Potrzeba silnej władzy

W trudnych czasach – a któżby zaprzeczył, że takie nadeszły – ludzie spontanicznie garną się ku władzy, szukają w niej oparcia i ratunku przed groźnym nieznanym. Potrzebują silnej władzy. Czym jednak jest „silna władza”?

Jeden z mistrzów czasów mojej młodości, wielki historyk i prawnik Konstanty Grzybowski (1901-1970) pisał o tym tak oto:
„Co to jest silna władza? Nie jest nią każda władza, która przeprowadza to, co chce, zmusza do milczenia przeciwników. Gdybyśmy szukali w wywodach Tacyta – i w wywodach Bobrzyńskiego –odpowiedzi na to pytanie, brzmiałaby ona, po przetłumaczeniu na współczesne pojęcia: taka władza, która ma oparcie w siłach społecznych świadomych tego, czego chcą, i umiejących to, czego chcą, wiązać z poglądami i interesami społeczeństwa jako całości. Silna władza nie przeciwstawia się społeczeństwu, nie narzuca swoich poglądów wbrew opiniom społeczeństwa, ale nagina ich sposób podawania do tego, co w społeczeństwie jest żywe, przekształca to, co jest tradycją w społeczeństwie, zgodnie z tym, w czym widzi współczesne jego potrzeby. I silna władza wie, że musi zaspokoić to, co dana grupa społeczna, na jakiej się opiera, uważa za swe istotne potrzeby. Silna władza w końcu wie, że winna być silna nie tylko wobec nierządzących, ale także wobec swego aparatu wykonawczego, że nie może stać się niewolnikiem tych, którzy mają być narzędziem realizującym jej cele, ale nie narzucać jej kierunku polityki”.
Legitymizacja oparta na prawie
Grzybowski nie odwoływał się tu do wielkiego niemieckiego socjologa Maxa Webera (1864-1920), któremu zawdzięczamy pionierskie rozważania o legitymizacji władzy – niezbędnej, by była ona autentycznie silna poparciem rządzonych, a nie siłą policyjnej pałki. Weber taką legitymizację widział w tradycyjnym panowaniu monarchicznym, w „charyzmie” wodza lub w demokratycznym prawie, przy czym legitymizację opartą na prawie uważał za najtrwalszą i najbardziej odpowiadającą wymogom nowej ery. Przed laty (w „Socjologii polityki” 1999) dodałem do tej typologii czwarty rodzaj legitymizacji – oparcie jej na trwałym sukcesie.
Władza w dzisiejszej Polsce pozuje na silną, ale nią nie jest. Nie jest dlatego, że brakuje jej wszystkich tych warunków, które w nowoczesnym społeczeństwie zapewniają władzy społeczną legitymizację. Wodzem rządzącego ugrupowania jest polityk, który nigdy nie cieszył się wielką osobistą popularnością, a tym bardziej ową „charyzmą” wodzowską, o której pisał Weber odwołując się do greckiego pojęcia „boskiego daru”. Przez pewien czas na rzecz rządzących przemawiały udane posunięcia społeczno-ekonomiczne, którym sprzyjała świetna koniunktura światowa, co dawało pozór sukcesu.
Roztrwaniany zasób
To już przeszłość, gdyż wkroczyliśmy w bardzo trudny czas ekonomicznej recesji. Zarazem widoczna stała się nieudolność aparatu państwowego, który nie przygotował nas na czas epidemii i zbyt długo to zagrożenie lekceważył, co podważyło wiarę w to, że ster spraw publicznych znajduje się w dobrym ręku.
Na rzecz legitymizacji władzy działać więc może jedynie jej legalizm – przekonanie obywateli, że rządzą nimi ci, którzy mają do tego prawo, gdyż wygrali wybory w uczciwy, zgodny z konstytucją i dobrymi obyczajami sposób. Obecnie jednak mamy do czynienia ze zdumiewającym zjawiskiem. Rządzący bez oczywistej potrzeby roztrwaniają ten ostatni zasób legitymizacji. Gdy wprowadzono drakońskie ograniczenia gromadzenia się obywateli, jasne było, że normalna kampania wyborcza staje się niemożliwa, a w konsekwencji pojawia się niczym nie usprawiedliwiona dysproporcja między sytuacją kandydata, który jako urzędujący prezydent dysponuje wszystkimi środkami prezentowania się obywatelom, a jego rywalami. Już wtedy – to znaczy w połowie marca – należało więc odłożyć wybory przez wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, z którym bezspornie – ale tyko faktycznie, nie zaś prawnie – mamy do czynienia.
Zamiast tego rozpoczęto dziwaczną grę ze zmienianą w ostatniej chwili ordynacją wyborczą. Gdy piszę te słowa, nie jest jeszcze przesadzone, co stanie się z pokraczną ustawą o powszechnym głosowaniu korespondencyjnym. Mam nadzieję, że Sejmowi nie uda się uchwalić jej ponownie, jeśli Senat ją odrzuci, lub odrzucić poprawki Senatu, jeśli się one pojawią. Wyraźne są rozdźwięki w Zjednoczonej Prawicy, a Jarosław Gowin podjął własną grę polityczną, która może ten obóz kosztować przegranie sprawy wyborów za pośrednictwem poczty. Taka porażka obozu rządzącego byłaby pierwszym krokiem do zmiany układu władzy, co nie jest jeszcze przesądzone, ale z czym trzeba się liczyć. W każdym jednak razie taktyka Prawa i Sprawiedliwości spowodowała, że partia ta nie może już liczyć na odnowienie mandatu w drodze demokratycznych, przez nikogo nie kwestionowanych wyborów. Z własnej woli (lub raczej z woli jej wodza, któremu nie odważają się sprzeciwić premier i inni dostojnicy) obóz rządzący pozbawił się legitymizacji tak niezbędnej zawsze, ale szczególnie w ciężkich czasach. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć.
Rubikon autorytaryzmu
Kryzys legitymizacji władzy będzie się pogłębiał tak długo, jak długo PiS będzie rządził. Ugrupowanie to przekroczyło swój Rubikon i mogłoby się cofnąć tylko w jeden sposób: wymawiając posłuszeństwo Jarosławowi Kaczyńskiemu, co jest mało prawdopodobne, gdyż elita tego ugrupowania jest to takiego buntu organicznie niezdolna. Czeka nas więc trudny okres, w którym autorytarna władza funkcjonować będzie przy coraz słabszej legitymizacji. Oznacza to konieczność zaostrzania represji wobec niepokornych.
Tu jednak czyha pułapka. Im władza jest mniej popularna, tym trudniej jej stosować skuteczne represje. W samym aparacie państwa narasta bowiem niepewność co do dalszych losów, a w niezadowolonej części społeczeństwa – nastrój buntu. To niebezpieczna mieszanka. Starsi pamiętają lekcję kryzysów z lat PRL, młodsi mogą tę lekcję odrobić na własnej skórze.
Jednoznacznie i przekonująco
Opozycja powinna być przygotowana na nadciągające burze. W tej chwili tego przygotowania nie widzę. Sam sprzeciw wobec antydemokratycznych posunięć PiS nie wystarczy, choć jest uzasadniony i konieczny. Jaką jednak opozycja ma koncepcję na najbliższe miesiące? Czy – jeśli wybory miałyby jednak odbyć się w maju – ma zamiar je zbojkotować? Czy – jeśli wybory zostaną odłożone – nadal będzie upierać się przy kilku kandydaturach i kampanii, w której więcej jest sporu w łonie opozycji niż wspólnej walki o odsunięcie PiS od władzy? Czy pokaże, że czegoś się nauczyła z zeszłorocznych wyborów sejmowych, wygranych przez Zjednoczoną Prawicę tylko dlatego, że demokratyczna opozycja zafundowała nam luksus wybierania między trzema listami, które łącznie otrzymały prawie milionową przewagę nad Zjednoczoną Prawicą? Czas najwyższy, by przywódcy opozycji jednoznacznie i przekonująco powiedzieli, jak wyobrażają sobie odsunięcie od władzy partii, której dalsze rządy prowadzą do tak wielkiego kryzysu politycznego, jakiego w naszym kraju nie było od zmiany ustroju.
Słaba a zarazem autorytarna władza jest zagrożeniem dla Polski. Już teraz opozycja powinna stworzyć i pokazać mądry i przekonujący program pozytywny, dla realizacji którego będzie ubiegać się o demokratyczny mandat. Od tego, czy się na to zdobędzie, zależy, jaka Polska wyłoni się z czasu zarazy.
Potrzebny jest więc nowy „okrągły stół” całej opozycji. Powinien on składać się z dwóch członów: stałej komisji wspólnej partii opozycyjnych oraz paru zespołów ekspertów mających za zadanie przygotowanie programu działań gospodarczych i społecznych, reformy ochrony zdrowia, naprawy edukacji oraz wymiaru sprawiedliwości. Myślę, że to właśnie lewica powinna wyjść z tego typu inicjatywą. Inicjatywą, której celem jest danie Polsce autentycznie silnej, bo kompetentnej i demokratycznej, władzy.