Chwała Bohaterom Pierwszej Armii

W dniach 16-23.09.1944 roku na warszawski Przyczółek Czerniakowski przeprawiło się przez Wisłę 1254 żołnierzy 3 Dywizji Piechoty Wojska Polskiego. Dodatkowo w dniach 17 – 23 września 1944 żołnierze 2 Dywizji Piechoty zajęli przyczółek na Żoliborzu. Pomimo nawiązania kontaktu z powstańcami warszawskimi, wspólnych walk, desant został odparty przez przeważające siły niemieckie.Bohaterscy żołnierze polscy musieli wycofać się na praski brzeg ponosząc wysokie straty. Ich niezapomniane bohaterstwo w 75 rocznice desantu czerniakowskiego uczcili kombatanci I Armii Wojska Polskiego, członkowie warszawskiego stowarzyszania „Pokolenia”, a także kandydaci do Senatu i Sejmu RP: Monika Jaruzelska, Katarzyna Maria Piekarska i Piotr Gadzinowski.
W imieniu polskiej Lewicy i warszawskiego Sojuszu Lewicy Demokratycznej wieniec złożył kandydat na posła, redaktor naczelny dziennika „Trybuna” Piotr Gadzinowski.

Wystąpienie gen. Bogdana Pokrowskiego 23 września 2019 r. na przyczółku Czerniakowskim z okazji 75. rocznicy desantu 3 Dywizji Piechoty WP.

14 września 1944 r. wyzwolona została Warszawa Praga. Tego dnia w kwaterze dowódcy 1 Frontu Białoruskiego, marszałka Związku Radzieckiego Konstantego Rokossowskiego odbyła się narada, na którą zaproszono gen. Michała Rolę – Żymierskiego. Rada wojenna i sztab Frontu wyraziły opinię, że nie jest możliwe przeprowadzenie z marszu operacji wyzwolenia lewobrzeżnej Warszawy. W związku z tym gen. Żymierski odniósł się pozytywnie do koncepcji dowódcy Frontu aby podjął lokalną operację forsowania Wisły w obrębie miasta, mającą na celu uchwycenie przyczółków na zachodnim brzegu rzeki, rozszerzenie ich i połączenie się z ośrodkami powstańczymi gen. Żymierski wyraził gotowość przeprowadzenia takiej operacji siłami 1 Armii Wojska Polskiego. Uzgodniono wówczas, że armia polska stacjonująca w rejonie Otwocka niezwłocznie przejmie od jednostek Armii Czerwonej odcinek Pragi i obsadzi go.
Skierowanie 1 AWP na pomoc walczącej Warszawie było dla dowództwa radzieckiego rozwiązaniem wygodnym ze względów politycznych i wojskowych. Decyzja o przeprowadzeniu operacji czerniakowskiej zapadła nie w sztabie 1 Frontu Białoruskiego, czy w sztabie 1 AWP ale na Kremlu – pod wpływem apelu Churchilla i Roosevelta o pomoc Warszawie.
Dowództwo Armii Krajowej podejmując decyzję o wybuchu powstania, wcześniej nie podjęło próby uzgodnienia zasad współdziałania ani przez Londyn ani bezpośrednio z dowództwem 1 Frontu Białoruskiego ani z Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego mającym swoją siedzibę w Lublinie od 1 sierpnia 1944 r. Zgodnie z koncepcją Komendy Głównej AK powstanie miało być skierowane przeciwko Niemcom, a politycznie przeciwko Związkowi Radzieckiemu.
Wyzwolenie Pragi i wyjście oddziałów 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki oraz radzieckiej 47 armii na Wisłę, stworzyło warunki sprzyjające udzieleniu pomocy powstańcom warszawskim.
15 września szef Sztabu 1 Frontu Białoruskiego gen. Michaił Malinin przesłał do sztabu 1 Armii WP rozkaz dowódcy Frontu, polecający 1 Armii WP głównymi siłami do końca dnia 15 września 1944 r. wyjść na wschodni brzeg Wisły na odcinku Pelcowizna – Praga – Saska Kępa – Zbytki, jednocześnie rozpocząć rozpoznanie Wisły na wskazanym odcinku, wybranie miejsc do przeprawy desantowej i przygotowanie do forsowania rzeki w celu uchwycenia przyczółków na jej zachodnim brzegu w rejonie Warszawy. Realizację tego zadania dowódca 1 Armii WP gen. Zygmunt Berling postanowił rozpocząć z marszu w nocy z 15 na 16 września . W czasie kiedy siły główne 1 Armii WP wychodziły na Wisłę na Pradze, powstanie w Warszawie chyliło się już ku upadkowi. Walczyły jeszcze cztery odosobnione ośrodki oporu: Śródmieście, Mokotów, Czerniaków i Żoliborz. Najtrudniejsze zadanie stało przed najsłabszym ośrodkiem powstańczym na Czerniakowie, który liczył po przerwaniu łączności ze Śródmieściem, tylko około 500 żołnierzy. Był on jednak niezmiernie ważny ze względu na utrzymywany ostatkiem sił przyczółek, który na 500 metrowym odcinku opierał się na lewym brzegu Wisły. Mogła to więc być brama, przez którą udałoby się wejść do walki o Warszawę pododdziałom 1 Armii WP.
W nocy z 15 na 16 września przeprawili się na Solec żołnierze 1-go batalionu 9 pułku piechoty 3 Dywizji Piechoty. Siłami około 300 żołnierzy wsparli powstańców broniących Czerniakowa. Od rana odpierali silne ataki wroga. Niemcy stopniowo opanowywali teren, opanowali też szpital powstańczy przy ul. Zagórnej 9 gdzie wymordowali rannych. Zamierzone przez dowództwo 1 Armii WP poszerzenie przyczółka Czerniakowskiego nie udało się. W ciągu dwóch dni na Czerniaków przeprawiło się około 1.200 żołnierzy. Obrońcy przyczółka Czerniakowskiego odpierali kolejne ataki Niemców, jednak stopniowo tracili teren. Do wieczora Niemcy opanowali całą ulicę Czerniakowską. Odcięci, zdziesiątkowani obrońcy przyczółka Czerniakowskiego dzielnie odpierali nieprzyjaciela. Zacięte walki toczyły się o poszczególne domy.
21 września dalej trwały nieprzerwane walki. Pod dowództwem kpt. Ryszarda Biełousa („Jerzy” – AK), wspólnie z żołnierzami 1 Armii WP pod dowództwem mjr Stanisława Łatyszonka utrzymywali już tylko skrawek wybrzeża. Obrońcy przyczółka Czerniakowskiego bezskutecznie próbowali przebić się na Kępę Potocką. Kpt. „Jerzy” i mjr Łatyszonek decydują przebić się do Śródmieścia Południe. Jedynie niewielkiej grupce z kpt. „Jerzym” na czele udało się dotrzeć do obsadzonego przez powstańców gmachu YMCA. Reszta oddziału dostała się do niewoli.
22 września był ostatnim dniem zorganizowanego oporu na przyczółku Czerniakowskim. W nocy z 22 na 23 września ewakuowano ocalałych żołnierzy na prawy brzeg Wisły.
W rejonie mostu Kierbedzia forsowały Wisłę oddziały 1 Brygady Kawalerii. Ich działania miały głównie charakter rozpoznawczy.
Chwała Bohaterom!

17 września mogło nie być

Z okazji osiemdziesiątej rocznicy agresji ZSRR na Polskę ukazało się szereg medialnych wypowiedzi, które poza opisem wyprzedzających to wydarzenie zdarzeń oraz ich skutków, nawiązywały także do czasów współczesnych.

Na Onecie tekst Kamila Janickiego, obnażający ogromną indolencję ówczesnych władz Polski, nosił tytuł „Jeszcze dzień przed sowiecką inwazją polskie władze liczyły na pomoc Stalina w wojnie z Niemcami”. W „Dzienniku Trybuna” Gabriel Zmarzliński w obszernym artykule „17 września – tragizm i pamięć” pisze także o procesie wycofywania wojsk radzieckich z terenu Polski w latach dziewięćdziesiątych i o naszej obecnej polityce zagranicznej. Nawiązują do niej również refleksje Danuty Waniek („Czas na zmianę” – „DT”), odwołujące się do 80. rocznicy wybuchu wojny. Do współczesności, ale w innym wymiarze, bo odnosząc się krytycznie do wypowiedzi niektórych rosyjskich polityków na temat paktu Ribbentrop – Mołotow pisał w „Znowu rocznica” Witold Linlental na łamach „Agory”. Ale najobszerniejszy, wieloproblemowy tekst „Każda epoka ma swojego faszystę” ogłosiła „Gazeta Wyborcza” (14-15.09.2019).

Na tle tamtych wydarzeń

Adam Michnik, autor tej wypowiedzi, w pierwszej jej części przedstawia, w zaprzeczający sobie sposób, przyczyny wybuchu II wojny światowej, podporządkowując je tezie o równej odpowiedzialności Hitlera i Stalina za jej wybuch.
Z jednej strony czytamy, że: „Można się spierać, czy początkiem wojny był anszlus. Czy może zniszczenie Czechosłowacji?… Od kilku już lat cały Zachód spoglądał z osłupieniem na jego [Hitlera – ZT] ekspansywną politykę i wciąż ustępował przed nowymi żądaniami, poczynając od remilitaryzacji Nadrenii. Zachód ulegał demagogii głoszącej potrzebę wyrównania krzywd narodu niemieckiego, stąd zgoda na anszlus, na zniszczenie Czechosłowacji i uczynienie Czech niemieckim protektoratem… Dość późno zrozumieli to przywódcy zachodnich demokracji, jak również rząd II RP”. I jeszcze: „Było już wtedy jasne, że Hitler nie poprzestanie na Gdańsku i korytarzu. Chciał zniewolić cały świat, a Polska miała być pierwszym etapem.”
Z drugiej strony, też czytamy: „Z pewnością jednak momentem przesądzającym [o wybuchu II wojny światowej – ZT] był zawarty 23 sierpnia 1939 r. pakt o nieagresji między III Rzeszą a Związkiem Sowieckim, znany jako pakt Ribbentrop-Mołotow.” I jeszcze: „Ten sojusz Hitlera ze Stalinem utorował drogę do najstraszniejszej ze wszystkich wojen. Miliony ofiar tej wojny zapłaciły za ten diabelski pakt.”
Na poparcie powyższych opinii dokonuje Michnik porównania, skądinąd często trafnego, niemieckiego i bolszewickiego totalitaryzmu zamykając te wywody stwierdzeniem, że „Naturą reżimów totalitarnych jest ich permanentna ekspansja, na zewnątrz bądź do wewnątrz…Totalitaryzm jest jak rower musi stale jechać, jeśli staje, upada.” Dowodem jest tu tajny protokół do wspomnianego powyżej paktu, w którym dokonano podziału terytoriów Polski i innych państw.

Ale ten sposób rozumowania

nie przesądza sprawczego wpływu paktu Ribbentrop-Mołotow na wybuch wojny i nie upoważnia do określenia Hitlera i Stalina podpalaczami świata (S. Dębski, „GW”, 19.06.2019), a nadto nie tłumaczy co rzeczywiście przesądziło o rozpoczęciu światowej pożogi. Dla wyjaśnienia, nie tylko autorowi cytowanych wywodów, warto przywołać następujące fakty:
Hitler, bez względu na porozumienie z ZSRR z 23 sierpnia 1939 roku, planował agresję na Polskę gdyż jego narodowo-socjalistyczna ideologia głosiła odzyskanie przez Niemcy dawnej pozycji na świecie i zdobycie godnej tego narodu „przestrzeni życiowej”, którą miały być tereny Europy Wschodniej. Proponował podział terytorialny Stalinowi, a gdyby napotkał brak zainteresowania, to tę część wschodniej Polski zajęłyby także wojska niemieckie. Pakt dawał Hitlerowi gwarancję, że nie będzie miał wojny na dwa fronty, w którą zresztą wtedy nie bardzo wierzył, po fiasku rozmów na temat ewentualnego sojuszu brytyjsko-francusko radzieckiego.
Stalin zainteresowany konfliktem w Europie, w który nie angażowałby się ZSRR, skorzystał z okazji akceptując omawiany pakt, ale nie koniecznie dotrzymał by jego warunków. Czekał cierpliwie na dalszy przebieg wydarzeń. „W miejscowości Abbeville, położonej na północy Francji – pisał w swoim czasie Adam Gaafar – 12 września zebrała się francusko-brytyjska Najwyższa Rada Wojenna z udziałem premierów Edouarda Daladiera i Neville’a Chamberlaina. Zgodnie z gwarancjami złożonymi polskiemu rządowi, sojusznicy…mieli zaatakować Niemcy przy użyciu swoich głównych sił. Na konferencji w Abbeville uznali, że należy wycofać się z tych obietnic. Chamberlain przekonywał: „Rząd brytyjski uważa, że z materialnego punktu widzenia nie można już nic uczynić dla ocalenia Polski. Decyzje podjęte w Abbeville ośmieliły za to Stalina… Efekt był taki, że 17 września zamiast ofensywy aliantów na Niemcy, nastąpił atak czerwonoarmistów na Polskę”.

Mogłoby nie być 17 września gdyby mocarstwa zachodnie:

• nie dopuściły do odrodzenia się potęgi militarnej Niemiec w latach 30.;
• przeciwstawiły się kolejnym terytorialnym żądaniom Hitlera, łącznie z osławionym, kompromitującym monachijskim układem;
• dotrzymały sojuszniczych zobowiązań wobec Polski. Warto tu przypomnieć słowa gen. Alfreda Jodla w czasie procesu zbrodniarzy wojennych w Norymberdze: „W roku 1939 byliśmy oczywiście w stanie zniszczyć samotną Polskę, ale nigdy nie było w naszych możliwościach, ani w 1938 roku, ani w 1939, odparcie koncentrycznego ataku sojuszników’’;
• aktywnie występując w sprawie polskiej dałyby wyraźny i czytelny sygnał Stalinowi, co skutecznie pozbawiłoby go nadziei na nowe terytorialne nabytki. Zachował by neutralność dalej czekając na przebieg wydarzeń i włączając się do nich w najbardziej dla niego korzystnym momencie – w rzeczywistości został włączony agresją Niemiec na ZSRR.
Powyższe fakty nie umniejszają oczywiście w żadnym stopniu winy Stalina, a co za tym jednoznacznego potępienia radzieckiej agresji na Polskę – porządkują jedynie tamte wydarzenia, pozbawiając je jednostronnych, propagandowych interpretacji. I oczywiście nie ograniczają krytyki ówczesnej polskiej polityki obronnej i zagranicznej.
Można snuć jeszcze dalsze rozważania, jedno natomiast jest pewne, że świat XX wieku bez 17, a wcześniej bez 1 września na pewno byłby inny, a miliony ludzi nie musiałyby płacić najwyższej ceny za diabelską postawę zachodnioeuropejskich polityków, która utorowała drogę do II wojny światowej.

Naśladując Michnika porównanie o rowerze,

przywołuję znane powiedzonko: Jaki jest koń, każdy widzi, ale nie koniecznie, bo ten ze stajni różni się zasadniczo od tego na biegunach. Drugą część omawianego tekstu wyznaczają następujące słowa: „ Oto obserwujemy nowy ruch, dynamiczny, nacjonalistyczny, populistyczny, ksenofobiczny, autorytarny; ten ruch wszędzie karmi się emocjami. Piewcy brexitu, wielbiciele Trumpa i Putina, liderzy Komunistycznej Partii Chin, Marie Le Pen i politycy Alternatywy-dla Niemiec, wicepremier Salvni i prezydent Erdogan, premier Orban i lider polskich miłośników tych tendencji Jarosław Kaczyński – wszyscy oni śpiewają różne pieśni na tę samą melodię. A my tę melodię znamy z lat 30”.
Nie koniecznie, bowiem we wspomnianych latach trzydziestych melodia miała jednoznacznie faszystowski i nazistowski zapis, i co prawda wiązał się on nierozłącznie z totalitaryzmem, ale i różnice były zasadnicze.
Kolizyjność takich historycznych porównań nie przeszkadza mi podzielać z Adamem Michnikiem głębokiego niepokoju obecnym stanem naszych polskich spraw, także opinią o „faszyzacji kraju pod troskliwą opieką władzy”. Uważam jednak, że dla opisania ich pochodzenia i diagnozy zupełnie nie przystaje rozszerzająca i naciągana interpretacja znaczenia paktu Ribbentrop-Mołotow. I jeszcze więcej, gdyż podobne nieadekwatne analogie, nie osiągając zamierzonego celu, albo zaciemniają obraz rzeczywistości, albo też, jako nieuprawnione, przedstawiają go w krzywym zwierciadle.
Natomiast bliskie są mi, à propos doświadczeń z września 1939 roku, kwestie polskiej polityki zagranicznej opisane w dwóch przywoływanych tekstach z „Dziennika Trybuna”:
− „Polska nie jest na Księżycu, [mówił w swoim czasie Zbigniew Brzeziński – ZT] ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem”, i jeszcze „Polska nie łapie się nawet na trzeciorzędnego sojusznika USA, a nasz interes polityczny, to jak najlepsze stosunki z Niemcami i Rosją”.
− „Jedynym wyjściem z tego impasu jest wygrana w najbliższych wyborach sił proeuropejskich. Potrzebna jest wyraźna zmiana linii polskiej polityki zagranicznej (…) dziś grozi nam odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego…czas na nowe otwarcie z Rosją. Polska prawica swej polityki wobec Rosji nie zmieni, zresztą z innymi sąsiadami też ma kiepskie stosunki. W Polsce musi nastąpić zmiana układu sił politycznych, jeśli chcemy odbudowywać naszą pozycję w Europie”.

Czas na zmianę

Kilka refleksji po państwowych obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Przebieg niedawnych uroczystości państwowych, związanych z 80. rocznicą napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, mimo upływu dni są nadal przedmiotem komentarzy i analiz prasowych. Głównym uczestnikiem tych obchodów miał być Prezydent USA – Donald Trump, w realizacji tej wizyty przeszkodził mu zapowiadany huragan Dorian i choć trudno jest dziś mierzyć wagę tych spraw (zwłaszcza, kiedy oglądamy szkody wyrządzone na Bahamach) myślę, że swą nieobecnością sprawił rządzącym w Polsce zaskakującą niespodziankę. Ja też czułam się zawiedziona, ponieważ D. Trump zaciekawia mnie swoim myśleniem o świecie i – mówiąc szczerze – czekałam na kolejny, polityczny show w stylu amerykańskim. Wiceprezydent M. Pence nie mógł przecież uwieść nas zachwytami nad A. Dudą i nad stanem praworządności w Polsce – z przesadnymi elementami kaznodziejstwa, bo przecież w tej konkurencji naszym biskupom nikt dorównać nie może (mamy to na co dzień). Odniosłam wręcz wrażenie, że wiceprezydent USA nie był o stanie demokracji w naszym kraju zbyt dobrze poinformowany, natomiast o interesach amerykańskich w Polsce – owszem, czego ewidentnym skutkiem była rezygnacja rządu polskiego z podatku cyfrowego, (na czym bez wątpienia skorzystają amerykańscy giganci medialni), a także podpisanie umowy o budowie sieci komórkowej najnowszej generacji 5G, w istocie rzeczy jest to ruch skierowany przeciw Chinom.
Wracając jednak do obchodów: w kraju nad Wisłą wybuch II wojny światowej to ważna rocznica, która ciąży na myśleniu już piątego pokolenia Polek i Polaków. Myśląc o tym pamiętam, że była to jedna z pierwszych poważnych informacji, jaka dotarła do mojej dziecięcej świadomości w latach 50. W domowych rozmowach rodziców przewijała się często obawa o rychły ponowny konflikt zbrojny tym straszniejszy, że już z prawdopodobnym udziałem bomby atomowej. Polacy żyli wtedy w przeświadczeniu, że to jeszcze nie koniec, że skazani jesteśmy na udział w kolejnym krwawym starciu…
Pamięć o wojennych losach obywateli II Rzeczypospolitej i ranach zadanych na jej terytorium państwowym i poza nim, nieustannie pobudzają naszą wrażliwość na gesty i słowa, które rozumieją ból Polaków z powodu bezmiaru zbrodni i rabunków, dokonanych na ziemiach Rzeczypospolitej.
Polska hekatomba rozpoczęła się 1 września 1939r i trwała pięć lat. Jednakże po jej zakończeniu przywódcy wielkich mocarstw pozostawili Polsce ustalenia z Jałty i Poczdamu, które u samych podstaw zapowiadały pojawienie się groźnych zjawisk dla bezpieczeństwa państwa i bytu narodu polskiego.
Długo nie trzeba było czekać, bo już w marcu 1946 r. W. Churchill w amerykańskim Fulton ogłosił tezę o zapadnięciu żelaznej kurtyny „od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem”, oddzielającej Europę Środkowo-Wschodnią od Zachodu. Jak pamiętamy, przemówienie to dało początek „zimnej wojnie” i towarzyszącemu jej wyścigowi zbrojeń, a na przestrzeni 1949 r. powstało sojusz militarny – NATO.
W klimacie narastającego napięcia międzynarodowego pierwszoplanowym zagrożeniem dla bytu narodowego Polaków była stalinowska koncepcja ochrony interesów ZSRR na wypadek wybuchu III wojny światowej, która wyrażała się w strategii „daleko od Moskwy” (patrz: doświadczenie wywodzące się jeszcze z wojen napoleońskich). Chodziło o wytyczenie terytorium ochronnego poza granicami ZSRR, a to ze względu na ówczesny zasięg broni rakietowej, wyposażonej w taktyczne głowice nuklearne. W koncepcji tej miejscem destrukcji „pierwszego uderzenia” miała być Europa Środkowa, na obszarze której mieściła się Polska, a w tym znana z planów militarnych linia Wisły. Z różnych opracowań analitycznych wynika, że podobnie myślał o swoim bezpieczeństwie Zachód. Ewentualne starcie miało odbywać na umownej „ziemi niczyjej”: bez wątpienia, oznaczało to groźbę zniszczenia Polski.
Zdawały sobie z tego sprawę odsądzane dziś od patriotyzmu i czci ówczesne polskie elity polityczne, które po październiku 56. uznały, że celem polskiej strategii bezpieczeństwa musi stać się zneutralizowanie tego zagrożenia. Torami wiodącym do tego celu mogły być tylko: z jednej strony – propozycje pokojowych rozwiązań, zgłaszane drogą dyplomatyczną (prowadzenie systematycznych negocjacji i dialogu na gruncie międzynarodowym) i – z drugiej – mobilizowanie polskiego społeczeństwa na rzecz pokoju i współpracy międzynarodowej. Najważniejszym elementem tej strategii było jednakże międzynarodowe uznanie granicy na Odrze i Nysie, która w czasie konferencji w Poczdamie nie została ustalona ostatecznie (od 6 lipca 1950 r. obowiązywał jedynie układ w tej sprawie, zawarty w Zgorzelcu między PRL a NRD). Pozostawienie przez aliantów kwestii granicy polsko-niemieckiej do późniejszej konferencji pokojowej było najpoważniejszym „kukułczym jajem”, jakie podrzuciły Polsce wielkie mocarstwa w Jałcie i Poczdamie.
Warto w tym kontekście zauważyć, że powojenna walka władz polskich o trwałość granicy na Odrze i Nysie – poza zabiegami dyplomatycznymi – łączyła się z potężnym wysiłkiem gospodarczym i militarnym całego narodu. Zastanawiam się bowiem, ile Polskę kosztowało na przestrzeni 40 lat utrzymywanie blisko 400 tys. żołnierzy, plus uzbrojenie Ludowego Wojska Polskiego ( w tym Marynarki Wojennej). Nigdzie nie znalazłam takich danych, w PRL były głęboko poufne, ale może teraz udałoby się to wyliczyć….W każdym razie uważam, że i taką wymierną, ekonomiczną cenę naród polski zapłacił za utrzymanie granicy zachodniej i – co warte podkreślenia – w tej sprawie w społeczeństwie polskim panowała zgoda, jedność – od Gomułki po „Solidarność”! Było to niezwykle ważne – zwłaszcza, że wkrótce mogliśmy się przekonać, iż ZSRR za rządów Chruszczowa (lata 60.) miał do tej granicy stosunek „elastyczny” (czytaj: sprzedajny).
Dobitnym przykładem starań na drodze dyplomatycznej o zapewnienie Polakom bezpiecznego bytu narodowego był t.zw. plan Rapackiego, przedstawiony przez polskiego ministra spraw zagranicznych w październiku 1957 r. na posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Chodziło w nim o projekt utworzenia strefy bezatomowej w Europie i oddalenie w ten sposób z jej terytorium wybuchu konfliktu z udziałem broni jądrowej. Koncepcja ta została następnie potwierdzona w memorandum rządu PRL w lutym 1958r, zyskując zainteresowanie wielkich mocarstw. Plan Rapackiego zawierał pojęcie demilitaryzacji, które – w dużym skrócie – oznaczało odstąpienie stron umowy od produkcji i magazynowania broni jądrowej, a także nierozmieszczanie na swych terytoriach sprzętu ani urządzeń, przeznaczonych do obsługi broni atomowej.
Plan Rapackiego zaowocował odprężeniem między blokiem socjalistycznym a Zachodem; okazało się, że obie strony dojrzały w tej koncepcji dla siebie korzyści i to zarówno natury ideologicznej, jak i politycznej. A dyplomacja PRL udowodniła, że w warunkach porządku pojałtańskiego potrafi narzuconą z zewnątrz ograniczoną suwerenność państwową rozciągnąć do granic „sojuszniczego” ryzyka; jej determinacja brała się stąd, że w sprawach niemieckich do końca nie ufała przywódcom ZSRR. W każdym razie, po sukcesie planu Rapackiego, Polska była bezpieczniejsza, niż miało to miejsce wcześniej, bowiem inicjatywa ta skutecznie zapoczątkowała pokojową linię polityki międzynarodowej Polski, polegającą na budowie pomostów między Wschodem a Zachodem, osiągając swoje apogeum w „dekadzie Gierka”.
Że brak zaufania do przywódców ZSRR był uzasadniony – można było przekonać się w 1964 r., kiedy to zięć Nikity Chruszczowa – A. Adżubej (redaktor naczelny „Izwiestii”) prowadził w Bonn poufne rozmowy m.in. w sprawie zjednoczenia Niemiec. Przypomnę, że polskie ziemie zachodnie i północne znajdowały się wówczas w naszych granicach od niespełna lat. Wspominał o tym na łamach Trybuny w swym ubiegłotygodniowym artykule Zygmunt Tasjer („Nieuzdrawialność polskiej duszy”). Informacja o misji Adżubeja przedostała się metodami wywiadowczymi do władz PRL. Janusz Rolicki relacjonował to w jednej ze swych książek następująco:
„Polscy oficerowie w sposób zaskakująco skuteczny nagrali wypowiedzi zięcia Chruszczowa wygłoszone na nieoficjalnych spotkaniach. Świadczyły one niezbicie, że wysłannik Kremla jest skłonny oferować Niemcom, kosztem Polski, nie mówiąc już o NRD, znaczne ustępstwa terytorialne za cenę wystąpienia Niemiec zachodnich z NATO ”.
To musiało wywołać ostrą reakcję Polski. Jednak nie wszyscy sukces ten przypisują tylko wywiadowi polskiemu. N.p. mój przyjaciel polityczny – Zbigniew Siemiątkowski – opisał tę kwestię z pewną korektą w wydanej 10 lat temu książce p.t. „Wywiad a władza”. Potwierdził, że Gomułka posiadał nie tylko relacje pisemne, ale i nagrania rozmów Adżubeja z kanclerzem Ludwikiem Erhardem i szefem bawarskiej CSU – Franzem-Josefem Straussem. Przypomnieć w tym miejscu należy, że obaj rozmówcy Adżubeja – członkowie CDU/CSU – znani byli w Europie z ostrych wystąpień przeciwko uznaniu polskiej granicy zachodniej. Z. Siemiątkowski powątpiewa jednak, czy posiadane przez Gomułkę dowody na nielojalność Chruszczowa wobec Polski mogły być zdobyte tylko przez polski wywiad. Wskazuje również na czujność służb NRD i na dobre kontakty gen. Franciszka Szlachcica ze sławnym szefem wywiadu wschodnioniemieckiego Markusem Wolfem.
W każdym razie, dzięki posiadanej dokumentacji dowiedzieliśmy się, o czym myślał N. Chruszczow. Dowody sprzedajnego stosunku do granicy na Odrze i Nysie uznawane są za bezpośrednią przyczynę upadku Chruszczowa w 1964 r. i objęcie władzy w ZSRR przez Leonida Breżniewa.
Samo wydarzenie wyostrzyło słuch ekipy Gomułki, chociaż los nam tu sprzyjał: po wygraniu wyborów w RFN przez koalicję SPD i FDP we wrześniu 1969 r., kanclerzem został socjaldemokrata Willy Brandt (1913-1992), który stał się autorem nowej polityki wschodniej RFN. W grudniu 1970r przyjechał do Warszawy i podpisał z premierem Józefem Cyrankiewiczem układ o podstawach normalizacji , w którym RFN uznała polską granicę na Odrze i Nysie ( kilka dni wcześniej doszło do podpisania umowy bilateralnej między RFN a ZSRR, chociaż oba państwa ze sobą nie graniczyły).
Podpisanie tego układu wywołało burzę w samym RFN. Po latach bliski współpracownik W. Brandta – Egon Bahr (1922-2015) wspominał zarzuty o zdradę, jakie pojawiły się wobec kanclerza ze strony niemieckiej chadecji. Franz-Josef Strauss miał nawet wykrzyczeć, że „Brandt nas już sprzedał, tylko jeszcze nie wydał”.
Jakie były drogi myślenia Brandta i jego ekipy, która przecież nie tylko chciała zmiany stosunków ze Wschodem, ale także zjednoczenia Niemiec. Egon Bahr kilka lat temu opisywał to następująco:
„myśleliśmy o dwóch sprawach: po pierwsze wiedzieliśmy, że nigdy nie osiągniemy zjednoczenia Niemiec, jeśli nie uznamy polskiej granicy na Odrze i Nysie, bo nikt nam nie pozwoli dążyć do zjednoczenia, jeżeli pozostanie obawa, że będziemy stawiali terytorialne żądania. Po drugie, Brandt miał świadomość, że musi wreszcie pozbawić Niemców, a zwłaszcza wypędzonych, iluzji, że kiedyś powrócą utracone ziemie /…/ Kropką nad „i” było uklęknięcie Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie”.
Egon Bahr przyznał również, że uklęknięcie to nie było wcześniej planowane. Stało się to „pod natchnieniem chwili”. Brandt później Bahrowi powiedział,że pod pomnikiem nagle miał wrażenie, że sam wieniec nie wystarczy.
Myślę, że podpisaniem układu z Polską o podstawach normalizacji Brandt otworzył drogę do Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która miała miejsce w Helsinkach 1 sierpnia 1975 r. Jego sygnatariuszami było 33 państw europejskich oraz USA i Kanada. Powoli wygasała „zimna wojna”.
Nie bez powodu wspominam dziś w tym miejscu wydarzenie sprzed bez mała 50 laty, bowiem podobnie byłam poruszona przemówieniem, wygłoszonym dwa tygodnie temu w Warszawie przez Franka-Waltera Steinmeiera (rocznik 1956), obecnego prezydenta RFN. Myślę, że po tym, czego dokonał W. Brandt, jest to drugie wystąpienie tej miary historycznej przedstawiciela Niemiec w stolicy Rzeczypospolitej. Przemawiał świadom polskich krzywd wojennych, ale – myślę – również wysiłku własnego narodu, aby po zjednoczeniu Niemiec w październiku 1990 r. państwo nie odstąpiło ani na jotę od ducha i przepisów demokratycznej Ustawy Zasadniczej z 1949 r., prowadziło politykę pokojowej współpracy i zaufania, a na gruncie wewnętrznym dbało o rozwój gospodarczy i pokój społeczny. Gdy skończył, pomyślałam: tak przemawia mąż stanu najwyższej próby. Dodatkową satysfakcje czerpałam z tego, że jest to socjaldemokrata.
Jednakże w kontekście tego uznania dla klasy politycznej Franka-Waltera Steinmeiera stawiam jednocześnie pytanie: czy problem granicy na Odrze i Nysie może w przyszłości powrócić?
Odpowiedzi na nie szukam przede wszystkim w polityce polskiej, ponieważ sądzę,że pojawienie się takiej groźby tkwi dzisiaj w głębokim rozbiciu politycznym społeczeństwa polskiego, które coraz wyraźniej przybiera wymiar cywilizacyjny. Skutecznie bronić swych interesów międzynarodowych może tylko naród, ceniący praworządność i zgodny w sprawach zasadniczych; wewnętrznie skłóceni będziemy omijani i lekceważeni. Już nawet „kochający nas” Donald Trump nie zaryzykował przyjemności kolejnego spotkania z wiernopoddańczym A. Dudą. Publicysta Tomasz Jastrun skwitował ten fakt na łamach „Przeglądu” stwierdzeniem, że „Trump naszą rocznicę 1 września olał”.
Sądzę, że bezpośrednią winę za ten stan rzeczy ponosi kłótliwa, agresywna i fundamentalistyczna prawica na czele z J. Kaczyńskim oraz pasożytujący na niej (i budżecie państwa) kościół hierarchiczny. Słuchając politycznych bredzeń wodza tego bloku (władza sądów nie ma nic wspólnego z demokracją; ustrój trybunalski służy oligarchii, rodzina – to ojciec, matka i dzieci, a poza tym grozi nam ojkofobia i nihilizm), a także obserwując wzrost poparcia faszyzującej prawicy w Niemczech (AfD) obawiam się, że może to zaowocować w niepewnym dziś świecie sojuszami, które – przepraszam za kolokwializm, znów nam wyjdą bokiem. Wszak polscy analitycy stwierdzają, że ze strony radykalnej AfD mogą się pojawić postulaty rewizjonistyczne wobec Polski, o tym pisze również prasa niemiecka. Wszak podzielony głęboko naród łatwiej zaatakować.
Jedynym wyjściem z tego impasu jest wygrana w najbliższych wyborach sił proeuropejskich. Potrzebna jest wyraźna zmiana linii polskiej polityki zagranicznej; zgadzam się z tezą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, że dziś grozi nam „odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski”. Chcemy tego…? W tym kontekście zgadzam się również z sugestią autorki – którą zawsze czytam z dużym zainteresowaniem – że czas na nowe otwarcie z Rosją (wcześniej szeroko poruszyli ten problem w swych książkach profesorowie Andrzej Romanowski, Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki). Większość państw europejskich wyraźnie tego chce, idą śladem RFN, która na pewno nie zrezygnuje z współpracy z Federacją Rosyjską, widząc w niej korzyści gospodarcze i polityczne. Polska prawica swej polityki wobec Rosji nie zmieni, zresztą z innymi sąsiadami też ma kiepskie stosunki. W Polsce musi nastąpić zmiana układu sił politycznych, jeśli chcemy odbudowywać naszą pozycję w Europie.

17 Września – tragizm i pamięć

Kiedy byłem marszałkiem Senatu, rozważano bardzo trudny problem, jak doprowadzić do wyjścia wojsk radzieckich z Polski. Z natury rzeczy nie można było ominąć osoby generała Jaruzelskiego Wtedy zdarzyła się rzecz dziwna. Kiedy prosiłem o audiencję-Generał powiedział: „Pan pozwoli, że ja do Pana przyjdę na rozmowę w cztery oczy…” Była to rozmowa bardzo dziwna. Widać było, że on sam dąży do tego, by wojska radzieckie wyszły z Polski. Walczył sam z sobą, jak można to zrobić…
Andrzej Stelmachowski

Historycy w analizach przyczyn i wnioskach z Września 1939 r., szerzej – wybuchu II-ej wojny światowej, kładą akcent na agresywną politykę Hitlera, mocarstwowe koncepcje oparte m.in. na teorii aryjskiej rasy, zdolnej do panowania nad światem, itp. co wcześniej czy później miało doprowadzić do wojny w Europie. Nie ma podstaw by temu zaprzeczyć. Ale warto zastanowić się nad oceną zachodnich ustępstw wobec wodza III Rzeszy. Można z nich odnieść wrażenie, że Zachód, a konkretnie Wielka Brytania i Francja były na swój sposób przymuszane przez Hitlera do ustępstw politycznych – patrz zajęcie Austrii, Monachium i zajęcie Sudetów Czeskich, krótko potem Czechosłowacji (z hańbiącym Polskę udziałem). Trudno temu poglądowi odmówić w części racji. Należy tu postawić zasadnicze pytanie – jak te dwa państwa rozumiały pojęcie pokoju w Europie? Choć można napisać obszerną rozprawę – skrótowa odpowiedź prowadzi do stwierdzenia – przez pokój rozumiano bezpieczeństwo, eliminację, usunięcie agresji militarnej (czytaj wojny) Hitlera na kraje zachodniej Europy. Oto istota! Natomiast – w domyśle – dopuszczały taką agresję, czyli wojnę w Europie Środkowej i Wschodniej. Wielu z Państwa Czytelników może poczuć się zaskoczonymi taką tezą i zapytać o podstawy. Proszę bardzo. Wielka Brytania i Francja, słusznie uważające się za gwarantów europejskiego ładu po I-ej wojnie światowej, w 1925 r. do zawarły w Locarno układ z Niemcami. Przywracał im równoprawny status w Europie, co niektórzy historycy określają faktycznym traktatem pokojowym kończącym I wojnę światową. Proszę, sięgnijcie Państwo pamięcią, kiedy podobny traktat zawarto z Niemcami po II-ej wojnie światowej i powstała NRF? Czy nie skłania do dopatrywania się analogii, a raczej „historycznej ciągłości” rozumienia pokoju w Europie przez siebie, czyli Zachód? A czy dopuszczał takie pojęcie przez ZSRR-jak myślicie? Temat na odrębną publikację, z akcentem na wnioski dla Polski.
Zachodnie gwarancje dla Polski
Wracam do głównego wątku – układ z Locarno gwarantował Niemcom nienaruszalność granic, ale wyłącznie zachodnich! Tu jest sedno sprawy! Jak to rozumieć w języku polityki? Że oba te kraje nie będą stanowiły zagrożenia dla Niemiec, ale i odwrotnie, „wy też nam nie zagrażajcie”! A co z pozostałymi granicami Niemiec? – to wasza sprawa, mówiąc językiem prostym, zrozumiałym dla każdego. Możecie politykę „rasy panów” realizować w Europie Środkowej i dalej na Wschód. Spodziewam się, że wielu Czytelników przyjęło ten wywód z rezerwą, jako wątpliwy, mając na uwadze choćby traktaty podpisane z Polską. Oto one:
– Francja: konwencję wojskową z Polską podpisała w 1921 r. Odnowiła 19 maja 1939 r. Protokół nadający jej ważność podpisała 4 września 1939 r., proszę przetrzeć oczy;
– Anglicy 31 marca 1939 (po zajęciu Czechosłowacji), udzielili Polsce jednostronnych gwarancji niepodległości (uwaga, nie dotyczyła nienaruszalności terytorium); 6 kwietnia w Londynie Beck i lord Halifax podpisali porozumienie o gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu Anglia zdecydowała się 25 sierpnia, gdyż obawiała się ew. ustępstw Polski wobec ZSRR, po pakcie Ribbentrop-Mołotow. Także proszę przetrzeć oczy.
Oba te państwa już na początku maja 1939 r. wykluczyły możliwość udzielenia nam pomocy wojskowej na wypadek agresji III Rzeszy (po znanej wypowiedzi Becka w Sejmie). Co Państwo o tym myślicie? Cóż z tego, że na początku września wypowiedziały Hitlerowi wojnę. „Francuzi nie będą umierać za Gdańsk” – kto tego nie zna z lat szkolnych w PRL? Za te słowa gen. Charles de Gaulle, Prezydent Francji przeprosił Polaków w 1967 r. Walcząc z nawałą hitlerowską Wojsko Polskie oczekiwało, że po 7-12 dniach, gdy zachodni sojusznicy zmobilizują swoje armie i uderzą na Niemcy, sytuacja militarna ulegnie radykalnej zmianie, na naszą korzyść. Niestety, ulotki zrzucane nad Niemcami i „ruchawki” przygraniczne nie przyniosły Polsce i Polakom żadnej korzyści. Tu ciekawostka-w połowie sierpnia saperzy zaminowali most kolejowy na Wiśle w Tczewie. Miał być wysadzony w momencie wybuchu wojny. U marszałka Rydza natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard, z żądaniem odwołania rozkazu, argumentując, że „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze pokój Europy”. Jasne?
Oczywiście, wspomniany Józef Beck rozważał różne opcje sojuszy wojskowych, także z Niemcami. Maria Dąbrowska np. mówiła o nim – „kanaliowaty Beck” (1934), „hitlerowski fagas Beck” (1936). Generałowie Sikorski i Józef Haller oraz Wincenty Witos – „Niemiecki agent Beck”. Sam szef MSZ, podczas jednej z debat stwierdził : „Może pokonalibyśmy z Hitlerem Sowiety, ale za parę lat paślibyśmy dla niego krowy za Uralem”.
Pierwszy tragizm Września
Że zawiedli sojusznicy we Wrześniu nikt nie ma wątpliwości. To upokarzające, tak z ludzkiego i politycznego poczucia wartości i szacunku. Gdzie, jeśli nie do Francji a potem do Wielkiej Brytanii udawał się przedwojenny rząd? Czy to nie upokorzenie? Kto, jeśli nie ci sojusznicy decydowali o przyjęciu (nie chcieli wpuścić), o składzie rządu gen. Sikorskiego – podkreślam – „składzie”, oczywiście personalnym i politycznym. Tę pigułkę też przełknięto z „godnością”. Sięgnijcie Państwo pamięcią, kto i jak wyrażał się o składach naszych rządów po 1945 r., ile było w tym prawdy, bo „lepiej wiedzący” eksponowali wpływ „wiadomego kierunku”, od początku, od 1944 r. A do kiedy – to ciekawostka, za chwilę. Ale oczywiście wyrozumiale pomijali „szacunek” jakim Zachód darzył rząd londyński, proszę sięgnąć do poprzednich tekstów, choćby „Sprawa zachodniej granicy” czy „Hołd bohaterom”.
Żołnierz polski, walczył w obronie Ojczyzny, obficie płacąc krwią i życiem, liczył na sojuszniczą pomoc. Nie doczekał się. Nie tylko waleczni czołgiści płk Stanisława Maczka, ale i lotnicy i marynarze z konieczności musieli obrać kierunek zachodni. To nie upokorzenie, udawać się do „takiego” sojusznika z wiarą, że teraz będą razem walczyć – o Polskę. Walczyli, jak mówił Churchill o polskich pilotach, że wiele zawdzięczają tak niewielu. W Poczdamie, że „nie należy napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”(to o Ziemiach Zachodnich). A na defiladzie zwycięstwa w Londynie zabrakło dla nich miejsca, potem także – generałowie i oficerowie stali się robotnikami (nie mówiąc o żołnierzach), za co „sojusznikom” nie było wstyd. Ale tu wkroczyła wszechmocna propaganda i polityka, osobny i nie mniej refleksyjny, pouczający temat.
17 Września, drugi tragizm.
Pakt Ribbentrop – Mołotow: o wzajemnej nieagresji, podpisany w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. Jego treść była znana rządowi USA już 24 sierpnia (czyli dzień później). Wkrótce poznał ją Paryż i Londyn, ale nikt nie poinformował Warszawy! Dlaczego? Jak Pakt ten rozumieć? – jako obawę Hitlera, że ZSRR, mimo zaszłości historycznych udzieli Polsce pomocy? Nie o pomoc wojskową szło, potencjał Niemiec wystarczał do pokonania Polski, wspierany przez Słowaków. Chciał wciągnąć ZSRR w podbój Polski, jeszcze ostrzej zaognić nienawiść Polaków. Hitler znał już stanowisko Francji i Anglii – nie udzielą Polsce pomocy.
Być może „prawoskrętni uczeni”, w 80. rocznicę 17 Września upowszechnią tezę o „przeniesieniu rewolucji” na Zachód, wzorem koncepcji Lenina. To bzdura. Na Zachód to dokąd – chyba do granicy z Niemcami. Zmienił się geopolityczny układ, to nie czas i sytuacja z 1918 roku. Może do krajów nadbałtyckich, czy do tego potrzebny Stalinowi ten pakt? Ku czemu więc się skłaniać? W ZSRR znane były teorie narodowego socjalizmu, a poczynania Zachodu wobec Niemiec odczytywano na ogół trafnie. Szło ZSRR o zyskanie na czasie do starcia z Hitlerem, choć ten moment był zaskoczeniem. Warto też zapytać o ocenę ZSRR, jaką mieli nasi wojskowi po podpisaniu paktu o nieagresji tym krajem w 1932 r. Otóż, w kwietniu 1934 r., marsz. Józef Piłsudski na naradzie w GISZ postawił zebranym tu 15 generałom i 4 pułkownikom pytanie-który sąsiad jest najbardziej niebezpieczny dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Po miesiącu były takie odpowiedzi: 3, w tym marsz. Rydz-Śmigły, wskazało na ZSRR; 4 nie miało zdania; 13 wskazało na Niemcy. Wiemy, że dopiero wiosną 1939 r. rozpoczęto planowanie wojny obronnej z Niemcami. O wiele lat za późno.
Władze Polski od traktatu ryskiego nie zmieniły zdania i Rosję (ZSRR) uważały za głównego wroga, tak też opracowywane były plany wojny. Zapomniano, że Rewolucja Październikowa przyczyniła się do odzyskania niepodległości Polski w 1918 r. Rząd radziecki 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski. Nie uczyniły tego ani Austria, ani Prusy, czy mamy im za złe? I cóż z tego – to formalność, bez znaczenia politycznego jak i wojskowego, ktoś powie. Może i formalność, a może nie. Jeśli Józef Piłsudski w 1918 r. podjąłby kroki dyplomatyczne celem „wdrożenia” tych decyzji radzieckich, czy byłaby potrzebna wtedy wojna polsko – radziecka? Jak wyliczył Pobóg-Malinowski („Najnowsza historia Polski”, Londyn, 1967) „od listopada 1918 do końca 1920 r., liczba poległych polskich żołnierzy wyniosła 16 139, zmarłych wskutek ran i chorób – 29 353, zaginionych – 50 700. Razem zginęło więc 96 201, rannych naliczono 110 210. Ofiarami wojny byli przede wszystkim bezbronni. Co najmocniej uderzyło – rzezie jeńców i wyrzynanie osad, kolonii, miasteczek”. Czy doszłoby do tragicznego 17 września?
I znów ciekawostka. Po napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 r., rządy sojuszniczej Anglii i Francji nie nazwały tego nawet agresją. Długo myślano nad treścią not dyplomatycznych, by przypadkiem nie naruszyć swoich dobrych stosunków z ZSRR. Najwcześniej, bo 19 września rząd brytyjski odrzucił tezę Stalina, jakoby państwo polskie już nie istniało. Zaś Francja oczekiwała tylko wyjaśnienia tego zdarzenia. Marszałek Śmigły – Rydz wydał krótki rozkaz: „Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony oraz prób rozbrajania”. Podczas krótkich starć, zginęło ok. 7 tys. naszych żołnierzy, ponad 10 tys. było rannych. Do niewoli trafiło285 tys., w tym ok. 15 tys. oficerów. Armia Czerwona straciła ok. 13 tys. żołnierzy, w tym ok. 3 tys. zabitych, ok. 150 czołgów i ok. 20 samolotów. Przypomnę, że inwazją 17 września ZSRR złamał aż 4 umowy międzynarodowe: traktat ryski z 1921 r. o wspólnej granicy; protokół Litwinowa z 1929 r. o wyrzeczeniu się wojny jako środka rozwiązywania sporów; pakt o nieagresji z 1932 r. oraz konwencję londyńską z 1933 r. dot. definicji agresora, dla których Zachód nie domagał się żadnego respektu. Po prostu – wyrozumiale o nich zapomniał! Nie reagował też na zdarzenia, jakie miały miejsce, np. wywózki na Sybir i inne akty wręcz ludobójstwa na Polakach. Wiele scen opisał prof. Czesław Grzelak w książce „Kresy w ogniu”. Nie wątpię, iż media pokażą tajny załącznik o podziale Polski, załączam więc mapkę. Polska w 1939 r. liczyła 389,7 tys. km2. Niemcy zajęli 188,7 km2. Profesor Natalia Lebiediewa obliczyła, że w ciągu 12 dni działań bojowych, Armia Czerwona zajęła 201 tys. km2, 50,4%, tj. terytorium Polski, zamieszkanych przez ok. 13 mln. Polaków. Z tego do Białorusi włączono 103 tys. km2, do Ukrainy 89,7 tys. km2 oraz do Litwy – 8,3 tys. km2. Beria do Stalina pisał 12 grudnia 1940 r., że od września 1939 do 1 grudnia 1940 r. NKWD aresztowało 407 tys. osób, a wywieziono do Kazachstanu i na północ 275 784 osoby.
Od pewnego czasu w „przestrzeni historycznej” funkcjonuje pojęcie „czwartego rozbioru” (zaboru) w odniesieniu do 17 Września i oczywiście agresji ZSRR, piszę dalej. Proszę zwrócić uwagę przy okazji 80 rocznicy – czy to pojęcie odnosi także do Niemiec?
17 września 1993 – „pamięć wojskowa”
Na ten dzień, ówczesny Prezydent Polski zarządził niezwykłą uroczystość polityczno-wojskową. Na dziedzińcu Belwederu zgromadzili się najwyżsi przedstawiciele władz Polski, dyplomaci i specjalni goście. Ostatni dowódca Północnej Grupy Armii Radzieckiej (PGAR) gen. Leonid Kowalow zameldował Lechowi Wałęsie, wtedy prezydentowi RP – 17 września 1993 r., czyli 54 lata później od pamiętnej daty – o zakończeniu operacji opuszczania Polski (może ktoś pamięta medialne doniesienia i zdjęcia z tej ceremonii przed Belwederem – warto raz jeszcze w zadumie i skupieniu je zobaczyć). PGAR w 1991 r. liczyła 53 tys. żołnierzy, 7,5 tys. pracowników cywilnych i ok. 40 tys. członków ich rodzin. Stacjonowała od 1945 r. w 59 garnizonach, w 21 województwach. Radzieccy, do dyspozycji mieli 13 lotnisk, bazę morską Świnoujście i 6 poligonów. Pierwszy transport z Bornego Sulinowa wyjechał 8 kwietnia 1991 r. Gdyby ktoś z Państwa skojarzył Świnoujście z jeszcze pamiętaną „debatą” o reparacjach wojennych, „poważnie rozważaną” korektą granicy zachodniej-czy oddanie Niemcom tej „wrażej bazy”, nie należałoby uznać za zadośćuczynienie sąsiadowi, ale i oczyszczenie szlachetnej, tak patriotycznej polskiej duszy z takiego „skażenia”, wiadomo czym!
Głównym garnizonem radzieckim w Polsce była Legnica. Pamiętacie ją Państwo Czytelnicy z filmu „Mała Moskwa”, gdzie reż. Waldemar Krzystek wymownie, momentami przejmująco obrazuje życie i losy jego bohaterów, w tym polsko-radzieckie, wojskowe i ludzkie stosunki z mieszkańcami. Lidia Siejrgiejewna Nowikowa spoczywa na cmentarzu, jedyny grób z białego marmuru, palą się znicze, leżą kwiaty. Posprzątany, zadbany cmentarz odwiedzają Rosjanie, Białorusini. Na tym cmentarzu, przy ul. Wrocławskiej 124 spoczywa 2800 Rosjan poległych w walkach. Później chowano tu zmarłych. Wcześniej Żydów i Niemców, 6 listopada1972 r. postawiono pomnik żołnierzom radzieckim.
Legnica została wyzwolona 11 lutego 1945 r. przez wojska 3 A Panc. Gwardii gen. płk Pawła Rybałki. Walki trwały 9-11 lutego. Zniszczenia niewielkie: dworzec kolejowy, zamek ok. 120 budynków, poważnie uszkodzenia 848 obiektów. Są tu duże koszary, budynki mieszkalne – 360 oraz 928 obiektów; lotnisko, węzeł kolejowy. W latach 1945-1947 polscy i radzieccy saperzy rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty na Dolnym Śląsku. „Kwadrat”, zamknięta dzielnica wojskowa w Legnicy. Stacjonował Sztab PGWAR. Przedostatni dowódca gen. Wiktor Dubynin, dom oficera z salą balową i kinem przekazał Kościołowi (metropolita Henryk Gulbinowicz) teraz seminarium duchowne i poradnia małżeńska, przed budynkiem pomnik Henryka Pobożnego, zginął w 1241 r. W willi, gdzie mieszkał marsz. K. Rokossowski mieści się hotel Rezydencja. Gmach b. dowództwa zajmuje ZUS. dawne koszary – to mieszkania, Wyższa Szkoła Zawodowa. Ostatni dowódca, gen. Leonid Kowaliow.
Zanim doszło do tego opuszczenia Polski, krajów b. bloku przez wojska radzieckie – warto przypomnieć kilka faktów. Układ Warszawski rozwiązano 1 lipca 1991 r. w Pradze, podczas ostatniego posiedzenia Doradczego Komitetu Politycznego. Jak wiemy, pół roku później, rozpadł się ZSRR, powstała Federacja Rosyjska. Wcześniej, bo 22 maja1991 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie umowę o wycofaniu wojsk Armii Radzieckiej z Polski. Andrzej Stelmachowski, Marszałek Senatu wspominał – cytowałem wyżej – w Księdze Pamiątkowej, wydanej na 80. urodzin bp Alojzego Orszulika, Łowicz 2009, rozmowę z Generałem, który na jego zapytanie powiedział – Proszę Pana, tu tylko trzeba zaryzykować. Nigdy nikt nie powie, gdzie jest ściana, gdzie już dalej poruszyć się nie można. To jest trochę tak, jakby się na bagnie skakało z kępy na kępę i w pewnym momencie można wpaść i utonąć. Czasem, to bagno udaje się przejść. Takie rzeczy można sprawdzić tylko w praktyce, tylko w działaniu;. „Muszę powiedzieć – wspomina Marszałek – że generał Jaruzelski, odczuł stan wojenny jako osobisty dramat, był już niezdolny do powtórzenia czegoś podobnego”. W moim odczuciu, to dowód, jeden z wielu, jak stan wojenny wrył się w pamięć i poczucie odpowiedzialności Generała za Polskę. Co Państwo myślicie?
Proces wycofywania wojsk radzieckich z Europy rozpoczął się już w 1989 r. od NRD, zakończył dopiero 29 sierpnia 1994 r., jako ostatni. Wojska radzieckie w NRD (marsz. Burłakow) liczyły (1989 r.) 337 tys. żołnierzy, wraz z rodzinami i pracownikami cywilnymi, ok. 540 tys., wyposażone w najnowocześniejszą broń i technikę. Rozmieszczone były w 1026 kompleksach, o łącznej powierzchni ok. 2430 km2. Było w nich 777 miasteczek wojskowych z ponad 36 tys. obiektów mieszkalnych i innych. Niemcy na zorganizowanie ich powrotu do Rosji, przeznaczyli 12 mld marek, w tym 8 mld na budowę domów dla prawie 60 tys. rodzin kadry, 3 mld na wyżywienie 1 mld na koszty transportu. Na terenie Ukrainy, Białorusi i Rosji, zbudowano dla nich ok. 45 tys. mieszkań oraz sfinansowano zdobycie cywilnych zawodów dla 13 tys. kadry. Może nadal dziwicie się Państwo dlaczego obserwujecie taki stosunek tego państwa do Rosji, np. budowa gazociągu przez Bałtyk, „oględne” stosowanie restrykcji czy taktowny udział w obchodach różnych rocznic. Zechciejcie wyciągnąć wnioski.
17 września – historyczna „pamięć duchowa”
Gości zwiedzających Warszawę, a także i wieloletnich mieszkańców Stolicy może zainteresować tablica umieszczona na wejściowej ścianie do Sanktuarium Matki Boskiej Zwycięskiej na Pradze – Kamionku (naprzeciw dworca kolejowego Warszawa-Wschodnia), tej treści – Na pamiątkę wyjścia z Polski wojsk rosyjskich, od przeszło dwustu lat mordujących Polaków, tłumiących powstania narodowe 1768-1794-1831-1863. Wojska te, usiłujące odebrać nam niepodległość, zostały pobite u bram Stolicy w 1920 roku. Niestety, okupowały one Ojczyznę po czwartym rozbiorze 1939-1993, szerząc zbrodnie komuny. W dwusetną rocznicę rzezi Pragi, tablicę tę kładzie bp Zbigniew Józef Kraszewski 4 listopada 1994.
Zastanawiam się, co to za powstanie wybuchło w 1768 r. oraz w 1831 r. i jakie noszą nazwy. A może, jak podaje inskrypcja, okres 1768-1863, to pasmo, ciąg 95 lat nieprzerwanie trwających powstań? Czy tak należy rozumieć? Od kiedy wojna obronna 1939 r., po której Polska straciła niepodległość uznana jest za czwarty rozbiór Polski, kto autorytatywnie ustalił Jeśli był to rozbiór Polski, to pojawiają się pytania: – na jakiej podstawie ustalono, że trwał do 1993 r., jaki fakt, wydarzenie uznano, że został zakończony? Czy czas trwania tego rozbioru do 1993 r., oznacza, że: – po pierwsze – nie było państwa polskiego (członka ONZ), np. PRL, ani III RP od 1989 r. Czyli było to „terytorium zaborcze” – jak nazwać, pomóżcie Czytelnicy! Po drugie-że prezydenci PRL i RP: Wojciech Jaruzelski i Lech Wałęsa są namiestnikami Moskwy; że premierzy rządu III RP: Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Jan Krzysztof Bielecki, byli mianowani przez władze zaborcze, oczywiście w Moskwie. Co na to Lech Wałęsa. Czy tu też „wyznaczano” posłów i senatorów? Po trzecie – dlaczego IPN, zgodnie z ustawą z 18 grudnia 1998 r., znowelizowaną w 2016 ma badać zbrodnie komunistyczne, organów ZSRR do 31 lipca 1990 r., a nie do 17 września 1993 r. Czy ww. prezydenci i premierzy nie powinni ponosić za te „zbrodnie” współodpowiedzialności? Jak to się stało, że pod „zaborem” tak wrażym „urodziła się i przeżyła” Solidarność!
Rezolutny uczeń szkoły średniej – po przeczytaniu tej inskrypcji – może stwierdzić – to Mazowiecki i Wałęsa byli namiestnikami „Ruskich” i słuchali okupantów, zaborców! Proszę, postawcie się Państwo w roli nauczyciela i pomyślcie – co odpowiedzieć takiemu uczniowi? Możecie zastanawiać się, dlaczego uczeń nie zapytał o Jaruzelskiego? Odpowiedź jest prosta, przecież nazwisko – mocą „polityki historycznej”, której czytelną ocenę na łamach Przeglądu prezentuje prof. Longin Pastusiak, serdecznie dziękuję – jest wymazywane z naszej pamięci, ludzi dorosłych i nauczania młodzieży. A może my „dojrzałe pokolenie” mieliśmy słabych nauczycieli historii i religii, sam nie wiem, pogubiłem się.
Proszę mi wybaczyć brak taktu, „wyczucia delikatności”, jeśli zauważę, iż wybierając się do zwiedzenia, warto zabrać znicze i kwiaty, gdyż cmentarz przy Sanktuarium to od kilku wieków miejsce wiecznego spoczynku m.in. gen. Jakuba Jasińskiego, obrońcy Pragi w Powstaniu Kościuszkowskim, rzezi mieszkańców po upadku; Polaków, Szwedów, Niemców, Tatarów, Rosjan, Żydów i innych.
Na zakończenie.
Bez cienia obrazy milionów trzeźwo myślących Polaków warto przypomnieć, jak często na spotkaniach obrazowo przedstawiał lata PRL Generał – „W tym bloku byliśmy, można powiedzieć, byliśmy na szczególnych prawach, byliśmy swego rodzaju heretycką wyspą. Polskę cechowało wiele odrębnych rozwiązań, szerszy niż w innych państwach bloku zakres różnych swobód, zwłaszcza w obszarze kultury i sztuki… Bezprecedensowa pozycja Kościoła, dominująca indywidualna własność chłopska. Mimo nieustających zewnętrznych nacisków nie zeszliśmy z tej drogi”. (proszę zauważyć akcent na Kościół).
I takie refleksje, od pewnego czasu niemal na klęczkach, zasłużenie cytowanego Zbigniewa Brzezińskiego. Otrzymując 12.05.06 od „Gazety Wyborczej” tytuł „Człowieka Roku”, pytany o wykorzystanie przez Polskę obecnie „optymalnej sytuacji międzynarodowej” – odpowiedział: „Polska nie jest na Księżycu, ale między Odrą, Nysą i Bugiem. Polska jest, ale bez przesady, do pewnego stopnia, sojusznikiem Ameryki, ale nie jest jej sąsiadem” Wystarczy? Natomiast w wywiadzie dla „Polityki” z sierpnia 2006-„Polska nie łapie się nawet na trzeciorzędnego sojusznika USA, a nasz interes polityczny, to jak najlepsze stosunki z Niemcami i Rosją”.
Proszę Szanownych Państwa Czytelników o chwilę namysłu, refleksji. Jesteśmy przed wyborami parlamentarnymi. Która partia – poza SLD, PPS i Lewicą – rozumiejąc położenie geograficzne i „naukę” Historii, wyciąga stąd wnioski, silnie akcentuje ułożenie naszych stosunków z sąsiadami-także z Niemcami (coraz głośniej mówi się o naprawie), z UE oraz ze Wschodem. Takie myślenie przed i przy urnie wyborczej, to w pierwszej kolejności myślenie o nas samych, o naszej, naszych dzieci i wnuków przyszłości. dziś taką rękojmię okazują nam te trzy wyżej wskazane partie. Pamiętajmy 13 października.

75. rocznica bitwy pod Ewiną

W obchodach 75. rocznicy bitwy partyzantów Armii Ludowej z Niemcami pod Ewiną wzięło udział bardzo wiele osób. To zaś wykazuje, że istnieje jeszcze w Polsce miejsce na plebejską lewicowość.

Rocznicowe uroczystości w niedzielę 8 września zorganizowała organizacja Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Radomsku przy współpracy z lokalnymi samorządami. Obchody rozpoczęła polowa msza rzymsko-katolicka. W trakcie kazania ks. Grzegorz Kałuża z parafii w Gidlach przestrzegł przed fałszowaniem historii. Apelował, aby nie burzyć pomników i nie zmieniać nazw ulic. – Dość podziałów! Chrystus umarł za wszystkich. Nie można mówić, że tylko walka Armii Krajowej była słuszna, a Armii Ludowej już nie. Szukajmy tego co nas łączy, a nie tego, co dzieli – przekonywał.
Wieńce pod pomnikiem partyzantów 3 Brygady Armii Ludowej im. Józefa Bema złożyły liczne delegacje organizacji kombatanckich, władz samorządowych powiatu radomszczańskiego i okolicznych gmin, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiej Partii Socjalistycznej, stowarzyszeń społecznych, młodzieży szkolnej, leśników oraz armii rosyjskiej i białoruskiej. Na swoich maszynach przybyli także przedstawiciele klubów motocyklowych: „Czarna Flota” z Końskich i „Green Snakes” z Radomska. Obecni byli m.in. liderzy SLD Włodzimierz Czarzasty i PPS Wojciech Konieczny. Znacząca była natomiast nieobecność przedstawicieli rządu i Wojska Polskiego.

Po części oficjalnej odbył się festyn ludowy, na którym nie zabrakło piwa oraz tradycyjnej wojskowej grochówki, serwowanej bezpłatnie przez strażaków. Na scenie wystąpiły zespoły ludowe. Dla najmłodszych uczestników atrakcją był czołg T-34 udostępniony przez Muzeum Techniki Wojskowej w Zabrzu, który można było obejrzeć także od środka. Dioramę partyzanckiego obozu AL zaprezentowali rekonstruktorzy związani z warszawską inicjatywą Historia Czerwona.
Pierwsze uroczystości odbyły się już rok po bitwie. Od dziewięciu lat organizujemy to jako Sojusz Lewicy Demokratycznej. To już tradycja. 3 Brygada AL składała się z mieszkańców tych terenów. To jest nasza pamięć, nasza historia i nikt nam jej nie odbierze, nawet jeśli nazywa się Kaczyński lub inna szumowina – powiedział nam główny organizator obchodów Arkadiusz Ciach, lider SLD w Radomsku.
Starcie 3 Brygady Armii Ludowej im. Józefa Bema z Niemcami pod Ewiną w dniach 12-13 września 1944 r. było jedną z największych bitew partyzanckich na ziemiach polskich. AL-owcy zadali znaczne straty przeważającym siłom wojsk okupacyjnych. W starciu poległo 12 partyzantów, 11 odniosło rany. Straty niemieckie wynosiły około 100 zabitych i 200 rannych. W skład brygady wchodziły m.in. pododdziały Batalionów Chłopskich i związanej z PPS Socjalistycznej Organizacji Bojowej.

„Bratnia” II Wojna światowa?

„Nigdy więcej bratnich wojen” – takim wezwaniem lubelska brygada ONR zakończyła swój wpis na Twitterze z okazji rocznicy wybuchu II wojny światowej. Polscy nacjonaliści w końcu otwarcie przyznali, że uważają III Rzeszę za bratnie państwo?

Że ONR-owcy widzą braterstwo między polskim narodowym radykalizmem a hitleryzmem, to żadne zaskoczenie. „Narodowy radykalizm stał się jednym z wielkich ruchów społecznych, jak faszyzm czy hitleryzm, które przekształcają oblicze świata” – tak przecież głosili przed wojną przywódcy ONR-u. I to przecież nikt inny, jak właśnie działacze ONR-u już jesienią 1939 roku poszli ze względów ideowych na kolaborację z Trzecią Rzeszą – celny komentarz czytamy na profilu Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych, który przypomina sylwetki zapomnianych polskich socjalistów oraz prostuje najbardziej bezczelne manipulacje IPN oraz prawicowych „historyków”.
W ostatecznym rozrachunku polscy nacjonaliści zapewnili, że jednak nie czują nic dobrego względem III Rzeszy – a dokładnie po kilku godzinach dyskusji nad wpisem w mediach społecznościowych opublikowali kolejny, w którym twierdzą, że źle ich zrozumiano – przecież chcieli tylko potępić potencjalne przyszłe konflikty między europejskimi narodami. Co ciekawe, potępienie nie ogarnia już konfliktów z udziałem narodów nieeuropejskich.
Jak jednak zauważyli lewicowi komentatorzy, „nigdy więcej bratnich wojen” to jeden z popularnych okrzyków neonazistów, wzywający do tego, by toczyć wojnę rasową, a nie toczyć konflikty w łonie rasy „wyższej”. Na polskim gruncie posługują się nim tzw. autonomiczni nacjonaliści. O „bratnich narodach europejskich” lubią też mówić nacjonaliści z różnych krajów zachodnioeuropejskich, szczujący na mniejszości etniczne i migrantów (także tych ekonomicznych z Europy Wschodniej).
Brygada Lubelska ONR nie pierwszy raz daje podstawy, by podejrzewać ją o nazistowskie fascynacje. Kilka miesięcy temu nacjonaliści ze wschodniej Polski na Twitterze zachwycali siępostacią Leona Degrelle’a, belgijskiego kolaboranta, dowódcy 28 Ochotniczej Dywizji Grenadierów Pancernych SS „Wallonien”. Wtedy również po medialnej wrzawie spuścili z tonu, zapewniając, że podziwiają wyłącznie przedwojenną działalność Degrelle’a i jego marzenia o „konserwatywnej rewolucji”.

Kłopoty Goebbelsa z Westerplatte

Półwysep Westerplatte na wybrzeżu gdańskim przyznany został Polsce przez Ligę Narodów w 1924 roku, jako miejsce wyładunkowe materiałów wojennych w Gdańsku, mającym wówczas status Wolnego Miasta. Strzałami na Westerplatte z okrętu liniowego „Schleswig-Holstein” 1 września o godz. 4.45 Hitler dał spektakularny sygnał do agresji na Polskę; stąd historyczny wymiar tego miejsca. Polacy honorują tu dodatkowo wyjątkowe wprost męstwo obrońców składnicy broni.

Agresor zakładał, że atak uwieńczy błyskawicznym sukcesem. Hitler wyobrażał sobie, że „Schleswig-Holstein” upora się migiem z Westerplatte, po czym będzie mógł skierować ogień na Hel. Takie były zresztą podstawy rozkazu operacyjnego nr 1 dla okrętu liniowego „Schleswig-Holstein”, wydanego przez zgrupowanie marynarki wojennej Dowództwa Wschód w ramach „Fall Weiss”, generalnej dyrektywy napaści na Polskę. Rozkaz, datowany w Kilonii na 21 sierpnia głosił, że poza „zadaniami szczegółowymi” pancernik miał jeszcze wykonać wiele innych zadań. Zrozumiała była więc wściekłość Hitlera, gdy już na samym początku kampanii wrześniowej plan błyskawicznej operacji zaczynał rozłazić się w szwach.
Szef sztabu Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu, gen. Franz Halder, notuje na gorąco w swym dzienniku: „Führer rozkazał, że Westerplatte ma zostać zdobyte dzisiaj natarciem z lądu. Meldunek z frontu walki jest jednak niepomyślny, rozczarowuje i wścieka Führera”. Bezpośredni świadek tego nastroju wodza, minister propagandy Joseph Goebbels, dokumentuje to w swoim osobistym dzienniku: „Niestety, Westerplatte jeszcze niezdobyte. Psychologicznie jest to niekorzystne. W Gdańsku toczą się jeszcze walki o pocztę. Siedzę u Führera. Jest wściekły, że nie bombarduje się Westerplatte. Natychmiast wydaje odnośny rozkaz” (2.09.1939). Następnego dnia kolejna wzmianka u Goebbelsa: „Walki na Westerplatte toczą się jeszcze. Führer nakazuje ściągnięcie ciężkiej artylerii. Polacy chwalą się swymi bohaterskimi czynami. Te wszakże są tylko papierowe”. Podczas gdy w swoim prywatnym dzienniku Goebbels dostrzega natychmiast problem Westerplatte, to w codziennych instrukcjach wewnętrznych dla prasy (co drukować, co przemilczeć, co skomentować) Goebbels o Westerplatte uparcie milczy – bo temat jest niewygodny. Odzywa się dopiero w dyrektywach z 8 września.
Niemcy nigdy nie ujawnili, ilu żołnierzy niemieckich okupiło śmiercią bądź ranami zdobycie Westerplatte. W żadnej książkowej publikacji hitlerowskiej o napaści na Polskę, a ukazało się takich pozycji ponad dziesięć, nie ma wzmianki nie tylko o stratach, lecz w ogóle o Westerplatte.
Nad tym hasłem Goebbels zaciągnął szczelną kurtynę milczenia. Jedynie w pierwszych dniach wojny ukazały się skromne wzmianki prasowe. Goebbels, już od pierwszych dni września popadał w dyskretny konflikt z OKW (Naczelne Dowództwo Wehrmachtu), którego komunikaty z przebiegu starć z Wojskiem Polskim wydawały się Goebbelsowi za mało korzystnie upolitycznione.
Straty obrońców walczących pod dowództwem majora Henryka Sucharskiego wyniosły: 15 zabitych i 40 rannych, natomiast niemieckie ocenia się na 300-400 zabitych i rannych. Garstkę obrońców (blisko 200-osobowa załoga) atakowało łącznie ok. 3,5 tysięcy żołnierzy różnych formacji, wspieranych przez 65 dział z lądu i morza oraz lotnictwo. Na samym pancerniku „Schleswig-Holstein” znajdowało się blisko 1200 żołnierzy, z których większość potem zeszła na ląd. Ataki z powietrza w Zatoce Gdańskiej prowadziło sto maszyn Luftwaffe.
Biała flaga ukazała się na murach Westerplatte dopiero 7 września o godz. 12.00. Załoga, atakowana lawiną ognia z morza, lądu i powietrza, odparła trzynaście szturmów. Poczynając od 1 września tylko jeden raz oficjalny komunikat wojenny Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu dotyczy Westerplatte – ma to miejsce 8 września i dotyczy jego kapitulacji (co zresztą skwitowane zostaje jednym tylko zdaniem). Niemieccy dowódcy ze starej jeszcze szkoły wojennej, nakazującej szacunek i uznanie dla męstwa przeciwnika, byli pod silnym wrażeniem postawy obronnej polskiej załogi. Na ręce majora Sucharskiego złożyli gratulacje i po chwili oddali mu w imieniu niemieckiego dowództwa szablę z prawem noszenia jej w niewoli. Kiedy ocalała reszta załogi rozpoczęła marsz do niewoli, niemiecki dowódca nakazał podwładnym postawę na „baczność”. Poprzez wojskowe komunikaty wojenne te echa reakcji niemieckich dowódców przeniknęły tylko bardzo skąpo i lakonicznie na łamy niemieckiej prasy.
Goebbelsowi było jednak i tego za wiele. Szybko zapanował nad sytuacją i pokazał wojskowym, gdzie ich miejsce w propagandowym szeregu. Już instrukcja dla prasy, datowana na 8 września, głosi m.in.: „Na życzenie OKW prasa ma pisać o dzielnych żołnierzach niemieckich, a z drugiej strony o twardym, względnie zaciętym przeciwniku. Odnosi się to szczególnie do zdjęć z Westerplatte, ukazujących polskiego komendanta i załogę”. Widocznie wezwanie nie poskutkowało błyskawicznie, bo pod datą 11 września znajdujemy w poufnym instruktażu prasowym kolejne wezwanie: „Zdjęcia polskiego dowódcy Westerplatte, któremu w uznaniu za dzielność pozwolono zatrzymać szablę, nie wolno więcej publikować. Uwaga ogólna: słowa dzielny nie należy więcej używać w odniesieniu do Polaków. Zamiast tego należy mówić o twardej lub zaciętej obronie”.
Goebbels zaczął wkrótce w ogóle coraz bardziej wyciszać sprawę Westerplatte. Efekt był taki, że w licznych publikacjach książkowych hitlerowskich wydawnictw, jakie ukazały się po kampanii wrześniowej, o walkach na Westerplatte nie wzmiankuje się wcale. Przykładem tego może być „Auf den Strassen des Sieges” (Na szlakach zwycięstwa), książka wydana pod redakcją szefa prasowego Rzeszy Otto Dietricha, Monachium 1939, czy „Die deutsche Luftwąffe in Polen”, wydana przez Ministerstwo Lotnictwa, w której także brak wzmianki o Westerplatte.
W kilkunastu innych książkach o kampanii wrześniowej przeciwko Polsce hasło „Westerplatte” również się nie pojawia. Jedyny, lecz jakże charakterystyczny wyjątek stanowi publikacja książkowa „Der Sieg in Polen” (Zwycięstwo w Polsce) anonimowego autorstwa, wydana w 1940 r., firmowana przez naczelne dowództwo, a więc publikacja jak najbardziej urzędowa, ze słowem wstępnym samego feldmarszałka Wilhelma Keitla, szefa Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu. Jest w niej skromny rozdzialik poświęcony walkom na Westerplatte, lecz dotyczący tylko ostatniego ich dnia. Tekst zredagowano w sposób przewrotny – Westerplatte to twierdza nie do zdobycia, pełna ukrytych pułapek, sprytnie maskowanych zasadzek; a jednak niemieccy żołnierze zmusili polską załogę do poddania się. „Stojący przed nami polski komendant, przekazując swoją twierdzę, mówi, że nigdy jeszcze nie widział tak dzielnych żołnierzy, jak ci z niemieckiej marynarki wojennej i wspierających ją oddziałów lądowych, którzy potrafili opanować twierdzę wydającą się być nie do zdobycia”. Anonimowy autor przezornie nie podaje rzekomej wypowiedzi Sucharskiego w cudzysłowie. W takowy ujmuje natomiast odpowiedź niemieckiego oficera: „Obrona była bardzo dzielna”. Wewnątrz wartowni autor znajduje jeszcze … „stosy amunicji”, a jeńcy patrzą radośnie zdumieni, że pierwsze kroki do wartowni kierują niemieccy sanitariusze i lekarze, by opatrzyć polskich rannych.
Niemieckie dowództwo musiało jakoś usprawiedliwiać tygodniowe zmagania ze skromną polską obroną i wymyśliło klucz: Polacy z biegiem lat przekształcili Westerplatte w twierdzę nie do zdobycia, która Wehrmachtowi jednak nie zdołała się oprzeć.
Przy okazji mało znana ciekawostka. Gdy 1 września 1939 roku Hitler ogłosił w Reichstagu, że „od godziny 4.45 odpowiadamy Polsce strzałami na strzały”, na sali nieobecnych było ponad stu posłów, w tym także Hans Frank, późniejszy władca Generalnego Gubernatorstwa. Marszałek Reichstagu, Hermann Göring, wpadł jednak błyskawicznie na pomysł łapanki w najbliższym otoczeniu aktywu partyjnego i mundurowych Wehrmachtu, którzy zajęli puste ławy poselskie, stwarzając medialne wrażenie wypełnionej po brzegi sali. Brali oni oczywiście także udział w przegłosowaniu porządku obrad.

Donald ante portas

Refleksje w związku z planowaną wizytą Prezydenta Donalda Trumpa w Warszawie z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej

Wizyta nasuwa pytanie jaką rolę Stany Zjednoczone odgrywają w Polsce i Europie Środkowej. Na podobne postawione pytanie odpowiada profesor Longin Pastusiak w referacie pt. „Czy Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce po ZSRR?”. Referat wygłoszony został na Konferencji z okazji 75 rocznicy powstania Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, jaka odbyła się w Warszawie 20 lipca 2019 roku. W gruncie rzeczy sprawa dotyczy nie tylko Polski, ale całej Europy Środkowej. W materiale z Konferencji czytamy: „Koniec zimnej wojny, rozpad Związku Radzieckiego, dążenia społeczeństw państw Europy Wschodniej, przewaga Zachodu w rywalizacji ze Wschodem, to były główne siły sprawcze, które doprowadziły do zmiany konfiguracji politycznej nie tylko Europy. Polska jest najbardziej wyrazistym przykładem zastąpienia wpływów politycznych Rosji przez wpływy Stanów Zjednoczonych Można więc powiedzieć, że Stany Zjednoczone wypełniły w III RP miejsce zajmowane przez ostatnie półwiecze przez Związek Radziecki”. W innym miejscu profesor przypomina: ”Stany Zjednoczone z zadowoleniem powitały zarówno wyniki konferencji okrągłego stołu jak i wyniki wyborów parlamentarnych 4 czerwca 1989 roku. Wydarzenia w Polsce oraz w innych krajach Europy Wschodniej spowodowały również zmiany w polityce Stanów Zjednoczonych wobec regionu.”
Niewątpliwie to Polska utorowała drogę do ogromnych zmian w Europie Środkowej. Oceniając aktualną pozycję Stanów w naszym regionie nie sposób nie wspomnieć o wielu innych wydarzeniach jakie miały miejsce po 1989 roku, a wśród nich o przystąpieniu Polski do NATO, a następnie do Unii Europejskiej. Gdyby nie akces Polski i większości krajów regionu do Unii Europejskiej, można by mówić o całkowitym uzależnieniu Polski od USA. Racją stanu Polski i pozostałych państw regionu od początku zmian politycznych w Europie Środkowej było utrzymanie więzi transatlantyckich między Europą Zachodnią a Stanami Zjednoczonym i Kanadą. Przy czym o tym co dzieje się Europie nie decyduje tylko Unia Europejska i Stany Zjednoczone. Znaczących aktorów na scenie europejskiej jest wielu, a wśród nich Watykan, Rosja i Chiny.
Jeżeli chodzi o amerykańską politykę wobec Polski i regionu, to kształtowała się ona – co nie jest szczególnie odkrywcze – już przed Trumpem i nie decydowali o niej wyłącznie kolejni prezydenci. Pewne elementy tej polityki są stałe, co nie znaczy, że niezmienne. Funkcjonował niegdyś termin – kompleks wojskowo-przemysłowy, myślę, że i dzisiaj kompleks istnieje i ma wiele do powiedzenia. Ważne miejsce w kształtowaniu zrębów amerykańskiej polityki zagranicznej zajmują też, mniej lub bardziej ważne, ośrodki naukowe. W Polsce znane są bliżej dwie osoby, których dorobek naukowy dotyczy w dużym stopniu Europy Środkowej. Chodzi o Zbigniewa Brzezińskiego i George’a Friedmana. Ten ostatni wieszczy Polsce mocarstwową pozycję w Europie; odbywać się to ma poprzez umacnianie wpływów amerykańskich w naszym regionie, dostępie Polski do najbardziej zaawansowanych amerykańskich technologii, a także poprzez osłabianie Unii Europejskiej, szczególnie Francji Niemiec. Wydaje się, że prezydent Trump realizuje częściowo ten właśnie scenariusz, popierając m.in. Brexit. Zbigniew Brzeziński napisał kiedyś, że Stany Zjednoczone mogą wiele, ale nie wszystko. Politycy amerykańscy powinni przyswoić sobie tę sentencję. Jest dość oczywiste, np. w przypadku Brexitu (któremu przeciwny był prezydent Barack Obama), że Brexit osłabi cały Zachód, a więc i Stany Zjednoczone. Byłoby przy tym swoistym paradoksem gdyby się okazało, że w przypadku Europy będzie odwrotnie i że Brexit wzmocni Francję i Niemcy w Unii i samą Unię. Już teraz odnieść można wrażenie, że Unia oczekuje z niecierpliwością na rozstanie z Wielką Brytanią. Unia Europejska uwolniona od wiecznie rozkapryszonej Wielkiej Brytanii może na Brexicie zyskać. Do zadowolonych z Brexitu, oprócz Stanów i UE dodać można Rosję. Zadowoleni są więc wszyscy, tylko sami Brytyjczycy nie są co do tego zgodni. Bo, jak się już teraz wydaje, Wielka Brytania przysporzy sobie przez Brexit wiele kłopotów. W przeciwieństwie do Friedmana, Zbigniew Brzeziński nie stawiał na rozbicie Unii Europejskiej, wręcz przeciwnie uważał, że Polska ceniona będzie przez Stany jako wartościowy sojusznik dopiero wówczas, gdy jej stosunki z Niemcami będą doskonałe. Jak dotąd prezydentowi Trumpowi bliżej do Friedmana. Jest wszakże dość istotna różnica. O ile, moim zdaniem, Friedman przywiązuje zbytnią wagę do czynnika militarnego, to prezydent Trump kładzie także duży nacisk na rozwój z Polską i Europą Środkową stosunków gospodarczych. I tę różnicę należy ocenić pozytywnie. Wiele poglądów Friedmana (nie są to zapewne tylko jego poglądy) znajduje od dawna swe odzwierciedlenie w polityce amerykańskiej wobec Europy Środkowej. Jego zdaniem Stany zrobią wszystko, aby nie dopuścić do zbytniego zbliżenia między Niemcami a Rosją, co z uwagi na zaszłości i lekcje z historii wydaje się być dla naszego regionu korzystne. Brzeziński dopuszczał natomiast możliwość zbliżenia unijno-rosyjskiego, pod warunkiem amerykańskiej dominacji w euroatlantyckiej wspólnocie. W tym też kontekście, a nie tylko z uwagi na ewentualne zagrożenie rosyjskie, oceniać należy rosnącą powoli, ale stale, amerykańską obecność polityczną i militarną w Polsce, Rumunii i Europie Środkowej. Nie bez znaczenia strategicznego jest także krótka odległość naszego regionu do Bliskiego Wschodu. Należy oczekiwać, że obecność amerykańska w Europie Środkowej będzie coraz bardziej odczuwalna. Stany Zjednoczone wykorzystują tu zarówno możliwości jakie daje rozwijanie bezpośrednich relacji z państwami Europy Środkowej, jak i mechanizmy sojuszu NATO, w którym zajmują czołową i decydującą pozycję. Obecność amerykańska w Polsce i Europie Środkowej ma swoje zalety, ale jednak tylko wtedy, gdy państwa regionu pozostaną lojalnymi i konstruktywnymi członkami Unii Europejskiej. Nie rezygnując z przyjaźni z Ameryką, nasz region powinien wzmacniać swą wewnętrzną integrację, czemu wydają się sprzyjać Stany, przy czym integracja ta (Grupa Wyszehradzka, Trójmorze) nie powinna być skierowana przeciwko Unii, lecz w ramach Unii i dla dobra Unii. W tym też sensie Stany Zjednoczone nie zastąpią w Polsce i Europie Środkowej Związku Radzieckiego, który, z wyłączeniem Jugosławii, Grecji i od pewnego momentu Albanii, miał nad regionem kontrolę całkowitą. W regionie liczy się bowiem obecnie przede wszystkim przynależność do Unii Europejskiej. (Tutaj można przypomnieć zarzuty przeciwników UE, że Bruksela zastąpiła Moskwę). Nie wydaje się przy tym, aby w dalszej perspektywie zależało Stanom na osłabianiu samej Unii, natomiast możliwe są skuteczne wysiłki zmierzające do osłabiania relacji Unia Europejska – Rosja. Wszystko po to, by w pewnym momencie (np. przy osłabieniu Rosji lub zmianie jej kierownictwa na zachodnie, lub wręcz proamerykańskie) zająć miejsce pierwszego partnera Moskwy. W chwili obecnej jednak pierwszym partnerem Rosji są Chiny i właściwie trudno sobie wyobrazić sytuację, w której dla Rosji lepszym sojusznikiem od Chin byłyby Stany, lub nawet Unia Europejska. Przy obecnym swym rozwoju Chiny mogą dać Rosji wszystko czego poskąpi Zachód. Na arenie międzynarodowej Rosja radzi sobie zupełnie dobrze. Tak np. na Bliskim Wschodzie polityka Stanów Zjednoczonych w sposób (chyba?) niezamierzony przybliża Rosję do wymarzonego od dekad celu – włączenia Iranu w orbitę swych wpływów oraz do ciepłych wód Zatoki Perskiej. Iran i Rosja uzgadniają obecnie powstanie na wybrzeżu irańskim dwóch rosyjskich baz, morskiej i lotniczej.
G. Friedman przedstawia dla Stanów Zjednoczonych 100 letnią wizję strategiczną, a Z. Brzeziński wizję do 2025 roku. Friedman nie wyklucza przyjaźni amerykańsko-rosyjskiej w dalszej perspektywie, ale w roku 2020 spodziewa się początku głębokiego kryzysu w Rosji. Brzeziński natomiast zastanawiał się w jaki sposób przyciągnąć Rosję i Turcję do euroatlantyckiej wspólnoty, po to by zapewnić Zachodowi światowe przywództwo. Jak widać spełnia się niestety wizja Friedmana.
Wracając do naszego regionu, należy jeszcze raz podkreślić, że obecność amerykańska w Europie Środkowej nie zagraża Unii Europejskiej. Są oczywiście pewne różnice, jak np. w sprawie Nord Streamu, ale równocześnie zarówno Unia Europejska, jak Stany Zjednoczone zainteresowane są rozbudową infrastruktury gospodarczej (energetycznej i komunikacyjnej) w Europie Środkowej na linii Północ-Południe. Wiele spraw uzgadnianych jest w ramach NATO. Nie ma większych różnic w polityce wobec Rosji. Przy wszystkich słabościach wspólnoty zachodniej, jej względna jedność jest dla Rosji wystarczającym powodem by rozbijać różnymi sposobami spoistość Unii Europejskiej, bo osłabia to cały Zachód. Rosji trudno jest pogodzić się z rozpadem Związku Radzieckiego, z istnieniem niepodległej Ukrainy i z utratą wpływów na obszarze od Finlandii po Bałkany. Ukraina, powiedzmy, że nawet bez Krymu (i Donbasu?), pozostanie już częścią Zachodu. Dalsza rozgrywka toczyć się może o losy Białorusi, gdzie Zachód nie ma zbyt wiele szans. Dotąd Zachód (Unia i USA) nie potrafił znaleźć odpowiedniego klucza do tego kraju i to prawdopodobnie częściowo z powodu naiwnych podpowiedzi ze strony solidarnościowych polityków i tzw. ekspertów po 1989 roku. Zachód przegrywa batalię o Białoruś przede wszystkim dlatego, że tożsamość białoruska nie jest tam jeszcze w pełni ukształtowana. Większość mieszkańców Białorusi to Rosjanie, a nawet niektórzy Białorusini dali się przekonać, że mówić po białorusku to wstyd. Kłania się tu okrutna historia Białorusi. Prześladowania Białorusinów miały miejsce już za caratu. Podczas I wojny światowej natomiast wojska rosyjskie wycofując się przed ofensywą niemiecką namówiły lub zmusiły setki tysiące Białorusinów, strasząc ich Niemcami, do udania się w głąb Rosji, skąd większość nigdy nie wróciła do swoich domów. Po Rewolucji Październikowej pierwsze lata sprzyjały rozwojowi tożsamości białoruskiej, później nastąpiły stalinowskie prześladowania. Najgorsze jednak dla Białorusinów lata to okres II wojny światowej, kiedy to zginęły miliony Białorusinów. Ginęli m.in. w mundurach polskich, niemieckich i radzieckich. Spotkać się można z ocenami, że w związku z zawieruchą wojenną, straty ludnościowe Białorusi procentowo były największe w porównaniu z innymi narodami. Zginął co czwarty Białorusin, w sumie ponad 2 miliony Dodać to tego trzeba deportacje Białorusinów, Polaków i Żydów z Białorusi w głąb Rosji. Później, po II wojnie, podobnie jak na Litwie, Łotwie i Estonii osiedlali się na Białorusi Rosjanie i tzw. ludność rosyjskojęzyczna.
Państw-aktorów na scenie europejskiej, w tym w Środkowej Europie jest wielu. Często w rozważaniach na temat Europy zapomina się o Watykanie. Wystarczy jednak przypomnieć istotną rolę jaką Stolica Apostolska odegrała w kryzysie bałkańskim, a szczególnie w rozbiciu Jugosławii; nie była to być może rola decydująca, ale jakże ważna! Dyplomacja watykańska jest bardzo sprawna w skali światowej. Na naszym „podwórku” na baczną uwagę zasługuje dialog jaki od dawna trwa między Watykanem, a rosyjskim prawosławiem i władzami rosyjskimi. Rezultaty tego dialogu mogą być bardzo istotne, być może nie dla całej Europy, ale na pewno dla Europy Środkowej, gdzie zarówno tradycje katolickie, jak i prawosławne są bardzo silne. Między katolicyzmem a prawosławiem jest wiele punktów stycznych i podobieństw (np. kult Maryi).
Docenić też należy politykę Chin wobec Unii Europejskiej oraz w Europie Środkowej. Stosunki z Chinami są dla Europy ważne z uwagi na wymianę handlową i współpracę gospodarczą. Uważa się, że realizacja inicjatywy tzw. Pasa i Nowego Jedwabnego Szlaku przyczyni się do dalszego, pomyślnego rozwoju światowego handlu. Z kolei koncepcja „17+1” to mechanizm współpracy Chin z państwami Europy Środkowej. Innymi słowy, Stany Zjednoczone wzmacniając swą obecność w Europie Środkowej muszą uwzględniać w swej polityce aktywność oraz interesy innych państw. Powinny także wziąć pod uwagę zmieniające się nastroje społeczne; polskie społeczeństwo, podobnie jak społeczeństwa innych krajów środkowoeuropejskich, jest tradycyjnie bardzo przyjaźnie nastawione do Ameryki. Niemniej jednak w dobie Internetu wiedza o świecie jest zdecydowanie większa niż np. 50 lat temu, dlatego profesor Pastusiak słusznie zauważa:”…stopniowo słabnie w świadomości społeczeństwa polskiego zjawisko, które określam mianem mitologii amerykańskiej, a które jest skrzyżowaniem fascynacji Stanami Zjednoczonymi z ignorancją na temat realiów z życia i polityki amerykańskiej”. Trudno się dziwić np. gdy młodzi Polacy krytycznie oceniają powtarzające się przypadki masowych zabójstw w Stanach Zjednoczonych i łatwy dostęp do broni palnej. Kultura rodem z westernów przestaje już bawić. Podobnie przedstawia się sprawa ochrony środowiska. W Polsce, podobnie jak na całym świecie, rośnie przekonanie o konieczności zdecydowanych kroków na rzecz ochrony środowiska, i tu także się różnimy z Amerykanami. Z drugiej strony Amerykanom nie wszystko (często słusznie) podoba się w Polsce.
Dzięki niezmordowanej i skutecznej pani Ambasador Georgette Mosbacher przyjeżdża do Polski po raz drugi w krótkim czasie Prezydent Donald Trump. Oczekując jego wizyty należy wyrazić nadzieję, że uroczystości związane z rocznicą wybuchu II wojny światowej przypomną zaproszonym gościom okrucieństwa wojny i skłonią do działań, które zapobiegną kolejnej katastrofie.

Hołd Bohaterom

Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić.
Generał Wojciech Jaruzelski

Obchody 75. lecia wybuchu Powstania Warszawskiego – podobnie jak we wszystkich latach poprzednich – nosiły dwa nieścieralne znamiona. Pierwsze – głęboki hołd dla poległych pomordowanych, powstańców i mieszkańców Stolicy. Wyrażał się poprzez odsłanianie tablic i pomników(o jednym z nich niżej) – w tym roku gen. Ścibor-Rylskiego, nazwy placów i ulic honorujących imiennie i zbiorowo bohaterskie czyny, ku pamięci potomnych. Wyrazem pamięci były palące się znicze; wieńce i kwiaty składne na mogiłach, pod pomnikami i tablicami; wręczane żyjącym bohaterom oraz modlitwy, które z różnym akcentem inicjowano za poległych i zmarłych. Drugie – wdzięczność mieszkańcom, którzy przeżyli gehennę tego Powstania, wygnanie z miasta, tułaczy los oraz obozy koncentracyjne, z których wiele tysięcy nigdy nie wróciło. Mam osobiste wspomnienie, gdy w moich rodzinnych stronach, miejscowa organizacja Związku Bojowników o Wolność i Demokrację zbierała datki, by na cmentarzu parafialnym wybudować symboliczną mogiłę, upamiętniającą zmarłych powstańców (wtedy dowiedziałem się, że profesor polonistyki w liceum, to młody warszawiak, nie pamiętam, czy był powstańcem). Ta mogiła – pomnik jest po dziś dzień także hołdem pamięci dla cicho i skromnie żyjących wśród nas mieszkańców Stolicy. Zaś ci, co wrócili, podjęli trud dźwigania miasta z gruzów, z milionami rodaków z całego kraju.
Geografia i „teorie rządu londyńskiego”
Niejako na „obrzeżach” tej Rocznicy, w niektórych mediach pojawiało się pytanie – od lat znane – kto odpowiada za tę tragedię? Można zacytować obszerne fragmenty książki prof. Andrzeja Leona Sowy „Kto wydał wyrok na miasto”, tytułem przyprawiającym o dreszcze (przypomnianej przez Krzysztofa Wasilewskiego, „Przegląd”, nr 31 z 2019). Zamiast tego, zachęcam Państwa do przestudiowania tego autentycznego dzieła podczas wakacji, a teraz do refleksji nad faktami sprzed 75-80 lat, do swoistej „wycieczki historycznej” do lat 1939-1944. Wielu spośród Państwa Czytelników zapewne pamięta jeszcze ze szkolnych podręczników historii fragmenty dyrektyw i rozkazów Hitlera, by jego wojska nie oszczędzały ani kobiet ani dzieci, nikogo polskiej mowy. Kto zaprzeczy, że członkowie rządu londyńskiego o tym nie słyszeli, nie znali „praktycznych skutków” tych barbarzyńskich decyzji w postaci ulicznych rozstrzeliwań we wrześniu 1939 r. w wielu miastach, np. Bydgoszczy i Gdyni, bombardowań bezbronnych miast, np. Wielunia, w Warszawie zginęło wtedy ok. 20 tys. mieszkańców, nie mówiąc o ostrzeliwanych kolumnach uciekinierów i drogach zasłanych ich trupami, a słynna szosa Zaleszczycka. Czy wniosek, iż hitlerowcy nie będą oszczędzać nikogo z Polaków, krwawo łamać każdy, nawet najmniejszy sprzeciw czy opór – był trudny do wyciągnięcia już w 1939 roku? O czym świadczyły uliczne łapanki, nie tylko w Warszawie, transporty ludzi do Oświęcimia, czy „polski Londyn” tego nie wiedział, jak chciał pomóc zagrożonym rodakom?
1941 rok, dzień 22 czerwca, operacja „Barbarossa”, Hitler rozpoczyna wojnę z ZSRR. Ten fakt zmienił przecież ówczesne pojęcie „geografii wojny” i postawił fundamentalne pytanie – czy ZSRR zdoła oprzeć się agresorowi? Wtedy było to dla Wielkiej Brytanii pytanie – dosłownie o państwowy byt, a także niezwykle istotne dla USA. Nie trudno odpowiedzieć dlaczego. Gdyby Armia Radziecka została rozbita, zniszczona przez hitlerowskie armie od zachodu i współdziałające wojska japońskie od wschodu, a ZSRR padł, opanowany przez nich – kto zapewni, że po takim zwycięstwie nie zwrócą swe siły przeciwko – właśnie USA i Wielkiej Brytanii? Zarówno Londyn, premier Winston Churchill jak i Waszyngton, prezydent Franklin Roosevelt zrozumieli to w czerwcu, lipcu 1941 r. Czy dokumenty dyplomatyczne, fakty tu przeczą? Jak postępują? Bacznie obserwują przebieg działań wojennych i rozważają możliwości udzielenia faktycznej pomocy materialnej, co staje się faktem w postaci znanych morskich transportów z pomocą wojskową do ZSRR (Murmańsk), nie mówiąc o innych formach, np. dyplomatycznych, bombardowań ważnych obiektów wojskowych w Niemczech.
Jak postępuje rząd londyński?
To podstawowe pytanie w kontekście organizacji ruchu oporu na okupowanych ziemiach, a powstania szczególnie. Przecież z inspiracji-dyplomatycznej oczywiście-premiera Churchilla, już w lipcu 1941 r. (półtora miesiąca po napaści Nieniec na ZSRR) następuje spotkanie Sikorski – Majski w Londynie, a w grudniu Generał jest u Stalina w Moskwie. Tu, podczas kilku rozmów Stalin wręcz namawia Sikorskiego do podpisania umowy Polska – ZSRR, sugerując Polsce przyrost terytorialny na zachodzie, prowincja opolska. Nic z tego nie wychodzi poza ogólnikową deklaracją, bo Generał stanowczo postawił sprawę Kresów Wschodnich i granicy z 1921 r. Pisałem o tym w tekście – sprawa zachodniej granicy, m.in. stawiając pytanie – czy Stalinowi Polska, rząd londyński mógł wierzyć. Ale wtedy to było główne zadanie dla tego rządu. Polegało na znalezieniu takich gwarancji dyplomatycznych, traktatowych z pomocą zachodnich sojuszników, by Stalin był zmuszony je dotrzymać, gdyż wtedy, w latach 1942-43, do zwycięstwa pod Stalingradem i na Łuku Kurskim miał tzw. nóż na gardle. Co w tej sferze uczynił rząd londyński? – sięgnijcie Państwo Czytelnicy po książki, np. „Londyński rodowód PRL”, Eugeniusza Guza czy „Stalinizm” prof. Eugeniusza Duraczyńskiego, jest wiele innych. Inny przykład – gen. Sikorski rozmawia z Rooseveltem na przełomie 1942-43 r., m.in. przedkłada memorandum sugerujące wyzwolenie Polski poprzez powstanie, skoordynowane z działaniami aliantów (pisze wspomniany wyżej K. Wasilewski), co wtedy Amerykanie wykluczyli. Czyżby cały rząd londyński nie zdawał sobie sprawy, nie wiedział, że jeśli ZSRR oprze się Hitlerowi, to radzieckie operacje wojskowe zakończą się w Niemczech? Czy nie wiedział, że geograficznie, „po drodze” między Moskwą a Berlinem jest, leży terytorialnie Polska? Czyżby cały rząd londyński wyobrażał sobie, że Armia Radziecka ominie Polskę, np. przez Czechy i Bałkany? Na co liczył – że Hitler podpisze akt kapitulacji ze Stalinem najpóźniej latem 1944 r., co spowoduje, że ziemie Polski staną się tranzytowe dla „wyjeżdżających” wojsk Hitlera, jak w innych okolicznościach częściowo stało się w 1918 r., by całe siły skierować przeciw aliantom. Takie kalkulacje były w głębokim zaciszu gabinetów Londynu i Waszyngtonu, ale te stolice taką ewentualność skutecznie sparaliżowały. Brak jest archiwalnych dowodów, że takie rozwiązanie brano pod uwagę w Berlinie, nawet planując zamachy na Hitlera, np. w Winnicy czy Kętrzynie. Przepraszam Państwa, że takimi, wręcz banalnymi wywodami zajmuję uwagę.
Inny przykład – Armia Andersa
To podczas wspomnianej rozmowy z gen. Sikorskim, Stalin oponował, by ta armia zamiast ewakuować się do Persji (dzisiejszy Iran) walczyła wraz z Armią Radziecką. Czyżby znów rząd londyński nie wiedział, że geograficznie jest bliżej ze Wschodu do Warszawy niż z Azji Mniejszej czy Włoch? A ponadto, właśnie ten rząd miałby polityczny i wojskowy atut w ręku, wobec aliantów. (pisałem we wspomnianym tekście). Co z tego wyszło – wiemy, znamy dzisiejszą narrację, nie pytam kto jej wierzy.
Przecież rząd londyński wiedział o ustaleniach w Teheranie (28 listopada 1 grudnia 1943 r.) nie tylko z tzw. przecieków, ale z informacji Churchilla, piszą prof. Duraczyński i E. Guz, a tu cytuję: „Chciałbym, żeby Rząd Polski przyjął jako podstawę do rokowań (z ZSRR, E.D) linię Curzona z pozbawieniem Polski Lwowa i w zamian za kompensaty obejmujące na rzecz Polski Prusy Wschodnie, Śląsk Opolski i wyrównanie granic na zachodzie, aż do linii Odry. Rozumiem, że musicie to przyjąć jako konieczność, ale przyjąć z entuzjazmem jako rozwiązanie na szeroką skalę. Wymaga tego interes nie tylko Polski, ale wszystkich narodów Zjednoczonych… Proszę zatem Panów o przyjęcie tego rozwiązania, które uważam za słuszne i które doradzam jako przyjaciel Polski” – było to 20 stycznia 1944 r. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz i wyciągnijcie sobie wnioski w kontekście wyzwolenia Polski latem 1944 r. i decyzji o wybuchu Powstania, którą podjął ten rząd pod przewodnictwem nowego premiera, Stanisława Mikołajczyka. Miał więc premier i rząd pół roku czasu, by zastanowić się i podjąć logicznie wynikające z tego decyzje. Churchill spotkał się 25.04.44 r. z Z. Berezowskim i gen. St. Tatarem, próbując ich przekonać do uznania „linii Curzona”. Gdy Polacy upierali się przy swoim, premier ponuro powiedział: „Zapewne. Decyzja oporu bez względu na konsekwencje, jest przywilejem każdego narodu i nie można go odmówić nawet najsłabszemu”. Do relacji z rozmowy dodał obecny ambasador E. Raczyński: „Intonacja jego mówiła – jeśli kto szuka własnej zguby to ją znajdzie”. Komentarz pozostawiam Państwu.
Tuż przed wyjazdem Stanisława Mikołajczyka na rozmowy ze Stalinem w Moskwie (1-9 sierpnia 1944), prezydent Roosevelt spotkał się Janem Karskim, a świadkiem rozmowy był ambasador Ciechanowski. Tu taki fragment – Roosevelt mówi do Janem Karskiego – „Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie. A Roosevelt – Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy”. Było to 28 lipca 1944 r., czyli po wyrażeniu przez rząd londyński zgody na wywołanie powstania, z pozostawieniem decyzji o jego terminie dowództwu AK w Warszawie. Czy ta wiadomość skłoniła Mikołajczyka do refleksji, do zastanowienia nad treścią zbliżającej się rozmowy? Jak pisze Jan Karski – „Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów Prusy Wschodnie, tylko na północy” (Jan Karski, Maciej Wierzyński, Emisariusz własnymi słowami, Głos Ameryki, 1995-1997 Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Komentujcie to Państwo na swój sposób!
Raz jeszcze zwrócę uwagę, iż Mikołajczyk był w Moskwie na początku sierpnia przez 9 dni. Od 22 lipca, jeszcze w Londynie wiedział, że powstał PKWN. Przecież zmieniło to diametralnie sytuację jego osobiście i rządu. Z jaką więc misją do Stalina jechał – czy jako „równorzędny partner”? Czy chciał z nim nawiązać współpracę, z PKWN i to natychmiast, gdy w Warszawie obficie lała się krew, do czego – powtórzę-on sam i rząd przyłożyli rękę? Dokumenty o tym nie mówią, a historycy dopatrzyli się kilku kłamstw w jego pamiętnikach. Są podstawy by twierdzić, że znał siłę bojową powstańców (amunicji wystarczy na 3 dni), był informowany o przebiegu Powstania, choćby o wymordowaniu mieszkańców Woli. Dlaczego więc nie prosił, nie szukał pomocy, błagał – dosłownie na klęczkach Stalina o natychmiastową pomoc wojskową? Wiedział przecież, że jest 1 AWP, już weszła do Polski, na lubelszczyznę Z dystansu czasu – czy nie on, premier i jego rząd są odpowiedzialni za zamordowanie Warszawy? Dowiódł tego dokumentalnie wspomniany prof. Sowa.
Co działo się w Stolicy?
Wielu powstańców napisało pamiętniki, wspomnienia, a historycy obszerne, naukowo uzasadnione publikacje, jest ich tysiące, są powszechnie dostępne i części Czytelnikom znane. Tu tylko taki fakt. 19 kwietnia 1943 r. wybuchło powstanie w getcie. Przyczyną wybuchu był widok starego Żyda stojącego w beczce, a dwaj SS-mani ze śmiechem, nożycami obcinali mu brodę. To upokorzenie u Marka Edelmana wywołało wolę i siłę oporu – „nie można dać się wepchnąć w beczkę. Ani poddać się bez walki”, mówił po latach.. Z bronią w ręku stawiło opór ok. 2 tys. słabo uzbrojonych Żydów, wspieranych przez kilka oddziałów, m.in. AK, AL. Niemcy złamali opór 15 maja, symbolem tego był spalenie Wielkiej Synagogi przy ul. Tłomackie 7. Spalili dzielnicę żydowską. Zginęło ok. 7 tys. osób, ok. 6 tys. spłonęło żywcem, ok. 50 tys. wywieziono do Treblinki. Gen. Jurgen Strop meldował Hitlerowi – „Nie ma już żydowskiej dzielnicy w Warszawie”. Pytam kolejny raz – czy ten fakt w postaci wymordowanej ludności i spalonej dzielnicy – niczego nie nauczył, ani dowództwa AK, ani delegata rządu londyńskiego na kraj? Nie skłonił do refleksji, by oszczędzić cierpień i zachować życie swoich żołnierzy i mieszkańców? Ponieważ było to na rok przed powstaniem-pytam dosadnie – czy ten okres czasu pozbawił władze wyobraźni i poczucia odpowiedzialności za decyzje i ich skutki dla cywilnej ludności Warszawy?
Dla wielu Czytelników nie jest znany fakt, że na kilka dni przed wybuchem powstania przedstawiciel dowództwa niemieckiego w Warszawie, spotkał się z przedstawicielem Komendy Głównej AK i poinformował, że Niemcy wiedzą o przygotowaniach do powstania (widocznie wywiad ich był skuteczny) i przestrzegał przed tym krokiem. Podobny fakt miał miejsce 7 września w Józefowie, tym razem z sugestią by przerwać powstanie. Jakie były tego skutki – wiemy!
W 20 rocznicę Powstania
Nie zdziwcie się Państwo, że cofam się pamięcią aż o 55 lat. To z uwagi na tamtą formę i treść obchodów. Jednocześnie wszystkich Czytelników przepraszam, jeśli skaleczę czyjeś ucho lub wzrok nazwiskiem i fragmentem referatu Zenona Kliszki, jaki wygłosił w przeddzień 20 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego: „Powstanie było dobitną demonstracją woli walki z okupantem, bohaterstwa i patriotyzmu ludu Warszawy (…). To jest jedna strona prawdy o Powstaniu Warszawskim. Ta chlubna i bohaterska, przechowywana w pamięci narodu i złotymi zgłoskami wypisana na kartach dziejów walki o niepodległość (…) Prawdy o politycznych przyczynach Powstania, a zarazem przyczynach jego tragedii nie znali i nie mogli wówczas znać ci, którzy walczyli i ginęli na ulicach Warszawy. Powstanie Warszawskie stało się powstaniem ludowym. Główną jego siłą była ludność Warszawy, ona też największe poniosła w nim ofiary. Jego armią była przede wszystkim patriotyczna młodzież warszawska, która w powstaniu widziała tylko jeden cel – walkę ze śmiertelnym wrogiem, walkę o wolność i niepodległość swojej Ojczyzny (…).Tę wypowiedź pozostawiam Czytelnikom do własnych refleksji w zderzeniu z wypowiedziami, że w PRL nie pamiętano o Powstaniu. A dalej – „Inspiratorzy i sprawcy Powstania mieli pretensje do wszystkich o to, że zakończyło się ono katastrofą. Oskarżali oni Armię Radziecką, że mogła zdobyć Warszawę, a nie uczyniła tego ze względów poza militarnych. Oskarżali Anglosasów o brak dostatecznej pomocy w postaci zrzutów broni i amunicji, o pozostawienie walczącej Warszawy własnemu losowi i na łasce opatrzności. Ludzie, których sumienia są bardzo obarczone, biją się najczęściej w cudze piersi (…). Zapytam, jakie stąd wnioski wyciągnięto u nas w latach 1944-1950 oraz w 1981r? Dalej, Zenon Kliszko przypomniał taki fakt – >7 września grupa oficerów z oddziałów powstańczych, głównie AK-owskich w oficjalnym, przesłanym drogą służbową memoriale do Bora-Komorowskiego stwierdzała: „już w drugiej połowie sierpnia powstanie straciło swój sens polityczny i dziś po 5 tygodniach powstania nie ma nawet sensu militarnego i z walki zbrojnej przekształciło się w pospolitą mordownię naszych żołnierzy i dziesiątków tysięcy bezbronnej ludności Warszawy… Domagamy się w imieniu licznego korpusu oficerskiego i setek tysięcy obywateli Warszawy, byś niezwłocznie nawiązał iskrową łączność z gen. Rolą-Żymierskim”. Dowództwo AK zareagowało na ten memoriał oddaniem sprawy jego autorów prokuratorowi wojskowemu(…) 9 września płk „Monter” w liście do Bora-Komorowskiego pisał: „proponuję nieśmiało wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę. Zmieniają się warunki walki – bądźmy więcej elastyczni. Każdy, kto da nam pomoc – zasłuży na wdzięczność. Wszystko inne jakoś się ułoży (…) Bór-Komorowski odpowiedział na ten list: „zwracanie się do Żymierskiego jest – moim zdaniem – zdradą’. Ciekawe, czy te meldunki są widoczne w Muzeum Powstania, co Państwo myślicie? Dalej Kliszko mówił: „W bezpośredniej walce z wrogiem, w długie dni i noce powstania, nawiązywało się braterstwo broni żołnierzy i oficerów AL i AK. Nie mogła mu przeszkodzić antykomunistyczna propaganda londyńskiej delegatury i jej ugrupowań, prowadzona przez cały czas powstania. Krew przelana na barykadach Warszawy przez żołnierzy AK i AL, przez wszystkich bojowników powstania, była wspólną ofiarą dla umęczonej okupacją Ojczyzny, dla jej wolności. Pozwólcie mi przyjaciele, powiedzieć kilka słów na tematy osobiste. Podczas Powstania walczyłem cały czas w żoliborskim zgrupowaniu Armii Ludowej. Współdziałanie między nami a Armią Krajową było na ogół poprawne, jeśli nie liczyć kilku drobnych incydentów. Z dowódcą AK, pułkownikiem „Żywicielem” spotykaliśmy się dość systematycznie, omawiając bieżące sprawy, dotyczące współdziałania obu formacji wojskowych… Pułkownik „Żywiciel” próbował nas przekonać i prosił o wyrażenie zgody AL na kapitulację. Zapewniał nam opiekę i ochronę, traktowanie na równi z członkami AK, gdyż AL w rozmowach kapitulacyjnych została postawiona poza prawem. Prawa kombatantów przyznano tylko żołnierzom i oficerom AK. Wierzyłem mu, lecz w naszej sytuacji na kapitulację nie mogliśmy wyrazić zgody… Nie wiem gdzie jest i co robi pułkownik Mieczysław Niedzielski – „Żywiciel”. Z tej trybuny ówczesny porucznik „Zenon’, członek dowództwa żoliborskiego AL przesyła mu słowa żołnierskiego pozdrowienia”. (cały tekst wystąpienia można przeczytać w „Trybunie Ludu” z 1.08.1964). Skierujcie Państwo swe serdeczne myśli i westchnienia do jeszcze
żyjących Powstańców.
Kilka refleksji
Wiadomo, iż Bór-Komorowski nie zwrócił się o pomoc. Pan prof. Zdzisław Sadowski wspomina, iż kilka lat po wojnie, w Genewie wysłuchał referatu Bora na spotkaniu z Polonią, który powiedział – „Proszę państwa, myśmy przecież mieli dwóch wrogów. Podjęcie decyzji o powstaniu było bardzo trudne, zwłaszcza, że mieliśmy broni na trzy dni. Ale proszę państwa – myśmy zupełnie byli pewni – cytuje dosłownie, mówi Profesor – że Armia Czerwona przyjdzie nam z pomocą” (Przegląd, nr 35 z 2018). Jakże to – ciśnie się pytanie – od jednego wroga oczekiwał pomocy przeciw drugiemu? A czy sam zwrócił się o nią do Rosjan? Nie chciał nawet rozmawiać ze swoimi, żołnierzami 1 AWP? Przynajmniej w pewnym sensie starałbym się zrozumieć tłumaczenie Bora w Genewie, jako odpowiedzialnego za wybuch Powstania. Ale nie mogę z uwagi na tekst, jaki opublikował Przegląd nr 32 z 2019. Pan Redaktor Paweł Dybicz cytuje i komentuje rozkaz Bora w sprawie wywołania powstania w Krakowie, wydany 23 sierpnia 1944 r. Przeczytajcie Państwo to zdanie jeszcze raz – tak, rozkaz Bora dla Krakowa! Serdecznie, gorąco zachęcam do tej nie znanej lektury! Temu sprzeciwił się – jak pisze Pan Redaktor – sam kard. Adam Sapieha! Kto rozumny może to pojąć? Czy Bor, jego najbliżsi podwładni nie znali, nie widzieli do 23 sierpnia skali zniszczeń budynków Warszawy, jej dóbr kultury materialnej, w tym sakralnej, kościołów. Nie słyszeli o morderstwach na Woli, na Ochocie, na Starym i Nowym Mieście, w Śródmieściu? Cytowany rozkaz „otwiera oczy” na poczytalność Bora. Zachęcam też Państwa do nabycia promowanej w tym numerze „Przeglądu” książki „Zakłamana historia Powstania. Raporty oficerów AK: to się skończy katastrofą”. Dziękuję Redakcji, z akcentem uznania dla Pana Redaktora Pawła Dybicza i raz jeszcze wszystkich Państwa zachęcam do tej pasjonującej lektury.
Kolejna refleksja. To dowództwo 1 AWP za zgodą dowódcy 1 Frontu Białoruskiego (marsz. Rokossowski) wydzieliło 2 i 3 dywizje piechoty do pomocy powstańcom. Generał Wojciech Jaruzelski wówczas chorąży, dowódca zwiadu w 5 pp, z tego okresu zachował takie frontowe wspomnienia: „Wiadomość o Powstaniu Warszawskim dotarła do nas bodaj 3 sierpnia. Nie wyglądało to wtedy dramatycznie. Powstanie nie było jeszcze przedstawiane jako wynik decyzji zgubnych, politykierskich. 13 sierpnia gen Rola-Żymierski pisał m.in. w swym rozkazie: „Warszawa wytrwała na posterunku obrony honoru narodu polskiego. Warszawa trwa”. Później, na przyczółku magnuszewskim zostałem kontuzjowany. Wreszcie zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła około pięciu tysięcy zabitych i rannych. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Niejednokrotnie, wręcz je odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas, jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym, w naszych szeregach z goryczą”. Zachęcam Warszawiaków, a także turystów do spaceru po obu brzegach Wisły w Stolicy, by zobaczyć jak upamiętniono tę rocznicę na płycie czerniakowskiej i żoliborskiej oraz po praskiej stronie pod pomnikiem gen. Zygmunta Berlinga. Sprawdziłem – są kwiaty przy skwerze płk. Antoniego Żurowskiego, który trzeciego dnia przerwał powstanie na Pradze, oszczędzając życie podwładnych i mieszkańców oraz zniszczeń w tej dzielnicy. Zmarł w 1988 r., spoczywa w Pruszkowie. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski, wtedy Przewodniczący Rady Państwa, w dniu pogrzebu posłał swego przedstawiciela by złożył wiązankę kwiatów od frontowego żołnierza, bez rozgłosu, z głębi serca, po ludzku.
Generał, jako Prezydent Polski w 45 rocznicę Powstania z kard. Józefem Glempem odsłonił Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego i wygłosił przemówienie, które załączam. Pomyślcie Państwo nad sensem oraz istotą tej nazwy dla samych powstańców i mieszkańców Stolicy. Dlaczego – jak mówił Generał – ten Pomnik „powstał w toku sporów i dyskusji” oraz jaki był ludzki i materialny bilans Powstania Warszawskiego, napiszę na początku października br.

Przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
Generała Wojciecha Jaruzelskiego
na uroczystości odsłonięcia Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego

1 sierpnia 1989 r.

Pozdrawiam Was – żołnierze wszystkich formacji, obrońcy barykad, łączniczki, sanitariuszki, harcerze, uczestnicy nieśmiertelnego czynu mieszkańców naszej Stolicy.
Po wieczne czasy w zbiorowej pamięci pokoleń przechowane będą tamte dni „krwi i chwały” – bezprzykładne męstwo Powstańców, cierpienia ludności cywilnej, barbarzyństwo najeźdźcy.
To miasto dumne, miasto nie ujarzmione zawsze „urągało wrogowi”. Ceniło nade wszystko wolność i honor. Od Kilińskiego po Starzyńskiego, od listopadowych ogni na Solcu po zamach na gestapowskiego wielkorządcę; od pogrzebu „pięciu poległych” po wyrwane gołymi rękami z ruin cegły – nie gasł tu ani na chwilę płomień patriotycznej ofiarności ludu Stolicy.
Patrzą dziś na nas ci, których Polsce zabrakło – niemi świadkowie powstańczej epopei. Ci, którzy szli „z visami na tygrysy”. Którzy do ostatniego tchu bronili szańców na Mostowej i Freta. Którzy schodzili opodal w czarne piekło kanałów. Którzy ginęli pchnięci bagnetem w szpitalu polowym na Długiej. Ten zakątek naszego miasta, symbolizuje jak gdyby całą walczącą Warszawę – od Woli po Mokotów, od Powiśla po Żoliborz. Jej nieustępliwą walkę o każdy kamień – od pamiętnej, wrześniowej barykady na Opaczewskiej, po desant czerniakowski i żoliborski. Od powstania w getcie, po wyzwolenie Stolicy.
W takim dniu jak dzisiejszy – nikt z wojennego pokolenia nie potrafi oprzeć się wspomnieniom. Polegli w tym mieście towarzysze mojej młodości. Spalono szkołę, w której się uczyłem. Podczas walk o Pragę, o wiślane przeprawy, w okopach Bródna i Pelcowizny, patrzyliśmy ze ściśniętym sercem na nasze umierające miasto – na pełznąca chmurę dymu i nocne łuny nad lewym brzegiem. W styczniowy dzień 1945 roku byłem wśród tych, polskich żołnierzy, którzy stanęli na wypalonym, opustoszałym cmentarzysku Stolicy. Tego nigdy zapomnieć nie można.
Minęły od tamtych czasów cztery z górą dziesięciolecia – cała epoka. Były w niej karty wielkie: patriotyczny zryw, odbudowa zrujnowanego miasta, jego wielki awans urbanistyczny i przemysłowy, naukowy i kulturalny. Ale były i niesprawiedliwość, ludzkie krzywdy, przemilczenia. To już zamknięta księga.
Spójrzmy przed siebie. Rzeczpospolita, choć ugina się pod brzemieniem trudności, jest suwerenną, bezpieczną w swych granicach Ojczyzną wszystkich Polaków. Wchodzi na nową drogę. Niech będzie Polską na miarę myśli i marzeń tych, którzy dnia dzisiejszego nie doczekali. A zarazem na miarę oczekiwań tych, którzy w kolejne rocznice wybuchu Powstania staną na tym miejscu, aby w bolesnym skupieniu zdać odwieczny polski raport.
Trzeba nam spełnić testament poległych, podać sobie rękę ponad tym co w przeszłości dzieliło. Niechaj ten pomnik – dowód wiecznej pamięci i hołdu dla Bohaterów Powstania Warszawskiego – służy sprawie narodowego pojednania. Powstał w toku sporów i dyskusji. Być może będzie je budził jeszcze nie raz. Są jednak w Polsce miejsca i symbole, wobec których godność wymaga pełnego szacunku milczenia.
Salutuję poległym. Wyrażam szacunek tym, którzy ocaleli. Zwracam się do urodzonych już po tamtej hekatombie, aby nie zapomnieli nigdy, skąd ich ród.

Reparacji nie będzie

Jarosław Kaczyński z pewnością się tego spodziewał i zapewne wykorzysta stanowisko Niemiec do wzmocnienia swojej nagonkowej narracji na UE i RFN.

Serwis „Deutsche Welle” donosi, iż eksperci Bundestagu zakwestionowali wysunięte przez Polskę żądania dotyczące reparacji wojennych. Co ciekawe jednak, za uzasadnione uznano roszczenia Grecji w tej sprawie.
Opinia dotycząca reparacji została sporządzona na wniosek klubu parlamentarnego Lewicy. Jest to 15-stronicowy dokument zatytułowany „Greckie i polskie roszczenia reparacyjne wobec Niemiec” .Mówiąc o Grecji, zespół ekspertów proponuje, by dla uzyskania „jasności prawnej” sprawę rozpatrzył Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Konieczna jest do tego jednak dobra wola Berlina. Spór dotyczy bowiem zdarzeń sprzed ponad 70 lat, rząd federalny musiałby zdecydować się na taki krok dobrowolnie.
Na początku czerwca br. władze w Atenach oficjalnie zwróciły się do RFN z prośbą o wszczęcie rozmów ws. reparacji wojennych. Grecki parlament zobowiązał do tego rząd wówczas jeszcze przewodzony przez Aleksisa Ciprasa. Powołana przez parlament komisja ekspertów oszacowała straty wojenne Grecji na 290 mld euro.
Sprawa nie wygląda na rozwojową. Niemiecki rząd jest zdania, że „Traktat o ostatecznej regulacji w odniesieniu do Niemiec”, tzw. traktat zjednoczeniowy „2+4” z 1990 r. zawiera „ostateczną regulację kwestii prawnych powstałych w związku z II wojną światową”.
Strona grecka argumentuje, że w traktacie „2+4” zawartym między Republiką Federalną Niemiec, Niemiecką Republiką Demokratyczną oraz czterema byłymi mocarstwami okupacyjnymi: USA, Wielką Brytanią, ZSRR i Francją w ogóle nie ma zapisów dotyczących ewentualnych reparacji. Poza tym Grecja nie uczestniczyła w tych rozmowach, więc nie może być stroną porozumienia.
Polskie roszczenia również zostały odrzucone i nikt nie będzie ich traktował w Niemczech poważnie. Piszą o tym również dziennikarze agencji DPA. Warto zaznaczyć, że Polska jeszcze nie wystąpiła z oficjalnym żądaniem wypłaty reparacji. Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk, który przewodzi parlamentarnemu zespołowi prowadzącemu prace w tej sprawie, twierdzi, że wkrótce oficjalna nota zostanie wystosowana, a kierowany przez niego zespół szacuje, iż Polska może żądać nawet 800 mld euro.