W otoczeniu niebezpiecznych kobiet

Z reżyserem WITOLDEM ORZECHOWSKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W 1980 roku nakręcił Pan film kinowy „Wyrok śmierci”. Pamiętam, że mijałem wtedy Pana ekipę kręcącą przed katedrą w Lublinie…
To była wiosna 1980 roku. Kręciłem nie tylko w Lublinie. Akcja rozgrywała się także w renesansowej scenerii Zamościa.

Tematyką tego filmu o tematyce okupacyjnej złamał Pan wtedy tabu panujące wokół konspiracji niepodległościowej. Na ogół pokazywano jej heroiczne strony, a Pan zrobił film o komandzie polskiego podziemia, wykonującego wyroki na kolaborantach…
Tak. Dopiero wiele lat później, ostatnio nawet, ukazała się wspomnieniowa książka Stefana Dębskiego, który jako młody człowiek wykonywał za okupacji takie wyroki. Przypłacił to ciężkim poczuciem winy, które dręczyło go aż do śmierci samobójczej w podeszłym wieku. „Wyrok śmierci” miał pecha. Jego premiera przypadła na jesień 1980 roku. Nikt wtedy nie miał głowy do kina. Cały naród pasjonował się świeżo rozpoczętą epopeją „Solidarności”. Mimo to film zgromadził aż milion widzów. Ilu by zgromadził w innych, bardziej sprzyjających okolicznościach?

To jest film mroczny, realistyczny, fragmentami naturalistyczny. Mimo to widać na ekranie pewna plastyczność, malarskość. Jest tam też wątek erotyczny z udziałem niebezpiecznej kobiety….
Kobiety zawsze mnie fascynowały i nie wyobrażam sobie realizacji filmowej czy telewizyjnej bez ekscytującego pierwiastka kobiecego.

W Pana realizacjach reżyserskich, filmowych i telewizyjnych widać dużą wyobraźnię plastyczną, dekoracyjność Czy to efekt studiów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych?
Może tak, a może odwrotnie? Może dlatego wybrałem te studia, że miałem pewien talent plastyczny? Nie ukończyłem ich zresztą. Zwrócił bowiem na mnie uwagę malarz profesor Jerzy Mierzejewski z warszawskiej ASP. To on doradził mi, by przenieść się do łódzkiej szkoły filmowej. Powiedział, że to będzie mój żywioł. Na studiach w Łodzi zaznałem prawdziwej, troskliwej opieki artystycznej i ludzkiej ze strony naszych pedagogów. Po studiach trafiłem do zespołu filmowego. Te zespoły to był wspaniały wynalazek. Można się było w nich rozwijać, a jednocześnie było się pod opieką mistrzów.

W Polsce tylko w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w produkcji telewizyjnej dużą rolę odgrywała literatura…
Oczywiście. Proszę sobie przypomnieć ile było ekranizacji w oparciu o klasykę i literaturę współczesną. Była bowiem publiczność – inteligencja, niewielka liczbowo, ale wykształcona humanistycznie. Była świetnym odbiorcą takiego kina. Dziś ludzi z cenzusem wyższego wykształcenia jest znacznie więcej, ale ich poziom jest ogólnie niższy. Brak jest w powszechnej skali ogłady kulturowej, humanistycznej. Brak umiejętności cytowania z zasobów artystycznych. Potem wzięto rozbrat z literaturą. Na Zachodzie, w tym w USA, gdzie spędziłem 10 lat, bardzo się ją ceni jako tworzywo dla scenariuszy. Tam studenci szkół artystycznych, nie tylko filmowych uczeni są adaptowania literatury. Nie wiem już kiedy ostatnio dokonano w polskim kinie ekranizacji wybitnej literatury. Wtedy powstało także wiele filmów telewizyjnych w oparciu o wysokiej klasy literaturę. Przypomnę choćby cykl „Opowieści niezwykłe”, a także półgodzinnych czy średniometrażowe filmów o rozmaitej tematyce, obyczajowej, historycznej, społecznej.

Realizowano je według prozy takich pisarzy, jak Stefan Żeromski „Pavoncello” „Pieśń triumfującej miłości”), Bolesław Prus („Antek”, „Kamizelka”, „Katarynka”), Henryk Sienkiewicz ( „Hania”), Józef Korzeniowski „Narożna kamienica”, Henryk Rzewuski („Ja gorę”), Fiodor Dostojewski („Mąż pod łóżkiem”), Edgar Allan Poe („Beczka Amontillado), Stanisław Grabiński („Ślepy tor”), Stanisław Lem („Przekładaniec”), Teodor Parnicki i wielu, wielu innych. Dlaczego wtedy sięgano tak często po literaturę tak dawną, często XIX-wieczną?
Poza powodem, o którym wspomniałem wcześniej, czyli istnieniem chłonnej na to, wykształconej publiczności, był także inny. Polityczny. Realizowanie tematów współczesnych było trudne z powodów cenzuralnych. Cenzorzy od razu węszyli jakieś treści nieprawomyślne. Doszukiwali się aluzji w byle czym. Na tle dwóch kwestii: Związku Radzieckiego, sojuszy, partii i ustrój była bardzo przeczulona. Jeśli się tego nie tykało, można było mówić w zasadzie o wszystkim. Problem polegał na tym, że na punkcie tych tematów cenzura była bardzo przeczulona.

Pan także wniósł swój wkład w artystyczny w film telewizyjny. Zrealizował Pan dwa, od czasu do czasu emitowane w ramach powtórek, fabularne filmy średniometrażowe…
Tak. „Drogę w świetle księżyca” z 1971 roku według noweli Ambrose’a Bierce i „Jej powrót” z 1975 roku, według opowiadania Josepha Conrada.

Były klasycznym przykładem ówczesnej produkcji, pięknie stylizowanej, wyrafinowanej. Skąd taki wybór?
Bardzo cenię twórczość Conrada, ale zrealizowanie którejś z morskich powieści wydało mi się trudne z powodów logistycznych. Pokazałem więc Conrada innego, mało znanego, bez tematyki marynistycznej. Pisał też utwory z dziedziny zupełnie „lądowej” prozy psychologicznej. „Jej powrót” to historia miłości, zazdrości, romansu i zdrady małżeńskiej. Z piękną parą – Beatą Tyszkiewicz, moją ówczesną żoną i Jerzym Zelnikiem. Starałem się, aby film był stylowy, z ciekawym motywem muzycznym, swingowym pod tytułem „Crazy people”.

Wcześniej nakręcił Pan wspomniany film według opowiadania z gatunku fantastyki, stylizowany horror „Droga w świetle księżyca”…
Zafascynowało mnie to opowiadanie. Atmosfera tajemniczości, stary dwór szlachecki, ponure tajemnice rodzinne, w tle sprawy narodowe, wątek kryminalny, morderstwo, szaleństwo – słowem pakiet atrakcyjnych wątków. Opowiadanie jest amerykańskie, pochodzi z XIX wieku. Spolszczyłem je, nadałem mu polski koloryt tamtej epoki.
Później zrealizował Pan kilka spektakli Teatru Telewizji…
Zrobiłem wystawne dwuczęściowe widowisko „Pamela”, z akcją w Stanach Zjednoczonych lat czterdziestych. Pamiętam, że w „Osaczonym” z 1976 roku, według Michela Careya, kapitalną rolę zagrał Roman Wilhelmi, który świetnie parodiował Marlona Brando jako Don Vita Corleone w „Ojcu chrzestnym”. W 1980 roku zrealizowałem też spektakl „Pacjent” według Stefana Otwinowskiego.

Zanim przyszedł Pan do TVP, zaczął Pan jako grafik…
Pracowałem jako grafik w prasie. W TVP pracowałem jako reżyser, i robiłem scenografię do swoich własnych realizacji w Teatrze Telewizji. To dziś niewiarygodne, jak ogromnymi środkami produkcyjnymi dysponowała wtedy telewizja. W 1978 roku zrobiłem na przykład duże, dwuczęściowe widowisko kryminalne „Pamela”, z wielkim budżetem i rozmachem. Dziś raczej by to było nie do pomyślenia. Akcja rozgrywała się w USA, w latach czterdziestych. Trzeba więc było ściągnąć amerykańskie auta z tamtych czasów, zrobić odpowiednią, kosztowną scenografię. Dziś nie robi się filmów i widowisk kostiumowych także dlatego, że to drogo kosztuje. Niestety stan wojenny przerwał moją działalność w TVP. Nie tylko moją zresztą.

W latach 1984-1994 był Pan w Stanach Zjednoczonych. Co Pan wyniósł z tego pobytu w sferze zawodowej?
Miałem możliwość obserwowania systemu producenckiego w tym kraju. Zaowocowało to po powrocie. Mogłem zająć się działalnością producencką.

W 2016 roku ukończył Pan realizację filmu „Kobiety bez wstydu”. Film miał premierę, ale chyba z przyczyn dystrybucyjnych nie jest łatwo go obejrzeć. Jak zachęciłby Pan do tego potencjalnych widzów?
Obdarzony magnetycznym wpływem na płeć piękną Piotr rzuca pracę kelnera w Wiedniu i w rodzinnym Krakowie otwiera praktykę psychoanalityka. Nie ważne, że brak mu kwalifikacji i doświadczenia. Jego gabinet „tylko dla pań” co dzień pęka w szwach, a jego sypialnia przeżywa prawdziwe oblężenie. Kobiety z rozkoszą zdradzają mu swe najbardziej intymne sekrety, a on daje się wciągnąć nie tylko w zawiłości ich umysłów i serc, ale także w całkiem realne życiowe perypetie. I znów okaże się, że zakochane kobiety potrafią być równie czarujące, co niebezpieczne. No i w rolach głównych takie aktorki jak Anna Dereszowska, Ewa Kasprzyk, Weronika Książkiewicz, Joanna Liszowska.
Dziękuję za rozmowę.

Witold Orzechowski – ur. 3 października 1941 w Łodzi, reżyser, scenograf, grafik, dekorator, producent telewizyjny, etatowy reżyser w Teatrze Telewizji w latach 1976-1977, twórca spektakli i filmów telewizyjnych.

Do pana Kurskiego

W imieniu związku zawodowego Związkowa Alternatywa przesłałem pismo do prezesa TVP, Jacka Kurskiego, w którym krytykuję łamanie ustawy o radiofonii i telewizji i domagam się zmian. Poniżej i w załączniku treść pisma.
Szanowny Panie Prezesie,
Z dużym niepokojem i rozczarowaniem śledzimy przekaz Telewizji Polskiej i treść programów emitowanych w mediach publicznych. Odkąd Prawo i Sprawiedliwość przejęło władzę w kraju, TVP stała się tubą propagandową rządu, a jej dziennikarze powielają przekaz partii rządzącej.
Zgodnie z artykułem 21 ustawy o radiofonii i telewizji media publiczne powinny emitować audycje „cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu”. Programy TVP powinny też „kierować się odpowiedzialnością za słowo”, „rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą”, „sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej”, „umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej”. Niestety od wielu miesięcy TVP łamie zapisy ustawy – jej przekaz jest manipulacyjny, jednostronny, nieodpowiedzialny, o niskiej jakości. Władze są przedstawiane wyłącznie w przychylnym świetle, opozycja jest zawsze krytykowana.
Telewizja publiczna lekceważy też wiele doniosłych kwestii, ważnych dla społeczeństwa, a niewygodnych dla rządzących. Przykładowo w ostatnich tygodniach pominięto informacje o radykalnym wzroście bezwzględnego ubóstwa, a kryzys w szkolnictwie i służbie zdrowia jest omijany lub przedstawiany jako… wina opozycji. Ponadto miejsce dziennikarzy zajęli propagandziści partyjni tacy jak Michał Rachoń, a w programach publicystycznych często pojawiają się osoby znane z wypowiedzi skrajnie ksenofobicznych jak Rafał Ziemkiewicz.
Jednocześnie podkreślamy, że zgodnie z art. 23 ustawy o radiofonii i telewizji jednostki publicznej telewizji stwarzają związkom zawodowym i związkom pracodawców możliwość przedstawienia stanowisk w węzłowych sprawach publicznych. Związkowa Alternatywa zwraca uwagę, że TVP ani nie zaprasza do programów informacyjnych i publicystycznych przedstawicieli związków zawodowych poza prorządową Solidarnością, ani nie porusza tematów istotnych dla środowiska związkowego. Nie mamy możliwości odnoszenia się do kluczowych dla nas kwestii związanych z rynkiem pracy na antenach TVP. Z programów TVP dowiadujemy się, że pracownicy są zadowoleni z polityki władz, tymczasem nikt ich nie pyta o zdanie, czy zgadzają się z tą oceną.
W związku z powyższym apelujemy do Pana o wprowadzenie pluralizmu w TVP, podniesienie poziomu programów informacyjnych i publicystycznych, przyznanie głosu środowiskom związkowym. Telewizja Polska jest finansowana z środków publicznych i domagamy się, aby służyła ona dobru całego społeczeństwa, a nie tylko partii Jarosława Kaczyńskiego.

Bigos tygodniowy

Poseł Krzysztof Brejza porównał ceny niektórych podstawowych produktów spożywczych z 2015 roku z cenami z 2019 roku. Według dokonanego przez niego zestawienia, w ciągu ostatnich czterech lat chleb podrożał o 1 zł (z 2 do 3 zł), masło o 4,5 zł (z 4,5 do 9 zł), jaja o 2 zł (z 5 do 7 zł za 10 sztuk), cebula o 4 zł (z 1,5 do 5,5 zł za kilogram), pietruszka o 20 zł (3 do 23 zł za kilogram),schab o 6 zł (z 16 do 22 zł za kg.). Bez wątpienia mamy do czynienia z początkami pełzającej drożyzny. Czy beneficjenci 500 plus zauważyli, że straciło już ono na wartości co najmniej 10 procent?

*****
Wiceminister nauki Andrzej Stanisławek (lekarz z Lublina), to pierwszy od niepamiętnych czasów polityk zabity jak mucha – gazetą. Po tym jak wypalił lekkomyślnie z tą edukacją za granicą, którą sobie mogą sprokurować ci uczniowie, co nie dostaną się do wymarzonych szkół, spadły na niego gromy, więc podał się do dymisji. W Polsce polityk, aby być zabity gazetą, musi jednak tego chcieć, czyli być „człowiekiem honoru”. Teraz Stanisławek znów będzie tylko prostym senatorem. „Na dnie z honorem lec” – jak brzmi deklaracja z honorowej pieśni polskiej marynarki wojennej.

*****
Jarosław Gowin twierdzi – w trybie ostrzeżenia wewnętrznego – że dwa bloki opozycyjne mogą pokonać PiS. Inni twierdzą, że tylko jeden blok może tego dokonać. Diabeł by tego nie rozebrał, a politolodzy i politycy wyrażają rozbieżne opinie. Ja bym się zwrócił o wyliczenia do Marka Borowskiego. Bo ten ma głowę nie od parady, głowę jak komputer. Jakkolwiek by nie było: jeden czy dwa bloki – postawa PSL to kurestwo obrotowe (nie dotyczy wszystkich działaczy, np. nie dotyczy posłanki Urszuli Pasławskiej, liderki liberalnego skrzydła we władkowym gospodarstwie)

*****
PiS zrezygnowało z kryterium dochodowego na 500 plus, ale do identycznego zasiłku dla niepełnosprawnych już je zastosowało. Czyni to okropne wrażenie. By otrzymać pięć stówek, niepełnosprawny musi żyć na odpowiednim poziomie biedy, a zdrowy jak rydz miliarder otrzyma je na dziecko ot tak, na pstryk.

*****
W kurii radomskiej wykryto kolejnego klechę pedofila, niejakiego Sikorskiego. Był to kapłan zaangażowany w podziemie solidarnościowe i także w trybie podziemnym (czyli tajnym) miał bzykać dzieci. Słowem – podziemny kapłan i podziemny pedofil. Jednak póki co – temat pedofilii wyciszył się.

*****
Dwaj panowie M, czyli Macierewicz i Misiewicz zamierzają podać do sądu Patryka Vegę pod pretekstem, że w jego filmie „Polityka”, którego premiera spodziewana jest na wrzesień, są pokazani w sposób szyderczy i oszczerczy. „Miś” żąda miliona złotych odszkodowania i wstrzymania emisji filmu na czas procesu. Nic nie ugra, bo wystarczy by Vega użył słynnej formuły o „przypadkowych podobieństwach postaci filmowych do postaci rzeczywistych” i cały pozew na nic. Prędki ten „Miś”, ledwie wyszedł z mamra a już chce zostać milionerem.

******
Niesamowity jajcarz z tego Maciera. Jego wyczyny w roli jednoosobowej komisji smoleńskiej, o których opowiadali wezwani posłowie PO, to jaja jak berety, jakby wprost z filmów Barei albo opowiadań Mrożka. N.p. to wypisywanie sobie na poczekaniu legitymacji, w odpowiedzi na żądanie przesłuchiwanego, to normalnie mistrzostwo komedii sytuacyjnej. Antoni wymiata!

*****
Rafał Trzaskowski podjął decyzję, że na żadne oficjalne uroczystości miejskie, także te okołoświąteczne, nie będą zapraszani księża i że w Ratuszu nie będzie żadnych obrzędów religijnych. Nareszcie. Dobry przykład dla innych włodarzy miast.

*****
Grzegorz Schetyna określił podniesienie wieku emerytalnego jako „wielki błąd”. Szkoda, że ważni politycy często najpierw działają a potem myślą. Tak właśnie zrobił w 2012 roku rząd PO-PSL. Owszem, wydłużenie wielu emerytalnego może być rozważane w dalszej przyszłości, ale bez odbierania praw nabytych i zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Nie w ten sposób w jaki to zrobiono. Teraz znów ekonomista PO Rzońca powiada, że płaca minimalna rośnie za szybko. Gadajcie tak dalej, to doczekacie się latka, jak tatka.

*****
Schetyna stwierdził w rozmowie z radiem rządowym, że nie przewiduje liberalizacji ustawy antyaborcyjnej i jest za zachowaniem tzw. „kompromisu”. Mnie to bardzo utrudni głosowanie na koalicję pod egidą PO. Ciekawe jak na to zareagują: SLD, Wiosna i Inicjatywa Polska, czyli Czarzasty, Biedroń i Nowacka. Dla mnie stosunek do tej kwestii, to poza wszystkim papierek lakmusowy dla odwagi ideowej i odporności na uroszczenia prawolstwa, klerykałów i kleru.

*****
Młody Morawiecki przemawiał na Jasnej Górze. Z dołu wyglądało to tak, jakby stał między dwoma biskupami w wysokich czapach. Mówił, że Polska poprzez rozwój zbliża się do nieba. Młodzież mówi w takich razach: „Wyjebane w kosmos”. Ale temu cezaropapizmowi po polsku kruszeją fundamenty. Działacz katolicki, pomysłodawca „Różańca do granic” Maciej Bodasiński powiada braciom Karnowskim: „Dane są zatrważające. Spada liczba wiernych, młodzieży jest dramatycznie mało. Można nawet powiedzieć, że jedna generacja już opuściła Kościół. Mamy pokoleniową dziurę, którą będzie niezwykle trudno załatać. Spośród młodych Polaków w wieku 16-30 lat do Kościoła chodzi garstka”.

*****
Oto znak naszych debilnych czasów. 230 rocznica zdobycia Bastylii czyli wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej a w jednej z głównych telewizji (w tym przypadku jest bez znaczenia w jakiej) zamiast porcyjki elementarnej wiedzy o genezie, przebiegu i następstwach 14 Lipca 1789, kilkuminutowy materiał z wystrzeliwania ogni sztucznych w Paryżu. Zniknął sens historii, zniknęła odrobina namysłu, pozostało durne, hałaśliwe widowisko bez sensu.

*****
Biskup Dec wygłosił na Jasnej Górze pogląd, że kolejną plagą jaka spadła na naród polski po potopie szwedzkim i nawale bolszewickiej jest inwazja neopogańskiego gender z Zachodu, fala neomarksistowska, liberalno-lewacka. Czego jeszcze ten Dec nie wygadywał! Ludzkie pojęcie przechodzi. Nazwał nawet katolicyzm w Polsce prześladowaną religią. Biskup od kultu, który nie od dziś ma się w Polsce jak pączek w maśle!

*****
Już od dziadka z Wehrmachtu wiadomo, że cynizm i spryt Kury jest niebotyczny. Ostatnio zrobił na perłowo i wycyckał grono znanych aktorów nieprzychylnych rządowi. Wpuścił ich mianowicie w maliny czyli w film „Solid Gold”, który ma posłużyć w pisowskiej kampanii.

Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.

Bigos tygodniowy

Po co ta gra pozorów z przeprowadzaniem ustaw przez tzw. parlament? Dlaczego PiS nie rządzi bez osłonek rozporządzeniami rządu? Byłoby prościej, szybciej i bez zarywania nocek. I tak to z czym mamy do czynienia, to już nie jest prawo, bo ono nie polega na tym, że zmienia się je co tydzień pod dowolnym pretekstem. Skoro w trybie ekspresowym wprowadzili tzw. ustawę maturalną, zastępującą uprawnienia rad pedagogicznych uprawnieniami urzędników (niech uczniów klasyfikuje jednoosobowo miejscowy starosta), że tylko oplucie pisowca i księdza jest przestępstwem, a już oplucie niepisowca i nieksiędza nim nie jest. Nic nie stoi na przeszkodzie.

Widok młodego w końcu posła prawicy Bortniczuka, jak z wielkim wysiłkiem walczy z sennością, wywracając białkami oczu, był nie do przecenienia. Paweł Kukiz ostrzegł, że to się kiedyś może źle skończyć, bo wśród posłów są ludzie starsi i niezdrowi. Jak ktoś kojfnie na sali sejmowej w czasie nocnych obrad zaordynowanych przez PiS – to dopiero będzie jazda. Co na to PIP?

Po zakończeniu strajku nauczycieli władza zorganizowała tzw. debatę o edukacji czyli fasadowy show na Stadionie Narodowym przy okrągłym stole. Okrągły stół miał kształt prostokąta, a przykryty białym obrusem z falbaną wyglądał jak stół weselny. Młody Morawiecki, Szydło, Kopcińska, Gowin, Zalewska bardzo słabo skrywali silne znudzenie udziałem w tej fikcji, tej litanii pobożnych życzeń i siedzieli z ponurymi minami. Sama Zalewska milczała jak grób i nie uśmiechała się. Była zamyślona? Może jej myśli krążyły wokół brukselskiego Sikającego Chłopca (Manneken – nomen omen – Pis). Głos zabierało – na ogół, poza nielicznymi wyjątkami – lizusostwo, a wśród niego jeden młodzian, którego wypowiedź składała się głównie z hołdowniczych podziękowań kierowanych m.in. do Młodego Morawieckiego i Zalewskiej. Ciekawe, czy chłopakowi złożono już propozycję?

Natomiast wyśmiewane przez pisowską propagandę lekkie formy nauczycielskiego strajku w postaci amatorskiej twórczości wokalno-muzycznej, fragmentami nawet luzackie i delikatnie kontrkulturowe w treści, podobały mi się. W moich szkolnych czasach nauczycielstwo było, na ogół, bardziej sieriozne i tę zmianę obyczajowo-kulturową w tym środowisku uważam generalnie za pozytywną. Może dzięki nim szkoła coraz mniej będzie przypominać tę z „Ferdydurke” Gombra. A propos sztuki – dyrektor Muzeum Narodowego Miziołek usunął z ekspozycji kobietę z bananem. Nie będzie miziania i seksualizacji na narodowej niwie. Tym bardziej, że banan nie członek, usta nie pochwa, więc poczęcia tam nie ma.

Dobrze, że nawet rządowi nie szafowali nadmiernie argumentem misji nauczycielskiej, bo nic mnie tak nie wpienia, jak gadanie, że wykonawcom misji nie trzeba rzetelnie płacić. Nauczyciel to zawód jak każdy inny. Spróbujcie nie zapłacić hydraulikowi czy stolarzowi. Z miejsca bierzecie w dziób.

Nauczycielski strajk zawieszony do września. Na horyzoncie rysuje się natomiast protest płacowy fizjoterapeutów i Poczty Polskiej. Ten pierwszy to dla władzy pikuś, skoro poradzili sobie z niepełnosprawnymi. Z pocztowcami, którzy chcą połowę tego, co nauczyciele, czyli 500 złotych, nieco trudniej, ale w razie potrzeby do roznoszenia przesyłek można będzie zmobilizować tysiące pisowskich wolontariuszy. PiS da radę.

Natomiast radzę nie wierzyć Schetynie, że gdyby wrócił do władzy, to bez bicia podwyższyłby pensje nauczycielskie o ten tysiąc złotych. Gustlik z „Pancernych” mawiał: „Jedzie mi tu czołg?”. Panie Przewodniczący SLD, być może przyszły współkoalicjancie PO do wyborów jesiennych: nie wątpię, że ma Pan to na uwadze. Zatem „Sława, panie Włodzimierzu” – jak pisał Wyspiański w „Weselu”.

Po zbesztaniu ministra spraw wewnętrznych Brudzińskiego za jego krytyczną ocenę epizodu z biciem Judasza („Odwal się pan, panie Brudziński”), jeden z najgorliwszych funkcjonariuszy szczujni TVPiS Klarenbach został schowany do szafy, nie wiadomo na jak długo. „Dosyć, ile można znosił te połajanki od Żydów!?” – nie, to już nie Klarenbach, to Robert Winnicki, jeden z liderów Konfederacji. Po koleżeńsku wyręczył Klarenbacha, który tego jednak wprost wyrazić się nie odważył. Na – pewnie chwilowej odstawce starszego kolegi – zyskał gorliwy młody, uliczny żołnierz TVPiS, Bartłomiej Graczak, bo to on go teraz zastępuje. Ale kudy Graczakowi do tej charakterystycznej, jowialnej, fajniackiej, „z waszecia za pan brat” swady Klarenbacha. Ot, taki młody, sztywny, przylizany krawaciarz.

Radosław Sikorski to dalece nie jest mój bohater, ale gdy stwierdził: „Reżimowe radio zaprosiło mnie do regionalnej debaty, w której bezstronnym moderatorem ma być p. Michał Rachoń, bezwstydny pisowski propagandysta. Sami sobie debatujcie w takim gronie. Kandyduję między innymi po to, aby kiedyś media publiczne uwolnić od takich kreatur”, to nie mogę nie przyznać mu racji”. Właśnie: „bezwstydny pisowski propagandysta”. Taki jak Klarenbach, Holecka, Świątek i inni.

Doskonali się elokwencja i metaforyka propisowskich propagandystów. W portalu „Do rzeczy” zareagowano na kpinki jednego z tygodników z książki „Utopia europejska”, napisanej przez Krzysztofa Szczerskiego. W owym tygodniku napisano, że z tego pełnego mesjanistycznych bredni wypracowania nacjonalistyczno-klerykalnego „ubaw mieli internauci”. Na to publicysta Sosnowski: „Media są armatami XXI w. Żadne państwo nie pozwoliłby na to, by na jego terytorium buszowało, siało spustoszenie obce, wrogie wojsko”. Witold Gadowski napisał w „karnowskich sieciach”, że „dziś księżowska sutanna coraz częściej staje się rycerską zbroją”.

W Poznaniu odbyła się konwencja PiS. Z entuzjazmem skandowano „Jarosław, Jarosław” i „Mateusz, Mateusz”. Tym razem Wódz obiecywał tylko lepsze proszki do prania, jak u Niemców. Popieram. To się Polsce należy. Także lepsza herbata ekspresowa niż ta sprzedawana u nas, siano bez smaku i zapachu.

Ja tam nic nie wiem w tej sprawie, ale na moje psychologiczne wyczucie (absolwent psychologii 1982) reakcja Kuchcika na rewelacje Wojciecha J. ujawnione przez tygodnik „Nie”, to reakcja człowieka zdrętwiałego ze strachu i zaskoczonego, że to po latach jednak wyszło. Mogę się mylić, ale nie mogę uwolnić się od takiego wrażenia.

I jeszcze o zawieszonym strajku nauczycielskim. Wymiana argumentów między strajkującymi a rządem przypominała grę w „pomidora”. Na kolejne korekty postulatów płacowych, rząd odpowiadał: „pomidor”. Z zamierzchłych czasów pochodzi wierszyk-wyliczanka: „Zupa – pomidorowa, demokracja – ludowa, nie damy – Odry Nysy, Cyrankiewicz – łysy”.

Niewdzięczność

Poskarżył się we Wrocławiu prezes Kaczyński, że polskojęzyczne media są chętniej słuchane niż te prawdziwe, polskie, nadzorowane przez PiS. …Tych niedobrych i siejących nieprawdę jest więcej, choć jest z naszymi (rządowymi) coraz lepiej…. Jednak prezes często, tak i w tym przypadku, oszczędnie gospodaruje prawdą. Dawna telewizja publiczna dysponuje kilkoma, szeroko dostępnymi kanałami. Publiczne radio emituje kilka programów ogólnopolskich i do tego 17 programów regionalnych. Media te zasilane są miliardami z publicznej kasy, bo obywatele nie chcą płacić abonamentu. Przypomnę, że z abonamentu nie korzystają stacje prywatne.
Przed kamerami i mikrofonami zasiadają wyselekcjonowani dziennikarze i funkcjonariusze PiS-owskiej propagandy. Na zapleczu czujni cenzorzy decydują o czym ma być mowa. Mimo tych zabiegów słuchalność i oglądalność mediów publicznych bardzo spada, szczególnie stacji radiowych. TVP nadrabia te spadki transmisjami sportowymi i sylwestrami w Zakopanem.
Prawicowe gazety zasilane są setkami milionów złotych ze spółek skarbu państwa. Bez tego błyskawiczne zakończyłyby swój żywot. Zamieszczane tam reklamy to dla spółek wyrzucanie pieniędzy w błoto, ale z tego żyją redakcje. Owe gazety są mocno eksponowane w kioskach i sklepach lub stacjach benzynowych. Tymczasem odnotowują one gwałtowny spadek sprzedaży. Zatem media prezesa Kaczyńskiego mają zdecydowaną liczebną przewagę w eterze. Piszę oczywiście o programach produkowanych i emitowanych w kraju. Jednak niewdzięczni obywatele biorą swoje 500+, a oglądać i słuchać rządowych mediów nie chcą. Wolą te polskojęzyczne. I to bardzo boli prezesa.

Wystarczy nie kraść

Byłem na nagraniu w lokalnej TVP. Oczekując na panią, która przypudruje mi łysinę, by nie „blikowała” na wizji, wziąłem do ręki zestaw gazet obowiązujący w ośrodku. A tam: tygodniki „Do Rzeczy” i „Wprost”. Wprost dołuje wśród tygodników (ok. 14 tys. sprzedanych tygodniowo egzemplarzy). Kilka dni temu wydawca tych dwóch, prawicowych tygodników, Michał Lisiecki, został aresztowany z podejrzeniem popełnienia poważnych przestępstw skarbowych na kwotę 29 mln. złotych. Musiało być „grubo”, bo za zwolnienie z aresztu zażądano 500 tys. złotych kaucji. W zestawie była też „Rzeczpospolita”. Dziennik z górnej półki. Dla zrównoważenia był tam też dziennik z dolnej półki. „Gazeta Polska Codziennie” (13 tys. sprzedawanych egzemplarzy”. Jest ona liderem w spadkach sprzedaży. – 22 proc. porównując rok do roku. Tak oto polityczny nadzór w ośrodku funduje dziennikarzom jednostronny przekaz dnia. Biedni dziennikarze, zarobki mizerne i sami pewnie gazet nie mają za co kupić. „Gazeta Polska Codziennie” godna jest oglądnięcia, bo czytać tam nie ma specjalnie czego. Sam fakt, że drukowana jest dużą czcionką, a odstępy między wierszami są jeszcze większe wskazuje na brak tematów i marność dziennikarzy, których jest tam aż nadto. Godna uwagi jest natomiast ilość reklam tam zamieszczonych. Brylują w płatnych ogłoszeniach spółki skarbu państwa i różne instytucje związane z centralną władzą. Tak więc pisanie marne, kupować gazety nie chcą, a reklamy wylewają się ze szpalt. Oto fenomen gazety.
Wydawcą tego dziennika jest Grzegorz Tomaszewski, krewniak prezesa Kaczyńskiego. To on na nagraniach Birgfellnera skarżył się, że mu się budżet w gazecie nie spina i trzeba będzie interes zamknąć. Pewnie poszły polityczne wytyczne, by reklam było jeszcze więcej, to może będzie mniej źle. Grupa marnych dziennikarzy płodzi gnioty, których nikt nie czyta, ale kieszenie ma pojemne. I dlatego budżet się nie spina. By ratować sytuację trzeba więc za spółek transferować pieniądze do prawicowych gazet i z budżetu państwa miliardy do tzw. publicznej telewizji. Tak oto w praktyce wygląda PiS-owskie hasło „Wystarczy nie kraść”. Dla porządku dodam, że szefem rady nadzorczej wydawnictwa jest europoseł Czarnecki. Ostatnio kluby „Gazety Polskiej”, specjalnym pociągiem i z wielką pompą zorganizowały sobie wyjazd do Budapesztu. To nie są małe pieniądze, jak powiada Ferdek Kiepski, a których marna gazeta sama nie jest w stanie wypracować. Trzeba więc reklam jeszcze więcej. Firmy pod politycznym przymusem finansują gazetę, która jest politycznym orężem PiS, ale czytelnicy jakoś się nie garną. Swego czasu, na podwrocławskiej wsi, poszukując „Trybuny”, zobaczyłem jak starsza pani kupuje dwa egzemplarze „Gazety Polskiej”. Ciekawa gazeta? Zagadnąłem.. „Ja tego panie nie czytam. Proboszcz prosił, aby kupować ile kto może….”.
A ja od lat namawiam, by ludzie lewicy kupowali „Trybunę”. Ale jakoś moje namawianie za bardzo nie skutkuje. Z czego wniosek, że my Polacy, od prawa do lewa, czytać nie lubimy i czytamy coraz mniej. I takie to były moje refleksje po nagraniu w telewizji.

Bigos tygodniowy

Przeżarty pedofilią katolicki kler polski nie skorzystał z okazji by pokornie zamknąć gębę na kłódkę i przyłączył się do szczucia na LGBT. Biskupi oświadczyli na konferencji Episkopatu, że „masturbacja to zachowanie samotniczo-ipsacyjne”. Nie sposób wątpić, że biskupi znają tę ipsację z autopsji. Episkopat utożsamił swoją religię z orientacją heteroseksualną. Można by użyć parafrazy, że Kościół kat. jest heteroseksualny w formie i pedofilny w treści.

W zeszłym tygodniu biskupi ogłosili jakieś niewiele mówiące statystyki, liczby, cyferki pokazujące praw dobnie zaledwie czubek góry lodowej. Do tego abepy Gądecki i Jędraszewski jak zwykle popisali się na konferencji klerykalną mową-trawą odwracającą kota ogonem. Nawet bez słowa „przepraszam”. Widać, że ciągle nie mogą pogodzić się z nadzieją, że uda się im wyjść z pedofilnej afery psim swędem. Lecz to próżny trud. Już nie da się tego ukryć pod korcem. Po tych występach szefa i wiceszefa Episkopatu, publicysta katolicki Szymon Hołownia napisał: „Nie trzeba gejów, wilczych oczu Tuska z Junckerem i Sorosem, kartkówek z masturbacji i islamistycznych kaznodziejów, laicyzację zrobimy sami”. Krążyło kiedyś takie powiedzenie: „Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery”.

Jednak ten kiks szefów Episkopatu został przysłonięty przez burzę anty-LGBT, którą wywołał Najwyższy Prezes swoim buńczucznym okrzykiem: „Wara od naszych dzieci!”. Dał tym okrzykiem hasło do boju całej katolickiej kołtunerii polskiej. Jej rozjuszony tłumek zebrał się nawet pod warszawskim Ratuszem.

„Do niedawna rozważania o Polsce, w której nie będzie już rządzić PiS, mogły uchodzić za mrzonki lub śmiałe, lecz naiwne marzenia. Ale już nie dzisiaj. Najnowsze sondaże wskazują, że, że Polacy zobaczyli, dokąd ich prowadzi polityka rządzących. A to oznacza – tak jak w komunizmie – utratę legitymizacji dla sprawowania władzy. To początek końca. Można zacząć realistycznie myśleć o odgruzowywaniu Polski z toksycznej spuścizny po rządach PiS i jego usłużnych akolitów”. (prof. Roman Kuźniar)

A dla kontrastu inna opinia. Robert Tekieli w Gapolu lewituje jak fakir: „Mamy prawo oczekiwać, że obóz rządzący jest w stanie obronić polską rodzinę, polski naród i Kościół przed falą lewicowej przemocy. Do tego potrzebna jest wygrana w wyborach parlamentarnych, pozwalająca na napisanie nowej konstytucji i powołanie Trzeciej Niepodległej. Jeśli Jarosław Kaczyński zabezpieczy nas takimi zapisami w ustawie zasadniczej, które uniemożliwią na przyszłość wprowadzenie lewicowej ideologii, pustoszącej Zachód, zapewni sobie spoczynek na Wawelu obok swego brata. I będzie wspominany przez następne stulecia, tak jak dziś wspominamy Marszałka”. Wieczne odpoczywanie swoją drogą, ale czy jest na sali lekarz?

Pisowscy politycy i pisowscy propagandyści uparcie twierdzą, że pisowska narracja TVP i Polskiego Radia to uprawniony element równowagi w sferze medialnej, zdominowanej przez media liberalno-lewicowe. Problem w tym, że media liberalno-lewicowe są prywatne. Otóż, podobnie prywatny jest znaczący sektor mediów prawicowo-nacjonalistyczno-klerykalnych i do nich nie mam pretensji. Natomiast TVP i PR są mediami
p u b l i c z n y m i czyli powinny odzwierciedlać pełne spektrum poglądów całego społeczeństwa, a nie służyć jednej, rządzącej dziś partii. Warto przy tym przypomnieć, że swoje „Warto rozmawiać” Pospieszalski zaczął za rządów SLD, w kwietniu 2004 i przetrwał cała pierwszą kadencję rządów PO-PSL, Czy można sobie wyobrazić jakąś audycje publicystyczną prowadzoną dziś w TVP przez jakiegoś lewicowego czy liberalnego publicystę. Nie. To science fiction.

À propos, w TVP nastąpiły roszady kadrowe. Wygląda na to, że Adrian upchnął w zarządzie TVP swoich protegowanych, „wściekłą” pisówkę Marzenę Paczuską i Piotra Pałkę. Nowym szefem TVP Info, głównej pisowskiej szczujni propagandowej został Krystian Kuczkowski. Podobno to ofensywa Adriana z Młodym Morawieckim przeciw Kurskiemu. Podobno chcą w TVP więcej pluralizmu, a mniej propagandy. Akurat. Zwyczajnie czują się tam niedopieszczeni, więc wepchali swoich ludzi, by to odwojować. Będzie to więc raczej nowa pałka na opozycję niż dobra zmiana bez cudzysłowu. Jednoczesnie Adrian klepnął 1,2 miliarda złotych na pisowskie szczujnie medialne, z TVPiS na czele.

Na łamach francuskiego dziennika „Le Monde” ukazał się tekst zatytułowany „Żądamy dekanonizacji Jana Pawła II”. Jego autorkami są dwie działaczki katolickie: pisarka i redaktorka „Témoignage chrétien” Christine Pedotti oraz publicystka i biblistka Anna Soupa. Mało dbam o jego świętość, ale że był to kabotyn pierwszej wody, to nie ulega wątpliwości.

Związek Nauczycielstwa Polskiego szykuje się do strajku i to jest poważane działanie. Tymczasem oświatowa „Solidarność” odstawia komiczny teatrzyk w postaci „okupacji” Małopolskiego Kuratorium. Sprzyja mu nawet tamtejsza kuratorka Barbara Nowak, jak powiedział Paweł Rabiej: „homofobka i dewotka”, która ich serdecznie ugościła. I tak sobie pisiorska kuratorka z pisiorską przybudówką współegzystują ku chwale pisowskiej ojczyzny.

Pojawiły się dwa wyniki sondażowe. W jednym Koalicja Europejska ma niewielką przewagę nad PiS, a w drugim odwrotnie. W sukurs PiS-owi w te pędy ruszył CBOS i ogłosił dziwaczny, nonsensowny wynik nie uwzględniający istnienia Koalicji Europejskiej i badający poparcie dla wyodrębnionych partii. PiS ma w tym sondażu 44 procent, PO – 20 procent, a Kukiz – 7 procent. Pozostałe partie łącznie z SLD i Wiosną są pod kreską. A przecież to sondaże przedwyborcze, w których nie ma pojedynczych partii, ale koalicja, która dostała premię za jedność ponad podziałami. Jasne, że do żadnego sondażu nie należy przywiązywać zbyt dużej wagi, ale CBOS mocno przegina ze swoimi manipulacjami. Cóż za bełtanie w głowach i partyjne manipulacje uprawia CBOS za pieniądze podatników!

Sąd wydał korzystny dla Jerzego Urbana wyrok w sprawie publikacji „karykaturalnego wizerunku nawiązującego do wizerunku Jezusa, z mało inteligentnym wyrazem twarzy”. Tymczasem pisowscy cenzorzy kultury przebudzili się w Lublinie. Po czterech latach od premiery, Katolickie Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów w tym mieście (jak się bierze emeryturę po katolicku?) dopatrzyło się antypolskich i antykatolickich treści w inscenizacji mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” w lubelskim teatrze im. Osterwy. Z kolei radny PiS Ryba dopatrzył się w przedstawieniu opartym na baśniach braci Grimm „skandalicznej ironii z Matki Bożej i Pana Jezusa”. To naprawdę są obsesjonaci.

Czar TVP

Sprawa protestu pod TVP Info jest wyłącznie kwestią estetyki. Odsuwając już na bok całą dyskusję spod znaku „prowokacja czy nie” – zaczajenie się o zmroku na wychodzącą z pracy kobietę, aby na nią pohukiwać, straszyć i biec za samochodem, a potem radośnie przybijać piątki, jest niesmaczne i jałowe.
Opieranie siły całego happeningu na hasłach, które raczej zwracać uwagę na konkretny problem (co protestujący robili podczas poprzednich protestów z większym powodzeniem), bazują na epitetach („spieprzaj kłamliwa babo obrzydliwa”), służy wyłącznie ulaniu się frustracji, ale niestety wkłada drugiej stronie do ręki długo wyczekiwaną broń. Niemniej zgadzam się z Ewą Siedlecką, że w trakcie protestu pod TVP nie zostały przekroczone granice debaty publicznej. Nikt nie ucierpiał, a nadmierny dramatyzm połączony z brakiem dobrego smaku nie jest jeszcze na szczęście wpisany do kodeksu karnego.
Jednak później rozpętano nieprawdopodobną nagonkę na dziesięcioro ludzi, którzy w zimowy wieczór przynieśli tabliczki z napisem „kłamczucha”. Nie „kurwa”, nie „szmata”. I nie jajka, pomidory, petardy czy noże, ale tabliczki.
Teraz ci ludzie po kolei tracą źródła utrzymania. Zostały upublicznione ich personalia, na szklanym ekranie zachęcano do „odwiedzania” ich w pracy. Elżbietę Podleśną już raz eskortowała do domu policja. „Spalimy ci dom” – grożono Piotrowi Łopaciukowi. Inni też dostają na messengerze życzenia śmierci. W momencie pisania tego tekstu trzy spośród dziesięciu osób już nie pracują. Hejt leje się też na ich byłych szefów, no, może za wyjątkiem Poczty Polskiej. Zatrudniona w niej od 25 lat Monika Twarogal została zwolniona jeszcze dwa dni przed emisją feralnych „Wiadomości”. Dobra zmiana najwyraźniej wzmaga czujność państwowych instytucji. Natomiast firmą, z której zwolniono Iwonę Wyszogrodzką, zainteresował się Urząd Skarbowy. To represje kosmicznie nieadekwatne do przewinienia. Lincz za kiepską estetykę protestu. Strzał z bazuki za prztyczka w nos.
Czy jeśli wysunę tezę, że pomiędzy materiałem Marcina Tulickiego z „Wiadomości” a wzmożeniem hejtu może istnieć korelacja, i że nie było to sypanie kwiatków, a stawianie pod pręgierzem, to skończę jak Adam Bodnar, pozwana za naruszenie dóbr osobistych? Zobaczymy. Nie przypominam sobie jednak, aby telewizja – nawet wtedy, kiedy u steru były w Polsce SLD, a potem PO – kiedykolwiek potępiła antykomunistycznych fanatyków, rok w rok wykrzykujących 13 grudnia pod oknami Wojciecha Jaruzelskiego, a później Jerzego Urbana słowa o wiele mniej cenzuralne niż „kłamczucha” i „obrzydliwa baba”. Kiedyś relacjonowałam jeden z takich protestów. Zwykle w sądzie na poparcie takich tez, jakie tam śmigały w powietrzu co minutę, trzeba mieć dowody, i to nie byle jakie. Nie słyszałam też, aby „medium z misją” popełniło obszerny reportaż śledczy i przedstawiło sylwetki tych, którzy gwizdali na Powązkach w rocznicę Powstania Warszawskiego. Pamiętacie książkę, w której jest mowa o równych i równiejszych zwierzętach? Znajduje się tam również inna cenna refleksja, która zagubionym może wytłumaczyć wiele polityczno-medialnych paradoksów: „ilekroć świnia spotyka na drodze inne zwierzę, to ostatnie musi ustąpić na bok”.
Jak tam pani Magdo, wystarczająco pomszczona?

Nieetyczna TVP

Telewizja Polska przyczyniła do powstania atmosfery nienawiści i nietolerancji poprzez manipulacje faktami, krzywdzące sugestie i manipulacje – oceniła Rada Etyki Mediów w zaprezentowanym raporcie. Jest to poważny zarzut dla stacji kierowanej przez Jacka Kurskiego. Czy dymisja prezesa jest realnym scenariuszem? Wątpliwe. Pięć z siedmiu zasad zapisanych w Karcie Etycznej Mediów złamała Telewizja Polska w publikacjach na temat prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Autorzy raportu wymieniają m.in. o zasadę stanowiącą m.in., iż przedstawiciele mediów dokładają wszelkich starań, aby przekazywane informacje były zgodne z prawdą, sumiennie i bez zniekształceń relacjonują fakty w ich właściwym kontekście, ale również zasadę obiektywizmu, zasadę oddzielania informacji od komentarza oraz zasadę pierwszeństwa dobra odbiorcy stanowiącą, że podstawowe prawa czytelników, widzów, słuchaczy są nadrzędne wobec interesów redakcji, dziennikarzy, wydawców, producentów i nadawców. Ponadto, raport mówi, że publikacji manipulowali faktami, sugestiami i domniemaniami w taki sposób, aby z przekazu wyłonił się obraz Pawła Adamowicza jako osoby niegodnej zaufania. – W żadnej z analizowanych przez REM publikacji nie dano Pawłowi Adamowiczowi szansy odparcia zarzutów, przedstawienia argumentów zaprzeczających oskarżeniom formułowanym wprost, między wierszami, lub w tytułach zniekształcających rzeczywisty przebieg opisywanych wydarzeń lub naginających fakty tak, by przemawiały przeciwko prezydentowi Gdańska. Był obiektem oszczerstw, ale nie miał prawa do obrony – napisano w opracowaniu.
Raport powstał dzięki apelowi, jaki pod koniec stycznie skierowani do REM prezydenci Warszawy, Poznania, Sopotu, Gliwic i Gdańska. Prosili w nim o wyjaśnienie wszystkich okoliczności mogących mieć związek ze śmiercią prezydenta Pawła Adamowicza, w tym zbadanie, czy działania podejmowane wobec Adamowicza przez spółkę Telewizja Polska SA oraz inne jednostki publicznej radiofonii i telewizji, jak również zatrudnionych w nim dziennikarzy, od dnia 1 stycznia 2016 roku do dnia zamachu na jego życie, mieściły się w granicach uczciwości, rzetelności oraz staranności, wymaganych i określonych w zasadach etyki zawodowej dziennikarza.