Trzech pancernych bez psa

Wysłuchałem i przeczytałem uważnie wypowiedzi premierów trzech krajów – z naszym włącznie – na konferencji prasowej po spotkaniu w Budapeszcie, w dniu primaaprilisowym, czyli 01.04 br. Wiem, że mam narastającą sklerozę i to, co mówią mądrzy ludzie, dociera do mnie coraz trudniej. Nie zdziwiłem się więc, że z tych wypowiedzi niewiele zrozumiałem

O co chodziło?

Do moich rozpadających się komórek kory mózgowej przebiło się z trudem przekonanie, że właściwie tylko trzy grupy problemów, stanowiły podstawę rozmów Panów Premierów

Pierwsza, – że każdy kraj UE powinien mieć prawo do samodzielności w rozwiązywaniu swoich wewnętrznych kłopotów. Unia Europejska nie powinna mu nadmiernie zaglądać do garnka, w którym gotuje pasujące mu rozwiązania prawne i nową przyszłość narodu, czasem opartej na nieco inaczej rozumianej praworządności. Nie może być w Unii podziału na słabszych i silniejszych, wszyscy są równi i mają takie same, unijne, prawa i obowiązki. I tych słabszych nie można bez przerwy atakować i grozić im karami, także w formie ograniczeń finansowania.

Druga, – że Europa jest zbudowana na kulturze chrześcijańskiej. Nasze państwa będą bronić jej podstaw i nie zgadzają się na to, aby wprowadzano jakieś inne, obce nam i sprzeczne z nią, koncepcje i zwyczaje kulturowe. Nie po to robiliśmy kiedyś wyprawy krzyżowe, aby teraz zagrażał nam nie tylko Islam, ale także jakieś LGBTy i Gendery.

I trzecia – widoczny zwłaszcza w słowach i półsłówkach naszego Premiera pogląd, że nie lubimy Rosjan a zwłaszcza rządzącego w niej od lat prezydenta. Nie lubimy dlatego, że zwyczajowo nie lubimy, a zwłaszcza dlatego, że ze zdradzieckimi (w tym zakresie) Niemcami, budują gazociągi Nord Stream biegnące po dnie Bałtyku i nie stosują naszych zasad demokracji.

Ubocznym tematem rozmów była – podobno – pandemia Covid 19. Powinniśmy zwalczać ją razem i dostać więcej szczepionek. Powtórzono więc tylko to, co mówi się niemal od początku pandemii.

Cel

Mam wrażenie, że Wielce Szanowni Panowie spotkali się i prowadzili tą dyskusję właściwie tylko w jednym celu – żeby udowodnić reszcie Europy, że istnieją w Unii trzy państwa niezłomne w dążeniu do suwerenności. Maja one własne, ale częściowo podobne drogi rozwoju i nie pozwolą, aby jakaś unijna Komisja je ciągle atakowała.

Mam też wrażenie, że Panowie nie doszli do pełnego porozumienia. Nie ogłosili przewidywanego przez media powołania nowej, ultraprawicowej partii prawdziwie chadeckiej, ideologicznie opancerzonej i odpornej na wszelkie lewackie zakusy.

Nie jestem dziennikarzem politycznym. Moja wiedza w tej dziedzinie jest „wiedzą tłumu” i podlega nastrojom bardziej lewicowej jego części. Patrząc przez pryzmat tej wiedzy mogę jedynie nieśmiało sformułować przypuszczenia, dlaczego tym razem nasz niezawodny premier nie osiągnął standardowego sukcesu.

Co mogło przeszkadzać?

Teza, że jesteśmy równi, ważni i suwerenni zapewne nie spotkała się z wątpliwościami partnerów budapesztańskich rozmów. Ale mogły budzić wątpliwości przyczyny, dla których Polska jest tak ostatnio krytykowana w UE. Unijne pretensje koncentrują się coraz bardziej na kompletnym bałaganie, jaki wytworzono w naszym wymiarze sprawiedliwości, m.in. lekceważąc zalecenia międzynarodowego Trybunału. Węgry też mają problemy w tym zakresie, ale do bałaganu nie dopuściły. Włochy jeszcze mniej. Poza tym jesteśmy jedynymi w tym gronie, którzy nie chcą zatwierdzenia konwencji stambulskiej i stwarzają ciągłe problemy z LGBT, co także nie przysparza nam sympatii.

Przypuszczam, że mniej sporów w Budapeszcie wywoływała teza o chrześcijańskich źródłach naszej kultury. Ale jednak reprezentowane państwa różnią się znacznie w takich sprawach jak relacje państwo – kościół, aborcja i stosunek do chrześcijan, niebędących katolikami. Nie wszyscy też zgadzają się z obecnymi polskimi zwyczajami, w których rząd chce uchodzić za najbardziej religijną część społeczeństwa, próbuje traktować modlitwę, jako instrument zarządzania, dopuszcza do powstawania zakonnych imperiów gospodarczych, a potem stara się im przypodobać.

My, Oni i Rosja

Najwięcej kontrowersji na tym zebraniu mógł budzić trzeci z wymienionych przeze mnie tematów, – czyli stosunek do Rosji. Tylko u nas panuje trudna do wyleczenia choroba, która opisałem za zamierzchłych czasów na tych łamach, w artykule pt. „Kompleks Putina” (27.06.2019). Rosjanie są w większości zadowoleni ze swego prezydenta. Nasz rząd uważa, że ma prawo oceniać prezydentów innych państw. Nie tylko Rosji. Poddańczo głaskaliśmy Trumpa, z ukrywanym niesmakiem i sztucznym uśmiechem podchodzimy do Bidena.

Nasz premier miał trudne zadanie uzasadniania swojej niechęci do Rosji w sytuacji, gdy pozostali rozmówcy są z nią w dobrych, może nawet bardzo dobrych, stosunkach. Mnie też jest trudno tą niechęć całego pisowskiego środowiska zrozumieć. Oczywiście – musimy pamiętać o historycznych grzechach, ale ich przenoszenie na bieżącą politykę jest zawsze błędem. Aneksja Krymu i częściowa inicjacja walk w Donbasie mogły się nie podobać i spowodowały sankcje. Ale jednak trzeba też pamiętać, że ludność tych obszarów w większości mentalnie, językowo i psychicznie czuje się Rosjanami i że problem powstał dopiero po rozpadzie ZSRR, który „zarządzał” Ukrainą tak samo, jak carska Rosja. A aktualna pretensja o „gazociąg północny” u rozmówców naszego premiera może budzić współczucie, ale ich bezpośrednio nie dotyczy.

PIS popsuł do reszty nasze, może nie za bardzo przyjacielskie, ale względnie poprawne stosunki z Rosją. Były przecież czasy – i to już po PRL, – kiedy często przyjeżdżały do nas rosyjskie zespoły artystyczne, kiedy jeżdżono na urlopy do Soczi i na rejsy po Wołdze, kiedy polskie filmy i seriale święciły tryumfy w rosyjskiej telewizji. Kiedy Mikulski, – czyli Hans Kloss – już za rządów Mazowieckiego, przyciągał tłumy do polskiego ośrodka kultury w Moskwie.

Skutki braku psa

Spotkanie trzech opancerzonych ideologicznie premierów, w pięknym i już wiosennym Budapeszcie, nie dało więc nawet pozytywnego, propagandowego rezultatu. Może gdyby w czasie ich rozmów był obecny przyjazny pies, emanujący jednakową serdecznością do wszystkich zebranych, to przynajmniej niektóre bariery dałyby się pokonać. Ale nie było. A sam Tokaj – nawet z najlepszego rocznika – widocznie nie wystarczył.

W lewackim pociągu

Kiedy obaczyłem i usłyszałem w telewizorze, jak jedna z naszych niezawodnych euro-posłanek użyła tego tytułowego określenia – zamarłem z zachwytu. Jakaż trafna synteza, jakiż dowcip, jaka wierność prawicowym zasadom. Wprawdzie zawsze oczekiwaliśmy na lewackie pociągi ze wschodu, ale teraz się odmieniło. Równie groźne, a może i bardziej niszczące nasze psychiczne kolejowe tory, są lewackie pociągi z zachodu. Zwłaszcza te, które odciągają nas od religijnych tradycji i wśród wielu absurdów namawiają do czegoś niepojętego, – aby kobieta sama mogła decydować, czy chce mieć dziecko. Zwłaszcza chore już przed urodzeniem.

Brzydkie sny

Mimo atakującej sklerozy mam jeszcze ciągle zbyt bujną fantazję i realistyczne sny. Urokliwa euro-posłanka tak zapłodniła mój zanikający umysł, że następnej nocy miałem sen chorobliwie niepatriotyczny. Śniło mi się, że jadę właśnie takim lewackim pociągiem i staram się poznać jego obrzydliwych pasażerów, opiekujących się równie obrzydliwymi ładunkami.

Moją poznawczą wędrówkę zaczynałem od lokomotywy. We śnie nie wszystko widzi się równie ostro, ale wydawało mi się, ż prowadzą ją dwie osoby – facet niezwykle podobny do Emmanuela Macron’a, Prezydenta Francji i niewysoka blondynka przypominająca Angelę Merkel. Nie rozmawiam dobrze w obcych językach, więc tylko przyjaźnie się uśmiechnąłem i przeszedłem do pierwszego wagonu.

W tym wagonie zajmowano się lewacką polityką kadrową. Znajome z telewizji lewicowe twarze polityków ostro dyskutowały o tym, że podstawową kwalifikacją kandydatów na kierownicze stanowiska w państwie nie powinna być wierność partii politycznej. Jej miejsce powinny zająć doświadczenie i wykształcenie, możliwie zgodnie z charakterem planowanej posady. Niby nic nowego, bo o tym słyszałem od zakończenia II wojny światowej. Ale akcenty były chyba nieco inne. Na eksponowanym miejscu we wnętrzu wagonu zauważyłem hasło: Mniej historyków i lekarzy zajmujących się ekonomią, mniej ekonomistów znających się na wszystkim.
W drugim wagonie podgrzewano temat aborcji do 12 tygodnia ciąży, prawie na życzenie kobiety. W kąciku wagonu był ołtarzyk poświęcony Konfucjuszowi. Nikt się do niego nie modlił, ale wisiały tabliczki z cytatami i poglądami z jego nauk. Między innymi taki, w którym uważał, że płód i ukształtowane dziecko, dopóki się nie urodzi, jest częścią ciała kobiety i nie powinien być uznawany za odrębnego człowieka.

Złe myśli o świeckim państwie

Trzeci wagon poświęcony był negowaniu celowości uczenia religii w szkołach. Toczono w nim ożywioną dyskusję m.in. o tym, że w umyśle dziecka powstają sprzeczności, dotyczące nieskończoności kosmosu i milionów lat ewolucji ziemi i żyjących na niej organizmów, a stworzeniem świata i człowieka w czasie tygodnia. Przeważający w tym wagonie pogląd zmierzał do powrotu lekcji religii do budynków parafialnych i wyraźnego traktowania jej historycznej części, jako nie zawsze udowodnionej mitologii.

Drugim wątkiem, przygotowywanej w tym wagonie ideologicznej ofensywy, deprawującej polskich obywateli, był zbyt ścisły związek państwa i kościoła. Widoczne były fotografie ilustrujące nadmierny udział „wysokich urzędników” w kościelnych obrzędach, i ich uzależnienie od pewnego zakonnika z Torunia. Nie unikano też tematu nadmiernego zainteresowania seksualnego dziećmi, przez niektórych duchownych i tendencji do lekceważenia i ukrywania takich zabaw.

Z czwartego wagonu słychać było muzykę i śpiew, tylko lekko tłumione przez wiszące w oknach zasłony w kolorach tęczy. Załoga wagonu wzywała do bezwzględnej tolerancji LGBT, do traktowania ludzi o nietypowych upodobaniach seksualnych dokładnie tak samo jak tych, którzy uznają wyłącznie stosunki heteroseksualne. Lokalny folklor był podkreślany liczną obecnością nie do końca ubranych panienek. Stwierdziłem ze zdziwieniem, ale i z zadowoleniem, że moje senna postać reagowała na ten widok znacznie lepiej, niż w smutnej rzeczywistości.

My i Oni

Podbudowany tym stwierdzeniem, płynnie przemieściłem się do następnego wagonu. Był to wagon restauracyjny, w którym międzynarodowe towarzystwo posilało się interesująco wyglądającymi zakąskami, polewając je obficie patriotyczną, polską wódką. Wśród lewackich cudzoziemców widziałem dużo Niemców i Rosjan. Pomyślałem, że nic się nie zmienia, Te dwie nacje zawsze próbowały zniewalać nas fizycznie i narzucać swoje podglądy na życie i świat. A nawet gorzej. Tak głęboko weszli w naszą kulturę, sztukę i architekturę, że trudno ich oddzielić. Wszystko się miesza, jak „w biurku w Petersburku”.

Ostatni wagon tego wstrętnego pociągu był wagonem prorosyjskim. Próbowano w nim krytykować bezsensowność nieustannego psucia naszych stosunków z Rosją, pokazywano, jak mogłaby się rozwijać nasza współpraca gospodarcza i jakie profity przynosić obu stronom. Dobry nastrój miała chyba wspomagać rosyjska muzyka w polskim wykonaniu. Słychać było głos Czesława Niemena, śpiewającego po rosyjsku pieśń o Bajkale i „bradziadze”, który zmierza z zesłania do domu. Nawet we śnie pamiętałem, że jest to – podobno – najlepsze wykonanie tej pieśni, w jej historii.

Obudziło mnie wycie mego pieska, który pochodzi wprawdzie z rodu niewielkich myśliwskich terierów, ale jest „wilkowaty”, i potrafi odpowiadać wyciem na sygnały samochodów pogotowia i policji. Oblał mnie zimny pot. To, co mi się śniło i ostrzegawcze wycie potwierdzało obawy naszej niezastąpionej euro-posłanki. I Europa i Rosja chcą nam obrzydzić naszą bogobojną historię, zdeprawować młodzież, pozbawić nas tradycji opartej na haśle „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Chcą niszczyć nasze niektóre nienarodzone dzieci, pozwolić parom jednopłciowym na małżeństwo, doprowadzić do nienormalnej sytuacji, w której aparat sprawiedliwości nie musi dostosowywać swoich decyzji do życzeń władzy. Jeżeli do tego dojdzie, to naprawdę nie wiem, jak to zniesie euro-posłanka i jej „koleżeństwo”.

Warszawa – Marki, 26.02.2021.

Quiz polsko-rosyjski

Chcielibyśmy podzielić się wiadomościami o naszym nowym projekcie – pierwszej rosyjsko-polskiej grze online „Rospolquiz”. Letnia seria gier odbyła się w 2020 roku z udziałem ponad 250 zespołów z Polski i Rosji.
Rospolquiz nie tylko poszerza kontakty polsko-rosyjskie, ale także przyczynia się do badania historii, kultury i współczesnych realiów obu krajów.

Pierwsza gra z zimowej serii rosyjsko-polskiego quizu intelektualnego „Rospolquiz” odbędzie się online 18 lutego o 19:00 czasu polskiego. Mogą brać udział zarówno drużyny rosyjskie, jak i polskie, a nawet mieszane! Teksty pytań będą wyświetlane na ekranach w dwóch językach jednocześnie.

Rospolquiz to odpowiednik słynnej rosyjskiej telewizyjnej gry „Co? Gdzie? Kiedy?»
• rundy tematyczne — polskie i rosyjskie realia i dziedzina wiedzy ogólnej
• pytania zaprojektowane tak, abyście mogli pokazać swoją logikę i erudycję
Jak wziąć udział?
• zarejestrować zespół — https://docs.google.com/forms/d/1P7a8uU5D4NOvC6Ucqzw-TWpID4ftNzgPgS5dv4YogXA/viewform?edit_requested=true
• zapoznać się z Kodeksem etycznym gry — http://rospolcentr.ru/pol/wp-content/uploads/sites/3/2020/06/KODEKS-ETYCZNY-ROSPOLQUIZU.pdf
Jak odbędzie się gra online?
• transmisja na żywo, tekst pytań i tabele będą nadawane w Zoom (prosimy zainstalować wcześniej)
• prywatna dyskusja zespołów może odbywać się na Skype, Facebook, telefonicznie lub podczas osobistego spotkania wszystkich członków zespołu
• odpowiedzi będą przyjmowane za pomocą specjalnego formularza. Każdy kapitan otrzyma e-mailowy dostęp do formularza.

Wszystkie gry będą rozgrywane za darmo. Liczba drużyn nie jest ograniczona.

Zwycięzcy zostaną zaproszone do Finałowego meczu w Moskwie (podróż i zakwaterowanie — na koszt organizatorów).

Zniknie pomnik spadochroniarzy?

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Marija Zacharowa wystąpiła w obronie pomnika spadochroniarzy w gm. Lubasz w regionie Szamotuł, w woj. wielkopolskim.

Jej zdaniem obiektowi, upamiętniającemu zwiadowców wykonującym zadania na tyłach wojsk niemieckich, grozi zniszczenie.

Pomnik w Puszczy Noteckiej upamiętnia żołnierzy z Samodzielnego Batalionu Specjalnego 1. Armii Wojska Polskiego, 11 skoczków (9 Polaków i 2 Rosjan), którzy od września 1944 r. przez dwa tygodnie zbierali informacje o wojskach niemieckich. Monument powstał w 1974 r. w miejscu zrzutu. Akcja spadochroniarzy zakończyła się sukcesem. Pomnik przypomina również o tragicznym losie małżeństwa Furmanów, którzy pomagali skoczkom. Zostali aresztowani i zginęli w obozach.

Rosyjski MSZ twierdzi, że jeśli zapadnie decyzja o usunięciu pomnika, to dojdzie do złamania polsko-rosyjskiej umowy z 1994 r. o ochronie miejsc pamięci. Lokalne władze, by uczynić zadość wymogom ustawy dekomunizacyjnej, usunęły z postumentu pomnika imiona i nazwiska żołnierzy, dla IPN problemem była bowiem osoba rosyjskiego dowódcy grupy. Po zmianie miałby on ogólnie upamiętniać tragedię miejscowych mieszkańców pod nazistowską okupacją i ich udział w walce o wolność.

Wyzwolili, nie wyzwolili?!

Prezes IPN, Jarosław Szarek, kilka dni temu udzielił jedynie słusznej reprymendy ambasadzie Rosji w Polsce, która, na Twitterze, ośmieliła się stwierdzić, że: ” Armia Czerwona w styczniu 1945 roku wyzwalała Polskę od hitlerowców”.

Chodzi o to, że wedle IPN-u, o żadnym wyzwoleniu nie może być mowy, gdyż było to .. zniewolenie Polski i Polaków. Pan prezes, pospołu z tym swoim pożal się boże instytutem, głosi, że Rosja (ZSRR) nie wyzwalała nas w latach 1944 – 1945 od hitlerowców, za to: „ponownie niewoliła”. I zwłaszcza to „ponownie” dowodzi osobliwego przypadku amnezji nie od dzisiaj p. Szarka i mu podobnych. Wypada tu zapytać prezesa Szarka, i całej rzeszy podzielających jego opinie o ruskim zniewoleniu po II wojnie, gdzie i na jakich tajnych kompletach – skoro była ruskie zniewolenie, więc okupacja – zdawali matury, kończyli studia i robili doktoraty ? Warto tu dodać, że poczucie zniewolenia przez Ruskich nie należało w tamtym czasie pośród Polonusów – o ile mi wiadomo – do powszechnych; wpisanych w myślenie ogółu, czy też większości Polaków okrutnie doświadczonych i zmęczonych wojną.

Nie da się zakwestionować przywoływanych przez profesora Szarka powszechnie znanych faktów, obciążających stalinowskie władze za określone zbrodnie i występki popełnione na Polakach w finale wojny oraz po niej. Rzecz w tym, że nie sposób ich w pełni i racjonalnie objaśnić i komentować – w żadnym razie usprawiedliwiać – ignorując historycznie mocarne pogmatwania dziejowe, na które mieliśmy wpływ zerowy. Scenariusze powojennych zmian systemowych i granicznych kreśliły w Europie militarne realia przebiegu frontów II wojny oraz postępujące za nimi rozstrzygnięcia zwycięskich mocarstw. Sfanatyzowani nacjonalistycznie historycy, piszący od nowa polską historię, umocowani teraz przy głosie, czynią ten głos urzędowo obowiązującym w polityce i w nauczaniu młodzieży. Wygarniając powojennym władzom w Polsce terror komunistyczny, w wyniku którego śmierć poniosło 50 tys. osób, p. Szarek zapomniał dodać, że ponad połowa tej liczby to ofiary „chłopców z lasu”, w dużej części niewinni cywile, w tym kobiety a nawet dzieci. No, ale myślenie jest tutaj proste jak ruska pepesza: gdyby nie komuna, to tej krwawej nawalanki polsko – polskiej by przecież nie doszło, co, wg IPN, czyni w całości winnymi za to komunistów. Jest swoistą ciekawostką, że tzw. powojenne podziemie zabiło znacznie więcej Polaków, niźli to polskie i antyhitlerowskie Niemców w okresie sześciu lat okupacji. Jakież to wyniosłe i patriotyczne, chciałoby się rzec.

Wszystko po to, aby przypodobać się niedouczonym prostakom i napinać przed Rosją wątłe muskuły, oraz wiecznie popędzać do historycznego kąta „komuchów”. I to niestety działa. Polska prawica kompletnie zatraciła zdolność szerszego rozumienie, czym była II wojna, zwłaszcza dla Polski i Polaków, przy tym nie potrafi (nie chce) ogarnąć, co było zasadniczym celem wojny, po stronie Hitlera, potem antyhitlerowskich aliantów. Kultywujemy wąskie, nacjonalistyczne do bólu podejście do tematu. Wyzwolenie? Tak, byle nie ruskie, przy tym, przy zachowaniu przedwojennej geografii, co akurat da się emocjonalnie zrozumieć. Może wreszcie ci z IPN, i ich polityczni poganiacze i nadzorcy zrozumieją, że głównym celem koalicji sił anglo-amerykańskich i radzieckich było pokonanie Hitlera. Możliwie szybko i za każdą cenę, bez oglądania się na koszty ludzkie i materialne.

W obrębie takiego priorytetu – innego nie było i być nie mogło – tzw. sprawa polska kolebała się na marginesie celów wojennych mocarstw; nie ważyła prawie nic. Przestańmy się wiecznie obrażać z tego powodu i wypinać na rolę dożywotniej ruskiej ofiary II wojny, a dla co niektórych – o głupoto – kto wie, czy nie większej od tej hitlerowskiej. Spróbujmy w końcu pojąć, że w przypadku naszej sponiewieranej ojczyzny, zagrożonej wdrożeniem przez okupanta okrutnego planu wynarodowienia i fizycznej eksterminacji Słowian (Generalplan Ost), stanowiącego swoistym wariant „Endlosung” – tym razem nakierowanego nie na Żydów, lecz na nierasowych Polaków, Rosjan i Ukraińców – wyzwolenie było dla nas kwestią kluczową i naglącą, bez oglądania się na to, z której strony nadejdzie. Polakom było w większości obce kombinowanie, jak wywinąć się od ruskiego wyzwalania; czekać na nadejścia Andresa i Amerykanów. Jasne, że byli i są nadal tacy, którym ruskie oswobodzenie nie pasowało. Ci, i ich współcześni naśladowcy, mogą dziś liczyć na szczodrość wydawniczo – wspomnieniową IPN-u. Takich wydawnictw pojawia całkiem sporo. Należą w demokracji do uprawnionych.

Na szczodrość wydawniczą, nawet marginalną, nie mogą za to liczyć ci z I i II Armii Wojska Polskiego, co tyko dowodzi prawoskrętnej amnezji i tradycyjnej głupoty akuszerów takiej wybiórczości. Polityka „dwóch wrogów”, uprawiana przez polskie podziemie, stała się w jakimś momencie irracjonalnym rojeniem, niebezpiecznym bujaniem w obłokach. Urzędowo obowiązujący, modny w co niektórych kręgach pogląd, głoszący o ponownym zniewoleniu Polski i Polaków – zastąpienie niemieckiej okupacji przez ruską, więc uczynienia obu presji równoważnymi – jest niepoważny i obraźliwy nie tylko dla Rosjan, lecz przede wszystkim dla rozumu. Ci potępiacze ruskiego wyzwolenia są zaślepieni do tego stopnia, że mają za nic wszystko to, co pozytywnego wydarzyło się w Polsce po przegonieniu okupanta niemieckiego. Brną w myślenie, że było to wyłącznie jedno pasmo nieszczęść sprokurowanych przez Ruskich i ich polskich pomagierów – czyt. komunistów. I taką optykę wciskają niedouczonym. Nie zauważają, że po okrutnym, sześciomilionowym upuście polskiej krwi objawiły się takie „drobiazgi” jak: wygaszenie kominów krematoriów oraz to, że wrócił polski język, polskie szkoły, polskie uczelnie i polskie urzędy. Były też inne inne mnogie i niebanalne zyski, przy tym oczywiste, doraźne i perspektywiczne straty związane z oderwaniem od wzorców zachodnich. Ale rzecz należy ważyć całościowo i widzieć ją w twardych realiach epoki.

Mając na uwadze geopolityczne, dziejowe pogmatwania tamtego czasu, wypadałoby zauważyć, że owo ówczesne „per saldo” wcale nie należało do najgorszych. Jasne, że mogło być lepiej, ale dyskutowanie na ten temat, i niekończące się wypominanie przy tym win ruskich i tych polskich, ma siedemdziesiąt lat po wojnie wyłącznie akademicki charakter, jest więc – poza przydatnością do politycznej nawalanki – bez większej wartości dla praktyki. Przy tym historycznie szkodliwe. Do tego, ruscy sprawcy tamtych nieszczęść – Stalin, Beria i cała reszta – dawno smażą się w piekle. Nie uchodzi młodemu pokoleniu Rosjan wbijać ich nieustająco do głowy, bo ich wina w tym żadna. Zresztą i tak nas nie zrozumieją, i nie łudźmy się, że pod naciskiem polskiej prawicy zmienią zdania o kluczowej roli Armii Czerwonej w wyzwalaniu od hitlerowskiego nieszczęścia Europy, w tym Polski.

Nie ma takiej sprawy w kwestiach ocen historycznych, w której nie można by się wspólnie dogadywać. Ale to my, nie kto inny, przystępując do hurtowej demolki materialnych znaków pamięci – pomników – po radzieckich wyzwolicielach, czyniąc to w sposób opity chorą demagogią, z wykasowaniem wyobrażenia politycznych następstw takiej głupoty, odcięliśmy sobie drogę do dialogu. A w każdym razie uczyniliśmy ją bardzo trudną. Zresztą wszystko to wpisuje się w rusofobicznego hopla Polaków, nieustannie podsycanego przez prawicową propagandę. Kreml zapewne też nie pozostaje bez winy, wszak podaliśmy mu na talerzu twarde, pomnikowe argumenty dla wzmożenia swojej propagandy. Czasami wygląda do tak, jakby ta pasowała obu stronom. Jakkolwiek jest, nie wolno dać się ogłupiać. Przez IPN zwłaszcza.

Gdzie ja jestem?

Ostatnio, kiedy budzę się rano i przypominam sobie wydarzenia poprzedniego dnia, nie mogę uwierzyć, gdzie jestem. Przeżyłem końcówkę przedwojennych rządów Sanacji, wszystkie powojenne rządy i zmiany ideologiczne, do których te rządy musiały się dostosować, ale od pięciu lat czuję się zagubiony.

Po raz pierwszy w tym okresie dożyliśmy sytuacji, w której stworzono warunki do zgromadzenia w ręku jednego człowieka większości atrybutów władzy. Człowiek ten stoi wprawdzie na czele największej partii uprawnionej wynikami wyborów do tworzenia rządu, ale – formalnie i logicznie – nie ma prawa do narzucania swoich poglądów nawet tym, którzy mu pomagają. A już na pewno tym, którzy nie są jego zwolennikami.

Manewry sejmowe

Ostatnie manewry w naszym sejmie coraz bardziej przypominają kabaret, I to – excusez moi – zdecydowanie bliższy „Pożarowi w burdelu”, niż niezapomnianym „Starszym Panom”.

Autokracja, o której grzechach niedawno pisałem na tych łamach, wychodzi jednak w Polsce szybciej niż myślałem z wieku niemowlęcego, i staje się niebezpiecznym młodzieńcem. Osobiste upodobania szeregowego posła stojącego na czele wspomnianej rządzącej partii, stają się nienaruszalną wytyczną dla wszystkich, którzy tą partię wspierają. Niektórzy próbują się buntować. Ale nawet, jeśli dbając o własne korzyści w końcu się dogadują, to rysa na tym obrazie pozostanie głęboka, krwawiąca i trudna do zagojenia.

Ktoś powie – zaraz, zaraz! Za czasów PRL też mieliśmy pełną autokrację, najpierw Gomułki a potem Gierka. Niezupełnie. Ona była słabsza, mimo „opieki” wielkiego sąsiada. Tak to wygląda teraz, w pisanej przez rządzącą partię nowej, patriotycznej historii Polski. Jednak dzierżący władzę „pierwsi sekretarze” musieli się liczyć z głosami komitetu centralnego i biura politycznego, w których panowały różne poglądy. Teoretycznie obecny pierwszy sekretarz, – pardon – prezes, też ma grupę mędrców zgrupowanych wokół siebie, ale jej członkowie dysponują tyko nieśmiałym głosem doradczym. Jego głos jest decydujący, wszyscy powtarzają to, co raczył powiedzieć.

Gwardia

Autokracja w Polsce od 2005 roku staje się coraz bardziej wyraźna i powoli wzbogaca o atrybuty charakterystyczne dla autorytaryzmu i dyktatury. Jeśli „służby” potrafią wejść o 6 rano do mieszkania objętego immunitetem sędziego, licząc zapewne na poczęstowanie poranną kawą, to narusza się granice nie tylko wyznaczone konstytucją, ale także podstawowe zasady demokracji. Przekracza się cienką. czerwoną linię, dzielącą autokrację od jeszcze słabego autorytaryzmu, stanowiącego przedsionek dyktatury. Ten pozornie drobny „incydent” spowodował, że zmieniłem zdanie co do szybkości niszczenia naszej demokracji.

Znowu słyszę głosy protestujących. Co to za bzdury? Nadgorliwość paru panów nie może być podstawą wyciągania takich wniosków!

A jednak, moim nieważnym zdaniem, może i powinna. Dyktatury nigdy nie powstawały tylko w oparciu o siłę i charyzmę jednego człowieka, który na początku mógł mieć najlepsze zamiary. Żeby stać się dyktatorem, trzeba mieć nie tylko poparcie, ale też zapewnioną współpracę znacznej liczby ludzi, którzy albo bezkrytycznie lub bezmyślnie wierzą w słuszność wprowadzanego systemu i geniusz przywódcy, albo zaspakajają swoje ambicje, albo liczą na znaczące materialne korzyści. Ich wartość moralna jest więc zróżnicowana, ale wartość wykonawcza zależy od ich zdeterminowania, i skuteczności działania. Ważne dla rodzącego się autorytaryzmu i dyktatury jest to, co i jak posłusznie robią, a nie, dlaczego to robią. Mają być i zwykle są wierną gwardią.

Pożądana koncentracja wysiłków

Moje poranne rozterki wynikają też z faktu, że nie dostrzegam koncentracji naszej zmieniającej skórę władzy na tym, co – moim zdaniem – powinno być dla nas teraz i w najbliższej perspektywie naprawdę ważne. Wydaje mi się, że rozsądna władza powinna obecnie skupiać swoje siły na czterech problemach:

Jak dotrwać do końca pandemii z możliwie najmniejszym stratami ludzkimi i materialnymi? Jak zwalczyć związany z tym żenujący bałagan organizacyjny i kompetencyjny widoczny np. w dostępności szczepień na grypę i pneumokoki? Jak eliminować możliwość powtórzenia tego bałaganu i zapewnić dostępność i sprawność szczepień na koronawirusa w chwili, w której będzie można już kupić odpowiednie szczepionki?

Co robić, aby przetrwać w możliwie najlepszej formie światowy kryzys ekonomiczny, który potrwa co najmniej 3 – 5 lat? Jak jeszcze bardziej ułatwić podejmowanie inicjatyw gospodarczych? Jak zahamować odpływ z kraju najlepiej wykształconej młodzieży, która powinna być trzonem tej przedsiębiorczości?

Jak zmienić negatywne nastawienie do Polski, przez nas wywołane i panujące obecnie w krajach Unii Europejskiej? Jak w spokojny sposób zakończyć niszczenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości? Z jakich – od początku bezsensownych –wycofać się działań, stanowiących podstawę poglądu, że Polska nie jest państwem praworządnym? Zrezygnować z absurdalnych twierdzeń o istnieniu ideologii LGBT i zapewnić ludziom o „nienormatywnej” orientacji seksualnej poszanowanie i ochronę ich praw obywatelskich.

Jak ponownie poprawić stosunki z Rosją i wejść szerzej na jej rynek? Wycofać się z fantazji smoleńskich, lub przedstawić naukowo udowodnione fakty, które będą uznane przez krajowych i zagranicznych specjalistów z dziedziny lotnictwa. Nie negując faktów historycznych – przestać ciągle wracać do „noża w plecy” i innych krzywd wyrządzonych nam przez nieistniejący od dawna Związek Radziecki. Rozwinąć ponownie wymianę kulturalną i turystyczną z republikami Federacji Rosyjskiej.

Na tym bym się skoncentrował, gdybym miał cokolwiek do powiedzenia. Ale w warunkach autokracji – nie mam, podobnie jak miliony Polaków. Mam za to teatr udawanych rozwodów partyjnych, festiwal hurrapatriotycznych imprez i wystąpień notabli, sławiących naszą nieomylność i nieustające sukcesy. Mam też podziwiać ściganie domniemanych przestępców wśród opozycyjnych partii i grup społecznych, osłanianie „swoich i nieustanny, rekordowy „skok” na państwową kasę.

Mam jednak także resztki nadziei. Nadziei na to, że ogłupianie mniej wykształconej części narodu państwową i często jedyną dostępną telewizją, przyniesie w końcu odwrotny do zamierzonego skutek. Coraz więcej ludzi zacznie dostrzegać różnice między pięknymi słowami i czynami, między opowiadaniami o „misji”, a walką o władzę, traktowaną jak ulubiony narkotyk i niewyczerpane źródło dużych dochodów.

Protest wobec lokalizacji amerykańskiej broni jądrowej w Polsce

Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej wyraża zdecydowany sprzeciw wobec ewidentnych już działań władz Rzeczypospolitej Polskiej, mających na celu lokalizację amerykańskiej broni jądrowej wraz ze zwiększeniem liczebności wojsk Stanów Zjednoczonych USA na terytorium naszej Ojczyzny.

Nie zgadzamy się, aby wojska amerykańskie, wyposażone w broń masowego rażenia, wycofane z terytorium Niemiec, zostały przeniesione do Polski.

Działania takie już od dłuższego czasu podejmują najwyższe czynniki władz Rzeczypospolitej Polskiej na czele z Prezydentem Państwa i Premierem Rządu. Działania te, pod płaszczykiem innych zdarzeń, są perfidnie eskalowane. Celem ich jest uczynienie na terytorium Polski „państwa frontowego”, jako forpoczty inicjującej wojnę z Federacją Rosyjską.

Etapami realizacji tego celu są:

1. Świadome wywołanie i podsycanie uczucia strachu oraz sterowanie nim w skali całego Narodu, pod pretekstem tzw. pandemii koronawirusa.

Obecne władze Rzeczypospolitej Polskiej świadomie wywołały strach wśród obywateli Polski, nadal go podsycają i sterują nim. Narzędziem uzyskiwania stałych tego efektów jest ustanowione „prawo”: zakaz swobody wyjścia z domostw, zakaz zbiorowego komunikowania się ludności, zakaz zgromadzeń publicznych i nakaz przymusowych szczepień. „Prawo” to nie dopuszcza prezentacji poglądów innych i faktów sprzecznych z rządową polityką, wyrażanych przez polskich, jak i zagranicznych przedstawicieli służby zdrowia, wielu dziedzin nauki na czele z naukami medycznymi. Fakty te stanowią dowód na kłamstwa i fałszerstwa władz na temat tzw. „pandemii” koronawirusa.

Protestujemy przeciw takim metodom i formom sprawowania władzy w Rzeczypospolitej Polskiej.

Wyrażamy zdecydowane poparcie dla Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP – NOP, jako organizatora społecznego protestu przeciw nakazowi przymusowych szczepień, który został zorganizowany w dniu 6.06.2020r. przed gmachem Urzędu Rady Ministrów.

2. Podpisana 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategia bezpieczeństwa narodowego” jednoznacznie i pięciokrotnie wskazująca na „jedynego i zagrażającego nam wroga” – Rosję.

W całości popieramy stanowisko wyrażone wobec „Strategii..” przez Narodowy Front Polski, gdyż: „W polskim interesie są normalne, dobrosąsiedzkie stosunki z Rosją, a nie czynienie wroga… Nie jest w polskim interesie robić sobie wroga z sąsiada, w dodatku Słowianina”. Negatywne opinie co do treści „Strategii…” wyraziło wielu znawców przedmiotu, w tym byłych wojskowych. Niestety, aktualna władza nie chce pochylić się nad merytorycznymi prognozami i opracowaniami inaczej myślących niż reprezentanci ich samych. Władza nie wyciąga żadnych wniosków z treści książki – wywiadu z Generałem M. Różańskim pod znamiennym tytułem „Dlaczego przegramy wojnę z Rosją”, z pracy Gen. M. Ojrzanowskiego „Co nowy prezydent o wojsku wiedzieć powinien”, z artykułu Red. Nacz. Przeglądu Socjalistycznego Andrzeja Ziemskiego „Broń jądrowa w Polsce?” (Przegląd Socjalistyczny, maj 2020).

Także oceny innych źródeł unaoczniają, że „Strategia…” jest dokumentem niekompletnym i niespójnym, stanowiącym zbiór haseł w znaczącym stopniu niemożliwych do zrealizowania. „Strategia…” nie gwarantuje i nie zabezpiecza podstawowego warunku zachowania suwerenności Państwa Polskiego w zakresie nadzoru nad wojskami obcego państwa stacjonującymi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Zasadniczy cel „Strategii…”, to przygotowanie Państwa do ofensywnej wojny, a nie do fizycznego przetrwania Narodu na wypadek działań wojennych, jakie rozgrywać się będą na terytorium Polski. Tę zasadniczą kwestię – zapewnienie zachowania tkanki biologicznej Narodu, czyli fizycznego przeżycia w czasie zagrożenia wojennego i wojny – „Strategia…” pomija milczeniem.

Tymczasem uznanie Federacji Rosyjskiej za główne zagrożenie dla Polski i przesunięcie amerykańskiej broni jądrowej z terytorium Niemiec do Polski, w przypadku podjęcia działań wojennych, staje się wyrokiem skazującym Polski na rolę głównego teatru działań bojowych z użyciem tej broni, czyli terytorium głównych uderzeń stron walczących.

3. Zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce poprzez ich dyslokację z terytorium Niemiec do Polski, które miały miejsce po oficjalnych informacjach światowych mediów o protestach narodu niemieckiego przeciw dalszemu stacjonowaniu na ich terytorium amerykańskich garnizonów wyposażonych w broń jądrową.

Jeśli przyczyna podpisania 12.05.2020r. przez Prezydenta RP „Strategii bezpieczeństwa narodowego” mogła (jeszcze w maju!) sprawiać obiektywne wrażenie braku manipulacji, to aktualnie (bo na początku czerwca br.!), przyczyna nadania jej statusu prawnego dokumentu staje się klarowna. „Strategia bezpieczeństwa narodowego” z dnia 12.05.2020r. była zapowiedzią i jest wstępem do oficjalnego wystąpienia nie tyle o zwiększenie liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, co o umieszczenie broni jądrowej na terytorium Polski. W zapowiedzi władz RP o zwiększeniu liczebności wojsk amerykańskich w Polsce, milczeniem pomija się problem najbardziej żywotny dla Narodu Polskiego – instalację amerykańskiej broni jądrowej na terytorium Polski. Jeśli „Strategia…” jednoznacznie i kilkakrotnie wskazała na Rosję, jako „jedynego i zagrażającego nam wroga”, to władza wbija w świadomość Narodu przekonanie, iż tak jest, po to aby Naród wojnę zaakceptował, aby nie było masowych sprzeciwów i aby władza mogła łatwo poprowadzić „polskie mięso armatnie” na śmierć, nazywając to „zaszczytem” obrony Polski.

Wyrażamy zdecydowany protest wobec antynarodowej polityki podżegaczy wojennych. Jednoznacznie popieramy stanowisko Porozumienia Socjalistów wyrażone w oświadczeniu z okazji 75. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem: „Tragiczne dla narodu i państwa skutki II wojny światowej powinny owocować w polskiej myśli politycznej refleksją, że już nigdy więcej, za żadną cenę, nie powinniśmy dopuścić do sytuacji, w której ziemie polskie mogą stać się

polem bitwy i konfrontacji europejskiej, czy globalnej”.

Konstatujemy, że władza nie chce wyciągać wniosków ani z historii, ani ze współczesności; żadnych wniosków z dokumentów wojennych, na jakie wskazują opracowania: „Kto odpowiada za klęskę wrześniową” Fundacji Oratio Recta, czy „Kto wydał wyrok na miasto” A. Sowy, żadnych wniosków z wydarzeń powojennych. Polacy nie zapomnieli o polskiej koncepcji Adama Rapackiego uczynienia w Europie Środkowo-Wschodniej strefy bezatomowej, zwanej „planem Rapackiego”. Polacy pamiętają koncepcję Urho Kekkonena, że: „Przyjaciół należy mieć blisko, a wrogów daleko od siebie”, po to aby państwa z sobą sąsiadujące nigdy nie wchodziły na drogę wojny.

Przykładem troski o interes własnego narodu i państwa był Prezydent Generał de’Gaulle, który odmówił Amerykanom dłuższego pobytu na terytorium Francji, poza okresem ustalonym powojennymi traktatami. Tak, jak Francuzi w latach 60-tych, tak dziś czynią to Niemcy…

Na tym tle nasza Ojczyzna jest dziś haniebnym przykładem antynarodowego podżegania wojennego: czynią to ludzie sprawujący dziś najwyższe władze w Państwie Polskim. Twierdzenia władz, jakoby zwiększenie stanu osobowego US Army było najpewniejszą formą zapewnienia bezpieczeństwa, jest kontynuacją antypolskiego stanowiska, jakie w 2016 roku wyrażał A. Macierewicz, witając w Polsce pierwsze garnizony armii amerykańskiej słowami: „-Czekaliśmy na was tyle lat …” Tamto zdarzenie wywołało protesty wielu organizacji społecznych i indywidualnych Polaków, którzy pragną zachować na polskiej ziemi pokój i życie.

Bezwzględną koniecznością staje się wyrażanie przez myślących, uczciwych Rodaków, zdecydowanych protestów wobec polityki zbrojeń i obecności obcych wojsk w Polsce, wyposażonych w broń jądrową.

Apelujemy do organizacji i środowisk zatroskanych o los Ojczyzny o jasne i publiczne wyrażenie stanowiska w podstawowej dla Narodu i Państwa Polskiego sprawie bezpieczeństwa.

Z wyrazami uszanowania,

Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia – Roland Dubowski

Członek Prezydium ZG – płk Jan Gazarkiewicz (Z wyjątkiem kwestii przymusu szczepień)

Członek Prezydium ZG, Skarbnik – płk Wojciech Samborski

Przewodniczący Komisji Zagranicznej,

Prezes Honorowy ZG – płk Tadeusz Kowalczyk

Prezydent Rosji pisze w amerykańskim magazynie

W amerykańskim magazynie konserwatywnym National Interest ukazał się niedawno artykuł Władimira Putina, do którego odsyłam zainteresowanych – dostępny np. na Onecie. Warto się nad nim pochylić i poczytać z uwagą, bowiem ilustruje aktualny stan umysłu władz Rosji w odniesieniu do historii Europy w kontekście przyczyn wybuch II wojny światowej – tak, jak przyczyny te widzi Rosja.

Są w nim również płynące z tego, według Rosji, wnioski dla współczesnego świata polityki. Artykuł jest także – jak należy domniemywać – kolejną próba rosyjskiej odpowiedzi na rezolucję Parlamentu Europejskiego z września ubiegłego roku, uznającą winę stalinowskiego ZSRR za wybuch II wojny jako równoważną z winą Niemiec Hitlera, w związku z paktem Ribbentrop – Mołotow, i 17 września 1939.

Przy okazji komentowania zapisu prezydenta Rosji w amerykańskim magazynie warto rezolucję PE nieco przybliżyć, gdyż ta, pozostając nie bez związku z artykułem Putina, dolała oliwy do antyrosyjskiego ognia z inicjatywy europejskich, prawicowych parlamentarzystów, Litwy i Polski zasadniczo. Przegłosowana w Parlamencie Europejskim, uczyniła sprawę obraźliwą, więc nie do przyjęcia dla Rosji oraz Rosjan. To nie jest, jakby się wydawało co niektórym, kij włożony w „wielkoruski nacjonalizm”, to raczej kołek osikowy wbity w mózgi Europejczyków. Zauważamy, że werdykt Parlamentu Europejskiego powinien – o dziwo – zachwycić zwłaszcza Niemców, gdyż z dotąd „winnych wyłącznie” awansowali na „współwinnych po równi”. I to z kim !? Rezolucja słodzi również Francuzom, Brytyjczykom i Włochom; państwa te mogą teraz się poczuć zwolnionymi z poczucia dyskomfortu grania pierwszych skrzypiec w koncercie wydarzeń dających Hitlerowi zielone światło do zbrojnego zawłaszczenia Europy – za Układ Monachijski i inne podobne wyskoki przed oraz po Monachium. Współwinę sprawczą i bezpośrednią – w proporcji jeden do jeden z Niemcami Hitlera – zwalono na Ruskich. Jakież to proste. Coś, co winno pozostawać przedmiotem uczonych dyskusji – sporów historyków o niechlubną palmę pierwszeństwa w historycznym ciągu przyczyn wybuchu tej okropnej wojny, uległo pozornemu rozstrzygnięciu pod postacią rezolucji Parlamentu Europejskiego, wyrażającej polityczne chciejstwo żarliwych, prawicowych autorów i wyznawców meritum dokumentu .

Czytając artykuł Władimira Putina, nie warto popadać w typowo polską manierę zakładającą z góry, że skoro rosyjski prezydent, twierdzi w nim między innymi, że winę za tragedię, jakiej doznała Polska we wrześniu 1939 roku, ponosi w całości jej kierownictwo, artykuł ten kwalifikuje się w całości do kosza. Obok konstatacji tendencyjnych, nietrafionych, jak ta o rzekomo całościowej winie Polski za doznane w II wojnie nieszczęścia, jest ogromny pakiet takich, nad którymi warto się pochylić. Nawet jeśli są nam nieprzychylne. W gatunkowo wiodącym w zapisie wątku polskim pojawiają się opinie rosyjskiego prezydenta, które nie sposób uznać za chybione. W gmatwaninie politycznych wydarzeń poprzedzających wybuch II wojny trudno wyodrębnić kluczowe podmioty polityczne Europy, które byłyby pozbawione jakiejkolwiek winy – czyste politycznie i moralnie. Na dramatycznej układance u progu wojny każdy próbował coś ugrać: Polska akurat Zaolzie, którego zajęcie musiało być dyplomatycznie uzgodnione z Berlinem. I było, czego nie warto się wypierać; pozbawiło nas czujności i umocniło w mocarstwowych złudzeniach. Detaliczne ważenie wszystkich wątków artykułu Putina – jest ich sporo – wymagałoby dłuższego zapisu. Są jednak sprawy, które w artykule rosyjskiej głowy państwa należy uznać za kluczowe i warte skomentowania. Całość jest niewątpliwie nam zaczepna, ale twierdzenie, że całkowicie bezzasadnie byłoby zaklinaniem rzeczywistości. To zdumiewające, jak upiory wojny, która zakończyła się 75 lat temu, miast spocząć w historycznym lamusie, wywierają nieustająco wpływ na światową i europejską politykę; utrwalają wrażenie braku jej sprawiedliwego spuentowania. Putin ma rację zauważając – co da się pośrednio wywnioskować z litery artykułu – sączone przez Zachód (zwłaszcza Polskę) skłonności do niedowartościowania kluczowego wkładu ZSRR w zwycięstwo nad Hitlerem, przy jednoczesnym betonowaniu wizji tego państwa jako w pierwszej kolejności opresyjnego dla państw Wschodu powojennej Europy. Jakkolwiek opresyjności nie da się zaprzeczyć, gdyż została wpisana niejako i pośrednio w pojałtański porządek, próby zrównywania jej, zwłaszcza w Polsce po 1989 roku, z opresyjnością reżimu Hitlera – mityczną sowiecką okupację – należy uznać za absurdalne. Polska w oficjalnej polityce odrzuca tezę o radzieckim wyzwoleniu w 1945 roku, mianując je początkami „komunistycznego zniewolenia” ,co brzmi dramatycznie, wprowadza historyczny zamęt i dobrze pasuje do konfrontacyjnego tonu „dialogu” z Rosją, Rosja zaś wini Polskę za przyłożenie ręki do wybuchu wojny; za brak gotowości na zmontowanie w porę antyhitlerowskiej koalicji z udziałem ZSRR, Anglii i Francji. O ile z punktu widzenia zdrowego rozsądku można uzasadnić zaanektowanie przez Stalina 17 września 1939 ziem polski wschodniej – jak się okazało, było to militarnie korzystne dla przebiegu wojny (oddalało Wermacht o 200 km dalej od Moskwy) – w niczym nie da się usprawiedliwić stalinowskich okrucieństw podjętych wobec Polaków na zaanektowanych terenach. W artykule rosyjskiego prezydenta ani słowa na ten temat, i to jest zasadnicza słabość meritum tekstu Władimira Putina, który, moim zdaniem, stracił dobrą okazję, aby się do tego odnieść uczyniło by go bardziej wiarygodnym. Populistyczna skłonność Kremla do wybielania stalinowskiego ZSRR wychodzi na przeciw rosyjskim sentymentom, konserwuje je, gdyż to się politycznie w Rosji opłaca. W Polsce zaś politycznie opłaca się walenie w antyrosyjski bęben. Wyrazem tego jest np. nieustanne ganienie Rosji za Katyń, chociaż władze tego kraju dawno uznały ten za zbrodnię stalinowską i wojenną; dały temu wyraz w stosownych oficjalnych oświadczeniach rosyjskiej Dumy oraz prezydentów: Gorbaczowa i Jelcyna. Katalog polskich przygan pod adresem Rosji pozostaje nieustająco żywotny, przy czym, miast stawać się powoli zwietrzałym, jest ciągle podsycany w polityce historycznej i propagandzie. Kierownictwo akowskiego podziemia nie wyobrażało sobie ruskiego wyzwolenia; z niechęcią i obawą obserwowało radzieckie postępy na froncie wschodnim – każde wyzwolenie, byle nie radzieckie. Sęk w tym, że innego być nie mogło, zatem należało wpasować się w twarde realia; nie trwać w irracjonalnym uporze i oporze, czekać aż zwycięskie mocarstwa przywołają nas do porządku. Jesteśmy tak geopolitycznie posadowieni w Europie, że skazanie na dogadywanie się z sąsiadami winno być paradygmatem naszej polityki. Zamiast tego wolimy polityczną pyskówę z Rosją – Rosja taką politykę odwzajemnia z elegancją wątpliwa, podobną zresztą do naszej. Po 1989 roku wypuściliśmy antyruskiego dżina z politycznej butelki. Mijają lata, a ten nadal hasa zachęcany przez kolejne ekipy rządów postsolidarności. O trwałości naszych wojowniczych resentymentów wobec Rosji świadczy liturgia smoleńska – to zdumiewające jak część narodu była i pozostaje skłonna wierzyć w rojenia o rosyjskiej winie za katastrofę Tupolewa z polską delegacją. Za pozbawione wszelkiego rozsądku, z gruntu konfrontujące nas poważnie z Rosją należy uznać hurtowe kasowanie pomników radzieckiego wyzwolenia. Ta konsekwencja zapiekłego fanatyzmu skrajnej prawicy, która dorwała się i trwa przy władzy, marne nam wystawia świadectwo i fatalnie rzutuje na bieżące stosunki z Moskwą. Inną sprawą jest nieustanne podsycanie w Polsce wizerunku wschodniego sąsiada jako potencjalnego agresora, trwającego w zbrojnym oczekiwaniu do napaści na nasz kraj. Mało to rozsądne. Póki co, obie strony nie wykazują skłonności do wzajemnych ustępstw i ciążenia ku dogadywaniu się. Jest wiele innych spraw, zwłaszcza dotyczących aktualnych wyobrażeń Rosji o światowej polityce, o których warto byłoby wspomnieć przy okazji komentowania tekstu Putina. Ale to już inna bajka.

Kompleks Putina

Władimir Władimirowicz Putin nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”.

Oglądanie polskich dzienników telewizyjnych i czytanie gazet staje się nudne. Slogany zastępowane są sloganami, wszyscy prześcigają się w deklaracjach miłości do USA i przyjaźni z Ukrainą, A przyczyną wszystkich „ukraińskich nieszczęść”, wrogiem Europy i wcielonym szatanem jest niejaki Putin – skądinąd Prezydent Rosyjskiej Federacji.
Ukraina – nasza miłość
Na zielonej Ukrainie – albo „dzikich polach” jak pisał Sienkiewicz i jak rzeczywiście nazywano Ukrainę w XVI i XVII wieku – różnie bywało. Rozrabialiśmy tam w sienkiewiczowskich czasach „ogniem i mieczem”, ale także na początku XX wieku. Nie byliśmy (i nie jesteśmy poza Kijowem) ulubieńcami „ludu”. Ukraińskie jednostki walczące po stronie Niemiec i rekrutowane (bez przymusu!) na zachodniej Ukrainie źle zapisały się w naszej pamięci, a jeszcze gorzej w pamięci Słowaków. W przedłużającej się wojnie partyzanckiej na południowym wschodzie Polski jednostki Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) wykazywały się nie tylko bezwzględnością, ale i nadgorliwością.
Ale to było. Od 70 lat żyjemy w spokoju i przynajmniej deklaratywnej przyjaźni, tak samo, jak z Niemcami. Wprawdzie Ukraina dopiero od 26 lat stała się odrębnym i politycznie suwerennym państwem, ale i poprzednio z Ukrainą, jako częścią ZSRR, nasze stosunki układały się względnie poprawnie.
Po tragicznych wydarzeniach na Majdanie, zaczęliśmy deklarować nie tylko utrzymywanie i „pogłębianie” poprawnych stosunków, ale niemal uwielbienie. Kilkunastu naszych polityków w sweterkach albo przyciasnych płaszczykach wdrapywało się na trybunę kijowskiego Majdanu, wygłaszało płomienne zapewnienia poparcia i z zachwytem wysłuchiwało okrzyków „sława Ukrainie” – starszemu pokoleniu wychowanemu na wschodzie Polski kojarzących się (niestety) ze zwyczajowymi pozdrowieniami oddziałów Bandery. A kto, jak kto, ale Stepan Bandera i jego zwolennicy przyjaciółmi Polski nie byli. Co zresztą nie zmienia faktu, że miał wielkie zasługi w walce o niepodległość Ukrainy i nadal jest tam postacią kultową.
Źródła miłości
Skąd ten przypływ uczuć? Wystarczy ze zrozumieniem spojrzeć na mapę Europy, aby zobaczyć, że Ukraina jest ogniwem pierścienia otaczającego od wschodu i południa Rosję, do której „zwyczajowo” nie mamy zaufania. Jest buforem stwarzającym Polsce (i niektórym innym krajom) iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Dopóki jest neutralna, to wszyscy, łącznie z Rosją, są gotowi jej nie „ruszać”, a nawet jej pomagać. Ale określone siły na Ukrainie wspomagane nie tylko okrzykami naszego zachwytu nad patriotyzmem Majdanu, postanowiły utrzymać kurs zachodni, dążąc do jej „zjednoczenia z Europą” przez wejście w skład Unii, a nawet NATO. To oczywiście wzbudziło wzmożoną sympatię naszych elit i – odwrotnie – niepokój Rosji. Bo czym innym dla niej jest Ukraina, jako element względnie neutralnego pierścienia, a czym innym ta sama Ukraina, jako istotne ogniwo otaczających ją „sił obronnych” Europy. Zdziwienie, że „oni” tak myślą może być tylko dowodem naiwności.
Reakcja odrzuconego kochanka
Rosja, przez stulecia językowo i kulturowo zjednoczona zwłaszcza ze wschodnią Ukrainą, zareagowała tak, jak odrzucony kochanek, albo zdradzany mąż. Zaczęła wspomagać siły odśrodkowe, dążąc do destabilizacji politycznej na Ukrainie, pogorszenia jej sytuacji ekonomicznej, odrywania od niej takich „kawałków”, w których nie ma zachodniego entuzjazmu i społeczeństwo identyfikuje się z Rosją. Bezpowrotnie (moim zdaniem) oderwała Krym i stara się doprowadzić, do tego, aby kilka innych południowo-wschodnich regionów Ukrainy „wybiło się” na międzynarodowo uznaną niepodległość, utrzymując z nią silne stosunki przyjaźni.
Gwałtowny wzrost sympatii do Ukrainy widoczny po Majdanie, w następnych latach nieco się „zmodyfikował”. Są nieporozumienia dotyczące właśnie kultu Bandery i UPA, narastających w niektórych zachodnich regionach wpływów raczej antypolskiej skrajnej prawicy, opieki nad cmentarzami, a nawet posągów lwów na cmentarzu Orląt. Wzrasta niepewność dotycząca dalszej drogi Ukrainy, walczącej z wewnętrznymi problemami gospodarczymi i korupcją, zaskakującej wyborem ostatniego prezydenta.
My w Polsce z reguły nie uznajemy obiektywnych procesów społeczno – politycznych. U nas wszystko musi być spersonalizowane, albo łączyć się ze „spiskowymi teoriami dziejów”, lub z wiarą w boskie działanie. Dla przeciętnego Polaka Solidarność zaczęła się od tego, że Wałęsa przeskoczył przez płot. A gdyby nie przeskoczył, tylko spokojnie wszedł przez bramę, to nie było by Solidarności? Nasze samoloty nie mogą się rozbijać z obiektywnych przyczyn, tylko w wyniku „zamachów”. A odparcie bolszewików w 1920r. to nie wynik strategii sztabu Piłsudskiego, tylko cudu.
„Putin winowat”
Nasi politycy i media świadomie lub podświadomie wpisują się w taki właśnie schemat myślenia i stwarzają idiotyczną atmosferę, że niemal całemu złu świata – a już na pewno kłopotom Ukrainy – winien jest jeden człowiek – właśnie Putin. W tej antyputinowskiej propagandzie popełniane są jednak dwa kardynalne błędy.
Pierwszy – polega na wmawianiu ludziom, że w tak ogromnym państwie, jakim jest Rosyjska Federacja i w warunkach XXI wieku, wszystko zależy od decyzji jednego człowieka. Coś mu się przyśniło, wstaje rano i wydaje polecenia np. aneksji Krymu. To oczywista bzdura. Nawet w tak totalitarnych i opartych na wewnętrznym terrorze formach rządzenia, jakie występowały za Hitlera, Mussoliniego, Stalina czy Franco – większość decyzji była przez dyktatorów konsultowana z najbliższym otoczeniem, i „wypracowywali” je ludzie zajmujący eksponowane stanowiska w państwowej lub partyjnej administracji i w wojsku. Prezydent Putin ma zapewne ogromny wpływ na kształtowanie rosyjskiej polityki, ale musi się liczyć z różnymi „grupami nacisku” i podlega ocenie społecznej opinii. I – niestety dla nas i stety dla niego – ma nadal ogromną wewnętrzną akceptację. Nikt u nas i w Europie nie ma takiej akceptacji – co może się nam nie podobać i czego niektórzy politycy i dziennikarze nie potrafią spokojnie strawić.
I drugi – Putin nie jest naszym prezydentem, ani prezydentem jakiegokolwiek kraju zachodniej Europy. Nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Odpowiada przed rosyjskim społeczeństwem i – jak dotychczas – „robi mu dobrze”. Jasne, że było by lepiej, gdyby to co robi było przyjazne lub wręcz korzystne także dla nas i „zachodniego świata”, ale historia zna niewiele przypadków takiej powszechnie akceptowalnej polityki. Niemal zawsze to, co jest dobre dla jednego kraju, nie jest równie dobre, a nawet jest wręcz złe dla kilku innych.
Podzielony kraj
Problem ukraiński – jak każdy – w końcu się rozwiąże. To duży kraj, ale tak bardzo historycznie podzielony, że tak zwany „przeciętny Polak” nie zawsze zdaje sobie sprawę z głębokości i oddziaływania tych podziałów na poglądy i odczucia „przeciętnego Ukraińca”. Mimo to kraj, pod mądrym i konsekwentnym kierownictwem, może się jednak uspokoić i zjednoczyć. Ale mogę też sobie wyobrazić, że będzie to Ukraina nieco terytorialnie zmniejszona.. W końcu od Sudanu oderwało się Południe, Jugosławia rozpadła się na kilka państw, podzielili się nawet nasi bracia Czesi i Słowacy.
I – paradoksalnie – wszyscy mogą być usatysfakcjonowani. Zachód, – bo utrwali swoje wpływy na zachodniej Ukrainie i – być może – włączy ją po jakimś czasie do UE. Rosja, – bo nie dopuści do zamknięcia otaczającego pierścienia i ekonomicznie skorzysta z istniejącego i potencjalnego bogactwa wschodnich regionów Ukrainy. Polska, – bo będzie miała dwa bufory oddzielające od Rosji zamiast jednego.
A Ukraina? Jak zawsze w takich sytuacjach zainteresowany ma relatywnie mniej do powiedzenia w globalnych rozgrywkach. Ale zakładam, że też może być zadowolona, bo uniknie dalszego zaostrzania wewnętrznych konfliktów. A poza tym zachodnia będzie „wyciskała” znaczą pomoc z Unii a nawet z USA, a wschodnia będzie bogatsza, bo nie będzie utrzymywać zachodniej.
Konflikt ukraiński będzie się jednak rozwiązywał w wyniku procesów społeczno politycznych a nie tylko dlatego, że tak chce lub nie chce Prezydent Putin. Może pomagać lub przeszkadzać, ale nie wszystko może „załatwić” po swojej myśli. „Kompleks Putina” dręczący nasze elity i media zaczyna więc być śmieszny i – moim zdaniem – jest szkodliwy. Wytwarza w narodzie obawy, że jesteśmy bezpośrednio zagrożeni, że już „pachnie” III wojną. Sprzyja naszemu udziałowi w bezsensownym, szkodliwym tak samo dla Rosji jak i Europy, obrzucaniu się „sankcjami ekonomicznymi”.
Uspokójmy się. W dzisiejszym stanie techniki zniszczenia tylko szaleniec, albo otumaniony religijnie dżihadysta, może chcieć lokalnej, a tym bardziej globalnej, wojny. A Putin może być zły (jak dla kogo), wstrętny (ale podoba się wielu Paniom!), bezczelny (choć w Moskwie sprzedają m.in. koszulki z napisem, że jest wyjątkowo uprzejmy) – ale szaleńcem nie jest. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”, który nas nie kocha, (bo nie musi!) i może nam popsuć jeszcze trochę krwi. Ale to nie powód, abyśmy mówili o nim w dzień i w nocy, traktowali jak wariata albo – co gorsze – jak faceta jednoosobowo decydującego o naszej przyszłości.

Andrzeja Walickiego spojrzenie na Rosję

Za sprawą redakcji tygodnika „Przegląd” ukazała się nowa książka Andrzeja Walickiego „O Rosji inaczej”, co – moim zdaniem – stanowi bardzo ważne wydarzenie nie tylko naukowe, ale przede wszystkim polityczne.

Autor jest światowej sławy uczonym, najwybitniejszym żyjącym znawcą rosyjskiej filozofii i myśli społecznej, co przyniosło mu obok wielu innych wyróżnień Międzynarodową Nagrodę imienia Eugenia Balzana, wręczaną przez prezydenta Republiki Włoskiej i uważaną za odpowiednik nagrody Nobla w dziedzinie nauk humanistycznych. Znaczenie Walickiego nie sprowadza się jednak do tego, że jest on wielkim uczonym o imponującym dorobku naukowym. Jest bowiem także człowiekiem niezwykle odważnym, tą bardzo trudną i cenną odwagą, która wyraża się w obronie przekonań także wtedy, gdy naraża to na niezrozumienie a nawet krzywdzące osądy.
Andrzej Walicki jest zwolennikiem takiego patrzenia na Rosję – tak dzisiejszą, jak dawniejszą – które nie unikając otwartego mówienia o jej czarnych stronach widzi także strony jaśniejsze a przede wszystkim wolne jest od jednostronnej rusofobii. Był za to wielokrotnie atakowany, zwłaszcza na łamach – skądinąd bardzo wartościowej dla polskiej demokracji – „Gazety Wyborczej”. Gdy na łamach tego dziennika Mirosław Czech zaatakował go oskarżając (bezpodstawnie) o rzekome popieranie rosyjskiej agresji wobec Ukrainy („Gazeta Wyborcza 18 lipca 2015), zabrałem w jego obronie głos pisząc, że należy widzieć „zasadniczą różnicę między podejmowaną przez Walickiego próbą zrozumienia polityki rosyjskiego prezydenta a rozpowszechnioną w Polsce tendencją do jej totalnego potępienia jako wyrazu odwiecznych skłonności imperialistycznych Rosji” („Bezpieczeństwo narodowe Polski a stosunki polsko-rosyjskie”, Poznań 2017, s.67). W książce tej dałem wyraz mojego głębokiego przekonania, że od trzydziestu lat – po raz pierwszy w historii naszych narodów – nie ma między Polską i Rosją obiektywnego konfliktu interesów i że podporządkowywanie polityki polskiej antyrosyjskim resentymentom bardziej szkodzi Polsce niż Rosji.
Nadajemy więc na tej samej fali, z tym, że Walicki czyni to w oparciu o ogromny, godny najwyższego uznania dorobek naukowy w zakresie studiów nad intelektualną historią Rosji. Studia te traktuje jako życiowe powołanie, czemu dał wyraz zwłaszcza w swojej autobiografii („Idee i ludzie. Próba autobiografii”, Warszawa 2010). Jako młody człowiek Walicki nie będąc nigdy marksistą i nie angażując się w działalność polityczną podjął studia nad rosyjską myślą filozoficzna i społeczną traktując je jako wkład w odradzanie tego, co w historii Rosji najcenniejsze i co zostało przytłumione przez prymitywną wersję radzieckiego marksizmu. Po upadku ZSRR jego dorobek w tym zakresie został w pełni doceniony w Rosji. Intelektualiści rosyjscy – o czym niejednokrotnie mogłem się przekonać w moich, obecnie znacznie częstszych niż przed laty, wizytach w tym kraju – intensywnie szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania o tożsamość Rosji – już nie imperium, ale zarazem nie państwo narodowe w ściśle etnicznym sensie – i o drogi jej modernizacji. W uderzający sposób w obecnych debatach rosyjskich wracają wątki z przeszłości – nie zawsze zresztą sprzyjające demokratycznemu kierunkowi rozwoju. Walicki nie tylko zna tę problematykę, jak nikt inny (w każdym razie, jak nikt inny w Polsce), ale także rozumie ją i potrafi wydobyć z historycznej debaty to, co najbardziej wartościowe.
Nie jest w tym bezkrytyczny, ale nie ulega rusofobii, stanowiącej niestety nagminną chorobę większości polskich autorów wypowiadających się na tematy rosyjskie. Jednym z najciekawszych wątków nowej książki Walickiego jest jego namysł nad przyczynami powodującymi, że w Polsce Rosję ocenia się znacznie surowiej niż inne państwa. Wskazuje na przykład na to, że niektórzy polscy publicyści (niestety znów w tym kontekście pojawia się „Gazeta Wyborcza”) na siłę starali się usprawiedliwiać terroryzm czeczeński, chociaż do głowy by im nie przyszło, by podobnymi argumentami bronić na przykład terroryzmu palestyńskiego.
Jest to problem ogólniejszy, nad którym warto się zastanowić. Rusofobia nie polega na tym, że krytykuje się to czy inne posunięcie Federacji Rosyjskiej, podobnie jak nie jest dowodem antyamerykanizmu krytyka pewnych posunięć Stanów Zjednoczonych. Niejednokrotnie wypowiadałem się bardzo krytycznie o amerykańskiej polityce wobec Iraku, a zarazem jestem zdecydowanym przyjacielem USA i konsekwentnym zwolennikiem sojuszu polsko-amerykańskiego. Dlatego nie uważam, by każdy kto krytykuje na przykład politykę Rosji wobec Ukrainy zasługiwał na miano rusofoba. Czym innym jednak jest stosowanie wobec Rosji innych standardów niż wobec pozostałych państw, w tym naszych sojuszników. Gdy Rosję potępia się za zachowania podobne do tych, które akceptuje się po stronie amerykańskiej, można mówić o antyrosyjskiej jednostronności.
Andrzej Walicki w sprawie stosunków polsko-rosyjskich reprezentuje pogląd, że tragiczna historia naszych narodów powinna łączyć, a nie dzielić. Symbolem tego podejścia mogłoby być pojednanie nad grobami katyńskimi, które ze wzruszeniem obserwowaliśmy 7 kwietnia 2010, gdy na ekranach telewizorów mogliśmy zobaczyć premierów Polski i Rosji oddających cześć ofiarom stalinowskiego bezprawia. Katyń jako symbol nie musi przecież dzielić Polaków i Rosjan. W tej samej skrwawionej ziemi leżą ciała wielu tysięcy Rosjan, zamordowanych – tak jak polscy oficerowie – przez stalinowskich oprawców. Tę potencjalną wspólnotę cierpienia z premedytacją niszczą polscy rusofobii, którzy nawet a tragedii smoleńskiej uczynili instrument dla bezpodstawnego szkalowania Rosji.
Walicki rozumie całą złożoność historycznej relacji polsko-rosyjskiej. Pokazuje rolę jaką pod koniec XVIII i na początku XIX wieku odgrywał ten nurt polskiej myśli politycznej (Familia Czartoryskich, Stanisław Staszic), który we współdziałaniu z Rosją widział ratunek dla Polski. Przypomina entuzjazm, z jakim powitano powstanie w 1815 roku Królestwa Polskiego, związanego z Rosją, ale mającego liberalną konstytucję, własną armię, własną administrację i własne szkolnictwo. To wtedy w pieśni „Boże coś Polskę” znalazły się słowa „naszego króla zachowaj nam Panie”, odnoszące się – rzecz prosta – do Aleksandra Pierwszego. Pokazuje następnie, jak tę nić porozumienia niszczyły powstania polskie i brutalna reakcja rosyjska. We wnikliwy sposób ukazuje te wątki myśli rosyjskiej, w których do głosu dochodziły uprzedzenia antypolskie, postrzeganie Polski i Polaków jako „zdrajców” Słowiańszczyzny. Nie jest więc jednostronny, nie wini wyłącznie Polaków za gromadzące się po obu stronach pokłady wrogości. Zarazem jednak pieczołowicie wydobywa to wszystko, co świadczy o sile propolskich sentymentów w rosyjskiej myśli politycznej.
Jest natomiast bardzo stanowczy w krytyce polskiej polityki wobec Rosji po upadku ZSRR. Kilkakrotnie przypomina odmowę udziału prezydenta Wałęsy w moskiewskich obchodach pięćdziesiątej rocznicy zwycięstwa w drugiej wojnie światowej. Przypomina koncepcje polskich polityków opowiadających się za odpychaniem Rosji na wschód, za jej izolowaniem w Europie, a nawet za jej podziałem. Choć odnotowuje także antypolskie publikacje rosyjskie (np. książkę Stanisława Kuniajewa („Szlachta i my”, Moskwa 2005), to jednak główny nacisk kładzie na polską odpowiedzialność za zły stan stosunków polsko-rosyjskich. Podzielam to zdanie. Rusofobia jest dla Polski szkodliwa.
Warto zastanowić się, skąd się ona bierze? Czy tylko z doznanych krzywd?
Kilka lat temu wydałem książkę o stosunkach polsko-niemieckich, nazywając je „cudem pojednania” („Polish-German Relations: The miracle of reconciliation”, Opladen 2014). Zastanawiam się w niej, dlaczego mogliśmy zbudować porozumienie z Niemcami ponad morzem krzywd niepomiernie większym niż krzywdy doznane przez nas ze strony Rosji? Myślę, że wynika to przede wszystkim ze sposobu widzenia przeszłości przez oba sąsiadujące z nami narody.
Porozumienie polsko-niemieckie wyrosło z bezkompromisowego potępienia Hitlera i hitleryzmu przez powojenne Niemcy. Polacy chcieliby takiego samego potępienia Stalina i stalinizmu przez dzisiejszą Rosję. To z naszego punktu widzenia ma sens, skoro mowa jest o dwóch największych zbrodniarzach dwudziestego wieku. Trzeba jednak pamiętać o tym, że jeden z nich doprowadził swój kraj do największej klęski w jego historii, a drugi stał się symbolem największego zwycięstwa odniesionego od pokonania napoleońskiej Francji w 1812 roku. Polski sposób widzenia historii nie jest i nie może być identyczny z rosyjskim, ale powinniśmy podjąć próbę zrozumienia złożoności rosyjskiej pamięci historycznej.
W ostatniej książce Walickiego zgromadzono jego dawne teksty, uzupełnione o komentarze i poprzedzone bardzo ciekawą rozmową, którą z autorem przeprowadził jeden z jego uczniów profesor Janusz Dobieszewski. W zakończeniu tej rozmowy Walicki wyraża nadzieję, że jego dzieło życia przyczyni się „choćby w najskromniejszej mierze, do poprawy relacji polsko-rosyjskich, bo to, co jest dziś, nie przynosi nam chwały i nie zapowiada niczego dobrego na przyszłość”. Odkładam tę książkę z przekonaniem, że jej autor – jak mało kto – wnosi swój wkład w zwycięstwo rozumu nad fanatyzmem, wzajemnego zrozumienia nad nienawiścią.

Andrzej Walicki – „O Rosji inaczej”, wyd. Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2019, str. 366, ISBN 978-83-64407-29-1.