Chłopcy z Gdańska

fot. A. Grabowska | Muzeum Gdańska

Spór, który niedawno powstał wokół wystawy zorganizowanej w Muzeum w Gdańsku pod tytułem „Nasi chłopcy” dotknął pewnej nuty wspomnieniowej sklerotyków. W czasie wojny, jak w garnku, gotują się i mieszają indywidualne losy wielu ludzi i grup, do których byli zaliczani. W Polsce to dotyczyło mieszkańców rejonów uznanych przez Niemców za części Rzeszy – a więc Kaszub, rejonu Poznania. Śląska i naszych, wówczas niewielkich, terenów nadmorskich, z Gdańskiem (Wolnym Miastem) włącznie.

Na tym tle powstawało i powstaje wiele nieporozumień, które jednak zaczynają się – moim, jak zwykle nieuczesanym zdaniem, od opowiadań średniego i najmłodszego pokolenia zasłyszanych od dawno już nieżyjących członków rodzin.

Mam szczęście do wysłuchiwania takich opowiadań. Właśnie ostatnio pewna urocza pani, teoretycznie już staruszka, ale młodsza ode mnie o ponad 10 lat, opowiadała w towarzystwie o swoich wojennych, a zarazem dziecięcych, losach. Powiedziała – „I wtedy weszli do naszej wsi umundurowani żołnierze niemieccy”. Od razu zadałem niegrzeczne pytanie – ale z jakiej formacji? Czy to byli żołnierze Wehrmachtu, czy oddział SS?

Ale ta pani nie wiedziała, pytała mnie czym się różnili – dla niej żołnierz niemiecki to facet w zielonym mundurze. Ciemniejszym, albo jaśniejszym. Czasem w czarnym, jak jechał czołgiem. A SS to chyba takie szczególnie wzorowe oddziały??

Mniej i bardziej złe mundury

Byłem zaskoczony „prostotą” tej wiedzy i przy innych okazjach sprawdziłem jej powtarzalność wśród rodzin znajomych. Tylko niewielka część męskiej młodzieży rozróżnia Wehrmacht od SS, ale nikt z rozmówców nie wiedział, jak SS powstało. Podpowiadam – z grupy ochronnej Adolfa Hitlera. Mieli własny korpus oficerski, różniące się nazwami stopnie wojskowe, tatuaże potwierdzające uczestnictwo, jasnozielone mundury, specjalną przysięgę, kultywowaną dyscyplinę i wpajany pogląd, że są etnicznie czystymi Germanami tym samym elitą obywatelską i wojskową. Uczono ich poczucia wyższości rasowej i starano się naśladować zwyczaje rzymskich legionów. Nawet powitalno-pożegnalny okrzyk „Heil Hitler” był w gruncie rzeczy niepoważnym naśladownictwem rzymskiego „Ave Caesar”.

To rozróżnienie niemieckich jednostek miało w czasie II wojny istotne znaczenie. Jednostki SS traktowały obywateli, wojska i powstające oddziały partyzanckie podbitych krajów, z zaszczepioną nienawiścią i lekceważeniem. Natomiast niemiecka armia, czyli Wehrmacht, traktowała wrogów ze specyficznym szacunkiem, wyniesionym przez oficerów ze szkół wojskowych, w których starano się podtrzymywać pruskie tradycje lokujące tę armię na wysokich pozycjach w Europie i świecie. Według tych tradycji żołnierz niemiecki, a zwłaszcza oficer, nie musiał być wobec wrogów przyjacielski i litościwy, ale powinien być solidny w realizacji zobowiązań, szanować ich sztandary, hymny, mundury i stopnie wojskowe.

Nie mam skłonności do fantazjowania. Widziałem oficerów Wehrmachtu salutujących naszemu (czyli wtedy jeńców z Powstania) improwizowanemu sztandarowi podczas momentu oddawania broni po kapitulacji Powstania w akademiku na placu Narutowicza. Widziałem także żołnierzy SS opluwających i podpalających inną naszą chorągiew. Różnice zachowań były wyraźne.

Dobrzy dezerterzy

Na tym tle przejdźmy do sedna tematu tego artykułu. W Wehrmachcie było dużo żołnierzy pochodzących z polskich rodzin, ale, jak wspomniałem, wielopokoleniowo zamieszkałych na terenach uznanych w czasie wojny za części państwa niemieckiego. Obowiązywał tam normalny pobór do wojska. Nie było formalnych możliwości odwołania, poza lekarskim uznaniem braku odpowiedniego stanu zdrowia. Młodzież męska z tych rodzin szła więc do wojska i była wysyłana na różne fronty lub na okupację podbitych krajów. Najwięcej trafiało na front wschodni, ale wielu służyło też w jednostkach na terenie Francji i Włoch.

W końcowej fazie wojny, w 1944 roku dezercja i ucieczka do jednostek angielskich czy amerykańskich występowała, ale była niewielka m.in. z racji bariery językowej i zagrożenia wysokimi karami – z karą śmierci włącznie. Zwiększyła się gwałtownie z chwilą wejścia na front włoski korpusu Gen. Andersa. Niemieccy żołnierze polskiego pochodzenia zaczęli uciekać do Andersa niemal masowo. Zdarzało się, że mieli w Korpusie kolegów, a nawet członków rodzin.

Niektóre źródła mówią nawet o ponad 30 tysiącach – co mnie nie wydaje się prawdopodobne. Cały korpus wychodząc z ZSRR liczył nie więcej niż 75 tysięcy, a po walkach w Afryce i po kampanii włoskiej zmniejszył się do ok. 45-50 tysięcy.

Kilku takich byłych niemieckich żołnierzy, w – czystych i wyprasowanych angielskich mundurach – spotkałem w październiku 1945 roku po wojnie na dworcu we Frankfurcie nad Menem. Przyjechali „na przepustkę” – jak ja – aby zbadać możliwości „złapania” jakiegoś transportu do Polski.

Powiedziałem im o ostrzeżeniach oficerów z Londynu. Stwierdzili, że właśnie dlatego szukają transportów cywili, wywiezionych do Niemiec „na roboty”, pojadą w cywilnych ubraniach. Spieszy im się, bo w kraju czekają niedawno poślubione żony i małe dzieci. Mówili też, że korpus Andersa jest włączony do brytyjskich sił okupacyjnych we Włoszech, i powoli przygotowywany do transportu do Anglii.

Ale atmosfera wokół tych planów nie była dobra. Póki trwała wojna, to oddziały złożone z obywateli państw sojuszniczych były oczywiście przydatne, ale utrzymywanie ich w Anglii w czasach pokoju, podnosiło koszty obrony narodowej i spotykało się z parlamentarnym oporem. W Korpusie liczono się z tym, że po powrocie będzie stopniowo umniejszany i w końcu rozwiązany. O ile dobrze pamiętam, przewidywania te potwierdziły się w 1947 roku.

Chłopcy z polskich rodzin z Gdańska, Katowic, Chorzowa. Bytomia, Grudziądza i wielu innych miejscowości, którzy zdezerterowali z niemieckiej armii i kończyli wojnę w Korpusie generała Andersa, wracali do Polski przez parę lat – chyba aż do 1956 roku. Niektórzy początkowo byli nękani przez UB, inni nie byli. U większości obywateli cieszyli się uznaniem i łatwo znajdowali odpowiadającą im pracę.

Dlatego z pewnym zdziwieniem wysłuchałem w TV wypowiedzi zdenerwowanych panów w zaawansowanym wieku; niemal wrogo traktujących tę grupę. Zarzut powodujący zdenerwowanie – że to przecież nie „nasi” chłopcy, bo zaczęli wojnę w niemieckim wojsku. Zaczęli, bo musieli. Ale uciekli i kończyli wojnę w polskim wojsku. Wielu z nich brało udział w krwawej bitwie o Monte Cassino i w bardziej spokojnym zdobywaniu Bolonii. Ci, którzy jeszcze żyją, są polskimi kombatantami II Wojny światowej. I nie wypada na nich krzyczeć, nawet jeśli się jest nosicielem tradycji Wolnego Miasta Gdańska.

Tadeusz Wojciechowski

(ur. 25 lipca 1925 w Warszawie) – polski ekonomista, menedżer i działacz państwowy, doktor habilitowany nauk ekonomicznych, profesor zwyczajny, specjalizujący się w zakresie marketingu i ekonomiki przedsiębiorstw. Powstaniec warszawski i uczestnik II wojny światowej, podsekretarz stanu w Urzędzie Gospodarki Materiałowej (1976–1982). Pełnił funkcję rektora Wyższej Szkoły Zarządzania i Prawa im. Heleny Chodkowskiej. https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Wojciechowski_(ekonomista)

Poprzedni

Kto „reprezentuje większość Polaków”?

Następny

Małżeństwo z rozsądku