6 lipca 2022

loader

Dziadersa uwagi i refleksje o pewnej rocznicy

wikimedia.org

Kilka dni temu minęła 40. rocznica wprowadzenia w naszym kraju stanu wojennego. Była okazja do wygłoszenia całego szeregu przemówień, wspomnień i wypomnień. Nie wracam do nich, nie słuchałem wypowiedzi, omijałem oceny. Przeżyłem tamte dni, znam ich dramatyzm i mam mój własny pogląd i ocenę tamtych dni i zdarzeń. Jak zwykle dodam kilka własnych spostrzeżeń i uwag.

Nim przejdę do roku 1981 wrócę na chwilę do roku 1956. To był ważny rok w historii naszej powojennej państwowości. Udało się nam wtedy nieco rozluźnić bardzo ciasny gorset naszej niezależności. Owszem, nie byliśmy jedną z republik, jak Litwa, czy Białoruś, ale byliśmy składnikiem szyku państw Układu Warszawskiego. Kierunek i rytm naszego marszu ustalano w Moskwie. To był podjęty decyzją w Jałcie i Poczdamie porządek jako wynik dotarcia Armii Czerwonej do Łaby. My, Polacy nad Wisłą zabraliśmy się wtedy za zagospodarowanie nieregularnego czworokąta między Odrą, Bałtykiem, Bugiem a Karpatami. Taki nam przydzielono. Uznaliśmy go za nasze gniazdo i jest nim już ponad ¾ wieku. Odczuwaliśmy wszystkie ograniczenia naszej samodzielności i wszystkie konieczności wynikłe z kierunku marszu całego „bloku komunistycznego”. Historia tego marszu jest opisana w najróżniejszych barwach. Marsz trwał dla nas 45 lat, na szczęście udało nam się uniknąć III Wojny Światowej.

W roku 1956 podjęliśmy próbę rozluźnienia ciasnego gorsetu i udało nam się to zrobić. Jako student 2. roku Politechniki Warszawskiej byłem na słynnym wiecu w Auli Głównej, byłem też na wielkim wiecu przed Pałacem Kultury. Nam się udało, ale naszym kuzynom na Węgrzech nie. Czołgi Armii Czerwonej po raz drugi wjechały do Budapesztu. Płakaliśmy razem z nimi. Dlaczego udało się nam? Dlatego, że postanowiliśmy zrealizować cele ograniczone, które uznaliśmy za realne, jak się okazało akceptowalne przez „kwaterę główną”. To był przykład „Real Politik”. Nie poszliśmy za marzeniami, jak mówi poeta „mierz siły na zamiary”. Zmierzyliśmy zamiar według sił.

Listopad i grudzień 1981 roku miały wielką wagę dla naszego społeczeństwa. Minął rok i kwartał od słynnego sierpnia, w którym fala strajków wymusiła kompromis zwany porozumieniami sierpniowymi. Społeczeństwo miało trochę czasu, by zagospodarować poszerzoną porozumieniami przestrzeń polityczną. Było nam nieco luźniej, ale to oczywiście nie była otwarta przestrzeń. Cały ten czas trwała wewnętrzna debata jak poszerzyć naszą samodzielność, czy istnieją granice tego poszerzenia, gdzie się powinniśmy zatrzymać. Byliśmy silniejsi, niż w 1956 roku, więc pytanie, czy to już nadszedł czas uzyskania pełnej suwerenności? Pełna suwerenność oznaczała wyjście z Układu Warszawskiego. Bardzo wielu z nas uważało takie rozwiązanie za niemożliwe do zrealizowania w tamtym czasie. Uważaliśmy, że „kwatera główna” nie zaakceptuje takiego rozwiązania. Niestety, byliśmy podzieleni, nieskłonni do wyszukania kompromisowych, realnych celów. Wielu z nas uznało, że należy nam się pełna wolność i niezależność, że cel ten jest blisko, „na wyciągnięcie ręki”. Jako społeczeństwo nie byliśmy w stanie wypracować realnych i osiągalnych w tamtych warunkach celów.

Decyzja wprowadzenia stanu wojennego zapobiegła wojskowej konfrontacji z armiami państw Układu Warszawskiego. Trudno sobie – bez bólu głowy – wyobrazić konsekwencje takiej konfrontacji; pozostawię ten temat. Przez wiele lat więcej, niż połowa naszego społeczeństwa uznawała wprowadzenie stanu wojennego za decyzję uzasadnioną. Po doświadczeniach węgierskich i czechosłowackich bałem się – jak wielu z nas – walk w dopiero co odbudowanej Warszawie. Stan wojenny zakończył pierwszy etap powstania i rozkwitu Solidarności. Można zakończenie nazwać klęską, jednakże nie było zwycięzców; przegranymi byliśmy wszyscy.

Dekada lat 80. zapisała się ciemnymi literami w naszej historii. Nastały lata głębokiego kryzysu społecznego, czas powszechnego niezadowolenia, nieustające strajki i przerwy w pracy. Do tego kryzys gospodarczy, spadek dochodu narodowego, nieustające braki w zaopatrzeniu. Wiele działań ukrywano przed władzą, powstało podziemie, wydawano nielegalne gazety, pisano wiersze, nagrywano piosenki. Jak zwykle okazaliśmy się mistrzami podziemnego działania. Te nielegalne działania traktowano jako wkład w walkę z komunizmem. Mam przyjaciół dumnych z udziału w tych przedsięwzięciach. Pamiętajmy też, że w podziemnych działaniach nikt nie sięgnął po narzędzia terroru z użyciem broni. To bardzo ważny fakt i dobrze o nas świadczy. Dodajmy do tego, że dziesiątki tysięcy naszych sąsiadów i przyjaciół wyemigrowało z Polski. Większość nie wróciła. Jest powód, by się martwić, gdy wielu ludzi uznaje warunki w naszym kraju na tyle złe, że decydują się wyjechać. Z wielu powodów uważam, że dekada lat 80. była – z punktu widzenia naszego rozwoju – czasem bezpowrotnie straconym. Powiem o jednym z nich: system edukacji stanął w miejscu, działał, ale brak nakładów zahamował rozwój. Dodajmy, że poziom PKB z roku 1980 osiągnęliśmy dopiero w roku 1992. Nie wskazuję winnych, społeczeństwo tamtych lat nie poradziło sobie z rozwiązaniem problemów, które stanęły przed nami, albo które sami stworzyliśmy. Wszyscy byliśmy przegranymi.

Nie upłynęło wiele lat od roku 1981 i Polacy zasiedli wokół okrągłego stołu. Za nami była dekada ciężkiego kryzysu społecznego i gospodarczego. Prawie wszyscy uważali, że musimy dla naszego państwa znaleźć nowe rozwiązania, nową drogę. Cały tzw. blok wschodni przeżywał trudne dni, a ZSRR był – jak się wkrótce okazało – kilkanaście miesięcy przed rozpadem. Jako społeczeństwo wtedy zdaliśmy egzamin. Przy okrągłym stole wypracowaliśmy kompromisowe porozumienie. Bez jednego wystrzału rozpoczęliśmy długi proces budowy nowego, demokratycznego modelu państwa, z konstytucją i trójpodziałem władzy, z gospodarką wykorzystującą mechanizmy wolnego rynku. Być może wykorzystaliśmy doświadczenia lat 80. i tym razem dokonaliśmy racjonalnego wyboru. Społeczeństwa wielu krajów z uznaniem przyjęły dokonane przez nas wybory i rozwiązania. Był to czas, gdy mieliśmy wielu przyjaciół.
Wracam do 1981 roku. Wielu z nas mówiło wtedy, jak to byłoby dobrze móc decydować o naszym losie w innym układzie geopolitycznym, bez nacisków i uwarunkowań zewnętrznych. Zakończenie trwającej kilka dekad rywalizacji Wschód – Zachód dało nam taką możliwość. Zmieniliśmy model naszego państwa, odetchnęliśmy w wolnym, demokratycznie zorganizowanym państwie. Ruszyła nasza gospodarka, znacznie wzrósł krajowy PKB, ustabilizowaliśmy wartość naszego złotego. Poza tym weszliśmy do Unii Europejskiej i NATO, poczuliśmy się bezpieczni i otwarci na świat. Znaleźliśmy się w dobrym towarzystwie przyjaciół, nikt już nie kwestionuje naszych granic. Teraz pozostaje nam uparcie pracować, by żyć lepiej i godnie.

Nie upłynęło wiele lat, gdy na horyzoncie pokazały się ciemne chmury. Doświadczenia ostatnich lat wskazują, że państwo nasze obrało zły kurs. Odrodził się nacjonalizm w formule, którą przez wiele lat uznawaliśmy za niestosowną i przebrzmiałą. Drogę i los żołnierzy wyklętych postawiliśmy jako wzór wyborów patriotycznych; śmierć dla ojczyzny jest najlepszym wyborem Polaka. Szacunek dla wiedzy, umiejętności i pracy zastąpiliśmy szacunkiem do pieniądza. Ostatnie lata pokazują, że duże obszary naszego państwa są źle zorganizowane: system edukacji, system opieki medycznej, nasze wojsko, sieć energetyczna wraz z elektrowniami, transport kolejowy i jeszcze kilka innych. Sejm i senat stanowiący władzę ustawodawczą są dla społeczeństwa przykładami chaosu, niekompetencji i warcholstwa. Na liście zaprzyjaźnionych krajów jest już pusto. Codziennie rano z dumą raportujemy jak wielu migrantów udało nam się powstrzymać w ich marszu do Europy pokoju i zawrócić do lasu, gdzie ich miejsce. Ogłosiliśmy uradowani, że jesteśmy znowu państwem frontowym i czas podwoić liczebność naszej armii. Jednocześnie kolejne, codzienne komunikaty wyliczają liczby zgonów spowodowanych pandemią, której postępu nie jesteśmy w stanie powstrzymać. Wielu z nas uważa, że rząd, skupiony na wygraniu kolejnych wyborów, nie potrafi ocenić co jest dla nas ważne, dlaczego jest ważne i co powinniśmy w tej sytuacji zrobić. Czyżby, kolejny raz, po czasach racjonalnych wyborów przyszły czasy bezrozumnych zachowań i decyzji? Wspominając ważną w naszej historii rocznicę nie mogłem powstrzymać się od uwag o naszej aktualnej sytuacji. Pozwolę sobie w przyszłości wrócić do tego tematu.

Małgorzata Kulbaczewska-Figat

Poprzedni

Walka o praworządność to dopiero początek

Następny

MFR – cały z Polski powojennej