Prawo silniejszego

President Donald Trump delivers remarks alongside Secretary of Agriculture Brooke Rollins, HHS Secretary Robert F. Kennedy, Jr., and CMMS Administrator Dr. Mehmet Oz during a Rural Health Transformation Event in the East Room of the White House, Friday, January 16, 2026. (Official White House Photo by Joyce N. Boghosian)

Świat nie rządzi się już zasadami. Rządzi się rozkazem. A reszta ma słuchać albo płacić. Widać to dziś, gdy prezydent USA grozi Francji 200-procentowymi cłami za odmowę udziału w amerykańskiej „Radzie Pokoju”. Jeśli Europa nie postawi się teraz, ten sposób uprawiania polityki stanie się regułą relacji transatlantyckich

To, co dziś obserwujemy, przez lata przykrywała opowieść o „porządku opartym na zasadach”, powtarzana przez zachodnich przywódców, dyplomatów i instytucje międzynarodowe. Bajki o wspólnocie państw. O prawie międzynarodowym. O wartościach Zachodu. O wolnym handlu i suwerenności. Była to opowieść potrzebna, bo legitymizowała dominację. Imperium wolało rządzić w białych rękawiczkach — „we must defend the rules-based international order”.

Ten porządek nigdy nie był uczciwy. Ale był użyteczny. Zmuszał najsilniejszych do udawania, że ich działania wynikają z prawa, a nie z interesu. Trzeba było tłumaczyć bombardowania. Trzeba było fabrykować dowody. Trzeba było mówić o demokracji, nawet gdy chodziło o ropę, gaz albo wpływy.

Dziś już nie trzeba.

Inwazja na Wenezuelę, groźby wobec Grenlandii, wojna handlowa z Europą nie są żadnym „szaleństwem Trumpa”. Są logiczną konsekwencją świata, w którym fasada pękła. Skoro zasady i tak obowiązywały tylko słabszych, to po co dalej je odgrywać?

Trump po prostu przestał się wstydzić.

Nie tłumaczy, że broni demokracji. Nie opowiada o prawach człowieka. Nie udaje. Mówi wprost: to moje interesy, moja strefa wpływów, moje decyzje. Chce Grenlandii – straszy cłami. Kto się sprzeciwia – zapłaci. Kto się nie podporządkuje – zostanie ukarany.

Tak właśnie działa imperium, gdy nie musi już nikogo przekonywać.

Przez dekady liberalny imperializm był sprytniejszy. Potrafił sprzedawać dominację jako „porządek światowy”. Potrafił wmawiać słabszym, że reguły są wspólne. A gdy kłamstwo wychodziło na jaw, wybuchał kryzys. Wojna w Iraku kosztowała Zachód więcej politycznie niż militarnie.

Dziś nikt się już nie boi kompromitacji.

To dlatego prawica tak bardzo nienawidzi zasad. Zasady ograniczają silnych. A silni nie lubią ograniczeń. Trumpizm nie jest więc odstępstwem, lecz spełnieniem marzeń twardej prawicy na temat świata, w którym siła daje prawo, a słabi mają się dostosować albo zniknąć z radaru.

Europa bardzo długo korzystała z tej fasady. Mogła udawać, że jest partnerem, a nie wasalem. Mogła handlować, bogacić się i jednocześnie opowiadać o wartościach. Teraz okazuje się, że w momencie próby ma zapłacić rachunek, bo Wielkiemu Bratu zza oceanu nie można się sprzeciwiać.

Cła na europejskich sojuszników NATO nie mają nic wspólnego z handlem. To nie jest spór gospodarczy. To jest demonstracja władzy. Przypomnienie, kto tu decyduje. Kto rozdaje karty. Kto może karać.

I właśnie tu zaczyna się prawdziwy problem dla Waszyngtonu.

Bo świat bez zasad to świat bez legitymacji. Nie da się jednocześnie mówić o suwerenności i ją łamać, ani pouczać innych, robiąc dokładnie to samo.

Amerykańskie imperium może być jeszcze silne.
Ale przestało być wiarygodne.

A bez wiarygodności imperium musi rządzić drożej. Musi więcej grozić, częściej karać i częściej używać siły, bo coraz mniej państw chce ponosić koszty cudzej dominacji w imię „wspólnych wartości”. Świat bez zasad nie jest więc triumfem Waszyngtonu, lecz jego długoterminowym problemem. Bo ktoś mu się może w końcu postawić.

Europa ma dziś wybór. Może dalej udawać, że nic się nie stało. Może próbować przeczekać. Może liczyć, że kolejny prezydent znów założy białe rękawiczki.

Albo wreszcie przestać wierzyć, że wartości obronią się same, jeśli nie stoją za nimi realne narzędzia władzy: opodatkowanie Big Techu, twarda polityka handlowa, dywersyfikacja sojuszy i zdolność do wspólnej, natychmiastowej odpowiedzi na szantaż.

W tym sensie Emmanuel Macron słusznie naciska dziś na uruchomienie Anti-Coercion Instrument (ACI) – narzędzia stworzonego nie do regulowania handlu, lecz do reagowania na polityczny szantaż. Mechanizm ten pozwala Unii Europejskiej uderzać w usługi, inwestycje, własność intelektualną i dostęp do zamówień publicznych państwa, które próbuje wymuszać decyzje polityczne presją gospodarczą.

Jego użycie nie jest pozbawione ryzyk, bo oznacza wejście w otwartą konfrontację gospodarczą. Ale oznaczałoby też coś ważniejszego… mianowicie że Europa przestaje udawać, iż chodzi o ceny stali czy samochodów, i nazywa rzeczy po imieniu — cła Trumpa są próbą podporządkowania sojuszników poprzez presję ekonomiczną i narzędziem nacisku w sporze o terytorium i suwerenność.

Niezależnie od tego, po której stronie politycznego kompasu stoimy, jedno powinno być oczywiste dla każdego Polaka i każdego Europejczyka. Europa musi nauczyć się odpowiadać Trumpowi twardo, bo ma ku temu realne argumenty. Głaskanie rozwydrzonego lokatora Białego Domu nie przynosi spokoju, lecz zachętę do kolejnych nacisków. W świecie prawa silnych brak odpowiedzi nigdy nie oznacza neutralności — oznacza przyzwolenie.

Julian Mordarski

Julian Mordarski (ur. 25 sierpnia 2000 r.) – redaktor naczelny Dziennika Trybuna, publicysta i komentator polityczny. Absolwent studiów licencjackich z polityki społecznej na Uniwersytetecie Warszawskim; obecnie studiuje dziennikarstwo i medioznawstwo na tej samej uczelni. Z Dziennikiem Trybuna związany od 2022 roku, początkowo jako szef działu zagranicznego. W kwietniu 2025 roku objął funkcję redaktora naczelnego. Od czterech lat współpracuje z mediami lewicowymi, specjalizując się w tematyce społecznej oraz międzynarodowej.

Poprzedni

Rząd chce uregulować grunty spółdzielcze po 36 latach

Następny

Rada Pokoju dla Gazy. Kogo zaproszono i dlaczego Europa bije na alarm