W kolonialnym stylu

Wielka Brytania podczas II wojny światowej na masową skalę dyskryminowała swoich żołnierzy o kolorze skóry innym niż biały – pisze „The Guardian” na podstawie niedawno odtajnionych dokumentów archiwalnych.

Gdy według oficjalnej wersji całe społeczeństwo solidarnie walczyło z nazizmem, żołnierzom pochodzenia afrykańskiego i azjatyckiego armia płaciła nawet trzy razy mniej niż „prawdziwym Brytyjczykom”.

Do dokumentów dotarł zespół dokumentalistów przygotowujących film „Forgotten Heroes of the Empire” z serii Ludzie i Władza (People and Power) produkcji anglojęzycznej „Al-Dżaziry”. W brytyjskich archiwach odkryli całe tabele płac w armii, z których wynika, iż wysokość żołdu podczas II wojny światowej zależała nie tylko od stopnia i liczby lat służby, ale i pochodzenia. Nawet w sytuacji, gdy w wojskach walczących w Afryce i stacjonujących w koloniach brytyjskich żołnierze o różnym kolorze skóry wykonywali te same obowiązki, tym o „gorszym” pochodzeniu płacono znacznie mniej.

Afrykańczycy byli przymusowo wcielani do brytyjskiego wojska w koloniach, byli też tacy, którzy zgłaszali się na ochotnika. Brali udział m.in. w walkach o Madagaskar przeciwko Francji Vichy czy w morderczych starciach w tropikalnej puszczy na terenie dzisiejszej Myanmy, przeciwko Japończykom. Ale ich życie „cenione” było przeciętnie trzy razy mniej – biały szeregowiec armii brytyjskiej otrzymywał 10 szylingów za miesiąc służby. Czarnoskóry – trzy i pół szylinga. Kaprale dostawali odpowiednio 12 i 4 szylingi. Rasizm i dyskryminacja dotykały również żołnierzy pochodzących z Azji – takim szeregowcom armia brytyjska płaciła 7,5 szylinga za miesiąc służby. Najbardziej porażające różnice obowiązywały w oddziałach wykonujących prace pomocnicze, także na pierwszej linii frontu. Żołd białych w tych jednostkach był nawet pięciokrotnie wyższy.

Po opuszczeniu wojska żołnierze z brytyjskich kolonii otrzymywali tylko jednorazowe wsparcie. Dziś ostatni sędziwi weterani dożywają swoich dni w niepodległych ojczyznach, w przytłaczającej większości w nędzy.

Sekretarz ds. rozwoju międzynarodowego Penny Mordaunt, której podlegają sprawy związane z byłymi brytyjskimi koloniami, potwierdziła już: dokumenty są autentyczne. Nie zdobyła się jednak na przeprosiny ani na wypowiedzenie słowa „rasizm”, stwierdzając jedynie, że w przeszłości faktycznie powszechne były uprzedzenia, które prowadziły do rażących nierówności.

Minister obrony w labourzystowskim gabinecie cieni, Wayne David, domaga się oficjalnych przeprosin ze strony gabinetu, przeprowadzenia starannego dochodzenia oraz naprawienia krzywd – na tyle, na ile to możliwe. – Powinniśmy się wstydzić, że weterani, którzy walczyli za nasz kraj, żyją w ubóstwie – powiedział natomiast filmowcom z „Al-Dżaziry” były głównodowodzący brytyjskich sił zbrojnych gen. Lord Richards. – Mówimy o ludziach, którzy walczyli dla nas w najbardziej przerażających warunkach.

Brytyjskie Ministerstwo Obrony również nie zamierza przepraszać. Jako komentarz wygłosiło okrągłą formułę o tym, jak wiele Wielka Brytania zawdzięcza Afrykanom i Afrykankom, którzy w czasie II wojny światowej dla niej walczyli. – Ich odwaga i poświęcenie znacząco przyczyniły się do zdobycia swobód, które mamy dziś – stwierdzono.

Austria według Muskały

Po pierwszych pokazach „Rechnitz. Opera” Wojtka Blecharza w reżyserii Katarzyny Kalwat i adaptacji Moniki Muskały podczas ubiegłorocznej Warszawskiej Jesieni było już wiadomo, że to dzieło niezwykłe. Lutowa premiera w TR Warszawa potwierdziła, że wybór formy okazał się idealny.

Aktorzy (Cezary Kosiński, Magdalena Kuta, Lech Łotocki, Paweł Smagała, Tomasz Tyndyk, Agnieszka Żulewska) i muzycy z zespołu Cellonet stworzyli przejmującą opowieść o uniwersalnym wymiarze. Tu nie chodzi tylko o zbrodnię w Rechnitz, ale ocalenie ludzkiej wspólnoty.
Zbrodnia wydarzyła się na pograniczu austriacko-węgierskim.

Na zamku Rechnitz

pod sam koniec wojny hitlerowcy, goście baronowej Margit Batthyány wymordowali niemal 200 jeńców-robotników przymusowych. Ten ukrywany wstydliwie epizod z czasów pogardy przetworzyła dla teatru Elfriede Jelinek.
Oratoryjne wykonanie, w którym tzw. sytuacje są jedynie sugerowane, a napięcie płynie z muzyki wiązanej z przejmującym tekstem wywiera ogromne wrażenie. Można wprawdzie wyobrazić sobie zupełnie inny kształt przedstawienia, bardziej teatralny, ale ta powściągliwość i ograniczenie środków, jednocześnie wzmocnionych natężeniem wykonania i sugestywnością muzyki przynosi pożądany efekt – wyzwala poczucie tragizmu losu, koszmaru przemocy i uwodzicielskiej siły władzy. Jelinek idzie w swoim tekście bodaj jeszcze dalej niż w Katarzyna Kalwat, zamykając nieposkromiony strumień słów, jaki wylewa się z ust Posłańców, reprezentantów uczestników bestialskiej nocy w Rechnitz, sceną opętańczej uczty kanibali.
Zaglądam do tekstu Jelinek i utwierdzam się w podziwie dla Moniki Muskały, tłumaczki i adaptatorki w jednej osobie, której udało się okiełznać ten żywioł słów na wolności, przelewający się przez sto bitych stron druku. Dramat Jelinek stanowi bowiem trzecią część – jako rodzaj puenty, epilogu i przesłania – znakomitej książki Moniki Muskały „Między Placem Bohaterów a Rechnitz. Austriackie rozliczenia” (Korporacja Ha!art, Kraków 2016).
Książka powstawała przez 20 lat. Pewnie nigdy by nie powstała, gdyby nie związek autorki z Austrią, która stała się jej drugim domem. Złożyły się na nią szkice o dramatach i prozie austriackiej, o dziełach, które konfrontowały się odważnie, często wbrew opinii większości, z bolesną historią i pozostałościami feudalnej i nazistowskiej przeszłości. Intencje Muskały oddaje jej wstęp przed rozmową z Elfriede Jelinek (warto dodać, że wielka to rzadkość, Jelinek unika wywiadów jak ognia). Monika Muskała pisze: „Elfriede Jelinek nie chce, żeby przyznana jej Nagroda Nobla postrzegana była jako „kwiatek do kożucha w butonierce Austrii”. Jej twórczość wyrosła

z opozycji do własnego kraju,

wzięła się z niezmordowanego tropienia faszystowskiej mentalności, obsesyjnego piętnowania patriarchalnych stosunków panujących w postfeudalnym, katolickim społeczeństwie, zniewolenia w kulturze, obyczajowości, wreszcie w języku”.
Uwagi te w mniejszym czy większym stopniu odnoszą się do bohaterów tej książki, jej rozmówców. W „Austriackich rozliczeniach” Muskały pojawiły się bowiem rozmowy z tak ważnymi postaciami austriackiej kultury, jak Thomas Bernhard, ulubiony autor Krystiana Lupy, Peter Turrini czy Gerhard Roth. Tematem rozmów bywa twórczość Bernharda czy Wernera Schwaba. Nie mnie oceniać, czy autorce udało się namalować reprezentatywny obraz literatury austriackiej (w tym dramaturgii w szczególności), ale takie wrażenie odnoszę jako czytelnik i recenzent teatralny jako tako rozeznany w austriackiej ofercie na scenach europejskich, a zwłaszcza w Polsce. Po uważnej lekturze książki dochodzę do przekonania, że austriacka karta w twórczości Krystiana Lupy nie była przypadkiem, ale wynikała z możliwości opisu – za pośrednictwem dzieł Austriaków – duchowego zamętu nieznajdującego dostatecznego ujścia w polskiej literaturze.
W szczególności dotyczy to twórczości Thomasa Bernharda, która stała się dla Lupy

medium współczesnego świata.

Muskała wchodzi głęboko w świat Bernharda, ale także tropi zawile ścieżki jego obecności/nieobecności na austriackiej scenie. Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju.
Swoje teatralne życie, jak zaświadcza Muskała i jej rozmówcy, zawdzięczał Bernhard Clausowi Peymannowi, reżyserowi i twórcy wszystkich prapremier jego sztuk. Ich wieloletnia współpraca, wzajemne zrozumienie i porozumienie – pomimo dzielących ich różnic – przezwyciężały wszelkie zapory psychiczne, mentalne, estetyczne. Pisarz nie protestował, kiedy Peymann wycinał nieraz pokaźne fragmenty tekstu z jego dramatów. „Bernhard miał zaufanie do Peymanna – mówił w rozmowie z Moniką Muskałą Hermann Beil, dramaturg i współdyrektor wiedeńskiego Burgtheater (1986-1993) – bo Peymann postępował z wielką dokładnością i ostrożnością. Dziesięć razy zastanawiał się, czy robić cięcie”.
Ale przy tej ostrożności cechowała go odwaga, nie ulegał naciskom i parł do premiery mimo piętrzących się trudności. Zdarzało się przecież tak, że już przed premierą spektakl był „zrecenzowany”, odsądzony od czci i wiary. Taka sytuacja poprzedziła premierę „Komedianta” w Salzburgu (1984) – przetoczyła się wówczas przez Austrię prawdziwa batalia o utrupienie tego spektaklu. Warto w tym miejscu przypomnieć, że polska prapremiera „Komedianta” miała miejsce w roku 1990 w warszawskim Teatrze Współczesnym w reżyserii Erwina Axera. W głównej roli Bruscona wystąpił wówczas Tadeusz Łomnicki, a sam spektakl przeszedł do historii jako manifestacja końca pewnej teatralnej epoki – odchodził bezpowrotnie w przeszłość teatr i świat, jaki znaliśmy.
Sześć lat wcześniej w Salzburgu poszło o coś innego. To była swego rodzaju prowokacja estetyczna, akcja sztuki toczyła się bowiem (dosłownie) w zaniedbanej gospodzie, przypominającej chlew. Na którejś próbie Peymann zażartował, że byłoby dobrze wyhodować kilka tysięcy much i wypuścić je podczas spektaklu na widownię. Dałoby to wtedy nadzwyczajny, realistyczny efekt. Prasa potraktowała ten żart z powagą i rozpoczął się alarm, że nieodpowiedzialny Peymann chce stworzyć zagrożenie epidemiologiczne.
Kiedy nagonka na teatr się rozkręciła, Peymann wydał oświadczenie, w którym zapewniał, że w spektaklu zostaną użyte wyłącznie tresowane, sterylizowane muchy, które po każdym przedstawieniu będą skrupulatnie wyłapywane i magazynowane w dyrekcji teatru. Dopiero po pewnym czasie rozsierdzeni napastnicy zorientowali się, że Peymann z nich zakpił.
Ale w wielu innych przypadkach nie kończyło na śmiechu, ani też nie sposób było tak lekceważyć ataków na Bernharda i Peymanna. Szczególnie nasiliły się przed premierą „Handelplatz” (Plac Bohaterów). Nie szczędzono wtedy pisarzowi obelg, a nawet oskarżeń kierowanych do sądów. Skąd my to znamy?
Czasy trochę się zmieniły, ale nie za bardzo. Sztuki Jelinek Rechnitz (Anioł zagłady)

nikt w Austrii nie gra

Wynika to nie tylko z trudności formalnych – pisarka od dawna odeszła od podziału na postaci (role), od tradycyjnych didaskaliów (choć kilka razy pojawiają się w tym utworze). Przed reżyserem, adaptatorem piętrzą się nie lada trudności wynikające nie tylko z niepospolitego rozmiaru tekstu – wykonywany w całości trwałby zapewne około 5-6 godzin. Do pokonania są jeszcze wewnętrzne szyfry wiążące tekst Jelinek z innymi ważnymi utworami europejskiej spuścizny, na które sama wskazuje na koniec, m.in.: „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego, „Wydrążeni ludzie” Eliota czy „Bachantki” Eurypidesa. Adaptator i reżyser muszą też odnieść się do trudnego związku pisarki z ojczyzną, do której zwraca się z taką inwokacją:
„Nie mamy nic, nie mamy nic. Że też później uda nam się utrzymać ten kraj, i cokolwiek by ten kraj utrzymywał, będzie to miało urok prawdy. Tak będzie prawdziwe co do joty. Dlatego ten kraj jest najniewinniejszy, bo jeśli ktoś nie istnieje, nie może zgrzeszyć. Może się kiedyś urodzić, wolna Austria z pewnością kiedyś się narodzi, powstanie z popiołów, ale w tej chwili jeszcze tego nie widzę. Nie da się wystawić świadectw przeszłości, jeśli brak przynależnego jej ucznia albo gdy uczeń ten nienależycie się zachował. To świadectwo jest wpisane, wręcz wygrawerowane, w skałę Austrii, w przeszłość Austrii, by nie mogła w przyszłości czegoś zwietrzyć i ulotnić się, w razie, gdyby znowu pojawił się jakiś silny kraj i chciał ją pożreć. Austrio, moja ojczyzno, co zrobiłaś z moim tatusiem, suko bura? Ale teraz w pełni to akceptuję. Cóż innego mi pozostało? Długo to trwało, ale mogę to teraz jakoś zaakceptować”.
Co to jest? Miłość? Nienawiść? Gorycz? Zwątpienie? Obojętność? Tęsknota? A może wszystko razem, nasycone wielkim niepokojem o przyszłość? Tak czy owak, „skałą” jest nie tylko Austria z tekstu Jelinek, ale sam jej tekst, którego sceniczne rzeźbienie wymaga wielkiej odwagi i czułości. Twórcom „Rechnitz. Opery” to się udało.

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz-w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen- w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny,świadomi , że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli-kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej – Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii,RFN,Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS).Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich nie była dla polityków francuskich do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw-
to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on- w trudnej sytuacji bojowej- podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN.”Przecież sojusznika nie można dyskryminować”-twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem-jego zdaniem-RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni-Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt-promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było -„Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej- europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury.Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji.antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka-zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony-nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.

Przeprosiny po latach

Premier Kanady Justin Trudeau wygłosił w środę w Izbie Gmin oficjalne przeprosiny za odmówienie schronienia 907 niemieckim Żydom przybyłym w czerwcu 1939 roku na pokładzie statku „St. Louis”. Do przeprosin dołączyli się przedstawiciele wszystkich partii parlamentarnych.

 

Statek „St. Louis” przybił do wybrzeży Nowej Szkocji 7 czerwca 1939 roku, po odmowie znajdującym się na pokładzie uchodźcom wstępu do Kuby i Stanów Zjednoczonych. Statek zawrócił do Europy, gdzie schronienia Żydom udzieliły Wielka Brytania, Belgia, Francja i Holandia. Ostatecznie 254 osoby spośród pasażerów statku zginęły w obozach koncentracyjnych. „Chylimy głowy przed wszystkimi, którzy stali się ofiarami straszliwego Holokaustu” – powiedział szef kanadyjskiego rządu.

Trudeau przeprosił potomków uchodźców żydowskich za prowadzoną wtedy antysemicką politykę imigracyjną realizowaną pod hasłem „żaden to już za dużo”. Przeprosił też Żydów niesłusznie uwięzionych w czasie II wojny światowej oraz członków żydowskiej społeczności w Kanadzie, których apele o pomoc były ignorowane. – Poprzez te przeprosiny, mam szczerą nadzieję, że uda nam się naświetlić ten bolesny rozdział naszej historii i sprawić, żeby lekcja ta nigdy nie była zapomniana – powiedział premier w oficjalnym komunikacie. – Antysemityzm, ksenofobia i nienawiść nie mają miejsca w tym kraju, ani nigdzie na świecie – dodał.

Zarówno Trudeau, jak i przedstawiciele partii opozycyjnych w swoich wystąpieniach przywołali też niedawny atak na synagogę w Pittsburghu, w którym zginęło 11 osób. – Niedawne ataki na społeczność żydowską pokazują, ile jeszcze przed nami pracy – stwierdził premier. Jak podkreślił, 17 procent przestępstw motywowanych nienawiścią w Kanadzie wymierzonych jest w Żydów, co czyni z nich najczęściej atakowaną grupę w kraju.

Ze względu na restrykcyjną politykę imigracyjną, w okresie od 1933 do 1945 roku Kanada przyjęła tylko około pięć tysięcy uchodźców żydowskich. Po zakończeniu wojny w Kanadzie osiedliło się około 40 tysięcy ocalałych z Holokaustu Żydów. „Prawdziwym wstydem byłoby zapomnienie” Również lider głównej partii opozycyjnej, konserwatysta Andrew Scheer, wyraził żal z powodu incydentu sprzed wybuchu II wojny światowej. Jak powiedział, „umiejętność wyraźnego spojrzenia na historię i zobaczenia zarówno jej jasnych jak i ciemnych stron jest oznaką zdrowego społeczeństwa (…). Jako państwo, nie jest wstydem przyznanie się do haniebnych czynów z naszej przeszłości. Prawdziwym wstydem byłoby ich zapomnienie”.

Partia wojny My, socjaliści

Partia wojny to groźne zjawisko. To głównie stan umysłu, który rozprzestrzenia się we współczesnym świecie, często jako wspólnota emocjonalna obrony przed zagrożeniami, wrogami realnymi lub wyimaginowanymi, zjawiskami, które można przypisać „obcym” lub konkretnym ludziom, układom, państwom czy porozumieniom międzynarodowym. To stan, który dotyczy nie tylko jednostek, ale całych grup społecznych, również państw. Dotyczy to również Polski. Jeśli uczestnikami „partii wojny” jest grupa kiboli, która chce dać po mordzie kolegom z sąsiedniego klubu piłkarskiego, to w zasadzie nie ma to znaczenia. Groźnie zaczyna wyglądać to zjawisko, jeśli przekracza ten stan granice miasta, województwa, czy kraju, a jeszcze groźniej, gdy nabiera charakteru polityki państwowej.
Szczególne znaczenie mają tutaj teoretyczne założenia, ale również praktyka działania wielu państw, które zakładają od ponad 30 lat, w myśl wskazań doktryny neoliberalnej, że wszystko jest towarem, wszystko daje się kupić, sprzedać, na wszystkim można zarobić. Od wieków wiadomo, że najlepiej zarabia się na sprzedaży broni i na wojnie. O ile wcześniej proceder wojenny nie cieszył się dobrą sławą i był potępiany ze względów moralnych, choćby przez kościoły różnych wyznań, o tyle współcześnie neoliberalny nakaz konkurencji i zysku dopuszcza również moralne przyzwolenie dla walki, zabijania i wojny. Dziś wielkie mocarstwa, aby mieć czyste oblicze i moralne prawo głoszenia pokoju tworzą prywatne armie, które walcząc, nie ponoszą odpowiedzialności za śmierć i zniszczenia całych obszarów globu. Mimo upływu prawie 30 lat, świat nie otrząsnął się po okresie „zimnej wojny”. Wyrosło już następne pokolenie naśladowców tych, którzy po II wojnie światowej marzyli o zniszczeniu przeciwnika w skali globalnej, również lokalnej i krajowej. Mimo, że pokolenie „zimnej wojny” odeszło w niesławie, to świat po 1989 roku nie znalazł się na torach prowadzących do porozumienia i pojednania. Akt Końcowy KBWE z 1974 roku funkcjonował i funkcjonuje nadal, ale w ograniczonym zakresie. Inne porozumienia międzynarodowe są honorowane wybiórczo lub zrywane. Pokój jako wartość nadrzędna stał się dobrem coraz mniej oczekiwanym. Do wojny spieszy się dziś niektórym politykom, niektórym generałom i naiwnej, oszukiwanej młodzieży, która szuka przygody wierząc, że wojna to gra komputerowa, w której każdy może kupić sobie nowe życie. Przykre jest to, że w nurcie tym znalazła się również Polska. Od kilkunastu lat, kiedy posmakowaliśmy pustynnego życia w Iraku i Afganistanie, co nie przyniosło, jak wiadomo, nic pozytywnego dla narodu i państwa, dalej brniemy w propagandę wojenną, opinia publiczna jest zmanipulowana poprzez wydumane, nierzeczywiste niebezpieczeństwa. Trwa poszukiwanie na siłę wroga i przygotowywanie teatru wojennego. Celował w tym szczególnie poprzedni minister obrony, któremu nie udało się co prawda wywołać żadnej wojny ani nawet zmienić nazwy ministerstwa na ministerstwo wojny, ale Akademię Sztuki Wojennej powołał. Wojna, jak wiadomo, jest narzędziem polityki. Polityka Polski w dziedzinie bezpieczeństwa jest w opłakanym stanie. Brak jest jasnej, sformułowanej w ramach konsensusu, definicji interesu narodowego, następuje samoograniczenie państwa w kreowaniu polityki bezpieczeństwa w regionie i przenoszenie odpowiedzialności za nie na sojuszników i partnerów z NATO. Mamy do czynienia z polityką kreowania sztucznych zagrożeń. Widać wyraźnie, że kolejne postsolidarnościowe ekipy brną w mitologię historyczną. Następuje degeneracja polskiej, państwowej myśli politycznej. Widać wyraźny brak jej styku z rzeczywistością. Problem wojny i pokoju nie dotyczy wyłącznie konkurujących ze sobą państw, ma on również współcześnie wymiar klasowy. Ostatnio premier Morawiecki stwierdził w imieniu polskiej prawicy, którą reprezentuje, że podziwia tych europejskich przywódców, którzy po thatcherowsku są w stanie przekonać świat pracy, że lepiej już nie będzie i „obniżyć poziom oczekiwań” pracowników – bo to kapitałowi ma być coraz lepiej, a nie im. Następnym krokiem jest tylko wojna. Morawiecki myśli dokładnie tak samo, jak myślała europejska elita i burżuazja przed wybuchem I wojny światowej. Polska Partia Socjalistyczna była i jest przeciw wojnie i polityce wojennej. Ma w swym dorobku w ciągu ponad 125 lat udział w wyzwalaniu kraju, wielkie bohaterstwo i myśl polityczną w czasie wojen obronnych w XX wieku. Krytycznie podchodzi jednak dziś do tego obszaru polityki, który jest efektem działań „partii wojny”. PPS uważa, że cała lewica polska powinna stanąć po stronie kreowania wartości pokojowych, realizowania polityki wychowania dla pokoju.
Polskie inicjatywy pokojowe w połowie XX wieku czyniły świat lepszym. Trzeba wrócić do tej polityki – zagłada nie jest alternatywą dla rozwoju. Nie dajmy się zmanipulować przez „partię wojny”, która jest nad wyraz aktywna w Polsce.

Zapomniane ofiary

…polskich wygnańców.

 

Niepokój budzi narastanie wpływu skrajnej prawicy w Niemczech. Od niedawna jej przedstawiciele mają silną reprezentację w parlamencie.. Niedawne burzliwe wydarzenia w Chemnitz wykazały narastanie postaw antycudzoziemskich. Te ostatnie w Niemczech oznaczają zazwyczaj wrogość m.in. wobec Polaków. Od wielu lat w niemieckich mediach prawicowych występuje tendencja do pomniejszania zbrodni III Rzeszy i wyolbrzymiania niemieckich krzywd. Również od wielu lat w Polsce niewiele zainteresowania budzą dramaty wygnańców z Wielkopolski do t.zw. Generalnej Guberni. Sądzę, że zasługują one na przypomnienie.

W czasie okupacji niemieckiej nastąpił podział zagrabionych terenów na ziemie wcielone do III Rzeszy nazwane „Krajem Warty” i na tak zwaną Generalną Gubernię, swego rodzaju „rezerwat dla Polaków”, całkowicie podporządkowany władzy okupantów. „Kraj Warty” stanowił teren przyspieszonej germanizacji, w ramach której wywłaszczano Polaków i wysiedlano ich do Generalnej Guberni. Wysiedlani byli ludzie zamożni i gospodarni, posiadający domy, przedsiębiorstwa, warsztaty, dobrze prosperujące gospodarstwa rolne, członkowie organizacji patriotycznych i inni uznawani za nieprzydatnych do zgermanizowania. Zagrabione mienie przekazywane było za darmo osadnikom niemieckim.

Miało to być rozwiązanie czasowe Władze okupacyjne przewidywały, że po zwycięskim zakończeniu wojny mienie Polaków zostanie przekazane zasłużonym żołnierzom i oficerom. Podstawę „prawną” wysiedleń stanowił dekret kanclerza III Rzeszy Adolfa Hitlera z 7 października 1939 roku o umacnieniu niemieckości. Realizację tego dekretu Hitler powierzył Reichsführerowi SS Heinrichowi Himmlerowi, nowo mianowanemu Komisarzowi do Umacniania Niemieckości.

Zgodnie z memoriałem pracowników Głównego Urzędu NSDAP do Spraw Polityki Rasowej E. Wetzla i G. Hechta z 25 listopada 1939 roku: „Polakom nie wolno być właścicielami przedsiębiorstw. Z ich dotychczasowej własności gruntowej i ziemskiej, a także rolnej zostaną wywłaszczeni. Polakom nie wolno wykonywać samodzielnie jakiegokolwiek rzemiosła i nie wolno być majstrami, a wszelkie istniejące umowy o pracę zostaną rozwiązane”. Autorzy tego memoriału w następujący sposób scharakteryzowali sylwetkę Polaka: „W zakresie duchowym można Polaka określić jako człowieka nietwórczego zarówno pod względem kulturalnym, jak i narodowo-politycznym, a pod względem psychicznym… jako człowieka stadnego pełnego głębokiej nieufności do tych, którzy wyrastają ponad poziom gromady”.

W latach okupacji władze niemieckie wywłaszczyły i wypędziły około półtora miliona Polaków. W pierwszym okresie wysiedleń, jeszcze w 1939 roku, dziesiątki tysięcy wygnańców przewożono tzw. wagonami bydlęcymi. Niektórzy z nich spędzali w wagonach po kilka dni Część z nich zamarzła na śmierć.

 

Studium przypadku-rodzina Lewickich

Witowo to wieś znajdująca się w gminie Osiek Mały w powiecie kolskim. Przed rokiem 1939 jednym z najzamożniejszych we wsi było gospodarstwo rodziny Lewickich. Rodzinę stanowili-Adam i Regina oraz ich dorosłe dzieci: synowie Jan i Stanisław oraz córki – Anna, Teresa i Janina z półtorarocznym Jędrkiem. Wojna podzieliła rodzinę. Jan Lewicki – żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza został internowany na Litwie. Po wcieleniu Litwy do Związku Radzieckiego stał się więźniem radzieckich obozów. Później był żołnierzem armii gen. Andersa. Jego udział w bitwie pod Monte Cassino został trzykrotnie odnotowany przez Melchiora Wańkowicza. Po wojnie z Włoch wyjechał do Anglii, gdzie pozostał do końca życia. Teresę Lewicką-Piekarską wraz z mężem Władysławem wywieziono na roboty do Francji w okolice Nancy, gdzie doczekała się wyzwolenia przez armię amerykańską. Powróciła do Witowa. Anna Lewicka została wywieziona na roboty w głąb Niemiec. Po wojnie powróciła do rodzinnej wsi.

W lipcu 1940 r. ojca rodziny Adama Lewickiego wraz z żoną, Stanisławem, Janiną i Jędrkiem władze okupacyjne wysiedliły do wsi Zwiartówek w Generalnej Guberni. Gospodarstwo Lewickich przejął niemiecki kolonista Firscht. Piątka wygnańców znalazła się w zatłoczonej chacie rodziny Wysockich. Gospodarze traktowali przybyszów przyjaźnie mimo kłopotów, jakie im sprawiali.
Lewiccy w Zwiartówku, tak jak przedtem w Witowie wykazywali się zaradnością i pracowitością. Adam Lewicki znalazł pracę w młynie Bodanki. Wynagrodzenie stanowiła mąka. Bodanko miał syna partyzanta. Młyn był ogniwem w łańcuchu zaopatrującym w chleb uzbrojoną młodzież w lesie. Bodanko i Lewicki – starsi gospodarze i ojcowie rodzin – wykazywali wzajemną sympatię i zaufanie. Janina znalazła pracę w cukrowni w Wożuczynie oddalonym 5 kilometrów od Zwiartówka. Regina Lewicka i Stanisław zajmowali się wyplataniem powrozów, które były wymieniane na produkty żywnościowe. Mały Jędrek pozostawał zazwyczaj pod opieką dziadków. Bawił się z dziećmi Wysockich. Kiedy ukończył 6 lat poszedł do miejscowej szkoły dwuklasowej. Poruszanie się w otwartej przestrzeni było niebezpieczne. Od strony lasu codziennie słychać było strzały. Bywało,że zabłąkane kule trafiały kogoś powodując rany lub śmierć. Ta sytuacja znalazła wyraz w złorzeczeniach, w trakcie ostrych kłótni sąsiedzkich („bodaj cię pierwsza kula nie minęła, jak wyjdziesz z chałupy”).

Pewnego razu na podwórku Wysockich zjawili się dwaj niemieccy żołnierze. Wysocki kiedy ich zobaczył wpadł w panikę. Zaczął uciekać przez zaśnieżone pole. Żołnierz krzyknął „halt”, a następnie wystrzelił. Ranny Wysocki biegł dalej. Drugi strzał był śmiertelny. Stało się to na oczach dzieci Wysockich i Jędrka. Mężczyźni z sąsiedztwa przynieśli martwe ciało i położyli na drewnianej ławie. Zapłakana Wysocka umieściła pod ławą balię do której ściekała krew. W jakiś czas po tej tragedii przez Zwiartówek przechodził uzbrojony żołnierz niemiecki. Zagadnął Adama Lewickiego, który mówił trochę po niemiecku. Żołnierz usiadł na przyzbie domu Wysockich i wziął wystraszonego Jędrka na kolana. Wywiązała się krótka rozmowa o okropnościach wojny. Okazało się, że żołnierz pozostawił w głębi III Rzeszy syna w wieku Jędrka. Przez pewien czas po tym wydarzeniu mieszkańcy Zwiartówka rozmawiali o nietypowym Niemcu. Do Zwiartówka nadchodziły wieści o krwawych bitwach o Charków, Witebsk i Bobrujsk. Front powoli zbliżał się do ziem polskich.

Niemiecki dyrektor cukrowni w Wożuczynie przestał straszyć polskich pracowników. Zaczął okazywać im wyrozumiałość. Planując powrót rodzina Lewickich za zaoszczędzone pieniądze kupiła konia i wóz.

Mieszkańcy Zwiartówka nie czuli się bezpiecznie. Dochodziły wiadomości o pożarach i egzekucjach dokonywanych przez cofające się wojska niemieckie i wspierających je Ukraińców. Pewnego wieczora Adam Lewicki i jego wnuk patrzyli przez okno na oddaloną o kilka kilometrów płonącą wieś. „Jak jutro rano Ruski nie przyjdą, to nas też spalą” – powiedział dziadek do wnuka. Obydwaj poszli spać. Następny dzień przyniósł ocalenie. Czerwonoarmiści przepędzili Niemców.

Kiedy nadeszła wiadomość, że linia frontu jest poza Kołem, wygnańcy wyruszyli w stronę Witowa. Był koniec mroźnego stycznia 1945 roku. Podróż trwała dziesięć dni. Wędrowcy dwa razy nocowali w mieszkaniach dobrych ludzi. Inni dobrzy ludzie pozwalali na nocleg w stodole. W ubraniach, na sianie.

Na zaśnieżonych polach leżały martwe ciała. Gdzieś w drodze samozwańczy uzbrojeni policjanci – ojciec i dwóch nastoletnich synów – zatrzymali wóz i usiłowali wszystko „zarekwirować”.Stanisław Lewicki zszedł z wozu i przebiegł kilka metrów demonstrując swoje kalectwo – zwichnięcie stawów biodrowych. Ostatecznie wóz ruszył w dalszą drogę bez strat. Po przybyciu do Witowa Lewiccy dowiedzieli się, że w grudniu 1944 roku Firscht uciekł do Niemiec zabierając dobytek polskich gospodarzy. W sumie jednak Lewickim dopisało szczęście. Prawie w ostatniej chwili uniknęli śmierci. Wielu innych wygnańców nie powróciło w ojczyste strony. Wielu wracało piechotą z tobołkami. Na dachach wagonów kolejowych, bez względu na pogodę, było pełno pasażerów.

 

Wysiedlenia na Zamojszczyźnie

Ziemie, które w pierwszej fazie okupacji były „przeznaczone” dla Polaków zostały poddane germanizacji. Na Zamojszczyźnie hitlerowcy „odkryli” grupę kolonistów niemieckich, których przodkowie osiedlili się tutaj jeszcze na mocy dekretu cesarza Józefa II z 14 marca 1784 roku. Przybyli oni z Palatynatu, Alzacji i Lotaryngii. Ci koloniści – w pełni spolonizowani – podlegając regermanizacji powracali do „narodu panów”. Do potomków osadników józefińskich dołączani byli Luksemburczycy, Alzatczycy, Lotaryńczycy i Słoweńcy, którym przyznano niemiecką przynależność państwową, ale traktowano ich jako politycznie niepewnych i wymagających nadzoru ze strony SS. Ze wsi przeznaczonych dla niemieckich osadników ludność polska była wysiedlana.

Wysiedlonych Polaków kierowano do esesowskich obozów pracy, do pracy w III Rzeszy oraz do tzw. wsi scalonych znajdujących się między osiedlami niemieckimi, gdzie stanowili siłę roboczą przeznaczoną do pracy u Niemców. Jak pisał prof. Czesław Madajczyk, „ogółem z Zamojszczyzny deportowano do obozów kilkadziesiąt tysięcy polskich chłopów, w tym 16 tys. do Majdanka, 2 tys. do Oświęcimia; dziesiątki tysięcy, w tym część z obozów, skierowano na roboty do Rzeszy. Wywieziono też do Niemiec w celu w celu germanizacji 4,5 tys. dzieci. Osoby, które nie były w stanie udać się na punkty zborne najczęściej zabijano. A dla sterroryzowania lub w odwet za opór dokonano pokazowych egzekucji publicznych lub pacyfikacji całych wsi. Kilkanaście wsi spotkał los czeskich Lidic i gorszy, bo wymordowano w nich wszystkich mieszkańców, a osiedla spalono”.

 

Wyolbrzymianie i pomijanie

Przez wiele lat niemieckie media i prawicowi politycy nadawali rozgłos działalności tzw.. „ziomkostw” i „Związku Wypędzonych”. Do „wypędzonych” – jak wiadomo – zaliczana była Erika Steinbach urodzona w Rumii, która przed rokiem 1939 nie należała do Niemiec. Jak mówił prof. Władysław Bartoszewski – gdyby Erika Steinbach – córka podoficera niemieckich wojsk okupacyjnych urodziła się w okupowanym Paryżu, nie twierdziłaby, że została wypędzona. Na zlotach Niemców sudeckich w latach 1980-tych przemawiali prezydent Karl Carstens i kanclerz Helmut Kohl. Mało znany jest fakt powiększania się z biegiem czasu ilości „wypędzonych”.

„Według oficjalnych statystyk w 1949 r. było ich 7,7 mln, w 1970 r. – 13 mln, a obecnie-blisko – 15 mln”. To cudowne rozmnożenie się niemieccy przesiedleńcy zawdzięczają artykułowi 7 ustawy federalnej z 19 maja 1953 roku (Bundesvertriebenen-und-Flü chtling-Gesetz). Przyznaje się w nim możliwość nadania statusu „wypędzonych” dzieciom urodzonym na terenie RFN, jeżeli jedno z rodziców miało tak zwany dowód wypędzonego. Zasada dziedziczenia statusu „wypędzonego” potwierdzona została 2 grudnia 1986 roku orzeczeniem Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. W ten sposób „wypędzonymi” zostały osoby, które w rzeczywistości nigdy nie były w miejscowościach, z których je „wypędzono”.

Warto dodać, że w roku 2014 funkcję przewodniczącego „Związku Wypędzonych” objął Bernd-Bernhard Fabritius urodzony w Rumunii 14 maja 1965 roku.

Losy polskich wygnańców są mało znane. Było ich około 1,5 miliona. Trudno powiedzieć ilu pozostało przy życiu. W Poznaniu od 2004 roku istnieje i działa Stowarzyszenie Związek Wysiedlonych „Gniazdo”. Stowarzyszenie działa między innymi na rzecz zadośćuczynienia licznej rzeszy polskich wygnańców. Ale zainteresowanie działalnością Stowarzyszenia zarówno ze strony polityków, jak i naukowców należy uznać za bardzo skromne.

Również w Poznaniu działa społeczny komitet budowy pomnika upamiętniającego wygnanych do Generalnej Guberni. Przewodniczący komitetu Henryk Józef Walendowski podejmuje starania, aby odsłonięcie pomnika nastąpiło w ciągu roku 2018. Pomnik zostanie wzniesiony w Poznaniu w miejscu, gdzie zbiegają się trzy ulice – Towarowa, Powstańców Wielkopolskich i Matyi. Członek komitetu mgr inż. Leonard Frąckowiak zwraca uwagę na różnice pomiędzy polską inicjatywą upamiętnienia wygnańców, a berlińskim pomnikiem „wypędzonych” znajdującym się nieopodal pomnika ofiar Holokaustu. Berliński pomnik – będący w opinii wielu Polaków swego rodzaju bluźnierstwem – został sfinansowany przez rząd federalny. Polski pomnik powstaje dzięki składkom społecznym. Nie jest zlokalizowany w stolicy. Powstaje przy zgodnym poparciu wszystkich orientacji politycznych.

Chwała Armii Ludowej!

W dniu 26 sierpnia (niedziela godz.12.00) na warszawskim Nowym Mieście przy ul. Freta 16 zgromadziło się kilkadziesiąt osób dla upamiętnienia – 6.08.1944 – daty tragicznej śmierci sztabu Armii Ludowej Ten tragiczny dzień powstania intensywnego bombardowania Starówki opisał szczegółowo dowódca czwartaków – „Gustaw” w publikacji „O Czwartakach AL” – 2003 str.146 pt: „Dzień ognia i śmierci”. Na tę okoliczność na odbudowanym po działaniach wojennych budynku została wmurowana tablica z nazwiskami głównych poległych osób tworzących sztab sterujący udziałem w powstaniu oddziałów zbrojnych AL – „Czwartakow.”. Uroczystość polegała na złożeniu wieńców i kwiatów przez przybyłe działające w stolicy organizacje kombatanckiei . W uroczystości wzięła udziaa asysta wojskowa..ta okoliczność nadała znaczenie i wagę tej tragicznej rocznicy. Czwartacy – powstańcy to członkowie powstałego na Żoliborzu w1943 r. Związku Walki Młodych (ZWM). W powstaniu warszawskim zginęło tych młodych ludzi – zetwuemowców-czwartaków – ponad 300. Najwięcej na warszawskiej Starówce, gdzie dzielnie i z sukcesami bojowymi bronili wielu barykad. W walce powstańczej nie istotne były poglądy polityczne. Walczyli czwartacy razem z akowcami. Po upadku powstania 200 razem z e swoim dowódca „Gustawemm” – Edwinem Rozłubirskim poszło jako powstańcy z akowcami do niewoli . Po wojnie za tę wspólną walkę w powstaniu dowódca czwartaków – E. Rozłubirski został przez Bora – Komorowskiego odznaczony najwyższym odznaczeniem powstańczym. Na uroczystości nie zabrakło przedstawicieli mieszkańców ulicy ZWM na warszawskim Ursynowie. Nie bez przyczyny podczas budowy powojennego osiedla na warszawskim Ursynowie jedna z ulic osiedlowych na Stokłosach otrzymała nazwę Związku Walki Młodych.(ZWM). Uznano że śmierć 300 zetwuemowców-czwartaków podczas powstania warszawskiego w pełni zasługuje na taka nazwę.
Zasiedlający te ulice mieszkańcy nigdy nie kwestionowali tej nazwy. Wręcz odwrotnie z tej nazwy byli dumni. Taki klimat uznania i nie kwestionowania tej nazwy trwał do czasu objęcia (na szczęście krótko) prezydentury Warszawy przez Lecha K. Owczesna Rada Warszawy zaproponowała w 1997 r. zmianę nazwy tej ulicy ZWM. Zrobiono ten „manewr nazwy” w sposób sprzeczny z prawem polskim i prawem tzw. Europejskiej Karty o Samorządzie Terytorialnym który Polska podpisała ,a także wbrew woli mieszkańców tej ulicy.(przeprowadzone referendum wykazało 92 proc. sprzeciwu) .Sprawa trafiła w 1998 r. na wokandę do NSA a ten uchylił bezprawna uchwałę Rady Warszawy! Było to zwycięstwo prawa i mieszkańców! Wydawało się nam mieszkańcom, że po takiej porażce prawnej naszej nazwie nic nie grozi. Myliliśmy sie jednak. Przyszedł nowy atak na nazwę naszej ulicy w 2018 r. kiedy to nasza nazwę ulicy ZWM „podciągnięto” pod ustawę dezubekizacyjną. Dzieło to wymyślił IPN i wąskie grono „dobrej zmiany”.ZWM-owcom przypisano powstanie i propagowanie komuny w Polsce? Mieszkańcy ulicy i rozsądni działacze społeczni radni, samorząd Dzielnicy i Rady Warszawy i tym razem postawili opór i sprzeciw.. Sprawa kolejny raz trafiła na wokandę WSA przeciw wojewodzie mazowieckiemu.. I tym razem przy tak licznym wsparciu społecznym Sąd Administracyjny stanął po stronie prawa i po stronie demokracji ale także po stronie mieszkańców tej lokalnej ulicy. Jednak opór przegranego wojewody trwa. Postanowił on „załatwić”sprzeciw mieszkańców przez wniesienie odwołania od wyroku WSA do wyższej instancji tj NSA. Taka wojna z mieszkańcami to wątpliwa wizytówka mazowieckiego wojewody. Mieszkańcy ulicy ZWM (2300 mieszkańców) liczą jednak, że NSA stanie na wysokości zadanie i po właściwej stronie za co w imieniu mieszkańców z góry dziękuję.
Przewodniczący Społecznego Komitetu Obrońców nazwy ul. ZWM

Ku pamięci i przestrodze – cz. III

Ostatni akt dramatu

Jak zatem doszło do tego, że ślepy zaułek z dnia na dzień, zamienił się dla nazistów w autostradę do władzy? Pomimo oczywistego już faktu, że właściwym obliczem hitlerowców są wizerunki morderców z Potempy, ich przyjaciele z kręgów wielkiego kapitału nie ustawali w wysiłkach przekazania im władzy w państwie – w listopadzie 1932 roku grupa przemysłowców i bankierów, podpisała nawet petycję do prezydenta w tej sprawie. Podpisy pod nią zbierał także dr Schacht, zarabiający wówczas na chleb jako prezes Banku Centralnego Niemiec… Ponadto cokolwiek by mówić o politycznych talentach generała Kurta von Schleichera, trzeba mu oddać, że swymi pokrętnymi gierkami, w błyskawicznym tempie potrafił dokonać rzeczy pozornie całkowicie niemożliwej: oto udało mu się postawić po tej samej stronie barykady dwóch nieprzejednanych zdawało by się przeciwników: Adolfa Hitlera i Franza von Papena! Na efekty nie trzeba było długo czekać. 4 stycznia 1933 roku w domu kolońskiego bankiera Kurta von Schrödera obaj panowie spotkali się. Jeżeli wierzyć zeznaniom gospodarza spotkania, złożonym 5 grudnia 1945 r. przed Trybunałem w Norymberdze, inicjatorem całego dealu był von Papen, który zaprezentował pomysł spotkania autorowi zeznań 10 grudnia 1932 roku. Krótko po tym, z bankierem skontaktował się Wilhelm Keppler, spełniający funkcję łącznika nazistów z kołami finansjery, z analogiczną sugestią ze strony Hitlera. Obu stronom zależało na zachowaniu ścisłej tajemnicy. Po wymianie grzecznościowych uwag o pogodzie, przystąpiono do omawiania planów obalenia gabinetu von Schleichera. Osiągnięto porozumienie co do tego, że na czele nowego rządu miałby stanąć Hitler, zaakceptowano także proponowane przez nazistów wykluczenie ze stanowisk socjaldemokratów, komunistów i Żydów. Niejako przy okazji Hitler dowiedział się, że prezydent nie upoważnił kanclerza do rozwiązania Reichstagu. Była to dla nazistów bezcenna informacja!
Rozstano się w znakomitych nastrojach, które nieco zepsuły nazajutrz tytuły gazet, donoszących na pierwszych stronach o tych konspiracyjnych podchodach. Zdecydowanie ważniejsze było jednak to, że anonimowi przyjaciele z kręgów finansowych, poczynili zdecydowane kroki zmierzające do podreperowania finansów NSDAP. Oto kolejny wpis w pamiętnikach Josepha Goebbelsa dokonany pod datą 05 stycznia 1933 r.: …sytuacja finansowa poprawiła się nagle… …obecny rząd wie, że jego dni są policzone. Jeżeli szczęście nam dopisze, powinniśmy niebawem dojść do władzy… Teraz naziści, nie mogąc mieć realnego wpływu na dalszy bieg wydarzeń, mogli tylko czekać, całą intrygę pozostawiając w rękach von Papena, który przypadkiem był w Berlinie sąsiadem prezydenta i u którego regularnie bywał w gościach… 20 stycznia stało się jasne, że von Schleicherowi nie uda się stworzyć frontu obejmującego wszystkie stronnictwa oprócz skrajnych, co oznaczało, że wyrok na jego gabinet już zapadł, pozostało jedynie ustalić datę egzekucji. Po drugiej stronie barykady czyniono tymczasem ostatnie ustalenia. 22 stycznia, w Dreźnie, spotkali się von Papen, Oskar von Hindenburg oraz Otto Meissner (szef kancelarii prezydenta), z Hitlerem, Göringiem i Frickiem. Kluczową rolę odegrała w nich zapewne, przeszło godzinna rozmowa w cztery oczy, pomiędzy Hitlerem a synem prezydenta Oskarem von Hindenburgiem. W drodze powrotnej młody von Hindenburg był niezwykle małomówny, rzucając tylko jedno zdanie: „ Nie ma rady, naziści muszą wejść do rządu …” Oczywiście nie znamy treści owej kluczowej rozmowy, ale znamy za to dalszy przebieg wydarzeń: zaraz po dojściu nazistów do władzy Oskar von Hindenburg awansował z pułkownika na generał-majora, przestano się nagle interesować jego udziałem w skandalicznej aferze „osthilfe” oraz oszustwem podatkowym związanym z posiadłością prezydenta w Neudeck, a majątek von Hindenburgów powiększono o 5 tysięcy akrów wolnych od podatku. Prezydent odmówił teraz prośbie generała von Schleichera rozwiązania Reichstagu, przytaczając w uzasadnieniu swej decyzji ten sam argument, którego generał użył do wysadzenia z siodła von Papena, że mogłoby to doprowadzić do wojny domowej… W tym stanie rzeczy, kanclerzowi pozostała tylko dymisja. I oto 30 stycznia około godziny 12.00 niemożliwe, stało się możliwym: włóczęga z wiedeńskiego przytułku został kanclerzem Niemiec! Wielkie europejskie państwo, wraz z wszystkimi swymi zasobami, wpadło w ręce formacji wywodzącej się ze społecznego marginesu…

 

Epilog

Oto w telegraficznym skrócie dalszy przebieg wydarzeń: pierwszymi krokami nowej władzy było usankcjonowanie terroru poprzez ogłoszenie amnestii dla wykroczeń popełnionych w trakcie „rewolucji narodowej”, przyjęcie ustaw o czystce w administracji państwowej (7 kwietnia, 30 maja i 20 lipca 1933 r.) nakazujących usunięcie ze stanowisk WSZYSTKICH ludzi pochodzenia żydowskiego, lojalnych wobec Republiki, oraz zdradzających kiedykolwiek lewicowe sympatie. Na pozbawianie ludzi emerytur, nikt wówczas jeszcze nie wpadł…
Wszystkich dziennikarzy, muzyków, aktorów, pracowników radia i teatru, poddano kontroli Goebbelsa, za pośrednictwem powołanej 22 września 1933 r. Izby Kultury Rzeszy. Dziennikarze musieli przejść czystkę na mocy spec-ustawy z 04 pażdziernika 1933 r. W lutym 1934 roku weszła w życie ustawa „W sprawie zaopatrzenia bojowników ruchu narodowego”, w myśl której wszyscy członkowie partii lub SA, którzy ponieśli jakieś szkody na zdrowiu w walkach o zwycięstwo ruchu narodowo-socjalistycznego, mieli otrzymać od państwa rentę lub odszkodowanie tak jak inwalidzi z I wojny światowej. Zebranie generalicji Reichswery, jakie odbyło się 16 maja 1934 roku w Bad Nauheim, zaakceptowało decyzję ministra obrony von Blomberga, poparcia Adolfa Hitlera, zapewniając mu w ten sposób sukcesję po von Hindenburgu. Finał nastąpił 2 sierpnia 1934 roku: godzinę (!) po śmierci starego feldmarszałka ogłoszono ustawę, zgodnie z którą od tej chwili urzędy Kanclerza i Prezydenta zostają złączone i Adolf Hitler zostaje głową państwa i naczelnym wodzem sił zbrojnych. Jeszcze tego samego dnia Reichswera złożyła nową przysięgę IMIENNIE Adolfowi Hitlerowi! Zadbano także o pozory, wzywając naród niemiecki, by w referendum wyraził zgodę na objęcie przez Adolfa Hitlera urzędu po Hindenburgu, jako Führer i kanclerz Rzeszy, pod którymi to tytułami odtąd miał występować. Szczęśliwie „odnaleziono” polityczny testament zmarłego prezydenta, w którym – zgodnie ze świadectwem jego syna – widział on w Adolfie Hitlerze swego następcę. Występując w radio powiedział: „Ojciec widział w Hitlerze swojego bezpośredniego następcę, który ma stanąć na czele państwa. W zgodzie więc z wolą zmarłego, wzywam wszystkich Niemców obojga płci, aby oddali swe głosy za przekazaniem urzędu ojca, Führerowi i kanclerzowi Rzeszy.” W dniu głosowania frekwencja wyniosła 95,7 proc. przy 45,5 mln uprawnionych do głosowania. 89,93 proc. z nich (ponad 38 mln) głosowało za, 4,25 mln miało odwagę zagłosować przeciw a 870 tysięcy oddało głosy nieważne. W ten sposób dokonał się los Niemiec, Europy i świata…
Obserwując dzisiaj otaczającą nas rzeczywistość bez trudu można dostrzec, jak świat wokół nas coraz bardziej brunatnieje. Na Ukrainie rządzą pogrobowcy Stepana Bandery, szerzy się (oficjalnie!) kult zbrodniarzy z UPA, a nieprawomyślni dziennikarze i politycy opozycji, są mordowani na ulicy bądź seryjnie popełniają samobójstwa. Na kijowskim Majdanie zastrzelono przeszło sto, a w Odessie spalono żywcem co najmniej 45 osób. I nikogo to nic nie obchodzi! Dyżurni krzewiciele „europejskich wartości”, demokracji, i obrońcy praw człowieka, nabrali w tych sprawach wody w usta. W Estonii, na Łotwie i Ukrainie świętuje się rocznice walczących po stronie III Rzeszy dywizji SS rekrutujących się spośród obywateli tych krajów. W tejże Estonii właśnie wydano w formie komiksu, przygody… Hitlera-hipstera! Bardzo śmieszne, prawda? No i co ? NO I NIC!
W Niemczech rząd ostatnio zapowiedział zaprzestanie finansowania neonazistowskiej NPD. Ręce same składają się do oklasków, tyle że skoro ZAPRZESTANĄ, to znaczy, że dotychczas FINANSOWALI!
W coraz to nowych krajach Unii Europejskiej wybory wygrywają partie, które bez ryzyka dużego błędu można określić mianem faszyzujących. Zresztą po co szukać tak daleko, popatrzmy co dzieje się w naszym kraju. Polski premier składa kwiaty na mogiłach członków formacji walczącej ramię w ramię z hitlerowcami. Dziennikarze jednej ze stacji telewizyjnych pokazali jak neonaziści świętują dzień urodzin Hitlera w Polsce! Każdemu, kto widział zdjęcia z marszów, jakie 11 listopada tzw. środowiska narodowe organizowały w Warszawie, skojarzenia nasuwają się same. Policja usuwa demonstrantów, usiłujących zablokować marsz Młodzieży Wszechpolskiej, i zapewnia ochronę białostockim kibolom organizującym marsz ku czci jednego z tzw. żołnierzy wyklętych – „Burego” – wprost pod oknami domów pomordowanych przez niego i jego kompanów ofiar… Tę wyliczankę można ciągnąć dalej. Wszystkiemu temu, towarzyszy wściekła nagonka na lewicę. Jakie są przyczyny opisanego stanu rzeczy? Jedna z nich – kto wie czy nie główna – to stworzenie wśród europejskich społeczeństw poczucia bezradności i bezalternatywności. Bezrozumnie nadal głosi się bezalternatywność wobec doktryny ekonomicznego neoliberalizmu, która spowodowała rozwarstwienie społeczne nie znane dotąd w historii ludzkości! Rządzącym elitom udało się stworzyć sytuację, którą nasi bracia Rosjanie z właściwą sobie bezpośredniością określają rymowanką: „Głosuj, nie głosuj, wsio rawno połudzisz…” Stykają się z nią po każdych wyborach Rodacy, dokonujący „dramatycznego wyboru” pomiędzy PiS a PO, a jej prawdziwość, sprawdzili ostatnio na sobie Niemcy, którzy gremialnie głosując przeciwko polityce swojej kanclerz, dostali w prezencie… Wielką Koalicję! Nic dziwnego, że w poszukiwaniu rzeczywistej alternatywy coraz więcej ludzi wybiera tam… Alternatywę dla Niemiec! Być może jest jeszcze czas na opamiętanie, zanim postępujące rozwarstwienie społeczne, połączone z brakiem perspektyw jakiejkolwiek zmiany, popchnie nas wszystkich w otchłań z której nie będzie już – być może – powrotu…

Ku pamięci i przestrodze

W tym roku mija właśnie 85 lat, od jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w historii ludzkości: w Niemczech doszedł do władzy niejaki Adolf Hitler. Wydaje się niepojęte, w jaki sposób u steru nawy państwowej dużego europejskiego państwa znalazły się siły jawnie nawołujące do fizycznej rozprawy z przeciwnikami politycznymi, podnoszące przemoc i mord do rangi sankcjonowanego przez prawo elementu prowadzenia dysputy publicznej. Dodajmy: przy braku reakcji, jeżeli nie przy milczącej akceptacji, takiego stanu rzeczy przez resztę tzw. „cywilizowanego świata”. Jak zatem do tego doszło?

 

Prolog

By zrozumieć ówczesne wydarzenia wypadnie nam się cofnąć w czasie do 1918 roku.
W Europie szalała wojna nazwana przez potomnych Wielką Wojną. Niemieckie armie nadal stały głęboko na terytorium przeciwnika a początek roku, przyniósł bodajże najbardziej efektowne sukcesy Państw Centralnych, w toczących się od czterech lat zmaganiach. Po klęsce Rumunii i wypadnięciu z wojny Rosji podpisano traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie gruntujące wpływy Niemiec w Europie Wschodniej.
Zakończenie wojny na dwa fronty zaowocowało rozpoczętą 21 marca 1918 roku największą w tej wojnie niemiecką ofensywą. Generał Erich Ludendorff, serią uderzeń odepchnął wojska Ententy i od Paryża dzieliło go tylko nieco ponad 70 kilometrów. Wydawać by się mogło, że Niemcy mają zwycięstwo w ręku i takimi informacjami karmiono tam społeczeństwo. Faktyczny stan rzeczy, jakim było wyczerpanie możliwości dalszego prowadzenia działań wojennych, skrzętnie ukrywano przed opinią publiczną, toteż informacja, że rząd poprosił o podanie mu przez Aliantów warunków zawieszenia broni była dla Niemców szokiem! W Berlinie wybuchła rewolucja, kajzer abdykował, a na czele nowego rządu stanęły demokratyczne partie Reichstagu pod kierownictwem socjaldemokratów. 9 listopada z balkonu Reichstagu proklamowano Republikę, czym udało się nieco uspokoić nastroje tłumów.
Naczelne Dowództwo z Ludendorffem na czele, które wymusiło na rządzie decyzję o kapitulacji, nie tylko post factum zrzuciło nań za to całą odpowiedzialność, ale i odcięło się od wynikających z tego konsekwencji. Tak oto wyhodowano mit o niezwyciężonej armii, której to zdradziecki rząd „wbił nóż w plecy” i – jak pokazał dalszy bieg wydarzeń – „ciemny lud to kupił”! Prawica ukuła slogan mówiący, że lojalność wobec Ojczyzny wymaga nielojalności wobec Republiki. Taka propaganda trafiała w nastroje znacznej części Niemców tym bardziej, że rzeczywistość rysowała się w czarnych barwach. Próbowano obalić Republikę w drodze zamachu, do którego doszło 13 marca 1920 roku z użyciem wojsk garnizonu berlińskiego – co ciekawe armia odmówiła wystąpienia po stronie prawowitego rządu przeciw zamachowcom! Ostatecznie ponieśli oni klęskę tylko dzięki proklamowanemu przez SPD i związki zawodowe strajkowi generalnemu.

 

Część I – Czarne chmury

Narastające lawinowo kłopoty gospodarcze skłoniły rząd niemiecki do zwrócenia się do Aliantów o moratorium w spłacie odszkodowań, a po fiasku rokowań, do zaprzestania płatności kolejnych rat. Reakcja zwycięzców była bardzo zdecydowana. Wojska francuskie zajęły będące sercem niemieckiej gospodarki Zagłębie Ruhry. Zadało to śmiertelny cios niemieckiej marce. Najlepiej ilustrować to spadkiem jej wartości: w 1918 roku 1 dolar był wart 4 marki, latem 1921 roku stosunek ów wynosił 1:75, rok później 1:400, początek roku 1923 było to już 1: 7000, a po zajęciu Zagłębia Ruhry zaczęła się prawdziwa „jazda bez trzymanki”: 1 lipca – 1:160000, 1 sierpnia 1923 r. było jeden do miliona, by 1 listopada osiągnąć jeden do… 130 miliardów!
Gospodarczemu tornado towarzyszyła dekompozycja sceny politycznej. Codziennością stały się morderstwa polityczne: 26 sierpnia 1921 roku zamordowano Matthiasa Erzbergera, który kierował delegacją niemiecką w czasie rozmów pokojowych z Ententą, 24 czerwca 1922 roku zastrzelono na ulicy ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenau’a… Jak obliczono prawicowa ekstrema ponosi odpowiedzialność za 354 zamachy polityczne dokonane w latach 1918 – 1922.
W takiej atmosferze łatwo podgrzewać nastroje tłumów. Jednym z owych zbawców ojczyzny mienił się być niejaki Adolf Hitler. Kim był ów agitator z monachijskich piwiarni? Najkrócej rzecz ujmując jego dotychczasowe życie trudno byłoby określić jako nieustające pasmo sukcesów. Nasz bohater przyszedł na świat 20 kwietnia 1889 roku w maleńkiej miejscowości Braunau nad rzeką Inn, leżącej na granicy Austrii i Bawarii, w rodzinie urzędnika. Po pięcioletniej nauce w szkole przygotowawczej, 11 letni Adolf we wrześniu 1900 roku rozpoczął naukę w gimnazjum realnym w Linzu. Z powodu kiepskich postępów w nauce był zmuszony zmienić szkołę, by ostatecznie zakończyć swoją edukację w wieku 16 lat. Z tego okresu pozostał mu worek kompleksów wobec ludzi światłych i wykształconych, który z czasem przekształcił się w nienawiść i pogardę. Owe kompleksy zostały dodatkowo ugruntowane próbą dostania się do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, zakończoną żałosnym fiaskiem. Pomimo trudnej niewątpliwie sytuacji materialnej nawet nie próbował znaleźć w Wiedniu jakiejkolwiek pracy, żyjąc z dorywczych zajęć, pomocy otrzymywanej od rodziny i mieszkając w przytułku dla bezdomnych. Wybuch I wojny światowej zastaje go w Monachium gdzie zostaje zmobilizowany. Przez całą wojnę służy jako goniec – po zakończeniu działań wraca do Monachium, by powiększyć tam armię zdemobilizowanych, bezrobotnych mężczyzn. Po próbie rewolucji komunistycznej, denuncjuje przed wojskową komisją śledczą zwolenników przewrotu, zapewne w nagrodę dostaje pracę w Biurze Prasowo–Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu ( Monachium ), gdzie po skończeniu kursu dla wojskowych instruktorów politycznych, znajduje zatrudnienie jako wychowawca polityczny (Bildungsoffizier) z zadaniem „leczenia” ludzi z idei socjalistycznych, demokratycznych i pacyfizmu. Był to dla niego istotny krok naprzód, gdyż pozwolił mu uwierzyć we własne zdolności polityczne. Pewnie nadal dorabiał sobie jeszcze wówczas także jako konfident (jak wiemy, niejedna piękna kariera tak się zaczynała!), gdyż we wrześniu 1919 roku polecono mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium – Niemiecką Partię Robotniczą. Wkrótce został jej członkiem i po wystąpieniu z wojska całkowicie poświęcił się działalności politycznej.
Partia zmieniła nazwę na : NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza), a jej pomysł został zapożyczony od Burmistrza Wiednia – Karla Luegera, który stworzył ugrupowanie łączące masowość, jaką zapewniał program socjalny, z tak popularnym wśród Niemców i Austriaków nacjonalizmem. W swej działalności politycznej dążył do zjednania sobie warstw społecznych, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała do walki, niż paraliżowała ich wolę. Lueger opierając się na drobnomieszczaństwie i wykorzystując tradycyjną lojalność ludu wobec Korony i Ołtarza doszedł do najważniejszego wybieralnego stanowiska w monarchii Habsburgów i wygrywał bez trudu kolejne wybory.
Wobec ograniczenia traktatem liczebności niemieckich sił zbrojnych (Reichswehry) do 100 tysięcy żołnierzy, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać przeróżne ligi obrony, organizacje strzeleckie i sportowe przygotowujące pod tą przykrywką kadry dla przyszłej armii, mającej kiedyś wziąć srogi rewanż za klęskę i upokorzenie. W rozbudowie partii pomagali Hitlerowi dawni koledzy z wojska, którzy kierowali do niej ludzi z tych organizacji i starych żołnierzy – to właśnie z nich rekrutowały się pierwsze bojówki, będące zalążkiem późniejszej S.A.
Popularność nowemu ruchowi przynosiły hasła rewanżu i „ powstania z kolan”(!) narodu niemieckiego oraz kreowanie winnych przegranej wojny i wynikłych stąd konsekwencji. Winni byli komuniści, Żydzi, socjaldemokraci i demokratyczna Republika. Niewinny i pokrzywdzony był tylko NARÓD NIEMIECKI! Ludzie słyszeli z ust nazistów to, co CHCIELI usłyszeć – nic dziwnego, że coraz więcej zaczęło się z nimi identyfikować. Hitler był z pewnością największym demagogiem swoich czasów, warto zatem zapoznać się z jego receptami na dotarcie do tłumów:
Nigdy się nie wahać, nigdy nie łagodzić tego co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować (…) wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach.
Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach.
Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą.
Kluczem (do serc tłumu) jest stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.
Gwałt i terror mają własną wartość propagandową, manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające jak odpychające…
Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. W wielkim kłamstwie zawsze jest element wiarygodności (…) najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.
Ruch narodowo-socjalistyczny będzie bezlitośnie zapobiegał – w razie potrzeby przy użyciu siły – wszystkim zebraniom i odczytom, które mogłyby wprowadzić rozterkę w umysły naszych rodaków. (Jak w tym kontekście nie wspomnieć o niedawnej wizycie policji na organizowanej przez Uniwersytet Szczeciński konferencji naukowej poświęconej filozofii K. Marksa!?)
Dla zdrajców ojczyzny i dla donosicieli jedynym właściwym miejscem jest szubienica.
Naturalnie, jakiekolwiek podobieństwo głoszonych haseł, zachowań i prezentowanych powyżej recept, do działań obserwowanych współcześnie (także w naszym kraju) jest całkowicie przypadkowe…
Grzechem pierworodnym Republiki Weimarskiej była organiczna niemożność zapewnienia rządowi stabilnej większości parlamentarnej, umożliwiającej efektywne rządzenie państwem. Pomimo tego, rząd kierowany przez kanclerza Gustava Stresemanna zanotował kilka znaczących sukcesów. Po uchyleniu zakazu dostaw reparacyjnych dla Francji i Belgii udało się ustabilizować walutę, zawarto nowy układ w sprawie odszkodowań wojennych, doprowadzono do zakończenia okupacji Zagłębia Ruhry, Niemcy zostały przyjęte do Ligi Narodów, bezrobocie spadło do 650 tysięcy osób.
Nie były to dobre wieści dla nazistów, których polityczne credo najpełniej wyraził jeden z ich ideologów – Gregor Strasser na łamach „Nationalsozialistische Briefe”: Popieramy wszystko co szkodzi istniejącemu ustrojowi. Dopomagamy każdej katastrofalnej polityce, bo tylko katastrofa, to znaczy upadek liberalnego systemu rządów utoruje drogę nowemu porządkowi. Wszystko co przyspiesza katastrofę panującego ustroju, każdy strajk, każdy kryzys rządowy, każde zakłócenie porządku publicznego, każde osłabienie systemu, jest dobre, bardzo dobre dla nas i rewolucji niemieckiej. Wszyscy, którzy przeżyli tzw. „Karnawał Solidarności” z obowiązującym wówczas wśród solidarnościowych elit hasłem „im gorzej, tym lepiej”, doskonale zrozumieją, co to oznacza w praktyce … I wtedy na horyzoncie pojawił się Wielki Kryzys…
Jego skutki były dla podnoszącej się z dna upadku niemieckiej gospodarki katastrofalne. Ograniczenie handlu spowodowało ograniczenie produkcji, a co za tym idzie – wzrost bezrobocia Przestano udzielać pożyczek oraz wycofano już udzielone, spadły ceny i zarobki, zaczęły się masowe bankructwa i zamykanie zakładów pracy… Niemcy, żyjące – podobnie jak dzisiaj – z eksportu, zaczęły odczuwać kolosalne kłopoty z bilansem. Narastanie fali kryzysu znakomicie ilustruje wzrost bezrobocia: IX. 1929 – 1 320 000; IX. 1930 – 3 000 000; IX. 1931 – 4 350 000; IX.1932 – 5 102 000, by w szczytowym momencie, w 1933 roku, osiągnąć 6 000 000. Naturalnie podane dane dotyczyły tylko ZAREJESTROWANYCH bezrobotnych…
W przeprowadzonych w 1930 roku wyborach do Reichstagu dziesięć partii uzyskało ponad milion głosów każda, co misję utworzenia stabilnej większości czyniło zadaniem niewykonalnym. W takiej sytuacji każdy rząd skazany był na rządzenie w oparciu o doraźnie zawierane sojusze, wymagające często od koalicjantów wykonywania politycznego szpagatu. Liderzy zasiadających w Reichstagu partii nie byli tym szczególnie zmartwieni, gdyż słaby rząd łatwiej ulegał presji i ustępował przed szantażem. Wszechobecne intrygi partyjne i polityczne przetargi, ogół niemieckiego społeczeństwa owego czasu obrazowo określał jako Kuhhandel (handel bydłem). Zabawa trwała w najlepsze aż do końca, co znakomicie ilustruje dalekowzroczność ówczesnych niemieckich elit…
Taką właśnie sytuację zastał dr Heinrich Brüning, który pod koniec marca 1930 objął urząd kanclerza. W tym czasie nie można było już sklecić żadnej koalicji i nowy szef rządu przy każdym akcie ustawodawczym mógł polegać wyłącznie na przypadkowej i niepewnej, doraźnie zmontowanej większości w Reichstagu. Oczywiście ten taniec na linie nie mógł trwać długo. Krach nastąpił 16 lipca 1930 roku, kiedy to Reichstag stosunkiem głosów 256:193 odrzucił część rządowej ustawy budżetowej. W odpowiedzi Prezydent, w oparciu o nadzwyczajne uprawnienia przyznane mu w art.48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Ten kamyk pociągnął za sobą lawinę. Reichstag zakwestionował konstytucyjność prezydenckiego aktu, na co kanclerz w odpowiedzi rozwiązał parlament. Nietrudno było przewidzieć, że o ile kolejne wybory nie wyłonią stabilnej większości (co było oczywiste!), to demokratycznej formie rządów grozi po prostu kompromitacja.
Najwięcej na powstającym chaosie mogli wygrać naziści, którzy od początku konsekwentnie pluli na Republikę i demokratyczne formy rządzenia. Grupą docelową, na której naziści zamierzali się oprzeć w nadchodzących wyborach, byli mieszkańcy wsi i małych miasteczek i program wyborczy ich partii dla tych właśnie grup, ujrzał światło dzienne już 6 marca 1930 roku. O tym, że był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę niech świadczy fakt poparcia, jakiego te grupy społeczne udzielały nazistom, aż do samego końca. Społeczeństwu ofiarowano swojski rodzaj ekstremizmu, radykalny, antysemicki odwołujący się do powszechnego w Niemczech nacjonalizmu i ksenofobii. Ludziom imponowała energia i dyscyplina nazistów, zrozumienie i silny rezonans społeczny, znajdowały hasła wymierzone w postanowienia Traktatu Wersalskiego oraz ataki na „system” nie dający obywatelom pracy i możliwości rozwoju. Udało się wbić do głów „ciemnego ludu”, że dokonać dzieła odrodzenia narodowego może tylko NOWY ruch i NOWI, nie obciążeni przeszłością ludzie. Jeżeli ekonomiści mówią, że to i owo jest niemożliwe, do diabła z ekonomistami! Liczy się tylko wola, jeżeli nasza wola będzie bezwzględna i nieugięta zdziałamy wszystko. (…) Zbudźcie się Niemcy i stańcie się znów wolne, przypomnijcie sobie dawną wielkość i odzyskajcie dawną pozycję w świecie. A zacznijcie od wypędzenia tej starej zgrai w Berlinie – takie mowy Adolfa Hitlera i innych przywódców nazistowskich wygłaszane na setkach wieców wyborczych w całym kraju znakomicie trafiały w nastroje Niemców, a zasiane nimi ziarno pogardy i nienawiści dało nadspodziewanie obfity plon. W przeprowadzonym 16 września 1930 r. głosowaniu udział wzięło 30 milionów Niemców, 4 miliony więcej niż w wyborach 1928 roku, a wyniki zaskoczyły nawet Hitlera, liczącego na 50-60 mandatów. Tymczasem naziści zebrali 6 409 600 głosów (wobec 810 000 w 1928 roku) i ze 107 mandatami stali się drugą siłą polityczną w kraju! Ich wódz w ciągu jednej nocy z lekceważonego wiecowego krzykacza wyrósł nagle na polityka rangi europejskiej!
Co ciekawe, tzw. cywilizowana Europa bez oporów przyjęła nazistów i ich przywódcę „na salony”, czego dowodem artykuł lorda Rothermere w „Daily Mail”, w którym autor z radością(!) wita ich sukces widząc w nim… „wzmocnienie obrony przeciwko bolszewizmowi”! Ta obsesja będzie trwać do samego wybuchu wojny (a nawet krótko po rozpoczęciu działań zbrojnych!), torując zbrodniarzom drogę ku nowym podbojom. Wspomniany artykuł zabawnie kontrastuje z przedwyborczymi wypowiedziami Führera, który mówił: To nie parlamentarne większości kształtują los narodów. Wiemy jednak, że w tych wyborach demokracja musi być pokonana orężem demokracji… To wcale niedwuznaczne przesłanie pozostało programowo niezauważone… W warunkach szalejącego kryzysu rząd Brüninga mógł nadal trwać tylko dzięki nieoficjalnemu poparciu jakiego udzielali mu w Reichstagu socjaldemokraci oraz korzystaniu przez prezydenta z wyjątkowych uprawnień art.48 konstytucji, pozwalającego podpisywać potrzebne rządowi dekrety. Stwarzało to jednak istotne zagrożenie. Anormalna sytuacja, wymuszająca rządzenie przy pomocy dekretów, wobec braku możliwości oparcia się na większości parlamentarnej, ogniskowała całą władzę w państwie w rękach niewielkiej grupy osób: prezydenta – starego feldmarszałka Paula von Hindenburga (w 1931 roku 84-letniego już człowieka) oraz kilku osób z jego najbliższego otoczenia : gen. Kurta von Schleichera, syna prezydenta – Oskara von Hindenburga(pełniącego funkcję adiutanta głowy państwa) i kanclerza. Zadaniem Hitlera było zatem najpierw przekonanie tych ludzi do tego, by uznali go za partnera, a następnie upoważnili do rządzenia krajem przy pomocy prezydenckich dekretów, co zwalniało z konieczności zebrania większości parlamentarnej. Z pozoru zadanie niewykonalne, ale… Głównym rozgrywającym w obozie władzy był w tym czasie generał Kurt von Schleicher. Stosunkowo młody (rocznik 1882), zajmował specjalnie dla niego utworzone stanowisko politycznego łącznika pomiędzy rządem a armią. Inteligentny i obrotny, w gąszczu polityki czuł się bez porównania pewniej niż jego koledzy z armii. Równocześnie w świecie polityków dysponował tą szczególną, nieuchwytną przewagą, jaką dawały mu w niemieckim społeczeństwie generalskie szlify. Stary prezydent, krew z krwi i kość z kości niemieckiej armii, cieszył się w niej ogromnym autorytetem i posłuchem, ale też bardzo liczył się z jej zdaniem. To szczególne sprzężenie zwrotne decydowało o wszystkim w niemieckiej polityce, w której bez zgody sił zbrojnych niepodobna było nic zrobić.

 

Wielkie manewry

Długotrwały kryzys parlamentarny oraz sukces wyborczy NSDAP, nasunął generałowi Schleicherowi ideę… pozyskania nazistów do rządu! W ten sposób – rozumował – rząd znajdzie oparcie w stabilnej większości parlamentarnej, a wejście do rządu zmusi to ugrupowanie do firmowania niezbędnych, niepopularnych decyzji i „ucywilizuje”. Z drugiej strony Hitler miał dla swych potencjalnych sojuszników „marchewkę” w postaci 6,5 milionowego poparcia w wyborach i „kij” w postaci groźby zamachu stanu, gdyby nie udało mu się dojść do władzy w inny sposób. Paradoks sytuacji polegał na tym, że swego poparcia nie mógł on nigdy zamienić w konieczną do rządzenia większość, zaś pucz w celu przejęcia władzy nigdy nie leżał w jego planach! Swej rewolucji zamierzał dokonać pod osłoną instytucji państwa, a nie przeciwko niemu! Tylko znajomość owej układanki pozwala zrozumieć przyczyny kolejnych rozmów przedstawicieli obozu rządowego z nazistami, będących kamieniami milowymi w ich marszu po władzę.
Dalszy bieg wydarzeń śmiało może pretendować do miana politycznego thrillera wszechczasów. Pierwszą jaskółką wprowadzania w życie planu „osiodłania” nazistów było spotkanie gen. von Schleichera z Hitlerem, jakie miało miejsce wczesną jesienią 1931 roku. Po nim generał namówił prezydenta i kanclerza by także odbyli rozmowy z przywódcą nazistów. Początki były jednak mało obiecujące – obie rozmowy skończyły się na niczym. Kryzys grał jednak na korzyść nazistów, którzy gwałtownie zaczęli zyskiwać na popularności. W kolejnych ośmiu wyborach regionalnych, na NSDAP głosowało przeciętnie 35 proc. wyborców, w porównaniu z 18 proc. w wyborach parlamentarnych, które przełożyły się na przeszło 6 mln głosów. Zarówno kij jak i marchewka nabierały coraz bardziej realnych kształtów, co sprawiło, że w listopadzie i grudniu kontynuowano rozpoczęte rozmowy. W obozie rządowym pod wpływem argumentacji, że wobec siły jaką reprezentuje Hitler, jedynym wyjściem jest pozyskanie go do współpracy i wykorzystanie, zaczęto duchowo godzić się z myślą o jakiejś formie kompromisu z nazistami. Rzecz ciekawa, przy konstruowaniu owych planów, kompletnie ignorowano publiczne wypowiedzi Führera, w których całkowicie i jednoznacznie mówił, co zamierza zrobić po dojściu do władzy: Fundamentalna zasada demokracji głosi (że) władza pochodzi od narodu (lub – jak kto woli – suwerena!); (…) to naród, nikt inny ustala konstytucję; (…) jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo – socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy (nikt) nic nie poradzi …”
Kanclerz patrzył na sprawy bardziej trzeźwo, ale by przetrwać, rozpaczliwie potrzebował poprawy koniunktury lub jakiegoś sukcesu w polityce zagranicznej. Ponadto niezbędny był ponowny wybór Paula von Hindenburga na urząd prezydenta, co nie budziło entuzjazmu starego feldmarszałka, który zgodził się kandydować jedynie pod warunkiem podjęcia próby doprowadzenia do porozumienia z przywódcami partii w Reichstagu, pozwalającego zapewnić większość 2/3 głosów niezbędnych do przedłużenia kadencji prezydenta bez ponownych wyborów. Będąc pod taką presją – pomimo jasnej oceny sytuacji – kanclerz także zgodził się na podjęcie rozmów z Hitlerem. Rozpoczęto paktowanie z diabłem…

 

(Ciąg dalszy w kolejnych wydaniach weekendowych „Dziennika Trybuna”)

 

Selektywność historii i polityki

Każdy naród ma swoją odrębną historię, własne drogi i ścieżki jego życia i rozwoju; zróżnicowanie to jest zależne od tożsamości narodowej. Także od specyfiki wybijania się na odrębną narodowość.

 

Ten rozwój nacji, odrębności ma wiele społecznych, politycznych oraz międzynarodowych uwarunkowań, niekiedy ma decydujący wpływ na powstanie wspólnot narodowych. Potwierdzają to przykłady powstania wielkich imperiów, jak i ich upadek, zanikanie i wyodrębnianie się nowych suwerennych państw. Historia świata potwierdza to, a m.in. rolę wielkich imperiów kolonialnych, liczne zabory, okupacje państw, które nie były w stanie się obronić przed najazdami i agresją silniejszych. Owe uwarunkowania były też powodem rozbiorów Polski przez trzy państwa, przy decydującej roli carskiej Rosji, chociaż inicjatorem I i II rozbioru Polski były Prusy. Ten czynnik międzynarodowy był decydujący w kształtowaniu wielu (nie tylko w Europie, ale i na całym świecie) narodów, ustrojów polityczno-społecznych. Wystarczy rzut naszego wzroku na mapę polityczną świata w minionych wiekach. Iloma kolorami jest wykonana, które oznaczają podziały świata, odrębność państw, bloków, sojuszy polityczno-militarnych, na ogromnych obszarach zniewolonych narodów. Owe panowania i ich rozbójnicze działania to źródło bogaceniu się i rozwoju kapitalizmu w wielu dziś bogatych państwach Europy i Ameryki. Ten wielki potencjał powstał na krzywdzie dziesiątków narodów, pracy milionów niewolników.
Selektywne, wybiórcze, a nade wszystko instrumentalne traktowanie historii narodowej, naszego państwa także, może powodować na wiele lat ogromne szkody w świadomości historycznej kilku pokoleń Polaków. Dotyczy to zwłaszcza tych grup społecznych, ludzi, którzy nie znają przeszłości z autopsji i urodzili się już po opisywanych wydarzeniach, wielkich naszych konfliktach narodowych, rozlicznych podziałach politycznych. Ich wiedza o najnowszej historii Polaków oparta na zakłamanych opisach, zabarwionych ideologią partii konserwatywnej i liberalnej ma charakter bardzo subiektywny. Polityka historyczna zabarwiona interesami politycznymi obecnego obozu władzy mocno kiereszuje naszą historię i staje się orężem walki o władzę przez długie lata panowania nad Polską. Walka z dotychczasowymi symbolami narodowymi, ich burzenie (pomniki, tablice, imiona) i na ich miejsce tworzenie na masową skalę nowych, nawet tych, rzekomo bohaterów, którzy mają na dłoniach krew bratobójczą, co potwierdzają świadkowie tych zbrodni.
Totalna propaganda uprawiana przez państwo opanowane przez konserwatywny obóz władzy, jego partyjno-polityczny aparat, powoduje u części społeczeństwa postawy akceptowania fałszu historycznego i mitów bohaterów, tzw. żołnierzy wyklętych, niezłomnych.

 

Podzielam pogląd redaktora Marka Bielca,

który pisze: „Po co zatem szumne obchody 100-lecia? Jeśli okres PRL nie jest zaliczany do historii narodu jako czas niegodny wspomnienia, to znaczy, że ludzie wówczas żyjący też nie są godni świętowania. Po co próżne apele o pojednanie, jeśli dzieli się nasz naród niemiłosiernie na każdym kroku.”
Przed obozem obecnej władzy wszystko było złe, nic dobrego. Także ci, którzy szkodzili Polsce, państwu i społeczeństwu. My, teraz, tylko my, będziemy wszystko naprawiać, zmieniać na lepsze. Będziemy rośli w siłę i doskonalili, wzbogacali życie Polaków, poszczególnych grup społecznych. I tak nieustannie, codziennie mówi się nam, obywatelom naszego kraju. My będziemy poprawiać, likwidować zło, które pozostało po poprzedniej władzy. Tamte władze to sami szkodnicy. Przedstawiciele „dobrej zmiany”, jej bojownicy w walce o dobro mówią, przekonują nas, jaka to będzie pod ich rządami piękna i bogata Polska. Słysząc codzienne propagandowe pogadanki u wielu z nas przychodzą różne myśli i wspomnienia, a w tym także żenujące, jak ludzie światli, racjonalnie myślący mogą być aż tak bardzo zadufani, uwielbiać swoją doskonałość i samo dobro, które sobą reprezentują. Brak im w tych zachowaniach i uprawianej propagandzie odrobiny pokory i skromności. Jak można, do jakiego stopnia, zakresu głosić te hymny pochwalne pod własnym adresem. Po prostu uwielbiać siebie. Czy aby nie ulegli jakiejś odmianie narcyzmu? Przecież jest to zachowanie nieludzkie, nieczłowiecze. Czy tak powinni postępować racjonalnie myślący ludzie? Wszystko było dotychczas złe, niedobre. I teraz zastępy aniołów, nadludzie wszystko muszą doskonalić i walczyć z byłymi złodziejami, którzy trwonili dobro państwowe, tworząc własne, prywatne fortuny.
Każda formacja społeczno-polityczna tworzy, wnosi i pozostawia w naszej historii określone wartości, dorobek. Nasza narodowa historia, dzieje są sumą dokonań. Ich twórcą jest cały naród, a nie tylko grupy pyszałków i tych, którzy uważają się za najlepszych. I tylko oni teraz zrobią, co należy. Ma się nieraz wrażenie, że ci zapowiadacze, agitatorzy z ekipy „dobrej zmiany” utracili umiar i dobrą pamięć. Obym się mylił. A chciałbym się mylić dla dobra nas wszystkich chodzących po polskiej ziemi.
W ramach programu selektywnego traktowania historii z dużą determinacją m.in. tworzy się kult „żołnierzy niezłomnych”, wyklętych, nawet jeśli wyrastają oni na trupach niewinnych Polaków. Potwierdzeniem tego może być historia działań Brygady Świętokrzyskiej. Przeciętny Polak, no nie tylko, czytając niektóre gazety, wydawnictwa i urojenia dziennikarzy wygłaszane w telewizji publicznej, zarządzanej przez ludzi skrajnej prawicy, dowiaduje się, że w drugiej wojnie światowej walczyli o naszą niepodległość tylko żołnierze wyklęci. Innych nie było. Tworzy się tylko ich mit. Czyni się to za środki społeczne i państwowe, nasze, podatników. Po tym, co mówią działacze frontu ideowego, można odnieść wrażenie, że inni nie walczyli. Nawet kilkusettysięczna Armia Krajowa, największa formacja zbrojna w okupowanym kraju, która poniosła ogromne straty w walce, a w jej szeregach zginęły tysiące młodzieży, inteligencji, jest niemal w cieniu, na drugim planie tej pokiereszowanej polityki historycznej. Panowie z IPN orzekają, decydują, że każdy, kto nosił broń w czasie wojny i parę lat po jej zakończeniu, walcząc z Polską Ludową, zasługuje na pomnik, tablicę pamiątkową lub nazwę ulicy czy instytucji państwowo-publicznej. Tak zwana dekomunizacja obejmuje wszystkich, nawet żołnierzy Armii Czerwonej, tych 600 tysięcy poległych w walce o wyzwolenie i przywrócenie do Polski wielu miast. Spoczywają oni na wielu cmentarzach naszego kraju. I oni podlegają dekomunizacji w formie zakazu odwiedzania tych cmentarzy przez dzieci i młodzież szkolną. Pisano o tych faktach, o prowadzonym dochodzeniu wobec nauczycieli, którzy zorganizowali wycieczkę na cmentarz, na którym spoczywa kilkanaście tysięcy żołnierzy, czerwonoarmistów, wielu narodowości, Ukraińców, Rosjan, Białorusinów, a także Żydów oraz innych narodowości. Wśród nich są także nazwiska polskie.
Ta historyczna selekcja obejmuje także kościuszkowców, żołnierzy 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. Tych 17 tysięcy poległych i 40 tysięcy rannych inwalidów. Chciałoby się zawołać: ludzie, co wy czynicie, dlaczego nie pozwalacie im spokojnie spoczywać w grobach i niepokoicie tych, którzy jeszcze żyją?! Przecież oni walczyli, przelewali krew za Polskę, nie za bolszewików, a teraz odbiera się im honor, godność i emerytury! Czy możecie obchodzić szerokim łukiem doświadczenia, jakże drastyczne, naszego sojusznika, Hiszpanii? W tym kraju trwała krwawa wojna domowa trzy lata (1936-1939). Poległo 700 tysięcy, w tym nasi bracia Dąbrowszczacy. Dziś istnieje wielka zgoda i przyjaźń, wszyscy oni, uczestnicy tej wojny bratobójczej, mają renty i emerytury. Tak się dzieje, bo mają jakże ludzkich, mądrych polityków, którzy nie ulegli zaślepieniu i nienawiści politycznej, odrzucając dogmaty ideologiczne.

 

Wynoszeni dziś na pomniki nowi bohaterowie

otrzymują swoje ulice, tablice pamiątkowe, a przecież nie wszyscy oni byli aniołami i bohaterami.
Jak wspomniałem, ogromny zakres obchodów 100-lecie odzyskania niepodległości, ich program opracowano i realizuje się w połączeniu z rozległą działalnością władzy w związku z wyborami do samorządów. Ma się odbyć 700 spotkań bojowników politycznych „dobrej zmiany”, na których upowszechnia się program i dążenia siły przewodniej, czyli PiS. W tych obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości nie uwzględniono 40. lat istnienia PRL. Po prostu nie są one wliczone do historii narodu polskiego. I po co te bardzo wzniosłe apele o pojednanie, likwidację podziałów społecznych, dzielenie nas na dobrych i złych Polaków, którym odbiera się nieludzko ich radość w jesieni ich życia. Czy ten heroiczny wysiłek w budowaniu niemal nowej Polski po wojnie przez miliony Polaków, te czasy 40-lecia są niegodne wspomnień, szacunku dla kilku pokoleń naszych obywateli? Przecież idee socjalistyczne nie zostały przywiezione do Polski przez drugiego „okupanta”. Panie, przebacz im, albowiem nie wiedzą, co mówią, rozum poplątał im mowę. PPS powstała jako partia socjaldemokratyczna już w końcu XIX wieku, a nie po wojnie. Jej program upowszechniał sprawiedliwość społeczną, żądanie pracy i chleba, walkę z nieludzkim wówczas kapitalizmem, jego uczłowieczenie.
Powstanie Polski Ludowej i jej kształt ustrojowy to decyzja wielkich mocarstw, zwycięzców z koalicji antyniemieckiej, antyhitlerowskiej. Ci dzisiejsi, nowi bohaterowie, tacy wspaniali, niezłomni, strzelali do tych żołnierzy, Polaków, którzy na czapkach mieli orła bez korony, szli ze Wschodu i na całym szlaku bitewnym broczyli polską krwią, by jak najszybciej zmniejszyć skalę zbrodni Niemców na ziemi polskiej. Strzelali także do tych, którzy podjęli ogromny trud odbudowy ojczystego kraju, budowy Polski na morzu gruzów i zgliszcz, które po sobie okupant niemiecki pozostawił. Byliśmy wówczas ziemią spaloną. Widziałem, doświadczyłem. Niemal wszystko leżało w gruzach. Mój dzisiejszy Wrocław powstał z morza gruzów. Tylko 20 proc. budynków ocalało. I dziś te pokolenia, w tym dzieci i młodzież wojny, które wniosły największy wysiłek w ten gigantyczny czyn odbudowy kraju, w stworzenie warunków do życia i pracy dla 14. milionów urodzonych Polaków w czasach Polski Ludowej (z 24. do 38. milionów) są poniewierani i oskarżani, że zostawili po sobie ruiny. Polska Ludowa to czarna plama. Jakie to nieludzkie i niesprawiedliwe, wręcz niemoralne i niekatolickie. Obraża to miliony obywateli mojego kraju, mojej Ojczyzny, Polski. Jeszcze nie słyszeliśmy, by ktoś z obozu władzy wspomniał, iż wśród żołnierzy niezłomnych byli i tacy, którzy mają w swoich działaniach rozboje, morderstwa, rabunki mienia prywatnego i udział w bandyckich działaniach.
W moim życiu miałem dwa spotkania z żołnierzami wyklętymi i niezłomnymi, którzy walczyli rzekomo tylko o niepodległą Polskę. Pierwsze latem 1946 i drugie jesienią 1947 roku. Byłem nieletni, rocznik 1932. Byłem też uczestnikiem i trzeciego spotkania latem w 1947 roku, ale nie z nimi, lecz z ich ofiarami. Pamiętam do dziś siedemnaście jasnych trumien poległych. Nieśli je na ramionach ich koledzy. Ustawili je w centrum Sokołowa Podlaskiego na placu, gdzie stał, i stoi do dziś, pomnik jednego z dowódców powstania styczniowego z 1863 roku, księdza Stanisława Brzóski. Parę lat później ich prochy rodziny przeniosły na cmentarze katolickie. W czasach Polski Ludowej te ofiary bratobójczej walki miały swoją ulicę. Już jej nie mają.

 

Parę zdań o spotkaniach z żołnierzami wyklętymi, którzy mieli walczyć tylko o niepodległą i wolną Polskę.

Lato 1946 roku. Jedziemy z ojcem furmanką do miejscowości Sterdyń. Niewielkie miasteczko w naszym powiecie. Tam w poniedziałki odbywały się targi. Sprzedawano i kupowano niemal wszystko, w tym zwierzęta hodowlane. Jedziemy z ojcem furmanką kupić krowę. Parę kilometrów za miastem po jednej i drugiej stronie drogi zaczynają się zarośla i las. Nagle przed nami wyłania się paru panów leśnych w różnych ubraniach, cywilne osoby miały na rękach opaski biało-czerwone. Konia za uzdę i wprowadzeni zostaliśmy w głąb lasu. Siedziałem za ojcem na snopku słomy, jeszcze zdążył mi on przekazać zawinięte w szmatę pieniądze na krowę. Zdążyłem je wepchnąć w środek słomy, na której siedziałem. Rozpoczęła się rewizja kieszeni. W kieszeni górnej letniej koszuli miałem kilkaset złotych. Zabrali mi je. Przewracano kilka razy snopek słomy. Strach mnie ogarnął, że nie będzie krowy i mleka do kartofli i kaszy. Jadało się ziemniaki z mlekiem na kolację i na śniadania. Gdy już swoje „niepodległościowe” zadania wykonali, nakazali nam przez 30 minut nie ruszać się z miejsca. Oczywiście pod groźbą, że będziemy obserwowani. Nie będę relacjonował, co mówili nam podczas tej ich bojowej operacji przeciw Polakom, którzy chcieli wreszcie żyć i pracował po strasznych przeżyciach wojennych. I kolejne spotkanie jesienią w 1947 roku. Kosów Lacki. Też miasteczko gminne naszego powiatu. Pojechałem tam jako wysłannik do znajomych w interesach małego handlu. Wieczór. Godzina 23oo. Ciemno. Wysiadam z pociągu. Na małej stacji sporo osób w mundurach WP i z bronią. Stacja była otoczona. Kierowano nas do baraku poczekalni. Tam czekaliśmy, aż opróżnili kasę PKP i bufetu. Wreszcie pozwolono nam iść do miasta tylko jedną ulicą, na której byli żołnierze niezłomni na posterunkach. Mijałem je aż do skrętu przy Kościele. Dalej nie mogłem iść. Wracam. Na miejscowym posterunku MO wojsko i milicjanci bez broni i pasów. Głośne rozmowy. Uciekam, mogą strzelać. Centrum miasta. Idę. Stoi kilka samochodów ciężarowych. Wynoszą ze sklepów różne towary, w tym skrzynki wódki, bele materiałów itp. Zamiast się gdzieś ukryć, stałem jak gapa, przyglądając się, czym to wojsko się zajmuje. Jeden z nich krzyknął na mnie, polecając noszenie różnych skrzynek. Jednego z nich poznałem. Tak, to on, z naszego miasta. Spojrzał na mnie. Dziś ma już swoją ulicę. Bohater, „żołnierz niezłomny”.
Prawica, selekcjonując historię Polaków, zawłaszcza ją, przemilcza ważne wydarzenia będące wysiłkiem pokoleń, ich charakter, często przestępczy. Bo były one dziełem tych jej autorytetów i polityków, którzy są dziś wzorem moralnym dla partii konserwatywnych i liberalnych. Całek zjednoczonej prawicy. A były często zaprzeczeniem jej aktualnych programów i haseł; wizji i wezwań ideowo-politycznych. Przywołują pamięć, wskazują jako przykład wielkiej mądrości osoby, polityków, którzy w II RP popełniali czyny niegodne, a nawet zbrodnicze, karalne w ówczesnych demokracjach europejskich. Obiektywna ocena przeszłości prawicy byłaby wielce szkodliwa dla obozu władzy. Dlatego przemilcza się i chowa pod dywan to, co było w historii krytyczne. A sporo było działań i decyzji antydemokratycznych, wręcz antykonstytucyjnych. Ograniczenie wolności, prześladowania polityczne i brutalna walka z opozycją niemal przez cały okres 20-lecia międzywojennego.
Jakie to problemy i wydarzenia przemilcza prawica organizująca z dużym rozmachem obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. A były to sprawy w najnowszych naszych dziejach o ogromnym znaczeniu narodowym, które stały się przyczyną słabości i upadku Polski, jej wieloletniej okupacji niemieckiej. W tym opracowaniu nie będę ich komentował. Ograniczę się do ich wyszczególnienia. Właśnie okoliczność jest stosowna, by historycy i publicyści się wypowiedzieli. Politycy także, a może przede wszystkim. Czy to uczynią? Czas okaże. Bo jak dotychczas tego nie robili.

 

Oto problemy dotychczas przemilczane z naszych narodowych dziejów:

• zamach majowy w 1926 roku, obalenie przez wojsko rządu i prezydenta, 372. poległych i ponad 900. rannych na rozkaz komendanta, wodza narodu i dziś głównego bohatera, którego prawica traktuje z ogromną czcią i jego postępowanie przyjęła jako chwalebną historię i tradycję;
• dyktatorskie i antydemokratyczne sprawowanie władzy przez sanację aż do utraty niepodległości w 1939 roku;
• brutalne zwalczanie przeciwników politycznych, opozycji parlamentarnej, proces brzeski centrolewicy;
• ponad 1000 poległych robotników i chłopów w manifestacjach żądających chleba i pracy;
• zorganizowanie obozu w Berezie Kartuskiej, w którym znęcano się i stosowano tortury w stosunku do tych, którzy byli przeciwnikami marszałka;
• ponad 4000 więźniów politycznych aż do 1939 roku, nie tylko działaczy lewicowych, socjalistów, komunistów, ale i partii i stronnictw PSL;
• mordy przeciwników politycznych, którzy zginęli w okolicznościach dotychczas niewyjaśnionych;
• bankructwo polskiej polityki zagranicznej, co było przyczyną ponownej utraty niepodległości i okupacji niemiecko-rosyjskiej.
Nie są to wszystkie problemy, o których się nie mówi i trwa cisza o nich w obozie władzy. Dla myślących obywateli wiadomo, dlaczego.

 

Przecież są to jakże ważne sprawy, one bowiem zaważyły o tragicznych losach Polaków, o sześciu milionach poległych obywateli naszego kraju.

A teraz trochę polityki. To wszystko, co posiadamy jako państwo polskie, czym ono jest wśród narodów świata, to praca setek i dziesiątek lat tych, którzy wzięli w swoje posiadanie ziemie, na których powstało państwo polskie. To wszystko, co stworzono między Bugiem a Odrą, to ogromna praca wszystkich pokoleń, mieszkańców tych obszarów. To nie wynik pracy i działań jednej partii, opcji politycznej, jednej grupy społecznej, obozów władzy. Jest to suma dokonań nas wszystkich. Kolejne władze w różnym stopniu kontynuowały dzieło swoich poprzedników. Nie trzeba być wielkim politykiem, by wiedzieć, że to, co było dobre za czasów poprzedniej władzy, która przekazała ster państwa innym, powinno być kontynuowane, doskonalone i wzbogacane o nowatorskie rozwiązania. Przecież są uniwersalne zasady kierowania nawą państwową, są też zasady kultury politycznej, o których myślący racjonalnie politycy obejmujący ster państwa powinni pamiętać.
Tego, czego doświadczamy obecnie, jeszcze nie było od czasu zakończenia drugiej wojny światowej. Każde poprzednie rządy przejmując władzę starały się lepiej lub gorzej, w większym lub mniejszym zakresie wykorzystywać to, co dobrego dokonali poprzednicy. Najskromniejsza chyba była koalicja SLD-PSL, bo dała sobie wmówić, że jej mniej wolno i w wielu dziedzinach społeczno-gospodarczych to była po prostu kontynuacja władz poprzednich, liberałów wykonujących zalecenia doradców amerykańskich, które okazały się wielce szkodliwe dla społeczeństwa i całej naszej gospodarki. Wolna ręka rynku miała kierować naszą gospodarką. Wynik był taki, jaki każdy z nas widzi i ponosi skutki biedy i bezrobocia naszych obywateli. Przykładem jakże przekonującym mogą być PGRy, ich pół miliona pracowników. Czesi byli bardziej samodzielni i ich reformy były bardziej ludzkie, a nie rodem ze zbójeckiego kapitalizmu. Słuchając wypowiedzi w telewizji i czytając niektóre gazety, ma się wrażenie, że niektórzy politycy utracili kontakt z rzeczywistością historyczno-społeczną. Ruina. Tu nic nie było, niczego nie załatwiono w tej Polsce, dopiero oni, partia prezesa, konserwatyści będą budować, wszystko zmieniać i doskonalić.
Ani PO, ani też PSL nie są moimi idolami, Daleko mi do nich. Ale jak można w każdym przemówieniu i wystąpieniu mówić, że przed nami nic nie zrobiono, niczego nie dokonano, a jedynie rozgrabiono dobro narodowe, okradając Polaków. Teraz my wszystko będziemy zmieniać (zadufani w dobrej zmianie). Obóz władzy będzie wszystko poprawiał, bo poprzednicy to grupa nieudaczników. Oni są inni, lepsi, niemal idealni. Panowie, trochę skromności i pokory. Ten narcyzm może okazać się szkodliwy dla Polaków. Jaka to mądra władza, nowa władza, robi, buduje wszystko od nowa, od podstaw. Ba, państwo było teoretyczne, nie było go. Gdzie tu logika i zdrowe myślenie, by nie mówić bardziej dosadnie. Czyż to nie jest historyczne kłamstwo, że nasi poprzednicy niczego dobrego dla Polski i jej mieszkańców nie zrobili. A może coś robili, dokonali, co można wykorzystać, poprawić, lepiej zrobić w nowych uwarunkowaniach międzynarodowych (relacje z UE, kontakty gospodarcze z niektórymi krajami Europy i świata). Niestety, totalna krytyka byłych włodarzy państwa. Żołnierze „dobrej zmiany” nieustannie gromią słownie poprzedników, którym także głównie chodzi o ponowne przejęcie władzy w naszym kraju. Wali się w nich jak cepami w kaczy kuper. Chciałoby się zawołać na cały głos: panowie, opamiętajcie się! Co czynicie, czy to służy Polsce i nam, jej mieszkańcom? Nieustanne kopanie leżącego jest przecież wysoce niemoralne, nieetyczne, nieusprawiedliwione. Tylko wciąż afery i afery, nawet te małe. Afery były, są i jeszcze długo będą, jeśli się nie stworzy odpowiedniego systemu prawnego w funkcjonowaniu struktur naszego państwa. Dlaczego nasi biskupi i proboszczowie nie wypowiadają się na ten temat, jakże ludzki i chrześcijański temat. Doprawdy, niczego w naszej najnowszej historii nie dokonano? A dekada Gierka, w tym budowa kościołów, szeroki strumień inwestycji. Polska powstała na popiołach minionej wojny lat 1939-1945. Otwarto się na Zachód. A ten ogromny skok cywilizacyjny to czyje dzieło, nie Polaków? To wszystko, co dokonały poprzednie pokolenia, obecnie procentuje w nowoczesnym rozwoju kraju.
Wciąż się krzyczy, że PO jest totalną opozycją. Nie mam zamiaru być obrońcą tego ugrupowania politycznego. Ale to, co robi obóz władzy, jej zapiekłość oraz nienawiść do wielu grup i środowisk społecznych nie ma charakteru także totalnej negacji byłych rządów? Godzi się programowo w honor wielu Polaków, którzy budowali, a faktycznie odbudowali Polskę. Razi wielu z nas wielka sprzeczność głoszonych haseł, wezwań do pojednania i porozumienia. Jest tu wyraźny rozbrat między hasłami, zaklęciami ideowo-patriotycznymi, a tym, co się czyni, uchwalając ustawy i przyjmując decyzje partyjno-rządowe. Dzieli się nas, Polaków, na dobrych i złych. Po prostu wyrokuje się z urzędu, kto jest, a kto nie jest patriotą naszej Ojczyzny. Czy moralne jest, by jedna partia tworzyła kryteria oceny, kto jest dobrym Polakiem i patriotą, a kto nie jest. I już na koniec. Trzeba mieć świadomość, że wahadło historii, szczególnie naszej historii, jak już to bywało, i to wielokrotnie, może zmienić kierunek swoich uderzeń. Im wcześniej to zrozumieją politycy prawicy, tym lepiej dla nich, a dla Polski szczególnie. Są wartości w tradycji naszego narodu o szczególnym znaczeniu moralnym. To one były i są motywem walki oraz czynu wielu pokoleń Polaków w trudnych latach naszej przeszłości. Tymi wartościami jest patriotyzm, umiłowanie Ojczyzny i honor narodowy. Podziały społeczne, bitwy polsko-polskie godzą w naszą godność narodową w oczach innych nacji. Właśnie obchody 100-lecia odzyskania niepodległości mogą być bardzo dobrą okazją do jedności w najważniejszych sprawach naszej narodowej racji stanu. Czy tak się stanie? Pożyjemy, zobaczymy.
Podzielam pogląd, że największą szkodą jest zakłamanie naszej historii, ale także historii innych narodów. Gospodarkę można odbudować. Trudniej będzie z wiedzą młodzieży o okresie międzywojennym i wojnie, o PRL. Jest ona bowiem bardzo daleka od prawdy historycznej.