Gdzie ja jestem?

Ostatnio, kiedy budzę się rano i przypominam sobie wydarzenia poprzedniego dnia, nie mogę uwierzyć, gdzie jestem. Przeżyłem końcówkę przedwojennych rządów Sanacji, wszystkie powojenne rządy i zmiany ideologiczne, do których te rządy musiały się dostosować, ale od pięciu lat czuję się zagubiony.

Po raz pierwszy w tym okresie dożyliśmy sytuacji, w której stworzono warunki do zgromadzenia w ręku jednego człowieka większości atrybutów władzy. Człowiek ten stoi wprawdzie na czele największej partii uprawnionej wynikami wyborów do tworzenia rządu, ale – formalnie i logicznie – nie ma prawa do narzucania swoich poglądów nawet tym, którzy mu pomagają. A już na pewno tym, którzy nie są jego zwolennikami.

Manewry sejmowe

Ostatnie manewry w naszym sejmie coraz bardziej przypominają kabaret, I to – excusez moi – zdecydowanie bliższy „Pożarowi w burdelu”, niż niezapomnianym „Starszym Panom”.

Autokracja, o której grzechach niedawno pisałem na tych łamach, wychodzi jednak w Polsce szybciej niż myślałem z wieku niemowlęcego, i staje się niebezpiecznym młodzieńcem. Osobiste upodobania szeregowego posła stojącego na czele wspomnianej rządzącej partii, stają się nienaruszalną wytyczną dla wszystkich, którzy tą partię wspierają. Niektórzy próbują się buntować. Ale nawet, jeśli dbając o własne korzyści w końcu się dogadują, to rysa na tym obrazie pozostanie głęboka, krwawiąca i trudna do zagojenia.

Ktoś powie – zaraz, zaraz! Za czasów PRL też mieliśmy pełną autokrację, najpierw Gomułki a potem Gierka. Niezupełnie. Ona była słabsza, mimo „opieki” wielkiego sąsiada. Tak to wygląda teraz, w pisanej przez rządzącą partię nowej, patriotycznej historii Polski. Jednak dzierżący władzę „pierwsi sekretarze” musieli się liczyć z głosami komitetu centralnego i biura politycznego, w których panowały różne poglądy. Teoretycznie obecny pierwszy sekretarz, – pardon – prezes, też ma grupę mędrców zgrupowanych wokół siebie, ale jej członkowie dysponują tyko nieśmiałym głosem doradczym. Jego głos jest decydujący, wszyscy powtarzają to, co raczył powiedzieć.

Gwardia

Autokracja w Polsce od 2005 roku staje się coraz bardziej wyraźna i powoli wzbogaca o atrybuty charakterystyczne dla autorytaryzmu i dyktatury. Jeśli „służby” potrafią wejść o 6 rano do mieszkania objętego immunitetem sędziego, licząc zapewne na poczęstowanie poranną kawą, to narusza się granice nie tylko wyznaczone konstytucją, ale także podstawowe zasady demokracji. Przekracza się cienką. czerwoną linię, dzielącą autokrację od jeszcze słabego autorytaryzmu, stanowiącego przedsionek dyktatury. Ten pozornie drobny „incydent” spowodował, że zmieniłem zdanie co do szybkości niszczenia naszej demokracji.

Znowu słyszę głosy protestujących. Co to za bzdury? Nadgorliwość paru panów nie może być podstawą wyciągania takich wniosków!

A jednak, moim nieważnym zdaniem, może i powinna. Dyktatury nigdy nie powstawały tylko w oparciu o siłę i charyzmę jednego człowieka, który na początku mógł mieć najlepsze zamiary. Żeby stać się dyktatorem, trzeba mieć nie tylko poparcie, ale też zapewnioną współpracę znacznej liczby ludzi, którzy albo bezkrytycznie lub bezmyślnie wierzą w słuszność wprowadzanego systemu i geniusz przywódcy, albo zaspakajają swoje ambicje, albo liczą na znaczące materialne korzyści. Ich wartość moralna jest więc zróżnicowana, ale wartość wykonawcza zależy od ich zdeterminowania, i skuteczności działania. Ważne dla rodzącego się autorytaryzmu i dyktatury jest to, co i jak posłusznie robią, a nie, dlaczego to robią. Mają być i zwykle są wierną gwardią.

Pożądana koncentracja wysiłków

Moje poranne rozterki wynikają też z faktu, że nie dostrzegam koncentracji naszej zmieniającej skórę władzy na tym, co – moim zdaniem – powinno być dla nas teraz i w najbliższej perspektywie naprawdę ważne. Wydaje mi się, że rozsądna władza powinna obecnie skupiać swoje siły na czterech problemach:

Jak dotrwać do końca pandemii z możliwie najmniejszym stratami ludzkimi i materialnymi? Jak zwalczyć związany z tym żenujący bałagan organizacyjny i kompetencyjny widoczny np. w dostępności szczepień na grypę i pneumokoki? Jak eliminować możliwość powtórzenia tego bałaganu i zapewnić dostępność i sprawność szczepień na koronawirusa w chwili, w której będzie można już kupić odpowiednie szczepionki?

Co robić, aby przetrwać w możliwie najlepszej formie światowy kryzys ekonomiczny, który potrwa co najmniej 3 – 5 lat? Jak jeszcze bardziej ułatwić podejmowanie inicjatyw gospodarczych? Jak zahamować odpływ z kraju najlepiej wykształconej młodzieży, która powinna być trzonem tej przedsiębiorczości?

Jak zmienić negatywne nastawienie do Polski, przez nas wywołane i panujące obecnie w krajach Unii Europejskiej? Jak w spokojny sposób zakończyć niszczenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości? Z jakich – od początku bezsensownych –wycofać się działań, stanowiących podstawę poglądu, że Polska nie jest państwem praworządnym? Zrezygnować z absurdalnych twierdzeń o istnieniu ideologii LGBT i zapewnić ludziom o „nienormatywnej” orientacji seksualnej poszanowanie i ochronę ich praw obywatelskich.

Jak ponownie poprawić stosunki z Rosją i wejść szerzej na jej rynek? Wycofać się z fantazji smoleńskich, lub przedstawić naukowo udowodnione fakty, które będą uznane przez krajowych i zagranicznych specjalistów z dziedziny lotnictwa. Nie negując faktów historycznych – przestać ciągle wracać do „noża w plecy” i innych krzywd wyrządzonych nam przez nieistniejący od dawna Związek Radziecki. Rozwinąć ponownie wymianę kulturalną i turystyczną z republikami Federacji Rosyjskiej.

Na tym bym się skoncentrował, gdybym miał cokolwiek do powiedzenia. Ale w warunkach autokracji – nie mam, podobnie jak miliony Polaków. Mam za to teatr udawanych rozwodów partyjnych, festiwal hurrapatriotycznych imprez i wystąpień notabli, sławiących naszą nieomylność i nieustające sukcesy. Mam też podziwiać ściganie domniemanych przestępców wśród opozycyjnych partii i grup społecznych, osłanianie „swoich i nieustanny, rekordowy „skok” na państwową kasę.

Mam jednak także resztki nadziei. Nadziei na to, że ogłupianie mniej wykształconej części narodu państwową i często jedyną dostępną telewizją, przyniesie w końcu odwrotny do zamierzonego skutek. Coraz więcej ludzi zacznie dostrzegać różnice między pięknymi słowami i czynami, między opowiadaniami o „misji”, a walką o władzę, traktowaną jak ulubiony narkotyk i niewyczerpane źródło dużych dochodów.