Protest wobec lokalizacji amerykańskiej broni jądrowej w Polsce

Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wyraża zdecydowany sprzeciw wobec ewidentnych już działań władz Rzeczypospolitej Polskiej, mających na celu lokalizację amerykańskiej broni jądrowej wraz ze zwiększeniem liczebności wojsk Stanów Zjednoczonych USA na terytorium naszej Ojczyzny.

Nie zgadzamy się, aby wojska amerykańskie, wyposażone w broń masowego rażenia, wycofane z terytorium Niemiec, zostały przeniesione do Polski.

Działania takie już od dłuższego czasu podejmują najwyższe czynniki władz Rzeczypospolitej Polskiej na czele z Prezydentem Państwa i Premierem Rządu. Działania te, pod płaszczykiem innych zdarzeń, są perfidnie eskalowane. Celem ich jest uczynienie na terytorium Polski „państwa frontowego”, jako forpoczty inicjującej wojnę z Federacją Rosyjską.

Etapami realizacji tego celu są:

1. Świadome wywołanie i podsycanie uczucia strachu oraz sterowanie nim w skali całego Narodu, pod pretekstem tzw. pandemii koronawirusa.

Obecne władze Rzeczypospolitej Polskiej świadomie wywołały strach wśród obywateli Polski, nadal go podsycają i sterują nim. Narzędziem uzyskiwania stałych tego efektów jest ustanowione „prawo”: zakaz swobody wyjścia z domostw, zakaz zbiorowego komunikowania się ludności, zakaz zgromadzeń publicznych i nakaz przymusowych szczepień. „Prawo” to nie dopuszcza prezentacji poglądów innych i faktów sprzecznych z rządową polityką, wyrażanych przez polskich, jak i zagranicznych przedstawicieli służby zdrowia, wielu dziedzin nauki na czele z naukami medycznymi. Fakty te stanowią dowód na kłamstwa i fałszerstwa władz na temat tzw. „pandemii” koronawirusa.

Protestujemy przeciw takim metodom i formom sprawowania władzy w Rzeczypospolitej Polskiej.

Wyrażamy zdecydowane poparcie dla Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP – NOP, jako organizatora społecznego protestu przeciw nakazowi przymusowych szczepień, który został zorganizowany w dniu 6.06.2020r. przed gmachem Urzędu Rady Ministrów.

2. Podpisana 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategia bezpieczeństwa narodowego” jednoznacznie i pięciokrotnie wskazująca na „jedynego i zagrażającego nam wroga” – Rosję.

W całości popieramy stanowisko wyrażone wobec „Strategii..” przez Narodowy Front Polski, gdyż: „W polskim interesie są normalne, dobrosąsiedzkie stosunki z Rosją, a nie czynienie wroga… Nie jest w polskim interesie robić sobie wroga z sąsiada, w dodatku Słowianina”. Negatywne opinie co do treści „Strategii…” wyraziło wielu znawców przedmiotu, w tym byłych wojskowych. Niestety, aktualna władza nie chce pochylić się nad merytorycznymi prognozami i opracowaniami inaczej myślących niż reprezentanci ich samych. Władza nie wyciąga żadnych wniosków z treści książki – wywiadu z Generałem M. Różańskim pod znamiennym tytułem „Dlaczego przegramy wojnę z Rosją”, z pracy Gen. M. Ojrzanowskiego „Co nowy prezydent o wojsku wiedzieć powinien”, z artykułu Red. Nacz. Przeglądu Socjalistycznego Andrzeja Ziemskiego „Broń jądrowa w Polsce?” (Przegląd Socjalistyczny, maj 2020).

Także oceny innych źródeł unaoczniają, że „Strategia…” jest dokumentem niekompletnym i niespójnym, stanowiącym zbiór haseł w znaczącym stopniu niemożliwych do zrealizowania. „Strategia…” nie gwarantuje i nie zabezpiecza podstawowego warunku zachowania suwerenności Państwa Polskiego w zakresie nadzoru nad wojskami obcego państwa stacjonującymi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Zasadniczy cel „Strategii…”, to przygotowanie Państwa do ofensywnej wojny, a nie do fizycznego przetrwania Narodu na wypadek działań wojennych, jakie rozgrywać się będą na terytorium Polski. Tę zasadniczą kwestię – zapewnienie zachowania tkanki biologicznej Narodu, czyli fizycznego przeżycia w czasie zagrożenia wojennego i wojny – „Strategia…” pomija milczeniem.

Tymczasem uznanie Federacji Rosyjskiej za główne zagrożenie dla Polski i przesunięcie amerykańskiej broni jądrowej z terytorium Niemiec do Polski, w przypadku podjęcia działań wojennych, staje się wyrokiem skazującym Polski na rolę głównego teatru działań bojowych z użyciem tej broni, czyli terytorium głównych uderzeń stron walczących.

3. Zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce poprzez ich dyslokację z terytorium Niemiec do Polski, które miały miejsce po oficjalnych informacjach światowych mediów o protestach narodu niemieckiego przeciw dalszemu stacjonowaniu na ich terytorium amerykańskich garnizonów wyposażonych w broń jądrową.

Jeśli przyczyna podpisania 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategii bezpieczeństwa narodowego” mogła (jeszcze w maju!) sprawiać obiektywne wrażenie braku manipulacji, to aktualnie (bo na początku czerwca br.!), przyczyna nadania jej statusu prawnego dokumentu staje się klarowna. „Strategia bezpieczeństwa narodowego” z dnia 12.05.2020r. była zapowiedzią i jest wstępem do oficjalnego wystąpienia nie tyle o zwiększenie liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, co o umieszczenie broni jądrowej na terytorium Polski. W zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, milczeniem pomija się problem najbardziej żywotny dla Narodu Polskiego – instalację amerykańskiej broni jądrowej na terytorium Polski. Jeśli „Strategia…” jednoznacznie i kilkakrotnie wskazała na Rosję, jako „jedynego i zagrażającego nam wroga”, to władza wbija w świadomość Narodu przekonanie, iż tak jest, po to aby Naród wojnę zaakceptował, aby nie było masowych sprzeciwów i aby władza mogła łatwo poprowadzić „polskie mięso armatnie” na śmierć, nazywając to „zaszczytem” obrony Polski.

Wyrażamy zdecydowany protest wobec antynarodowej polityki podżegaczy wojennych. Jednoznacznie popieramy stanowisko Porozumienia Socjalistów wyrażone w oświadczeniu z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem: „Tragiczne dla narodu i państwa skutki II wojny światowej powinny owocować w polskiej myśli politycznej refleksją, że już nigdy więcej, za żadną cenę, nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której ziemie polskie mogą stać się

polem bitwy i konfrontacji europejskiej, czy globalnej”.

Konstatujemy, że władza nie chce wyciągać wniosków ani z historii, ani ze współczesności; żadnych wniosków z dokumentów wojennych, na jakie wskazują opracowania: „Kto odpowiada za klęskę wrześniową” Fundacji Oratio Recta, czy „Kto wydał wyrok na miasto” A. Sowy, żadnych wniosków z wydarzeń powojennych. Polacy nie zapomnieli o polskiej koncepcji Adama Rapackiego uczynienia w Europie Środkowo-Wschodniej strefy bezatomowej, zwanej „planem Rapackiego”. Polacy pamiętają koncepcję Urho Kekkonena, że: „Przyjaciół należy mieć blisko, a wrogów daleko od siebie”, po to aby państwa z sobą sąsiadujące nigdy nie wchodziły na drogę wojny.

Przykładem troski o interes własnego narodu i państwa był Prezydent Generał de’Gaulle, który odmówił Amerykanom dłuższego pobytu na terytorium Francji, poza okresem ustalonym powojennymi traktatami. Tak, jak Francuzi w latach 60-tych, tak dziś czynią to Niemcy…

Na tym tle nasza Ojczyzna jest dziś haniebnym przykładem antynarodowego podżegania wojennego: czynią to ludzie sprawujący dziś najwyższe władze w Państwie Polskim. Twierdzenia władz, jakoby zwiększenie stanu osobowego US Army było najpewniejszą formą zapewnienia bezpieczeństwa, jest kontynuacją antypolskiego stanowiska, jakie w 2016 roku wyrażał A. Macierewicz, witając w Polsce pierwsze garnizony armii amerykańskiej słowami: „-Czekaliśmy na was tyle lat …” Tamto zdarzenie wywołało protesty wielu organizacji społecznych i indywidualnych Polaków, którzy pragną zachować na polskiej ziemi pokój i życie.

Bezwzględną koniecznością staje się wyrażanie przez myślących, uczciwych Rodaków, zdecydowanych protestów wobec polityki zbrojeń i obecności obcych wojsk w Polsce, wyposażonych w broń jądrową.

Apelujemy do organizacji i środowisk zatroskanych o los Ojczyzny o jasne i publiczne wyrażenie stanowiska w podstawowej dla Narodu i Państwa Polskiego sprawie bezpieczeństwa.

Z wyrazami uszanowania,

Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia – Roland Dubowski

Członek Prezydium ZG – płk Jan Gazarkiewicz (Z wyjątkiem kwestii przymusu szczepień)

Członek Prezydium ZG, Skarbnik – płk Wojciech Samborski

Przewodniczący Komisji Zagranicznej,

Prezes Honorowy ZG – płk Tadeusz Kowalczyk

Prezydent Rosji pisze w amerykańskim magazynie

W amerykańskim magazynie konserwatywnym National Interest ukazał się niedawno artykuł Władimira Putina, do którego odsyłam zainteresowanych – dostępny np. na Onecie. Warto się nad nim pochylić i poczytać z uwagą, bowiem ilustruje aktualny stan umysłu władz Rosji w odniesieniu do historii Europy w kontekście przyczyn wybuch II wojny światowej – tak, jak przyczyny te widzi Rosja.

Są w nim również płynące z tego, według Rosji, wnioski dla współczesnego świata polityki. Artykuł jest także – jak należy domniemywać – kolejną próba rosyjskiej odpowiedzi na rezolucję Parlamentu Europejskiego z września ubiegłego roku, uznającą winę stalinowskiego ZSRR za wybuch II wojny jako równoważną z winą Niemiec Hitlera, w związku z paktem Ribbentrop – Mołotow, i 17 września 1939.

Przy okazji komentowania zapisu prezydenta Rosji w amerykańskim magazynie warto rezolucję PE nieco przybliżyć, gdyż ta, pozostając nie bez związku z artykułem Putina, dolała oliwy do antyrosyjskiego ognia z inicjatywy europejskich, prawicowych parlamentarzystów, Litwy i Polski zasadniczo. Przegłosowana w Parlamencie Europejskim, uczyniła sprawę obraźliwą, więc nie do przyjęcia dla Rosji oraz Rosjan. To nie jest, jakby się wydawało co niektórym, kij włożony w „wielkoruski nacjonalizm”, to raczej kołek osikowy wbity w mózgi Europejczyków. Zauważamy, że werdykt Parlamentu Europejskiego powinien – o dziwo – zachwycić zwłaszcza Niemców, gdyż z dotąd „winnych wyłącznie” awansowali na „współwinnych po równi”. I to z kim !? Rezolucja słodzi również Francuzom, Brytyjczykom i Włochom; państwa te mogą teraz się poczuć zwolnionymi z poczucia dyskomfortu grania pierwszych skrzypiec w koncercie wydarzeń dających Hitlerowi zielone światło do zbrojnego zawłaszczenia Europy – za Układ Monachijski i inne podobne wyskoki przed oraz po Monachium. Współwinę sprawczą i bezpośrednią – w proporcji jeden do jeden z Niemcami Hitlera – zwalono na Ruskich. Jakież to proste. Coś, co winno pozostawać przedmiotem uczonych dyskusji – sporów historyków o niechlubną palmę pierwszeństwa w historycznym ciągu przyczyn wybuchu tej okropnej wojny, uległo pozornemu rozstrzygnięciu pod postacią rezolucji Parlamentu Europejskiego, wyrażającej polityczne chciejstwo żarliwych, prawicowych autorów i wyznawców meritum dokumentu .

Czytając artykuł Władimira Putina, nie warto popadać w typowo polską manierę zakładającą z góry, że skoro rosyjski prezydent, twierdzi w nim między innymi, że winę za tragedię, jakiej doznała Polska we wrześniu 1939 roku, ponosi w całości jej kierownictwo, artykuł ten kwalifikuje się w całości do kosza. Obok konstatacji tendencyjnych, nietrafionych, jak ta o rzekomo całościowej winie Polski za doznane w II wojnie nieszczęścia, jest ogromny pakiet takich, nad którymi warto się pochylić. Nawet jeśli są nam nieprzychylne. W gatunkowo wiodącym w zapisie wątku polskim pojawiają się opinie rosyjskiego prezydenta, które nie sposób uznać za chybione. W gmatwaninie politycznych wydarzeń poprzedzających wybuch II wojny trudno wyodrębnić kluczowe podmioty polityczne Europy, które byłyby pozbawione jakiejkolwiek winy – czyste politycznie i moralnie. Na dramatycznej układance u progu wojny każdy próbował coś ugrać: Polska akurat Zaolzie, którego zajęcie musiało być dyplomatycznie uzgodnione z Berlinem. I było, czego nie warto się wypierać; pozbawiło nas czujności i umocniło w mocarstwowych złudzeniach. Detaliczne ważenie wszystkich wątków artykułu Putina – jest ich sporo – wymagałoby dłuższego zapisu. Są jednak sprawy, które w artykule rosyjskiej głowy państwa należy uznać za kluczowe i warte skomentowania. Całość jest niewątpliwie nam zaczepna, ale twierdzenie, że całkowicie bezzasadnie byłoby zaklinaniem rzeczywistości. To zdumiewające, jak upiory wojny, która zakończyła się 75 lat temu, miast spocząć w historycznym lamusie, wywierają nieustająco wpływ na światową i europejską politykę; utrwalają wrażenie braku jej sprawiedliwego spuentowania. Putin ma rację zauważając – co da się pośrednio wywnioskować z litery artykułu – sączone przez Zachód (zwłaszcza Polskę) skłonności do niedowartościowania kluczowego wkładu ZSRR w zwycięstwo nad Hitlerem, przy jednoczesnym betonowaniu wizji tego państwa jako w pierwszej kolejności opresyjnego dla państw Wschodu powojennej Europy. Jakkolwiek opresyjności nie da się zaprzeczyć, gdyż została wpisana niejako i pośrednio w pojałtański porządek, próby zrównywania jej, zwłaszcza w Polsce po 1989 roku, z opresyjnością reżimu Hitlera – mityczną sowiecką okupację – należy uznać za absurdalne. Polska w oficjalnej polityce odrzuca tezę o radzieckim wyzwoleniu w 1945 roku, mianując je początkami „komunistycznego zniewolenia” ,co brzmi dramatycznie, wprowadza historyczny zamęt i dobrze pasuje do konfrontacyjnego tonu „dialogu” z Rosją, Rosja zaś wini Polskę za przyłożenie ręki do wybuchu wojny; za brak gotowości na zmontowanie w porę antyhitlerowskiej koalicji z udziałem ZSRR, Anglii i Francji. O ile z punktu widzenia zdrowego rozsądku można uzasadnić zaanektowanie przez Stalina 17 września 1939 ziem polski wschodniej – jak się okazało, było to militarnie korzystne dla przebiegu wojny (oddalało Wermacht o 200 km dalej od Moskwy) – w niczym nie da się usprawiedliwić stalinowskich okrucieństw podjętych wobec Polaków na zaanektowanych terenach. W artykule rosyjskiego prezydenta ani słowa na ten temat, i to jest zasadnicza słabość meritum tekstu Władimira Putina, który, moim zdaniem, stracił dobrą okazję, aby się do tego odnieść uczyniło by go bardziej wiarygodnym. Populistyczna skłonność Kremla do wybielania stalinowskiego ZSRR wychodzi na przeciw rosyjskim sentymentom, konserwuje je, gdyż to się politycznie w Rosji opłaca. W Polsce zaś politycznie opłaca się walenie w antyrosyjski bęben. Wyrazem tego jest np. nieustanne ganienie Rosji za Katyń, chociaż władze tego kraju dawno uznały ten za zbrodnię stalinowską i wojenną; dały temu wyraz w stosownych oficjalnych oświadczeniach rosyjskiej Dumy oraz prezydentów: Gorbaczowa i Jelcyna. Katalog polskich przygan pod adresem Rosji pozostaje nieustająco żywotny, przy czym, miast stawać się powoli zwietrzałym, jest ciągle podsycany w polityce historycznej i propagandzie. Kierownictwo akowskiego podziemia nie wyobrażało sobie ruskiego wyzwolenia; z niechęcią i obawą obserwowało radzieckie postępy na froncie wschodnim – każde wyzwolenie, byle nie radzieckie. Sęk w tym, że innego być nie mogło, zatem należało wpasować się w twarde realia; nie trwać w irracjonalnym uporze i oporze, czekać aż zwycięskie mocarstwa przywołają nas do porządku. Jesteśmy tak geopolitycznie posadowieni w Europie, że skazanie na dogadywanie się z sąsiadami winno być paradygmatem naszej polityki. Zamiast tego wolimy polityczną pyskówę z Rosją – Rosja taką politykę odwzajemnia z elegancją wątpliwa, podobną zresztą do naszej. Po 1989 roku wypuściliśmy antyruskiego dżina z politycznej butelki. Mijają lata, a ten nadal hasa zachęcany przez kolejne ekipy rządów postsolidarności. O trwałości naszych wojowniczych resentymentów wobec Rosji świadczy liturgia smoleńska – to zdumiewające jak część narodu była i pozostaje skłonna wierzyć w rojenia o rosyjskiej winie za katastrofę Tupolewa z polską delegacją. Za pozbawione wszelkiego rozsądku, z gruntu konfrontujące nas poważnie z Rosją należy uznać hurtowe kasowanie pomników radzieckiego wyzwolenia. Ta konsekwencja zapiekłego fanatyzmu skrajnej prawicy, która dorwała się i trwa przy władzy, marne nam wystawia świadectwo i fatalnie rzutuje na bieżące stosunki z Moskwą. Inną sprawą jest nieustanne podsycanie w Polsce wizerunku wschodniego sąsiada jako potencjalnego agresora, trwającego w zbrojnym oczekiwaniu do napaści na nasz kraj. Mało to rozsądne. Póki co, obie strony nie wykazują skłonności do wzajemnych ustępstw i ciążenia ku dogadywaniu się. Jest wiele innych spraw, zwłaszcza dotyczących aktualnych wyobrażeń Rosji o światowej polityce, o których warto byłoby wspomnieć przy okazji komentowania tekstu Putina. Ale to już inna bajka.

Kompleks Putina

Władimir Władimirowicz Putin nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”.

Oglądanie polskich dzienników telewizyjnych i czytanie gazet staje się nudne. Slogany zastępowane są sloganami, wszyscy prześcigają się w deklaracjach miłości do USA i przyjaźni z Ukrainą, A przyczyną wszystkich „ukraińskich nieszczęść”, wrogiem Europy i wcielonym szatanem jest niejaki Putin – skądinąd Prezydent Rosyjskiej Federacji.
Ukraina – nasza miłość
Na zielonej Ukrainie – albo „dzikich polach” jak pisał Sienkiewicz i jak rzeczywiście nazywano Ukrainę w XVI i XVII wieku – różnie bywało. Rozrabialiśmy tam w sienkiewiczowskich czasach „ogniem i mieczem”, ale także na początku XX wieku. Nie byliśmy (i nie jesteśmy poza Kijowem) ulubieńcami „ludu”. Ukraińskie jednostki walczące po stronie Niemiec i rekrutowane (bez przymusu!) na zachodniej Ukrainie źle zapisały się w naszej pamięci, a jeszcze gorzej w pamięci Słowaków. W przedłużającej się wojnie partyzanckiej na południowym wschodzie Polski jednostki Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) wykazywały się nie tylko bezwzględnością, ale i nadgorliwością.
Ale to było. Od 70 lat żyjemy w spokoju i przynajmniej deklaratywnej przyjaźni, tak samo, jak z Niemcami. Wprawdzie Ukraina dopiero od 26 lat stała się odrębnym i politycznie suwerennym państwem, ale i poprzednio z Ukrainą, jako częścią ZSRR, nasze stosunki układały się względnie poprawnie.
Po tragicznych wydarzeniach na Majdanie, zaczęliśmy deklarować nie tylko utrzymywanie i „pogłębianie” poprawnych stosunków, ale niemal uwielbienie. Kilkunastu naszych polityków w sweterkach albo przyciasnych płaszczykach wdrapywało się na trybunę kijowskiego Majdanu, wygłaszało płomienne zapewnienia poparcia i z zachwytem wysłuchiwało okrzyków „sława Ukrainie” – starszemu pokoleniu wychowanemu na wschodzie Polski kojarzących się (niestety) ze zwyczajowymi pozdrowieniami oddziałów Bandery. A kto, jak kto, ale Stepan Bandera i jego zwolennicy przyjaciółmi Polski nie byli. Co zresztą nie zmienia faktu, że miał wielkie zasługi w walce o niepodległość Ukrainy i nadal jest tam postacią kultową.
Źródła miłości
Skąd ten przypływ uczuć? Wystarczy ze zrozumieniem spojrzeć na mapę Europy, aby zobaczyć, że Ukraina jest ogniwem pierścienia otaczającego od wschodu i południa Rosję, do której „zwyczajowo” nie mamy zaufania. Jest buforem stwarzającym Polsce (i niektórym innym krajom) iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Dopóki jest neutralna, to wszyscy, łącznie z Rosją, są gotowi jej nie „ruszać”, a nawet jej pomagać. Ale określone siły na Ukrainie wspomagane nie tylko okrzykami naszego zachwytu nad patriotyzmem Majdanu, postanowiły utrzymać kurs zachodni, dążąc do jej „zjednoczenia z Europą” przez wejście w skład Unii, a nawet NATO. To oczywiście wzbudziło wzmożoną sympatię naszych elit i – odwrotnie – niepokój Rosji. Bo czym innym dla niej jest Ukraina, jako element względnie neutralnego pierścienia, a czym innym ta sama Ukraina, jako istotne ogniwo otaczających ją „sił obronnych” Europy. Zdziwienie, że „oni” tak myślą może być tylko dowodem naiwności.
Reakcja odrzuconego kochanka
Rosja, przez stulecia językowo i kulturowo zjednoczona zwłaszcza ze wschodnią Ukrainą, zareagowała tak, jak odrzucony kochanek, albo zdradzany mąż. Zaczęła wspomagać siły odśrodkowe, dążąc do destabilizacji politycznej na Ukrainie, pogorszenia jej sytuacji ekonomicznej, odrywania od niej takich „kawałków”, w których nie ma zachodniego entuzjazmu i społeczeństwo identyfikuje się z Rosją. Bezpowrotnie (moim zdaniem) oderwała Krym i stara się doprowadzić, do tego, aby kilka innych południowo-wschodnich regionów Ukrainy „wybiło się” na międzynarodowo uznaną niepodległość, utrzymując z nią silne stosunki przyjaźni.
Gwałtowny wzrost sympatii do Ukrainy widoczny po Majdanie, w następnych latach nieco się „zmodyfikował”. Są nieporozumienia dotyczące właśnie kultu Bandery i UPA, narastających w niektórych zachodnich regionach wpływów raczej antypolskiej skrajnej prawicy, opieki nad cmentarzami, a nawet posągów lwów na cmentarzu Orląt. Wzrasta niepewność dotycząca dalszej drogi Ukrainy, walczącej z wewnętrznymi problemami gospodarczymi i korupcją, zaskakującej wyborem ostatniego prezydenta.
My w Polsce z reguły nie uznajemy obiektywnych procesów społeczno – politycznych. U nas wszystko musi być spersonalizowane, albo łączyć się ze „spiskowymi teoriami dziejów”, lub z wiarą w boskie działanie. Dla przeciętnego Polaka Solidarność zaczęła się od tego, że Wałęsa przeskoczył przez płot. A gdyby nie przeskoczył, tylko spokojnie wszedł przez bramę, to nie było by Solidarności? Nasze samoloty nie mogą się rozbijać z obiektywnych przyczyn, tylko w wyniku „zamachów”. A odparcie bolszewików w 1920r. to nie wynik strategii sztabu Piłsudskiego, tylko cudu.
„Putin winowat”
Nasi politycy i media świadomie lub podświadomie wpisują się w taki właśnie schemat myślenia i stwarzają idiotyczną atmosferę, że niemal całemu złu świata – a już na pewno kłopotom Ukrainy – winien jest jeden człowiek – właśnie Putin. W tej antyputinowskiej propagandzie popełniane są jednak dwa kardynalne błędy.
Pierwszy – polega na wmawianiu ludziom, że w tak ogromnym państwie, jakim jest Rosyjska Federacja i w warunkach XXI wieku, wszystko zależy od decyzji jednego człowieka. Coś mu się przyśniło, wstaje rano i wydaje polecenia np. aneksji Krymu. To oczywista bzdura. Nawet w tak totalitarnych i opartych na wewnętrznym terrorze formach rządzenia, jakie występowały za Hitlera, Mussoliniego, Stalina czy Franco – większość decyzji była przez dyktatorów konsultowana z najbliższym otoczeniem, i „wypracowywali” je ludzie zajmujący eksponowane stanowiska w państwowej lub partyjnej administracji i w wojsku. Prezydent Putin ma zapewne ogromny wpływ na kształtowanie rosyjskiej polityki, ale musi się liczyć z różnymi „grupami nacisku” i podlega ocenie społecznej opinii. I – niestety dla nas i stety dla niego – ma nadal ogromną wewnętrzną akceptację. Nikt u nas i w Europie nie ma takiej akceptacji – co może się nam nie podobać i czego niektórzy politycy i dziennikarze nie potrafią spokojnie strawić.
I drugi – Putin nie jest naszym prezydentem, ani prezydentem jakiegokolwiek kraju zachodniej Europy. Nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Odpowiada przed rosyjskim społeczeństwem i – jak dotychczas – „robi mu dobrze”. Jasne, że było by lepiej, gdyby to co robi było przyjazne lub wręcz korzystne także dla nas i „zachodniego świata”, ale historia zna niewiele przypadków takiej powszechnie akceptowalnej polityki. Niemal zawsze to, co jest dobre dla jednego kraju, nie jest równie dobre, a nawet jest wręcz złe dla kilku innych.
Podzielony kraj
Problem ukraiński – jak każdy – w końcu się rozwiąże. To duży kraj, ale tak bardzo historycznie podzielony, że tak zwany „przeciętny Polak” nie zawsze zdaje sobie sprawę z głębokości i oddziaływania tych podziałów na poglądy i odczucia „przeciętnego Ukraińca”. Mimo to kraj, pod mądrym i konsekwentnym kierownictwem, może się jednak uspokoić i zjednoczyć. Ale mogę też sobie wyobrazić, że będzie to Ukraina nieco terytorialnie zmniejszona.. W końcu od Sudanu oderwało się Południe, Jugosławia rozpadła się na kilka państw, podzielili się nawet nasi bracia Czesi i Słowacy.
I – paradoksalnie – wszyscy mogą być usatysfakcjonowani. Zachód, – bo utrwali swoje wpływy na zachodniej Ukrainie i – być może – włączy ją po jakimś czasie do UE. Rosja, – bo nie dopuści do zamknięcia otaczającego pierścienia i ekonomicznie skorzysta z istniejącego i potencjalnego bogactwa wschodnich regionów Ukrainy. Polska, – bo będzie miała dwa bufory oddzielające od Rosji zamiast jednego.
A Ukraina? Jak zawsze w takich sytuacjach zainteresowany ma relatywnie mniej do powiedzenia w globalnych rozgrywkach. Ale zakładam, że też może być zadowolona, bo uniknie dalszego zaostrzania wewnętrznych konfliktów. A poza tym zachodnia będzie „wyciskała” znaczą pomoc z Unii a nawet z USA, a wschodnia będzie bogatsza, bo nie będzie utrzymywać zachodniej.
Konflikt ukraiński będzie się jednak rozwiązywał w wyniku procesów społeczno politycznych a nie tylko dlatego, że tak chce lub nie chce Prezydent Putin. Może pomagać lub przeszkadzać, ale nie wszystko może „załatwić” po swojej myśli. „Kompleks Putina” dręczący nasze elity i media zaczyna więc być śmieszny i – moim zdaniem – jest szkodliwy. Wytwarza w narodzie obawy, że jesteśmy bezpośrednio zagrożeni, że już „pachnie” III wojną. Sprzyja naszemu udziałowi w bezsensownym, szkodliwym tak samo dla Rosji jak i Europy, obrzucaniu się „sankcjami ekonomicznymi”.
Uspokójmy się. W dzisiejszym stanie techniki zniszczenia tylko szaleniec, albo otumaniony religijnie dżihadysta, może chcieć lokalnej, a tym bardziej globalnej, wojny. A Putin może być zły (jak dla kogo), wstrętny (ale podoba się wielu Paniom!), bezczelny (choć w Moskwie sprzedają m.in. koszulki z napisem, że jest wyjątkowo uprzejmy) – ale szaleńcem nie jest. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”, który nas nie kocha, (bo nie musi!) i może nam popsuć jeszcze trochę krwi. Ale to nie powód, abyśmy mówili o nim w dzień i w nocy, traktowali jak wariata albo – co gorsze – jak faceta jednoosobowo decydującego o naszej przyszłości.

Andrzeja Walickiego spojrzenie na Rosję

Za sprawą redakcji tygodnika „Przegląd” ukazała się nowa książka Andrzeja Walickiego „O Rosji inaczej”, co – moim zdaniem – stanowi bardzo ważne wydarzenie nie tylko naukowe, ale przede wszystkim polityczne.

Autor jest światowej sławy uczonym, najwybitniejszym żyjącym znawcą rosyjskiej filozofii i myśli społecznej, co przyniosło mu obok wielu innych wyróżnień Międzynarodową Nagrodę imienia Eugenia Balzana, wręczaną przez prezydenta Republiki Włoskiej i uważaną za odpowiednik nagrody Nobla w dziedzinie nauk humanistycznych. Znaczenie Walickiego nie sprowadza się jednak do tego, że jest on wielkim uczonym o imponującym dorobku naukowym. Jest bowiem także człowiekiem niezwykle odważnym, tą bardzo trudną i cenną odwagą, która wyraża się w obronie przekonań także wtedy, gdy naraża to na niezrozumienie a nawet krzywdzące osądy.
Andrzej Walicki jest zwolennikiem takiego patrzenia na Rosję – tak dzisiejszą, jak dawniejszą – które nie unikając otwartego mówienia o jej czarnych stronach widzi także strony jaśniejsze a przede wszystkim wolne jest od jednostronnej rusofobii. Był za to wielokrotnie atakowany, zwłaszcza na łamach – skądinąd bardzo wartościowej dla polskiej demokracji – „Gazety Wyborczej”. Gdy na łamach tego dziennika Mirosław Czech zaatakował go oskarżając (bezpodstawnie) o rzekome popieranie rosyjskiej agresji wobec Ukrainy („Gazeta Wyborcza 18 lipca 2015), zabrałem w jego obronie głos pisząc, że należy widzieć „zasadniczą różnicę między podejmowaną przez Walickiego próbą zrozumienia polityki rosyjskiego prezydenta a rozpowszechnioną w Polsce tendencją do jej totalnego potępienia jako wyrazu odwiecznych skłonności imperialistycznych Rosji” („Bezpieczeństwo narodowe Polski a stosunki polsko-rosyjskie”, Poznań 2017, s.67). W książce tej dałem wyraz mojego głębokiego przekonania, że od trzydziestu lat – po raz pierwszy w historii naszych narodów – nie ma między Polską i Rosją obiektywnego konfliktu interesów i że podporządkowywanie polityki polskiej antyrosyjskim resentymentom bardziej szkodzi Polsce niż Rosji.
Nadajemy więc na tej samej fali, z tym, że Walicki czyni to w oparciu o ogromny, godny najwyższego uznania dorobek naukowy w zakresie studiów nad intelektualną historią Rosji. Studia te traktuje jako życiowe powołanie, czemu dał wyraz zwłaszcza w swojej autobiografii („Idee i ludzie. Próba autobiografii”, Warszawa 2010). Jako młody człowiek Walicki nie będąc nigdy marksistą i nie angażując się w działalność polityczną podjął studia nad rosyjską myślą filozoficzna i społeczną traktując je jako wkład w odradzanie tego, co w historii Rosji najcenniejsze i co zostało przytłumione przez prymitywną wersję radzieckiego marksizmu. Po upadku ZSRR jego dorobek w tym zakresie został w pełni doceniony w Rosji. Intelektualiści rosyjscy – o czym niejednokrotnie mogłem się przekonać w moich, obecnie znacznie częstszych niż przed laty, wizytach w tym kraju – intensywnie szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania o tożsamość Rosji – już nie imperium, ale zarazem nie państwo narodowe w ściśle etnicznym sensie – i o drogi jej modernizacji. W uderzający sposób w obecnych debatach rosyjskich wracają wątki z przeszłości – nie zawsze zresztą sprzyjające demokratycznemu kierunkowi rozwoju. Walicki nie tylko zna tę problematykę, jak nikt inny (w każdym razie, jak nikt inny w Polsce), ale także rozumie ją i potrafi wydobyć z historycznej debaty to, co najbardziej wartościowe.
Nie jest w tym bezkrytyczny, ale nie ulega rusofobii, stanowiącej niestety nagminną chorobę większości polskich autorów wypowiadających się na tematy rosyjskie. Jednym z najciekawszych wątków nowej książki Walickiego jest jego namysł nad przyczynami powodującymi, że w Polsce Rosję ocenia się znacznie surowiej niż inne państwa. Wskazuje na przykład na to, że niektórzy polscy publicyści (niestety znów w tym kontekście pojawia się „Gazeta Wyborcza”) na siłę starali się usprawiedliwiać terroryzm czeczeński, chociaż do głowy by im nie przyszło, by podobnymi argumentami bronić na przykład terroryzmu palestyńskiego.
Jest to problem ogólniejszy, nad którym warto się zastanowić. Rusofobia nie polega na tym, że krytykuje się to czy inne posunięcie Federacji Rosyjskiej, podobnie jak nie jest dowodem antyamerykanizmu krytyka pewnych posunięć Stanów Zjednoczonych. Niejednokrotnie wypowiadałem się bardzo krytycznie o amerykańskiej polityce wobec Iraku, a zarazem jestem zdecydowanym przyjacielem USA i konsekwentnym zwolennikiem sojuszu polsko-amerykańskiego. Dlatego nie uważam, by każdy kto krytykuje na przykład politykę Rosji wobec Ukrainy zasługiwał na miano rusofoba. Czym innym jednak jest stosowanie wobec Rosji innych standardów niż wobec pozostałych państw, w tym naszych sojuszników. Gdy Rosję potępia się za zachowania podobne do tych, które akceptuje się po stronie amerykańskiej, można mówić o antyrosyjskiej jednostronności.
Andrzej Walicki w sprawie stosunków polsko-rosyjskich reprezentuje pogląd, że tragiczna historia naszych narodów powinna łączyć, a nie dzielić. Symbolem tego podejścia mogłoby być pojednanie nad grobami katyńskimi, które ze wzruszeniem obserwowaliśmy 7 kwietnia 2010, gdy na ekranach telewizorów mogliśmy zobaczyć premierów Polski i Rosji oddających cześć ofiarom stalinowskiego bezprawia. Katyń jako symbol nie musi przecież dzielić Polaków i Rosjan. W tej samej skrwawionej ziemi leżą ciała wielu tysięcy Rosjan, zamordowanych – tak jak polscy oficerowie – przez stalinowskich oprawców. Tę potencjalną wspólnotę cierpienia z premedytacją niszczą polscy rusofobii, którzy nawet a tragedii smoleńskiej uczynili instrument dla bezpodstawnego szkalowania Rosji.
Walicki rozumie całą złożoność historycznej relacji polsko-rosyjskiej. Pokazuje rolę jaką pod koniec XVIII i na początku XIX wieku odgrywał ten nurt polskiej myśli politycznej (Familia Czartoryskich, Stanisław Staszic), który we współdziałaniu z Rosją widział ratunek dla Polski. Przypomina entuzjazm, z jakim powitano powstanie w 1815 roku Królestwa Polskiego, związanego z Rosją, ale mającego liberalną konstytucję, własną armię, własną administrację i własne szkolnictwo. To wtedy w pieśni „Boże coś Polskę” znalazły się słowa „naszego króla zachowaj nam Panie”, odnoszące się – rzecz prosta – do Aleksandra Pierwszego. Pokazuje następnie, jak tę nić porozumienia niszczyły powstania polskie i brutalna reakcja rosyjska. We wnikliwy sposób ukazuje te wątki myśli rosyjskiej, w których do głosu dochodziły uprzedzenia antypolskie, postrzeganie Polski i Polaków jako „zdrajców” Słowiańszczyzny. Nie jest więc jednostronny, nie wini wyłącznie Polaków za gromadzące się po obu stronach pokłady wrogości. Zarazem jednak pieczołowicie wydobywa to wszystko, co świadczy o sile propolskich sentymentów w rosyjskiej myśli politycznej.
Jest natomiast bardzo stanowczy w krytyce polskiej polityki wobec Rosji po upadku ZSRR. Kilkakrotnie przypomina odmowę udziału prezydenta Wałęsy w moskiewskich obchodach pięćdziesiątej rocznicy zwycięstwa w drugiej wojnie światowej. Przypomina koncepcje polskich polityków opowiadających się za odpychaniem Rosji na wschód, za jej izolowaniem w Europie, a nawet za jej podziałem. Choć odnotowuje także antypolskie publikacje rosyjskie (np. książkę Stanisława Kuniajewa („Szlachta i my”, Moskwa 2005), to jednak główny nacisk kładzie na polską odpowiedzialność za zły stan stosunków polsko-rosyjskich. Podzielam to zdanie. Rusofobia jest dla Polski szkodliwa.
Warto zastanowić się, skąd się ona bierze? Czy tylko z doznanych krzywd?
Kilka lat temu wydałem książkę o stosunkach polsko-niemieckich, nazywając je „cudem pojednania” („Polish-German Relations: The miracle of reconciliation”, Opladen 2014). Zastanawiam się w niej, dlaczego mogliśmy zbudować porozumienie z Niemcami ponad morzem krzywd niepomiernie większym niż krzywdy doznane przez nas ze strony Rosji? Myślę, że wynika to przede wszystkim ze sposobu widzenia przeszłości przez oba sąsiadujące z nami narody.
Porozumienie polsko-niemieckie wyrosło z bezkompromisowego potępienia Hitlera i hitleryzmu przez powojenne Niemcy. Polacy chcieliby takiego samego potępienia Stalina i stalinizmu przez dzisiejszą Rosję. To z naszego punktu widzenia ma sens, skoro mowa jest o dwóch największych zbrodniarzach dwudziestego wieku. Trzeba jednak pamiętać o tym, że jeden z nich doprowadził swój kraj do największej klęski w jego historii, a drugi stał się symbolem największego zwycięstwa odniesionego od pokonania napoleońskiej Francji w 1812 roku. Polski sposób widzenia historii nie jest i nie może być identyczny z rosyjskim, ale powinniśmy podjąć próbę zrozumienia złożoności rosyjskiej pamięci historycznej.
W ostatniej książce Walickiego zgromadzono jego dawne teksty, uzupełnione o komentarze i poprzedzone bardzo ciekawą rozmową, którą z autorem przeprowadził jeden z jego uczniów profesor Janusz Dobieszewski. W zakończeniu tej rozmowy Walicki wyraża nadzieję, że jego dzieło życia przyczyni się „choćby w najskromniejszej mierze, do poprawy relacji polsko-rosyjskich, bo to, co jest dziś, nie przynosi nam chwały i nie zapowiada niczego dobrego na przyszłość”. Odkładam tę książkę z przekonaniem, że jej autor – jak mało kto – wnosi swój wkład w zwycięstwo rozumu nad fanatyzmem, wzajemnego zrozumienia nad nienawiścią.

Andrzej Walicki – „O Rosji inaczej”, wyd. Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2019, str. 366, ISBN 978-83-64407-29-1.