Bożena Ostródzka Pierwsza

Jarek Ważny

Nigdy nie grałem koncertu w Sylwestra, choć zawsze chciałem. Nie dlatego, że tak bardzo kocham życie na scenie w „ten wyjątkowy dzień”. Chciałem, bo to okazja, żeby z nielubianej, uświadomionej konieczności, uczynić źródło zarobkowania. A nie grałem, bo mój pryncypał z zespołu nie pozwala grać w Sylwestra, pomny przykrych doświadczeń z przeszłości, kiedy to na jednym z bankietów „Jaś” nie doczekał dwunastej.

Było to dawno i już dziś prawie nieprawda, bo rzecz działa się w zatęchłych i odległych latach dziewięćdziesiątych, kiedy nikt nawet nie śnił o Sylwestrze z Dwójką, Trójką czy Polsatem. Grupa na K. otrzymała płatny angaż do grania do kotleta na jednym sylwestrowych balów w lokalu stołecznym. A że chłopacy mieli mocne trzewia i mniej lat, jeden z kolegów przeszarżował, błędnie oceniając swoje możliwości, w związku z czym spał pijany za wzmacniaczem, od czasu do czasu podnosząc głowę i blekocąc: „Ale chłopaki, ja chcę grać”, po czym dalej zasypiał. Od tamtego momentu grupa na K. nie zagrała żadnego koncertu sylwestrowego, mimo że można by za ten jeden taki wieczór, lub raptem, kilka piosenek, nie robić nic przez cały miesiąc. Ja, na ten przykład, Sylwestra nie lubię i nie kultywuję. Marnotrawię więc ten czas, choć mógłbym wówczas zarabiać, a nie tępo gapić się w telewizję, z jednej strony zazdroszcząc zarobków innym kolegom, z drugiej jednak dziękując losowi, że kolejny rok, uchronił mnie przed byciem częścią większej całości, która pachnie straszną naftaliną. Bo ja, jak śpiewał ongiś zespół Green Day, chcę być w mniejszości, a nie w waszej moralnej większości. Za taką większość zawsze dziękuję, choć, nie przeczę, z niejakim bólem dupy, kiedy patrzę na stan konta, ale niezależność zawsze ma swoją cenę. Zazwyczaj wyrażoną w gotówce.

Nie znam więc uczucia, jak to jest zagrać w Sylwestra dla milionów Polaków przed telewizorami. Znam uczucie, jak to jest zagrać dla miliona ludzi pod sceną, i jeśli jest to choć w marnym procencie taki sam high jak ten z graniem dla telewizji, to gratuluję wykonawcom. Znam również, pobieżnie, ale znam, stan bazy noclegowej w powiatowym mieście Ostróda. Tak się składa, że tegoroczny Sylwester odbywał się właśnie tam. Ongiś, razem z grupą na V. grałem na festiwalu ska i reggae w Ostródzie. Nie tym dużym, w lato, tylko takim pomniejszym, na początku roku, w styczniu albo lutym. Z racji tego, że imprezy nie obsługiwało TVP ani nawet lokalna odnoga z Olsztyna, tylko kilkoro zapaleńców i miłośników muzyki jamajskiej, kapele które przyjechały, rozłożono po ostródzkich hostelach i pensjonatach, żeby było taniej. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce do jednego z takich przybytków, przywitał nas w sztok pijany recepcjonista. Dwoiło mu się w oczach, nie mógł doliczyć się miejsc, które dla kogo, kto z kim, więc po ok. 10 minutach walki z materią obrócił się przy kontuarze za siebie i donośnie zawołał: „Bożena…Bożena! Chodź tu, ja się na tym nie rozeznaję, trzeba coś tu szybko pozmieniać, bo się nam grajki nie pomieszczą!”. Ostatecznie, rzeczywiście, część z nas została przeniesiona do innego pensjonatu, parę domów dalej, ale strach by pomyśleć, co by było, gdyby zabrakło wtedy Bożeny.

Na przełomie lat 2020/21, w noc sylwestrową, podobna opowiastka mogłaby się stać udziałem samego Thomasa Andresa, Heleny Vondrackowej czy Marcina Millera. Na szczęście na straży był Jacek Kurski, który, gdy tylko dowiedział się o grożącym artystom niebezpieczeństwie, zadziałał, niczym Deus ex machina, i prawo dopasował szybciej, niż prezydent narty. Szło bowiem o to, że z powodu braku możliwości prowadzenia działalności hotelarskiej, część artystów może wylądować na mrozie. Przynajmniej oficjalnie. Wraże media tylko czekają, żeby wytknąć TVP i rządowi taką niedoróbkę. W pierwotnej noweli o „narodowej kwarantannie” zapisano bowiem wyjątek od zakazu przebywania w hotelach dla osób współpracujących z rozgłośniami radiowymi i stacjami telewizyjnymi posiadającymi koncesję na nadawanie. I niby wszystko wydawało się spoko, gdyby nie to, że złośliwi zaczęli poszczekiwać, że TVP jest nadawcą publicznym i nie ma na nadawanie żadnej koncesji. Niejeden w takim wypadku pił by do rana, rwał włosy z głowy, ale nie Jacek Kurski. On, najzwyczajniej w świecie zadzwonił do premiera, a ten w trybie ultra-ekspresowym wprowadził nowelę noweli i zmienił zapis. Od dziś obowiązuje więc prawo w którym stoi że, poprawka oprócz „nadawców posiadających koncesję” uwzględnia też „jednostki publicznej radiofonii i telewizji”, o których nie było mowy we wcześniejszej wersji. Przyznacie Państwo, genialne w swojej prostocie. Prawnicy mają jednak wątpliwości, czy to, co zapisano na chybcika w ustawie, jest już wytrychem prawnym, pogwałceniem obyczaju, zwykłą kazuistyką, czy może przykładem na to, jak w Polsce tworzy się dziś najbardziej nieudolne prawo pod konkretnego człowieka. Milczy rzecznik rządu. Milczy prezes. Milczy Jacek Kurski. Nie zamilkną za to sylwestrowi artyści. Duch i ciało potrzebują strawy. A ja sam doskonale wiem, jak ciężko w Ostródzie o pokój. Hotelowy, ma się rozumieć.

Poprzedni

400 zł za kartkę papieru

Następny

Jesteśmy zbulwersowani…

Zostaw komentarz