Prezydent Rosji pisze w amerykańskim magazynie

W amerykańskim magazynie konserwatywnym National Interest ukazał się niedawno artykuł Władimira Putina, do którego odsyłam zainteresowanych – dostępny np. na Onecie. Warto się nad nim pochylić i poczytać z uwagą, bowiem ilustruje aktualny stan umysłu władz Rosji w odniesieniu do historii Europy w kontekście przyczyn wybuch II wojny światowej – tak, jak przyczyny te widzi Rosja.

Są w nim również płynące z tego, według Rosji, wnioski dla współczesnego świata polityki. Artykuł jest także – jak należy domniemywać – kolejną próba rosyjskiej odpowiedzi na rezolucję Parlamentu Europejskiego z września ubiegłego roku, uznającą winę stalinowskiego ZSRR za wybuch II wojny jako równoważną z winą Niemiec Hitlera, w związku z paktem Ribbentrop – Mołotow, i 17 września 1939.

Przy okazji komentowania zapisu prezydenta Rosji w amerykańskim magazynie warto rezolucję PE nieco przybliżyć, gdyż ta, pozostając nie bez związku z artykułem Putina, dolała oliwy do antyrosyjskiego ognia z inicjatywy europejskich, prawicowych parlamentarzystów, Litwy i Polski zasadniczo. Przegłosowana w Parlamencie Europejskim, uczyniła sprawę obraźliwą, więc nie do przyjęcia dla Rosji oraz Rosjan. To nie jest, jakby się wydawało co niektórym, kij włożony w „wielkoruski nacjonalizm”, to raczej kołek osikowy wbity w mózgi Europejczyków. Zauważamy, że werdykt Parlamentu Europejskiego powinien – o dziwo – zachwycić zwłaszcza Niemców, gdyż z dotąd „winnych wyłącznie” awansowali na „współwinnych po równi”. I to z kim !? Rezolucja słodzi również Francuzom, Brytyjczykom i Włochom; państwa te mogą teraz się poczuć zwolnionymi z poczucia dyskomfortu grania pierwszych skrzypiec w koncercie wydarzeń dających Hitlerowi zielone światło do zbrojnego zawłaszczenia Europy – za Układ Monachijski i inne podobne wyskoki przed oraz po Monachium. Współwinę sprawczą i bezpośrednią – w proporcji jeden do jeden z Niemcami Hitlera – zwalono na Ruskich. Jakież to proste. Coś, co winno pozostawać przedmiotem uczonych dyskusji – sporów historyków o niechlubną palmę pierwszeństwa w historycznym ciągu przyczyn wybuchu tej okropnej wojny, uległo pozornemu rozstrzygnięciu pod postacią rezolucji Parlamentu Europejskiego, wyrażającej polityczne chciejstwo żarliwych, prawicowych autorów i wyznawców meritum dokumentu .

Czytając artykuł Władimira Putina, nie warto popadać w typowo polską manierę zakładającą z góry, że skoro rosyjski prezydent, twierdzi w nim między innymi, że winę za tragedię, jakiej doznała Polska we wrześniu 1939 roku, ponosi w całości jej kierownictwo, artykuł ten kwalifikuje się w całości do kosza. Obok konstatacji tendencyjnych, nietrafionych, jak ta o rzekomo całościowej winie Polski za doznane w II wojnie nieszczęścia, jest ogromny pakiet takich, nad którymi warto się pochylić. Nawet jeśli są nam nieprzychylne. W gatunkowo wiodącym w zapisie wątku polskim pojawiają się opinie rosyjskiego prezydenta, które nie sposób uznać za chybione. W gmatwaninie politycznych wydarzeń poprzedzających wybuch II wojny trudno wyodrębnić kluczowe podmioty polityczne Europy, które byłyby pozbawione jakiejkolwiek winy – czyste politycznie i moralnie. Na dramatycznej układance u progu wojny każdy próbował coś ugrać: Polska akurat Zaolzie, którego zajęcie musiało być dyplomatycznie uzgodnione z Berlinem. I było, czego nie warto się wypierać; pozbawiło nas czujności i umocniło w mocarstwowych złudzeniach. Detaliczne ważenie wszystkich wątków artykułu Putina – jest ich sporo – wymagałoby dłuższego zapisu. Są jednak sprawy, które w artykule rosyjskiej głowy państwa należy uznać za kluczowe i warte skomentowania. Całość jest niewątpliwie nam zaczepna, ale twierdzenie, że całkowicie bezzasadnie byłoby zaklinaniem rzeczywistości. To zdumiewające, jak upiory wojny, która zakończyła się 75 lat temu, miast spocząć w historycznym lamusie, wywierają nieustająco wpływ na światową i europejską politykę; utrwalają wrażenie braku jej sprawiedliwego spuentowania. Putin ma rację zauważając – co da się pośrednio wywnioskować z litery artykułu – sączone przez Zachód (zwłaszcza Polskę) skłonności do niedowartościowania kluczowego wkładu ZSRR w zwycięstwo nad Hitlerem, przy jednoczesnym betonowaniu wizji tego państwa jako w pierwszej kolejności opresyjnego dla państw Wschodu powojennej Europy. Jakkolwiek opresyjności nie da się zaprzeczyć, gdyż została wpisana niejako i pośrednio w pojałtański porządek, próby zrównywania jej, zwłaszcza w Polsce po 1989 roku, z opresyjnością reżimu Hitlera – mityczną sowiecką okupację – należy uznać za absurdalne. Polska w oficjalnej polityce odrzuca tezę o radzieckim wyzwoleniu w 1945 roku, mianując je początkami „komunistycznego zniewolenia” ,co brzmi dramatycznie, wprowadza historyczny zamęt i dobrze pasuje do konfrontacyjnego tonu „dialogu” z Rosją, Rosja zaś wini Polskę za przyłożenie ręki do wybuchu wojny; za brak gotowości na zmontowanie w porę antyhitlerowskiej koalicji z udziałem ZSRR, Anglii i Francji. O ile z punktu widzenia zdrowego rozsądku można uzasadnić zaanektowanie przez Stalina 17 września 1939 ziem polski wschodniej – jak się okazało, było to militarnie korzystne dla przebiegu wojny (oddalało Wermacht o 200 km dalej od Moskwy) – w niczym nie da się usprawiedliwić stalinowskich okrucieństw podjętych wobec Polaków na zaanektowanych terenach. W artykule rosyjskiego prezydenta ani słowa na ten temat, i to jest zasadnicza słabość meritum tekstu Władimira Putina, który, moim zdaniem, stracił dobrą okazję, aby się do tego odnieść uczyniło by go bardziej wiarygodnym. Populistyczna skłonność Kremla do wybielania stalinowskiego ZSRR wychodzi na przeciw rosyjskim sentymentom, konserwuje je, gdyż to się politycznie w Rosji opłaca. W Polsce zaś politycznie opłaca się walenie w antyrosyjski bęben. Wyrazem tego jest np. nieustanne ganienie Rosji za Katyń, chociaż władze tego kraju dawno uznały ten za zbrodnię stalinowską i wojenną; dały temu wyraz w stosownych oficjalnych oświadczeniach rosyjskiej Dumy oraz prezydentów: Gorbaczowa i Jelcyna. Katalog polskich przygan pod adresem Rosji pozostaje nieustająco żywotny, przy czym, miast stawać się powoli zwietrzałym, jest ciągle podsycany w polityce historycznej i propagandzie. Kierownictwo akowskiego podziemia nie wyobrażało sobie ruskiego wyzwolenia; z niechęcią i obawą obserwowało radzieckie postępy na froncie wschodnim – każde wyzwolenie, byle nie radzieckie. Sęk w tym, że innego być nie mogło, zatem należało wpasować się w twarde realia; nie trwać w irracjonalnym uporze i oporze, czekać aż zwycięskie mocarstwa przywołają nas do porządku. Jesteśmy tak geopolitycznie posadowieni w Europie, że skazanie na dogadywanie się z sąsiadami winno być paradygmatem naszej polityki. Zamiast tego wolimy polityczną pyskówę z Rosją – Rosja taką politykę odwzajemnia z elegancją wątpliwa, podobną zresztą do naszej. Po 1989 roku wypuściliśmy antyruskiego dżina z politycznej butelki. Mijają lata, a ten nadal hasa zachęcany przez kolejne ekipy rządów postsolidarności. O trwałości naszych wojowniczych resentymentów wobec Rosji świadczy liturgia smoleńska – to zdumiewające jak część narodu była i pozostaje skłonna wierzyć w rojenia o rosyjskiej winie za katastrofę Tupolewa z polską delegacją. Za pozbawione wszelkiego rozsądku, z gruntu konfrontujące nas poważnie z Rosją należy uznać hurtowe kasowanie pomników radzieckiego wyzwolenia. Ta konsekwencja zapiekłego fanatyzmu skrajnej prawicy, która dorwała się i trwa przy władzy, marne nam wystawia świadectwo i fatalnie rzutuje na bieżące stosunki z Moskwą. Inną sprawą jest nieustanne podsycanie w Polsce wizerunku wschodniego sąsiada jako potencjalnego agresora, trwającego w zbrojnym oczekiwaniu do napaści na nasz kraj. Mało to rozsądne. Póki co, obie strony nie wykazują skłonności do wzajemnych ustępstw i ciążenia ku dogadywaniu się. Jest wiele innych spraw, zwłaszcza dotyczących aktualnych wyobrażeń Rosji o światowej polityce, o których warto byłoby wspomnieć przy okazji komentowania tekstu Putina. Ale to już inna bajka.

Hamulcowi

Jak podały niemieckie media z początkiem maja do Rostocku dotarł pierwszy transport kolejowy z Chin, mający przecierać trasę tzw. Nowego Jedwabnego Szlaku. Nieważne, co przywiózł – z racji pandemii są to środki do walki z koronawirusem (maseczki, odzież ochronna, środki dezynfekujące) – tylko jak przebiegał jego finalny etap.

Dwanaście dni trwała podróż z Xi’an (Chiny), przez Rosję linią Trans-syberyjską do Kaliningradu nad Bałtykiem. W tym czasie pociąg pokonał ponad 10 000 km. W Kaliningradzie kontenery z wymienionymi środkami zostały załadowane na statek i drogą morską dotarły do Rostocku. Dalej kontenery pojadą już kolejami niemieckimi (Deutsche Bahn) do Duisburga i Werony we Włoszech. Część środków jest bowiem przeznaczona dla Italii.

Za całość operacji, włącznie z opakowaniem i rozpakowaniem, załatwieniem formalności cłowych i dokumentacją dla klienta odpowiadała niemiecka strona; DB Cargo i DB Schenker. Szef DB Richard Lutz nie krył w tego powodu zadowolenia. Podczas przyjęcia w porcie rostockim transportu powiedział:” Bardzo się cieszę, że możemy wesprzeć rząd federalny w walce z koronawirusem”. Jego zdaniem to milowy krok w materializacji połączeń Chin przez Rosje z Niemcami i otwarcie nowego rozdziału współpracy i handlu. To była pierwsza tego typu dostawa otwierająca cotygodniowe, regularne transporty. Tym razem – 7,4 mln maseczek i 6 kontenerów odzieży ochronnej dla Włoch.

Dziwić może (ale tylko osoby niezorientowane w meandrach polskiej polityki zagranicznej i nadwiślańskiego myślenia rządzących elit), iż transport nie przejechał koleją „na wprost” z Białorusi przez Polskę na Zachód, do miejsca przeznaczenia. Polska ustawiona obok rydwanu Waszyngtonu, bezkrytycznie i serwilistycznie trwa jako forpoczta amerykańskich interesów w Europie i Unii Europejskiej nie zważając na swe ekonomiczne i międzynarodowe interesy. Jest jednym z elementów amerykańskich zabiegów o zablokowanie chińskiej inicjatywy pod nazwą Nowy Jedwabny Szlak. Tracąc po raz kolejny źródło pewnych, stałych dochodów z racji tranzytu.

Nawet antyrosyjska Litwa, podobna do Polski tak w kwestii postrzegania zagrożeń, jak i polityki historycznej i retoryki elit, zdecydowała się na puszczenie przez swoje terytorium jednej z linii tej transportowej „autostrady” towarów z Azji do Europy i na odwrót, nie gardząc ewentualnymi wpływami do swojego skąpego budżetu. Te budżety – tak Polski jak i Litwy – po pandemii będą jeszcze bardziej skąpe, więc każdy dochód powinien się liczyć. Niestety nie dla elit rządzących Polską.
Zresztą Rosjanie mają ewentualną alternatywę dla kolejowych tras z Chin w ramach tego gigantycznego projektu. Wybudowany w ostatniej dekadzie (i ciągle rozbudowywany) port nadbałtycki w Ust’ Łudze w pobliżu Petersburga (już jest to największy port nad Bałtykiem) gdzie wraz z linią kolejowa swój koniec ma szereg ropo- i gazociągów jest rozwiązaniem, które mocno uderzyło w gospodarki trzech krajów bałtyckich. Tranzyt towarów z Rosji do portów Estonii, Łotwy i Litwy zamarł całkowicie jako retorsje na rusofobiczne zachowania i decyzje rządzących tymi byłymi republikami ZSRR elit. Tak więc Litwa choć w minimalnym stopni skorzysta na przejazdach pociągów po Jedwabnym Szlaku do Kaliningradu.

Co do nas, powtarza się sytuacja z przełomu wieków – XX i XXI – kiedy ważyły się losy budowy gazociągu tzw. Jamał II. Rząd Buzka grymasił, ogłaszał zastrzeżenia i strach przed gazociągiem oraz światłowodem mającym iść równolegle z rurą przez terytorium Polski (słynne możliwości podsłuchiwania i inwigilacji obywateli naszego kraju przez „ruskich” – choć miałaby być to inwestycja niemiecko-rosyjska). Sekundowały tym enuncjacjom rządowym media. Nawet gdy już zapadła – jako rozwiązanie zastępcze – decyzja o budowie gazociągu pod Bałtykiem – Nord-Steam I – i istniała możliwość wybudowania łącznika od wym. rury do polskiej części zachodniego wybrzeża (propozycja której patronował Aleksander Gudzowaty i jego BARTIMPEX) rządzący nie podjęli tej inicjatywy. Zignorowano również wtedy korzyści materialne i dochody budżetu w imię trudno zrozumiałych intencji i racjonalnych zamysłów.

Niestety powtarza się po raz któryś z rzędu prawdziwość sentencji Jana Kochanowskiego z >Ksiąg wtórnych< (pieśń 54) mówiąca, że „ Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie, lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”.

Ukraina wreszcie da

Szorstka przyjaźń zapanowała w politycznych relacjach polsko- ukraińskich. Tym razem ten szorstki ton nadaje strona polska pomimo jednoznacznych ukraińskich zalotów.

Rezygnując z przylotu pierwszego września do Warszawy amerykański prezydent Trump olał nie tylko polskiego, usłużnego mu gospodarza. Przykrość wielką sprawił też ukraińskiemu prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu, który też liczył na ciepłe słówka Trumpa podczas warszawskich uroczystości.
Zelenski chciał upiec trzy pieczenie na warszawskim rożnie. Spotkać się z Trumpem, pogadać z „przyjacielem Macronem” i ocieplić relacje z panem prezydentem Dudą.
Udało mu się tylko z tym ostatnim. Złożył panu prezydentowi i państwu polskiemu bardzo korzystnie brzmiącą ofertę. Oto strona ukraińska bez warunków wstępnych znosi wszelkie biurokratyczne bariery poczynione przez administrację poprzedniego ukraińskiego prezydenta w kwestii ekshumacji i poszukiwań polskich ofiar na terenie Ukrainy. Proponuje też aby od teraz politykami historycznymi w obu państwach zajmowali się przede wszystkim historycy. A wszelkie sporne interpretacje bolesnej historii rozwiązywano dzięki wspólnej komisji.
Takie przesunięcie historycznych sporów na drugi plan ułatwi polskiemu biznesowi w korzystaniu ze skutków zaplanowanych przez ekipę Zełenskiego ukraińskich reform gospodarczych. W uczestnictwie w prywatyzacji ukraińskich przedsiębiorstw, zakupie ziemi uprawnej, wspólnych przedsięwzięciach na terenie Unii Europejskiej.
W zamian za swe ustępstwa i przyjacielskie gesty strona ukraińska oczekuje poparcia Polski w konflikcie z Rosją. Co przy gigantycznej rusofobii, demonstrowanej od lat przez pana prezydenta Dudę i jego ministrów oraz elit politycznych PiS, nie było warunkiem trudnym do spełnienia.
I rzeczywiście podczas swego okolicznościowego przemówienia pan prezydent Duda twardo skrytykował Rosję, gromko poparł suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy. Choć tych tematów nie poruszali pozostali mówcy. Prezydent Niemiec i przysłany substytut prezydenta Trumpa.
Wyglądało, że pakt Duda – Zełenski zaczął obowiązywać. Ale to tylko miraż.

Najpierw głowa

Pan prezydent Duda stanął po stronie walczącej z Rosją Ukrainy i kolejny raz skrytykował agresywne geny prezydenta Putina, aby przede wszystkim przypomnieć administracji amerykańskiej o sobie i ministrze Szczerskim. O wymarzonym przez ich obu „Forcie Trump”, który właśnie odpływa na dalekie prerie nierealizowanych koncepcji.
Ukraina potrzebna jest elitom PiS jako młot do walenia w Rosję. Propagandowego rzecz jasna. Bo przecież propagandowa rusofobia elit PiS nie przeszkadza im w codziennym popieraniu zaprzyjaźnionych biznesmenów zarabiających na imporcie i handlu węglem z Rosji oraz od prorosyjskich, ukraińskich separatystów.
Poza tym ukraińska oferta ocieplenia stosunków ukraińsko- polskich została przyjęta w polskim Dużym Pałacu z wielką rezerwą. Bez entuzjastycznej woli szybkiej jej realizacji. Czmu tak się stało?
Warszawskie wiewiórki ćwierkają, że pomimo podobnego wieku obu prezydentami, pomiędzy polskim i ukraińskim, nie ma tej przysłowiowej „chemii”. Niektórzy kanceliści pana prezydenta Dudy obwiniają taki stan poprzednimi zaszłościami. Wcześniej to pan prezydent Duda proponował przyjaźń i współpracę ukraińskiemu prezydentowi Poroszence. Ale ten szybko postawił na ukraiński nacjonalizm i wystawił Polaka do przysłowiowego wiatru.
A ściślej wystawił go, jak politycznego szczeniaka, na działalność Wołydymira Wiatrowycza szefa ukraińskiego IPN.
Jeszcze trzy lata temu przewodniczący Wiatrowycz był idolem polskiej prawicy, nawet tej narodowo- katolickiej. Bo pod jego przewodem ukraiński IPN skutecznie porozwalał tamtejsze pomniki Lenina. Ale kiedy zaraz potem zaczął ich miejsce zapełniać Stefanem Banderą, stał się śmiertelnym wrogiem polskiego IPN i elit narodowo- katolickich.
Wtedy też pan prezes Kaczyński obiecał prezydentowi Poroszence, że zablokuje mu wstęp do Unii Europejskiej, bo tam Ukraina „z Banderą nie wejdzie”.
W odwecie ukraiński IPN zablokował ekshumacje i inne prace planowane przez polski IPN. A prezydent Poroszenko zaczął łączyć się z Brukselą przez centralę w Berlinie. Warszawę uznał za zbędnego pośrednika.
Obrażony, dumny warszawski Duży Pałac, bacznie teraz obserwował nowo wybranego w Kijowie. Spekulował czy na pierwszą zagraniczną wizytę ukraiński prezydent wybierze Warszawę?
Okazało się, że Zełenski od razu poleciał do Brukseli. To jeszcze dumny polski Duży Pałac mógłby ukraińskiemu pariasowi wybaczyć. Ale demonstrowanej wszem i wobec jego „przyjaźni z Macronem” nadal nie potrafi.
Jak wszyscy już wiedzą relacje prezydent Macron – elity PiS są złe. Francuski prezydent po raz pierwszy miał odwiedzić Warszawę właśnie z okazji obchodów wrześniowej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Kiedy Trump zdecydowal się olać uroczystości, to Macron skorzystał z okazji. Nie przyleciał do wrogiej mu Warszawy i też wysłał swojego substytuta.
Prezydent Zełenski nie kryje za to swej sympatii do francuskiego prezydenta. Media ukraińskie mówią wręcz o „wzajemnej sympatii i przyjaźni” obu prezydentów.
Dlatego polski prezydent sparzony we wcześniejszym związku politycznym z prezydentem Poroszenką, teraz nowemu prezydentowi stawia ponoć jeden kardynalny warunek. Najpierw wyrzucicie z waszego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, a potem pogadamy sobie o ociepleniu.
O miłości mowy nie ma, bo pan prezydent Duda jest przykładnym katolikiem i wyklucza inne związki niż bilateralne. O francuskich trójkątach mowy nie ma.

Biznes potem

To prezydent Macron zapewne jest pomysłodawcą zamrożenia konfliktu rosyjsko- ukraińskiego lansowanego teraz przez prezydenta Zełenskiego. Przyszły stały rozejm polegać ma na uznaniu przez Kijów jakiejś formy autonomii zbuntowanych regionów Doniecka i Ługańska. W zamian Ukraina przejmie kontrolę nad ich granicami z Rosją. Sprawa Krymu zostanie odłożona na przyszłość, jak turecka okupacja części Cypru.
Nowy rząd ukraiński zezwoli na wielką prywatyzację ukraińskich przedsiębiorstw i zniesie zakaz nabywania ukraińskiej ziemi przez cudzoziemców. To doprowadzi do wzrostu zagranicznych inwestycji na Ukrainie. Amerykanie i Chińczycy już przejmują wielkie gospodarstwa rolne. Francuzi Niemcy chętnie wejdą w ukraiński przemysł. Powinni się spieszyć, bo Chińczycy też mają na oku smakowite kąski.
Dzięki takiemu rozejmowi z Rosją, zagranicznym inwestycjom i kolejnym zachodnim kredytom, ekipa Zełenskiego chce unowocześnić państwo, gospodarkę i wtopić się w zachodnią Europę. Nawet za cenę bycia jej peryferiami.
A co zyska na tym Polska? Jeśli elity PiS przestaną się zachowywać po jaśniepańsku to Ukraińscy pozwolą im na ekshumacje i inne dokumentowanie polskich historycznych krzywd na Ukrainie.
Zatem Amerykanie, Chińczycy, Niemcy i Francuzi zostaną udziałowcami ukraińskiej gospodarki. Polacy odnajdą, udokumentują i pokażą światu swe krzywdy.
Każdy dostanie od prezydenta Zełenskiego to co lubi najbardziej.

Wygłup dziennikarza

Charles Joseph Scarborough znany powszechnie jako Joe Scarborough, były polityk z ramienia partii republikańskiej, obecnie popularny komentator polityczny zaliczył druzgocący spiskowy odlot. Jakkolwiek idiotyczny, z pewnością nie zakończy jego kariery. Niestety.

Od czasu wyboru Donalda Trumpa na prezydenta część amerykańskiego establishmentu medialno-politycznego trwa w stanie paranoi. Ludziom tym wydaje się, że w każdej amerykańskiej instytucji, a nawet w Białym Domu siedzą zakonspirowani agenci Kremla. Nawet zupełne fiasko dwuletniego śledztwa specjalnego prokuratora Roberta Muellera, którego wyniki skompromitowały doszczętnie tzw. Russiagate (nie mówiąc już o jego parlamentarnym przesłuchaniu), nie pomogło im w opamiętaniu. Ksenofobiczna i spiskowa narracja nakazująca poszukiwać jakichś rzekomych rosyjskich łączników na okoliczność każdej amerykańskiej patologii utrzymuje się.
Dał jej wyraz właśnie Joe Scarborough, znany prezenter liberalnej (przez niektórych mylnie traktowanej jako lewicową) stacji telewizyjnej należącej do Microsoftu – MSNBC. Od 2007 r. wraz z Miką Brzeziński, córką jednego z najbardziej znanych podpalaczy świata – Zbigniewa Brzezińskiego, prowadzi popularny poranny talk-show.
Na platformie społecznościowej Twitter Scarborough błysnął następującą konkluzją: „Facet, który dysponował informacjami mogącymi zniszczyć życie wielu bogatych i potężnych ludzi skończył martwy w więziennej celi. Jakże to typowo… rosyjskie”.

 

Andrzeja Walickiego spojrzenie na Rosję

Za sprawą redakcji tygodnika „Przegląd” ukazała się nowa książka Andrzeja Walickiego „O Rosji inaczej”, co – moim zdaniem – stanowi bardzo ważne wydarzenie nie tylko naukowe, ale przede wszystkim polityczne.

Autor jest światowej sławy uczonym, najwybitniejszym żyjącym znawcą rosyjskiej filozofii i myśli społecznej, co przyniosło mu obok wielu innych wyróżnień Międzynarodową Nagrodę imienia Eugenia Balzana, wręczaną przez prezydenta Republiki Włoskiej i uważaną za odpowiednik nagrody Nobla w dziedzinie nauk humanistycznych. Znaczenie Walickiego nie sprowadza się jednak do tego, że jest on wielkim uczonym o imponującym dorobku naukowym. Jest bowiem także człowiekiem niezwykle odważnym, tą bardzo trudną i cenną odwagą, która wyraża się w obronie przekonań także wtedy, gdy naraża to na niezrozumienie a nawet krzywdzące osądy.
Andrzej Walicki jest zwolennikiem takiego patrzenia na Rosję – tak dzisiejszą, jak dawniejszą – które nie unikając otwartego mówienia o jej czarnych stronach widzi także strony jaśniejsze a przede wszystkim wolne jest od jednostronnej rusofobii. Był za to wielokrotnie atakowany, zwłaszcza na łamach – skądinąd bardzo wartościowej dla polskiej demokracji – „Gazety Wyborczej”. Gdy na łamach tego dziennika Mirosław Czech zaatakował go oskarżając (bezpodstawnie) o rzekome popieranie rosyjskiej agresji wobec Ukrainy („Gazeta Wyborcza 18 lipca 2015), zabrałem w jego obronie głos pisząc, że należy widzieć „zasadniczą różnicę między podejmowaną przez Walickiego próbą zrozumienia polityki rosyjskiego prezydenta a rozpowszechnioną w Polsce tendencją do jej totalnego potępienia jako wyrazu odwiecznych skłonności imperialistycznych Rosji” („Bezpieczeństwo narodowe Polski a stosunki polsko-rosyjskie”, Poznań 2017, s.67). W książce tej dałem wyraz mojego głębokiego przekonania, że od trzydziestu lat – po raz pierwszy w historii naszych narodów – nie ma między Polską i Rosją obiektywnego konfliktu interesów i że podporządkowywanie polityki polskiej antyrosyjskim resentymentom bardziej szkodzi Polsce niż Rosji.
Nadajemy więc na tej samej fali, z tym, że Walicki czyni to w oparciu o ogromny, godny najwyższego uznania dorobek naukowy w zakresie studiów nad intelektualną historią Rosji. Studia te traktuje jako życiowe powołanie, czemu dał wyraz zwłaszcza w swojej autobiografii („Idee i ludzie. Próba autobiografii”, Warszawa 2010). Jako młody człowiek Walicki nie będąc nigdy marksistą i nie angażując się w działalność polityczną podjął studia nad rosyjską myślą filozoficzna i społeczną traktując je jako wkład w odradzanie tego, co w historii Rosji najcenniejsze i co zostało przytłumione przez prymitywną wersję radzieckiego marksizmu. Po upadku ZSRR jego dorobek w tym zakresie został w pełni doceniony w Rosji. Intelektualiści rosyjscy – o czym niejednokrotnie mogłem się przekonać w moich, obecnie znacznie częstszych niż przed laty, wizytach w tym kraju – intensywnie szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania o tożsamość Rosji – już nie imperium, ale zarazem nie państwo narodowe w ściśle etnicznym sensie – i o drogi jej modernizacji. W uderzający sposób w obecnych debatach rosyjskich wracają wątki z przeszłości – nie zawsze zresztą sprzyjające demokratycznemu kierunkowi rozwoju. Walicki nie tylko zna tę problematykę, jak nikt inny (w każdym razie, jak nikt inny w Polsce), ale także rozumie ją i potrafi wydobyć z historycznej debaty to, co najbardziej wartościowe.
Nie jest w tym bezkrytyczny, ale nie ulega rusofobii, stanowiącej niestety nagminną chorobę większości polskich autorów wypowiadających się na tematy rosyjskie. Jednym z najciekawszych wątków nowej książki Walickiego jest jego namysł nad przyczynami powodującymi, że w Polsce Rosję ocenia się znacznie surowiej niż inne państwa. Wskazuje na przykład na to, że niektórzy polscy publicyści (niestety znów w tym kontekście pojawia się „Gazeta Wyborcza”) na siłę starali się usprawiedliwiać terroryzm czeczeński, chociaż do głowy by im nie przyszło, by podobnymi argumentami bronić na przykład terroryzmu palestyńskiego.
Jest to problem ogólniejszy, nad którym warto się zastanowić. Rusofobia nie polega na tym, że krytykuje się to czy inne posunięcie Federacji Rosyjskiej, podobnie jak nie jest dowodem antyamerykanizmu krytyka pewnych posunięć Stanów Zjednoczonych. Niejednokrotnie wypowiadałem się bardzo krytycznie o amerykańskiej polityce wobec Iraku, a zarazem jestem zdecydowanym przyjacielem USA i konsekwentnym zwolennikiem sojuszu polsko-amerykańskiego. Dlatego nie uważam, by każdy kto krytykuje na przykład politykę Rosji wobec Ukrainy zasługiwał na miano rusofoba. Czym innym jednak jest stosowanie wobec Rosji innych standardów niż wobec pozostałych państw, w tym naszych sojuszników. Gdy Rosję potępia się za zachowania podobne do tych, które akceptuje się po stronie amerykańskiej, można mówić o antyrosyjskiej jednostronności.
Andrzej Walicki w sprawie stosunków polsko-rosyjskich reprezentuje pogląd, że tragiczna historia naszych narodów powinna łączyć, a nie dzielić. Symbolem tego podejścia mogłoby być pojednanie nad grobami katyńskimi, które ze wzruszeniem obserwowaliśmy 7 kwietnia 2010, gdy na ekranach telewizorów mogliśmy zobaczyć premierów Polski i Rosji oddających cześć ofiarom stalinowskiego bezprawia. Katyń jako symbol nie musi przecież dzielić Polaków i Rosjan. W tej samej skrwawionej ziemi leżą ciała wielu tysięcy Rosjan, zamordowanych – tak jak polscy oficerowie – przez stalinowskich oprawców. Tę potencjalną wspólnotę cierpienia z premedytacją niszczą polscy rusofobii, którzy nawet a tragedii smoleńskiej uczynili instrument dla bezpodstawnego szkalowania Rosji.
Walicki rozumie całą złożoność historycznej relacji polsko-rosyjskiej. Pokazuje rolę jaką pod koniec XVIII i na początku XIX wieku odgrywał ten nurt polskiej myśli politycznej (Familia Czartoryskich, Stanisław Staszic), który we współdziałaniu z Rosją widział ratunek dla Polski. Przypomina entuzjazm, z jakim powitano powstanie w 1815 roku Królestwa Polskiego, związanego z Rosją, ale mającego liberalną konstytucję, własną armię, własną administrację i własne szkolnictwo. To wtedy w pieśni „Boże coś Polskę” znalazły się słowa „naszego króla zachowaj nam Panie”, odnoszące się – rzecz prosta – do Aleksandra Pierwszego. Pokazuje następnie, jak tę nić porozumienia niszczyły powstania polskie i brutalna reakcja rosyjska. We wnikliwy sposób ukazuje te wątki myśli rosyjskiej, w których do głosu dochodziły uprzedzenia antypolskie, postrzeganie Polski i Polaków jako „zdrajców” Słowiańszczyzny. Nie jest więc jednostronny, nie wini wyłącznie Polaków za gromadzące się po obu stronach pokłady wrogości. Zarazem jednak pieczołowicie wydobywa to wszystko, co świadczy o sile propolskich sentymentów w rosyjskiej myśli politycznej.
Jest natomiast bardzo stanowczy w krytyce polskiej polityki wobec Rosji po upadku ZSRR. Kilkakrotnie przypomina odmowę udziału prezydenta Wałęsy w moskiewskich obchodach pięćdziesiątej rocznicy zwycięstwa w drugiej wojnie światowej. Przypomina koncepcje polskich polityków opowiadających się za odpychaniem Rosji na wschód, za jej izolowaniem w Europie, a nawet za jej podziałem. Choć odnotowuje także antypolskie publikacje rosyjskie (np. książkę Stanisława Kuniajewa („Szlachta i my”, Moskwa 2005), to jednak główny nacisk kładzie na polską odpowiedzialność za zły stan stosunków polsko-rosyjskich. Podzielam to zdanie. Rusofobia jest dla Polski szkodliwa.
Warto zastanowić się, skąd się ona bierze? Czy tylko z doznanych krzywd?
Kilka lat temu wydałem książkę o stosunkach polsko-niemieckich, nazywając je „cudem pojednania” („Polish-German Relations: The miracle of reconciliation”, Opladen 2014). Zastanawiam się w niej, dlaczego mogliśmy zbudować porozumienie z Niemcami ponad morzem krzywd niepomiernie większym niż krzywdy doznane przez nas ze strony Rosji? Myślę, że wynika to przede wszystkim ze sposobu widzenia przeszłości przez oba sąsiadujące z nami narody.
Porozumienie polsko-niemieckie wyrosło z bezkompromisowego potępienia Hitlera i hitleryzmu przez powojenne Niemcy. Polacy chcieliby takiego samego potępienia Stalina i stalinizmu przez dzisiejszą Rosję. To z naszego punktu widzenia ma sens, skoro mowa jest o dwóch największych zbrodniarzach dwudziestego wieku. Trzeba jednak pamiętać o tym, że jeden z nich doprowadził swój kraj do największej klęski w jego historii, a drugi stał się symbolem największego zwycięstwa odniesionego od pokonania napoleońskiej Francji w 1812 roku. Polski sposób widzenia historii nie jest i nie może być identyczny z rosyjskim, ale powinniśmy podjąć próbę zrozumienia złożoności rosyjskiej pamięci historycznej.
W ostatniej książce Walickiego zgromadzono jego dawne teksty, uzupełnione o komentarze i poprzedzone bardzo ciekawą rozmową, którą z autorem przeprowadził jeden z jego uczniów profesor Janusz Dobieszewski. W zakończeniu tej rozmowy Walicki wyraża nadzieję, że jego dzieło życia przyczyni się „choćby w najskromniejszej mierze, do poprawy relacji polsko-rosyjskich, bo to, co jest dziś, nie przynosi nam chwały i nie zapowiada niczego dobrego na przyszłość”. Odkładam tę książkę z przekonaniem, że jej autor – jak mało kto – wnosi swój wkład w zwycięstwo rozumu nad fanatyzmem, wzajemnego zrozumienia nad nienawiścią.

Andrzej Walicki – „O Rosji inaczej”, wyd. Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2019, str. 366, ISBN 978-83-64407-29-1.

Bałtycka rura pokoju?

W barszczu kampanii wyborczej, rosole walk z kościelnymi pedofilami, polskiej opinii publicznej umknęło wiele ważnych, dziejących się fundamentalnych wydarzeń.

Nie wszyscy odnotowali, że państwo polskie właśnie zakończyło spór z państwem duńskim o bałtyckie terytoria. O tak zwaną „szarą strefę” leżąca między polskim bałtyckim wybrzeżem a duńską wyspą Bornholm. Teraz strefa ta została podzielona na duńską i polską strefę ekonomiczną. Duńczycy dostali znacznie więcej ze spornego od 40 lat terytorium. Polka za zgodę na mniejsze terytoria dostała duńską akceptację na budowy polskich morskich farm wiatrowych i wsparcie dla budowy gazociągu Baltic Pipe.
Czas pokaże, czy taki podział morza był strategicznie dla Polski korzystny.
Baltic Pipe ma połączyć polski system przesyłowy gazu ziemnego z systemem duńskim. I dzięki temu także z europejskim systemem transportującym gaz ziemny ze złóż norweskich.
Porozumienie o jego budowie podpisały w 2007 Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, duńska firma Energinet oraz operator gazociągów przesyłowych Gaz-System. W listopadzie 2018 podpisano umowę pomiędzy Polska a Danią o budowie gazociągu. Jego ukończenie spółka PGNiG planuje do 2022 roku.
W 2017 na podstawie sporządzonego studium opłacalności przedsięwzięcia uznano, że gazociąg będzie zyskowny przy rocznych dostawach do Polski 10 mld metrów sześciennych gazu. Dzięki temu, po wygaśnięciu obowiązującego do 2022 roku kontraktu na dostawy gazu z Gazpromem, nowy gazociąg pozwoli na zmianę głównego, czyli rosyjskiego, kierunku dostaw gazu do Polski. A może nawet umożliwi jego reeksport.
Gaz polityczny
Polsko-duński podmorski gazociąg ma być odpowiedzią na zagrożenia wynikające z budowy rosyjsko-niemieckiego gazociągu Nord Stream II. Poprowadzonego z rosyjskiego Wyborgu do niemieckiego Greifswaldu.
O długości ponad 1200 kilometrów. Ukończenie tej inwestycji zaplanowano na 2020 rok.
Zdaniem obecnego polskiego rządu projekt ten stanowi zagrożenie bezpieczeństwa energetycznego dla Polski i innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Zwłaszcza dla Ukrainy, która może dodatkowo utracić też wpływy z tranzytu rosyjskiego gazu do Europy.
Nord Stream II wzmocni także pozycję rosyjskiego Gazpromu, który już korzysta ze swej monopolistycznej pozycji w Europie Środkowo – Wschodniej. Gdyby przyszłości Gazprom skupił swą aktywność przesyłową tylko na podmorskich gazociągach, to straty na tranzycie rosyjskiego gazu mogą ponieść także państwa bałtyckie i Polska.
Gazociąg Baltic Pipe został uznany przez Komisję Europejską jako „Projekt o znaczeniu wspólnotowym” i otrzymał dofinansowanie z funduszu „Łącząc Europę”.
Być może taka przychylność Komisji spowodowana jest ciągłymi, nieskutecznymi, ale głośnymi propagandowo próbami zablokowanie przez polski rząd niemiecko- rosyjskiego gazociągu Nord Steream II. Wygląda na to, że Komisja proponuje polubowne rozwiązanie. Niech Polacy skupią się na budowie z Duńczykami swojej pomorskiej rury, a Niemcy i Rosjanie dokończą budowy swojej.
W niedalekiej przyszłości gazociąg Baltic Pipe ma stanowić wraz z otwartym w 2015 roku gazoportem w Świnoujściu tak zwaną „Bramę Północną”, czyli system infrastruktury pozwalający na import gazu od konkurencyjnych firm wobec rosyjskiego Gazpromu. Podstawę „strategii niezależności gazowej Polski”.
Powinna ona zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju, dać możliwość sprowadzania drogą morską i podmorską gazu ziemnego pochodzącego z każdego zakątku świata. Dzięki temu Polska z dużego konsumenta gazu ziemnego może także stać się w przyszłości dużym ośrodkiem jego dystrybucji.

Rok 2022

Polska importuje z Rosji ropę naftową w ilości ponad połowy krajowego zapotrzebowania. W ostatnich latach lawinowo rośnie import węgla kamiennego z Rosji. W obu przypadkach rząd polski i jego eksperci, nie mówią o „zgorzeniu bezpieczeństwa energetycznego” ze strony Rosji. Ani o „strategii niezależności energetycznej”.
Nawet kiedy dostarczana nam rosyjska ropa naftowa zostaje zanieczyszczona, jak to stało się niedawno, to polscy odbiorcy zachowują wielką powściągliwość i zrozumienie dla problemów rosyjskich dostawców.
W przypadku gazu ziemnego jest inaczej. Zapewne nie tylko dlatego, że import rosyjskiego gazu ziemnego zaspakaja ok.60 procent polskiego zapotrzebowania na ten surowiec.
Gaz ziemny został upolityczniony w Europie Środkowo- Wschodniej przez sprzedające go koncerny i wpierające je rządy.
Budując pierwszy Nord Sream władze Rosji chciały nie tylko zyskać efektywne ekonomicznie połączenie z Niemcami i odbiorcami z Europy zachodniej, ale też ukarać buntującą się wobec polityki Kremla Ukrainę. Pozbawić ją wpływów z opłat tranzytowych. Władze polskie wsparły Ukrainę, bez większej ekonomicznych korzyści dla siebie zresztą.
Wtedy też rosyjski monopol na dostawy gazu w Środkowej Europie próbowali po raz pierwszy złamać dostawcy norwescy. Ale wówczas nie było jeszcze infrastruktury przesyłowej, ani europejskich funduszy wspierających budowę nowych gazociągów.
W ciągu ostatnich dziesięciu lat na polskim i środkowo- europejskim rynku pojawili się nowi, bardzo mocni i ekspansywni gracze.
Importerzy skroplonego gazu z Kataru wabiący niskimi jego cenami na wejściu.
Rynkiem gazu potrząsnął prezydent USA Donald Trump nie wstydzący się roli komiwojażera amerykańskich koncernów energetycznych. Jego oferta polityczno-biznesowa jest prosta. Po pierwsze – sprzedamy wam bezpieczeństwo, jeśli kupicie nasz gaz i nasze uzbrojenie. Po drugie – nie targujcie się o cenę gazu i uzbrojenia, bo bezpieczeństwo narodowe jest bezcenne.
To wszystko spowodowało, że Gazprom przestał mieć monopol na sprzedaż gazu w tym regionie. Choć nadal działa jakby to jeszcze nie dotarło do kierownictwa tego koncernu.
W 2022 roku kończy się wcześniejszy, wieloletni polski kontrakt z rosyjskim Gazpromem na dostawy gazu. Kontrakt wielokrotnie krytykowany przez ekspertów związanych z PiS.
Już dzisiaj wielu z polityków PiS zapowiada, że po 2022 roku Polska nie będzie już kupować gazu od Gazpromu. Bo ukończona do roku 2022 infrastruktura „Bramy Północnej” pozwoli na dostawy tego surowca od innych, nierosyjskich eksporterów.
Na razie mamy jeszcze rok 2019. Gazoport w Świnoujściu już działa, ma być rozbudowywany. Ale budowę Baltic Pipe zaplanowano dopiero na lata 2020 – 2022.
Chociaż umowa z Gazpromem kończy się za trzy lata, to już teraz polski rząd demonstruje swą niechęć do negocjowania przedłużenia tego kontraktu. Stawia wszystko na Baltic Pipe.
Być może jest to tylko taka pokerowa zagrywka negocjacyjna. Żeby wycisnąć z Gazpromu najlepszą cenę. Ale co będzie jeśli budowa polsko-duńskiej „bałtyckiej rury” opóźni się? I wtedy z wybrednego klienta staniemy się przypartymi do nieczynnej rury petentem?
Stawka jest wysoka jak na polityczne, rusofobiczne gry.

Logika w wydaniu Tuska

Polski światek polityczno-medialny pasjonuje się przemową Donalda Tuska wygłoszoną na Uniwersytecie Warszawskim. Zgodnie z utrwalonym prymitywnym podziałem Polski na pro – i anty-PiS ci pierwsi go atakują natomiast drudzy prześcigają się w pochwałach. Komentatorzy wrócili szczególną uwagę na wypowiedź Tuska na temat anatomicznej konstrukcji Unii Europejskiej z polskim sercem, szwedzką głową i węgierską odbytnicą. Choć sam nie użył tego słowa, to po śmiechu i oklaskach słuchaczy można wnioskować, że zrozumieli sens tego dowcipu na poziomie polskich kabaretów. Tymczasem uwadze wnikliwych obserwatorów umknęły te fragmenty przemówienia, gdzie jego autor dopuścił się kilku sprzeczności logicznych. Przyczyny tego przeoczenia mogą być dwojakie. Pierwsza, nasz polski ludek, a przynajmniej brylujący w mediach jego reprezentanci, odzwyczaił się od logicznego myślenia. Druga, nielogiczności Donalda Tuska zgodne są z ich sposobem pojmowania rzeczywistości.
Pierwszym dowodem na brak logiki jest stwierdzenie Tuska, iż „kwintesencją Zachodu jest to, że ludzie się lubią, szanują, uśmiechają się”. Pomimo tej kwintesencji w Paryżu trwają zadymy. Katalończycy tak lubią Hiszpanów, że chcą się od nich odłączyć. Rosną w siłę ugrupowania nacjonalistyczne i ksenofobiczne, które jeśli się uśmiechają to do samych siebie. Uchodźcy taktowani są jak gorszy sort, którego celem jest islamizacja Europy. Przykładów tej kwintesencji można by podać tak wiele, że odczytywanie tej listy zajęłoby znacznie więcej czasu niż słuchanie wykładu Tuska. Jednak te mało logiczne dywagacje trafiły w gusta tw. euroentuzjastów dla których wyidealizowana Unia Europejska jest wzorem doskonałości. Również politykom i zwolennikom PiS niezręcznie byłoby przyczepić się do tej wypowiedzi, jako że musieliby uznać, że w Europie są jednak siły ksenofobiczne o których była mowa powyżej.
Tusk wypowiedział się także na temat węgla, a konkretnie tego pochodzącego z Donbasu. „To niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu” – perorował Tusk Należałoby w tym miejscu postawić pytanie co ma wspólnego import surowców z patriotyzmem? Jeśli patriotyzm ma polegać na całkowitej autarkii, to może zacznijmy hodować u siebie banany zamiast importować je stamtąd, gdzie już rosną. Natomiast co do węgla, to Polska sprowadza go z zagranicy, ponieważ jest tańszy od krajowego. I na tym polega rachunek ekonomiczny i lepiej byłoby nie mieszać go z polityką.
Następnie Donald Tusk był uprzejmy zauważyć, że poprzez zakupy rosyjskiego węgla finansuje się „imperialne pomysły Władimira Putina” a ponadto ów węgiel truje polskie dzieci. Wynikałoby zatem, że truje tylko ruski węgiel a nie nasz rodzimy, którego spalanie jest przyjazne dla środowiska. Jednak rosyjski węgiel jest relatywnie mało szkodliwy, gdyż truje tylko małolatów a nie osoby dorosłe. Zatem wyprowadzając dzieci na spacer należałoby najpierw sprawdzić czy wydobywający się z komina dym pochodzi ze spalania polskiego czy ruskiego węgła. Jeśli to polski, to w porządku a gdy ten z Donbasu, to siedzieć dzieciarnia w domu a na przechadzkę wybierzemy się sami.
Również zarzut co do finansowania „imperialnych pomysłów Putina” nie trzyma się przysłowiowej kupy. Zgodnie z logiką pana Tuska, należałoby wstrzymać całkowicie import z Rosji, gdy każdy płynący do Moskwy dolar czy euro przeznaczany jest jedynie na realizację imperialnych pomysłów. Zatem rosyjski budżet idzie w stu procentach na te właśnie cele a nie choćby na wypłatę emerytur czy pensji w cywilnej sferze budżetowej. Aż dziw, że Ruskie jeszcze się nie buntują widząc jak wszystkie pieniądze ładowane są w armię a na dodatek w większości głosują na Putina. Takie są głupie.
Jednak wygłaszając wyżej wspomniane myśli Donald Tusk doskonale wiedział do kogo mówi. A mówił do polskiej tzw. klasy politycznej oraz jej bezkrytycznych wielbicieli zjednoczonych ponad podziałami w antyrosyjskim kursie kultywowanym zarówno przez PiS, jak i PO. Otaczany z obydwu stron antyrosyjską retoryką suweren ma być przekonany, że krwiożerczy Putin tylko czeka na okazję aby nas zaatakować. Na szczęście, jak wtłaczają nam głowy politycy i wtórujące im media, strzeże nas potężna defiladowa armia a przede wszystkim zaoceaniczny sojusznik, który już zdążył zadomowić się na naszej ziemi. Nie dziwota zatem, że słowa Tuska przeszły bez echa, są bowiem uważane za tzw. oczywistą oczywistość.

Co będzie z Ameryką, kiedy spisku brak?

Upadek Russiagate i gnicie kapitalizmu

W USA trwa burza wokół końcowego raportu komisji Roberta Muellera. Całości tekstu jeszcze nie ujawniono. Wiadomo tylko, że etatowi tropiciele „agentów Putina” mają dobre powody, by niejedną noc przepłakać do poduszki. Oczywiście kochają Amerykę. Tylko czym ta Ameryka dla nich jest?
– Właśnie przegraliśmy wojnę z Rosją, bez żadnej bitwy. Nie jesteśmy już wolnym narodem, nie jesteśmy już demokracją. Jesteśmy ofiarami bezkrwawego przewrotu – na razie bezkrwawego – zorganizowanego przez Rosję, przy w najlepszym razie zdradzieckim zobojętnieniu ze strony Republikanów i Donalda Johna Trumpa (…) Rosjanie chcieli, by ten człowiek rządził naszym krajem i dopięli swego!
Tak w listopadzie 2016 r. grzmiał Keith Olbermann, gwiazda telewizji MSNBC, nazywając Donalda Trumpa “ruską swołoczą” i ostrzegając Amerykanów, że jeżeli żadna z państwowych instytucji nie przeszkodzi mu w objęciu urzędu prezydenta, to wolnych wyborów w Stanach Zjednoczonych już nie będzie. Od tamtej pory głośna afera ochrzczona – całkiem nieironicznie – mianem Russiagate stała się oczkiem w głowie Partii Demokratycznej i sympatyzujących z nią liberalnych mediów. Były to dzienniki New York Times i Washington Post, kanał CNN i wspomniany MSNBC, gdzie oprócz Olbermanna w tropieniu zdrady stanu przodowała Rachel Maddow, niekwestionowana królowa telewizyjnego “ruchu oporu przeciwko Moskwie” w Waszyngtonie, otwarcie nazywająca Trumpa “rosyjskim agentem”.
Biorąc pod uwagę dwuletnie patriotyczne wzmożenie w środowisku, które samo się uważa za światłe, trudno od razu pojąć, czemu Rachel Maddow wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać, kiedy 22 marca informowała widzów o tym, że końcowy raport głównej komisji niezmordowanie tropiącej najdrobniejsze ślady spisku między Trumpem i Putinem, wedle dostępnych danych uwalnia prezydenta od podejrzeń o zdradę kraju. Ameryka jest wolna. Skąd więc gorycz? Cóż, liberalno-lewicujące media włożyły tyle serca i pasji w nakręcanie antyrosyjskiej histerii w imię “wolności i demokracji”, że gdy nagle pękł balonik Russiagate, ich gwiazdy mają prawo czuć się, jakby straciły ponad dwa lata życia. Kraj owszem, uratowany, “najmojsza racja” – przeciwnie. Powód do łez, jak widać, jest. Do wstydu… niekoniecznie. Dziś wiadomo, że opowieść o “przejęciu USA przez Rosję” była wyłącznie bajką. Nie warto jednak liczyć na to, że ci, którzy rozpuścili ten fake news, choć przez chwilę pomyślą o sobie jako o kłamcach.

Russiagate: racja najmojsza

22 miesiące działania osławionej komisji Roberta Muellera zakończyły się sporządzeniem przez przewodniczącego sprawozdania i przekazania go jego zwierzchnikowi, prokuratorowi generalnemu Williamowi Barrowi. Raport nadal nie został upubliczniony. Wszystko, co do tej pory wiadomo o zawartości dokumentu, wiadomo z pisma na ten temat, jakie Barr skierował do Kongresu. W swoim memorandum streszcza on wyniki śledztwa Muellera, sprowadzając rezultaty do dwóch zasadniczych tez. Po pierwsze, komisarz nadzwyczajny “nie znalazł dowodów na to, że sztab wyborczy Donalda Trumpa lub ktokolwiek z nim związany, spiskował lub współpracował z rządem Rosji” w próbach wpłynięcia na wynik wyborów prezydenckich w 2016 r. Po drugie, Mueller nie udzielił rozstrzygającej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent dopuścił się “obstrukcji wymiaru sprawiedliwości” w trakcie pełnienia czynności śledczych przez komisję.
Wynik śledztwa jest miażdżącym ciosem dla Demokratów i sprzyjających im dziennikarzy, którzy w okresie ostatnich dwóch lat postawili wszystko na jedną kartę: Russiagate. Ewentualność, że Trump kolaborował z rosyjskimi służbami, by w zamian za odpowiadającą Moskwie politykę zausznicy Władimira Putina zmanipulowali na jego korzyść wybory, nie występowała w narracji mediów i polityków jako hipoteza, a jako fakt – jako realny, stwierdzony w zasadzie naocznie stan zagrożenia kraju: opanowanie Białego Domu przez wysłanników Moskwy.
Ktoś, kto przez dwa i pół roku wyraża się w tonie pewności ma zazwyczaj problem ze zmianą zdania w zetknięciu z faktami. Demokraci więc, co zrozumiałe, reagują histerycznie. Próbują podważać wiarygodność opinii prokuratora Barra, zarzucając mu stronniczość, tak jakby wierzyli w to, że w sytuacji, gdyby Barr kłamał na temat treści raportu, sam Mueller, któremu ufają bezgranicznie, siedziałby cicho i nie wychylał się. Korzystając z faktu, że raport nadal nie został upubliczniony, Jerrold Nadler, członek demokratów przewodniczący komisji sprawiedliwości Izby Reprezentantów otwarcie oskarżył prokuratora generalnego o stronniczość i naciąganie ustaleń Muellera w interesie Trumpa.
Od kiedy tylko Donald Trump objął urząd, partia Nadlera robiła wszystko, by oskarżenia pod jego adresem potraktować jako sposobność do wszczęcia impeachmentu. Teraz działa u nich mechanizm utopionych kosztów: czują że muszą dalej jeść tę żabę, nawet jeśli dalszy ciąg Russiagate musiałby przerodzić się w walkę z samym departamentem sprawiedliwości. W tej sytuacji nie tylko oni żądają jak najszybszego ujawnienia pełnej treści sprawozdania. Apelują o to również Republikanie, świadomi, że bez tego nie rozstrzygnie się ostatni etap rozgrywki. Rzeczywiście będzie musiało do tego dojść. Bez upublicznienia wyników postępowania w sprawie o takiej randze, po wsze czasy pozostanie ona tak przedmiotem jak i motorem samonapędzającej się irracjonalnej jatki politycznej. Z drugiej strony, już w tej chwili wydaje się to sednem amerykańskiej polityki.
Liberalne media, które rozkręciły całą aferę, również nie stanęły na wysokości w reakcji na memorandum Barra. New York Times przykładowo, relacjonując wnioski prokuratora generalnego, nie do końca chyba przyjął do wiadomości, że “Trump nie współpracował”. Doniesienia na ten temat opatrzono w dzienniku kuriozalnym komentarzem pt. “Nie potrzebujemy czytać raportu Muellera”, nie pozostawiającym wątpliwości, że Donald Trump jest urodzonym kłamcą, że dochodzenie dowiodło, iż jego ludzie kłamali, a zatem i specjalny komisarz dał się okłamać. Czołowy tytuł stojący na straży “wartości demokratycznych” swoje zatem wie i żadnych komisji mu nie potrzeba. W przekonaniu redakcji Trump jest winny z założenia i kropka. To kwestia nie wymagająca dyskusji.
Część komentatorów podkreśla, że powodzenie śledztwa Muellera doprowadziło do postawienia wielu zarzutów ludziom z otoczenia Trumpa, dlatego pogoń za “agentami Putina” należy uznać za owocną. Nic podobnego. Postawione zarzuty dotyczą nie współpracy z Rosjanami, a oszustw i krętactw, którymi nabrzmiały biznesy Donalda Trumpa, a które wyszły “w praniu”. Najbardziej wpływowa z osób, które w ten sposób wpadły, Paul Manafort, szef kampanii prezydenckiej Trumpa w 2016 r., został skazany za ujawnione w trakcie śledztwa przekręty podatkowe. Komisja została powołana w jednym celu: ustalenia, czy Trump dopuścił się współpracy z Rosjanami, zagrażającej suwerenności USA. I z nadzieją na potwierdzenie tej tezy liberalne media kibicowały Muellerowi. Dzisiaj jest pewne: przegrali z kretesem.
Egzamin zdały z kolei niewielkie lewicowe media antyestablishmentowe, takie jak The Intercept, The Real News, Truthdig, Democracy Now! czy Counterpunch, które mimo że pałają odrazą do Trumpa, w narracji o “agenturze Putina” widziały od początku przede wszystkim polityczną nagonkę, grę pozorów i niesmaczny spektakl w interesie elit wycierających sobie usta “patriotyzmem” i “dobrem kraju” i korzystających z okazji, by odwrócić uwagę ludzi od stanu, w jakim zostawiły USA po upływie kadencji Baracka Obamy. Znaleźli się niezależni i utytułowani dziennikarze, jak Glenn Greenwald, którzy w ciągu dwóch i pół roku bicia piany przez mainstream, potrafili jednak trzeźwo oddzielić suche fakty od fikcji.
To polowanie na czarownice, gdzie oskarżenia starczyły za dowody, przyprawiło wielu o skojarzenia z ponurymi czasami maccarthyzmu w latach 50. XX w – na szczęście jednak objęło prawie wyłącznie bogaczy z otoczenia Trumpa, nie ludzi kultury, nauki i działaczy społecznych. Po raz kolejny sprawdziła się zasada: “Jeśli mówią o patriotyzmie, to znaczy że znowu coś ukradli”. Skorzystać z tej mądrości potrafiła przede wszystkim konsekwentna lewica – zawsze sceptyczna wobec sloganów o “ojczyźnie” i “kraju wolnych ludzi”, z zażenowaniem patrząca na straszenie Amerykanów Rosją w zimnowojennym duchu. Na tle Russiagate doszło wszak do zalewu amerykańskiej opinii publicznej falą żenujących i niebezpiecznych fake newsów, łącznie z sensacją, którą upowszechniał m.in. Washington Post, że Rosjanie zhakowali sieć energetyczną w USA i są o krok o wyłączenia Amerykanom prądu na zimę.

Russiagate: historia szaleństwa

Tak bezpardonowy atak na Trumpa nie miałby miejsca, gdyby nie polityczne zaangażowanie służb wywiadowczych, których wierchuszka od początku wyborów w 2016 r. sprzyjała Hillary Clinton ze względu na jej jednoznacznie antyrosyjską i antyirańską politykę zagraniczną oraz personalne powiązania z obozem Demokratów. Po “szokującym” zwycięstwie Trumpa kierownictwo CIA i FBI chętnie podjęło temat podejrzeń wobec Trumpa o spisek z Rosjanami, “wrzucony” pierwotnie przez sztab Clinton po ujawnieniu jej kompromitujących maili przez Wikileaks. Demokraci zaczęli krzyczeć o rosyjskiej prowokacji. Służby zaczęły wydawać oświadczenia i analizy pisane językiem żądnej sensacji prasy, byle tylko dać mediom powód do drapieżnego ataku na prezydenta-elekta. Tytuły prasowe, które kilka lat wcześniej broniły Snowdena i Assange’a przed waszyngtońskimi służbami, w obliczu zagrożenia “wrogiem demokracji” Donaldem Trumpem, postanowiły bezkrytycznie polegać na każdym słowie CIA i FBI – do tego stopnia, że obydwu sygnalistów, hołubionych wcześniej jako ikony walki o demokrację, uznały w końcu za “agentów Putina”.
Nastawienia mediów nie zmieniło to, że pierwszy raport CIA, rzekomo dowodzący zhakowania przez Rosjan skrzynek mailowych Hillary Clinton i Johna Podesty, zostały wyśmiane przez środowisko ekspertów od cyberbezpieczeństwa. Nie zmienił go fakt, że raport połączonych służb opublikowany w styczniu 2017 r. powstał z naruszeniem reguł i składał się wyłącznie z ogólnikowych formułek sugerujących m.in., że już samo istnienie telewizji RT jest zamachem na suwerenność USA. Nie zmienił jej fakt, że FBI posunęło się nawet do opierania swych wniosków na absurdalnym “raporcie” Christophera Steela, którego czołowe media same wcześniej nie chciały publikować, bo uznały go za stek niepotwierdzonych plotek oczerniających Trumpa w celu szantażu. Wszystko to przestało się już wówczas liczyć. Czołowe media bezdyskusyjnie orzekły: Ameryka w szponach Putina. Bo CIA tak mówi.
Końcowe wnioski Muellera z prawie dwuletniego śledztwa przyznają – jak informuje William Barr – że działania Rosjan zmierzające do wyborczego wzmocnienia Trumpa faktycznie miały miejsce. Raport potwierdza zarzuty wobec osławionej Internet Research Agency, która miała prowadzić “dezinformację” w mediach społecznościowych, to jednak sprawa małego kalibru. Istotne jest to, że Mueller podtrzymał też tezę o ataku hakerskim Rosjan na serwery Demokratów, z których wykradziono materiały (faktycznie) kompromitujące Clinton i jej stronnictwo w partii, a następnie dostarczono je Wikileaks. Na tej podstawie Mueller już kilka miesięcy wcześniej sporządził akt oskarżenia wobec 12 obywateli Rosji.=
Trudno uznać to za dowód cyberagresji Rosjan, bo dowodów może dostarczyć tylko proces sądowy. Ten zaś prawdopodobnie w ogóle się nie odbędzie lub do niczego nie doprowadzi, ponieważ służby wywiadowcze – a tylko od nich mogą pochodzić przesłanki, na których oparł się Mueller – mają pełne prawo zasłonić się klauzulą tajności i odmówić ujawniania źródeł. Ukazały się poza tym co najmniej dwa amerykańskie raporty eksperckie kwestionujące sposób, w jaki zdaniem Muellera Rosjanie mieli wejść w posiadanie e-maili Hillary Clinton. Najbardziej wiarygodnym źródłem potwierdzającym jakkolwiek tezę o “rosyjskiej ingerencji” okazał się dotychczas syn samego prezydenta, Donald Trump Jr. Przesłuchiwany przez komisję Muellera, plącząc się w zeznaniach, przyznał on w końcu, że podczas głośnego spotkania w Trump Tower w czerwcu 2016 r. jako członek sztabu wyborczego swojego ojca otrzymał on pochodzącą od Rosjan ofertę pomocy w “załatwieniu” kandydatki Demokratów.
Oburzenie, jakie w świecie zachodnim wywołuje myśl o tym, że Rosjanie mogli skutecznie pomóc Trumpowi, a nawet że w ogóle tego próbowali, jest raczej wyrazem liberalnej pruderii i obłudnej zasady “amerykańskiego ekscepcjonalizmu”, niż szczerej wierności demokratycznym wartościom. Publika szkalująca Trumpa na zawołanie Rachel Maddows nie podnosiła tak epickiej wrzawy w związku z powtarzającymi się zbrodniczymi agresjami USA na suwerenne państwa, np. na Irak. Nie dostrzegają analogii z faktem, że “doradcy” z USA wygrali dla Borysa Jelcyna wybory w 1996 r., czym magazyn Times otwarcie się wówczas chwalił na okładce pisząc: “Usadziliśmy swojego człowieka na Kremlu”, a Zbigniew Brzeziński cieszył się wtedy, że “rosyjska gospodarka przejdzie na konto USA”.
Demokraci i ich wyborcy ze zrozumieniem obserwują obecne wysiłki Trumpa na rzecz obalenia rządu Nicolasa Maduro w Wenezueli – oczywiście pod hasłem “przywracania demokracji”. Bądźmy szczerzy: jeżeli doszło do próby wsparcia kampanii Trumpa przez Rosjan, to był przysłowiowy “mały Pikuś”. Straszenie Putinem ma przede wszystkim podłoże rusofobiczne, zakorzenione w mitach “cywilizowanego Zachodu” i “dzikiego, barbarzyńskiego Wschodu”. Jest to poza tym doskonała okazja do utwierdzenia samych siebie w przekonaniu o wielkości i unikalności amerykańskiej demokracji. Szkoda jednak, że coraz częściej w tę demokrację wątpią nawet amerykańscy politolodzy. O jakiej bowiem demokracji może być mowa, kiedy Kongres w połowie składa się z milionerów, a analizy statystyczne pokazują, że społeczne poparcie dla inicjatyw ustawodawczych ma zerowe przełożenie na szanse przyjęcia ich przez Izbę i Senat?

Russiagate: kapitalizm

W 2019 r. trudno zachowując przytomność umysłu twierdzić jednocześnie, że Trump jest agentem Kremla w Waszyngtonie – i to zupełnie abstrahując od ustaleń komisji Muellera. Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych pozostaje całkowicie antyrosyjska, a stosunki między obydwoma krajami są gorsze niż pod koniec kadencji Obamy. Zaostrzenie sankcji to jeszcze nic. Odżywają najgorsze demony zimnej wojny: stoimy u progu nowego wyścigu zbrojeń i prężenia przez mocarstwa muskułów nuklearnych po tym, jak rząd Trumpa postanowił jednostronnie wycofać USA z układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej średniego zasięgu. Prezydent postanowił na dodatek otwarcie zbroić Ukrainę przeciwko Rosji, nawet w sytuacji, gdy Kongres zwątpił w sens dalszego popierania ukraińskiej skrajnej prawicy.
Donald Trump wbrew niedawnym deklaracjom nie zamierza wycofywać reszty wojsk z Syrii ani z Iraku, idąc w ten sposób na pogłębienie konfliktu z Rosją. Zarzewiem kolejnej wasni z Moskwą staje się Wenezuela. Jest również na prostej drodze do wojny z Iranem, która była odwiecznym marzeniem Hillary Clinton. Jeśli więc faktycznie w 2016 r. obiecywali sobie coś po Trumpie, bo na złość “Killary” głosił hasło polityki “nieinterwencji”, to postawili na złego konia. “Dobrego” zresztą być nie może, bo nawet Trump – chodzący pomnik megalomanii – nie jest w stanie rządzić wyłącznie według własnego widzimisię. Każdy prezydent USA jest zakładnikiem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, dla którego samo istnienie Rosji zawsze będzie pretekstem do wszczynania kolosalnie zyskownych wojen. A antyrosyjska panika “obrońców demokracji” w USA jest jak woda na młyn najagresywniejszych “jastrzębi” z CIA, Pentagonu i lobby zbrojeniowego.
Czym więc była Russiagate i czym może być w kolejnych swych odsłonach? Na pewno nie miała nic wspólnego z aferą Watergate – co najwyżej jako jej parodia. Siła i znacznie Watergate opierały się bowiem na wyrokach amerykańskich sądów, a nie na medialnej nagonce żywiącej się tym, co prasie podrzuci CIA. Pogoń za “agentami Putina” była bez wątpienia spektaklem, dzięki któremu Demokraci i ich media miały nadzieję zmieść przeciwnika bez konieczności rozliczania się z ich smutnym dorobkiem, który sprawił, że sfrustrowane masy wolały w 2016 r. zagłosować na politycznego klauna, jawnego rasistę, mizogina, mitomana, miliardera-chama, który kobiety “łapie za cipę” i obiecuje posłać do diabła wszystko co nieamerykańskie, niż na ich “damę”, reprezentującą podobno demokratyczne wartości i poprawność polityczną.
Wraz z upadkiem Russiagate Trump dostał wymarzone paliwo wyborcze na przyszłoroczne wybory. Ktokolwiek zechce rzucić mu poważne wyzwanie, będzie musiał przeciwstawić jego nienawistnemu show umiejętność i odwagę podjęcia palących problemów społecznych przygniatających większość Amerykanów w ich codziennym życiu. To nierówności sięgające poziomu absurdu; podporządkowanie państwa i gospodarki najbogatszemu jednemu procentowi; niekończąca się recesja; nieprzerwane bogacenie się bogatych i biednienie biednych; obozy namiotowe w metropoliach, gdzie koczują nędzarze, którzy potracili domy. To miażdżące koszty opieki zdrowotnej; konieczność chwytania się przez ludzi kilku prac, by przeżyć do pierwszego; “śmieciowe” zatrudnienie; deterioracja infrastruktury i usług publicznych; studencka spirala zadłużenia na opłacenie czesnego; rosnąca represyjność policji; pękające w szwach więzienia prowadzone jako intratny biznes…
Tak przedstawia się USA po ośmioletnich rządach Obamy, który osobiście chwalił się przed przedstawicielami Wall Street, że jego prezydentura uczyniła ich tak bogatymi, jak jeszcze nigdy nie byli. To jest porządek klasowy, który reprezentują Demokraci. Nie ma możliwości, by zmierzyli się z Trumpem na tym gruncie w sposób wiarygodny dla społeczeństwa coraz bardziej niechętnego oderwanym od rzeczywistości elitom. Są bowiem częścią elity na równi z Trumpem. On ma dla ludzi bajkę o “Wielkiej Ameryce” podlanej pobudzającym sosem ksenofobii. Tamci zaś myśleli, że opowiedzą lepszą bajkę, a “ciemny lud to kupi” – stąd “Ameryka w szponach Putina”. Część Demokratów pewnie sam w nią uwierzyła.
Wszystko, co najgorsze w polityce Donalda Trumpa: szczucie na imigrantów i zamykanie meksykańskich dzieci w obozach koncentracyjnych, lekceważenie zubożenia społeczeństwa i coraz wyższe koszty życia, ulgi podatkowe dla najbogatszych, policyjna przemoc dla najbiedniejszych, postępująca katastrofa ekologiczna, uwikłanie w niekończące się wojny pożerające już setki miliardów dolarów – to tylko nasilenie tendencji, które rozwijały się za Obamy. I to nie z powodu indywidualnej polityki głowy państwa. Rzecz w tym, że konsekwentna krytyka Trumpa nieuchronnie musi prowadzić do krytyki kapitalizmu w jego schyłkowej, gnijącej wersji, który trwa głównie dzięki sprzedaży ludziom fantazji lub napuszczaniu ich na siebie nawzajem. Trump robi to doskonale. Okazało się Amerykanom można z powodzeniem wciskać obrzydliwość, cynizm i przemoc kapitalizmu, jego wściekły darwinizm społeczny, bez żadnych upiększających pozorów, jedynie z rozbrajającym uśmiechem opalonego w solarium “Janusza biznesu”, urągającego bez ogródek kolorowym, “pedałom” i feministkom. Demokraci są po staroświecku przywiązani do pozorów demokracji, namiastki równości, która ma utrzymywać z ryzach porządek klasowy. Trump dowiódł, że to już nie działa. Po bladze straszenia Putinem kompletnemu wypaleniu uległ turbopatriotyzm w wydaniu “szlachtnym”. Nowej drogi politycznej na razie nie widać. Nie widać autentycznej siły społecznej. Nie widać nadziei dla Ameryki.

Rosja vs. Polska

Rosyjski dziennikarz Leonid Swiridow, którego w 2015 wbrew jego woli wydalono z Polski po kilkunastu latach, poszedł do Strasburga dochodzić sprawiedliwości przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. To pierwszy przypadek w historii istnienia Trybunału, że państwo UE skarży… obywatel Federacji Rosyjskiej.

Swiridow mieszkał w Polsce od 2003 roku – był oficjalnym korespondentem agencji Rossiya Segodnya w Polsce.
Jego historia jest w zasadzie podobna do historii Ludmiły Kozłowskiej, z tą różnicą, że nie pojawiają się tam PR-owe smaczki w stylu „gwałtu rety rząd PiS mnie bije”, no i wiadomo: Rosjanin nie może liczyć na tak wielką sympatię opinii publicznej jak obywatelka Ukrainy, unijnej sierotki Marysi.
Grunt, że dziennikarzowi z dnia na dzień szef Urzędu ds. Cudzoziemców cofnął zezwolenie na pobyt rezydenta długoterminowego UE na terenie Polski, natomiast ABW stwierdziła, że redaktor rosyjskiej agencji informacyjnej stanowi zagrożenie dla państwa polskiego – jednym słowem, jest agentem Kremla, który przyjechał tu robić wojnę hybrydową i każdą innną.
Sprawa ta ciągnie się już około 4 lat z hakiem, mimo to nikt nigdy nie widział zarzutów, jakie dokładnie postawiono Rosjaninowi. On sam nie dostąpił tego zaszczytu. Wszelkie akta zostały utajnione nawet przed oskarżonym na zasadzie „już ty wiesz dlaczego”. To oczywiste, że w ten sposób nie da się przygotować skutecznej linii obrony. Swiridow dowiedział się jedynie, że stanowi zagrożenie, nie wie jednak, co konkretnie nie spodobało się polskim sużbom specjalnym.
Dlatego po przejściu całej absurdalnej (ze względu na klauzulę „tajne” nałożoną na wszystkie dokumenty”) ścieżki w polskim wymiarze sprawiedliwości, postanowił poskarżyć się wyżej.
„Na skutek braku wiedzy o powodach wydania Decyzji o Wydaleniu (ponad blankietowe twierdzenie, że jego dalszy pobyt na terytorium Polski stanowi rzeczywiste i poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa) Skarżący nie miał możliwości przedstawienia argumentacji przeciwko wydaleniu ani w postępowaniu przed organami administracji pierwszej (Wojewoda Mazowiecki) i drugiej (Szef Urzędu do Spraw Cudzoziemców) instancji, ani przed sądami administracyjnymi – WSA i NSA – rozpatrującymi kolejne środki odwoławcze” – napisał Rosjanin w swojej skardze, którą przesłał mi do wglądu. – „Skarżący nie zna okoliczności faktycznych uzasadniających Decyzję o Wydaleniu, więc nie mógł wysunąć żadnych twierdzeń przeciwnych. Skarżący nie został zapoznany z żadnymi materiałami dowodowymi, więc nie mógł wypowiedzieć się o ich kompletności, prawdziwości ani o słuszności wniosków wysnutych z tych materiałów przez ABW, a następnie przez organy administracji i sądy. (…)
Polska procedura sądowo-administracyjna jest sprzeczna z Rekomendacją Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy Nr 1402 o wewnętrznych służbach bezpieczeństwa państw członkowskich, wg której sądy powinny być uprawnione do szerokiej kontroli ex post facto. Uprawnienia sądu administracyjnego w polskiej procedurze są skrajnie zawężone”.
Skarga Swiridowa ma 57 załączników. Postępowanie przed Trybunałem w Strasburgu może być punktem zwrotnym w dziejach XXI-wiecznej polskiej rusofobii.

Wałęsa pod ostrzałem

Samobójczy politycznie wywiad byłego prezydenta ma swój ciąg dalszy. „Rzeczpospolita” zamówiła sondaż, w którym zapytała o to, czy Wałęsa zaszkodził polskiej racji stanu, chwaląc w rozmowie ze Sputnikiem politykę Władimira Putina. Okazuje się, że naród, jak zwykle, jest podzielony – i to zaskakująco symetrycznie.

 

35 proc. uważa, że przywódca „Solidarności” nie powinien wypowiadać się ciepło na temat przywódcy Rosji, 34 proc nie ma zdania, a 31 podziela zdanie byłego prezydenta. Badanie zamówiła SW Research na zlecenie „Rzepy”.
– Częściej to mężczyźni uważają, że wywiad Wałęsy dla rosyjskiego portalu zaszkodził polskiej racji stanu (36 proc. vs 34 proc. kobiet). Tego zdania są też częściej osoby w wieku 35-49 lat (39 proc.), badani o wykształceniu zasadniczym zawodowym (46 proc.), dochodzie netto od 2001 do 3000 zł (40 proc.) oraz ankietowani z miast od 100 do 199 tys. mieszkańców (41 proc.) – skomentował wyniki Piotr Zimolzak z agencji badawczej, która przeprowadziła sondaż.
Czy Wałęsa faktycznie, jak chcieliby panikarze (np. Jerzy Haszczyński) podważył „mityczny sojusz z zachodem”? „Postulowałem, by premier Mateusz Morawiecki odciął się od kremlowskich tez swojego ojca, który zachowuje się jak zafascynowany geopolityką wujek próbujący szokować u cioci na imieninach. Nie wiem, do kogo skierować podobny apel w sprawie też Wałęsy. Jest pilny” – bije pianę do niemożliwości redaktor „Rzepy”, dzwoniąc na alarm zupełnie jakby Wałęsa nagle podważył teorię Kopernika albo fakt, że woda wrze w stu stopniach. Retoryka antyrosyjska stała się dziś bezpiecznym centrum, odejście od którego karane jest polityczną i medialną śmiercią. Doświadczyłam tego na własnej skórze w 2016, kiedy jako kandydatka na członkinię Partii Razem napisałam krytyczny tekst o mało kryształowym życiorysie Nadii Sawczenko (jej „polityczny geniusz” zweryfikowało zresztą życie już niecałe dwa lata później). Okazało się, że nie mam szans na polityczną legitymację, jeśli nie mam zamiaru powielać tezy o tym, że jeśli Putin wsadzi kogoś do więzienia, to oznacza, że ten ktoś z automatu jest aniołem godnym międzynarodowego poparcia.
Bandytka z batalionu Ajdar, czyli czegoś na kształt naszych oddziałów obrony terytorialnej, tylko na sterydach, stała się w więzieniu Joanną d’Arc. Nikt nie zastanawiał się, czy rzeczywiście postać ta zasługuje na wsparcie. Dziś żyje obsesją, że służby ukraińskie w porozumieniu z rosyjskimi czyhają na jej życie. Jej wypowiedzi i działania od momentu wyjścia na wolność noszą znamiona coraz większej paranoi.
Ale nie o tym jest ten tekst. Wywiad Wałęsy, co widac po wynikach sondażu, dał Polakom do myślenia. I choć prawicowe media (Republika, wPolityce) najchętniej widziałyby w 35 procentach niezgody ostateczny upadek Wałęsy, to jednak daleka byłabym od takiej diagnozy. Faktem jest, że Polacy pamiętają negocjacje Wałęsy z Jelcynem i uważają, że dobrze wywiązał się wtedy ze swojej roli. Wyłącznie pustym publicytsycznym zabiegiem zdaje się również lament red. Haszczyńskiego, bo (niestety!) nasze przyssanie się do amerykańskiego cycka nie osłabło nawet na minutę (dopiero co otrzymaliśmy gigantyczny rachunek za tarczę antyrakietową – Redzikowo pochłonie około 5,5 mld złotych – z budżetu naturalnie. Według dziennikarzy „Dziennika Gazety Prawnej” (pisze o tym równie rosyjski Sputnik!) ta suma nawet w połowie nie pokryje ceny zakupu systemu obronnego.
W dodatku na tarczę zarezerwowano w tegorocznym budżecie dla MON dodatkowe pieniądze – 1,6 miliardów złotych. Ale jak przewiduje redakcja, ucierpią inne rodzaje sił zbrojnych, chronicznie niedofinansowane lotnictwo i marynarka. Nie będzie okrętów podwodnych, obiecywanych lata temu. „Caracale” też spaliły na panewce.
Jak na razie więc „amerykański sen” pochłania miliony, a media chuchają i dmuchają, aby tylko ktoś nie poczuł się urażony słowami Walęsy i nie pozwolił dalej i głębiej robić Amerykanom tego, co trafnie określił niegdyś Radosław Sikorski.
A jak odnosi się do sprawy obecny prezydent Polski? Andrzej Duda oczywiście jest zniesmaczony. – Jest mi przykro, że pan prezydent Lech Wałęsa jako były, ale jednak prezydent Rzeczypospolitej, takie poglądy prezentuje. Nie są to poglądy, z którymi dzisiaj można by się zgodzić, jeśli ktoś zna historię Europy i jeżeli ktoś zna historię naszej części Europy, jeżeli ktoś w naszej części Europy żyje. Ale przede wszystkim, jeśli ktoś jest uczciwym politykiem – powiedział.
Ale prawda jest taka, że zgadza się z nim 35 procent ankietowanych Polaków. Większość jednak do tez stawianych przez Wałęsę ma stosunek neutralny lub pozytywny. Są zatem gdzieś w połowie drogi między Moskwą i Nowym Jorkiem, ale na pewno nie rzucają się też gremialnie w objęcia Statuy Wolności.