Raport z pisowskiego „jądra ciemności”

Lektura „TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego jest pasjonująca, choć wywołuje wrażenie przerażające i przygnębiające. Publiczna instytucja utrzymywana z podatków wszystkich obywateli, dostała się w ręce ludzi o zachowaniach mogących budzić skojarzenia z praktykami gangsterskimi, ludzi bezwzględnie służących interesom jednej, dziś rządzącej partii, brutalnie zwalczających jej przeciwników i krytyków.

Autor, to były dziennikarz TVP i do odejścia z niej – szef redakcji reportażu, zwraca uwagę, że za wszystkich dotychczasowych rządów miało miejsce zjawisko wywierania nacisku na niektóre segmenty bloku informacyjno-publicystycznego.
W szczególności wszystkie ekipy rządzące próbowały mieć wpływ na „Wiadomości”, flagową audycję informacyjną telewizyjnej Jedynki. „Próbowały”, to właściwe słowo, bo nie zawsze ten nacisk w pełni się udawał, a też i siła nacisku zależała od determinacji danej ekipy. Jednak nawet za pierwszego rządu PiS (2005-2007), te próby i te naciski były limitowane zarówno jego koalicyjnym charakterem, jak i faktem, że układ sił w Zarządzie TVP uwzględniał w pewnym stopniu pluralizm polityczny. Dziś TVP sterowana jest ręcznie przez funkcjonariusza PiS jawnie zależnego od prezesa partii i nawet tej zależności nie próbującego skrywać. Jeśli przyjąć na serio, że „hipokryzja to hołd jaki występek składa cnocie”, to prezes TVP owego hołdu nie składa, bo jest mu ona – cnota, czyli w tym akurat rozumieniu: przyzwoitość – obca i nie waha się, by to, z ostentacyjnym cynizmem, demonstrować.
Mariusz Kowalewski napisał reportaż ze środka tego – pożal się Boże – „jądra ciemności”. Do TVP przyszedł w roku 2016, już za rządów PiS. „Ktoś dziś zapyta, czy nie przeszkadzało mi to, że, że trafiłem do TVP w roku 2016, kiedy większość dziennikarzy tam pracujących została albo wyrzucona, albo zmuszona do odejścia” – napisał we wstępie Kowalewski.
Nie mam do tej kwestii stosunku postronnego, zewnętrznego. Należę do drugiej z wymienionych kategorii. Byłem wśród dziennikarzy TVP, którzy zostali „zmuszeni do odejścia”, co w moim przypadku stało się z końcem 2016 roku. Nie mam jednak problemu z tamtą decyzją autora. Nie mam też problemu z faktem, że nie odszedł sam, lecz został usunięty. Okoliczności życiowe i ocena sytuacji popychają nas czasem do decyzji, których żałujemy, ale jeśli potrafimy wycofać się ze złej sprawy lub jeśli uczestnictwo w niej odkupimy sensownym czynem, to bardzo dobrze. Gdyby Mariusz Kowalewski znajdował się tak jak ja, jako obce, szeregowe ciało dziennikarskie „gorszego sortu”, dalece poza jakimikolwiek kręgami decyzyjnymi w TVP, nie mógłby napisać tej książki.
Odbieram ją jako w pełni wiarygodną. Będąc nawet tylko szeregowym dziennikarzem Ośrodka Mediów Interaktywnych TVP, zajmującym się głównie Teatrem Telewizji, od początku roku 2016 „przez skórę” czułem narastające napięcie w Firmie, atmosferę strachu i niepewności, To się czuło coraz bardziej w relacjach międzyludzkich, w postępującej wzajemnej izolacji, zniechęceniu, to się widziało nawet w spojrzeniach ludzi przemykających korytarzami budynków przy ulicy Woronicza, gdzie pracowałem. A przecież od gmachu przy Placu Powstańców Warszawy, gdzie mieści się epicentrum pisowskiego przemysłu kłamstwa nienawiści i pogardy dzieliło nas, przy Woronicza, kilkanaście minut jazdy metrem.
Dreszczowiec czyli polowania Jacka Kurskiego
Choć zahaczyłem swoją obecnością w TVP o część czasu, o którym napisał Kowalewski, to czytałem „TVPropagandę” jak thriller, dreszczowiec, który rozgrywał się pod moim nosem, „za ścianą”. W formule reportażu i relacji indywidualnej prowadzi nas autor korytarzami i labiryntami gmachów przy Woronicza i Placu Powstańców Warszawy, opisuje sploty zdarzeń i personaliów, ukazuje ten nieustannie gotujący się kocioł interesów, lęków, emocji. Zwięźle, ale sugestywnie portretuje sylwetki części uczestników tych zdarzeń. I niczym ów „wybuch bomby atomowej”, którym ma rozpoczynać się film sensacyjny, a potem napięcie ma rosnąć, o którym mówił Alfred Hitchcock, pojawia się na wstępie zastępca koordynatora służb specjalnych Maciej Wąsik w roli nader dwuznacznej z punktu widzenia społecznej roli i wolności mediów publicznych, jako spiritus movens zwolnienia Kowalewskiego.
Tak ostro rozpocząwszy, pozwala autor na chwilę ochłonąć czytelnikowi, ukazując w kolejnym rozdziale „Świat TVP”, „krótki kurs anatomii” Firmy, także w aspekcie strukturalno-lokalowym. W kolejnych rozdziałach („Wojna o Plac” i „”Kto jest kim na Placu”) ukazuje walki frakcyjne w PiS o wpływy w TVP, w tym główny front między Jackiem Kurskim a jego adwersarzami z Rady Mediów Narodowych, Krzysztofem Czabańskim i Joanną Lichocką oraz portretuje szereg figur z pisowskiego aparatu propagandowego (m.in. Jacek Kurski, Marzena Paczuska, Dawid Wildstein, Samuel Pereira, Michał Rachoń, Jarosław Olechowski czy przyboczny Kurskiego i „szara eminencja” Paweł Gajewski).
Wielu innym postaciom poświęcone są wzmianki krótkie, ale istotne jak n.p. o Mariuszu Pilisie, od stycznia do sierpnia 2016 roku dyrektorowi TAI, autorze „czarnej listy” dziennikarzy zatrudnionych w przeszłości z poręki obecnych partii opozycyjnych czyli inspiratorze czystek, które zaczęły się w połowie 2016 roku. Personalia są zresztą jedną z najmocniejszych stron tej książki, która jest nimi „naszpikowana” jak smakowitymi rodzynkami. Kowalewski opisał też działanie kierownictwa TVP jako „zarządzanie poprzez strach” i porównał pracę na Placu do „chodzenia po polu minowym”.
„Trzeba uważać niemal na wszystko. Na to jak jesteś ubrany, co mówisz, jakich zapraszasz gości czy jaki robisz materiał” – napisał.
Nawiasem mówiąc, uderzające jest to, że pracując z dala i od Placu i od epicentrum zdarzeń, na obrzeżu, odnosiłem podobne wrażenia.Ta zbieżność odczuć z dwóch kompletnie odmiennych punktów widzenia świadczy, że to o czym napisał Kowalewski niewątpliwie jest „na rzeczy”. Autor „TVPropaganda” napisał też o „wojnach Jacka Kurskiego”, które prezes prowadzi na dwóch frontach. Pierwszy z tych frontów jest zewnętrzny – to walka z wszystkimi krytykami i wrogami PiS, w tym także mocno groteskowe wojny z firmą „Nielsen” zajmującą się pomiarami oglądalności czy dronowa z Tomaszem Lisem. Front zewnętrzny skierowany jest przeciwko Radzie Mediów Narodowych i jej szefowi Krzysztofowi Czabańskiem oraz przedstawicielowi nielubianego środowiska „Gazety Polskiej” Michałowi Rachoniowi, a także kilku innym prawicowym dziennikarzom, m.in. Dorocie Kani czy Witoldowi Gadowskiemu. Nie mniej zażarta wojna toczy się w pewnym oddaleniu od klasycznej „tele-wizji” czyli w portalu TVP Info. Tam Kurski sprzymierzył się z frakcjami Joachima Brudzińskiego i radiomaryjną Antoniego Macierewicza, co powodowało nieustanne tarcia. Istotnym figurami stali się tu szef TAI od 2017 roku Klaudiusz Pobudzin czy szef portalu (po „zczyszczeniu” umiarkowanego Dominika Zdorta) Samuel Pereira, jedna z najbardziej antypatycznych postaci, uważany za inspiratora intrygi medialnej przeciwko lekarzom-rezydentom, w tym szczególnie jednej z protestujących lekarek. Jako narzędzie i ostatecznie w tej sprawie (zawieszenie i w konsekwencji odejście TVP) wykorzystany został świeży wtedy nabytek na Placu, fanatycznie prawicowy, młody, początkujący adept dziennikarstwa Ziemowit Kossakowski. Obecnie jest on kucharzem i to on najmocniej poczuł na własnej skórze, czym kończy się krańcowa nadgorliwość w służbie partii.
„Paski grozy”, „jointy” i służby specjalne
Dotykam z konieczności tylko niektórych z bardzo licznych wątków podjętych przez Kowalewskiego. Wspomnę tylko o zauważonych przez niego powiązaniach Placu ze służbami specjalnymi („przecieki ze służb”), o „czarnej liści gości”, czyli kogo nie należy zapraszać do programów TVP, o „indeksie czasopism zakazanych”, „paskach grozy” ich nadinspiratorze Krystianie Kuczkowskim („niczym gospodarz domu Anioł z serialu „Alternatywy”), o aferze z prześladowcą prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, terroreporterem (określenie moje – KL) Łukaszem Sitkiem, o nieustannej karuzeli na kierowniczych stanowiskach i wielu innych sprawach. Niektóre wątki, jak n.p. ten o tym „jak Naczelnik przyjeżdża na Plac”, czy o groteskowym pseudo-awansie Tadeusza Płużańskiego z szefa redakcji reportażu i publicystki do TVP Historia, podane są z lekką nutką cokolwiek czarnego humoru. Czytelnicy zainteresowani także innymi wątkami niż te ściśle związane z polityka propagandową obozu władzy znajdą w książce także wątek „marihuanowy” („Jointy na placu”) oraz mocno „paździerzowy” obraz tej instytucji na poziomie bieżącej logistyki i funkcjonowania w zakresie organizacji pracy, m.in. w obrazie przebiegu tworzenia przez Kowalewskiego redakcji reportażu.
„TVPropaganda” Mariusza Kowalewskiego nie jest pełnym kompendium wiedzy o TVP pod rządami PiS, ani pełnym obrazem mechanizmów nią rządzących, bo autor opisał tylko to czego sam doświadczył, co widział lub co bezpośrednio zasłyszał. Mimo to jest to lektura wprost pasjonująca, którą czyta się jednym tchem, a chwilami z tchem zapartym, jak dobry thriller, także dlatego że jest znakomicie i przejrzyście napisana. To kawał dobrego reportażu. Niepotrzebnie się więc autor, na początku i na końcu książki, sumituje i posypuje głowę popiołem że pracował w pisowskiej telewizji, bo pisząc „TVPropagandę” zrobił kawał dobrej roboty. I wyznam szczerze, że mam nadzieję, iż Mariusz Kowalewski zgromadził więcej materiału niż ten, który zawarł w swojej książce. I że za jakiś czas będzie można sięgnąć po sequel „TVPropaganda 2”. Sięgnąłbym po niego z czytelniczym apetytem.
Mariusz Kowalewski – „TVPropaganda. Za kulisami TVP”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str. 160, ISBN 978-83-66095-20-5

Bigos tygodniowy

„Mnie jest tak nieprzyjemnie, tak bardzo nieprzyjemnie” – że znów posłużę się frazą Grynszpana z „Ziemi Obiecanej” – ale muszę zacytować Jewgienija Szestakowa z „Rossijskoj Gaziety” o zapowiedzianej nieobecności Dudy Andrzeja na styczniowej konferencji w Jerozolimie, którą Izrael przyjął z ulgą: „Przywódca kraju, którego w państwie żydowskim nieoficjalnie uważa się za współuczestnika Holocaustu, nie miał moralnego prawa znajdować się wśród przywódców państw wyzwalających więźniów obozów koncentracyjnych. W jakiejkolwiek paralelnej rzeczywistości istniałby pan Duda, jak bardzo by kipieli oburzeniem polscy politycy niezadowoleni z tego, że kolejny raz pokazano im prawdę, trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty. A one potwierdzają, że znaczna część społeczeństwa polskiego bezpośrednio uczestniczyła w zagładzie Żydów.”(…) Byli Polacy, który ratowali Żydów, ale to kropla w morzu, a na każdego biorącego w zagładzie ludności żydowskiej niemieckiego oprawcę przypadało 10-15 dobrowolnych pomocników spośród miejscowych mieszkańców”.
Szestakow dodał też, że „Polacy obojętnie patrzyli, jak w warszawskim getcie ludzie umierali z głodu, dobrze się bawili, kiedy Niemcy tłumili żydowskie powstanie…”. Nie mam żadnej satysfakcji z cytowania w tej sprawie „Rossijskoj Gaziety”, ale ona ma rację pisząc, że „trudno spierać się z tym, co mówią dokumenty” . „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”, to była garstka.
Znacznie większa rzesza Polaków cieszyła się, że „Żydki się smażą” („Wielki Tydzień” Andrzeja Wajdy według powieści Jerzego Andrzejewskiego), a największa masa Polaków była kompletnie obojętna, tą obojętnością, którą określa się jako wrogą. I dlatego Duda byłby w Jerozolimie haniebnym dysonansem. I nic tu do rzeczy nie mają winy Rosji i ZSRR w stosunku do Polski. To zupełnie inny temat.
Teraz mówimy o polskim, masowym antysemityzmie. „Sprawiedliwych” były setki, „Lipskich” były tysiące. Przyznajmy się do tego wreszcież, porzućmy to klasyczne, tradycyjne, samodurne, megalomańskie polskie samozakłamanie, w którym tkwimy od dziesięcioleci, a tym największym polskim kłamstwie XX wieku.
Już wiele lat temu doszedłem do wniosku, że Polacy (oczywiście nie wszyscy) są być może najbardziej samozakłamanym narodem w Europie, a na pewno jednym z najbardziej samo zakłamanych. Za jedną z przyczyn tego uważam wpływ mentalny religii rzymsko-katolicką, w tym szczególnie dawny jezuityzm.

Pisowska nagonka na marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego rozkręca się na całego. Reporterroryzm osiąga stan paroksyzmu. Ziobro grozi mu Trybunałem Stanu.
Już od dawna uważam, że ta władza ma cechy przypominające działania zorganizowanej grupy przestępczej.

Z okazji kolejnej Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dedykuję ćwierćinteligentowi ze stopniem profesora uniwersytetu i w randze wicepremiera-ministra kultury, słowa Jurka Owsiaka: „Ogromny szacunek dla twórczości Olgi widoczny jest w księgarniach (…) Ale minister kultury, człowiek utrzymujący się z naszych pieniędzy, do dziś nie złożył jej żadnych prawdziwych gratulacji.
Bo wszystkie te pierdoły o tym, że zaprasza pan do siebie panią Tokarczuk w dogodnym dla niej terminie – te słowa sprawiają, że dla mnie jest pan, panie ministrze, smarkaczem. Zwykłym podwórkowym smarkaczem”.

Marsz Tysiąca Tóg przekształcił się w liczący około trzydziestu tysięcy marsz społeczny. Na decyzje PiS to nie wpłynie, ale było potrzebne dla efektu demonstracji. Tymczasem Komisja Europejska zaapelowała o wstrzymanie się z pracami nad projektem zmian m.in. w Prawie o ustroju sądów powszechnych i ustawie o Sądzie Najwyższym do czasu przeprowadzenia niezbędnych konsultacji.
Poza tym ma wezwać do wstrzymania działalności przez pisowską Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Tymczasem goszcząca w Warszawie Komisja Wenecka zamiast zaproszenia przez któregoś z liderów obozu władzy dostała zaproszenie do Muzeum Wyklętych, tego przy ulicy Rakowieckiej.
To był taki złośliwy żarcik niejakiego Warchoła. Wiceministra sprawiedliwości. Naprawdę! Choć prawdę mówiąc, czy z NIMI warto rozmawiać. Toż to całkowicie bezpłodne?

Syndrom Sitka, czyli terroreporterka TVPiS kwitnie w najlepsze. Ostatnio ofiarą ekipy rządowej propagandowej telewizji szturmowej stał się Karol Radziszewski z Centrum Sztuki „Zamek Ujazdowski”, autor wystawy „Potęga sekretów”. Chodzą za nim nawet pod toaletę i zaglądają do talerza w restauracji. Szczęśliwie uniknął oberwania w łeb kamerą Kłeczka. Przyzwala na to nowy dyrektor CSW, pisowski mianowaniec, ideolog prawolski, niejaki Bernatowicz. Wystawa Radziszewskiego do tego stopnia boli władzę i terroreporterów z TVPiS, że była nawet tematem ostatniego „Warto rozmawiać” Pospieszalskiego, więc wszystko wskazuje na to, że byli to jego terroreporterzy.
To nie wszystko terroreporter TVPiS Kłeczek znalazł się w pobliżu dyrektorki gabinetu marszałka Senatu. Działający wraz z nim anonimowy terroroperator uderzył ją kamerą w głowę. Doznała wstrząsu mózgu i znalazła się w szpitalu. Marszałek Grodzki wezwał do powstrzymania tych szaleńców z TVPInfo. Generał Jaruzelski powiedział 13 grudnia 1981: „Szaleńcom trzeba skrępować ręce, zanim wtrącą ojczyznę w otchłań bratobójczej walki”. Nic dodać, nic ująć.
A w dniu WOŚP, TVPiS przechodziła samą siebie, a sitko-kłeczki uprawiały hejt przeciw zamordowanemu prezydentowi Gdański i przeciwko Orkiestrze. Z kolei żulnalista Ziemkiewicz odpowiedzialnością za mord obarczył organizatorów WOŚP.

A tymczasem pojawiły się nowe fakty w sprawie zabójcy Pawła Adamowicza, Stefana W. Pośpiesznie zrobiono z niego niepoczytalnego.
Tymczasem okazuje się, że starannie i z premedytacją przygotowywał się do zabójstwa. Tak pisał do kolegi z mamra: „Kupiłem sobie noże, fajne, taktyczne, myśliwskie i gazy pieprzowe. I se chodzę uzbrojony po zęby. (…) Zrobili ze mnie więźnia politycznego, torturowali, truli, teraz będzie rozpierdol. Jebać wszystkich złodziei, niech żyje Prawo i Sprawiedliwość”.

A Duduś Adrianek, Dewocik, Pierwszy Ministrant RP, Narcyzek znów jeździ po kraju i jak zwykle onanizuje się swoją funkcją.
Co rusz powtarza z komicznym namaszczeniem: „ja jako prezydent Rzeczypospolitej”, „ja jako głowa państwa”. Toż to istna beczka śmiechu.

Z historii prasy. W ukazującej się od 1631 roku „Gazette de France”, założonej przez kardynała Richelieu (tego z „Trzech muszkieterów” Dumasa), w numerze który powstał po 14 lipca 1798, nie było nawet wzmianki o szturmie i zdobyciu Bastylii. Pisowskie media w swojej wybiórczości żywo przypominają tamtą „Gazette de France”.

Legia odzyskała tron

W 19. kolejce prowadząca Pogoń Szczecin nieoczekiwanie przegrała z ostatnią w tabeli Wisłą Kraków 0:1, z czego skorzystała Legia Warszawa, która u siebie pokonała Wisłę Płock 3:1 i odzyskała pierwsze miejsce. Dwie bramki dla stołecznej drużyny zdobył Jarosław Niezgoda, który z 13 golami przewodzi w klasyfikacji strzelców.

W tym sezonie Legia objęła prowadzenie w ekstraklasie po raz drugi. Poprzednim razem legioniści wyskoczyli na czoło na początku listopada, ale pozycję lidera utrzymali tylko przez jedną kolejkę, a stracili ją po porażce w Szczecinie z Pogonią. W tym sezonie Legia jest już szóstym liderem rozgrywek. Oprócz niej i Pogoni, na szczycie ligowej tabeli plasowały się jeszcze zespoły Jagiellonii Białystok, Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Wisły Płock.

Na finiszu jesiennej części ligowego sezonu wyniki stołecznego zespołu mogą budzić uznanie. W ostatnich 10rozegranych meczach, wliczając w to spotkania w Pucharze Polski, legioniści odnieśli dziewięć zwycięstw, strzelając 31 goli i tracąc zaledwie sześć. A już w swoim mateczniku na Łazienkowskiej podopieczni trenera Aleksandra Vukovicia stali się postrachem dla rywali. W minioną sobotę przekonali się o tym także płocczanie, którzy tylko swojej nadzwyczajnej waleczności w defensywie zawdzięczają, że przegrali tylko 1:3.

Silni w ofensywie

Legia obecnie wyraźnie przewyższa inne zespoły skutecznością. Mając w składzie tak skutecznych w ofensywie graczy, jak lider klasyfikacji strzelców Jarosław Niezgoda, Gwinejczyk Jose Kante, Paweł Wszołek i Brazylijczyk Luquinhas, wspomaganych przez Portugalczyków Andre Martinsa i Cafu oraz Chorwata Domagoja Antolicia, legioniści w 19 kolejkach strzelili już 39 goli, a dla porównania drugi pod względem skuteczności zespół Lecha Poznań jedynie 32, a trzecie Zagłębie Lubin tylko 29.
Niezgoda opuszczał w sobotę boisko na Łazienkowskiej przy owacjach na stojąco. Niewykluczone, że było to jego pożegnanie ze stołeczna publicznością, bo w ostatniej tegorocznej kolejce stołeczny zespół zagra w Lubinie z Zagłębie, a wiele wskazuje, że w przerwie zimowej Niezgoda odejdzie z Legii. Co prawda ten 24-letni napastnik w publicznych wypowiedziach zapewniał, że „nie ma parcia na transfer”, ale takie deklaracje nie mają większego znaczenia, jeśli do klubu wpłynie atrakcyjna finansowo oferta. Jak kwota mogłaby skusić właściciela Legii Dariusza Mioduskiego do wydania zgody na transfer najskuteczniejszego gracza zespołu? Na pewno nie niższa niż pięć milionów euro.

A skoro już o transferach mowa, Legia ma w kadrze jeszcze dwóch graczy budzących zainteresowanie zagranicznych klubów. Mowa o 20-letnim bramkarzu Radosławie Majeckim oraz 18-letnim lewym obrońcy Michale Karbowniku. Za całą trójkę, licząc z Niezgodą, warszawski klub życzy sobie łącznie nie mniej niż 20 milionów euro.

Kwota robi wrażenia, ale na tle europejskiej średniej już taka wygórowana się nie wydaje. Wiadomo, że Legia, chociaż z polskich klubów dysponuje najwyższym budżetem, także musi w swoim budżecie uwzględniać przychody z transferów. Zwłaszcza jeśli nie zarabia odpowiednio dużych pieniędzy w europejskich pucharach. A z tym, jak wiadomo, wszystkie polskie zespoły klubowe od kilku sezonów mają poważny kłopot.

Bogata liga, ale słaba

Efekty tej pucharowej mizerii widać w najnowszym rankingu UEFA lig europejskich, w którym PKO Ekstraklasa spadła już na 32. miejsce. Nic dziwnego, że polska liga jest tak nisko, skoro w tym sezonie po raz trzeci z rzędu żadna nasza drużyna nie zakwalifikował się fazy grupowej europejskich pucharów. Cracovia odpadła w kwalifikacjach Ligi Europy już w lipcu, a Piast Gliwice i Lechia Gdańsk pożegnały się z rozgrywkami 1 sierpnia. Najdłużej walczyła Legia, lecz w IV rundzie nie sprostała Glasgow Rangers (0:0 i 0:1).

Nasza rodzima ekstraklasa wyprzedza już tylko ligi takich krajów, jak Liechtenstein, Luksemburg, Litwa, Armenia, Estonia czy Łotwa, a zdołały ją wyprzedzić z pewnością nie bardziej od niej zamożne ligi m. in. Bułgarii, Białorusi, Azerbejdżanu, Słowacji czy Słowenii.

Słabnąca pozycja PKO Ekstraklasy w Europie może dziwić, bo przecież z roku na rok nasza najwyższa liga rozgrywkowa ma coraz więcej pieniędzy. W 2919 roku zarobiła o 60 procent więcej niż rok wcześniej. Jej przychody sięgają 300 milionów złotych rocznie, co daje jej ósme miejsce w Europie.

Finansową pomyślność zapewnia klubom ekstraklasy podpisana rok temu umowa na sprzedaż praw telewizyjnych, za które Canal+ i TVP zapłaciły rekordową kwotę 250 mln złotych rocznie. Dodatkowym efektem komercyjnym, ważnym dla sponsorów i reklamodawców, jest wzrost oglądalności o 30 procent dzięki transmisjom spotkań w ogólnodostępnej TVP 2. To główny powód obecności na liście sponsorów spółek z udziałem Skarbu Państwa, jak Lotto, Bank PKO BP czy PKN Orlen. Na współpracy z nimi ekstraklasa zyskuje 30 milionów złotych rocznie i dochody z tego tytułu będą rosły.

Problemem są niesforni kibice

Oprócz słabości sportowej ekstraklasa ma jeszcze poważny problem z kibicami. Komisja Ligi po 18. kolejce ukarała z powodu niezgodnego z regulaminem rozgrywek i porządkiem prawnym zachowania fanów Legię, Śląsk i Lecha. Na warszawski klub za wybryki jego kibiców we Wrocławiu nałożono najmniejszą karę, bo tylko 5 tys. złotych grzywny oraz zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na jeden mecz ekstraklasy. Zdecydowanie surowiej ukarano gospodarza spotkania, czyli Śląsk, który musi zapłacić za pirotechniczne wygłupy swoich fanów grzywnę w wysokości 40 tys. złotych, a dodatkowo na klub nałożono zakaz wyjazdu zorganizowanej grupy kibiców na trzy mecze ekstraklasy (24. kolejka z Zagłębiem Lubin, 26. kolejka z Jagiellonią Białystok oraz 28. kolejka z Arką Gdynia). Dodatkowo nałożono karę zakazu wejścia na dwa mecze we Wrocławiu dla wszystkich osób, które w trakcie meczu z Legią znajdowały się na trybunie B. Kara ta jest zawieszona na pół roku.

Nie przeszkodziło to jednak wojewodzie dolnośląskiemu zamknąć stadion na jeden mecz, akurat w 19. kolejce, gdy do Wrocławia przyjechał Lech Poznań. A może właśnie dlatego, że Śląsk grał z Lechem, którego Komisja Ligi także z powodu zachowaniem kibiców w meczu z ŁKS Łódź ukarała grzywną w wysokości 40 tys. złotych.

 

Niech jedzą ciastka

Przeczytałem raport pokontrolny Państwowej Inspekcji Handlowej z wizyty w sklepach, którego skutkiem było kilkadziesiąt doniesień o niedopełnieniu należytej staranności przez producentów żywności, a w konsekwencji, pokaźna liczba mandatów karnych. I dobrze. Jak się ludzi tnie na jedzeniu, to trzeba bić oszustów po kieszeni.

Gorzej, kiedy mandat za zepsute ciastka nie uchroni mnie przed salmonellą.

Inspektorzy wzięli pod lupę produkty oferowane luzem, głównie pieczywo i głęboko mrożone ryby oraz skorupiaki. Ponad 60 proc. skontrolowanej żywności wzbudziło zastrzeżenia. Ciasta i ciastka miały w sobie strzępki pleśni, a te, reklamowane jako „domowe” – emulgatory, barwniki i polepszacze. Ryby nie miały pełnego opisu i zaznaczonego kraju pochodzenia. Dorsz nie zawsze był dorszem atlantyckim a krewetka tygrysia, krewetką królewską. Niby głupie głupoty, detale, życia nie odbiorą, ale uprzykrzyć mogą…

Nie oglądałem debaty prawyborczej w PO, bo i nie było sensu. Wynik starcia jest z góry przesądzony. Wybierają elektorzy na posiedzeniu Rady Krajowej, a nie członkowie partii. Gdyby wybierali wszyscy, byłoby ciekawiej, a tak, nuda. Jak w polskim filmie. Takie prawybory-nieprawybory. Żeby potem ludzie nie gadali. Jakież to polskie i dobrze znane.

Pod tym względem dużo bardziej podoba mi się postawa narodowców (nie sądziłem, że to kiedykolwiek to powiem). Wybierają zarejestrowani sympatycy, trochę jak w Ameryce. Inna sprawa, jak na polskiej ziemi wyjdzie im tych głosów zliczanie i czy nie będzie manipulacji, bo jak rozróżnić, czy ktoś jest sympatykiem prawdziwym czy malowanym. Tak czy inaczej, chłopcy i dziewczęta od Korwina i Winnickiego przynajmniej udają, jak ciastka na wagę w polskich sklepach, że na czymś im zależy. Platforma nie ma już nawet siły udawać. Grzegorz Schetyna nawet specjalnie nie kryje, że walczy nie o prezydenturę dla swojego kandydata, co o życie w partii dla samego siebie. Zastanawia mnie, czy gdyby, tak jak w Konfederacji, pozwolić sympatykom Platformy głosować w prawyborach, ktokolwiek z ulicy oddałby głos? Czy PO ma w ogóle jeszcze jakichś sympatyków?

Nie obejrzałem też przemówienia Olgi Tokarczuk w państwowej telewizji, podobnie jak Państwo. Telewizja publiczna, utrzymywana z pieniędzy podatnika, w swojej miałkości i małości postanowiła, że literacka Nagroda Nobla dla polskiego literata nie jest wystarczającym powodem, żeby pokazać je rodakom. Myślałem tak na początku. Później doczytałem, że to Szwedzi z Komitetu Noblowskiego mogli się nie zgodzić, żeby w ogóle transmitować coś do tej czy innej stacji, choć oczywiście, w większości polskich mediów, na stronach internetowych, można było prześledzić całą uroczystość na bieżąco. Ale nie na stronie TVP. We wtorek ma odbyć się ceremonia wręczenia Nagrody Nobla. Wszystko wskazuje na to, że Telewizja Polska również nie podejmie się pokazania tegoż na swoich antenach, choć bardziej doniosłego momentu trudno w historii ostatniej, polskiej pięciolatki, się doszukać. Naprawdę, nie sądziłem, że w ludziach może drzemać tyle zacietrzewienia.

Przekonałem się na własnej skórze, że milionowy tłum na festiwalu PolandRock to niewystarczające audytorium w oczach TVP, aby można było pokazać je Polsce i Polakom na żywo, ale już Sylwester i finałowy koncert z Zenkiem i Marylą-jak najbardziej. Chyba więc akcja z Tokarczuk nie powinna mnie dziwić. Ale jednak, mimo wszystko, dziwi i dziwić nie przestanie.

W otoczeniu niebezpiecznych kobiet

Z reżyserem WITOLDEM ORZECHOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W 1980 roku nakręcił Pan film kinowy „Wyrok śmierci”. Pamiętam, że mijałem wtedy Pana ekipę kręcącą przed katedrą w Lublinie…
To była wiosna 1980 roku. Kręciłem nie tylko w Lublinie. Akcja rozgrywała się także w renesansowej scenerii Zamościa.

Tematyką tego filmu o tematyce okupacyjnej złamał Pan wtedy tabu panujące wokół konspiracji niepodległościowej. Na ogół pokazywano jej heroiczne strony, a Pan zrobił film o komandzie polskiego podziemia, wykonującego wyroki na kolaborantach…
Tak. Dopiero wiele lat później, ostatnio nawet, ukazała się wspomnieniowa książka Stefana Dębskiego, który jako młody człowiek wykonywał za okupacji takie wyroki. Przypłacił to ciężkim poczuciem winy, które dręczyło go aż do śmierci samobójczej w podeszłym wieku. „Wyrok śmierci” miał pecha. Jego premiera przypadła na jesień 1980 roku. Nikt wtedy nie miał głowy do kina. Cały naród pasjonował się świeżo rozpoczętą epopeją „Solidarności”. Mimo to film zgromadził aż milion widzów. Ilu by zgromadził w innych, bardziej sprzyjających okolicznościach?

To jest film mroczny, realistyczny, fragmentami naturalistyczny. Mimo to widać na ekranie pewna plastyczność, malarskość. Jest tam też wątek erotyczny z udziałem niebezpiecznej kobiety….
Kobiety zawsze mnie fascynowały i nie wyobrażam sobie realizacji filmowej czy telewizyjnej bez ekscytującego pierwiastka kobiecego.

W Pana realizacjach reżyserskich, filmowych i telewizyjnych widać dużą wyobraźnię plastyczną, dekoracyjność Czy to efekt studiów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych?
Może tak, a może odwrotnie? Może dlatego wybrałem te studia, że miałem pewien talent plastyczny? Nie ukończyłem ich zresztą. Zwrócił bowiem na mnie uwagę malarz profesor Jerzy Mierzejewski z warszawskiej ASP. To on doradził mi, by przenieść się do łódzkiej szkoły filmowej. Powiedział, że to będzie mój żywioł. Na studiach w Łodzi zaznałem prawdziwej, troskliwej opieki artystycznej i ludzkiej ze strony naszych pedagogów. Po studiach trafiłem do zespołu filmowego. Te zespoły to był wspaniały wynalazek. Można się było w nich rozwijać, a jednocześnie było się pod opieką mistrzów.

W Polsce tylko w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w produkcji telewizyjnej dużą rolę odgrywała literatura…
Oczywiście. Proszę sobie przypomnieć ile było ekranizacji w oparciu o klasykę i literaturę współczesną. Była bowiem publiczność – inteligencja, niewielka liczbowo, ale wykształcona humanistycznie. Była świetnym odbiorcą takiego kina. Dziś ludzi z cenzusem wyższego wykształcenia jest znacznie więcej, ale ich poziom jest ogólnie niższy. Brak jest w powszechnej skali ogłady kulturowej, humanistycznej. Brak umiejętności cytowania z zasobów artystycznych. Potem wzięto rozbrat z literaturą. Na Zachodzie, w tym w USA, gdzie spędziłem 10 lat, bardzo się ją ceni jako tworzywo dla scenariuszy. Tam studenci szkół artystycznych, nie tylko filmowych uczeni są adaptowania literatury. Nie wiem już kiedy ostatnio dokonano w polskim kinie ekranizacji wybitnej literatury. Wtedy powstało także wiele filmów telewizyjnych w oparciu o wysokiej klasy literaturę. Przypomnę choćby cykl „Opowieści niezwykłe”, a także półgodzinnych czy średniometrażowe filmów o rozmaitej tematyce, obyczajowej, historycznej, społecznej.

Realizowano je według prozy takich pisarzy, jak Stefan Żeromski „Pavoncello” „Pieśń triumfującej miłości”), Bolesław Prus („Antek”, „Kamizelka”, „Katarynka”), Henryk Sienkiewicz ( „Hania”), Józef Korzeniowski „Narożna kamienica”, Henryk Rzewuski („Ja gorę”), Fiodor Dostojewski („Mąż pod łóżkiem”), Edgar Allan Poe („Beczka Amontillado), Stanisław Grabiński („Ślepy tor”), Stanisław Lem („Przekładaniec”), Teodor Parnicki i wielu, wielu innych. Dlaczego wtedy sięgano tak często po literaturę tak dawną, często XIX-wieczną?
Poza powodem, o którym wspomniałem wcześniej, czyli istnieniem chłonnej na to, wykształconej publiczności, był także inny. Polityczny. Realizowanie tematów współczesnych było trudne z powodów cenzuralnych. Cenzorzy od razu węszyli jakieś treści nieprawomyślne. Doszukiwali się aluzji w byle czym. Na tle dwóch kwestii: Związku Radzieckiego, sojuszy, partii i ustrój była bardzo przeczulona. Jeśli się tego nie tykało, można było mówić w zasadzie o wszystkim. Problem polegał na tym, że na punkcie tych tematów cenzura była bardzo przeczulona.

Pan także wniósł swój wkład w artystyczny w film telewizyjny. Zrealizował Pan dwa, od czasu do czasu emitowane w ramach powtórek, fabularne filmy średniometrażowe…
Tak. „Drogę w świetle księżyca” z 1971 roku według noweli Ambrose’a Bierce i „Jej powrót” z 1975 roku, według opowiadania Josepha Conrada.

Były klasycznym przykładem ówczesnej produkcji, pięknie stylizowanej, wyrafinowanej. Skąd taki wybór?
Bardzo cenię twórczość Conrada, ale zrealizowanie którejś z morskich powieści wydało mi się trudne z powodów logistycznych. Pokazałem więc Conrada innego, mało znanego, bez tematyki marynistycznej. Pisał też utwory z dziedziny zupełnie „lądowej” prozy psychologicznej. „Jej powrót” to historia miłości, zazdrości, romansu i zdrady małżeńskiej. Z piękną parą – Beatą Tyszkiewicz, moją ówczesną żoną i Jerzym Zelnikiem. Starałem się, aby film był stylowy, z ciekawym motywem muzycznym, swingowym pod tytułem „Crazy people”.

Wcześniej nakręcił Pan wspomniany film według opowiadania z gatunku fantastyki, stylizowany horror „Droga w świetle księżyca”…
Zafascynowało mnie to opowiadanie. Atmosfera tajemniczości, stary dwór szlachecki, ponure tajemnice rodzinne, w tle sprawy narodowe, wątek kryminalny, morderstwo, szaleństwo – słowem pakiet atrakcyjnych wątków. Opowiadanie jest amerykańskie, pochodzi z XIX wieku. Spolszczyłem je, nadałem mu polski koloryt tamtej epoki.
Później zrealizował Pan kilka spektakli Teatru Telewizji…
Zrobiłem wystawne dwuczęściowe widowisko „Pamela”, z akcją w Stanach Zjednoczonych lat czterdziestych. Pamiętam, że w „Osaczonym” z 1976 roku, według Michela Careya, kapitalną rolę zagrał Roman Wilhelmi, który świetnie parodiował Marlona Brando jako Don Vita Corleone w „Ojcu chrzestnym”. W 1980 roku zrealizowałem też spektakl „Pacjent” według Stefana Otwinowskiego.

Zanim przyszedł Pan do TVP, zaczął Pan jako grafik…
Pracowałem jako grafik w prasie. W TVP pracowałem jako reżyser, i robiłem scenografię do swoich własnych realizacji w Teatrze Telewizji. To dziś niewiarygodne, jak ogromnymi środkami produkcyjnymi dysponowała wtedy telewizja. W 1978 roku zrobiłem na przykład duże, dwuczęściowe widowisko kryminalne „Pamela”, z wielkim budżetem i rozmachem. Dziś raczej by to było nie do pomyślenia. Akcja rozgrywała się w USA, w latach czterdziestych. Trzeba więc było ściągnąć amerykańskie auta z tamtych czasów, zrobić odpowiednią, kosztowną scenografię. Dziś nie robi się filmów i widowisk kostiumowych także dlatego, że to drogo kosztuje. Niestety stan wojenny przerwał moją działalność w TVP. Nie tylko moją zresztą.

W latach 1984-1994 był Pan w Stanach Zjednoczonych. Co Pan wyniósł z tego pobytu w sferze zawodowej?
Miałem możliwość obserwowania systemu producenckiego w tym kraju. Zaowocowało to po powrocie. Mogłem zająć się działalnością producencką.

W 2016 roku ukończył Pan realizację filmu „Kobiety bez wstydu”. Film miał premierę, ale chyba z przyczyn dystrybucyjnych nie jest łatwo go obejrzeć. Jak zachęciłby Pan do tego potencjalnych widzów?
Obdarzony magnetycznym wpływem na płeć piękną Piotr rzuca pracę kelnera w Wiedniu i w rodzinnym Krakowie otwiera praktykę psychoanalityka. Nie ważne, że brak mu kwalifikacji i doświadczenia. Jego gabinet „tylko dla pań” co dzień pęka w szwach, a jego sypialnia przeżywa prawdziwe oblężenie. Kobiety z rozkoszą zdradzają mu swe najbardziej intymne sekrety, a on daje się wciągnąć nie tylko w zawiłości ich umysłów i serc, ale także w całkiem realne życiowe perypetie. I znów okaże się, że zakochane kobiety potrafią być równie czarujące, co niebezpieczne. No i w rolach głównych takie aktorki jak Anna Dereszowska, Ewa Kasprzyk, Weronika Książkiewicz, Joanna Liszowska.
Dziękuję za rozmowę.

Witold Orzechowski – ur. 3 października 1941 w Łodzi, reżyser, scenograf, grafik, dekorator, producent telewizyjny, etatowy reżyser w Teatrze Telewizji w latach 1976-1977, twórca spektakli i filmów telewizyjnych.

Do pana Kurskiego

W imieniu związku zawodowego Związkowa Alternatywa przesłałem pismo do prezesa TVP, Jacka Kurskiego, w którym krytykuję łamanie ustawy o radiofonii i telewizji i domagam się zmian. Poniżej i w załączniku treść pisma.
Szanowny Panie Prezesie,
Z dużym niepokojem i rozczarowaniem śledzimy przekaz Telewizji Polskiej i treść programów emitowanych w mediach publicznych. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w kraju, TVP stała się tubą propagandową rządu, a jej dziennikarze powielają przekaz partii rządzącej.
Zgodnie z artykułem 21 ustawy o radiofonii i telewizji media publiczne powinny emitować audycje „cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu”. Programy TVP powinny też „kierować się odpowiedzialnością za słowo”, „rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą”, „sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej”, „umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej”. Niestety od wielu miesięcy TVP łamie zapisy ustawy – jej przekaz jest manipulacyjny, jednostronny, nieodpowiedzialny, o niskiej jakości. Władze są przedstawiane wyłącznie w przychylnym świetle, opozycja jest zawsze krytykowana.
Telewizja publiczna lekceważy też wiele doniosłych kwestii, ważnych dla społeczeństwa, a niewygodnych dla rządzących. Przykładowo w ostatnich tygodniach pominięto informacje o radykalnym wzroście bezwzględnego ubóstwa, a kryzys w szkolnictwie i służbie zdrowia jest omijany lub przedstawiany jako… wina opozycji. Ponadto miejsce dziennikarzy zajęli propagandziści partyjni tacy jak Michał Rachoń, a w programach publicystycznych często pojawiają się osoby znane z wypowiedzi skrajnie ksenofobicznych jak Rafał Ziemkiewicz.
Jednocześnie podkreślamy, że zgodnie z art. 23 ustawy o radiofonii i telewizji jednostki publicznej telewizji stwarzają związkom zawodowym i związkom pracodawców możliwość przedstawienia stanowisk w węzłowych sprawach publicznych. Związkowa Alternatywa zwraca uwagę, że TVP ani nie zaprasza do programów informacyjnych i publicystycznych przedstawicieli związków zawodowych poza prorządową Solidarnością, ani nie porusza tematów istotnych dla środowiska związkowego. Nie mamy możliwości odnoszenia się do kluczowych dla nas kwestii związanych z rynkiem pracy na antenach TVP. Z programów TVP dowiadujemy się, że pracownicy są zadowoleni z polityki władz, tymczasem nikt ich nie pyta o zdanie, czy zgadzają się z tą oceną.
W związku z powyższym apelujemy do Pana o wprowadzenie pluralizmu w TVP, podniesienie poziomu programów informacyjnych i publicystycznych, przyznanie głosu środowiskom związkowym. Telewizja Polska jest finansowana z środków publicznych i domagamy się, aby służyła ona dobru całego społeczeństwa, a nie tylko partii Jarosława Kaczyńskiego.

Bigos tygodniowy

Poseł Krzysztof Brejza porównał ceny niektórych podstawowych produktów spożywczych z 2015 roku z cenami z 2019 roku. Według dokonanego przez niego zestawienia, w ciągu ostatnich czterech lat chleb podrożał o 1 zł (z 2 do 3 zł), masło o 4,5 zł (z 4,5 do 9 zł), jaja o 2 zł (z 5 do 7 zł za 10 sztuk), cebula o 4 zł (z 1,5 do 5,5 zł za kilogram), pietruszka o 20 zł (3 do 23 zł za kilogram),schab o 6 zł (z 16 do 22 zł za kg.). Bez wątpienia mamy do czynienia z początkami pełzającej drożyzny. Czy beneficjenci 500 plus zauważyli, że straciło już ono na wartości co najmniej 10 procent?

*****
Wiceminister nauki Andrzej Stanisławek (lekarz z Lublina), to pierwszy od niepamiętnych czasów polityk zabity jak mucha – gazetą. Po tym jak wypalił lekkomyślnie z tą edukacją za granicą, którą sobie mogą sprokurować ci uczniowie, co nie dostaną się do wymarzonych szkół, spadły na niego gromy, więc podał się do dymisji. W Polsce polityk, aby być zabity gazetą, musi jednak tego chcieć, czyli być „człowiekiem honoru”. Teraz Stanisławek znów będzie tylko prostym senatorem. „Na dnie z honorem lec” – jak brzmi deklaracja z honorowej pieśni polskiej marynarki wojennej.

*****
Jarosław Gowin twierdzi – w trybie ostrzeżenia wewnętrznego – że dwa bloki opozycyjne mogą pokonać PiS. Inni twierdzą, że tylko jeden blok może tego dokonać. Diabeł by tego nie rozebrał, a politolodzy i politycy wyrażają rozbieżne opinie. Ja bym się zwrócił o wyliczenia do Marka Borowskiego. Bo ten ma głowę nie od parady, głowę jak komputer. Jakkolwiek by nie było: jeden czy dwa bloki – postawa PSL to kurestwo obrotowe (nie dotyczy wszystkich działaczy, np. nie dotyczy posłanki Urszuli Pasławskiej, liderki liberalnego skrzydła we władkowym gospodarstwie)

*****
PiS zrezygnowało z kryterium dochodowego na 500 plus, ale do identycznego zasiłku dla niepełnosprawnych już je zastosowało. Czyni to okropne wrażenie. By otrzymać pięć stówek, niepełnosprawny musi żyć na odpowiednim poziomie biedy, a zdrowy jak rydz miliarder otrzyma je na dziecko ot tak, na pstryk.

*****
W kurii radomskiej wykryto kolejnego klechę pedofila, niejakiego Sikorskiego. Był to kapłan zaangażowany w podziemie solidarnościowe i także w trybie podziemnym (czyli tajnym) miał bzykać dzieci. Słowem – podziemny kapłan i podziemny pedofil. Jednak póki co – temat pedofilii wyciszył się.

*****
Dwaj panowie M, czyli Macierewicz i Misiewicz zamierzają podać do sądu Patryka Vegę pod pretekstem, że w jego filmie „Polityka”, którego premiera spodziewana jest na wrzesień, są pokazani w sposób szyderczy i oszczerczy. „Miś” żąda miliona złotych odszkodowania i wstrzymania emisji filmu na czas procesu. Nic nie ugra, bo wystarczy by Vega użył słynnej formuły o „przypadkowych podobieństwach postaci filmowych do postaci rzeczywistych” i cały pozew na nic. Prędki ten „Miś”, ledwie wyszedł z mamra a już chce zostać milionerem.

******
Niesamowity jajcarz z tego Maciera. Jego wyczyny w roli jednoosobowej komisji smoleńskiej, o których opowiadali wezwani posłowie PO, to jaja jak berety, jakby wprost z filmów Barei albo opowiadań Mrożka. N.p. to wypisywanie sobie na poczekaniu legitymacji, w odpowiedzi na żądanie przesłuchiwanego, to normalnie mistrzostwo komedii sytuacyjnej. Antoni wymiata!

*****
Rafał Trzaskowski podjął decyzję, że na żadne oficjalne uroczystości miejskie, także te okołoświąteczne, nie będą zapraszani księża i że w Ratuszu nie będzie żadnych obrzędów religijnych. Nareszcie. Dobry przykład dla innych włodarzy miast.

*****
Grzegorz Schetyna określił podniesienie wieku emerytalnego jako „wielki błąd”. Szkoda, że ważni politycy często najpierw działają a potem myślą. Tak właśnie zrobił w 2012 roku rząd PO-PSL. Owszem, wydłużenie wielu emerytalnego może być rozważane w dalszej przyszłości, ale bez odbierania praw nabytych i zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Nie w ten sposób w jaki to zrobiono. Teraz znów ekonomista PO Rzońca powiada, że płaca minimalna rośnie za szybko. Gadajcie tak dalej, to doczekacie się latka, jak tatka.

*****
Schetyna stwierdził w rozmowie z radiem rządowym, że nie przewiduje liberalizacji ustawy antyaborcyjnej i jest za zachowaniem tzw. „kompromisu”. Mnie to bardzo utrudni głosowanie na koalicję pod egidą PO. Ciekawe jak na to zareagują: SLD, Wiosna i Inicjatywa Polska, czyli Czarzasty, Biedroń i Nowacka. Dla mnie stosunek do tej kwestii, to poza wszystkim papierek lakmusowy dla odwagi ideowej i odporności na uroszczenia prawolstwa, klerykałów i kleru.

*****
Młody Morawiecki przemawiał na Jasnej Górze. Z dołu wyglądało to tak, jakby stał między dwoma biskupami w wysokich czapach. Mówił, że Polska poprzez rozwój zbliża się do nieba. Młodzież mówi w takich razach: „Wyjebane w kosmos”. Ale temu cezaropapizmowi po polsku kruszeją fundamenty. Działacz katolicki, pomysłodawca „Różańca do granic” Maciej Bodasiński powiada braciom Karnowskim: „Dane są zatrważające. Spada liczba wiernych, młodzieży jest dramatycznie mało. Można nawet powiedzieć, że jedna generacja już opuściła Kościół. Mamy pokoleniową dziurę, którą będzie niezwykle trudno załatać. Spośród młodych Polaków w wieku 16-30 lat do Kościoła chodzi garstka”.

*****
Oto znak naszych debilnych czasów. 230 rocznica zdobycia Bastylii czyli wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej a w jednej z głównych telewizji (w tym przypadku jest bez znaczenia w jakiej) zamiast porcyjki elementarnej wiedzy o genezie, przebiegu i następstwach 14 Lipca 1789, kilkuminutowy materiał z wystrzeliwania ogni sztucznych w Paryżu. Zniknął sens historii, zniknęła odrobina namysłu, pozostało durne, hałaśliwe widowisko bez sensu.

*****
Biskup Dec wygłosił na Jasnej Górze pogląd, że kolejną plagą jaka spadła na naród polski po potopie szwedzkim i nawale bolszewickiej jest inwazja neopogańskiego gender z Zachodu, fala neomarksistowska, liberalno-lewacka. Czego jeszcze ten Dec nie wygadywał! Ludzkie pojęcie przechodzi. Nazwał nawet katolicyzm w Polsce prześladowaną religią. Biskup od kultu, który nie od dziś ma się w Polsce jak pączek w maśle!

*****
Już od dziadka z Wehrmachtu wiadomo, że cynizm i spryt Kury jest niebotyczny. Ostatnio zrobił na perłowo i wycyckał grono znanych aktorów nieprzychylnych rządowi. Wpuścił ich mianowicie w maliny czyli w film „Solid Gold”, który ma posłużyć w pisowskiej kampanii.

Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.

Bigos tygodniowy

Po co ta gra pozorów z przeprowadzaniem ustaw przez tzw. parlament? Dlaczego PiS nie rządzi bez osłonek rozporządzeniami rządu? Byłoby prościej, szybciej i bez zarywania nocek. I tak to z czym mamy do czynienia, to już nie jest prawo, bo ono nie polega na tym, że zmienia się je co tydzień pod dowolnym pretekstem. Skoro w trybie ekspresowym wprowadzili tzw. ustawę maturalną, zastępującą uprawnienia rad pedagogicznych uprawnieniami urzędników (niech uczniów klasyfikuje jednoosobowo miejscowy starosta), że tylko oplucie pisowca i księdza jest przestępstwem, a już oplucie niepisowca i nieksiędza nim nie jest. Nic nie stoi na przeszkodzie.

Widok młodego w końcu posła prawicy Bortniczuka, jak z wielkim wysiłkiem walczy z sennością, wywracając białkami oczu, był nie do przecenienia. Paweł Kukiz ostrzegł, że to się kiedyś może źle skończyć, bo wśród posłów są ludzie starsi i niezdrowi. Jak ktoś kojfnie na sali sejmowej w czasie nocnych obrad zaordynowanych przez PiS – to dopiero będzie jazda. Co na to PIP?

Po zakończeniu strajku nauczycieli władza zorganizowała tzw. debatę o edukacji czyli fasadowy show na Stadionie Narodowym przy okrągłym stole. Okrągły stół miał kształt prostokąta, a przykryty białym obrusem z falbaną wyglądał jak stół weselny. Młody Morawiecki, Szydło, Kopcińska, Gowin, Zalewska bardzo słabo skrywali silne znudzenie udziałem w tej fikcji, tej litanii pobożnych życzeń i siedzieli z ponurymi minami. Sama Zalewska milczała jak grób i nie uśmiechała się. Była zamyślona? Może jej myśli krążyły wokół brukselskiego Sikającego Chłopca (Manneken – nomen omen – Pis). Głos zabierało – na ogół, poza nielicznymi wyjątkami – lizusostwo, a wśród niego jeden młodzian, którego wypowiedź składała się głównie z hołdowniczych podziękowań kierowanych m.in. do Młodego Morawieckiego i Zalewskiej. Ciekawe, czy chłopakowi złożono już propozycję?

Natomiast wyśmiewane przez pisowską propagandę lekkie formy nauczycielskiego strajku w postaci amatorskiej twórczości wokalno-muzycznej, fragmentami nawet luzackie i delikatnie kontrkulturowe w treści, podobały mi się. W moich szkolnych czasach nauczycielstwo było, na ogół, bardziej sieriozne i tę zmianę obyczajowo-kulturową w tym środowisku uważam generalnie za pozytywną. Może dzięki nim szkoła coraz mniej będzie przypominać tę z „Ferdydurke” Gombra. A propos sztuki – dyrektor Muzeum Narodowego Miziołek usunął z ekspozycji kobietę z bananem. Nie będzie miziania i seksualizacji na narodowej niwie. Tym bardziej, że banan nie członek, usta nie pochwa, więc poczęcia tam nie ma.

Dobrze, że nawet rządowi nie szafowali nadmiernie argumentem misji nauczycielskiej, bo nic mnie tak nie wpienia, jak gadanie, że wykonawcom misji nie trzeba rzetelnie płacić. Nauczyciel to zawód jak każdy inny. Spróbujcie nie zapłacić hydraulikowi czy stolarzowi. Z miejsca bierzecie w dziób.

Nauczycielski strajk zawieszony do września. Na horyzoncie rysuje się natomiast protest płacowy fizjoterapeutów i Poczty Polskiej. Ten pierwszy to dla władzy pikuś, skoro poradzili sobie z niepełnosprawnymi. Z pocztowcami, którzy chcą połowę tego, co nauczyciele, czyli 500 złotych, nieco trudniej, ale w razie potrzeby do roznoszenia przesyłek można będzie zmobilizować tysiące pisowskich wolontariuszy. PiS da radę.

Natomiast radzę nie wierzyć Schetynie, że gdyby wrócił do władzy, to bez bicia podwyższyłby pensje nauczycielskie o ten tysiąc złotych. Gustlik z „Pancernych” mawiał: „Jedzie mi tu czołg?”. Panie Przewodniczący SLD, być może przyszły współkoalicjancie PO do wyborów jesiennych: nie wątpię, że ma Pan to na uwadze. Zatem „Sława, panie Włodzimierzu” – jak pisał Wyspiański w „Weselu”.

Po zbesztaniu ministra spraw wewnętrznych Brudzińskiego za jego krytyczną ocenę epizodu z biciem Judasza („Odwal się pan, panie Brudziński”), jeden z najgorliwszych funkcjonariuszy szczujni TVPiS Klarenbach został schowany do szafy, nie wiadomo na jak długo. „Dosyć, ile można znosił te połajanki od Żydów!?” – nie, to już nie Klarenbach, to Robert Winnicki, jeden z liderów Konfederacji. Po koleżeńsku wyręczył Klarenbacha, który tego jednak wprost wyrazić się nie odważył. Na – pewnie chwilowej odstawce starszego kolegi – zyskał gorliwy młody, uliczny żołnierz TVPiS, Bartłomiej Graczak, bo to on go teraz zastępuje. Ale kudy Graczakowi do tej charakterystycznej, jowialnej, fajniackiej, „z waszecia za pan brat” swady Klarenbacha. Ot, taki młody, sztywny, przylizany krawaciarz.

Radosław Sikorski to dalece nie jest mój bohater, ale gdy stwierdził: „Reżimowe radio zaprosiło mnie do regionalnej debaty, w której bezstronnym moderatorem ma być p. Michał Rachoń, bezwstydny pisowski propagandysta. Sami sobie debatujcie w takim gronie. Kandyduję między innymi po to, aby kiedyś media publiczne uwolnić od takich kreatur”, to nie mogę nie przyznać mu racji”. Właśnie: „bezwstydny pisowski propagandysta”. Taki jak Klarenbach, Holecka, Świątek i inni.

Doskonali się elokwencja i metaforyka propisowskich propagandystów. W portalu „Do rzeczy” zareagowano na kpinki jednego z tygodników z książki „Utopia europejska”, napisanej przez Krzysztofa Szczerskiego. W owym tygodniku napisano, że z tego pełnego mesjanistycznych bredni wypracowania nacjonalistyczno-klerykalnego „ubaw mieli internauci”. Na to publicysta Sosnowski: „Media są armatami XXI w. Żadne państwo nie pozwoliłby na to, by na jego terytorium buszowało, siało spustoszenie obce, wrogie wojsko”. Witold Gadowski napisał w „karnowskich sieciach”, że „dziś księżowska sutanna coraz częściej staje się rycerską zbroją”.

W Poznaniu odbyła się konwencja PiS. Z entuzjazmem skandowano „Jarosław, Jarosław” i „Mateusz, Mateusz”. Tym razem Wódz obiecywał tylko lepsze proszki do prania, jak u Niemców. Popieram. To się Polsce należy. Także lepsza herbata ekspresowa niż ta sprzedawana u nas, siano bez smaku i zapachu.

Ja tam nic nie wiem w tej sprawie, ale na moje psychologiczne wyczucie (absolwent psychologii 1982) reakcja Kuchcika na rewelacje Wojciecha J. ujawnione przez tygodnik „Nie”, to reakcja człowieka zdrętwiałego ze strachu i zaskoczonego, że to po latach jednak wyszło. Mogę się mylić, ale nie mogę uwolnić się od takiego wrażenia.

I jeszcze o zawieszonym strajku nauczycielskim. Wymiana argumentów między strajkującymi a rządem przypominała grę w „pomidora”. Na kolejne korekty postulatów płacowych, rząd odpowiadał: „pomidor”. Z zamierzchłych czasów pochodzi wierszyk-wyliczanka: „Zupa – pomidorowa, demokracja – ludowa, nie damy – Odry Nysy, Cyrankiewicz – łysy”.

Niewdzięczność

Poskarżył się we Wrocławiu prezes Kaczyński, że polskojęzyczne media są chętniej słuchane niż te prawdziwe, polskie, nadzorowane przez PiS. …Tych niedobrych i siejących nieprawdę jest więcej, choć jest z naszymi (rządowymi) coraz lepiej…. Jednak prezes często, tak i w tym przypadku, oszczędnie gospodaruje prawdą. Dawna telewizja publiczna dysponuje kilkoma, szeroko dostępnymi kanałami. Publiczne radio emituje kilka programów ogólnopolskich i do tego 17 programów regionalnych. Media te zasilane są miliardami z publicznej kasy, bo obywatele nie chcą płacić abonamentu. Przypomnę, że z abonamentu nie korzystają stacje prywatne.
Przed kamerami i mikrofonami zasiadają wyselekcjonowani dziennikarze i funkcjonariusze PiS-owskiej propagandy. Na zapleczu czujni cenzorzy decydują o czym ma być mowa. Mimo tych zabiegów słuchalność i oglądalność mediów publicznych bardzo spada, szczególnie stacji radiowych. TVP nadrabia te spadki transmisjami sportowymi i sylwestrami w Zakopanem.
Prawicowe gazety zasilane są setkami milionów złotych ze spółek skarbu państwa. Bez tego błyskawiczne zakończyłyby swój żywot. Zamieszczane tam reklamy to dla spółek wyrzucanie pieniędzy w błoto, ale z tego żyją redakcje. Owe gazety są mocno eksponowane w kioskach i sklepach lub stacjach benzynowych. Tymczasem odnotowują one gwałtowny spadek sprzedaży. Zatem media prezesa Kaczyńskiego mają zdecydowaną liczebną przewagę w eterze. Piszę oczywiście o programach produkowanych i emitowanych w kraju. Jednak niewdzięczni obywatele biorą swoje 500+, a oglądać i słuchać rządowych mediów nie chcą. Wolą te polskojęzyczne. I to bardzo boli prezesa.