Lizaki i landrynki

Wszystko może okazać się bronią, aby dziecko omamić i skazać na cierpienie. Zabójcze mogą być nawet lizaki i cukierki.

Niepozornie wyglądający oficer NKWD znęcił dziewczynkę lizakiem, żeby nieświadomie wydała swego ojca. Potem go zabił. Komendant Wiesiołowski z granatowej policji w Biłgoraju rozdawał polskim dzieciom cukierki za odnalezienie dzieci żydowskich. Potem je zabijał.
Anonimowy oficer NKWD to postać fikcyjna z przejmującej powieści ukraińskiej pisarki Marii Matios „Słodka Darusia”. Komendant Wiesiołowski to postać z krwi i kości – jego przerażające czyny opisał w swoim wspomnieniu leśniczy Jan Mikulski.
Słodka Darusia
We wsi nazywali ją słodką Darusią. Może przez jej strach przed słodyczami. Sąsiedzi uważali ją za głupią. Bo od czasów wojny nie mówiła. Tę zagadkę zawiązanych ust nie od razu rozwiązuje Maria Matios, autorka najsłynniejszej powieści ukraińskiej XXI wieku. Powieść zdobyła wiele prestiżowych nagród, weszła do lektur szkolnych, jej adaptacje trafiły na deski kilku scen.
Ukazała się także po polsku w tłumaczeniu Anny Korzeniowskiej-Bihun (2010). Stała się też materiałem monodramu „Słodka” Marty Pohrebny. Jego reżyserka, Małgorzata Paszkier-Wojcieszonek o bohaterce powieści mówiła tak: „Darusia jako dziecko zdradza naiwnie informację o swoich rodzicach. NKWD-zista wyciąga z Darusi niezbędną informację, darując dziecku słodki lizak. Potem zabija jej ojca, a matka popełnia samobójstwo. Obejmując nogi martwej matki, Darusia krzyczy „Mamo!!!” i traci głos”.
Maria Matios maluje losy swojej bohaterki na przestrzeni wielu lat: przed wielką wojną, w jej trakcie i w latach 70. ubiegłego wieku. To opowieść o innych, mniej widocznych ofiarach wojny, tych, którzy nie zginęli, ale których życie się skończyło. Wszystko za sprawą lizaka, słodkiego czerwonego kogucika, którym zwiedziona, Darusia wyznała szczerze wszystko, co wiedziała o gościach tatusia. Bezwiednie zaprowadziła rodziców na śmierć. W takiej zatrważającej metaforze Maria Matios zawarła losy Ukrainy.
Zabawa w chowanego w Biłgoraju
„Podobne sceny odnotował w swoich wspomnieniach leśniczy Jan Mikulski, który pojawił się w Biłgoraju 2 listopada 1942 roku, żeby wypłacić z banku pieniądze dla robotników leśnych. Tego właśnie dnia, jak się dowiedział, likwidowano biłgorajskie getto: „Na ulicach, wolnych placach i ogródkach leży wiele trupów kobiet i dzieci. Komendant polskiej policji Wiesiołowski, otoczony kilkudziesięciu dzieciakami w wieku od 6-12 lat przeszukuje podwórka, strychy, piwnice i komórki. Za każde znalezione [i – J.G.] przyprowadzone dziecko żydowskie rozdaje polskim dzieciom landrynki. Małe żydowskie dzieci łapie za kark i strzela małokalibrowym rewolwerem w głowę”.
Cytat ten przywołuję za książką Janą Grabowskiego „Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów” (2020). Wiele w niej podobnych świadectw. Tak wiele, że nawet niektórzy recenzenci wytykali autorowi, że książkę czyta się jak reportaż, że przypomina reportaż, choć jednocześnie spełnia wszelkie wymagania historycznej pracy naukowej.
Przetrząsanie archiwów
Książka Grabowskiego to praca pionierska. Jej wewnętrzny recenzent, profesor Marcin Zaremba (UW) oceniał, że „jego książka to najważniejsza pozycja od czasów „Sąsiadów” Jana Tomasza Grossa”. Tak wysoka ocena tej pracy w dziedzinie badań dziejów Zagłady wynika w dużej mierze z faktu, że wypełnia ona białą plamę w dotychczasowych badaniach. Nie było bowiem żadnego poważniejszego opracowania, ujmującego tak wielostronnie rolę polskiej policji granatowej i kryminalnej w „ostatecznym rozwiązaniu”. Co więcej, jeśli w ogóle wspominano o związku policji granatowej z niemieckimi zarządzeniami i działaniami przeciw Żydom, to raczej sugerowano, że granatowi wyciągali pomocną dłoń, a nie dłoń po sowite łapówki, a często dłoń z bronią gotową do strzału.
Autor przetrząsnął archiwa, sięgając po zachowane materiały policyjne, niekiedy bardzo precyzyjnie opisujące poszczególne zdarzenia, jak poszukiwanie i zatrzymanie Żydów, liczba oddanych strzałów, czasem nazwiska ofiar. Sięgnął także po raporty niemieckie, książki i wspomnienia niepublikowane, informacje prasowe. Mimo że archiwa zostały w dużej mierze przetrzebione przez sprawców zbrodni i gwałtów, to co udało się profesorowi Grabowskiemu zebrać, wystarczy, aby wyrobić sobie pewność o sprawczym udziale w Zagładzie granatowych i kryminalnych, a także strażaków z Ochotniczych Straży pożarnych (i wielu samorzutnie działających cywilów).
Autor ukazuje ten udział jako postępujący proces, rozwijający się w ciągu lat okupacji – od początków stosunkowo „niewinnych” zadań „porządkowych” (pilnowanie noszenia gwiazdy Dawida), przez nasilający się nadzór granatowej policji nad gettami, a potem pośredni bądź bezpośredni udział w ich likwidacji, aktywne wyłapywanie ukrywających się po aryjskiej stronie, po gwałty, rabunki i morderstwa w biały dzień, niekoniecznie na życzenie Niemców. Profesor Grabowski zauważył rosnącą rolę policji granatowej w ciągu tych lat, ale też w zależności od położenia posterunku na prowincji, gdzie nierzadko polscy policjanci działali bez bieżącego nadzoru niemieckiego. Prowadzili wtedy akcje przeciw Żydom na własną rękę – i nie tyko chodziło o ewentualne łupy.
Jak to się stało?
Jednym z motywów podjęcia się tej gigantycznej pracy było dla autora pragnienie odnalezienia szyfru, który sprawiał, że przeciętny, zwyczajny człowiek stawał się brutalnym grabieżcą i mordercą. Trudny przecież do zrozumienia jest mechanizm przyzwolenia na zbrodnie, bez wyraźnego stawienia czoła prawdzie o zakorzenionym szeroko antysemityzmie, o złowrogiej roli kościoła katolickiego i ruchów nacjonalistyczno-faszystowskich, które ukorzeniały w polskiej świadomości żywiołową niechęć do Żydów. Bez tego tła, nie sposób pojąć, jak ludzie stawali się drapieżcami, polującymi na sąsiadów, często kolegów ze szkolnej ławki.
„Przystępując do pisania tej książki – pisał na zakończenie Jan Grabowski – pragnąłem znaleźć odpowiedź na pytanie, które trapi historyków zajmujących się historią ludobójstw. Nie tylko historyków Zagłady, lecz także badaczy zajmujących się wyniszczeniem Ormian czy też wymordowaniem Tutsich. Pytanie jest proste: dlaczego i w jaki sposób z pozoru normalni ludzie przekształcają się w masowych morderców? Przeglądając dziesiątki tysięcy stron archiwalnych dokumentów, słuchając nagranych relacji, czytając książki i artykuły poświęcone tej tematyce, miałem nadzieję, że z czasem zbliżę się do znalezienia odpowiedzi na nurtujące mnie (i wielu innych) pytanie. Niestety w miarę postępu lektury i namysłu cel się oddalał”.
Potępienie i hołd
„15 sierpnia 1944 Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego rozwiązał granatową policję, uznając ją za formację kolaborancką, pozostającą na usługach wroga”. Ale nowe władze nie wykazywały szczególnej aktywności w wymierzaniu sprawiedliwości polskim prześladowcom Żydów. Większość kary uniknęła.
13 listopada 2012 podczas uroczystości odsłonięcia obelisku [na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Płaszowie] upamiętniającego granatowych policjantów rozstrzelanych przez Niemców jesienią 1943 roku przedstawiciel stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939” mówił: „Cieszymy się, że dożyliśmy chwili, w której możemy przywrócić dobre imię granatowym policjantom. Wymazujemy białą plamę służby granatowego policjanta, uzupełniamy ją o ich bohaterskie czyny i walkę z okupantem w podziemnych strukturach ZWZ AK. Dziś przywracamy im pamięć, składamy im hołd”.
Części z nich, ale nie całej formacji, na pewno hołd się należy. Jaka to część, trudno wyliczyć i pewnie nigdy się tego nie dowiemy. To zresztą jeden z niemądrych powtarzanych zarzutów przeciw Grabowskiemu, który nie ujął zbrodni granatowych statystycznie. Rzecz w tym, że to zadanie niewykonalne wobec stanu archiwów i braku świadków.
„NA POSTERUNKU. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w zagładzie Żydów”, s. 429, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.

Różne obozy koncentracyjne

18 lipca 1940 roku, gen. Władysław Sikorski, premier rządu polskiego na uchodźstwie w Wielkiej Brytanii, zakomunikował polskiej Radzie Narodowej w Londynie, że „polskie sądownictwo nie istnieje, dlatego ci, którzy robią intrygi, zostaną wysłani do obozu koncentracyjnego”.

Tak jak Berezę Kartuską zorganizowali piłsudczycy dla swoich przeciwników, tak teraz Sikorski i jego stronnicy w ramach odwetu poszli tym samym torem rozumowania. Dowódca wojsk w Szkocji gen. Marian Kukiel, otrzymał od Sikorskiego zadanie utworzenia specjalnego obozu dla przeciwników, więźniów politycznych i osób uznanych za wrogie stronnictwom tworzącym Rząd Londyński. Takich obozów powstało w sumie na Wyspach Brytyjskich sześć, w polskich bazach wojskowych, na mocy brytyjskiej ustawy pozostających pod jurysdykcją rządu na emigracji.
Pierwszy obóz w Rothesay na wyspie Bute (Szkocja) dla kamuflażu, by nie zrażać aliantów, nazwano „zgrupowaniem oficerów nieprzydzielonych” lub Stacją Zborną Oficerów Polskich. W obozie nie było drutów, gdyż Rothesay leżało na wyspie, a jedyny kontakt ze światem stanowił niewielki port: wystarczyło go zablokować. Przetrzymywano w nim oficerów, których Sikorski uznał za politycznych rywali w rządzie emigracyjnym, także Żydów i komunistów. Taki los spotkał na przykład Izaaka Deutschera, słynnego biografa Trockiego i Stalina, publicysty, historyka i marksisty, a także tłumacza literatury żydowskiej na język polski, urodzonego w Chrzanowie. Deutscher zgłosił się do polskiej armii na ochotnika, po czym został natychmiast aresztowany i zesłany do obozu na wyspie Bute.
Obóz w Tighnabruaich w Szkocji miał już drut kolczasty i wieże strażnicze, podobnie jak kolejne w Kingledoors, Shinafoot, Inverkeithing i Auchterarder. Każdy, kto służył w przeszłości w polskiej armii, mógł zostać do niej ponownie powołany, a jeśli odmówił, można go było uznać za dezertera i wysłać do takiego obozu. Na podstawie „kapturowej” decyzji jakichś, bliżej nieokreślonych gremiów. W praktyce oznaczało to, iż za dezertera mógł zostać uznany każdy Polak mieszkający w Wielkiej Brytanii, jeśli tak uznał Władysław Sikorski i jego najbliższe otoczenie. Powolne sądy wojskowe – zorganizowane jakiś czas po 1940 roku – wydawały wyroki wedle zapotrzebowania władzy.
Brytyjczycy mieli na temat osoby premiera polskiego i całej ówczesnej emigracji kiepskie mniemanie. Sikorski w ich oczach kierował się głównie subiektywnymi sympatiami i uprzedzeniami, chciał np. za wszelką cenę odsunąć od siebie ludzi, z którymi się w czymkolwiek nie zgadzał. Wystarczyło stać na innych pozycjach – politycznych, kulturowych, religijnych, aby zostać zesłanym. Spotkało to m.in. tak zasłużonych ludzi jak Mariana Zyndram-Kościałkowskiego (były polski premier) i gen. Ludomiła A. Rayskiego (były dowódca polskich sił powietrznych). Ale do obozów zsyłano też np. homoseksualistów, bo w mniemaniu Sikorskiego były to jednostki o niewłaściwym charakterze moralnym.
Wśród polskiej emigracji, a już szczególnie w armii, świetnie miał się również przywleczony z II RP antysemityzm. 6 kwietnia 1944 r. w Izbie Gmin posłanka z Doncaster Evelyn Walkden zwróciła uwagę na taki oto epizod: dowództwo Wojska Polskiego zażądało od Brytyjczyków, by w na żadnej imprezie proponowanej polskim wojskowym jako rozrywka i sposób na spędzanie wolnego czasu nie było jakichkolwiek artystów żydowskiego pochodzenia. Były też okoliczności dużo bardziej drastyczne: większość osadzonych w obozach Sikorskiego miała żydowskie pochodzenie. W 1941 r. w parlamencie brytyjskim pojawiła się interpelacja dotycząca zatrzymania dwóch braci Benjamina i Jacka Azjenbergów, którzy zostali zabrani przez polskich żołnierzy z Londynu do obozu w Szkocji. 29 października 1940 r. strażnik w obozie w Kingledoors zastrzelił żydowskiego osadzonego Edwarda Jakubowskiego…
Ponad połowa polskich żołnierzy stacjonujących na Wyspach służyła wcześniej w armii niemieckiej. Może to być zaskakujące, ale takie są fakty wynikające z brytyjskich dokumentów. Wywiad donosił, że wielu Polaków wstąpiło do Wermachtu zaraz po 1939 r., dobrowolnie albo w wyniku przymusowego poboru. Po wzięciu do niewoli przez Brytyjczyków, przede wszystkim w Afryce Północnej, zmieniali stronę i wstępowali do polskiej armii. Z danych brytyjskiego biura wojny z roku 1943 wynika, że na 39 000 mężczyzn w polskiej armii, 22 484 wcześniej służyło w Wehrmachcie. Można zrozumieć, że wielu polskich Żydów wolało uniknąć służby w takiej jednostce.
Dyktatury i systemy autorytarne uważają obozy koncentracyjne za element przydatny i skuteczny w rządzeniu. II RP nie była wyjątkiem. To, że od takich metod zastraszania opozycji nie stroniono nawet na emigracji, wystawia fatalne świadectwo polskim elitom, ich mentalności i sposobie pojmowania dobra wspólnego. Walcząc z faszystami nie stroniono od antydemokratycznych metod zarządzania.
Powstanie obozów koncentracyjnych było skandalem i powodem do wstydu. Czy Szkoci nie wiedzieli, co się dzieje na ich podwórku? Jeden z obozów – Inverkeithing – znajdował się zaledwie osiem mil od Edynburga, nie był zlokalizowany w szczerym polu. Tyle że… Brytyjczycy stworzyli wiele własnych obozów jenieckich, obozów internowania czy miejsc odosobnienia. Na wyspie Man funkcjonował brytyjski obóz koncentracyjny, w którym przetrzymywano bez sądu niemieckich Żydów podejrzewanych spełnianie roli hitlerowskiej piątej kolumny. Jedno czy dwa dodatkowe miejsca otoczone drutem kolczastym nie zwracały już uwagi, tym bardziej, gdy miejscowej ludności dano do zrozumienia, że w obozach przebywają kolaboranci, niemieccy sympatycy czy szpiedzy. W czasie wojny oczekiwano od ludzi milczenia w sprawach związanych z siłami zbrojnymi, nie tylko brytyjskimi.
A jednak w miarę upływu czasu na temat obozów padało coraz więcej pytań. Szkoccy deputowani, na których terenie obozy działały, nie mogli na miejscu uzyskać prostych odpowiedzi na swe wątpliwość. W 1945 r. pod naciskiem ZSRR został powołany nowy rząd w Polsce, a część Polaków na Wyspach chciała wrócić do kraju. To jednak nie podobało się polskiemu rządowi na uchodźstwie, który próbował przeciwdziałać powrotom. Zamieszanie dyplomatyczne doprowadziło do sytuacji, kiedy to 14 czerwca 1945 r. w moskiewskiej „Prawdzie” oskarżono brytyjski rząd, iż ​​w Inverkeithing w Szkocji prowadzony jest obóz koncentracyjny oraz że więźniowie zostali rozstrzelani podczas rzekomej ucieczki. Dla Brytyjczyków takie informacje płynące ze strony sojusznika koalicji anty-hitlerowskiej były zawstydzające i kompromitujące. Tego samego dnia Robert McIntyre, poseł z Motherwell, zapytał w Izbie Gmin Sekretarza Stanu Szkocji, czy zapewni on inspekcję wszelkich instytucji karnych, obozów koncentracyjnych, koszar lub więzień prowadzonych w Szkocji przez obce rządy. Odpowiedź głosiła, że Brytyjczycy nie mają nad nimi jurysdykcji.
Dyskusja została dodatkowo rozgrzana doniesieniem o aresztowaniu szefa polskiej agencji prasowej w Londynie w jego biurze przy Fleet Street, reprezentującego rząd PKWN-u w Warszawie. Dr Jan Jagodziński był, to chyba nikogo nie zaskoczy, kolejnym Polakiem pochodzenia żydowskiego. Został zabrany z Londynu do Szkocji i osadzony w obozie w Inverkeithing. Jagodziński został wkrótce zwolniony, ale prasa rozdmuchała ten skandal i żądała odpowiedzi. Dziennikarze zostali zaproszeni do obozu w Inverkeithing… Pierwszą osobą, z którą rozmawiali, był kolejny Żyd (Josef Dobosiewicz, 23-letni żołnierz armii kanadyjskiej, osadzony w obozie z racji polsko-żydowskiego pochodzenia). Powiedział im, że niektórzy więźniowie byli wiązani łańcuchami, a tydzień wcześniej ktoś został zastrzelony przy próbie ucieczki. Prawie rok później, w kwietniu 1946 r., czyli 12 miesięcy po zakończeniu wojny, posłowie w Izbie Gmin ciągle składali interpelacje parlamencie na temat żydowskich żołnierzy. Polskie obozy koncentracyjne wciąż funkcjonowały…
Minęło 75 lat. Ciągle nie wyjaśniono wszystkich szczegółów funkcjonowania obozów, które założył gen. Sikorski, w dość oczywistych intencjach. Niezaprzeczalnym faktem jest, iż każda osoba wymieniona w parlamencie lub w gazetach brytyjskich, która była przetrzymywana w takich miejscach, była pochodzenia żydowskiego bądź sympatyzowała w jakimś sensie z lewicą. Nie ulega też wątpliwości, że w obozach doszło do zabójstw, a warunki bytowe były ponure. Obok Inverkeithing złą sławą owiany jest zwłaszcza obóz w Shinafoot.
Na Wyspach ukazała się przed paru laty książka na ten temat. Nie została przetłumaczona na polski. Mówienie o „polskich obozach koncentracyjnych” odziera nas z niewinności i nimbu absolutnej ofiary. Przypomina, że międzywojenna Polska – jak zresztą niemal cała wschodnia Europa – nie była wolna od fascynacji dyktatorskimi metodami rządzenia. Faszyzm znajdował nad Wisłą swoje echo i naśladowców, nie był wypleniany z całą stanowczością.
Wszyscy na świecie wiedzą, my także, iż pierwszym obozem koncentracyjnym był w Europie niemiecki Dachau. O powstałej rok później Berezie Kartuskiej nikt nie chce pamiętać. To samo dotyczy przypadków tu opisywanych, nad którymi u nas zapadła kurtyna milczenia oraz towarzyszący jej sakralny kult wewnętrzno-polskich relacji w kręgach emigracyjnych i wojskowych na Wyspach Brytyjskich. Ale wszystkie mity prędzej czy później muszą zostać zdekonstruowane.

Prezydent Rosji pisze w amerykańskim magazynie

W amerykańskim magazynie konserwatywnym National Interest ukazał się niedawno artykuł Władimira Putina, do którego odsyłam zainteresowanych – dostępny np. na Onecie. Warto się nad nim pochylić i poczytać z uwagą, bowiem ilustruje aktualny stan umysłu władz Rosji w odniesieniu do historii Europy w kontekście przyczyn wybuch II wojny światowej – tak, jak przyczyny te widzi Rosja.

Są w nim również płynące z tego, według Rosji, wnioski dla współczesnego świata polityki. Artykuł jest także – jak należy domniemywać – kolejną próba rosyjskiej odpowiedzi na rezolucję Parlamentu Europejskiego z września ubiegłego roku, uznającą winę stalinowskiego ZSRR za wybuch II wojny jako równoważną z winą Niemiec Hitlera, w związku z paktem Ribbentrop – Mołotow, i 17 września 1939.

Przy okazji komentowania zapisu prezydenta Rosji w amerykańskim magazynie warto rezolucję PE nieco przybliżyć, gdyż ta, pozostając nie bez związku z artykułem Putina, dolała oliwy do antyrosyjskiego ognia z inicjatywy europejskich, prawicowych parlamentarzystów, Litwy i Polski zasadniczo. Przegłosowana w Parlamencie Europejskim, uczyniła sprawę obraźliwą, więc nie do przyjęcia dla Rosji oraz Rosjan. To nie jest, jakby się wydawało co niektórym, kij włożony w „wielkoruski nacjonalizm”, to raczej kołek osikowy wbity w mózgi Europejczyków. Zauważamy, że werdykt Parlamentu Europejskiego powinien – o dziwo – zachwycić zwłaszcza Niemców, gdyż z dotąd „winnych wyłącznie” awansowali na „współwinnych po równi”. I to z kim !? Rezolucja słodzi również Francuzom, Brytyjczykom i Włochom; państwa te mogą teraz się poczuć zwolnionymi z poczucia dyskomfortu grania pierwszych skrzypiec w koncercie wydarzeń dających Hitlerowi zielone światło do zbrojnego zawłaszczenia Europy – za Układ Monachijski i inne podobne wyskoki przed oraz po Monachium. Współwinę sprawczą i bezpośrednią – w proporcji jeden do jeden z Niemcami Hitlera – zwalono na Ruskich. Jakież to proste. Coś, co winno pozostawać przedmiotem uczonych dyskusji – sporów historyków o niechlubną palmę pierwszeństwa w historycznym ciągu przyczyn wybuchu tej okropnej wojny, uległo pozornemu rozstrzygnięciu pod postacią rezolucji Parlamentu Europejskiego, wyrażającej polityczne chciejstwo żarliwych, prawicowych autorów i wyznawców meritum dokumentu .

Czytając artykuł Władimira Putina, nie warto popadać w typowo polską manierę zakładającą z góry, że skoro rosyjski prezydent, twierdzi w nim między innymi, że winę za tragedię, jakiej doznała Polska we wrześniu 1939 roku, ponosi w całości jej kierownictwo, artykuł ten kwalifikuje się w całości do kosza. Obok konstatacji tendencyjnych, nietrafionych, jak ta o rzekomo całościowej winie Polski za doznane w II wojnie nieszczęścia, jest ogromny pakiet takich, nad którymi warto się pochylić. Nawet jeśli są nam nieprzychylne. W gatunkowo wiodącym w zapisie wątku polskim pojawiają się opinie rosyjskiego prezydenta, które nie sposób uznać za chybione. W gmatwaninie politycznych wydarzeń poprzedzających wybuch II wojny trudno wyodrębnić kluczowe podmioty polityczne Europy, które byłyby pozbawione jakiejkolwiek winy – czyste politycznie i moralnie. Na dramatycznej układance u progu wojny każdy próbował coś ugrać: Polska akurat Zaolzie, którego zajęcie musiało być dyplomatycznie uzgodnione z Berlinem. I było, czego nie warto się wypierać; pozbawiło nas czujności i umocniło w mocarstwowych złudzeniach. Detaliczne ważenie wszystkich wątków artykułu Putina – jest ich sporo – wymagałoby dłuższego zapisu. Są jednak sprawy, które w artykule rosyjskiej głowy państwa należy uznać za kluczowe i warte skomentowania. Całość jest niewątpliwie nam zaczepna, ale twierdzenie, że całkowicie bezzasadnie byłoby zaklinaniem rzeczywistości. To zdumiewające, jak upiory wojny, która zakończyła się 75 lat temu, miast spocząć w historycznym lamusie, wywierają nieustająco wpływ na światową i europejską politykę; utrwalają wrażenie braku jej sprawiedliwego spuentowania. Putin ma rację zauważając – co da się pośrednio wywnioskować z litery artykułu – sączone przez Zachód (zwłaszcza Polskę) skłonności do niedowartościowania kluczowego wkładu ZSRR w zwycięstwo nad Hitlerem, przy jednoczesnym betonowaniu wizji tego państwa jako w pierwszej kolejności opresyjnego dla państw Wschodu powojennej Europy. Jakkolwiek opresyjności nie da się zaprzeczyć, gdyż została wpisana niejako i pośrednio w pojałtański porządek, próby zrównywania jej, zwłaszcza w Polsce po 1989 roku, z opresyjnością reżimu Hitlera – mityczną sowiecką okupację – należy uznać za absurdalne. Polska w oficjalnej polityce odrzuca tezę o radzieckim wyzwoleniu w 1945 roku, mianując je początkami „komunistycznego zniewolenia” ,co brzmi dramatycznie, wprowadza historyczny zamęt i dobrze pasuje do konfrontacyjnego tonu „dialogu” z Rosją, Rosja zaś wini Polskę za przyłożenie ręki do wybuchu wojny; za brak gotowości na zmontowanie w porę antyhitlerowskiej koalicji z udziałem ZSRR, Anglii i Francji. O ile z punktu widzenia zdrowego rozsądku można uzasadnić zaanektowanie przez Stalina 17 września 1939 ziem polski wschodniej – jak się okazało, było to militarnie korzystne dla przebiegu wojny (oddalało Wermacht o 200 km dalej od Moskwy) – w niczym nie da się usprawiedliwić stalinowskich okrucieństw podjętych wobec Polaków na zaanektowanych terenach. W artykule rosyjskiego prezydenta ani słowa na ten temat, i to jest zasadnicza słabość meritum tekstu Władimira Putina, który, moim zdaniem, stracił dobrą okazję, aby się do tego odnieść uczyniło by go bardziej wiarygodnym. Populistyczna skłonność Kremla do wybielania stalinowskiego ZSRR wychodzi na przeciw rosyjskim sentymentom, konserwuje je, gdyż to się politycznie w Rosji opłaca. W Polsce zaś politycznie opłaca się walenie w antyrosyjski bęben. Wyrazem tego jest np. nieustanne ganienie Rosji za Katyń, chociaż władze tego kraju dawno uznały ten za zbrodnię stalinowską i wojenną; dały temu wyraz w stosownych oficjalnych oświadczeniach rosyjskiej Dumy oraz prezydentów: Gorbaczowa i Jelcyna. Katalog polskich przygan pod adresem Rosji pozostaje nieustająco żywotny, przy czym, miast stawać się powoli zwietrzałym, jest ciągle podsycany w polityce historycznej i propagandzie. Kierownictwo akowskiego podziemia nie wyobrażało sobie ruskiego wyzwolenia; z niechęcią i obawą obserwowało radzieckie postępy na froncie wschodnim – każde wyzwolenie, byle nie radzieckie. Sęk w tym, że innego być nie mogło, zatem należało wpasować się w twarde realia; nie trwać w irracjonalnym uporze i oporze, czekać aż zwycięskie mocarstwa przywołają nas do porządku. Jesteśmy tak geopolitycznie posadowieni w Europie, że skazanie na dogadywanie się z sąsiadami winno być paradygmatem naszej polityki. Zamiast tego wolimy polityczną pyskówę z Rosją – Rosja taką politykę odwzajemnia z elegancją wątpliwa, podobną zresztą do naszej. Po 1989 roku wypuściliśmy antyruskiego dżina z politycznej butelki. Mijają lata, a ten nadal hasa zachęcany przez kolejne ekipy rządów postsolidarności. O trwałości naszych wojowniczych resentymentów wobec Rosji świadczy liturgia smoleńska – to zdumiewające jak część narodu była i pozostaje skłonna wierzyć w rojenia o rosyjskiej winie za katastrofę Tupolewa z polską delegacją. Za pozbawione wszelkiego rozsądku, z gruntu konfrontujące nas poważnie z Rosją należy uznać hurtowe kasowanie pomników radzieckiego wyzwolenia. Ta konsekwencja zapiekłego fanatyzmu skrajnej prawicy, która dorwała się i trwa przy władzy, marne nam wystawia świadectwo i fatalnie rzutuje na bieżące stosunki z Moskwą. Inną sprawą jest nieustanne podsycanie w Polsce wizerunku wschodniego sąsiada jako potencjalnego agresora, trwającego w zbrojnym oczekiwaniu do napaści na nasz kraj. Mało to rozsądne. Póki co, obie strony nie wykazują skłonności do wzajemnych ustępstw i ciążenia ku dogadywaniu się. Jest wiele innych spraw, zwłaszcza dotyczących aktualnych wyobrażeń Rosji o światowej polityce, o których warto byłoby wspomnieć przy okazji komentowania tekstu Putina. Ale to już inna bajka.

W cieniu upiorów przeszłości

– Dla większości polskiego społeczeństwa tragedia getta była czymś obojętnym. Często jednak wyrażano opinie, że problem żydowski zostanie w Polsce rozwiązany przez Hitlera, z korzyścią dla Polaków – mówi dr hab. August Grabski z Żydowskiego Instytutu Historycznego w rozmowie z Krzysztofem Lubczyńskim.

Jaki były główne przesłanki do wybuchu powstania w getcie?

Pierwszym impulsem była wielka deportacji, w wyniku której w lipcu 1942 roku wywieziono trzysta tysięcy Żydów z warszawskiego getta. Wtedy ci, którzy przetrwali, oficjalnie trzydzieści tysięcy nieoficjalnie sześćdziesiąt tysięcy mogli zacząć myśleć o oporze z różnych powodów, choćby z tego że przestali być w swojej masie bardzo głodni.

Skąd ta zmiana?

Stąd, że ci którzy ocaleli, to byli w większości ludzie 20-25-letni, a więc młodzi, nie obciążeni rodziną. Mogli też myśleć o oporze, ponieważ nie istniał już Judenrat, który przez duża część mieszkańców getta był postrzegany jako pragmatyczna grupa starająca się chronić społeczność żydowską przed wyniszczeniem. Poza tym wiosna 1943 roku zaczęła się druga fala deportacyjna z getta, tym razem na Lubelszczyznę, do Trawnik i Poniatowej. Młodzi ludzie z getta mieli świadomość, że tam nie będą mieli możliwości przygotowania zbrojnego wystąpienia.

Przy okazji jednej z rocznic wybuchu powstania dwukrotnie natrafiłem na sformułowanie Władysława Bartoszewskiego, że to powstanie mogło wybuchnąć tylko w Polsce, gdzie także Żydzi podlegali aurze romantycznej i powstańczej. Co Pan myśli o takiej „polonizacji” powstania w getcie?
Wielu Żydów, którzy chodzili do polskich szkół powszechnych, gimnazjów, liceów, którzy studiowali stykali się z polskim wzorcem powstańczym czy z wzorcem czynu niepodległościowego legionów Piłsudskiego. Jest to co prawda czynnik godny uwzględnienia, natomiast z całą pewnością był wtórny wobec sytuacji obiektywnej.

Czy i jak można w syntetycznym skrócie pokazać stosunek ludności polskiej, w tym przypadku głównie warszawskiej do faktu wybuchu powstania, jak i do jego trwania?

Ta sfera od dziesięcioleci jest obszarem walki ideologicznej, obszarem największych konfrontacji i manipulacji między historykami i publicystami, którzy są związani z różnymi opcjami politycznymi.

W tym miejscu trzeba odwołać się do historycznego podłoża, jakim była Polska międzywojenna, II Rzeczpospolita. Był to kraj bardzo silnie zainfekowany antysemityzmem i przemocą antysemicką. W latach 1935-1937 maja miejsce antysemickie wystąpienia o charakterze pogromowym w około stu pięćdziesięciu miejscowościach w całym kraju. Raniono i poturbowano w nich dwa tysiące Żydów. Zabito między piętnastoma a trzydziestoma Żydami. Reakcja władz państwowych jest bardzo pasywna, maja miejsce inicjatywy ustawodawcze o charakterze antyżydowskim. Każde z wpływowych obozów politycznych, rządząca od 1926 roku sanacja, endecja będąca realną alternatywą w przypadku dekompozycji obozu sanacyjnego, chadecja, wpływowe PSL opowiadały się co najmniej za masowym exodusem Żydów z Polski. Stronnictwo narodowe bezpośrednio odpowiadało za większość aktów przemocy wobec Żydów, sanacja tolerowała wystąpienia antysemickie.

Jedynymi rzecznikami równouprawnienia Żydów były słabe ugrupowania polskiej lewicy, PPS, KPP i niewiele znaczące Stronnictwo Demokratyczne. Po wybuchu wojny w 1939 roku sytuacja pogorszyła się z uwagi na wyobrażenia o przychylnej postawie Żydów w stosunku do wkraczającej na kresy wschodnie RP Armii Czerwonej. Stąd postawy antysemickie były silnie obecne w polskich ugrupowaniach politycznych działających w podziemi w kraju i na emigracji. Zajmująca się pomocą Żydom organizacja „Żegota” było liczbowo bardzo nieliczna. To było około dwustu aktywistów, którzy udzielili pomocy kilku tysiącom ukrywających się Żydów. Natomiast często były nieszlachetne zachowania, także w wykonaniu przedstawicieli polskiego państwa podziemnego.

W wydanej w latach osiemdziesiątych książce „Nierówne ofiary” autorstwa Izraela Guttmana i Szmula (Stefana) Krakowskiego jest mowa o znanych historykom ponad stu dwudziestu akcjach przeciwko ukrywającym się Żydom, przeprowadzonych przez formacje Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Dwadzieścia dziewięć takich akcji dwaj historycy opisali. Te zdarzenia są świadomie bądź nieświadomie wypierane przez sporą część polskiego społeczeństwa, jako bardzo niewygodne dla świadomości. Pokazały to wszystkie wielkie debaty z początku tego wieku, choćby nad książkami Jana Tomasza Grossa.

Jak na powstanie w getcie zareagowały Armia Krajowa i konkurencyjna Gwardia Ludowa?

Polskie społeczeństwo zareagowało na wybuch 19 kwietnia 1943 roku na pewno żywiej niż podczas wielkiej akcji likwidacyjnej sprzed niespełna roku. Wtedy jedynie Polska Partia Socjalistyczna zareagowała natychmiast odezwą pod wszystko mówiącym tytułem „Nie dajcie się”. Pozostałe siły polityczne zareagowały całkowitą biernością.

Tym razem Żydowskiej organizacji Bojowej i Żydowskiemu Związkowi Wojskowemu udało się nawiązać kontakty z polskim podziemiem, niezbędne w warunkach ogromne słabości w uzbrojeniu strony żydowskiej. Powstała pod koniec lipca 1942 roku powstała Żydowska Organizacja Bojowa dysponowała na początku jednym rewolwerem. Miesiąc później, za pośrednictwem Gwardii Ludowej udało się nabyć osiem pistoletów, które jednak po dwóch tygodniach wpadły w ręce Niemców. Nie było więc możliwości przeciwstawienia się wielkiej akcji deportacyjnej, zwłaszcza, że masy żydowskie pozostały bierne. Jedynie Haszomer Hacair, marksistowska partia młodzieży żydowskiej kolportowała ulotki wzywała do oporu. Jednak większość Żydów potraktowała to jako niemiecką prowokację, mająca dodatkowo uzasadnić brutalność Niemców.
Pod koniec grudnia 1942 komendant Główny Armii Krajowej, generał Rowecki „Grot” nakazał przekazać Żydowskiej Organizacji Bojowej dziesięć rewolwerów, a pod koniec stycznia 1943 przekazano kolejne pięćdziesiąt rewolwerów, w tym kilkanaście niesprawnych. To jedyne liczby jeśli chodzi o broń przekazaną Żydom z ŻOB przez AK. Co prawda sama AK dysponował skromnym uzbrojeniem, jednak te sześćdziesiąt rewolwerów można określić jako jeden procent jej zasobów.

Znacznie lepiej układały się stosunki żydowskich konspiratorów z komunistami, które jedna musiały być ukrywane ze względu na kontakty z rządem londyńskim. Bardzo silnie działał tu stereotyp „żydokomuny”. Miał on silny wpływ na bierność Polaków wobec powstania. Drugi czynnik tej bierności wynikał stąd, że pewna część Polaków, nie zawsze intencjonalnie, stała się profitentami stłoczenia Żydów w getcie, przejmując żydowskie warsztaty, domy, majątki. Ogromna różnica w stosunku do Żydów ze strony AK i ze strony GL, potem AL. Wyraziła się także w fakcie, że GL przyjmowała w swoje szeregi partyzanckie uciekinierów z getta, natomiast AK nie robiła tego programowo. W ramach GL było aż trzydzieści oddziałów żydowskich, a w ramach AK ani jednego.

Po upadku powstania około osiemdziesięciu bojowników ŻOB, którzy przedostali się na stronę aryjską, w okolicy ulicy prostej, zostało 10 maja uratowanych przez PPR. Miały natomiast miejsce liczne akty przemocy wobec Żydów-uciekinierów błąkających się po lasach. Większość tych aktów dokonała się w cieniu rozkazu generała Bora-Komorowskiego rozkazu 116 z 1943 roku, który mówił o zwalczaniu bandytyzmu. W praktyce było to kierowane przeciwko żydowskim grupom błąkającym się po wsiach i z desperacji głodowej zmuszonych nieraz do kradzieży chłopom żywności. Natomiast część ocalałych z getta walczyła w powstaniu warszawskim w szeregach Armii Ludowej.

Czy podjęcie powstania było wyłącznie aktem walki o godność, bez nadziei na zwycięstwo, czy też była jakaś szczypta nadziei, że powstanie, nawet gdy poniesie klęskę przyniesie Żydom jakąś korzyść, pozwoli część ocalić i zwrócić uwagę świat na ich sytuacji? I czy wywieszenie w getcie flagi polskiej obok żydowskiej mogło być wynikiem kalkulacji na znacząca pomoc polską?

W żadnym porządku strategii militarnej powstanie nie miało szans ze względu na dysproporcje między siłami żydowskimi a niemieckimi. Nie tylko broni i amunicji była ilość poniżej wszelkiego minimum, ale i liczebność bojowców ŻOB nie przekraczała około pięciuset. Trochę lepiej uzbrojonych, dzięki kontaktom z Polską Ludową Akcją Niepodległościową, było około dwustu pięćdziesięciu żołnierzy Żydowskiego Związku Wojskowego. Oni jednak ponieśli większe straty i zniknęli na dziesięciolecia z historiografii gettowej. Żadna z tych organizacji nie prowadziła szerokiego werbunku, bo nie miał odpowiedniej liczby broni, a poza tym nie chciał wprowadzić w swoje szeregi osób nie sprawdzonych politycznie. Bojowcy mieli świadomość represji przerażających odwetowych ze strony niemieckiej. Kiedy w marcu 1943 roku żołnierze ŻOB zabili dwóch Niemców, ci w odwecie zabili dwustu Żydów. „Zginęli, żeby ratować godność” – to fraza, która setki razy pojawiała się we wspomnieniach żydowskich konspiratorów.

Czy ustalono ostatecznie prawdę o słynnej karuzeli przy placu Krasińskich. Czy Polacy rzeczywiście bawili się na niej wesoło o kilkadziesiąt metrów od muru ginącego getta?

Społeczeństwo było generalnie bierne. Polskie organizacje konspiracyjne zorganizowały kilkanaście akcji pomocowych pod murami getta. Jednak Jűrgen Stroop wśród dwóch liczących każdego dnia dwa tysiące sił ludzkich, to było wśród nich trzystu sześćdziesięciu polskich granatowych policjantów i czterech oficerów tejże policji. W zasadzie nie brali oni udziału w walkach, ale zajmowali się pilnowaniem murów getta. Niemcy uznali ich znajomość języka i realiów polskich za bardzo przydatną. Dla większości polskiego społeczeństwa tragedia getta była czymś obojętnym. Często jednak wyrażano opinie, że problem żydowski zostanie w Polsce rozwiązany przez Hitlera, z korzyścią dla Polaków. Miał na te postawy wpływ także Kościół katolicki, który opowiadał się przeciw przemocy, ale za izolacją Żydów w Polsce. Takim głosem był m.in. list pasterski prymasa Augusta Hlonda z 1936 roku. Kościół bronił tylko Żydów ochrzczonych.

Jaka była recepcja powstania po 1945 roku, po zakończeniu II wojny światowej?

Warto odnotować, że choć dziesiątki tysięcy Żydów służyło w szeregach sil alianckich, w Armii Czerwonej i na Zachodzie, to symbolem oporu żydowskiego stało się powstanie kilkuset bojowników. W Polskę władza ludowa, komunistyczna, uznała rocznice wybuchu powstania w getcie za święto ważne dla niej ze względów ideowych. Pierwsze obchody odbyły się już w 1945 roku, a w 1948 odsłonięto pomnik Bohaterów Getta projektu Rapaporta przy placu Bohaterów Getta, a ocalałych żydowskich bojowników odznaczono wysokimi odznaczeniami państwowymi. Przyczyną był fakt, że większość bojowców należała do formacji syjonistycznych o zabarwieniu lewicowym. To korespondowało z nowym modelem ustrojowym w Polsce. Poza tym po wojnie przez wiele lat państwo Izrael rządzone było przez socjaldemokrację, która za swoją emanację uznała ŻOB, którym poświęcone były najważniejsze publikacje. Niestety inżynieria pamięci, manipulacje wypchnęły z pamięci i tradycji żołnierzy wspomnianego Żydowskiego Związku Wojskowego. To jeden z przykładów deformacji obrazu powstania w getcie.

Czy jest jakaś wiedza o ewolucji opinii publicznej w Polsce w stosunku do powstania?

Uważam, że niezależnie od różnych deformacji propagandowych w jednolitej narodowościowo Polsce Ludowej, te obchody miały doniosłe znaczenia, bo przypominały o społeczności żydowskiej w Polsce i funkcjonującej w PRL mniejszości żydowskiej. Monopol obchodów państwowych od lat sześćdziesiątych przełamywał nielegalnymi obchodami Marek Edelman. Jednak zdecydowana większość społeczności żydowskiej brała udział w obchodach oficjalnych, bo nie uważała Edelmana za swojego przedstawiciela. Był on związany z opozycją antysystemową, podczas gdy społeczność żydowska doceniła to, że władze PRL po 1981 roku zrewidowały swój dawny do niej stosunek, w szczególności to co zdarzyło się w marcu 1968 roku. W Izraelu miano też Edelmanowi za złe poparcie walki Palestyńczyków.

Kilka lat temu dr Alina Cała z Żydowskiego Instytutu Historycznego bardzo ostro postawiła kwestię polskich win w stosunku do Żydów. Było to efektem jednej z najbardziej burzliwych dyskusji, w rezultacie sporów wokół głośnego artykułu Jana Błońskiego „Biedny Polak patrzy na getto” z 1987 roku, a po latach wokół książek Jana Tomasza Grossa, zwłaszcza „Sąsiadów”. Jakie jest Pana stanowisko w tej kwestii?

Pani Alina Cała przeprowadziła rozlegle badania nad polskim antysemityzmem. Zauważyła n.p. że w latach trzydziestych skala antysemickiej przemocy pogromowej była w Polsce większa niż skala takiej przemocy w Niemczech Hitlera. Co prawda polski antysemityzm nie zawierał w zasadzie komponentu eksterminacyjnego, a eksterminacji dokonali kilka lat później Niemcy, nie mniej badania pani Całej są niezmiernie cenne i miarodajnie.

I jeszcze jedno. Czy odpowiada Panu powszechnie używany od lat termin „stosunki polsko-żydowskie” na określenie współistnienia obu narodów w państwie polskim?

Nie odpowiada mi, jest zgrzytliwy. Bo kim mieliby być Polacy, endekami, chadekami, ludowcami? Czy kimś jeszcze? Polskie społeczeństwo było i jest zróżnicowane podobnie jak społeczność żydowska. Katalog postaw po obu stronach jest zbyt bogaty, by tak go uogólniać, sugerować konfrontację postaw i nastroje oblężonej twierdzy po obu stronach. Brzmi niczym hasło: „Zewrzyjmy szeregi”. Ta formuła nie ułatwia, lecz utrudnia dialog.
Podobnie nie odpowiada mi formuła „dialog polsko-żydowski”, bo po obu stronach są grupy nim zainteresowane i niezainteresowane. Dziś mamy w Polsce trzydzieści procent społeczeństwa odnoszące się przychylnie do społeczności żydowskiej, jest współpraca kulturalna obu społeczności, kilkanaście tysięcy Żydów odzyskało polskie obywatelstwo, dorosły nowe pokolenia wolne od najgorszej pamięci. Mam nadzieję, że to wszystko złoży się na przepędzenie upiorów przeszłości.

Dziękuję za rozmowę.

Pamięć i normalność

Skrajną podłością jest traktowanie historii w charakterze broni używanej w polityce. Ci, którzy tak robią, pamięć milionów ofiar konfliktów zbrojnych traktują wyłącznie przedmiotowo. Mentalnie nie są lepsi od winnych przelanej krwi.

Czy historia musi dzielić? Nie musi i nie wolno dopuścić do tego, aby tak się działo! Ona powinna nas uczyć. Jeśli jest inaczej, ofiara naszych przodków – ich cierpienia, oddanie sprawie, rany czy śmierć, okazują się ofiarą bezsensowną. Jeśli nie będziemy w stanie tego zrozumieć, nie będziemy też w stanie pogodzić się z historią. Nie stać nas będzie na to by wznieść się na poziom z którego zaczniemy traktować cierpienie jako element mogący łączyć narody, nie zaś je dzielić. Bez tego z kolei nigdy nie osiągniemy pojednania, ani nie zbudujemy przyjacielskich relacji choćby z naszymi najbliższymi sąsiadami: Rosjanami, Niemcami, Czechami, Ukraińcami i Litwinami.

Rosjanie potrafią nas zawstydzać. W 75 rocznicę wyzwolenia Warszawy miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć w uroczystym koncercie upamiętniającym to wydarzenie. Odbył się w Warszawie, ale nie z inicjatywy polskich władz. Gospodarzem imprezy była Ambasada Rosji w naszej stolicy. Koncert zakończył się wspólnym z Rosjanami oglądaniem „salutu” – salwy 24 wystrzałów artyleryjskich ku czci żołnierzy radzieckich poległych w walkach o Warszawę. Oglądaliśmy je na telebimie, strzelano bowiem w Moskwie, w miejscu dla Rosjan świętym – na Górze Pokłonnej. W ten sposób Rosjanie oddali cześć tym swoim rodakom, którzy oddali życie za naszą wolność od faszyzmu. Było mi wstyd za polski rząd, wstyd za władze Warszawy.

Czas na kolejną odsłonę rosyjskiej „wojny o pamięć”. Centrum Rosyjsko-Polskiego Dialogu i Porozumienia (Rospolcentr), ogłosiło konkurs dla Polaków w wieku od 16 do 36 lat, „Rozmowa o przeszłości w imię przyszłości. Droga do Zwycięstwa”. Wystarczy wejść na stronę internetową Centrum – rospolcentr.ru, wypełnić krótki kwestionariusz (wszystko w j. polskim), odpowiedzieć na serię pytań z zakresu historii II wojny światowej i można przystąpić do części zasadniczej – nakręcenia krótkiego materiału video, lub napisania krótkiego eseju na jeden z dwóch tematów:
„Historia krewnego”, który uczestniczył w wyzwoleniu Polski spod okupacji hitlerowskich Niemiec, lub „Wspólne Zwycięstwo – ogólna historia” (o współpracy ZSRR i Polski w latach wojny).

Na zwycięzców czekają godne pozazdroszczenia nagrody: możliwość obserwacji parady zwycięstwa na Placu Czerwonym w Moskwie (9 maja) i podróż do miast „Złotego Pierścienia Rosji”. Termin nadsyłania prac mija 15 kwietnia.

To inicjatywa nie tylko piękna, ważna i potrzebna. To inicjatywa „zwykła”, bo… normalna w swym przekazie. Cóż, to w sumie nasza wina, że odzwyczailiśmy się od „normalności”. Znowu jednak, jako Polakowi, zrobiło mi się głupio… Organizacja bliźniacza do tej rosyjskiej działa też w Polsce i podobnie jak ta rosyjska jest organizacją rządową (a przynajmniej finansowaną ze środków publicznych). Słyszeliście by ta „nasza” robiła coś dla pojednania?

List otwarty – protest wobec informacji TVP Olsztyn z dnia 15 lutego 2020 r. dot. uroczystości 75. rocznicy śmierci gen. Iwana Czerniachowskiego

Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wyraża zdecydowany protest wobec informacji wyemitowanej przez telewizję publiczną – TVP Olsztyn – o przebiegu uroczystości 75. rocznicy śmierci Dowódcy 3 Frontu Białoruskiego Generała Iwana Daniłowicza Czerniachowskiego, jaka miała miejsce w Pieniężnie w dniu 16 lutego 2020 r.

W dniu 16.02.br. w programie informacyjnym o godz. 18.30 TVP Olsztyn tendencyjnie, wybiórczo i negatywnie podała:
Generał Iwan Czerniachowski „dla współczesnych Rosjan to bohater, dla Polaków symbol powojennego zniewolenia”.
Pytamy:

Czy TVP Olsztyn nie wie, że od 2014 roku przed Pomnikiem, a potem w miejscu po Pomniku Generała I.D.Czerniachowskiego, corocznie wraz z delegacją Ambasady Federacji Rosyjskiej i Rosjanami, Białorusinami, Ukraińcami oraz innymi nacjami zamieszkującymi w Polsce, składali kwiaty i zapalali znicze pamięci przedstawiciele polskich organizacji społecznych, których Ojcowie i oni sami nie byli zniewoleni i nie żyli w zniewolonej Polsce lecz w Wyzwolonej Polsce Ludowej, wyzwolonej ofiarami kilku milionów poległych w bojach Żołnierzy Armii Czerwonej, w tym takie Polaków walczących w mundurach tej Armii? Jakie „powojenne zniewolenie” Polaków przedstawia Generał I.D.Czerniachowski, ginąc w lutym 1945 roku? Czy przywołanego „powojennego zniewolenia” nie doznał Władysław Gomułka „Wiesław” i inni Polacy? Z czyjego nadania były te „zniewolenia”, czy z nadania Generała I.D.Czerniachowskiego? Czy komentatorzy TVP Olsztyn znają źródła i chronologie wydarzeń „wojennego wyzwolenia” i „powojennego zniewolenia”?
Dziś dla wielu milionów Polaków postać Generała I.D.Czerniachowskiego jest postacią Bohatera, także dla Stowarzyszenia Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej. Dowodem na to byłby jedynie powszechny narodowy plebiscyt, a nie wyselekcjonowane i negatywne opinie. Wynik takiego plebiscytu zburzyłby politykierskie poddaństwo wobec aktualnych zapotrzebowań władzy.
TVP Olsztyn milczeniem pominęła obecność kilka polskich organizacji uczestniczących 16.02.br. w uroczystości wraz z delegacją Ambasady Federacji Rosyjskiej w Polsce.

Nie pominięto jedynie Stowarzyszenia Tradycji Ludowego Wojska Polskiego, jednak tendencyjnie i krzywdząco wykreślono z nazwy tej organizacji jej patrona, którym jest Generał Zygmunt Berling.
Pytamy:

Czy TVP Olsztyn jest świadoma, że eliminując z ww. treści swych informacji inne organizacje uczestniczące w uroczystości, a przede wszystkim postać Generała Zygmunta Berlinga, jest nieobiektywna i staje się sojusznikiem pomnikowego chuligana, współczesnego barbarzyńcy, który w sierpniu 2019 roku dokonał zburzenia Pomnika Gen.Z.Berlinga w Warszawie?
TVP Olsztyn nie przywołała wypowiedzi przedstawicieli innych polskich organizacji, którzy podczas uroczystości zaprezentowali publicznie swe stanowiska, jednoznacznie wyrażając się o Generale I.D.Czerniachowskim jako o Bohaterze, któremu Naród Polski winien jest, swą wdzięczność i pamięć. TVP Olsztyn zaprezentowała jedynie prezesa STLWP, którego kuriozalna wypowiedź oburza przedstawicieli innych organizacji — uczestników tej uroczystości. Wypowiedź ta jednoznacznie koresponduje z tonem narracji TVP Olsztyn i warto ją zacytować: „-Tu nie przyjechaliśmy po to, żeby upamiętniać generała Czerniachowskiego, przyjechaliśmy oddać pokłon i hołd tym, którzy zginęli w walce z hitlerowskimi Niemcami o wolność naszej ojczyzny”.

Pytamy: Po co więc trudził się ten człowiek, aby 16.02.2020r. po raz pierwszy w swym życiu przyjechać w miejsce śmierci Generała I.D.Czerniachowskiego? Czy nie po to, by przed kamerą TVP Olsztyn wypowiedzieć słowa zacytowane wyżej? Czy nie lepiej, by oddał on „…pokłon i hołd tym, którzy zginęli…” w dniu 17 stycznia br. w 75. Rocznicę Wyzwolenia Warszawy pod pomnikami: „Bohaterom Warszawy 1939-1945″, „Żołnierzom I Armii Wojska Polskiego” oraz w miejscu, gdzie do 2019r. stał pomnik patrona STLWP Generała Zygmunta Berlinga? A tam 17 stycznia ani prezesa STLWP, ani któregokolwiek z członków tej organizacji nie było…

Informując, że: „Pomnik generała Czerniachowskiego w Pieniężnie został rozebrany przez władze lokalne na wniosek mieszkańców, jako symbol narzuconego Polsce po II wojnie światowej sowieckiego komunizmu”, TVP Olsztyn prezentuje stanowisko tzw. poprawności politycznej wobec aktualnie panującej władzy. TVP Olsztyn nie wykazuje swej obiektywnej roli wychowawczej i edukacyjnej wobec Odbiorców. Fałszuje historyczne fakty, bowiem milczy że tzw. „sowiecki komunizm” narzuciła Wielka Trójka Antyhitlerowska, a następnie Wielka Czwórka Antyhitlerowska, a nie sam Związek Radziecki.

Pytamy:

Jakie powody kierują TVP Olsztyn, aby milczeniem pomijać fakt, że część członków władz lokalnych i mieszkańców była przeciwna decyzji rozebrania pomnika?

Czy TVP Olsztyn nie jest świadom faktów, że tak naprawdę to operacje wojenne pod dowództwem Gen. I.D.Czerniachowskiego stały się argumentem przywrócenia tych terenów Polsce, bo do 1945 roku były to Prusy Wschodnie i za to winniśmy Generałowi co najmniej pamięć? Czy idąc śladem burzycieli pomników, można byłoby przyzwolić na burzenie licznych w Polsce pomników i tablic pamiątkowych poświęconych wkładowi Zachodnich Aliantów w zwycięstwo nad Niemcami i postaciom ich dowódców?

Zwieńczeniem informacji TVP Olsztyn jest wyeksponowanie jednoznacznie intencjonalnych opinii dwóch osób.

Pierwszy z nich mówi do kamer: „W Polsce powinny być pomniki tych, których uważamy za bohaterów, a raczej on polskim bohaterem nie jest i nigdy nie będzie”, a drugi w odniesieniu do Generała I.D.Czerniachowskiego głosi: „-..odpowiedzialny jest wspólnie z generałem NKWD Iwanem Sierowem rozbrajania, najpierw podstępnego aresztowania dowództwa, następnie rozbrajania, pojmania żołnierzy Armii Krajowej z Wileńszczyzny, Nowogródczyzny… Jest to, nie boję się słów, zbrodnia wojenna”.

Pierwszy z ww. opiniodawców, ze względu na swój dojrzały wiek nie powinien wypowiadać słów „nigdy”, a jeśli formułuje zasadę konieczności sprecyzowania kogo „uważamy za bohatera” powinien wykazać się tolerancją wobec poglądów Polaków inaczej myślących niż on sam. Drugi opiniujący, jako młody wiekiem, jak najszybciej powinien poznać: a) wojenne dzieje Polaków, dziś mieszkańców Olsztyna – żołnierzy Armii Krajowej z Wileńszczyzny, których uczciwe relacje z autopsji przeżytych wydarzeń wojennych, uczyć winny rozsądku wszystkie polskie powojenne pokolenia; b) znaczenie terminu „zbrodnia wojenna” zgodnego z prawem międzynarodowym.

Pytamy:

Czy TVP Olsztyn nie może, czy też nie chce publikować wypowiedzi innych mieszkańców Olsztyna, którzy mają odmienne oceny wydarzeń historycznych i nie ulegają obowiązującej dziś fałszywej narracji?

6. TVP Olsztyn informacje swe ograniczyła jedynie do relacji ze wzgórza w Pieniężnie, gdzie wzniesiony był Pomnik Gen.I.D.Czerniachowskiego i nie pokusiła się, aby pokazać następną część uroczystości na Kwaterze Wojennej Armii Czerwonej Cmentarza Parafialnego w Pieniężnie.
Pytamy: -Czy miejsce wiecznego spoczynku prochów wielu dziesiątków istnień ludzkich -żołnierzy radzieckich poległych w walkach na Warmińsko-Mazurskiej Ziemi, nie zasługuje na pamięć Polaków i relacje TVP Olsztyn? Czy dla TVP Olsztyn ważne jest tylko miejsce śmierci dowódcy, aby łatwiej było zbijać politykierskie zyski? Czy tak powinni zachowywać się Polacy – katolicy?

Soft polityka, nie tylko historyczna

Niedomówienia bądź „nieznane fakty”, czasem niechcący, może celowo, z braku wiedzy, z jeszcze innych powodów, w skutkach niosą zawsze jawny fałsz.

Na tle wszechogarniającego kłamstwa płynącego z ust nie tylko rządzących polityków i propagandowych, medialnych tub, z wypowiedzi tzw. autorytetów z profesorskimi tytułami również, nie wspominając już o hierarchach i wiejskich proboszczach, o stugębnej racji beneficjentów obecnej władzy z poziomu 500+ i z rad nadzorczych państwowych spółek – drobne niedomówienia, podobno nowo odkryte fakty bądź brak krytycznej proporcji w ich ocenie umykają nam, choć siłę rażenia mają równą tego pierwszego.

Prof. Adam D. Rotfeld i „skrót myślowy”

Komentując wystąpienie prezydenta Rosji w czasie Światowego Forum Holocaustu w Izraelu powiedział: „Nie było w przemówieniu Putina wątków polskich. Bardzo słusznie powiedział natomiast, że były narody kolaborujące z nazistami. Byłoby świadectwem uczciwości, gdy­by w tym kontekście wspomniał na przykład o rosyjskich formacjach, które w czasie powstania warszaw­skiego były użyte przeciwko cywilnej ludności Warszawy.”

Rotfeld dokonał swoistego skrótu myślowego następującego fragmentu wystąpienia Putina: „Fabryki śmierci, obozy koncentracyjne obsługiwali nie tylko naziści, ale i ich współuczestnicy z licznych krajów Europy”. W tych cytowanych słowach, które padły w Jerozolimie nie ma mowy o „narodach kolaborujących z nazistami”, bo każdy zdrowo myślący, i co nie co oczytany w historii, wie dobrze, że tak nie było. Nawet naród niemiecki, w jakiejś zapewne małej części, był jednak przeciwny nazizmowi.

Ale to drobiazg w porównaniu do złotej myśli profesora, któremu niestety zabrakło uczciwości aby dodać, że te „rosyjskie formacje które w czasie powstania warszawskiego były użyte przeciwko cywilnej ludności Warszawy” to SS-RONA (SS-Rosyjska Wyzwoleńcza Ludowa Armia) czyli rosyjscy renegaci dowodzeni przez Bronisława Kamińskiego, nie mający nic wspólnego ani z ówczesnymi władzami radzieckimi, ani też z powszechnym antyfaszystowskim i antyniemieckim oporem narodu rosyjskiego.

Wojskowa kolaboracja z III Rzeszą nie ograniczyła się do nich, gdyż istniała także złożona z Francuzów 33 Dywizja Grenadierów SS „Charlemagne”, z Belgów 27 Ochotnicza Dywizja Grenadierów Pancernych SS „Langemarck” i szereg innych, a w likwidacji Powstania uczestniczyli również Ukraińcy z SS Galizien.

Z cytowanych słów profesora niepoinformowany Polak wnioskuje, że Rosjanie nie tylko nie przyszli z pomocą Powstaniu Warszawskiemu, ale nadto aktywnie je tłumili. Jak na byłego szefa MSZ i współprzewodniczącego Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych to pogratulować można tej szczególnej precyzji wypowiedzi, a redaktorom „Gazety Wyborczej” (24.01.2020) druku tego knota, niewiele różniącego się od IPN-owskich wyczynów.

Dariusz Kaliński pisząc o sowieckim Oświęcimiu

odkrywa na Onecie nieznane fakty: „Wojna jeszcze się nie zakończyła, a NKWD już otworzyło w Auschwitz własny obóz…Enkawudziści w lutym 1945 r. utworzyli dwa podobozy oznaczone numerami 22 (na terenie obozu macierzystego) i 78 (w obrębie Birkenau). Pierwszy…przeznaczony dla jeńców niemieckich, przystosowano do maksymalnie 1,5 tys. osadzonych, których systematycznie wywożono do Związku Radzieckiego lub innych obozów w Polsce. W drugim przetrzymywano Ślązaków i Opolan, deportowanych później do kopalń w Zagłębiu Donieckim. Wśród nich było dużo osób narodowości polskiej.”

Autorowi, podobno specjaliście od II wojny światowej, należy uświadomić, że zachodni alianci również powszechnie wykorzystywali tereny rozlicznych obozów, także koncentracyjnych do przetrzymywania niemieckich jeńców i podejrzanych o aktywną współpracę z hitleryzmem. Tak więc na przykład mógłby się ukazać na Onecie, choć nigdy to się nie stanie z licznych powodów, tekst zatytułowany „Amerykańskie Dachau”. I jednym i drugim zwycięzcom jakoś nie przyszło do głowy budowanie bardziej luksusowych miejsc odosobnienia, a te zastane i wykorzystywane stanowiły także doskonałą lekcje prawdy dla nowych lokatorów.
Szansę na rozróżnienie Polaka wśród Ślązaków i Opolan – osób zamieszkałych tereny niemieckie – mieli takie same radzieccy jak i ich odpowiedniki z United States Army; jedni i drudzy wywozili wojenne trofiejne. Ci pierwsi również tak potrzebnych mężczyzn, którzy zastąpić mieli swoich masowo poległych. A pan Kaliński powinien tę swoją znajomość czasów II wojny poważnie uzupełnić.

Rzecz miała się podobnie

z gwałtami, kradzieżą zegarków i rowerów, których to czynów dopuszczali się czerwonoarmiści, tak często i chętnie przypominani przez Onet. Jak się okazuje żołnierze zachodnich aliantów nie byli w tym gorsi. Tomasz Kruszewski w pracy wydanej przez Uniwersytet Wrocławski w 2016 roku pt. „Gwałty na kobietach niemieckich w schyłkowym okresie II wojny światowej (październik 1944– 8/9 maja 1945 roku) i w pierwszych latach po jej zakończeniu” dowodnie powyższe fakty przedstawia. Oto fragment tej pracy: „Ta wstrząsająca relacja, do której dotarła Miriam Gebhardt, brzmiąca tak samo jak czyny czerwonoarmistów, burzy ostatecznie mit, jakoby to alianci zachodni zachowywali się lepiej wobec kobiet niemieckich w 1945 roku. Także relacje z wydarzeń, które miały miejsce w północnoniemieckim mieście Soltau – dziwnym trafem – brzmią znajomo: pierwszej nocy, gdy wkroczyły do miasta oddziały brytyjskie, uzbrojeni żołnierze włamywali się do domów, żądając zegarków i innych wartościowych rzeczy, a potem całymi nocami gwałcili kobiety i dziewczyny, które to gwałty – co ciekawe – zapoczątkowali oficerowie armii brytyjskiej.

Przez Frankfurt nad Menem przetoczyła się w 1945 roku fala krwawych gwałtów, których sprawcami byli żołnierze amerykańscy, co wywołało u Niemek psychozy. W tym kontekście intrygująco brzmi relacja E.M. (ur. w 1909 r.) z Berlina. Nie została ona zgwałcona przez Radzieckich, kontaktów z nimi nie nazywała gwałtami. Ci, których spotykała, byli znacznie lepsi od Amerykanów. Natomiast, gdy wpadła w ręce oficera amerykańskiego, ten cały czas bił ją tak, że potem była cała w zielonych i błękitnych sińcach.
Amerykanie po wkroczeniu plądrowali, niszczyli wszystko, gwałcili kobiety, co Niemców szczególnie dziwiło, bo myśleli, że przybyli do nich „żołnierze najbogatszego kraju świata”. Ciekawe, że kradli – tak jak ich koledzy ze wschodu – w pierwszej kolejności zegarki i rowery. Ale przydawały im się także radioodbiorniki, kamery do filmów, lornetki, biżuteria, srebrne talerze, scyzoryki, a nawet zapalniczki. Drugi i trzeci rzut głównie zajmował się zbiorowym gwałceniem kobiet – w kolejce oczekiwał jeden po drugim żołnierzu”.

W nawale rozlicznych wypowiedzi,

na różny sposób dezawuujących wysiłek zbrojny ZSRR w czasie minionej światowej wojny i wyzwolenia Polski, z niedowierzaniem czytam, że saperzy radzieccy ocalili Jasną Górę, rozminowując ją od zeskładowanych w podziemiach iluś tam niemieckich lotniczych bomb („Przegląd”, 27.01.-2.02.2010). Miało być tak pięknie, klasztor miał wylecieć w powietrze w chwili nadejścia Armii Czerwonej, co stanowić miało dowód, że to ona ten szczególny dla Polaków symbol, wzorem swoich cerkwi, wysadziła w powietrze. Fajtłapy ci niemieccy żołnierze, wielka szkoda, bo można by to głosić nawet dzień po skończeniu świata.

Ale to sobie odbijemy

i utartym już niemieckim szlakiem, od Rosjan możemy zażądać reparacji za straty poniesione podczas II wojny światowej, co obwieścił wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński. To oświadczenie, z uwagi na niezrozumiały minimalizm bardzo mnie zasmuciło, bowiem brak w nim jasnego żądania powrotu naszych, od wieków, Kresów Wschodnich. To co, że teraz są litewskie, białoruskie czy ukraińskie – niech Rosja w ramach tych reparacji odda wspomnianym krajom proporcjonalną część swojego wielkiego terytorium, a my wrócimy do Wilna i Lwowa. I dobra zmiana okaże swój historyczny sukces w odnowie potęgi terytorialnej Polski, bo Niemcom przecież nic nie oddamy, w ramach reparacji oczywiście.
W tej całej sprawie jeszcze bardziej zaniepokoił mnie sposób i treść odpowiedzi udzielonej naszemu wiceministrowi przez Marię Zacharową – rzeczniczkę rosyjskiego MSZ – „Paweł, przestań oszukiwać.” Oznacza to, że są po imieniu, a to może potwierdzać uzasadnione obawy o wpływy rosyjskie nawet na najwyższych szczeblach władzy państwowej. Już zresztą zastanawiają się nasi wybitni znawcy na temat ingerencji Rosji w nadchodzącą kampanię prezydencką (niektórzy jeszcze nie wiedzą po której stronie) i dlatego tym obu sprawom uważnie przyglądnąć się powinno ABW, najlepiej po powrocie agenta Tomka do służby.

Serial o agencie Kaczmarku,

nie pozbawiony dla aktualnie rządzących wielce kłopotliwych faktów, w swoich niedomówieniach równie jest przykry dla próbującej się odnowić Platformy Obywatelskiej. W licznych medialnych relacjach, tylko bardzo obocznie i nadzwyczaj rzadko zwracano uwagę na cel główny prowokacji z willą w tle. Nie chodziło bowiem o byłego prezydenta Rzeczpospolitej i jego małżonkę, a o polską lewicę i jej czołowego przedstawiciela jakim nadal był Aleksander Kwaśniewski. Z trybuny sejmowej Kaczyński wykrzykiwał w tamtym czasie o walce z układem, którym tym razem miał być SLD i ludzie z nim związani. Taki sam stosunek do lewicy prezentowali, acz w innej formie, Donald Tusk robiący za demokratę i Grzegorz Schetyna za czasowego koalicjanta, również zdecydowana większość PO. W imię nienawiści do lewicy, zapisanej w genach postsolidarnościowych partii, nie odebrano Mariuszowi Kamińskiemu immunitetu poselskiego i cała prawda nie mogła wtedy wyjść na wierzch.

Krzysztof Szewczyk, poeta i krytyk,

nawiązał do minionych lat w eseju „A IMIĘ JEGO N.N.” („Gazeta Wyborcza”. 1-2.02.2020) pisząc: „Przez długi czas poezja Stanisława Barańczaka była dla mnie zakonem surowej moralnej reguły, gdzie cnotą było nade wszystko krytyczne i autokrytyczne spoglądanie na zbiorowość polską pod butem sowieckiej władzy, sprawnie zorganizowanej polskimi łapkami pod szyldem PRL-u.”

Poeta, szczególnie uwrażliwiona postać, ma prawo, jak każdy, do swojego oglądu świata, ale gdyby jednak zdobył się, po latach od opisanej rzeczywistości, na głębszą refleksję, nie mówiąc już o przeczytaniu niepoetyckich, poważnych i profesjonalnych utworów o tamtym okresie, to dziś krytycznie odniósł by się do swojej byłej cnoty z tamtego czasu.
Ale nie, w analogii czasów Polski Ludowej do dzisiejszych buduje dalszą narrację z licznymi cytatami Barańczaka i Herberta, w której istotnym jest prezentowana obszernie postawa konformizmu. I aby już nie przedłużać tych wywodów to wyjaśnić nie tylko autorowi należy, że konformizm w czasach PRL był przede wszystkim wyrazem realnej oceny politycznej sytuacji i szans Polski, a dziś jest postawą dostosowawczą do kapitalistycznych praw rządzących naszym krajem. Natomiast proste porównania dwóch odmiennych okresów nie wytrzymuje nawet wymogów zwykłego eseju.

Godny uwagi, ale i krytyki, jest także następujący fragment tekstu: „Dekapitacja autorytetów, której dokonaliśmy wspólnymi siłami przez ostatnie trzy dekady, powoduje, że ryba nie psuje się od głowy, bo jej nie ma.” Ładnie to napisane ale nieprawda, bowiem swoich głów nasze autorytety pozbawiły się same na własne życzenie: przez milczenie, gdy rodziło się zło i należało krzyczeć, przez cichą akceptację, gdy oczekiwano głośnego sprzeciwu, przez świadome pozbawienie się swojej powinności wobec społeczeństwa, bo podobno demokracja miała być remedium na całe zło. A nadto przez lata niektórzy, z racji częstego potakiwania, konformizmu albo przez przypadek, za autorytety uchodzili.

Państwowego zakazu nie ma też

wobec licznych uchwał samorządów przeciw ideologii LGBT i tworzenia tzw. stref wolnych od LGBT. „Uchwały te – czytamy w apelu Akcji Demokracja – są podejmowane przez poszczególne rady pod wpływem emocji oraz nacisku ze strony władz kościelnych i innych, co jest niezgodne z etyką samorządowca.” Wojewodowie, mający z mocy urzędu obowiązek i prawo do kontroli i nadzoru nad uchwałami samorządowymi milczą jak zaklęci.

Tak się to zawsze zaczyna – jak niedawno mówił Marian Turski – najpierw ławka dla swoich, później godziny otwarcia sklepu, wszystko po kolei tupta, kroczek, po kroczku.

We współczesnym polskim wydaniu bez problemów wyobrazić sobie każdy może kolejne, już nie koniecznie tuptające kroki, a hałaśliwe stąpanie kościelnych i państwowych orędowników dążących do zbudowania lepszej, tylko w ich mniemaniu, Polski.

Nie wolno nam wobec nich, ale także w obliczu soft zakłamania być obojętnym.

Kaczyński żąda reparacji od Rosji

Wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla niemieckiej bulwarówki „Bild” wywołał rezonans w kilku krajach. Prezes PiS powiedział kilka ważnych rzeczy.

Potwierdził jeszcze raz chęć uzyskania reparacji wojennych. Tym razem jednak rozszerzył terytorium swoich oczekiwań: poza Niemcami (które oficjalnie już dawno odrzuciły polskie żądania), reparacje miałaby płacić Rosja. Odniósł się też do ostatniej wojny o historię między Polską a Rosją. Kaczyński jednoznacznie wypowiedział się, że Rosję uważa za sprawców II wojny światowej. Stwierdził też, że Rosja „powinna zapłacić”, choć przytomnie przyznał, że nie sądzi, by Rosja przyznała się do swojej odpowiedzialności, a co za tym idzie, by można było z nią podjąć rozmowy o finansowych rozliczeniach.
Prezes państwa dopuścił możliwość spotkania z prezydentem Rosji, by porozmawiać „o śmierci mojego brata” pod warunkiem, że przedtem strona rosyjska zwróci wrak samolotu, w którym śmierć poniósł m.in. Lech Kaczyński. Do momentu tej wypowiedzi prezesa PiS strona rosyjska nie wypowiadała się w sprawie ewentualnego spotkania.
Nie zabrakło też wątków wewnątrzpolskich: Kaczyński zaprezentował stałą tezę pisowskiej narracji, że sędziowie, którzy sprzeciwiają się reformom rządu, to beneficjenci „przywilejów komunistycznych”.
Na rosyjską reakcję nie trzeba było długo czekać: przewodniczący komisji spraw zagranicznych Rady Federacji ocenił wypowiedzi Kaczyńskiego dotyczące żądań finansowych wobec Rosji, która poniosła największe straty wśród krajów walczących w II wojnie światowej jako prowokację.
Niemieckie media kpią z Kaczyńskiego. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” potraktował wypowiedzi prezesa PiS o tym, że w Polsce nie dzieje się nic, co mogłoby wystraszyć Europę, jako przejaw poczucia humoru Kaczyńskiego, dotychczas przez niego ukrywanego. Z kolei „Sueddeutsche Zeitung” zarzucił szefowi PiS mijanie się z prawdą, gdy mówił o tym, że UE przekracza swoje kompetencje, interweniując w Polsce.
Maciej Wiśniowski (Strajk.eu)

Czas się zatrzymać!

Premier Morawiecki opublikował w portalu politico.eu artykuł-odpowiedź odpowiedzią na rosyjską ofensywę historyczną, zapoczątkowaną wystąpieniem Władimira Putina 19 grudnia. Niestety, tekst ten tylko eskaluje agresję, która po obu stronach sięga niesłychanych poziomów.

W odpowiedzi na manipulacje i fakty wyrwane z kontekstu, jakimi rzuca druga strona, Morawiecki sięgnął po półprawdy i ewidentne kłamstwa. Tylko czekać jeszcze gorszych i obrzydliwszych reakcji z tamtej strony, a potem następnych szarż polskich najemnych historyków i propagandzistów. Spirala się nakręca.

Okupacja do 1989 r.?

Mateusz Morawiecki po raz kolejny (bo to stała teza polskiej polityki historycznej) stwierdza, że ZSRR „pomagał nazistowskim Niemcom”, że był „daleki od bycia wyzwolicielem”. Polski premier twierdzi, że zakończenie II wojny światowej i zwycięstwo nad nazizmem „nie oznaczało końca tragedii, a jedynie początek nowej”, zrównując tym stwierdzeniem nazizm z ustrojem, który nazywa się komunizmem, a który panował w krajach socjalistycznego obozu.

Morawiecki mija się z prawdą pisząc, że to była „okupacja sowiecka”, która „ kosztowała życie milionów ludzi i pozbawiła Polskę i Europę Środkową niepodległości i szansy na normalny rozwój gospodarczy”. Jeśli ten „rozwój gospodarczy” miałby wyglądać tak, jak rozwarstwiona klasowo, niesprawiedliwa i wcale nie demokratyczna Polska międzywojenna, to doprawdy trudno tu mówić o „normalności”. I tak, PRL to okres stalinizmu z ewidentnymi zbrodniami, ale też odwilż, odbudowa kraju z ruin, budowa polskiego przemysłu, awans społeczny milionów ludzi. Tak, właśnie tutaj mówienie o milionach jest zupełnie na miejscu.

Półprawdy i manipulacje

Morawiecki powtarza, że to sam pakt Ribbentrop – Mołotow utorował drogę do wybuchu II wojny światowej, choć jako historyk z wykształcenia powinien wiedzieć doskonale, że historia to proces, a nie ciąg oderwanych od siebie wydarzeń. Manipuluje, pisząc, że jedynie współpraca ekonomiczna z ZSRR zbudowała potęgę militarną hitlerowskich Niemiec. Fakt owocnej współpracy kapitalistycznych potęg zachodu z Niemcami nie tylko przed wojną, ale też w czasie jej trwania jest powszechnie znany. Płynnym ruchem polski premier przypisuje Rosji współodpowiedzialność za zagładę Żydów, by kilka akapitów dalej potwierdzić to jeszcze zdaniem, że „ratowanie Żydów nigdy nie było priorytetem dla Stalina i Armii Czerwonej”.

Morawiecki dodaje, że „prawdziwa historia podwójnej okupacji Polski mogła być opowiedziana przez Polskę dopiero w 1989 roku”. Nie, panie premierze. Właśnie pisanie od nowa najnowszej historii Polski przez instytucje III RP, negowanie innych punktów widzenia niż katolicko-narodowy, wyrzucanie do kosza dorobku całych pokoleń przejdą do historii jako przykład perfidnego grania przeszłością.

Morawiecki mówi półprawdy o stosunkach polsko-żydowskich w czasie wojny i okupacji, choć źródeł, pokazujących, że były one pełne polskiego bohaterstwa, ale też podłości, zbrodni i zdrady, jest mnóstwo. Co ciekawe, rzuca też premier uwagę, że polski rząd na uchodźstwie „próbował” uświadomić zachodnim sojusznikom rozmiary zbrodni na Żydach. Ale nie wyjaśnia, dlaczego tylko próbował, zderzając się ze ścianą obojętności. Czyżby zachód miał „inne priorytety”? Dlaczego tutaj polski premier nie jest tak bezlitośnie surowy, jak dla ZSRR?

Na koniec Morawiecki sugeruje, że tylko jego punkt widzenia w sprawach II wojny światowej jest właściwy. Nie, panie premierze. W badaniach historycznych i dyskusji o przeszłości tak się nie da.

Już jest reakcja

Artykuł polskiego premiera wywołał bardzo mocną reakcję w Rosji. Do ataku jeszcze tego samego dnia rzucili się najwięksi propagandziści. Już poszły w świat podłe słowa jakiegoś nieodpowiedzialnego durnia, który powiedział, że Stalin miał rację, nakazując mord w Katyniu. Potem przypomną z pewnością Morawieckiemu jego hołdy dla współpracowników nazistów – Brygady Świętokrzyskiej, odbierając mu wiarygodność. Obrzucanie się nienawiścią będzie trwało.

Największymi ofiarami tej historiograficznej wojny zastępczej zostaną natomiast prawdziwi polscy bohaterowie. Ci, którzy walczyli o Wał Pomorski i zdobywali Berlin. Polski IPN dawno wyrzucił ich na margines, wmawiając społeczeństwu, że z niewłaściwej strony szli na ten Berlin, że nie ma z czego być dumnym. Teraz również rosyjscy usłużni komentatorzy prędzej przypomną o Polakach w Wehrmachcie (oczywiście wyrywając całą rzecz z kontekstu) niż o braterstwie broni sprzed 75 lat. I co? O to polskiej prawicy chodziło?

Może być jeszcze gorzej

A czemu nie miałoby zdarzyć się to, czego od dawna domagają się niektórzy rosyjscy politycy? Wzorem amerykańskim Rosja wprowadzi sankcje personalne przeciwko najwyższym politykom Polski, zamknie przed nimi przestrzeń powietrzną, obłoży karami firmy, które zechcą robić z państwowymi polskimi przedsiębiorstwami jakiekolwiek interesy, będzie bojkotować międzynarodowe imprezy, na których pojawią się polscy politycy. Taka lista Morawieckiego. I są wszelkie podstawy, by przewidywać, że oczywiście mamy na Zachodzie przyjaciół, ale ich przyjaźń może okazać się nie tak mocna, jak chęć zarabiania na interesach z Rosją.
Dość tego nakręcania wrogości, dość grania emocjami z obu stron. Muszą znaleźć się siły, które cofną oba kraje z tej drogi. Ona prowadzi nie tyle w ślepy zaułek, ile do nieodwracalnych skutków, które będą miały bezpośredni wpływ na życie zwykłych ludzi. Nie ma żadnego powodu, dla którego społeczeństwo ma płacić za wojny nie w polskich zresztą interesach, które prowadzą polskie elity. Zatrzymajmy się!

Wojna pałaców

Wojna nas czeka, wojna z Rosją. Wojna na gesty, wojna na słowa. Medialna wojna hybrydowa. Pierwsze starcia mamy za sobą. Wygrała je ekipa pana prezesa Kaczyńskiego. Nie dlatego, że swą kompetencją i godnością osobistą pognębiła agresję słowną prezydenta Putina.

Wygrała je dla pana prezesa, JE ambasador USA Georgetta Mosbacher, która ekspresywnie skrytykowała kłamstwa prezydenta Rosji. Za to amerykańską ambasador i całą dyplomację USA bezpardonowo zaatakowały rosyjskie media i ich MSZ. Wtedy po stronie USA, czyli Polski też, stanęli ambasadorowie Izraela, Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii oraz liczne europejskie media. I nawet poważni zachodni historycy.

Pierwszy raz w sporze o XX wieczną historię po stronie polskiej stanęło aż tylu zachodnich sojuszników. Ech, gdyby w sierpniu 1939 roku sanacja miała by ich aż tylu, to może agresja hitlerowska na Polskę zostałaby przesunięta na następne lata.

Cztery bitwy

Ale ten sukces to dopiero początek wielkiej wojny. Pierwsza jej „bitwa o pamięć” rozegra się w Jerozolimie podczas uroczystości z okazji 75 -lecia wyzwolenia niemieckiego obozu śmierci w Auschwitz- Birkenau. Dlaczego nie będzie to u nas, czyli na uroczystości zorganizowanej przez polską stronę w Auschwitz? Dlaczego ekipa pana prezesa Kaczyńskiego wiedząc o przyszłej wojnie propagandowej oddały pole walki ekipie prezydenta Putina? Dlaczego pozwoliła im wybrać teren walki, co od razu pogarsza szanse rządzącej Polską ekipy pana prezesa?

Druga bitwa rozegra się 9 maja w Moskwie. Cóż, wtedy ekipa Putina też będzie grała u siebie. Próba rozpoczęcia starcia 8 maja gdzieś bliżej Warszawy może skończyć się dla pana prezesa Kaczyńskiego medialnym niewypałem.

Trzecie starcie mogłaby wygrać ekipa PiS. Stulecie wojny polsko- radzieckiej z roku 1920, ostatniej poważnej wojny wygranej samodzielnie przez wojsko polskie, z góry gwarantuje powtórkę sukcesu. Podobnie jak czwarte starcie. Rozegrane we wrześniu 2020, w czasie kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej w Europie.

Dzięki tym dwóm rocznicom ekipa pana prezesa Kaczyńskiego mogłaby wygrać nawet tegoroczną wojnę medialną z ekipą prezydenta Putina. Pod warunkiem, gdyby była to tego należycie przygotowana. A wszystkie znaki na niebie, i zwłaszcza na ziemi, wskazują na kolejny festiwal fanfaronady i niekompetencji organizacyjnej. Nieróbstwo i wiarę w moc polskiej improwizacji.
Sierpień 2020 już za pół roku, a nadal nie ma potwierdzonej listy znakomitych, zagranicznych gości przybyłych na uroczystości. I wraz z nimi ekip dziennikarskich. Nie ma profesjonalnych publikacji historycznych napisanych przez uznanych na świecie historyków. Naprędce wydane, skompilowane przez prorządowych chałturników publikacje, niczego nie załatwią. Nie ma profesjonalnie zrealizowanego filmu poświęconemu wojnie. Nie ma też poświęconej jej gry komputerowej, form tak dzisiaj popularnej wśród młodych. Jest za to koszmarny projekt marmurowych kalesonów udających Łuk Triumfalny ku czci Zwycięzców Wojny 1920 roku, na szczęście nie zrealizowany.

Ekipa Kaczyńskiego chciałaby wygrać wojnę medialną z ekipą Putina, ale nie ma profesjonalnej armii. Ma swoje pospolite ruszenie w postacie przeróżnych, mniej lub bardziej szemranych firm, z Polska Fundacją Narodową na czele. Zbieraninę pazernych, łasych na kasę, nieskutecznych chałturników.

Samosie

Ekipa Kaczyńskiego marzy o wygraniu wojny z ekipą Putina, ale pragnie też tego triumfu tylko dla siebie.

Dlatego nie proponuje wspólnych działań politycznej opozycji. Nie zabiega o współpracę z licznych fachowcami, którzy są krytyczni wobec bieżącej polityki PiS. Nie ma nawet skromnego apelu ze strony rządzących obecnie Polską, apelu do opozycji o wspólne przeciwstawienie się agresji propagandowej ekipy Putina. Przeciwstawienie się kłamstwom propagowanym przez rosyjskie media. Nie ma propozycji współdziałania ponad politycznymi poglądami, partyjnymi sympatiami.

Dlatego los tegorocznej wojny ekipy prezydenta Putina z ekipą pana prezesa Kaczyńskiego zależy od reakcji międzynarodowych sojuszników obu ekip. Od woli prezydenta USA, kalkulacji premiera Izraela, nastrojów przywódców państw Unii Europejskiej. Sukces ekipy pana prezesa zależy od poparcia zachodnich sojuszników. Podobnie jak los rządzącej Polską sanacyjnej ekipy w końcu lat trzydziestych.

Wojna propagandowa ekipy prezydenta Putina z ekipą pana prezesa Kaczyńskiego to przede wszystkim wojna jednego pałacu z drugim. Źle się jednak stanie jeśli okazjonalna, propagandowa wojna elit politycznych stanie się wojną dwóch, bliskich od wieków narodów. Ekipy rządzące obu państwami przychodzą i odchodzą. Zasiana przez nie nienawiść między obu narodami może niestety pozostać na długo.