Szanowny Panie Prezesie

Na wczorajszym spotkaniu z wyborcami powiedział Pan, że zlikwiduje Pan umowy śmieciowe. To kolejna Pana deklaracja na ten temat, z którą niestety nie wiążą się żadne konkretne działania. Co więcej, za rządów Pana partii w wielu branżach stabilność zatrudnienia zmniejszyła się.

Przede wszystkim jednak, jako prezes Prawa i Sprawiedliwości i członek rządu, ma Pan bezpośredni wpływ na funkcjonowanie spółek skarbu państwa i instytucji państwowych. Tymczasem to właśnie tam różne rodzaje umów śmieciowych są powszechne. W Telewizji Polskiej skala śmieciowego zatrudnienia w ostatnich tygodniach wręcz wzrosła.

Wybrany na kolejną kadencję prezes TVP, Jacek Kurski narzuca różne formy umów niestandardowych, z których część jest rażąco sprzeczna z Kodeksem pracy. Wobec wielu pracowników narodowy nadawca wymusza samozatrudnienie z zakazem konkurencji, chociaż zgodnie z prawem powinni mieć etaty. TVP ma też wiele kontraktów z firmami zewnętrznymi, które oferują niskopłatne umowy cywilnoprawne, na dodatek pobierając od nich prowizję. Podobnie wygląda sytuacja w Polskich Liniach Lotniczych LOT, których prezes, Rafał Milczarski od lat zatrudnia pilotów i stewardessy wyłącznie w ramach kontraktów firma-firma. Na dodatek narodowy przewoźnik w ostatnich miesiącach zwalnia pracowników etatowych, promując osoby na samozatrudnieniu. Dzieje się tak, choć firma otrzymała blisko 3 mld zł wsparcia publicznego. Również Poczta Polska uruchomiła program zwolnień grupowych, a w tym samym czasie zaczęła zatrudniać pracowników w ramach umów nieetatowych. Przykłady można mnożyć. Umowy śmieciowe funkcjonują na masową skalę w większości spółek skarbu państwa. Śmieciówki są też rozpowszechnione w ministerstwach i biurach posłów partii rządzącej.

W tej sytuacji apelujemy do Pana o audyt we wszystkich instytucjach publicznych i spółkach skarbu państwa pod kątem stosowania umów niestandardowych i przestrzegania Kodeksu pracy. Oczekujemy też dymisji wszystkich osób na kierowniczych stanowiskach, które narzucają śmieciówki i promują niestabilne zatrudnienie. Czekamy na konkrety. Ma Pan szansę pokazać, na ile wiarygodne są Pana deklaracje.

Bożena Ostródzka Pierwsza

Nigdy nie grałem koncertu w Sylwestra, choć zawsze chciałem. Nie dlatego, że tak bardzo kocham życie na scenie w „ten wyjątkowy dzień”. Chciałem, bo to okazja, żeby z nielubianej, uświadomionej konieczności, uczynić źródło zarobkowania. A nie grałem, bo mój pryncypał z zespołu nie pozwala grać w Sylwestra, pomny przykrych doświadczeń z przeszłości, kiedy to na jednym z bankietów „Jaś” nie doczekał dwunastej.

Było to dawno i już dziś prawie nieprawda, bo rzecz działa się w zatęchłych i odległych latach dziewięćdziesiątych, kiedy nikt nawet nie śnił o Sylwestrze z Dwójką, Trójką czy Polsatem. Grupa na K. otrzymała płatny angaż do grania do kotleta na jednym sylwestrowych balów w lokalu stołecznym. A że chłopacy mieli mocne trzewia i mniej lat, jeden z kolegów przeszarżował, błędnie oceniając swoje możliwości, w związku z czym spał pijany za wzmacniaczem, od czasu do czasu podnosząc głowę i blekocąc: „Ale chłopaki, ja chcę grać”, po czym dalej zasypiał. Od tamtego momentu grupa na K. nie zagrała żadnego koncertu sylwestrowego, mimo że można by za ten jeden taki wieczór, lub raptem, kilka piosenek, nie robić nic przez cały miesiąc. Ja, na ten przykład, Sylwestra nie lubię i nie kultywuję. Marnotrawię więc ten czas, choć mógłbym wówczas zarabiać, a nie tępo gapić się w telewizję, z jednej strony zazdroszcząc zarobków innym kolegom, z drugiej jednak dziękując losowi, że kolejny rok, uchronił mnie przed byciem częścią większej całości, która pachnie straszną naftaliną. Bo ja, jak śpiewał ongiś zespół Green Day, chcę być w mniejszości, a nie w waszej moralnej większości. Za taką większość zawsze dziękuję, choć, nie przeczę, z niejakim bólem dupy, kiedy patrzę na stan konta, ale niezależność zawsze ma swoją cenę. Zazwyczaj wyrażoną w gotówce.

Nie znam więc uczucia, jak to jest zagrać w Sylwestra dla milionów Polaków przed telewizorami. Znam uczucie, jak to jest zagrać dla miliona ludzi pod sceną, i jeśli jest to choć w marnym procencie taki sam high jak ten z graniem dla telewizji, to gratuluję wykonawcom. Znam również, pobieżnie, ale znam, stan bazy noclegowej w powiatowym mieście Ostróda. Tak się składa, że tegoroczny Sylwester odbywał się właśnie tam. Ongiś, razem z grupą na V. grałem na festiwalu ska i reggae w Ostródzie. Nie tym dużym, w lato, tylko takim pomniejszym, na początku roku, w styczniu albo lutym. Z racji tego, że imprezy nie obsługiwało TVP ani nawet lokalna odnoga z Olsztyna, tylko kilkoro zapaleńców i miłośników muzyki jamajskiej, kapele które przyjechały, rozłożono po ostródzkich hostelach i pensjonatach, żeby było taniej. Pamiętam, że gdy dotarliśmy na miejsce do jednego z takich przybytków, przywitał nas w sztok pijany recepcjonista. Dwoiło mu się w oczach, nie mógł doliczyć się miejsc, które dla kogo, kto z kim, więc po ok. 10 minutach walki z materią obrócił się przy kontuarze za siebie i donośnie zawołał: „Bożena…Bożena! Chodź tu, ja się na tym nie rozeznaję, trzeba coś tu szybko pozmieniać, bo się nam grajki nie pomieszczą!”. Ostatecznie, rzeczywiście, część z nas została przeniesiona do innego pensjonatu, parę domów dalej, ale strach by pomyśleć, co by było, gdyby zabrakło wtedy Bożeny.

Na przełomie lat 2020/21, w noc sylwestrową, podobna opowiastka mogłaby się stać udziałem samego Thomasa Andresa, Heleny Vondrackowej czy Marcina Millera. Na szczęście na straży był Jacek Kurski, który, gdy tylko dowiedział się o grożącym artystom niebezpieczeństwie, zadziałał, niczym Deus ex machina, i prawo dopasował szybciej, niż prezydent narty. Szło bowiem o to, że z powodu braku możliwości prowadzenia działalności hotelarskiej, część artystów może wylądować na mrozie. Przynajmniej oficjalnie. Wraże media tylko czekają, żeby wytknąć TVP i rządowi taką niedoróbkę. W pierwotnej noweli o „narodowej kwarantannie” zapisano bowiem wyjątek od zakazu przebywania w hotelach dla osób współpracujących z rozgłośniami radiowymi i stacjami telewizyjnymi posiadającymi koncesję na nadawanie. I niby wszystko wydawało się spoko, gdyby nie to, że złośliwi zaczęli poszczekiwać, że TVP jest nadawcą publicznym i nie ma na nadawanie żadnej koncesji. Niejeden w takim wypadku pił by do rana, rwał włosy z głowy, ale nie Jacek Kurski. On, najzwyczajniej w świecie zadzwonił do premiera, a ten w trybie ultra-ekspresowym wprowadził nowelę noweli i zmienił zapis. Od dziś obowiązuje więc prawo w którym stoi że, poprawka oprócz „nadawców posiadających koncesję” uwzględnia też „jednostki publicznej radiofonii i telewizji”, o których nie było mowy we wcześniejszej wersji. Przyznacie Państwo, genialne w swojej prostocie. Prawnicy mają jednak wątpliwości, czy to, co zapisano na chybcika w ustawie, jest już wytrychem prawnym, pogwałceniem obyczaju, zwykłą kazuistyką, czy może przykładem na to, jak w Polsce tworzy się dziś najbardziej nieudolne prawo pod konkretnego człowieka. Milczy rzecznik rządu. Milczy prezes. Milczy Jacek Kurski. Nie zamilkną za to sylwestrowi artyści. Duch i ciało potrzebują strawy. A ja sam doskonale wiem, jak ciężko w Ostródzie o pokój. Hotelowy, ma się rozumieć.

Zderzenia

Obrazek pierwszy

Prezes Kurski i jego druga czyli kolejna żona biorą ślub kościelny. Kościół poprzednie śluby kościelne długoletnich małżonków unieważnił. To chyba rzecz niespotykana w całej historii katolicyzmu w Polsce. Tym samym kościół zakpił z wiernych i pokazał maluczkim gdzie ich miejsce. Dla możnych i usłużnej władzy dogmaty wiary są inne. Na ślubie brylował uśmiechnięty prezes Kaczyński. Potem państwo młodzi zostali dopuszczani do grobu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Czyż prezes może bardziej wywyższyć Kurskich i szydzić zarazem z reszty katolickiej Polski?

Obrazek drugi.
Prezydent Duda uroczyście odbiera zaświadczenie z PKW o wyborze na prezydenta. Przemawia. Cała elita władzy i PiS zasiada na Zamku Królewskim. Prezesa nie ma. Wchodzi spóźniony i szybko wychodzi. Tym samym kpi z protokołu, poniża prezydenta i całą PiS-owską elitę.
Kto jest ważniejszy? Rozwodnik Kurski biorący ponownie ślub kościelny czy prezydent Duda. No kto?

Kim pan jest, panie Kurski?

Samosądy nie prowadzą nas ku sprawiedliwości. W epoce społeczeństwa sieciowego uporczywe rozpowszechniane informacji sugerującej winę danej osoby jest coraz częściej narzędziem niszczenia człowieka.

Motywy mogą być różne: osobista zemsta, psychopatyczna przyjemność z przejęcia psychologicznej kontroli, polityczna bądź zawodowa korzyść. Nie możemy ferować wyroków na podstawie zeznań jednej strony. Od ustalenia faktów i wydania werdyktu są prokuratura i sądy.

W państwie PiS prokuratura, a wkrótce również sądy zostały przekształcone w instrumenty walki politycznej. Prześladowana jest opozycja, aferzyści związani z obozem władzy mogą spać spokojnie. Batalia jest brutalna. Opozycja kontratakuje, z dużo mniejszą mocą i skutecznością, ale często za pomocą ostrych zagrań. Bo do takich zaliczyć należy wyciągnięcie sprawy ułaskawienia przestępcy seksualnego przez Andrzeja Dudę podczas kampanii prezydenckiej, a także opisanie przez „Gazetę Wyborczą” możliwego gwałtu Zdzisława Kurskiego, syna Jacka, władcy TVP na dziewięcioletniej dziewczynce. Czy Zdzisław Kurski stosował przemoc seksualną wobec dziecka? Czy trwale okaleczył Magdalenę Nowakowską, córkę ówczesnego podwładnego swojego ojca? Stuprocentowej pewności nie będziemy mieć nigdy. W Polsce nie działają bowiem organy, które mogłyby rzetelnie ustalić stan faktyczny. Na kilka kwestii warto jednak zwrócić szczególną uwagę. Kalendarium wydarzeń nadaje znaczny stopień wiarygodności zeznaniom Magdaleny.

Po pierwsze – sprawa trafiła do prokuratury po raz pierwszy po jej pobycie w szpitalu psychiatrycznym, poprzedzonym aktami autoagresji. Dziewczyna po raz pierwszy przyznała, że była ofiarą gwałtu, na terapii. Była to końcówka roku 2015, Jacek Kurski jeszcze nie został prezesem TVP. Nawet więc jeśli przyjmiemy, że ojciec Magdaleny miał motyw, żeby zemścić się na swoim wcześniejszym pracodawcy (był asystentem Kurskiego w PE, rozstali się w niezgodzie w 2012 roku), to mógł to zrobić znacznie wcześniej, gdy rządziła PO. Po drugie – sprawa została w czerwcu 2016 roku przejęta przez gdańską prokuraturę. Nieco ponad rok później zapadła decyzja o umorzeniu. W styczniu 2016 Zbigniew Ziobro na mocy ustawy o prokuraturze zyskał możliwość ręcznego sterowania śledztwami. Ta sama prokuratura umorzyła ponownie śledztwo w roku 2019, po tym jak sąd w Kwidzynie nakazał je wznowić. Decyzja nie została zaskarżona przez prawników Magdaleny. Dlaczego? Nie byli pewni swoich racji? A może widzieli, że nie mają szans w starciu z opanowaną przez PiS strukturą?

Po trzecie – opis przemocowych zachowań zawiera drastyczne szczegóły. To wstrząsająca historia. Czy dwudziestoletnia osoba lecząca się psychiatrycznie wzięłaby na siebie ciężar zmyślenia i upublicznienia takich informacji? Po co? Co by dzięki temu zyskała? Na jej korzyść przemawia też opinia biegłego, który orzekł, że „nie stwierdzono u pokrzywdzonej skłonności do celowego zniekształcania odtwarzanych zdarzeń”. Po czwarte – tłumaczenia rodziny Kurskich wydają się podejrzane. Wskazywanie na konflikt personalny między ojcem pokrzywdzonej, a prezesem TVP śmierdzi politycznym spinem. Matka Zdzisława Kurskiego, która obecnie nazywa zarzuty „atakiem” i „oszczerstwem”, w 2015 roku w korespondencji mailowej z matką pokrzywdzonej radziła zgłosić sprawę organom ścigania, gdyż nie wie, jak mogłaby wpłynąć na swojego syna. Czyżby wiadomość o gwałcie przez niego dokonanym nie była dla niej zaskoczeniem?

Jacek Kurski jest specem od manipulacji informacją. Jego telewizja dopuściła się w ostatnich czterech latach rzeczy obrzydliwych. W programach TVP krzywdzi się ludzi, niszczy polityków opozycji, podważa krzywdę ofiar, zaciera prawdę i zamazuje sens wydarzeń. Warto sobie więc zadać pytanie: ile warte są wykręty rodziny człowieka, który świadomie, w celu osiągnięcia politycznych korzyści i utrzymania wysokiej pozycji w hierarchii władzy posługuje się wulgarną manipulacją w skali makro? Wreszcie, w jakim środowisku rodzinnym dorastał Zdzisław Kurski? Jakie modele zachowań chłonął jako dziecko? Jakie wartości przekazał swojemu synowi twórca zawodowy spin doktor, twórca największej w dziejach III RP maszyny generującej kłamstwa? Jak to wpłynęło na jego rozwój emocjonalny? Dlaczego Jacek Kurski jest wciąż głównym rozgrywającym w publicznej telewizji?

Sami odpowiedzcie sobie na te pytania.

Walka misia z frustratem

Pamiętam, jak parę lat temu głównym niusem w mediach rządowych i publicznych była pijana samica borsuka na plaży w Rewalu. Myślałem wówczas, że widziałem już wszystko. Jakże się myliłem.

W sumie, to sporo bym dał, żeby słuchać teraz nadal takich niusów. Sporo bym też dał, żeby zobaczyć, jak ulice polskich miast na powrót się zapełniają. Knajpy rozpijają i rozpasają obywatela, a ten się bawi i złotem płaci. Ale niestety. Trwa wciąż w najlepsze zabawa w ciuciubabkę z covidem i obywatelami.

Lud polski dzieli się co najmniej na trzy kategorie: bardzo bojących i sceptycznych, średnio bojących i otwartych i olewających system otwarcie. Ja, z racji swoich anarchicznych przekonań, zaliczam się do trzeciej kategorii. Z natury, władzy każdej nieufny, opieram swoje postępowanie na zdrowym rozsądku, a nie na tym, co mi przekaże minister i ile osób dziś umarło. Minister ten i ów mówi, że Śląsk strasznie chory, bo górnicy z przodka zarazili tych z wierchu. A co by było, mili Państwo, gdyby ktoś wysupłał parę groszy w ramach eksperymentu socjologicznego, i badał przez tydzień populację klientów sklepu na B. albo L. w Warszawie przy ulicy Rydygiera? Zapewne dokonałby niemiłego odkrycia, że spory procent z nich jest zakażonych covidem i nawet o tym nie wie. Mało tego, 80 procent nie ma objawów. Podobnie by było, na mniejszą skalę, w mniejszych miastach i miasteczkach. Sam pan minister w końcu rzekł, że nie ma co się łudzić, że od września wszystko wróci do normy. Będzie bowiem jeszcze gorzej, bo jak przyjdzie sezon grypowy i covid wymiesza się z normalną grypą, kompletnie już nie będzie wiadomo, kto swój a kto wróg, a na grypę jest przecież szczepionka. Czekanie zmiłowania w przypadku walki z zarazą jest więc tyleż bezsensowne co po prostu głupie; wirus nie minie, tak jak nie minie ludzka głupota. Ta z kolei ostatnio pokazała pazur.

Dosłownie. Zadzwonił do mnie kolega z zespołu na D., który w zeszłym tygodniu był akuratnie z rodziną w warszawskim ZOO i powiedział, że kiedy wychodził, policja zawijała do suki kolesia, który wtargnął na wybieg niedźwiedzi, a jednego z misiów chciał podobno utopić w fosie z wodą. Po krótkim czasie zobaczyłem zajście w komputerze, gdy filmik zaczął podbijać internety. Rzecz jest tyleż śmieszna, co przerażająca. Początkowo myślałem, że typ jest po prostu naćpany jak bąk, a cała akcja, to dla niego żywa gra komputerowa, w której walczy z niedźwiedziem i przechodzi do następnego lewelu. Kiedy obejrzałem filmik drugi i trzeci raz, zauważyłem, że koleś jest ciut za bardzo opanowany jak na miejsce i czas w którym się znalazł. Wie, jak zwierzę dzikie zajść, uderzyć, ujarzmić. Trochę za dużo w tym jego działaniu profesjonalizmu. Albo więc, dumałem, wie, jak postępować w takich sytuacjach, bo był do tego szkolony, albo ma po prostu atawistyczny gen szczęścia, że nawet po pijaku (a miał ponoć 1,5 promila), potrafi sobie poradzić w ekstremalnej sytuacji, a ta bez wątpienia do takich się zaliczała. Nie wiem która z opcji była tą prawdziwą. Ważne, że człowiek prawie utopił niedźwiedzia na oczach gapiów, a nie został przezeń zjedzony. Przez zwierzę zjedzony, a nie przez wygłodniałą tłuszczę, ma się rozumieć.

Gdyby zaprząc w dyby wyobraźnię i zażyć odpowiednią ilość mocnych narkotyków, pojedynek Andrzeja Dudy i Jacka Kurskiego mógłby właśnie tak wyglądać. Andrzej Duda to miś z ZOO, a Kurski to ten, który wlazł do klatki. Szklanej. Pozornie to niedźwiedź ma przewagę nad człowiekiem. Wszystko odbywa się na oczach widzów, którzy chcą dostać prawdziwe szoł i Jacek Kurski to wie. Funduje im cyrkowe arcydzieło najwyższych lotów, jakie tylko można zafundować za publiczne pieniądze. Kiedy niedźwiedź rzuca się na wariata w szklanej klatce, ten robi szybki zwiszenruf i umyka spod kłów. Teraz to niedźwiedź jest wyżej i tryumfuje, a człowieczek tapla się w bajorze. Ale tylko pozornie walka jest zakończona. W prawdziwej historii miś chciał zeżreć swoją ofiarę i poszedł za nim w wodę, co go ostatecznie zgubiło, bo przegrał. W historii z misiem Andrzejem i frustratem Kurskim, miś po ofiarę się nie schylił. Uznał, że skoro przepędził łotra z klatki, niedaleko, ale zawsze, może spokojnie czekać na wybiegu, nie robić nic, a tłum nadal będzie go podziwiał i podrzucał mu co lepsze kęski, a on, miś, robił będzie to, co misie lubią najbardziej, tzn. leżał i pokazywał sztuczki. No i w najmniej oczekiwanym momencie ta bierność się na nim zemściła. Człek przeczekał w ukryciu jakiś czas, a później wspiął się po kiju, który podał mu treser, i zaszedł misia od tyłu. Jak napalony włamywacz. Na nic pomogły jęki i żale. Misiowi pozostała jedynie nadzieja, że treser jednak wejdzie do gry i wyda komendę: spocznij albo waruj, albo odpuść, albo jakoś tak. I sprawy wrócą na dawne tory. Miś będzie misiem, frustrat-frustratem, a tłum dalej będzie robił zdjęcia i rzucał pieniążki do fosy, żeby kiedyś, w lepszych czasach, móc wrócić w to samo miejsce i spojrzeć misiowi w oczy jeszcze raz.

Marnotrawstwo TVP

Trudno zrozumieć, o co chodziło w piątkowej konferencji prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego.
Dwóch polityków zajmujących najwyższe funkcje w państwie wygłosiło pean na cześć Telewizji Polskiej, a następnie dowiedzieliśmy się, że jej prezes, Jacek Kurski zostanie w trybie natychmiastowym odwołany. Skoro jest tak dobrze, to czemu Kurski traci stanowisko?
Nędzne show
Cały spektakl wyglądał tak, jakby PiS porozumiał się z prezydentem co do potrzeby rytualnego poparcia przekazu mediów publicznych, ale zarazem warunkiem wspólnego występu premiera i prezydenta była dymisja Kurskiego. Logiki w tym żadnej nie było. Co najwyżej partykularne interesy i gierki personalne.
Komentatorzy słusznie oburzają się na podpis Dudy pod ustawą przyznającą dodatkowe 2 mld zł rocznie dla TVP w sytuacji, gdy brakuje środków na wiele podstawowych obszarów funkcjonowania państwa, w tym służbę zdrowia czy szkolnictwo.
Kasa na propagandę
Ale oburzenie budzi przede wszystkim nie tyle przekazanie środków na media publiczne, co finansowanie przez państwo tępej, agresywnej propagandy rządowej. To dlatego tak oburzające były zachwyty premiera i prezydenta nad „misją TVP”.
Można by jeszcze zrozumieć decyzję Andrzeja Dudy, gdybyśmy usłyszeli przeprosiny za ohydną, pełną kłamstw i manipulacji propagandę telewizji za rządów Jacka Kurskiego i obietnicę zmian. Niestety nic takiego nie pojawiło się. Właściwie od początku długiej wypowiedzi prezydenta było wiadomo, że podpisze ustawę, ponieważ o TVP wypowiadał się w samych superlatywach. W świetle jego wystąpienia to nie brak veta zaskakuje, a dymisja Kurskiego, na rzecz której ani prezydent, ani premier nie przedstawili żadnych argumentów.
Tymczasem największym skandalem nie jest przekazanie mediom publicznym dodatkowych środków, bo profesjonalne media wymagają oczywiście pieniędzy. Skandalem jest przekaz TVP, będący wulgarną, prymitywną propagandą rządową, sprzeczną z jakkolwiek pojmowaną misją i z ustawą o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.
Gdzie ta misja?
Przypomnijmy, że w jej myśl „publiczna radiofonia i telewizja realizuje misję publiczną, oferując, na zasadach określonych w ustawie, całemu społeczeństwu i poszczególnym jego częściom, zróżnicowane programy i inne usługi w zakresie informacji, publicystyki, kultury, rozrywki, edukacji i sportu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu”. Przekaz TVP brutalnie przeczy „pluralizmowi, bezstronności, wyważeniu i niezależności” i jeżeli TVP miałaby działać w oparciu o ustawę, wszyscy dyrektorzy i czołowi dziennikarze powinni być usunięci ze stanowisk w trybie natychmiastowym. Nie tylko jednak tak się nie dzieje, ale najbardziej rozpoznawalni propagandziści Telewizji Polskiej zarabiają kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, a sam prezes Jacek Kurski przez cztery lata kompromitowania mediów publicznych zarobił blisko 1,5 mln zł!
Podobne środki TVP wyrzuciła na takie tuzy intelektu jak Magdalena Ogórek, Danuta Holecka czy Michał Rachoń. Wydawanie środków państwowych na osoby tego pokroju to skandaliczne marnotrawienie pieniędzy, za które osoby odpowiedzialne powinny ponieść konsekwencje. Dodatkowe środki na telewizję publiczną dałoby się przeboleć, gdyby realizowała ona swoją ustawową misję. W obecnym kształcie państwo nie powinno do niej dopłacać ani złotówki. Partyjną propagandę PiS powinien finansować z własnych środków.

Jak prezes Kaczyński TVP zrujnował

Bojkot TVP to bojkot noża. Kara należy się nożownikowi.

W przyszłą środę rozpocznie się w Sejmie RP debata nad projektem ustawy, który pozwoli wspomóc TVP i Publiczne Radio ogromną sumą z budżetu państwa – 1,2 mld złotych. W uzasadnieniu ustawy czytamy, że ma być to wyrównanie strat jakie ponoszą media publiczne za zwolnienia licznych obywateli IV RP z opłat abonamentowych.
Nie jest to pierwsze wsparcie narodowo- katolickich mediów ze strony rządzącego PiS. Przed rokiem prorządowe media publiczne dostały podobne wsparcie od rządu, prawie 980 mln zł, też z deficytowego budżetu państwa polskiego.
Jest to też druga próba uchwalenia tej ustawy. W zeszłym tygodniu kierownictwo PiS nakazało marszałkowi Kuchcińskiemu zdjęcie tego punktu z porządku obrad. W ostatniej chwili, po masowej krytyce TVP info za wyjątkowo chamskie komentarze związane z zabójstwem prezydenta Pawła Adamowicza.
Korzystając z powszechnego, społecznego oburzenia na TVP info, politycy PO ogłosili bojkot tego kanału informacyjnego. I wezwali pozostałą opozycję do podobnej reakcji.
Bojkot telewizyjnych programów informacyjnych nie jest czymś nowym. W lipcu 2008 roku do bojkotu programów TVN przystąpili politycy PiS. Wytrwali w nim przez pół roku. Wykorzystali go do scementowania swego elektoratu nienawiścią do „wrogiego, antypolskiego TVN”. A także do organizowania i popularyzowania własnych mediów. Dla PiS tamten bojkot był korzystny.
Podobny cel polityczny ma obecny bojkot polityków PO programów TVP info. Mobilizacja swych wyborców oraz wparcie konkurencyjnych wobec TVP mediów komercyjnych, które regularnie wspierają polityków PO.
Lewica polska nie ma politycznego interesu w bojkotowaniu TVP. Nie ma własnych mediów elektronicznych, które ewentualny bojkot mógłby wesprzeć. Do wszystkich polskich mediów, i tych komercyjnych – liberalnych i tych narodowo- katolickich zapraszana jest wedle bieżącego interesu wydawców i ich dysponentów politycznych. Bojkot TVP info oznaczałby jedynie samo wykluczenie się z tych mediów. Ograniczenie swego potencjału informacyjnego.
Lewica polska nie może też podważać sensu istnienia mediów publicznych. To prawda, że rządzący obecnie PiS, przy pomocy Pawła Kukiza, ukradł społeczeństwu TVP SA i Polskie Radio SA. Zamienił je na media narodowo- katolickie. A ich programy informacyjne i publicystyczne na swoje tuby propagandowe.
Ale to nie oznacza, że lewica polska powinna przyłączać się do wsparcia rujnowania mediów publicznych jako instytucji.
Media publiczne nadal są w Polsce największą, choć tylko potencjalną, instytucją upowszechniania kultury. Żadne prywatne media komercyjne tego ustawowego obowiązku nie mają i mieć nie będą.
Liderzy Platformy Obywatelskiej wielokrotnie kwestionowali potrzebę istnienia mediów publicznych. Postulowali ich prywatyzację. Przejęcie ich misji kulturalno- edukacyjnej przez prywatne media komercyjne.
Dlatego parlamentarzyści PO zawsze bojkotowali próby tworzenia nowoczesnego systemu finansowania mediów publicznych podejmowane przez parlamentarzystów SLD.
Przed 2015 rokiem politycy PiS obiecywali stworzenie takiego stabilnego systemu finansowania mediów publicznych. Pan poseł Krzysztof Czabański, pani posłanka Joanna Lichocka i kilku innych wielokrotnie, publicznie obiecywali uchwalenia takiej ustawy.
Te obietnice skończyły się totalną kompromitacją. Przedstawiane przez parlamentarzystów PiS projekty zastąpienia abonamentu radiowo- telewizyjnego porażały brakami podstawowej wiedzy z zakresu organizacji mediów i zwyczajną nędzą intelektualną.
Skierowani na funkcje prezesów Polskiego Radia i TVP komisarze polityczni doprowadzili te publiczne media do ruiny programowej, intelektualnej i nawet finansowej.
Pan prezesowi Jackowi Kurskiemu nie pomogła nachalna komercjalizacja programu TVP. Nie pomogło disco- polo Wacława Martyniuka ani liczne transmisje zawodów sportowych. Deficyt programowy TVP SA ściga się z narastającym deficytem finansowym tej instytucji.
Dlatego pan prezes Jacek Kurski przejdzie do historii polskich mediów jako ten, który zostawił telewizję publiczną zrujnowaną. Za pełna akceptacją pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, który akceptował rujnowanie największej instytucji polskiej kultury, pomimo licznych apelów o zaprzestanie tego procederu.
Ponieważ mamy rok wyborczy, to zdominowany przez PiS polski Sejm dorzuci z deficytowego budżetu państwa postulowany miliard złotych. Na wsparcie mediów narodowo- katolickich, które będą wspierać PiS w najbliższych kampaniach wyborczych.
Pan prezes Jacek Kurski nie ma charyzmy Jurka Owsiaka. Nie może odwołać się do hojności społeczeństwa. Musi żebrać o jałmużnę, o łaskę swego pana prezesa.
PiS rządzić Polską wiecznie nie będzie. Lewica zainicjowała odbudowę Warszawy zrujnowanej przez hitlerowców, to pewnie i zainicjuje odbudowę mediów publicznych zrujnowanych wolą pana prezesa Kaczyńskiego.
Zatem krytykujmy dysponentów mediów publicznych, brońmy potrzeby istnienia takich mediów.

Kura zagrożony?

Czwartkowa „Rzeczpospolita” donosi, że wniosek Grzegorza Podżornego pozostanie bez dalszego biegu, a Jacek Kurski kolejny raz ocali głowę. Kaczyński chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie straty wizerunkowe przynosi jego partii TVP.
Do wyborów jeszcze dziewięć miesięcy – przez ten czas PiS zdążyłby jeszcze nadrobić stracone punkty, ale warunek jest jeden: odsunięcie Kurskiego od mediów publicznych i uderzenie się w pierś (choćby na pokaz) po śmierci Pawła Adamowicza.
Mają zapewne rację dziennikarze „Rzepy”, że nic z tego nie będzie, ale odnotowują, że prezes dostrzega problem: „W środę Sejm miał zająć się projektem ustawy, który zapewniłby mediom publicznym ponad miliard złotych rekompensaty. Niespodziewanie jednak w środę rano okazało się, że projekt spadł z porządku obrad” – pisze red. Michał Kolanko.
Poniedziałkowych „Wiadomości” nie jest w stanie obronić nikt, nawet prorządowi publicyści.
Przypomnijmy, że w środę 16 stycznia zawieszono proces gdańskiego ratusza wytoczony przeciwko TVP za inny zmanipulowany materiał, stawiający w złym świetle zmarłego prezydenta – pokazano tam Pawła Adamowicza jako zwolennika ściągania do Polski agresywnych, niebezpiecznych band uchodźców. Miasto stwierdziło, że naruszono jego dobre imię. Poszła skarga do KRRiT, Rady Mediów Narodowych i do sądu. Postępowanie zostanie wznowione, kiedy rządy obejmie komisarz Aleksandra Dulkiewicz. Telewizja tłumaczyła się dość mętnie, choć przyznała, że to co wyemitowano, nie było w porządku:
„Do naruszenia (…) dobrego imienia, wiarygodności i zaufania społecznego Gminy Miasta Gdańsk nie mogły przyczynić się nawet ewentualne, drobne nieprawidłowości związane z montażem audycji, które zostały niezwłocznie naprawione” – pisał Piotr Lichota, ówczesny dyrektor Telewizyjnej Agencji Informacyjnej TVP. W lipcu 2017 Kurski spuścił z tonu. Podpisał się pod wyjaśnieniami szefa TAI, w których możemy przeczytać: „W trakcie postępowania wyjaśniającego stwierdzono pewne uchybienia warsztatowe. W związku z tym, zarówno autor materiału, jak i wydawca programu zostali decyzją władz TVP SA zawieszeni w obowiązkach na okres jednego miesiąca, a przedmiotowy materiał został usunięty z mediów społecznościowych”. Jak się okazało, materiał z 2016 był tylko przygrywką do tego, co „Wiadomości” pokazały w ostatni poniedziałek.
W środę wieczorem pod redakcją TVP Info przy Pl. Powstańców Warszawy odbył się protest „Stop propagandzie nienawiści”.
Ps. z ostatniej chwili: Jak możemy się dowiedzieć z oświadczenia wydanego po ostatnim proteście, to TVP czuje się ofiarą nagonki. Podkreślono w nim, że pracownicy i współpracownicy TVP stali się ofiarami „niczym nieuzasadnionej nagonki i agresji”, a „pod adresem niektórych z nich i ich rodzin kierowane są groźby. Zarząd TVP informuje, że wszelkie tego typu zachowania są zgłaszane do właściwych organów”.

Lotto Ekstraklasa: Kontrakt mocno przepłacony

Fot. Nasza piłkarska ekstraklasa oprawą dorównuje najlepszym ligom w Europie, ale poziomem sportowym od nich odstaje

 

 

Zarządzająca rozgrywkami piłkarskimi w najwyższej klasie rozgrywkowej spółka Ekstraklasa SA odniosła sukces – podpisała dwuletni kontrakt z nC+ i Telewizją Polską o wartości pół miliarda złotych. Umowa zacznie obowiązywać od sezonu 2019-2020.

 

Obecny kontrakt na prawa telewizyjne do pokazywania meczów naszej piłkarskiej ekstraklasy wygasa z końcem obecnego sezonu. Umowa obowiązuje od edycji rozgrywek 2015-2016 i na jej podstawie sześć meczów w każdej kolejce ligowej pokazywane jest na żywo w kanałach nC+, natomiast dwa (pierwszy piątkowy oraz poniedziałkowy) – w Eurosporcie. Prawo do transmisji dwóch wybranych spotkań w sezonie ma również TVP. Łączna wartość tego czteroletniego kontraktu wynosi około 600 mln złotych, co oznacza, że za każdy sezon na konto spółki Ekstraklasa SA nadawcy przekazują około 150 mln złotych. Zważywszy na żenujące wyniki polskich zespołów uzyskiwane w europejskich pucharach w tym okresie oraz na ogólny regres jaki panuje ostatnio na rynku praw telewizyjnych w Europie, nowy dwuletni kontrakt został przez nabywców przepłacony. Platforma nC+ na spółkę z TVP zgodziły się płacić Ekstraklasie SA około 250 mln złotych za sezon, co potwierdził prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. „Wartość dwuletniego kontraktu opiewa na pół miliarda złotych, co oznacza, że jest to najwyższy kontrakt medialny w historii polskiej ligi”.

Z przekazanych do publicznej wiadomości informacji wynika, że wszystkie mecze w sezonie (296) będą transmitowane przez nC+. TVP pokaże 37 meczów, po jednym spotkaniu z każdej kolejki rozgrywanym w sobotę lub niedzielę o godz. 17.30. Prezes TVP Jacek Kurski rzecz jasna uznał to za sukces. „Po zakupie praw do reprezentacji Polski, mistrzostw świata i Europy, po tym jak TVP Sport jest kanałem ogólnodostępnym, przyszedł czas na ostatni element. Jeden mecz w każdej kolejce ekstraklasy przez dwa sezony to spełnienie marzeń, a także oczekiwań naszych wiernych widzów, którzy na to czekali. Spełniamy obietnice, nie rzucamy słów na wiatr. Nigdy wcześniej ekstraklasa nie była obecna w takim wymiarze w Telewizji Polskiej. Widzowie TVP będą mogli oglądać mecze na żywo, nie tylko w TVP Sport, lecz także w TVP1 czy w TVP2” – chwalił się Kurski. Z nieoficjalnych przecieków wiadomo, że TVP zamierza wybierać z tego tortu tylko mecze z udziałem najbardziej medialnych zespołów – Legii Warszawa, Lecha Poznań i ze względu na kibicowską sympatię prezesa Lechii Gdańsk.

Głównym nadawcą telewizyjnym z meczów piłkarskiej ekstraklasy jest platforma nC+, która przejęła prawa po fuzji z Canal+, który był ich właścicielem od 1995 roku. W 2008 roku Canal+ na spółkę z Orange Sport zapłaciły za trzyletnią umowę z Ekstraklasą SA 360 mln złotych (120 mln zł za sezon), ale wysokość kolejnego czteroletniego kontraktu zmniejszono do 90 mln zł za sezon. To dowodzi, że przy słabych wynikach w Europie można się z ekstraklasą skutecznie targować.

 

Igrce w Lidzbarku Warmińskim, czyli jak PiS zabawia lud

Już wiadomo, że reżym pisowski nie będzie aż tak ponury jak hitlerowski czy stalinowski. Wtedy źródłem radości i wesołości były niemal wyłącznie dziarskie marsze Sturm Abteilungen z pochodniami i występy zespołów ludowych. PiS zabawia lud na cztery fajerki, gdzie się da i jak się da.

 

Na zamku w Lidzbarku Warmińskim prezes TVPiS Jacek Kurski zorganizował dzień z pilśniowym serialem „Korona królów”. Goście spotykali się z nieznanymi (na ogół) aktorami (NN) grającymi w tym serialu i nurzali się w atmosferze epoki Władka Łokietka i Kazika Wielkiego, syna jego (a propos: co z obietnicą PiS, że będą odbudowywać zamki kazimierzowskie?), brali udział w przebierankach w tzw. stroje z epoki, w obmacywaniu białej broni oraz (niektórzy) białogłów.

 

Życie stało się weselsze

W ogóle Polska pisowska bawi się na całego, przynajmniej w telewizorze. W filmie Feliksa Falka „Idol” jeden z bohaterów mówi: „Panie, powiedz mi pan, coś się szykuje, bo bawią się i bawią?”. TVPiS skwapliwie pokazuje wszelkie wesołe imprezy jak kraj długi i szeroki, bo „Polska rośnie w siłę, a ludzie żyją weselej”. Jak mówił towarzysz Stalin: „Życie stało się lepsze, życie stało się weselsze”. Ta sama TVPiS starannie dba o rozdzielność dwóch segmentów: tępej propagandy „Wiadomości” i TVP Info oraz wesołego, luzackiego, nie pozbawionego nawet delikatnych akcentów libertyńskich „Pytania na śniadanie”. Tam, jakby nigdy nic, pod batutą Kamela i Rogalskiej mówi się o partnerach (a nie tylko o sakramentalnych małżeństwach), celebruje hedonizm kulinarny, kosmetyczny i modowy i w ogóle nurza się w mało narodowej zgniliźnie. Najweselszy reporter TVPiS Mateusz Szymkowiak nie mówi ani słowa o polityce i godności narodu wstającego z kolan, natomiast przeprowadza szybkie wywiady z piosenkarzami i modelkami, których trudno podejrzewać o cnotliwy styl życia. PiS bowiem wie, że lud pisowski bynajmniej nie jest święty ani masochistyczny, by dostarczać mu wyłącznie typowej karmy z pisowskich manifestów politycznych. Jej nadmiar musiałby zwymiotować.

 

Okrakiem na Kaczorze

Dostraja się do tego wesołego nastroju lud antypisowski, w swych niewyczerpanych pomysłach na walkę uliczną (ulica). W Kraśniku (woj. lubelskie) ktoś wsiadł okrakiem na pomnik Lecha Kaczyńskiego myśląc może, że poleci na nim jak na pegazie. Natychmiast, bezzwłocznie zaczęła go poszukiwać policja. Ta sama, która w Krynicy potrzebowała najpierw pół godziny, aby przejść dwadzieścia metrów na miejsce zajścia, w którym właścicielka lokalu dostała dosłownie po głowie i upadła zemdlona, a potem dobę, aby zatrzymać brutalnych bandziorów terroryzujących wypoczynkową miejscowość. Podlegająca dziś „Jojowi” szczecińskiemu policja jest nieprześcigniona w ściąganiu na siebie śmieszności.

 

Co nowego u „nadzwyczajnej kasty”

Po uniewinnieniu puczystów sejmowych z grudnia 2016 i koszulkowców z ostatnich tygodni, nadzwyczajna kasta wymierzyła siarczysty policzek agentowi w randze wiceprezesa tzw. Trybunału Konstytucyjnego Mariuszowi Muszyńskiemu. Wojewódzki Sąd Administracyjny uznał, że jako nieprawowity dubler nie ma on prawa orzekać w rzeczonym trybunale. Agent poskarżył się na twitterze, że chcą go „zadręczyć, ale im się to nie uda”. Muszyńskiego rzeczywiście trudno zadręczyć, bo był kiedyś bramkarzem na imprezach i ma posturę King Konga, ale tak czy inaczej został uznany za persona non grata. Za to on sam nie będzie dręczył sędziów jako szef Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, co mu się marzyło. Jednak ludzie Ziobra godnie go wyręczą

 

Przeszłość już się zbliża…

Podobno, jak mawiają filozoficznie usposobieni fizycy, względnie fizycznie usposobieni filozofowie, czas jest kategorią niejednoznaczną, zmienną, i rozciągliwą i podatną na kurczenie. Takie wrażenie można odnieść, gdy obserwuje się jedyną politykę zagraniczną, jaką prowadzi PiS, czyli politykę na – nomen omen – froncie niemieckim. Teraz PiS i jego propagandziści oburzają się, że niemiecki sąd zwolnił telewizję ZDF od ponawiania, któryś z kolei raz, przeprosin patriotycznej Polski. Patriotom polskim przeprosin nigdy dość, więc będą się odwoływać. A z tym czasem to jest tak. Urodziłem się zaledwie 12 lat po wojnie, ale już w dzieciństwie wydawała mi się ona odległa w czasie niewiele mniej niż czasy Mieszka I. Obecnie mamy po wojnie 73 lata, a można odnieść wrażenie, że ten czas się przybliża. A im Niemcy bardziej się kajają, tym PiS i jego propagandziści głośniej wołają: „Na kolana, przepraszać!”. Tylko patrzeć, jak umrze w Niemczech najmłodszy dziadek z Wehrmachtu i ostatni świadkowie II wojny światowej, ale to nie powstrzyma PiS od nieustannego domagania się od nich przeprosin. Jeszcze trochę, a kajać się będą Niemcy urodzeni po grudniu 1970, kiedy to sekretarz Władysław Gomułka zawarł układ o granicy na Odrze i Nysie z kanclerzem Willy Brandtem, a pewnie pójdzie to i dalej. Dla patriotycznej Polski PiS, przeprosiny niemieckie za II wojnę światową stały się rodzajem sportu a może nawet perwersyjnych, ciągle ponawianych pieszczot. Jak te z niemieckich kanałów porno. Wyobraźnia może tu podpowiedzieć niezliczoną liczbę podniecających wariantów.

 

Sondaże – nie dziękuję

Rządowy, czyli PiS-owski CBOS ogłosił, że PiS ma 44 procent poparcia (a Imię Jego 40 i 4), a SLD jest pod progiem. Za chwilę inna sondażownia potwierdziła dotychczasową pozycję Sojuszu ponad progiem. Różnice wyników sondażowych są tak duże, że tuż przed wyborami trzeba dać sobie z nimi spokój. Z sondażami jest w ogóle tak, że gdy jest daleko do jakichkolwiek wyborów, nie mają one wiele sensu, bo przecież nikt nikogo wtedy nie wybiera. Gdy znów jest tuż przed wyborami, też mają niewiele sensu, bo są wtedy szczególnie intensywnie wykorzystywane jako narzędzia walki wyborczej. I tak źle i tak niedobrze. Do tego ci, którzy uzyskują wysokie wyniki, co ma służyć mobilizacji ich elektoratu, paradoksalnie narażają się na ryzyko demobilizacji (bo po co iść na wybory, skoro i tak wygrywamy).

 

„Tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu”

Prawolsko-pisowskie media oburzają się, że pisanie o masowym procederze w irlandzkim Kościele Kat. i czynienie przy tym aluzji do kościoła w Polsce, to atak na niego. Można by rzec, że „uderz w stół, nożyce się odezwą”. Ewidentnie boją się efektu irlandzkiego w Polsce. Tym bardziej, że nawet pobożny szef Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski stwierdził, powołując się na relacje biskupów, że w każdej polskiej diecezji jest od kilku do kilkunastu księży-pedofilów. A szef fundacji „Nie Lękajcie się” Marek Lisiński usłyszał ze strony kościelnej stwierdzenie, że „gdyby doszło do wypłaty odszkodowań ofiarom pedofilii, niejedna diecezja w Polsce by zbankrutowała”. Pod Kościołem kat. w Polsce jest więc tykająca bomba, której on straszliwie się lęka, bo jej wybuch mógłby oznaczać koniec jego władzy w Polsce, nie wspominając o innych konsekwencjach. A za puentę tego wątku niech posłuży fragment wiersza „Do Stefana Batorego”, pióra Jakuba Jasińskiego, wodza insurekcji kościuszkowskiej 1794 roku w Wilnie, tego samego, który powiesił biskupa Kossakowskiego. A brzmi on tak:

Plugawego robactwa rój niepoliczony
Obsiadł wsie, miasta, domy, Rady i ambony
Ta tłuszcza pasibrzuchów, pijawki narodu
Spojona węzłem złości, próżniactwa i smrodu,
Tylu wieków koleją nieużyte plemię/Ssie dostatki narodów i pustoszy ziemię
Światu na nic niezdatni, z sobą mało zgodni
Inszych czynów nie mają prócz głupstwa i zbrodni.

Święte słowa. Amen.