Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbána na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdoğana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.
Car Wołodia
Ale Putin jawi się też w zachodnich mediach jakby był najpotężniejszym człowiekiem planety. Jakby samowładnie pociągał za sznurki na całym świecie, nie wyłączając największych mocarstw. Polityczni i medialni zarządcy status quo wszędzie pokazują nam macki Putina. To on wybrał Amerykanom Donalda Trumpa na prezydenta (garścią marginalnych memów na Facebooku); to on o mało nie wybrał Francuzom Marine Le Pen (i jeszcze dopnie swego); to on podpuszcza „żółte kamizelki”, żeby robiły zawieruchy na ulicach francuskich miast; to on stoi za katalońskim separatyzmem; to on stoi za Salvinimi; to on stoi za Assange’em; to on stoi za Kaepernickiem; to on (a nie na przykład dominacja zaciskających wszystkim pasa Niemiec) odpowiada za groźbę rozpadnięcia się Europy; to on nam zagraża, kiedy Trump zrywa międzynarodowe traktaty. Putin zapewne w najśmielszych swoich snach nie fantazjuje nawet o potędze, jaką przypisują mu niektórzy jego „krytycy”.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę wyraża się także w tym, że jak w przypadku żadnego innego politycznego przywódcy naszych czasów, jego wizerunek zrósł się w jedną całość z wizerunkiem państwa, na którego czele stoi. Putin to Rosja a Rosja to Putin (i nic więcej!) – w stopniu, dla którego trudno znaleźć we współczesnej politycznej wyobraźni coś podobnego. Nawet Erdoğan nie utożsamił się jeszcze z Turcją do tego stopnia. Dominująca narracja każe nam przyjmować jako oczywiste założenie, że Putin jest samodzielnym i bez mała jedynym autorem współczesnego porządku politycznego Rosji – to wszystko jest jego projekt, jego dzieło, i jego wyłącznie.
Ten ostatni wymiar wyolbrzymionego miejsca Putina we współczesnej wyobraźni politycznej Zachodu stanowi punkt wyjścia dla znakomitej książki Tony’ego Wooda „Russia Without Putin : Money, Power and the Myths of the New Cold War” (Rosja bez Putina: Pieniądze, władza i mity nowej zimnej wojny), wydanej w zeszłym roku przez londyńsko-nowojorskie wydawnictwo Verso. Wood zaczyna od wykazania, że Putin był produktem oligarchicznego systemu, który wykształcił się na gruzach upadającego ZSRR w warunkach chaosu pod rządami Borysa Jelcyna. Przekonuje, że to mit, jakoby Putin przywrócił zamordyzm w sowieckim stylu wraz z ekonomicznymi ingerencjami państwa w gospodarkę, zrywając z jelcynowskim karnawałem liberalnej demokracji i wolnego rynku. Putin był przecież przez Jelcyna wskazany, w zasadzie mianowany na swojego następcę – i zrewanżował mu się za to dożywotnim immunitetem. Putin nie zniósł utworzonego za Jelcyna porządku, Putin go skonsolidował i ustabilizował, przywracając ramę silnego państwa rozpiętą nad interesami oligarchów (jelcynowska słabość państwa groziła przecież w dłuższej perspektywie także ich interesom i pozycji). Może i poświęcił po drodze jakiegoś Chodorkowskiego, ale było to elementem procesu wytyczania nowych reguł gry i odzyskiwania przez państwo społecznej legitymizacji, szacunku zwykłych Rosjan. Za rządów Putina (dzięki rosnącym dochodom z ropy) państwo to zaczęło znowu spełniać choćby tak podstawowe oczekiwania społeczne jak wypłacanie wynagrodzeń i emerytur w terminie.
Jelcyn i Putin
Opozycja między liberalnym Jelcynem a autorytarnym Putinem również jest z gruntu fałszywa. Rosja Putina oczywiście jest książkowym przypadkiem „demokracji nieliberalnej” albo „imitacyjnej”, w której formalne pozory demokratycznych procedur nigdy nie zagrażają obozowi władzy, a opozycja i mniejszości funkcjonują w warunkach stale zagrożonych praw, ale to Jelcyn, nie Putin, wytoczył czołgi na Dumę, to Jelcyn, nie Putin, utrzymał się u władzy na drugą kadencję, dzięki gmeraniu obcego (amerykańskiego) rządu i jego agencji w rosyjskich wyborach. Nie tylko Rosjanie, których codzienny byt uzależniony jest od państwowych rent i emerytur, ale nawet radzący sobie ekonomicznie Rosjanie z klasy średniej, którzy cenią „liberalne” wolności, niekoniecznie porównują ich jakość z Finlandią czy Szwajcarią. Jak zwraca uwagę Stephen F. Cohen , znawca Rosji piszący m. in. dla lewicowego amerykańskiego „The Nation”, dla wielu Rosjan przedmiotem porównania jest raczej to, co znają z własnej, rosyjskiej historii. W Rosji Putina opozycyjna czy zbuntowana kultura jest marginalizowana, odcinana od publicznych funduszy, ale książki są bez problemu wydawane, filmy i muzyka i tak powstają (wielki rynek w narodowym języku pomaga) i tylko nieliczni artyści (jak Pussy Riot) spotykają się z realnymi, pokazowymi represjami. To oczywiście źle, że ktokolwiek się z nimi spotyka, nie można tego lekceważyć, ale dla wielu Rosjan znaczenie ma raczej to, czy jest pod tym względem lepiej czy gorzej niż wcześniej, a nie, że jest gorzej niż w Szwecji, bo tak jak w Szwecji w Rosji nigdy nie było.
Jednym z głównych wątków zachodniego dyskursu demonizującego Putina są zabójstwa krytycznych dziennikarzy, jakoby na zlecenie samego władcy Kremla. Cohen zwraca uwagę na dwa aspekty. Po pierwsze, dokładnie tyle samo dziennikarzy, po 41, zostało zamordowanych pod rządami Jelcyna (tylko dwie kadencje), co przez cztery kadencje rządów Putina. Nawet to stanowiłoby więc jakąś poprawę w stosunku do epoki przed Putinem, przy założeniu, że odpowiedzialność Putina za wszystkie przypisywane mu zabójstwa dziennikarzy byłaby pewna. Po drugie bowiem te zarzuty opierają się jednak na spekulacjach i na założeniu, że to jest przecież „oczywiste”. Samo to, że dziennikarz ginie pod rządami tego czy innego prezydenta, nie wystarczy za dowód, że to na jego zlecenie. Cały świat traktuje przypadek Anny Politkowskiej, jakby odpowiedzialność Putina za jej śmierć była pewnikiem, jakby ktoś ją udowodnił – tymczasem jej koledzy z redakcji utrzymują, że była to raczej robota czeczeńska.
W oligarchicznym, dzikim rosyjskim kapitalizmie Kreml nie jest jedynym ośrodkiem władzy i interesu. Kreml nie jest jedyną instancją władzy, której krytyczni dziennikarze zachodzą za skórę. Istnieje jeszcze coś takiego jak władza ekonomiczna, w Rosji niezwykle skoncentrowana i przyzwyczajona do tego, że dostaje to, czego chce. W okresie rozpadu Związku Radzieckiego i neoliberalnej grabieży majątku narodowego nie tylko byli agenci KGB posuwali się do przemocy, usuwając niewygodnych sobie ludzi. To samo robiły zorganizowane grupy przestępcze oraz, last but not least, rywalizujący, rosnący w siłę oligarchowie. Wszyscy przecież o tym czytaliśmy w latach 90. ubiegłego wieku. Pomysł, że te grupy nagle o takich sposobach realizacji swoich interesów zapomniały, gdy tylko Putin doszedł do władzy, i serio oddały mu monopol na przemoc, albo że nagle wyłączyły z grona dopuszczalnych „targetów” zlecanej przez siebie przemocy akurat dziennikarzy, jest niepoważny.
Putin i świat
Ważne miejsce w książce Tony’ego Wooda zajmuje krytyka mitów dotyczących rosyjskiej polityki międzynarodowej pod rządami Putina. Wood nie wierzy, że Putin wkroczył do gabinetów Kremla z wielkim strategicznym planem odbudowy Rosji jako imperium, którego macki rozejdą się po całej planecie, i od tamtego czasu wizję tę przebiegle i konsekwentnie realizuje (aż obsadził swoją marionetkę w Białym Domu, jak chce najbardziej niedorzeczna wersja tej fantazji).
Upadek ZSRR pociągnął za sobą dobrowolną demilitaryzację Rosji, którą trudno porównać z czymkolwiek w nowożytnej historii. Rosja we wczesnym stadium neoliberalnej transformacji zredukowała swoje wydatki zbrojeniowe o 95 procent. Ambicją rosyjskiej klasy politycznej – w tym samego Jelcyna – było, aby Rosja, jeśli tylko zrzuci pancerz i wypluje zęby, a potem wykaże się jako wzorowy uczeń globalnych instytucji neoliberalizmu, została przyjęta w szeregi „wolnego świata”. Marzeniem było zbliżenie i integracja z Zachodem, nie wyłączając NATO. Prozachodni paradygmat Kremla wcale się nie zmienił wraz z przejęciem władzy przez Putina. Przez pierwsze dwie kadencje Putin poruszał się po świecie, spoglądając przez takie same okulary. Dopiero u władzy do Putina i jego administracji zaczęło powoli docierać, że rosyjska miłość do Zachodu jest uczuciem nieodwzajemnionym. Że rozszerzenie NATO o byłe państwa Bloku Wschodniego (w tym trzy byłe republiki radzieckie), wbrew obietnicom dawanym przez Billa Clintona Gorbaczowowi, że nic takiego nie nastąpi, było obliczone jako posunięcie skierowane przeciwko Rosji. Że pragnieniem Zachodu, wcielonego m.in. w NATO i Unię Europejską, jest pogłębianie marginalizacji Rosji, dystansu od niej, jej osłabianie, jej osaczanie przez podsuwanie coraz bliżej jej granic oddziałów US Army, aż po instalowanie u władzy neonazistów tuż pod rosyjskimi granicami, w kraju, którego ogromna część populacji czuje się kulturowo powiązana z Rosją (Ukraina).
Wbrew antyrosyjskiej propagandzie przedstawiającej działania Putina jako wielki, demoniczny plan przejęcia kontroli nad światem, Wood przekonuje, że działaniami Putina nie kieruje żaden dalekosiężny plan. Putin podejmuje raczej nerwowe, nierzadko zdesperowane kroki w reakcji na rozwój międzynarodowych wydarzeń. Wyznacza je krótkoterminowa perspektywa potrzeby niezwłocznego odwrócenia lub choć zatrzymania postępującego od lat procesu utraty przez Rosję gruntu pod nogami – powiedzenia Zachodowi basta!, zanim będzie za późno. To dlatego rachunek zysków i strat asertywnych, a czasem aroganckich posunięć ostatnich lat jest dla Rosji co najmniej niejednoznaczny, niekiedy nawet (Ukraina) z przewagą strat – wizerunkowych, dyplomatycznych i ekonomicznych.
Oceniając międzynarodowe zachowanie Rosji, nie wystarczy ograniczać się do intelektualnej łatwizny, że prawicowy polityk napina imperialne muskuły na zewnątrz, żeby utrzymać społeczne poparcie wewnątrz kraju. Trzeba sobie zadawać pytanie, czy Zachód pozostawił Putinowi jakiś większy wybór. Oddanie bez walki swoich interesów to nie jest opcja atrakcyjna i gdyby Rosją rządził nie prawicowy Putin a jakiś, powiedzmy, rosyjski Lula, to niewykluczone, że musiałby zachowywać się dziś podobnie. (Nie każdy to dzisiaj pamięta, ale w otoczonej przez amerykańskie bazy i instalacje wojskowe Brazylii Lula prowadził politykę zdecydowanej ekspansji sił zbrojnych, podsuwał wojsko pod granice Kolumbii i Paragwaju, itd.). Trudno się dziwić przywódcy państwa, że broni interesów tego państwa, a samo to, że jest to odpychający dla nas przywódca prawicowy, nie wystarczy, by unieważnić wszystkie racje tego państwa. Przynajmniej tak długo, jak długo żyjemy w systemie państw narodowych.
Putin i „mieszanie się”
Rosja Putina ma, oczywiście, swoje na sumieniu, jeśli chodzi o „mieszanie się” w sprawy innych państw w systemie państw narodowych. Ale i tutaj trzeba zadawać co najmniej dwa pytania. Pierwsze: co tu jest akcją, a co reakcją? Drugie: czy Rosji Putina nie obrywa się jednak w nieproporcjonalnym stopniu? Tak jakby to wyłącznie Putin, sam jeden, zaburzył system, w którym, dopóki Rosja nie anektowała Krymu, wszyscy przestrzegali reguł gry (respektowali suwerenność i integralność innych państw). Przy okazji amerykańskich wyborów w 2016 profesor prawa międzynarodowego Richard Falk pisał na temat rosyjskiego „mieszania się”, że jeśli Moskwa dysponowała wiedzą, że dojście do władzy Hillary Clinton groziło eskalacją napięć z Rosją, to miała podstawy próbować temu zapobiec. W końcu nikt nie zrobił więcej niż USA, żeby zniszczyć zasadę wzajemnego szacunku państw dla swojej suwerenności.
Słyszeliśmy ostatnio o rosyjskich pieniądzach zasilających europejską populistyczną i skrajną prawicę (Strachego w Austrii, Salvininiego we Włoszech). Jak poważna by ta sprawa nie była, trzeba zachowywać proporcje. Po pierwsze, i tutaj mamy najpewniej do czynienia z tym samym, co zdiagnozował Wood: działaniem głęboko reaktywnym, motywowanym krótką perspektywą, próbą zrobienia czegokolwiek. Chwytaniem okazji, kiedy ta już się pojawiła – bardziej niż tworzeniem jej od podstaw. Okazji podgrzania napięć pomiędzy państwami Zachodu w odpowiedzi na fakt, że jedność Zachodu jest od dawna jednością przeciw (między innymi) Rosji. Putin nie tylko nie ma żadnego wielkiego, makiawelicznego planu, ale usiłuje nadgonić stracony czas. Poważne dochodzenia dają podstawy zakładać, że rosyjskie pieniądze w europejskich kampaniach politycznych to drobniaki w porównaniu z ich głównym źródłem, i na pewno nie odpowiadają za ich sukcesy. Głównym i od dawna źródłem finansowania europejskiej skrajnej prawicy są bowiem szemrane pieniądze pochodzące z najbardziej reakcyjnych kręgów oligarchii amerykańskiej, i w tym wypadku z całą pewnością możemy mówić o długofalowym, od lat rozwijanym projekcie. Putin być może więc strzela sobie na dłuższą metę w stopę, bo populistyczna prawica na finansowej smyczy Amerykanów prędzej czy później będzie musiała opowiedzieć się przeciwko Rosji, i być może to jest to, co ją kiedyś zjednoczy ponad poszczególnymi nacjonalizmami.
Putin na Bliskim Wschodzie
Rosja przedstawiana jest jak agresor nawet tam, gdzie pojawiła się ze swoimi siłami na prośbę legalnego rządu suwerennego państwa – czyli w Syrii. Rosję systematycznie odmalowywano, jakby była najbrutalniejszym uczestnikiem wojny z Państwem Islamskim et consortes (bombardowanie wschodniego Aleppo), w rażącym kontraście z milczeniem, jakie otaczało amerykańskie bombardowania również znajdującego się pod kontrolą dżihadystów irackiego Mosulu. Tak, jakby fanatyczne siły neośredniowiecza można było pokonać, rzucając kwiaty zamiast bomb. Tak jakby alternatywa – pozostawienie połowy Aleppo i innych miast pod rządami obłąkanych salafickich fanatyków, którzy mieszkańców tamtych dzielnic i miast więzili jako żywe tarcze – była aktem humanitaryzmu. W Syrii to Rosja Putina stanęła po lepszej stronie historii – z całą pewnością mniej złej, z dwóch liczących się w tej wojnie. Powstrzymała osunięcie się kolejnego arabskiego państwa w otchłań chaosu, który stamtąd rozprzestrzeniałby się dalej. Przez cały ten czas większość z nas nie dowiedziała się nigdy z telewizji, że syryjskie siły rządowe i siły rosyjskie, dokonywały systematycznych ewakuacji cywilnej ludności wschodniego Aleppo – to znaczy tych, którym udało się wydostać z wielkiego więzienia, w jakie obrócili je salafici.
Jest taki odruch na części polskiej lewicy, że każdy, kto w jakimś sporze między mocarstwami wskaże racje Rosji, jest z automatu wyśmiewany, że wierzy w „rosyjski antyimperializm” albo wyznaje „kampizm”. Mamy przecież do czynienia z konfliktem imperializmów i powinniśmy się od nich tak samo odcinać. Jest to stanowisko malowniczo radykalne, ale czasem w postmodernistyczny sposób odklejone od rzeczywistości. A co, jeśli któraś ze stron mówi prawdę, nawet jeśli tylko dlatego, że akurat zgadza się ona z jej interesami? Mamy się od prawdy odcinać tak samo jak od kłamstwa, bo wygłasza ją jeden z rywalizujących imperializmów? Czy jeżeli przyjmiemy, że Związek Radziecki prowadził własną imperialną politykę, to znaczy, że od jego krytyki amerykańskiej inwazji na Wietnam należało się odcinać tak samo, jak od amerykańskiej inwazji na Wietnam? Że i inwazja i jej krytyka były takim samym złem, bo stały za nimi dwa imperializmy?
W Syrii prawda i fałsz zderzyły się w sposób, który jednocześnie rzuca światło na funkcje, jakie w zachodniej propagandzie pełni dziś demonizacja Putina jako globalnego geniusza zła. W toku wojny syryjskiej, dla ściemy zwanej „domową”, miała miejsce sekwencja rozrzuconych w czasie, ale bardzo podobnych, „ataków bronią chemiczną”. W żaden sposób nie opłacały się rządowi Baszszara al-Asada, a jednak wszystkie mocarstwa zachodnie i ich tuby propagandowe (od CNN i New York Timesa po BBC i Guardiana) łączyły się w przekonaniu o niezbitych dowodach odpowiedzialności rządu w Damaszku. Kreml natomiast łączył się z Damaszkiem w opozycji do tych twierdzeń. Każdy, kto na dominującą narrację reagował pytaniami, proponował sceptycyzm, krytycyzm, prosił o dowody (jakim cudem zapomnieliśmy wszyscy tak szybko „iracką broń masowego rażenia”?) był dyskredytowany jako szpion lub pożyteczny idiota Putina. Dziś jednak coraz więcej przemawia za tym , że to wersja Moskwy i Damaszku od początku była prawdziwa. Że były to operacje pod fałszywą flagą obliczone na sprowokowanie otwartej amerykańskiej inwazji przeciwko siłom Baszszara al-Asada, a w ostatnim przypadku być może nie było nawet żadnego ataku a jedynie propagandowa inscenizacja wideo. Jednak odbiorcy mediów głównego nurtu mogą tego do dziś nie wiedzieć, podobnie jak tego, że dla mieszkańców Aleppo syryjsko-rosyjska operacja odbicia wschodniej części miasta była tego miasta wyzwoleniem.
Demonizacja Putina ponad wszelką miarę i sprowadzanie każdej kwestii politycznej i geopolitycznej do pytania „co na to Putin?”, albo kiwania głową, że „tylko Putin tak twierdzi”, służy dyskredytowaniu i uciszaniu wszystkich głosów, które mogłyby zagrażać planom i posunięciom zachodniej klasy oligarchów.
Putin i wywrotowcy
Tak to działa nie tylko w sprawach wojny, „zbrojnych interwencji” i innych form agresji na arenie międzynarodowej. Taki sam mechanizm działa w polityce wewnętrznej poszczególnych państw bloku atlantyckiego. Każdemu, kto wychyla się poza neoliberalne „skrajne centrum”, niezależnie od tego, w którą stronę, dostaje się w pewnym momencie, że działa na zlecenie, za pieniądze lub jest pożytecznym idiotą Putina. Od Marine Le Pen po Jean-Luca Mélenchona i „żółte kamizelki”, od lewicowych katalońskich separatystów po włoskich neonazistów (nawet kiedy faktyczne powiązania mają w antyrosyjskich kręgach na Ukrainie). To dlatego obsesja na punkcie Putina łączy wszędzie tak szerokie spektrum dominujących mediów i partii politycznych poza tym między sobą rywalizujących, zwalczających się nawet; (neo)liberałów z (neo)konserwatystami; PO z PiS; amerykańskich Demokratów z Republikanami. Tak, nawet ich. Wbrew pozorom zażartego sporu, Republikanie wcale nie zwalczają Russiagate, oni ją pośrednio podtrzymują, bo jest im na rękę. Jak od początku tej afery przekonywali lewicowi komentatorzy, od wybitnego historyka Grega Grandina po dziennikarza Aarona Maté: Russiagate odwraca uwagę od realnych politycznych posunięć administracji Trumpa, zwłaszcza organizowanej przez nią kolejnej fali transferu bogactwa ku szczytowi drabiny społecznej, a jeżeli jej propagatorzy niczego solidnego nie udowodnią (a nigdy nie udowodnią, bo Russiagate jest niepoważną teorią spiskową), ostatecznie umocnią Trumpa i pomogą mu w reelekcji.
We Francji insynuacje o putinowskich inspiracjach „żółtych kamizelek” mają dyskredytować jakiekolwiek formy sprzeciwu wobec neoliberalnej „myśli jedynie słusznej” administracji Macrona, przymuszać do przekonania, że alternatywy jak nie było, tak nie ma. W Hiszpanii pierdoły o rosyjskich powiązaniach katalońskich separatystów mają za zadanie zagłuszać antyneoliberalny, demokratyczny impuls kierujący większością Katalończyków. W całej Europie wyolbrzymione legendy o mackach Putina niszczących „europejską wspólnotę” mają odwracać uwagę od tego, kto i czym naprawdę ją zarzyna: Niemcy, kontrolując „wspólną” walutę i zaciskając wszystkim pasa. Na całym Zachodzie złowieszcze spojrzenie Putina ma przyciągać uwagę zaniepokojonych demontażem demokracji społeczeństw, by zapomniały patrzeć tam, gdzie ten montaż naprawdę się odbywa. Że ryba (liberalna demokracja) psuje się od głowy (od centrum kapitalistycznego systemu-świata).
Putin i degeneracja demokracji
Tak, Rosję Putina charakteryzuje daleko posunięty autorytaryzm, ale trudno byłoby wykazać, że dramatycznie większy niż dwadzieścia lat temu. We Francji, Stanach Zjednoczonych i Hiszpanii wykazać coś takiego byłoby natomiast całkiem łatwo. Trudno byłoby jednak wykazać, że dramatyczny rozkład liberalnej demokracji w Europie i USA następuje z winy czy inspiracji Putina. Putin ma swoje za uszami, ale nie strzela jeszcze co tydzień do protestujących na ulicach Moskwy, na oczach całego świata, tydzień w tydzień. Macron, pieszczoch neoliberalnych mediów, do protestujących na ulicach Paryża – owszem. Kilkadziesiąt osób straciło z rąk francuskiej policji oczy lub kończyny, ludzie zaczynają znikać bez śladu, pierwsze ciało wyłowiono już z rzeki. Sytuacja mediów i dziennikarzy w Rosji jest nie do pozazdroszczenia – ale jest stabilna, nie leci na łeb, na szyję. We Francji, „ojczyźnie praw człowieka”, restrykcje i represje intensyfikują się z dnia na dzień. Prezydent Stanów Zjednoczonych, „ojczyzny wolności”, marzy na głos o wojskowych paradach ku swojej czci i wypędza (na Twitterze) kolorowe amerykańskie kongresmenki z kraju. „Wzorowe liberalne demokracje” połączyły wszystkie dostępne im siły, by schwytać i unicestwić dziennikarza i wydawcę Juliana Assange’a i niemal żadne z wielkich „wolnych mediów” go nie broni.
To prawda, że Putin jest odpychającym prawicowym politykiem, który lubi używać siły w celach pokazowych i ucieka się do tak brudnych chwytów, jak instrumentalizacja a nawet instytucjonalizacja homofobii w polityce wewnętrznej. Ale to nie znaczy z automatu, że pożera dzieci na śniadanie, jeśli tylko CNN tak powie. Fiksacja na punkcie Putina jako demona, który jakoby chce pogrzebać nasze wolności, ma za zadanie odwracanie naszej uwagi od tego, kto je nam (już, szybko i sprawnie) odbiera naprawdę. Fiksacja na punkcie Putina jako tego, który jakoby zagraża światowemu pokojowi, ma za zadanie odwracać naszą uwagę od tego, kto naprawdę dwoi się i troi, żeby doprowadzić do kolejnej wielkiej wojny (Amerykanie i ich najbliżsi sojusznicy).
Inaczej niż w innych dużych prowincjach Imperium Amerykańskiego, w Polsce argumentację metodą reductio ad Putinum uprawia się nawet na sporej połaci lewicy na lewo od oficjalnej, establiszmentowej, neoliberalnej socjaldemokracji – od memetyki Partii Razem, przez analizy Krytyki Politycznej, po błędnych rycerzy fejsbukowego trockizmu. Inaczej niż nawet w USA, gdzie nie tylko „radykałowie”, ale nawet lewa połowa „dołów” Partii Demokratycznej odrzuca Russiagate tak stanowczo, że aż odstraszyła większość kandydatów do prezydenckiej nominacji od poruszania tego tematu w debatach bieżącej kampanii.
Prawy do lewego
Lewica, która daje się nabierać na reductio ad Putinum, nie rozumie chyba jednego z jej kluczowych elementów. Nie ma znaczenia, jak niewiele lewica ma z Putinem wspólnego; jak bardzo będzie się ona podpinać pod niektóre jej wątki, żeby wykazać, że się od Putina odcina; jak niechętnie on sam widziałby się w jej towarzystwie. Choć na pierwszy rzut oka szkoła reductio ad Putinum wydaje się stawiać znak równości pomiędzy obydwoma antyestabliszmentowymi krańcami współczesnej polityki – skrajną/populistyczną prawicą i radykalną lewicą (wrzucać je do jednego worka, rozmywać różnice między nimi, umieszczać je we wspólnych kontekstach) – prawdziwym jej celem jest tylko jedna z tych stron, wyłącznie lewica. Tylko lewicę takie skojarzenia delegitymizują i demoralizują. Tylko lewicy mają za zadanie naprawdę wyrządzić szkody.
Oligarchowie skrajnego centrum, podobnie jak ich przyjaciele i zleceniobiorcy w neoliberalno-neokonserwatywnych mediach, nie są w stanie żadnej wojny z rodzinami Mercerów, Kochów, czy kto tam jeszcze finansuje skrajną/populistyczną prawicę w całym bloku atlantyckim. Ich interesy są wspólne, ich strategią – podział pracy na różnych odcinkach jednego frontu. Frontu przeciwko lewicy. Widzieliśmy to doskonale w czasie ostatnich francuskich presidentielles. Neoliberalne media w Paryżu powiedzą nam czasem o pieniądzach Putina płynących do Marine Le Pen, ale to one wypromowały ją na jedyną kontrkandydatkę realnie zagrażającą Macronowi. Nie tylko dlatego, żeby jego zwycięstwo uczynić bardziej prawdopodobnym (mobilizując także tych, którzy zagłosowaliby na niego pomimo głębokiej do niego niechęci, przeciwko Le Pen). Zrobiły to także dlatego, że Le Pen była naprawdę drugą preferowaną opcją francuskiej wielkiej burżuazji, gdyby w Pałacu Elizejskim nie udało się posadzić jej najbardziej wymarzonego bawidamka. Wielka burżuazja wolałaby faszystkę niż jakiekolwiek zagrożenie dla swojego dotychczasowego stanu posiadania. Z Le Pen umiałaby sobie ułożyć życie. Zawdzięcza jej przesunięcie dyskursu tak daleko w prawo, żeby dzisiaj Macron mógł prowadzić politykę pod wieloma względami bardziej skrajnie prawicową niż zapowiadała i odważyłaby się tak szybko wprowadzić Le Pen, zachowując jednocześnie gębę polityka „liberalnego” i „centrowego”.

Kompleks Putina

Władimir Władimirowicz Putin nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”.

Oglądanie polskich dzienników telewizyjnych i czytanie gazet staje się nudne. Slogany zastępowane są sloganami, wszyscy prześcigają się w deklaracjach miłości do USA i przyjaźni z Ukrainą, A przyczyną wszystkich „ukraińskich nieszczęść”, wrogiem Europy i wcielonym szatanem jest niejaki Putin – skądinąd Prezydent Rosyjskiej Federacji.
Ukraina – nasza miłość
Na zielonej Ukrainie – albo „dzikich polach” jak pisał Sienkiewicz i jak rzeczywiście nazywano Ukrainę w XVI i XVII wieku – różnie bywało. Rozrabialiśmy tam w sienkiewiczowskich czasach „ogniem i mieczem”, ale także na początku XX wieku. Nie byliśmy (i nie jesteśmy poza Kijowem) ulubieńcami „ludu”. Ukraińskie jednostki walczące po stronie Niemiec i rekrutowane (bez przymusu!) na zachodniej Ukrainie źle zapisały się w naszej pamięci, a jeszcze gorzej w pamięci Słowaków. W przedłużającej się wojnie partyzanckiej na południowym wschodzie Polski jednostki Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) wykazywały się nie tylko bezwzględnością, ale i nadgorliwością.
Ale to było. Od 70 lat żyjemy w spokoju i przynajmniej deklaratywnej przyjaźni, tak samo, jak z Niemcami. Wprawdzie Ukraina dopiero od 26 lat stała się odrębnym i politycznie suwerennym państwem, ale i poprzednio z Ukrainą, jako częścią ZSRR, nasze stosunki układały się względnie poprawnie.
Po tragicznych wydarzeniach na Majdanie, zaczęliśmy deklarować nie tylko utrzymywanie i „pogłębianie” poprawnych stosunków, ale niemal uwielbienie. Kilkunastu naszych polityków w sweterkach albo przyciasnych płaszczykach wdrapywało się na trybunę kijowskiego Majdanu, wygłaszało płomienne zapewnienia poparcia i z zachwytem wysłuchiwało okrzyków „sława Ukrainie” – starszemu pokoleniu wychowanemu na wschodzie Polski kojarzących się (niestety) ze zwyczajowymi pozdrowieniami oddziałów Bandery. A kto, jak kto, ale Stepan Bandera i jego zwolennicy przyjaciółmi Polski nie byli. Co zresztą nie zmienia faktu, że miał wielkie zasługi w walce o niepodległość Ukrainy i nadal jest tam postacią kultową.
Źródła miłości
Skąd ten przypływ uczuć? Wystarczy ze zrozumieniem spojrzeć na mapę Europy, aby zobaczyć, że Ukraina jest ogniwem pierścienia otaczającego od wschodu i południa Rosję, do której „zwyczajowo” nie mamy zaufania. Jest buforem stwarzającym Polsce (i niektórym innym krajom) iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Dopóki jest neutralna, to wszyscy, łącznie z Rosją, są gotowi jej nie „ruszać”, a nawet jej pomagać. Ale określone siły na Ukrainie wspomagane nie tylko okrzykami naszego zachwytu nad patriotyzmem Majdanu, postanowiły utrzymać kurs zachodni, dążąc do jej „zjednoczenia z Europą” przez wejście w skład Unii, a nawet NATO. To oczywiście wzbudziło wzmożoną sympatię naszych elit i – odwrotnie – niepokój Rosji. Bo czym innym dla niej jest Ukraina, jako element względnie neutralnego pierścienia, a czym innym ta sama Ukraina, jako istotne ogniwo otaczających ją „sił obronnych” Europy. Zdziwienie, że „oni” tak myślą może być tylko dowodem naiwności.
Reakcja odrzuconego kochanka
Rosja, przez stulecia językowo i kulturowo zjednoczona zwłaszcza ze wschodnią Ukrainą, zareagowała tak, jak odrzucony kochanek, albo zdradzany mąż. Zaczęła wspomagać siły odśrodkowe, dążąc do destabilizacji politycznej na Ukrainie, pogorszenia jej sytuacji ekonomicznej, odrywania od niej takich „kawałków”, w których nie ma zachodniego entuzjazmu i społeczeństwo identyfikuje się z Rosją. Bezpowrotnie (moim zdaniem) oderwała Krym i stara się doprowadzić, do tego, aby kilka innych południowo-wschodnich regionów Ukrainy „wybiło się” na międzynarodowo uznaną niepodległość, utrzymując z nią silne stosunki przyjaźni.
Gwałtowny wzrost sympatii do Ukrainy widoczny po Majdanie, w następnych latach nieco się „zmodyfikował”. Są nieporozumienia dotyczące właśnie kultu Bandery i UPA, narastających w niektórych zachodnich regionach wpływów raczej antypolskiej skrajnej prawicy, opieki nad cmentarzami, a nawet posągów lwów na cmentarzu Orląt. Wzrasta niepewność dotycząca dalszej drogi Ukrainy, walczącej z wewnętrznymi problemami gospodarczymi i korupcją, zaskakującej wyborem ostatniego prezydenta.
My w Polsce z reguły nie uznajemy obiektywnych procesów społeczno – politycznych. U nas wszystko musi być spersonalizowane, albo łączyć się ze „spiskowymi teoriami dziejów”, lub z wiarą w boskie działanie. Dla przeciętnego Polaka Solidarność zaczęła się od tego, że Wałęsa przeskoczył przez płot. A gdyby nie przeskoczył, tylko spokojnie wszedł przez bramę, to nie było by Solidarności? Nasze samoloty nie mogą się rozbijać z obiektywnych przyczyn, tylko w wyniku „zamachów”. A odparcie bolszewików w 1920r. to nie wynik strategii sztabu Piłsudskiego, tylko cudu.
„Putin winowat”
Nasi politycy i media świadomie lub podświadomie wpisują się w taki właśnie schemat myślenia i stwarzają idiotyczną atmosferę, że niemal całemu złu świata – a już na pewno kłopotom Ukrainy – winien jest jeden człowiek – właśnie Putin. W tej antyputinowskiej propagandzie popełniane są jednak dwa kardynalne błędy.
Pierwszy – polega na wmawianiu ludziom, że w tak ogromnym państwie, jakim jest Rosyjska Federacja i w warunkach XXI wieku, wszystko zależy od decyzji jednego człowieka. Coś mu się przyśniło, wstaje rano i wydaje polecenia np. aneksji Krymu. To oczywista bzdura. Nawet w tak totalitarnych i opartych na wewnętrznym terrorze formach rządzenia, jakie występowały za Hitlera, Mussoliniego, Stalina czy Franco – większość decyzji była przez dyktatorów konsultowana z najbliższym otoczeniem, i „wypracowywali” je ludzie zajmujący eksponowane stanowiska w państwowej lub partyjnej administracji i w wojsku. Prezydent Putin ma zapewne ogromny wpływ na kształtowanie rosyjskiej polityki, ale musi się liczyć z różnymi „grupami nacisku” i podlega ocenie społecznej opinii. I – niestety dla nas i stety dla niego – ma nadal ogromną wewnętrzną akceptację. Nikt u nas i w Europie nie ma takiej akceptacji – co może się nam nie podobać i czego niektórzy politycy i dziennikarze nie potrafią spokojnie strawić.
I drugi – Putin nie jest naszym prezydentem, ani prezydentem jakiegokolwiek kraju zachodniej Europy. Nie musi prowadzić polityki, która nam się podoba. Odpowiada przed rosyjskim społeczeństwem i – jak dotychczas – „robi mu dobrze”. Jasne, że było by lepiej, gdyby to co robi było przyjazne lub wręcz korzystne także dla nas i „zachodniego świata”, ale historia zna niewiele przypadków takiej powszechnie akceptowalnej polityki. Niemal zawsze to, co jest dobre dla jednego kraju, nie jest równie dobre, a nawet jest wręcz złe dla kilku innych.
Podzielony kraj
Problem ukraiński – jak każdy – w końcu się rozwiąże. To duży kraj, ale tak bardzo historycznie podzielony, że tak zwany „przeciętny Polak” nie zawsze zdaje sobie sprawę z głębokości i oddziaływania tych podziałów na poglądy i odczucia „przeciętnego Ukraińca”. Mimo to kraj, pod mądrym i konsekwentnym kierownictwem, może się jednak uspokoić i zjednoczyć. Ale mogę też sobie wyobrazić, że będzie to Ukraina nieco terytorialnie zmniejszona.. W końcu od Sudanu oderwało się Południe, Jugosławia rozpadła się na kilka państw, podzielili się nawet nasi bracia Czesi i Słowacy.
I – paradoksalnie – wszyscy mogą być usatysfakcjonowani. Zachód, – bo utrwali swoje wpływy na zachodniej Ukrainie i – być może – włączy ją po jakimś czasie do UE. Rosja, – bo nie dopuści do zamknięcia otaczającego pierścienia i ekonomicznie skorzysta z istniejącego i potencjalnego bogactwa wschodnich regionów Ukrainy. Polska, – bo będzie miała dwa bufory oddzielające od Rosji zamiast jednego.
A Ukraina? Jak zawsze w takich sytuacjach zainteresowany ma relatywnie mniej do powiedzenia w globalnych rozgrywkach. Ale zakładam, że też może być zadowolona, bo uniknie dalszego zaostrzania wewnętrznych konfliktów. A poza tym zachodnia będzie „wyciskała” znaczą pomoc z Unii a nawet z USA, a wschodnia będzie bogatsza, bo nie będzie utrzymywać zachodniej.
Konflikt ukraiński będzie się jednak rozwiązywał w wyniku procesów społeczno politycznych a nie tylko dlatego, że tak chce lub nie chce Prezydent Putin. Może pomagać lub przeszkadzać, ale nie wszystko może „załatwić” po swojej myśli. „Kompleks Putina” dręczący nasze elity i media zaczyna więc być śmieszny i – moim zdaniem – jest szkodliwy. Wytwarza w narodzie obawy, że jesteśmy bezpośrednio zagrożeni, że już „pachnie” III wojną. Sprzyja naszemu udziałowi w bezsensownym, szkodliwym tak samo dla Rosji jak i Europy, obrzucaniu się „sankcjami ekonomicznymi”.
Uspokójmy się. W dzisiejszym stanie techniki zniszczenia tylko szaleniec, albo otumaniony religijnie dżihadysta, może chcieć lokalnej, a tym bardziej globalnej, wojny. A Putin może być zły (jak dla kogo), wstrętny (ale podoba się wielu Paniom!), bezczelny (choć w Moskwie sprzedają m.in. koszulki z napisem, że jest wyjątkowo uprzejmy) – ale szaleńcem nie jest. Jest tylko (albo aż) rosyjskim „mężem stanu”, który nas nie kocha, (bo nie musi!) i może nam popsuć jeszcze trochę krwi. Ale to nie powód, abyśmy mówili o nim w dzień i w nocy, traktowali jak wariata albo – co gorsze – jak faceta jednoosobowo decydującego o naszej przyszłości.

Chiny i Rosja – modelowe relacje mocarstw

Komentarz agencji Xinhua

Tydzień po tym jak Xi Jinping w 2013 r. został wybrany na prezydenta Chińskiej Republiki Ludowej, swoją pierwszą zagraniczną wizytę złożył w Rosji. W ciągu następnych sześciu lat prezydent Xi i jego rosyjski odpowiednik Władimir Putin spotykali się niemal trzydzieści razy. Tak częste spotkania głów państw w stosunkach międzynarodowych należą do rzadkości.
W środę prezydent Xi udał się z ósmą wizytą oficjalną do Rosji. Miała ona tym szczególniejsze znaczenie, że jednej strony wpisywała się w obchody siedemdziesiątej rocznicy ustanowienia stosunków dyplomatycznych między obu krajami, ale też i dlatego, że świat wkracza w okres niepewności.
Podczas prezydentury Xi Jinpinga prezydent Putin jeździł do Chin dziewięć razy. Jego sotatnia wizyta związana były z udziałem w II Forum Pasa i Szlaku na rzecz Międzynarodowej Współpracy w Pekinie – było to w kwietniu tego roku, a zatem mniej niż dwa miesiące temu. Miały wówczas miejsce niezapomniane chwile: przywódcy wzajemnie udekorowali się najwyższymi odznaczeniami, wspólnie oglądali mecze hokejowe i wyścigi dziecięce, gotowali tradycyjne rosyjskie i chińskie potrawy.
Intensywne wspólne działania sprawiły, że między obu prezydentami rozwinęły się bliskie relacje interpersonalne, co przekłada się na bliskość, siłę i trwałość strategicznego partnerstwa między obu krajami – dobrymi sąsiadami, partnerami i przyjaciółmi.
„Po siedmiu dekadach rozwoju, chińsko-rosyjskie partnerstwo strategiczne i koordynacja osiągnęły obecnie najwyższy poziom w historii” – powiedział prezydent Xi na konferencji prasowej dla rosyjskich mediów w przeddzień wizyty. Według prezydenta Xi, siedemdziesiąt lat relacji między Chinami a Rosją sprawiło, że oba kraje osiągnęły najwyższy poziom zaufania, koordynacji o fundamentalnym strategicznym znaczeniu.
Wzajemne zaufanie to trwały fundament rozwoju bilateralnych więzi. Przejawia się ono w widoczny sposób w intensywnej i wielostronnej dyplomacji na poziomie głów państw, stanowiącej kompas relacji między Chinami a Rosją.
Równocześnie rośnie wzajemne zaufanie między oboma naradami. W ostatnich latach oba kraje wspólnie pracowały nad programami wspierającymi to zbliżenie, takimi jak wspólny uniwersytet, wspólne seminaria mediów i think-tanków, czy działania podejmowane w ramach wspólnie zorganizowanego Roku Turystyki. W rezultacie oba narody poznały się lepiej, ich przyjaźń się umocniła, stanowiąc tym mocniejsze wsparcie dla praktycznej współpracy, przed wszystkim na polu gospodarczym i handlowym. Bilans handlu między obu krajami pobił w ubiegłym roku rekord, przekraczając poziom 100 mld dolarów. Współpraca w zakresie e-handlu, wymiany technologii, finansów i rolnictwa rozwija się niezwykle szybko. Strategiczne projekty obu krajów w zakresie energetyki, lotnictwa i technologii kosmicznej i komunikacji – w tym budowa nowego mostu granicznego, która zakończy się w październiku – dokonały znaczącego postępu.
Oba kraje współpracują także nad synergią między między chińską Inicjatywą Pasa i Szlaku oraz rosyjskim projektem Eurazjatyckiej Unii Ekonomicznej, wzajemnie wspierając się w swoich działaniach i wspierając swoje interesy.
Należąc do grupy głównych aktorów na światowej scenie oba kraje koordynują swoje działania wykraczające poza zakres ściśle rozumianych stosunków dwustronnych. Niejednokrotnie czyniły skoordynowane wysiłki na rzecz rozwiązania palących problemów świata, takich jak zmiana klimatu, terroryzm, kwestia irańskiego programu nuklearnego, sytuacji na Półwyspie Koreańskim, kryzysu syryjskiego, współdziałając na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych, G20, BRICS czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy.
Podczas gdy świat przechodzi głębokie zmiany, jakich w tym wieku jeszcze nie widziano, trwałe stosunki między Chinami a Rosją nabierają wym większego strategicznego znaczenia dla obu państw i stają się kotwicą stabilności w skali globalnej. W obliczu narastającego protekcjonizmu, unilateralizmu i szowinizmu gospodarczego, globalne odrodzenie gospodarcze jest poważnie zagrożone. Wielostronny system światowego handlu jest ustawicznie atakowany, a międzynarodowy porządek podważany. Pekin i Moskwa zgodziły się połączyć siły aby bronić systemu międzynarodowego opartego na systemie Narodów Zjednoczonych. Zobowiązały się również chronić normy i zasady powszechnie uznawane przez wspólnotę międzynarodową oraz przyrzekły zbudować świat wielobiegunowy i zdemokratyzować stosunki międzynarodowe.
Chiny i Rosja trwają także przy pryncypiach niezaangażowania, które zasadzają się na niekierowaniu się przeciwko komukolwiek. Jest to zasada diametralnie różna od reprezentowanych przez sojusze wojskowe państw Zachodu, które mają wbudowaną w swoją logikę potrzebę posiadania wroga – realnego lub choćby wyimaginowanego – w konsekwencji czego popychają świat ku krawędzi.
W dzisiejszym świecie relacje chińsko-rosyjskie mogą być modelem i źródłem inspiracji dla innych głównych krajów świata w erze rosnących współzależności.

Tłum. GW.

Logika w wydaniu Tuska

Polski światek polityczno-medialny pasjonuje się przemową Donalda Tuska wygłoszoną na Uniwersytecie Warszawskim. Zgodnie z utrwalonym prymitywnym podziałem Polski na pro – i anty-PiS ci pierwsi go atakują natomiast drudzy prześcigają się w pochwałach. Komentatorzy wrócili szczególną uwagę na wypowiedź Tuska na temat anatomicznej konstrukcji Unii Europejskiej z polskim sercem, szwedzką głową i węgierską odbytnicą. Choć sam nie użył tego słowa, to po śmiechu i oklaskach słuchaczy można wnioskować, że zrozumieli sens tego dowcipu na poziomie polskich kabaretów. Tymczasem uwadze wnikliwych obserwatorów umknęły te fragmenty przemówienia, gdzie jego autor dopuścił się kilku sprzeczności logicznych. Przyczyny tego przeoczenia mogą być dwojakie. Pierwsza, nasz polski ludek, a przynajmniej brylujący w mediach jego reprezentanci, odzwyczaił się od logicznego myślenia. Druga, nielogiczności Donalda Tuska zgodne są z ich sposobem pojmowania rzeczywistości.
Pierwszym dowodem na brak logiki jest stwierdzenie Tuska, iż „kwintesencją Zachodu jest to, że ludzie się lubią, szanują, uśmiechają się”. Pomimo tej kwintesencji w Paryżu trwają zadymy. Katalończycy tak lubią Hiszpanów, że chcą się od nich odłączyć. Rosną w siłę ugrupowania nacjonalistyczne i ksenofobiczne, które jeśli się uśmiechają to do samych siebie. Uchodźcy taktowani są jak gorszy sort, którego celem jest islamizacja Europy. Przykładów tej kwintesencji można by podać tak wiele, że odczytywanie tej listy zajęłoby znacznie więcej czasu niż słuchanie wykładu Tuska. Jednak te mało logiczne dywagacje trafiły w gusta tw. euroentuzjastów dla których wyidealizowana Unia Europejska jest wzorem doskonałości. Również politykom i zwolennikom PiS niezręcznie byłoby przyczepić się do tej wypowiedzi, jako że musieliby uznać, że w Europie są jednak siły ksenofobiczne o których była mowa powyżej.
Tusk wypowiedział się także na temat węgla, a konkretnie tego pochodzącego z Donbasu. „To niezwykle dziwna forma patriotyzmu, sprowadzać rosyjski węgiel z Donbasu” – perorował Tusk Należałoby w tym miejscu postawić pytanie co ma wspólnego import surowców z patriotyzmem? Jeśli patriotyzm ma polegać na całkowitej autarkii, to może zacznijmy hodować u siebie banany zamiast importować je stamtąd, gdzie już rosną. Natomiast co do węgla, to Polska sprowadza go z zagranicy, ponieważ jest tańszy od krajowego. I na tym polega rachunek ekonomiczny i lepiej byłoby nie mieszać go z polityką.
Następnie Donald Tusk był uprzejmy zauważyć, że poprzez zakupy rosyjskiego węgla finansuje się „imperialne pomysły Władimira Putina” a ponadto ów węgiel truje polskie dzieci. Wynikałoby zatem, że truje tylko ruski węgiel a nie nasz rodzimy, którego spalanie jest przyjazne dla środowiska. Jednak rosyjski węgiel jest relatywnie mało szkodliwy, gdyż truje tylko małolatów a nie osoby dorosłe. Zatem wyprowadzając dzieci na spacer należałoby najpierw sprawdzić czy wydobywający się z komina dym pochodzi ze spalania polskiego czy ruskiego węgła. Jeśli to polski, to w porządku a gdy ten z Donbasu, to siedzieć dzieciarnia w domu a na przechadzkę wybierzemy się sami.
Również zarzut co do finansowania „imperialnych pomysłów Putina” nie trzyma się przysłowiowej kupy. Zgodnie z logiką pana Tuska, należałoby wstrzymać całkowicie import z Rosji, gdy każdy płynący do Moskwy dolar czy euro przeznaczany jest jedynie na realizację imperialnych pomysłów. Zatem rosyjski budżet idzie w stu procentach na te właśnie cele a nie choćby na wypłatę emerytur czy pensji w cywilnej sferze budżetowej. Aż dziw, że Ruskie jeszcze się nie buntują widząc jak wszystkie pieniądze ładowane są w armię a na dodatek w większości głosują na Putina. Takie są głupie.
Jednak wygłaszając wyżej wspomniane myśli Donald Tusk doskonale wiedział do kogo mówi. A mówił do polskiej tzw. klasy politycznej oraz jej bezkrytycznych wielbicieli zjednoczonych ponad podziałami w antyrosyjskim kursie kultywowanym zarówno przez PiS, jak i PO. Otaczany z obydwu stron antyrosyjską retoryką suweren ma być przekonany, że krwiożerczy Putin tylko czeka na okazję aby nas zaatakować. Na szczęście, jak wtłaczają nam głowy politycy i wtórujące im media, strzeże nas potężna defiladowa armia a przede wszystkim zaoceaniczny sojusznik, który już zdążył zadomowić się na naszej ziemi. Nie dziwota zatem, że słowa Tuska przeszły bez echa, są bowiem uważane za tzw. oczywistą oczywistość.

Pytania po szczycie

Zakończyło się spotkanie przywódcy Korei Płn. i Władimira Putina we Władywostoku. Była to pierwsza wizyta Kim Dzong Una w Rosji. Czy ta wizyta i ewentualne perspektywy porozumienia i współpracy pomiędzy tymi dwoma krajami stwarza szanse na pogłębienie procesu pokojowego w regionie?

Zważywszy na niepowodzenie minionego szczytu Trump-Kim w Hanoi i ambiwalentnym stosunku Chin do gry postanowiła włączyć się Federacja Rosyjska. Spotkanie, do którego doszło we Władywostoku może być zwiastunem włączenia się nowego silnego podmiotu geopolitycznego do procesu łagodzenia napięcia na Płw. Koreańskim.
Po pierwszym spotkaniu trudno wciąż spekulować o ewentualnym dalszym przebiegu tego procesu, jednak fakt, iż zarówno Putin jak i Kim Dzong Un wyrażali się pozytywnie o jego wynikach świadczy o początkowym sukcesie. Nie podpisano żadnych dwustronnych dokumentów, choćby intencyjnych. Niemniej, obaj rozmówcy uznali spotkanie za „wysoce rzeczowe”, a wzajemne stosunki, pomimo ich realnie bardzo zawężonego dotychczas zakresu, określili jako „tradycyjnie przyjazne”.
Padły też konkretne wzajemne oczekiwania, raczej realistyczne. Strona koreańska wyraźnie zaznaczyła, że liczy na wsparcie Rosji w staraniach o zniesienie wobec KRLD zabójczych sankcji ekonomicznych, zaś Władimir Putin określił działania denuklearyzacyjne jako priorytetowe i konieczne. Wiadomo także, że w Seulu planowane jest spotkanie szefa południowkoreańskiego Biura Bezpieczeństwa Państwowego z Sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, co w kontekście szczytu Putin-Kim nabiera nowego kontekstu.
Podczas rozmowy z dziennikarzami Putin zapewniał, że Rosja zainteresowana jest stabilizacją stosunków KRLD nie tylko z Moskwą, ale także z Seulem i Waszyngtonem.
– Przyjmujemy z zadowoleniem pańskie wysiłki na rzecz rozwoju dialogu pomiędzy dwiema Koreami i na rzecz normalizacji stosunków między Koreą Północną i Stanami Zjednoczonymi – powiedział prezydent Rosji.
Rosyjscy komentatorzy zauważają, iż spotkanie było najważniejsze dla Kim Dzong Una i nieco ryzykowne dla Putina. Ten pierwszy odniósł ich zdaniem sukces zwiększając presję wobec USA i demonstrując początek dobrej współpracy z państwem, które Stany Zjednoczone obrały sobie na wroga numer jeden. Wielu podkreśla również, że Rosja jest o wiele bardziej stabilnym sojusznikiem niż państwa Zachodu, a poza tym graniczy z Koreą Płn. i może starać się uzyskać bezpośredni wpływ na swojego sąsiada, co też będzie dla niej pewną dźwignią w dalszej stabilizacji stosunków z Chinami. ChRLD bowiem jest w tej chwili przejęta normalizacją stosunków ekonomicznych z USA i w tym momencie bardzo niechętnie spogląda na kwestię wspierania, choćby pośredniego, Pjongjagu w konfrontacji z Waszyngtonem.
Moskwa może niejako „pomóc” swoją obecnością w charakterze wiodącego podmiotu w rozwiązywaniu kryzysu na Płw. Koreańskim. Dla Kim Dzong Una sukcesem wydaje się też nawiązanie rozmów z Władimirem Putinem po tym jak postawił stronie amerykańskiej warunek usunięcia z delegacji prowadzącej rokowania z KRLD dwóch największych „jastrzębi” – Johna Boltona i Mike’a Pompeo. Być może USA pójdą po rozum do głowy. Pewnym sygnałem tego może być to, iż na kilka dni przed szczytem amerykańska doradczyni Donalda Trumpa ds. stosunków z Rosją odwiedziła Moskwę i przeprowadziła długie spotkanie z tamtejszymi ekspertami specjalizującymi się w kwestiach koreańskich.

Prezydentka Estonii w Moskwie

Politykę wszystkich mocarstw określa ich położenie geograficzne.
Napoleon BONAPARTE

18 kwietnia w Moskwie została otwarta po gruntownym remoncie ambasada Estonii. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie dwa fakty związane z tą datą. Otóż wyremontowana i będąca „jak nowa” ambasada tego nadbałtyckiego kraju i jednocześnie poradzieckiej republiki mieścić się będzie w historycznym budynku ambasady estońskiej, jaką otwarto w roku 1921, zaraz po powstaniu pierwszego w historii państwa estońskiego. Dla tego malutkiego narodu – zdominowanego przez wieki a to przez Szwedów, a to przez Rosję – takie symbole mają ogromne znaczenie tożsamościowe. Choć często graniczy to z przesadą i infantylizmem.
Drugim elementem, ważniejszym i mającym określony, dyplomatyczny i polityczny ciężar gatunkowy, jaki będzie miał wtedy miejsce w stolicy Rosji, jest wizyta prezydentki Estonii Kerstin Kaljuaid oraz jej spotkanie z prezydentem Władimirem Putinem. Ten fakt z kolei jest o tyle symbolicznym , iż ostatnie spotkanie przywódców obu krajów miało miejsce w 2011 r., kiedy to ówczesny prezydent Tooma Ilves spotkał się z Putinem w Petersburgu.
Zaszłości
Stosunki Estonii i Rosji – zresztą jak ze wszystkimi republikami nadbałtyckimi – są napięte i nie wolne od wzajemnych uszczypliwości czy nawet wrogości. Z jednej strony we wszystkich tych krajach chodzi o prawa mniejszości mówiącej językiem rosyjskim i często przyznającej się do kultury rosyjskiej i do tzw. „ruskiego mira” (pozostałość po ZSRR), a z drugiej są to zaszłości i konsekwencje historii: w czasach ZSRR tzw. Pribałtyka wchodziła w skład Związku Radzieckiego. W przypadku Estonii chodzi jeszcze także o terytorialny spór. Nieuregulowaną kwestią we wzajemnych stosunkach pozostaje sprawa traktatu granicznego podpisanego po wielu latach negocjacji w 2014 r. Traktat ten, który wyznacza także wschodnią granicę UE i NATO, dotychczas nie został ratyfikowany. Jedną z przyczyn był zapis w preambule, w której jest odwołanie do pokoju w Tartu z 1920 r., na mocy którego proklamowana w 1918 r. Republika Estońska miała większe terytorium. W ostatnim czasie ze strony rosyjskiej płynął również przekaz, że traktat nie będzie przyjęty „tak długo, jak Estonia nie zmieni swojego zachowania w stosunku do Rosji”. Jeszcze w grudniu 2018 r. rosyjski ambasador w Tallinie Aleksandr Pietrow mówił o obecnych stosunkach estońsko-rosyjskich (analogicznie jak o relacjach ze wszystkimi krajami UE, a przede wszystkim z członkami NATO, i Rosji), iż „nie należą do najlepszych”.
Zamieszanie wokół otwarcia ambasady estońskiej w Moskwie i chęć dokonania tego aktu przez Kaljuaid zaowocowało wymianą not z rosyjskim MSZ-tem, gdyż pobyt prezydentki Estonii w Moskwie i niespotkanie się z gospodarzem Kremla w dyplomatycznym wymiarze miałby wymiar sporego faux pas. Koniec końcem ze strony Estonii nadeszła prośba o spotkanie z Putinem, co Kreml ustami rzecznika prezydenta Rosji w marcu oficjalnie ogłosił.
Razem czy osobno
Decyzja Kaljuaid spotyka się z różnymi opiniami i ocenami, zwłaszcza w poradzieckich państwach bałtyckich: Litwie i Łotwie. Prezydentka Estonii co prawda zapowiedziała, iż w czasie wizyty na Kremlu poruszy sprawy konfliktów Rosji z Ukrainą i Gruzją (które są wynikiem ingerencji Moskwy w wewnętrzne sprawy Tbilisi i Kijowa) ale zastrzeżenia oraz krytyka ze strony poradzieckich sąsiadów Tallina pokazują, iż Estonia wybrała kurs na indywidualną – a nie wspólną – próbę uregulowania stosunków z Rosją.
Najlepiej ten klimat zdystansowania i lekko zawoalowanej krytyki działań Estonii oddają wypowiedzi litewskich polityków w debacie przed eurowyborami i wyborami prezydenckimi na Litwie planowanymi na maj br. Zarówno premier Saulius Skvernilis jak opozycyjni politycy (Ingrid Simonyte i Gintas Nauseda) podczas jednej z debat poddawali pod wątpliwość ewentualne efekty tej wizyty. Simonyte w ogóle mówi, iż nie widzi – jako kandydatka na urząd prezydenta Litwy – tematów o których Wilno (i poradzieckie republiki nadbałtyckie) mogłyby rozmawiać z Rosją.
Obecna prezydentka Estonii jeszcze nie tak dawno mówiła, iż sama obecność języka rosyjskiego w Estonii w takiej skali jak to ma aktualnie miejsce jest zagrożeniem dla bytu i kultury estońskiej. Dziś jak widać – i słychać z medialnych przekazów – wyraźnie osłabiła swój sąd w tej mierze nie podnosząc go w jakikolwiek sposób w rozmowach na Kremlu.
Kerstin Kaljuaid, prezydentka Estonii od 2016 roku, dwukrotnie żonata i matka czwórki dzieci, ekonomistka i dziennikarka (prowadziła w latach 2002-04 popularny program publicystyczny w Kuku Raadio), przedstawicielka Estonii w Europejskim Trybunale Obrachunkowym (2004-2016), uważana jest za klasyczną liberałkę (wcześniej nawet jako neo-liberałkę). Rozmowy z osobami, które znały ją z czasów pracy w Luksemburgu dają obraz osoby raczej skrytej, introwertycznej, Mało emocjonalnej. Zwracano mi też uwagę, że z biegiem lat można było u niej obserwować ewolucję poglądów w stronę zachodnio-europejskiej socjaldemokracji.
Kraj w kłopotach
Estonia przeżywa kłopoty gospodarcze, demograficzne, społeczne mimo efektywnych opinii tzw. niezależnych ekspertów „od wszystkiego” na jej temat. Kraj funkcjonuje głównie w oparciu o dotacje z Brukseli, rolnictwo – będące siłą w czasach radzieckich – praktycznie zostało spacyfikowane przez żywność z Zachodu. Podobnie ma się sprawa z przemysłem, zwłaszcza spożywczym (ale ten problem dotyczył wszystkich krajów dawnego RWPG które znalazły się w UE). W Estonii zwłaszcza to problemy związane z rybołówstwem i przetwórstwem z tym związanym: w czasach radzieckich ta republika produkowała znakomite wyroby rybne w wielkich ilościach. Dziś estońscy rybacy przegrali z kretesem konkurencję z zachodnimi kolegami na rynku unijnym. Poza tym Estonię tak jak i inne kraje tzw. Pribałtki dotyka potężna emigracja zarobkowa uszczuplająca populację kraju (tym samym rośnie procentowy udział rosyjskojęzycznej ludności – w Estonii to ok. 28 procent: Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini). Po wybudowaniu przez Rosję portu w Ust-Łudze, najnowocześniejszego i największego pod względem przeładunków portu na Bałtyku (koszty przekroczyły 2,5 mld dolarów), będącego także końcem ropociągu BTS-2 Tallin (ale i inne poradzieckie porty nadbałtyckie) doznał potężnego uszczerbku z racji spadku przeładunków. Uszczupla to poważnie budżety tych krajów. Transport kolejowy z Azji to głównie kontenery wiezione przez Syberię i europejską część Rosji skierowany został aktualnie do Ust-Ługi. Kłopoty budżetów krajów nadbałtyckich wiążą się też z kontr-sankcjami jakie Rosja nakłada w ramach retorsji na kraje Unii Europejskiej. Transport towarów z Rosji przez Łotwę i Estonię niemalże zamarł.
I jak słusznie sądzili eksperci nie tylko w Moskwie o tych właśnie problemach chciała (i rozmawiała – lakoniczny komunikat z rozmów na Kremlu tego nie potwierdza) Kerstin Kaljuaid rozmawiać z Władimirem Putinem. Poza tym – jak sądzą inni komentatorzy – jest to sondowanie możliwości nowego otwarcia w kierunku normalizacji stosunków z Rosją przez kraje spoza tzw. „starej Unii” (zwłaszcza te które były w orbicie wpływów Związku Radzieckiego do chwili jego rozwiązania).
Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, Francji i Włoch które na tym polu „jedno mówią a drugie robią”. O tym najlepiej świadczy, iż w dn. 18 kwietnia Władimir Putin przyjął na Kremlu kilkudziesięciu przedstawicieli największych firm i korporacji francuskich z Totalem, Renault i Credit Agricole na czele zainteresowanych inwestycjami w Rosji. Estonii przyświecać mogą więc głównie wspomniane sprawy gospodarcze i społeczeno-kulturowe. Polityka, mimo różnic w interesach i interpretacji różnorakich zjawisk opiera się na dialogu i dyplomacji. Nie na dąsach, pobrzękiwaniach szabelką, polityce historycznej w „polskim wydaniu” (nie tylko pisowskim) itp. infantylnych zachowaniach.
Wypada z wielkim zainteresowaniem śledzić przebieg i efekty wizyty Prezydentki Estonii w Moskwie. Może to zapowiadać odwilż w relacjach Wschodu i Zachodu Europy.

 

Rosja – wciąż bez zmian?

Dokładnie rok temu rosyjski internet zapełnił się domniemaniami, kiedy Władimir Putin zdymisjonuje premiera Dmitrija Miedwiediewa. Od dawna przez opinię publiczną ci dwa politycy postrzegani są jako reprezentanci oddzielnych może nie obozów, a koncepcji politycznych. Słusznie lub nie Putin, poza tym, że jest niekwestionowanym przywódcą narodu, zgodnie z jego wielowiekową tradycją niemal poza krytyką, widziany jest jako ten, który troszczy się o prostego człowieka. Nie ma znaczenia, czy to prawda – to jest jego obraz w oczach zwykłych ludzi.

Miedwiediew zaś jest symbolem oligarchicznego kapitału, korzeniami tkwiącym w nienawistnych dla Rosjan latach jelcynowskiej smuty, kiedy Rosja zdychała w oczach, rozpadało się nie tylko państwo, ale też więzi społeczne i rodzinne. Naprawdę, Rosjanie wiele dadzą, by tamta epoka nie wróciła już nigdy.
Problem polega na tym, że nawet jeśli osobiste poglądy Miedwiediewa nie są znane, to jego wizerunek opiekuna, a raczej sługi wielkiego oligarchicznego kapitału niewiele odbiega od prawdy. Rząd przez niego skonstruowany (poza resortami zawarowanymi dla prezydenta) to rząd neoliberałów, którzy niewiele troszcząc się o wizerunek troskliwych i odpowiedzialnych urzędników przepychają kolejne reformy, od których pęcznieją kieszenie ich wyznawców, a trzeszczą plecy zwykłych obywateli. Niewiele jest przesady w stwierdzeniu, że Miedwiediew i jego kumple są powszechnie znienawidzeni. Kryje ich i wygładza oficjalna propaganda. Ta w sprawach prezentowania neoliberalnych ministrów stacza się na pozycje najgorszych wzorców radzieckiego propagandowego młotka, którym tłucze się po głowach obywateli.
Wspomniane na początku oczekiwanie zmian związane było z aresztem braci Mogamiedowych w marcu zeszłego roku. Obaj oligarchowie nie dość, że dysponowali gigantycznym, niewyobrażalnym dla zwykłego człowieka w Rosji i Europie majątkiem, to na dodatek umocowani byli w wielu wpływowych strukturach państwowych, co czyniło ich praktycznie nietykalnymi. A jednak ich aresztowano. Opinia społeczna w Rosji wstrzymała oddech ze szczęścia. Ich protektorem w biznesach legalnych i nielegalnych był bowiem ówczesny wicepremier i bliski współpracownik Miedwiediewa – Arkadij Dworkowicz, szara eminencja rosyjskiego biznesu związanego z władzą, prezydent Międzynarodowej Federacji Szachowej, uważany za wszechwładnego i nie do ruszenia. Po rekonstrukcji rządu zarządzonej przez ponownie wybranego na prezydenta Rosji Putina, dla Dworkowicza nie znalazła się żadna funkcja. Następnym krokiem, wywodzili zatem eksperci z różnych stron sceny politycznej, będzie aresztowanie Dworkowicza, a stąd już prosta droga powinna prowadzić do dymisji Miedwiediewa, co z kolei da początek ostatecznej rozprawie dobrego Putina z klanem złych oligarchów i powiązanych z nimi neoliberalnych polityków. Namnożyło się recept, jak należy, czego oczekiwali zwykli Rosjanie, nacjonalizować majątki bogaczy i czy ich wsadzać od razu do więzień, czy też dać im żyć i pracować, ale pod srogą kontrolą państwa.
Nic z tego nie wyszło.
Ja również rok temu przypuszczałem, że to może tak się skończyć, zwracałem bowiem uwagę, że natychmiast po pojawieniu się fali spekulacji w mediach o możliwej dymisji premiera, oficjalne media zaczęły być pełne obrazków i informacji, w których główną role pełnił Dmitrij Miedwiediew. To był jednoznaczny sygnał od środowiska prezydenckiego, że Miedwiediew jest i pozostanie w grze. Pisałem wtedy, że to dobrze świadczy o Putinie, że do końca broni swoich przyjaciół z czasów młodości, ale źle wróży na przyszłość. Niewiele się pomyliłem. Dziś sytuacja się powtarza.
26 marca zatrzymano, a potem aresztowano byłego ministra ds. projektu „Otwarty rząd” Michaiła Abyzowa, biznesmena i działacza politycznego, doradcę prezydenta Federacji Rosyjskiej, w czasie, kiedy stanowisko to zajmował właśnie Miedwiediew. Był potem ministrem w jego rządzie teoretycznie bez teki, a praktycznie nadzorował wspomniany projekt, który miał na celu, najogólniej mówiąc, stworzenie zrębów społeczeństwa obywatelskiego, aktywnego obywatela, cyfryzacji usług państwowych urzędów i ogólnego dostępu do dokumentów państwowych nieobjętych klauzulą tajności (taka forma Biuletynu Informacji Publicznej w Polsce) . Poza tym opiniowano tam projektu ustaw społecznych i dotyczących współpracy biznesu z organizacjami państwowymi.
Abyzow został zatrzymany, aresztowany i postawiono mu zarzuty stworzenia organizacji przestępczej oraz przywłaszczenia sobie państwowych funduszy w wyjątkowo wielkich rozmiarach – 4 miliardy rubli (około 60 milionów złotych), zagrożone karą więzienia do 20 lat. Powody aresztu podano następujące: Abyzow może zagrażać świadkowi oskarżenia, a także ma tak znaczące wpływy w organach ścigania, że może wpływać na śledztwo, jeżeli pozostanie na wolności. Mechanizm przywłaszczania sobie państwowej kasy akurat w tym momencie nie jest aż tak bardzo istotny, ważniejsze są dekoracje.
Abyzow do winy się nie przyznał. Aby go aresztować, sprowadzono go z zagranicy, gdzie na stałe przebywał. W tym celu agenci FSB, jak piszą rosyjskie media, zbudowali całą intrygę, by Abyzow nie mógł odmówić. Plotka głosi, że współpracował w tej sprawie z funkcjonariuszami FSB wspomniany Arkadij Dworkowicz, któremu złożono propozycję nie do odrzucenia.
Sąd wyznaczył kaucję w niesłychanej nawet w Rosji wysokości 1 miliard rubli. Niebotyczna kwota. Okazało się, że za Abyzowa gotowi są poręczyć: właśnie Arkadij Dworkowicz, zastępczyni przewodniczącego „Wnieszekonombanku” odpowiadającego za rozliczenia zagraniczne Rosji Natalia Timakowa, swego czasu wszechwładny szef administracji prezydentów Jelcyna i Putina Aleksandr Wołoszyn, Anatolij Czubajs, ogólnorosyjski symbol czasów jelcynowskiej korupcji i rozkładu i neoliberalnych reform. Swoje oburzenie faktem aresztowania Abyzowa wyraził gromko minister finansów, autor znienawidzonej w Rosji reformy emerytalnej Anton Siluanow. Wszyscy ci ludzie to najbardziej jaskrawi przedstawiciele kręgów związanych z rosyjską neoliberalną oligarchią.
Nie mogło być jaśniejszego sygnału, z kim powiązany jest aresztowany minister. Jedyne, co dziwiło obserwatorów, to tak jawne wystąpienie w jego obronie przez politycznych przyjaciół, kiedy przywłaszczone sumy są tak ogromne, a dowody wydają się nie do obrony. A przecież, mówiono, powinni się schować, albo nawet wyjechać, bo jak Abyzow zacznie mówić…
Ale lęku u neoliberałów nie widać, co może świadczyć o ich przekonaniu, że nic się w Rosji nie zmieni, a oni sami są w dalszym ciągu nietykalni. I bezkarni.
A być może powinni zacząć się choćby trochę niepokoić.
W 2019 rok rosyjskie społeczeństwo weszło w złych nastrojach. Podniesiono w wielu miastach opłaty za mieszkania, transport i usługi. W całej Rosji podniesiono podatek VAT oraz wspomniany wiek emerytalny. Ludzkie niezadowolenie zaczęło być widoczne w sondażach, zarówno państwowych centrach badawczych, jak i w badaniach niezależnych ośrodków takich jak Centrum Lewady. Notowania spadły zauważalnie nawet Putinowi. Prezydent zatem zdecydował się przeciwdziałać. W lutym tego roku w specjalnym orędziu do narodu ogłosił, że „będzie rekomendował” rządowi, by nieco osłabił założenia zarówno reformy emerytalnej, jak i podwyżkę podatku VAT. Do tego dodał szeroko zakrojone programy prospołeczne i prorodzinne, na które Rosja wyda miliardy rubli. Trochę to pomogło, ale chyba niewiele.
Notowania Putina poszły w górę, ale Miedwiediewa ani trochę. Wciąż jest jednym z najbardziej nielubianych i niegodnych zaufania rosyjskich polityków.
A jednak znowu pojawia się państwowej telewizji, znowu zatem jest puszczany sygnał, że nie ma co liczyć na jego upadek, który byłby hasłem do ostatecznej rozprawy z rosyjską oligarchią. Nie w sposób z czasów stalinowskich – raczej nie ma co oczekiwać, że jednej nocy po całym kraju zaczną walić do drzwi bogatych willi trójki żołnierzy ubranych w długie, skórzane płaszcze i uzbrojeni w broń długą. To jednak nie te czasy. To raczej byłoby tworzenie nowej elity, akceptowanej przez Kreml, ale i przez społeczeństwo, przynajmniej przez jego większość: patriotycznej, czyli nie związanej i nie podporządkowanej Zachodowi poprzez liczne więzi ekonomiczne i ulokowane tam bogactwa, zdecydowanej na kontrolę państwową w stosunku do swoich kapitałów i na antykorupcyjny kontrakt społeczny. Takie trzy elementy, jak twierdzą dzisiaj komentatorzy, to podstawa nowych rosyjskich elit. Kto na te warunki nie pójdzie – ryzykuje wiele.
No dobrze, ale skoro narysowano portret idealnego, bo powiązanego i podporządkowanego państwu i społeczeństwu oligarchy, to czemu nie można ich wszystkich zmusić do uznania tych zasad za swoje?
Bo to długi i trudny proces, grożący wieloma wstrząsami, na które nie stać teraz Rosji, mówią jedni. Bo skomplikowana sytuacja międzynarodowa nie sprzyja szybkim i dogłębnym zmianom elit, mówią drudzy. Bo Putin boi się jawnego buntu na pokładzie, mówią trzeci. Trzeba poczekać, mówią wszyscy zgodnym chórem. Ale rzeczywistość może nie chcieć czekać.
Ostatnio pojawiły się badania rosyjskiego Głównego Urzędu Statystycznego (Rosstat) i to niedługo po zmianie dyrektora tej instytucji, co powszechnie zostało odebrano jako wstęp do tego, by publikować dane miłe i strawne dla najwyższych czynników. Okazało się jednak, że to chyba nieprawda. Dane, zaprezentowane przez Rosstat rozdrażniły nawet Kreml.
Niemal 80 proc. rosyjskich rodzin ocenia, że nie zawsze mogą pozwolić sobie na kupno najpotrzebniejszych towarów (14,6 proc ma duże trudności, by związać koniec z końcem). Ponad połowa (53 proc.) jest nieprzygotowana finansowo na nieoczekiwane wydatki w rodzaju choroby, zniszczenia mienia itp. Podobna liczba (49 proc.) nie może sobie pozwolić na tygodniowy urlop każdego roku. Co czwarta rodzina nie jest w stanie udźwignąć finansowo zaproszenia gości na rodzinne uroczystości. Co piąta rodzina nie jest w stanie kupować sobie przez cały rok owoców. Co dziesiąta nie jest w stanie raz na dwa dni zjeść mięso, rybę lub wegetariański ekwiwalent. Mówiąc wprost – nie dojadają. Podobnie (11 proc.) nie może wykupić sobie potrzebnych lekarstw. 35,4 proc. rodzin nie jest w stanie zapewnić swoim członkom dwóch par sezonowego obuwia (na zimę i lato). 1,8 proc rodzin zgłosiło, że nie może pozwolić sobie na nic z rzeczy, o które pytano w badaniu, co oznacza, że są w nędzy.
To jeszcze nie alarm, tym bardziej, że wyniki z tego roku są lepsze niż z poprzedniego. Ale widać w wynikach tego badania potencjał ogromnego niezadowolenia. Nie tylko z powodu swojej sytuacji materialnej, Rosjanie to odporny na biedę naród. Ale przede wszystkim z poczucia nierównomiernego ponoszenia przez wszystkich członków społeczeństwa skutków gorszej sytuacji gospodarczej. Widząc w telewizji czy sieciach społecznościowych celebrytów w kapiących od złota willach lub luksusowych samolotach, gdzie drwią z rzeczy ważnych dla zwykłych ludzi (casus Dworkowicza), w ludziach narasta zimna wściekłość. Jeżeli wyleje się ona w przewidywalną stronę np. na lewo, to dobrze. Jeżeli jednak zamieni się w falę ślepego i agresywnego buntu przeciwko wszystkim, Rosja może tego nie przetrzymać.
Pytanie, czy są siły w Rosji zainteresowane społecznym wybuchem? Owszem, są i to najróżniejsze.
Komunistyczna Partia Rosyjskiej Federacji nie dość, że próbowała skanalizować niezadowolenie zwykłych Rosjan z powodu biedy i podwyższenia wieku emerytalnego, to chciała też ugrać wzrost swojej popularności. To się nie udało. Demonstracje były dość duże, nie tylko w Moskwie, ale też w całej Rosji, lecz nie przełożyło się to na wzrost popularności komunistycznych liderów: Giennadija Ziuganowa czy Pawła Grudinina i samej partii zresztą. A nowych liderów, którzy wnieśli by nowe lewicowe idee – nie widać. Komuniści są drugą partią w rankingu społecznym, ale mają niemal dwa razy mniej głosów niż rządząca i, wydawałoby się, skompromitowana partia Jedna Rosja.
Na niezadowolonych czeka też Liberalno-Demokratyczna Partia Rosji (LDPR) Władimira Żyrinowskiego. Ten krzykliwy na niwie publicznej polityk i jego partia, pełnymi garściami czerpiący z nacjonalistycznej agresywnej narracji cieszy się poparciem około 13 proc. społeczeństwa. I to się nie zmienia.
Pozaparlamentarna opozycja, którą tak masturbują się zachodnie media głównego nurtu, mimo najszczerszych chęci nie jest w stanie zagospodarować fatalnych nastrojów Rosjan. Przynajmniej nie teraz. Ma marginalne społeczne poparcie i takież zaufanie.
Powstała zatem dziwaczna sytuacja – nastroje społeczne nie napawają optymizmem ani badaczy, ani rządzących w Rosji. A jednak wybuch społecznego niezadowolenia wciąż nie następuje, pozostając w sferze uśpienia. Uważam, że wpływ na to ma, umiejętnie przedstawiana w rosyjskich mediach, sytuacja międzynarodowa i skierowana przeciw Rosji polityka Zachodu. Każda następna fala sankcji, kolejna groźba jakiegokolwiek zachodniego polityka, że Rosję trzeba zatrzymać, powalić czy odepchnąć, wywołuje efekt przeciwny od zamierzonego przez autorów. Rosjanie naprawdę przywiązani są do swojego państwa, razem z jego niesprawiedliwościami i niedostatkami, które oceniają krytycznie, ale nie zrobią z tym nic, dopóki państwo będzie zagrożone.

Jak lata Putin?

Rosjanie okresowo chronią swoje obiekty w tym samolot prezydenta tworząc totalny rozgardiasz amerykańskiej łączności satelitarnej GPS sami posługując się swoją niezakłóconą GLONASS.

Według raportu organizacji non-profit C4ADS rosyjskie agencje wywiadowcze wykorzystują spoofing sygnału GPS w wielu strategicznie ważnych lokalizacjach. „Putin używa fałszowania sygnału GPS na Krymie i w portach w Rosji” – twierdzi C4ADS.
Odwiedzając ważne miejsca, rosyjski prezydent Władimir Putin jest otoczony przez zniekształcone sygnały GPS. C4ADS stwierdził, że wdrożenie takiego fałszowania wymaga użycia potężnych sygnałów radiowych, które „utopią” wiarygodne dane geolokalizacyjne. Raport C4ADS zawiera około 10 tys. różnych zdarzeń, gdy Rosja została przyłapana na emisji fałszowania sygnałów GPS. Większość tych przypadków odnotowano w pobliżu statków. Jednak podobne rzeczy można było znaleźć także na lotniskach iw innych miejscach.
Według analityków Rosja jest pionierem w fałszowaniu GPS. „Rosja była jedną z pierwszych, która wykorzystała techniki fałszowania GPS do ochrony swoich interesów politycznych. W szczególności spoofing został przeprowadzony w celu uwikłania „ogłupienia” dronów – ważne było, aby nie pozwolić im wejść do wrażliwej przestrzeni powietrznej ”– czytamy w raporcie.
Wśród najbardziej jaskrawych przykładów lokalizacji, w których sfałszowano sygnały GPS, eksperci wskazują Krym, Syrię, a także porty i lotniska w Rosji. Jeśli Rosjanie chcą, to nic co jest sterowane i naprowadzane GPS nie działa prawidłowo.

Co będzie z Ameryką, kiedy spisku brak?

Upadek Russiagate i gnicie kapitalizmu

W USA trwa burza wokół końcowego raportu komisji Roberta Muellera. Całości tekstu jeszcze nie ujawniono. Wiadomo tylko, że etatowi tropiciele „agentów Putina” mają dobre powody, by niejedną noc przepłakać do poduszki. Oczywiście kochają Amerykę. Tylko czym ta Ameryka dla nich jest?
– Właśnie przegraliśmy wojnę z Rosją, bez żadnej bitwy. Nie jesteśmy już wolnym narodem, nie jesteśmy już demokracją. Jesteśmy ofiarami bezkrwawego przewrotu – na razie bezkrwawego – zorganizowanego przez Rosję, przy w najlepszym razie zdradzieckim zobojętnieniu ze strony Republikanów i Donalda Johna Trumpa (…) Rosjanie chcieli, by ten człowiek rządził naszym krajem i dopięli swego!
Tak w listopadzie 2016 r. grzmiał Keith Olbermann, gwiazda telewizji MSNBC, nazywając Donalda Trumpa “ruską swołoczą” i ostrzegając Amerykanów, że jeżeli żadna z państwowych instytucji nie przeszkodzi mu w objęciu urzędu prezydenta, to wolnych wyborów w Stanach Zjednoczonych już nie będzie. Od tamtej pory głośna afera ochrzczona – całkiem nieironicznie – mianem Russiagate stała się oczkiem w głowie Partii Demokratycznej i sympatyzujących z nią liberalnych mediów. Były to dzienniki New York Times i Washington Post, kanał CNN i wspomniany MSNBC, gdzie oprócz Olbermanna w tropieniu zdrady stanu przodowała Rachel Maddow, niekwestionowana królowa telewizyjnego “ruchu oporu przeciwko Moskwie” w Waszyngtonie, otwarcie nazywająca Trumpa “rosyjskim agentem”.
Biorąc pod uwagę dwuletnie patriotyczne wzmożenie w środowisku, które samo się uważa za światłe, trudno od razu pojąć, czemu Rachel Maddow wyglądała jakby zaraz miała się rozpłakać, kiedy 22 marca informowała widzów o tym, że końcowy raport głównej komisji niezmordowanie tropiącej najdrobniejsze ślady spisku między Trumpem i Putinem, wedle dostępnych danych uwalnia prezydenta od podejrzeń o zdradę kraju. Ameryka jest wolna. Skąd więc gorycz? Cóż, liberalno-lewicujące media włożyły tyle serca i pasji w nakręcanie antyrosyjskiej histerii w imię “wolności i demokracji”, że gdy nagle pękł balonik Russiagate, ich gwiazdy mają prawo czuć się, jakby straciły ponad dwa lata życia. Kraj owszem, uratowany, “najmojsza racja” – przeciwnie. Powód do łez, jak widać, jest. Do wstydu… niekoniecznie. Dziś wiadomo, że opowieść o “przejęciu USA przez Rosję” była wyłącznie bajką. Nie warto jednak liczyć na to, że ci, którzy rozpuścili ten fake news, choć przez chwilę pomyślą o sobie jako o kłamcach.

Russiagate: racja najmojsza

22 miesiące działania osławionej komisji Roberta Muellera zakończyły się sporządzeniem przez przewodniczącego sprawozdania i przekazania go jego zwierzchnikowi, prokuratorowi generalnemu Williamowi Barrowi. Raport nadal nie został upubliczniony. Wszystko, co do tej pory wiadomo o zawartości dokumentu, wiadomo z pisma na ten temat, jakie Barr skierował do Kongresu. W swoim memorandum streszcza on wyniki śledztwa Muellera, sprowadzając rezultaty do dwóch zasadniczych tez. Po pierwsze, komisarz nadzwyczajny “nie znalazł dowodów na to, że sztab wyborczy Donalda Trumpa lub ktokolwiek z nim związany, spiskował lub współpracował z rządem Rosji” w próbach wpłynięcia na wynik wyborów prezydenckich w 2016 r. Po drugie, Mueller nie udzielił rozstrzygającej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent dopuścił się “obstrukcji wymiaru sprawiedliwości” w trakcie pełnienia czynności śledczych przez komisję.
Wynik śledztwa jest miażdżącym ciosem dla Demokratów i sprzyjających im dziennikarzy, którzy w okresie ostatnich dwóch lat postawili wszystko na jedną kartę: Russiagate. Ewentualność, że Trump kolaborował z rosyjskimi służbami, by w zamian za odpowiadającą Moskwie politykę zausznicy Władimira Putina zmanipulowali na jego korzyść wybory, nie występowała w narracji mediów i polityków jako hipoteza, a jako fakt – jako realny, stwierdzony w zasadzie naocznie stan zagrożenia kraju: opanowanie Białego Domu przez wysłanników Moskwy.
Ktoś, kto przez dwa i pół roku wyraża się w tonie pewności ma zazwyczaj problem ze zmianą zdania w zetknięciu z faktami. Demokraci więc, co zrozumiałe, reagują histerycznie. Próbują podważać wiarygodność opinii prokuratora Barra, zarzucając mu stronniczość, tak jakby wierzyli w to, że w sytuacji, gdyby Barr kłamał na temat treści raportu, sam Mueller, któremu ufają bezgranicznie, siedziałby cicho i nie wychylał się. Korzystając z faktu, że raport nadal nie został upubliczniony, Jerrold Nadler, członek demokratów przewodniczący komisji sprawiedliwości Izby Reprezentantów otwarcie oskarżył prokuratora generalnego o stronniczość i naciąganie ustaleń Muellera w interesie Trumpa.
Od kiedy tylko Donald Trump objął urząd, partia Nadlera robiła wszystko, by oskarżenia pod jego adresem potraktować jako sposobność do wszczęcia impeachmentu. Teraz działa u nich mechanizm utopionych kosztów: czują że muszą dalej jeść tę żabę, nawet jeśli dalszy ciąg Russiagate musiałby przerodzić się w walkę z samym departamentem sprawiedliwości. W tej sytuacji nie tylko oni żądają jak najszybszego ujawnienia pełnej treści sprawozdania. Apelują o to również Republikanie, świadomi, że bez tego nie rozstrzygnie się ostatni etap rozgrywki. Rzeczywiście będzie musiało do tego dojść. Bez upublicznienia wyników postępowania w sprawie o takiej randze, po wsze czasy pozostanie ona tak przedmiotem jak i motorem samonapędzającej się irracjonalnej jatki politycznej. Z drugiej strony, już w tej chwili wydaje się to sednem amerykańskiej polityki.
Liberalne media, które rozkręciły całą aferę, również nie stanęły na wysokości w reakcji na memorandum Barra. New York Times przykładowo, relacjonując wnioski prokuratora generalnego, nie do końca chyba przyjął do wiadomości, że “Trump nie współpracował”. Doniesienia na ten temat opatrzono w dzienniku kuriozalnym komentarzem pt. “Nie potrzebujemy czytać raportu Muellera”, nie pozostawiającym wątpliwości, że Donald Trump jest urodzonym kłamcą, że dochodzenie dowiodło, iż jego ludzie kłamali, a zatem i specjalny komisarz dał się okłamać. Czołowy tytuł stojący na straży “wartości demokratycznych” swoje zatem wie i żadnych komisji mu nie potrzeba. W przekonaniu redakcji Trump jest winny z założenia i kropka. To kwestia nie wymagająca dyskusji.
Część komentatorów podkreśla, że powodzenie śledztwa Muellera doprowadziło do postawienia wielu zarzutów ludziom z otoczenia Trumpa, dlatego pogoń za “agentami Putina” należy uznać za owocną. Nic podobnego. Postawione zarzuty dotyczą nie współpracy z Rosjanami, a oszustw i krętactw, którymi nabrzmiały biznesy Donalda Trumpa, a które wyszły “w praniu”. Najbardziej wpływowa z osób, które w ten sposób wpadły, Paul Manafort, szef kampanii prezydenckiej Trumpa w 2016 r., został skazany za ujawnione w trakcie śledztwa przekręty podatkowe. Komisja została powołana w jednym celu: ustalenia, czy Trump dopuścił się współpracy z Rosjanami, zagrażającej suwerenności USA. I z nadzieją na potwierdzenie tej tezy liberalne media kibicowały Muellerowi. Dzisiaj jest pewne: przegrali z kretesem.
Egzamin zdały z kolei niewielkie lewicowe media antyestablishmentowe, takie jak The Intercept, The Real News, Truthdig, Democracy Now! czy Counterpunch, które mimo że pałają odrazą do Trumpa, w narracji o “agenturze Putina” widziały od początku przede wszystkim polityczną nagonkę, grę pozorów i niesmaczny spektakl w interesie elit wycierających sobie usta “patriotyzmem” i “dobrem kraju” i korzystających z okazji, by odwrócić uwagę ludzi od stanu, w jakim zostawiły USA po upływie kadencji Baracka Obamy. Znaleźli się niezależni i utytułowani dziennikarze, jak Glenn Greenwald, którzy w ciągu dwóch i pół roku bicia piany przez mainstream, potrafili jednak trzeźwo oddzielić suche fakty od fikcji.
To polowanie na czarownice, gdzie oskarżenia starczyły za dowody, przyprawiło wielu o skojarzenia z ponurymi czasami maccarthyzmu w latach 50. XX w – na szczęście jednak objęło prawie wyłącznie bogaczy z otoczenia Trumpa, nie ludzi kultury, nauki i działaczy społecznych. Po raz kolejny sprawdziła się zasada: “Jeśli mówią o patriotyzmie, to znaczy że znowu coś ukradli”. Skorzystać z tej mądrości potrafiła przede wszystkim konsekwentna lewica – zawsze sceptyczna wobec sloganów o “ojczyźnie” i “kraju wolnych ludzi”, z zażenowaniem patrząca na straszenie Amerykanów Rosją w zimnowojennym duchu. Na tle Russiagate doszło wszak do zalewu amerykańskiej opinii publicznej falą żenujących i niebezpiecznych fake newsów, łącznie z sensacją, którą upowszechniał m.in. Washington Post, że Rosjanie zhakowali sieć energetyczną w USA i są o krok o wyłączenia Amerykanom prądu na zimę.

Russiagate: historia szaleństwa

Tak bezpardonowy atak na Trumpa nie miałby miejsca, gdyby nie polityczne zaangażowanie służb wywiadowczych, których wierchuszka od początku wyborów w 2016 r. sprzyjała Hillary Clinton ze względu na jej jednoznacznie antyrosyjską i antyirańską politykę zagraniczną oraz personalne powiązania z obozem Demokratów. Po “szokującym” zwycięstwie Trumpa kierownictwo CIA i FBI chętnie podjęło temat podejrzeń wobec Trumpa o spisek z Rosjanami, “wrzucony” pierwotnie przez sztab Clinton po ujawnieniu jej kompromitujących maili przez Wikileaks. Demokraci zaczęli krzyczeć o rosyjskiej prowokacji. Służby zaczęły wydawać oświadczenia i analizy pisane językiem żądnej sensacji prasy, byle tylko dać mediom powód do drapieżnego ataku na prezydenta-elekta. Tytuły prasowe, które kilka lat wcześniej broniły Snowdena i Assange’a przed waszyngtońskimi służbami, w obliczu zagrożenia “wrogiem demokracji” Donaldem Trumpem, postanowiły bezkrytycznie polegać na każdym słowie CIA i FBI – do tego stopnia, że obydwu sygnalistów, hołubionych wcześniej jako ikony walki o demokrację, uznały w końcu za “agentów Putina”.
Nastawienia mediów nie zmieniło to, że pierwszy raport CIA, rzekomo dowodzący zhakowania przez Rosjan skrzynek mailowych Hillary Clinton i Johna Podesty, zostały wyśmiane przez środowisko ekspertów od cyberbezpieczeństwa. Nie zmienił go fakt, że raport połączonych służb opublikowany w styczniu 2017 r. powstał z naruszeniem reguł i składał się wyłącznie z ogólnikowych formułek sugerujących m.in., że już samo istnienie telewizji RT jest zamachem na suwerenność USA. Nie zmienił jej fakt, że FBI posunęło się nawet do opierania swych wniosków na absurdalnym “raporcie” Christophera Steela, którego czołowe media same wcześniej nie chciały publikować, bo uznały go za stek niepotwierdzonych plotek oczerniających Trumpa w celu szantażu. Wszystko to przestało się już wówczas liczyć. Czołowe media bezdyskusyjnie orzekły: Ameryka w szponach Putina. Bo CIA tak mówi.
Końcowe wnioski Muellera z prawie dwuletniego śledztwa przyznają – jak informuje William Barr – że działania Rosjan zmierzające do wyborczego wzmocnienia Trumpa faktycznie miały miejsce. Raport potwierdza zarzuty wobec osławionej Internet Research Agency, która miała prowadzić “dezinformację” w mediach społecznościowych, to jednak sprawa małego kalibru. Istotne jest to, że Mueller podtrzymał też tezę o ataku hakerskim Rosjan na serwery Demokratów, z których wykradziono materiały (faktycznie) kompromitujące Clinton i jej stronnictwo w partii, a następnie dostarczono je Wikileaks. Na tej podstawie Mueller już kilka miesięcy wcześniej sporządził akt oskarżenia wobec 12 obywateli Rosji.=
Trudno uznać to za dowód cyberagresji Rosjan, bo dowodów może dostarczyć tylko proces sądowy. Ten zaś prawdopodobnie w ogóle się nie odbędzie lub do niczego nie doprowadzi, ponieważ służby wywiadowcze – a tylko od nich mogą pochodzić przesłanki, na których oparł się Mueller – mają pełne prawo zasłonić się klauzulą tajności i odmówić ujawniania źródeł. Ukazały się poza tym co najmniej dwa amerykańskie raporty eksperckie kwestionujące sposób, w jaki zdaniem Muellera Rosjanie mieli wejść w posiadanie e-maili Hillary Clinton. Najbardziej wiarygodnym źródłem potwierdzającym jakkolwiek tezę o “rosyjskiej ingerencji” okazał się dotychczas syn samego prezydenta, Donald Trump Jr. Przesłuchiwany przez komisję Muellera, plącząc się w zeznaniach, przyznał on w końcu, że podczas głośnego spotkania w Trump Tower w czerwcu 2016 r. jako członek sztabu wyborczego swojego ojca otrzymał on pochodzącą od Rosjan ofertę pomocy w “załatwieniu” kandydatki Demokratów.
Oburzenie, jakie w świecie zachodnim wywołuje myśl o tym, że Rosjanie mogli skutecznie pomóc Trumpowi, a nawet że w ogóle tego próbowali, jest raczej wyrazem liberalnej pruderii i obłudnej zasady “amerykańskiego ekscepcjonalizmu”, niż szczerej wierności demokratycznym wartościom. Publika szkalująca Trumpa na zawołanie Rachel Maddows nie podnosiła tak epickiej wrzawy w związku z powtarzającymi się zbrodniczymi agresjami USA na suwerenne państwa, np. na Irak. Nie dostrzegają analogii z faktem, że “doradcy” z USA wygrali dla Borysa Jelcyna wybory w 1996 r., czym magazyn Times otwarcie się wówczas chwalił na okładce pisząc: “Usadziliśmy swojego człowieka na Kremlu”, a Zbigniew Brzeziński cieszył się wtedy, że “rosyjska gospodarka przejdzie na konto USA”.
Demokraci i ich wyborcy ze zrozumieniem obserwują obecne wysiłki Trumpa na rzecz obalenia rządu Nicolasa Maduro w Wenezueli – oczywiście pod hasłem “przywracania demokracji”. Bądźmy szczerzy: jeżeli doszło do próby wsparcia kampanii Trumpa przez Rosjan, to był przysłowiowy “mały Pikuś”. Straszenie Putinem ma przede wszystkim podłoże rusofobiczne, zakorzenione w mitach “cywilizowanego Zachodu” i “dzikiego, barbarzyńskiego Wschodu”. Jest to poza tym doskonała okazja do utwierdzenia samych siebie w przekonaniu o wielkości i unikalności amerykańskiej demokracji. Szkoda jednak, że coraz częściej w tę demokrację wątpią nawet amerykańscy politolodzy. O jakiej bowiem demokracji może być mowa, kiedy Kongres w połowie składa się z milionerów, a analizy statystyczne pokazują, że społeczne poparcie dla inicjatyw ustawodawczych ma zerowe przełożenie na szanse przyjęcia ich przez Izbę i Senat?

Russiagate: kapitalizm

W 2019 r. trudno zachowując przytomność umysłu twierdzić jednocześnie, że Trump jest agentem Kremla w Waszyngtonie – i to zupełnie abstrahując od ustaleń komisji Muellera. Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych pozostaje całkowicie antyrosyjska, a stosunki między obydwoma krajami są gorsze niż pod koniec kadencji Obamy. Zaostrzenie sankcji to jeszcze nic. Odżywają najgorsze demony zimnej wojny: stoimy u progu nowego wyścigu zbrojeń i prężenia przez mocarstwa muskułów nuklearnych po tym, jak rząd Trumpa postanowił jednostronnie wycofać USA z układu o nierozprzestrzenianiu broni atomowej średniego zasięgu. Prezydent postanowił na dodatek otwarcie zbroić Ukrainę przeciwko Rosji, nawet w sytuacji, gdy Kongres zwątpił w sens dalszego popierania ukraińskiej skrajnej prawicy.
Donald Trump wbrew niedawnym deklaracjom nie zamierza wycofywać reszty wojsk z Syrii ani z Iraku, idąc w ten sposób na pogłębienie konfliktu z Rosją. Zarzewiem kolejnej wasni z Moskwą staje się Wenezuela. Jest również na prostej drodze do wojny z Iranem, która była odwiecznym marzeniem Hillary Clinton. Jeśli więc faktycznie w 2016 r. obiecywali sobie coś po Trumpie, bo na złość “Killary” głosił hasło polityki “nieinterwencji”, to postawili na złego konia. “Dobrego” zresztą być nie może, bo nawet Trump – chodzący pomnik megalomanii – nie jest w stanie rządzić wyłącznie według własnego widzimisię. Każdy prezydent USA jest zakładnikiem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, dla którego samo istnienie Rosji zawsze będzie pretekstem do wszczynania kolosalnie zyskownych wojen. A antyrosyjska panika “obrońców demokracji” w USA jest jak woda na młyn najagresywniejszych “jastrzębi” z CIA, Pentagonu i lobby zbrojeniowego.
Czym więc była Russiagate i czym może być w kolejnych swych odsłonach? Na pewno nie miała nic wspólnego z aferą Watergate – co najwyżej jako jej parodia. Siła i znacznie Watergate opierały się bowiem na wyrokach amerykańskich sądów, a nie na medialnej nagonce żywiącej się tym, co prasie podrzuci CIA. Pogoń za “agentami Putina” była bez wątpienia spektaklem, dzięki któremu Demokraci i ich media miały nadzieję zmieść przeciwnika bez konieczności rozliczania się z ich smutnym dorobkiem, który sprawił, że sfrustrowane masy wolały w 2016 r. zagłosować na politycznego klauna, jawnego rasistę, mizogina, mitomana, miliardera-chama, który kobiety “łapie za cipę” i obiecuje posłać do diabła wszystko co nieamerykańskie, niż na ich “damę”, reprezentującą podobno demokratyczne wartości i poprawność polityczną.
Wraz z upadkiem Russiagate Trump dostał wymarzone paliwo wyborcze na przyszłoroczne wybory. Ktokolwiek zechce rzucić mu poważne wyzwanie, będzie musiał przeciwstawić jego nienawistnemu show umiejętność i odwagę podjęcia palących problemów społecznych przygniatających większość Amerykanów w ich codziennym życiu. To nierówności sięgające poziomu absurdu; podporządkowanie państwa i gospodarki najbogatszemu jednemu procentowi; niekończąca się recesja; nieprzerwane bogacenie się bogatych i biednienie biednych; obozy namiotowe w metropoliach, gdzie koczują nędzarze, którzy potracili domy. To miażdżące koszty opieki zdrowotnej; konieczność chwytania się przez ludzi kilku prac, by przeżyć do pierwszego; “śmieciowe” zatrudnienie; deterioracja infrastruktury i usług publicznych; studencka spirala zadłużenia na opłacenie czesnego; rosnąca represyjność policji; pękające w szwach więzienia prowadzone jako intratny biznes…
Tak przedstawia się USA po ośmioletnich rządach Obamy, który osobiście chwalił się przed przedstawicielami Wall Street, że jego prezydentura uczyniła ich tak bogatymi, jak jeszcze nigdy nie byli. To jest porządek klasowy, który reprezentują Demokraci. Nie ma możliwości, by zmierzyli się z Trumpem na tym gruncie w sposób wiarygodny dla społeczeństwa coraz bardziej niechętnego oderwanym od rzeczywistości elitom. Są bowiem częścią elity na równi z Trumpem. On ma dla ludzi bajkę o “Wielkiej Ameryce” podlanej pobudzającym sosem ksenofobii. Tamci zaś myśleli, że opowiedzą lepszą bajkę, a “ciemny lud to kupi” – stąd “Ameryka w szponach Putina”. Część Demokratów pewnie sam w nią uwierzyła.
Wszystko, co najgorsze w polityce Donalda Trumpa: szczucie na imigrantów i zamykanie meksykańskich dzieci w obozach koncentracyjnych, lekceważenie zubożenia społeczeństwa i coraz wyższe koszty życia, ulgi podatkowe dla najbogatszych, policyjna przemoc dla najbiedniejszych, postępująca katastrofa ekologiczna, uwikłanie w niekończące się wojny pożerające już setki miliardów dolarów – to tylko nasilenie tendencji, które rozwijały się za Obamy. I to nie z powodu indywidualnej polityki głowy państwa. Rzecz w tym, że konsekwentna krytyka Trumpa nieuchronnie musi prowadzić do krytyki kapitalizmu w jego schyłkowej, gnijącej wersji, który trwa głównie dzięki sprzedaży ludziom fantazji lub napuszczaniu ich na siebie nawzajem. Trump robi to doskonale. Okazało się Amerykanom można z powodzeniem wciskać obrzydliwość, cynizm i przemoc kapitalizmu, jego wściekły darwinizm społeczny, bez żadnych upiększających pozorów, jedynie z rozbrajającym uśmiechem opalonego w solarium “Janusza biznesu”, urągającego bez ogródek kolorowym, “pedałom” i feministkom. Demokraci są po staroświecku przywiązani do pozorów demokracji, namiastki równości, która ma utrzymywać z ryzach porządek klasowy. Trump dowiódł, że to już nie działa. Po bladze straszenia Putinem kompletnemu wypaleniu uległ turbopatriotyzm w wydaniu “szlachtnym”. Nowej drogi politycznej na razie nie widać. Nie widać autentycznej siły społecznej. Nie widać nadziei dla Ameryki.

Utracjusze za kratkami

Dwaj rosyjscy piłkarze, 28-letni Aleksandr Kokorin i 31-letni Paweł Mamajew, od października ub. roku siedzą w więzieniu. To najpewniej najdrożsi więźniowie w Rosji – za Kokorina Zenit Petersburg zapłacił 7 mln euro, za Mamajewa FK Krasnodar blisko 4 mln euro. Obaj trafili za kratki za pobicie dwóch urzędników państwowych.

Mamajew i Kokorin są dobrymi kumplami od ponad 10 lat. Poznali się i zaprzyjaźnili w 2008 roku. Obaj grali wtedy w moskiewskich klubach – Kokorin w Dynamie, a Mamajew w Torpedo, mieszkali w internacie i wspólnie spędzali wolny czas. Nie zawsze grzecznie, a właściwie to rzadko kiedy byli grzeczni. Zamiłowanie do draki to był ich znak rozpoznawczy. Ale że byli piłkarsko utalentowani i od 2011 roku otrzymywali powołania do reprezentacji kraju, ekscesy z ich udziałem puszczano w niepamięć. A trochę tego było. Podczas pobytu kadry w USA obaj w restauracji obrzucili kostkami lodu siedzącego obok przy stoliku znanego rapera Lila Wayne’a i jego znajomych. Oczywiście wygłupy te skończyły się gigantyczną awanturą.

Innym razem Kokorin został zatrzymany przez milicję za rajd po ulicach Moskwy, w trakcie którego nie tylko złamał ograniczenia prędkości, ale też jeździł pod prąd. W lipcu 2016 roku Kokorin z z Mamajewem przekroczyli wszelkie granice. Po zakończeniu przez rosyjską reprezentację jej mało chwalebnego udziału w Euro 2016, obaj piłkarze „ruszyli w miasto”, ale znów przesadzili w zabawie. Imprezując w prestiżowego w Monako klubie Twiga Kokorin i Mamajew wydali aż 250 tys. euro, zamawiając m.in. 500 butelek najdroższego szampana, które zostały wniesione na salę przy akompaniamencie hymnu Federacji Rosyjskiej. Gdy wieść o tym wybryku piłkarzy dotarła na Kreml, prezydent Władimir Putin ponoć straszliwie się rozzłościł i nakazał surowe ukaranie utracjuszy. Co tez uczyniono – Zenit Petersburg i FK Krasnodar zesłały obu graczy do rezerw i uderzyły po kieszeni. Wedle rosyjskich mediów każdy z nich miał zapłacić po 200 tys. euro.

Po tej surowej nauczce obaj piłkarze na jakiś czas się uspokoili i aż do listopada ub. roku nie dawali rosyjskim mediom bulwarowym pożywki. Ale gdy FK Krasnodar przyjechał do Petersburga na mecz ligowy z Zenitem, kumple postanowili uczcić spotkanie przypadające akurat w okrągłą dziesiątą rocznicę jak się poznali. Nie chcąc prowokować losu uczcić ten miły dla nich jubileusz postanowili w Moskwie. I tak trafili do restauracji, w której na ich nieszczęście biesiadowała akurat grupa wysokich rangą urzędników rządowych. Jeden z nich, Denis Pak, szef wydziału motoryzacji i kolei w ministerstwie przemysłu i handlu, w pewnym momencie zwrócił uwagę głośno zachowującym się piłkarzom, za co oberwał od rozochoconego już mocno Kokorina krzesłem. Wybuchła awantura, w której z rąk piłkarzy ucierpiało jeszcze kilku innych gości.
Kokorin i Mamajew mieli niefart, bo poszkodowaniu urzędnicy podnieśli raban i wieści o kolejnym wybryku Kokorina i Mamajewa szybko dotarła do Putina. Rosyjski prezydent strasznie się na nich wkurzył. Obaj piłkarze dostali wezwanie na milicję wydane przez ministerstwo spraw wewnętrznych i po przesłuchaniu zostali zatrzymani na 48 godzin, a następnie skazani na dwa miesiące odsiadki. Obaj zostali osadzeni w tak zwanym SIZO, sledstwiennym izolatorze, odpowiedniku polskiego aresztu śledczego. Skazano ich za przestępstwo popełnione z art. 213 Kodeksu Karnego, czyli chuligaństwo, a za to grozi kara pozbawienia wolności do lat pięciu. Żarty się skończyły, bo ministerialni koledzy pobitego Paka zrobili co należy, żeby zademonstrować siłę państwowego aparatu władzy.

Zgodnie z oficjalnym wyrokiem Kokorin i Mamajew mieli przebywać w areszcie do 8 grudnia ub. roku, ale chociaż mijały kolejne miesiące, oni wciąż tkwili za kratkami, a składane przez ich prawników apelacje były konsekwentnie odrzucane. Ostatnią sąd odrzucił 26 lutego. Teraz Kokorin i Mamajew żywi się nadzieją, że wyjdą na wolność 8 kwietnia. Tego dnia ma zapaść ostateczny werdykt w ich sprawie, co oznacza, że albo będą siedzieć dalej, albo dostaną wyrok w zawieszeniu. Wygląda jednak na to, że pół roku na więziennym wikcie zostanie uznane za wystarczającą karę, inaczej Zenit i Krasnodar już by z nimi zerwały kontrakty, a tego jak dotąd nie zrobiły.