Jeszcze wokół Okrągłego Stołu

Wśród licznych medialnych wypowiedzi z okazji kolejnej rocznicy zakończenia obrad Okrągłego Stołu dwie zasługują na wyjątkową uwagę. Pierwszą jest obszerny, świetnie udokumentowany i pogłębiony tekst prof. Jerzego Wiatra na łamach „Dziennik Trybuna” („Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat), a drugim, jego intelektualne zaprzeczenie, w wykonaniu także profesora, Tomasza Nałęcza (Jak Okrągły Stół stał się kwadratowy) w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej”.

Warto przypomnieć prof. Nałęczowi,

że przy Okrągłym Stole zasiadły trzy strony: koalicyjno-rządowa, opozycyjno-solidarnościowa i kościelna. Tę pierwszą we wspomnianym tekście Nałęcz – historyk na usługach obecnie obowiązującej ideologii – nazywa z uporem komunistami. I, jak w myśl cytowanego przez siebie przysłowia „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, tym razem wystąpił właśnie w tej roli trzymanego, zapominając zapewne przez przypadek, bo wymogi jego profesji temu zaprzeczają, że i on zaliczany jest do komunistów. W latach 1970-1990 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w 1990 został jednym z wiceprzewodniczących Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i działał też aktywnie w Unii Pracy. A więc nie tylko pełny komuch w czasie obrad OS, ale nadto postkomunista. Rzetelność, nie tylko naukowa, stanowiąca zaprzeczenie propagandowych haseł wymaga uwzględniania obowiązującego nazewnictwa, bo np. Piłsudski byt Naczelnikiem Państwa, a nie jego Namiestnikiem, PPS to nie PSS (dla młodszych: Powszechna Spółdzielnie Spożywców), a Manifest był i Połaniecki, i Lipcowy.
Jednak w kontekście całego tekstu tego autora ta antykomunistyczna maniera to zupełny drobiazg, gdyż apologia strony opozycyjno-solidarnościowej – jej wszelakiej mądrości, przenikliwości i przewidywalności, którą „narzuciła komunistom bardziej podstępem”, determinacja i negocjacyjny kunszt – przekracza tu liczbę beczek z oliwą, wylewanych kiedyś na wzburzone morze, a obecnie służących m. in. do zaklajstrowaniu tamtej rzeczywistości.

Pisze Nałęcz:

„Politycy reprezentujący przy Okrągłym Stole stronę komunistyczną powtarzają nieprawdziwą tezę, że ich celem było pokojowe oddanie władzy, zdemontowanie systemu i przejście do ustroju demokratycznego”. Dobrą regułą, nie tylko w naukach historycznych, jest przy cytowaniu kontrowersyjnych poglądów powołanie się na ich autora. Nie jest bowiem znana powszechnie choćby jedna wypowiedź o „pokojowym oddaniu władzy”, co zresztą byłoby zaprzeczeniem sensu niełatwych negocjacji. Natomiast jest prawdą, że w centralnych i reformatorskich kręgach partyjnych dojrzewało przekonanie o konieczności zasadniczych zmian ustrojowych, które w niedługim czasie po Okrągłym Stole zaowocowało powszechnym na lewicy wyborem socjaldemokratycznej drogi. Słyszał więc p. Tomasz, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele.

Pisze dalej:

„W świetle wiedzy historycznej nie ulega wątpliwości, że celem proponujących Okrągły Stół komunistów nie było zdemontowanie systemu, tylko jego gruntowny remont, który miał im zapewnić dalsze, łatwiejszej już sprawowanie władzy.” Nie ma żadnych dowodów na to, aby podczas obrad OS ktokolwiek, nawet z opozycji, wypowiadał się na temat zdemontowania istniejącego systemu (w tej kwestii panowało z ich strony długo milczenie, zapewne także z bojaźni przed społeczną reakcją), a władza akceptująca rzeczywiste istnienie i wpływy opozycji nie tylko niczego sobie nie ułatwiała, a jedynie uznawała to za szansę nie tyle dla siebie, co przede wszystkim za możliwość wyprowadzenia kraju z impasu. Wiedza naukowca Nałęcza, sprowadzająca się do oceny władz zainteresowanych tylko swoimi stołkami, wpisuje się w znaną, powtarzaną obecnie śpiewkę, że „komuniści zabiegając o poparcie przeprowadzili reformę rolną i. t. p”. Nikt w latach późniejszych, poza chyba Nałęczem, nie słyszał lamentu byłych prominentów z powodu utraty władzy. Nota bene żadna z umawiających się stron OS nie miała klarownego obrazu dalszego przebiegu wydarzeń; dla wszystkich zapowiadał się natomiast, nieznany w czasie i nie bardzo rozpoznawalny, proces przemian całego życia społeczno-politycznego i gospodarczego Polski.

Pisze jeszcze Nałęcz:

„Owszem, „Solidarność” zgodziła się wejść w podyktowane przez komunistów koleiny władzy. Zaakceptowała wybory 4 czerwca 1989 r. na warunkach, które teoretycznie dawały ekipie Jaruzelskiego gwarancję dalszego sprawowania rządów. Wywalczyła jednak rzecz o wiele cenniejszą – obroniła swoją tożsamość i polityczną niezależność oraz zdolność do dalszego prowadzenia walki.” Te zasługi Solidarności są wątpliwe gdyż nie musiała przy OS ich bronić ani też wywalczać swej tożsamości i politycznej niezależności, bo nikt, nawet największy partyjny beton, nie oczekiwał od niej rezygnacji z tych wartości.

Dodaje Nałęcz:

„Dzięki temu posunięciu [chodzi o wybory w których Solidarność miała swoje komitety i listy wyborcze – Z.T.} nie udało się, jak chciała PZPR, ograniczyć Okrągłego Stołu do umowy wąskich grup polityków”. A to totalna bzdura, bo już same, nieutajnione przecież, obrady w Pałacu Namiestnikowskim wywołały powszechne społeczne zainteresowanie, i różne na nie reakcje, a więc tym bardziej o żadnych ograniczeniach przy powszechnych wyborach nie mogło być mowy.

Podsumowuje Nałęcz

swoje rozważania stwierdzeniami: „Choć komunistycznemu Kozakowi wydawało się, że schwytał solidarnościowego Tatarzyna, tak naprawdę to ten drugi był zwycięzcą okrągłostołowych podchodów”, i dalej: „udało się zamienić Okrągły Stół w „stół prostokątny”, przy którym opozycja siedziała po innej stronie niż obóz władzy”.
I takie to są prawdy Pana Profesora o polskim historycznym wydarzeniu, w czasie którego, bez względu na fundamentalne różnice dwóch obradujących stron, łączyło ich niewątpliwie przekonanie o wspólnym szukaniu dróg dla lepszej przyszłości tego kraju. Później niestety zapomniano o tym przesłaniu, obóz solidarnościowy przypisał sobie wszystkie sukcesy tamtych negocjacyjnych dni, stół stał się prostokątny, by wreszcie zostać postponowany i zniknąć jako rzadki symbol politycznej mądrości Polaków.
Na tle obszernej panoramy wydarzeń poprzedzających narodziny Okrągłego Stołu sytuuje to wydarzenie prof. Jerzy Wiatr. Uwagę zwracają fragmenty rozważań rzadko w innych opracowaniach podejmowane, a wyznaczające decyzje partyjne o konieczności podjęcia rozmów z opozycją. Na ogół traktuje się te kwestie w uproszczony sposób przywołując konieczność ich podjęcia złym stanem gospodarki i wzbierającymi cyklicznie falami strajków.

„Po stronie PZPR

– pisze Wiatr – kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją… Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.” A jeszcze wcześniej wspomina, że „Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno.”

Stan wojenny w Polsce

pozostawił głębokie podziały w społeczeństwie, a po jego zniesieniu nie zostały one zasypane bądź przynajmniej zniwelowane żadną ważącą inicjatywą polityczną lub projektem społeczno-ekonomicznym. Wszelkie podejmowane w latach 1983-1987 działania władzy sprawiały wrażenie ruchów pozornych, zupełnie nieprzystających do oczekiwań większości obywateli, którzy pragnęli unormowania sytuacji w kraju, a przynajmniej nadziei na normalizację. A jeżeli nawet rodziły się plany poważnych reform gospodarczych i politycznych, to z różnych powodów bądź nigdy nie zostały wprowadzone w życie, bądź nie przynosiły oczekiwanych zmian (reforma autorstwa prof. Zdzisława Krasińskiego, kolejne etapy reform ekonomicznych czy próby reform politycznych).

Taki stan rzeczy

zależał, jak to nazwał w swym znanym memoriale Mieczysław Rakowski: „przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym”. Tak się jednak złożyło, że tej ekipy nie było stać na to, gdyż zabrakło w niej m. in. rozgromionej wcześniej, a rozbudzonej intelektualnie opcji reformatorskiej i to nie tylko we władzach centralnych. Zastąpili ich w poważnej części ludzie, których największą i jedyną zaletą było zdyscyplinowanie. Przypominam sobie generała zajmującego jedno z najwyższych stanowisk partyjnych, którego bezradność i brak wyobraźni miały wręcz charakter porażający.

Te rozważania nie prowadzą

do postawienia tezy, że mogłoby w ogóle nie dojść od Okrągłego Stołu, bowiem wyczerpanie się możliwości rozwojowych tamtego ustroju było oczywiste, a jedyną drogą wyjścia była zasadnicza, w miarę szybkimi etapami, jego przebudowa w kierunku gospodarki rynkowej, a ustroju w demokrację parlamentarną. Pragnąc zrealizować taki program PZPR musiała by także podjąć rozmowy z polityczna opozycją, tyle tylko, że już nie jako hegemon, a partia socjaldemokratyczna, posiadająca w ręku inicjatywę i mocne atuty w okrągłostołowych negocjacjach.

Paradygmat Okrągłego Stołu

dla Tomasza Nałęcza nie istnieje, także dla Zbigniewa Bujaka zaproszonego przez Społeczny Komitet Lewicy 100-lecia Niepodległości, Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Stowarzyszenie Ordynacka, Inicjatywa 30. ROK WOLNOŚCI na spotkanie w 30-tą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego stołu. W programie tego wydarzenia zaplanowano jego wystąpienie, obok innych uczestników OS, a jednocześnie niedawno oświadczył: „To co Polska może wnieść do Europy to doświadczenie i kultura „Solidarności”. A co wnosi Miller? Co on sobą reprezentuje?”
Arogancja i głupota zaprezentowana przez Bujaka przekracza wszelkie normy, zadufanie w skompromitowaną postsolidarnościową politykę także wszelką miarę, niedocenienie roli byłego premiera wprowadzającego Polskę do Wspólnoty Europejskiej przez ewentualnego europosła poraża, a to wszystko okraszone jest brakiem elementarnej kultury.
Jeśli dobrze pamiętam, to na szczęście nie wypowiadał się pan Bujak przy Okrągłym Stole, a może mu głosu po prostu nie udzielono?

„Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat

Trzydziesta rocznica zakończenia polskiego „Okrągłego Stołu” skłania do zastanowienia się nad tym, co spowodowało, że po latach bardzo ostrego konfliktu Polacy zdołali – jako pierwsi w naszej części Europy – siąść do stołu rokowań i uzgodnić warunki, na których rozpoczęła się transformacja ustrojowa.

Jest zresztą oczywiste, że bez porozumienia „okrągłego stołu” nie byłoby wyborów czerwcowych, a wydarzenia potoczyłyby się inaczej – zapewne znacznie mniej dla Polski korzystnie.
Jeszcze parę lat wcześniej porozumienie między władzami i opozycją wydawało się niemożliwe. Dominował pesymizm co do przyszłości – nie tylko najbliższej. Uważano dość powszechnie, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie zmieni się sytuacja geopolityczna Polski. W wydanej w 1986 roku książce („The Game Plan”) Zbigniew Brzeziński przewidywał, że układ międzynarodowy oparty na rywalizacji i dominacji dwóch supermocarstw – USA i ZSRR – trwać będzie przez dziesięciolecia. W Polsce stan wojenny zamroził sytuację polityczną – zdawać się mogło, że na bardzo długo. W jego wyniku wprowadzenia zdołaliśmy uniknąć krwawej konfrontacji i, moim zdaniem w tych warunkach nieuchronnej, zbrojnej interwencji radzieckiej, ale zarazem zahamowano proces zmian demokratycznych. Nie udała się, prowadzona połowicznie, reforma gospodarcza. Ludzie ówczesnej opozycji szczerze przyznają, że sądzili wówczas, iż szansa istotnych zmian odsunęła się na wiele lat – może na dziesięciolecia. W środowisku partyjnych reformatorów dominowało przekonanie, że należy bronić tego, co jeszcze zostało ze zmian „posierpniowych” a ewentualne głębsze zmiany muszą czekać na bardziej sprzyjające warunki międzynarodowe i wewnętrzne, co nam także wydawało się odległą przyszłością. Już wtedy pojawiały się jednak w obozie rządzącym inicjatywy zmierzające do zahamowania konfrontacji i utrzymania jakichś form dialogu z udziałem umiarkowanego skrzydła „solidarnościowej” opozycji. Wtedy, w czasie trwania stanu wojennego, takie inicjatywy partyjnych reformatorów nie mogły znacząco wpływać na bieg wydarzeń, ale stanowiły dowód, że reformatorskie skrzydło PZPR nawet wtedy nie porzuciło nadziei na dialog i porozumienie. Wszystko to zmieniło się pod koniec lat osiemdziesiątych. Splot wydarzeń międzynarodowych i wewnętrznych stworzył warunki dla podjęcia wyzwania, które jeszcze niedawno graniczyło z cudem.
To polskie zwycięstwo jest obecnie atakowane przez polityków Prawa i Sprawiedliwości, przy czym niektórzy z nich (np. Andrzej Zybertowicz) posuwają się nawet do imputowania, że „Okrągły Stół” był porozumieniem komunistycznej władzy z jej agentami. W tych atakach kryje się wrogi stosunek do porozumienia ponad politycznymi podziałami, dążenie do polaryzowania sceny politycznej i do totalnego dyskredytowania opozycji. Tym ważniejsze jest, by przypominać o tym, co stało się trzydzieści lat temu i co stanowi fundament polskiej demokracji.
Drogę do Okrągłego Stołu otworzyły dwie podstawowe okoliczności. Pierwszą był impas, w jakim znalazła się polityka polska siedem lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Wbrew obawom jednych, a oczekiwaniom innych, stan wojenny udał się w tym sensie, że przy minimalnych stratach spacyfikował sytuację i dał ówczesnej władzy niezbędny oddech. Nie doszło do strajku generalnego, czy też do wybuchu rewolucyjnego. Władzom udało się opanować sytuację, ale nie udało się wyeliminować opozycji „solidarnościowej”, która – choć poważnie osłabiona – zachowała niemałe wpływy i potrafiła zbudować sprawne struktury podziemne. W następnych latach następowała stopniowa liberalizacja systemu, ograniczane były represje, pojawiały się większe możliwości dialogu. Gospodarka znajdowała się w jednak stanie przewlekłego kryzysu.
Początkowa poprawa gospodarcza okazała się nietrwała a pod koniec lat osiemdziesiątych ponownie nastąpiło jej pogorszenie. Szybko rosło zadłużenie zagraniczne Polski, przy czym stosunkowo niskie wpływy z eksportu nie pozwalały nawet na regularną spłatę odsetek. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych oczywiste już było, że stabilizacja polityczna ani nie usuwa wyzwania, jakie dla władzy stanowiła wywodząca się z „Solidarności” opozycja, ani nie przywraca tej władzy takiego poparcia społecznego, jakie miała w pierwszej połowie poprzedniego dziesięciolecia. Przeprowadzone w listopadzie 1987 roku referendum w sprawie reform politycznych i gospodarczych nie dało władzom takiego mandatu, na jaki liczono, a bardzo niska frekwencja w wyborach do rad narodowych – zbojkotowanych przez „solidarnościową” opozycję – w czerwcu 1988 roku (55.19 proc.) sygnalizowała zmniejszanie się poparcia dla obozu rządzącego. W tych warunkach ponownie pojawiały się w tym obozie głosy na rzecz bardziej zdecydowanych zmian. Obok publicystyki i prac studyjnych (w tym grupy roboczej powołanej w ramach PRON, w której dane mi było pracować) reformatorskie poglądy coraz częściej pojawiały się w wystąpieniach osób zajmujących wysokie stanowiska polityczne. Powołanie w 1987 roku do Biura Politycznego Mieczysława F. Rakowskiego i powierzenie mu we wrześniu 1988 roku stanowiska premiera było – z uwagi na znane od dawna reformatorskie poglądy tego polityka – symptomem dojrzewających zmian. Nie było jednak jasności co do tego, w jakim kierunku zmiany miałyby iść. Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno, a rządowi Rakowskiego zaszkodziła decyzja o postawieniu w stan likwidacji stoczni gdańskiej, co – niezależnie od racji ekonomicznych przywoływanych w obronie tej decyzji – było poważnym błędem politycznym, gdyż sugerowało wrogi stosunek rządu do „Solidarności”.
Po stronie opozycji dojrzewała także świadomość, że konfrontacja nie jest w stanie doprowadzić do upadku władzy. Obecnie głoszone poglądy, jakoby również bez porozumienia możliwe było odsunięcie PZPR od władzy, kontrastują bardzo wyraźnie ze stanowiskiem, jakie pod koniec lat osiemdziesiątych wyrażali intelektualiści i przywódcy demokratycznej opozycji, zwłaszcza Bronisław Geremek i Adam Michnik. W połowie lat osiemdziesiątych Michnik opublikował (w Londynie) książkę, w której otwarcie pisał o możliwości porozumienia między władzą i opozycją na zasadzie legalizacji „Solidarności” i zrezygnowania przez nią z walki o władzę. Geremek w wywiadzie udzielonym wydawanemu w podziemiu „Tygodnikowi Mazowsze” (8.X.1986) sygnalizował możliwość wznowienia dialogu między władzą i opozycją „bez zmuszania żadnej ze stron do rezygnacji”. W 1987 roku, wykorzystując sytuację, powstałą w wyniku tego, że władze ograniczyły zasięg represji wobec działaczy opozycji, Lech Wałęsa przystąpił do tworzenia Komitetu Obywatelskiego, który stał się sprawnym i bardzo zwartym ośrodkiem kierowniczym. Inicjatywa powołania tego ciała wyszła od Geremka, ale decyzja należała do Wałęsy. Po trwających ponad rok przygotowaniach komitet ukonstytuował się 18 grudnia 1988 stając się ośrodkiem kierowniczym demokratycznej opozycji. Powołanie Komitetu Obywatelskiego miało kluczowe znaczenie, gdyż wokół tego ośrodka skupiły się główne siły opozycji demokratycznej pozostawiając na marginesie ugrupowania radykalne (Konfederację Polski Niepodległej, Solidarność Walczącą). Już wcześniej w opozycji demokratycznej krystalizował się nurt umiarkowany, intelektualnie nawiązujący do idei realizmu politycznego, zachęcający do dialogu z władzami. W czerwcu 1987 grupa realistów skupiona wokół Marcina Króla zaczęła wydawać legalnie miesięcznik „Res Publica” – pismo od 1982 roku ukazujące się w podziemiu. O potrzebie i możliwości dialogu z władzą mówił w wywiadzie dla pisma „Konfrontacje” Bronisław Geremek. Oznaczało to rozszerzanie pola dialogu i przygotowywało dalej idące inicjatywy. Umiarkowanej linii przyjętej przez główny nurt opozycji sprzyjało kierownictwo Kościoła Katolickiego, inspirowane w wielkiej mierze przez stanowisko papieża Jana Pawła Drugiego, który nawiązanie stosunków dyplomatycznych między Polską i Watykanem uzależniał od pozytywnej ewolucji stosunków politycznych w Polsce.
Te procesy wewnętrzne tworzyły warunki niezbędne, ale niewystarczające, dla wejścia na drogę dialogu i porozumienia. Konieczne było pojawienie się drugiej okoliczności – zmiany sytuacji międzynarodowej. W przeszłości nacisk radziecki stanowił nieprzezwyciężalną barierę, o którą rozbijały się bardziej radykalne programy reformatorskie. Przez długie lata kierownictwo PZPR znajdowało się pod presją radziecką, by ograniczać zasięg zmian. Stopniowo zmieniało się to, gdy na czele KPZR stanął Michaił Gorbaczow. Nowy przywódca radziecki podjął szereg inicjatyw prowadzących do zmiany klimatu międzynarodowego i wygaszania „zimnej wojny”. W lipcu 1988 roku w czasie wizyty w Warszawie publicznie unieważnił on tak zwaną „doktrynę Breżniewa” – ogłoszoną dwadzieścia lat wcześniej i uzasadniająca „prawo” ZSRR do interweniowania w „obronie socjalizmu” w innych państwach . Wojciech Jaruzelski powiedział mi po latach, że dopiero około roku 1987 stało się dla niego jasne, iż ze strony ZSRR nie grozi Polsce w razie wprowadzenia bardziej radykalnych reform demokratycznych los Czechosłowacji czy Węgier. Dla ludzi zdolnych do politycznego myślenia było oczywiste, że bez takiego stanowiska Moskwy reformy demokratyczne skazane są na klęskę. Podzielam więc zdanie brytyjskiego historyka Archie Browna, który widzi w polityce Gorbaczowa niezbędny warunek zmian demokratycznych w ówczesnym bloku radzieckim („The Gorbachev Factor”, Oxford 1996).
Okoliczności te stworzyły warunki niezbędne, by mogło dojść do tego, że przedstawiciele dwóch stron polskiego konfliktu zasiedli do wspólnego stołu i doszli do porozumienia. Nie przesądzało to jednak o tym, że tak się stanie. Konieczna była wola polityczna. Doświadczenie historyczne wielu krajów wskazuje na to, że nie zawsze w kluczowych momentach pojawia się wola polityczna niezbędna, by można było wykorzystać pojawiające się szanse lub uniknąć pojawiających się zagrożeń. Zależy to nie tylko od kompetencji intelektualnych przywódców, czyli od tego, czy i jak dalece rozumieją oni sytuację, lecz także od ich cech charakterologicznych, w tym zwłaszcza odwagi podejmowania nowych wyzwań. Polska miała szczęście, gdyż ludziom stojącym wtedy na czele obu obozów politycznych nie zabrakło tych cech.
W tym kontekście podkreślić warto rolę przywódców. Chociaż na sukces „Okrągłego Stołu” pracowało wiele osób, decydująca była rola dwóch ludzi: Wojciecha Jaruzelskiego i Lecha Wałęsy. Obaj mieli w tym momencie pozycję niekwestionowanych przywódców swoich obozów politycznych. Wbrew nim, czy bez nich, do porozumienia nie doszłoby. To jedna z tych sytuacji politycznych, w których szczególnie wiele zależy od przywódców politycznych. Polska miała tym razem szczęście, którego brakowało jej w wielu wcześniejszych momentach decydujących o jej losach. Miała przywódców na miarę wielkich wyzwań i szans stworzonych przez układ sił wewnętrznych i międzynarodowych.
Politolodzy badający procesy demokratycznej transformacji zwracają uwagę na to, że tak zwana „negocjowana reforma” zrealizowana w Hiszpanii po śmierci generała Franco czy w Polsce przy okrągłym stole wymaga, by po obu stronach zwolennicy reform zdołali zmarginalizować ich przeciwników: konserwatywnych zwolenników starego ładu w obozie władzy i niecierpliwych radykałów po stronie opozycji. W Polsce proces ten dokonał się jednak nierównomiernie: znacznie bardziej konsekwentnie w opozycji niż w obozie władzy. W opozycji bowiem dokonał się wyraźny podział. Radykałowie oderwali się od głównego nurtu, którego przywódcą był Lech Wałęsa wspierany przez szerokie grono czołowych działaczy i doradców dawnej „Solidarności”. Z Biura Politycznego PZPR usunięci zostali (na lub po odbytym w 1986 roku X zjeździe) niemal wszyscy przeciwnicy porozumienia, ale wielu z nich pozostało w składzie Komitetu Centralnego i w wielu komitetach wojewódzkich. Niejasne pozostawało stanowisko sporej części prasy partyjnej, w tym centralnego organu partii – „Trybuny Ludu”.
W szeregach opozycji decydujące było to, że przy braku lub słabości zorganizowanych struktur decydujący był głos przywódców – zwłaszcza najważniejszego, którym był Lech Wałęsa. W przededniu okrągłego stołu otoczył się on ludźmi o umiarkowanych poglądach, zdolnych do rozumienia konieczności kompromisu i lojalnie dążących do wcielenia go w życie. Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Adam Michnik odegrali wielką rolę w budowaniu porozumienia, ale nie mogliby odegrać tej roli, gdyby stojący na czele demokratycznej opozycji Lech Wałęsa nie zdecydował się na udzielenie im pełnego poparcia i na odsunięcie radykałów. Po latach będzie zresztą za to płacił wysoką cenę, gdyż radykałowie nigdy mu tego nie wybaczyli. Krytycy zawartego przy okrągłym stole kompromisu twierdzą, że można było uzyskać więcej, że nie trzeba było iść na ustępstwa wobec ówczesnej władzy. To jest myślenie ahistoryczne. Z tego, co nastąpiło później – w dużej mierze w wyniku okrągłego stołu – nie da się racjonalnie wnioskować o szansach alternatywnego scenariusza. Faktem jednak jest, że taka spóźniona krytyka zawartego w 1989 roku kompromisu sprzyja dezawuowaniu ówczesnych przywódców demokratycznej opozycji a tym samym pomaga legitymizować zwrot w kierunku nowego autorytaryzmu. „Wynaturzona, pisana na nowo historia największe polskie osiągnięcie po roku 1918, jakim był Okrągły Stół, traktuje niemal jak zdradę” – pisze trafnie Jan Widacki („Przegląd” 4-10 lutego 2019).
W obozie władzy sytuacja była znacznie mniej klarowna. PZPR przystępowała do okrągłego stołu bez należytego przygotowania programowego. W referacie przedstawionym na posiedzeniu KC PZPR 13 czerwca 1988 roku Wojciech Jaruzelski sygnalizował plan odbycia rozmów „Okrągłego Stołu” na temat koniecznej reformy państwa, ale jeszcze w tej fazie wykluczał legalizację „Solidarności” („Trybuna Ludu” 14.VI. 1988). W następnych miesiącach kierownictwo obozu rządzącego przesuwało się na coraz bardziej reformatorskie pozycje. Nie bez znaczenia było pojawienie się w 1988 ponownej fali strajków, które wprawdzie nie przybrały tak masowego charakteru, jak strajki z lat 1980-81, ale sygnalizowały narastanie społecznego zniecierpliwienia. Moim zdaniem była to okoliczność ważna, ale nie decydująca. Decydujące było stwierdzenie, że nowa polityka radziecka otworzyła możliwości zmian idących znacznie dalej, niż kiedykolwiek sądzono. Nowa sytuacja polityczna wymagała – przynajmniej częściowo – odnowienia kierownictwa obozu rządzącego. W przededniu rozmów do Biura Politycznego PZPR wybrany został (nie będący poprzednio nawet członkiem Komitetu Centralnego) wybitny uczony o jednoznacznie reformatorskich przekonaniach Janusz Reykowski. W centralnym aparacie partyjnym pojawili się młodzi zwolennicy zmian. Szybko rosło znaczenie Aleksandra Kwaśniewskiego, który w rządzie Rakowskiego kierował komitetem politycznym i odegrał bardzo znaczącą rolę w przygotowaniu i przeprowadzeniu rozmów z opozycją. Równocześnie jednak w Komitecie Centralnym utrzymywała się znaczna (być może stanowiąca nawet większość) grupa ludzi niechętnie lub wrogo nastawionych do tego, co postrzegali jako „kapitulację”. Postawy takie występowały zwłaszcza wśród działaczy PZPR średniego szczebla – ludzi silnie osadzonych w istniejącym systemie a zarazem na ogół pozbawionych szerszych horyzontów intelektualnych i niezbędnej wiedzy. Janusz Reykowski wspomina, że wiosną 1989 roku na jego zlecenie przeprowadzono badania sondażowe wśród członków PZPR, które pokazały, ze średni szczebel aktywu partyjnego – w odróżnieniu od szeregowych członków PZPR – był wyraźnie niechętny porozumieniu „Okrągłego Stołu”. Odzwierciedleniem poglądów tego środowiska było zachowanie członków Komitetu Centralnego PZPR, wyraźnie niechętnych porozumieniu z „Solidarnością” a zwłaszcza jej legalizacji. Tylko groźba podania się do dymisji przez generałów Jaruzelskiego, Kiszczaka i Siwickiego oraz przez premiera Rakowskiego spowodowała, że Komitet Centralny (w styczniu 1989 roku) wyraził zgodę na legalizację „Solidarności”, przy czym nie była to decyzja jednomyślna. Za uchwałą sankcjonującą tę politykę głosowało 143 osób, przeciw było 32, a wstrzymało się 14 członków KC. Niechętnie do kompromisu odnosiły się wpływowa centrala OPZZ i wiele komitetów wojewódzkich partii. Retrospektywnie powiedzieć można, że kierownictwo PZPR popełniło błąd przystępując do rozmów z opozycją bez wcześniejszego uporządkowania własnych szeregów. W czasie prac „Okrągłego Stołu” wyrażało się to w kontestowaniu kompromisu przez nielicznych, ale głośnych ortodoksów partyjnych, czego przykładem był list wystosowany 17 lutego 1989 przez należącego do zespołu politycznego „Okrągłego Stołu” prominentnego działacza PZPR a zarazem członka Polskiej Akademii Nauk. Autor otwarcie atakował linię porozumienia i domagał się usztywnienia stanowiska a w ostateczności zerwania rozmów. Obecność w zespole przygotowującym projekt zmian politycznych działacza otwarcie kwestionującego sens porozumienia było konsekwencją tego, że kierownictwo PZPR usiłowało utrzymać jedność partii w sytuacji, gdy jedność ta – jak pokazały późniejsze wydarzenia – była już nie do utrzymania.
Ostatecznie jednak porozumienie okazało się możliwe. W jego tle była ciekawa ewolucja poglądów – tak po stronie władzy, jak i w kręgach demokratycznej opozycji.
Po stronie PZPR kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją. Byłby to wariant wydarzeń podobny do dokonującej się wtedy brazylijskiej polityki „otwarcia” („abertura”). Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.
Również po stronie opozycji zmieniał się stosunek do „drugiej strony”. Jacek Kuroń snując refleksje o rozmowach „Okrągłego Stołu” przypomniał, że w zespole politycznym spotkał swoich „dawnych szefów” z ZMP – Janusza Reykowskiego i mnie. W politycznym zespole „Okrągłego Stołu” spotkała się czwórka dawnych kolegów z warszawskiego Żoliborza : Geremek, Kuroń, Reykowski i ja. „Najcenniejszą nauką z tego spotkania – pisał Jacek – było dla mniej jedno spostrzeżenie. Otóż ludzie, którzy zasiedli z nami do pertraktacji, nie tylko nie byli stalinistami, ale nawet ideowymi komunistami. To byli pragmatycy, realiści, rozumiejący, że ład centralnego sterowania zawalił się, a teraz trzeba jak najszybciej i jak najlepiej przejść do nowego. Oni mieli nam za złe, że jesteśmy zbyt awanturniczy, zbyt gwałtowni, co może zniszczyć to spokojne przejście. Jedno jest pewne – chcieli się porozumieć. W tym świetle strona moralna całej tej sprawy zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Oni mają prawo powiedzieć: dokonaliśmy zmian w komunizmie. A my możemy powiedzieć: zmienił się pod naszym naciskiem. Jedni i drudzy będą mieli rację, z tym, że komunizm zawalił się głownie pod własnym ciężarem” (Kuroń „Spoko! Czyli kwadratura koła”, 1992:78-79).
Ze swej strony dodałbym, że owo zawalenie się starego systemu mogło mieć bardzo rozmaite formy i że o polskiej, negocjowanej, drodze przekształceń zdecydowali ludzie zdolni do przejścia do porządku nad doświadczeniami i podziałami z niedawnej przeszłości.
Wypracowany przy „Okrągłym Stole” kompromis miał znaczenie historycznego precedensu. Nigdy w historii rządząca partia komunistyczna nie wynegocjowała ze swymi politycznymi przeciwnikami zmian, których sensem miała być rezygnacja z monopolu władzy (choć jeszcze nie z samej władzy) i otwarcie drogi do parlamentarnej demokracji w niezbyt odległej przyszłości. „Kontraktualna” ordynacja wyborcza do Sejmu miała – zgodnie z zawartym porozumieniem – obowiązywać tylko w wyborach 1989 roku. Potem miała zostać zastąpiona ordynacją w pełni demokratyczną. Stabilizatorem systemu miał być wyposażony w szerokie kompetencje prezydent, przy czym opozycja zdecydowała się powstrzymać przed kontestowaniem wyborów na to stanowisko. Ten mechanizm funkcjonował znacznie krócej niż przewidywaliśmy, gdyż druzgoczący dla obozu rządzącego wynik wyborów czerwcowych a następnie lawinowy upadek starego systemu w innych państwach Europy środkowo wschodniej, stworzyły presję na przyśpieszenie zmian w Polsce. Irlandzka dziennikarka Jacqueline Hayden, która po latach przeprowadziła serię wywiadów z głównymi uczestnikami rozmów okrągłego stołu, uważa, że na wynik rokowań istotny wpływ miała obustronna mylna percepcja własnych wpływów: strona rządowa przeceniała a strona opozycyjna nie doceniała, jej zdaniem, własną siłę, co skłaniało obie strony do zawarcia takiego, jak uzgodniony, kompromisu w sprawie wyborów (Hayden „The Collapse of Communist Power in Poland” 2006). Podobny obraz nastrojów po obu stronach wynika z przeprowadzonej po latach rozmowy Karola Modzelewskiego i Andrzeja Werblana z Robertem Walenciakiem na temat przebiegu i wyników „Okrągłego Stołu” (Modzelewski, Werblan, Walenciak „Polska Ludowa” Warszawa 2017: 518-519). Jest to bardzo interesujący punkt widzenia, ale należy uwzględniać i to, że w miarę rozwoju wydarzeń relacje tych sił się zmieniały. Nie można wykluczyć, że początkowo – to jest w czasie, gdy zawierano porozumienie „Okrągłego Stołu”, obie strony dysponowały w przybliżeniu podobnym poparciem, ale poparcie dla obozu rządzącego spadało w miarę, jak coraz wyraźniejsze stawało się, że istnieje alternatywa polityczna. Procesowi temu sprzyjało niepotrzebne, moim zdaniem, przewlekanie procesu negocjacyjnego.
Ostateczny wynik przesądzony został przez wynik wyborów czerwcowych, które tak dalece osłabiły obóz rządzący, że niemożliwe stało się trwałe realizowanie wynegocjowanego kompromisu. Wynik ten był w części konsekwencją przyjęcia takiej ordynacji wyborczej do Senatu, która przekształciła mniej więcej 70-procentowy wynik „Solidarności” w sukces mierzony 99 mandatami (na sto). Przyjęcie takiej ordynacji (i odrzucenie propozycji ordynacji proporcjonalnej, co sugerował Andrzej Werblan) prowadziło do klęski obozu rządzącego. Podobnie działało wprowadzenie w wyborach do Sejmu listy krajowej, co temu segmentowi wyborów nadało charakter plebiscytu, w którym spektakularnie przegrała strona rządząca – mimo uzyskania ponad czterdziestu procentów głosów. W konsekwencji rozmowy „Okrągłego Stołu” stały się punktem wyjścia dla radykalnych zmian, dokonanych pokojowymi metodami i z zachowaniem ciągłości ładu konstytucyjnego. Zmiany te były bardziej radykalne, a zwłaszcza szybsze, niż przewidywały porozumienia okrągłego stołu, ale kierunek zmian określony został we wcześniej zawartym porozumieniu. W tym sensie „Okrągły Stół” zapoczątkował rewolucyjne – ale realizowane pokojowo i na gruncie prawa – zmiany systemu politycznego i ekonomicznego.
Czy bez polskiego okrągłego stołu nastąpiłby upadek systemu w całym naszym regionie? Tego nie da się rozstrzygnąć, gdyż historia nie zna experimentum crucis. Pamiętam jednak swoją wizytę w Budapeszcie w marcu 1989 roku, gdy wygłaszałem odczyty o procesie negocjacji w Polsce i rozmawiałem z wpływowymi członkami rządzącej tam partii. Śledzili oni z wielką uwagą proces negocjacji w Polsce i mówili mi otwarcie, że od sukcesu tego procesu uzależniają swoją strategię zmian. Sądzę, że gdyby w Polsce proces negocjacyjny załamał się, zahamowałoby to pokojowe zmiany nie tylko na Węgrzech, ale także w innych państwach naszego regionu, w tym w Czechosłowacji i w NRD. Klocki ówczesnego domina mogło padać w innym kierunku. Podzielam zdanie Aleksandra Kwaśniewskiego, który oceniając bilans „Okrągłego Stołu” z perspektywy trzech dziesięcioleci mówił, że „daliśmy innym wspaniały przykład. Naszą drogą poszli Niemcy, Węgrzy, w jakimś sensie Czechosłowacja, a nawet odległa Republika Południowej Afryki. Nasz koncept promieniał i ma zasługi przed światem” („Gazeta Wyborcza” 4 lutego 2019). Mam osobiste doświadczenie potwierdzające tę opinię. W 1995 roku brałem udział (wraz z Hanną Suchocką i Jerzym Osiatyńskim) w międzynarodowej konferencji w Belfaście poświęconej doświadczeniom porozumień kończących wieloletnie konflikty. Byliśmy jedynymi uczestnikami z dawnego państwa socjalistycznego, gdyż właśnie doświadczenie polskiego „Okrągłego Stołu” potraktowano tam jako cenną lekcję także dla innych krajów. Były na tej konferencji dwie osoby z RPA, reprezentujące obie strony dopiero niedawno wygaszonego konfliktu rasowego. Otwarcie mówili o tym, jak ważne było dla nich polskie doświadczenie negocjowanego porozumienia.
Z tych względów sądzę, że polski „Okrągły Stół” należy do najcenniejszych doświadczeń politycznych naszego narodu. Pokazaliśmy wtedy, że potrafimy się porozumieć i potrafimy maksymalnie wykorzystać szansę, która pojawiła się przed nami. Warto tę lekcję dobrze przemyśleć, gdyż może być ona pomocna w kształtowaniu narodowej przyszłości. ”Okrągły Stół” pokazał, że nawet z bardzo ostrego konfliktu można wyjść pokojowo, w drodze uzgodnionego kompromisu, bez krwi i ofiar. Wynik ten nie unieważnił różnic politycznych dzielących strony zawieranego porozumienia, ale ich dalszym relacjom nadał cywilizowany, wolny od niszczącej nienawiści, charakter.
Doświadczenie „Okrągłego Stołu” to nie tylko historia. W obliczu tego, co Janusz Reykowski trafnie nazywa „autorytarną kontrrewolucją”, doświadczenie porozumienia opartego na dialogu i negocjacjach nabiera szczególnego znaczenia. Jeśli po tegorocznych wyborach powstaną warunki dla odbudowywania państwa prawa i demokracji, to doświadczenie historyczne może okazać się szczególnie ważne.

Chwała pokonanym?

Mamy nowe kłamstwo historyczne. Kłamstwo „Okrągłego Stołu”.

Kompromis zawarty przy „Okrągłym Stole” trwale wpisuje się w polską, narodową mitologię. Dzień „Czwartego Czerwca” będzie kolejnym świętem państwowym. Filarem mitu założycielskiego III Rzeczpospolitej.
Jak każdy mit historyczny, zwykle redukowany jest do prostego komunikatu. Oto pierwszy raz w najnowszej historii doszło w Polsce do bezkrwawej rewolucji. Do zmiany totalitarnego systemu władzy na demokratyczny. W efekcie tego cudownego kompromisu źli „komuniści” oddali władzę bez walki. Bo najpierw zostali przechytrzeni przez demokratyczną opozycję, a zaraz potem odrzuceni w wyborach Czwartego Czerwca przez stojący na wysokości zadania Naród. Tak to odrodziła się wolna i niepodległa III Rzeczpospolita.
Dodatkowo zwycięski wówczas obóz „Solidarności” w akcie nadzwyczajnej łaski powstrzymał się od należnej mu zemsty. Komuniści nie zawiśli „na drzewach zamiast liści”, chociaż im się to należało. Co było jednak zdradą interesu narodowego, jak dzisiaj głoszą prawicowi politycy, i co jedynie spowolniło przyrastanie dobrobytu w odrodzonej Rzeczpospolitej.
Dlatego dzisiaj wszelkie historyczne zasługi za cud transformacji roku 1989 zbierają politycy związani z ówczesną „Solidarnością” i Komitetem Obywatelskim firmowanym przez Lecha Wałęsę. To oni w największych polskich mediach opowiadają o tamtych wydarzeniach utrwalając korzystny dla siebie mit. I chwałę swoją wiekopomną.
Głosu ówczesnej „strony partyjno-rządowej”, w polskich mediach trudno usłyszeć, choć żaden kompromis nie istnieje bez przynajmniej dwóch godzących się, równoprawnych stron.

Kłamstwo i kłamstewka

Filarami porozumienie „Okrągłego Stołu” były trzy strony. Pierwsza „partyjno-rządowa” proponowała drugiej, opozycyjnej stronie, zwanej „solidarnościową”, podzielenie się posiadaną władzą. W zamian za podzielenie się opozycji odpowiedzialnością za ciężar bolesnych dla społeczeństwa gospodarczych reform podejmowanych przez stronę rządzącą.
Bo strona „partyjno-rządowa” miała plan takich reform i do nich parła. Opozycja wyrażała na nie zgodę, stawiając swe warunki, przede wszystkim legalizacji NSZZ „Solidarność” i związanych z nią ugrupowań politycznych. Początkowo nie proponowała swoich reform, chciała przede wszystkim powrotu do stanu z roku 1981.
Dopiero rozpad ówczesnej koalicji PZPR+ZSL+SD dokonany zaraz po czerwcowych wyborach sprawił, że pozbawiony sojuszników klub parlamentarny PZPR stracił w Sejmie posiadaną większość. Wtedy to opozycyjny klub parlamentarny Komitetów Obywatelskich firmowany przez Lecha Wałęsę przejął polityczna i reformatorska inicjatywę. Przy wsparciu parlamentarzystów ZSL i SD i akceptacji frakcji PZPR powstał koalicyjny rząd „pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego”. Z udziałem ministrów desygnowanych przez PZPR.
Od tego czasu parlamentarzyści PZPR popierali wszystkie najważniejsze działania rządu swego „pierwszego niekomunistycznego premiera” bez osiągania korzyści politycznych dla siebie.
Bezinteresownie, rzec można. Albo mówiąc inaczej „za frajer”.
Trzecim filarem porozumienia „Okrągłego Stołu” była hierarchia polskiego kościoła katolickiego. Przy stole pełniła rolę łącznika między obu stronami i politycznego notariusza.
Za swe usługi hierarchowie wystawili obu stronom solidne rachunki. Rząd Rakowskiego zapłacił im wielce korzystną ustawą z maja 1989 roku o relacjach państwo – kościół, gwarantującą m.in. zwrot i pozyskanie majątków dla kościoła ze skarbu państwa. Strona „solidarnościowa” odpłaciła się hierarchii powrotem religii do szkół, zakazem aborcji i konkordatem.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego starannie i konsekwentnie wymazują ze zbiorowej pamięci swój udział w kompromisie „Okrągłego Stołu”. Nie chcą przypominać o honorariach pobranych od obu stron.
Warto przypomnieć, że ideę kompromisu „Okrągłego Stołu” i „częściowo wolnych wyborów” w dniu 4 czerwca 1989 roku zainicjowała i współtworzyła grupa reformatorów z PZPR. Ale przez wiele miesięcy czyniła to przy przeciwnych lub biernych postawach większości działaczy tej partii. Zwłaszcza średniego szczebla struktur partyjnych.
Ten historyczny kompromis to dzieło i zasługa także generała Jaruzelskiego wspieranego przez grupę oddanych mu wojskowych, „młodych sekretarzy Komitetów Wojewódzkich” i intelektualistów związanych z PZPR.
Gdyby nie ich nowatorskie myślenia, upór i zdolność poprzekonywania swych partyjnych towarzyszy oraz opozycyjnych przeciwników, to do cudu bezkrwawej transformacji pewnie by nie doszło. Zmiany były nieuchronne, ale trudno dziś stwierdzić kiedy by w Polsce nastąpiły i przede wszystkim przy jakich kosztach społecznych.
O historycznej roli ówczesnych „komuchów” dzisiaj w mediach i okolicznościowych dyskusjach zwykle nie mówi się. Czasem, półgębkiem wspomną o Aleksandrze Kwaśniewskim, poproszą go o wypowiedź.
Nie przypomina się o programowej roli „Zespołu trzech”, reformatorskich inicjatywach Stanisława Cioska, Jerzego Urbana i Władysława Pożogi. O mediacyjnych wysiłkach tego pierwszego. Rolę generała Czesława Kiszczaka współczesne media zredukowały do tabloidowej postaci podstępnego esbeka rozpijającego działaczy opozycji podczas libacji w Magdalence. Polewającego wódkę nawet świętobliwemu Lechowi Kaczyńskiemu.
O roli Andrzeja Gduli, Leszka Millera, Janusza Reykowskiego i wielu innych ówczesnych reformatorów dzisiejsi prodemokratyczni politycy i wolne polskie media nie chcą wspominać.

Klęska zaniechania

Znakomity pisarz historyczny Teodor Parnicki lubił powtarzać za Janem Dunsem Szkotem, że historię tworzą nie fakty jakie się wydarzyły naprawdę, lecz te które zostały w kronikach zapisane. I jak zapisane zostały.
Obserwując dziś medialne debaty o „Okrągłym Stole”, przygotowania do obchodów nowego święta Czwartego Czerwca, łatwo zauważyć jak polska prawica pisze nam wyłącznie swoją historię. Jak zawłaszcza historyczny kompromis „Okrągłego Stołu”. Jak redukuje rolę ówczesnych reformatorów związanych z generałem Jaruzelskim do roli poczciwych prostaczków pokornie godzących na wydany nań wyrok historii.
Widzimy jak reformatorzy z PZPR tracą swe miejsca w zapisywanej historii. Wypadają z mitu założycielskiego III Rzeczpospolitej.
Odchodzą na margines, roztopieni w masie dawnych, barbarzyńskich „komuchów”. Przez swe lenistwo intelektualne, brak solidarności grupowej, zaniechanie pisania swojej historii.

Początek drogi

Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi.

Lech Wałęsa, maj 1981 r.

Stan wojenny skłonił obie strony do refleksji – takiej refleksji, która w końcu przyczyniła się do rozmów przy Okrągłym Stole.

Wojciech Jaruzelski, czerwiec 1990 r.

 

Mija 30 rocznica obrad Okrągłego Stołu. Polacy pamiętający tamten czas, być może zechcą przypomnieć sobie i bliskim ówczesną atmosferę, pytania o wiarygodność przedstawicieli władzy i Solidarności, mających usiąść przy stole obrad. Warto odświeżyć pamięć, szczególnie o pokładane nadzieje i obawy, o spełnione czy chybione oczekiwania, zaniechane ustalenia. Dystans 30 lat na to pozwala. Czytelnikom sugeruję rozpoczęcie rozważań od zadawałoby się banalnego pytania o początek drogi do Okrągłego Stołu?

Początek drogi…

Spodziewam się, iż wielu spośród Państwa, odpowiedź będzie lokować, krótko przed rozpoczęciem obrad, czyli 6 lutego 1989 r. Niektórzy wspominając – tak ochoczo wyszydzaną po latach Magdalenkę (miejsce spotkań grupy inicjatywnej władzy i Solidarności, która przygotowała stronę merytoryczną obrad), będą nadal przekonani, że właśnie w Magdalence zapadły zasadnicze ustalenia, a oficjalne obrady były formalnością, o czym m.in. miałyby świadczyć znane zdjęcia „wesołego” Adama Michnika z kieliszkiem wódki w ręku, w towarzystwie gen. Czesława Kiszczaka i innych osób. Rozumiem, iż wielu spośród Państwa może mieć trudności z zapoznaniem się z wieloma opracowaniami i publikacjami, choćby np. Andrzeja Garlickiego „Karuzela” czy „Rycerze Okrągłego Stołu” (obie wydał Czytelnik w 2003 i 2004 r.) oraz „Okrągły Stół, dokumenty i materiały”(pięć tomów), wyd. na zlecenie Kancelarii Prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 r. (było to na 15-lecie obrad). Niektórzy mogą zapytać – a książka „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzeja Friszke (Wyd. Znak, 2014)? Na prawie 1000 stronach, Autor prezentuje i analizuje fakty zaistniałe w latach 1980-1981. Szanując ogrom pracy nad tym – dosłownie dziełem – wprost dostrzegam subtelne unikanie ukazania współodpowiedzialności Solidarności za wydarzenia, odpowiedzialności za jej decyzje, słowa i czyny, które wprost prowadziły do katastrofy, choćby bydgoska awantura. Ponadto, Autor głównego winowajcę widzi na Wschodzie. Ja, kładę akcent na nas samych, na Polaków. Po co sąsiedzi mieliby interweniować zbrojnie, skoro w Polsce panuje spokój? Nie brak i takich, którzy uważają, że żadna interwencja nam nie groziła. Te wierutne bzdury już dawno odrzuciła przeważająca część społeczeństwa. Jeśli ktoś upiera się przy swoim – wolno mu, jego „zbójeckie prawo”. Niech sięgnie po tekst „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18) i przypomni co zamierzano w Moskwie, widząc sytuację strajkową i przedłużające się rozmowy w Gdańsku.

Przecież realizacja powszechnie znanych 21 postulatów wymagała pracy i spokoju, a nie strajków? Kto pamięta zawołanie Lecha Wałęsy po podpisaniu tych porozumień – „Do roboty”! Czy to miałoby oznaczać rezygnację z ideałów Solidarności? Mówię stanowczo-NIE! Podzielam i wyraźnie podkreślam, że cel nie zawsze uświęca wszystkie środki. A tym „uświęcanym środkiem” były nieustające strajki. Powtarzam, praca dla dobra nas wszystkich, nas Polaków, a nie dla „ruskich” czy innych nacji. Od lat wiemy – walka Solidarności z władzą i o władzę! Przecież ta walka to inaczej bratobójcza walka, wojna domowa! To krew i łzy – ilu stek, tysięcy Polaków? Kto dziś, po prawie 40 latach od stanu wojennego i po 30 latach od Okrągłego Stołu – autorytatywnie weźmie odpowiedzialność? Właśnie ta walka skrzętnie jest skrywana, poprzez różne „narracje” usprawiedliwiana. Temu się sprzeciwiam. Zamiast pracy i wówczas możliwego porozumienia i współpracy Solidarności z władzą, to Solidarność porozumienie zastąpiła walką – słowem i czynem! Jeśli ktoś z Państwa ma odmienną ocenę od prezentowanej – proszę niech zechce sobie odpowiedzieć na te pytania. Czy realizacja 21 postulatów miała spoczywać tylko i wyłącznie na władzy? A Solidarność – licząca 8-10 mln. członków – czytaj głównie robotników, miała tę „realizację”, a zatem i władzę kontrolować i rozliczać metodą nieustannych strajków, żądań, okupacji budynków, wywózek na taczkach, itp. Co więcej – to władza miała obowiązek tym strajkującym i ich rodzinom dać jeść? I drugie – tu fundamentalne pytanie – czy Polska lat 70. 80, a także wcześniejszych, po 1945 r. była krajem, państwem Polaków, podkreślam wszystkich Polaków mieszkających między Odrą i Bugiem, Karpatami i Bałtykiem? Czy tylko państwem „ich, komunistów”, więc można ją było w dowolnie wybrany sposób niszczyć nie tylko strajkami, paraliżować system władzy administracyjnej, gospodarczej? Zwracam uwagę, w „tamtej Polsce” nie było „komuny”, zaś socjalizm warto odróżnić i rozumieć jako teorię ale i praktyce. Jeśli ktoś chce „zamądrzyć” odpowiedzią „na odczep”, iż demokracja powinna uwzględniać prawa mniejszości, to niech zechce zauważyć, że trzeba je widzieć, rozumieć i realizować. Ale ta mniejszość w żaden sposób nie może burzyć państwa, nawet jeśli nie było ono w pełni suwerenne. Tu dopowiem-co znaczy „burzyć państwo”? To przecież nie tylko obracać w ruinę domy, zakłady pracy. Czy to oznaczałoby tylko zabijanie członków władzy, centralnej i terenowej z działaczami, członkami PZPR na czele, może jeszcze ZSL? Czy oni wszyscy, dysponujący resortami siłowymi – MSW oraz MON – mieliby potulnie poddać się takiemu „hasaniu Solidarności”, realizującej – kto pamięta zawołanie – „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Czy po stronie Solidarności, a konkretnie jej Kierownictwa, doradców, działaczy terenowych, zakładowych i ich rodzin nie byłoby ofiar? Zapytam – kto i kiedy wystawiłby im pomniki chwały po takiej, krwawej bratobójczej wojnie, jeśli uznałby ją za godną „chwały”. A czy możliwy byłby Okrągły Stół w 1989 r. i pokojowa zmiana, demontaż ustroju, jak Państwo sobie wyobrażają? Może ktoś – jak swego czasu pan Jan Rokita uważa, że „jednak warto było spróbować”? Proszę bardzo, niech próbuje, tylko i wyłącznie na własnym grzbiecie! Wiem, że cierpienie, żałoba, jest naszą swoistą specjalnością, nauczyła nas tego Matka-Historia.

Treść powyższych publikacji skłania mnie, by zachęcić Państwa do zastanowienia się nad „początkiem drogi” – już w 1980 roku. Dlaczego wtedy? Bo przecież „porozumienia sierpniowe”, właśnie w słowie „porozumienia” zawierały główną, dalekosiężną ideę. Stały się „praktyczną treścią” dekady lat 80. zakończonej kontraktowym Sejmem, zmianą nazwy państwa i dotychczasowego ustroju, znanego jako transformacja ustrojowa, realizowana w dekadzie lat 90. Ktoś – pamiętając wizytę Edwarda Gierka w Stoczni Gdańskiej 27 stycznia 1971 r. przypomni słowo – pytanie kończące jego wystąpienie: „Pomożecie”? Wówczas padła odpowiedź – nie od wszystkich stoczniowców – „Pomożemy”! I tę datę i fakt zechce uznać za początek drogi ku narodowemu porozumieniu. Nie zaprzeczę, też racja. Jak było z realizacją w dekadzie lat 70. to oddzielny i wielce frapujący temat, godny nie tylko uwagi ale i głębokich studiów, np. publikacji i opracowań prof. Pawła Bożyka.

Fundamentalne ustalenia

Protokół „Porozumienia”… z 31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej, zawierał m.in. takie ustalenia – „Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej…Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego sytemu sojuszów międzynarodowych”…Proszę raz jeszcze przeczytać ten zapis oraz zwrócić uwagę na zobowiązanie Kierownictwa Solidarności (MKS) do przestrzegania Konstytucji. Wydawać by się mogło, że „wszystko jest w porządku”, tylko realizować zapisy tych porozumień.
Kilka dni po podpisaniu tych porozumień, na łamach „Biuletynu Informacyjnego” KOR (wrzesień 1980), Adam Michnik opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Co Państwo myślicie o tych ocenach z dystansu prawie 40 lat? Czy postępowanie Solidarności w 1980-1981 r. nie groziło „rozdarciem na strzępy tego, co jest państwem polskim …, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”? Czy Solidarność z tytułu „umowy z władzą” nie uznała się „społeczeństwem”, a stąd uzurpowała sobie prawa do wypowiadania się i decydowania za wszystkich Polaków – powtórzę – bez ponoszenia odpowiedzialności ze swoje działania? (trwa to już 30 lat). Przypomnę, w 1981 r. Polska liczyła 36 mln. obywateli, Solidarność – nikt tego nie sprawdził, 8-10 mln. członków, PZPR 3-3,5 mln. Proszę – z tej perspektywy, odpowiedzialności za „społeczeństwo”, spojrzeć na fakty.

Minęło zaledwie 2 miesiące i 10 listopada podczas rejestracji NSZZ Solidarność, nastąpił pierwszy zgrzyt. Poszło o Statut Związku, pomijający odniesienie do przestrzegania Konstytucji. Faktycznie szło o kierowniczą rolę Partii. Dziś dla wielu jest to może śmieszne, niedorzeczne Wielu może zdziwić taka postawa, gdyż Sąd Najwyższy odebrał to jako niedopuszczalne, wręcz pewną zapowiedź lekceważenia prawa. Pytany o ten stan rzeczy Lech Wałęsa, dziennikarzom m.in. powiedział – „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Co zostało z tego po roku – jesienią 1981? Czy Solidarność była tym związkiem, z którym porozumienia zostały zawarte? Czy postępowanie Solidarności, choćby tylko w 1981 roku, daje podstawy do stwierdzenia, że dążyła do porozumienia z władzą? Co konkretnie uczyniła, abyśmy byli „społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracującym dla niepodległości i demokracji”?, jak głosił i wyjaśniał Adam Michnik. Proszę, niech Państwo wskażą fakty, dowody.

W tym kontekście powinienem tu zacytować obszerne fragmenty tekstu „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18). Proszę, by Państwo po niego sięgnęli, wówczas łatwiej będzie oceniać ówczesną sytuację i odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Na pierwszym miejscu przywołuję 12 lutego 1981 r. kiedy nowy Premier rządu, gen. Wojciech Jaruzelski, wygłaszając w Sejmie ekspose, przedstawił 10 – punktowy plan reformy gospodarki i apelował o 90 dni spokoju. Akcentował – „Normalizacja życia – oto najpilniejsze zadanie. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Należy podkreślić: atmosfera spokoju społecznego i konstruktywne współdziałanie są niezbędne! Jak odpowiedziała Solidarność? Temu celowi m.in. służył Komitet ds. współpracy ze związkami zawodowymi pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, ze Stanisławem Cioskiem, jako ministrem ds. związków zawodowych oraz Komitet gospodarczy pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, I Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, Komitet ds. rolnictwa pod przewodnictwem Romana Malinowskiego, powołane po utworzeniu nowego rządu. Wszystko to, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji było znane polskiemu społeczeństwu. Wiedzę tę wzbogacały tzw. listy kierownictwa partii do członków, do robotników we wszystkich kluczowych zakładach pracy, do uczelni, Wojska i organów MSW. Także w ten sposób, z trudem, z oporami, rząd Generała skłaniał Polaków do refleksji, do myślenia o sobie i chyba powoli zyskiwał ich zrozumienie. Uprawnione jest więc powtórzenie kilka razy stawianego pytania – co kierownictwo Solidarności, działacze terenowi Związku uczynili, jakie konkretne wnioski zgłosili i realizowali w ramach tych „Komitetów”, na rzecz realizacji choćby wspomnianego apelu o 90 dni. Policzcie sobie Państwo, ile dni upłynęło od jego ogłoszenia do awantury bydgoskiej 19 marca. Warto zapytać pana senatora Jana Rulewskiego, który nie tak dawno paradował w więziennym uniformie w Senacie, co takiego-oczywiście dobrego „zrobił” dla Związku i Polski, doprowadzając niemal do strajku generalnego. Jan Olszewski, znany obrońca w procesach opozycyjnych działaczy stwierdza wprost – „Prowokacja w Bydgoszczy miała doprowadzić do strajku generalnego, a co za tym idzie do interwencji. Taka sytuacja nie może się powtórzyć i dlatego trzeba znaleźć inne metody nacisku na rząd niż strajk”. Jaką, czyją „interwencję” mecenas miał na myśli – kto z Państwa zgadnie? Może pan Rulewski ujawni treść telefonicznej rozmowy z Lechem Wałęsą (nie chciał nawet podejść do telefonu), przebieg rozmowy z władzami wojewódzkimi, z funkcjonariuszami MO, nie pomijając oczywiście soczystych słów pod ich adresem. Niech naród, społeczeństwo wreszcie z tak wiarygodnych ust pozna sens wysiłku i światłych myśli, którymi „bronił społecznych i materialnych interesów pracowników”, czytaj – robotników. Może Senator wyjawi narodowi ocenę swojego postępowania z dystansu 30 lat. Byłaby to zapewne pożyteczna lekcja patriotyzmu, myślenia w kategoriach państwa i narodu. Zapewne czas nie pozwolił Senatorowi odpowiedzieć na zachętę zawartą w tekście „Sierpniowe”, teraz jest okazja! Zbliża się czas wyborów parlamentarnych, więc motywacja też godna!
Władysław Frasyniuk na jednym z posiedzeń KKS ironizował – „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. To pierwsze udało się, przed drugim – społeczeństwo, z jego zrozumieniem sytuacji-uchronił stan wojenny.

Kolejne przykłady

Łódź – w maju Solidarność wyprowadza kobiety z maleńkimi dziećmi na ulice, jako „marsz głodowy”. Może Szanowne Panie, dziś zapewne dostojne babcie zechcą odświeżyć pamięć i wzbogacić wiedzę Polaków o to doświadczenie, refleksje po latach. Może działaczki Solidarności zabiorą głos jakimi czynami „wspierały” apel Generała. Panie-nie wstydźcie się!

Lech Wałęsa – też w maju, w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Koniecznie, Państwo Czytelnicy przeczytajcie powyższe myśli noblisty, co najmniej trzy razy. Zechciejcie przypomnieć sobie, a młodsze pokolenie Polaków wyobrazić, jakie wówczas musiało być napięcie, skoro jest mowa o konfrontacji bez przerwy, o „bijatyce między nami”. Wreszcie rzecz niebywała. Lech Wałęsa widzi – podkreślam – maj, że „ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi… Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie”. To ocena sugestywna, celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale niewyobrażalna, wychodząca poza wewnętrzny konflikt – konfrontacja. Proszę nie poczytać mi za zgryźliwość, jeśli zapytam – jak dziś oceniany jest stan wojenny? Czy nie był – w myśl cytowanych słów ratunkiem – podkreślę – by „ktoś trzeci (właśnie nie był) błogosławiony, jeśli nas rozbroi”? Ile i czyjej polałoby się wtedy krwi, łez, kto powie? Kto wreszcie spośród Kierownictwa Solidarności przyjmie odpowiedzialność za takie zagrożenie? Dlaczego więc Generał został postawiony przed Sądem za stan wojenny? Gdzie byli eksperci, doradcy Solidarności, także prawnicy na czele z Janem Olszewskim? Gwoli prawdy – Lech Wałęsa proces nazwał „porachunkami z własną przeszłością…Przeciwny jestem wszelkiej wendecie i doraźnej sprawiedliwości … Sowieci dla Polaków byli z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego…obecne władze nie powinny dopuścić do procesu Generała… Tylko dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji…Do tego połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. W książce „Droga nadziei”(wyd. 1988r.), Wałęsa mówi – „proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: moja głowa spadnie od ich ciosu, albo od twojego, Jasiu”.

Bogdan Borusewicz w książce „Konspira” (zapis z 11 października 1983 roku) m.in. mówi: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w «Solidarności» skrzydło porównywalne tylko z «Grunwaldem» czy «Rzeczywistością». Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. «Prawdziwi Polacy»z «Solidarności» też reprezentowali ideologię totalitarną,, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy «oddajcie władzę», to władza znajdzie się w naszych rękach”.

Redakcja „Robotnika” zorganizowała dyskusję, której fragmenty opublikowała w nr. 78 z 27 sierpnia 1981 r. Mówią m.in.:

– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;

– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych… Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;

– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”.

Prof. Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności („Polityka”, 11 lipca 1981), pisze: „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety «nabierać», nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw. Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”

Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Stąd panika, wykupywanie„nazapas” pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Może zechcą Państwo sami policzyć, albo zachęcić ekspertów by wskazali kiedy, po ilu latach wyrzeczeń realnie możliwe było spełnienie tych „700 lokalnych umów”.

Na 28 października, Kierownictwo Solidarności zapowiedziało, że we wszystkich zakładach pracy w Polsce zostanie przerwana praca na jedną godzinę. „Sytuacja wymaga, by społeczeństwo ostrzegło grupy awanturnicze w aparacie władzy przy pomocy powszechnej i jednolitej akcji protestacyjnej na terenie całego kraju” („Tygodnik Solidarność” nr 31 z 30.10.1981). Jednakże ogólnopolska akcja strajkowa nie miała charakteru tak powszechnego, jak zakładano, poparła ją tylko część załóg. W porównaniu z poprzednimi, ten strajk miał o wiele mniejszy zasięg i przebiegał w całkiem innej atmosferze. Wyraźnie zmieniał się stosunek opinii społecznej do strajków. Wśród samych członków i działaczy Solidarności, zdecydowanie spadło poparcie dla rozstrzygania spraw spornych w ten sposób. Potwierdził to sondaż Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Wśród około 900 losowo wybranych członków Solidarności (co piąty był działaczem, pełnił jakąś funkcję w Związku), tylko 13 proc. uznało, że ostatnio (w październiku) wszystkie strajki były konieczne, 42 proc., że większość była konieczna, 27 proc., że większości strajków można było uniknąć, a 7 proc., że wszystkich można było uniknąć („Tygodnik Solidarność” nr 34 z 20.11.1981). Strajki przestały już być manifestacją jedności i determinacji Związku, zwłaszcza regionalne protesty świadczyły, iż sytuacja zaczyna się stopniowo wymykać kierownictwu spod kontroli.

29 października Prezydium Komisji Krajowej w specjalnym „wezwaniu” zwróciło się do członków Solidarności o natychmiastowe zaprzestanie akcji strajkowych, pisząc: „akcje strajkowe przybrały charakter żywiołowy i niezorganizowany. Grozi to rozbiciem związku i utratą poparcia społeczeństwa. Ustalenia Krajowego Zjazdu i apele Komisji Krajowej nie znajdują zrozumienia. W tej sytuacji realizowanie ustalonej polityki związku staje się niemożliwe a nazwa „Solidarność” zaczyna być pustym terminem” („Tygodnik Solidarność” nr 32, 6.11.1981). Zwróćcie Państwo uwagę – członkowie „S” zaczynają myśleć!

31 października 1981, Uchwała Sejmu – „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli, Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności, Sejm rozpatrzy propozycje w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja”.

4 listopada 1981 r. – Spotkanie Trzech, jego waga, powaga, wymaga odrębnej publikacji.

25-26 listopada 1981 r. – fragment komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Kto wówczas zakładał i dziś myśli, że ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, czy nie daj Boże wprowadzić w błąd. Jakie jest Państwa zdanie?

Generał Wojciech Jaruzelski – „Staram się rozumieć różne obawy, opory, nieufność, Solidarności co do intencji władz. Paradoksalnie, ale skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy oraz radykalny nurt ekstremalny w Solidarności: «żywiły się» nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę obustronnej podejrzliwości. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur antagonizmu. Trudno jednak nie zauważyć, że to władze wysuwały różnego rodzaju propozycje, inicjatywy, zmierzające do znalezienia jakiegoś modus vivendi, a więc chociażby tymczasowego, ograniczonego kompromisu”.

Ogłaszając decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, m.in. mówił – „Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież… Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy… Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Kto, po prawie 40 latach ma dowody, by temu

zaprzeczyć, proszę podać.
Profesor Jan Widacki ocenił tak – „Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego okrągłego stołu nie były gotowe ani Solidarność, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą «doktryną Breżniewa». Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się gorbaczowska pieriestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego «drużynie», ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała”.

Może ktoś z Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego tekstu odniósł wrażenie, nawet utwierdził się w przekonaniu, że współczesna nam, Polakom nienawiść, wręcz wrogość wzajemna ma korzenie, źródła w Solidarności lat 1980-1981. Proszę się głęboko zastanowić wypowiadając tak jednoznaczne oceny i sądy. Dlaczego? Bo generalne stwierdzenia zawsze kryją, z natury rzeczy – uproszczenia, uogólnienia i zwyczajnie dla wielu ludzi są krzywdzące. Akcentując współodpowiedzialność Solidarności za stan realizacji 21 postulatów i dojście do stanu wojennego, należy widzieć głównie Kierownictwo – centralne, terenowe i zakładowe. A członkowie – przytłaczająca większość „sięgnęła po rozum do głowy”, świadczą sondaże. Dotyczy to uogólnianej oceny faktów. Słowa o. Ludwika Wiśniewskiego – „udomowiliśmy nienawiść i pogardę”, podczas mszy żałobnej za Pawła Adamowicza – mają swą moc i odniesienia do Historii, do imiennych źródeł – osób sprawujących władzę w państwie (Polsce), Episkopacie, partiach, związkach zawodowych. Jak przebiegała droga do Okrągłego Stołu w dekadzie lat 80., napiszę niebawem.

Stół z wyłamywanymi nogami

Zapraszamy do debety o „Okrągłym Stole”.

Bólu głowy dostaje polska prawica już na sam widok „Okrągłego stołu”. Zwłaszcza, że w tym roku nie można tego politycznego mebla nie zauważać, ani ignorować. Bo okrągła, trzydziestoletnia, rocznica rozmów i porozumienia ówczesnej władzy i opozycji zbiega się z wyborami do parlamentów europejskiego i krajowego. Z już rozpoczętymi kampaniami wyborczymi. Eskalującą wojną plemienną dwóch prawicy wyrosłych z „etosu „Solidarności”. Wojną różnych interpretacji naszej najnowszej historii toczoną na wszystkich frontach medialnych.

Druga noga

Widać to już w niezdecydowanej postawie pana prezydenta Andrzeja Dudy. W przeddzień rocznicy rozpoczęcia obrad „Okrągłego Stołu” jego rzecznik prasowy nie potrafił powiedzieć co pan prezydent i jego środowisko polityczne będą świętować.
Na pewno pan prezydent nie będzie fetować rocznicy inauguracji „Okrągłego Stołu”. Faktu wyjątkowego w naszej historii, kiedy ówczesna władza zasiadła do rozmów z ówczesną opozycją. Do dyskusji jak wyjść z politycznego klinczu.
Negocjacji o tym na ile władza podzieli się posiadaną władzą z opozycją, a opozycja ulży władzy w dźwiganiu brzemienia odpowiedzialności za przyszłe, bolesne reformy gospodarcze.
Tego pan prezydent świętować nie będzie, bo musiałby uznać, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Nawet tych postkomunistów.
Zapewne pan prezydent Duda przyłączy się do świętowania trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Choć tu tez pewnie waha się, bo wtedy będzie musiał stanąć tam gdzie ustawi się Grzegorz Schetyna, Adam Michnik i Lech Wałęsa.
Oni bowiem przygotują obchody tamtych wyborów jako wielkie zwycięstwo „polskiej demokracji”, czyli tej reprezentowanej obecnie przez Platformę Obywatelską i jej zaplecze polityczno-intelektualne.
Ponieważ mamy rok wyborczy, to do uroczystych obchodów zostanie zaproszona jakaś reprezentacja „pokonanych”, czyli osób z ówczesnej „strony partyjno-rządowej”. Aby zademonstrować rycerskość obecnej opozycyjnej „koalicji demokratycznej”, która nie chce wieszać pokonanej „komuny”, jak ci barbarzyńscy z PiS.
Najchętniej pan prezydent uczciłby rocznicę powstania „pierwszego, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego”. Bo przecież akuszerem tego rządu był Jarosław Kaczyński, który przeciągnął wtedy na stronę solidarnościową ówczesnych sojuszników PZPR ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego. A potem premier Tadeusz Mazowiecki musiał ustąpić po kłótniach z Lechem Wałęsą. Czyli „Bolkiem”.
Na pewno pan prezydent uczciłby niezwykle uroczyście trzydziestą rocznice powstania „pierwszego niepodległego rządu Jana Olszewskiego”. Bo to do jego tradycji, nie do rządu Mazowieckiego z Kiszczakiem i Siwickim, i nie do prezydentury Wałęsy, odwołują się teraz elity PiS. Ale pewnie tej rocznicy Andrzej Duda jako pan prezydent już nie doczeka.
My zaś możemy oczekiwać w tym roku burzliwych obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Już zapowiedzianych przez pana premiera Morawieckiego, co tylko podgrzało wojnę polskich prawic o dziedzictw tamtych wyborów.
Za to rocznic rozpoczęcia i zakończenia „Okrągłego Stołu” elity PiS i radykalnej prawic uroczyście obchodzić nie będą. Dla nich tamte porozumienia to „zmowa elit komunistycznych i zdradzieckich solidarnościowych”, która zrodziła patologiczną III RP”. Ta zmowa, która „przyniosła uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury”, „bezkarność zbrodniarzy stanu wojennego” i panowanie „resortowych dzieci” w sferze mediów i kultury.
Zatem Wersalu na prawicowych obchodach rocznicowych nie będzie.

Trzecia noga

Bólu głowy, a raczej amnezji dostają hierarchowie polskiego kościoła katolickiego na wieść o planowanych obchodach rocznicy obrad „Okrągłego Stołu”. Dzisiejsi hierarchowie kościelni i bliscy im publicyści historyczni nie chcą pamiętać, że tamten Stół, tamte negocjacje i umowy oparte były na trzech nogach.
Partyjno-rządowej, opozycyjnej- solidarnościowej i kościelnej. Na dwóch pierwszych nogach stał tamten stół, ale trzecia noga, ta kościelna go znacząco podpierała.
Ówczesny kościół katolicki podjął się wówczas roli gwaranta tamtych negocjacji i notariusza jego porozumień. To hierarchowie kościelni gwarantowali swym autorytetem, że zasiadające do negocjacji i zawarcia kontraktu strony mogą sobie ufać. Że nie dojdzie do sytuacji, jak ostatnio przy negocjacjach umowy o budowie wieżowców przy ulicy Srebrnej.
I dlatego zawsze, kiedy w czasie rozmów okrągłostołowych dochodziło do impasu, konfliktu, to do mediacji ruszali biskupi.
Za swe „notarialne” usługi hierarchia kościelna otrzymała wielkie korzyści materialne. Przede wszystkim ustawę z dania 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dając temu kościołowi uprzywilejowaną pozycję. Czasem czyniąc jego funkcjonariuszy bezkarnymi.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego nie chcą wspominać o tamtej roli swego kościoła. Bez cienia wdzięczności przyłączają się do grona krytyków ostatnich rządów PRL, choć dzięki nim mają zapewniony dostatek materialny.
I chociaż Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej od dawna już nie ma, chociaż przez ostatnie trzydzieści lat w III Rzeczpospolitej skutecznie usuwano wszelkie ślady po prawodawstwie Polski Ludowej, to ta ustawa została niezmieniona. Bo tej politycznej łapówki danej hierarchom przez rząd Mieczysława Rakowskiego i przegłosowanej jeszcze przez „komunistyczny” Sejm obecna hierarchia kościoła katolickiego zwrócić nie zamierza.

Pierwsza noga

Gdyby nie ówczesna „Strona partyjno-rządowa”, przedstawiana w mediach wtedy jako ta pierwsza noga podtrzymująca „Okrągły Stół”, nie zdecydowała się na negocjacje z opozycją, to nie mielibyśmy tej historycznej „pokojowej transformacji”.
Ale już 4 czerwca 1989 roku strona partyjno-rządowa przegrała wolne wybory do Senatu. Choć w wyborach kontraktowych, tych do Sejmu, utrzymała niezbędną większość. Przeforsowała też, z pomocą ambasady USA i hierarchii kościoła katolickiego, dotrzymanie przez opozycję porozumienia o wyborze generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
Ale po tym wyborze w „pierwszej nodze” nastąpił rozłam. Po zdradzie politycznej ze strony ZSL i SD, ówczesna PZPR straciła większość w Sejmie i musiała przejść do opozycji.
Już w III Rzeczpospolitej ta „pierwsza noga” przegrała swą bitwę o pamięć. Jej zasługi w historycznej, pokojowej transformacji ustrojowej zostały przez zwycięską prawicę zmarginalizowane i skarykaturyzowane. Stało się tak przez jej lenistwo intelektualne, na jej własne życzenie.
W tym roku Społeczny Komitet Lewicy zamierza przypomnieć i odkłamać zasługi ludzi lewicy w tamtej transformacji.
Redakcja „Trybuny” będzie patronowała działaniom SKL.
Zapraszamy też wszystkich chętnych do dyskusji o znaczeniu i skutkach porozumień „Okrągłego Stołu”. Nasze łamy są dla was otwarte.

Mąż stanu

Mój i wielu ludzi szacunek oraz podziw budzi postawa Generała w czasie rozlicznych rozpraw sądowych, będących tak naprawdę próbą wymuszenia oceny wydarzeń historycznych przez wyrok sądowy. Nieugiętość w obronie prawdy oraz słowa żalu i przeprosin wobec ofiar, ludzi poszkodowanych w wyniku stanu wojennego, są świadectwem godnej postawy Męża Stanu i uczciwego, wrażliwego Człowieka – Aleksander Kwaśniewski.

Wojciech Jaruzelski swoją powinność wobec Polski i Europy spłacił w całości: od bohaterskiego udziału w walkach o wyzwolenie Ojczyzny z rąk niemieckich nazistów, uratowania kraju od popadnięcia w chaos, aż do cywilizowanego przekazania władzy na drodze uczciwych, rzeczywiście alternatywnych wyborów – Michaił Gorbaczow.

 

Uprzejmie proszę Państwa Czytelników o przeczytanie raz jeszcze tytułu publikacji i wypowiedzi dwóch b. prezydentów – Polski, Aleksandra Kwaśniewskiego i ZSRR, Michaiła Gorbaczowa, o chwilę zastanowienia się, o postawienie sobie pytania – co znaczy, kto to jest „mąż stanu”. Jak rozumiem ten tytuł, to określenie. Znacie Państwo różne tytuły, określenia, np. bohater, patriota, wybitny polityk, dyplomata, osobowość, człowiek prawy, zasłużony dla…np. sportu, Kościoła, laureat nagrody np. Nobla, Pulitzera. Czym osoby zasłużyły się, że zostały nimi obdarzone. Jak postrzegać i gdzie wśród nich sytuować „męża stanu”. Czym, jakimi cechami charakteru, dokonaniami w nadrzędnym interesie państwa, dobra wspólnego czy zdobyczami powinien wyróżniać się w plejadzie tak zacnych osób. Zechciejcie Państwo spośród znanych Polaków, choćby przy okazji 100. lecia Odzyskania Niepodległości wskazać z imienia osoby, które obdarzylibyście tak zacnym tytułem. Pomyślcie… przystępując do czytania tekstu, będącego pewną kontynuacją poprzedniego – „Z żołnierskiego życiorysu”. Nie znajdziecie prostej odpowiedzi na intrygujące pytania. Tekst ten zawiera kilka faktów i ich ocen z życia i działalności gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Zechciejcie Państwo, uzupełniając wiedzę innymi, sobie znanymi faktami, dokonać obiektywnej, sprawiedliwej oceny – może dyskutując w gronie rodzinnym, przyjaciół, środowiska zawodowego – uzyskacie uczciwy, rzetelny pogląd, czy Generał zasługuje na tytuł szczególnej chwały – Męża Stanu.

 

I. Stan wojenny

Można powiedzieć, że stan wojenny jest swoistym „sztandarowym” wydarzeniem XX wieku w Polsce, który jeszcze znacznej części członków Solidarności i nowoczesnej prawicy służy do pomijania lub negowania niezbyt wygodnych im faktów, do współodpowiedzialności za to wydarzenie, do opluwania Generała, do siania nienawiści i „promowania” zemsty, co wyraźnie widać w ostatnich latach. Dla nich nie mają żadnego znaczenia, nie przemawiają do rozsądku, choćby wyniki sondaży społecznych, gdzie ponad 50 proc. badanych odnosi się ze zrozumieniem do ówczesnych uwarunkowań i decyzji Generała. Dobrze to świadczy o starszym pokoleniu Polaków, które nie pozwala sobie narzucać fałszywej oceny tego polskiego dramatu. O młodszych, że „nową historię” należy przyjmować z namysłem. Czas słusznego upamiętniania 100-lecia odzyskania Niepodległości, pozwala na takie historyczne porównania:
– 5 lat po zamachu majowym, odbył się proces brzeski (1931) Wincentego Witosa i wielu innych, wybitnych polityków opozycyjnych;
– 5 lat po wprowadzeniu stanu wojennego (1986) generalna amnestia definitywnie objęła wszystkich więźniów politycznych;
– 8 lat po zamachu majowym, utworzono obóz w Berezie kartuskiej(1934) oraz nasiliły się zjawiska antydemokratyczne;
– 8 lat po stanie wojennym (1989), powstał pierwszy w bloku wschodnim rząd, kierowany przez ludzi wywodzących się z opozycji.

Generał wiele razy, przy różnych okazjach w mediach i na spotkaniach z rodakami mówił i pisał: Ja szczerze ubolewam nad tym, że doszło do wprowadzenia stanu wojennego, ale jednocześnie uznaję, że spełnił on swoją rolę. Był lekcją i dla Jaruzelskiego, i dla Wałęsy, i dla wielu innych z obu stron. To prawda, że ta lekcja wiele nas kosztowała, ale na szczęście nie wykopała przepaści nie do przebycia i obiektywnie stworzyła warunki do przyszłego zbliżenia…Próby kwalifikowania stanu wojennego jako przestępstwa, zbrodni, chcąc nie chcąc, godzą także w miliony ludzi, którzy go oczekiwali, którzy z jego koniecznością się liczyli, którzy go poparli, którzy w jego realizacji uczestniczyli, którzy wreszcie w tym okresie zwyczajnie żyli i spokojnie pracowali.

Jeszcze miliony Polaków potrafią uczciwie ocenić, iż stan wojenny był swego rodzaju klęską myśli i nadziei Generała. Liczył, że jako Osoba wojskowa i szef rządu, doprowadzi do porozumienia rozdarte waśniami społeczeństwo. To się nie powiodło. To była klęska. Każda klęska w rozumieniu wojskowym, w odczuciu żołnierza jest szczególnym upokorzeniem. Ale stan wojenny to „zwycięska klęska”. Skąd ten neologizm, niewiarygodny paradoks, brzmiący nawet kłamliwie-nie trudno zapytać. Powtórzę – ta„chwilowa klęska” okazała się zwycięstwem rozumu i rozsądku nad emocjami, więcej, nad nienawiścią i wrogością. Generał ma odwagę przyznać się do klęski jako zmarnowanej szansy porozumienia. Ma tę subtelność charakteru, że o zwycięstwie nie mówi we własnej osobie, ale wszystkich – tych z prawej i lewej strony ówczesnej barykady, kładąc akcent na umiarkowanych działaczy Solidarności.

 

„Nie mówić w mojej obecności niczego złego…”

Godzi się przypomnieć (pisałem w poprzednich tekstach), że Papież Jan Paweł II, podczas II pielgrzymki w okresie zwieszonego stanu wojennego, rozmowę z Generałem w Belwederze rozpoczął słowami: Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą. Przecież dobrze wiedział o tragedii w Kopalni Wujek i kilku innych zdarzeniach, dających niezbyt dobre świadectwo władzy. Pamiętał, że media podziemne i zagraniczne często rozmijały się z faktami nagłaśniając wydarzenia w Polsce, choćby „śmierć” Tadeusza Mazowieckiego. Potrafił więc docenić i ocenić skalę, ogrom świadomej odpowiedzialności Generała – świadomie nazywając Go Patriotą! Pomyślcie Państwo – jaką wartość, znaczenie mogło wtedy w ustach Papieża mieć słowo „Patriota”, jaką dziś ma wymowę. Nic dziwnego, że na uchybienia jakie zdarzały się polskim biskupom reagował czytelnie. Amerykanin polskiego pochodzenia Tad Szulc, w książce pt. „Papież Jan Paweł II. Biografia” pisze, że pomiędzy Papieżem a Generałem niezwykle szybko nawiązała się nić sympatii i zaufania. Papież wyczuł, że Generał jest Człowiekiem bardzo uczuciowym, reprezentującym wysoki poziom moralny. Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie pod koniec lat osiemdziesiątych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, Papież natychmiast mu przerwał: „Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”. Chciałoby się zapytać – czy w tym „worze kamieni” Papież widział tylko grzechy własne Generała, czy coś więcej? Kto tę ocenę Papieża pamięta, przywołuje, wyciąga wnioski… może Czytelnicy dziś wiedzą?

 

„Tylko dwie, a nie trzy możliwości…”

Kanclerz Helmut Schmidt, na pytanie dziennikarza o stan wojenny w Polsce, postawione 13 grudnia 1981 roku odpowiedział: Ubolewam, że stało się to konieczne. Tę ocenę potwierdził w rozmowie z Generałem w Hamburgu, w 1995 roku. Przypomniał też, że za ową wypowiedź był wówczas przez wielu dziennikarzy krytykowany. Uznaje ją nadal niezmiennie za słuszną. Przypomnę kolejny raz, że Generał też z głębokim przekonaniem ubolewał, że stało się to konieczne. Natomiast udzielając wywiadu Adamowi Krzemińskiemu („Polityka”,29.09.1995), Kanclerz mówi: Uważałem Jaruzelskiego za postać tragiczną. Po długim zastanowieniu starał się on odwrócić interwencję radziecką w polską politykę wewnętrzną. Dla nas zagrożenie Polski było wówczas widoczne, dla was być może nie. Wywiad donosił nam o koncentracji wojsk radzieckich wokół polskich granic.

Prezydent Francji, François Mitterrand w rozmowie z kanclerzem Helmutem Schmidtem, który powołał się na nią w swoich „Wspomnieniach” („Die Zeit”, nr 20-23 z 1987 r.), napisał: Widziałem zawsze tylko dwie, a nie trzy możliwości: albo rząd polski przywróci porządek w kraju, albo uczyni to Związek Radziecki. Trzecią hipotezę, zakładającą, że mogłoby dojść do zwycięstwa „Solidarności”, uważałem zawsze za czystą fikcję. Kanclerz zgadzał się z tą opinią, co wielokrotnie podkreślał w rozmowach z polskimi dziennikarzami.

Profesor Karol Modzelewski, czołowa postać opozycji demokratycznej w PRL, współtwórca „Solidarności” – na konferencji naukowej w XX-lecie stanu wojennego m.in. powiedział: I choć wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej albo gorzej, nie sądzę, abyśmy byli w stanie uniknąć dramatycznego finału (stanu wojennego – moje GZ). Ale odpowiadamy za ten finał, bo do wszystkiego przykładaliśmy rękę, po obu stronach. I nie w jedną pierś trzeba się uderzyć… A dalej – mówiąc o tragedii w kopalni „Wujek”: Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego.

Maciej Giertych, członek Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa: Po 13 grudnia narodowi demokraci rozpoznawali się poprzez stosunek do stanu wojennego. Kto go popierał, dawał dowód umiejętności myślenia geopolitycznego, umiejętności wyniesienia się ponad opozycyjność wobec socjalizmu. Ta postawa nas łączyła.

Generał w 1981 r. miał dar historycznej wyobraźni. Pozwalała nie tylko szybko zrozumieć ku czemu zmierza rozwój wewnętrznej sytuacji i Ojczyzny, ale też widzieć na jakie sam naraża się niebezpieczeństwo. Wyobraźnia nie tłumiła odwagi, jak to często się zdarza w sytuacjach ekstremalnych. Odwaga okazała się niezbędna, bo odpowiedzialność była naczelną cechą jego charakteru i współczynnikiem jego talentu. Trzeba nam umieć przypatrywać się uważnie Generałowi, ludziom w sytuacjach skrajnych, na samej granicy człowieczeństwa. Dziś „z wdzięczności” niektórzy „zwycięzcy politycy” domagają się pozbawienia stopnia. Jakież to „piękne, humanitarne i chrześcijańskie”.

Czy ocena tego wydarzenia – stanu wojennego, jego następstw dla Polski jako Państwa, dla Polaków jako Narodu – nie skłania, by zapisać je na „pozytywne konto” męża stanu?, pomyślcie Państwo.

 

II. Wybór Prezydenta Polski

Prezydent USA, George Bush w pamiętniku pt. Świat utracony” m.in. pisze: Po przybyciu do Belwederu (wizyta, 9-11 lipca 1989 r.) to, co miało być dziesięciominutowym spotkaniem przy kawie, przekształciło się w dwugodzinną dyskusję. Jaruzelski… mówił o swojej niechęci kandydowania na fotel prezydenta i pragnieniu uniknięcia wewnętrznych konfliktów, tak Polsce niepotrzebnych… powiedziałem, że jego odmowa kandydowania może mimo woli doprowadzić do groźnego w skutkach braku stabilności i nalegałem, aby przemyślał ponownie swoją decyzję. Zakrawało to na ironię, że amerykański prezydent usiłuje nakłonić przywódcę komunistycznego do ubiegania się o urząd polityczny. Byłem jednak przekonany, że doświadczenie, jakie posiadał Jaruzelski, stanowiło najlepszą nadzieję na sprawne przeprowadzenie zmian okresu przejściowego o Polsce.

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Prezydent USA mówi o „doświadczeniu” Generała! Czyżby obejmowało także stan wojenny? Czyżby „zapomniał” jak USA zachowały się po stanie wojennym, kiedy zniosły sankcje – kto z Państwa wie? (luty 1987). Warto też zapytać, czy „nadzieja” o której mówił Bush dziś nie jest godna pamiętania i głębokiego namysłu? Czy nie ustrzegła nas od kolejnego „etapu nienawiści” ze strony wewnętrznej opozycji? Czy jej (tej „nadziei”) spełnienie się nie było lekcją demokracji, ważnej także dla państw Zachodu i Wschodu? Inna to sprawa jak „demokrację” rozumiemy i praktykujemy prawie 30 lat po Okrągłym Stole i wyborze Generała na Urząd Prezydenta Polski. Powiem, iż Okrągły Stół i rola Generała w doprowadzeniu go tego „mebla” oraz realizacji jego ustaleń, zasługuje na odrębną, wnikliwie wyważoną publikację.

Bush przemawiając w Sejmie 10 lipca 1989 r., 5 razy wymienia nazwisko Generała i kończy słowami: Ameryka życzy wam dobrze, dziś, kiedy stoicie wobec ciężkich problemów. Oddaję cześć generałowi Jaruzelskiemu za jego przywództwo oraz za jego nadzwyczajną gościnność wobec mojej osoby. Proszę o uwagę – amerykańska „cześć za przywództwo!

Wybór na Urząd Prezydenta został dokonany jednym głosem. Zygmunt Broniarek komentując ten fakt mówi: Można założyć, że każdy, nawet najmniejszy plus na jego (Generała – moje G.Z) korzyść liczył się. Takim plusem i to wcale nie małym było poparcie Busha… Opinie dziennikarzy dotyczyły nie tylko Busha i Wałęsy. Dotyczyły one także dwóch innych mężów stanu – Jana Pawła II i Michaiła Gorbaczowa, bowiem i oni zainteresowani byli utrzymaniem znacznego stopnia stabilizacji w kraju. W związku z tym w Waszyngtonie powstało powiedzenie: „Jaruzelski został wybrany prezydentem nie jednym głosem większości w polskim parlamencie, ale sześcioma: – papieża w Watykanie; Gorbaczowa w Moskwie; Wałęsy w Gdańsku oraz trzema głosami Busha. Dlaczego aż trzema? Bo oddanymi przez niego w Waszyngtonie, w Warszawie i w Gdańsku”.

Profesor Karol Modzelewski w interesującej książce „Zajeździmy kobyłę historii” pisze, iż do wyboru Generała przyczynili się też posłowie opozycji demokratycznej, którzy albo nie wzięli udziału w wyborze, albo oddali głosy nie ważne. Wykazali się „umiejętnością myślenia geopolitycznego”. W wywiadzie Roberta Walenciaka pt. „Polska Ludowa”, Wyd. Iskry, 2017, Profesor wyjaśnia, iż Generał został wybrany przewagą dwóch, a nie jednego głosu. Niejaki „wybitny polityk” ale kiepski matematyk, Jan Maria Rokita powiedział, że skoro większość względna wynosi 50 proc. plus 1, to wykuglował, że Jaruzelski wybrany został jednym głosem. A tak naprawdę-dwoma.

Co do Michaiła Gorbaczowa – w dyskusji, zarówno z Prezydentem Wałęsą, jak i Mazowieckim, Balcerowiczem, Michnikiem, innymi polskimi działaczami niezmiennie podkreślałem mój głęboki szacunek do Wojciecha Jaruzelskiego jako polityka i człowieka. I dziś uważam, że Polska wiele mu zawdzięcza. Przede wszystkim to, że udało się stosunkowo płynnie, na drodze pokojowej, bez przelewu krwi dokonać zmiany modelu rozwoju społecznego, a to przedsięwzięcie charakteryzuje się nadzwyczajną złożonością i grozi wybuchem. Mogę powiedzieć, że jestem dumny z przyjaźni z nim. Wojciech Jaruzelski należy do tych, o których można powiedzieć – pozostaje człowiekiem na wszystkie czasy.

 

III. Prezydent Polski

19 lipca 1989 r. Zgromadzenie Narodowe wybrało gen. Wojciecha Jaruzelskiego Prezydentem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej (mija 29 lat). Stanął On przed koniecznością podjęcia i rozwiązania wielu spraw i problemów. Spośród nich kluczowymi były: osiągnięcie porozumienia narodowego, ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski, nasze bezpieczeństwo w zmieniającej się Europie, wyjaśnienie tzw. białych plam (Katyń)

 

„Opowiadam się za Rządem porozumienia narodowego…”

Porozumienie narodowe w latach 80. miało bieżący i nadrzędny cel. Wielu pamięta – z wyjątkiem wielu, którzy powinni bo wiele zawdzięczają – że „milowymi kamieniami” były działania komitetów rządowych, zawierających tzw. porozumienia branżowe, Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, Spotkanie Trzech z jego propozycją powołania Rady Porozumienia Narodowego oraz Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa, wreszcie Okrągły Stół. Bezpośrednio po wyborze, Generał, m.in. mówił: Opowiadam się za Rządem porozumienia narodowego, zdolnym do sprostania tym zadaniom. Dołożę wszelkich starań, by demokracja stała się siłą, dźwignią rozwoju Polski … Pragnę być Prezydentem porozumienia, reprezentantem wszystkich Polaków. Chciałbym więc również pozyskać zaufanie i tych, którzy wyrażają sprzeciw lub niechęć wobec mojej osoby. Nie jest to zadanie łatwe, podejmę je, choć nie jest pozbawione goryczy. Mojej życiowej drogi, też nikt nie ścielił różami”. Teraz niezbywalnym wymogiem było zbudowanie „porozumienia, na mocy którego … teka premiera i misja sformowania rządu powierzona kandydatowi Solidarności. Zważywszy, że „sejmowa arytmetyka” absolutnie nie wskazywała powodzenia – w drodze konsultacji głównych sił politycznych, wyłoniony kandydat – Tadeusz Mazowiecki, uzyskał aprobatę Generała, a wniosek Prezydent skierował do laski marszałkowskiej.

 

Zachodnia granica

Problem zachodniej granicy, za sprawą naszych przywódców i polityków przewijał się w europejskiej polityce bezpieczeństwa przez cały powojenny okres. Był podstawowym elementem polskiej doktryny polityczno-obronnej. Z polityczno-militarnego punktu widzenia, pozostawiając sprawę granicy bez ostatecznego rozstrzygnięcia – traktat poczdamski czynił z niej „kartę jątrzenia” między narodami polskim i niemieckim, co liczne ziomkostwa wykorzystywały w oddziaływaniu na świadomość młodych Niemców. Wyraźnie widać to w ich podręcznikach historii. Władze PRL (Władysław Gomułka), znając ambicjonalną stronę Nikity Chruszczowa, postanowiły o nadaniu mu honorowego obywatelstwa Szczecina w 1959 r.(Generał był wtedy dowódcą 12 DZ). Wtedy, w 1959 r. w sprawie tej granicy tyle mogliśmy tylko zrobić, szukając gwarancji dla niej w ten sposób (bo przecież radzieccy nie oddadzą Szczecina z takim „honorowym obywatelem”). Godzi się wspomnieć nazwiska – spośród wielu zasłużonych dla Szczecina – Piotra Zarembę, pierwszego prezydenta miasta i prof. Rajmunda Rybińskiego.

W 1988 r. Generał zaprosił Gorbaczowa do Szczecina, jako potwierdzenie personalne, że to miasto jest polskie. Gdy podczas jednej z rozmów zapytałem Generała o ten fakt, odpowiedział, iż Gorbaczow to człowiek, osobowość wielkiego formatu mógłby poczuć się nieswojo takim gestem, ale o wizycie Chruszczowa opowiedziałem (mam zdjęcie). Wtedy gość zapytał, czy naprawdę wierzyłem, że Breżniew może oddać Szczecin NRD. Opowiedziałem mu o swoich obawach, podczas Ćwiczenia Sojusz-81 (rozmowa z Heinzem Hoffmanem). Dla Polski była to sprawa „życia i śmierci”, tego określenia używali i Papież i Generał, oceniając stosunki polsko – niemieckie podczas II i III-ej pielgrzymki. Papież wyraźnie mówił, że Kościół, że Stolica Apostolska jednoznacznie opowiada się za polskością tych ziem.

Zachodni politycy nie dostrzegali „otwartości” tej sprawy, lekceważyli jej wagę dla Polski, wciąż zwlekali z ostatecznym uregulowaniem. Nie trudno zauważyć różne polityczne kalkulacje. Trójczłonowa koncepcja Generała obejmowała: ostateczne uregulowanie sprawy zachodniej granicy Polski; zjednoczenie Niemiec; zakończenie II wojny światowej w Europie.
Nastąpiło to w Moskwie 12 września 1990 roku na konferencji 2+4. Oba państwa niemieckie, tj. NRD i RFN podpisały traktat, a zaraz po nich podpisały go trzy mocarstwa, czyli Wielka Trójka z 1945 r. plus Francja. Jego mocą „linia graniczna” Odra-Nysa stała się ostatecznie i niepodważalnie zachodnią granicą Polski. Dopiero po tym fakcie nastąpiło podpisanie traktatu o zjednoczeniu Niemiec. Z tą chwilą przestała istnieć NRD – też na mocy decyzji b. Wielkiej Trójki z 1945 r. plus Francji. Inaczej mówiąc – ma on moc traktatu pokojowego, o którym była mowa w Poczdamie, a który „odłożono” na bliżej nie określoną przyszłość, która tu po 45 latach się zmaterializowała. Że właśnie tak potoczyła się ta historia, to niepodważalna zasługa Generała, jego wizji politycznej. Mądrym, rozważnym postępowaniem wobec wszystkich liczących się polityków w kraju i za granicą, swoim autorytetem tak „uwieńczył dzieło – doprowadził do symbolicznego, zwycięskiego terytorialnie dla Polski – zakończenia II wojny światowej. Kto dziś chce o tym pamiętać? Przecież rok 1990 nie zapowiadał rozpadu ZSRR. Inna rzecz, że wielu „spóźnionych polityków” o tym marzyło. Jeśli tak, warto sobie „historycznie pomarzyć”. Dlaczego po upadku Gorbaczowa i objęciu władzy przez Jelcyna w „nowej Rosji” – podobno przyjaciela Polski, nikt z naszych władz nie zapytał o polityczny i faktyczny sens istnienia Obwodu Kaliningradzkiego.

Jeszcze z lekcji historii w szkole podstawowej pamiętamy, że były to tereny Litwy, albo Polski (okresowo Prusy Wschodnie). Czy nadal musiał istnieć? Czy zniesienie Obwodu – być może rozłożone na kilka lat – przez włączenie części do Litwy i do Polski-nie byłoby Zadośćuczynieniem Historii? Podstawy tak historyczne jak i polityczne były! Czy nie warto było spróbować? (zgadnijcie Państwo, kto wtedy był w Polsce prezydentem, premierem, jaka partia sprawowała władzę). Tu zacytuję Państwu wspomnienie Jana Karskiego, z rozmowy z prezydentem USA: Panie Prezydencie, to, że Pan Prezydent zechciał ze mną rozmawiać, będzie znane w Polsce. Każdy przywódca będzie mnie pytał: co ci Prezydent powiedział? Panie Prezydencie – co mam odpowiedzieć? Jego odpowiedź pamiętam słowo w słowo – Powiesz swoim przywódcom, że Polska wyłoni się bogata, ustabilizowana. Społeczeństwo amerykańskie pomoże. Jest przyjazne twojemu krajowi. Powiesz swoim przywódcom, że wasze granice ulegną zmianie, na wschodzie na korzyść Rosji. Marszałek Stalin się tego domaga. Te zmiany nie będą duże, ale należy pomóc marszałkowi Stalinowi uratować twarz i ja to zrobię. Polacy dostaną odszkodowanie na północy i na zachodzie. W tym momencie Ciechanowski, który nie wtrącał się do rozmowy, odzywa się uprzejmie i dyplomatycznie – „Panie Prezydencie, mój rząd wychodzi z założenia, że odszkodowanie na północy znaczy, że Polska otrzyma Prusy Wschodnie”. A Roosevelt – „Tak, jak powiedziałem, na północy i na zachodzie”. I wtedy, proszę pana, Ciechanowski stał się taki mały, że go nie widziałem. Tak się skurczył. Roosevelt dał mu nauczkę: nie wkładaj mi do ust słów, których nie powiedziałem. Ja nie powiedziałem: Prusy Wschodnie, ja powiedziałem: na północy. Po wojnie dowiedzieliśmy się, że w tym czasie, to znaczy w czerwcu 1943 r., już była umowa między Rooseveltem, Churchillem i Stalinem, że część Prus Wschodnich – Królewiec i terytoria na północ od Królewca, zostaną przyłączone do Rosji, a nie do Polski. I dlatego Roosevelt nie użył słów „Prusy Wschodnie”, tylko „na północy”. („Emisariusz własnymi słowami”, Głos Ameryki, 1995-1997, Waszyngton, PWN, Warszawa 2012). Pozostawiam Państwa Czytelników ze swoimi wnioskami.

 

Sprawa Katynia

„Temat katyński” w Polsce po 1945 r. był wciąż podnoszony we wszystkich kręgach i środowiskach. Generał tak tę sprawę wspomina. Przedstawiciele ówczesnej opozycji politycznej w naszym kraju, w tym niektórzy intelektualiści uczestniczący od 1986 roku w Radzie Konsultacyjnej przy przewodniczącym Rady Państwa, wysuwali wobec mnie sugestie, że w tych sprawach, które wydają się oczywiste, należałoby przedstawić nasze stanowisko publicznie, nie oglądając się na stronę radziecką. Rozumiałem powodujące nimi motywy. Zdawałem sobie przy tym sprawę z tego, że wewnątrz kraju taki krok uzyskałby gorącą aprobatę, umacniając tym samym pozycję władzy w społeczeństwie. Tak jednak postąpić nie mogłem. Opozycji, jej działaczom wolno było – i to do pewnego stopnia – nie liczyć się z zewnętrznymi realiami i w „drugim obiegu” publikować takie stanowisko. Tę działalność chce odnotować z uznaniem. Proszę zwrócić uwagę na: ujawnić czyli powiedzieć wprost kto tę zbrodnię popełnił; głosy uczonych; oczekiwania społeczne, jednocześnie umacniające pozycję władzy – proszę to odnieść do obecnych czasów, wskazać polityka, posła, który „tanim kosztem”, nie umacniałby swej pozycji, nie puszył się publicznie, co on to wymyślił i „dobrego dla narodu narobił”. Jeśli Generał nie chciał tak postąpić, to może działał na „szkodę” władzy – czyżby? Z taką oceną zapewne wielu się zgodzi, bo idzie o tamtą, „czerwoną władzę”, więc czym się martwić. Kto w tym momencie zastanowi się, dopatrzy poczucia odpowiedzialności za Polskę w słowach – Opozycji, jej działaczom wolno było – i to do pewnego stopnia – nie liczyć się z zewnętrznymi realiami? Kto zechce słowo „odpowiedzialność’” odnieść do postępowania Solidarności z lat 1980-1983 i późniejszych? Zapytam – czy choćby w tych słowach Generała, nie zechcecie Państwo znaleźć znamion cech Męża Stanu? Dalej Generał pisze: Ale my, ponoszący odpowiedzialność za kraj, za jego pozycję międzynarodową, takiej swobody nie mieliśmy. Nie mogliśmy – byłem i jestem co do tego całkowicie przekonany – wytwarzać w imię historycznych sądów napięcia w aktualnych stosunkach z ZSRR. A nasze jednostronne enuncjacje takie napięcie niewątpliwie by wywołały. Mogłyby tym samym negatywnie zaważyć na innych dziedzinach naszej współpracy. Co więcej, nie mogliśmy wówczas liczyć nawet na zrozumienie ze strony rządów zachodnich. Gorbaczow cieszył się w świecie jak najlepszą opinią i to zasłużenie. Pierestrojka zapowiadała bowiem wielką przemianę w stosunkach wewnętrznych i międzynarodowych. Publiczne ponaglanie go, a więc krytykowanie i tym samym osłabianie, nie zostałoby również Na Zachodzie powitane przychylnie. Proszę, przeczytajcie Państwo jeszcze raz powyższą ocenę. Spójrzcie, jak Generał rozumie kwestię odpowiedzialności w wymiarze krajowym i międzynarodowym. Jak waży skutki, następstwa – czy racje historyczne, które przecież bezdyskusyjnie były po naszej stronie, czy korzyści ze „współpracy w innych dziedzinach”, także z krajami Zachodu. Zastanówcie się Państwo, czy ma to coś ze znamion Męża Stanu. Sięgnijcie do tekstu „Gorbaczow na Zamku” (Trybuna 6-8 lipca br.). Autor, Rafał Skąpski mądrze i refleksyjnie wspomina spotkanie grupy uczonych z Gorbaczowem 14 lipca 1988 r., w tym „wątek katyński”. Nawiązuję do tego, podkreślając powagę Katynia w pamięci Polaków i uznanie za przywołanie tego świadectwa prawdy przez Panów: Rafała Skąpskiego i Sławomira Tabkowskiego.

Cytuję dalej: Realistycznie oceniając sytuację i wykluczając działania jednostronne, nie chciałem jednak w żadnej mierze zrezygnować z ujawnienia prawdy. Uważałem to za absolutnie konieczne. Powiedziałem Gorbaczowowi w czasie jednej z rozmów, że ujawniona prawda, obciąży jedynie przeszłość, trwanie zaś w kłamstwie obciążą przyszłość. Zapytam wprost – czy to nie dowód mądrego rozumienia sytuacji i mądrego dochodzenia do celu jakim było ujawnienie właśnie przez ZSRR w pierwszej kolejności, a nie przez Polskę (myśmy to wiedzieli) prawdy o politycznych decydentach i NKWD-owskich wykonawcach tej zbrodni. Powyższe cytaty pochodzą ze wstępu napisanego przez Generała w 1993 r. do książki „Wydrzeć prawdę”, której Autor, prof. Jarema Maciszewski był przewodniczącym polskiej części Komisji Historyków polskich i radzieckich. wyjaśniających tzw. białe plamy, w tym sprawę Katynia. Miałem zaszczyt być świadkiem kilku rozmów na tematy historyczno – polityczne Generała z prof. Adamem Koseskim, Rektorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Jednym z jej licznych efektów, znaczących dla wychowania młodego pokolenia Polaków w tej Uczelni, było wydanie – staraniem Profesora-wspomnianej książki. Serdecznie dziękuję i zachęcam do nabycia w księgarni Akademii.

Szczególnym hołdem treści i symboliki była wizyta Generała w Katyniu, 14 kwietnia 1990 r. Z udziałem Kompanii Reprezentacyjnej WP i grupy Rodzin pomordowanych, złożył wieniec na symbolicznej mogile, a Dziekan Generalny WP, ks. płk Florian Klewiado odprawił nabożeństwo żałobne. Dzień wcześniej, podczas uroczystego powitania przez Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow publicznie przyznał, iż z woli władz ZSRR zbrodnia ta została popełniona oraz wyraził ubolewanie. Generał m.in. mówił, że oświadczenie strony radzieckiej otwarło drogę do poznania prawdy o tragicznym losie polskich oficerów, internowanych po 1939 roku…, że jako jeden z setek tysięcy polskich zesłańców na Syberii doświadczył na własnym i rodziny losie – bezprawia stalinizmu…, że żaden rozumny Polak nie obciąży narodów radzieckich, które stały się pierwszą ofiarą masowych represji stalinowskich – odpowiedzialnością za Katyń i Kuropaty, za Łubiankę i Kołymę …, że dramatyczny był dla Polaków 17 września, lecz po 6 latach – 9 maja, byliśmy razem w Berlinie. Może Czytelnicy wiedzą, które media, politycy, historycy itp. w ostatnich 20-tu latach przypominają ten fakt z udziałem Generała? A może znają powody jego przemilczania, co w tym względzie „złego” uczynił Generał – chętnie poznam, nie tylko ja.

 

Spotkania i rozmowy

Generał, jako Prezydent PRL, a następnie RP przyjmował różne osoby i osobistości oraz składał zagraniczne wizyty. Oto kilka przykładów, ku „Polaków refleksji”.
6 grudnia 1989 r. nowy nuncjusz apostolski w Polsce, abp. Józef Kowalczyk składał Generałowi listy uwierzytelniające. Napisane w j. łacińskim, są zaadresowane tak:„Illustri et Honorabili Viro, Wojciech Jaruzelski, Republice Popularis Polonica Praesidii, Johannes Paulus PP II. Rozpoczynają się: „Illustris et Honorabilis Vis Salutem et prosperitatem – Wybitnemu i Czcigodnemu Mężowi Wojciechowi Jaruzelskiemu, Prezydentowi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, Jan Paweł II PP (Papież i Pasterz). Wybitny i Czcigodny Mężu – zdrowia i pomyślności”. Papież wcale nie musiał ani tak określać Generała, ani używać tak znienawidzonej przez obecną władzę nazwy państwa – Polska Rzeczypospolita Ludowa. Wiedział, że w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia 1990 r. nastąpi zmiana na „Rzeczypospolita Polska”. Mógł poczekać do początku 1990 r. z aktem wręczenia listów przez nuncjusza. A jednak tego nie uczynił. Tak, jakby chciał pełną nazwę PRL uwiecznić w swym dokumencie. Co do określenia Generała łacińskimi, pięknymi słowami, i to dwa razy – Wybitny i Czcigodny Mężu – kogo skłaniają do chrześcijańskiej, ludzkiej refleksji i zadumy, do…

We wrześniu 1990 r. Prezydent RP przyjął w Belwederze Ronalda Reagana. Składając wyrazy uznania dla konsekwencji działań Generała, gość powiedział wprost: Myliliśmy się w ocenie pańskiej osoby. Na zakończenie wizyty, Reagan na stopniach Belwederu, uniósł w górę ramię stojącego obok Generała i rozłożył swe palce na kształt litery V. Dziennik telewizyjny w relacji z tego spotkania usunął tę scenę – mogłaby chyba dać coś ważnego do przemyślenia, nasunąć refleksje i skojarzenia wobec tak niedawnych stosunków polsko – amerykańskich. Ale mam nadzieję, że te zdjęcia (taśma filmowa) zachowała się w archiwum „Dziennika TV”, że nadejdzie czas i odważny badacz, który ujawni je następnym pokoleniom”, napisał we wspomnieniach Wiesław Górnicki. Ze swej strony mam nadzieję, iż inni dziennikarze będący świadkami tego zdarzenia, np. red. Tadeusz Zakrzewski, zechcą – dla pożytku młodego pokolenia ujawnić tę tajemnicę. Próba odnalezienia tych zdjęć przy okazji 90. urodzin Generała spełzła na niczym.

Podczas wizyty w Hiszpanii Generał podkreślał, że Przykład rozwiązywania sprzeczności politycznych poprzez dialog, wytrwałe poszukiwanie szerokiego consensusu, odwoływanie się do humanistycznych wartości, stanowi wkład historyczny Hiszpanów do filozofii nie tylko narodowego, lecz i europejskiego pojednania. I dalej, nawiązując do naszych doświadczeń – Naród Wasz zaznał tragedii bratobójczej walki. Polsce w minionych latach – za cenę ciężkich decyzji – udało się tego uniknąć. Zrozumiałe jest więc, że bieg wydarzeń w naszych krajach budzi obopólne zainteresowanie…

Jeszcze jeden, ciekawy, jakże skłaniający do namysłu fakt. W środę 2 listopada 1988 r. na własne życzenie Margaret Thatcher przyleciała do Warszawy i „chłodno” rozmawiała z Generałem. Zaś 4 w piątek, z sympatią i zrozumieniem dla sytuacji, zaprosiła do złożenia w „ możliwie szybkim dla Pana terminie”, wizyty w Londynie. 10 czerwca gościła Generała w swoim domu w Chequers. Wtedy powiedziała – Panie Generale (podnosząc kieliszek). Jesteśmy tu z Denisem, w naszym tymczasowym domu… Chcę powiedzieć kilka słów od siebie, zupełnie prywatnie Witam Pana, Generale i towarzyszące osoby. Chcę wyrazić głęboki szacunek i uznanie dla tego, co Pan zrobił dla swego kraju, dla Europy, a może i świata. Przyznaję, że Zachód nie zawsze trafnie odczytywał Pańskie intencje i wypowiedzi. Dziś jednak odchodzą w niepamięć dawne podziały. Pan, Generale, wniósł wielki, historyczny wkład do ich stopniowego zanikania. Chcę osobiście, we własnym domu, przy rodzinnym stole, wznieść toast za Pańskie zdrowie, Generale. Za zdrowie Pańskiej małżonki i córki, za tych wszystkich Pańskich współpracowników, którzy przyczynili się do obecnego biegu spraw w Polsce – w kraju, który nam Brytyjczykom, był zawsze i pozostanie bliski. Generał odpowiedział wspomnieniem, co czuł w górach Ałtaju, gdy dotarły pierwsze niejasne wieści o klęsce brytyjskiej pod Dunkierką, a następnie pod Tobrukiem i El Alamein. Przypomniał waleczność polskich pilotów podczas bitwy o Anglię. Pod koniec Gospodyni miała prawie łzy w oczach, o ile Żelazna Dama w ogóle ma prawo do takich reakcji (z notatek Wiesława Górnickiego).

 

 

Żołnierzowi i Mężowi Stanu

Z okazji 90 urodzin Generała (2013), grono przyjaciół, na czele z Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, zorganizowało jubileuszowe spotkanie. Komitet Redakcyjny, pod przewodnictwem prof. Jerzego Wiatra zebrał ponad 20 publikacji różnych autorów i przygotował księgę jubileuszową – „Żołnierzowi i Mężowi Stanu”. Zachęcam do nabycia – tel. (22) 628 – 08 – 38). Z niej przytaczam kilka poniższych wypowiedzi:

Aleksander Kwaśniewski Dwie najważniejsze decyzje w historii Polski drugiej połowy XX wieku – grudzień 1981 i Wielka Zmiana 1989 – opisują najlepiej Twoje polityczne przywództwo. One zaważyły na losach Polaków i losie Polski. I trzeba je czytać wspólnie. To były dwie, bardzo trudne operacje, wymagające wielkiej odwagi, wyobraźni, umiejętności logistycznych. Ciesząc się dziś z wolnej, bezpiecznej i rozwijającej się Polski pamiętajmy także o tym, że wszystko mogło potoczyć się inaczej – gorzej!

Michaił GorbaczowWedług mnie generał Jaruzelski reprezentuje najlepsze, narodowe obywatelskie i ludzkie cechy Polaków, przyjaciół Rosji. Wiem i doceniam od lat.

Władysław MarkiewiczZwyczajnym kłamstwem, na co zwracali uwagę, m.in. Bronisław Łagowski, Andrzej Romanowski, Andrzej Walicki i inni niezależni intelektualiści, jest też twierdzenie prawicy, że Solidarność obaliła komunizm w Polsce. Nie było żadnego „obalania”, lecz pokojowa zmiana ustroju, do której walnie przyczyniła się reformatorska większość w PZPR, z Wojciechem Jaruzelskim na czele.

Jerzy WiatrWprowadzenie stanu wojennego. Ta decyzja – od ponad 30 lat dzieląca Polaków – ocaliła Polskę przed interwencją, w wyniku której nasz kraj nie tylko poniósłby trudne do oszacowania straty ludzkie, lecz także sprowadzony zostałby do statusu radzieckiego protektoratu… W tym sensie Wojciech Jaruzelski stał się, obok Władysława Gomułki, tym polskim Mężem Stanu, któremu Polska w szczególnie wielkim stopniu zawdzięcza zachowanie statusu państwa o znacznym stopniu wewnętrznej suwerenności.

Kazimierz ŁastawskiRacja stanu ściśle łączy się z polityką realizmu politycznego (Realpolitik). W sytuacjach ekstremalnych odpowiedzialny polityk powinien przede wszystkim „myśleć o ocaleniu narodu przed nieszczęściem”. Temu głównie służyło wprowadzenie stanu wojennego przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego w grudniu 1981 r., gdyż nawet najpiękniejsze ideały nie usprawiedliwiają narażania na szwank dobra całego narodu.

Hieronim KubiakLata 80. XX wieku – dramatyczna dekada generała Wojciecha Jaruzelskiego. Aktualizacja maksymy wyniesionej z Marianum – Nil desperandum! Nie należy rozpaczać! Szukać rozwiązań nowych, nawet jeśli niektórzy powiedzą o nich, że są zbyt późne, czy nawet mylne jako rachuba. Okrągły Stół”.

Marceli KosmanPrzez długie lata dojrzewał jako polityk, by w decydującym momencie stać się autentycznym Mężem Stanu, przywódcą państwowym w chwili przełomu. Doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw, które wiążą się z walką zbrojną. Były Mu znane – zakończone klęskami zrywy powstańcze.

Jan WawrzyniakPrezydent Wojciech Jaruzelski zdawał sobie sprawę, że historia wydała wyrok skazujący na socjalizm, przynajmniej w takiej postaci, jaka była realizowana w ZSRR i państwach sojuszniczych. Nie podejmował więc prób wykorzystywania swoich szerokich kompetencji i lojalnie akceptował zachodzące przemiany polityczne… do których się przyczynił.

Andrzej Gąszczołowski Przewaga racji stojących po stronie generała Wojciecha Jaruzelskiego, sprawi niewątpliwie, iż zasiadający na ławie oskarżonych „winny” wyjdzie z Sądu jako niewinny. Jako bohater, Mąż Stanu, który zdążył zapobiec wielowymiarowej katastrofie. Mimo poniesionych szkód i dolegliwości, przyniósł ocalenie Polski i Polaków. Wyprowadził kraj z bezprzykładnie dramatycznego wirażu, uniknął faktów i zdarzeń, które położyłyby się ciężkim brzemieniem na losie kolejnego pokolenia. Tym aktem odwagi i odpowiedzialności „dobrze zasłużył się Ojczyźnie”.

Obok tej księgi, Adam Marszałek z Torunia, wydał „Pisma wybrane”…zasługują na odrębną prezentację, w stosownym, ale niezbyt odległym czasie. Podobnie jak „Spotkania z Generałem”, organizowane kilka razy przez gen. Zdzisława Rozbickiego z Wrocławia. Stąd pochodzi taka wypowiedź Joanny Rawik – Miałam szczęście poznać w życiu trochę sławnych osobistości. Pośród nich, gen. Wojciech Jaruzelski wyróżnia się wyjątkową siłą charakteru oraz formatem inteligencji, które razem z wytworną delikatnością, tworzą jakość rzadko spotykaną. To hojny dar losu, że miałam możność obcować z tej miary Człowiekiem, prawdziwym Mężem Stanu.

Na zakończenie – w roku 100-lecia odzyskania Niepodległości, nasuwa się pytanie o grono wybitnych Polaków, którzy na przestrzeni tego wieku „dobrze zasłużyli się Polsce”, walcząc o granice na niwie wojskowej, politycznej i społeczno-gospodarczej. Którzy powinni być społeczeństwu, Polakom prezentowani i utrwalani, ku pamięci przyszłych pokoleń. Czy wśród nich z wyraźniej woli Państwa, milionów Polaków, będzie Generał jako Mąż Stanu – czas pokaże.