Tu jest (nie tylko) Polska!

Kiedy jeden z moich gości okresowo zasiadający na przyzbie wygłasza antyunijne przemowy, to słucha go kilka osób, z których większość uważa, że demencja go już dopadła. Ale kiedy druga osoba w państwie wykrzykuje publicznie, że „tu jest Polska, a nie Unia” to ma już to inny ciężar gatunkowy i może świadczyć o takim poglądzie całej aktualnej władzy, a zwłaszcza jej Jądra w postaci partii dbającej o prawo i sprawiedliwość.

Zmiany naszych upodobań

Powtarzanie, że Polska jest w Europie i Unii, czyli w wyimaginowanej także przez nas wspólnocie, że świadomie wybraliśmy taką drogę i podpisaliśmy stosowne zobowiązania, traci sens w sytuacji przedszkolnego uporu aktualnej władzy. Uporu, wzbogacanego stopniowo rozwijaną i wciskaną suwerenowi tezą, że jesteśmy najzdolniejsi, wszystko się nam udaje, a Unia tylko miesza nam w głowach opowiadaniami o jakiejś praworządności. A nasz racjonalny naród przecież nie myśli o tym, tylko o kolejnych prezentach „plus”, jakie zrobi mu rząd z wyciągniętych od obywateli i od Unii pieniędzy.

Narażam się nie tylko drugiej osobie w Państwie, ale muszę się przyznać, że mam jeszcze gorsze, wręcz niedopuszczalne przewidywania dotyczące wspólnego życia państw europejskich.

Zdradzę krępująca tajemnicę. Za zamierzchłych czasów, kiedy jeszcze w Polsce nikt nie walczył z Unią. a ja byłem młodszy i bardziej pracowity, napisałem w wolnych chwilach, i opublikowałem pod pseudonimem, kilka beletrystycznych e-bookowych powieścideł. Nie rekomenduję ich poszukiwania obecnemu ministrowi od światy i edukacji. Mógłby dostać palpitacji i zgorszyć się dogłębnie opisami zalet niewiast, całkowicie odmiennych od tych, które go fascynują.

Kiedyś może być jeszcze inaczej

Jedna z tych powieści ma ambicje jednoczesnego zaliczania do kategorii SF. Akcja dzieje się bowiem głównie na pokładzie ogromnego statku kosmicznego, który ludzkość w 2185 roku wysłała na poszukiwanie innych cywilizacji. Jego budowa trwała 30 lat i jej koszt był tak oszałamiający, że musiały go pokryć solidarnie największe, istniejące wówczas państwa. Czyli – tu ambitnie cytuje sam siebie – „m. in. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, Zjednoczone Państwa Europy, Chiny, Zjednoczone Państwa Maghrebu i Egiptu”. Pisząc te „prorocze” słowa nie miałem żadnych wątpliwości, że niewielkie powierzchniowo, ale wielkie intelektualnym dorobkiem i historią państwa stłoczone na drugim (po Oceanii) najmniejszym kontynencie ziem, będą zmierzały do stworzenia związku federacyjnego. Z przerwami, przeszkodami i protestami może im to zabrać nawet kolejne 100 lat. Nie mają jednoczącej wspólnoty językowej, mają trwające od wieków wzajemne uprzedzenia i pretensje. Ale jeśli tego nie zrobią, to zostaną w tyle, nie nadążając za największymi.

Kto nami rządzi?

Wiem, że taki pogląd psuje krew naszym dzisiejszym werbalnym patriotom, zwłaszcza tym, którzy urodzili się w czasie II wojny i po wojnie. Oni suwerenność rozumieją nie tylko, jako odrębność i samodzielność decyzyjną, ale także, jako upoważnienie do kwestionowania wszystkich innych rozwiązań i lekceważenia innych krajów oraz międzynarodowych organizacji. Moi goście na przyzbie w znakomitej większości zgadzają się jednak z moją wizją, choć niektórzy twierdzą, że jest im wszystko jedno, bo ich już i tak nie będzie.

Uspakajam II osobę w państwie. Nikt nie kwestionuje, że tu jest Polska. Polska była bardzo międzynarodowo popularna za czasów tworzenia Solidarności i aktywności politycznej Wałęsy. To było zainteresowanie pozytywne, popierające, Nawet tubylec wiozący mnie łódką po Nilu zainteresowany skąd jesteśmy, wykrzykiwał „z angielska” – A – Poland – Walensa. Gwarantuję, że dzisiaj nie zna żadnego nazwiska z naszej „wierchuszki”, łącznie z prezydentem, premierem, szefem rządzącej partii. Zresztą to ostatnie nazwisko byłoby dla niego bardzo trudne do wymówienia.

Z tego, co mi donoszą, Polska ostatnio budzi zainteresowanie w krajach Europy i USA, ale w zupełnie innym charakterze. Niestety – tym razem bardziej negatywnym. Jest traktowana, jako przykład fatalnej dyplomacji i psucia międzynarodowej atmosfery z przyczyn, które dla innych nie są zrozumiałe. Ktoś powiedział w mało mi znanym języku zachodu krótkie zdanie, które przez amatorskiego tłumacza zostało mi przekazane, jako sugestia, że „chyba teraz rządzą wami niespełnieni ambicjonerzy”.
Wydaje mi się, że ten pogląd już słyszałem. Tylko nie wiem, w jakich dziedzinach są „niespełnieni?

Warszawa – Marki, 25.07.2021.

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca

Wracający do polityki polskiej Donald Tusk zasłynął z wyrażonego w bardzo danych czasach osądu, że „polskość to nienormalność”. PiS z nienawiścią wypominało mu to dziesiątki razy, traktując te słowa młodego jeszcze wtedy człowieka jako świadectwo jego – niemal – apostazji narodowej. Tymczasem rządzący dziś Polską radykalni nacjonaliści, każą nam Polskę kochać za wszelką cenę.

Kultura samouwielbienia i bezkrytycyzmu

Forsują oni kulturę bezkrytycyzmu i samouwielbienia. Każą nam kochać ojczyznę miłością bezkrytyczną, bez ulegania „pedagogice wstydu” i potępiają każdego, kto tego krytycyzmu się nie wyzbywa, kto ośmiela się nie być „prawdziwym Polakiem”. To przymuszanie do miłości, ma akurat w stosunku do szkolnej młodzieży przybrać niebawem postać szkolnego przymusu. Taki program katolicko-nacjonalistycznego, samodurnego wychowania przygotowuje fundamentalistyczny pisowski minister edukacji i nauki Czarnek. Bezkrytycyzm pisowskiego spojrzenia na historię jest szczególną aberracją. Jego heroldom nie wystarczy idealizacja rzeczywistych wydarzeń, eksponowanie pozytywnych warstw polskiej historii i przemilczanie jej warstw negatywnych i wstydliwych.

Absurd unikalny: kult klęsk

Oni czczą nawet klęski. W Europie i na świecie nie istnieje prawdopodobnie inny kraj, w którym muzeami i pomnikami czczono by straszliwe klęski narodowe. Tymczasem od 17 lat w Warszawie istnieje okazałe, technicznie imponujące, zaprojektowane z rozmachem muzeum straszliwej, krwawej klęski, jako było powstanie warszawskie 1944 roku. Trzeba to zestawić z faktem, że we Francji, ojczyźnie Wielkiej Rewolucji 1789-1994 nie ma, nawet w Paryżu, tematycznego muzeum upamiętniającego ten wielki przełom w dziejach ludzkości (jeśli nie liczyć skromnej ekspozycji w Muzeum Historii Paryża i skromniutkiego prowincjonalnego „muzeum” WRF w odległym od Paryża o kilkaset kilometrów miasteczku Vizille). Nie ma w Paryżu nawet pomnika wydarzeń 14 lipca 1789, inicjującego Rewolucję aktu zdobycia Bastylii. Tymczasem w Polsce PiS szykuje kolejne muzeum klęski, czyli muzeum Westerplatte, tak jakby obecna ekspozycja i stojący tam od ponad pół wieku pomnik nie wystarczały. Czy odwiedzający je zagraniczni goście także jak w przypadku warszawskiego muzeum powstania znów będą się zastanawiać, czy czy ich oczy nie mylą i czy nie pomylono przypadkiem deklarowanej wymowy ekspozycji z jej historyczną treścią? I czy nie trafili przypadkiem do świątyni chwały i zwycięstwa, a nie, jak się spodziewali, do mauzoleum przegranych? Wadziła też PiS-owi ekspozycja Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, bo jakoby nie dość uwypuklało imponujące polskie przewagi w tej wojnie, bo „za mało w nim było polskiej sławy i chwały”. Władze PiS zachowują się jak profesor Pimko z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, który chciał wymusić na swoich uczniach miłość do „wielkiego poety Juliusza Słowackiego, wzbudzającego w nas zachwyt, bo wielkim poetą był” i napotyka na ich opór w osobie ucznia Gałkiewicza, który odmawia owej wymuszonej miłości, mówiąc: „jak zachwyca, kiedy nie zachwyca”.

Antypedagogiczna pedagogia

Historia cywilizacji, w tym historia wychowania uczy, że tylko społeczeństwa uformowane na krytycyzmie w stosunku do swojej przeszłości i tradycji (jak n.p. Wielka Brytania) są w stanie osiągać wielkie rejestry cywilizacyjne, kulturowe, gospodarcze. Ale także elementarna wiedza psychologiczno-pedagogiczna uczy, że tylko uformowanie młodego człowieka w duchu zdolności do samokrytycyzmu może zaowocować wychowaniem twórczego obywatela. Wychowanie w duchu bezkrytycyzmu, samozachwytu i samodurstwa prowadzi do uformowania samodurnego, nietwórczego społeczeństwa, bo mało czynników tak kaleczy człowieka jak przekonanie, że jest najlepszy, najdoskonalszy, nieskażony i nie musi nad sobą pracować, pracować, być uczciwym, płacić podatki, dbać o czystość swojego otoczenia i przestrzegać prawa. Nie ma nic bardziej antypedagogicznego niż taka pedagogia. Tworzy ona zakochanych w sobie bezmyślnych egoistów, a nie wartościowych członków społeczeństwa. Jak bardzo unurzany jest PiS w samodurstwie narodowym, w ukochaniu w każdej, najdurniejszej nawet „tradycji” świadczy o tym choćby tryb, w jakim śpiewają oni, przy oficjalnych okazjach polski hymn, czyli „Mazurka Dąbrowskiego”. Nie wystarczają im dwie pierwsze kanoniczne zwrotki. Z demonstracyjnym upodobaniem śpiewają także durną, kompletnie dziś anachroniczną a przy tym kompletnie niezrozumiałą, bełkotliwą zwrotkę o „Basi”, „zapłakanym ojcu” i „naszych, co biją w tarabany”. Bo to też jest ta „wspaniała” tradycja polska. Wydaje się, że odśpiewujący „Mazurka” w całym jego anachronicznym kształcie pisowscy czynownicy dają sygnał: my ten anachronizm traktujemy jako wartość, nie śpiewamy tej zwrotki m i m o t e g o, że jest anachroniczna, lecz d l a t e g o, że jest anachroniczna. Tymczasem we Francji miała swego czasu dyskusja nad sensem wykonywania, przy oficjalnych okazjach, „Marsylianki”, z wszystkimi jej buńczucznymi, wojowniczymi frazami. Co prawda nie skończyła się ona (przynajmniej do tej pory) zmianą zgodną z intencjami tych, którzy wyrazili swoje wątpliwości, ale sam fakt, że taka dyskusja miała miejsce, świadczy o racjonalnym spojrzeniu Francuzów na własną historię.

„Tylko prawda jest ciekawa”

PiS-owi obca jest – w tym przypadku w odniesieniu do historii – formuła radykalnie prawicowego, emigracyjnego pisarza Józefa Mackiewicza (1902-1985): „tylko prawda jest ciekawa”. W powieści „Listopad” (1844), pisarz Henryk Rzewuski, podobnie jak Mackiewicz konserwatysta i reakcjonista, lecz nie nacjonalista polski, przeciwstawił sobie postacie dwóch braci, jednego wychowanego na tradycjonalnego szlachciurę w sarmackim dworze na Kresach, drugiego uformowanego w Paryżu, w duchu oświeceniowym, hołdującego „cudzoziemszczyźnie”, lecz nie stanął bynajmniej po stronie tego pierwszego.

W polskiej kulturze cały ten nurt idealizujący, uformowany w duchu bezkrytycyzmu i „ku pokrzepieniu serc” jest właściwie, poza nielicznymi wyjątkami, bezwartościowy, jałowy, pusty i okropnie nudny. W kulturze polskiej najciekawszy i jedynie wartościowy jest nurt krytyczny, ten w którym twórcy polscy mówili i pisali o Polsce „bez taryfy ulgowej”: od pisarzy oświeceniowych, Juliusza Słowackiego, krytycznej publicystyki epoki pozytywizmu, po krytycyzm nowoczesny Stanisława Brzozowskiego, Stanisława Ignacego Witkiewicza („Niemyte dusze”), Witolda Gombrowicza. Bo kultura to jeden z przejawów krytycznego myślenia o otaczającym nas świecie, to – by użyć sławnej formuły Josepha Conrada – „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Swoje największe sukcesy, doceniane w świecie, odnosił Andrzej Wajda wtedy, gdy „wymierzał sprawiedliwość” najnowszej polskiej historii, w „Kanale” czy „Popiele i diamencie”. Bo choć deklarował patriotyzm i kochał się na zabój w „polskiej formie”, był jednocześnie wobec swojego narodu krytyczny i to publiczność i krytyka, także zagraniczna, potrafiła docenić. Gdy w późniejszej fazie twórczości zamienił ów krytycyzm na schlebianie polskiej miłości własnej, stracił artystyczne zęby, a Złota Palma w Cannes 1981 dla „Człowieka z żelaza”, jednego z jego najsłabszych filmów, podsycającego polskie samouwielbienie, była skutkiem doraźnego, okolicznościowego zapotrzebowania politycznego.

Cynizm jest jedną z koronnych cech ludzi tworzących formację polityczną PiS. To wręcz emblemat tej formacji. W moim jednak przekonaniu w jednej dziedzinie są oni prostodusznie szczerzy – w swoim głębokim i niezbywalnym niezrozumieniu sensu fenomenu, jakim jest kultura. Oni nie są w stanie go pojąć. Dla nich kultura, to nie opatrzony w formę twórczy akt krytycznego myślenia, to nie uczciwe „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Oni do takiego pojęcia kultury są organicznie niezdolni. Dla nich kultura to „akademia ku czci”, to uwielbienie dla obrazków, które Gospodarz w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego nazwał „farbowanym fałszem”. Uważają przy tym, że krytycyzm w stosunku do własnej tradycji i kultury jest jej zdradą. Dla nich kultura, to nie rwący strumień krystalicznej wody rozpryskującej się na kamieniach, lecz zarośnięty glonami, nieruchomy staw. W Polsce Ludowej, której pisowcy nie lubią, krytyczny nurt wobec polskiej tradycji był bardzo żywy. Jednak był on silny także w oficjalnym nurcie II RP, tak cenionej przez obecnie rządzących. Był silny także w XIX wieku. Takiego samodurstwa narodowego jak dziś, nie było jeszcze w polskiej historii. PiS jest pod tym względem formacją jedyną w swoim rodzaju.

Zmierzch „patriotyzmu” w świecie

Najpierw garstka przydatnych refleksji merytorycznych: w warunkach długotrwałego i pogłębiającego się III globalnego kryzysu ekonomicznego i pandemii przyzwyczailiśmy się i przywykliśmy już po trosze do pojęcia i do zjawiska kryzysu. Reagujemy na nie bez przewrażliwienia i z niemałą dozą obojętności. Cynicy i wtajemniczeni mają niemało racji – do wszystkiego można się przyzwyczaić. Dlatego też nie bez wahania i pewnej obawy intelektualnej przystępuję do pisania niniejszego tekstu nt. kryzysu „patriotyzmu”, zarówno w kategoriach teoretycznych, jak też praktycznych, w skali całego świata i poszczególnych krajów. Powoduje mną jednak nadzieja, iż opracowanie to może okazać się przydatne, np. dla celów komparatywnych, w kontekście gorączkowych współczesnych dyskusji i rozważań polskich dotyczących tej materii.

Obecnie wiodący promotorzy, głosiciele i nosiciele klasycznego „patriotyzmu” w Polsce mają zapewne świadomość, iż ich przekonania teoretyczne i poczynania praktyczne są relatywnie mało przystające do realiów krajowych i międzynarodowych oraz mało efektywne. Bowiem, społeczeństwo, jako całość, a szczególnie młodsza jego część, jest coraz mniej usposobiona patriotycznie, a coraz bardziej indywidualistycznie, egocentrycznie i kosmopolitycznie.
Starszym trudno się dziwić, skoro wychowywali się oni w niezwykle trudnych czasach wyrzeczeń, cierpień, krwi, łez, niedostatku oraz zbrojnej czy politycznej walki o urzeczywistnienie ideałów najwyższej rangi – szczególnie wolności, niepodległości, godności i quasi suwerennej państwowości.
Choć czasy i priorytety bardzo się zmieniły, to starsi nadal walczą o to samo, co przedtem i stosują analogiczne, jak kiedyś, metody, wstrzykując je młodym, którzy nie bardzo to przyjmują. Zaś decydenci ulegają presji i aspiracjom społecznym oraz nie tylko trzymają się kurczowo starej teorii i praktyki „patriotycznej”, ale podsycają je z całą świadomością we współczesnych doraźnych celach politycznych. Jest to więc, w sumie, „patriotyczne” dreptanie w tym samym miejscu, kręcenie się za własnym ogonem, a nawet cofanie się wstecz oraz swoista zaraźliwa epidemia „patriotyczna”, w której giną głosy śmiałków proponujących nowoczesne formuły prawdziwego patriotyzmu polskiego. Starymi metodami „patriotycznymi” (nacjonalistycznymi?) nie załatwimy już niczego dobrego dla Polski (tuż za naszymi granicami są bowiem nacjonalizmy silniejsze od polskiego).
Widać to najlepiej przez pryzmat niedopuszczalnego pogorszenia stosunków polsko-rosyjskich czy też podejścia niektórych rodaków do problemu uchodźców. Nowa sytuacja wymaga nowych treści i metod. To nie jest banalny banał.
Bowiem wystarczy wyjść poza opłotki polskiego staroświeckiego zaścianka „patriotycznego”, aby zobaczyć, że również inne narody i państwa borykają się z analogicznymi problemami, ale raczej nie drepczą w miejscu. Niektóre, jak np. państwa skandynawskie czy nawet Francja i Niemcy, starają się kojarzyć swój nacjonalistycznie zabarwiony patriotyzm z internacjonalizmem i z humanizmem, np. otwierając drzwi przed uchodźcami oraz doprowadzając do niebywałej mieszaniny etnicznej w tych państwach kiedyś jednorodnych pod względem narodowościowym.
Jednakowoż, cała społeczność międzynarodowa, jak się teraz powiada, ewoluuje zdecydowanie od umiarkowanego klasycznego czy post klasycznego patriotyzmu w kierunku coraz bardziej prawicowym i wojującym, czyli nacjonalistycznym, mówiąc bez ogródek [1]. Tendencja ta widoczna jest także coraz wyraźniej w Polsce, trochę na zasadzie: skoro inni mogą, to dlaczego my musimy być gorsi!?
Skąd się to wszystko bierze? Po prostu, stąd, iż obecny III globalny kryzys ekonomiczny (i pandemiczny zarazem), wywołany przez neoliberałów amerykańskich, doprowadził nie tylko do dramatycznej dehumanizacji życia w poszczególnych krajach i w całej społeczności międzynarodowej, ale również do groźnego renesansu nacjonalizmów i uczuć nienawiści internacjonalistycznej na tle trudności, patologii, sporów i problemów potęgowanych przez owe kryzysy. Mechanizm tego jest więc prosty i ewidentny. Przeto, nie tylko te spory i te problemy, także nie sławetne „zderzenie kultur”, ale – nade wszystko – coraz ostrzejsza konfrontacja nacjonalizmów stanowi obecnie najpoważniejsze zagrożenie dla pokoju i dla rozwoju cywilizacji ludzkiej.
Geneza i definicje:
nie roszczę sobie pretensji do ekstrawagancji i do przesady w sprawach tak delikatnych, jak patriotyzm, internacjonalizm czy humanizm, ale – przyglądając się bacznie ewolucji świata w ostatnich dziesięcioleciach – stwierdzam bez wahania, iż klasyczny i niewypaczony „patriotyzm” od dawna już nigdzie nie istnieje. Nawet jeśli komuś się zdaje, że istnieje, to – z punktu widzenia globalnego – trzeba traktować starożytny, średniowieczny i nowożytny pseudo patriotyzm jako wielkie przekleństwo ludzkości oraz jako główną przyczynę największych nieszczęść cywilizacyjnych, szczególnie wojen, konfliktów zbrojnych i rozlicznych patologii oraz niebywałej współczesnej dramaturgii rozwojowej. Mechanizm tego jest prosty: jeśli jestem patriotą jednego (własnego) kraju i narodu, to jednocześnie nie mogę być patriotą innego kraju i narodu, które – ipso facto – traktuję jako gorsze, często znienawidzone i nie zasługujące na szacunek. Oraz odwrotnie – a jakże?! Przecież inni też nie traktują mnie tak, jak bym tego pragnął i jakem to sobie ubzdurał. Tak oto zamyka się błędne koło uprzedzeń patriotyczno-nacjonalistycznych, ze szkodą dla wszystkich pseudo patriotów.
Konkretne symboliczne przykłady ze sfery stosunków Polaków z sąsiadami: „polnische Schweine”, „polnische Idioten”, „polnische Wirtschaft”, „polskije pany”, „apiat eta parszywaja Polsza”, „kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”, „pijany jak Polak”, „polskie obozy koncentracyjne” itp., itd.; oraz ich odpowiedniki ze strony polskiej: „kacapy”, „szwaby”, „żabojady”, „szmondaki”, „kowboje” (negatywnie), „żółki” i wiele innych.
Mniej chodzi przy tym o wulgarne słowa, lecz bardziej o konkretne treści oraz o aspekty psychologiczne i moralne z tym związane. Czy taka paplanina – to wyraz „patriotyzmu” polskiego, niemieckiego, rosyjskiego, francuskiego, żydowskiego i in.? Bardzo wątpię.
Mamy tu więc do czynienia z „patriotyzmem” (własnym) i z antypatriotyzmem (obcym). Interakcje tego rodzaju funkcjonują od zarania dziejów. Morza atramentu wylano już w historii na opisywanie powiązań między patriotami a nie patriotami, panami a poddanymi, właścicielami niewolników a niewolnikami, rządzącymi a rządzonymi, bogatymi a biednymi, prześladowcami a prześladowanymi i in.; a także na analizowanie waśni rasowych, religijnych, gospodarczych, kulturowych itp. itd. Ale sprawa nadal nie jest załatwiona odpowiednio – dziś nie można jeszcze określić precyzyjnie i adekwatnie do realiów, kto jest prawdziwym (autentycznym) patriotą w znaczeniu indywidualnym i uniwersalnym jednocześnie? Ale niech samozwańczym „patriotom” nadal się zdaje, że są „patriotami”, choć bynajmniej nimi nie są.
A zaczęło się to wszystko tak pięknie i tak obiecująco. Pojęcie patrioty wprowadzone zostało na dobre do teorii oraz do praktycznego obiegu politycznego, społecznego i międzynarodowego mniej więcej w VI wieku. Wymyślili to, jak zwykle, „starożytni Grecy i Rzymianie”.
Greckie słowo „patris” stosowano celem określenia ludzi wywodzących się z tego samego kraju, przez co powiązanych szczególnymi nićmi sympatii, lojalności, solidarności i pomocy wzajemnej.
Również łacińskie słowo „patria” („ojczyzna”) może być traktowane jako słowotwórczy prapoczątek pojęcia patriotyzm, zakładającego istnienie szczególnej lojalności, umiłowania i przywiązania emocjonalnego ludzi do danego państwa (narodu, ojczyzny a nawet władcy).
Można także zakładać hipotetycznie, iż inne łacińskie słowo – „pater” („ojciec”) legło u podstaw pojęcia patriotyzmu i jego kojarzenia, przede wszystkim, z ojcowizną. Świadczyłoby o tym niemieckie słowo „Vaterland” („ojczyzna”, Vater – ojciec), czy też polska „ojczyzna” (od słowa ojciec), której należy się cała nasza miłość, lojalność i szacunek. Doprawdy? Jedynie Rosjanie (i inne narody słowiańskie) używają pojęcia „rodina” („ojczyzna”), dzieląc sprawiedliwie zasługi między matkę i ojca („roditieli”). Znamienne jednocześnie, iż – w języku angielskim (i w innych językach) – używa się raczej słowa „Motherland” („matczyzna”, że tak powiem) dla określenia ojczyzny.
Ale, po francusku, jest to „patrie”; podobnie jak w innych językach pochodzenia łacińskiego. W świecie znane jest, np., zawołanie rewolucjonistów kubańskich: „patria o muerte, venceremos!” („ojczyzna lub śmierć, zwyciężymy”).
Krytyka „patriotyzmu”:
ów klasyczny odwieczny (pseudo) patriotyzm przetrwał w swej oryginalnej acz niezwykle szkodliwej postaci prawie przez całe średniowiecze, stanowiąc zarzewie wielu okrutnych wojen, konfliktów i prześladowań oraz, jako taki, dotrwał do naszych czasów. Wymieńmy tylko, tytułem przykładu, inwazje i agresje: Muzułmanów, Wikingów, Mongołów, Anglików, Normanów, Turków, Germanów, Wandali i in., wojnę stuletnią, wyprawy krzyżowe, inkwizycję, podboje kolonialne, wojny światowe i regionalne, terroryzm itd.
Dość powszechnie nadużywa się kategorii „patriotyzmu” dla kamuflowania niecnych celów, zamiarów i poczynań. Są tacy, którzy uważają fanatycznych terrorystów za „patriotów” walczących „w słusznej sprawie”. Natomiast poważniejsza rewizja podejścia do teorii i do praktyki opacznego „patriotyzmu” datuje się dopiero od połowy XVIII wieku (epoka Oświecenia – trwająca od końca XVII wieku do początku XIX wieku).
Jak wspomniałem powyżej, historia i współczesność zawierają multum przypadków i dowodów zajadłych sporów i krwawych starć, szczególnie pomiędzy „patriotami” z krajów sąsiadujących ze sobą, a często także z bardzo oddalonych jeden od drugiego. Podaję kilka dowodów opacznego „patriotyzmu” i takiegoż „internacjonalizmu” najpierw z tej pierwszej kategorii: Japonia – Chiny, Japonia – Rosja, Indie – Pakistan, Iran – Irak, Armenia – Azerbejdżan, Izrael – Palestyna, Turcja – Kurdystan, Turcja – Grecja, Turcja – państwa bałkańskie (600 lat okupacji tureckiej), Etiopia – Egipt (spór o wody Nilu), Niemcy – Rosja, Niemcy – Polska, Niemcy – Francja, Niemcy – W. Brytania, Hiszpania – W. Brytania, Rosja – Polska, Polska – Ukraina i wiele, wiele innych. Jeśli zaś chodzi o drugą kategorię, to przykładów też mamy bez liku.
Wybierajmy przeto najciekawsze i najbardziej wymowne spośród nich: wyprawy Aleksandra Wielkiego (Macedońskiego) na Wschód, Dżyngis Han i jego hordy mongolskie dotarły aż do Europy, wojny krzyżowe Europejczyków, zdobycze kolonialne i wyprawy Europejczyków na wszystkich kontynentach, np. Anglików i Francuzów (armia napoleońska w Moskwie!), w Afryce, w Azji (Indie – „perła korony brytyjskiej”) oraz w Ameryce Północnej, a Hiszpanów i Portugalczyków w Ameryce Południowej i Środkowej, a nawet w Afryce (Mozambik, Angola, Gwinea Bissau).
Kolonizatorami byli nawet Holendrzy (np. Antyle Holenderskie), Belgia (Kongo) i Włosi (nieudana próba zdobycia ówczesnej Abisynii); również Polska szykowała się na zdobycie Madagaskaru, ale Francja ją uprzedziła, atak japoński na Pearl Harbour na Hawajach, wojny USA przeciwko Niemcom (na froncie zachodnim w czasie WWII), Libii, Jugosławii, Irakowi, Indochinom, szczególnie Wietnamowi, Afganistanowi (nota bene: swoisty rekord świata w dziedzinie wojen prowadzonych z dala od własnego terytorium należy do Stanów Zjednoczonych), bitwa anglo – argentyńska o Falklandy/Islas Malvinas i wiele innych pomniejszych podbojów „na znaczną odległość”.
Głębokie krytyczne przemyślenia na te tematy zapoczątkowali filozofowie encyklopedyści, szczególnie Jean-Jacques Rousseau. Rozróżniał on jednoznacznie pomiędzy lojalnością wobec państwa i wobec kościoła. Twierdził, iż duchowni nie mogą być patriotami na Ziemi, bowiem ich państwem (ojczyzną) jest… niebo. Ostre i zdecydowane stanowisko w sprawach patriotyzmu zajmowali też później inni wybitni twórcy i myśliciele; np. Oscar Wilde – „patriotyzm jest cnotą obłąkańców.
Nie można być patriotą tylko w jednym kraju, gdyż to oznacza, że nie jest się patriotą w innych krajach”; George Bernard Shaw – „nigdy nie będzie spokoju na świecie do czasu wykorzenienia patriotyzmu z rodzaju ludzkiego” („you will never have a quiet world till you knock the patriotism out of the human race”). Mocno powiedziane; Guy de Maupassant – „patriotyzm to jajo, z którego wykluwają się wojny”; Lew Tołstoj – „patriotyzm to norma, która usprawiedliwia szkolenie masowych morderców”; Karl Marx – „ludzie pracy nie mają ojczyzny.
Odrębności i spory międzynarodowe znikną dzięki zwycięstwu proletariatu w świecie” i in. Jak dotąd, nie znikły! Proletariat jeszcze nie zwyciężył i raczej nadal ulega przemożnej presji oraz przemocy ze strony wielkiego kapitału i pazernych korporacji.
Od dawien dawna trwają też poszukiwania optymalnej formuły współczesnego patriotyzmu związane z takimi koncepcjami, jak uniwersalizm, pacyfizm, humanizm itp. Np. stalinowcy i ortodoksyjni maoiści lansowali koncepcję socjalistycznego patriotyzmu, który byłby możliwy, gdyby socjalizm zwyciężył w całym świecie. Do tej pory okazało się to nierealne i nie jest bynajmniej pewne, czy kiedykolwiek stanie się realne? Z kolei, Juergen Habermas wysunął propozycję ws. patriotyzmu europejskiego (euro patriotyzmu), skądinąd bardzo słuszną, wskazaną i potrzebną. Tyle tylko, iż niemożliwą do realizacji w warunkach wcześniejszego i obecnego rozczłonkowania, rozdarcia, dezintegracji, skłócenia narodów i państw europejskich, odradzania się rozmaitych nacjonalizmów i ekstremizmów oraz nasilenia konfrontacji między nimi.
W powszechnym przekonaniu, patriota może być lojalny nie tylko wobec swego państwa i narodu, lecz również wobec swego mocarstwa imperialnego czy kolonialnego (inaczej niż nacjonalista, który, z reguły, przeciwstawia się imperializmowi i kolonializmowi). Jednym z kryteriów stosowanych celem dokonywania pomiarów natężenia „patriotyzmu” jest gotowość obywateli do udziału w wojnie oraz do obrony ojczyzny i narodu przed rodzimymi tyranami i zagrożeniami czy też przed agresorami i napastnikami zewnętrznymi. To jest swoista militaryzacja „patriotyzmu”. Od Adama i Ewy setki milionów ludzi zginęły niepotrzebnie na świecie poświęcając „bezpłatnie” swą krew i życie dla „świętej sprawy”.
Ale notujemy też liczne przypadki komercjalizacji „patriotyzmu” w wojnach, w konfliktach i w powstaniach zbrojnych, jak np. najemnicy czy współcześni zawodowi żołnierze otrzymujący zapłatę za „pracę”. Takich nie można uznać za patriotów. Swoistym szczytem ironii i cynizmu jest nazwanie amerykańskich antyrakiet „Patriotami” („Patriots”), czy też traktowanie obecnych awanturników (vide: atak na Kapitol w Waszyngtonie, czy rozróby uliczne w wielu krajach Zachodu i Wschodu, Południa i Północy) jako „patriotów”. W sumie, obserwujemy wszędzie swoiste falowanie (sinusoidę) nastrojów i natężenia uczuć „patriotycznych” od czasu pojawienia się tej instytucji do dziś.
Reguła jest taka: im ludziom jest gorzej, tym większymi stają się oni „patriotami”, walcząc o poprawę sytuacji. Przykład Polski jest wielce charakterystyczny i wymowny w tym względzie – rozbiory, wojny światowe, agresje zewnętrzne, powstania, zmiany ustrojowe itp. – wszystko to powodowało intensyfikację postaw „patriotycznych”. Zanikały one po pewnym czasie, pozostawiając po sobie szkodliwą pustkę i niepewność świadomościową w społeczeństwach i w głowach poszczególnych obywateli.
Natomiast obecny względny spokój (ale napięcie społeczne) w kraju sprawia, iż obywatele, szczególnie młodzi, nie spodziewają się najgorszego i są przez to mniej usposobieni „patriotycznie”. Zapominają jednak o tym, iż bliższe i dalsze otoczenie kraju jest coraz bardziej niespokojne i ekspansywne, co nie pozostanie bez wpływu na sytuację w Polsce. Znamienne są także ostatnie wyniki badań nastrojów patriotycznych wśród mieszkańców USA (pierwsze takie badania od czasów Ronalda Reagana – w latach 70-tych XX wieku).
Okazuje się, mianowicie, iż ponad 44 proc. młodych obywateli Stanów nie jest bynajmniej dumnych z bycia Amerykanami. Nad patriotyzmem góruje wśród nich prywata, egoizm i indywidualizm. To skutek ideologii neoliberalizmu („radź sobie sam” jeśli potrafisz i zdołasz?) oraz odwiecznego braku sprawnego systemu zarządzania rozwojem świata i cywilizacji ludzkiej. Powoduje to eskalację napięć i niezadowolenia społecznego (prawie wszędzie, nawet w USA) oraz przyczynia się do degradacji prawdziwego patriotyzmu.
Nacjonalizm i szowinizm:
kilka słów jeszcze o kategoriach pokrewnych pseudo patriotyzmowi. Stanowią one formacje bardziej wojownicze i agresywne w porównaniu do niego. Co więcej, zyskują one ostatnio (ale także wcześniej) zdecydowaną przewagę nad patriotyzmem, w miarę tego, jak ten ostatni usycha coraz bardziej.
W celach socjotechnicznych i propagandowych, patriotyzm wykorzystywany jest nierzadko, szczególnie przez tyranów, dyktatorów i demagogów, celem kamuflowania nacjonalizmu, rasizmu, separatyzmu, hegemonizmu, ksenofobii i in. Nacjonaliści uważają, iż każda grupa (mniejszość) etniczna powinna mieć własne państwo. Jest to jednak postulat nierealny w odniesieniu do wszystkich mocarstw i państw wielonarodowych, jak np. USA, w których zakorzeniły się grupy społeczne i etniczne ze wszystkich kontynentów, regionów i krajów świata (np. Afro – Americans, Polish Americans oraz Latinos, Jews, Muslims, Germans, Irish, British, French, Chinese i wiele innych).
Jedynie przykład Szwajcarii, państwa wielonarodowego, w którym poszczególne mniejszości etniczne korzystają z rozwiązań quasi państwowych, ma wydźwięk dość pozytywny. Wielo państwowość etniczna byłaby niemożliwa w przypadku takich mocarstw jak Chiny (56 grup etnicznych, spośród których największa jest narodowość Han, ponad 90 proc. )), Indie, Rosja, Francja, W. Brytania (UK = United Kingdom) i wiele innych. Nie oznacza to bynajmniej, iż niektóre nacjonalistycznie usposobione społeczności etniczne nie dążą do własnej państwowości (np. Kurdowie, Katalończycy, Baskowie, Palestyńczycy, Szkoci i in.). Rozczłonkowanie byłej Jugosławii, Czechosłowacji i…ZSRR jest wielce wymowne w tym względzie.
Zresztą, współczesne społeczeństwa stanowią coraz bardziej wielobarwne konglomeraty i mieszaniny etniczne, kulturowe, religijne, językowe itp., w których zderzają się różne sprzeczne interesy i nacjonalizmy. W Europie procesy te przybierają na sile, m.in., w związku z bezprecedensowym napływem uchodźców z Afryki Północnej i z Bliskiego Wschodu. Niektórzy proponują, raczej rozpaczliwie, traktowanie całej ludzkości jako jednej wielkiej rodziny – „international community” (to już bardzo duża rodzina prawie 8 mld obywateli!) Jednakowoż, czy obywatel francuski pochodzenia arabskiego, afrykańskiego, karaibskiego, indochińskiego, słowiańskiego, żydowskiego i in. może być stuprocentowym „patriotą” Francji? Raczej nie.
Podobnie rzecz się ma w innych regionach Europy, szczególnie na Bałkanach, które od dawien dawna stanowią przysłowiową „beczkę prochu” na naszym kontynencie. Nacjonalizmy są tam szczególnie silne, a ich zderzenie prowadzi, z reguły, do konfliktów zbrojnych. Wystarczy tylko iskra i wybuch prochu jest gotowy, jak świadczy o tym przykład pretekstu do wybuchu I wojny światowej (zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie) [2] oraz przykłady wielu wojen bałkańskich. W sumie, słowo „Nation”, z którego wywodzi się nacjonalizm, ma co najmniej dwojakie znaczenie: naród i państwo. Np. Polish Nation może oznaczać i jedno i drugie, zależnie od kontekstu. Ważne jest wszakże to, iż – w procesie poronionej globalizacji neoliberalnej oraz w warunkach niezwykłej łatwości w przed pandemicznym przemieszczaniu się ludzi po świecie, nowoczesnej łączności i transportu oraz bezprecedensowo szybkiego obiegu informacji – kategoria nacjonalizmu też ulega głębokim przeobrażeniom. Takim mianowicie, iż postępować będzie erozja klasycznego nacjonalizmu a na jego miejscu pojawiać się będzie nacjonalizm wieloetniczny. Zanim to jednak nastąpi, stary nacjonalizm będzie coraz groźniejszy, broniąc się przed upadkiem.
Z kolei, szowinizm [3], jest relatywnie blisko spokrewniony z patriotyzmem i z nacjonalizmem, ale – wśród nich – stanowi kategorię jeszcze bardziej dynamiczną, bojową, groźną, fanatyczną i niszczycielską, wręcz karykaturalną. Np. faszyzm, stalinizm, militaryzm i terroryzm zrodziły się na gruncie szowinizmu, gloryfikującego wyższość (supremację) jednego narodu (rasy, religii, grupy społecznej, partii itp.) nad innymi.
Słowem, szowinizm – to coś w rodzaju wojującego nacjonalizmu do „entej potęgi”. Bez większych trudności, można prognozować, iż – w bliższej i w dalszej przyszłości – na fali kryzysu „patriotyzmu”, eskalacji nacjonalizmu i innych ekstremizmów, również szowinizm będzie przybierał na sile, stanowiąc coraz większe zagrożenie dla całej ludzkości, także dla jednostek i dla grup społecznych głoszących szowinizm i postępujących zgodnie z jego normami.
Współczesnych przykładów intensyfikacji szowinizmu (różnego rodzaju) nie trzeba szukać daleko. Chyba najgroźniejszym spośród nich jest islamski terroryzm fundamentalistyczny zderzający się już bezpośrednio i w skali globalnej głównie z terroryzmem państwowym, kosztem wielkich ofiar ludzkich i strat materialnych. Faktem jest jednocześnie, iż intensyfikacja nacjonalizmów i szowinizmów jest już mechanizmem samonakręcającym się (coś w rodzaju prawicowego perpetum mobile) w zdecydowanej większości krajów świata, nie wyłączając Polski.
Kryzys „patriotyzmu” w świecie:
Jest bardzo wiele przyczyn tego kryzysu, ale wybierzmy jedynie najważniejsze spośród nich: względy systemowe – obecny stan chaosu i anarchii w świecie (po upadku dwubiegunowości i jednobiegunowości) oraz w wielu krajach (krach faszyzmu, sowietyzmu i neoliberalizmu) eksponuje szczególnie mocno brak optymalnych systemów (ustrojów), czyli nowego ładu światowego i np. społecznej gospodarki rynkowej.
Towarzyszy temu kryzys ideologii, programów, autorytetów i brak charyzmatycznych przywódców, bo wielu spośród nich – to zwykli przestępcy i oszuści. Ludzie są kompletnie zdezorientowani i niepewni jutra (chodzi mi, naturalnie, o tzw. średniego mieszkańca planety Ziemia). W różnych krajach wygląda to różnie, ale globalnie już nikt nie inspiruje, nie planuje, nie kontroluje i nie koordynuje biegu wydarzeń oraz nie panuje i nie steruje rozwojem naszej cywilizacji (nawet ONZ jest w letargu czy też w śpiączce politycznej i metodologicznej).
W żadnym wypadku i za wszelką cenę nie należało dopuścić do obecnej pandemii, która jest bezprecedensową katastrofą w „rozwoju” ludzkości. Za to szaleją żywioły, przypadkowość, improwizacja i łatanie dziur. Obywatele nie mają zaufania do niewydolnych instytucji państwowych i międzynarodowych oraz do miłościwie nam panujących i rządzących, którzy, z reguły, nie troszczą się odpowiednio o rządzonych. W większości krajów świata, władzę sprawują reżimy autorytarne i totalitarne oraz egoistyczne grupy interesów, zasłaniające się frazeologicznymi przykrywkami demokracji, wolności czy „patriotyzmu”, a także stosujące metodologię ww. terroryzmu państwowego oraz wypróbowaną zasadę „dziel i rządź” („divide et impera”).
Modelowym przykładem takich reżimów jest autokratyczna Arabia Saudyjska, rozpieszczana przez USA! Zresztą, źródła amerykańskie podają, iż w XX i w XXI wieku Stany Zjednoczone popierały i popierają (także finansowo i militarnie) aż 71 reżimów autorytarnych i totalitarnych na świecie.
Na fali dehumanizacji oraz neoliberalnej „ideologii pieniądza” i pogoni za zyskiem, wypłukiwane są ze świadomości ludzkiej najwznioślejsze ideały, które kiedyś były choć trochę lokomotywą i siłą sprawczą rozwoju społeczno – gospodarczego świata oraz patriotyzmu.
Bez wątpienia, są siły, które chciałyby zapanować jakoś nad tym bałaganem i ukierunkować po swojemu rozwój świata czy przejąć władzę nad nim (masoneria, wielki kapitał i in.); ale efektywność ich poczynań nie jest wystarczająca nawet z punktu widzenia zamiarów i interesów tych sił. Zwiększa się więc ryzyko kolejnego „wielkiego wybuchu” nie tyle w kosmosie, ile na Ziemi, choć i ona jest częścią kosmosu. Jak, w rzeczonych warunkach, można być patriotą (czy internacjonalistą) – czego, kogo i w jakim celu?
Jest to obecnie zadanie tak trudne, że aż wręcz niemożliwe! Jaki obywatel miałby dziś chęć i zdobyłby się na odwagę uczestniczenia np. w Długim Marszu chińskim, będącym symbolem heroizmu, poświęcenia i patriotyzmu, kultywowanego nieustannie w Chinach?
Jaki żołnierz poszedłby dziś do boju z takim oto bądź podobnym hasłem na ustach: „Gott mit uns”, Drang nach Osten”, „za rodinu, za Stalina, wpieriod!” itp.? Sprawę komplikuje dodatkowo ww. postępujący proces mieszania najrozmaitszych narodowości i grup etnicznych w ramach poszczególnych krajów.
Tworzą się w ten sposób, jak gdyby, nowe społeczeństwa czy też nowe narody, a nawet, być może, ww. naród ogólnoświatowy. Ale chyba niedoczekanie nasze? Bowiem czasokres i łączne koszty tego procesu mogą być ogromne, a wynik ostateczny – bardzo niepewny.
Wyjściem z sytuacji może być natomiast utworzenie Nowego (pokojowego i sprawiedliwego) Ładu Światowego na zasadach wielobiegunowości (multilateralizmu), co proponują Chiny i inne państwa.
Uwarunkowania ekonomiczne
– trwający już prawie 14 lat II i III światowy kryzys gospodarczo – finansowy, któremu końca nie widać, rzutuje w przeogromny sposób na zapaść teorii i praktyki patriotyzmu. Bowiem, na ww. przyczyny moralno – psychologiczne i systemowe nakładają się, dodatkowo, nieznośne obciążenia materialno – bytowe i finansowe znacznej większości obywateli naszej planety, których liczba zbliża się, jak wspomniałem powyżej, do 8 mld osób i niezadługo może wzrosnąć do 9 czy nawet do 11 miliardów (to górna granica „wytrzymałości” Ziemi).
Najlepiej, w tym kontekście, niech przemówią dane i liczby: w wyniku kryzysu, roczna stopa wzrostu ŚPB [4] spadła do obecnych 3,4 proc. , podczas gdy powinna ona wynosić 5 – 6 proc. , żeby można było uporać się jakoś z obecnymi trudnościami społeczno-gospodarczymi.
Dramatycznie pogłębia się przepaść między „biegunem bogactwa” i „biegunem biedy” na świecie. Na szczycie tego pierwszego znajduje się Qatar (138.000 USD PKB per capita rocznie); zaś na dnie tego drugiego nędznie wegetuje Republika Środkowo – Afrykańska (tylko 600 USD PKB per capita). Z tych względów, jeszcze jako tako można być „patriotą” w pierwszej czterdziestce z ponad 200 państw świata, którą zamykają Czechy ( 30.000 USD PKB per capita). Polska zajmuje dalsze miejsce – z sumą ok. 25.000 USD PKB per capita.
Ponad połowa ludzkości dysponuje zaledwie sumą 2,5 USD dziennie na swe utrzymanie, 1 mld ludzi – sumą w granicach 1-2 USD, zaś 1,3 mld Ziemian – ma tylko poniżej 1,25 USD dziennie. To sfera tzw. skrajnej nędzy (extreme poverty). 805 mln ludzi głoduje (na świecie ok. 22.000 dzieci umiera codziennie z głodu i z nędzy). Pandemia pogarsza tę sytuację w niebotycznych rozmiarach. Np. zadłużenie świata (tylko tzw. dług publiczny, państwowy – public debt) zwiększyło się już o 19,5 bln USD w wyniku pandemii.
Ilość bezrobotnych przekroczyła dość dawno temu 300 mln osób (prawie 7 proc. ogółu ludzkości). Liczbę tę należy pomnożyć (średnio) przez 4 (członkowie rodzin), żeby uzyskać rzeczywisty obraz nieszczęścia ludzkiego w świecie z powodu plagi bezrobocia. Inna plaga – to wzrost zadłużenia świata, regionów, państw, podmiotów gospodarczych i zwykłych obywateli w okresie II i III kryzysu globalnego. Zadłużenie to jest niezwykle trudne do wyliczenia. Wiadomo jedynie, iż łączny dług publiczny (państwowy) świata przekroczył ostatnio 277 bln USD (tylko w USA wynosi on 16,8 bln USD).
Natomiast łączne zadłużenie Stanów Zjednoczonych przekroczyło aż 160 bln USD (dług publiczny + zadłużenie producentów + zadłużenie konsumentów + dług zagraniczny + długi ukryte). Z danych Banku Światowego wynika, iż tylko pięć niewielkich krajów i regionów (Brunei, Lichtenstein, Palau, Niue i Makao) nie ma żadnego zadłużenia. Jednocześnie, globalne wydatki na zbrojenia przekroczyły 2 bln USD.
Aspekty społeczne
– kryzys i coraz większe problemy gospodarcze świata nie pozostają bez wpływu na globalną i na krajową sytuację społeczną. Stopa przyrostu naturalnego w świecie spadła do 1,1 proc. . Rocznie przybywa obecnie 75 mln obywateli Ziemi (netto). Jedynie w najbiedniejszych krajach Afryki Środkowej utrzymuje się wysoki przyrost naturalny: 5 – 8 dzieci na kobietę w wieku rozrodczym. Gdzie indziej, ludzie nie chcą mieć większej ilości dzieci, głównie z powodu trudności materialnych i niepewności jutra. Polska jest tego drastycznym przykładem.
Generalnie – sytuacja społeczna na świecie ulega systematycznie pogorszeniu. Podobnie, jak w powyższym przypadku (ekonomicznym), także tu liczby mówią same za siebie: jest 785 mln analfabetów wśród dorosłych, z czego 2/3 – to kobiety; ponad 60 mln uchodźców; 750 mln ludzi bez dostępu do wody pitnej; 2 mld psychicznie chorych; 40 mln nadal choruje na AIDS/HIV, z czego 3 mln umiera corocznie; 500 mln chorych na malarię, z czego 1 mln umiera; dodać należy do tego inne epidemie, jak ebola, ptasia grypa, malaria, COVID 19 itp.
To wynik kolosalnych zaniedbań w służbie zdrowia, w ubezpieczeniach społecznych czy też w tworzeniu jakich takich warunków życia, oświaty oraz wyżywienia i pracy obywateli.
To są jednocześnie skutki systematycznego powiększania się przepaści dochodowej w przypadku obywateli z 80 proc. państw świata. Sytuacja w tej mierze jest następująca: najbiedniejsza grupa 40 proc. obywateli świata ma jedynie do dyspozycji 5 proc. ogółu dochodów; zaś 20 proc. najbogatszych obywateli dysponuje 75 proc. dochodów ogólnoświatowych.
Sytuację społeczną pogarszają, ponadto, klęski żywiołowe (szczególnie destrukcyjne zmiany klimatyczne, pożary, susze, tajfuny i powodzie), nowa „wiosna ludów” (uchodźcy) oraz brak efektywnej i skoordynowanej współpracy międzynarodowej w tych przypadkach. Pogłębiają one pauperyzację miliardowych rzesz ludzkich, stymulują migracje – w poszukiwaniu pracy, dachu nad głową, pożywienia i wody oraz sprawiają, iż życie ludzkie na rozległych obszarach Ziemi staje się coraz bardziej nieznośne.
Zagrożenia wojenne:
w historii, z reguły, było tak, iż niezliczone wojny i konflikty zbrojne stanowiły czynniki mobilizowania społeczeństw i pobudzania ich „uczuć patriotycznych”, w walce o słuszną czy też o niesłuszną sprawę. Teraz jednak sytuacja ulega zasadniczym zmianom. Jest coraz mniej chętnych obywateli do udziału w takiej walce. Wymownym tego przykładem były zdecydowane protesty społeczeństw, szczególnie młodzieży, przeciwko agresji amerykańskiej w Wietnamie, na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz w innych krajach.
Zapał antywojenny i pacyfistyczny zmniejsza się obecnie, a chętnych do przelewania krwi jest coraz mniej – nawet za pieniądze. Istotnym powodem słabnięcia tzw. patriotyzmu militarystycznego jest także postęp naukowo-techniczny dokonujący w sferze produkowania i wykorzystywania narzędzi śmierci. Bronie masowej zagłady, bronie inteligentne, rakiety dalekiego zasięgu, satelity, komputery, roboty, lasery, drony itp. sprawiają, że rola „siły żywej” na współczesnym polu walki staje się coraz mniejsza.
Czyli, spada także zapotrzebowanie na „militarystycznych patriotów”. W sposób zasadniczy zmienia się także charakter współczesnych wojen – są one już internetowe, hybrydowe, religijne, terrorystyczne i antyterrorystyczne itp. Czyli zanika konieczność posiadania licznych armii lądowych (szczególnie „patriotycznie” usposobionej piechoty czy kawalerii), jak to kiedyś bywało.
W XX i w XXI wieku większe i mniejsze wojny czy konflikty zbrojne toczyły się i toczą się nadal prawie nieprzerwanie ( w ponad 40 krajach). Obecnie, tylko w kilkunastu państwach świata (np. Szwajcaria, Japonia, Qatar, Urugwaj, Wietnam i in.) panuje autentyczny spokój/pokój i nie dochodzi do działań wojennych, konfliktów i rozruchów społecznych (vide: Polska, USA, Francja, Rosja, Niemcy i in.), starć zbrojnych oraz do ataków terrorystycznych.
Rzeczywiście, terroryzm, srożący się już praktycznie na całej kuli ziemskiej z coraz większym natężeniem stanowi absolutnie nową jakość w globalnej ewolucji „miecza i tarczy”. Jest on, przede wszystkim, efektem ww. patologii i trudności gospodarczo-społecznych w świecie, zjawisk kryzysowych, pandemii, dehumanizacji itp., ale również kardynalnych błędów decydentów. Zamiast zwalczać ante factum terroryzm u źródła i eliminować jego przyczyny, koncentrują się oni głównie na usuwaniu skutków terroryzmu post factum, promują składanie kwiatów i zapalanie zniczy w miejscach, w których zginęli niewinni ludzie zamordowani przez terrorystów. W efekcie tego, dochodzi do groźnej konfrontacji między terroryzmem fundamentalistycznym a terroryzmem państwowym, która to konfrontacja nie prowadzi do niczego dobrego. W każdym razie, takimi sposobami nie da się rozwiązać problemu terroryzmu. Nasuwają się, przy tym, istotne pytania: jakie są relacje pomiędzy terroryzmem a „patriotyzmem”? Oraz, czy terrorysta – morderca może być „patriotą” a „patriota” – terrorystą?
Dla niektórych, bez wątpienia, tak. Ja zaś nie mam jeszcze odpowiedzi na te pytania. W każdym razie, kwestie tego rodzaju wymagają pogłębionych refleksji i badań teoretycznych oraz wyciągnięcia z nich wniosków praktycznych. W sumie, poza starciami terrorystycznymi i antyterrorystycznymi, w całym świecie trwa obecnie 20 rozmaitych konfliktów zbrojnych oraz 21 groźnych wojen na terenie następujących krajów: Syria, Irak, Afganistan, Armenia, Azerbejdżan, Nigeria Meksyk, Sudan, Płd. Sudan, Pakistan, Ukraina, Somalia, Republika Środkowo-Afrykańska, Libia, Izrael/Palestyna, Jemen, Egipt, Kamerun, Kongo i Turcja. Każda z tych wojen kryje w sobie ryzyko wybuchu większego konfliktu zbrojnego, a nawet bezpośredniej konfrontacji militarnej pomiędzy wielkimi mocarstwami.
Niepokojąca jest, zwłaszcza, sytuacja na Dalekim Wschodzie (np. wokół Półwyspu Koreańskiego, Tajwanu, Hongkongu i in.) oraz na niektórych obszarach Zachodniego Pacyfiku, np. na Morzu Południowo-Chińskim, a także na Środkowym i Bliskim Wschodzie (Iran – Izrael, Turcja – Kurdystan i in.).
Konkluzje i propozycje:
jak tu można być prawdziwym patriotą i internacjonalistą w przedstawionych powyżej dramatycznych uwarunkowaniach politycznych, strategicznych, gospodarczych i społecznych oraz w bezmiarze, krwi, łez, nieszczęść oraz nędzy materialnej i degradacji moralnej ludzkości? W walce o byt i o przetrwanie, ludziom odechciewa się wszystkiego innego, także takich wzniosłych walorów i ideałów, jak patriotyzm. Dziś jest on formułą przestarzałą i nieadekwatną do realiów, co nie oznacza, że nie może się kiedyś odrodzić i zmodernizować, np. w przypadku polepszenia sytuacji wszystkich krajów i całego świata.
Jakie jest więc wyjście współczesnych „patriotów” i „patriotyzmu” z obecnego ostrego zakrętu dziejowego? W moim przeświadczeniu, alternatywa jest następująca, przy czym obie jej możliwości są li tylko teoretyczne:

  1. globalizacja (internacjonalizacja) patriotyzmu czyli ustanowienie patriotyzmu uniwersalnego, jednakiego dla wszystkich, z szacunkiem dla wszystkich i z jednoczesnym wyeliminowaniem przesłanek i norm, które doprowadziły do analizowanego krachu „patriotyzmu klasycznego” w świecie;
  2. dalsze pogrążanie się poszczególnych ludzi, narodów, krajów, społeczności, grup etnicznych i religijnych w bagnie dotychczasowego poronionego „patriotyzmu” (nacjonalizmu, szowinizmu, fundamentalizmu, rasizmu, hegemonizmu, ksenofobii i innych ekstremizmów), co mogłoby doprowadzić do upadku naszej cywilizacji.
    Tego nikomu nie życzę!

[1]. Nowożytne doświadczenia licznych krajów, narodów i społeczności świata potwierdzają, iż solidny patriotyzm, graniczący częstokroć z wojującym nacjonalizmem, stanowi jednak potężną broń w walce o niepodległość, o suwerenność oraz o inne podstawowe ideały i prawa. Np. broń ta odegrała (i odgrywa nadal) pierwszorzędną rolę w pokonaniu faszyzmu i militaryzmu w czasie II wojny światowej, w procesie dekolonizacji i tworzenia nowych państw, w walce Palestyńczyków o wolność i suwerenność czy w obronie rewolucji kubańskiej i islamskiej. Również swoisty nacjonalizm, fanatyzm i fundamentalizm oraz jego konfrontacja z hegemonizmem i z neoliberalizmem zachodnim, zwłaszcza amerykańskim, stanowi praprzyczynę i pożywkę dla intensyfikacji śmiercionośnego terroryzmu w naszych czasach;
[2]. Chodzi o zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, następcy tronu austro – węgierskiego, w Sarajewie, dnia 28.06.1914 r. W Polsce dobrze znamy casus hitlerowskiej prowokacji gliwickiej tuż przed wybuchem II wojny światowej;
[3]. Pojęcie szowinizmu pochodzi od nazwiska Nicolas Chauvin, Francuza, żołnierza napoleońskiego, który został ciężko ranny na polu bitewnym. Lekarze uratowali mu życie, ale później państwo francuskie przyznało mu śmiesznie niską rentę inwalidzką. Nie zrażony tym, N. Chauvin, nadal deklarował swe ślepe przywiązanie do cesarza, do bonapartyzmu i do imperialnej Francji – w ogólności oraz wyrażał gotowość do oddania życia w tym celu. Przeszedł więc do historii świata jako zaczyn i symbol najwyższej, fanatycznej i bezinteresownej wierności, lojalności i poświęcenia wobec wodza, systemu i kraju;
[4]. ŚPB = Światowy Produkt Brutto.

Obłąkańcze, euforyczne, nacjonalistyczne misterium

Gdy w sobotę, 1 sierpnia, słuchałem w warmińsko-mazurskiej Iławie (d. Deutsch Eylau) przenikliwego dźwięku syreny upamiętniającej o „godzinę W”, a na fasadach niektórych tutejszych budynków widziałem flagi narodowe, choć 1 sierpnia nie jest ustawowo wolnym od pracy świętem narodowym tak jak święta 3 Maja czy 11 Listopada, czułem się jakbym znalazł się w oku cyklonu-absurdu. Pomyślałem, że polski obłęd nacjonalistyczny rozprzestrzenia się jak koronawirus. Tego tu nigdy dotąd nie było.

Po pierwsze, owszem, także w wielu miejscach z dala od Warszawy, od lat dyskontowano rocznicę 1 Sierpnia 1944, ale jako wyraz słusznej, ale i smutnej pamięci o ofiarach, a nie jako podszyte dziwną euforią triumfalistyczne misterium. Po drugie dlatego, że przez lata rocznica 1 Sierpnia 1944 była jednak, mim oczywistych konotacji ogólnonarodowych, rocznicą lokalną, warszawską. Po trzecie, z tej przyczyny, że w poniemieckiej Iławie, na terenie dawnych Prus Wschodnich, tak hałaśliwy wydźwięk tych obchodów mocno „nie pasuje do obrazka”, jest swoistym historycznym dysonansem. Niby z formalnego punktu widzenia wszystko się zgadza, bo od 1945 roku i Warszawa i Iława są na terytorium tego samego państwa polskiego, ale mimo wszystko jest trochę tak, jakby w polskim dziś Gdańsku obchodzono zwycięstwo Prus nad Francją pod Sedanem w 1870 roku tylko dlatego, że w tamtej epoce Gdańsk należał do Prus właśnie. Porównanie nie jest co prawda symetryczne, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z pomieszanymi kompletami puzzli. Poza tym, owszem, 1 Sierpnia 1944 to rocznicowa data historyczna, ale jednak nie jest to stricte i formalnie tzw. oficjalne, ustawowo wolne od pracy święto narodowe!!! Tymczasem obchodzi się je tak, jakby takim było!!! Rocznica powstania lekkomyślnie zainicjowanego przez dowództwo AK, zakończonego krwawą klęską, upustem krwi grubo ponad dwustu tysięcy poległych (w tym ludności cywilnej i powstańców), a także zniszczeniem znaczącej i najistotniejszej historycznie substancji miasta, już od lat nie jest obchodzona jako po prostu forma uhonorowania ofiar. Trochę niepostrzeżenie (i właśnie bez wspomnianej wyżej oficjalnej sankcji ustawowej), rocznica ta została „przerobiona” ze święta „drugiego rzędu” w pierwszoplanowe święto narodowe obchodzone w klimacie euforycznego misterium, ustępujące rangą być może tylko Świętu Niepodległości 11 Listopada, a i tego nie można być pewnym. Drugie z wielkich, oficjalnych świąt narodowych, obchody rocznicy Uchwalenia Konstytucji 3 Maja już dawno zeszło na plan dalszy i stało się właściwie tylko trochę teatralną, martwą „oficjałką”, nie wywołującą większego rezonansu, upamiętniającą odległy w czasie o przeszło dwieście lat, czyli zaprzeszły czyn historyczny jakichś przystrojonych w pudrowane peruki panów ze starych portretów.
Obserwując ten dziwny, iławski obchód 1 Sierpnia 1944 nie po raz pierwszy, ale jednak chyba ze szczególną intensywnością uświadomiłem sobie, że jestem żywym dowodem na to, iż można w końcu doznać mdłości z obrzydzenia w reakcji na coś, co kiedyś przynależało poniekąd do dziecięco-młodzieńczego sentymentu. Mój ojciec był warszawskim powstańcem, a ja, choć w mojej naturze nigdy nie leżał sentymentalny patriotyzm polski, całą tę powstańczą tradycję traktowałem ze swoistą sympatią (szczególnie wzruszające powstańcze piosenki). Pomimo tego, że w dorosłych już, kanonicznych niemal dyskusjach nad sensem/bezsensem wzniecenia Powstania Warszawskiego przez dowództwo Armii Krajowej, czyli w dyskusjach między „romantykami” a „racjonalistami”, zawsze byłem po stronie racji tych drugich.

Co sprawiło, że rocznica krwawej klęski doznała takiego wyniesienia ponad rocznice upamiętniające, w przypadku 3 Maja konstruktywny czyn państwowej elity inspirowanej ideami Oświecenia, a w przypadku 11 Listopada pozytywny fakt odzyskania niepodległości?
Pierwszym czynnikiem było utworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego za warszawskiej prezydentury Lecha Kaczyńskiego. To muzeum jest tworem zadziwiającym, w negatywnym sensie unikalnym. Oto wielkim nakładem środków, także nowoczesnych środków technicznych wzniesiono imponujące jako spektakl muzeum klęski, którą pokazano jako … moralne zwycięstwo. Nie sądzę, a nawet jestem pewien, że w świecie nie zaistniał analogiczny absurd. Jednak ten spektakularny absurd podziałał na wyobraźnię setek tysięcy zwiedzających z całego kraju, dzieci, młodzieży i dorosłych. I oto właśnie chodziło inicjatorom – przenieść pamięć lokalnego zrywu na pole wyobraźni ogólnokrajowej. Tym sposobem lokalne powstanie w środkowo-wschodniej Europie, wydarzenie o znikomym znaczeniu taktycznym i strategicznym, mimo zaangażowania licznych rzesz uczestników, wydarzenie o marginalnym znaczeniu historycznym w historii Europy, urosło w przestrzeni polskiej do rangi wydarzenia monumentalnego. By sobie lepiej uświadomić nonsens projektu „apologia Powstania Warszawskiego” i uczynienia go ogólnonarodowym świętem o nastroju triumfalistycznym, warto zestawić go z przykładem Francji. Mimo upływu przeszło dwóch wieków od wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, nie wzniesiono w tym kraju muzeum (są tylko skromne namiastki) upamiętniającego wydarzenie o pierwszorzędnym znaczeniu w dziejach ludzkości i w sensie cywilizacyjnym zwycięskiego. W Polsce stworzono triumfalistyczne muzeum wydarzenia marginalnego w dziejach nie tylko świata, ale nawet Europy, a do tego zakończonego straszliwą klęską.

Po drugie, wydarzenia spektakularne, patetyczne i krwawe przemawiają do wyobraźni wielu tysięcy ludzi w Polsce. Głośna swego czasu opowieść historyczna „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza jest irracjonalistyczną apologią krwawej ofiary narodowej, pochwałą wyniesienia bezrozumnego, instynktownego „samopalenia” ponad sens ocalenia życia. I nic to, że większość ludzi uczestniczących, czynnie czy biernie, we frenetycznych obchodach rocznicy wybuchu powstania nie zna tej książki. Jej duch krąży po Polsce. Ten nastrój gdzieś w polskiej przestrzeni istnieje, odnawia się, jakoś odpowiada emocjonalności wielu Polaków.

Po trzecie, to ponure zwycięstwo, bo tak to dziś trzeba określić, absurdalnego, nacjonalistycznego mitu wyrosłego z klęski powstania, źle wróży nadziejom na budowanie w Polsce świadomości racjonalistycznej. Utrudnia też, a nawet uniemożliwia budowanie rozumnej pedagogii obywatelskiej. Wskazuje bowiem, że Polak, który daje się zabić w nierównej, z góry skazanej na klęskę walce, którą podejmuje, wbrew rozsądkowi i elementarnej logice, jest kimś lepszym, godnym większego szacunku niż Polak rozsądny i rozumny. Ten przekaz idzie w przestrzeń społeczną, w świadomość i podświadomość młodych i starych.
Rozhuśtanie samodurnych, bliskich paroksyzmowi emocji nacjonalistycznych osadzonych w obłędnym kulcie przegranego powstania jako naczelnych emocji narodowych jest ciężkim przestępstwem przeciw budowaniu nowoczesnej świadomości społecznej. Unieruchamia Polskę jako europejski skansen. Kultywując takie święta nigdy nie staniemy się nowoczesnym, europejskim społeczeństwem. To, że w bieżącym momencie historycznym służy ono obłąkańczo nacjonalistycznej polityce PiS jest akurat powodem do najmniejszego zmartwienia, bo tę narrację „kupiła” także niepisowska część sił politycznych. Z wyjątkiem Lewicy, mam nadzieję.

Poszukiwany narkotyk

Jest taki narkotyk, za którego posiadanie i poszukiwanie policja nie ściga. Przeciwnie – funkcjonariusze zajmujący w policji stanowiska kierownicze sami chętnie sięgają po ten narkotyk i dążą do zdobywania większych jego dawek.

Tym narkotykiem jest władza nad innymi ludźmi. Nie jest to stwierdzenie odkrywcze. Wszyscy (no – powiedzmy – prawie wszyscy) wiedzą, że od czasów wspólnoty pierwotnej w każdej grupie najsilniejsi, a potem najmądrzejsi zostawali przywódcami i otaczali się zaufanymi pomocnikami. Przywódca miał władzę i częściowo przekazywał ją pomocnikom. Do dzisiaj na większości ekonomicznych kierunków studiów wymienia się „delegowanie uprawnień”, jako jeden z ważnych instrumentów zarządzania.

Posiadanie władzy działa rzeczywiście jak narkotyk. Daje poczucie znaczenia, niezbędności i pewności siebie. Lokuje posiadacza na wyższej półce w społecznej hierarchii. Człowiek, który przez dłuższy czas pełni funkcje dające władzę, może tego nie pokazywać, ale czuje się nieszczęśliwym, jeśli zostaje jej pozbawiony. Siła tego narkotyku w różnych społecznościach nie jest jednakowa i zależy od tradycji, stopnia wykształcenia i struktury społecznej danego narodu i państwa, a także od indywidualnych skłonności obywateli. Są nieliczne jednostki, odporne na ten narkotyk, którym nie zależy na władzy, a nawet unikają możliwości jej uzyskania.

Są tacy, którym wystarcza władza, jaką mają w swojej rodzinie albo w kilku czy kilkunastoosobowym przedsiębiorstwie. Są wreszcie tacy, którzy – świadomie lub podświadomie – dążą do zdobycia władzy, pozwalającej na kształtowanie lub przynajmniej wyraźny udział w kształtowaniu życia całej społeczności, której są członkami. To oni, jeśli są dostatecznie inteligentni i energiczni, są powoływani lub wybierani na te stanowiska, które są częścią systemu zarządzania „ich” państwem.

Bałagan

Walka o władzę w tym szerokim rozumieniu była w Polsce zawsze, podobnie zresztą jak w większości krajów Europy i reszty świata. Jej natężenie było jednak zmienne i w dużym stopniu zależało od istnienia i siły oddziaływania naturalnego, lub wymuszonego, autorytetu określonej osoby i grupy jej zwolenników. Na wielu etapach współczesnego rozwoju naszej państwowości, te wiodące autorytety i ich grupy potrafiły utrzymywać względny spokój w życiu politycznym, sprzyjający rozwojowi ekonomicznemu i rozwojowi kultury.

Istotna zmiana nastąpiła w 2015 roku, po objęciu władzy przez PIS. Specyficzny, wewnętrzny układ tej grupy, a zarazem partu politycznej, opiera się na niekwestionowanej władzy wiodącego autorytetu. Ale tenże autorytet ma jednak znacznie słabszą pozycję poza grupą. Formalnie nie piastuje państwowego stanowiska związanego z posiadaniem władzy i przyczynił się do wytworzenia absurdalnego braku wyraźnej odpowiedzialności za decyzje sterujące państwem.

Ta nietypowa sytuacja wywołała również nietypowe zmiany w dysponowaniu określonymi odcinkami władzy. Zmieniły się faktyczne kompetencje, zależności nieformalne są często ważniejsze niż formalne. Nie spowodowało to jednak osłabienia wyścigu do władzy i wzrostu liczby stanowisk opatrzonych tytułami, świadczącymi o uczestniczeniu w procesach zarządzania państwem, lub wielkimi organizacjami gospodarczymi.

Siedząc na przyzbie chałupy i pijąc piwo z sąsiadem zastanawialiśmy się, jakie są obecnie motywacje indywidualnej walki o władzę. Znaleźliśmy ich kilka, pozornie o różnym ciężarze gatunkowym. Zgodziliśmy się jednak, że ten ciężar jest związany z charakterem i predyspozycjami określonej osoby dążącej do zdobycia „kawałka” władzy. Zależy także od jego apetytu, odwagi i samooceny.

Motywacja patriotyczna

W Polsce niemal każdy obywatel dążący do uzyskania władzy lub już piastujący jej „kawałek” tłumaczy otoczeniu i sobie, że motywem jego starań jest patriotyzm. Jak już zdobędzie tą władzę, to pokaże, że można inaczej, że kierując się dobrem kraju i narodu można naprawić błędy popełnione przez poprzedników, że można osiągnąć stan pełnego zadowolenia obywateli. On to będzie robił z pełnym zaangażowaniem, nie bacząc na zagrożenie zdrowia i nie dbając o dobra materialne.

W rzeczywistości ta motywacja wprawdzie istnieje, ale rzadko jest traktowana jako decydująca. Skutecznie ją uzupełnia albo wypiera właśnie motyw materialny – ile na danym stanowisku można zarobić, czy są legalne możliwości zwiększania tych zarobków. Jeśli ktoś jest bardzo zachłanny, to może wewnętrznie rozważać możliwości uzyskania także dodatkowych dochodów nielegalnych.

Istotną motywacją jest także prawdziwy lub udawany wzrost szacunku otoczenia, usuwanie przeszkód życiowych, załatwianie spraw poza kolejnością i bez specjalnych starań. Wiąże się to z otrzymywaniem zaproszeń na oficjalne i prywatne imprezy. Wzięcie w nich udziału przez posiadacza władzy traktowane jest jako zaszczyt, utrwalający lub podnoszący pozycję społeczną zapraszających. W końcu wzrost powodzenia u płci przeciwnej. Posiadanie władzy zawsze było i jest rodzajem afrodyzjaku.

Blask władzy

Doszliśmy z sąsiadem do wniosku, że jest jeszcze jeden pakiet motywacyjny, dla niektórych ludzi mający ogromne znaczenie. Można go nazwać blichtrem albo blaskiem władzy. Dobre, dyspozycyjne samochody, zdyscyplinowani i zaufani kierowcy, sekretarki i doradcy usuwający nawet drobne pyłki z dróg wykorzystywanych przez posiadacza narkotyku, możliwość „załatwienia” lepszego mieszkania lub „rezydencji”. Na niektórych stanowiskach nieodłączna ochrona i nieodpłatna możliwość wypoczynku w luksusowych warunkach w kraju i zagranicą. Blichtr, który kiedyś towarzyszył arystokracji, a dzisiaj jest domeną właśnie posiadaczy władzy, zwłaszcza wyższego i najwyższego szczebla. Jest też udziałem prawdziwych milionerów, ale oni często starają się tonować obraz swoich finansowych i towarzyskich możliwości.

Nie chcę, aby mnie posądzono o nadmierny krytycyzm. Doszliśmy z sąsiadem do wniosku, że jest jeszcze jedna pozytywna motywacja, chociaż nie dla wszystkich dostępna. Jeśli posiadacz władzy stara się wykonywać jak najlepiej związane z nią zadania, ma dobre pomysły i udaje mu się je realizować – to najczęściej czuje satysfakcję. A satysfakcja połączona z autentycznym uznaniem środowiska jest dla wielu ludzi bardzo silną motywacją.

Realia

Pijąc resztki piwa zabawiliśmy się z sąsiadem w analizę przypuszczalnych motywacji kurczowego utrzymywania władzy, przez czołowe postacie naszej sceny politycznej. Nie wyszła najlepiej. W obecnie rządzącej ekipie jest zbyt wielu ludzi, którzy wyraźnie nie znają się na tym, czego powierzona im władza od nich wymaga. Motywacja większości z nich oscyluje między wymuszonym uznaniem i szacunkiem otoczenia, a korzyściami materialnymi. Taka mieszanka nie jest jeszcze najgorsza i niekiedy bywa skuteczna.

Ale w naszych, polskich warunkach dochodzi do tego jeszcze jeden czynnik, którego nie zaliczyliśmy do typowych motywacji, ponieważ w innych krajach występuje obecnie niezwykle rzadko. Tym czynnikiem jest posłuszeństwo wobec kogoś, kogo uznaje się za przywódcę i bezkrytycznie przyjmuje i powtarza publicznie jego poglądy – niekiedy absurdalne, nawet na pierwszy rzut oka. I na tym kończą się żarty.

Regres

Historia dowodzi, że to jest groźne dla demokracji, rodzi autokrację i cofa nas intelektualnie o kilkadziesiąt lat. Sąsiad uważa, że przyczyną jest słabość charakteru dzierżawców kolejnych szczebli władzy, wiara w nadzwyczajne zdolności przywódcy i strach przed utratą zdobytych pozycji. Ostatnie manewry sejmowe przez chwilę dawały nadzieję, że to się zmieni. Że kilkanaście osób da dowody samodzielności i spowoduje rozpoczęcie procesu przywracania normalności i przestrzegania prawa. Ale tak się nie stało.

Zamiast tego możemy sobie namalować satyryczny obrazek, na którym dwóch posłów, niepełniących aktualnie żadnych funkcji państwowych, pijąc kawę zastępuje konstytucję i decyduje czy, kiedy i jak mamy wybierać prezydenta.

Wzorzec obywatela

Od kilku lat marzyłem o tym, aby wiedzieć, jakie cechy wrodzone i nabyte powinien mieć obecnie nasz wzorcowy obywatel, aby mógł cieszyć się powszechnym szacunkiem, poważaniem władzy i zaliczeniem do „pierwszego sortu”. Bardzo się te wymagania zmieniały i trudno było za nimi nadążyć. Dopiero teraz, w ogniu dyskusji i wskazań poprzedzających najbliższe, październikowe wybory, kształtuje się powoli obraz takiego obywatela.

Kierując się przede wszystkim światłymi wskazówkami prezydenta, premiera, niektórych hierarchów kościelnych i pewnego szeregowego posła postanowiłem przeprowadzić bolesny rachunek sumienia Usiłowałem sam sobie odpowiedzieć na krępujące pytanie – czy ja w ogóle, po dotychczasowym życiu pełnym błędów i wypaczeń, mogę się starać o „wzorcowe obywatelstwo”? I czy starczy mi czasu na ewentualną poprawę?

Cechy intymne

Z drżącym sercem usiadłem – jak zwykle w trudnych momentach – na przyzbie mojej chałupy, postawiłem na stołku dwie puszki czeskiego piwa i kolejno analizowałem cechy „wzorca”, porównując je z moimi. Za każdą wymienioną i posiadaną cechę postanowiłem przyznawać sobie dwa punkty. A jeśli mam ją tylko częściowo – to jeden punkt.
Na podstawie wyraźnych wskazań Głównego Prezesa i krakowskiej Ekscelencji kościelnej uznałem, że wzorcowy polski obywatel przede wszystkim nie może wykazywać zainteresowania seksualnego osobami tej samej płci, – czyli w moim przypadku – nie być gejem. Odetchnąłem – ten warunek spełniam tym bardziej, że moje zapotrzebowanie na seks z upływem lat bardzo się zmniejszyło i mam bardzo brzydkich przyjaciół, którzy mogliby być obiektami tego typu zainteresowań. Mam więc już dwa punkty.
Powinienem być głową rodziny z jedną i od młodości z tą samą, poślubioną w kościele żoną, oraz możliwie największą gromadką dzieci. Wstyd się przyznać, bo żonę mam wprawdzie za długo, ale już nie pierwszą. O dzieciach lepiej nie wspominać. Nie mam punktów.
Jest zrozumiałe, że jako głowa rodziny nie powinienem być nihilistą – używając określenia lansowanego przez Głównego Prezesa. Powinienem wierzyć w Boga, albo udawać, że wierzę, i udowadniać to możliwie częstym udziałem w religijnych obrzędach. Przynajmniej od czasu do czasu chodzić na pielgrzymki i rekolekcje. Brać przykład z naszych aktualnych notabli. Tu porównanie z wzorcem wypadło fatalnie – nie bardzo wierzę i nie chodzę. Musiałem napić się piwa, szukając kurczowo jakiegoś usprawiedliwienia i kogoś, kto ponosi winę za moje zbłądzenie. Częściowo winIen jest na pewno Stephen Hawking, którego książki – poczynając od „Krótkiej historii czasu”, mam w komplecie i które na pewno utrwaliły mój wrodzony nihilizm.

Bezwzględny patriotyzm

Niezwykle ważna cechą wzorca jest patriotyzm. Napisałem na ten temat kilka artykulików, bo ciągle nie jeste4m pewien, jak go udowadniać w czasach pokoju. Wydaje mi się, że aktualna władza za patriotę uważa każdego, kto ją chwali i jednocześnie ekscytuje się „bohaterską przeszłością” Narodu. To chyba zbyt uproszczone podejście i nie zgadza się z poglądami wielu moich, żyjących i nieżyjących, kolegów. Pamiętam jak jeden z tych nieżyjących, kawaler orderu Virtuti Militarii i tuzina innych odznaczeń, z zainteresowaniem słuchał innego, uwielbiającego patriotyzm werbalny. W końcu wypił łyczek bułgarskiej Pliski i bez cienia złośliwości zapytał: „Jesteś w naszym wieku, też gdzieś przeżyłeś wojnę. Powiedz mi – czy ty umiesz załadować i zarepetować karabin?”.
Problem widzę też w tym, że obywatelskie uwielbienie „bohaterów” z ostatniej wojny rozszerza się niebezpiecznie na wszystkich, którzy „coś robili” w tamtym okresie, albo po prostu uczciwie go przeżyli. Musiałbym więc także uwielbiać sam siebie, a to wydaje się idiotyczne. Ze zdumieniem przyjmuję informacje, że członkowstwo w AK jest czymś w rodzaju świadectwa moralności.
Taki wniosek nasunął mi się po wysłuchaniu nowego Prezesa NIK, który poinformował media, że dostał kamienicę w Krakowie od starszego pana, „który był członkiem AK”. I co z tego? Czy dlatego miał kamienicę? Czy to ma być rodzaj nobilitacji zapewniającej legalność jej posiadania i formalną poprawność darowizny? Znałem kilkuset członków AK z warszawskiej konspiracji, Powstania Warszawskiego i z jenieckich obozów. To widocznie byli ci biedniejsi, bo żaden nie przyznawał się do posiadania czy perspektywy dziedziczenia kamienicy. Ale rozumiem, że w niezniszczonym Krakowie mogli być bogatsi.
Mimo tych wątpliwości uznałem, że za patriotyzm mogę sobie przyznać przynajmniej jeden punkt.

Miłość i nienawiść

Wzorcowy obywatel musi namiętnie kochać USA. Tylko Amerykanie są naszymi prawdziwymi przyjaciółmi i obrońcami. Parę tysięcy bohatersko nastawionych chłopców będzie poprawiać jakość krwi naszych następnych pokoleń z tym większa ochotą, że doskonale wiedzą, iż właściwie nic im nie grozi. Za to pomagają gospodarce swego kraju, bo z wdzięczności kupujemy u nich oszałamiająco drogie wojskowe zabawki i skomplikowane technologie
Lubię Amerykanów, więc to kryterium obywatelskie chyba spełniam – choć jestem niebezpiecznie krytyczny. Z niepokojem stwierdzam, że jak myślę o relacjach Polska – USA to zawsze przypomina mi się przedwojenne powiedzenie – „kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak Żydzi”. To nie był pejoratywny slogan, tylko przypomnienie, że w interesach nie czas na sentymenty. Ta rysa wątpliwości na mojej miłości do USA powoduje, że chyba znowu mogę liczyć tylko na jeden punkt.
Miłość do USA musi się u wzorcowego obywatela łączyć z otwartą lub chociażby tłumioną nienawiścią do Rosji. Jestem – jak wszyscy – napompowany historycznymi pretensjami, ale nie mieszkałem nigdy na wschodzie kraju i tym samym nie mam bezpośrednich doświadczeń umacniających te pretensje. Podobny stosunek mam zresztą także do Niemców, z którymi miałem bezpośrednie doświadczenia. Dlaczego?? Bo uważam, że ludzie nie mogą odpowiadać za działania poprzednich pokoleń i że w każdym społeczeństwie są dranie i kandydaci na aniołki. Cenię zarówno rosyjską jak i niemiecką literaturę i muzykę. W historycznych zawirowaniach miałem przyjaciół Niemców i Rosjan. Z łezką w oku wspominam przyjaźnie (apage Satanas!!) z reprezentantkami tych nacji. Znowu więc tracę punkty pozwalające na zaliczenie do wzorcowych obywateli.
Obywatelski wzorzec nie może też lubić Tuska. Trzeba go krytykować na każdym kroku, obarczać winą za wszystkie problemy i nieszczęścia, zamykać mu drogę powrotu do polskiej polityki. „Przez osiem lat” noc dobrego nie zrobił i tylko zaślepienie europejskich elit spowodowało, że wybrano go na mało znaczące stanowisko w UE. Znowu tracę punkty, bo nie znam, ale zaocznie lubię Donalda Tuska.

Chwalić i wspierać

Wreszcie wzorcowy obywatel powinien uważać wprowadzane zmiany w systemie sądownictwa za jedynie słuszne, a prokuraturę za najbardziej sprawną i obiektywna w Europie. Jeśli nie podejmuje śledztw w takich podrzędnych sprawach jak „dwie wieże” czy organizowanie albo wspieranie hejtu przez urzędników ministerstwa sprawiedliwości, to widocznie wymaga tego interes państwa. Mam inne zdanie – więc nie dostaję punktów.
No i – co chyba najważniejsze – wzorzec obywatela musi w każdej sytuacji, wspierać aktualnie rządzącą partię i powołany przez nią rząd, nie dawać wiary wrogim plotkom, oburzać się na prezydenta Francji za
„bezczelną” krytykę naszych działań. Ni powinien także mówić wyraźnie o zamachu na nasz samolot prezydencki TU 154, ale nadal wyrażać wątpliwość, czy mogła to być zwykła katastrofa lotnicza. Tą wątpliwość powinien przekazywać także swoim dzieciom i wnukom, aby pozostała ona na wieki w narodowej pamięci!
Bijąc się w wątłe piersi stwierdziłem, że tych ostatnich warunków w całości nie spełniam
Jak podsumowałem moje punkty to wyszło, że mam ich nie więcej niż 4 na 16 możliwych. Nie mam więc żadnych szans, aby stać się wzorcowym obywatelem tak długo, jak długo władza w naszym kraju będzie należała do tej samej partii, co „przez ostatnie cztery lata”. Ten tragiczny wniosek spowodował, że wypiłem drugą puszkę piwa, psując jeszcze bardziej moje kończące się zdrowie. A powstrzymać tego psucia nie mogę z wielu przyczyn, na które przy okazji jeszcze się poskarżę.

Anatomia turbopatriotyzmu

Poczynając od orła z czekolady…

Zdaniem autora „Turbopatriotyzmu”, Marcina Napiórkowsiego (rocznik 1985), autora świetnego „Powstania umarłych” (2016), turbopatriotyzm narodził się 2 maja 2013 roku, kiedy to prezydent Bronisław Komorowski wystąpił na obchodach Dnia Flagi ze sławetnym, tak dziś postponowanym orłem z czekolady. Ta „czekoladowość” godła narodowego miała być emblematem nowego modelu obchodzenia świąt narodowych: na wesoło, na luzie, pogodnie, bez zadęcia, bajtowo, bez martyrologii, ze spoglądaniem raczej w przeszłość niż w przeszłość. Zdaniem Napiórkowskiego ta formuła stała się casus belli dla tradycyjnych patriotów obstających przy tradycyjnej, a więc solennej, poważnej, formule obchodów. Odpowiedź zwolenników tej formuły nadeszła pół roku później, 11 Listopada, w postaci Marszu Niepodległości z pochodniami budzącymi w wielu obserwatorach przeciwnej strony złe skojarzenia, Marszu zakończonego zresztą ulicznymi rozruchami. Nie do końca zgadzam się z autorem co do wskazania momentu narodzin turbo patriotyzmu. Po pierwsze, uważam, że istniał on w postaci rozproszonej i przetrwalnikowej od dwóch stuleci, a jego emblematem mógłby być „szaleniec niepodległości”, Tadeusz Reytan, o którym mówiono że najpierw zwariował a następnie umarł w obłąkaniu, z bólu po utracie wolnej ojczyzny. Po drugie, ten nowy turbopatriotyzm moim zdaniem narodził się trzy lata wcześniej – 10 kwietnia 2010, nie muszę objaśniać znaczenia tej daty i jej następstw. Jednak ta drobna różnica co do oceny usytuowania czasu narodzin zjawiska (co jest przecież skądinąd sprawą względną) nie osłabia waloru książki Napiórkowskiego. Autor konfrontuje tytułowy turbopatriotyzm z softpatriotyzmem, takim właśnie, który wyrażały wspomniane obchody z udziałem czekoladowego orła. Konfrontuje sarmatyzm z modernizmem, romantyzm z pozytywizmem, portretuje wszystkie kształty i odcienie turbopatriotzmu, owego paradoksalnego, nowego „opętania niepodległością i Polską”. Paradoksalnego, bo narodziło się nie po przegranym powstaniu, nie pośród nieszczęść narodowych ale w momencie najwspanialszej od wieków koniunktury dla Polski, być może najwspanialszej na całej przestrzeni jej historii. Opisuje rozmaite objawy i formy turbopatriotyzmu: jego histeryczną i nachalną ekspresję, rekonstrukcje historyczne, skrajną idealizację przeszłości narodowej, kult munduru, patriotyczne śpiewanki, kręcenie „patriotycznych” filmów („n.p. „Legiony” czy filmu o „żołnierzach wyklętych”), bezkrytyczny kult sarmacji i polskiej obyczajowości z osławionymi „wartościami” na czele, wojownicze fantazje, noszenie patriotycznej odzieży itd., itp., – słowem, całą tę retrotopijną, mitologiczną sferę, która od kilku lat z zewsząd się wyłania i jest mocno obecna w przestrzeni publicznej. Portretuje też intelektualny, ideowy think tank polskiego turbopatriotyzmu, polską sekcję tego, co nazywa alt-patriotyzmem, kreśli jego konteksty kulturowe, nawiązujące przede wszystkim do poetyki wywodzącej się z mitologii „Gwiezdnych wojen”. „Turbopatriotyzm” to wyborna i porządkująca nasze codzienne obserwacje lektura, w sam raz na gorący politycznie czas. Jednym z ubocznych efektów turbopatriotyzmu, podlanego, trzeba koniecznie dodać, sosem politycznego katolicyzmu, jest pojawienie się zjawiska antyturbopatriotyzmu w postaci demonstracji pop-ateizmu (Marsze Równości, obrazoburcze emblematy i gadżety w rodzaju tęczowej waginy czy cipkomaryjki, tęczowa Matka Boska czy dowcipne drwiny w rodzaju haseł „Cześć i chwała aborterom”, „Bób, Hummus i Włoszczyzna”. To w polskiej przestrzeni zjawisko zupełnie nowe, w odróżnieniu od turbopatriotyzmu mającego za sobą bogaty background historyczny, zjawisko które nigdy tu nie występowało, a ekspresja laicka i ateistyczna była zawsze niemal „religijnie” solenna, poważna, naukowa i uroczysta, jak w elitarnych pismach ateistycznych, czy PRL-owskim tygodniku „Argumenty”. O tym jednak Napiórkowski nie napisał, bo to temat na odrębną książkę.

Marcin Napiórkowski – „Turbopatriotyzm”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, str. 316, ISBN 978-83-8049-901-0

Jeszcze nowszy patriotyzm

Bardzo dawno temu, – bo w 2013 roku – popełniłem artykulik pt. „Nowy patriotyzm”.

Skarżyłem się w nim na zmiany, jakie w okresie mego życia zachodziły w pojmowaniu słowa „patriotyzm”, stopniowo zastępującego określenie walki i pracy dla Ojczyzny, krzykliwym samochwalstwem niektórych polityków i przypisywaniem sobie monopolu na definiowanie cech patriotyzmu. Zwracałem uwagę na to, że w czasie wojny było najprościej – każdy, kto walczył o wyzwolenie kraju był uważany za patriotę, bez względu na to, jakie miał polityczne poglądy. Ale nie nadużywano tego określenia i nigdy nie słyszałem, aby ktoś mówił „ja jestem patriotą, a ten X czy Y nie jest”.
Także po wojnie, mimo kilkuletnich sporów o to, czy głównym celem patriotycznym jest odbudowa kraju, czy walka z narzuconym ustrojem, na ogół szanowano odmienne poglądy nawet wtedy, kiedy za nie karano. Potem to się uspokoiło i przez wiele lat, także w państwie, którego zdaniem obecnego premiera w ogóle nie było, relatywnie rzadko używane określenie było rozumiane, jako równoznaczne z obywatelska postawą. Mówiąc prościej – uczciwą pracą dla siebie i kraju, pomaganiem innym w chwilach potrzeby, staraniem sie o rozwijanie jak najlepszego obrazu Polski za granicą. Dopiero w ostatnich latach te cechy patriotyzmu zaczęły być wzbogacane o odżywający, kawiarniany antysemityzm, bezsensowną i szkodliwą społecznie i ekonomicznie rusofobię i dzielenie Polaków na „prawdziwych patriotów” i tych „nierozumnych, drugiego sortu” obywateli, którzy oczywiście nie są patriotami.

Propaganda

Naiwnie myślałem, że na tym już koniec. Miałem nadzieję, że zmądrzejemy, stopniowo opadną emocje walki politycznej, przestaniemy traktować patriotyzm jak kij do okładania przeciwników. Sądziłem, że takie zachowanie nawet „nie przystoi” ludziom uważających się za patriotów, a zarazem piewców przemyślanej, patriotycznej polityki kulturalnej.
Myliłem się. Po kilku latach względnego uspokojenia, po wyborach w 2015 roku werbalny hurrapatriotyzm odżył, zmodyfikował kierunki i osiąga niepojące rozmiary.
Każde społeczeństwo jest wrażliwe na uporczywą propagandę. W miarę zmian technicznych zachodzących w nośnikach informacji dożyliśmy epoki, w której główną – a dla wielu środowisk jedyną – maczugą propagandową jest telewizja. Ma tą przewagę nad starymi nośnikami, że nie tylko informuje, ale pokazuje przykłady i wpływa nie tylko na świadomość, ale i podświadomość odbiorcy. Pół biedy, jeśli, jak w większości krajów, a w Polsce w dużych aglomeracjach, obywatel ma możliwość oglądania kilku konkurencyjnych programów, o różnym zabarwieniu politycznym. Ale – jak w Polsce na wsi i w wielu małych miastach – nie ma takiej możliwości, to wówczas stopniowo przyjmuje poglądy uzyskiwane z przekazywanych przez jedną stację telewizyjną informacji, jako swoje i jedynie słuszne.
Tak się teraz dzieje. Polska telewizja publiczna w okresie panowania obecnej władzy jest przesycona nie tylko odpowiednio selekcjonowanymi i preparowanymi informacjami, ale także werbalnym patriotyzmem, ukierunkowanym zgodnie z upodobaniem władz i odpowiednio do tych upodobań „ufryzowanym” historycznie. Te „prawdy objawione” kształtujące obecnie poglądy obywatela, który chce być uznawany za patriotę, można streścić w kilku punktach.

Podstawowe poglądy prawdziwego patrioty

Po pierwsze – w czasie wojny tylko ci, którzy byli „na zachodzie” lub związanym z nim podziemiu walczyli o wolną Polskę. Ci ze wschodu, albo z jakiś ludowo – chłopskich oddziałów partyzanckich, przesiąkli komunizmem i właściwie walczyli o hegemonię Rosji (wtedy ZSRR). Nie byli więc polskim patriotami.
Po drugie – w czasie wojny to właściwie tylko my ratowaliśmy Żydów przed hitlerowską zagładą. Ci, którzy ze strachu donosili na Żydów, a tym bardziej „szmalcownicy”, robiący to za pieniądze, to tylko smutne wyjątki. Widocznie pechowo w okolicach Sobiboru było ich wyjątkowo dużo, jeśli z 400 więźniów, którzy uciekli z obozu, prawie 100 „miejscowa ludność” wydała Niemcom.
Po trzecie – po wojnie i w długim okresie PRLu, patriotą był tylko ten, kto czynnie walczył z państwem opanowanym przez „komunę”. Reszta „psychicznych słabeuszy” pogodziła się z rolą niewolników. Wprawdzie kończyli szkoły średnie, studiowali, pracowali, odbudowywali i rozbudowywali – ale robili to bez entuzjazmu, a nawet ze wstrętem.
Po czwarte – obywatele często nie zdają sobie z tego sprawy, ale ciągle jesteśmy zagrożeni przez „postkomunę”. Prawdziwy Polak – patriota powinien ją ujawniać i z nią walczyć. Bo zakażenie komunizmem jest nieuleczalne. Jak ktoś gdzieś należał, albo coś podpisał – nie jest godzien działać w naszym społeczeństwie. Chyba, że szczerze się nawrócił i aktywnie wspiera nową, patriotyczna władzę.
Po piąte – polski patriota powinien być wierzącym i praktykującym katolikiem. Jeśli tego nie deklaruje – to trzeba go czujnie obserwować, bo może mieć ukryte związki z takimi podłościami jak LGBT, seksualizacją młodzieży, albo – o zgrozo – ze zwolennikami legalizacji ograniczonej aborcji, na życzenie zainteresowanej kobiety.
Po szóste – prawdziwy Polak wie, że prawie wszyscy w Europie chcą się na nas w jakiś sposób „zamachnąć”. Bezkrwawo, ale boleśnie robią to nieudacznicy z „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli Unii Europejskiej. Ale są też tacy, którzy powodują katastrofy naszych samolotów – zwłaszcza prezydenckiego samolotu w rejonie Smoleńska. Patriota wie, że nasze samoloty, prowadzone przez najlepszych na świecie pilotów, co to potrafią latać nawet ”na drzwiach od stodoły …” nigdy same się nie rozbijają – więc to musiał być zamach.
Wreszcie po siódme – jesteśmy stale zagrożeni kolejną wojną. Nie wymieniamy, kto ją może wywołać, ale przecież wiadomo, kto zawsze na nas czyhał i kto robi kuku zaprzyjaźnionej Ukrainie. Musimy więc kupować coraz droższą broń od bogatych mocarstw, rozwijać siły wewnętrzne, szkolić się „od dziecka” w obronie naszych państwa i „wartości”.

Granice bezpieczeństwa

Ten zestaw aktualnych wymogów upoważniających siebie lub kogoś do bycia prawdziwym, polskim patriotą XXI wieku powinien każdemu pozwolić na samokrytykę i ocenę swojej pozycji. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że taka autoanaliza jest wprawdzie męcząca, ale można ją jakoś strawić. I nadal miałem nadzieję, że powoli z tego wyrośniemy.
Moja nadzieja uległa jednak wyraźnemu nadwątleniu po kolejnych konwencjach i dyskusyjnych spotkaniach organizowanych przez rządzącą obecnie partię. Dostrzegłem bowiem, że niemal w każdej pryncypialnej lub buńczucznej wypowiedzi najwyższych notabli, ukrywa się jeszcze jedna, nowa i naprawdę niebezpieczna cecha prawdziwego patriotyzmu. Jest to wmawianie suwerenowi, że patriotą jest tylko ten, kto popiera władzę, zgadza się z jej poglądami i planami, będzie jej „pomagał a nie przeszkadzał”. Jeśli tego nie robi – to zdradza swój kraj i jest spadkobiercą Targowicy.
To mnie przestraszyło. Nieodległa historia Europy zna takie poglądy, Starsze pokolenia widziały sterowany, monopolistyczny patriotyzm w niektórych krajach i wiedzą, jak to się kończyło. A zaczynało się niemal zawsze tak samo – od omijania podstawowych zasad życia obywateli, kwestionowania uprawnień sądów i zastępowania ich „decyzjami ludu” lub jego idoli, gnębienia przeciwników, najpierw zgodnie z prawem, a potem wbrew prawu. Przy utrwalaniu takiego poglądu łatwo jest więc przekroczyć granice społecznego bezpieczeństwa, świadomie lub bezwiednie dojść do autokratyzmu, łatwo przechodzącego w totalitaryzm.
Podsycanie hurrapatriotycznego nastroju społeczeństwa też ma swoje tradycje. Więcej defilad, więcej pokazów odtwarzających bohaterskie czyny przodków, więcej zabaw młodzieży z imitacją broni albo z prawdziwą bronią. Manifestacje i marsze patriotyczne wspierające władzę. Wprawdzie w ich organizacji nie udaje dorównać nocom w Norymberdze i współczesnym uroczystościom w Korei Północnej, bo w słowiańskim kraju trudno zebrać tylu zdyscyplinowanych uczestników – ale starać się można.
Trudno przewidzieć, jakie będą następstwa nowego modelu polskiego hurrapatriotyzmu. Może się wypalić i nie spowodować większych szkód w mentalności młodzieży i średniego pokolenia. Ale może też pogłębić i utrwalić podziały społeczeństwa i doprowadzić do otwartej. lub skrywanej izolacji Polski, wśród europejskich państw o demokratycznych tradycjach. Sygnały tej izolacji są w Parlamencie Europejskim już wyraźnie widoczne.

Aktorzy i Niepodległa

Mamy już za sobą główną falę rocznicowych obchodów. Dominowała wzniosłość albo przedziwny smutek, zamiast radości. Zwyczajni jesteśmy uroczystościom martyrologicznym, ale gorzej nam idzie, kiedy przychodzi świętować coś, co się udało.

 

Niezwykły to bowiem był zbieg okoliczności i nadzwyczajna kumulacja marzeń wielu pokoleń, że właśnie wtedy, w listopadzie 1918 doszło do wybuchu Niepodległej. „I ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego”, jak mawiał pono Józef Piłsudski, choć, oczywiście, to tylko bon mot, bo tak naprawdę nie tak znowu „ni z tego, ni z owego”, a i droga do tego bytu trwała, bagatela, ponad 120 lat. Ale udało się i jest co świętować w dobrym nastroju, nawet jeśli później wiele szans zostało zniweczonych bezpowrotnie.

W ten długi marsz do niepodległości niemały wkład wnieśli aktorzy. Tradycje ich patriotycznych postaw polskich otwiera piękny rozdział udziału aktorów w narodzinach Konstytucji 3 Maja. Dość przypomnieć wystawienie „Powrotu posła” Juliana Ursyna Niemcewicza, które miało moc debaty sejmowej, czy aktualne kuplety dopisywane do „Krakowiaków i Górali” Wojciecha Bogusławskiego o sile agitacyjnych ulotek.

Podobne ożywienie deklaracji niepodległościowych miało miejsce w okresie powstania listopadowego – często aktorzy chwytali za pióro i pisali utwory związane z walką o państwową niezależność. Stanisław Wyspiański nawiązał do tych epizodów w „Nocy listopadowej”. Nie przypadkiem jedna z kluczowych scen – z udziałem generała Chłopickiego – toczy się w teatrze. Wyspiański przypomniał zaangażowanie aktorów w sprawy restytucji państwowości właśnie w powstaniu listopadowym, gdy opiewali niepodległościowy zryw.

Aktorzy zawsze znajdowali się w patriotycznej szpicy. Te komercyjne wycieruchy, z rzemiennym dyszlem krążący po kraju z farsami i niewydarzonymi komedyjkami, okazywali się ludźmi gotowymi do służby i poświęceń. Jeden z moich (być może, bo pewien nie jestem) odległych przodków, Felicjan Paweł Miłkowski (18 I 1807 Kielce – 1854 lub 1859 Paryż) sztuką „Dwudziesty dziewiąty listopada” reagował na powstanie listopadowe. Tę zakurzoną sztukę wydaną nakładem autora w roku 1831 odnalazł Olgierd Łukaszewicz, dzięki któremu trafiła w moje ręce. Sztuka nie zaleca się szczególnymi walorami literackimi, ale tchnie z niej szczera nuta entuzjazmu dla powstańczego czynu. Sztuka nosiła podtytuł: „Rys historyczno-dramatyczny ze śpiewami oryginalnie wierszem napisany”. I rzeczywiście, przyśpiewki oddawały ducha czasu, jak ta przywołana w tym dramacie na nutę „Mazurka 3 Maja” pieśń autorstwa A. Pitschmanna:

Cieszcie się Sarmatów dzieci,
Zbawienia bije godzina,
Komu drogi kraj, rodzina,
Niech z orężem w ręku leci –
Nowy świat – nowy świat,
Rozwija wolności kwiat.

Nawet jeśli te strofy nie zadowolą subtelnych literackich gustów, to przecież świadczą jak aktorzy lgnęli do wolnej Polski i wolności w ogóle. Nie doczekał się jej Felicjan Paweł Miłkowski, autor jeszcze kilku innych sztuk i sam nieźle zapowiadający się aktor. Po klęsce powstania wyruszył jak wielu żołnierzy powstania na emigrację. Osiadł w Paryżu i tam został pono wziętym doktorem medycyny.

Pewnie z myślą o tych dziesiątkach, a może i setkach rozbudzonych patriotycznie aktorów, Olgierd Łukaszewicz sięgnął po „Traktat o Wiecznym Przymierzu Między Narodami Ucywilizowanymi – Konstytucję dla Europy” Wojciecha Bogumiła Jastrzębowskiego, listopadowego powstańca. To niezwykłe dzieło wyszło spod pióra kanoniera zaraz po bitwie o Olszynkę Grochowską, która stała się krwawą łaźnią dla powstańców i nacierającej armii Dybicza. Napisane dosłownie po bitwie, a wydane drukiem w rocznicę Konstytucji Trzeciego Maja, miało pozostać na lata zapoznanym świadectwem zaskakująco dojrzałej myśli politycznej, niezwykłym projektem, który w Europie podjęty został dopiero 150 lat później.

Jastrzębowski zwracał się już w lutym 1831 roku z dramatycznym apelem do polityków, władców Europy:

„Monarchowie i Narody Europy, porozumiejcie się ze sobą! W Europie, w tym (przynajmniej mniemanym) siedlisku oświaty i cywilizacji, w tej szczupłej krainie, w której narody tak ściśle religią, naukami i obyczajami są ze sobą połączone, że prawie jedną zdają się składać rodzinę. Możnaż ustalenie Wiecznego pokoju uważać za rzecz niepodobną?”.

Brzmiało to przejmująco. Rzecz tym bardziej zdumiewająca, że Wojciech Jastrzębowski ani nie był politykiem, ani prawnikiem, przygotowanym do formułowania rozwiązań ustrojowych. Ten śmiały projekt zjednoczonej Europy bez wojen to nie tylko szlachetna utopia, ale zarys rozwiązań ustrojowo-systemowych, które podjęto później, budując zręby Unii Europejskiej, choć projekt Jastrzębowskiego był w tym czasie zapomniany, a jego jedyne wydanie książkowe niemal w całości zniszczone przez rosyjskiego zaborcę. Teraz spoczywa w gablocie w Pałacu Prezydenckim, przypominany od czasu do czasu, ale nadal jest dokument zapoznanym. No, już nie całkiem, bo jednak Łukaszewiczowi z wielkim trudem udało się doprowadzić na warszawskiej Agrykoli do premiery wielkiego widowiska plenerowego opartego na tekście konstytucji i pieśniach patriotycznych. Widowisko odbyło się w dniu zgromadzenia generalnego Paktu Północnoatlantyckiego w Warszawie (9 lipca 2016 roku). Potem jeszcze w okrojonej formie powtórzone parę razy, nie stało się jednak stałym fragmentem programu dzisiejszego ZASP-u (jak chciał ówczesny prezes Olgierd Łukaszewicz), związku aktorów, który jest rówieśnikiem polskiej niepodległości, a nawet nieco starszym jej bratem. Bo choć pierwszy zjazd ZASP odbył się 21 grudnia 1918 roku, to już 26 października w Warszawie miało miejsce spotkanie komitetu założycielskiego, który postanowił zwołać zjazd aktorów ze wszystkich ziem polskich. Jak do tego doszło, a także, w jaki sposób aktorzy brali udział w procesie jednoczenia ziem polskich po odzyskaniu niepodległości można dowiedzieć się z realizowanego z rozmachem cyklu autorskiego profesor Bożeny Frankowskiej „100 x 100. Artyści, wydarzenia: 100 razy teatr polski na stulecie Polski Odrodzonej i Niepodległej”, którego ponad 50 odcinków ukazało się już na portalu polskiej sekcji AICT/Klubu Krytyki Teatralnej SDRP (www.aict.art.pl). Kolejne odcinki cyklu publikowane są w zakładce „Yorick nr 52” – tak powstaje specjalne wydanie tego pisma w całości poświęcone historycznemu wkładowi artystów sceny w historię odrodzonej Polski.

„Artyści polskiego teatru – napisała prof. Frankowska – od trzeciego rozbioru (1795) do roku 1918 przez 123 lata budowali teatr polski, który – na pewnych obszarach ziem polskich i przez wiele lat – był jedyną instytucją, w której mógł głośno rozbrzmiewać język polski. Zabroniony w szkołach, urzędach i w miejscach publicznych.

W ciągu ostatniego półwiecza przed odzyskaniem przez Polskę Niepodległości święcili nawet kolejno otwarcie Teatru Polskiego w Poznaniu (1875), zbudowanego przez polskie społeczeństwo z trzech zaborów, co upamiętnia dumny napis na frontonie „Naród – sobie”, Teatru Miejskiego w Krakowie (1893) noszącego od 1909 roku imię wielkiego poety polskiego Juliusza Słowackiego, a w roku 1913 inaugurację nowoczesnego Teatru Polskiego w Warszawie”.

Warto przypomnieć, o czym wspomina prof. Frankowska, że dziejowy moment wejścia Polski na drogę niepodległości obwieścił Leon Schiller „Marsylianką”, graną na szpinecie w dniu 10 listopada podczas przedstawienia „Cyrulika sewilskiego” w warszawskim Teatrze Polskim. W teatrze, o którym Artur Oppman pisał w okolicznościowym wierszu na jego otwarcie: „To nie teatr, to pole narodowej bitwy”. Stało się tak, jak to proroczo przewidział Wyspiański w „Nocy listopadowej”. Do teatru dobiegła wiadomość o abdykacji cesarza Niemiec. Koniec cesarstwa oznaczał koniec wojny i brzask niepodległości. Teatr to obwieścił pierwszy zakazaną jeszcze wówczas przez cenzurę „Marsylianką”. Po latach ze wzruszeniem wspominał to zdarzenie Jan Lechoń: „Za chwilę za kulisami Schiller grać będzie jedną z wybranych przez siebie melodii Lully’ego, ale (…) słyszę nagle dźwięki inne, drogie wszystkim wolnym ludziom świata, głoszące tryumf wolności i dlatego właśnie w owych latach niewoli zakazane i jak pieśń tłumionego buntu rozlewające się tylko w ukryciu. I oto słyszę je teraz w pełnej sali, w której pierwszych rzędach siedzą oficerowie (…) okupacyjnej armii. Nie, to nie złudzenie słuchu – to Schiller, coraz głośniej, silniej, coraz bardziej zapamiętując się w uniesieniu gra naprawdę „Marsyliankę”, witając nią wieść dopiero co nadeszła, a jeszcze nieznaną nam widzom na sali, że pobite Niemcy proszą o pokój. I ta właśnie „Marsylianka” grana na szpinecie przez Schillera obwieszcza Warszawie spełnienie wszystkich proroctw naszej poezji i koniec stuletniej niewoli”.

Aktorzy zorganizowali się szybko, odpowiadając potrzebie czasu – scalenia kraju podzielonego przez zaborców. W grudniu 1918 powstaje ZASP, a w jego szeregach rodzą się nie tylko zasady korporacyjne, ale także idee niepodległego teatru. Inicjują powstanie Instytutu Teatrologicznego, pisma „Scena Polska”, Domu Aktora w Warszawie i Domu Aktora Weterana w Skolimowie, wreszcie Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. O tym wszystkim przeczytać można w monumentalnym dziele „Artyści sceny polskiej w ZASP. 1918-2008”, wydanym na 90-lecie stowarzyszenia staraniem i pod redakcją Andrzeja Rozhina. Dziś przydałby się ciąg dalszy…

Wkrótce z ambitnymi zamiarami twórców ZASP zderzy się komercja, ale kilku wybitnych artystów tworzy silny i oddziałujący do dziś na polskie życie teatralne ferment: Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Stefan Jaracz, Wilam Horzyca, Aleksander Zelwerowicz i działający na obrzeżach eksperymentatorzy. Ludzie teatru spieszą też do Gdyni, gdy rusza budowa portu i nowego miasta. Ten szybko powstający gmach runie po najeździe hitlerowskim, choć podczas wojny i okupacji przetrwa w podziemiu tkanka polskiego życia teatralnego, aby odrodzić się po wyzwoleniu.

To nie moje święto

100-lecie odzyskania niepodległości nie jest moim świętem. Zdaję sobie sprawę, że państwowość jako taka kiedyś stanowiła ważne narzędzie identyfikacji, budowania tożsamości. Dziś żyjemy w świecie, w którym, choćby na przykładzie Unii Europejskiej, dąży się raczej do znoszenia granic, stawia na wspólnotowy, zamiast na plemienny dyskurs polityczny. Takiego akcentu w obchodach każdego 11 listopada w Polsce brakuje – odkąd sięgam pamięcią.
Być może dlatego prawica tak łatwo Święto Niepodległości zawłaszczyła, czyniąc z niego dzień gadających na biało-czerwonym tle głów w najlepszym razie – a w najgorszym, dzień wyrzucania z siebie stadnej agresji wynikającej z nadpisanej sobie przez prymitywnych osiłków dumy. Dumy, nad którą nie czynią żadnej, choćby najprostszej refleksji – bo gdyby ją poczynili, wiedzieliby, że niszczenie miejskich chodników, drzew, płotów i ławek, nie jest aktem patriotyzmu w najmniejszym stopniu, a jedynie te idee ośmiesza.
Polacy kochają romantyczne zrywy, ale nienawidzą pracy u podstaw i tak było od zawsze.
Wolimy je również upamiętniać – z przytupem. Wiadomo, patriotyzm wyrażający się poprzez nieśmiecenie w lesie, sprzątanie klatki schodowej wspólnymi sąsiedzkimi siłami, wolontariat w hospicjum, płacenie podatków i uczciwe płacenie alimentów, nie są tak spektakularne jak werble i sztandary.
Dziś nie jesteśmy już pod zaborami. Dziś nawet wojen nie prowadzi się już poprzez podbój terytorium i wciskanie młodym pokoleniom czytanek w obcym języku. XXI wiek, rozwój broni nuklearnej, a także nowe narzędzia walki poprzez gospodarcze sankcje nieco przedefiniowały sposoby prowadzenia konfliktów. Unia Europejska natomiast przedefiniowała tożsamość. Nowoczesny Polak to dziś nie ten, który raz w roku macha flagą, ale ten, który uznaje solidarność społeczną, sąsiedzką, ogólnohumanistyczną.
Państwowość, z której dziś można czuć dumę, to taka konstrukcja, która najbiedniejszych jednostek nie zostawia bez pomocy i opieki, nie pozbawia praw. To system, który wklucza. Tego nie usłyszymy 11 listopada. Usłyszymy za to opowieści o bohaterach zbawiających świat na kasztance i o tym, jak bardzo każdy Polak mały ma być dumny ze swojego totemu. Nieważne, że pod tym znakiem wzrastają nierówności, że machanie biało-czerwoną tkaniną w niedzielę nie zapewni chleba w poniedziałek i tylko zwiększy frustrację. Prawdziwa niepodległość zasługująca na świętowanie to taka niepodległość, w której państwo zapewnia swoim obywatelom godny byt, oni zaś odpłacają się autentyczną wdzięcznością: żmudnym patriotyzmem dnia codziennego.