Prezydent Rosji pisze w amerykańskim magazynie

W amerykańskim magazynie konserwatywnym National Interest ukazał się niedawno artykuł Władimira Putina, do którego odsyłam zainteresowanych – dostępny np. na Onecie. Warto się nad nim pochylić i poczytać z uwagą, bowiem ilustruje aktualny stan umysłu władz Rosji w odniesieniu do historii Europy w kontekście przyczyn wybuch II wojny światowej – tak, jak przyczyny te widzi Rosja.

Są w nim również płynące z tego, według Rosji, wnioski dla współczesnego świata polityki. Artykuł jest także – jak należy domniemywać – kolejną próba rosyjskiej odpowiedzi na rezolucję Parlamentu Europejskiego z września ubiegłego roku, uznającą winę stalinowskiego ZSRR za wybuch II wojny jako równoważną z winą Niemiec Hitlera, w związku z paktem Ribbentrop – Mołotow, i 17 września 1939.

Przy okazji komentowania zapisu prezydenta Rosji w amerykańskim magazynie warto rezolucję PE nieco przybliżyć, gdyż ta, pozostając nie bez związku z artykułem Putina, dolała oliwy do antyrosyjskiego ognia z inicjatywy europejskich, prawicowych parlamentarzystów, Litwy i Polski zasadniczo. Przegłosowana w Parlamencie Europejskim, uczyniła sprawę obraźliwą, więc nie do przyjęcia dla Rosji oraz Rosjan. To nie jest, jakby się wydawało co niektórym, kij włożony w „wielkoruski nacjonalizm”, to raczej kołek osikowy wbity w mózgi Europejczyków. Zauważamy, że werdykt Parlamentu Europejskiego powinien – o dziwo – zachwycić zwłaszcza Niemców, gdyż z dotąd „winnych wyłącznie” awansowali na „współwinnych po równi”. I to z kim !? Rezolucja słodzi również Francuzom, Brytyjczykom i Włochom; państwa te mogą teraz się poczuć zwolnionymi z poczucia dyskomfortu grania pierwszych skrzypiec w koncercie wydarzeń dających Hitlerowi zielone światło do zbrojnego zawłaszczenia Europy – za Układ Monachijski i inne podobne wyskoki przed oraz po Monachium. Współwinę sprawczą i bezpośrednią – w proporcji jeden do jeden z Niemcami Hitlera – zwalono na Ruskich. Jakież to proste. Coś, co winno pozostawać przedmiotem uczonych dyskusji – sporów historyków o niechlubną palmę pierwszeństwa w historycznym ciągu przyczyn wybuchu tej okropnej wojny, uległo pozornemu rozstrzygnięciu pod postacią rezolucji Parlamentu Europejskiego, wyrażającej polityczne chciejstwo żarliwych, prawicowych autorów i wyznawców meritum dokumentu .

Czytając artykuł Władimira Putina, nie warto popadać w typowo polską manierę zakładającą z góry, że skoro rosyjski prezydent, twierdzi w nim między innymi, że winę za tragedię, jakiej doznała Polska we wrześniu 1939 roku, ponosi w całości jej kierownictwo, artykuł ten kwalifikuje się w całości do kosza. Obok konstatacji tendencyjnych, nietrafionych, jak ta o rzekomo całościowej winie Polski za doznane w II wojnie nieszczęścia, jest ogromny pakiet takich, nad którymi warto się pochylić. Nawet jeśli są nam nieprzychylne. W gatunkowo wiodącym w zapisie wątku polskim pojawiają się opinie rosyjskiego prezydenta, które nie sposób uznać za chybione. W gmatwaninie politycznych wydarzeń poprzedzających wybuch II wojny trudno wyodrębnić kluczowe podmioty polityczne Europy, które byłyby pozbawione jakiejkolwiek winy – czyste politycznie i moralnie. Na dramatycznej układance u progu wojny każdy próbował coś ugrać: Polska akurat Zaolzie, którego zajęcie musiało być dyplomatycznie uzgodnione z Berlinem. I było, czego nie warto się wypierać; pozbawiło nas czujności i umocniło w mocarstwowych złudzeniach. Detaliczne ważenie wszystkich wątków artykułu Putina – jest ich sporo – wymagałoby dłuższego zapisu. Są jednak sprawy, które w artykule rosyjskiej głowy państwa należy uznać za kluczowe i warte skomentowania. Całość jest niewątpliwie nam zaczepna, ale twierdzenie, że całkowicie bezzasadnie byłoby zaklinaniem rzeczywistości. To zdumiewające, jak upiory wojny, która zakończyła się 75 lat temu, miast spocząć w historycznym lamusie, wywierają nieustająco wpływ na światową i europejską politykę; utrwalają wrażenie braku jej sprawiedliwego spuentowania. Putin ma rację zauważając – co da się pośrednio wywnioskować z litery artykułu – sączone przez Zachód (zwłaszcza Polskę) skłonności do niedowartościowania kluczowego wkładu ZSRR w zwycięstwo nad Hitlerem, przy jednoczesnym betonowaniu wizji tego państwa jako w pierwszej kolejności opresyjnego dla państw Wschodu powojennej Europy. Jakkolwiek opresyjności nie da się zaprzeczyć, gdyż została wpisana niejako i pośrednio w pojałtański porządek, próby zrównywania jej, zwłaszcza w Polsce po 1989 roku, z opresyjnością reżimu Hitlera – mityczną sowiecką okupację – należy uznać za absurdalne. Polska w oficjalnej polityce odrzuca tezę o radzieckim wyzwoleniu w 1945 roku, mianując je początkami „komunistycznego zniewolenia” ,co brzmi dramatycznie, wprowadza historyczny zamęt i dobrze pasuje do konfrontacyjnego tonu „dialogu” z Rosją, Rosja zaś wini Polskę za przyłożenie ręki do wybuchu wojny; za brak gotowości na zmontowanie w porę antyhitlerowskiej koalicji z udziałem ZSRR, Anglii i Francji. O ile z punktu widzenia zdrowego rozsądku można uzasadnić zaanektowanie przez Stalina 17 września 1939 ziem polski wschodniej – jak się okazało, było to militarnie korzystne dla przebiegu wojny (oddalało Wermacht o 200 km dalej od Moskwy) – w niczym nie da się usprawiedliwić stalinowskich okrucieństw podjętych wobec Polaków na zaanektowanych terenach. W artykule rosyjskiego prezydenta ani słowa na ten temat, i to jest zasadnicza słabość meritum tekstu Władimira Putina, który, moim zdaniem, stracił dobrą okazję, aby się do tego odnieść uczyniło by go bardziej wiarygodnym. Populistyczna skłonność Kremla do wybielania stalinowskiego ZSRR wychodzi na przeciw rosyjskim sentymentom, konserwuje je, gdyż to się politycznie w Rosji opłaca. W Polsce zaś politycznie opłaca się walenie w antyrosyjski bęben. Wyrazem tego jest np. nieustanne ganienie Rosji za Katyń, chociaż władze tego kraju dawno uznały ten za zbrodnię stalinowską i wojenną; dały temu wyraz w stosownych oficjalnych oświadczeniach rosyjskiej Dumy oraz prezydentów: Gorbaczowa i Jelcyna. Katalog polskich przygan pod adresem Rosji pozostaje nieustająco żywotny, przy czym, miast stawać się powoli zwietrzałym, jest ciągle podsycany w polityce historycznej i propagandzie. Kierownictwo akowskiego podziemia nie wyobrażało sobie ruskiego wyzwolenia; z niechęcią i obawą obserwowało radzieckie postępy na froncie wschodnim – każde wyzwolenie, byle nie radzieckie. Sęk w tym, że innego być nie mogło, zatem należało wpasować się w twarde realia; nie trwać w irracjonalnym uporze i oporze, czekać aż zwycięskie mocarstwa przywołają nas do porządku. Jesteśmy tak geopolitycznie posadowieni w Europie, że skazanie na dogadywanie się z sąsiadami winno być paradygmatem naszej polityki. Zamiast tego wolimy polityczną pyskówę z Rosją – Rosja taką politykę odwzajemnia z elegancją wątpliwa, podobną zresztą do naszej. Po 1989 roku wypuściliśmy antyruskiego dżina z politycznej butelki. Mijają lata, a ten nadal hasa zachęcany przez kolejne ekipy rządów postsolidarności. O trwałości naszych wojowniczych resentymentów wobec Rosji świadczy liturgia smoleńska – to zdumiewające jak część narodu była i pozostaje skłonna wierzyć w rojenia o rosyjskiej winie za katastrofę Tupolewa z polską delegacją. Za pozbawione wszelkiego rozsądku, z gruntu konfrontujące nas poważnie z Rosją należy uznać hurtowe kasowanie pomników radzieckiego wyzwolenia. Ta konsekwencja zapiekłego fanatyzmu skrajnej prawicy, która dorwała się i trwa przy władzy, marne nam wystawia świadectwo i fatalnie rzutuje na bieżące stosunki z Moskwą. Inną sprawą jest nieustanne podsycanie w Polsce wizerunku wschodniego sąsiada jako potencjalnego agresora, trwającego w zbrojnym oczekiwaniu do napaści na nasz kraj. Mało to rozsądne. Póki co, obie strony nie wykazują skłonności do wzajemnych ustępstw i ciążenia ku dogadywaniu się. Jest wiele innych spraw, zwłaszcza dotyczących aktualnych wyobrażeń Rosji o światowej polityce, o których warto byłoby wspomnieć przy okazji komentowania tekstu Putina. Ale to już inna bajka.