Mit rosyjskiej ręki

Czołowy brytyjski dziennik wypuścił taki bubel dziennikarski, że nawet pokrewne ideowo media
nie chcą w niego wierzyć. „The Guardian” nie udźwignął zmasowanej krytyki. Nawet część tych, którzy dotychczas wierzyli, że Trumpa do Białego Domu wprowadzili Rosjanie, nie była w stanie przełknąć andronów oczerniających twórcę WikiLeaks.

 

Niewykluczone, że krucjata anglojęzycznych w sprawie tzw. Russiagate będzie powoli zmierzać do śmierci naturalnej w wyniku znużenia tematem. Teoria spiskowa mówiąca, że w 2016 r. Federacja Rosyjska celowo i we współpracy ze sztabem Donalda Trumpa przyłożyła rękę do kompromitacji Hillary Clinton, żeby wprowadzić do Białego Domu „swojego człowieka”, zdecydowanie nie trzyma się kupy, a szyta jest nićmi tak grubymi, że jej polityczny charakter jest aż nadto dostrzegalny. Owszem, liberalna opinia publiczna żyje w przekonaniu, że wrogi spisek miał miejsce, bo jej faktografię tworzą sensacyjne tytuły w „New York Times”, „Washington Post”, „The Guardian” i ich pomniejszych klonach np. w „Gazecie Wyborczej”.
Tyle, że oprócz tytułów głoszących, że „Rosja się mieszała”, że „hakerzy Purina wykradli”, że „FBI ustaliło”, że „CIA ujawnia”, nigdy nie otrzymaliśmy cienia dowodów, ani chociażby przekonujących poszlak.

 

Bolszewika goń, goń, goń!

Niezwykłą jest furia, z jaką liberałowie i NATO-lewica, żywiąc zrozumiały sentyment wobec Clinton, powtarzają, że Ameryka tkwi w szponach Putina, a każdy, kto twierdzi inaczej, jest pionkiem Moskwy. Faktycznie jednak raporty służb wywiadowczych, które zresztą powstały z naruszeniem zasad, albo pozostawały na takim poziomie ogólności jak teksty w wymienionych mediach, albo zostały wyśmiane przez specjalistów od służb i cyberbezpieczeństwa. Wątpliwym pozostaje nawet twierdzenie, że serwery Demokratów zostały zhakowane – e-maile Clinton skopiował prawdopodobnie na pamięć zewnętrzną jakiś insider. Jeżeli dokumenty CIA mające czegokolwiek dowodzić opierają się na twierdzeniach, że wszechobecność rosyjskich agentów wpływu potwierdza samo istnienie telewizji RT, to jednoznacznie polityczna rola służb, mająca na celu urobienie opinii publicznej, jest tu rozbrajająco oczywista, choć jednocześnie całkiem skuteczna.
Nie ma lepszego dowodu braku dowodów niż prawie zupełny brak efektów pracy komisji Muellera, która jest oficjalnym organem prowadzącym postępowanie w sprawie Russiagate. Niedługo miną dwa lata, a nie nie poznaliśmy ani jednego uczestnika zdrady stanu. Paul Manafort, który w 2016 r. odpowiadał za kampanię Donalda Trumpa i który wcześniej był powiązany z rosyjskimi oligarchami, siedzi obecnie w areszcie, oskarżony o korupcję i przekręty podatkowe, nie o spisek mający na celu manipulację wyborczą. Jest to jedyny praktyczny rezultat działania słynnej komisji.
Ponieważ jednak Manafort pozostaje jedyną oficjalnie oficjalnie oskarżoną „szychą”, mającą „powiązania z Rosjanami”, media rozpaczliwie próbują coś z tej gliny ulepić i chętnie wykorzystują jego postać do pisania kolejnych rozdziałów swojej teorii spiskowej. Ale „paliwa” coraz bardziej brakuje…
Kompletną kompromitację zaliczył ostatnio „The Guardian”, który postanowił „udowodnić”, że Manafort w ramach „rosyjskiego spisku” spotykał się Julianem Assange’em, założycielem WikiLeaks i jedną z głównych postaci oskarżanych przez media o zmowę z Rosją przeciwko USA. Assange od 2010 r. ścigany jest przez CIA za ujawnienie tajnych dokumentów świadczących o zbrodniach USA w Afganistanie i Iraku. Od 2012 r. nie opuszcza ambasady Ekwadoru w Londynie, korzystając z azylu udzielonego mu tam przez lewicowy rząd Rafaela Correi.
27 listopada „Guardian” opublikował na swojej witrynie tekst autorstwa Luke’a Hardinga i Dana Collynsa, którzy twierdzili, że wiosną 2016 r. Manafort w tajemnicy odwiedzał Assange’a w londyńskiej ambasadzie i miało to związek z planami ujawnienia przez WikiLeaks materiału obciążającego Hillary Clinton. Wymowa artykułu była oczywista. Tym bardziej w kontekście faktu, że ten wiodący w UK „lewicowy” tytuł już kilkukrotnie obsmarowywał twórcę WL jako „agenta Putina”. Redakcja liczyła pewnie na to, że w obecnej atmosferze da radę opchnąć publiczności dowolną bzdurę łączącą Assange’a z Rosją. I tu się pomylili.

 

Kompromitacja

Harding i Collyns, powołując się na nieokreślone „źródła”, utrzymują w swojej publikacji, że Paul Manafort widział się z Julianem Assangem trzykrotnie: w 2013, 2015 i po raz ostatni w „okolicach marca 2016 r”., czyli w okresie, kiedy Manafort objął kierownictwo nad kampanią Trumpa. Publicyści „Guardiana” nie napisali wprost, że dwaj „spiskowcy” snuli plany przysłużenia się Rosji przez umyślną kompromitację Clinton, zasugerowali jednak, że zaszła zbieżność czasowa, która uprawdopodabnia taki scenariusz. Nie omieszkali przypomnieć, że WL od dawna podejrzewane jest o udział w rosyjskim zamachu na amerykańskie wybory i że nazwisko Assange’a pojawia się w tzw. Trump Dossier, autorstwa byłego brytyjskiego szpiega Christophera Steele’a, które stało się podstawą wielu sensacyjnych doniesień na temat Russiagate.
Harding i Collyns nie podali żadnych szczegółowych informacji dotyczących rzekomej wizyty Manaforta, z wyjątkiem tego, że trwała 40 minut. Twierdzą również, że widzieli listę gości odwiedzających Assange’a w jego azylu, udostępnioną im przez ekwadorską agencję wywiadowczą Senain. Odnotowali też, że oprócz Manaforta w spisie znajdowały się „znane osobistości” oraz – uwaga! – „Rosjanie”. Jakichkolwiek konkretów brak. Tekst jest nadzwyczaj ogólnikowy i spekulatywny, jednak redakcja najważniejszego brytyjskiego dziennika, kierowana najwidoczniej niezachwianą wiarą we własną markę, uznała, że będzie on hitem.
I był. Doniesienia Hardinga i Collynsa momentalnie rozniosły się po mediach społecznościowych, jednak wbrew oczekiwaniom autorów i redakcji, błyskawicznym rykoszetem uderzyły w nich samych. Tekst spotkał się taką falą krytyki podkreślającej bezpodstawność domysłów „Guardiana”, że nawet media tradycyjnie „pompujące” Russiagate podjęły temat bardzo nieśmiało i z dużą rezerwą. Wyjątkiem były CNN i MSNBC, które rewelacje Hardinga i Collynsa powtarzały entuzjastycznie.
WikiLeaks publikację wyśmiało, jako nierzetelną i amatorską. Ekipa outletu przeciekowego oświadczyła, że gotowi są założyć się o milion dolarów i „głowę naczelnej Guardiana”, że żadne spotkanie między Manafortem a ich „ojcem założycielem” nie miało miejsca. Niedługo potem WL oświadczyło, że rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na pozew cywilny przeciwko dziennikowi. Po stronie drużyny Assange’a opowiedzieli się nawet dziennikarze dający do tej pory wiarę wszelkim rewelacjom o spisku Trump-Putin-WL, a magazyn The Hill podsumował tę wymianę ciosów jednoznacznie: „WikiLeaks miażdży Guardiana”.
W wiarygodność Brytyjczyków powątpiewał Preet Bharara, którego Trump pozbawił stanowiska nowojorskiego prokuratora i który wcześniej wiernie kibicował komisji Muellera. Były brytyjski dyplomata, dzisiaj uznany aktywista na rzecz praw człowieka Craig Murray nie zostawił suchej nitki na rzeczonym „raporcie”, twierdząc wprost, że „Guardian” publikuje coraz bezczelniejsze kłamstwa podsuwane im przez wywiad. Przypuszcza również, że Harding i Collyns są kryci przez MI6, skoro nie pierwszy już raz wypuszczają bzdurę na temat Assange’a i nie ponoszą żadnych konsekwencji.
Eks-pracownik „Guardiana” Jonathan Cook uznał publikację za dziennikarski bubel, który mógł zostać „przyklepany” przez redakcję wyłącznie dzięki temu, że w „ciemno” przyjmują wszystko, czym nęcą ich służby. Najczęściej cytowaną krytykę przedstawił Glenn Greenwald z magazynu The Intercept, który wypłynął na sprawie innego słynnego sygnalisty Edwarda Snowdena („Jedynym powodem, by zakładać, że to prawda, bez żądania dowodów, jest fakt, że duża liczba ludzi chce, by to była prawda. I „Guardian” o tym wie”). News Sniffer, serwis monitorujący media, opublikował z kolei wykaz korekt, jakie w toku narastającej krytyki „Guardian” wprowadzał na bieżąco do problematycznego tekstu. Zmiany ewidentnie dążyły do osłabienia początkowego przekazu, a redakcja nie informowała o nich czytelników. Wszystko to wyglądało źle. Na tyle źle, że po kilku dniach „Washington Post”– dotychczas dumna awangarda pościgu za „agentami Putina” – przyznał, że twierdzenia brytyjskiego dziennika są nie do obrony.
Tekst Hardinga i Collynsa posiada w istocie tyle słabości, że bronić się nie ma czym. Po pierwsze: brak jakiejkolwiek próby sprecyzowania źródeł informacji. Powołanie się w jednym miejscu na Senain pozwala się domyślać, że są to źródła wywiadowcze. Jednak bezkrytyczne traktowanie otrzymanego przez nich materiału świadczy o niepoważnym traktowaniu zawodu dziennikarza. Jak przytomnie przypomniał Glenn Greenwald – w rządzie Ekwadoru toczy się ostry spór w sprawie stosunku do Assange’a. Azylu udzielił mu bezkompromisowy Rafael Correa, zaś Lenin Moreno, który przejął po nim ster kraju, znacznie bardziej ugodowy względem USA, nie jest wobec Australijczyka tak przychylny. Greenwald zauważa, że Senain od początku zaciekle zwalczał Assange’a. „Dowody” podsuwane przez tę agencję należało traktować z dużą dozą ostrożności, bo jasne było, że twórca WikiLeaks jest przedmiotem gry wywiadów. Służby realizują cele polityczne. Cóż, „The Guardian” najwidoczniej też.
New York Times doniósł poza tym ostatnio, że w maju 2017 r. Paul Manafort wybrał się do stolicy Ekwadoru Quito, gdzie proponował prezydentowi Moreno osobiste pośrednictwo w przekazaniu Assange’a Stanom Zjednoczonych. Czemu miałby zabiegać o sprowadzenie do swojego kraju (i jednocześnie postawienie przed sądem) człowieka, z którym miał rzekomo współpracować przy zdradzie stanu?
Po drugie, już w 2015 r. magazyn Wired ocenił, że Londyn jest najbardziej monitorowaną stolicą świata, utkaną kamerami do granic możliwości. Greenwald twierdzi, że wnętrze tamtejszej ambasady Ekwadoru znajduje się pod obserwacją absolutną, a potwierdza to ekwadorski dyplomata Fidel Narváez. Goście przechodzą bardzo rygorystyczną kontrolę i niemożliwe, żeby nie znaleźli się na zapisie z kamer. W tej sytuacji wydaje się więc skrajną nieodpowiedzialnością ze strony Hardinga – a zwłaszcza Collynsa, który jest korespondentem z Quito – żeby nie starać się sięgnąć po ewentualne nagrania, celem sprawdzenia wersji służb.
Co z oficjalnym spisem gości ambasady w 2016 r.? Manafort na niej nie figuruje i „Guardian” to przyznaje, ponieważ już wcześniej wszedł w jej posiadanie. Jeżeli człowiek Trumpa został z niej wykreślony, to w jakim celu? Żeby go kryć w ramach spisku? To niedorzeczne – wiosną 2016 r. ambasada reprezentowała rząd Correi, wroga twardej amerykańskiej prawicy, jaką uosabia Manafort.
Po trzecie wreszcie, napomknięcie niby to mimochodem, że na liście ludzi odwiedzających Assange’a znajdowali się tajemniczy „Rosjanie”, bez podania jakichkolwiek szczegółów, jest już chyba wyrazem autoironii, zagrywką, którą trudno nawet nazwać naiwną. W świetle antyrosyjskiej obsesji, jaką „Guardian” prezentuje co najmniej od 2014 r., w tym również ich wcześniejszych nieprawdziwych doniesień o rzekomej „przyjaźni” Assange’a z rządem Putina, nieokreśleni „Rosjanie” jawią się równie złowieszczo, co tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców z cudownej PRL-owskiej bajki „Porwanie Baltazara Gąbki”.
Okazało się jednak, że kompromitacja „Guardiana” to dla mainstreamu ciągle za mało. 28 listopada na portalu Politico ukazał się artykuł niejakiego Alexa Finleya, który cierpliwie tłumaczył opinii publicznej, że jeżeli publicyści „Guardiana” opublikowali nieprawdę, to tylko dlatego, że zostali wrobieni przez rosyjską agenturę. Tego już było zbyt wiele. O ile Greenwald swoje zarzuty pod adresem Hardinga i Collynsa ujął w kurtuazyjnej formie, to redakcję Politico na Twitterze uznał za idiotów, a ich tekst za fake news.
Niefalsyfikowalny charakter teorii odbiera jej wszelkie pozory racjonalności, zaś twierdzenie, że kiedy nie ma dowodów, to jest to dowód na istnienie spisku, zalicza się do podręcznikowych symptomów paranoi. A wszystko to w sytuacji, gdy Politico otwarcie napisało, że Finley to pseudonim byłego agenta CIA. Krótko mówiąc: amerykański szpieg tłumaczy czytelnikom, że wszystkiemu są z założenia winni szpiedzy Putina. To nie był prima aprilis. Opublikowali to na serio. Sprawa ma oczywiście wymiar całkiem poważny: Greenwald podlinkował artykuł Carla Bernsteina, laureata Pulitzera, napisany jeszcze w 1977 r. Jego tekst uzmysławia, że agenci podszywający się pod dziennikarzy zawsze byli sprawdzoną metodą urabiania opinii publicznej przez CIA.

 

Za każdym j…nym razem

Nie był to pierwszy raz, kiedy „Guardian” próbuje na siłę wmawiać czytelnikom konszachty Assange’a z Rosją. Pod koniec 2016 r. zaliczyli podobną wpadkę. Ben Jacobs napisał, że założyciel WL chwali Trumpa, a w wywiadzie udzielonym włoskiej La Repubblica promienieje miłością do Rosji. Miał rzekomo powiedzieć, że w Rosji nie trzeba WikiLeaks ani żadnych sygnalistów, bo wszystko jest w najlepszym porządku. Sęk w tym, że żadnej z tych rzeczy nie powiedział – dziennik wierutnie kłamał. Po zdemaskowaniu artykuł zniknął z witryny internetowej (czasowo).
Jeszcze we wrześniu tego roku Harding i Collyns wypuścili przez nikogo nie potwierdzoną „sensację”, że na początku 2017 r. istniał plan „przeszmuglowania” Assange’a do Rosji. Wspomniany już Fidel Narváez, którego dziennik oskarżył o udział w tym „spisku”, wytykał artykułowi bezpodstawność tych domniemywań, żądając jednocześnie publicznych przeprosin. Roztropnie przy tym zauważył, że wniosek o zapewnienie Australijczykowi ochrony dyplomatycznej ze strony UK po opuszczeniu ambasady Ekwadoru trudno uznać za dowód na próbę „przeszmuglowania” go w ramach kremlowskiego spisku.
Dodać do tego należy, że redaktorzy „Guardiana” brali udział w powielaniu w social mediach fake newsów o „rosyjskich botach”, a gdy ich fałszywość wyszła na jaw, szefowa działu politycznego Heather Stewart tłumaczyła się głupio, że”to nie była jej analiza, tylko rządu”.
Trudno wyjaśnić, dlaczego akurat teraz „poważne” media ośmieliły sie wątpić w doniesienia „Guardiana”, skoro wiele wcześniejszych było równie bezpodstawnych. Czy zbieżność czasowa z ogłoszeniem przez komisję Muellera, że Manafort dopuścił się przed nią krzywoprzysięstwa, została uznana za zbyt grubymi nićmi szytą? Czy media ogólnie poczuły, że temat Russiagate się wyczerpuje z powodu rozczarowującego braku dowodów i nie warto ciągnąć go w nieskończoność?
Uwagę na pewno zwracał fakt, że autorem lipnego artykułu był Luke Harding, autor książki pt. „Collusion” (Zmowa), bestsellera New York Timesa, w którym przedstawił swoją wizję spisku Trumpa z Rosją. Być może media oczekiwały po nim więcej profesjonalizmu. Że mu go brak, okazało się już wcześniej. W rozmowie wideo z Aaronem Maté z The Real News, gdy ten wytykał Hardingowi luki we wnioskowaniu zawartym w książce, autor plątał się bezradnie w odpowiedziach, aż w końcu się poddał i przerwał połączenie.

 

Championi neoliberalnego porządku

Pojawiły się w ostatnim czasie sygnały, że rząd Moreno rozważa możliwość wydania Assange’a Amerykanom. Toporna propaganda „Guardiana” mogła być zatem próbą skorzystania z sytuacji, by wywrzeć w tej sprawie nacisk na polityków. Zadufane w sobie medium zostało wyśmiane, jednak pierwsza jaskółka wiosny nie czyni. Z pomocą podobnych tekstów czołowe liberalne media świata zdołały faktycznie przekonać ludzi, że Zachód opanowali „Ruscy”. Do dziś brakuje wiarygodnych dowodów, ale spiętrzenie oskarżeń i spokojne lekceważenie kontrargumentów wystarczyło, by inżynieria umysłów zadziałała.
Tym bardziej warto nagłaśniać sprawy spektakularnych kompromitacji, podkopujących wiarygodność gigantów prasowych, które okazują się de facto tubami stronnictw politycznych. Skutek nie będzie natychmiastowy, ale kropla drąży skałę.
„Guardian” nie jest tym, czym był niegdyś i bardzo myli się polska lewica ślepo wierząc temu tytułowi. Gazeta bez skrupułów uczestniczy w nagonce na Jeremy’ego Corbyna, rozpętanej przez ekspozytury rządu Izraela. Ich narracja na temat Ameryki Łacińskiej, szczególnie Wenezueli, nie różni się od The Fox News. Publicyści o zapatrywaniach antyimperialistycznych zestarzeli się i odeszli, młodsi byli systematycznie „wycinani” przez redakcję. Dziennik w pełnej rozciągłości popiera dziś euroatlantycki imperializm, linię obozu Clinton i CIA, czyli „obronę demokracji” poprzez bombardowania i destabilizację odległych, uboższych krajów o słabych instytucjach.
Nie bez powodu Jonathan Cook, który przez lata pracował dla „Guardiana” określa dziś ten dziennik mianem „championów neoliberalnego porządku”. Nic dziwnego, że w sprawie Assange’a, człowieka niezwykle zasłużonego dla idei demokratycznych, twardo stoją po stronie zaprzysięgłych wrogów pokoju i równości.

Prowokacja kerczeńska

Upłynął tydzień od wydarzeń jakie miały miejsce na Morzu Czarnym u wejścia do Cieśniny Kerczeńskiej. Poznaliśmy wiele nowych faktów, dowodów i towarzyszących im okoliczności, co pozwala spojrzeć na wydarzenia z 25 listopada chłodnym okiem i przeanalizować wydarzenia w sposób wolny od histerycznej antyrosyjskiej propagandy, jaką rozpętały aktualne władze Ukrainy. Owe pojedyncze bezsporne fakty, są niczym litery. Litery te układają się w słowa, słowa te zaś tworzą odpowiedź na pytanie: co tam się wydarzyło? Brzmi ona – cyniczna zaplanowana, ukraińska prowokacja.

 

O 4:40 w dniu 24 listopada 2018 roku (sobota), w wyłącznej strefie ekonomicznej Federacji Rosyjskiej, w odległości 28-30 mil na południowy wschód od Przylądka Meganom na Krymie, radiolokacyjne i lotnicze środki rozpoznawcze Federalnej Służby Bezpieczeństwa Republiki Krymu wykryły i zidentyfikowały okręty ukraińskiej marynarki wojennej. Zwiad lotniczy potwierdził, że zespół okrętów ukraińskich składa się z dwóch jednostek. Były to: stary, wybudowany jeszcze w 1965 poradziecki transportowiec o ładowności 2100 ton, służący marynarce Ukrainy jako statek wsparcia „Gorłówka” (pokładowy numer U – 753) i niewiele młodszy zbudowany w 1974 holownik redowy „Jany Kapu” (numer burtowy) A-947, które podążały na północny wschód w kierunku Cieśniny Kerczeńskiej.

O 21:30 po zbliżeniu się owej grupy okrętów ukraińskiej marynarki wojennej do granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, patrolowy kuter rosyjskiej Straży Granicznej FSB „Sobol” poinformował Ukraińców o procedurze przekraczania granicy państwowej Federacji Rosyjskiej i zasadach nawigacji na kanale Kercz-Jenikalski. „Sobol” to wybudowany w 2006 szybki, bo rozwijający prędkość do 50 węzłów, niewielki kuter o wyporności 57 ton z 6 osobową załogą. Procedura o jakiej poinformowali Rosjanie Ukraińców, była tożsama z tą jaką wypełnił 23 września br zespół okrętów marynarki wojennej Ukrainy, który przepłynął Cieśninę Kerczeńską płynąc pod słynnym rosyjskim Mostem Kerczeńskim. Wówczas ukraiński okręt poszukiwawczo-ratunkowy „Donbass” przeszedł tę trasę płynąc do Berdiańska, wzmacniając tym samym infrastrukturę floty ukraińskiej na Morzu Azowskim, a towarzyszył mu holownik „Koriec”. Do najmniejszego incydentu nie doszło.
Zgodnie z ową procedurą należy złożyć wniosek do administracji morskiej portu w Kerczu 48 godzin przed wejściem cieśniny. Do 24 godzin czeka się na rozpatrzenie wniosku, potwierdzenie zgody na rejs torem wodnym przez Ciesninę Kerczeńską następuje do 4 godzin od otrzymania zgody. Taka procedura, trudnym do nawigacji torem wodnym prowadzącym z Morza Czarnego na Morze Azowskie ustalona była pomiędzy Rosją a Ukrainą do roku 2014 , czyli do czasu przyłączenia Krymu przez Rosję.

 

Okręty ukraińskiej marynarki wojennej nie złożyły tym razem wymaganych wniosków.

Ponadto, rosyjscy pogranicznicy otrzymali odpowiedź od dowódców okrętów ukraińskich, że nie planują przekroczenia granicy państwowej Federacji Rosyjskiej i przejścia przez Cieśninę Kerczeńską.

O 22:23 kuter patrolowy FSB PSK-302 „Sobol” poinformował grupę okrętów ukraińskiej marynarki wojennej o zamknięciu obszaru na morzu terytorialnym Federacji Rosyjskiej w części podejścia do Cieśniny Kerczeńskiej od Morza Czarnego. Grupa ukraińskich okrętów manewrowała na południowy zachód od wód Rosji w odległości 6-7 mil od granicy państwowej, na trawersie Cieśniny Kerczeńskiej.

O 02:05 w niedziele 25 listopada br , patrolowy okręt straży granicznej FSB „Izumrud” zajmujący pozycję na wodach rosyjskich o współrzędnych W = 44°50’, D = 36°29’ wykrył radarem opancerzone kutry artyleryjskie Ukrainy – „Nikopol” i „Berdiańsk”, kierujące się na wschód w kierunku Cieśniny Kerczeńskiej. „Izumrud” to rosyjski okręt patrolowy wybudowany w 2012 roku o wyporności 630 ton, posiadający 24 osobową załogę i rozwijający prędkość do 30 węzłów. Okręt ma na wyposażeniu lekki śmigłowiec Ka-226 i uzbrojony jest w dwa wielkokalibrowe karabiny maszynowe „Kord” kalibru 12,7 mm i sześciolufowe działko przeciwlotnicze o kalibrze 30 mm AK-630.

O 3:45 rano opancerzone kutry artyleryjskie „Nikopol” i „Berdiańsk” zbliżyły się do obszaru, na którym znajdowały się okręty ukraińskiej marynarki wojennej: czyli statek zaopatrzeniowy „Gorłowka” i holownik morski „Jany Kapu”. Do godziny 05.30 prowadzono tankowanie obu kutrów ze statku pomocniczego „Gorłowka”. Warto tu przybliżyć co to były za okręty. Z uwagi na fakt, że ukraińska marynarka jest w fatalnym stanie, a na skutek aneksji przez Rosję Krymu w 2014 roku straciła wiele okrętów, postanowiono szybko wybudować małe jednostki. Stocznie ukraińskie oddały marynarce wojennej w ostatnich dwóch latach opancerzone kutry artyleryjskie typu „Groza”. Jednostka rozwija prędkość do 23 węzłów, ma wyporność 54 ton, załoga składa się z 5 marynarzy, a uzbrojenie z dwóch działek 30 mm „Katran-M”. Oba kutry artyleryjskie należały to typu „Groza”, były zatem okrętami bardzo nowymi, dodatkowo obsadzonymi przez młode załogi – żaden z marynarzy nie miał powyżej 30 lat.

Dowódcy słynęli z fanatycznych antyrosyjskich wypowiedzi publikowanych w mediach społecznościowych, jeden z nich był tam wręcz swego rodzaju „gwiazdą”. Wielokrotnie obiecywał stosowanie nowej taktyki „wilczej watahy” i zatopienie okrętów rosyjskich.

Po zatrzymaniu ukraińskich okrętów, wyszło na jaw , że na ich pokładzie byli nie tylko marynarze. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy przyznała, że ​​wśród członków załogi byli oficerowie SBU. Co oni tam robili i co mogli powiedzieć rosyjskim służbom specjalnym, nie wiadomo. Szef Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Wasilij Gritsak również potwierdził, że funkcjonariusze służby kontrwywiadu wojskowego SBU znajdowali się na okrętach: „Funkcjonariusze ukraińskich służb specjalnych wykonali oficjalne zadania wsparcia kontrwywiadowczego jednostki ukraińskiej marynarki wojennej”.

Rosyjskie media opublikowały wideo z przesłuchania przez śledczych FSB pracownika Głównego Zarządu Kontrwywiadu Wojskowego, departament kontrwywiadu SBU, starszego porucznika Andrieja Dracha, który był na pokładzie kutra artyleryjskiego „Nikopol”. W sumie w ukraińskim konwoju, jaki się dostał do rosyjskiej niewoli było dwóch funkcjonariuszy SBU: 27-letni Andrej Drach i 27-letni Wasilij Soroka – jeden z trzech lekko rannych na kutrze artyleryjskim „Berdiańsk”

Mniej lub bardziej wytłumaczalna jest rola w konwoju kapitana III rangi Władimira Lesowowa, dowódcy 8-go dywizjonu sił ochrony i wsparcia strefy „Południe” z siedzibą w bazie morskiej Nikołajew. To ten oficer ukraiński najprawdopodobniej był dowódcą operacji i dlatego był na holowniku „Jany Kapu”, przewyższając stopień dowódcy holownika, dowódcy pierwszego stopnia Olega Melniczuka. Kutrem artyleryjskim „Berdiańsk” dowodził kapitan 2 rangi Denis Gritsenko, urodzony w 1984 roku i był on najstarszym rangą i wiekiem oficerem w całym konwoju. Na kutrze artyleryjskim „Nikopol” dowodzonym przez porucznika Bogdana Nebelica, oprócz oficera bezpieki Andrieja Dracha z jakiegoś powodu obecny był jeszcze jeden oficer – porucznik Siergiej Popow, którego rola jest nieznana. Tak czy inaczej okręty obsadzone były przez bardzo młodych marynarzy i oficerów pilnowanych przez oficerów bezpieki, co po doświadczeniach na Krymie gdy kadra oficerska i marynarze masowo przechodzili na stronę rosyjską, miało być gwarantem wykonania antyrosyjskiej prowokacji.

 

Wróćmy jednak do sytuacji na morzu.

O 05:35 kuter artyleryjski „Berdiańsk” (sygnał wywoławczy „Szchuna-175”) zgłosił się do punktu obserwacji technicznej (latarnia Takil) informując o planowanym przejściu okrętów ukraińskiej marynarki wojennej (holownik „Jany Kapu” (znak wywoławczy „Desna-947”), kuter artyleryjski „Nikopol” (znak wywoławczy „Szchuna-176”), kuter artyleryjski „Berdiańsk” (sygnał wywoławczy „Szchuna-175”)) do portu w Berdiańsku. Przejście przez Cieśnę Kerczeńską o godzinie 06:00 czasu kijowskiego.

O 05:45 dowódca rosyjskiego PSK-302 „Sobol” poinformował dowódcę kutra artyleryjskiego „Berdiańsk”: „W celu realizacji prawa Federacji Rosyjskiej, jako państwa nadbrzeżnego, do zapewnienia bezpieczeństwa w przestrzeni morskiej zgodnie z przepisami z 31 lipca 1998 r. tymczasowe przejście przez Terytorium Morskie Federacji Rosyjskiej na danym obszarze (współrzędne) zostaje czasowo zawieszone, o czym wcześniej Państwa powiadomiliśmy. Zalecamy, aby nie przekraczać granicy morskiej Federacji Rosyjskiej , dopóki ograniczenia nie zostaną zniesione i nie zostaną spełnione obowiązkowe wymogi prawne w porcie Kercz”.

O godz. 5:50 otrzymano informację od dowódcy „Berdiańska”: „Zgodnie z postanowieniami Traktatu między Federacją Rosyjską a Ukrainą O współpracy w korzystaniu z Morza Azowskiego i Cieśninie Kerczeńskiej z 24 grudnia 2003 r. Mamy prawo do wolności żeglugi”.

O 06:30 dowódca PSK-302 „Sobol” poinformował dowódcę kutra „Berdiańsk”, że w kanale Kercz-Jenikalia obowiązuje procedura permisywna w celu zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi i została przeprowadzona zgodnie z zatwierdzonym planem przez kapitanat portu Kercz. Zreferował zasady prawne przejścia opisane wyżej. Te wymagania nie były spełnione przez stronę ukraińską, stąd Rosjanin powiadomił, że po kanale-torze wodnym Kercz-Jenikański zabronione jest pływanie okrętom ukraińskiej marynarki wojennej . Powołano się na pkt 20, 38 uchwały portu Kercz zatwierdzonej przez Ministerstwo Transportu Rosji z dnia 21 października 2015 r. nr 313. Czyli na przepisy przyjęte po aneksji Krymu. Jednak grupa okrętów ukraińskich zignorowała tę informację i kontynuowała podążanie w kierunku morza terytorialnego Federacji Rosyjskiej.

O 07:10 we współrzędnych W = 44°52’, D = 36°31’ ukraińskie okręty przekroczyły linię granicę państwową Rosji, a następnie płynęły przez Cieśniny Kerczeńskie. Według Rosjan stanowiło to naruszenie ust. 3, art. 25 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 r klauzula 2 oraz artykułu 12 ustawy federalnej z 31 lipca 1998 r. O wodach śródlądowych, morzu terytorialnym i przylegającej strefie Federacji Rosyjskiej.

O 07:20 Okręty Rosyjskiej Służby Granicznej FSB „Don” i „Izumrud” otrzymały rozkaz od dowództwa podjęcia środków w celu zapobieżenia przejściu kanału okrętom ukraińskim na trasie Kercz-Jenikalski.

Rosyjskie jednostki to okręty projektu 22460 „Myśliwy”, wyporność 630 ton, prędkość 30 węzłów uzbrojone w jedno działko przeciwlotnicze sześciolufowe 30 mm AK-630. Rosyjskie dowództwo poprosiło też o wsparcie Flotę Czarnomorską, która skierowała tu mały okręt zwalczania okrętów podwodnych „Suzdalec” o wyporności 1200 ton, z załogą 89 marynarzy uzbrojony między innymi tak w działko 30 mm AK-630 , jak również w działo morskie 76 mm AK-176 , rozwijający prędkość 32 węzłów.

 

Co istotne, Ukraińcy wpłynęli na 12 mil na wody rosyjskie, będące rosyjskimi przed rokiem 2014, czyli przyłączeniem Krymu.

Rosjanie nadali do okrętów ukraińskich komunikat drogą radiową. Zażądali, aby natychmiast opuściły wody terytorialne Federacji Rosyjskiej (zgodnie z art. 30 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 roku). Żądanie to przez okręty ukraińskiej marynarki wojennej zostało zignorowane.

O godzinie 08:35 okręty ukraińskie zostały postawione w stan gotowości bojowej: zaczęły pracować stanowiska artyleryjskie, lufy artylerii w wieżach działowych podniesiono pod kątem 45 stopni i skierowano w stronę okrętów i kutrów rosyjskich co stanowi naruszenie Art. 19 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 r. Strona rosyjska poinformowała okręty ukraińskie, że w dowództwie okrętów Federacji Rosyjskiej groźba użycia broni zostanie uznana za naruszenie prawa międzynarodowego i prawa Federacji Rosyjskiej.

Od 10:35 rozpoczęły się próby blokowania ukraińskich okrętów. Rosyjski okręt pograniczny FSB „Don” staranował dwukrotnie ukraiński holownik „Jany Kapu” uszkadzając mu silniki. W tym czasie pod głównym łukiem Mostu Kerczeńskiego Rosjanie w poprzek ustawili tankowiec blokując ruch w obie strony. Z przechwyconych i udostępnionych transmisji radiowych dowódcy ukraińscy ok. 10:40 meldowali do bazy w Oczakowie sytuację proponując porzucenie uszkodzonego holownika i przedarcie się kutrów artyleryjskich z maksymalna prędkością z wód rosyjskich. Po podejściu rosyjskich okrętów pogranicza „Sobol” i „Mangusta” oraz okrętu Floty Czarnomorskiej „Suzdalec” obie strony prowadziły manewrowanie, które zakończyło się całkowitym zablokowaniem okrętów ukraińskich. Załogi ukraińskich okrętów zaległy w dryfie, Rosjanie również dryfowali wokół. W rejonie Mostu Kerczeńskiego Rosjanie skierowali latający na niskich wysokościach patrol dwóch śmigłowców szturmowych Ka-52, dwóch samolotów szturmowych Su-25SM, a w przestrzeń powietrzną powyżej parę myśliwców przewagi powietrznej Su-30 należących do lotnictwa Floty Czarnomorskiej . W tym czasie Rosjanie szybkimi kutrami dostarczyli na pokłady okrętów FSB żołnierzy Specnazu – specjalnej jednostki komandosów morskich. Według strony ukraińskiej miało dojść do odpalenia dwóch rakiet ze śmigłowców Ka-52 w kierunku okrętów ukraińskich, ale brak potwierdzenia tej informacji.

O 18:30 grupa okrętów ukraińskich w celach przerwania blokady i obawy przed atakiem rosyjskich sił specjalnych ruszyła z dryfu i rozpoczęła kurs 200 stopni, w celu szybkiego wyjścia z wód terytorialnych Rosji. Prędkość kutrów artyleryjskich bliska była maksymalnej tj. ok. 20 węzłów, uszkodzony holownik „Jany Kapu” rozwijał 8 węzłów. Rosyjskie okręty straży granicznej FSB „Don” i „Izumrud” rozpoczęły pościg i żądały ich zatrzymania się zgodnie art., 30 Konwencji ONZ o prawie morza z 1982 r.

W czasie od 19.00 do 20.40 okręty rosyjskie „Don” i „Izumrud” kontynuowały ściganie grupy okrętów ukraińskiej marynarki wojennej. Rosjanie komunikując się radiowo na kanale 16 pasma VHF, wysyłając sygnały świetlne i pirotechniczne wzywały Ukraińców do zatrzymania się. Grupa ukraińskich okrętów nie reagowała na rosyjskie komunikaty. Stanowiło to naruszenie rosyjskich przepisów o „O wodach śródlądowych, morzu terytorialnym i przyległej strefie Federacji Rosyjskiej” z dnia 1 kwietnia 1993 r. i o „Granicy państwowej Federacji Rosyjskiej”. Pogranicznicy FSB tym samym mieli pełną podstawę prawną do użycia środków przymusu w celu zatrzymania intruzów. Tak jest na całym świecie.

O 20:42 rosyjski okręt straży granicznej „Izumrud” ostrzegł grupę statków ukraińskiej marynarki wojennej, że przystąpi do strzelania zapobiegawczego, w przypadku dalszego ignorowania sygnałów i wymagań dotyczących zatrzymania. Rosjanie działali zgodnie z Dekretem Rządu Federacji Rosyjskiej z dnia 24 lutego 2010 r. nr 80 „W sprawie zatwierdzenia zasad używania broni i sprzętu wojskowego przy jednoczesnym zabezpieczeniu granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, wyłącznej strefy ekonomicznej i kontynentalnej Rosji”.

Według stanowiska Rosjan, okręty organów granicznych FR wyczerpały wszelkie środki niezbędne do zapobiegania naruszeniom ustawodawstwa Federacji Rosyjskiej przez kutry pancerne marynarki ukraińskiej. Zgodnie z „Zasadami używania broni i sprzętu wojskowego, przy jednoczesnej ochronie granicy państwowej Federacji Rosyjskiej, wyłącznej strefy ekonomicznej i kontynentalnej”, rosyjski dowódca okrętu „Izumrud” podjął decyzję salwy uprzedzającej z artylerii pokładowej w kierunku ukraińskich okrętów marynarki wojennej.

O godzinie 20:45 okręt straży granicznej FSB „Izumrud” będący na wodach terytorialnych federacji Rosyjskiej W = 44°53’47’’, D = 36°25’76’’ wykonał strzały ostrzegawcze w kierunku celu grupowego (kutry artyleryjskie „Berdiańsk”, „Nikopol”, holownik redowy „Jany Kapu”)

Strzelano w lewą stronę z dział na rufie z użyciem pocisków świetlnych z odległości 2 kabli, co pozwoliło zobaczyć, że strzelanie zapobiegawcze zostało przeprowadzone z rosyjskimi przepisami.
Grupa okrętów ukraińskiej marynarki wojennej według Rosjan nie odpowiedziała na żądania dotyczące zatrzymania się, nie skontaktowała się, nadal podążała w kierunku granicy państwowej Federacji Rosyjskiej chcąc się wydostać z wód terytorialnych Rosji.

O 20.50 okręt straży granicznej Rosji „Izumrud” ostrzegł artyleryjski kuter opancerzony „Berdiańsk”, że w przypadku nieprzestrzegania wymagań co do zatrzymania zostanie otwarty ogień na porażenie – czyli w celu zniszczenia. Żądania te Ukraińcy na „Berdiańsku” zignorowali.

O 20.55 „Izumrud” we współrzędnych W = 44°51’3’’, D = 36° 23’4’’ na morzu terytorialnym Rosji użył broni aby pokonać opancerzony kuter artyleryjski „Berdiańsk”, czyli strzelał wprost w kadłub.

O 20.58 pociski działka AK-630 trafiły w ukraiński kuter artyleryjski, „Berdiańsk” wszedł w dryf, dowódca kutra przez radiotelefon, poinformował że ma rannych na pokładzie i poprosił o pomoc. W Internecie dostępne są nagrania kilkunastu radiowych, dramatycznych apeli dowódcy ukraińskiego kutra. O 21:06 „Izumrud” podszedł do burty kutra „Berdiańsk”, do akcji wszedł Specnaz Marynarki Wojennej Rosji i rozbroił i 7 członków załogi, w tym 3 rannych, którzy otrzymali pierwszą pomoc. Aby uratować ukraiński kuter przed zatonięciem, podjęto podstawowe środki zabezpieczenia okrętu.

O 21:15 rosyjski okręt straży granicznej FSB „Don” zatrzymał holownik „Jany Kapu”, tu też Specnaz dokonał abordażu i rozbroił ukraińską załogę, przejął liczne uzbrojenie strzeleckie znajdujące się na pokładzie.

O godzinie 21:27 doszło do kolejnej odsłony dramatu. Rosyjski śmigłowiec szturmowy Ka-52 wciąż na morzu terytorialnym Federacji Rosyjskiej, zatrzymał ukraiński opancerzony kuter artyleryjski „Nikopol”. Groźba użycia broni pokładowej poskutkowała i kapitan ukraińskiego okrętu skapitulował zatrzymując okręt przed będącym w zawisie śmigłowcem rosyjskim. Wówczas podpłynął tam okręt Floty Czarnomorskiej „Suzdalec” , by monitorować jego działania. Wycelowane w kuter rosyjskie działa skutecznie sparaliżowały opór Ukraińców.

O 23:21 Okręt straży granicznej „Don” przeprowadził abordaż komandosów specnazu i zatrzymał kuter opancerzony Nikopol”. Tu załoga też nie stawiała oporu, tylko młody kapitan zamknął się w kajucie i według rosyjskich świadków wpadł w histerię. O 00:40 w dniu 26 listopada kuter Straży Granicznej FSB Nr-605 dostarczył zatrzymanych żołnierzy ukraińskiej marynarki wojennej do portu Kerczu. Ranni zostali wysłani na leczenie do szpitala miejskiego.

O godzinie 01:10 rozpoczął się konwój zatrzymanych okrętów ukraińskiej marynarki wojennej do portu Kercz. O 06:40 zatrzymane jednostki ukraińskiej marynarki wojennej zostały dostarczone do portu w Kercz w celu dalszego zbadania.

W wyniku rewizji odnaleziono sporo nieetatowej broni strzeleckiej. W ręce Rosjan trafiły niezniszczone dokumenty potwierdzające wydane wcześniej rozkazy dowództwa ukraińskiej marynarki wojennej, o przeprowadzeniu „skrytego przedarcia się” przez Cieśninę Kerczeńską do portu w Berdiańsku na Morzu Azowskim. Nie było zatem żadnego przypadku, Ukraińcy z premedytacją planowali przeprowadzenie tej operacji morskiej, a wtargnięcie na wewnętrzne wody rosyjskie było elementem uzyskania „zaskoczenia”.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa powiedziała 30 listopada, że tylko braterskie relacje z narodem ukraińskim sprawiły że Rosjanie ukraińskich okrętów nie zatopili. Perfidia ukraińskiego dowództwa polegała na tym, że wysłano młodziutkich marynarzy de facto z misją samobójczą i gdyby demonizowani Rosjanie byli autentycznie bezwzględni, jak ich przedstawia ukraińska propaganda, okręty poszłyby na dno a wielu marynarzy ukraińskich by zginęło.

Prezydent Putin na forum gospodarczym 28 października komentując incydent powiedział „Narody rosyjski i ukraiński zawsze były i na zawsze zostaną braterskimi narodami. Ta szumowina polityczna spłynie i naród ukraiński da aktualnemu kierownictwu kraju taką ocenę jak dał onegdaj naród gruziński (Sakaszwilemu po wojnie 2008)”.

Rosjanie zachowują daleko idącą wstrzemięźliwość i histeryczne zachowania prezydenta Poroszenki wynikają z sytuacji wewnętrznej i świadomości przegranej w najbliższych wyborach prezydenckich. „Mała awantura wojenna” ma odwrócić uwagę społeczeństwa od tragicznej sytuacji ekonomicznej i bankructwa polityki Petro Poroszenko. Wprowadzony stan wojenny bezspornie wpłynie na kalendarz wyborczy i termin wyborów prezydenckich oddali się w czasie.

Warto też dodać, że w okresie poprzedzającym incydent i po nim, prawie co dzień , po kilka godzin wody wokół Krymu patrolują amerykańskie samoloty szpiegowskie RC-135VC i P-8 Posejdon startujące z bazy we Włoszech Sigonella oraz strategiczne drony zwiadowcze typu Global Hawk.

Rosjanie ze swej strony ściągnęli w rejon cieśniny dywizjon rakiet przeciwokrętowych BAŁ z rakietami Ch-35 pozwalającymi zwalczać małe cele morskie w promieniu do 260 km.
Na pograniczu Krymu i Ukrainy w Dżankoje (30 km od granicy) 29 listopada Rosjanie rozwinęli przywieziony pilnie z głębi Rosji koleją, dywizjon rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu systemu S-400 Triumf. Tym samym 18 Armia Wojenno-Wazdusznych Sił i Pratiwozdusznoj Oborony zwiększyła swoje siły do 4 dywizjonów. Pozostałe bazują w Eupatorii, Sewastopolu i Teodozji. Trakcją samochodową dotarł też osłaniający S-400 dywizjon przeciwlotniczych systemów krótkiego zasięgu z pojazdami Pancyr-S.

 

To, co się dzieje wokół Cieśniny Kerczeńskiej jest niewątpliwie eskalacją napięcia, jednak stroną go dynamizującą i tworzącą incydenty są działania władz w Kijowie.

Według wielu komentatorów, ku czemu się skłaniam władze ukraińskie mogą być inspirowane do tego, przez określone kręgi polityczne w USA opozycyjne wobec rządzącego prezydenta. Ludziom tym potencjalny dialog na linii Donald Trump – Władymir Putin jest co najmniej nie na rękę. Póki co, prowokacją w Cieśninie Kerczeńskiej, cel swój osiągnęły, długo wyczekiwane spotkanie na szczycie G-20 w Buenos Aires pomiędzy prezydentami Rosji i USA nie odbyło się.

Flaczki tygodnia

Cała nadzieją w panu prezydencie Andrzeju Dudzie. Jedynym prezydencie państwa o mocarstwowych ambicjach, który zaszczyci swą obecnością katowicki szczyt poświęcony globalnej polityce klimatycznej. Pan prezydent otworzy szczyt, zapewne ociepli coraz bardziej chłodną imprezę swych uroczym uśmiechem. I może nawet powie coś, co ku uciesze dziennikarzy, przebije się potem do światowych mediów. Nie tylko do internetowych memów.

***

Dlatego pan prezydent Andrzej Duda nie może ten szczyt tylko rutynowo otworzyć. Nie może tylko oczarować zebranych swym perlistym słowotokiem. Wypróbowanym patriotycznym bla-bla-bla. Powinien, musi wręcz, powiedzieć coś tak uciesznego, tak niespodziewanego, że wybije się na paski najważniejszych globalnych programów informacyjnych. Jak choćby niedawno, kiedy swój wielki żal ujawnił. Kiedy ku zdumieniu niemieckiego partnera rozprawiał o złej Unii Europejskiej mordującej nam stare, dobre jeszcze żarówki. Co z tego, że żarły one energię na potęgę, skoro tak wyrazistym światłem świeciły! Jak one potrafiły dawać po oczach!

***

Dlatego panie prezydencie, proszę nie pękać. Proszę znowu coś takiego palnąć. Inaczej medialny pies z kulawą nogą nie wspomni na czołówkach o katowickim szczycie.

***

Z kronikarskiego obowiązku Flaczki przypominają, że szczyt klimatyczny ONZ rozpocznie się oficjalnie w ten poniedziałek i potrwa aż do 14 grudnia. Tego roku. W tym czasie do stolicy Górnego Śląska powinno przybyć prawie 30 tysięcy dyskutantów z całego świata. Wśród nich winni być przywódcy państw o największym potencjalne gospodarczym, odpowiedzialnych za systematyczny proces globalnego ocieplenia.
Niestety, pomimo, że szczyt potrwa prawie dwa tygodnie, to nie pojawią się na nim ani prezydent USA Donald Trump, ani pani kanclerz Niemiec Angela Merkel, ani prezydent Chin Xi Jinping, ani prezydent Rosji Władimir Władimir Putin, ani prezydent Francji Emmanuel Macron, ani nawet spragniony kontaktów międzynarodowych prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Osłodą dla organizatorów szczytu miał być premier pierwszoligowej politycznie Francji Edouard Philippe. Ale i on odwołał, w ostatniej chwili, swój przyjazd. Winę za swą absencję zwalił na protestujących we Francji radykałów z ruchu „żółtych kamizelek”. Podpalających w Paryżu samochody, czyli środki komunikacji zwiększające emisję gazów cieplarnianych.

***

Taka zbiorowa absencja na szczycie ludzi decydujących o polityce klimatycznej stawia pod znakiem zapytania jego skuteczność. Cóż to bowiem będzie za „szczyt”, skoro najważniejsze państwa świata powysyłały tam polityków średniego szczebla. To zapowiedź pagórka politycznego. Szansy na solidną, światową konferencję poświęconą fundamentalnym dla naszego świata zagrożeniom. Zapewne będziemy tam świadkami wielu kompetentnych debat, ale bez cienia nadziei, że w Katowicach zapadną jakieś nowe, ważne dla naszego świata decyzje.

***

Szczyt średniego szczebla politycznego to niestety stracona szansa na promocję naszego państwa w świecie. Zauważcie, że im głośniej elity PiS krzyczą o potrzebie promowania Polski, im więcej szastają pieniędzmi na „politykę godnościową”, tym gorsze są efekty. Nie wystarczy pomalować wszystkie samoloty PLL LOT na biało-czerwono. Niekompetencji, braku szacunku międzynarodowego nie da się zamalować patriotycznymi kolorami.

***

Jak poważane są elity PiS na świecie świadczyły dwa listy niedawno wysłane do nich przez ambasadorów, nie wrogich, lecz „zaprzyjaźnionych, sojuszniczych” państw.

***

Pierwszy list-komunikat JE Ambasador Izraela strofujący polskiego wicepremiera, ministra kultury pana Piotra Glińskiego jedynie za drobną, dygresyjną wypowiedź w popularnym tygodniku „Wprost”

***

I ten drugi. List JE Ambasador USA do pana prezydenta IV RP i pana premiera IV RP dosadnie przypominający im, że wara im od własności amerykańskiej znajdującej się na polskiej ziemi.
I przy okazji wara im od cenzurowania amerykańskich mediów zarabiających na rynku medialnym IV RP. Stawiający ich na baczność. Aby znali swoje miejsce w globalnych szyku sojuszników USA.

***

Zdaniem wielu zawodowych propagandzistów PiS pogrzebana przed 30 lat Polska Ludowa była państwem zniewolonym przez ZSRR. Niesuwerennym. Dopiero obecna IV Rzeczpospolita wstała z politycznych kolan. Odzyskała godność państwową i pełnię suwerenności.

***

Tylko jaka to jest godność i suwerenność, skoro pani Ambasador Izraela publicznie strofuje polskiego wiece premiera i ministra kultury, jak byle uczniaka z oślej ławki. I protekcjonalnie zalecam mu przymusowe korepetycje w izraelskiej instytucji oświatowej.

***

Jak pogodzić deklaracje o godności i suwerenności z listem JE Ambasador USA traktującej Polskę jak sojuszniczą „bananową republikę”? A jej prezydenta i premiera jak ubogich klientów amerykańskiej administracji?

***

Opluwana przez elity PiS Polska Ludowa była państwem niesuwerennym. Ale przywódcy ZSRR nie przekazywali do publicznej opinii dokumentów, listów w których bezceremonialnie manifestowali kolonialną zależność naszego kraju. Oni udawali, że wszystkie państwa w bloku radzieckim są równe.

***

Poinformowano też, że 16 lutego 2019 roku odbędzie się Dziewiętnasty Charytatywny Bal Dziennikarzy. Ostatni już.
Bal ten był symboliczny dla III Rzeczpospolitej. Był miejscem bratania się komercyjnego dziennikarstwa z politycznymi elitami. Orgią medialnego zakłamania i kabotyństwa obu środowisk.
Bal to będzie ich ostatni. Bo związane z TVN, „Gazetą Wyborczą” środowiska dziennikarskie tak już zubożały i spsiały, że nawet hojni sponsorzy nie chcą już sypać groszem na taką coroczną bibkę.
Zwłaszcza, że wojna plemienna PO-PiS doprowadziła do takiej nienawiści i trwałych podziałów w środowisku dziennikarskim, że trudno dziś zebrać odpowiednio ważny, topowy kontyngent balowiczów.

***

I po balu, panno Lalu.

Stan półwojenny

Stan wojenny na Ukrainie został wprowadzony tylko w wybranych obwodach. Rada Najwyższa nie przyjęła dekretu prezydenta Petra Poroszenki w wersji, jaką głowa państwa wniósł do parlamentu. To reakcja na ostrzelanie i zajęcie przez Rosję trzech ukraińskich okrętów przepływających przez Cieśninę Kerczeńską. Ukraina nie zerwie jednak stosunków dyplomatycznych z Moskwą.

 

W niedzielę dwa ukraińskie kutry artyleryjskie płynące z Odessy do Mariupola oraz towarzyszący im holownik zostały zajęte przez okręty rosyjskiej straży granicznej w Cieśninie Kerczeńskiej. Rosja oskarżyła jednostki ukraińskie o nielegalne wpłynięcie na rosyjskie wody terytorialne. W myśl umowy zawartej przez obydwa kraje w 2003 r. cieśnina stanowi wspólne wody terytorialne obydwu państw. Rosja wychodzi jednak z założenia, że przyłączenie Krymu – nieuznawane przez Ukrainę i Zachód – zmieniło tę sytuację.

Petro Poroszenko wezwał parlament do ogłoszenia stanu wojennego na całym terytorium kraju po posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy, jakie odbyło się w nocy z niedzieli na poniedziałek. Podpisując dekret w tej sprawie, prezydent mówił o obronie państwa i zatrzymaniu wroga, wezwał weteranów do „bycia w gotowości”, ale zastrzegł, że nie przewiduje powszechnej mobilizacji do wojska. Dekret Poroszenki, jaki wpłynął we wtorek pod dyskusję w Radzie Najwyższej, zawierał natomiast zapowiedź ograniczenia praw i swobód obywatelskich w zakresie nietykalności mieszkania, tajemnicy korespondencji, ochrony danych osobowych, swobody słowa i poruszania się, udziału w wyborach i w pokojowych zgromadzeniach, ochrony własności prywatnej, wolności od pracy przymusowej, prawa do strajku i prawa do edukacji.

Takie brzmienie dekretu spotkało się z krytyką ukraińskich obrońców praw człowieka i aktywistów pozaparlamentarnej, rozproszonej ukraińskiej lewicy.

– Politycy, którzy zawłaszczyli władzę, nie chcą jej oddawać, chociaż są przerażająco niepopularni. Ich zagraniczni protektorzy nie mają nic przeciwko takiemu scenariuszowi. Nauczyli się zarządzać krajem przy pomocy wojny i zupełnie na serio liczą na to, że będą rządzili wiecznie (…) Stan wojenny to nie tylko odwołane wybory. W takim czasie zabrania się również organizacji strajków, masowych zgromadzeń i akcji protestacyjnych. Krytyka władz staje się przestępstwem, z niezadowolonymi można zrobić wszystko – napisał na Facebooku lewicowy dziennikarz i komentator Andrij Manczuk.

Podobnie Wołodymyr Iszczenko, redaktor lewicowego magazynu „Wrzesień” i członek kolektywu „Wspólne” (Spilne/Commons), ocenił, iż Poroszenko chce wprowadzić stan wojenny, by odłożyć wybory prezydenckie, których nie miał szans wygrać.

– Inna możliwość to wprowadzenie stanu wojennego tylko na południowym wschodzie kraju, graniczącym z Rosją i Morzem Czarnym, co z kolei eliminuje z głosowania miliony żyjących tam wyborców opozycji. Stan wojenny umożliwi blokowanie wieców protestacyjnych i zamknięcie niektórych mediów, w kontekście rosnącego niezadowolenia z powodu antyspołecznych reform i rosnących cen ogrzewania – napisał Iszczenko.

Scenariusz przewidziany przez Iszczenkę ziścił się. W Radzie Najwyższej po kilku godzinach burzliwej dyskusji przegłosowano wprowadzenie stanu wojennego tylko w obwodach, które graniczą z Rosją oraz z wspieranym przez nią nieuznawanym państwem naddniestrzańskim. Stan wojenny rozpocznie się 28 listopada i potrwa (na razie) 30 dni. Parlament zgodził się również na przełożenie wyborów prezydenckich na 31 marca, zaznaczając jednak, że data ta powinna absolutnie zostać dotrzymana.

Prezydencki projekt musiał zostać zmodyfikowany z powodu opozycji ze strony Batkiwszczyny (partii Julii Tymoszenko), Samopomocy (partii Andrija Parubija), Bloku Opozycyjnego i Partii Radykalnej Ołeha Laszki. Partie te wykorzystały szansę, by w oczach społeczeństwa coraz bardziej zmęczonego i niezadowolonego z powodu działań Poroszenki pokazać się jako obrońcy swobód obywatelskich i podstawowych praw mieszkańców Ukrainy. Zarzuciły prezydentowi, że stan wojenny w całym kraju w żaden sposób nie pomoże w rozwoju sił zbrojnych Ukrainy czy w walce z Rosją, a jego prawdziwym celem ma być stłumienie opozycji i zamknięcie ust krytykom.

Ołeksandr Wilkul z Bloku Opozycyjnego oraz przedstawiciele Samopomocy zwrócili uwagę, że w konflikcie na wschodzie Ukrainy miały już miejsce znacznie bardziej dramatyczne dla Kijowa wydarzenia, jak aneksja Krymu, walki pod Iłowajskiem i o Debalcewe. Wtedy jednak stan wojenny nie był wprowadzany. Gniewne przemówienie wygłosiła Julia Tymoszenko, która w ostatnich miesiącach wyrosła na liderkę antyprezydenckiej opozycji. Ona i jej partyjni koledzy mogą czuć się największymi zwycięzcami debaty: wygrała ich wersja uchwały, w której stan wojenny obejmuje tylko newralgiczne rejony kraju, za to w pełnym przewidzianym przez prezydenta zakresie ograniczeń. Przedstawiciele Swobody domagali się natomiast prawdziwej, a nie pozorowanej walki z Rosją: zamknięcia granicy, zerwania wszelkich stosunków i przerwania wymiany handlowej.

Również jeden z przedstawicieli Samopomocy wezwał ministra spraw zagranicznych Pawła Klimkina do całkowitego zerwania stosunków dyplomatycznych z Rosją. Szef resortu odpowiedział jednak, że krok taki jest niemożliwy, powołując się na możliwe utrudnienie sytuacji 2,5 mln Ukraińców przebywających i pracujących w Rosji.

W ocenie cytowanego już Wołodymyra Iszczenki nie jest wykluczone, że stan wojenny zostanie przedłużony, a obywatele niechętni prezydentowi – pozbawieni możliwości protestowania.
Obecne sondaże są dla prezydenta bezlitosne. Poroszenko zdobywa w sondażach nie więcej, niż 10 proc. poparcia. Największe szanse na zwycięstwo w głosowaniu dają Julii Tymoszenko.

Równocześnie jednak ponad 2/3 obywateli deklaruje, że nie ufa żadnemu politykowi. Potwierdzeniem tego były komentarze w mediach społecznościowych podczas posiedzenia Rady Najwyższej. W większości wpisów każdego bez wyjątku mówcę obrzucano inwektywami…

 

 

Zamknięte koło

 

Reakcje polskich polityków i mediów na kolejny akt eskalacji w relacjach między Kijowem a Moskwą – za wyjątkiem wyjątków – były doskonale przewidywalne. Skoro za wszystkim ma stać „straszny Putin”, to przecież nie można zachować się inaczej niż tylko potępiając działania strony rosyjskiej. Gromadzić się pod rosyjską ambasadą i wznosić okrzyki. Oświadczenie polskiego MSZ ma jednak – powiedzmy to sobie – znaczenie czysto rytualne i nic nie wnoszące. Po w tej sprawie opinia Polski jest postrzegana jako pozbawiona znaczenia.

Już w 2014 r. Polska pozwoliła się wyłączyć z procesu mediacyjnego, pozostawiając sprawy dziejące się na terytorium naszego sąsiada, a więc choćby z racji bliskości powinny nas obchodzić, jako wyłączną domę tzw. „formatu normandzkiego”, trudno oczekiwać, żeby teraz Warszawa mogła w jakikolwiek sposób zaistnieć w tym procesie. Może zatem i lepiej ograniczać się do buńczucznych słów potępienia Rosji, które ani Moskwy, ani także Kijowa nie obejdą.

A sprawa nie jest oczywista, nawet jeśli zakwestionuje się prawa Rosji do Krymu. Punkt widzenia tak jednej jak i drugiej stolicy są nieprzejednane. Rosja, zająwszy Krym metodą fait accompli, uważa go za swoje terytorium (choć reszta świata tego nie uznaje), w konsekwencji zatem uważa wody Cieśniny Kerczeńskiej za swoje wody terytorialne. Ukraina uważając Krym za terytorium ukraińskie – uważa tak samo. Stąd zatem rozbieżność w interpretowaniu umowy z 2003 r., na którą powołują się tak Kijów jak i Moskwa. Incydenty są zatem mniej lub bardziej nieuniknione, bo dochodziłoby do nich nawet wtedy, gdyby obie strony starały się wypracować jakiś modus vivendi. A bez tego każdy incydent wymaga ze strony rosyjskiej reakcji, bo reagując wykazuje sprawowanie suwerenności. Ukraina – tak samo, jeśli odpuści, przyzna tym samym, że z utratą Krymu nieodwołalnie się pogodziła. Czyli innymi słowy – pat.

Trudno oczekiwać, że tego rodzaju sytuację uda się przełamać bez zewnętrznej mediacji. Mediacji, czyli zaangażowania niezależnych partnerów, których celem – dodajmy, niełatwym, ale czy do rozwiązywania spraw łatwych potrzebni są mediatorzy – będzie pomoc w wypracowaniu rozwiązania akceptowalnego tak dla Kijowa jak i dla Moskwy. Choćby rozwiązania nieformalnego, czysto operacyjnego. Takiego, które otworzy drogę w przyszłość. Konstruktywną.

Taką drogę wskazują Niemcy. Z propozycją mediacji wystąpił niemiecki minister Heiko Mass. Czy zostanie przyjęta – trudno wykazywać przesadny optymizm. Prawdopodobnie szansa na to nie pojawi się wcześniej niż dopiero po wyborach na Ukrainie, jeśli do nich w ogóle dojdzie.

Najgorszą z kolei rzeczą jest dać się wciągnąć w spór, w którym Polska nie jest ani stroną, ani nie ma interesu. Bo stronom tego konfliktu tak naprawdę czyjekolwiek poparcie czy niechęć do niczego nie jest potrzebna. Jeśli by miało dojść do rozładowania konfliktu, a nie jego utrwalenia.

Obecne władze ukraińskie, które nie są w stanie opanować postępującego rozkładu państwa, a od przyznania własnej nieudolności uciekają w straszenie rosyjskim zagrożeniem. A taką retoryką Europa jest także znużona i zniecierpliwiona. Bo ile razy można kryczeć „ratunku, ratunku wilk!” W końcu wszyscy przestaną zwracać na to uwagę, bo ile razy można. Nie mówiąc o tym, że zapaść w jakiej znalazła się Ukraina czyni, że jej realne szanse na akcesję do UE w wyobrażalnej przyszłości robią się coraz bardziej mizerne. Żaden chyba poważny europejski analityk nie traktuje już tej perspektywy jako realnej, co najwyżej zaś obwarowanej mnóstwem zastrzeżeń typu „jeśli” i „o ile”.

Ale i wierzyć w to, że groźbami Rosję da się przymusić do ustąpienia także nie ma co. Jakiekolwiek rozwiązanie da się wypracować, może to być tylko rozwiązanie, które obie strony będą mogły ogłosić jako swój sukces, pogodziwszy się z tym, że wygaszenie zapalnej, konfliktogennej sytuacji dla obu większe korzyści niż trwanie w niej.Pragmatyka okazuje się w takich razach lepsza od pryncypialnej nieustępliwości. Bo – powiedzmy sobie szczerze – czy zależy nam na tym, żeby nieunormowana sytuacja między Rosją a Ukrainą trwała w nieskończoność, ta druga będzie toczyć się po równi pochyłej, podczas gdy pierwsza tym mniej chętnie będzie korzystać z okazji, aby wywierać na nią presję?

JAN LEWKOWICZ

Będzie „adekwatna odpowiedź”

Rosjanie zapowiedzieli „adekwatne” działania na wrogi krok Izraela – zabicie 14 rosyjskich pilotów i zestrzelenie samolotu.

 

Rzecznik ministerstwa obrony Rosji, Generał Igor Konaszenkow, na specjalnej konferencji prasowej potwierdził fakt zestrzelenia nad Syrią rosyjskiego samolotu w wyniku działań lotnictwa Izraela. „17 września o godzinie 22.00 cztery izraelskie samoloty F-16 atakując, zrzuciły kierowane bomby na cele syryjskie w pobliżu miasta Latakia” – powiedział.

„Podejście do celów zostało przeprowadzone na niewielkiej wysokości nad Morzem Śródziemnym.

Jednocześnie izraelskie samoloty celowo stworzyły niebezpieczną sytuację dla okrętów nawodnych i samolotów na tym obszarze. Bombardowanie przeprowadzono w pobliżu francuskiej fregaty „Auvergne” oraz w bezpośrednim sąsiedztwie samolotu Ił-20 rosyjskiego lotnictwa wojskowego, który w eskorcie myśliwców schodził do lądowania.

Lecąc pod radarową osłoną rosyjskiego samolotu izraelscy piloci podprowadzili go pod ostrzał syryjskiej obrony powietrznej. W rezultacie Ił-20, którego skuteczna powierzchnia odbijająca fale radarowe jest o rząd wielkości większa niż F-16, został zestrzelony przez syryjski pocisk rakietowy C-200 który samonaprowadził się na rosyjski samolot.

Izraelskie środki kontroli powietrznej i piloci F-16 nie mogli nie widzieć rosyjskiego samolotu, ponieważ przybył on tu i schodził do lądowania z wysokości 5 km. Niemniej jednak celowo przeprowadzili tę prowokację.

Dowództwa rosyjskiej grupy wojsk w Syrii nie ostrzeżono o planowanej operacji.

Powiadomienie „gorącą linią” otrzymano mniej niż minutę przed atakiem, co uniemożliwiło wyprowadzenie rosyjskiego samolotu do strefy bezpiecznej.

Obecnie trwa akcja poszukiwawczo-ratownicza w rejonie katastrofy samolotu IL-20.

Uważamy prowokacyjne działania danych Izraela za wrogie. W wyniku nieodpowiedzialnych działań izraelskich wojskowych zabito 15 rosyjskich żołnierzy.
Jest to absolutnie niezgodne z duchem rosyjsko-izraelskiego partnerstwa.

Zastrzegamy sobie prawo do odpowiedniej reakcji” – powiedział generał.

Od jakichkolwiek działań, które spowodowały zestrzelenie rosyjskiej maszyny odżegnała się Francja, choć Rosja uważa, że z fregat „Auvergne” także były wystrzelone pociski.

W Syrii sytuacja ulega przyspieszonej ewolucji. Spotkanie prezydentów Rosji – Władimira Putina – i Turcji – Recepa Tayyipa Erdoğana – w Soczi przyniosło kolejne ustalenia, w wyniku których Rosjanie zrezygnowali z operacji w prowincji Idlib. Zająć mają ją wojska tureckie. Ma również być stworzona strefa zdemilitaryzowana. „Do 10 października ze strefy, szerokiej na 15-20 km, ma być wycofana ciężka broń. Strefa ma być stworzona do 15 października” – poinformował prezydent Putin. Strefę będą patrolować wojska tureckie i rosyjskie. – Nie dojdzie do nowej operacji zbrojnej syryjskiego wojska z sojusznikami w Idlibie, ostatniej dużej rebelianckiej enklawie w Syrii – powiedział po spotkaniu prezydentów Rosji i Turcji minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

Emerytury kołyszą Rosją

Przeciętny, a zatem dość bierny odbiorca treści produkowanych przez rosyjskie środki masowego przekazu w gruncie rzeczy nie zdaje sobie sprawy, jak się sprawy mają z propozycją podwyższeniem wieku emerytalnego (mężczyźni do 65, kobiety do 60) i podniesieniem VAT o 2 proc. Z prostej dość przyczyny – państwowe, najbardziej rozpowszechnione media mówią o tym mało, na dodatek posługując się specyficznym językiem. Tymczasem sprawa ta może określić charakter i kierunki rozwoju Rosji w najbliższym okresie, a nastroje społeczne buzujące wokół reformy emerytalnej mogą niedługo stać się katalizatorem wielu ważnych procesów.

 

Zacznijmy od parlamentu rosyjskiego – Dumy. Proponowany przez rząd projekt został poparty przez klub parlamentarny mający większość – Jedną Rosję. Wszystkie partie opozycyjne głosowały jednomyślnie przeciw. Podczas głosowania obowiązywała dyscyplina partyjna. Część – nieduża – deputowanych Jednej Rosji, którzy wiedzieli, jakie są nastroje ich wyborców, co do tego pomysłu zastosowała unik tyleż skuteczny, co tchórzliwy: nie przyszli, zazwyczaj uciekając na zwolnienie lekarskie. Jakież było zdumienie obserwatorów, gdy okazało się, że jedyną deputowaną z prokremlowskiej Jednej Rosji, która jawnie zagłosowała przeciw, była Natalia Pokłonska.

 

Celebrytka i nonkonformistka

Pokłonska to człowiek z ciekawą historią. Po przyłączeniu Krymu zgłosiła się na stanowisko prokuratora generalnego Krymu. Nie dlatego, że stało za nią doświadczenie. To bardzo młoda osoba, w 2014 roku miała 34 lata. Być może uznała, że to jej obowiązek, może miała nadzieję na wielka karierę, teraz to nieistotne. W każdym razie jako prokurator realizowała oczywiście wszelkie projekty zgodne z linią Kremla i rosyjskojęzycznej większości mieszkańców Krymu. Pozostawiając na boku oceny jej motywacji, pamiętać trzeba, że w owym czasie to stanowisko było dość „gorące” i w dosłownym sensie tego słowa wymagało odwagi.

W ciągu niedługiego czasu Pokłonska stała się celebrytką, ale nie wykorzystała swojej sławy, by chadzać w świetle reflektorów. Została deputowaną do rosyjskiej Dumy i tam objęła stanowisko przewodniczącej komisji do spraw zbadania wiarygodności oświadczeń majątkowych przedstawionych, zgodnie z obowiązującym prawem, do publicznej wiadomości przez deputowanych. Jest też zastępczynią przewodniczącego komisji Dumy do spraw bezpieczeństwa i przeciwdziałania korupcji. Te stanowiska nawet nie tyle ważne, ile dające człowiekowi je piastującemu dużą władzę.
Pokłonska to nie bohaterka z lewicowej bajki. Ultrareligijna konserwatystka, miłośniczka monarchii, wsławiła się swoja bezpardonową walką z filmem „Matylda” o romansie cara Mikołaja II z polską tancerką i kobietą dość swobodnych obyczajów, Matyldą Krzesińską. Pokłonska uznała, że pokazanie takich bezeceństw z życia prawosławnego świętego (a Mikołaj II i jego rodzina zostali zaliczeni w poczet świętych) to świętokradztwo i obraza religii. Zrobiła co w jej mocy, by filmu zakazać, co dodało mu oczywiście tylko widzów. Ale jej upór i cenzorskie zapędy, wprawdzie w granicach prawa, nie dodały Pokłonskiej uroku.

I nagle, podczas głosowania w sprawie emerytur, jako jedyna podniosła rękę w sprzeciwie. To zrobiło wrażenie. Tym bardziej, że jej koledzy z partii rozpoczęli na nią po prostu zwykłą, obrzydliwą nagonkę, z żądaniami zdania mandatu, ukarania dyscyplinarnego, a może i karnego. Słowem, w ruch poszły wszelkie działania mające charakter szczucia na kogoś, kto śmiał się wyłamać, pokazując swoim kolegom, że można głosować zgodnie z własnym sumieniem, kiedy przychodzi do spraw ważnych. Koledzy jej tego nie przebaczą – jesienią odbędzie się zebranie klubu parlamentarnego, który postanowi, co z dysydentką zrobić. Takich rzeczy się raczej nie przebacza. Co oczywiście, w przypadku jakichś drastycznych kar, skompromituje do reszty cała ta partyjną frakcję w oczach opinii społecznej.

To jednak nie zmienia fakt, że postawa Pokłonskiej stała się czynnikiem, który sprowokował dyskusję o roli parlamentu i partii Jedna Rosja w życiu kraju. A wnioski z niej wynikające nie były dla rosyjskiej władzy wesołe – parlament rosyjski stracił nawet ten nikły szacunek, jakim cieszył się jeszcze niedawno. Gdyby na jego miejsce wkroczyła niechęć, a nawet nienawiść, to jeszcze pół biedy. Zawsze to jakaś forma aktywności. Nie, Duma jest Rosjanom obojętna. 78 proc. pytanych nie zna nazwiska posła ze swojego kręgu. 45 proc. uważa, że obecna Duma nie różni się niczym od poprzedniej. Jeśli 61 proc uważa parlament za instytucję potrzebną, to już 30 proc. twierdzi, że nie jest on potrzebny (wzrost o 6 proc.). 68 proc. nie interesuje się działalnością parlamentu, zainteresowanych jest tylko 28 proc. Wszystko to razem daje obraz Dumy jako struktury, co do której Rosjanie nie mają ani złudzeń, ani oczekiwań. A głosowanie za zwiększeniem wieku emerytalnego te wskaźniki może jeszcze dramatycznie pogorszyć.

Zaś klub parlamentarny, jak i cała partia Jedna Rosja mogą zjechać znacznie w oczach opinii publicznej. To wyjdzie na najbliższych wyborach i może być dla władzy dużym problemem.

 

Dziarscy staruszkowie

Bardzo ciekawe są obserwacje rosyjskich oficjalnych mediów i ich reakcje na powszechne niezadowolenie społeczeństwa.

We wszystkich kanałach, jak już zaroiło się od krzepkich staruszek i żwawych staruszków, którzy do kamer opowiadają, że nawet nie myślą o tym, by iść na emeryturę, bo nie wyobrażają sobie życia bez pracy, jakże przyjemnej i wcale niemęczącej. Lekarze wykładają o pożytkach płynących z aktywności do późnej starości. Czołowi dziennikarze robili nadzwyczaj łagodne, bez jednego trudnego pytania, wywiady z urzędnikami państwowymi, wyjaśniającymi na czym polegać ma reforma.

Z języka mediów zniknęło całkowicie pojęcie „podwyższenia wieku emerytalnego”, pojawiły się sformułowania „zmiany w prawie emerytalnym”. Mówiono też o „zmianie parametrów systemu emerytalnego”. Jeśli wspominano o protestach społecznych, to z komentarzem, że „Rosjanie nie są na razie gotowi do emerytalnej reformy”. Wszystko to naraz oczywiście zostało przez obywateli dostrzeżone bez najmniejszego trudu i wyśmiane na wszelkie możliwe sposoby. Za śmiechem idzie też wyraźne rozdrażnienie i gniew. Adresat jest, zgodnie z rosyjską tradycją i stosunkiem do władzy nie Putin, który rozsądnie trzyma się z boku tego sporu, ale rząd Dmitrija Miedwiediewa, traktowany jako reprezentant i obrońca oligarchicznych kręgów władzy. Internet pełen jest dowcipów, karykatur, ale i poważnych analiz, co z tego może wyniknąć. Wnioski z nich wypływające powinny już dawno zapalić czerwone światełko ostrzegawcze w rządzie rosyjskim.
Spostrzeżenie niejako na marginesie: polskie media piszą o tym konflikcie mało bądź wcale. Są bowiem w idiotycznej sytuacji: z jednej strony chętnie wzięłyby udział w nagonce na obecną rosyjską władzę, a przede wszystkim na Putina. Z drugiej – polskie neoliberalne media głównego nurtu nie mogą przecież otwarcie popierać Rosjan protestujących przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego, skoro całkiem niedawno ze wszystkich sił popierały taką samą polską reformę, a wszystkich, którzy występowali przeciw, krytykowano jako niedokształconych prymitywów, nie rozumiejących, że to absolutna konieczność.

 

Putin

Wszyscy wciąż czekają w napięciu, jakie stanowisko w tym sporze zajmie Władimir Putin. Owszem, kiedy domagano się na pierwszej fali niezadowolenia dymisji Miedwiediewa, rosyjski prezydent demonstracyjnie zaczął pokazywać się w mediach z premierem, pokazując, że jest odporny na naciski, a lojalność wobec współpracowników i przyjaciół jest wysoko na liście jego priorytetów. Jednak prędzej czy później będzie musiał zając jakieś stanowisko. Znakomita większość obserwatorów jest zdania, że rosyjski przywódca wystąpi jako czynnik łagodzący napięcie społeczne, proponując bardzo łagodny wariant przedłużenia wieku emerytalnego: może o rok albo dwa.

Są jednak i tacy poważni politolodzy, którzy oczekują, że Putin zdymisjonuje rząd Miedwiediewa, ponieważ nie ma innego wyjścia. Niechęć, a nawet nienawiść ludzi do oligarchii, jednoznacznie kojarzonej z rządem, osiągnęła taki poziom, że nie da się jej załagodzić. Mało tego, autorzy takich koncepcji są przekonani, że reforma jest pułapką, jaką neoliberalne kręgi władzy zastawiły na Putina wierząc, że jeśli ją poprze, straci zaufanie ludzi i droga do zmiany władzy będzie otwarta. W myśl tych koncepcji, dymisja rządu Miedwiediewa będzie tylko pierwszym krokiem, po którym muszą nastąpić kolejne: bezpardonowa rozprawa z oligarchami, przynajmniej z tymi, których lojalność wobec zachodnich neoliberałów przeważa nad lojalnością wobec Rosji i jej obywateli.
Pod pojęciem rozprawy należy rozumieć nacjonalizację ich majątków, co do złodziejskiego pochodzenia których nikt w Rosji nie najmniejszych wątpliwości. Jednak oczekuje się, że byłaby to wojna między, nieco upraszczając, Putinem a oligarchami, na pełną skalę. Tych, którzy się nie podporządkują, należy, jak uważają autorzy tych koncepcji, po prostu aresztować i po krótkich procesach wysłać tam, gdzie ich miejsce od dawna – do kolonii karnych i więzień. I dopiero wtedy, po czystce oligarchów i ich zwolenników, Putin stanąłby na czele rosyjskiego społeczeństwa, które przystąpi do budowy Rosji sprawiedliwej i prospołecznej.

Niezależnie od prawdopodobieństwa poszczególnych scenariuszy, nie ulega wątpliwości, z jakiej gleby wyrastają. To nastrój społecznej nienawiści wobec oligarchów i neoliberalnych koncepcji, które formułują od lat jelcynowskiej smuty. I nawet jeśli oczekiwania na coś w rodzaju wielkiej rozprawy z przeciwnikami Putina są przesadzone, to napięcie społeczne jest faktem, którego władza nie może zignorować.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Rosjanie nie chcą pracować dłużej

Nie tylko w Moskwie, ale w wielu większych miastach Rosji przetacza się fala demonstracji ludzi, którzy nie chcą pracować dłużej.

 

Organizatorami protestów jest lewicowa opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna. Władza robi dobrą minę do złej gry, choć widać pewną nerwowość w szeregach rosyjskich neoliberałów. Mityngi protestacyjne zorganizowano w 90 miastach Rosji, jak podają źródła związane z komunistami. Według obserwatorów w demonstracjach uczestniczą ludzie do tej pory politycznie bierni, nie będący członkami lewicowych organizacji.

Według danych niezależnego ośrodka badania opinii publicznej Lewada Center 37 proc. Rosjan gotowych jest wyjść na ulicę protestując przeciwko reformie emerytalnej.

Protesty miały ostatnio miejsce m. in. w Czelabińsku, Jakucku, Tule, Niżnym Nowgorodzie i w Moskwie. W Penzie policja zatrzymała organizatora protestów z Lewego Frontu, Wiktora Chomca.
Komunistyczna Partia Rosyjskiej Federacji występuje z żądaniem przeprowadzenia ogólnorosyjskiego referendum, choć już trzykrotnie odrzucano jej wniosek pod formalnymi zarzutami. KPRF przeformułowała więc referendalne pytanie i ponownie złoży je do odpowiednich organów.

Putin trzyma czy Putina trzymają?

To było całkiem niedawno, 18 marca 2018 roku, 123 dni temu. Siedziałem jako gość w studiu jednego z popularnych programów publicystycznych w rosyjskiej państwowej telewizji. Była głęboka noc, ale niewiele osób spało. Trwała właśnie wyborcze podsumowanie po wyborach prezydenta Rosji.

 

Dostępne były wyniki z 90 proc. punktów wyborczych i wątpliwości być nie mogło: wygrał, z miażdżącą przewagą, Władimir Putin. Euforia panowała nie tylko w studiu, ale, jak sądzę, w większości rosyjskich domów. Putin cieszył się ogromnym poparciem. Prowadzący program, wyraźnie podekscytowany, na wszelkie sposoby odmieniał, zresztą nie tylko on, słowo „zaufanie”. Miał rację – Rosjanie wyrazili swoje zaufanie do Putina, jego polityki i osiągnięć jego ekipy.

Kiedy wreszcie zapytał mnie o zdanie, powiedziałem, że bardzo im zazdroszczę, ale i współczuję. Zazdroszczę, bo jeżeli te cele, które przed sobą postawili, uda im się zrealizować, to będą mieli słuszne powody do dumy na cały świat. Jednak, dodałem, jeżeli się nie uda, a potrzeba w tym celu gigantycznej pracy, to będę im bardzo współczuł. Powiedziałem też, że jeżeli dla nich słowem kluczem dzisiejszych wyborów jest „zaufanie”, to ja bym ich namawiał do zwrócenia uwagi na inne. Na „odpowiedzialność”, rozumianą jako odpowiedzialność wybranych przed swoimi wyborcami, bo to uważam za ważniejsze. Prowadzący grzecznie podziękował za wypowiedź, ale entuzjazmu z siebie dla niej nie wykrzesał.

 

Dziś, jak się okazuje, byłem jednak złym prorokiem.

Jeszcze przez niemal 100 kolejnych dni dla Rosji wszystko układało się znakomicie: polityka zagraniczna szła jak po maśle, kolejne sankcje już na nikim nie robiły wrażenia, bo wiadomo, że gospodarka sobie z nimi radzi, choć je odczuwa, jedna z najważniejszych i najbardziej politycznie prestiżowych inwestycji – most krymski – został oddany przed terminem, budząc uznanie na całym świecie nad osiągnięciami rosyjskiej myśli inżynieryjnej, mistrzostwa świata w piłce nożnej przeszły śpiewająco, no, idylla po prostu. I nagle, jak grom z jasnego nieba: rząd przedstawił założenia reformy emerytalnej oraz podniesienia podatku VAT o 2 proc, z 18 do 20.

Efekt był podobny do wybuchu bomby w centrach tysięcy miast i wsi Rosji. Fala oburzenia wezbrała nie tylko w sieciach społecznościowych, ale też w samorządach, objęła niemal wszystkie środowiska od zwykłych robotników do elit naukowych i nawet (choć nie wyrażali tego, co zrozumiałe, tak gromko) struktur siłowych. Rzecz nie tylko w samej, jakże łatwo wytłumaczalnej niechęci do dłuższej pracy, której warunki pozostawiają w Rosji bardzo wiele do życzenia, ale w całym tle tego ogólnonarodowego gniewu.

 

Precz z oligarchią!

Cała, niedługa, ale intensywna wyborcza kampania kandydatów na prezydenta przebiegała pod hasłem walki o sprawiedliwsze państwo. A pojęcie to rozumiano w Rosji nader prosto – odsunąć od wpływów, koryta i złodziejskich ścieżek tę cała kastę neoliberalnych oligarchów, których gigantyczne majątki, mentalność i powiązania tkwią korzeniami w latach jelcynowskiej smuty, którą pamiętający ją Rosjanie postrzegają jako najgorszy koszmar ich życia. I mają rację.

Powrócić do państwa opiekuńczego, silnego, i sprawiedliwego społecznie. Niewielu marzyło o odbudowie ZSRR, ale odwołania do czasów, kiedy gwarantowano ludziom ich podstawowe prawa, były częste. Autentyczne poparcie Putina przez wszystkie lata jego rządów były oparte o funkcjonujący od wieków schemat dobrego jedynowładcy i złych bojarów czy też urzędników otaczających w tym wypadku prezydenta.

W marcowych wyborach Putin wygrałby z każdym ale jednak warto było zwrócić uwagę na ważne zjawisko. Kiedy w wyścigu pojawił się niespodziewanie kandydat Komunistycznej partii Rosyjskiej Federacji (KPRF), Paweł Grudinin, w ciągu pierwszych dni zbierał w sondażach 30 proc głosów. Gdyby był drugi z rezultatem, jakim do tej pory nie mógł się pochwalić żaden z kontrkandydatów – to mogło namieszać na rosyjskiej scenie politycznej. Tym bardziej, że w trakcie kampanii najbardziej merytoryczną i doskonale udokumentowaną krytykę dotychczasowych rządów przedstawili właśnie komuniści. Obóz rządzący rzucił więc na Grudinina wszystkie swoje propagandowe siły, wyśledzono mu konta w Szwajcarii, przenicowano jego życie prywatne. Grudinin zachował swoje drugie miejsce w wyścigu, ale z rezultatem około 17 proc.

 

Mleko się jednak rozlało

Publiczne żądania rozliczenia oligarchów, wezwania do nacjonalizacji ich, najczęściej nakradzionych w najbardziej bezczelny sposób majątków zaczęły żyć w przestrzeni publicznej własnym życiem. Wysuwałem wówczas przypuszczenie, że Putin i jego otoczenie nie będą mogli zlekceważyć tych głosów.

I oto 31 marca sąd aresztował braci Magomiedowych: Zijawudina i Magomieda, Dagestańczyków z pochodzenia, oligarchów dysponujących gigantycznym majątkiem i jeszcze większymi wpływami.
Żeby dobrze zrozumieć, co to znaczy w rosyjskich warunkach, przytoczę długi dość spis funkcji i posiadanych udziałów w najróżniejszych strukturach, w tym strategicznych z punktu widzenia najżywotniejszych interesów rosyjskiego państwa.

Założona i kierowana przez nich spółka „Summy” ma udziały w firmie transportowej FESCO, która świadczy usługi transportowe na morzu, kolejach i w transporcie drogowym. Jaki to gigant, niech świadczy fakt, że dysponuje własną flotą, siecią pociągów i szeroko rozbudowaną siecią transportu drogowego z flotą samochodów, stacji obsługi i terminali. „Summa” ma też udziały w „Zjednoczonej Kompanii Ziaren” koordynującej produkcję i handel, w tym zagraniczny, rosyjskiego ziarna. Jeśli dodać, że Rosja od kilku lat jest w czołówce eksporterów zbóż na świecie, widać skalę przedsiębiorstwa i wpływy tych, którzy niż kierują. „Summa” jest udziałowcem Jakuckiej Kompanii Paliwowo-Energetycznej i jest operatorem w porcie przeładunkowym w Rotterdamie, a także kontroluje Noworosyjski Port Handlowy, jeden z największych strategicznych portów nie tylko w Rosji. W Europie zajmuje on trzecie miejsce pod względem wielkości przeładunków.

Równie ważne, jeśli nie ważniejsze, jest we władzach jakich struktur zasiadł jeden z Magomiedowów.

Ma Fundację charytatywną „Peri” obracająca miliardami rubli. Jest też partnerem Rad Opiekuńczych Ogólnorosyjskiego Instytutu Kinematografii, Akademii Dyplomatycznej MSZ Rosji, Fundacji Europejskiego Uniwersytetu w Sankt Petersburgu, członkiem Rosyjskiej Rady do Spraw Międzynarodowych. W część tych podmiotów ładuje oczywiście ogromne pieniądze, ale też zamian spotyka się z bardzo wpływowymi ludźmi, którzy, co tu kryć, są mu ogromnie zobowiązani za jego wielką szczodrość i chętnie ułatwiają mu działalność biznesową, a w przypadku kłopotów, zapewne też równie chętnie kontaktują z kimś, kto problemy takiego wielkiego i szczodrego biznesmena potrafi rozwiązać. Media są pełne opisów, jak różne interesy braci Magomiedowów były obiektem zainteresowania organów ścigania, ale za każdym razem kończyło się to niczym.

Tak to wygląda w całej Rosji. Oligarchowie opletli ją cała siecią wzajemnych powiązań, wpływów korupcyjnych lub korupcjogennych układów, co powoduje, że są nie tylko bezkarni, ale praktycznie są ponad każdą władzą. A ich rodziny, kapitały i powiązania towarzyskie są nie w Rosji, a na Zachodzie, gdzie zresztą transferują swoje mniej lub bardziej legalne zyski. Za granicę wędrują niebotyczne pieniądze. Oficjalnie mówi się, że w latach 200-2017 za granicę wywędrowało 430 miliardów dolarów. Nieoficjalnie, że około tryliona dolarów. Osobiście skłonny byłbym skłaniać się ku danym nieoficjalnym.

To wszystko naraz rodzi już nawet nie niechęć prostego narodu, a nienawiść. 1 proc. Rosjan ma 76 proc. majątku narodowego, reszta musi nacieszyć się pozostałymi 24 procentami.

 

I nic z tego

Kiedy więc aresztowano braci, a media zaczęły bezlitośnie sprawdzać powiązania biznesmenów z politykami z pierwszych stron gazet, natychmiast wskazano, że biznes Magomiedowów rozwinął się doskonale za czasów rządów Dmitrija Miedwiediewa, a ich „opiekunem” był wicepremier Arkadij Dworkowicz. To pierwszy wicepremier, bliski współpracownik Miedwiediewa, ale też doradca Putina. Zaczęły pojawiać się głosy, że to pierwszy krok do rozprawy z kastą oligarchów, a dymisja Miedwiediewa i jego ekipy jest przesądzona.

Zaraz po pierwszych publicznie wyrażonych w tym duchu oczekiwaniach, przez najbliższe trzy dni na ekranach telewizorów w głównym wydaniu „Wiadomości” Putin pojawiał się obowiązkowo w towarzystwie Miedwiediewa i nie szczędził mu na wizji uśmiechów i gestów sympatii. Takich rzeczy przypadkowi się tam nie zostawia, jeśli tylko można. Było zatem już wiadomo, że na odsunięcie Miedwiediewa i neoliberałów nie ma co liczyć. Owszem, podczas powoływania nowego rządu nazwisko Dworkowicza zniknęło, ale pozostali wszyscy ci, których neoliberalne poglądy są drogowskazem postępowania: przede wszystkim Siluanow jako minister finansów, pojawi się zaś Kudrin jako szef Izby Rozrachunkowej.

Prawdą jest też, że pierwsze wystąpienia Putina po wyborze na prezydenta wskazywały, że wyciągnął wnioski z żądań bardziej socjalnego kursu rosyjskiego państwa. Wyznaczył zadania, by dwukrotnie zmniejszyć w Rosji obszar biedy (która w ostatnich latach znów zaczęła rosnąć), wydłużyć przeciętną długość życia w Rosji do 80 roku życia, rozwijać infrastrukturę, szczególnie medycynę i oświatę. Dlatego postawienie na Miedwiediewa i jego najwierniejszych pretorianów neoliberalizmu wiele osób zaskoczyło. Lojalność rosyjskiego prezydenta wobec swoich przyjaciół z czasów jeszcze leningradzkich imponuje, rzadko bowiem w świecie polityki trafiają się ludzie, dla których przyjaźń nie jest pustym słowem. Lecz chronienie ich wtedy, kiedy wydają się ostatecznie skompromitowani – dziwi. A Miedwiediew po szeroko i dobrze przygotowanym ataku ze strony Nawalnego nie cieszył się w społeczeństwie ani szacunkiem, ani sympatią.

 

Grom z jasnego nieba

Komunikat o rządowej propozycji podwyższeniu wieku emerytalnego był dla wielu Rosjan ogromnym szokiem. Dzisiaj wiek emerytalny to 55 lat dla kobiet i 60 dla mężczyzn. Rząd Miedwiediewa zaproponował, by kobiety przechodziły na emeryturę w wieku 63 lat, a mężczyźni w wieku 65.

To prawda, że średnia długość życia w Rosji zwiększyła się do 72 lat, że system emerytalny trzeszczy w szwach, że etapy dochodzenia do wyznaczonych granic wieku emerytalnego rozciągnięto w czasie (kobiety za 15 lat, mężczyźni za 10) ale to nie pomogło w uspokojeniu nastrojów społecznych.

Petycja sprzeciwu, pod którą podpisy zbierane są w Rosji słusznie wskazuje, że wg oficjalnych danych w 62 regionach Rosji średnia długość życia jest mniejsza niż 65 lat, a w trzech regionach nie osiąga nawet poziomu 60 lat. Oznacza to, że „przy zachowaniu tendencji demograficznych do 65 lat nie dożyje 40 proc. mężczyzn i 20 proc. kobiet. Realizacja propozycji o podwyższeniu wieku emerytalnego oznacza, że znaczna część rosyjskich obywateli nie dożyje do emerytury”.

Twórcy petycji (a podpisało się pod nią już niemal 3 miliony ludzi) zwraca też uwagę, że mówienie o braku pieniędzy w systemie jest nieprawidłowe, ponieważ znacząca część zatrudnionych odbiera pensje w szarej strefie. Z 77 milionów pracujących podatki od pensji płaci jedynie 33,5 miliona. Oznacza to, że co roku na fundusz emerytalny nie wpływa 2,2 tryliona rubli.

Na pomoc bitemu rządowi rzuciły się państwowe media, czyli do tej pory jedna z najlepiej pracujących machin propagandowych na świecie. Jednak sposób, w jaki to zrobiono, każe wątpić w tak jeszcze niedawno przenikliwie myślących polittechnologów rosyjskich. W programach państwowej telewizji zaroiło się nagle od rześkich staruszków i staruszek, utrzymujących, że na starość nie tylko można, ale należy pracować, pojawili się znani lekarze przekonujący, że jedynym sposobem na przedłużenie życia jest aktywność, nie dodając wszakże, że nie chodzi o regularne chodzenie do znienawidzonej i otępiającej roboty. Celebryci, całe życie będący pupilkami wszelkich reżimów, zapewniali, że nie wyobrażają sobie zaprzestania pracy, zapominając, że to, co robili całe życie, nie da się porównać z krwawą harówką zwykłych ludzi.

Mistrzostwem kompromitacji był występ samego ministra finansów Antona Siluanowa u jednego z najpopularniejszych, do tej pory mądrych i przenikliwych dziennikarzy telewizyjnych Władimira Sołowjowa. Siluanow mówił rzeczy okropne, które starsi Polacy znają z kłamliwych reklam telewizyjnych, które serwowano nam podczas zachwalania programu OFE. Minister bez zmrużenia oka przekonywał, że dzięki reformie emerytalnej i podwyższeniu VAT o 2 proc emeryci nareszcie będą mogli podróżować, pomagać dzieciom i wnukom oraz godnie odpoczywać. I to wszystko naraz. Na tym samym jednym tchu przekonywał, że pieniądze z podwyżek VAT i oszczędności z późniejszego przechodzenia na emeryturę pójdą na podwyższenie emerytur, szkolnictwo, medycynę, oświatę i w ogóle infrastrukturę społeczną. Średnia emerytura – wywodził pan minister – wzrośnie już za pięć lat do 20 tysięcy rubli (1172 zł). Nic nie mówił, jaką jej część zje inflacja, a także w jaki sposób z 2 proc. VAT oraz oszczędności na funduszu emerytalnym zamierza jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zrobić z Rosji kraj nowoczesnej medycyny, znakomitych dróg, szczęśliwych starców jeżdżących na wakacje za granice wielkimi grupami. Sołowiow słuchał zaś neoliberalnego ministra i ani razu nie zadał choćby jednego trudnego pytania. Ani jednego. Łykał te propagandowe kocopoły bez uniesienia brwi choćby na moment.

Alarm podnieśli deputowani samorządowi. Ogromną popularność zdobył komunistyczny deputowany z Saratowa Nikołaj Bondarenko. Jego emocjonalne i bardzo krytyczne wystąpienie pod adresem oligarchicznego państwa na sesji miejscowego parlamentu zdobyło szturmem internet. I co? Jeden z deputowanych tegoż lokalnego parlamentu, przedstawiciel rządzącej partii Jedna Rosja Iwan Kuzmin złożył doniesienie do organów ścigania, by sprawdzili treść wystąpienia deputowanego pod kątem ekstremizmu. Deputowanego. Za wystąpienie w lokalnym parlamencie. Doprawdy, ożywione stereotypy rosyjskiego urzędnika, którego służalczość wobec władzy przeważy wszelkie normy i zasady nie tylko demokracji, ale też przyzwoitości, nie przestają zadziwiać.
Trudno, żeby rosyjscy obywatele tego propagandowego walenia jak tępym obuchem po łbie nie zauważyli. Paradoksalnie przez ostatnie lata putinowskie państwo wychowało sobie świadomych, wiedzących czego od niego chcą obywateli. I teraz zbiera tego owoce. To już nie tylko sprzeciw wobec pomysłów rządowych jest problemem. Teraz wszyscy rządzący w Rosji muszą się mocno zastanawiać, co dalej.

 

Ruch Putina

Internauci czym prędzej przypomnieli rosyjskiemu prezydentowi jego wystąpienie sprzed pięciu lat, w którym mocno podkreślał, że dopóki on będzie prezydentem, o żadnym podwyższeniu wieku emerytalnego mowy być nie może. Sytuacja zrobiła się tak napięta, że rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow pośpieszył z zapewnieniem, że prezydent nie miał nic wspólnego z tym projektem. 20 lipca Putin publicznie powiedział, że projekt mu się nie podoba, ale trzeba myśleć o przyszłości. Myślę, że do aktywnego poszukiwania wyjścia z tej sytuacji zmuszają też wyniki notowań popularności czołowych rosyjskich polityków.

Putin, do tej pory kąpiący się w uwielbieniu obywateli, nagle spadł wyraźnie w notowaniach (z 60 proc w styczniu br. do 48 proc. w lipcu – wg instytutu Lewady). O Miedwiediewie nawet nie ma co wspominać – ufa mu ledwie 9 proc obywateli. Premier zajmuje też pierwsze miejsce wśród polityków, którym obywatele nie ufają.
Duma przyjęła projekt w pierwszym czytaniu. Obowiązywała dyscyplina głosowania. Z Jednej Rosji wyłamała się deputowana Pokłonska, która głosowała przeciw, kilku poszło demonstracyjnie na zwolnienia lekarskie. Jedna Rosja to jedyny klub, który był za reformą. Pozostałe partie zagłosowały przeciw, co oczywiście niczego nie zmienia, ale pokazuje nastroje na politycznej scenie, tak do tej pory skonsolidowanej wokół prezydenta.

Wszyscy zadają sobie pytanie: co w tej sytuacji zrobi Władimir Putin?

Optymiści przekonują, że wystąpi przed Dumą z jasnym komunikatem, że to szkodliwa reforma i uratuje emerytów, swoje poparcie i spokój Rosji. Ale jeżeli tak, to będzie musiał zrobić następny krok i pójść na wojnę z neoliberałami i oligarchią. Czy go na to stać? Neoliberalna oligarchia rosyjska wciąż jest potężną siła, ma ogromne pieniądze, wpływy i powiązania, w tym również międzynarodowe.

Może też Putin pójść na kompromis i trochę złagodzić założenia reformy emerytalnej i podwyżki VAT. Czy to jednak wystarczy, by uratować swoja popularność? Gniew społeczny jest silny, a wszyscy dotychczasowi opozycjoniści antysystemowi, którzy do tej pory wzywali do protestów pod jakimiś wymyślonymi hasłami, teraz będą mieli całkiem realne paliwo i pretekst do wyciągnięcia ludzi na ulice. Każdy kompromis jest zgniły, więc może niczego nie załatwić.

Może też prezydent zaproponować całkiem nowe rozwiązania. Zmianę systemu podatkowego, nacjonalizację nielegalnie zdobytych majątków oligarchów lub choćby wyraźne podporządkowanie ich interesom państwa. Ale to byłaby prawie rewolucja.

Jeżeli nic się nie zmieni, oznaczać to będzie, że w Rosji neoliberalizm zwyciężył na najbliższe lata.

Nic z tego dobrego nie wyniknie ani dla Rosji, ani dla świata. Dla Rosji, bo wiadomo jak ten system działa. Czy raczej nie działa. Dla świata – bo oznaczać to może, że Rosja chce zająć miejsce USA na świecie nie proponując niczego zasadniczo nowego, co tak bardzo jest światu potrzebne. To fatalna wiadomość.

Złapał Kozak…

Podczas, gdy większość światowych mediów zastanawia się o czym tak naprawdę rozmawiali obydwaj przywódcy w Helsinkach, część prasy amerykańskiej i prasa izraelska wiedziała i wie dość sporo.

 

Bezpośrednio przed szczytem izraelska gazeta „The Jerusalem Post” pisała, że kilka dni wcześniej premier Benjamin Netanyahu spotkał się na Kremlu z Putinem. Oczywiście Netanyachu rozmawiał także kilkakrotnie na temat bezpieczeństwa Izraela z Trumpem. Dlatego gazeta przewidywała, że bardzo ważnym tematem szczytu będzie przyszłość Syrii i rola Iranu w regionie. Spekulowała przy tym, że Putin zaoferuje pozbycie się irańskich sił z Syrii, jeżeli Trump wywrze nacisk na Zachód, by złagodzić ekonomiczne i dyplomatyczne sankcje nałożone na Rosję po jej inwazji i aneksji Krymu. (Herb Keinon, „Netanyahu talks to Trump before Trump-Putin Summit”, The Jerusalem Post, July 15, 2018).

Bezpośrednio po szczycie, w tym samym dniu, amerykański „New York Post” napisał, że zwycięzca szczytu może być tylko jeden – Izrael. Obydwaj przywódcy zapewnili, że będą wspólnie pracować na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa Izraela. Putin wezwał do pełnego poszanowania Porozumienia z 1974 roku dotyczącego rozdzielenia wojsk na Wzgórzach Golan; zapewni to pokój na Wzgórzach i bardziej przyjazne relacje między Syrią i Izraelem oraz bezpieczeństwo Izraelowi. Putin wezwał do koordynacji działań militarnych Rosji i Stanów w kryzysie syryjskim. Jak wiadomo, dotychczas w tej 8. letniej wojnie obydwa państwa popierały zwalczające się strony. Izrael spodziewa się korzyści po spotkaniu dwóch przywódców. (Marisa Schultz, „Why Israel stands to benefit from Trump – Putin summit”. New York Post, July 16, 2018).

Większość obserwatorów twierdzi, że zwycięzcą szczytu okazał się Putin, a nie Trump. Wykluczyć się jednak nie da, że wyniki szczytu będą korzystne także dla Izraela. Styl jednak w jakim ten ewentualny sukces został osiągnięty budzi poważne wątpliwości. Izraelska gazeta Haaretz dzień po szczycie niezwykle krytycznie oceniła postawę Trumpa w Helsinkach: „Z wyjątkiem twardych zwolenników, Ameryka z trudem wybaczy prezydentowi, który stojąc przy autorytarnym przywódcy, jakim jest Władymir Putin, zdecydował się raczej go bronić niż skarcić, zamiast tego walił (bashed) w swój własny kraj”. Jeżeli nawet Trump niczego Putinowi nie zawdzięcza, (podkreślenie moje, M.P.) to wyglądał i mówił tak, jak gdyby był jego lokajem lub marionetką, co już wcześniej przewidziała Hilary Clinton. (Chemi Shalev, „In Helsinki, Trump Hazed America as if He Were Putin’s Puppet” , Haaretz, Jul 17, 2018). Co i komu Trump zawdzięcza czytamy w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd”, jakiego udzielił wybitny znawca Bliskiego Wschodu, ambasador Krzysztof Płomiński: „Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem”. (Rozmawiał Robert Walenciak, „Ropa, Religia, Narody, Interesy”, Przegląd Nr 28, 8-15.07.2018). Wygląda więc na to, że Donald Trump spłaca teraz swe długi.

Dowiemy się kiedyś zapewne czy w Helsinkach dyskutowano o Unii Europejskiej, Europie Środkowo-Wschodniej, czy o Polsce i co postanowiono. Świat obserwował będzie z niepokojem treść dialogu, jaki prowadzić będą Rosja i USA. Za ustępstwa rosyjskie wobec USA i Izraela na Bliskim Wschodzie, Europa, a szczególnie nasz region zapłacić może jakąś cenę. Pytanie – jaką? Na naszym polskim podwórku słychać niezdarne próby usprawiedliwiania postawy Trumpa w Helsinkach ( a to, że jest pod stałą presją krytyków i nie wytrzymał tej presji, albo, że właściwie „Polacy nic się nie stało”). Jest jednak oczywiste, że Stany Zjednoczone nie chcą już być przywódcą świata zachodniego, dobrowolnie z tego przywództwa zrezygnowały, choć pozostało jeszcze ich przywództwo w NATO. Natura nie lubi próżni i to miejsce zapełni zapewne po jakimś czasie Unia Europejska (a w niej Niemcy i Francja). Do Europy Środkowej weszły już gospodarczo Chiny (formuła 16+1 niewiele się różni od 12tki państw Trójmorza). Potwierdzeniem chińskich intencji było sofijskie forum gospodarcze 16+1, na którym (7 lipca) premier Chin Li Keqiang zachęcał do dyskusji o problemach dotychczasowej integracji Środkowej Europy i promowaniu osiągnięć regionu. Chiny oraz 16 państw Środkowo-Wschodniej Europy chciałyby widzieć zjednoczoną, dobrze funkcjonującą Unię Europejską. Integracja środkowoeuropejska nie jest konkurencją czy alternatywą dla Unii Europejskiej. Chiny postrzegają Europę jako globalny „biegun pokoju” i proponują zaproszenie państw trzecich do współpracy z „16+1”, w domyśle chodzi o Niemcy, Francję, Włochy. „Wojna celna USA z Chinami, zaproszenie państw bałkańskich do Unii Europejskiej, obietnice kredytów dla państw Trójmorza składane przez prezydenta Donalda Trumpa wzmocniły pozycję Forum 6+1, Czy uda im się wykorzystać to zainteresowanie – czas pokaże”.(Anna Sobczyńska, „Chiny zapraszają”, Trybuna, 16-17 lipiec 2018 – przy pisaniu tekstu pani A. Sobczyńska wykorzystała publikacje z „People’s Daily”).

Unia Europejska, w przeciwieństwie do USA i Rosji w sposób otwarty, bez tajemnic, nawiązuje ściślejsze niż dotąd stosunki z Chinami. W dniu szczytu w Helsinkach w Chinach wizytę złożyli Jean-Claude Juncker, Przewodniczący Komisji Europejskiej i Donald Tusk, Przewodniczący Rady. Podpisano wiele umów. Chiny szukają w UE sojusznika w wojnie handlowej z USA i chcą zrównoważyć straty w relacjach gospodarczych z USA. Dyskutowano m.in. o sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także o Ukrainie. A więc nie tylko Stany Zjednoczone i Rosja interesują się naszym regionem i całą Europą!

W świetle rozpętanej przez Donalda Trumpa wojny handlowej i obłożenia towarów z UE dodatkowymi cłami, szczególne znaczenie miała będzie umowa podpisana 17 lipca 2018 roku między UE a Japonią przez Junckera i Tuska oraz japońskiego premiera Shinzo Abe. Powstaje strefa wolnego handlu obejmująca ponad 600 milionów ludzi. Japonia, bliski sojusznik USA, nie zapytała się w tym przypadku o zgodę swego wielkiego brata.

Po szczycie Trump-Putin w Helsinkach obudziliśmy się, bez własnej woli, w innym zupełnie świecie.