Wałęsa pod ostrzałem

Samobójczy politycznie wywiad byłego prezydenta ma swój ciąg dalszy. „Rzeczpospolita” zamówiła sondaż, w którym zapytała o to, czy Wałęsa zaszkodził polskiej racji stanu, chwaląc w rozmowie ze Sputnikiem politykę Władimira Putina. Okazuje się, że naród, jak zwykle, jest podzielony – i to zaskakująco symetrycznie.

 

35 proc. uważa, że przywódca „Solidarności” nie powinien wypowiadać się ciepło na temat przywódcy Rosji, 34 proc nie ma zdania, a 31 podziela zdanie byłego prezydenta. Badanie zamówiła SW Research na zlecenie „Rzepy”.
– Częściej to mężczyźni uważają, że wywiad Wałęsy dla rosyjskiego portalu zaszkodził polskiej racji stanu (36 proc. vs 34 proc. kobiet). Tego zdania są też częściej osoby w wieku 35-49 lat (39 proc.), badani o wykształceniu zasadniczym zawodowym (46 proc.), dochodzie netto od 2001 do 3000 zł (40 proc.) oraz ankietowani z miast od 100 do 199 tys. mieszkańców (41 proc.) – skomentował wyniki Piotr Zimolzak z agencji badawczej, która przeprowadziła sondaż.
Czy Wałęsa faktycznie, jak chcieliby panikarze (np. Jerzy Haszczyński) podważył „mityczny sojusz z zachodem”? „Postulowałem, by premier Mateusz Morawiecki odciął się od kremlowskich tez swojego ojca, który zachowuje się jak zafascynowany geopolityką wujek próbujący szokować u cioci na imieninach. Nie wiem, do kogo skierować podobny apel w sprawie też Wałęsy. Jest pilny” – bije pianę do niemożliwości redaktor „Rzepy”, dzwoniąc na alarm zupełnie jakby Wałęsa nagle podważył teorię Kopernika albo fakt, że woda wrze w stu stopniach. Retoryka antyrosyjska stała się dziś bezpiecznym centrum, odejście od którego karane jest polityczną i medialną śmiercią. Doświadczyłam tego na własnej skórze w 2016, kiedy jako kandydatka na członkinię Partii Razem napisałam krytyczny tekst o mało kryształowym życiorysie Nadii Sawczenko (jej „polityczny geniusz” zweryfikowało zresztą życie już niecałe dwa lata później). Okazało się, że nie mam szans na polityczną legitymację, jeśli nie mam zamiaru powielać tezy o tym, że jeśli Putin wsadzi kogoś do więzienia, to oznacza, że ten ktoś z automatu jest aniołem godnym międzynarodowego poparcia.
Bandytka z batalionu Ajdar, czyli czegoś na kształt naszych oddziałów obrony terytorialnej, tylko na sterydach, stała się w więzieniu Joanną d’Arc. Nikt nie zastanawiał się, czy rzeczywiście postać ta zasługuje na wsparcie. Dziś żyje obsesją, że służby ukraińskie w porozumieniu z rosyjskimi czyhają na jej życie. Jej wypowiedzi i działania od momentu wyjścia na wolność noszą znamiona coraz większej paranoi.
Ale nie o tym jest ten tekst. Wywiad Wałęsy, co widac po wynikach sondażu, dał Polakom do myślenia. I choć prawicowe media (Republika, wPolityce) najchętniej widziałyby w 35 procentach niezgody ostateczny upadek Wałęsy, to jednak daleka byłabym od takiej diagnozy. Faktem jest, że Polacy pamiętają negocjacje Wałęsy z Jelcynem i uważają, że dobrze wywiązał się wtedy ze swojej roli. Wyłącznie pustym publicytsycznym zabiegiem zdaje się również lament red. Haszczyńskiego, bo (niestety!) nasze przyssanie się do amerykańskiego cycka nie osłabło nawet na minutę (dopiero co otrzymaliśmy gigantyczny rachunek za tarczę antyrakietową – Redzikowo pochłonie około 5,5 mld złotych – z budżetu naturalnie. Według dziennikarzy „Dziennika Gazety Prawnej” (pisze o tym równie rosyjski Sputnik!) ta suma nawet w połowie nie pokryje ceny zakupu systemu obronnego.
W dodatku na tarczę zarezerwowano w tegorocznym budżecie dla MON dodatkowe pieniądze – 1,6 miliardów złotych. Ale jak przewiduje redakcja, ucierpią inne rodzaje sił zbrojnych, chronicznie niedofinansowane lotnictwo i marynarka. Nie będzie okrętów podwodnych, obiecywanych lata temu. „Caracale” też spaliły na panewce.
Jak na razie więc „amerykański sen” pochłania miliony, a media chuchają i dmuchają, aby tylko ktoś nie poczuł się urażony słowami Walęsy i nie pozwolił dalej i głębiej robić Amerykanom tego, co trafnie określił niegdyś Radosław Sikorski.
A jak odnosi się do sprawy obecny prezydent Polski? Andrzej Duda oczywiście jest zniesmaczony. – Jest mi przykro, że pan prezydent Lech Wałęsa jako były, ale jednak prezydent Rzeczypospolitej, takie poglądy prezentuje. Nie są to poglądy, z którymi dzisiaj można by się zgodzić, jeśli ktoś zna historię Europy i jeżeli ktoś zna historię naszej części Europy, jeżeli ktoś w naszej części Europy żyje. Ale przede wszystkim, jeśli ktoś jest uczciwym politykiem – powiedział.
Ale prawda jest taka, że zgadza się z nim 35 procent ankietowanych Polaków. Większość jednak do tez stawianych przez Wałęsę ma stosunek neutralny lub pozytywny. Są zatem gdzieś w połowie drogi między Moskwą i Nowym Jorkiem, ale na pewno nie rzucają się też gremialnie w objęcia Statuy Wolności.

W krainie rusofobii

Lech Wałęsa znowu błysną – tym razem udzielając wywiadu rosyjskiemu „Sputnikowi”.

 

Polskie media ograniczają się do cytowania wybranych fragmentów wywiadu, komentatorzy, niezależnie czy z lewa czy z prawa są na ogół zgodni: „Wałęsa chciał zaistnieć”, „Wałęsa przegrał” itp. Niezawodni trolle i w tej sytuacji potwierdzili swoją czujność nie szczędząc byłemu prezydentowi inwektyw i innych internetowych ekskrementów. Tymczasem Lech Wałęsa, oczywiście na swój sposób, nie bez zbędnego egocentryzmu, podniósł jeden z najważniejszych współcześnie dla Polski problemów: problem relacji z Rosją.
Publiczne podpisywanie się w dzisiejszych czasach pod tezą Wałęsy, że Polsce bliżej jest do Moskwy niż do Nowego Jorku graniczy z politycznym samobójstwem, albo też tą granicę już przekracza. Polski mainstream zdominowany jest bez reszty przez tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla Polski, jakie płynie ze wschodu i każda inna optyka nieuchronnie spotka się z zarzutem zdrady polskiej racji stanu.
Czy jednak ten mainstream zgodny jest z poglądem większości Polaków? Co ważniejsze: czy jest zgodny z polskim interesem narodowym? Na te właśnie pytania próbuje odpowiedzieć Wałęsa – i chwała mu za to.
Żyjemy w czasach, w których odwoływanie się do opinii publicznej w ważnych sprawach ma miejsce wcale, albo dopiero po tym, jak tą opinię się odpowiednio ukształtuje. Jeszcze w 2011 r. 44 % Polaków, wbrew 12 lat zmasowanej agitacji publicystów, polityków, mediów, pozytywnie oceniało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, przy 34% ocen negatywnych. Szermujący hasłami polskiego interesu narodowego za nic mieli opinię większości Polaków w tym względzie, uporczywie „młotkując” gdzie tylko popadnie jedynie słuszną tezę. 44% Polaków zostało zlekceważonych. Oczywiście metoda ta, wsparta naturalnymi procesami demograficznymi przyniesie kiedyś tak pożądany efekt, jakim będzie ogłoszenie, że większość Polaków wprowadzenie stanu wojennego ocenia negatywnie. Kiedyś.
Podobnie jest z kwestią relacji polsko–rosyjskich. Nie są to relacje łatwe ani proste, ale patrząc na Europę, nie są też jakimś ewenementem. Z tą różnicą, że Europa postanowiła ze swojej historii wyciągnąć zupełnie inne wnioski niż Polska, a właściwie polskie elity. Europa postanowiła tradycyjny kurs konfrontacyjny w wewnątrzeuropejskich stosunkach zmienić na kurs współpracy, wznosząc się ponad historyczne zaszłości. Polskie elity tą drogą nie poszły.
W 1999 r., w zastępstwie Prezesa NIK, uczestniczyłem w roboczym spotkaniu prezesów najwyższych organów kontrolnych państw aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej w Europejskim Trybunale Obrachunkowym w Luksemburgu. Grono w sumie około 10 osób, język roboczy angielski, bez tłumaczy. Okazało się jednak, że koledzy z niektórych NOK mają trudności w porozumiewaniu się tym językiem i dla nich jedynym wspólnym był język rosyjski. Pomagałem im więc w czasie spotkania jak mogłem. W przerwie podszedł do mnie Prezes ETO, prof. B. Friedmann, znany niemiecki polityk CSU i zagadnął:
– Widzę, że znasz język rosyjski.
– Trochę, – odpowiedziałem.
Friedmann zamyślił się i rzekł:
– Wy, Polacy macie dobrze. Wy znacie język i kulturę Rosji. Wam łatwo się z nimi porozumieć, a my musimy wszystkiego uczyć się od podstaw. Polska może odegrać bardzo ważną rolę w relacjach pomiędzy Unią i Rosją.
Polska miała swoje pięć minut, aby stać się rzeczywistym pomostem pomiędzy Unią i Rosją. Tych pięciu minut nie wykorzystała, stając twardo i zdecydowanie na antyrosyjskich pozycjach. Czy musiał prezydent Polski, Lech Kaczyński, nawoływać do konfrontacji z Rosją na wiecu w Tbilisi w 2008 r. dokładnie w chwili, gdy prezydenci Francji i Niemiec lecieli do Moskwy, aby w imieniu Unii Europejskiej szukać możliwości politycznego rozwiązania konfliktu rosyjsko – gruzińskiego? Miejsce Prezydenta Polski powinno być wówczas w samolocie do Moskwy, a nie w samolocie do Tbilisi.
Zawsze byli w Polsce rusożercy, tak samo jak polakożercy w Rosji. Nigdy jednak nie stanowili większości tych społeczeństw, które nie tylko z uwagi na poczucie słowiańskiej wspólnoty, ale również w imię zdrowego rozsądku, mówiącego, że z sąsiadami należy dobrze żyć, że przyjaciół należy szukać jak najbliżej a nie jak najdalej, pozytywnie odnosiły się i odnoszą do siebie. Należy więc postawić retoryczne pytanie: czyje interesy reprezentują polskie elity nakręcające antyrosyjskie nastroje, histerię wręcz, propagujące wątpliwe tezy o rosyjskim zagrożeniu, deprecjonując wszystko co choć trochę pachnie Rosją. Z pewnością nie interesy Polski i z pewnością nie interesy Unii Europejskiej. Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: jedynym beneficjentem polskiej polityki w tym względzie są Stany Zjednoczone.
Jednym z pytań czekających na odpowiedź jest natomiast to, skąd bierze się ten konsekwentny antyrosyjski kurs USA. Reagan wygrał ekonomiczną i polityczną wojnę z ZSRR. Kampanię Reagana uzasadniano walką ideologiczną i odpowiedzialnością USA za światową liberalną demokrację. Dzisiaj po komunistycznej Rosji nie ma śladu, USA same odwróciły się od zasad liberalnego handlu nasilając gospodarczy interwencjonizm i szantaż w stosunkach międzynarodowych a i gwiazda amerykańskiej demokracji ostatnio przyblakła. Dlaczego więc Rosja nadal – jak za czasów Reagana – dekretowana jest jako „imperium zła”? Jakie cele strategiczne kryją się za tak konsekwentną postawą Wielkiego Brata?
Jeżeli Rosja sama w sobie jest wrogiem dla Stanów Zjednoczonych to oczywiście wszelki antyrosyjskie nastroje wokół rosyjskich granic są Białemu Domowi na rękę. A że CIA ma w tym obszarze ogromne doświadczenie i potrafi skutecznie kształtować takie nastroje, to dowiodła już wielokrotnie w przeszłości w różnych częściach świata, w tym i w Polsce. Jeżeli po lekturze „Zwycięstwo. Tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i Solidarność” P.Schweizera ktoś miał jeszcze wątpliwości co do agenturalnego charakteru NSZZ „Solidarność”, to powinien się ich ostatecznie wyzbyć po przeczytaniu najnowszego opracowania na ten temat: „A cover action. Reagan, the CIA and cold war struggle in Poland” S.G. Jonesa. Nie są zresztą Stany odkrywcze w takiej polityce. Starorzymska strategia „dziel i rządź”, skłócania „cywilizowanych” plemion afrykańskich czy amerykańskich, wykorzystywania lokalnych waśni dla własnych korzyści, była standardem również nowożytnych państw kolonialnych. Czy Polska nadal jest ślepym narzędziem Stanów Zjednoczonych w ich grze przeciwko Rosji? Polska nie jest formalnie kolonią USA, chociaż brutalna ingerencja ich nowego ambasadora w proces legislacyjny w Polsce, „zapraszanie” do konsultowania w ambasadzie projektów przyszłych ustaw „abyśmy mieli pewność, że przyniosą one wszystkim korzyść”, błaganie niemal polskiego prezydenta o stałe bazy wojskowe USA , przyznanie ponoć armii amerykańskiej prawa do swobodnego poruszania się po Polsce, wszystko to skłania do refleksji nad stopniem naszej realnej suwerenności.
Hasło Trumpa „America first!” nie jest – jak pokazuje każdy dzień – czczym zawołaniem. Znaczy ono dokładnie to, że liczą się tylko interesy Ameryki – tylko Ameryki, nikogo innego. Strategiczny sojusz z takim partnerem jest nazbyt ryzykowny, żeby nie powiedzieć nierozsądny. Polska płaci za niego nie tylko gospodarczym uzależnieniem się od USA, ale również pogorszeniem stosunków ze swoimi najbliższymi sąsiadami: z Unią Europejską i oczywiście z Rosją.
Przed nami ważne, przedwyborcze debaty o naszych sprawach wewnętrznych, ale też i o Unii Europejskiej i o polskiej polityce zagranicznej. Byłoby dobrze, aby wśród spraw, do których odnosić się będą ugrupowania polityczne była również sprawa perspektywy stosunków polsko – rosyjskich. Jeżeli tak się stanie, będzie to wielkim sukcesem Lecha Wałęsy.

 

Tekst ukazał się na blogu „Wołania na puszczy”.

Mit rosyjskiej ręki

Czołowy brytyjski dziennik wypuścił taki bubel dziennikarski, że nawet pokrewne ideowo media
nie chcą w niego wierzyć. „The Guardian” nie udźwignął zmasowanej krytyki. Nawet część tych, którzy dotychczas wierzyli, że Trumpa do Białego Domu wprowadzili Rosjanie, nie była w stanie przełknąć andronów oczerniających twórcę WikiLeaks.

 

Niewykluczone, że krucjata anglojęzycznych w sprawie tzw. Russiagate będzie powoli zmierzać do śmierci naturalnej w wyniku znużenia tematem. Teoria spiskowa mówiąca, że w 2016 r. Federacja Rosyjska celowo i we współpracy ze sztabem Donalda Trumpa przyłożyła rękę do kompromitacji Hillary Clinton, żeby wprowadzić do Białego Domu „swojego człowieka”, zdecydowanie nie trzyma się kupy, a szyta jest nićmi tak grubymi, że jej polityczny charakter jest aż nadto dostrzegalny. Owszem, liberalna opinia publiczna żyje w przekonaniu, że wrogi spisek miał miejsce, bo jej faktografię tworzą sensacyjne tytuły w „New York Times”, „Washington Post”, „The Guardian” i ich pomniejszych klonach np. w „Gazecie Wyborczej”.
Tyle, że oprócz tytułów głoszących, że „Rosja się mieszała”, że „hakerzy Purina wykradli”, że „FBI ustaliło”, że „CIA ujawnia”, nigdy nie otrzymaliśmy cienia dowodów, ani chociażby przekonujących poszlak.

 

Bolszewika goń, goń, goń!

Niezwykłą jest furia, z jaką liberałowie i NATO-lewica, żywiąc zrozumiały sentyment wobec Clinton, powtarzają, że Ameryka tkwi w szponach Putina, a każdy, kto twierdzi inaczej, jest pionkiem Moskwy. Faktycznie jednak raporty służb wywiadowczych, które zresztą powstały z naruszeniem zasad, albo pozostawały na takim poziomie ogólności jak teksty w wymienionych mediach, albo zostały wyśmiane przez specjalistów od służb i cyberbezpieczeństwa. Wątpliwym pozostaje nawet twierdzenie, że serwery Demokratów zostały zhakowane – e-maile Clinton skopiował prawdopodobnie na pamięć zewnętrzną jakiś insider. Jeżeli dokumenty CIA mające czegokolwiek dowodzić opierają się na twierdzeniach, że wszechobecność rosyjskich agentów wpływu potwierdza samo istnienie telewizji RT, to jednoznacznie polityczna rola służb, mająca na celu urobienie opinii publicznej, jest tu rozbrajająco oczywista, choć jednocześnie całkiem skuteczna.
Nie ma lepszego dowodu braku dowodów niż prawie zupełny brak efektów pracy komisji Muellera, która jest oficjalnym organem prowadzącym postępowanie w sprawie Russiagate. Niedługo miną dwa lata, a nie nie poznaliśmy ani jednego uczestnika zdrady stanu. Paul Manafort, który w 2016 r. odpowiadał za kampanię Donalda Trumpa i który wcześniej był powiązany z rosyjskimi oligarchami, siedzi obecnie w areszcie, oskarżony o korupcję i przekręty podatkowe, nie o spisek mający na celu manipulację wyborczą. Jest to jedyny praktyczny rezultat działania słynnej komisji.
Ponieważ jednak Manafort pozostaje jedyną oficjalnie oficjalnie oskarżoną „szychą”, mającą „powiązania z Rosjanami”, media rozpaczliwie próbują coś z tej gliny ulepić i chętnie wykorzystują jego postać do pisania kolejnych rozdziałów swojej teorii spiskowej. Ale „paliwa” coraz bardziej brakuje…
Kompletną kompromitację zaliczył ostatnio „The Guardian”, który postanowił „udowodnić”, że Manafort w ramach „rosyjskiego spisku” spotykał się Julianem Assange’em, założycielem WikiLeaks i jedną z głównych postaci oskarżanych przez media o zmowę z Rosją przeciwko USA. Assange od 2010 r. ścigany jest przez CIA za ujawnienie tajnych dokumentów świadczących o zbrodniach USA w Afganistanie i Iraku. Od 2012 r. nie opuszcza ambasady Ekwadoru w Londynie, korzystając z azylu udzielonego mu tam przez lewicowy rząd Rafaela Correi.
27 listopada „Guardian” opublikował na swojej witrynie tekst autorstwa Luke’a Hardinga i Dana Collynsa, którzy twierdzili, że wiosną 2016 r. Manafort w tajemnicy odwiedzał Assange’a w londyńskiej ambasadzie i miało to związek z planami ujawnienia przez WikiLeaks materiału obciążającego Hillary Clinton. Wymowa artykułu była oczywista. Tym bardziej w kontekście faktu, że ten wiodący w UK „lewicowy” tytuł już kilkukrotnie obsmarowywał twórcę WL jako „agenta Putina”. Redakcja liczyła pewnie na to, że w obecnej atmosferze da radę opchnąć publiczności dowolną bzdurę łączącą Assange’a z Rosją. I tu się pomylili.

 

Kompromitacja

Harding i Collyns, powołując się na nieokreślone „źródła”, utrzymują w swojej publikacji, że Paul Manafort widział się z Julianem Assangem trzykrotnie: w 2013, 2015 i po raz ostatni w „okolicach marca 2016 r”., czyli w okresie, kiedy Manafort objął kierownictwo nad kampanią Trumpa. Publicyści „Guardiana” nie napisali wprost, że dwaj „spiskowcy” snuli plany przysłużenia się Rosji przez umyślną kompromitację Clinton, zasugerowali jednak, że zaszła zbieżność czasowa, która uprawdopodabnia taki scenariusz. Nie omieszkali przypomnieć, że WL od dawna podejrzewane jest o udział w rosyjskim zamachu na amerykańskie wybory i że nazwisko Assange’a pojawia się w tzw. Trump Dossier, autorstwa byłego brytyjskiego szpiega Christophera Steele’a, które stało się podstawą wielu sensacyjnych doniesień na temat Russiagate.
Harding i Collyns nie podali żadnych szczegółowych informacji dotyczących rzekomej wizyty Manaforta, z wyjątkiem tego, że trwała 40 minut. Twierdzą również, że widzieli listę gości odwiedzających Assange’a w jego azylu, udostępnioną im przez ekwadorską agencję wywiadowczą Senain. Odnotowali też, że oprócz Manaforta w spisie znajdowały się „znane osobistości” oraz – uwaga! – „Rosjanie”. Jakichkolwiek konkretów brak. Tekst jest nadzwyczaj ogólnikowy i spekulatywny, jednak redakcja najważniejszego brytyjskiego dziennika, kierowana najwidoczniej niezachwianą wiarą we własną markę, uznała, że będzie on hitem.
I był. Doniesienia Hardinga i Collynsa momentalnie rozniosły się po mediach społecznościowych, jednak wbrew oczekiwaniom autorów i redakcji, błyskawicznym rykoszetem uderzyły w nich samych. Tekst spotkał się taką falą krytyki podkreślającej bezpodstawność domysłów „Guardiana”, że nawet media tradycyjnie „pompujące” Russiagate podjęły temat bardzo nieśmiało i z dużą rezerwą. Wyjątkiem były CNN i MSNBC, które rewelacje Hardinga i Collynsa powtarzały entuzjastycznie.
WikiLeaks publikację wyśmiało, jako nierzetelną i amatorską. Ekipa outletu przeciekowego oświadczyła, że gotowi są założyć się o milion dolarów i „głowę naczelnej Guardiana”, że żadne spotkanie między Manafortem a ich „ojcem założycielem” nie miało miejsca. Niedługo potem WL oświadczyło, że rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na pozew cywilny przeciwko dziennikowi. Po stronie drużyny Assange’a opowiedzieli się nawet dziennikarze dający do tej pory wiarę wszelkim rewelacjom o spisku Trump-Putin-WL, a magazyn The Hill podsumował tę wymianę ciosów jednoznacznie: „WikiLeaks miażdży Guardiana”.
W wiarygodność Brytyjczyków powątpiewał Preet Bharara, którego Trump pozbawił stanowiska nowojorskiego prokuratora i który wcześniej wiernie kibicował komisji Muellera. Były brytyjski dyplomata, dzisiaj uznany aktywista na rzecz praw człowieka Craig Murray nie zostawił suchej nitki na rzeczonym „raporcie”, twierdząc wprost, że „Guardian” publikuje coraz bezczelniejsze kłamstwa podsuwane im przez wywiad. Przypuszcza również, że Harding i Collyns są kryci przez MI6, skoro nie pierwszy już raz wypuszczają bzdurę na temat Assange’a i nie ponoszą żadnych konsekwencji.
Eks-pracownik „Guardiana” Jonathan Cook uznał publikację za dziennikarski bubel, który mógł zostać „przyklepany” przez redakcję wyłącznie dzięki temu, że w „ciemno” przyjmują wszystko, czym nęcą ich służby. Najczęściej cytowaną krytykę przedstawił Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie innego słynnego sygnalisty Edwarda Snowdena („Jedynym powodem, by zakładać, że to prawda, bez żądania dowodów, jest fakt, że duża liczba ludzi chce, by to była prawda. I „Guardian” o tym wie”). News Sniffer, serwis monitorujący media, opublikował z kolei wykaz korekt, jakie w toku narastającej krytyki „Guardian” wprowadzał na bieżąco do problematycznego tekstu. Zmiany ewidentnie dążyły do osłabienia początkowego przekazu, a redakcja nie informowała o nich czytelników. Wszystko to wyglądało źle. Na tyle źle, że po kilku dniach „Washington Post”– dotychczas dumna awangarda pościgu za „agentami Putina” – przyznał, że twierdzenia brytyjskiego dziennika są nie do obrony.
Tekst Hardinga i Collynsa posiada w istocie tyle słabości, że bronić się nie ma czym. Po pierwsze: brak jakiejkolwiek próby sprecyzowania źródeł informacji. Powołanie się w jednym miejscu na Senain pozwala się domyślać, że są to źródła wywiadowcze. Jednak bezkrytyczne traktowanie otrzymanego przez nich materiału świadczy o niepoważnym traktowaniu zawodu dziennikarza. Jak przytomnie przypomniał Glenn Greenwald – w rządzie Ekwadoru toczy się ostry spór w sprawie stosunku do Assange’a. Azylu udzielił mu bezkompromisowy Rafael Correa, zaś Lenin Moreno, który przejął po nim ster kraju, znacznie bardziej ugodowy względem USA, nie jest wobec Australijczyka tak przychylny. Greenwald zauważa, że Senain od początku zaciekle zwalczał Assange’a. „Dowody” podsuwane przez tę agencję należało traktować z dużą dozą ostrożności, bo jasne było, że twórca WikiLeaks jest przedmiotem gry wywiadów. Służby realizują cele polityczne. Cóż, „The Guardian” najwidoczniej też.
New York Times doniósł poza tym ostatnio, że w maju 2017 r. Paul Manafort wybrał się do stolicy Ekwadoru Quito, gdzie proponował prezydentowi Moreno osobiste pośrednictwo w przekazaniu Assange’a Stanom Zjednoczonych. Czemu miałby zabiegać o sprowadzenie do swojego kraju (i jednocześnie postawienie przed sądem) człowieka, z którym miał rzekomo współpracować przy zdradzie stanu?
Po drugie, już w 2015 r. magazyn Wired ocenił, że Londyn jest najbardziej monitorowaną stolicą świata, utkaną kamerami do granic możliwości. Greenwald twierdzi, że wnętrze tamtejszej ambasady Ekwadoru znajduje się pod obserwacją absolutną, a potwierdza to ekwadorski dyplomata Fidel Narváez. Goście przechodzą bardzo rygorystyczną kontrolę i niemożliwe, żeby nie znaleźli się na zapisie z kamer. W tej sytuacji wydaje się więc skrajną nieodpowiedzialnością ze strony Hardinga – a zwłaszcza Collynsa, który jest korespondentem z Quito – żeby nie starać się sięgnąć po ewentualne nagrania, celem sprawdzenia wersji służb.
Co z oficjalnym spisem gości ambasady w 2016 r.? Manafort na niej nie figuruje i „Guardian” to przyznaje, ponieważ już wcześniej wszedł w jej posiadanie. Jeżeli człowiek Trumpa został z niej wykreślony, to w jakim celu? Żeby go kryć w ramach spisku? To niedorzeczne – wiosną 2016 r. ambasada reprezentowała rząd Correi, wroga twardej amerykańskiej prawicy, jaką uosabia Manafort.
Po trzecie wreszcie, napomknięcie niby to mimochodem, że na liście ludzi odwiedzających Assange’a znajdowali się tajemniczy „Rosjanie”, bez podania jakichkolwiek szczegółów, jest już chyba wyrazem autoironii, zagrywką, którą trudno nawet nazwać naiwną. W świetle antyrosyjskiej obsesji, jaką „Guardian” prezentuje co najmniej od 2014 r., w tym również ich wcześniejszych nieprawdziwych doniesień o rzekomej „przyjaźni” Assange’a z rządem Putina, nieokreśleni „Rosjanie” jawią się równie złowieszczo, co tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców z cudownej PRL-owskiej bajki „Porwanie Baltazara Gąbki”.
Okazało się jednak, że kompromitacja „Guardiana” to dla mainstreamu ciągle za mało. 28 listopada na portalu Politico ukazał się artykuł niejakiego Alexa Finleya, który cierpliwie tłumaczył opinii publicznej, że jeżeli publicyści „Guardiana” opublikowali nieprawdę, to tylko dlatego, że zostali wrobieni przez rosyjską agenturę. Tego już było zbyt wiele. O ile Greenwald swoje zarzuty pod adresem Hardinga i Collynsa ujął w kurtuazyjnej formie, to redakcję Politico na Twitterze uznał za idiotów, a ich tekst za fake news.
Niefalsyfikowalny charakter teorii odbiera jej wszelkie pozory racjonalności, zaś twierdzenie, że kiedy nie ma dowodów, to jest to dowód na istnienie spisku, zalicza się do podręcznikowych symptomów paranoi. A wszystko to w sytuacji, gdy Politico otwarcie napisało, że Finley to pseudonim byłego agenta CIA. Krótko mówiąc: amerykański szpieg tłumaczy czytelnikom, że wszystkiemu są z założenia winni szpiedzy Putina. To nie był prima aprilis. Opublikowali to na serio. Sprawa ma oczywiście wymiar całkiem poważny: Greenwald podlinkował artykuł Carla Bernsteina, laureata Pulitzera, napisany jeszcze w 1977 r. Jego tekst uzmysławia, że agenci podszywający się pod dziennikarzy zawsze byli sprawdzoną metodą urabiania opinii publicznej przez CIA.

 

Za każdym j…nym razem

Nie był to pierwszy raz, kiedy „Guardian” próbuje na siłę wmawiać czytelnikom konszachty Assange’a z Rosją. Pod koniec 2016 r. zaliczyli podobną wpadkę. Ben Jacobs napisał, że założyciel WL chwali Trumpa, a w wywiadzie udzielonym włoskiej La Repubblica promienieje miłością do Rosji. Miał rzekomo powiedzieć, że w Rosji nie trzeba WikiLeaks ani żadnych sygnalistów, bo wszystko jest w najlepszym porządku. Sęk w tym, że żadnej z tych rzeczy nie powiedział – dziennik wierutnie kłamał. Po zdemaskowaniu artykuł zniknął z witryny internetowej (czasowo).
Jeszcze we wrześniu tego roku Harding i Collyns wypuścili przez nikogo nie potwierdzoną „sensację”, że na początku 2017 r. istniał plan „przeszmuglowania” Assange’a do Rosji. Wspomniany już Fidel Narváez, którego dziennik oskarżył o udział w tym „spisku”, wytykał artykułowi bezpodstawność tych domniemywań, żądając jednocześnie publicznych przeprosin. Roztropnie przy tym zauważył, że wniosek o zapewnienie Australijczykowi ochrony dyplomatycznej ze strony UK po opuszczeniu ambasady Ekwadoru trudno uznać za dowód na próbę „przeszmuglowania” go w ramach kremlowskiego spisku.
Dodać do tego należy, że redaktorzy „Guardiana” brali udział w powielaniu w social mediach fake newsów o „rosyjskich botach”, a gdy ich fałszywość wyszła na jaw, szefowa działu politycznego Heather Stewart tłumaczyła się głupio, że”to nie była jej analiza, tylko rządu”.
Trudno wyjaśnić, dlaczego akurat teraz „poważne” media ośmieliły sie wątpić w doniesienia „Guardiana”, skoro wiele wcześniejszych było równie bezpodstawnych. Czy zbieżność czasowa z ogłoszeniem przez komisję Muellera, że Manafort dopuścił się przed nią krzywoprzysięstwa, została uznana za zbyt grubymi nićmi szytą? Czy media ogólnie poczuły, że temat Russiagate się wyczerpuje z powodu rozczarowującego braku dowodów i nie warto ciągnąć go w nieskończoność?
Uwagę na pewno zwracał fakt, że autorem lipnego artykułu był Luke Harding, autor książki pt. „Collusion” (Zmowa), bestsellera New York Timesa, w którym przedstawił swoją wizję spisku Trumpa z Rosją. Być może media oczekiwały po nim więcej profesjonalizmu. Że mu go brak, okazało się już wcześniej. W rozmowie wideo z Aaronem Maté z The Real News, gdy ten wytykał Hardingowi luki we wnioskowaniu zawartym w książce, autor plątał się bezradnie w odpowiedziach, aż w końcu się poddał i przerwał połączenie.

 

Championi neoliberalnego porządku

Pojawiły się w ostatnim czasie sygnały, że rząd Moreno rozważa możliwość wydania Assange’a Amerykanom. Toporna propaganda „Guardiana” mogła być zatem próbą skorzystania z sytuacji, by wywrzeć w tej sprawie nacisk na polityków. Zadufane w sobie medium zostało wyśmiane, jednak pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Z pomocą podobnych tekstów czołowe liberalne media świata zdołały faktycznie przekonać ludzi, że Zachód opanowali „Ruscy”. Do dziś brakuje wiarygodnych dowodów, ale spiętrzenie oskarżeń i spokojne lekceważenie kontrargumentów wystarczyło, by inżynieria umysłów zadziałała.
Tym bardziej warto nagłaśniać sprawy spektakularnych kompromitacji, podkopujących wiarygodność gigantów prasowych, które okazują się de facto tubami stronnictw politycznych. Skutek nie będzie natychmiastowy, ale kropla drąży skałę.
„Guardian” nie jest tym, czym był niegdyś i bardzo myli się polska lewica ślepo wierząc temu tytułowi. Gazeta bez skrupułów uczestniczy w nagonce na Jeremy’ego Corbyna, rozpętanej przez ekspozytury rządu Izraela. Ich narracja na temat Ameryki Łacińskiej, szczególnie Wenezueli, nie różni się od The Fox News. Publicyści o zapatrywaniach antyimperialistycznych zestarzeli się i odeszli, młodsi byli systematycznie „wycinani” przez redakcję. Dziennik w pełnej rozciągłości popiera dziś euroatlantycki imperializm, linię obozu Clinton i CIA, czyli „obronę demokracji” poprzez bombardowania i destabilizację odległych, uboższych krajów o słabych instytucjach.
Nie bez powodu Jonathan Cook, który przez lata pracował dla „Guardiana” określa dziś ten dziennik mianem „championów neoliberalnego porządku”. Nic dziwnego, że w sprawie Assange’a, człowieka niezwykle zasłużonego dla idei demokratycznych, twardo stoją po stronie zaprzysięgłych wrogów pokoju i równości.

Polska – USA – Rosja. Wymiar realnych interesów My, socjaliści

Po liście ambasador USA w Polsce do premiera polskiego rządu nadszedł chyba czas na przybliżenie prawdy o realnym wymiarze interesów Polska – USA z Rosją w tle.

 

Lansowana dotychczas w mediach wspólna miłość nabrała nagle realnych wymiarów. Ciekawe, czy przedstawiciele elit rządzących w Polsce są gotowi taką prawdę społeczeństwu przekazać? Trzeba bowiem powiedzieć, na czym realnie polegają stosunki między Polską a USA i ile to kosztuje. W tle jest kalkulacja – czemu tak drogo?
Przez ostatnie 300 lat, do dziś, relacje w Europie opierają się na równowadze w układzie sił pomiędzy Niemcami (Prusami) a Rosją. Historycznie beneficjentem lub ofiarą była zawsze w tym układzie Polska. Stan ten skutkował rozbiorami Polski, jak również względnej stabilności i okresami możliwości realizacji, w ograniczonym zakresie, naszych interesów narodowych (II RP, Polska Ludowa). Zawsze istniał problem granic Polski, ponieważ mimo zakodowanej w naszej pamięci przestrzeni imperium jagiellońskiego, nigdy później nie udało się osiągnąć podobnych rozmiarów państwa. Do dziś stanowi to kompleks i przekleństwo kolejnych pokoleń. Najdłuższy w historii współczesnej okres stabilnych granic na wschodzie i zachodzie uzyskała Polska po II wojnie światowej, trwa to już 73 lata, choć zostało okupione kilkoma milionami polskich ofiar.
Stan ten jest wynikiem stosunków europejskich i światowych opartych o nowy paradygmat kształtowania relacji w Europie ustalony w latach 1943-46 przez państwa zwycięskiej koalicji antyhitlerowskiej. Przetrwał on mimo upływu czasu i zmian po wydarzeniach lat 1989-90, przede wszystkim po upadku ZSRR i zjednoczenia Niemiec.
Trzeba zwrócić uwagę, że Polska, mimo upływu czasu, ma nadal problem z odpowiedzeniem sobie na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczy Rosji, drugie – Niemiec. Pierwsze to, czy istniejąca dziś Federacja Rosyjska kontynuuje kierunek rozwoju oparty o spuściznę historyczną carskiej Rosji domu Romanowów, czy też w zmienionej formie utrwala Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich oraz drugie, czy Republika Federalna Niemiec jest krajem, który wyciągnął wszystkie wnioski ze skutków swej polityki ostatnich 200 lat, czy też kontynuuje w zmienionej formie „drang nach Osten” metodami pokojowymi. Uważam, że Polacy powinni zadawać sobie te pytania i poszukiwać na nie pozytywnych odpowiedzi, bowiem jesteśmy narodem i krajem, który ma swoje miejsce w historii świata i Europy, a także może mieć realny wpływ na przyszłość naszego regionu i kontynentu.
Warto przypomnieć, że szczególnie dynamiczne przeobrażenia przeszedł świat w wyniku II wojny światowej. Zmieniły się granice w Europie. W wyniku ustaleń w Jałcie i Poczdamie Polska wróciła na ziemie piastowskie w stabilnych granicach, stała się państwem jednonarodowym, w przeciwieństwie do II RP rozdzieranej przez konflikt z narodami na wschodzie i zagrożenia od zachodu i północy.
W ramach tworu państwowego – Polski Ludowej i istniejących w latach 1945-90 realnych sojuszy w Europie, gwarantem polskich granic był ZSRR, bowiem jako mały kraj, takich gwarancji sami nie byliśmy w stanie sobie zapewnić.
Granica Polski na wschodzie opierała się i opiera na tzw. Linii Curzona, będącej pierwotnie brytyjską koncepcją graniczną po wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyjął ją Stalin po przetargach w Teheranie i Jałcie, i w 1944 roku uzyskał zgodę PKWN na jej pozostawienie, jako trwałej granicy Polski na wschodzie. Rozwiązanie to potwierdzili alianci zachodni. Dziś granica ta nie jest kwestionowana, Rosja nie formułuje wobec Polski żadnych roszczeń granicznych. Niemniej na Ukrainie znajdujemy w ostatnich latach akcenty sił nacjonalistycznych dotyczące przynależności Przemyśla, Chełma i Hrubieszowa do tradycji i historii tego państwa.
Pomimo, że zmiana w układzie sił światowych nastąpiła w roku 1990 wydawać by się mogło, że Polska osiągnęła stan bezpieczeństwa, to tak wcale nie jest. Trwająca rywalizacja o przywództwo światowe powoduje zagrożenia naszego interesu narodowego. Poszukiwanie gwarantów naszego bezpieczeństwa, mimo przynależności do NATO nie wydaje się być zakończone, mamy bowiem w tle nieporozumienia (a może spór) pomiędzy USA i częścią państw Europy Zachodniej, które kwestionują między innymi wspólnotę tzw. Zachodu opartą o dominację amerykańską.
Rządząca w Polsce koalicja prawicowa próbuje rozwijać wielowymiarowy dialog i stosunki z USA, widząc w tym budowę gwarancji naszego bezpieczeństwa. Polityka ta napotyka na zróżnicowane opinie, również w obozie szerokiej prawicy. Na przykład prof. Stanisław Bieleń pisze, że „…afektywny stosunek do Rosji, przedstawianej w czarnych barwach, służy konstruowaniu polskiej tożsamości jako państwa zwasalizowanego wobec Ameryki. Z enuncjacji polskich polityków odwiedzających Stany Zjednoczone, można wywnioskować, że najważniejszym celem polskiej dyplomacji jest oparcie gwarancji amerykańskich dla bezpieczeństwa Polski na sojuszu antyrosyjskim”.
Wydaje się, że ostatnie wydarzenia, szczególnie treść i ton listu ambasador USA do polskiego premiera, jak też realne istniejący układ sił w naszej części kontynentu opierający się o rozbieżne interesy największych graczy: USA, Niemiec i Rosji powinny rodzić dziś, i w dalszej perspektywie takie działania polityczne polskich władz, które biorą pod uwagę przynajmniej nasze doświadczenia historyczne, szczególnie te z lat 1795, 1918 i 1939.

TVP przekroczyła kolejny próg rusofobii

Odpowiedzialni za przygotowanie tego programu powinni stanąć przed sądem za szerzenie ksenofobii i epatowanie totalitarną symboliką.

 

Polska TVP wczoraj w tle miała twarz prezydenta Rosji stylizowaną na symbol trupiej czaszki z gazu Cyklon B – którym truto – mordowano Żydów i inne ofiary obozów hitlerowskich w komorach gazowych, a napis Rosja stylizowano pod runy SS – czyli organizację nazistowską skazaną przez Trybunał Norymberski jako zbrodniczą.

 

Art. 136. Kodeks Karny

§ 1. Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dopuszcza się czynnej napaści na głowę obcego państwa lub akredytowanego szefa przedstawicielstwa dyplomatycznego takiego państwa albo osobę korzystającą z podobnej ochrony na mocy ustaw, umów lub powszechnie uznanych zwyczajów międzynarodowych, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§ 2. Kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej dopuszcza się czynnej napaści na osobę należącą do personelu dyplomatycznego przedstawicielstwa obcego państwa albo urzędnika konsularnego obcego państwa, w związku z pełnieniem przez nich obowiązków służbowych, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 3. Karze określonej w § 2 podlega, kto na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej publicznie znieważa osobę określoną w § 1…

 

Ps. Każdy obywatel RP ma prawo do zgłoszenia tego przestępstwa do prokuratura jak również organizacja pozarządowa na terenie całego kraju bo taki jest zasięg TVP. Zgodnie ze stosownymi przepisami prokuratura ta przekaże sprawę do wyjaśnienia prokuraturze rejonowej na terenie właściwości, której znajduje się studio TVP Info. Jest to przestępstwo ścigane z urzędu, ale ktoś musi dać znać prokuraturze.
Przypominam, ze za znieważającą karykaturę Jana Pawła II , sąd RP skazał Jerzego Urbana za znieważenie głowy obcego państwa, więc gdzie jest dziś prokuratura?

Nie wierzcie antykomunistom

Karol Modzelewski, uznawany za skutecznego ongiś bojownika o prawa pracownicze i inne zjawiska z gruntu miłe lewicy, awansował dość szybko na jednego z jej bohaterów w III RP. Czy z braku lepszego dżemu, czy dlatego, że nie wpisał się dostatecznie miękko w transformacyjne narracje? Chyba jednak głównie z powodu naiwności odbiorców jego komunikatów. Szkoda, że ujawnia się to po raz kolejny; tym bardziej, że nie zanosi się, by i przy tym ostrym zakręcie ktoś zechciał pokusić się o wnioski i zmiany.
Wspomniany działacz i komentator był uprzejmy niedawno zabrać głos w sprawie polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Stwierdził, iż instalacja niezwykle drogiej bazy wojsk amerykańskich w Polsce o kuriozalnej nazwie roboczej Fort Trump to pomysł znakomity, ale ze względu na mroczne chmury PiS-owszczyzny, które zawisły nad Polską, nierealny. A dokładniej, powiedział, że byłby to projekt zbieżny z polską racją stanu, ale Duda i Kaczyński na pewno to spieprzą.
Cokolwiek zdumiewa podobna opinia z ust człowieka szczycącego się krytycznym myśleniem. Każdy bowiem, komu udało się zachować elementarną przytomność umysłu w tych dziwacznych postczasach III i IV RP zdaje sobie sprawę, że inwestycja 2 mld dolarów w jankeskie zabawy z bronią jest po prostu szkodliwym idiotyzmem. Jeszcze bardziej zaskakuje jednak konstatacja, iż prominenci PiS-u mieliby się do tego nie przyłożyć. Modzelewski myli się więc wielokrotnie i daje dowodny wyraz temu, iż cała ta jego niemal trzydziestoletnia kawalkada przeciw ułomnościom polskiej transformacji jest pustą pozą, wentylem bezpieczeństwa wkręconym w niszę.
Nikt inny przecież nie zrobi tego lepiej niż właśnie obecny rząd. Jedyną treścią „polityki”, którą prezes i prezydent proponują społeczeństwu, jest wszak emocjonalna huśtawka i żonglowanie symbolami. A jednym z najważniejszych z tychże jest fantazmat groźnej Rosji, fałszywie zreinkarnowego ZSRR, które wraz z cyrkową kopią Reagana okupującą obecnie Biały Dom, trzeba pilnie ponownie obalić. Niczego innego duet ten nie rozegra lepiej, niż właśnie kolejnego festiwalu brzdękania szabelką na Moskwę. A jeśli da się przy tym zademonstrować hiperserwilizm utrzymując komediowo-lokajską nazwę, to będzie to sukces wielkiej miary i materiał do PR-owej eksploatacji na dekady wprzód.
Natomiast twierdzenia o rzekomej zgodności rusofobicznych ekscesów za obłędne pieniądze, to dowód na myślenie magiczne, że się tak wyrażę – najgorszego sortu. W polityce jeszcze bardziej groźne od lekkodusznej, infantylnej naiwności. Jeżeli ktoś uważa, że jedna baza jankeskich wojsk w Polsce stanowi jakiś realny czynnik awersyjny dla wyimaginowanej przez chore umysły rosyjskiej nawały, to polecić można takiej osobie jedynie wycieczkę do kuchni, wyszukanie najcięższej dostępnej tam patelni i wymierzenie sobie nią ciosu prosto w czoło.
A jednak okazuje się, że Modzelewski tak właśnie sądzi. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne, albowiem dla mnie Modzelewski nie był, nie jest i nie będzie żadnym punktem odniesienia. Reprezentuję nurt lewicy w Polsce praktycznie nieobecny – czyli lewicę nieantykomunistyczną. Ale wyobrażam sobie zgrzyty zębów i obfite bóle wiadomego fragmentu anatomii, tych, którzy żyją nadętymi ponad wszelką przyzwoitość legendami Kuronia i Modzelewskiego właśnie. Oraz, ma się rozumieć, innych eksponentów frymuśnej lewicy, która wprawdzie nie lubi PO, PiS-u, czy Balcerowicza, ale jeszcze bardziej nienawidzi PRL-u i Rosji. Ja od początku swojego świadomego życia w Polsce z radością popluwałem okazjonalnie na zachwyty i westchnienia polskiej lewicy wobec takich ośrodków jak Nowy Obywatel, Tygodnik Powszechny czy Gazeta Wyborcza oraz na jej perwersyjne do granic obrzydliwości z nimi romanse. Ich wspólnym mianownikiem jest oczywiście antykomunizm i nieodłącznie podążająca z nim w parze antyrosyjska ksenofobia. Do dziś zachodzę w głowę, czy w polskiej kulturze politycznej to pierwsze jest funkcją drugiego, czy odwrotnie.
W zbiór ten wpisują się wszyscy apologeci (nawet umiarkowani) transformacji, którzy dogmatycznie odrzucają prostą tezę, iż PRL można było reformować, zamiast wysadzać w powietrze i że III RP ze swoimi Wałęsami, Mazowieckimi, Glempami, Balcerowiczami, Niesiołowskimi, Moczulskimi oraz właśnie Modzelewskimi, Kuroniami, Bonieckimi, Michnikami, Lisami i Żakowskimi nie była żadną dziejową koniecznością, tylko politycznym wyborem. Czasy bieżące poświadczają jego głupotę i ujawniają miałkość przesłanek, tudzież krótkowzroczność planistów. Polska droga do przemian prowadzi wyłącznie do PiSlandu i nigdzie indziej. Jeśli nie zaprowadziłby go Kaczyński, zrobiłby to Modzelewski, zresztą – jak sam twierdzi – lepiej.

Świętsi od papieża

PO zawiesiła swojego senatora za to, że udzielił wywiadu portalowi Sputnik. W dodatku w pochlebnych słowach wypowiadał się w nim o przywódcy Rosji, śmiał się z polskiej obsesji szukania kremlowskich agentów i dokonał obiektywnych konstatacji ekonomicznych.

 

Przeczytałam wywiad Macieja Grubskiego z Agnieszką Piwar na portalu Sputnik Polska. Absolutnie nie jest mi politycznie po drodze z rozmówczynią senatora, ale nie w tym rzecz. Za wywiad ten Grubski został zawieszony oraz odsądzony od czci i wiary przez kierownictwo partii. Więcej, został nawet oskarżony o szkodzenie polskim interesom. W zasadzie każdy kulturoznawca, filolog czy współpracownik zagranicznej firmy mógłby być oskarżony o wspieranie obcej agentury. Dokładnie to w istocie pokazuje w swoim wywiadzie senator PO, żartując, że jako przewodniczący Polsko-Irańskiej Grupy Parlamentarnej, agentem zostałby z automatu już dawno, gdyby wszyscy byli wyczuleni na „wątki irańskie” tak samo jak na „rosyjskie” w debacie publicznej, działalności fundacji czy biznesie.

Jak dla mnie Grubski oberwał za niewinność. Tym bardziej, że w tekście postawił ważne pytania: po pierwsze o trwałość sojuszy z USA, które za wszelką cenę podtrzymujemy, po drugie o sens wtrącania się Polski w politykę wewnętrzną Ukrainy, po trzecie zaś o realne koszty sprowadzania gazu i ropy od Amerykanów i Saudów.

Ponadto powiedział Grubski wprost – tak samo jak ojciec urzędującego premiera – że dobre stosunki polsko-rosyjskie jak najbardziej leżą w naszym interesie. Szczerze mówiąc, doszukiwanie się w tym agenturalnych inspiracji czy próby realizacji obcych interesów uważam za ogromną nadinterpretację.

„Owszem, w historii bywało różnie: trudno, łatwo, przyjaźnie, wrogo. Na przykład w czasach PRL gospodarcze relacje z Rosją (a właściwie z ZSRR) nie do końca były wtedy dla Polski korzystne, ale były” – mówi senator. Cóż w tym sensacyjnego?

„Wymyśliliśmy sobie wtedy, że wspierając Ukrainę będziemy mieli bufor bezpieczeństwa w stosunku do Rosji” – to fragment o Majdanie. Jest to fragment, w którym Grubski przyznaje, że jego samego ta koncepcja jeszcze 4 lata temu w pełni przekonywała, ale rzeczywistość zmusiła go do weryfikacji tych tez.

„Dzisiaj zastanowiłbym się nad moim udziałem w ruchu rewolucyjnym na Ukrainie, ponieważ i tak tymi działaniami nie spowodowaliśmy pozytywnych zmian w tym kraju” – owszem, to mogło się nie spodobać kierownictwu, bo de facto podważa jego nieomylność, do której podważenia nie wszyscy jak widać dojrzeli.

Przez zawieszenie Grubskiego i nadanie całej sprawie atmosfery skandalu Platforma pokazała, że niczym się de facto nie różni od ogarniętego teoriami spiskowymi Antoniego Macierewicza, po drugie – że jest całkowicie niezdolna do podjęcia dyskusji we własnym gronie. O ileż ciekawiej byłoby, gdyby Grubskiego do debaty o Rosji zaprosił któryś z partyjnych kolegów i podjął rozmowę na argumenty. A tak, pozostaje wrażenie, że po pierwsze istnieje krąg zakazanych mediów, do których nie wolno chadzać i zestaw poglądów, których nie wypada mówić głośno. Mimo że w zasadzie Grubski oprócz postawienia kilku niewygodnych pytań nie powiedział nic rewolucyjnego.

Czerwona gorączka opanowała całą Amerykę

Wirus antyrosyjskości po raz kolejny dotarł do Stanów Zjednoczonych. Choroba, na którą chronicznie cierpi Polska, zaczęła obecnie zbierać żniwo w USA. Trudno wyrokować czy i jak długo będzie na nią odporny Donald Trump, tym bardziej, że pierwsze jej symptomy można zaobserwować już nie tylko w jego macierzystej Partii Republikańskiej, ale także w łonie samej prezydenckiej administracji.

 

„Byliście państwo świadkami prawdopodobnie jednego z najbardziej haniebnych wystąpień amerykańskiego prezydenta podczas spotkania z rosyjskim przywódcą, z pewnością najbardziej haniebnego z tych, które obserwowałem” – to słowa Andersona Coopera, gwiazdy publicystyki CNN, który w ten sposób skomentował niedawną konferencję Trumpa z Władimirem Putinem w Helsinkach. Jego zdaniem, podobnie jak zdaniem większości liberalnych i konserwatywnych komentatorów w USA, już samo spotkanie z rosyjskim prezydentem nosiło znamiona zdrady narodowej. Czarę goryczy przelało zaś odżegnanie się Trumpa od kategorycznego oskarżenia Moskwy o ingerowanie w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 r.

To właśnie niespodziewana wygrana Trumpa sprzed dwóch lat skierowała uwagę amerykańskich publicystów i polityków w stronę Rosji. Wytłumaczenia sensacyjnej skądinąd porażki Hilary Clinton zaczęto doszukiwać się nie w zmęczeniu części społeczeństwa liberalną gospodarką, lecz w ingerencji rosyjskich hakerów. Wytłumaczenie proste, ale nader skuteczne. Tworzone przez Moskwę strony internetowe i fałszywe profile w mediach społecznościowych, krytykujące Clinton i sprzyjające Trumpowi, miały zatem przechylić szalę zwycięstwa na korzyść tego drugiego. Z pomocy Rosjan Trump miał korzystać także bezpośrednio, wysyłając swoich ludzi na spotkania m.in. z rosyjskim ambasadorem. Wysocy członkowie kampanii Trumpa spotykali się również z przedstawicielami Izraela i Arabii Saudyjskiej, ale o tych kontaktach media amerykańskie informują jakby mniej.

Nie ulega wątpliwości, że wiele z kont w mediach społecznościowych zostało założonych w Europie Wschodniej, przede wszystkim w Macedonii. To stąd wynajęci internauci podrzucali fałszywe, ale i prawdziwe oskarżenia wobec kandydatki Partii Demokratycznej. Jak się okazało, znaczna część z nich była powiązana z rosyjskimi służbami. Trudno jednak zmierzyć ich rzeczywisty wpływ na przebieg prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych. Co prawda, źródła internetowe odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu sympatii politycznych, jednak konserwatywni biali wyborcy w średnim wieku – a tacy stanowili większość elektoratu Trumpa – nadal czerpią wiedzę przede wszystkim z „tradycyjnej” telewizji, zwłaszcza z Fox News. Trudno także jednoznacznie wykluczyć podobną działalność służb innych państw. Jednak mówi się i pisze wyłącznie o Rosji.

Od momentu wyboru Trumpa na prezydenta, amerykańskie media nie ustają w sugerowaniu, że zawdzięcza on swój urząd przede wszystkim Rosjanom. Co jakiś czas pojawia się także plotka o kompromitujących nagraniach wideo, którymi Kreml szantażuje amerykańskiego prezydenta. Ma to tłumaczyć jakoby nad wyraz pojednawczy stosunek Trumpa do Putina. Przy czym jeszcze kilka lat temu te same media przyklaskiwały tzw. resetowi w relacjach USA z Rosją, zapoczątkowanemu przez poprzedniego prezydenta Baracka Obamę. Prawda, że od tego czasu Krym znalazł się pod okupacją rosyjską, jednak i pozostali główni partnerzy USA, w tym Chiny, wcale nie prowadziły wyjątkowo pokojowej polityki. Tymczasem Xi Jinping, który niedawno załatwił sobie dożywotnie przywództwo i zakończył liberalny zwrot w kraju, przedstawiany jest przez amerykańskie media niczym mąż opatrznościowy światowego pokoju i wolnego handlu.

„Czerwona gorączka”, jak zwykło nazywać się antyrosyjskie nastroje, nie jest niczym nowym w USA. Już pod koniec XIX w. prasa amerykańska rozpisywała się na temat rosyjskich anarchistów, którzy mieli masowo przybywać do Stanów Zjednoczonych po to tylko, aby je zniszczyć od wewnątrz. Po zakończeniu I wojny światowej kraj opanował strach przed bolszewikami, skrywającymi się pod płaszczykiem imigrantów z Europy Wschodniej. To wówczas rozpoczęto deportacje z USA na niespotykaną dotąd skalę. Kilkaset mężczyzn i kobiet zostało wydalonych do Rosji tylko dlatego, że wzięli udział w strajku lub czytali socjalistyczną prasę. Dodatkowo wielu z nich niezgodnie z prawem pozbawiono amerykańskiego obywatelstwa. Kolejny ras antyrosyjski wirus zaatakował USA w latach 50., kiedy senator Joseph McCarthy „czyścił” państwowe urzędy z radzieckich szpiegów. Wystarczyło, aby ktoś wziął udział w spotkaniu Partii Komunistycznej USA, aby stracić pracę czy nawet trafić do więzienia. Mechanizm zawsze był ten sam: uwagę zmęczonego i poróżnionego społeczeństwa kierowano w stronę kozła ofiarnego, zaś każdą próbę krytyki istniejącego systemu uważano za „antyamerykańskie” zachowanie.

Nic tak nie spaja społeczeństwa jak wróg zewnętrzny, o czym wielokrotnie przekonywaliśmy się i nadal przekonujemy w Polsce. Prawda ta jest jeszcze dłużej znana w USA. Dlatego demokraci przy każdej okazji wypominają Trumpowi „prorosyjską” postawę. Ich zdaniem ma być ona spłatą długu za pomoc w wygraniu wyborów prezydenckich. Naprawdę zaś chcą w ten sposób odwrócić uwagę od własnych błędów, które doprowadziły ich do utraty Białego Domu i większości w Kongresie. Antyrosyjski wirus zainfekował nawet znaczną część Partii Republikańskiej. Konserwatywne elity przestraszyły się posądzenia o wspieranie „antyamerykańskiej” polityki obecnej administracji. Dotychczas bowiem to właśnie republikanie lubowali się w oskarżaniu o „antyamerykańskość” swoich przeciwników. Co więcej, część administracji prezydenckiej, w tym sekretarz stanu Mark Pompeo, przestraszyła się medialnej nagonki i zdystansowała się od pojednawczych słów Trumpa.

Polityka wewnętrzna i zagraniczna Donalda Trumpa obfituje w błędy i nagłe zwroty. Również sam prezydent pozostawia wiele do życzenia. To za jego przyczyną światem targają obecnie konflikty i emocje, których można by z łatwością uniknąć. Ta negatywna ocena nie zmienia jednak faktu, że sprowadzanie go do roli rosyjskiej marionetki – a taki wydaje się być przekaz głównych amerykańskich (ale i polskich) mediów – to droga prowadząca do pogłębienia już istniejących problemów i tworzenia nowych. Tymczasem poprawa stosunków na linii USA – Rosja leży nie tylko w interesie obu państw, ale także Polski i całej Unii Europejskiej. Uświadomienie sobie tej prostej prawdy to najlepsza szczepionka przeciwko antyrosyjskiemu wirusowi.

Polska-Rosja. Rozgrywki, animozje czy złudzenia

Najłatwiej mieć przyjaciół daleko. Francja, Węgry, czy nawet USA to od zawsze wprost wymarzeni przyjaciele Polski.

 

Trudne sąsiedztwo

Czy mieliśmy kiedyś z tymi krajami kiedyś jakieś spory graniczne? Nigdy. Najtrudniej bywało nam zawsze z Niemcami, Rosją i Ukrainą, (choć trudno zaprzeczyć, że ta ostatnia funkcjonuje w naszej historii, jako część dawnej Rzeczypospolitej). Przelano tam mnóstwo krwi – ale jednak trzeba przyznać, że to podobna do naszej mentalność i kultura. Pretensje do Polski miewa też Litwa, choć nasz naród nie wie do końca, o co właściwie Litwinom chodzi.
Oczywiście wszyscy wolimy tłumaczyć sobie, że po prostu mamy, „wrednych” sąsiadów. Szkopuł w tym, że oni mniemają o nas to samo. Napoleon mawiał, że aby prowadzić politykę, należy siąść nad mapą i popatrzeć, gdzie jesteśmy – bo właśnie to określa politykę państwa. Nasza aktualna klasa polityczna stara się mniemać, że „wrednych” sąsiadów da się może odsunąć lub napuścić na nich mocniejsze państwa.
Co do „odsuwania” sąsiadów: śmiem wątpić, by komuś się to udało. W przypadku naszych stosunków z Rosją winne jest budzenie zjaw, animozji i lęków, które dawno winny być pogrzebane. Wielkie historyczne krzywdy – choć prawdziwe – nie powinny jednak aż tak ciążyć na naszych wzajemnych odnoszenia. Rzeczywiste problemy między Polską i Rosją znajdują się dziś w zupełnie innych sferach, natomiast budzenie złych duchów przeszłości tylko utrudnia ich rozwiązywanie na bieżąco. Przepędźmy zjawy ciemnych nocy, budzenie tych potworów służy wyłącznie politykierstwu do osiągania drobnych wiktorii.

 

Wspólny wróg

W czym jak, w czym, ale nasza współczesna „grupa trzymająca władzę” w znajdowaniu wrogów spisuje się akurat na piątkę.
Józef Stalin powiedział kiedyś do swojego Biura Politycznego: „Jesteście jak ślepe kocięta, nie potraficie znaleźć wroga,, – on to potrafił. Wiadomo, nic tak nie jednoczy układu jak wspólny, wróg. Dlatego, gdy ongiś rozstrzeliwano wrogów bolszewizmu, ci umierali z imieniem Stalina na ustach. Nie przypuszczali , że zaliczono ich do kategorię wrogów, bo taki był polityczny zamysł ,,Ojca Narodów,,.
W tej chwili Rosja ma realne problemy z granicami – ale nie na zachodzie, ale na południu i dalekim wschodzie. Zbrojny, fanatyczny islam już od dawno prowadzi z nią otwartą wojnę. Zaś daleki wschód to wielkie Chiny, których rosnący potencjał burzy równowagę sił na przedpolach wielkiej Syberii.. Brak przyrostu naturalnego nawet w Polsce jest problemem, a co dopiero w Rosji – to już wręcz narodowa tragedia. Wielkie obszary Syberii wyludniają się. A co będzie za 20 lat, gdy większość kraju Chabarowskiego będą stanowić Chińczycy, którzy demokratycznie wybiorą swojego własnego gubernatora? Od lat już tam, rosyjskie kobiety chętniej wychodzą tam za mąż za Chińczyków, bo to po prostu robotne chłopy. Z tego powodu Putin ma słaby sen.
Gdyby nie polskie podjudzanie przeciw Rosji, Żyrinowski i jego wielkoruscy pobratymcy nie mieliby ze swoim ultra nacjonalizmem racji bytu, a tak dostarczamy im oręża. Nasza napuszona wrogość zasadza się przede wszystkim na budowaniu szowinizmu poprzez upraszczanie historii, to budują do nas wrogość i scala putinowski blok polityczny trzymający władzę. Prawda jest jednak taka, że mamy dziś wprost wymarzoną sytuację geopolityczną. Między nami a Rosją powstały państwa buforowe, które w swoim własnym interesie blokują ewentualne imperialne zapędy wielkiego sąsiada.

 

Ktoś zapyta: „a co z Bratnią Ukrainą”?

Przecież została ona rozgrabiona przez Rosję. Cóż, to nie my dawaliśmy jej gwarancje bezpieczeństwa i zwartości terytorialnej. To wielcy tego świata podjęli się tej roli, z której dziś nie kwapią się wywiązać. By wystąpić na Mundialu, trzeba pokazać umiejętności i wiarę we własne siły. By rozwiązywać skutecznie problemy naszego Ukraińskiego sąsiada, trzeba mieć pieniądze i sprawną armię. Nie mamy sprawnej i wyposażonej armii, ale za to nie mamy własnych pieniędzy. Tymczasem szczęśliwie, choć wstydliwie wykluczono Polskę z grupy państw negocjujących układ pokojowy dla Ukrainy. Sami Ukraińcy zresztą to zrobili. Nasze paternalistyczne ciągoty, że będziemy Ukrainę promować i ją wprowadzać do europejskich struktur, sama Ukraina już dawno „olała”. I dobrze, bo tu nie da się wynegocjować dobrego układu.
Popatrzmy na innych naszych sąsiadów: Węgry, Słowację, Czechy. Te państwa również są Ukrainie życzliwe, ale nie narzucają się jej jak Polska. Problem ukraiński jest złożony i tak jak każdy konflikt małżeński – nie da się rozwiązać z zewnątrz. Kto za mocno miesza się do sporów małżeńskich, może dostać po głowie i od jednej i od drugiej strony.
Złożoność problemu ukraińskiego polega na tym, że żyją tam miliony obywateli tego kraju, etnicznie będący Rosjanami. Tak jak Słowacja i Czechy dokonały rozwodu swoimi własnymi siłami, tak podobny podział musi dokonać się również na Ukrainie. Jeżeli brak takiej woli na miejscu – należy pomóc w utrzymaniu separacji i na tym poprzestać.
Straszenie nas przez polską prawicę i obóz władzy, że Rosja zajmie Ukrainę i później zajmie też Polskę – jest właśnie esencją polityki szukania wroga. Rosja nie podejmuje nawet wysiłku, by zajmować po kolei etniczne ukraińskie części tego państwa. Wcale nie jest zainteresowana „zjadaniem Ukrainy po kawałku”, ów konflikt traktuje teraz wręcz, jako drugorzędny wobec swojego zaangażowania w Syrii. Ta opinia jest tylko moja, bo cała polska klasa polityczna twierdzi inaczej, budzenie strachów zjednuje każdemu politykowi nimb zapobiegliwego męża stanu, a ja jestem skromnym mężem swojej żony i to mi wystarcza.
Polska nie ma z Rosją żadnych własnych bieżących geopolitycznych sporów. Nasze pretensje w większości kręcą się wokół przeszłości – i to głownie tej stalinowskiej. Łatwo oskarżamy Rosjan o wszelkie niegodziwości i wrogość, ale zdajmy sobie sprawę, że nie jest to takie proste, ten bolszewicki krwawy reżim tworzyli też Polacy, Dzierżyński wręcz zbudował fundament trwałości tego systemu. Zresztą największą ofiarą tej rewolucji byli sami Rosjanie i Ukraińcy. My Polacy wiele ucierpieliśmy od bolszewizmu, ale nie można wszystkich win automatycznie przenosić na Rosjan. Niemcy jednak potrafią to rozróżnić. W tej chwili nasze napięcie w stosunkach Z Federacją Rosyjską wynika z faktu, że Rosja działa w Syrii i jest to wyzwaniem dla USA. Czy my mamy środki i wolę polityczną by wikłać się tą rywalizację. Konflikt wynika z tego, że USA rywalizują w Syrii z Federacją Rosyjską, więc korzystają z napuszonej polskiej wrogości do Rosji, umieszczając na naszym terenie swoje siły zbrojne. Węgry, Słowacja, Czechy już nie okazują takiego nastawienia. W moim przekonaniu rozgrywki na tym poziomie nie są naszą domeną, nie jest to nasz wagomiar.. Tylko współpraca z Unią gwarantuje nam stabilną przyszłość, a właśnie Unię najbardziej lekceważymy. Mimo wszystkich słabości Unii sytuacja jest jak w starym przysłowiu ,,lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć”.
Tak jak rozgrywki mundialowi szybko pokazały, gdzie nasze miejsce, tak i aktualna rozgrywka polityczna daleko przekracza nasze możliwości i zdolności. Sztuką jest budowanie relacji z bliskimi sąsiadami, z dalekimi one zawsze same z siebie się ułożą.

Wojna hybrydowa czy fascynacje rusofobów

Znajomi pełni obaw i troski odradzający mi wyjazd. Żona żegnająca mnie wręcz ze łzami w oczach, pełna lęku o mój los. Tak reagowano, gdy w maju, wyjeżdżałem na press-tour wraz grupą polskich dziennikarzy dzięki Fundacji im. Gorczakowa do Rosji.

 

Przecież, „jak wszyscy nad Wisłą wiedzą”, trwa wojna. Hybrydowa wprawdzie, cokolwiek to znaczy, ale zawsze wojna. Wszak nasze niezależne i obiektywne media i demokratycznie wybrani politycy, informują nas stale, że bronimy się walecznie przed „rosyjską agresją”. W tych warunkach mój wyjazd do Moskwy i Petersburga, urastał wręcz do rangi postaw heroicznych, wszak w wojenny czas jechałem do „jaskini lwa”.

 

Inauguracja prezydenta Putina i Kreml

Pierwszy dzień pobytu był znamienny, gdyż przypadł w dniu inauguracji prezydentury wybranego na nową kadencję Władimira Władimirowicza Putina. Prezydent Rosji w swym wystąpieniu nakreślił główne cele tej kadencji i warto zauważyć, że strategiczna osią tych działań ma być przełom w sferze ekonomii i radykalna poprawa sytuacji oraz warunków życia obywateli Federacji Rosyjskiej. Szereg spotkań, także tych spontanicznych, na ulicach Moskwy potwierdza, że wbrew antyrosyjskiej propagandzie, prezydent Władimir Putin cieszy się powszechnym poparciem swojej wizji Rosji oraz szacunkiem dla swojej pracy na rzecz państwa i wielonarodowego, wielokulturowego i multireligijnego społeczeństwa współczesnej Rosji. W wystąpieniu prezydenta Rosji o żadnej wojnie, w tym hybrydowej z Polską, słowo nie padło. Wprawdzie, co stwierdziłem osobiście, lądowisko śmigłowców prezydenckich na Kremlu osłaniają systemy przeciwlotnicze, to w obliczu współczesnych zagrożeń terrorystycznych nie dziwi. Jedyną „wojnę” jaką wykryłem, to wojna o czystość złotych kopuł kremlowskich soborów, którą toczą specjalnie hodowane kremlowskie jastrzębie, polujące na brudzące gołębie.

 

Wnuczka marszałka Rokossowskiego

Skoro czas wojenny, to spotkaliśmy się z wnuczką marszałka Polski i ZSRR Konstantego Rokossowskiego, redaktorką „Rossijskiej Gaziety” Ariadną Rokossowską. Mówiąca piękną polszczyzną, wnuczka najmłodszego i w ocenie wielu historyków najzdolniejszego radzieckiego marszałków okresu II Wojny Światowej, przybliżyła nam szereg anegdot i ciekawostek z życia wielkiego przodka. Marszałek Rokossowski, w przeciwieństwie do Żukowa i wielu innych dowódców radzieckich tego okresu, słynął nie tylko z wielkich talentów militarnych (choćby autorska operacja „Bagration”), szczęścia żołnierskiego, ale i szacunku dla życia swych podwładnych. Marszałek, oficer radziecki z pochodzenia Polak, represjonowany i torturowany przez NKWD, do końca swych dni uważał się za Polaka, miał polski mundur i zostawił ciekawe wspomnienia, które warto przeczytać. Pani redaktor, walczy o dobrą pamięć o swym pradziadku, wojną tego jednak nie nazywa.

 

W „centrum dowodzenia wojną hybrydową” o wojnie też nic nie wiedzą

Z drżącym sercem przekraczałem progi słynnego wieżowca redakcji „Rossija Siewodnia”. Wszak to tu, jak od lat piszą polskie media, kryją się tysiące „trolli” i „rosyjskich hakerów”, którzy na rozkaz samego prezydenta Putina prowadzą wojny hybrydowe. Wojny, w których według zachodnich mediów odnoszą sukcesy takie jak wybór prezydenta Trumpa w USA. Dyrektor Centrum Projektów Międzynarodowych Agencji Informacyjnej i Radio Sputnik, Dmitrij Gornostajew, oprowadził nas otwarcie po redakcjach, w tym niemieckiej, amerykańskiej, chińskiej, irańskiej a nawet polskiej. Wprawdzie każda z dziesiątek redakcji jest większa niż nasz PAP, to trudno mówić o tysiącach zasiedlających wieżowce. Profesjonalizm, wysokiej klasy sprzęt robił wrażenie. Jednak otwartość zaprzeczała twierdzeniom o „tajnych obiektach” i „tajnych operacjach”. Co szokowało? Młodość tak pracowników jak i kadry zarządzającej, co przekłada się na entuzjazm i dynamikę pracy, co było odczuwalne. Wszechobecne było zdziwienie gospodarzy, skąd wściekłe ataki na „Russia Today” ze strony niektórych środowisk politycznych z Zachodu. Wszak wolność słowa i prawo dostępu do informacji to kanon zachodniej demokracji. Skoro media zachodnie ze swym punktem widzenia obecne są w Rosji, to co jest strasznego w tym, że w ramach pluralizmu informacyjnego społeczeństwa krajów zachodnich poznają rosyjski punkt widzenia? Kierownictwo RT podkreślało, że wiele faktów i wydarzeń przekazuje tylko „Russia Today” gdyż ma tysiące korespondentów na całym globie, zatem eliminacja RT ma podłoże w czystej zawiści merytorycznej i chęci wykluczenia rynkowego konkurenta.

 

Kolacja z „generałem wojny informacyjnej” kochającym muzykę Chopina

W ramach wizyty, mieliśmy zaszczyt spotkania a potem kolacji z Turałem Kerimowym, zastępcą szefa Agencji Sputnik. Przemiły, błyskotliwy, o szerokiej wiedzy, nie przekraczający 30-ki młody człowiek, głęboko wierzący wyznawca Islamu, prowadził z nami kilkugodzinny dialog. Cięte riposty i głębokie przekonanie do wygłaszanych, niekiedy stanowczych ocen i sadów, w ramach toczonej z nami – polskimi dziennikarzami polemik, nie przesłaniały jednak głęboko humanistycznej osobowości dyrektora. Ten przedstawiciel elity rosyjskiej młodego pokolenia, meloman słuchający w samochodzie muzyki Fryderyka Chopina, wygłosił kilka interesujących sądów. Dyrektor ocenił prawo Wielkiej Brytanii do pouczania Rosji w kontekście spreparowanej prowokacji Wielkiej Brytanii związaną z rzekomym otruciem Skripalów oraz postawę jej dziennikarzy na konferencji w Genewie, dokąd Rosjanie przywieźli świadków potwierdzających ustawkę i wyreżyserowanie użycia broni chemicznej w Dumie w Syrii nad wyraz barwnie. „Jeśli uznasz, że prostytutka ma prawo uczyć Cię moralności, to czymże dla Ciebie będzie wówczas sama moralność?”. W odpowiedzi zaś ma moje zastrzeżenie, że Rosja nigdy nie będzie Polski traktowała partnersko, choćby poprzez fakt swej terytorialnej wielkości czy fakt że jest supermocarstwem jądrowym skontrował mnie nie mniej barwnie. „Mylisz się Krzysztof całkowicie. Potężny mężczyzna, wobec subtelnej kobiety zachowuje się ze szczególną delikatnością. Czyż nie? Tak musi postępować Rosja względem Polski, jeśli chce coś osiągnąć. Rosja nigdy nie będzie się zachowywała wobec Polski tak jak względem silnych Niemiec czy USA”. I na koniec Tural Kierimow wyraził znamienną opinię. „Musimy doprowadzić do dialogu pomiędzy Polską i Rosją, póki żyją Ci co pamiętają normalne relacje między obu naszymi krajami. Jeśli pozostawimy to pokoleniom wychowanych w konfrontacyjnej atmosferze, ułożenie dobrosąsiedzkiego dialogu będzie niezwykle trudne o ile niemożliwe”. Musze przyznać, że nie podzielając do końca kilku opinii, trudno mi się z dyrektorem było nie zgadzać. Z racji zawodowych specjalizacji, wszak od lat opisuję konflikt wojenny w Syrii, dyrektor Sputnika zaskoczył mnie dodatkowo. W obliczu szczegółowej wiedzy Turała, który zjeździł Syrię wzdłuż i wszerz, jego znajomości kulisów funkcjonowania assadowskiej Syrii, bliskowschodniej filozofii prowadzenia polityki, momentami w dyskusji z Nim wymiękałem. Ze smutkiem muszę też skonstatować, że daleko naszym młodym politykom i ludziom mediów do szerokiej wiedzy, obycia i kultury jaka uderzała od młodzieży zarządzającej RT.

 

Dzień Zwycięstwa, „Paliaki sajuzniki”

Według najnowszej, jedynie słusznej wykładni historii opracowanej przez fachowców z IPN a propagowanej w PiS-landii, 9 maja to żałobny dzień – „początek drugiej okupacji’. Zatem aby nie drażnić zwycięzców II Wojny Światowej, ja „okupowany”, dla niepoznaki zamaskowałem się. Założyłem furażerkę z czerwona gwiazdą, bluzę mundurową, przypiąłem gierogijewską lientoczkę i udałem się podglądać sprzęt wojenny biorący udział w defiladzie na Placu Czerwonym. Podziwiając czołgi, rakiety i samoloty, wdałem się w dialog z Rosjanami, którzy dowiadując się że jestem Polakiem, sami z siebie solennie mnie zapewniali, że nikt przy zdrowych zmysłach na Polskę nie zamierza napadać i że cieszą się ze razem z „sajuznikiem” świętują zwycięstwo nad faszystami. Wszak jak mi zakomunikowano, „my wmiestie brali Berlin”.

Po defiladzie udałem się pod „Teatr Bolszoj” gdzie spotykają się weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Z racji zaawansowanego wieku jest już ich niestety coraz mniej. I tu, przeżyłem przykry moment. Nie wiedząc gdzie uciec wzrokiem, wstydziłem się za swój kraj. Spotkałem wysokiego szczupłego weterana, o wielu odznaczeniach.

– Pan nie jest Rosjaninem – odezwał się z uśmiechem.
– Nie, nie jestem, jestem z Polski.
– Polak?
– Tak.
– Byłem w Polsce, bardzo dawno byłem w 1944, szturmowaliśmy Pragę, Warszawę-Pragę. Dużo padło naszych i waszych z rąk faszystów. – Ścisnął mi mocniej dłoń i rzekł: – Pamiętajcie o naszych chłopakach. Oni tam zostali na zawsze.

Wraz towarzyszącym kolegą, ze spuszczonymi głowami opuściliśmy Teatralną Płoszczadz, bo co odpowiedzieć staruszkowi o siwych włosach? Że pamiętamy rozwalając pomniki ku czci tych poległych, jak ten „Czerech śpiących” pomnik braterstwa broni właśnie na Warszawie Pradze-Północ?

 

Dyplomacja obywatelska ostatnią szansą uratowania dialogu Polska-Rosja?

Niezwykle ciekawym elementem podróży, było spotkanie polskich dziennikarzy dyrektorem Fundacji Wsparcia Dyplomacji Publicznej im. Gorczakowa, Leonidem Draczewskim. To wybitna postać – dyplomata, były wiceminister spraw zagranicznych Rosji, były sportowiec, ale nade wszystko były ambasador Rosji w Polsce. Mówiąc o fundacji założonej przez byłego szefa rosyjskiej dyplomacji i premiera, Jewgienija Primakowa, ambasador Draczewski wskazywał, że głównym celem fundacji jest umożliwienie spotkań i rozmów na poziomie społecznym. Ambasador wyraził żal z powodu przerwania, z polskiej inicjatywy, współpracy w ramach Polsko-Rosyjskiego Forum Dialogu Obywatelskiego. Leonid Draczewski współprzewodniczył tej inicjatywie wraz z Krzysztofem Zanussim. Podobnie Polacy wycofali się z utworzonej podczas wizyty prezydenta Putina w Polsce w 2002 roku, a reaktywowanej w 2008 r. Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych. Pan ambasador jest jednak optymistą ma nadzieję, że wcześniej czy później współpraca ta zostanie reaktywowana. Zadeklarował, że ze strony rosyjskiej jest otwartość i gotowość do dalszych działań.

Spotkaliśmy się również z kierownictwem Fundacji Rosyjsko-Polskiego Centrum Dialogu i Porozumienia, która prowadzi działania w obszarze współpracy akademickiej i kulturalnej. Obie fundacje zapraszają polskie organizacje pozarządowe i środowiska akademickie do aplikowania o środki na projekty służące rosyjsko-polskiemu dialogowi czy dyplomacji niepublicznej. Szczegółowe warunki znajdują się na stronach internetowych obu fundacji i warto tam sięgnąć wszystkim, którym obce są antyrosyjskie obsesje i „ hybrydowe wojny”. Rosjanie czekają na partnerów pośród polskich organizacji pozarządowych i akademickich. Są środki na wsparcie tych, którzy stworzą projekty opierające się na dialogu, na tym co łączy oba narody i pozwala się im wzajemnie poznawać.
Po podróży, z której miałem nie wrócić, stwierdzam: na Wschodzie bez zmian, obywatele Federacji Rosyjskiej są do Polski i Polaków nastawieni życzliwie. Wojny nie ma i ‚nie budziet”, nawet tej przez rusofobów upragnionej – hybrydowej.