze, cytowałem w książce ówczesną zapowiedź warszawskich władz, że sala otworzy swe podwoje w roku 2016 – tymczasem do dziś budowa nawet się nie rozpoczęła.
Koncert w Zariadju transmitowała na żywo na cały świat telewizja Mezzo – i cały świat mógł też zobaczyć, że na ów koncert przybył sam Władimir Putin i posłuchać jego zgrabnego przemówienia. Nie była to zresztą pierwsza ważna ceremonia muzyczna, w której Putin uczestniczył i podczas której zabierał głos; o to, by publicznie manifestować swe zainteresowanie i wsparcie dla kultury wysokiej, Putin dba nad wyraz. Jakiż to kontrast w porównaniu z osobą, którą naród zatrudnił na analogicznym stanowisku u nas – Andrzej Duda swe ambicje duchowe zdaje się lokować gdzieś pomiędzy tymi właściwymi przeciętnemu ministrantowi i charakterystycznymi dla przeciętnego kibola; zważywszy przy tym na to, co permanentnie wyczynia, służyć może za najżywszą egzemplifikację trafności słynnych słów Szekspira, które ten włożył w usta Lorenca w „Kupcu weneckim”:

Człowiek, co nie ma w swych piersiach muzyki,
Którego rzewne nie wzruszają tony,
Do zdrad, podstępów, grabieży jest skłonny.
Duch jego ciężki jak ciemności nocne,
A myśli jego tak jak Ereb czarne.
Takiemu nigdy nie ufaj.

Kiedy 8 września wieczorem w Zariadju oddawała się radości rosyjska muzyka, kilkaset metrów od tego miejsca, ale też nad rzeką Moskwą , świętowała rosyjska literatura. W górującym nad okolicą domu Paszkowa, XVIII-wiecznym wczesnoklasycystycznym pałacu, przez wielu uważanym za najpiękniejszą świecką budowlę Moskwy, uroczyście honorowano zagranicznych tłumaczy rosyjskiej literatury pięknej, wręczając im tradycyjne, przyznawane co dwa lata nagrody. Ubiegało się o nie 178 przekładów z 33 krajów – zarówno tłumaczeń rosyjskiej klasyki, jak i literatury współczesnej, w tym utworów, które w oryginale ujrzały światło dzienne zaledwie przed dwoma czy trzema laty. Polska była tu niemal nieobecna – z naszego kraju nadesłano zaledwie jedno zgłoszenie, choć zaszło ono wysoko, aż do grona finalistów; był to opublikowany przez Wydawnictwo Adam Marszałek przekład powieści Michaiła Kurajewa „Sprawa Kukujewa”, dokonany przez Jana Cichockiego, który – dodajmy – niedawno dał nam też nowe, wyborne tłumaczenie „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa.
W kategorii „Rosyjska literatura współczesna” główną nagrodę w translatorskim konkursie otrzymał wydany w Wielkiej Brytanii przekład powieści „Próby” Władimira Szarowa. Tego zmarłego przed miesiącem wybitnego prozaika w Polsce dotąd jeszcze nie publikowaliśmy; że współczesnej literatury rosyjskiej wydajemy w Polsce niezbyt wiele, ogólnie wiadomo, a z klasyką jest bodaj jeszcze gorzej. Tym, którzy mimo wszystko poniechać kontaktu z tą literaturą nie mają zamiaru, pozwolę sobie zwrócić uwagę przynajmniej na dwie pozycje z ostatnich lat, które zostały już u nas przetłumaczone, ale mogły nie wpaść im jeszcze w ręce: „Laur” Jewgienija Wodołazkina i „Klasztor” głośnego już w świecie Zachara Prilepina. Ta pierwsza – to fascynująca opowieść o człowieku i społeczeństwie rosyjskiego średniowiecza, której bohaterem jest piętnastowieczny lekarz-uzdrowiciel, zarazem epos i przypowieść, ze smakowitymi przy tym postmodernistycznymi inkrustacjami (autora niebawem okrzyknięto „rosyjskim Umbertem Eco”). Ta druga – to panoramiczne płótno o Rosji lat dwudziestych ubiegłego wieku, ukazanej przez pryzmat losów więźniów i nadzorców łagru w monasterze na Wyspach Sołowieckich, Rosji w całej jej ówczesnej apokaliptycznej zawierusze i wielkim wewnętrznym konflikcie, gdzie mieszają się i walczą ze sobą sprzeczne racje, wiary, uczucia. Obu tym, wydanym już w wielu krajach powieściom nie waham się przyznać miana prawdziwych rewelacji…

Przystanek do Niepodległej

Polska Ludowa nie przyjechała na radzieckich czołgach. Ona była już w Polsce przed II wojną światową.

 

Druga Rzeczpospolita powstała jako nowoczesna demokracja parlamentarno-gabinetowa. Wszyscy jej obywatele mieli mieć równe prawa, nawet kobiety. Pracownikom zagwarantowano ośmiogodzinny czas pracy. Mniejszościom narodowym – prawa Polaków. Wszystkim – edukację na poziomie przynajmniej podstawowym. To był efekt pierwszych rządów socjalistów tworzących początki nowoczesnego państwa polskiego. Drugiej Rzeczpospolitej.
U schyłku swego istnienia II Rzeczpospolita była już państwem autorytarnym. Jak wiele innych w ówczesnej Europie. Rządzonym przez wojskowo-ziemiańskie elity. Ze zdelegalizowaną opozycją komunistyczną i delegalizowanymi organizacjami radykalnych polskich narodowców i ukraińskich nacjonalistów. Z legalnymi opozycyjnymi partiami ludowymi i socjalistycznymi. Stale nękanymi policyjnymi prowokacjami, cenzurą państwową i polskim obozem koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej.
Była autorytarna i biedna. Państwem rolniczym z wyspami nowoczesnego przemysłu. Pariasem gospodarczym ówczesnej Europy. „Polskie drogi” były synonimem wielowiekowego zacofania. Jednocześnie dokonała wielkiego wysiłku scalając system prawny, oświatowy, transportowy trzech odrębnych dzielnic zintegrowanych wcześniej z trzema różnymi państwami.
Biedę kraju elity rządzące maskowały polityką regionalnego mocarstwa. Balansowaniem między Niemcami i ZSRR. Strategicznym sojuszem z równie mocarstwową Rumunią. Niekompetencję rządzenia nadrabiały fanfaronadą i „honorem”. By po klęsce wrześniowej honorowo wycofać się do Rumunii, pozostawiając kraj niemieckim i radzieckim agresorom.

 

Jest ONR-u spadkobiercą

Pod koniec lat trzydziestych sanacyjne rządy były zajadle krytykowane przez wszystkie opozycyjne ugrupowania polityczne. Legalnie działających socjalistów, ludowców, chadeków. Delegalizowanych radykalnych narodowców z ONR. Najsłabsi byli polscy komuniści. Zwłaszcza, że w 1938 roku w efekcie walk frakcyjnych w ZSRR, podporządkowany stalinowcom Komintern, czyli komunistyczną międzynarodówka, rozwiązał Komunistyczną Partię Polski. Nielegalnie działających polskich komunistów wezwano do Moskwy. I tam wymordowano ich. Ocaleli ci, którzy siedzieli wtedy w sanacyjnych więzieniach, jak Władysław Gomułka. Albo we francuskich obozach dla internowanych bojowników wojny przeciwko puczowi generała Franco, jak Eugeniusz Szyr. To Stalin był najskuteczniejszym „dekomunizatorem” polskich komunistów.
W dwóch ostatnich latach II Rzeczpospolitej najgłośniejszymi, najbardziej radykalnymi krytykami rządów sanacji byli młodzi radykałowie z ONR. To oni na łamach swych pism „Sztafety” i „Falangi” żądali radykalnej industrializacji Polski. Nacjonalizacji, czyli upaństwowienia, wielkich banków, przemysłu, lasów, handlu hurtowego i detalicznego. Dla nich powszechna nacjonalizacja oznaczała też złamanie kręgosłupa gospodarczego mniejszościom narodowym, zwłaszcza polskim Żydom.
Przyszła narodowa Polska miała być państwem bez widocznych mniejszości narodowych, jednego narodu polskiego. Dziedzictwem monolitycznej Polski piastowskiej, przeciwstawianej w narodowej publicystyce multikulturalnej Polsce jagiellońskiej.
Młodzi ONR-owcy nie wstydzili się swego totalitaryzmu i pogardy dla demokracji parlamentarnej. Dla zachodniego państwa prawa zachowującego trójpodział władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Marzyli o totalitarne zorganizowanym społeczeństwie w powszechne Organizacje Wychowania Narodu. Swoje „totalniaki” przeciwstawiali imposybilizmowi „rozlazłej demokracji parlamentarnej”. Chcieli zbudować państwo na wzór i podobieństwo ówczesnych faszystowskich Włoch. Państwo wielkich robót publicznych, nowoczesnej architektury, innowacyjnego przemysłu i silnej armii.
Aby dopiec sanacji potrafili w swym tygodniku „Sztafeta” prezentować industrialne sukcesy „chamskich Sowietów”, czyli ZSRR. Pytając rządzących II Rzeczpospolitą, czemu oni tego nie potrafią?

 

Car chłopa wyzwolił

Program gospodarczy Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego ogłoszony 22 lipca 1944 roku nie był zgodny z programem przedwojennych polskich komunistów. Zgodny był za to nie tylko z postulatami polskich socjalistów z PPS, ludowców z PSL-ów. Ale też z programami gospodarczymi emigracyjnego, londyńskiego rządu.
A z programami rządów sanacji różniła go jedynie radykalna reforma wolna, czyli przymusowe wywłaszczenie wielkich posiadaczy ziemskich.
Był za to wyjątkowo zgodny z przedwojennymi postulatami ONR-u. A Polska Ludowa w granicach piastowskich, bez mniejszości żydowskiej, z spacyfikowaną, przesiedloną mniejszością ukraińską, jawiła się jak spełnienie marzeń narodowców.
Spełnienia jednak nie było, bo PKWN, a potem PPR i PZPR swe polityczne słabości wzmacniała wsparciem Armii Czerwonej. Władzę swą legitymizowała strachem przed Wielkim Bratem. Racjonalizowała ją wyborem „mniejszego zła”.
Polski Ludowej nie zbudowali polscy komuniści, bo tych było w latach czterdziestych jak na lekarstwo. Stworzyli ją socjaliści, ludowcy, lewicowa i oportunistyczna inteligencja. A nawet drobnomieszczaństwo, zwane „prywatną inicjatywą”. Nękane stałymi podatkami i okresowymi domiarami, ale już pozbawione żydowskiej i ukraińskiej konkurencji.
Warto pamiętać, że Polska Ludowa w ciągu swego czterdziestopięcioletniego istnienia zmieniała się radykalnie. Nie było jednej Polski Ludowej. Inaczej wyglądała w latach 1945-49, inaczej w okresie stalinowskim, inaczej po Październiku 1956 roku, inaczej w „epoce Gierka”, zupełnie inaczej w czasie karnawału pierwszej „Solidarności”, potem stanu wojennego i schyłku Polski Ludowej w końcówce lat osiemdziesiątych.
Czy Manifest PKWN był autentycznym zapisem ówczesnych nastojów politycznych, czy tylko kamuflażem dla przyszłej polskiej republiki radzieckiej? Haczykiem chytrego Stalina na naiwne polskie polityczne płotki?
Stalin i jego następcy, pomimo ideologicznego kostiumu, byli przede wszystkim politycznymi pragmatykami. Chcieli mieć Polskę w swej strefie wpływów, skoro dostali ją w wyniku porozumienia trzech globalnych mocarstw.
Polskę Ludową stworzyły nie płynące z Moskwy rozkazy, lecz pokolenia „awansu społecznego”. Czyli wyrwane z bieda-wsi miliony chłopów przemienianych w miastową klasę robotniczą. Pokolenia przedwojennych robotników, i także rzesze „patriotycznych oportunistów”. Przedwojennych inteligentów i ich dzieci. Którzy po wyzwoleniu od Niemców nie poszli do lasów by dalej walczyć z radzieckimi okupantami, tylko ruszyli odbudowywać miasta i uniwersytety.
Podobni Rajmundowi Kaczyńskiemu i Jadwidze Kaczyńskiej. Rodzicom Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Rajmund Kaczyński, młody żołnierz AK nie poszedł do oddziałów „żołnierzy wyklętych”, tylko na politechniczne studia. Potem pracował wytrwale w Polsce Ludowej. Nawet reprezentował ją podczas intratnych kontraktów w Libii. Wtedy na takie wyjazdy ludzi wrogo do władz nie wysyłano.
Pani Jadwiga Kaczyńska latami pracowała w państwowym Instytucie Badań Literackich specjalizując się w dorobku Leona Kruczkowskiego.
Polska Ludowa nie była obcym ciałem w historii państwowości polskiej. Była dziejowym przystankiem na drodze do niepodległości. Stworzonym przez Bolesława Bieruta, Bolesława Piaseckiego, Władysława Gomułkę, Stefana Ignara, Edwarda Gierka, Rajmunda Kaczyńskiego, Wojciecha Jaruzelskiego, Jacka Kuronia. I wielu innych, różniących się poglądami patriotów.

O nacjonalizmie

Adam Uziembło to jeden z najwybitniejszych działaczy ruchu socjalistycznego w Polsce. Przeszedł cały szlak swojego pokolenia – od ruchu socjalistycznego w carskiej Rosji i austro-węgierskiej Galicji do PPS  w wolnej II Rzeczpospolitej. W PRL Adam Uziembło został skazany na zapomnienie. Rażąco niesłusznie. Dzięki uprzejmości portalu daszyński2018 publikujemy jeden spośród jego tekstów, które ukazały się w latach 30.

 

Nic może tak jaskrawo nie ilustruje braku dojrzałości społecznej w Polsce, jak stosunek do spraw Kościoła. Naród w większości swej katolicki nie wydał ani głębszego ruchu katolickiego, ani poważniejszych myślicieli katolickich o sławie światowej, ani też nigdy nie umiał stanąć z określonymi postulatami wobec samej organizacji kościelnej. I oto dziś obserwujemy istotnie smutne skutki tych zaniedbań. Kościół, chlubiący się słusznie swą powszechnością, ten Kościół, co trwa ponad zgiełkiem swarów ludzi i narodów – w Polsce staje się rzecznikiem najdziwniejszej ekskluzywności. Stronnictwo chrześcijańskie, kierunek chrześcijański mieści w sobie antysemityzm, nacjonalizm, eksterminację względem każdej mniejszości, czyli wszystko to, co potępia każda litera Ewangelii. Spróbujmy zestawić fakty. Przeciwko pierwszemu Marszałkowi Polski instygowała1 stale większość księży katolickich. Do demonstracji przeciwko śp. Narutowiczowi podniecali między inymi księża. Po rozstrzelaniu mordercy Prezydenta prawie w każdej parafii odbyły.
się nabożeństwa żałobne – nierzadko w sposób niezmiernie uroczysty, zawsze w sposób demonstracyjny. Odprawiania mszy świętej z okazji uroczystości państwowej zakazuje biskup kielecki. Ambony w Poznańskiem i na Pomorzu oraz w wielu miejscowościach reszty Polski, służą do wyklinania „Strzelca”, organizacji popieranej przez władze państwowe.
Propaganda kleru kieruje się przeciw tolerancji zagwarantowanej w konstytucji. To dziś i co dzień. Nie mówimy już o tym, co się dzieje w czasach wyborów.
Fakty, które przytaczamy, mówią wyraźnie, że część kleru katolickiego w sposób zdecydowany walczy z Państwem, jako takim. Inna część walczy z poręczeniami konstytucji i z etycznymi nakazami religii – cała zaś organizacja kościelna nie liczy się ani z wymogami życia współczesnego, ani z potrzebami Rzeczpospolitej.
Jeszcze kilka kroków na tej drodze, a Państwo i Kościół staną we wrogich sobie obozach. Jeszcze kilka kroków, a państwo będzie musiało przyjąć wyzwanie, rzucane mu systematycznie ze strony kleru i podjąć walkę. Z tego trzeba sobie zdać sprawę. Grozę tej sytuacji musimy sobie dobrze uprzytomnić – a myśleć o niej muszą zwłaszcza katolicy, a przede wszystkim zwierzchnie władze kościelne.
W ostatnich dniach w stolicy zaszedł fakt niesłychany: ksiądz z ambony nakazał wiernym rozprawiać się z ks. Hodurem.
Wierni poszli i rozprawili się krwawo. Czy istnieje na świecie państwo cywilizowane, które może znosić coś podobnego? Czy istnieje urząd prokuratorski, który może sobie pozwolić nie wszcząć postępowania karnego przeciw tego rodzaju burzycielowi porządku, podżegaczowi do gwałtów? Czy z drugiej strony kryminalne karanie księży za to, co czynią na ambonie, podczas wykonywania obowiązków kapłańskich, jest rzeczą pożądaną ze stanowiska katolickiego, jeśli władze kościelne biernością swą aprobują te wystąpienia?
I tu powstaje jeden postulat. Konkordat, istniejący pomiędzy Państwem a Kościołem, nie może być martwą literą. Jeżeli Rzeczpospolita wkłada maksimum dobrej woli w jego wykonanie, to musi żądać tej samej dobrej woli ze strony hierarchii kościelnej. Władze kościelne muszą pouczać księży stale, że są oni obywatelami państwa, którym nie wolno łamać jego ustaw zasadniczych, którym nie wolno podrywać autorytetu jego władz, którzy winni są zachować względem tych władz lojalność. Ale niestety, stawiając tego rodzaju żądania, musimy sobie powiedzieć, że wykonanie go nie jest w mocy hierarchii katolickiej.
Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że Kościół rzymski, pomimo wszystkich pozorów, jest instytucją bardzo mocną zanarchizowaną. Uderza to nawet w dziedzinie zagadnień dogmatycznych. Co parafia to inny stosunek do postu, do teozofii, spirytyzmu, okultyzmu. Co kaznodzieja – to inne określenie spraw różnowierstwa i tolerancji, zdobyczy wiedzy, teorii ewolucji. Inaczej się stawia zagadnienia w Warszawie, inaczej na Śląsku lub w Poznańskiem. Gorzej jest ze sprawami życiowymi.
Próżno stolica apostolska zakazała duchowieństwu angażowanie się zbytnio w walki partyjne.
Dwaj arcybiskupi bez jej pozwolenia kandydowali do ciał ustawodawczych i groźba kary dopiero zmusiła ich ustąpić.
W sprawie unii na wschodzie zwalczają się dwa stronnictwa duchowieństwa. Cóż stąd, że Rzym ją popiera – zwolennicy Rzymu potępieni są przez księży katolickich. Episkopat polski wezwał proboszczów do zaniechania manifestacji żałobnych ku czci Niewiadomskiego – manifestacje te do dziś trwają. Papież potępia antysemityzm – księża go głoszą. Prymas potępia rozwody – konsystorze zawalone są sprawami o „unieważnienie” małżeństw i unieważniają je wciąż na dużą skalę – masowo.
To tylko przykłady tej demoralizacji i dezorganizacji, jaka wkradła się w szeregi duchowieństwa katolickiego, dezorganizacji, z którą musimy się liczyć i która nie pozwala nam polegać na konkordacie, która zmusza do rozciągnięcia nad duchowieństwem znacznie ściślejszej niż dotąd kontroli. Do kontroli tej, oczywiście, powołane być muszą sądy, które nie będą mogły cierpieć nadal bezwzględnej swobody i swawoli kaznodziejskiej, jak nie cierpią swawoli wiecowej.
Płytki nad wszelki wyraz jest stosunek społeczeństwa polskiego do religii. W Polsce nieomal nie ma bezwyznaniowców – ale też prawie nie ma i stuprocentowych katolików.
Bezwyznaniowcy przyznają się do swych przekonań jedynie w ciasnym kółku. Jeżeli wystąpią otwarcie, to jednoprocentowi katolicy, nie zadając sobie trudu dyskusji, obrzucą ich zgniłymi jajami. Komunista na wiecu pokazuje szkaplerz; socjalista opiera wywód marksowski na Piśmie Świętym. Nikt otwarcie z Kościołem ani z religią walczyć nie ma odwagi – ale też nikt otwarcie Kościoła nie broni tak długo, jak długo nie zachodzi po temu potrzeba polityczna.
Jest rzeczą niezmiernie charakterystyczną, że kler katolicki, owa największa, najstarsza organizacja, od czasu zmartwychwstania Polski, nie wystąpił samodzielnie z własną myślą, z własną ideologią. Nigdy sam od siebie nie rzucił wielkiego hasła, pod którym skupiłyby się masy. Nikłe próby, podjęte na dwóch ostatnich zjazdach, pozostały tylko próbami.
Duchowieństwo nasze zawsze szło na pasku czyimś, i to przeważnie na pasku ludzi nic nie mających wspólnego z katolicyzmem. Nietrudno by było tu udowodnić, że stronnictwo pana Dmowskiego, pomimo wszystkich pozorów, jest na wskroś libertyńskie. Dość przejrzeć pisma jej czołowego publicysty, aby się przekonać o tym zupełnie dowodnie. Na każdym kroku podkreśla endecja wyższość względów politycznych nad etycznymi, na każdym kroku podnosiła warunkowość swego przymierza z Rzymem. A pomimo to gros kleru katolickiego właśnie w tym obozie się znalazło. Czy nie najlepszy to dowód jego wykolejenia? Czy nie najlepszy to dowód, że w samej psychice kapłanów brak dziś świadomości katolickiej, że ta świadomość nie stanowi bynajmniej kamienia węgielnego ich światopoglądu. Wkraczamy tu w zagadnienie nie tylko organizacyjno-hierarchiczne, ale w zagadnienie daleko głębsze – bo już czysto religijne, dochodzimy do dekadencji wiary w środowisku, gdzie wiara ta musi mieć swoją ostoję.
I tu stajemy wobec sprawy niezmiernie poważnej, którą już nie państwo, ale społeczność polska musi w swym sumieniu przetrawić. Czy religia jest czynnikiem twórczym, czy jest dobrem, którego pilnować i strzec należy, czy jest czymś zgoła obojętnym, czego wzrost, rozwój lub upadek pozostaje bez najmniejszego wpływu na rozwój życia.
Ze stanowiska najdalej posuniętego nawet indyferentyzmu religijnego, musimy uznać ogromny, doniosły wpływ wiary na nasze życie i dlatego w interesie narodu, w interesie człowieczeństwa leży jej nieskrępowany rozwój. Otóż twierdzimy, że rozwój ten możliwy jest dopiero wtedy, gdy nie zaciemniają go polityczne zależności, gdy przestaje on mieć cele świeckie i ziszcza jedynie czysto duchowe.
„Oddajcie Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie” – to najjaśniejsze i najwyższe przykazanie w tej dziedzinie. Ecclesia militans4 nie w zbroi Krzyżaka się jawi, lecz z duchową archanioła bronią. W interesie religii jest zatem oddzielenie Kościoła od Państwa. W interesie Państwa leży oddzielenie Kościoła od Państwa. Wynika to zarówno z zasady.
Zygmuntowskiej, iż władza polityczna nie może stawać w roli sędziego sumienia, jak i z ewangelicznej zasady: Królestwo Moje nie z tego świata.
Walcząc o ten postulat, walczy się równocześnie z anarchią kościelną, o której mówiliśmy poprzednio. Kościół pozostawiony samemu sobie będzie musiał pogłębiać swą ideologię, spoić się wewnętrznie – a wtedy odrzuci to wszystko, co w nim dziś warcholi, odpędzi tych, co stanowisko kapłańskie traktują jedynie jako szczebel w karierze politycznej – wzmocni karność i dyscyplinę i pocznie wypełniać swe właściwe zadanie.
Że twierdzenie nasze jest słuszne, świadczą ostatnie wypadki, świadczy rozwój innych wyznań. Może indyferentysta z lekceważeniem wzruszać ramionami, patrząc na rozrost sekciarstwa w Polsce – ale dla katolika jest to poważne ostrzeżenie. Z miesiąca na miesiąc wypadki odstępstwa są coraz liczniejsze. Kościół narodowy, mariawici, baptyści, badacze
Pisma Świętego czynią coraz większe zdobycze, przenikają do wsi i miast, zdobywają posłuch. Ewangelicy wzmagają swój stan posiadania coraz bardziej. A powodzenie ich tłumaczy się przede wszystkim tym, że są wolni i niezależni, że broni ich jedno tylko – ich własna wiara.

Kryzys patriotyzmu

Ostatni sondaż Instytutu Gallupa ujawnił, że Amerykanie nigdy jeszcze nie byli tak mało patriotycznie nastawieni, jak obecnie. Mówiąc dokładnie są najmniej patriotyczni od 18 lat, od kiedy najsłynniejszy ośrodek badania opinii publicznej podejmuje ten temat.

 

Tylko 47 proc. respondentów uznało, że są „wyjątkowo dumni” z bycia Amerykanami. Spadek poniżej granicy 50 proc. wiąże się przede wszystkim z obniżenia się nastrojów patriotycznych wśród obywateli USA utożsamiających się z Partią Demokratyczną i określających się jako liberałowie. Spadek patriotyzmu wśród nich trwa od trzech lat, w ciągu ostatniego roku był jednak szczególnie duży, bo zmalał z poziomu 43 proc. do 23 proc. U zwolenników Republikanów przeciwnie – patriotyzm bije rekordy. Od czasu zeszłorocznego badania odsetek „wyjątkowo dumnych” wzrósł z 65 proc. do 74 proc. Skok ten jednak nie skompensował spadku wśród stronników Demokratów.

Gdy mowa o patriotyzmie, Amerykanie skłonni są do skrajności i kiedy w badaniach Gallupa określali się jako patrioci, to najchętniej jako „najwięksi patrioci”: „wyjątkowo” dumnych było zawsze więcej niż „bardzo” dumnych, a ich z kolei więcej niż „umiarkowanie” dumnych. „Bardzo” patriotycznych jest dziś 25 proc., „umiarkowanych” – 16 proc. Suma „wyjątkowych” i „bardzo” dumnych wynosząca 72 proc. również okazała się w tym roku historycznie niska.

Specjaliści z Insytutu Gallupa nie mieli problemu z określeniem przyczyn słabnącego patriotyzmu Amerykanów: jego źródłem jest polityka bieżąca, a dokładnie stosunek do rządów ich obecnego prezydenta.

Autorzy badania zauważają jednak, że spadek dumy z bycia Amerykanami zaczął się jeszcze za Baracka Obamy.

Głos lewicy

Papierowy patriotyzm

Andrzej Duda rozdaje flagi narodowe młodzieży katolickiej…

A dokładnie tego samego dnia podpisuje też ustawę o uczynieniu z całej Polski jednej wielkiej strefy ekonomicznej dzięki czemu praktycznie dowolnych rozmiarów firmy i korporacje mogą być zwalniane z podatków i rozmaitych opłat żeby zgodnie z neoliberalną ideologią odnotowywać zyski bez podatkowych „obciążeń” i dokładania się do budżetu Polski na normalnych i uczciwych warunkach.

Co najbardziej interesujące, że w naszej rzekomo sprawiedliwej ojczyźnie wielki kapitał posiada szereg rozmaitych zwolnień podatkowych i cały kraj jest dla niego jedną wielką „strefą ekonomiczną”, a dla dużo uboższego, szeregowego pracownika nie ma zmiłuj i podatki płacić musi nawet przy skandalicznie niskich dochodach (już od zarobków 6600 zł w skali roku!).

To jest właśnie ten prawdziwy rządowy patriotyzm.

Kompletnie papierowy, dobry tylko do tańca (kiepskiego) – napisał na profilu facebookowym Socjalizm Teraz Tymoteusz Kochan.

 

Pokaż swoją publiczkę

Tańce-hasańce Dudy na Lednickich Polach to oczywiście zagrywka pod publiczkę, ale wszyscy politycy grają pod publiczkę, cały czas. To, że forma zawiązywania więzi z elektoratem, którą wybrał sobie Duda wzbudza tyle złośliwych komentarzy pokazuje jedynie, że komentujący należą do innej „publiczki”. Tak, pozowanie na męża stanu, jowialnego szlachcica, nowoczesnego Europejczyka albo zatroskanego o świat inteligenta to też pozy pod publiczkę. I skoro inaczej się nie da, to mi pasują takie pozy, jakie wybiera Duda – takie symboliczne gesty naprawdę nie są pozbawione znaczenia, pokazują kogo dany polityk chce reprezentować, gdzie jest ta jego „publiczka”. Chociaż wolałbym, rzecz jasna, żeby w roli wodzireja występował ktoś z lewicy. Na razie jednak lewica gra w tą estetyczną grę na jednym boisku z liberałami, a jej stawką jest dusza polskiej wyobrażonej middle class – tak na Facebooku skomentował obecność prezydenta Andrzeja Dudy na 22. Spotkaniu Młodych Łukasz Moll.