Historyczny wiec Tuska w Gdańsku

Gdańsk, poniedziałkowe, ciepłe i słoneczne popołudnie 19 lipca, nieco po godzinie szesnastej.
Po całym dniu spacerowania i jeżdżenia po Trójmieście, wlokę się w stronę Długiego Targu i pomnika Neptuna, by zobaczyć zapowiedziane zgromadzenie z udziałem Donalda Tuska. Po trosze, by popatrzeć, ale też, by trochę pobudzić leniwą krew w wiecowej atmosferze, w której bywa czasem coś elektryzującego, a i zdarza się, że można natknąć się na jakąś ciekawą nawalankę między przedstawicielami dwóch plemion – Polski PiS i Polski-antypis. Po niedawnej publicznej pyskówce pani marszałek Sejmu Witek z „totalną opozycją” uliczną, która „rząd atakuje ale wszelkie świadczenia bierze”, nie można było tego wykluczyć.
Hajda pod Neptuna
Nawet gdybym nie miał zielonego pojęcia, że szykuje się ten wiec, to i tak kierujący ruchem strażnicy miejscy zwiastują, że coś się w okolicy dzieje lub dziać będzie. Choć dzień powszedni, to – jak to wakacyjną porą – Starówka jest zatłoczona. Wchodzę w ulicę Długą i zmierzam w stronę Neptuna. Z oddali widzę podest pełen fotoreporterów. Słyszę też głos dwojga przemawiających. Po chwili rozpoznaję posłów Wielichowską i Myrchę, którzy pełnią rolę supportu przed wystąpieniem Tuska, naprzemiennie podkręcając atmosferę demokracjotwórczymi i państwowotwórczymi okrzykami, a co pewien czas przypominają, że „godzina zero” się zbliża i niebawem pojawi się Donald Tusk (wow!). Ich narrację urozmaicają puszczane z głośnika kawałki znanych utworów muzycznych („Wolność, kocham i rozumiem…”, „Chciałbym być sobą” itp.). Tłum koncentrujący się wokół podium jest spory i z minuty na minutę gęstniejący, ale w luźnej atmosferze wakacyjnego popołudnia nie jest tak łatwo odróżnić tych, którzy przyszli na wiec, od przypadkowych spacerowiczów, turystów, gapiów itp. Na pewno na zgromadzenie przyszli ci (a jest ich dużo), którzy trzymają w dłoniach kartki zadrukowane znanym hasłem: „TVP łże” lub tabliczki z emblematami unijno-KOalicyjnymi Przez moment błyska mi w oddali łysina Borysa Budki, widzę Jarosława Wałęsę i kilkoro innych parlamentarzystów. W tłumie widać też flagi unijne, Pomorza z czarnym gryfem na żółtym tle, a także emblematy KOD. Gdybym był – jak nie jestem – propagandystą TVPiS zauważyłbym, że średnia wieku zgromadzonych jest bliższa średniej niż niskiej. Mnóstwo osób zajmuje ogródki dwóch pobliskich, sąsiadujących z Dworem Artusa lokali. Pod jedną z kamienic grupa osób trzyma obszerny baner z wizerunkami psów i pytaniem: „Czy upomni się Pan o prawa zwierząt”. Rozglądam się, czy są hasła antytuskowe? Haseł antytuskowych nie zauważyłem, choć rozglądałem się intensywnie.
Policjanci jak trusie
Staję kilkanaście metrów od podestu, jakieś dwa metry za dwoma policjantami, ale poza tym policji – przynajmniej umundurowanej – jest jak na lekarstwo. W zasadzie nikt na nich nie zwraca uwagi, poza tym że zauważam mężczyznę w średnim wieku, który podchodzi do jednego z nich, otaksowuje go prowokacyjnie z góry na dół dość nieprzyjaznym wzrokiem i spoglądając mu w oczy rzuca pytanie: „Co, nie ma kobiet do bicia?”. Policjant nie reaguje na zaczepkę i w ogóle ta „nieobecność” policji robi na mnie osobliwe, dziwne wrażenie, jakby nawet zaskakujące po tylu miesiącach doświadczeń z brutalnym pacyfikowaniem najspokojniejszych nawet, jednoosobowych protestów, z byle powodu lub bez powodu. W tym przyjaznym Tuskowi i opozycji, a więc z definicji antypisowskim tłumie, po raz pierwszy od dawna widzę policjantów spokojnych jak trusie, bez postawy wojowniczej i właściwie bezbronnych w tej w gęstej ciżbie, która nienawidzi ich mocodawców.
TVPiS łże
Dochodzi godzina siedemnasta. Tusk, w niebieskiej koszuli, bez marynarki, pojawia się punktualnie (punktualność jest uprzejmością królów) na podium, w asyście grona młodych ludzi z flagami unijnymi i biało-czerwonymi. Jego wejściu towarzyszą dźwięki jakiegoś innego klasycznego hitu muzycznego, ale nie zapamiętałem którego. Tusk zaczyna przemawiać, a ja staram się zachować równowagę między słuchaniem przemówienia a obserwacją tego co dzieje się wokół, jednak z akcentem położonym na ten drugi wymiar rzeczywistości. Od czasu do czasu, w trakcie przemówienia, słychać krótkie skandowanie: „Donald Tusk! Donald Tusk!”. Szczególnie jednak nastawiam uszy, aby wychwycić jakieś okrzyki wrogie Tuskowi. Ale nic. Ani plakatów, ani okrzyków. Raz tylko zauważam mężczyznę, który kilkakrotnie, z przerwami, niezbyt silnym głosem wykrzykuje: „Tusk hańba”. Po drugim czy trzecim takim okrzyku, kilka osób kieruje na niego swoją uwagę, coś do niego mówią, po czym mężczyzna spokojnie, w milczeniu odchodzi. Jednocześnie słucham przemówienia Tuska i odnotowuję w pamięci, że największy aplauz i oklaski wywołują jego słowa o „ruskim ładzie PiS” oraz o „upadku Kościoła, który PiS sprowadził do roli sojuszniczej partii politycznej”, o odejściu młodzieży od kościoła, a także, gdy wzywa „pana Kaczyńskiego”, by „wyszedł z jaskini” i stanął z nim do pojedynku „na ubitej ziemi”. Salwy śmiechu wywołują kąśliwe uwagi Tuska o prezesie PiS, „nieszczęsnym ministrze” Dworczyku, „cnotach niewieścich”. Kończy się przemówienie i zgromadzenie. Ludzie zaczynają się powoli rozchodzić, tylko wokół Tuska zgromadził się gęsty tłumek. „Pstryki” zdjęć z komórek i smartfonów, autografy. Nie mam dobrego oka do szacowania liczebności zgromadzeń, ale jeśli zsumować liczbę ewidentnych uczestników wiecu z publicznością luźniej zgromadzoną wokół, to było tego … ze dwa tysiące, co zresztą widać na ujęciach z drona. TVPiS podała, że na wiecu była garstka osób. To jest naprawdę świetna telewizja. Najświetniejsza w łgarstwach bez cienia żenady.

Fejk niusy

• Pierwszy sukces nowej partyjki niedawnego podwładnego Gowina. Partia Republikańska została zarejestrowana w Gdańsku, na adresie, gdzie jest biuro poselskie posłanki lewicy, Maciejewskiej.
• Cały świat z zainteresowaniem czyta korespondencję mailową harcerza Dworczyka. Już przywykliśmy do tego, że jak afera, to żadnych konsekwencji w rządzie czy tajnych służbach nie będzie. W normalnym kraju kilka osób straciłoby stanowiska, ale nie u nas. Tymczasem w PiS znaleziono winnych. Jak zwykle winna jest opozycja.
• W 2011 r. Kornel Morawiecki wymyślił odznakę nazwaną Krzyż Solidarności Walczącej. W 10 rocznicę tego wymyślunku Krzyż otrzymał jego synek Mateusz zwany Pinokiem, „szczególnie zasłużony w walce o „Wolność i Solidarność między ludźmi i narodami”. Nie podano, między jakimi konkretnie ludźmi i jakimi narodami.
• Chcesz pracować jako rządowy informatyk od bezpieczeństwa? Dostaniesz nieco ponad 2 tys. zł na rękę miesięcznie. Dzięki przetargom trafiającym do Internetu wiemy, że bezpieczeństwem państwa zajmują się najwyższej klasy specjaliści. A przy okazji, ciekawe, ile płacą Ruscy.
• Spece PiS od PR wraz z TVP tym razem zaspali. Burza i powódź w Poznaniu i zapomnieli oskarżyć o to Trzaskowskiego i Tuska.
• Kaczyński dla fanatyków prawicy jest wyrocznią na miarę Arystotelesa i Piłsudskiego razem wziętych. Teraz okazało się, że jest również wyrocznią świata mody. Na zjazd założycielski nowej prawicowej partyjki założył buty z dwóch innych par. Czekamy, aż nowa moda dotrze do otwartego na modowe nowinki, Paryża.
• Prawica sromotnie przegrała i prezydentem Rzeszowa został niezależny kandydat, zgodnie popierany przez opozycję. Ciekawe, czy nadal będą twierdzić, że „Kto wygrywa w Rzeszowie, wygrywa w całej Polsce”.
• Mordercza walka i ciężki bój – tego typu wojenno-kryminalnych określeń używają Wiadomości TVP, mówiąc na temat rywalizacji o widza z prywatnymi stacjami. To informacje dla politycznych pryncypałów – aby pokazać, że warto było wpompować miliardy z podatków Polaków. I że warto zabrać wrogim stacjom kasę z reklam. Wtedy przyjdzie zwycięstwo w wojnie ojczyźnianej, a przeciwnicy polegną w boju, sromotnie pokonani.

Gospodarka 48 godzin

TVP-PiS traci zwolenników
Od jesieni ubiegłego roku w Polsce wyraźnie pogorszyły się oceny społeczeństwa dotyczące PiS-owskich mediów „publicznych”. W przypadku rządowej TVP, w kwietniu bieżącego roku po raz pierwszy odsetek głosów krytycznych (44 proc.) przewyższył liczbę pozytywnych opinii (40 proc.) – wynika z sondażu CBOS. Polacy jak widać coraz trudniej znoszą rosnący rozziew pomiędzy PiS-owską propagandą sukcesu wylewającą się z mediów „publicznych”, a coraz głośniej skrzeczącą pospolitością, której doświadczają na codzień. Ponadto, z danych CBOS wynika, że Polacy już od początku panowania Prawa i Sprawiedliwości coraz gorzej oceniają TVP-PiS. W badaniach z 2019, 2018 i 2017 roku, dobrą opinię na temat PiS-owskiej telewizji „publicznej” wyrażało ponad 50 proc. ankietowanych. W 2016 r., gdy Jacek Kurski i jego ekipa dopiero zaczęli zmieniać TVP w główny ośrodek PiS-owskiej propagandy sukcesu oraz bicz na jej krytyków, było jeszcze ponad 60 proc. dobrych opinii o TVP. Najwięcej jednak odnotowano ich w 2014 r., czyli przed przejęciem telewizji publicznej przez PiS-owskich propagandystów – ponad 80 proc. osób badanych. Odpowiednio, złe opinie o TVP przez wiele lat utrzymywały się na stałym poziomie, nie przekraczającym 20 proc., aż do 2016 roku, kiedy zaczęły rosnąć.

Sezon na ruchome zabytki
W ramach wprowadzania wiosenno-letnich atrakcji, władze stolicy uruchomiły sezonową linię tramwajową nr. 36 obsługiwaną tramwajami 13N, które wycofano z użytku osiem lat temu, a także autobusową linię 100, obsługiwaną jelczem z 1991 r. oraz ikarusem z 1994 r. Natomiast spod Warszawy, konkretnie z Piaseczna, zaczęły kursować zabytkowe pociągi Piaseczyńskiej Kolei Wąskotorowej. Do stacji w Piasecznie można dojechać z Warszawy autobusami specjalnej linii autobusowej 51 obsługiwanej autobusami Jelcz 120 zbudowanymi na licencji francuskiego Berlieta. Ich produkcję zakończono w 2007 r., więc do zabytku jeszcze im trochę brakuje. Pociąg wąskotorowy wyrusza w każdą sobotę wczesnym popołudniem ze stacji w Piasecznie, przejeżdżając przez Zalesie Dolne, Głosków, Runów, Złotokłos i docierając do Tarczyna. W drodze powrotnej zatrzymuje się w Runowie, gdzie peron jest tuż przy polanie leśnej, a pasażerowie mają przerwę dla siebie. Czas przejazdu kolejką wraz z postojem w Runowie to około cztery godziny. Warto pamiętać, że linia 51 jest przeznaczona tylko dla osób, które wybierają się na przejazd Piaseczyńską Koleją Wąskotorową i wracają potem do stolicy, a nie dla tych, którzy chcieliby po prostu banalnie dojechać do Piaseczna. Z autobusu można zatem skorzystać wyłącznie na podstawie biletu obejmującego przejazd autobusem oraz kolejką. Nie ma możliwości zakupu biletu tylko na autobus 51. Można natomiast kupić bilet tylko na kolejkę, a do Piaseczna dojechać w inny sposób niż autobusem 51. Niestety, wagoniki Piaseczyńskiej Kolei Wąskotorowej nie są ciągnięte przez parowóz lecz przez lokomotywę spalinową. Żeby doznać uroku podróży wąskotorówką obsługiwaną przez prawdziwy parowóz, należy się wybrać nieco dalej bo do Sochaczewa. Stamtąd kursują pociągi wąskotorowe na skraj Puszczy Kampinoskiej i z powrotem, a taka podróż w jedną stronę z przedwojennym polskim parowozem Px29 (niestety, czasem zastępowanym lokomotywą spalinową, więc trzeba wcześniej się dowiedzieć, czy na pewno będzie on kursować w interesujący nas weekend) trwa nieco ponad godzinę.

Ryngrafy od TVPiS czyli kicz bolesny jak rany Pileckiego

W dzień przeklętych, 1 marca, TVPiS stanęła na głowie ze zręcznością, która przebiła wszystkie jej dotychczasowe dokonania. Co ja mówię – na głowie! Raczej na czubku nosa, by osiągnąć szczyty kiczu. Kiczu nad kicze. Kicz tu bowiem gonił kicz i kiczem poganiał.

Piszę to kilka godzin „po”, ale do tej pory nie mogę otrząsnąć się z traumy, nadal nie mogę uwierzyć temu, co widziały moje gały i słyszały moje uszy.
Ale do rzeczy. W ramach tego, co nazywane jest Teatrem Telewizji pokazano tzw. monodram pod tytułem „Melduję Tobie Polsko. Rotmistrz Pilecki” w wykonaniu niejakiego Tejkowskiego Przemysława. Wyglądało to tak, że łysy Tejkowski siedział na krześle w obszarpanym przyodziewku, wymazany od stóp do głów farbą mającą (kiepsko) imitować krew, którą ubecy utoczyli z niego w czasie przesłuchań. Siedząc tak na krześle odstawiał Tejkowski coś w rodzaju zeznania, w którym opowiadał o swojej działalności. Przesłuchujących nie było widać, tylko słychać offu, (głównie szydercze rechoty), na tym polegał koncept artystyczny. Tejkowski co pewien czas spadał z krzesła jakby popchnięty przez niewidzialną siłę szatańską. A to po prostu z krzesła skopywali go ubecy – jako się rzekło wcześniej – w tym widowisku niewidzialni. Tejkowski grał tak źle, tak tandetnie, że najmniej zdolny uczeń szkolnego przedstawienia, to w porównaniu z Tejkowskim Lawrence Olivier wespół z Tadeuszem Łomnickim. Tejkowski pluł, smarkał, seplenił i bardzo źle podawał tekst. Nie dawało się na to patrzeć, ale zaparłem się w masochistycznym uporze i oglądałem, nieustannie oczom i uszom nie wierząc. I tej zbrodni na elementarnym dobrym smaku dokonano pod nobliwą, szlachetną marką Teatru Telewizji.
Jednak nawet rotmistrz Pilecki Tejkowskiego nie dał rady w tym wyścigu na szczyty kiczów nad kicze, jakim była nadana nieco później w Jedynce TVPiS Gala I Festiwalu Kultury Narodowej „Pamięć i tożsamość” i wręczanie nagród w postaci Ryngrafów, Złotych i Platynowych. To była kwintesencja, esencja obrazu kultury narodowej w wyobrażeniu PiS – zredukowanej do śpiewanek powstańczych i solidarnościowych, do rekonstrukcji historycznych, do dewocji, do apologii paroksyzmu nacjonalistycznego, do tandetnej propagandy metodą „na rympał”. Do tego można było oglądać i słyszeć zalew wzajemnych pochlebstw i uniesień dewocyjnych w ramach towarzystwa wzajemnej adoracji podczas samej uroczystości, wiernopoddańczych adresów osób prowadzących Galę kierowanych do prezesa TVPiS („zamieniamy się w słuch”). Uroczysta Gala odbyła się w „Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych”, w siedzibie TVPiS.
Przejdźmy do samych nagród. Na przykład „Złotym Ryngrafem” w kategorii „koncert i widowisko” nagrodzono koszmarnie tandetne „Anioły Grudnia – koncert z okazji 50-lecia Grudnia 1970”, w kategorii serialu – tandetny serial Bodo Coxa „Ludzie i bogowie”, a w kategorii „Dziedzictwo świętego Jana Pawła II” koncert „Abba Ojcze. Pielgrzymi śpiewają ulubione piosenki Jana Pawła II”. Same tylko, zaprezentowane, próbki tych produkcji wołają o pomstę do nieba. Sam ekstrakt kiczu!
Co tam jednak złoto! Platynowy Ryngraf – to dopiero nagroda! Otrzymała go Halina Łabonarska za rolę jakiejś pobożnej królowej w najtandetniejszym serialu w dziejach telewizji, czyli w „Koronie królów”. Dostało go także Muzeum Powstania Warszawskiego za organizację kiczowatego, infantylnego koncertu „Warszawiacy śpiewają (nie) zakazane piosenki” (czy normalny naród czci klęskę budując jej muzeum?). Owszem, niektóre nagrody, jak pośmiertna dla reżysera Grzegorza Królikiewicza czy dla dokumentalnego filmu „Wojna światów”, można odnotować pozytywnie, ale reszta ociekała do krańców obrzydzenia narodowo-katolickim kiczem i liżydupstwem pod adresem klecholandu. W przerwach pomiędzy kolejnymi wręczeniami serwowano, jako „część artystyczną”, stare piosenki w rodzaju „Psalm stojących w kolejce”, „Obławę”, a nawet hymn Komitetu Obrony Demokracji „Kocham wolność” w wykonaniu zaprzyjaźnionych z TVPiS artystów. A raz nawet wyskoczyli na scenę rekonstruktorzy historyczni, którzy z wściekłą pasją oddali serię strzałów z broni palnej, które jednak ominęły nawet wręczających nagrody – Kurskiego i Matyszkowicza (zarząd TVPiS). Wszystko to w usztywnionej obecności grona pisowskich oficjeli z odcinka „kultury i mediów”, w tym m.in. Glińskiego Piotra.
Chciałem się dowcipnie powyzłośliwiać się nad tym żałosnym, tragikomicznym widowiskiem, nad tym festiwalem najgorszych gustów, nad tą erupcją tandety „patriotycznej”, nad tą odpustową estetyką, nad tą kąpielą w kiczu (zabrakło tylko platynowego ryngrafu dla Zenka Martyniuka, który też przecież mógłby zaśpiewać coś o „wyklętych”), ale żadne humorystyczne sformułowania, żadne zwischenrufy i prześmiewanki nie są w stanie oddać tego, co widziałem i słyszałem. Można rzec, że uczucie estetycznej zgrozy sprawiło, że dowcip zamarł mi na ustach, że nie może mi przez nie przejść. Oto PiS widzi kulturę nie jako ekspresję osobowości człowieka, jako szukanie prawdy o indywidualnym doświadczeniu egzystencjalnym, jako nieustanne stawianie pytań. Na tym ich festiwalu „kultury polskiej” nie znalazł się nawet skrawek miejsca dla najwybitniejszych polskich myślicieli i artystów, choćby dla Stanisława Brzozowskiego, Witkacego czy Witolda Gombrowicza. W pisowskiej optyce kultura to bowiem jedynie instrument, dźwignia, opakowanie służące krzewieniu samodurstwa, atmosfery narodowego samouwielbienia i bezkrytycyzmu. W ich perspektywie kultura wyobrażona jest jako jeden wielki pasztet inspirowany „duchowością” i „estetyką” śpiewanek, rymów częstochowskich, piosenek legionowych, „wyklętych” i „solidarnościowych”, jako torsje tandetnych wierszydeł patriotycznych i łzawej, czułostkowej, a przy tym dętej frazeologii.
Czy takie wyobrażenie kultury to rezultat cynizmu czy też chory skutek ich „kulturalnej samoświadomości”? Paradoksalnie – może być to jednym i drugim. Cynizm nie wyklucza głupoty i prymitywizmu, i odwrotnie – głupota i prymitywizm nie wykluczają cynizmu. Oni nie potrafią sobie wyobrazić kultury jako artystycznej ekspresji wielowątkowości doświadczenia ludzkiego, jako dialogu ze światem w całym jego skomplikowaniu, jako zmagania z wieloznacznością i wielopostaciowością egzystencji – co jest znakiem rozpoznawczym największych twórców kultury w dziejach ludzkości od tragików greckich poprzez Szekspira, Moliera, Goethego, Conrada, Kafkę, Manna, Faulknera, Gombrowicza w literaturze po twórców najnowszej generacji, czy Bergmana, Bunuela, Felliniego, Wajdę w filmie (przykłady pierwsze z brzegu). I właśnie dlatego zamieniają kulturę w parodię i karykaturę. Dla nich kultura to opakowanie dla promocji zaprzeszłych, zmurszałych „wartości”, dla uproszczonych kategorii politycznych i ideologicznych. Przypomnijmy, że określenie kicz ( z niemieckiego „kitsch” – lichota, tandeta, bubel) odnosi się nie tylko do czysto zewnętrznej jakości estetyki. Kicz jest także formą okaleczenia intelektualnego. Bo kicz, jak jest to sformułowane w jednej z definicji, to także „nadmierna łatwość przekazu, udawanie jednej rzeczy przez inną, płytka jednoznaczność i „ładność”, a w nowszej sztuce nieraz natrętna „brzydota dla brzydoty”, pozbawiona innej treści czy myśli”. Kulturę narodową tworzyli m.in. wspomniani wyżej Brzozowski, Witkacy czy Gombrowicz, bo poddawali polską rzeczywistość i jaźń krytycznej, myślowej weryfikacji, a krytycyzm jest nieodłącznym i niezbywalnym atrybutem wszelkiej kultury. Cechą prawdziwej kultury jest to, że stanowi ona ciągle nie dokończony akt twórczy, że niejednoznaczność, wątpienie są w nią organicznie wpisane. Przy czym w kulturze prawda nie oznacza obstawania przy dogmacie jedynie słusznej, „naszej” prawdy, lecz znak równości, adekwatność między rzeczywistością przeżycia czy przemyślenia a jego ekspresją, więc prawd może być wiele. Kultura, która serwuje prefabrykaty, gotowce ideologiczne i religijne, która z góry przyjmuje jedynie słuszne założenia – kulturą zwyczajnie nie jest. Nie jest nią kultura zredukowana do bezkrytycznej aprobaty dla własnej zbiorowości narodowej, do bezmyślnej aprobaty dla wszelkiej „tradycji”, bo przemienia się wtedy w swoje przeciwieństwo, czyli w propagandę. Kultura zredukowana do roli archiwum i muzeum nie jest kulturą, ale magazynem staroci. Nie jest też kulturą przekaz sprowadzony do „najnowszej historii” podanej w skrajnie tendencyjnym sosie ideologicznym. Nie jest kulturą przekaz, który skomplikowaną egzystencję człowieka redukuje do jednej cechy – bezkrytycznego „patriotyzmu” i do przynależności do stada, i który pod niebiosa wynosi nacjonalistyczny kolektywizm, a jednostkę, indywidualność, z całym jej skomplikowaniem – nie tylko ma za nic, ale traktuje ją z definicji jako wrogą i „nihilistyczną”, a co najmniej podejrzaną. Kultura wysokiej wartości, choć nie powinno się jej traktować utylitarnie, zawiera w sobie, przynajmniej teoretycznie, potencjał modernizacyjny. Pozbawiona tego atrybutu staje się zasłoną dla bezruchu bezmyślnie aprobowanej, także tej toksycznej „tradycji”.
Sprytni propagandyści potrafią często wprowadzić mniej czujnych odbiorców w błąd. Fakt, że coś, co jest podane ze sceny, z ekranu czy z kart książki ma pewne zewnętrzne podobieństwo do kultury nie oznacza, że rzeczywiście jest kulturą. Coś co zagrali aktorzy, co wydali z siebie wytwórcy słów, co wyśpiewali piosenkarze lub wymalowali malarze nie zawsze można uznać za kulturę w rdzennym tego słowa znaczeniu. Jeśli służy to krzewieniu jedynie słusznej prawdy, jedynie słusznej ideologii, jeśli jest tendencyjnie jednostronne w ocenie – kulturą nie jest, nawet jeśli jest konstruowane z tworzywa którym kultura się posługuje. Nie jest kulturą śpiewogra zredukowana do jednego przekazu – naród nasz wielki, jest, wspaniały, bohaterski, nieskazitelny i basta. Kulturą nie jest płaski przekaz, który nie uwzględnia „drugiej strony medalu”. Nie jest kulturą bezkrytyczna apologia Jana Pawła II.
Nie miałbym do inicjatorów i twórców tego festiwalu pretensji, gdyby zakroili go i nazwali – dajmy na to – „festiwalem polskiej popularnej kultury patriotycznej i religijnej”, która ma też prawo do istnienia. Byłoby to uczciwe usytuowanie treści tej imprezy we właściwym porządku rzeczy. Utożsamiając jednak czułostkowy, nacjonalistyczno-klerykalny kicz z kulturą polską jako całością, dokonali barbarzyńskiego nadużycia i prymitywnej redukcji.
Przepraszam za niejaką chaotyczność powyższych, uczynionych na gorąco uwag. Na pewno przydałoby im się więcej dyscypliny myślowej i strukturalnego uporządkowania. Jednak to, co zobaczyłem w TVPiS – nomen omen – 1 marca, wstrząsnęło mną i dlatego na gorąco spisałem powyższą garść uwag. To nie jest przemyślany esej czy uporządkowana analiza zjawiska, lecz spontaniczny krzyk zgrozy widza, który zajrzawszy do przybytku kultury, zamiast jej właśnie zaczerpnąć, wdepnął tam w szambo. Wybaczcie zatem, że ponad cyzelowanie i precyzowanie wrażeń i przemyśleń przedłożyłem „myśli nieuczesane”, przekaz prawdy odczucia. Bo tylko prawda nas wyzwala.

Flaczki tygodnia

Larum popłynęło spod szczytu jasnogórskiego. Wacław abepe Depo, jeden z książąt korporacji zwącej się „polskim kościołem katolickim”, alarm ogłosił. Diecezja częstochowska znalazła się na skraju katastrofy. W 180 „parafiach”, czyli podstawowych jednostkach organizacyjnych tej korporacji, na posterunku jest tylko jeden funkcjonariusz. Zwany tradycyjnie „księdzem”.
W 132 pozostałych jest nico lepiej, bo pracuje tam przynajmniej dwójka księży. Dlatego abepe Depo planuje zreformować podległą mu korporację. Małe parafie zostaną połączone w większe.

Reforma Depy zoptymalizuje przede wszystkim koszty utrzymania parafii, pozwoli na lepsze wykorzystanie zasobów kadrowych. Mniej parafii to mniejsza liczba organistów. Pracowników zatrudnianych na umowach śmieciowych lub za płacę minimalną. Dorabiających zwyczajowo przygrywaniem w czasie ślubów i pogrzebów.
Niestety w czasach pandemii liczba ślubów, zwłaszcza wystawnych, gwałtownie zmalała. Co spowodowało spadek zamówień na przygrywki organowe. Po co płacić dla uciechy rodziny, której i tak nigdy się nie zadowoli?
Wzrosła za to liczba pogrzebów, co mogłoby polepszyć los organistów. Ale dziś pogrzeby organizowane są w trybie pandemicznym, z ograniczonym gronem żałobników. I działa taki sam mechanizm rynkowy jak w przypadku ślubów. Czasy są trudne, rodziny zmarłych też optymalizują koszty ceremonii. W Polsce najłatwiej oszczędza się na kulturze.
W efekcie grupa zawodowa organistów radykalizuje się. Podobno wielu z nich w przedwyborczych sondażach wskazuje na Partię „Razem”.

Inaczej jest z księżowskimi gospodyniami. Te zwyczajowo pracują quasi społecznie, zwykle w ramach indywidualnych umów barterowych. Wbrew obiegowym opiniom zjawisko „praca za seks” nie jest tam zjawiskiem powszechnym. Być może dlatego, że większość funkcjonariuszy tej korporacji to osoby o orientacji homoseksualnej, zwykle przyjaźnie i bezinteresownie nastawione do kobiet pracujących.
Jednak łączenie kilku małych parafii w jedną i dużą skutkować może zwolnieniami powstałej tak nadwyżki gospodyń. A także dodatkowymi obciążeniami gospodyń, zobowiązanych do obsługi dużych parafii. To kolejne pole do działania dla lewicy socjalnej.

Reforma abepe Depy sprawiteż, że wiele obcych budynków kościelnych będzie rzadziej wykorzystanych, a niektóre okażą się zbędne. Koszty ich utrzymania mogą być zbyt wysokie. Wyższe niż zyski korporacji z ogromnego, posiadanego majątku. Nawet coroczne miliardowe dopłaty z Unii Europejskiej do kościelnych ziemskich latyfundiów mogą nie starczać na stale rosnące wydatki.
Dlatego część dotychczasowych budynków kościołów zapewne zmieni swe funkcje. Przestaną być domami modlitw, chrzcin, ślubów i pogrzebów. Staną się Instytutami Myśli Jana Pawła II-go, placówkami muzealnymi, filiami Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Finansowanymi rzecz jasna z budżetu państwa polskiego. Znane z zachodniej Europy przypadki sprzedaży budynków kościołów i zamiany ich w instytucje kultury lub szołbiznesu w Polsce raczej się nie wydarzą.

„Kadry decydują o wszystkim”, mawiał kiedyś Józef /Stalin, diakon kościoła prawosławnego w młodości. Abepe Depo zgadza się z klasykiem zamordystycznego zarządzania i też ten problem wskazuje jak główny powód swych reform.
Otóż polski kościół kat. dołączył do grona korporacji, których działalność ograniczają braki kadrowe. Zwyczajnie brak mu ludzi do pracy. Dowodem tego są jednoosobowe parafie, gdzie byle choroba księdza paraliżuje całą działalność.
Zasoby kadrowe kościoła są płytkie i bez nadziei na szybką poprawę.Świadczą o tym gołe liczby. W 2020 roku zmarło 21 księży z częstochowskiej diecezji. W podległym jej seminarium, miejscu szkolenia nowych funkcjonariuszy, uczy się 23 kleryków. Niestety nauka trwa cztery lata i tylko czwórka z nich może rozpocząć pracę w tym roku.
Dodatkowo, o czym abepe Depo nie wspomniał, w korporacji kościelnej widać poważne zachwianie w proporcjach pracujących. Więcej jest celebrujących na górze hierarchów niż pracujących na dole proboszczów i wikarych.
Niepokojąco też rosną różnice w ich płacach i warunkach życia. Hierarchowie mieszkają w pałacach, poruszają się limuzynami. Stać ich na pijaństwa i seksualne orgie. Proboszczowie i wikariusze zdani są na internetowe rozrywki i łaskę wiernych.
A grono wiernych gwałtownie maleje. Nie tylko z powodów i rygorów pandemicznych. Wielu dotychczasowych klientów tej, świadczącej usługi zbawienia wiecznego, korporacji woli komunikować się z bogiem bez pośrednika. Kosztownego, kłopotliwego i jednoznacznie zdefiniowanego politycznie.

Słuchając raportu abepe Depo możemy zrozumieć też dlaczego polski kościół kat. tak silnie broni swych pedofilii .Gdyby państwowe organy śledcze i prokuratorskie uczciwie walczyłyby z kościelną pedofilią, to abepe Depo musiałby zlikwidować zapewne jedną trzecią ze swych parafii.

Każda inna korporacja w przypadkach takiego głodu pracowników skorzystałaby z migrantów. Jednak abepe Depo nie zatrudni Ukrainek jak podobni mu prezesi. Mógłby sięgnąć po księży z Azji albo Afryki. Ale „ciapaty” lub czarnoskóry ksiądz kłóciłby się z narodowo- katolicką wizją PiS popieraną przez kościół abepe Depo.

Zatem pozostają mu w odwodzie jedynie Wojska Obrony Terytorialnej. Niechże pan minister Błaszczak powoła ich do obrony Jasnej Góry. Ubierze w sutanny i komże. Zresztą wielu z nich do mszy już służyło, poradzą sobie. I tak kościół PiS znów zwycięży!

Poza tym w Polsce tragiczne żniwno zbierała zaraza. Pan prezydent Duda spędzał radośnie czas na stokach narciarskich. Rządząca prawica od rana do nocy żarła się ze sobą. A władze Instytutu Pamięci Narodowej mianowało niedawnego neofaszystę na dyrektora swego wrocławskiego oddziału.

Na Polskę spadły dwie katastrofy. Zaraza i rządy PiS. Fatalne rządy PiS czynią życie w czasach zarazy jeszcze bardziej nieznośnym.

Na posag Kurskiego?

Dlaczego ludzie lewicy mają płacić za publiczne obrażanie ich w TVP i Polskim Radiu?
Będzie drożej. Nowy rok wita nas serią nowych podatków i podwyżką starych. Wśród nich abonamentu radiowo- telewizyjnego. Podatek ten ma umożliwić realizację „misji publicznej” telewizji TVP SA i Polskiego Radia.
Nie publiczne
Za czasów rządów PO-PSL związani z nimi prezesi TVP i Polskiego Radia starali się jeszcze zachować pozory „publiczności” TVP i Polskiego Radia zachowując niektóre „misyjne” programy, lub prezentować je w nieatrakcyjnych dla reklamodawców godzinach. Tak było z publicystyką kulturalną, polityczną, teatrem radiowym i telewizyjnym, audycjami dokumentalnymi.
Po przejęciu TVP przez elity PiS programy „misyjne” zostały skanalizowane w niszowych TVP Kultura i TVP Historia. A potem radykalnie ograniczone. Dwa najbardziej popularne publiczne kanały TVP 1 i TVP 2, mają teraz ofertę programową wypraną z audycji „misyjnych”. W istocie nie są już mediami „publicznymi” w sensie ustawy o radiofonii i telewizji, tylko telewizjami i radiami o komercyjnych ofertach programowych posiadanymi przez państwo polskie.
Pora zadać pytanie:
Dlaczego obywatele naszego państwa mają płacić podatek na media publiczne skoro te media już publicznymi nie są?
Dlaczego podatnicy polscy mają płacić na Teatr Telewizji, którego roczne premiery można policzyć na palcach jednej ręki?
A kiedy już taką premierę mamy szczęście w TVP Kultura zobaczyć, to przed i po audycji, otrzymujemy obowiązkowy blok reklam, z którego dowiadujemy się, że „sponsorem teatru” były znana spółka skarbu państwa i firmy farmaceutyczne.
Zatem za co opłacający abonament radiowo- telewizyjny obywatele płacą?
Za koszty niszowej, zanikającej „misji kulturalno – oświatowej” czy kolejnego małżeństwa pana prezesa Kurskiego?
Propagandowe rządowe
Zarządzający TVP i Polskim Radiem nie kryją już, że tworzą prorządowe tuby propagandowe PiS. Media prawicowe. Narodowo- katolickie.
Uzasadniają taką swą działalność koniecznością zapewnienia „pluralizmu mediów” w naszym państwie. Twierdzą, że skoro największe media komercyjne, jak telewizja TVN, radia Zet i TOK FM, portale Onet i WP mówią głosem opozycji politycznej, to dla konieczności istnienia równowagi na rynku medialnym przez TVP i Polskie Radio musi przemawiać rząd, elity PiS i prezydent RP.
Niestety nie jest to prawdziwy pluralizm mediów. I równowaga na rynku medialnym. Przecież komercyjne „opozycyjne” media utrzymują się tylko z prezentowanych reklam, zaś „rządowe” TVP i Polskie Radio z powszechnego abonamentu, reklam, i ostatnio jeszcze dodatkowych miliardowych dotacji.
Łatwo zauważyć, że media rządowe są przez obowiązkowy abonament i dotacje faworyzowane.
Nie też mowy o równym statusie na rynku reklam. Tu też media rządowe mają uprzywilejowaną pozycję, bo pozyskują reklamy spółek skarbu państwa.
Najbardziej na tak konstruowanym „pluralizmie” cierpią ludzie o lewicowych poglądach w naszym kraju. „Opozycyjne” media komercyjne sprzyjają liberalnej Platformie Obywatelskiej. Czasem pokażą parlamentarzystów lewicy. Ale lewicowych publicystów, ekspertów już nie. Nie prezentują też te „opozycyjne” media lewicowych programów i punktów widzenia. Lewicowej historii, kultury, wydarzeń artystycznych.
Rządowe, prawicowe, narodowo- katolickie TVP i Polskie Radio pokazują, na zasadzie listków figowych, lewicowych parlamentarzystów. Poza nimi w swych audycjach zwalczają wszystko co lewicowe i z lewica im się kojarzy. Kłamią stale i obrażają ludzi lewicy.
Pora zadać pytanie:
Czy za taki „pluralizm” mediów, za taką ofertą programową TVP i Polskiego Radia, ludzie o lewicowych poglądach mają podatek płacić?
Czy mają utrzymywać tych, którzy ich regularnie obrażają i plugawią wartości lewicowe ?
Rządowe TVP i Polskie Radio są tak obecnie źle zarządzane, że nie potrafią już utrzymać się tylko z abonamentu i pozyskiwanych reklam. Potrzebują dodatkowego, corocznego wsparcia w wysokości 2 miliardów złotych.
Pieniądze te pochodzą z budżetu państwa polskiego, czyli naszych podatków.
To oznacza, wszyscy obywatele naszego państwa muszą płacić dwa przymusowe podatki na media służące tylko jednej partii politycznej.
Warto przypomnieć, że w kampanii wyborczej w 2015 roku opozycyjny wtedy PiS obiecywał rozwiązać problem niepopularnego i nieefektywnego już abonamentu radiowo- telewizyjnego.
PS. Wedle „Wiadomości” TVP najbardziej doniosłym wydarzeniem na świecie był sylwester TVP w Ostródzie.
A ostatni atak na waszyngtoński Kapitol skomentowano w TVP Info : „Zamieszki na Kapitolu. Część demonstrantów zaczęła zachowywać się na sali obrad jak polska opozycja”.

Bożena Ostródzka Pierwsza

Nigdy nie grałem koncertu w Sylwestra, choć zawsze chciałem. Nie dlatego, że tak bardzo kocham życie na scenie w „ten wyjątkowy dzień”. Chciałem, bo to okazja, żeby z nielubianej, uświadomionej konieczności, uczynić źródło zarobkowania. A nie grałem, bo mój pryncypał z zespołu nie pozwala grać w Sylwestra, pomny przykrych doświadczeń z przeszłości, kiedy to na jednym z bankietów „Jaś” nie doczekał dwunastej.

Było to dawno i już dziś prawie nieprawda, bo rzecz działa się w zatęchłych i odległych latach dziewięćdziesiątych, kiedy nikt nawet nie śnił o Sylwestrze z Dwójką, Trójką czy Polsatem. Grupa na K. otrzymała płatny angaż do grania do kotleta na jednym sylwestrowych balów w lokalu stołecznym. A że chłopacy mieli mocne trzewia i mniej lat, jeden z kolegów przeszarżował, błędnie oceniając swoje możliwości, w związku z czym spał pijany za wzmacniaczem, od czasu do czasu podnosząc głowę i blekocąc: „Ale chłopaki, ja chcę grać”, po czym dalej zasypiał. Od tamtego momentu grupa na K. nie zagrała żadnego koncertu sylwestrowego, mimo że można by za ten jeden taki wieczór, lub raptem, kilka piosenek, nie robić nic przez cały miesiąc. Ja, na ten przykład, Sylwestra nie lubię i nie kultywuję. Marnotrawię więc ten czas, choć mógłbym wówczas zarabiać, a nie tępo gapić się w telewizję, z jednej strony zazdroszcząc zarobków innym kolegom, z drugiej jednak dziękując losowi, że kolejny rok, uchronił mnie przed byciem częścią większej całości, która pachnie straszną naftaliną. Bo ja, jak śpiewał ongiś zespół Green Day, chcę być w mniejszości, a nie w waszej moralnej większości. Za taką większość zawsze dziękuję, choć, nie przeczę, z niejakim bólem dupy, kiedy patrzę na stan konta, ale niezależność zawsze ma swoją cenę. Zazwyczaj wyrażoną w gotówce.

Nie znam więc uczucia, jak to jest zagrać w Sylwestra dla milionów Polaków przed telewizorami. Znam uczucie, jak to jest zagrać dla miliona ludzi pod sceną, i jeśli jest to choć w marnym procencie taki sam high jak ten z graniem dla telewizji, to gratuluję wykonawcom. Znam również, pobieżnie, ale znam, stan bazy noclegowej w powiatowym mieście Ostróda. Tak się składa, że tegoroczny Sylwester odbywał się właśnie tam. Ongiś, razem z grupą na V. grałem na festiwalu ska i reggae w Ostródzie. Nie tym dużym, w lato, tylko takim pomniejszym, na początku roku, w styczniu albo lutym. Z racji tego, że imprezy nie obsługiwało TVP ani nawet lokalna odnoga z Olsztyna, tylko kilkoro zapaleńców i miłośników muzyki jamajskiej, kapele które przyjechały, rozłożono po ostródzkich hostelach i pensjonatach, żeby było taniej. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce do jednego z takich przybytków, przywitał nas w sztok pijany recepcjonista. Dwoiło mu się w oczach, nie mógł doliczyć się miejsc, które dla kogo, kto z kim, więc po ok. 10 minutach walki z materią obrócił się przy kontuarze za siebie i donośnie zawołał: „Bożena…Bożena! Chodź tu, ja się na tym nie rozeznaję, trzeba coś tu szybko pozmieniać, bo się nam grajki nie pomieszczą!”. Ostatecznie, rzeczywiście, część z nas została przeniesiona do innego pensjonatu, parę domów dalej, ale strach by pomyśleć, co by było, gdyby zabrakło wtedy Bożeny.

Na przełomie lat 2020/21, w noc sylwestrową, podobna opowiastka mogłaby się stać udziałem samego Thomasa Andresa, Heleny Vondrackowej czy Marcina Millera. Na szczęście na straży był Jacek Kurski, który, gdy tylko dowiedział się o grożącym artystom niebezpieczeństwie, zadziałał, niczym Deus ex machina, i prawo dopasował szybciej, niż prezydent narty. Szło bowiem o to, że z powodu braku możliwości prowadzenia działalności hotelarskiej, część artystów może wylądować na mrozie. Przynajmniej oficjalnie. Wraże media tylko czekają, żeby wytknąć TVP i rządowi taką niedoróbkę. W pierwotnej noweli o „narodowej kwarantannie” zapisano bowiem wyjątek od zakazu przebywania w hotelach dla osób współpracujących z rozgłośniami radiowymi i stacjami telewizyjnymi posiadającymi koncesję na nadawanie. I niby wszystko wydawało się spoko, gdyby nie to, że złośliwi zaczęli poszczekiwać, że TVP jest nadawcą publicznym i nie ma na nadawanie żadnej koncesji. Niejeden w takim wypadku pił by do rana, rwał włosy z głowy, ale nie Jacek Kurski. On, najzwyczajniej w świecie zadzwonił do premiera, a ten w trybie ultra-ekspresowym wprowadził nowelę noweli i zmienił zapis. Od dziś obowiązuje więc prawo w którym stoi że, poprawka oprócz „nadawców posiadających koncesję” uwzględnia też „jednostki publicznej radiofonii i telewizji”, o których nie było mowy we wcześniejszej wersji. Przyznacie Państwo, genialne w swojej prostocie. Prawnicy mają jednak wątpliwości, czy to, co zapisano na chybcika w ustawie, jest już wytrychem prawnym, pogwałceniem obyczaju, zwykłą kazuistyką, czy może przykładem na to, jak w Polsce tworzy się dziś najbardziej nieudolne prawo pod konkretnego człowieka. Milczy rzecznik rządu. Milczy prezes. Milczy Jacek Kurski. Nie zamilkną za to sylwestrowi artyści. Duch i ciało potrzebują strawy. A ja sam doskonale wiem, jak ciężko w Ostródzie o pokój. Hotelowy, ma się rozumieć.

Telewizyjna mowa nienawiści

Najnowszy raport Reporterów bez Granic pokazuje, jak absolutnie jednostronna jest TVP w tegorocznej kampanii prezydenckiej w Polsce.
Zdaniem organizacji Reporterzy bez Granic, telewizja publiczna szerzy mowę nienawiści podczas kampanii prezydenckiej. TVP nie pełni też misji publicznej, bo działa otwarcie w roli rzecznika rządu i prezydenta Andrzeja Dudy, który ubiega się o reelekcję.
Według Reporterów bez Granic (Reporters Without Borders, RWB) Telewizja Polska przedstawia prezydenta Andrzeja Dudę w samych superlatywach, a z kolei Rafał Trzaskowski „znajduje się na liście największych wrogów konserwatywnej i patriotycznej Polski”. TVP ma też przedstawiać żądania społeczności LGBT jako „największe zagrożenie”. Organizacja reporterów zwraca również uwagę na nierówny dostęp kandydatów do mediów publicznych i brak pluralistycznej kampanii wyborczej.Debata prezydencka, którą TVP transmitowała 17 czerwca, dała wyraźne wrażenie bezpośredniej interwencji politycznej w decyzje redakcyjne – stwierdzono w stanowisku RSF. – Większość pytań została przygotowana specjalnie dla ultrakonserwatywnego i nacjonalistycznego kandydata rządu, koncentrując się na takich tematach, jak małżeństwa homoseksualne, edukacja religijna i relokacja uchodźców – wskazano.
Przypomniano także, że usunięto internetową sondę TVP Info, przeprowadzoną na Twitterze, w której zdecydowanym zwycięzcą był Rafał Trzaskowski. Jako powód podano rzekomy atak „strumienia 600 botów”.
Pięć skarg zostało wniesionych do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Zarzucono w nich o między innymi, że prezydent Duda znał pytania moderatora. „Rząd nie ma się jednak czego obawiać, ponieważ Rada słynie z niemożności obrony niezależności publicznych nadawców” – ocenili Reporterzy bez Granic.
Jako dowód braku pełnienia misji publicznej przez TVP wymieniono również pozew sądowy, który dotyczył materiału w „Wiadomościach” (stwierdzono w nim m.in., że Rafał Trzaskowski „reprezentuje interesy potężnego zagranicznego lobby”, ponieważ rzekomo „wspierał ściąganie do Polski nielegalnych imigrantów” oraz „nie chciał bronić Polaków przed kłamliwymi oskarżeniami o współudział w Holokauście”).
RWB zarzuciła także TVP mowę nienawiści, tę samą, która „pojawia się w wypowiedziach przedstawicieli obecnych polskich władz”. Jako przykład podano emisję dokumentu „Inwazja” o społeczności LGBT w Polsce.

– Zamiast służyć interesowi publicznemu, TVP służy rządowi i zamiast zwalczać dezinformację, nadaje ją – komentuje dyrektor ds. regionu Unii Europejskiej i Bałkanów w RSF Pavol Szalai.
Jak ocenia organizacja Reporterzy Bez Granic, systematyczne nadużywanie w Polsce telewizji publicznej przez rządzących pokazuje, że kwestia wolności mediów w Polsce powinna jak najszybciej zostać włączona w procedurę art. 7 unijnego traktatu i powinna doprowadzić do nałożenia na Polskę sankcji za łamanie unijnej praworządności. Wezwano też polski rząd do przywrócenia władzy i niezależności KRRiT w zgodzie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z 2016 roku.
W tegorocznym rankingu wolności prasy według Reporterów bez Granic, Polska znalazła się na 62. pozycji (na 180), o kolejne trzy miejsca niżej niż przed rokiem. W komentarzu RWB zwrócono uwagę, że „podejmowane przez obecny rząd próby kontroli systemu wymiaru sprawiedliwości zaczynają mieć wpływ na wolność wypowiedzi w niezależnych mediach”.
PiS-owska telewizja „publiczna” oczywiście nie odniosła się merytorycznie do zarzutów Reporterów Bez Granic. To zrozumiałe, bo trudno przecież odeprzeć zarzut, iż TVP jest tubą propagandową PiS i otwarcie prowadzi kampanię na rzecz reelekcji Andrzeja Dudy.
W swoim krótkim oświadczeniu kierownictwo TVP stwierdziło więc tylko, że stanowisko organizacji Reporterzy Bez Granic ma charakter polityczny, wpisuje się w kampanię kandydata Platformy Obywatelskiej, Rafała Trzaskowskiego i jest niczym innym jak zewnętrzną ingerencją w demokratyczny proces wyborczy.
Warto zauważyć, że tym razem szefowie TVP już nie powtórzyli swoich żartobliwych uwag, o „niezależności dziennikarzy TVP”.
Spośród organizacji dziennikarskich, Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które wcześniej często krytykowało raporty RWB na temat wolności mediów w Polsce, tym razem nie odniosło się do stanowiska Reporterów Bez Granic, uważając zapewne, że w obliczu tak oczywistych faktów najlepiej zachować milczenie. Natomiast Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej podkreśliło, że ocena RWB jest rzeczowa i konkretna. SDRP w większości ją popiera – i także stwierdza, że TVP, a szczególnie TVP Info propagują mowę nienawiści.

Szczurze gniazdo

Nie oglądałem wczorajszej debaty wyborczej, bo miałem akurat próbę z kapelą. Gdybym był w domu, to i tak bym jej nie oglądał. Nie mam złudzeń co do posiadanej przez klasę polityczną klasy. Z niewielkimi wyjątkami. Ale co do misji TVP, wątpliwości nie mam jeszcze większych. Ich misja to emisja.

Jakby komuś było mało, Rada Etyki Mediów, o ile media mogą mieć w tym kraju jeszcze jakąś etykę, wydała ostrzeżenie, że debata prezydencka w TVP może nie być bezstronna. Choćby z tego powodu, że istnieje poważne domniemanie, że jeden z kandydatów może znać wcześniej pytania, którymi pozostali będą zaskakiwani. Jak się doda do tego ostatnie dane telemetryczne za maj, podług których w telewizyjnej jedynce, dwójce, lokalnej trójce i TVP Info, politycy PiS wypełniali antenę przez 86 godzin, a prezydent Andrzej przez 20 godzin bez 40 sekund, w czasie gdy Platforma dostała godzin 25 a jej ówczesna kandydatka MK-B, godzinę i pół, obrazek zaczyna być dość klarowny. TVP to już nie telewizja narodowa. Nawet nie rządowa. To już klasyczna telewizja partyjna.

86 godzin samego PiS-u plus 20 godzin Andrzeja Dudy daje łącznie w maju ponad 106 godzin jadu i żółci na ekranie. 106 godzin to prawie 4 i pół dnia z nocą. Przez 4 dni w miesiącu, telewizje państwowe pokazywały tylko PiS i prezydenta Andrzeja. Platformę przez jeden dzień. Gdyby się przyjrzeć wydźwiękowi i komentarzom byłoby jeszcze ciekawiej. O innych partiach i kandydatach przez szacunek nie warto w ogóle wspominać. Może więc rację ma Rafał Trzaskowski mówiąc, że trzeba rozwiązać tę całą instytucję w cholerę. Budynki sprzedać na komercyjne biura, majątek zlicytować i rozdać biednym. Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, gdy się ma w pamięci liczby czasu pracy pisowskiej telewizji na pisowskim pasku, każe się z Trzaskowskim zgodzić. Ta instytucja jest do cna przeniknięta przez geniusz Jarosława. W większości jednak ludzie tam pracujący, ci, których znamy z ekranu, to oportuniści, którzy, w razie wygranej Trzaskowskiego i porażki PiS-u, zaczną zmieniać front, lub przesiądą się z państwowej do prywatnej szalupy. Ostatnie personalne połowy Polsatu dość jasno pokazują, w która stronę masztu wieje wiatr od Ostrobramskiej. Zygmunt Solorz wyraźnie daje do zrozumienia, że z władzą chce żyć w zgodzie, zwłaszcza jak się ma kulę u nogi w postaci elektrowni na węgiel brunatny w Koninie, z którego to węgla świat rozumny rezygnuje. Tak czy inaczej, kto odpowie, co z tym szczurzym gniazdem zrobić, jak już będzie można się doń dobrać, a że będzie można, sondaże najnowsze nie pozostawiają wątpliwości.

Rozpieprzyć w drybizgi można zawsze. Istnieje jednak obawa, że jak będzie się lać do urynału cały zepsuty zacier, trochę dobrego z samego dna się zmarnuje i będzie szkoda. Jeśli więc nie likwidować, to zachować. Tylko na jakich zasadach i po co? Ongiś pracowałem w pewnej studenckiej stacji radiowej notowanej w ogólnopolskich listach i pomiarach słuchalności. Pracowałem to złe słowo, bo za pracę otrzymuje się wynagrodzenie. Na etacie zatrudniony był redaktor naczelny, żona redaktora naczelnego i pracownik techniczny. Być może ktoś z sekretariatu dostawał jeszcze jakieś pieniądze, ale tego nie wiem. Wiem natomiast, że nikt z autorów programów i prowadzących pieniędzy nie otrzymywał, bo taka była zasada. Że w studenckim radiu pracują studenci, którzy chcą nauczyć się zawodu. Ja studentem nie byłem już ani jeszcze. Kiedy program mi hulał, zapraszałem doń gwiazdy szołbiznesu i nauki, poszedłem do naczelnego i powiedziałem, że dobrze by było, gdybym dostawał za swój czas jakieś wynagrodzenie, choćby minimalne, na zwroty za benzynę. Ten uśmiechnął się wówczas ciepło i wskazał na drzwi. Można by więc, przy zachowaniu odpowiedniej proporcji, potraktować część majątku ruchomego i nieruchomego TVP, jako szkołę dla robienia telewizji i dziennikarstwa dla tych wszystkich, którzy chcą się tego podjąć. Próby na dobrym sprzęcie, za państwowe, dużo mniejsze niż dziś, pieniądze. Całą resztę, która do czegokolwiek się jeszcze nada, należałoby odkurzyć ze złogów kaczyzmu i zacząć nań robić prawdziwą telewizję państwową dla obywatela; z ambitnym kinem, ambitną muzyką, teatrem, koncertami, poważnymi debatami, wysublimowaną rozrywką; słowem-tym wszystkim, czego nie ma dziś w żadnej telewizji, ni komercyjnej ni państwowej. Bo oprócz nazw i nomenklatur, zarówno telewizja prywatna jak i państwowa są u nas jak najbardziej komercyjne. TVP ściga się z resztą na przychód reklamowy etc. choć nie daje widzowi niczego więcej, niż konkurenci, dla których sensem działania, z natury rzeczy, jest maksymalizacja zysków. Klasyczna, podręcznikowa zasada konwergencji, gdy gospodarki krajów socjalistycznych upodabniały się do gospodarek kapitalistycznych. Po co więc pozwalać na te sztuczne różnice, skoro czy coś jest państwowej czy prywatne, działa dokładnie tak samo. Kiedy się więc podzieli TVP na pion szkoleniowo-warsztatowy i pion merytoryczno-programowy, resztę majątku winno się wyprzedać i przeznaczyć na działalność bieżącą. A jak się kasa z tegoż skończy, zawsze można wrócić do tego co było. Albo zlikwidować, tak jak chce Trzaskowski.

Polska liga eksportowa

Takiego efektu pandemii koronawirusa chyba nikt się nie spodziewał. Tuż przed restartem rozgrywek spółka zarządzająca rozgrywkami PKO Ekstraklasy sprzedała prawa do transmisji meczów nadawcom w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Danii, Szwecji, Norwegii i Izraelu.

W normalnych czasach nasza piłkarska ekstraklasa na takim zainteresowaniem się nie cieszy, co zważywszy na jej niską pozycję w rankingu ligowym UEFA i brak w ostatnich latach polskich drużyn w fazie grupowej europejskich pucharów, nie powinno nawet dziwić. Ale w sytuacji gdy od blisko trzech miesięcy piłkarskie rozgrywki niemal wszędzie wstrzymano, nadawcy telewizyjni potrzebują pilnie świeżego piłkarskiego towaru, bo widzom już przejadły się powtórki i programy publicystyczne. Dlatego gotowi byli transmitować spotkania ligi białoruskiej, która nie zważając na pandemię rozpoczęła w marcu sezon (gra systemem wiosna-jesień), a nawet kompletnie już niszowej ekstraklasy Wysp Owczych. Dlatego z taką nadzieją spoglądano na niemiecka Bundesligę, bo to pierwsza z pięciu najsilniejszych lig europejskich, która odważyła się na restart rozgrywek. Ich śladem podążyło kilka innych krajów, w tym Polska, gdzie mimo władze zdecydowały się na „odmrożenie sportu” i wydały zgodę na wznowienie rozgrywek ligowych.
Wszystkie kluby PKO Ekstraklasy i I ligi spełniły wymogi i po mniej więcej trzech tygodniach treningów grupowych w najbliższy weekend przystąpią do rywalizacji. Jak będą wyglądały te mecze, trudno przewidzieć. To znaczy – w sensie przekazu telewizyjnego nie będą w niczym odbiegać pewnie od tego, co widzimy oglądając spotkania w Bundeslidze, ale czy będą stały na choćby minimalnie przyzwoitym poziomie sportowym, to dopiero się przekonamy. Miejmy nadzieję, że piłkarze zatrudniani przez nasze ligowe kluby nie będą grać jak podczas sparingów. Tym razem ich boiskowych popisów nie będą oglądać jedynie nazbyt dla nich wyrozumiali polscy kibice, lecz także widzowie w kilkunastu europejskich krajach.
W Wielkiej Brytanii i Irlandii po dwa mecze z każdej kolejki w bieżącym sezonie PKO BP Ekstraklasy będą pokazywane w bezpłatnej stacji Free Sports, należącej do spółki Premier Media Sarl, które jest także właścicielem płatnego kanału Premier Sports oraz sieci pubów w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Kanadzie. Mecze polskiej ekstraklasy piłkarskiej będą w tych krajach dostępne z angielskim komentarzem.
Z kolei w Danii prawa do pokazywania 50 meczów PKO BP Ekstraklasy w bieżącym sezonie, z możliwością transmisji nawet wszystkich 88 pozostałych do rozegrania, wykupiła agencja Spring Media, mająca możliwość transmitowania spotkań polskiej ligi także w Szwecji i Norwegii. Na norweskim rynku skorzysta z pośrednictwa największego serwisu streamingowego Direktesport. W Izraelu natomiast po dwa mecze polskiej ekstraklasy z każdej kolejki w tym i kolejnym sezonie będą transmitowane na kanałach stacji Sport 1, Sport 1 HD i Sport 2.
Ekstraklasa SA dokonała też korekty w umowie licencyjnej ze spółką Sportdigital, obowiązującą w sezonach 2019/2020 oraz 2020/2021, zwiększając do 40 liczbę transmitowanych meczów w każdym z tych sezonów na terenie Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Będzie też mieć prawo do pokazania wybranych meczów na kanałach Eurosport z kilkudniowym opóźnieniem.
Ten niesłychany wzrost zainteresowanie polską ligą jest głównie zasługą zapowiadanego juz w najbliższy weekend restary. PKO Ekstraklasa wznowi rozgrywki przerwane przez wybuch epidemii koronawirusa jako jedna z pierwszych w Europie. Licząc wszystkie zawarte dotąd umowy mecze naszej najwyższej ligi rozgrywkowej w tym sezonie będą pokazywane w co najmniej 16 krajach.
Nie wszystkie to skutek pandemii. W połowie ubiegłego roku Ekstraklasa SA sprzedała prawa do transmisji prowadzonych przez siebie rozgrywek do siedmiu krajów bałkańskich, ale to nie jedyny kierunek ekspansji – spółka rozwija też własną platformę streamingową Ekstraklasa.tv, w której można na całym świecie, oczywiście z wyjątkiem Polski i wspomnianych siedmiu krajów bałkańskich objętych wyłącznymi umowami licencyjnymi, oglądać wszystkie mecze PKO BP Ekstraklasy w abonamentach miesięcznych i na cały sezon. Spółka udostępniła też aplikację mobilną Ekstraklasa.TV na Androidzie, co dodatkowo poszerzyło dostępność jej oferty streamingowej. Na świecie użytkowników urządzeń działających w oparciu o ten system wciąż przybywa, więc spółka spodziewa się znaczącego wzrostu pobrań aplikacji Ekstraklasa.TV, odtworzeń bezpłatnych skrótów oraz subskrypcji wśród osób zainteresowanych oglądaniem rozgrywek na żywo. Ekstraklasa SA szykuje też aplikacje pozwalające na korzystanie z platformy streamingowej w ramach Apple TV oraz Smart.TV.
Na terenie Polski prawo do pokazywania wszystkich meczów PKO Ekstraklasy ma Canal+ oraz Telewizja Polska, która wykupiła prawo do transmitowania jednego wybranego spotkania w każdej ligowej kolejce.
Restart rozgrywek zaplanowano w najbliższy weekend. Do rozegrania pozostały cztery kolejki rundy zasadniczej oraz siedem kolejek w fazie play off. Przerwany przez pandemię sezon ma się zakończyć do 19 lipca.
Prezes PZPN Zbigniew Boniek usiłuje przekonać premiera Mateusza Morawieckiego i ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, żeby zgodzili się na wpuszczenie na mecze limitowanej liczby widzów – do 999 w każdym spotkaniu, bo tyle osób na otwartych obiektach to nie jest jeszcze w myśl obowiązujących przepisów impreza masowa. „Skoro mogę iść do parku, kościoła i marketu, to czemu nie mógłbym pójść na stadion, skoro grają? PZPN przygotował specjalny program i zasady, według których postępowałyby kluby. To nasza idea, jeśli rząd zaakceptuje pomysł, dokończymy rozgrywki z kibicami – przekonuje w rozmowie z „PS” Boniek. i Konkretyzuje: „Skoro odmrażamy galerie handlowe, zakłady kosmetyczne, fryzjerskie, restauracje, ogrody i parki, to wydaje mi się, że można zacząć powoli myśleć także o meczach i stadionach. Ale oczywiście jako o imprezach niemasowych, z maksymalną liczbą 999 widzów. Przy mądrym zarządzaniu i przestrzeganiu wszystkich wymogów, które w czwartek przedstawiłem panu premierowi Morawieckiemu, dałoby się to zrobić. Stadiony mogłyby być zapełnione maksymalnie w 20 procentach, ale liczba widzów nie mogłaby przekroczyć 999 osób. Byłoby miejsce i dla sponsorów, i fanów, z zachowaniem wszelkiej ostrożności, odległości i dbałości o bezpieczeństwo. Bylibyśmy chyba pierwszym krajem na świecie, który coś takiego by zrobił”.
Na razie pomysł krąży po ministerialnych biurkach i czeka na lepszy moment. W tej chwili raczej nie zostanie rozpatrzony pozytywnie, ale za kilka tygodni prośba może zostać wysłuchana.