Marnotrawstwo TVP

Trudno zrozumieć, o co chodziło w piątkowej konferencji prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego.
Dwóch polityków zajmujących najwyższe funkcje w państwie wygłosiło pean na cześć Telewizji Polskiej, a następnie dowiedzieliśmy się, że jej prezes, Jacek Kurski zostanie w trybie natychmiastowym odwołany. Skoro jest tak dobrze, to czemu Kurski traci stanowisko?
Nędzne show
Cały spektakl wyglądał tak, jakby PiS porozumiał się z prezydentem co do potrzeby rytualnego poparcia przekazu mediów publicznych, ale zarazem warunkiem wspólnego występu premiera i prezydenta była dymisja Kurskiego. Logiki w tym żadnej nie było. Co najwyżej partykularne interesy i gierki personalne.
Komentatorzy słusznie oburzają się na podpis Dudy pod ustawą przyznającą dodatkowe 2 mld zł rocznie dla TVP w sytuacji, gdy brakuje środków na wiele podstawowych obszarów funkcjonowania państwa, w tym służbę zdrowia czy szkolnictwo.
Kasa na propagandę
Ale oburzenie budzi przede wszystkim nie tyle przekazanie środków na media publiczne, co finansowanie przez państwo tępej, agresywnej propagandy rządowej. To dlatego tak oburzające były zachwyty premiera i prezydenta nad „misją TVP”.
Można by jeszcze zrozumieć decyzję Andrzeja Dudy, gdybyśmy usłyszeli przeprosiny za ohydną, pełną kłamstw i manipulacji propagandę telewizji za rządów Jacka Kurskiego i obietnicę zmian. Niestety nic takiego nie pojawiło się. Właściwie od początku długiej wypowiedzi prezydenta było wiadomo, że podpisze ustawę, ponieważ o TVP wypowiadał się w samych superlatywach. W świetle jego wystąpienia to nie brak veta zaskakuje, a dymisja Kurskiego, na rzecz której ani prezydent, ani premier nie przedstawili żadnych argumentów.
Tymczasem największym skandalem nie jest przekazanie mediom publicznym dodatkowych środków, bo profesjonalne media wymagają oczywiście pieniędzy. Skandalem jest przekaz TVP, będący wulgarną, prymitywną propagandą rządową, sprzeczną z jakkolwiek pojmowaną misją i z ustawą o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.
Gdzie ta misja?
Przypomnijmy, że w jej myśl „publiczna radiofonia i telewizja realizuje misję publiczną, oferując, na zasadach określonych w ustawie, całemu społeczeństwu i poszczególnym jego częściom, zróżnicowane programy i inne usługi w zakresie informacji, publicystyki, kultury, rozrywki, edukacji i sportu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu”. Przekaz TVP brutalnie przeczy „pluralizmowi, bezstronności, wyważeniu i niezależności” i jeżeli TVP miałaby działać w oparciu o ustawę, wszyscy dyrektorzy i czołowi dziennikarze powinni być usunięci ze stanowisk w trybie natychmiastowym. Nie tylko jednak tak się nie dzieje, ale najbardziej rozpoznawalni propagandziści Telewizji Polskiej zarabiają kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, a sam prezes Jacek Kurski przez cztery lata kompromitowania mediów publicznych zarobił blisko 1,5 mln zł!
Podobne środki TVP wyrzuciła na takie tuzy intelektu jak Magdalena Ogórek, Danuta Holecka czy Michał Rachoń. Wydawanie środków państwowych na osoby tego pokroju to skandaliczne marnotrawienie pieniędzy, za które osoby odpowiedzialne powinny ponieść konsekwencje. Dodatkowe środki na telewizję publiczną dałoby się przeboleć, gdyby realizowała ona swoją ustawową misję. W obecnym kształcie państwo nie powinno do niej dopłacać ani złotówki. Partyjną propagandę PiS powinien finansować z własnych środków.

Flaczki tygodnia

Ten nocny podpis pana prezydenta znowu potwierdził, że żyjemy w systemie prawa i sprawiedliwości gangsterskiej.

Jeszcze tydzień temu słyszeliśmy z tysięcy ust prominentów PiS, przesłany im przez pana prezesa, przekaz:
„Pan prezes Jacek Kurski robi najlepszą telewizję w III i IV RP”.
Jedna gorąca negocjacyjnie noc, i stary, schorowany polityczny capo di tutti capi musiał ustąpić. Rzucić swego ulubionego cyngla na pożarcie.
Tylko czy rzeczywiście pan prezes Kaczyński zrobił z pana prezesa Kurskiego jedynie kozła ofiarnego ?

Pan prezydent Duda podpisał jednak podsuniętą mu przez PiS ustawę. W efekcie jednego podpisu do roku 2024 media zwane publicznymi, czyli TVP i Polskie Radio, będą corocznie otrzymywać przynajmniej 1,95 miliarda złotych. Czyli około 10 miliardów przez najbliższe lata.
To oznacza, że niezależnie od efektów działalności TVP i Polskiego Radia w przyszłości, polscy podatnicy, czyli my wszyscy, będą składać się na media tylko jednej partii. Zwącej się cynicznie „Prawo i Sprawiedliwość”.

Pan prezes Jacek Kurski wpadł w tryby odwoływania go ze stanowiska. Ale jeszcze nie spasował. Najpierw przebiegle napisał list otwarty do pana prezydenta Dudy, informując, że oddaje się do jego dyspozycji. Chociaż zgodnie z prawem w Polsce obowiązującym, lecz nie przestrzeganym przez elity „Prawa i Sprawiedliwości, to nie prezydent RP odwołuje prezesa TVP.
Ale tamten list nie był adresowany do pana prezydenta Dudy, tylko do licznych zwolenników pana prezesa Kurskiego w elitach „PiS”. Informował ich, że oto zły prezydent ugiął się i postanowił sprzedać pana prezesa, aby przypodobać się wyborcom z centrum politycznego. I dzięki ich głosom wygrać majowe wybory. Zostać kolejne pięć lat przy prezydenckim korycie.

Następnie pan Krzysztof Czabański, przewodniczący Rady Mediów Narodowych, rozpoczął nocne, korespondencyjne głosowanie w celu szybkiego odwołania pana prezesa Kurskiego. Uczynił to w iście gangsterskim stylu, łamiąc prawa i demokratyczne obyczaje.
Odwoływanemu Kurskiemu nie dano prawa do obrony przed Radą. Głosowano „korespondencyjnie”. Wynik wyborów podano jeszcze przed zakończeniem procedury głosowania, zanim wszyscy głosujący swe głosy oddali.
Ale elitom PiS wystarczyło, że pan przewodniczący Czabański i jeszcze dwójka posłów „PiS” zagłosowali tak jak im Partia kazała. Głosy pozostałych dwóch członków Rady były już nieistotne.

Pan Krzysztof Czabański to wyjątkowy parlamentarny nierób i człowiek o niskim poziomie intelektualnym.W 2015 roku został wybrany posłem na Sejm RP z listy „PiS”. Tego samego roku został sekretarzem stanu, czyli urzędnikiem w randzie ministra w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz pełnomocnikiem rządu ds. przygotowania reformy mediów publicznych. Następnego roku został wybrany z rekomendacji PiS przewodniczącym nowo powołanej Rady Mediów Narodowych. Instytucji niepotrzebnej, dublującej pracę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Wtedy odwołano go z posady sekretarza stanu.
Pan poseł, przewodniczący Czabański otrzymał od kierownictwa „PiS” zadanie przygotowania ustawy wprowadzającej stabilne źródła finansowania mediów publicznych. Pomimo piastowania tylu płatnych funkcji, posiadania większości w Sejmie i Senacie i podpisującego ustawy pana prezydenta, pan przewodniczący Czabański przez cztery lata nie potrafił takiej ustawy przygotować. Choć miał gotowe wzorce krajowe i zagraniczne.
Cztery lata na koszt podatników wiódł sobie słodki żywot sejmowego nieroba i legislacyjnego nieudacznika.

Podobnie zachowywała się posiadaczka słynnego, fallusowatego palca, pani posłanka Joanna Lichocka. Też spędziła cztery lata poprzedniej kadencji w Sejmie RP i w Radzie Mediów Narodowych. Też żyła sobie dostatnio na koszt podatników. Też okazała się sejmowym nierobem i legislacyjnym nieudacznikiem. I na dodatek panią poseł publicznie gardzącą chorymi na raka w Polsce.

Pan prezes Kurski został korespondencyjnie odwołany. Ale nowego prezesa jeszcze, nawet korespondencyjnie, nie wybrano. Juliusz Braun, reprezentujący w Radzie Mediów Narodowych elity Platformy Obywatelskiej, zaproponował rozpisanie konkursu na nowego prezesa. Nie wiadomo czy większość z PiS ten wniosek zaakceptuje. Ale taki stan bezdecyzyjności sprawić może, że korespondencyjnie odwołany pan prezes Kurski może dalej być „pełniącym obowiązki” prezesem. Do czasu wyboru nowego.
Czy czas ten nastąpi jeszcze przed wyborem prezydenta RP? Wszystko w rękach pana prezesa Kaczyńskiego.

Pan prezes Jacek Kurski doprowadził telewizję publiczną do stanu ruiny programowej. Otrzymał za to sowite wynagrodzenie, łącznie ponad 1, 5 miliona złotych. Z kieszeni wszystkich podatników.
Za rujnowanie mediów publicznych zostanie zapewne jeszcze przez pana prezesa Kaczyńskiego dodatkowo nagrodzony. Dostanie posadę sędziego w Trybunale Konstytucyjnym, przewodnictwo w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, albo ambasadora RP przy Watykanie. Polityczny capo di tutti capi nie da skrzywdzić swego cyngla.
x/ Pan prezes Kurski odejdzie, ale problem mediów publicznych pozostanie. Nie spodziewajmy się, że program TVP zmieni się radykalnie.

W sporze o finansowanie mediów publicznych moralnym zwycięzcą jest Jacek Kurski. Postąpił honorowo, a TVP zostawia w formie o niebo lepszej niż ją zastał. Najlepszą recenzją jego sukcesu były ataki wrogów dobrej zmiany. A odwołała go Korespondencyjna Rada Mediów”, tak już ocenił go pan marszałek Ryszard Terlecki.

Umarł król życia.
Ludwik Stomma. Wybitny polski pisarz polityczny, antropolog kultury, publicysta, i kompan. Konfrontował polskie mity narodowe z prawdą historyczną. Wykazywał dobitnie, że jedne z drugą niewiele mają wspólnego.
Niech żyją jego książki.

Psy się gryzą pod pałacem

Kiedy patrzę na to, jak poczynają sobie prezes z prezydentem w sprawie rządowej telewizji, przypomina mi się…mój wujek ze Szklarskiej i jego dwa psy-stary i młody. Rzecz działa się 20 lat temu w Białej Dolinie, u podnóża Wielkiego Kamienia w Szklarskiej Porębie. A było to tak…

Wujek mój był już wtedy stary, ale całkiem zażywny i fizycznie sprawny. W lato, ja wraz z kolegami, przyjeżdżaliśmy do niego i rozbijaliśmy obóz tam, gdzie zwykle pasły się krowy. W 1945 r. wujek dostał bowiem od Rosjan chałupę z dobytkiem zaraz po tym, jak zeskoczył razem z nimi z czołgu, za pomocą którego chwilę wcześniej Armia Czerwona zajęła miasteczko. W chałupie byli jeszcze Niemcy, a w parniku gorące kartofle dla trzody. Trzoda i bydło rogate też jeszcze było, ale krótko, podobnie jak Niemcy. Tych Ruscy wypędzili a bydło zabrali. Wujasowi ostał się dom z pełnym wyposażeniem, w którym żył do śmierci.

Gdy 60 lat po wojnie siedzieliśmy na polanie obok wujasowej chałupy i piliśmy piwo albo wódkę z kolegami, wujek przychodził do nas, niby to przypadkiem z inspekcją, ale dobrze wiedzieliśmy, że wpadał żeby się z nami napić, kiedy akuratnie ciotka nie widziała. Pewnego razu siedział ze mną i jeszcze jednym kumplem, jak co wieczór. Polaliśmy wódkę do blaszanych kubków. Trwaliśmy tak w stuporze bez słowa i patrzyliśmy, jak na podwórku wujasa gryzą się psy: duży-podrabiany rottweiler, młody i łagodny, ale groźnie wyglądający, i stary-łańcuchowy burek, który gryzł wszystko i wszystkich. Rottweiler górował nad burkiem rozmiarami ale burek nadrabiał walecznością. Nie było dnia, żeby psy się nie gryzły. I, o dziwo, nigdy żadnemu nic się nie stało. Taka psia rozrywka na prowincji. Gdy tak siedzieliśmy i patrzyliśmy na to, pożal się Boże, tanie widowisko, wujas śmiał się pod nosem, kręcił z niedowierzaniem głową i mówił sam do siebie z uznaniem: „Ale się napierd….ją!”. Kiedy dziś sobie o tym przypominam, zawsze śmieję się, tak jak on, sam do siebie. W końcu to u nas rodzinne.

Prezydent Andrzej Duda popadł w konflikt z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Przedmiotem, lub raczej-podmiotem-konfliktu, jest prezes TVP Jacek Kurski. Prezydent zażądał ponoć dymisji prezesa TVP, na co prezes PiS miał, mówiąc delikatnie, wściec się jak szlag, i zagrozić wycofanie poparcia partii dla prezydenta. Wiarygodne to moim zdaniem tak samo, jak to, że Andrzej Duda poprze oficjalnie związki partnerskie, ale rzecz przedostała się do opinii publicznej i zaczęła się dyskusja: o co w tym wszystkim chodzi. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o to samo. Prezydentowi rzekomo nie podoba się, że został postawiony przed faktem, i za pomocą wyborczej pałki wymuszono na nim 2 miliardy dla TVP, a w kampanii podpis za 2 miliardy paradoksalnie może kosztować go dużo więcej. Jeśli spojrzeć na jego oburzenie na chłodno, to nie ma tu żadnej logiki w działaniu; prezydent kwituje Kurskiemu odbiór weksla, a Kurski robi mu w rządowej tiwi kampanię na pięć fajerek załatwiając reelekcję i wszyscy są zadowoleni.

Jednakowoż pan prezydent, czemu teraz, tego akurat nie wiem, chciał się pokazać jako ten, który nie jest tylko człowiekiem od długopisu, tylko prezydentem z własnym zdaniem. Może za bardzo zabolały go docinki Donalda Tuska o jego wątłej męskości albo chce przyszpanować przed dziewczynami, nie mam pojęcia. Wiem jednak, że coś się musiało zadziać, że Andrzej Duda pokazał różki, a Jarosław Kaczyński zapomniał już, jak to jest, kiedy młody koziołek tryka go w zad. No i zaczęła się naparzanka. Jak u mojego wujasa na podwórku w Szklarskiej: psy zaczęły się napierd…ć!
Podobnie jak wtedy, tak i dzisiaj, widok ów przyprawia mnie jeno o pusty śmiech. Przecież wszyscy wiemy, że na dobrą sprawę nic z tej naparzanki nie wyniknie. Nikt nie straci zębów. Będzie co najwyżej trochę zamieszania i atrakcji dla ciżby, takiej jak my, bo walka jest jedynie pozorowana, lub w najlepszym wypadku, razy są mierzone tak, żeby nie zadać bólu ani ran. Złośliwi powiadają, że wszystko ma być obliczone na to, że prezydent z ciężkim sercem ustawę podpisze, Kurskiego odwołają na czas kampanii, że niby ta kasa to nie dla niego, a kiedy będzie po wyborach, rozpisze się nowy konkurs i Jacek Kurski go wygra na powrót, bo niby kto, a wtedy ludzie już dawno zapomną, że coś takiego, jak walki psów pod pałacem miały w ogóle miejsce. Ja jednak będę pamiętał i będę o tym przypominał, bo to szalenie śmieszne widowisko, patrzeć na nich, jak się tak między sobą napierd….ą. Wielka szkoda, że akurat nie mam w rękach kubka z wódką.

TVP nie podzieli się Euro

Telewizja Polska, podobnie jak przy mundialu w Rosji, nie podzieli się prawami telewizyjnymi i tegoroczne piłkarskie mistrzostwa Europy w całości pokaże na swoich antenach – TVP1, TVP 2 i TVP Sport.

Nie powtórzy się zatem sytuacja z kilku ostatnich turniejów, gdy mecze rozgrywane w największych turniejach można było oglądać równolegle w TVP i Polsacie. Tak było podczas mistrzostw świata w 2002 roku i 2006 roku oraz w czasie Euro 2016. W pierwszym przypadku głównym nadawcą był Polsat, a TVP odkupiła od niego sublicencję na mecze Polaków i kilka innych najważniejszych spotkań. W 2006 TVP i Polsat wspólnie nabyły prawa do mundialu w Niemczech. Publiczny nadawca nabył też od Polsatu sublicencję dotyczącą pokazania 11 meczów Euro 2016. Mistrzostwa świata 2018 w Rosji w całości pokazała sama TVP i tak samo na zasadzie wyłączności będzie jedynym nadawcą transmisji z Euro 2020. „Nie było żadnych rozmów i nie będzie” – zapewnił szef sportu w TVP Marek Szkolnikowski na łamach portalu Wirtualnemedia.pl. Spotkania zostaną pokazane w TVP 1 i TVP 2 oraz w TVP Sport, gdzie będą transmitowane niemal wszystkie spotkania, poza tymi, który rozgrywane będą w tym samym czasie. Dodatkowo mecze mistrzostw będą dostępne w aplikacji mobilnej stacji i w jej serwisie internetowym.
Reprezentacja Polski rozegra dwa mecze w Dublinie i jeden w Bilbao, ale to w Irlandii TVP ulokuje studio meczowe oraz swoją bazę wypadową. Biało-czerwoni rywalizować będą w grupie E. W poniedziałek 15 czerwca o godz. 18:00 zmierzy się w Dublinie ze zwycięzcą baraży (o wolne miejsce zagrają w nich zespoły Irlandii, Irlandii Północnej, Bośni i Hercegowiny oraz Słowacji), w sobotę 20 czerwca o godz. 21:00 w Bilbao z Hiszpanią, a w środę 24 czerwca o godz. 18:00 ponownie w Dublinie ze Szwecją. Jeśli nasza drużyna zajmie pierwsze miejsce w grupie, w 1/8 finału zagra 30 czerwca w Glasgow, jeśli drugie – 29 czerwca w Kopenhadze, a jeśli awansuje z trzeciego miejsca, wtedy zależnie od sytuacji przyjdzie jej grać 28 czerwca albo w Budapeszcie, albo w Bilbao.

Raport z pisowskiego „jądra ciemności”

Lektura „TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego jest pasjonująca, choć wywołuje wrażenie przerażające i przygnębiające. Publiczna instytucja utrzymywana z podatków wszystkich obywateli, dostała się w ręce ludzi o zachowaniach mogących budzić skojarzenia z praktykami gangsterskimi, ludzi bezwzględnie służących interesom jednej, dziś rządzącej partii, brutalnie zwalczających jej przeciwników i krytyków.

Autor, to były dziennikarz TVP i do odejścia z niej – szef redakcji reportażu, zwraca uwagę, że za wszystkich dotychczasowych rządów miało miejsce zjawisko wywierania nacisku na niektóre segmenty bloku informacyjno-publicystycznego.
W szczególności wszystkie ekipy rządzące próbowały mieć wpływ na „Wiadomości”, flagową audycję informacyjną telewizyjnej Jedynki. „Próbowały”, to właściwe słowo, bo nie zawsze ten nacisk w pełni się udawał, a też i siła nacisku zależała od determinacji danej ekipy. Jednak nawet za pierwszego rządu PiS (2005-2007), te próby i te naciski były limitowane zarówno jego koalicyjnym charakterem, jak i faktem, że układ sił w Zarządzie TVP uwzględniał w pewnym stopniu pluralizm polityczny. Dziś TVP sterowana jest ręcznie przez funkcjonariusza PiS jawnie zależnego od prezesa partii i nawet tej zależności nie próbującego skrywać. Jeśli przyjąć na serio, że „hipokryzja to hołd jaki występek składa cnocie”, to prezes TVP owego hołdu nie składa, bo jest mu ona – cnota, czyli w tym akurat rozumieniu: przyzwoitość – obca i nie waha się, by to, z ostentacyjnym cynizmem, demonstrować.
Mariusz Kowalewski napisał reportaż ze środka tego – pożal się Boże – „jądra ciemności”. Do TVP przyszedł w roku 2016, już za rządów PiS. „Ktoś dziś zapyta, czy nie przeszkadzało mi to, że, że trafiłem do TVP w roku 2016, kiedy większość dziennikarzy tam pracujących została albo wyrzucona, albo zmuszona do odejścia” – napisał we wstępie Kowalewski.
Nie mam do tej kwestii stosunku postronnego, zewnętrznego. Należę do drugiej z wymienionych kategorii. Byłem wśród dziennikarzy TVP, którzy zostali „zmuszeni do odejścia”, co w moim przypadku stało się z końcem 2016 roku. Nie mam jednak problemu z tamtą decyzją autora. Nie mam też problemu z faktem, że nie odszedł sam, lecz został usunięty. Okoliczności życiowe i ocena sytuacji popychają nas czasem do decyzji, których żałujemy, ale jeśli potrafimy wycofać się ze złej sprawy lub jeśli uczestnictwo w niej odkupimy sensownym czynem, to bardzo dobrze. Gdyby Mariusz Kowalewski znajdował się tak jak ja, jako obce, szeregowe ciało dziennikarskie „gorszego sortu”, dalece poza jakimikolwiek kręgami decyzyjnymi w TVP, nie mógłby napisać tej książki.
Odbieram ją jako w pełni wiarygodną. Będąc nawet tylko szeregowym dziennikarzem Ośrodka Mediów Interaktywnych TVP, zajmującym się głównie Teatrem Telewizji, od początku roku 2016 „przez skórę” czułem narastające napięcie w Firmie, atmosferę strachu i niepewności, To się czuło coraz bardziej w relacjach międzyludzkich, w postępującej wzajemnej izolacji, zniechęceniu, to się widziało nawet w spojrzeniach ludzi przemykających korytarzami budynków przy ulicy Woronicza, gdzie pracowałem. A przecież od gmachu przy Placu Powstańców Warszawy, gdzie mieści się epicentrum pisowskiego przemysłu kłamstwa nienawiści i pogardy dzieliło nas, przy Woronicza, kilkanaście minut jazdy metrem.
Dreszczowiec czyli polowania Jacka Kurskiego
Choć zahaczyłem swoją obecnością w TVP o część czasu, o którym napisał Kowalewski, to czytałem „TVPropagandę” jak thriller, dreszczowiec, który rozgrywał się pod moim nosem, „za ścianą”. W formule reportażu i relacji indywidualnej prowadzi nas autor korytarzami i labiryntami gmachów przy Woronicza i Placu Powstańców Warszawy, opisuje sploty zdarzeń i personaliów, ukazuje ten nieustannie gotujący się kocioł interesów, lęków, emocji. Zwięźle, ale sugestywnie portretuje sylwetki części uczestników tych zdarzeń. I niczym ów „wybuch bomby atomowej”, którym ma rozpoczynać się film sensacyjny, a potem napięcie ma rosnąć, o którym mówił Alfred Hitchcock, pojawia się na wstępie zastępca koordynatora służb specjalnych Maciej Wąsik w roli nader dwuznacznej z punktu widzenia społecznej roli i wolności mediów publicznych, jako spiritus movens zwolnienia Kowalewskiego.
Tak ostro rozpocząwszy, pozwala autor na chwilę ochłonąć czytelnikowi, ukazując w kolejnym rozdziale „Świat TVP”, „krótki kurs anatomii” Firmy, także w aspekcie strukturalno-lokalowym. W kolejnych rozdziałach („Wojna o Plac” i „”Kto jest kim na Placu”) ukazuje walki frakcyjne w PiS o wpływy w TVP, w tym główny front między Jackiem Kurskim a jego adwersarzami z Rady Mediów Narodowych, Krzysztofem Czabańskim i Joanną Lichocką oraz portretuje szereg figur z pisowskiego aparatu propagandowego (m.in. Jacek Kurski, Marzena Paczuska, Dawid Wildstein, Samuel Pereira, Michał Rachoń, Jarosław Olechowski czy przyboczny Kurskiego i „szara eminencja” Paweł Gajewski).
Wielu innym postaciom poświęcone są wzmianki krótkie, ale istotne jak n.p. o Mariuszu Pilisie, od stycznia do sierpnia 2016 roku dyrektorowi TAI, autorze „czarnej listy” dziennikarzy zatrudnionych w przeszłości z poręki obecnych partii opozycyjnych czyli inspiratorze czystek, które zaczęły się w połowie 2016 roku. Personalia są zresztą jedną z najmocniejszych stron tej książki, która jest nimi „naszpikowana” jak smakowitymi rodzynkami. Kowalewski opisał też działanie kierownictwa TVP jako „zarządzanie poprzez strach” i porównał pracę na Placu do „chodzenia po polu minowym”.
„Trzeba uważać niemal na wszystko. Na to jak jesteś ubrany, co mówisz, jakich zapraszasz gości czy jaki robisz materiał” – napisał.
Nawiasem mówiąc, uderzające jest to, że pracując z dala i od Placu i od epicentrum zdarzeń, na obrzeżu, odnosiłem podobne wrażenia.Ta zbieżność odczuć z dwóch kompletnie odmiennych punktów widzenia świadczy, że to o czym napisał Kowalewski niewątpliwie jest „na rzeczy”. Autor „TVPropaganda” napisał też o „wojnach Jacka Kurskiego”, które prezes prowadzi na dwóch frontach. Pierwszy z tych frontów jest zewnętrzny – to walka z wszystkimi krytykami i wrogami PiS, w tym także mocno groteskowe wojny z firmą „Nielsen” zajmującą się pomiarami oglądalności czy dronowa z Tomaszem Lisem. Front zewnętrzny skierowany jest przeciwko Radzie Mediów Narodowych i jej szefowi Krzysztofowi Czabańskiem oraz przedstawicielowi nielubianego środowiska „Gazety Polskiej” Michałowi Rachoniowi, a także kilku innym prawicowym dziennikarzom, m.in. Dorocie Kani czy Witoldowi Gadowskiemu. Nie mniej zażarta wojna toczy się w pewnym oddaleniu od klasycznej „tele-wizji” czyli w portalu TVP Info. Tam Kurski sprzymierzył się z frakcjami Joachima Brudzińskiego i radiomaryjną Antoniego Macierewicza, co powodowało nieustanne tarcia. Istotnym figurami stali się tu szef TAI od 2017 roku Klaudiusz Pobudzin czy szef portalu (po „zczyszczeniu” umiarkowanego Dominika Zdorta) Samuel Pereira, jedna z najbardziej antypatycznych postaci, uważany za inspiratora intrygi medialnej przeciwko lekarzom-rezydentom, w tym szczególnie jednej z protestujących lekarek. Jako narzędzie i ostatecznie w tej sprawie (zawieszenie i w konsekwencji odejście TVP) wykorzystany został świeży wtedy nabytek na Placu, fanatycznie prawicowy, młody, początkujący adept dziennikarstwa Ziemowit Kossakowski. Obecnie jest on kucharzem i to on najmocniej poczuł na własnej skórze, czym kończy się krańcowa nadgorliwość w służbie partii.
„Paski grozy”, „jointy” i służby specjalne
Dotykam z konieczności tylko niektórych z bardzo licznych wątków podjętych przez Kowalewskiego. Wspomnę tylko o zauważonych przez niego powiązaniach Placu ze służbami specjalnymi („przecieki ze służb”), o „czarnej liści gości”, czyli kogo nie należy zapraszać do programów TVP, o „indeksie czasopism zakazanych”, „paskach grozy” ich nadinspiratorze Krystianie Kuczkowskim („niczym gospodarz domu Anioł z serialu „Alternatywy”), o aferze z prześladowcą prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, terroreporterem (określenie moje – KL) Łukaszem Sitkiem, o nieustannej karuzeli na kierowniczych stanowiskach i wielu innych sprawach. Niektóre wątki, jak n.p. ten o tym „jak Naczelnik przyjeżdża na Plac”, czy o groteskowym pseudo-awansie Tadeusza Płużańskiego z szefa redakcji reportażu i publicystki do TVP Historia, podane są z lekką nutką cokolwiek czarnego humoru. Czytelnicy zainteresowani także innymi wątkami niż te ściśle związane z polityka propagandową obozu władzy znajdą w książce także wątek „marihuanowy” („Jointy na placu”) oraz mocno „paździerzowy” obraz tej instytucji na poziomie bieżącej logistyki i funkcjonowania w zakresie organizacji pracy, m.in. w obrazie przebiegu tworzenia przez Kowalewskiego redakcji reportażu.
„TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego nie jest pełnym kompendium wiedzy o TVP pod rządami PiS, ani pełnym obrazem mechanizmów nią rządzących, bo autor opisał tylko to czego sam doświadczył, co widział lub co bezpośrednio zasłyszał. Mimo to jest to lektura wprost pasjonująca, którą czyta się jednym tchem, a chwilami z tchem zapartym, jak dobry thriller, także dlatego że jest znakomicie i przejrzyście napisana. To kawał dobrego reportażu. Niepotrzebnie się więc autor, na początku i na końcu książki, sumituje i posypuje głowę popiołem że pracował w pisowskiej telewizji, bo pisząc „TVPropagandę” zrobił kawał dobrej roboty. I wyznam szczerze, że mam nadzieję, iż Mariusz Kowalewski zgromadził więcej materiału niż ten, który zawarł w swojej książce. I że za jakiś czas będzie można sięgnąć po sequel „TVPropaganda 2”. Sięgnąłbym po niego z czytelniczym apetytem.
Mariusz Kowalewski – „TVPropaganda. Za kulisami TVP”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 160, ISBN 978-83-66095-20-5

Bigos tygodniowy

„Mnie jest tak nieprzyjemnie, tak bardzo nieprzyjemnie” – że znów posłużę się frazą Grynszpana z „Ziemi Obiecanej” – ale muszę zacytować Jewgienija Szestakowa z „Rossijskoj Gaziety” o zapowiedzianej nieobecności Dudy Andrzeja na styczniowej konferencji w Jerozolimie, którą Izrael przyjął z ulgą: „Przywódca kraju, którego w państwie żydowskim nieoficjalnie uważa się za współuczestnika Holocaustu, nie miał moralnego prawa znajdować się wśród przywódców państw wyzwalających więźniów obozów koncentracyjnych. W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie Żydów.”(…) Byli Polacy, który ratowali Żydów, ale to kropla w morzu, a na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”.
Szestakow dodał też, że „Polacy obojętnie patrzyli, jak w warszawskim getcie ludzie umierali z głodu, dobrze się bawili, kiedy Niemcy tłumili żydowskie powstanie…”. Nie mam żadnej satysfakcji z cytowania w tej sprawie „Rossijskoj Gaziety”, ale ona ma rację pisząc, że „trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty” . „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”, to była garstka.
Znacznie większa rzesza Polaków cieszyła się, że „Żydki się smażą” („Wielki Tydzień” Andrzeja Wajdy według powieści Jerzego Andrzejewskiego), a największa masa Polaków była kompletnie obojętna, tą obojętnością, którą określa się jako wrogą. I dlatego Duda byłby w Jerozolimie haniebnym dysonansem. I nic tu do rzeczy nie mają winy Rosji i ZSRR w stosunku do Polski. To zupełnie inny temat.
Teraz mówimy o polskim, masowym antysemityzmie. „Sprawiedliwych” były setki, „Lipskich” były tysiące. Przyznajmy się do tego wreszcież, porzućmy to klasyczne, tradycyjne, samodurne, megalomańskie polskie samozakłamanie, w którym tkwimy od dziesięcioleci, a tym największym polskim kłamstwie XX wieku.
Już wiele lat temu doszedłem do wniosku, że Polacy (oczywiście nie wszyscy) są być może najbardziej samozakłamanym narodem w Europie, a na pewno jednym z najbardziej samo zakłamanych. Za jedną z przyczyn tego uważam wpływ mentalny religii rzymsko-katolicką, w tym szczególnie dawny jezuityzm.

Pisowska nagonka na marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego rozkręca się na całego. Reporterroryzm osiąga stan paroksyzmu. Ziobro grozi mu Trybunałem Stanu.
Już od dawna uważam, że ta władza ma cechy przypominające działania zorganizowanej grupy przestępczej.

Z okazji kolejnej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dedykuję ćwierćinteligentowi ze stopniem profesora uniwersytetu i w randze wicepremiera-ministra kultury, słowa Jurka Owsiaka: „Ogromny szacunek dla twórczości Olgi widoczny jest w księgarniach (…) Ale minister kultury, człowiek utrzymujący się z naszych pieniędzy, do dziś nie złożył jej żadnych prawdziwych gratulacji.
Bo wszystkie te pierdoły o tym, że zaprasza pan do siebie panią Tokarczuk w dogodnym dla niej terminie – te słowa sprawiają, że dla mnie jest pan, panie ministrze, smarkaczem. Zwykłym podwórkowym smarkaczem”.

Marsz Tysiąca Tóg przekształcił się w liczący około trzydziestu tysięcy marsz społeczny. Na decyzje PiS to nie wpłynie, ale było potrzebne dla efektu demonstracji. Tymczasem Komisja Europejska zaapelowała o wstrzymanie się z pracami nad projektem zmian m.in. w Prawie o ustroju sądów powszechnych i ustawie o Sądzie Najwyższym do czasu przeprowadzenia niezbędnych konsultacji.
Poza tym ma wezwać do wstrzymania działalności przez pisowską Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Tymczasem goszcząca w Warszawie Komisja Wenecka zamiast zaproszenia przez któregoś z liderów obozu władzy dostała zaproszenie do Muzeum Wyklętych, tego przy ulicy Rakowieckiej.
To był taki złośliwy żarcik niejakiego Warchoła. Wiceministra sprawiedliwości. Naprawdę! Choć prawdę mówiąc, czy z NIMI warto rozmawiać. Toż to całkowicie bezpłodne?

Syndrom Sitka, czyli terroreporterka TVPiS kwitnie w najlepsze. Ostatnio ofiarą ekipy rządowej propagandowej telewizji szturmowej stał się Karol Radziszewski z Centrum Sztuki „Zamek Ujazdowski”, autor wystawy „Potęga sekretów”. Chodzą za nim nawet pod toaletę i zaglądają do talerza w restauracji. Szczęśliwie uniknął oberwania w łeb kamerą Kłeczka. Przyzwala na to nowy dyrektor CSW, pisowski mianowaniec, ideolog prawolski, niejaki Bernatowicz. Wystawa Radziszewskiego do tego stopnia boli władzę i terroreporterów z TVPiS, że była nawet tematem ostatniego „Warto rozmawiać” Pospieszalskiego, więc wszystko wskazuje na to, że byli to jego terroreporterzy.
To nie wszystko terroreporter TVPiS Kłeczek znalazł się w pobliżu dyrektorki gabinetu marszałka Senatu. Działający wraz z nim anonimowy terroroperator uderzył ją kamerą w głowę. Doznała wstrząsu mózgu i znalazła się w szpitalu. Marszałek Grodzki wezwał do powstrzymania tych szaleńców z TVPInfo. Generał Jaruzelski powiedział 13 grudnia 1981: „Szaleńcom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki”. Nic dodać, nic ująć.
A w dniu WOŚP, TVPiS przechodziła samą siebie, a sitko-kłeczki uprawiały hejt przeciw zamordowanemu prezydentowi Gdański i przeciwko Orkiestrze. Z kolei żulnalista Ziemkiewicz odpowiedzialnością za mord obarczył organizatorów WOŚP.

A tymczasem pojawiły się nowe fakty w sprawie zabójcy Pawła Adamowicza, Stefana W. Pośpiesznie zrobiono z niego niepoczytalnego.
Tymczasem okazuje się, że starannie i z premedytacją przygotowywał się do zabójstwa. Tak pisał do kolegi z mamra: „Kupiłem sobie noże, fajne, taktyczne, myśliwskie i gazy pieprzowe. I se chodzę uzbrojony po zęby. (…) Zrobili ze mnie więźnia politycznego, torturowali, truli, teraz będzie rozpierdol. Jebać wszystkich złodziei, niech żyje Prawo i Sprawiedliwość”.

A Duduś Adrianek, Dewocik, Pierwszy Ministrant RP, Narcyzek znów jeździ po kraju i jak zwykle onanizuje się swoją funkcją.
Co rusz powtarza z komicznym namaszczeniem: „ja jako prezydent Rzeczypospolitej”, „ja jako głowa państwa”. Toż to istna beczka śmiechu.

Z historii prasy. W ukazującej się od 1631 roku „Gazette de France”, założonej przez kardynała Richelieu (tego z „Trzech muszkieterów” Dumasa), w numerze który powstał po 14 lipca 1798, nie było nawet wzmianki o szturmie i zdobyciu Bastylii. Pisowskie media w swojej wybiórczości żywo przypominają tamtą „Gazette de France”.

Legia odzyskała tron

W 19. kolejce prowadząca Pogoń Szczecin nieoczekiwanie przegrała z ostatnią w tabeli Wisłą Kraków 0:1, z czego skorzystała Legia Warszawa, która u siebie pokonała Wisłę Płock 3:1 i odzyskała pierwsze miejsce. Dwie bramki dla stołecznej drużyny zdobył Jarosław Niezgoda, który z 13 golami przewodzi w klasyfikacji strzelców.

W tym sezonie Legia objęła prowadzenie w ekstraklasie po raz drugi. Poprzednim razem legioniści wyskoczyli na czoło na początku listopada, ale pozycję lidera utrzymali tylko przez jedną kolejkę, a stracili ją po porażce w Szczecinie z Pogonią. W tym sezonie Legia jest już szóstym liderem rozgrywek. Oprócz niej i Pogoni, na szczycie ligowej tabeli plasowały się jeszcze zespoły Jagiellonii Białystok, Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Wisły Płock.

Na finiszu jesiennej części ligowego sezonu wyniki stołecznego zespołu mogą budzić uznanie. W ostatnich 10rozegranych meczach, wliczając w to spotkania w Pucharze Polski, legioniści odnieśli dziewięć zwycięstw, strzelając 31 goli i tracąc zaledwie sześć. A już w swoim mateczniku na Łazienkowskiej podopieczni trenera Aleksandra Vukovicia stali się postrachem dla rywali. W minioną sobotę przekonali się o tym także płocczanie, którzy tylko swojej nadzwyczajnej waleczności w defensywie zawdzięczają, że przegrali tylko 1:3.

Silni w ofensywie

Legia obecnie wyraźnie przewyższa inne zespoły skutecznością. Mając w składzie tak skutecznych w ofensywie graczy, jak lider klasyfikacji strzelców Jarosław Niezgoda, Gwinejczyk Jose Kante, Paweł Wszołek i Brazylijczyk Luquinhas, wspomaganych przez Portugalczyków Andre Martinsa i Cafu oraz Chorwata Domagoja Antolicia, legioniści w 19 kolejkach strzelili już 39 goli, a dla porównania drugi pod względem skuteczności zespół Lecha Poznań jedynie 32, a trzecie Zagłębie Lubin tylko 29.
Niezgoda opuszczał w sobotę boisko na Łazienkowskiej przy owacjach na stojąco. Niewykluczone, że było to jego pożegnanie ze stołeczna publicznością, bo w ostatniej tegorocznej kolejce stołeczny zespół zagra w Lubinie z Zagłębie, a wiele wskazuje, że w przerwie zimowej Niezgoda odejdzie z Legii. Co prawda ten 24-letni napastnik w publicznych wypowiedziach zapewniał, że „nie ma parcia na transfer”, ale takie deklaracje nie mają większego znaczenia, jeśli do klubu wpłynie atrakcyjna finansowo oferta. Jak kwota mogłaby skusić właściciela Legii Dariusza Mioduskiego do wydania zgody na transfer najskuteczniejszego gracza zespołu? Na pewno nie niższa niż pięć milionów euro.

A skoro już o transferach mowa, Legia ma w kadrze jeszcze dwóch graczy budzących zainteresowanie zagranicznych klubów. Mowa o 20-letnim bramkarzu Radosławie Majeckim oraz 18-letnim lewym obrońcy Michale Karbowniku. Za całą trójkę, licząc z Niezgodą, warszawski klub życzy sobie łącznie nie mniej niż 20 milionów euro.

Kwota robi wrażenia, ale na tle europejskiej średniej już taka wygórowana się nie wydaje. Wiadomo, że Legia, chociaż z polskich klubów dysponuje najwyższym budżetem, także musi w swoim budżecie uwzględniać przychody z transferów. Zwłaszcza jeśli nie zarabia odpowiednio dużych pieniędzy w europejskich pucharach. A z tym, jak wiadomo, wszystkie polskie zespoły klubowe od kilku sezonów mają poważny kłopot.

Bogata liga, ale słaba

Efekty tej pucharowej mizerii widać w najnowszym rankingu UEFA lig europejskich, w którym PKO Ekstraklasa spadła już na 32. miejsce. Nic dziwnego, że polska liga jest tak nisko, skoro w tym sezonie po raz trzeci z rzędu żadna nasza drużyna nie zakwalifikował się fazy grupowej europejskich pucharów. Cracovia odpadła w kwalifikacjach Ligi Europy już w lipcu, a Piast Gliwice i Lechia Gdańsk pożegnały się z rozgrywkami 1 sierpnia. Najdłużej walczyła Legia, lecz w IV rundzie nie sprostała Glasgow Rangers (0:0 i 0:1).

Nasza rodzima ekstraklasa wyprzedza już tylko ligi takich krajów, jak Liechtenstein, Luksemburg, Litwa, Armenia, Estonia czy Łotwa, a zdołały ją wyprzedzić z pewnością nie bardziej od niej zamożne ligi m. in. Bułgarii, Białorusi, Azerbejdżanu, Słowacji czy Słowenii.

Słabnąca pozycja PKO Ekstraklasy w Europie może dziwić, bo przecież z roku na rok nasza najwyższa liga rozgrywkowa ma coraz więcej pieniędzy. W 2919 roku zarobiła o 60 procent więcej niż rok wcześniej. Jej przychody sięgają 300 milionów złotych rocznie, co daje jej ósme miejsce w Europie.

Finansową pomyślność zapewnia klubom ekstraklasy podpisana rok temu umowa na sprzedaż praw telewizyjnych, za które Canal+ i TVP zapłaciły rekordową kwotę 250 mln złotych rocznie. Dodatkowym efektem komercyjnym, ważnym dla sponsorów i reklamodawców, jest wzrost oglądalności o 30 procent dzięki transmisjom spotkań w ogólnodostępnej TVP 2. To główny powód obecności na liście sponsorów spółek z udziałem Skarbu Państwa, jak Lotto, Bank PKO BP czy PKN Orlen. Na współpracy z nimi ekstraklasa zyskuje 30 milionów złotych rocznie i dochody z tego tytułu będą rosły.

Problemem są niesforni kibice

Oprócz słabości sportowej ekstraklasa ma jeszcze poważny problem z kibicami. Komisja Ligi po 18. kolejce ukarała z powodu niezgodnego z regulaminem rozgrywek i porządkiem prawnym zachowania fanów Legię, Śląsk i Lecha. Na warszawski klub za wybryki jego kibiców we Wrocławiu nałożono najmniejszą karę, bo tylko 5 tys. złotych grzywny oraz zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na jeden mecz ekstraklasy. Zdecydowanie surowiej ukarano gospodarza spotkania, czyli Śląsk, który musi zapłacić za pirotechniczne wygłupy swoich fanów grzywnę w wysokości 40 tys. złotych, a dodatkowo na klub nałożono zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na trzy mecze ekstraklasy (24. kolejka z Zagłębiem Lubin, 26. kolejka z Jagiellonią Białystok oraz 28. kolejka z Arką Gdynia). Dodatkowo nałożono karę zakazu wejścia na dwa mecze we Wrocławiu dla wszystkich osób, które w trakcie meczu z Legią znajdowały się na trybunie B. Kara ta jest zawieszona na pół roku.

Nie przeszkodziło to jednak wojewodzie dolnośląskiemu zamknąć stadion na jeden mecz, akurat w 19. kolejce, gdy do Wrocławia przyjechał Lech Poznań. A może właśnie dlatego, że Śląsk grał z Lechem, którego Komisja Ligi także z powodu zachowaniem kibiców w meczu z ŁKS Łódź ukarała grzywną w wysokości 40 tys. złotych.

 

Niech jedzą ciastka

Przeczytałem raport pokontrolny Państwowej Inspekcji Handlowej z wizyty w sklepach, którego skutkiem było kilkadziesiąt doniesień o niedopełnieniu należytej staranności przez producentów żywności, a w konsekwencji, pokaźna liczba mandatów karnych. I dobrze. Jak się ludzi tnie na jedzeniu, to trzeba bić oszustów po kieszeni.

Gorzej, kiedy mandat za zepsute ciastka nie uchroni mnie przed salmonellą.

Inspektorzy wzięli pod lupę produkty oferowane luzem, głównie pieczywo i głęboko mrożone ryby oraz skorupiaki. Ponad 60 proc. skontrolowanej żywności wzbudziło zastrzeżenia. Ciasta i ciastka miały w sobie strzępki pleśni, a te, reklamowane jako „domowe” – emulgatory, barwniki i polepszacze. Ryby nie miały pełnego opisu i zaznaczonego kraju pochodzenia. Dorsz nie zawsze był dorszem atlantyckim a krewetka tygrysia, krewetką królewską. Niby głupie głupoty, detale, życia nie odbiorą, ale uprzykrzyć mogą…

Nie oglądałem debaty prawyborczej w PO, bo i nie było sensu. Wynik starcia jest z góry przesądzony. Wybierają elektorzy na posiedzeniu Rady Krajowej, a nie członkowie partii. Gdyby wybierali wszyscy, byłoby ciekawiej, a tak, nuda. Jak w polskim filmie. Takie prawybory-nieprawybory. Żeby potem ludzie nie gadali. Jakież to polskie i dobrze znane.

Pod tym względem dużo bardziej podoba mi się postawa narodowców (nie sądziłem, że to kiedykolwiek to powiem). Wybierają zarejestrowani sympatycy, trochę jak w Ameryce. Inna sprawa, jak na polskiej ziemi wyjdzie im tych głosów zliczanie i czy nie będzie manipulacji, bo jak rozróżnić, czy ktoś jest sympatykiem prawdziwym czy malowanym. Tak czy inaczej, chłopcy i dziewczęta od Korwina i Winnickiego przynajmniej udają, jak ciastka na wagę w polskich sklepach, że na czymś im zależy. Platforma nie ma już nawet siły udawać. Grzegorz Schetyna nawet specjalnie nie kryje, że walczy nie o prezydenturę dla swojego kandydata, co o życie w partii dla samego siebie. Zastanawia mnie, czy gdyby, tak jak w Konfederacji, pozwolić sympatykom Platformy głosować w prawyborach, ktokolwiek z ulicy oddałby głos? Czy PO ma w ogóle jeszcze jakichś sympatyków?

Nie obejrzałem też przemówienia Olgi Tokarczuk w państwowej telewizji, podobnie jak Państwo. Telewizja publiczna, utrzymywana z pieniędzy podatnika, w swojej miałkości i małości postanowiła, że literacka Nagroda Nobla dla polskiego literata nie jest wystarczającym powodem, żeby pokazać je rodakom. Myślałem tak na początku. Później doczytałem, że to Szwedzi z Komitetu Noblowskiego mogli się nie zgodzić, żeby w ogóle transmitować coś do tej czy innej stacji, choć oczywiście, w większości polskich mediów, na stronach internetowych, można było prześledzić całą uroczystość na bieżąco. Ale nie na stronie TVP. We wtorek ma odbyć się ceremonia wręczenia Nagrody Nobla. Wszystko wskazuje na to, że Telewizja Polska również nie podejmie się pokazania tegoż na swoich antenach, choć bardziej doniosłego momentu trudno w historii ostatniej, polskiej pięciolatki, się doszukać. Naprawdę, nie sądziłem, że w ludziach może drzemać tyle zacietrzewienia.

Przekonałem się na własnej skórze, że milionowy tłum na festiwalu PolandRock to niewystarczające audytorium w oczach TVP, aby można było pokazać je Polsce i Polakom na żywo, ale już Sylwester i finałowy koncert z Zenkiem i Marylą-jak najbardziej. Chyba więc akcja z Tokarczuk nie powinna mnie dziwić. Ale jednak, mimo wszystko, dziwi i dziwić nie przestanie.

W otoczeniu niebezpiecznych kobiet

Z reżyserem WITOLDEM ORZECHOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W 1980 roku nakręcił Pan film kinowy „Wyrok śmierci”. Pamiętam, że mijałem wtedy Pana ekipę kręcącą przed katedrą w Lublinie…
To była wiosna 1980 roku. Kręciłem nie tylko w Lublinie. Akcja rozgrywała się także w renesansowej scenerii Zamościa.

Tematyką tego filmu o tematyce okupacyjnej złamał Pan wtedy tabu panujące wokół konspiracji niepodległościowej. Na ogół pokazywano jej heroiczne strony, a Pan zrobił film o komandzie polskiego podziemia, wykonującego wyroki na kolaborantach…
Tak. Dopiero wiele lat później, ostatnio nawet, ukazała się wspomnieniowa książka Stefana Dębskiego, który jako młody człowiek wykonywał za okupacji takie wyroki. Przypłacił to ciężkim poczuciem winy, które dręczyło go aż do śmierci samobójczej w podeszłym wieku. „Wyrok śmierci” miał pecha. Jego premiera przypadła na jesień 1980 roku. Nikt wtedy nie miał głowy do kina. Cały naród pasjonował się świeżo rozpoczętą epopeją „Solidarności”. Mimo to film zgromadził aż milion widzów. Ilu by zgromadził w innych, bardziej sprzyjających okolicznościach?

To jest film mroczny, realistyczny, fragmentami naturalistyczny. Mimo to widać na ekranie pewna plastyczność, malarskość. Jest tam też wątek erotyczny z udziałem niebezpiecznej kobiety….
Kobiety zawsze mnie fascynowały i nie wyobrażam sobie realizacji filmowej czy telewizyjnej bez ekscytującego pierwiastka kobiecego.

W Pana realizacjach reżyserskich, filmowych i telewizyjnych widać dużą wyobraźnię plastyczną, dekoracyjność Czy to efekt studiów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych?
Może tak, a może odwrotnie? Może dlatego wybrałem te studia, że miałem pewien talent plastyczny? Nie ukończyłem ich zresztą. Zwrócił bowiem na mnie uwagę malarz profesor Jerzy Mierzejewski z warszawskiej ASP. To on doradził mi, by przenieść się do łódzkiej szkoły filmowej. Powiedział, że to będzie mój żywioł. Na studiach w Łodzi zaznałem prawdziwej, troskliwej opieki artystycznej i ludzkiej ze strony naszych pedagogów. Po studiach trafiłem do zespołu filmowego. Te zespoły to był wspaniały wynalazek. Można się było w nich rozwijać, a jednocześnie było się pod opieką mistrzów.

W Polsce tylko w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w produkcji telewizyjnej dużą rolę odgrywała literatura…
Oczywiście. Proszę sobie przypomnieć ile było ekranizacji w oparciu o klasykę i literaturę współczesną. Była bowiem publiczność – inteligencja, niewielka liczbowo, ale wykształcona humanistycznie. Była świetnym odbiorcą takiego kina. Dziś ludzi z cenzusem wyższego wykształcenia jest znacznie więcej, ale ich poziom jest ogólnie niższy. Brak jest w powszechnej skali ogłady kulturowej, humanistycznej. Brak umiejętności cytowania z zasobów artystycznych. Potem wzięto rozbrat z literaturą. Na Zachodzie, w tym w USA, gdzie spędziłem 10 lat, bardzo się ją ceni jako tworzywo dla scenariuszy. Tam studenci szkół artystycznych, nie tylko filmowych uczeni są adaptowania literatury. Nie wiem już kiedy ostatnio dokonano w polskim kinie ekranizacji wybitnej literatury. Wtedy powstało także wiele filmów telewizyjnych w oparciu o wysokiej klasy literaturę. Przypomnę choćby cykl „Opowieści niezwykłe”, a także półgodzinnych czy średniometrażowe filmów o rozmaitej tematyce, obyczajowej, historycznej, społecznej.

Realizowano je według prozy takich pisarzy, jak Stefan Żeromski „Pavoncello” „Pieśń triumfującej miłości”), Bolesław Prus („Antek”, „Kamizelka”, „Katarynka”), Henryk Sienkiewicz ( „Hania”), Józef Korzeniowski „Narożna kamienica”, Henryk Rzewuski („Ja gorę”), Fiodor Dostojewski („Mąż pod łóżkiem”), Edgar Allan Poe („Beczka Amontillado), Stanisław Grabiński („Ślepy tor”), Stanisław Lem („Przekładaniec”), Teodor Parnicki i wielu, wielu innych. Dlaczego wtedy sięgano tak często po literaturę tak dawną, często XIX-wieczną?
Poza powodem, o którym wspomniałem wcześniej, czyli istnieniem chłonnej na to, wykształconej publiczności, był także inny. Polityczny. Realizowanie tematów współczesnych było trudne z powodów cenzuralnych. Cenzorzy od razu węszyli jakieś treści nieprawomyślne. Doszukiwali się aluzji w byle czym. Na tle dwóch kwestii: Związku Radzieckiego, sojuszy, partii i ustrój była bardzo przeczulona. Jeśli się tego nie tykało, można było mówić w zasadzie o wszystkim. Problem polegał na tym, że na punkcie tych tematów cenzura była bardzo przeczulona.

Pan także wniósł swój wkład w artystyczny w film telewizyjny. Zrealizował Pan dwa, od czasu do czasu emitowane w ramach powtórek, fabularne filmy średniometrażowe…
Tak. „Drogę w świetle księżyca” z 1971 roku według noweli Ambrose’a Bierce i „Jej powrót” z 1975 roku, według opowiadania Josepha Conrada.

Były klasycznym przykładem ówczesnej produkcji, pięknie stylizowanej, wyrafinowanej. Skąd taki wybór?
Bardzo cenię twórczość Conrada, ale zrealizowanie którejś z morskich powieści wydało mi się trudne z powodów logistycznych. Pokazałem więc Conrada innego, mało znanego, bez tematyki marynistycznej. Pisał też utwory z dziedziny zupełnie „lądowej” prozy psychologicznej. „Jej powrót” to historia miłości, zazdrości, romansu i zdrady małżeńskiej. Z piękną parą – Beatą Tyszkiewicz, moją ówczesną żoną i Jerzym Zelnikiem. Starałem się, aby film był stylowy, z ciekawym motywem muzycznym, swingowym pod tytułem „Crazy people”.

Wcześniej nakręcił Pan wspomniany film według opowiadania z gatunku fantastyki, stylizowany horror „Droga w świetle księżyca”…
Zafascynowało mnie to opowiadanie. Atmosfera tajemniczości, stary dwór szlachecki, ponure tajemnice rodzinne, w tle sprawy narodowe, wątek kryminalny, morderstwo, szaleństwo – słowem pakiet atrakcyjnych wątków. Opowiadanie jest amerykańskie, pochodzi z XIX wieku. Spolszczyłem je, nadałem mu polski koloryt tamtej epoki.
Później zrealizował Pan kilka spektakli Teatru Telewizji…
Zrobiłem wystawne dwuczęściowe widowisko „Pamela”, z akcją w Stanach Zjednoczonych lat czterdziestych. Pamiętam, że w „Osaczonym” z 1976 roku, według Michela Careya, kapitalną rolę zagrał Roman Wilhelmi, który świetnie parodiował Marlona Brando jako Don Vita Corleone w „Ojcu chrzestnym”. W 1980 roku zrealizowałem też spektakl „Pacjent” według Stefana Otwinowskiego.

Zanim przyszedł Pan do TVP, zaczął Pan jako grafik…
Pracowałem jako grafik w prasie. W TVP pracowałem jako reżyser, i robiłem scenografię do swoich własnych realizacji w Teatrze Telewizji. To dziś niewiarygodne, jak ogromnymi środkami produkcyjnymi dysponowała wtedy telewizja. W 1978 roku zrobiłem na przykład duże, dwuczęściowe widowisko kryminalne „Pamela”, z wielkim budżetem i rozmachem. Dziś raczej by to było nie do pomyślenia. Akcja rozgrywała się w USA, w latach czterdziestych. Trzeba więc było ściągnąć amerykańskie auta z tamtych czasów, zrobić odpowiednią, kosztowną scenografię. Dziś nie robi się filmów i widowisk kostiumowych także dlatego, że to drogo kosztuje. Niestety stan wojenny przerwał moją działalność w TVP. Nie tylko moją zresztą.

W latach 1984-1994 był Pan w Stanach Zjednoczonych. Co Pan wyniósł z tego pobytu w sferze zawodowej?
Miałem możliwość obserwowania systemu producenckiego w tym kraju. Zaowocowało to po powrocie. Mogłem zająć się działalnością producencką.

W 2016 roku ukończył Pan realizację filmu „Kobiety bez wstydu”. Film miał premierę, ale chyba z przyczyn dystrybucyjnych nie jest łatwo go obejrzeć. Jak zachęciłby Pan do tego potencjalnych widzów?
Obdarzony magnetycznym wpływem na płeć piękną Piotr rzuca pracę kelnera w Wiedniu i w rodzinnym Krakowie otwiera praktykę psychoanalityka. Nie ważne, że brak mu kwalifikacji i doświadczenia. Jego gabinet „tylko dla pań” co dzień pęka w szwach, a jego sypialnia przeżywa prawdziwe oblężenie. Kobiety z rozkoszą zdradzają mu swe najbardziej intymne sekrety, a on daje się wciągnąć nie tylko w zawiłości ich umysłów i serc, ale także w całkiem realne życiowe perypetie. I znów okaże się, że zakochane kobiety potrafią być równie czarujące, co niebezpieczne. No i w rolach głównych takie aktorki jak Anna Dereszowska, Ewa Kasprzyk, Weronika Książkiewicz, Joanna Liszowska.
Dziękuję za rozmowę.

Witold Orzechowski – ur. 3 października 1941 w Łodzi, reżyser, scenograf, grafik, dekorator, producent telewizyjny, etatowy reżyser w Teatrze Telewizji w latach 1976-1977, twórca spektakli i filmów telewizyjnych.

Do pana Kurskiego

W imieniu związku zawodowego Związkowa Alternatywa przesłałem pismo do prezesa TVP, Jacka Kurskiego, w którym krytykuję łamanie ustawy o radiofonii i telewizji i domagam się zmian. Poniżej i w załączniku treść pisma.
Szanowny Panie Prezesie,
Z dużym niepokojem i rozczarowaniem śledzimy przekaz Telewizji Polskiej i treść programów emitowanych w mediach publicznych. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w kraju, TVP stała się tubą propagandową rządu, a jej dziennikarze powielają przekaz partii rządzącej.
Zgodnie z artykułem 21 ustawy o radiofonii i telewizji media publiczne powinny emitować audycje „cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu”. Programy TVP powinny też „kierować się odpowiedzialnością za słowo”, „rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą”, „sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej”, „umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej”. Niestety od wielu miesięcy TVP łamie zapisy ustawy – jej przekaz jest manipulacyjny, jednostronny, nieodpowiedzialny, o niskiej jakości. Władze są przedstawiane wyłącznie w przychylnym świetle, opozycja jest zawsze krytykowana.
Telewizja publiczna lekceważy też wiele doniosłych kwestii, ważnych dla społeczeństwa, a niewygodnych dla rządzących. Przykładowo w ostatnich tygodniach pominięto informacje o radykalnym wzroście bezwzględnego ubóstwa, a kryzys w szkolnictwie i służbie zdrowia jest omijany lub przedstawiany jako… wina opozycji. Ponadto miejsce dziennikarzy zajęli propagandziści partyjni tacy jak Michał Rachoń, a w programach publicystycznych często pojawiają się osoby znane z wypowiedzi skrajnie ksenofobicznych jak Rafał Ziemkiewicz.
Jednocześnie podkreślamy, że zgodnie z art. 23 ustawy o radiofonii i telewizji jednostki publicznej telewizji stwarzają związkom zawodowym i związkom pracodawców możliwość przedstawienia stanowisk w węzłowych sprawach publicznych. Związkowa Alternatywa zwraca uwagę, że TVP ani nie zaprasza do programów informacyjnych i publicystycznych przedstawicieli związków zawodowych poza prorządową Solidarnością, ani nie porusza tematów istotnych dla środowiska związkowego. Nie mamy możliwości odnoszenia się do kluczowych dla nas kwestii związanych z rynkiem pracy na antenach TVP. Z programów TVP dowiadujemy się, że pracownicy są zadowoleni z polityki władz, tymczasem nikt ich nie pyta o zdanie, czy zgadzają się z tą oceną.
W związku z powyższym apelujemy do Pana o wprowadzenie pluralizmu w TVP, podniesienie poziomu programów informacyjnych i publicystycznych, przyznanie głosu środowiskom związkowym. Telewizja Polska jest finansowana z środków publicznych i domagamy się, aby służyła ona dobru całego społeczeństwa, a nie tylko partii Jarosława Kaczyńskiego.