O przyszłości Hongkongu

Oczywiste jest, że wprowadzenie zasady „patriotów rządzących Hongkongiem” nie oznacza, że wszystkie partie opozycyjne zostaną wykluczone. Nie można stawiać znaku równości między partiami opozycyjnymi a elementami antychińskimi dążącymi do chaosu w mieście – z Ambasadorem Chińskiej Republiki Ludowej Liu Guangyuanem rozmawiają Piotr Gadzinowski, Tadeusz T. Jasiński i Małgorzata Kulbaczewska-Figat.

Panie Ambasadorze! W opublikowanym niedawno artykule przedstawia Pan poprawki do ordynacji wyborczej w Specjalnym Regionie Administracyjnym Hongkong twierdząc, że mają one na celu jedynie likwidacji luk prawnych i powstrzymanie przeciwników Chin przed wywoływaniem zamieszek. Przed wykorzystaniem tych niedociągnięć do partykularnych celów. Czy proponowane zmiany nie spowodują wykluczenia partii opozycyjnych z systemu wyborczy w Hongkongu? Czy po proponowanych zmianach ich przedstawiciele nadal będą mogli kandydować do Rady Legislacyjnej?
W ostatnich latach wszelkiego rodzaju niepokoje społeczne w Hongkongu pokazały, że istnieją luki i niedociągnięcia w obecnym systemie wyborczym Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong (SRAHK). To pozwala pragnącym chaosu w mieście przeciwnikom Chin, dzięki uczestnictwu w wyborach, przenikać w struktury zarządzania miastem. Stwarza im to możliwość do działania zagrażającego bezpieczeństwu narodowemu.
Nigdy jednak nie jest za późno na poprawę systemu. Celem proponowanego usprawnienia systemu wyborczego SRAHK jest zbudowanie silnych barier ochronnych i pełne wdrożenie zasady „patriotów rządzących Hongkongiem”. Wykluczenie z instytucji rządzących miastem osób o poglądach antychińskich, których celem jest wprowadzanie chaosu w Hongkongu. Zagwarantowanie, że prawa do zarządzania Hongkongiem znajdą się w rękach Patriotów.
Oczywiste jest, że wprowadzenie zasady „patriotów rządzących Hongkongiem” nie oznacza, że wszystkie partie opozycyjne zostaną wykluczone. Nie można stawiać znaku równości między partiami opozycyjnymi a elementami antychińskimi dążącymi do chaosu w mieście.
Dyskusja, prezentowanie różnych, często przeciwstawnych opinii jest istotą demokratycznej polityki Hongkongu. Przeciwnicy Chin nie szanują dyskusji. Pod płaszczykiem demokracji bez skrupułów podżegają do przemocy, wykorzystują demokratyczne procedury by nikczemnie paraliżować prace Rady Legislacyjnej. Nieustannie przekraczają granice wyznaczone przez doktrynę „jeden kraj, dwa systemy”, otwarcie głoszą sprzeczne z nią hasła „niepodległego Hongkongu”. Wraz z obcymi siłami prowadzą intensywne działania prowadzące do zamętu i zrujnowania gospodarczego Hongkongu. A to poważnie podważa porządek konstytucyjny i praworządność w SRAHK. Takie właśnie antychińskie grupy chcemy wykluczyć.
W różnorodnej opozycji w SRAHK są miejscowi patrioci, którzy w przyszłości dalej będą mogli kandydować, być wybranymi do władz. Zgodnie z prawem wyborczym. Nie dyskryminujące kandydatów ze względu na posiadanie różnych poglądów politycznych. Ale granicą wyznaczoną przez prawo jest zakaz działań zagrażających narodowej suwerenności i bezpieczeństwu Regionu oraz dobrobytowi i stabilności mieszkańcow Hongkongu.
Kilka razy podkreśla Pan konieczność wprowadzenia zasady „patriotów u władzy w Hongkongu”, Dlaczego jest ona aż tak ważna? Jak można zdefiniować „patriotę Hongkongu”? Co ona oznacza w praktyce politycznej, w zrządzaniu Regionem?
Patriotyzm nie oznacza jedynie naturalnej miłości do ojczyzny, Zawierają się w nim również obowiązki obywateli wobec niej. Spoglądając na cały świat, na sytuację w jakimkolwiek kraju, patriotyzm jawi się jako podstawowy element etyki politycznej, którym muszą kierować się urzędnicy i kandydaci do sprawowania urzędów publicznych. Tak właśnie jest w Polsce, jest tak również w Hongkongu oraz w Chinach.
Jeśli urzędnik hongkoński nie jest patriotą narodowym, to czy można mówić o jego miłości do Hongkongu? Miłość do Hongkongu i do całego kraju są uczuciami całkowicie tożsamymi. Tylko „patrioci rządzący Hongkongiem” zapewnią, że realizacja doktryny „jeden kraj, dwa systemy” nie zostanie wypaczona ani zdeformowana. Będzie możliwa ochrona porządku konstytucyjnego ustanowionego w Konstytucji i Ustawie Zasadniczej . A w Hongkongu zapanuje na wiele lat pokój i dobrobyt, a miasto będzie cieszyć się stabilnością.
„Patrioci rządzący Hongkongiem” nie są nową koncepcją, ani nowym sformułowaniem. Już w 1984 roku Deng Xiaoping wyraźnie stwierdził, iż: „Hongkong musi być zarządzany przez ludzi pochodzących z Hongkongu, wśród których patrioci muszą być dominujący. Wyznacznikiem patrioty jest szacunek dla własnego narodu, szczere wspieranie ojczyzny w odzyskaniu miana suwerena w Hongkongu i nieczynienie szkody dla dobrobytu i stabilności Hongkongu.”
Powyższy standard nadal obowiązuje. Patrioci muszą chronić narodowej suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych, Muszą szanować i bronić podstawowego systemu państwowego oraz porządku konstytucyjny SRAHK. I muszą także dołożyć wszelkich starań, aby utrzymać dobrobyt i stabilność Hongkongu. Standard ten nie może być nazwany wygórowanym, jest to najbardziej podstawowy poziom – powszechnie stosowany na całym świecie.
W zeszłym roku została uchwalona i weszła w życie hongkońska ustawa o bezpieczeństwie narodowym, teraz zapadła decyzja o zmianach w hongkońskim systemie wyborczym. To powoduje krytykę polityków z innych państw , zaniepokojonych, że system demokratyczny w Hongkongu ulega erozji?
Są to obawy na wyrost. Poznawszy historię Hongkongu, można przekonać się, że Hongkong tak naprawdę rozpoczął proces demokratyzacji dopiero po powrocie do ojczyzny.
Przez ponad 150 lat brytyjskich rządów kolonialnych nie było tam demokracji. Wszyscy gubernatorzy Hongkongu byli mianowani przez królową Wielkiej Brytanii, a członkowie Rady Legislacyjnej przez gubernatora. Nie było wśród nich ani jednej osoby wybranej przez mieszkańców Hongkongu.
W ciągu dwudziestu czterech lat od powrotu miasta do ojczyzny nie było na świecie nikogo, kto przykładałby większa wagę do rozwoju demokracji w Hongkongu i kto bardziej, niż chiński rząd centralny ,pragnąłby, aby to miasto charakteryzowały dobrobyt i stabilność.
Jak powiedziałem wcześniej, celem ulepszenia systemu wyborczego SRAHK jest zapobieganie przenikanie działaczy antychińskich, wprowadzających chaos w mieście, w struktury zarządzania Hongkongu. Takie osoby nadużywają słowa demokracja, aby agresywnie i bezmyślnie deptać sprawiedliwość, sumienie, praworządność i prawość. Stoją po przeciwnej stronie demokracji.
Osoby te będą usuwane z instytucji zarządzających miastem właśnie po to, aby bronić demokracji Hongkongu oraz lepiej chronić ogólne i podstawowe interesy mieszkańców tego miasta.
Pragnę również podkreślić, że każdy suwerenny kraj ma prawo tworzenia i ulepszania swojego systemu wyborczego zgodnie z aktualnymi potrzebami.
Izba Reprezentantów Stanów Zjednoczonych na początku marca również uchwaliła projekt ustawy o zmianie prawa wyborczego, dlaczego więc Chiny są ofiarami oszczerstw i ataków, gdy inni robią to samo? Niektóre kraje zachodnie nazywają uczestników zamieszek w Hongkongu „bojownikami o demokrację”. Dlaczego więc uważają osoby, które zaatakowały Kapitol za bandytów? Niektórzy amerykańscy politycy nazywają akty przemocy w Hongkongu „pięknymi scenami”. Jak więc mogą głośno się sprzeciwiać podobnym scenom dziejącym się na ich własnym podwórku i karać sprawców tej przemocy? Tego rodzaju jawne stosowanie podwójnych standardów jest po prostu skandaliczne.
W wielu krajach zachodnich można też usłyszeć opinie, że obecna polityka rządu Chin w Hongkongu spowoduje upadek fundamentalnej dla autonomii Hongkongu doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Jaka jest Pana opinia w tej sprawie?
Jest to czysty nonsens, a jego powodem jest całkowicie błędna interpretacja prawdziwego znaczenie doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Interpretacja ta nie pozwala poprawnie zrozumieć relacji między „jednym krajem” a „dwoma systemami”.
„Jeden kraj” i „dwa systemy” tworzą związek taki jak między źródłem a nurtem, „Jeden kraj” jest przesłanką i podstawą istnienia „dwóch systemów”. Czy „dwa systemy” mogłyby istnieć bez „jednego kraju”?
Wysoki stopień autonomii, jaką cieszy się Hongkong w ramach „dwóch systemów”, wynika z upoważnienia nadanego przez rząd centralny, a jego źródłem jest „jeden kraj”. Osoby działające przeciwko Chinom oraz mające na celu sianie zamętu w Hongkongu tworzyły podziały, wywoływały zamieszki i opowiadały się za „niepodległością Hongkongu”. A to poważnie zagroziło bezpieczeństwu narodowemu i uderzyło w granice wyznaczone przez doktrynę „jeden kraj, dwa systemy”.
Chronimy bezpieczeństwa narodowego i ulepszamy system wyborczy w Hongkongu właśnie po to, aby utrzymywać i chronić tę doktrynę oraz aby zapewnić że realizacja tej doktryny w Hongkongu od początku do końca podąża we właściwym kierunku.
„Jeden kraj, dwa systemy” jest wielkim pionierskim przedsięwzięciem Chin. Działania zgodne z polityką „jeden kraj, dwa systemy” i szerokie wsparcie dla jej praktycznej realizacji są zgodne z interesami mieszkańców Hongkongu. Odpowiadają faktycznym potrzebom zapewniającym trwały dobrobyt i stabilność w tym mieście oraz są zgodne z podstawowymi interesami kraju i ze wspólnymi życzeniami obywateli. Chińska determinacja, by w pełni i dokładnie wdrażać politykę „jeden kraj, dwa systemy” pozostaje niezachwiana.
Ministrowie spraw zagranicznych państw grupy G7 wraz z wysokim przedstawicielem Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej wydali oświadczenie w sprawie uchwalenia przez Stały Komitet OZPL (Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych) „Decyzji w sprawie poprawy systemu wyborczego w Specjalnym Regionie Administracyjnym Hongkong”. Jaka była Pańska reakcja na to oświadczenie?
Decyzja podjęta przez OZPL dotycząca optymalizacji systemu wyborczego SRAHK to znaczący krok w kierunku umocnienia i ulepszenia działania doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Jej zadaniem jest zapewnienie Hongkongowi trwałego spokoju, dobrobytu i stabilności oraz ochrony narodowej suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych. Jest ona całkowicie uzasadniona, zgodna z Konstytucją i obowiązującym prawem, niezbędna i podjęta w odpowiednim czasie. Żaden kraj nie ma prawa wygłaszać na jej temat bezpodstawnych uwag. Oświadczenie wydane przez wspomniane przez Pana kraje i organy wypacza rzeczywistość, myli prawdę i fałsz, jest bezpodstawne i pozbawione wszelkiej logiki. To rażąca ingerencja w sprawy wewnętrzne Chin, której nie możemy tolerować.
Należy zauważyć, iż na 46. Posiedzeniu Rady Praw Człowieka ONZ, 71 krajów przyjęło wspólne oświadczenie, a ponad 20 krajów indywidualnie poparło stanowisko i środki Chin w kwestiach związanych z Hongkongiem oraz sprzeciwiło się ingerencji innych krajów w sprawy Hongkongu i spraw wewnętrznych Chin. Jest to głos sprawiedliwości społeczności międzynarodowej, który świadczy o jej zdolności do dokonania trzeźwej oceny sytuacji.
Niedawno we wspólnej akcji zainicjowanej przez ludzi i organizacje z różnych środowisk w Hongkongu ponad 2,38 miliona jego obywateli poparło i podpisało wspierając decyzję OZPL o optymalizacji systemu wyborczego w Hongkongu. Odzwierciedla to wspólne dla całego narodu chińskiego, nie wyłączając naszych rodaków z Hongkongu, aspiracje. Wzywam niektóre państwa do głębszego zrozumienia i szacunku dla innych krajów i narodów, do odłożenia na bok arogancji i uprzedzeń oraz do naprawienia swych wad takich jak protekcjonalność i chęć dominacji.
W krytykowanej „Decyzji” znalazł się też zapis o restrukturyzacji i zwiększeniu uprawnień Komitetu Wyborczego Specjalnego Regionu Autonomicznego Hongkong oraz powołaniu komisji ds. oceny kandydatów. Jakie są przyczyny tych zmian? Czy nie sądzi Pan, że zmniejszy to pluralizm polityczny w Hongkongu?
Droga ku korzyściom, to podążanie z duchem czasu. Kluczem do poprawy systemu wyborczego jest usprawnienie i optymalizacja działania Komitetu Wyborczego reprezentującego szerokie rzesze obywateli, A także nadanie mu nowych funkcji aby zapewnić „patriotom rządzącym Hongkongiem” optymalny system. Aby podążać z duchem czasu tworząc system wyborów demokratycznych odpowiadający aktualnej sytuacji Hongkongu oraz odzwierciedlający interesy całego społeczeństwa,. Trzeba również poszerzać zrównoważony i uporządkowany udział polityczny przedstawicieli wszystkich grup społecznych. Przyniesie to bardzo wiele korzyści i żadnej szkody dla różnorodności w polityce Hongkongu.
Po przeprowadzeniu reformy z 1200 do 1500 wzrośnie liczba członków Komitetu Wyborczego, który składa się z przedstawicieli różnych sektorów i warstw społecznych. Pozwoli to na szerszą reprezentację interesów wszystkich grup społeczeństwa Hongkongu. Komitet Wyborczy wybiera część członków Rady Legislacyjnej i uczestniczy w nominowaniu kandydatów do niej. Pomoże to w przełamaniu ograniczeń stworzonych przez grupy interesów. Umożliwi Radzie Legislacyjnej lepsze reprezentowanie ogólnych interesów społeczeństwa Hongkongu.
Komitet Wyborczy wybiera zarówno szefa administracji, jak i część członków Rady Legislacyjnej. To pozwoli na ich wybór częściowo przez tych samych wyborców, umożliwiając płynną komunikację między władzą wykonawczą a władzą ustawodawczą. Umożliwi też władzom SRAHK rządzenie zgodnie z prawem tak, aby zwiększyć efektywność zarządzania przez rząd regionalny.
Cel powołania komisji ds. oceny kandydatów jest jasny – wykluczenie ze struktury administracji SRAHK osób, które stają w opozycji do Chin i sieją zamęt w Hongkongu. Zapewnienie, że stanowisko szefa administracji, członków Rady Legislacyjnej i Komitetu Wyborczej zajmują prawdziwi patrioci.
Nie stoi to w sprzeczności z przysługującymi mieszkańcom Hongkongu prawami, w tym czynnym i biernym prawem wyborczym. Dopiero, gdy zażegnane zostanie niebezpieczeństwo wywoływanych przez antychińskie jednostki gwałtownych, antysystemowych działań, społeczeństwo Hongkongu będzie mogło odzywać się wieloma głosami.
Polskę i Hongkong łączą bliskie kontakty biznesowe, co sprawia, że przywiązujemy dużą wagę do przyszłego rozwoju tego Regionu. Jak,według Pana, będzie wyglądać przyszłość Hongkongu,? Czy dalej będzie cieszył się zainteresowanie świata, jako prestiżowe, międzynarodowe centrum finansowe, transportowe i handlowe?
Prawość w polityce niesie harmonię, a harmonia – prosperitę. Wraz z wprowadzeniem przepisów zawartych w Ustawie o bezpieczeństwie narodowym SRAHK, powrócił jego porządek społeczny, ponownie kwitnie rozwój gospodarczy, a zaufanie inwestorów stale rośnie.
W ubiegłym roku napływ kapitału do Hongkongu wyniósł 50 mld dolarów, rekordowy poziom osiągnął zysk sektora bankowego, a hongkońska giełda zajęła drugie na świecie miejsce pod względem wartości pierwszych ofert publicznych (IPO). W styczniu tego roku łączna kapitalizacja rynkowa spółek notowanych na giełdzie osiągnęła rekordową wysokość 50 bln HKD. Wzrósł także znacząco odsetek firm optymistycznie nastawionych do otoczenia biznesowego w Hongkongu. W opublikowanym kilka dni temu raporcie „Global Financial Center Index”, Hongkong przesunął się oczko w górę, zajmując czwarte miejsce na świecie.
Jestem głęboko przekonany, że chiński rząd centralny w odpowiednim czasie wprowadził niezbędne poprawki do systemu wyborczego SRAHK, co zapewni gwarancję pełnego wdrożenia zasady „patrioci rządzą Hongkongiem”, która pozwoli na trwałą i stabilną realizację doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Warunki polityczne, gospodarcze, społeczne i biznesowe w Hongkongu muszą ulegać stałej poprawie, a status Hongkongu, jako centrum finansów, transportu i handlu, musi być wzmacniany. Hongkong podążać będzie ścieżką trwałego i stabilnego rozwoju i dobrobytu, dzięki czemu przyszłość Hongkongu rysuje się w różowych barwach.

Księga Wyjścia (73)

Ballada o początku i końcu demokracji.

Zazwyczaj jest tak, gdy jakaś agencja wysyła mnie do odległych krain, dowiaduję się o tym na samym końcu. Tak było z Kaukazem, Afryką, a teraz doszła Grecja. Szybkie załatwienie formalności, badań, szukanie kontaktów na miejscu, dotychczas udawało się w ostatnim momencie.
Podczas tych wędrówek poznaję dziennikarzy i reporterów ze wszystkich stron świata. Każdy z poznanych również. A że przemieszczamy się ciagle, non stop do tego internacjonalnego zawodowego grona dołącza ktoś nowy. W końcu ktoś wpadł, że możemy dzielić się informacjami. Tak powstała prywatna agencja informacyjna.
Nie ma na świecie miejsca, w którym kogoś od nas nie pojechałby. Mam wiec bieżący dostęp do informacji z Hiszpanii, Francji czy Republiki Arcachu. Teraz, gdy w Grecji zaczęło dziać się naprawdę źle, zadzwonili do mnie czy mam czas i mógłbym tam polecieć. Byłem najbliżej i miałem najlepszy transport, przez Amsterdam.
Takich rzeczy jak wyjazd, wylot – zwykle dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Momentalnie porobiłem wszystkie testy i gdyby czytacie ten felieton, ja już obserwuje upadek zachodniej demokracji w miejscu, którym powstała. Skrzywienia jej nie mają nic wspólnego z założeniami filozofów, przypominają bardziej kościół katolicki w Polsce, który powołując się na życie i naukę Jezusa robi zupełnie coś odwrotnego.
Wierni natomiast udają ze tego nie widzą, kapłani udają że go naśladują, a biznes się kręci. Do czasu. Z demokracją jest podobnie. Wielki krzyk o władzy i swobodach obywateli, a tak naprawdę garstka uprzywilejowanych cwaniaków kręciła swoje – niemałe – lody.
Rządzi kasa, korporacje, a zarówno demokracja jak i uczestnictwo w życiu kościoła ogranicza się do samego statystycznego istnienia i oddawania części swoich dochodów, tym, którzy nie mają już jej gdzie upychać. Społeczeństwo zadowolone, bo w swej ułudzie przekonane o swej wolności poglądów i wypowiedzi czy wyznania i wszystko się kręci. Przynajmniej kręciło. Czas schyłku chyba właśnie nadchodzi. Okazało się, że państwa są nie tyle z dykty, ale nawę tektura jest od nich mocniejsza. Grecja, która żyła głównie z turystyki, ludzie mieli kwatery, knajpki, oprowadzali turystów i handlowali na bazarkach – zostali na lodzie, a jedyne co oferuje im państwo, to policyjna pałka. Żadnej pomocy, żadnej alternatywy.
Po co więc państwo, po cholerę komu administracja od niczego? Kilka razy wrzucałem na FB informacje, ale lud mieszkający miedzy Bugiem,na Odrą i Nysą jest bardzo zazdrosny uważa, że pałka polskiego policjanta jest znacznie gorsza niż francuskiego. Zostałem, w mediach społecznościowych, okrzyknięty pisolubem. To co teraz napiszę, narazi mnie na jeszcze większy hejt.
Prolajfowi aktywiści zorientowali się, że to co robią ich przeciwnicy nie jest takie złe i sami zaczęli zamalowywać swoje bilbordy. Zwracają wtedy na nie uwagę ludzi, którzy nawet nie zauważyliby tych haseł i obrazków. Trzeba przyznać, że szybko się uczą. Próbowałem przekonać, że przez dziesiątki lat ludzie przywykli do wszelkiego rodzaju reklam i bilbordów, ich siła przekazu nie jest wielka.
A gdy ochlapiemy farbą, oni wtedy robią awanturę – i wygrywają. Niestety, nie udało mi się przekonać walecznej młodzieży. Sam, gdy wiele lat temu robiłem jakąś kampanię wyborczą, zrywałem lub niszczyłem własne plakaty, czym zwracałem uwagę ludzi, którzy w innym przypadku przeszliby obojętnie.
Znacznie lepiej byłoby, gdyby zamiast chlapać farbą, robić różowe plamy, ustawić pod tymi bilbordami – których naprawdę nikt, poza zainteresowanymi nie widzi – ustawić na ziemi znicze i wbić tabliczkę: „Ku pamięci kobiety, która zmarła podczas porodu.
Płód, też był martwy.” Bardziej daje po wyobraźni i zupełnie odwraca uwagę od tego co wyżej. Właśnie przyszedł mi wynik badania Covid PCR, zatoki już mnie bolą od ciągłych wymazów – przed każdą podróżą, a niekiedy i po przylocie pchali mi te specjalne patyki do nosa, po których bolą zatoki.
Czekałem z lekkim napięciem, ale po raz kolejny wynik negatywny. Czyli lecę. O świcie Amsterdam, a potem Ateny. Dzisiaj, gdy piszę felieton, w Atenach jest potężna demonstracja. Szkoda, że nie zdążyłem załapać się na nią. Obiecano mi jednak nagrania, mam jednak nadzieję, że podczas pobytu będę miał okazję uczestnictwa w jakimś społecznym proteście.

Bigos tygodniowy

Jak donoszą, pożal się boże minister kultury Gliński odwołał dotychczasowego dyrektora Filmoteki Narodowej za dołączenie do przeglądu filmów o tematyce kobiecej filmów o przemocy domowej i o wibratorach. Nie zmienia to faktu, że żaden „niezłomny” wibratora nie zastąpi. Odwołany dyrektor był z „Dobrej Zmiany” i powołany też jest z „Dobrej Zmiany”, tylko  z konkurencyjnej sitwy. Użycie wibratorów w wojnie kaczystów z kaczystam to niebezpieczna eskalacja konfliktu.


Poza tym jednak nie ma nic do śmiechu. Protesty Ogólnopolskiego Strajku Kobiet ( niestety niepokojąco mniej liczne niż jesienią zeszłego roku) zostały brutalnie zaatakowane przez policję. Po raz kolejny przypomniały o polskich zbrodniarzach zza biurka i ich poplecznikach, Zaplutych Karłach Reakcji, którzy swoimi barbarzyńskimi „prawami” zastosowali wobec kobiet tortury i narażają je na zagrożenie życia przez wymuszanie donaszania chorych, gnijących płodów. Narodowy Przymus Rodzenia trupów trwa.


Wyrok sądu w Płocku, uniewinniający oskarżone (m.in. Elżbietę Podleśną) w sprawie o „obrazę uczuć religijnych” czyli o rozlepianie wizerunków Matki Boskiej w Tęczowej Aureoli rozwścieczył prawactwo i klechów. Zawyli, że wyrok (nieprawomocny) był „skandaliczny” i „zachęcający do takich czynów”, a „sąd stanął po stronie bluźnierstwa”. Oskarżone z wyroku się ucieszyły i pochwaliły sąd, że taki rozumny i sprawiedliwy. Rozumiem zainteresowane, lecz nie podzielam ich entuzjazmu. Mój opór wzbudziło na przykład uzasadnienie sądu, który na korzyść oskarżonych powołał się na to, że niektórzy katolicy nie uznali wizerunku Matki Boskiej Tęczowej za obrażający ich uczucia religijne. To postawienie sprawy na głowie, bo wolność słowa nie może być zawisła od tego czy słowo kogoś obraża czy nie. Istota sprawy jest bowiem w tym, że w cywilizowanym kraju takie procesy w ogóle nie powinny mieć miejsca, bo artykuł 196 kodeksu karnego, to archaiczny, średniowieczny rodem absurd, prawne wyposażenie cenzuralne fanatyków religijnych, które powinno zniknąć z kodeksu karnego. Prawo karne nie powinno bronić czci postaci fikcyjnych, bo takie prawo jest groteskowym horrendum. To nie powinno w ogóle być przedmiotem obejmowanym przez prawo karne. Bigos tygodniowy jest za nieograniczonym prawem do obrażania uczuć zarówno religijnych jak i niereligijnych. Obrażajmy się, ile dusza zapragnie! Z całego serca! Niech żyje wolność! Warto odnotować, że biskupi diecezji płockiej, przyjęli wyrok sądu z ”bólem i smutkiem”.


Ksiądz Bortkiewicz, który jest za „doprecyzowaniem i wzmocnieniem” artykułu 196 kodeksu karnego powiedział, że szalet, to do nalepienia wizerunku Matki Boskiej miejsce „niegodne”. Moim zdaniem co najmniej równie godne jak zakrystia.


Tego samego dnia, w którym zapadł wyrok w Płocku, grupa lewicowej młodzieży stanęła nieopodal Sejmu trzymając w dłoniach ów inkryminowany wizerunek Tęczowej Matki Boskiej. Natychmiast zostali spisani przez policjantów, którzy oświadczyli, że to „na wypadek, gdyby ktoś zgłosił obrazę uczuć religijnych”. Czy nie klerykalny terror bez granic?


Kolejne ataki katocenzury. Godek Kaja zbiera podpisy pod petycją żądającą od Rady Miasta Lublina wycofania się z finansowania tutejszej Galerii Labirynt za to, że zorganizowała wystawę „Nie będziesz szła sama”, o Ogólnopolskim Strajku Kobiet. Z kolei Ordo Iuris prześladuje Nergala i doprowadziło do wznowienia przez prokuraturę postępowania przeciw niemu w sprawie „obrazy uczuć religijnych”. „Jestem jednym z rosnącej rzeszy Polaków, którzy mają dość kato-talibowego reżimu, bo tak trzeba to nazwać. Wpisuję się w szeroki i silny prąd antyreligijny, antyklerykalny, którego częścią są m.in. strajki kobiet. Akcje Kościoła w Polsce tracą w tempie lawinowym i nie ukrywam euforii, jaką z tego powodu odczuwam” – powiedział Nergal, nawiązując do „narastającego w Polsce fundamentalizmu”. Dodał, że „wierzy, że pewnego dnia Polska stanie się sekularnym krajem, w którym nie będzie większości religijnej dyskryminującej mniejszości, dyktującej jak mamy żyć i musztrującej obywateli”. A tymczasem prokuratura zażądała „zabezpieczenia” komputerów i telefonów Nergala, jakby chodziło o groźnego mordercę czy ciężkiego przestępcę gospodarczego, a chodzi tylko o „obrazę” orzełka polskiego.


Równolegle do katocenzury narasta intensywność karmienia biznesów Rydzyka przez Skarb Państwa. Forsę dały Rydzykowi cztery ministerstwa, w tym Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Rolnictwa. Z kolei okazuje się, że w Wielkopolsce większe pieniądze idą na finansowanie religii w szkole niż na obywatelskie budżety.


Na lewicowe „ukąszenie” młodego pokolenia prawolski publicysta Maciejewski proponuje następujące lekarstwa „wsparcie harcerstwa, wzmocnienie Wojsk Obrony Terytorialnej i produkcję IPN-owskich filmów o „wyklętych”. Czekam na rezultaty.


Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stwierdził, że sądy polskie mają prawo oceniać, czy decyzje Krajowej Rady Sądownictwa są zgodne z prawem Unii Europejskiej, a kolejne nowelizacje ustaw sądowych MOGĄ naruszać prawo tejże. Za miękko jak na PiS. Media już donoszą, że Mateo został zobowiązany do wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej, aby orzekł, że przepisy polskiej Konstytucji są ważniejsze niż przepisy unijne. Nie bardzo wiadomo, na co komu taki wyrok, chyba że chodzi o pokazanie ludowi pisowskiemu, że żadne „obce” trybunały nie będą nam mówić, jak mamy się rządzić.


Pandemia trwa w najlepsze, tymczasem Narodowy Program Szczepień kuleje, ale jak się zdaje nie tylko dlatego, że zachodni kontrahenci ociągają się z dostawami szczepionek. Niedawno opinia publiczna dowiedziała się z ust pąsowych niejakiego Dworczyka Michała, że po raz kolejny zmianie ulega harmonogram szczepień. Z niejasnych powodów grupa obywateli 70 plus wypadła z harmonogramu na marzec i została zepchnięta gdzieś poza termin szczepień nauczycieli akademickich, którzy do pracy w formule stacjonarnej mają wrócić dopiero jesienią oraz termin szczepienia służb mundurowych. Dziwne to tym bardziej, że epidemiolodzy wzywają do szczepienia grup najbardziej zagrożonych ciężkim przebiegiem choroby, a nawet zgonem czyli osób 60 plus. Ciekawe, dlaczego rządzący nie słuchają ekspertów, a nawet nie czują potrzeby żeby wyjaśnić publice, dlaczego takie a nie inne decyzje podejmują?


„Polska jest ostatnią ostoją reżimu katolickiego, który na mocy paragrafu 196 oskarża obywateli o bluźnierstwo” (Nergal)

Na początku były slajdy

Polskie elity polityczne to grupy rekonstrukcyjne. Proponujące nam jedynie bliższą, lub dalszą przeszłość.

Spór o powieść „W pustyni i w puszczy” trafnie odzwierciedla stan intelektualny polskich elit politycznych. Kiedy poseł Lewicy Maciej Grula zauważył, że przesycona rasizmem powieść powinna być wykreślona z listy szkolnych lektur, lub krytycznie omawiana w liceum, natychmiast zaprotestowali narodowo- katoliccy politycy.
Pan wiceminister oświaty Tomasz Rzymkowski oddał hołd powieści, bo jako „dzieło Noblisty wychowało pokolenia Polaków”. Nie dodał, że to nie ta powieść zdecydowała o przyznaniu Sienkiewiczowi literackiego Nobla. Ani, że wychowała i nadal wychowuje tysiące Polaków w fałszywie postrzeganiu Afryki i jej mieszkańców. Jako dziki kontynent zamieszkały przez tych, którzy „właśnie zeszli z drzewa”.
Nic dziwnego, że tak wychowany narodowy katolik popada w depresję kiedy ma czarnoskórego szefa lub trafia do którejś z wielu afrykańskich metropolii przerastających nowoczesnością polskie miasta.
Ach gdzież są niegdysiejsze śniegi…
Rządzący dziś narodowo- katoliccy kaczyści pragną nowej Polski na obraz i podobieństwo II Rzeczpospolitej. Tej sanacyjnej, z końca lat trzydziestych. Polski pułkowników – piłsudczyków flirtujących z narodowymi, faszyzującymi radykałami. Marzących o Polsce mocarstwowej, zmodernizowanej, przemysłowej, z silnym ośrodkiem władzy. Podobnej do Włoch Mussoliniego.
Stąd recydywa idei „Trójmorza” i polskiego przywództwa w tej części Europy. Ambitne plany rozwoju narodowego przemysłu pokazywane na slajdach pana premiera Morawieckiego. Nawiązujących do rzeczywistych i zmitologizowanych osiągnięć II RP.
I tak Centralny Port Komunikacyjny ma być „Gdynią IV RP”. Zjednoczony koncern Polska Grupa Zbrojeniowa – Centralnym Okręgiem Przemysłowym. A koleje szybkich prędkości – przedwojenną „Luxtorpedą”. Zaś największym komplementem dla polityka PiS jest stwierdznie, że „łączy on tradycje Dmowskiego i Piłsudskiego”.
To nieważne, że prawdziwa „Luxtorpeda” była jedynie niewielkim, luksusowym autobusem szynowym dostępnym dla najbogatszych. Że ambicje przewodzenia Trójmorzu deklaruje ekipa, która nie potrafi udźwignąć intelektualnie problemu segregacji śmieci. Ważne by kolejne narodowa prezentacja kolejnego Narodowego Ładu znów wyglądała efektownie.
Skoro Staś Tarkowski przebył pustynie i puszcze aby ocalić reprezentująca zachodnią Europę małą Nell i nie wyrzekł się wiary ojców, pomimo gróźb dzikiego Mahdiego, to wychowany na takich powieściach pan premier Morawiecki też nam „pokrzepienia serc” nie poskąpi.
Niestety również największa partia opozycyjna, Koalicja Obywatelska, jest partią „przeszłości”.Choć nie tak odległej jak PiS.
Gdybyśmy chcieli zrekonstruować ich Polskę po upadku rządów PiS, to mielibyśmy powrót do „małej stabilizacji” za rządów Donalda Tuska. Do zrewitalizowanej, zliberalizowanej obyczajowo polityki „ciepłej wody w kranie”. Z wyczekiwanym powrotem Donalda Tuska z Brukseli, jak niegdyś generała Władysława Andersa z Londynu.
Również odrodzona politycznie, odmłodzona lewicowa elita nie ma jeszcze całościowej wizji swej nowej Polski. V Rzeczpospolitej. Demokratycznej i sprawiedliwej społecznie.
To prawda, że często już słyszymy z lewicowych ust o tym jak nie powinno być, stale widzimy reprezentantów lewicy na licznych protestach, ale zachęcającej alternatywy dla IV Rzeczpospolitej nadal nie ma.
Koniec La Belle Époque
Ta ciągle pamiętana, nadal idealizowana pierwsza „piękna epoka”, trwała od końca wojny prusko-francuskiej w 1871 roku do wybuchu wojny światowej. Uważana jest za okres postępu, spokoju i bogacenia się Europy. Życie stawało się wtedy łatwiejsze, a wiara w niekończący się dobrobyt i postęp wydawała się niezachwianą.
Kolejna „piękna epoka” zaczęła się w Europie i zachodniej Ameryce po zakończeniu „zimnej wojny” i upadku Związku Radzieckiego. Polska tym razem miala pragmatyczne elity polityczne. Po stronie ówczesnej władzy i opozycji. Efektem tamtego pragmatyzmu był „Okrągły Stół” w roku 1989 roku i pokojowa transformacja ustroju politycznego. Transformacja gospodarcza była już bardziej brutalna społecznie, ale patrząc z perspektywy trzydziestu lat, jej saldo jest dodatnie.
Gospodarka polska została zmodernizowana, choć musi się teraz borykać ze swą peryferyjnością i barierami średniego rozwoju.
Zgodnym wysiłkiem wszystkich elit politycznych Polska wybiła się na członkostwo w Unii Europejskiej i przynależność do NATO.
I zaraz potem nastąpiła „La Belle Époque” polskiego politycznego nieróbstwa intelektualnego.
Krajowe liberalne i lewicowe elity uznały, że nie potrzeba dalej myśleć, projektować przyszłość, skoro i tak płyniemy w głównym światowym nurcie.
Po co reformować ustrój polityczny III Rzeczpospolitej skoro wystarczy, że zimplantujemy normy europejskie. Przebierzemy się w europejskie szaty i zniknie to „państwo z dykty”
Po co tworzyć własną politykę bezpieczeństwa, skoro mamy od tego NATO? Zaprosimy wojska amerykańskie i rozlokujemy je w poradzieckich bazach.
Po co tworzyć przemysł z polską specyfiką skoro „kapitał nie ma Ojczyzny”, „wzrost gospodarczy sprawia, że wszystkim łódką rośnie woda pod kilem”, a najlepszym gospodarzem jest „niewidzialna ręka wolnego rynku”.
Nawet kaczystowska negacja III RP i zapowiedź „dobrej Zmiany” nie zakończyła trwającego od trzydziestu lat dobrobytu. Bo radykalny projekt IV RP zrealizowano w połowie. Zburzono i zdegenerowano władzę sądowniczą oraz parlamentarną. Ale nie stworzono ich totalitarnych alternatyw. Rządy elit PiS nie wzmocniły państwa polskiego, jak zapowiadały, zrujnowały jedynie kilka jego filarów.
Pandemia ujawniła słabości państwa polskiego, i wszystkich innych też. Nietrudno dziś prorokować, że opanowanie pandemii będzie początkiem nowej, globalnej epoki.
Zbiegnie się pewnie z nową „zimną wojną” między USA i Chinami, w najlepszym razie nowym „chłodnym pokojem”. Z nową odbudową ekonomiczną i nową integracją Unii Europejskiej. Może też i jej dezintegracją.
Z nowym geopolitycznym miejscem Rosji. Za słabej już na globalne super mocarstwo, za silnej jeszcze na regionalnego mocarza.
Zapewne kiedy wyjdziemy już z domowych kwarantann, z pracy „zdalnej”, czyli chałupnictwa, trzeba będzie, korzystając z pandemicznym doświadczeń, zredefiniować podstawowe pojęcia postępu, dobrobytu i szczęścia.
Pracy, czasu pracy, czasu po pracy, wieku systemu emerytalnego. I wielu innych.
Wszystko trzeba będzie przemyśleć na nowo. Zmienić niejedo. Od Konstytucji po system butelek zwrotnych.
A tymczasem polskie elity polityczne zastygły w okopach „pustyni i w puszczy”.

Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.

Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.

Pilnie potrzebny Józef Tejchma

W trwającym i niekończącym się społecznym konflikcie rozwiązanie jest banalnie proste.

Powszechna opinia twierdzi, że w zaistniałej sytuacji rządzący PiS – obarczony licznymi grzechami z pandemią, kryzysem klimatycznym, konfliktem z UE na tle nieprzestrzegania prawa, obciążony problemami z opieką zdrowotną, edukacją, LGBT, nadto długą rozgrywką polityczną skutkującą tzw. rekonstrukcją rządu wraz z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, nowymi kłopotami z rolnikami i wewnętrzną, powstałą opozycją, a na pewno z nieuniknionym jeszcze starciem na wyższych uczelniach – nie wie co robić dalej i miota się od ściany do ściany. I trudno się dziwić, gdy z własnej inicjatywy otworzyła tak liczne pola konfrontacji, na których by i szachowi arcymistrzowie polegli. Pogróżki prezesa nie zachęciły do obrony propagandowo atakowanego Kościoła, a przede wszystkim nie były żadną propozycją rozwiązania konfliktu. Władza PiS nie odważa się jednak na ostrą konfrontację, bo wie czym ona pachnieć i grozić może. Nikt jakoś nie chce rozganiać manifestantów, Policja na ogół zachowuje się przyzwoicie (być może do czasu, gdy „góra” nie każe inaczej) pałując głownie pseudokibiców i narodowców, Ziobro straszy ośmioma latami więzienia co też na nikim nie robi wrażenia, podobnie jak ewentualna policyjna godzina. Na odmianę Morawiecki nawołuje do rozmów rządu nie wiedzieć z kim i właściwie po co, gdyż na transparentach powszechne jest żądanie jego () odejścia.
W tym zaskakującym momencie
pogubiły się zupełnie gwiazdy, jak to już nie raz bywało, liberalnego dziennikarstwa. Gadomski w tekście „Koniec karnawału, nadchodzi post” („GW”, 5.10.2020) obarcza rząd wzrostem podatków, „bo za hojne benefity socjalne trzeba zapłacić”, nie chcąc jak zawsze zrozumieć, że poza polityczną grą rządzących było tu jeszcze dużo ważniejsze, społeczne oczekiwanie na różnego rodzaju pomoc ze strony państwa. Natomiast w „Newsweeku” (2-8.11.2020) Lis pisze o rewolucji naszych dzieci, które zaczęły krzyczeć, zapominając, że to jego pokolenie, urzeczone post-solidarnościową wizją Polski nawet nie miauknęło gdy wielki kubeł nieprawości i krzywd wylewał się na ludzi w III RP.
Tym razem „Onet”, a nie tak często mu się to zdarza, pogłębił temat : „O ile obecnie rządzący traktowani są jako agresorzy, wtrącający się w ich życie, to opozycję 45+ widzą jako współwinowajców obecnego stanu rzeczy. Źródeł zła upatrują w ostatnich dekadach, a nie w ostatnich dniach czy nawet tylko w okresie rządów PiS.” Prostym wiec sposobem wyjaśnia się wstrzemięźliwość młodzieży w stosunku do innych partii i ich programów, również do poprzednich protestów organizowanych przez rożne obywatelskie komitety zachowujące jednak lojalnościowe postawy wobec wyobrażonych kanonów III RP. To nadejście młodych, tak długo oczekiwane – głownie odważnych dziewcząt i młodych kobiet, przyjmujących kluczowe hasła wolności i sprawiedliwości, wyrażane w lapidarnym, czytelnym języku – prowadzi do kolejnych form protestu i dalej idących żądań. Do rozwiązania konfliktu jeszcze daleko, nie da się go zahamować bądź przetrzymać apelami czy też zakazami manifestacji z powodu pandemii. Zresztą naukowcy raczej nie wiążą wzrostu zakażeń z tymi publicznymi zachowaniami. Lawina po prostu ruszyła.
Niektórzy natomiast snują
bezpodstawne, historyczne paralele miedzy obecną sytuacją, a czasami Polski Ludowej, żadną miarą nie pojmując zasadniczych różnic dzielących te historyczne okresy, nawet jeśli byłe protesty oraz obrazy i zachowania niektórych przedstawicieli tamtej władzy do dzisiejszych są zbliżone. Może czynią to z braku podstawowej wiedzy, pozornego i uproszczonego podobieństwa zdarzeń, piszą aby raz jeszcze obrzydzać tamten czas, być może jako ostrzeżenie przeciw narastającym lewicowym, progresywnym, antyklerykalnym poglądom i hasłom rzucanym przez młodych. A może by już nie ratować tamtych swoich szkodliwych decyzji, a tylko nadszarpniętą poważnie opinię. Janusz Lewandowski (minister przekształceń własnościowych w 1991, 1992–1993 roku) w tekście „Rządy PiS, czyli PRL-bis” („GW”, 25.09.2020) nie chce przyjąć do wiadomości, że celem tzw. komunistów była od samego początku realizacja wielkich programów społecznych przeobrażeń oraz, bardziej lub mniej udany, w różnych okresach, rozwój i modernizacja kraju. Natomiast obecnych rządzących charakteryzuje powrót do zamierzchłej przeszłości z czasów II RP i wszechogarniająca dążność do utrzymani władzy za każdą cenę, płaconą zresztą z publicznych pieniędzy.
Piotr Pacewicz i Magdalena Chrzczonowicz w komentarzu „Oświadczenie Kaczyńskiego. Groźna histeria zagrożonego satrapy, któremu marzy się przemoc” mogliby sobie darować zestawienie ostatniej wypowiedzi Kaczyńskiego z wystąpieniem Jaruzelskiego w dniu 13 grudnia 1981 roku. Jak na dotychczasowy poziom OKO.press to ta wypowiedź przypomina raczej szkolną gazetkę z czasów ZMP, bądź niektóre publikacje katolickich mediów. Porównanie zagrożonego dziś podobno polskiego kościoła, nawet tylko z formalnego niejako powodu podobieństwa wypowiedzi, z ówczesną realną interwencją ZSRR w Polsce i jej dalszymi, możliwymi, tragicznymi skutkami postawiło historyczne fakty na głowie, a być może i samych autorów tego równoważnika.
„Analogie mogą wydawać się tylko emocjonalnymi skojarzeniami. [tłumaczą się – Z.T.] Ale jest w nich coś więcej, odsłaniają korpus przekazu satrapów całego świata, którzy w obliczu zagrożenia swej władzy próbują zaklinać rzeczywistość fałszywymi diagnozami i sięgać po przemoc jako narzędzie uprawiania polityki.” Porównanie Jaruzelskiego do innych satrapów, bez koniecznego kontekstu tamtego położenia Polski i dziejących się wówczas wydarzeń, jest nie tylko obrazą jego postawy i osoby, ale po prostu najzwyklejszą propagandową manipulacją. Nadto dowodem na krotką pamięć o tym co stało się na Węgrzech w 1956 roku, także z ich przywódcami Imre Nogy’m i Pál Maléter’m. A wydawało, że OKO.press stać na poważne analizy i odpowiedzialne słowa.
Jeżeli już koniecznie ktoś szuka analogii do okresu PRL, to znajdzie ją bliżej w grudniu 1970 roku. Na telewizyjnych zapisach brak wystąpień Władysława Gomułki, a zachowało się jedynie ogłoszenie godziny milicyjnej przez ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza.
Częstym porównywaniem Gomułki do Jarosława Kaczyńskiego przeczą jednak, w odróżnieniu od drugiego, liczne, ważne i powszechnie znane dokonania tego pierwszego dla Polski.
Potwierdza to szerzej nieznany dokument,
który pojawił się w sieci wzbudzając nie tylko zainteresowanie, ale przypominając jak powinni rozmawiać odlegli od siebie ludzie władzy. Działo się to w Polsce, w 1960 roku, a interlokutorami byli Pan X i Pan Y (tak w spisanej z nagrania czterogodzinnej rozmowie występują) czyli I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka i prymas Polski Stefan Wyszyński. Fragment:
Y – „Ja bym chciał panu sekretarzowi powiedzieć takie sprawy, które według mojego rozumienia są dla nas obydwóch wspólne i na tym odcinku my obydwaj jednakowo myślimy, tak mi się przynajmniej wydaje. Będą to rzeczy jak najbardziej generalne dla naszej sytuacji wewnętrznej, sytuacji Polski, na płaszczyźnie międzynarodowej, w jakiej Polska jest obecnie, no i sytuacji wewnętrznej… I wreszcie na tym tle tych pewnych faktów…można by już mówić o pewnych szczegółach, które tak czy ina­czej układają sytuację Kościoła w Polsce. Gdy idzie już o takie dro­biazgi, które oczywista mają dla nas olbrzymie znacznie, a o których mówiliśmy przed dwoma laty…”
X – „…Mimo iż szereg stwierdzeń należy bezwarunkowo, zda­niem moim, uznać za pozytywne z naszego punktu widzenia, to jed­nak wydaje mi się, iż na wiele rzeczy, na wiele spraw patrzymy ina­czej. Nawet na te sprawy, które ksiądz prymas zaliczył do kategorii jakby wspólnych, jednolitych państwu, czy partii, i Kościołowi…”
Oczywiście w toku dalszej wymiany poglądów okazują się one bardziej lub mniej odmienne, ale ten cytat służy przypomnieniu, że Jarosławowi Kaczyńskiemu nigdy nie było po drodze toczyć takich dysput z osobą prezentującą inny obraz politycznego porządku. Zastępował je, obrzucaniem opozycji i odmiennie myślących, stekiem wyzwisk nie tylko z sejmowej trybuny. Internauta dodaje: „To przykład rozmowy dwu wybitnych Polaków i polityków.  U obu dominuje odpowiedzialność i troska za kraj. Na tym tle dzisiejsi polityczni geszefciarze i oszuści jeszcze bardziej maleją. Niestety, przyszło nam żyć w świecie karzełków politycznych, różnych cwaniaczków i zwykłych złodziei.”
Tak jak dziś, gdy w obozie władzy runął mit wielkiego stratega, który stracił zdolność celnej diagnozy, tak w grudniu 1970 roku upadł mit zasług i prestiżu I sekretarza KC PZPR. Józef Tejchma, wtedy młody sekretarz KC i członek Biura Politycznego, typowany na następcę, pierwszy powiedział Władysławowi Gomułce, że musi odejść.
Kto dziś z kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości zdobędzie się na odwagę i wypowiedzenie takich słów Jarosławowi Kaczyńskiemu? A może ktoś jeszcze odsłoni skrzętnie ukrywaną tajemnicę smoleńskiej tragedii i szczególną w niej jej rolę Kaczyńskiego, co stało się założycielskim, odrodzeniowym mitem PiS.
Nie ma lepszego
rozwiązania konfliktu i przeciwdziałania, być może społecznemu pożarowi, a na pewno tysiącom nowych covidowych grobów. W bardzo liczącej mierze przyczyną tego stanu rzeczy są rozliczne błędy, zaniechania, sprzeczne bądź spóźnione decyzje rządzącego PiS, określone również interesem politycznym. Wiarygodność odbierają mu stale zmieniające się opinie i zarządzenia podejmowane bez koniecznego uprzedzenia obywateli (nie mamy już coronawirusa – mamy wielki wzrost chorych, metody liczenia chorych, zmiany dotyczące rodzaju testów, odrzucenie niemieckiej oferty pomocy, żołnierze do pilnowania lekarzy), spóźniona i chaotyczna budowa nowych szpitali, powszechny brak tlenu dla chorych oraz miejsc w kostnicach dla zmarłych. Także fakt, że bardzo uzdolniony i pracowity dziewiętnastolatek swoimi prognozami przebiegu pandemii wyręcza i ratuje rządowe instytucje.
Żądania zasadniczej odnowy naszego politycznego życia nie zahamują: nowy pseudo-pomysł Gowina, wprowadzenie stanu wyjątkowego zamieni się w taką samą farsę, jak obecny zakaz gromadzenia się więcej niż pięciu osób, ostrzeżenie manifestujących zarazą i zastraszanie lockdownem też nie pomogą, zbawcą nie okaże się Ziobro nieakceptowany przez zakon PiS. Możecie żreć się panowie ze Zjednoczonej Prawicy we własnym gronie i na publicznym widoku, ale jedyną szansą jest cofnięcie nieodpowiedzialnej politycznej decyzji Kaczyńskiego i tzw. Trybunału konstytucyjnego. Czym szybciej tym dla wszystkich lepiej.
Czas kończyć ten chocholi, polityczny taniec
dopełniony ostatnio zakupem 322 samochodów (w tym 14 luksusowych limuzyn) dla administracji rządowej, okraszony zamówieniem wykwintnych wędlin, włoskiej szynki, jagnięciny, kruchej wołowiny, sarniny, przepiórczych jaj i innych przysmaków dla polityków i urzędników kancelarii premiera. Te decyzje, obnażające prawdziwe oblicze władzy przy rosnących stanach krytycznych tysięcy osób, nie znajdujących miejsca w szpitalach, podgrzewają kolejne, głębokie oburzanie obywateli. I koszmarne dane – Polska wśród krajów świata z najwyższą liczbą nowych zakażeń.
Słupek politycznej akceptacji będzie coraz mniejszy, a drugi wskazujący poziom wody coraz wyższy. Pospieszcie się panowie w PiS dla dobra Polski, ale i swojego osobistego interesu, bowiem niedługo orkiestra może przestać grać.

Kryzys państwa czy kryzys Prawa i Sprawiedliwości?

Nasze państwo znajduje się w stanie ostrego kryzysu, którego bezpośrednią przyczyną jest pandemia COVID-19, ale którego głębsze przyczyny tkwią głębiej. Oczywistym przejawem tego kryzysu jest załamywanie się służby zdrowia pod naporem – przyznaję nieoczekiwanego – ataku epidemii. Rządzący pocieszają siebie i nas argumentem, że gdzie indziej nie jest lepiej, ale ten argument ma ograniczoną skuteczność.

Niechętnie mówi się na przykład o tym, że w Szwecji czy Norwegii, gdzie służba zdrowia od dawna znacznie lepiej funkcjonuje niż u nas, skutki epidemii są bez porównania mniej dotkliwe, także dla gospodarki.
Epidemia rozkłada nie tylko służbę zdrowia, ale także gospodarkę i oświatę. Jej skutki będą nam towarzyszyły przez wiele lat. Całkowicie uzasadnione jest więc pytanie o odpowiedzialności rządzących – tych obecnych, ale także ich poprzedników.
Dziś oczywiste jest, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zmarnował kilka letnich miesięcy, gdy epidemia osłabła i gdy był czas, by przygotować kraj do jej nawrotu. Zamiast tego mieliśmy uspakajające wypowiedzi premiera Morawieckiego o tym, że epidemia już nie stanowi niebezpieczeństwa, więc powinniśmy wszyscy (a zwłaszcza seniorzy, na głosy których PiS liczył bardziej niż na młodych) ochoczo podążyć do urn. Poprzednie kierownictwo Ministerstwa Zdrowia bardziej zajmowało się podejrzanymi transakcjami z udziałem zaprzyjaźnionych osobników niż przygotowaniem szpitali do czekających je zadań.
Kryzys odsłonił podstawową słabość polskiej służby zdrowia: brak kadr lekarskich i pielęgniarskich. Polska pod tym względem znajduje się w ogonie państw europejskich, a kolejne rządy ten narastający problem odsuwały na bok. Istotą tego problemu jest drastyczne niedofinansowanie służby zdrowia i – w konsekwencji – rażąco niskie płace młodych lekarzy i pielęgniarek. Gdy lekarze protestowali przeciw drastycznie niskim placom, niemądra posłanka PiS wykrzykiwała, że „mogą wyjechać”, a wcześniej marszałek Sejmu z ramienia PiS demagogicznie wołał „pokaż lekarzu, co masz w garażu”. Dysproporcje zarobkowe stały się szczególnie rażące w ostatnich latach, gdy rząd PiS bardzo wysoko opłacał ludzie sobie bliskich – nawet bez szczególnie wysokich kwalifikacji. Więc niech się dziś ich szefowie nie dziwią, że lekarze wyjechali. W okresie Polski Ludowej mieliśmy jeden z najlepszych wskaźników liczby lekarzy i pielęgniarek w stosunku do liczby mieszkańców. Dziś brzmi to jak bajka.
W 1997 roku Jacek Żochowski – najlepszy, moim zdaniem, minister zdrowia demokratycznej Polski – domagał się ustalenia składki zdrowotnej na poziomie 11 procent. Zmarł kilka dni przed wyborami, które oddały władzę AWS, a ta składkę zdrowotną ustanowiła na znacznie niższym poziomie, czego niestety nie poprawiły także rząd SLD w latach 2001-2005 i rządy Platformy Obywatelskiej i PSL w latach 2007-2015. Oszczędzanie na służbie zdrowia teraz wychodzi nam bokiem – także w postaci ekonomicznych konsekwencji takiej polityki.
Płacimy też za ograniczanie liczby studentów medycyny. Jest to wciąż kierunek, na który zgłasza się znacznie więcej kandydatów niż miejsc. Oczywistą rzeczą jest, że powinniśmy na te studia kierować znacznie większe środki. By jednak nie prowadziło to po prostu do kształcenia kadr na eksport, konieczna jest radykalna poprawa warunków płacy młodych lekarzy i pielęgniarek.
Rząd PiS odpowiada za ten stan rzeczy gdyż miał i zmarnował pięć lat doskonałej koniunktury w gospodarce światowej. Czy jednak wyborcy zdecydują się wyciągnąć z tego wnioski?
O tym dowiemy się dopiero za trzy lata (lub wcześniej, jeśli pod presją kryzysu nastąpią przyśpieszone wybory). Już teraz jednak widać przejawy kryzysu w samym obozie władzy.
Pierwszym takim objawem było – jak się okazuje przejściowe – załamanie rządzącej koalicji. Zalatano go za ceną ustępstw, zwłaszcza wobec Porozumienia, którego szef Jarosław Gowin triumfalnie wrócił do rządu jako wicepremier i minister rozwoju gospodarczego, przy okazji upokarzając dotkliwie byłą minister, dla której własna kariera była ważniejsza niż partyjna lojalność. Konflikty wewnątrz koalicji zostały jednak jedynie odłożone w czasie. Będą wracały.
Drugim objawem kryzysu jest nagłe pogorszenie relacji miedzy „Solidarnością” i rządem, a tym samym także kierownictwem PiS. Głośno protestując przeciw nominacji Gowina „Solidarność” wycofała swych przedstawicieli w Rady Dialogu Społecznego i zagroziła, że już nie zagłosuję na PiS.
Trzeci kryzys partia rządząca zafundowała sobie na własne życzenie niespodziewanie i bez przygotowania forsując ustawą o ochronie zwierząt w wersji, która boleśnie godzi w interesy hodowców. Kosztuje ją to utratę poparcia wsi i bunt we własnych szeregach, gdyż dwudziesty posłów i senatorów odmówiło poparcia kontrowersyjnej ustawy. Trudno zrozumieć, jak do tego doszło. Co tak nagle przypiliło Jarosława Kaczyńskiego rzucającego swój osobisty autorytet na szalę w tej trudnej i skomplikowanej sprawie? Czym innym przecież są budzące szacunek intencje, a czym innym zimna kalkulacja politycznych i ekonomicznych realiów.
Podobnie ma się sprawa z czwartym elementem kryzysu: nagłym zaostrzeniem starego sporu o ustawę antyaborcyjną. Nikt rozsądny nie uwierzy, że złożony w większości z mianowańców partii rządzącej Trybunał Konstytucyjny sam z siebie zdecydował się drastycznie ograniczyć możliwość przerwania ciąży – i to w sytuacji, gdy niesie ona za sobą konieczność urodzenia ciężko upośledzonego a nawet skazanego na cierpienia i rychłą śmierć płodu. Wiadomo, że w Polsce nie ma poparcia dla zaostrzania ustawy – i tak najbardziej restrykcyjnej w Europie (poza Maltą). Decyzja Trybunału już skutkuje masowymi protestami i zaostrzoną krytyką ze strony Unii Europejskiej. Nie jest to krok kupujący rządzącym poparcie, gdyż nawet wśród wyborców PiS przeważają przeciwnicy zaostrzenia ustawy. Więc o co tu idzie?
Istnieją dwie – nie wykluczające się wzajemnie – hipotezy wyjaśniające te zdumiewające posunięcia obozu rządzącego.
Według pierwszej, jest to przygotowywanie się na nieuchronną klęskę wyborczą i na oddanie władzy. W tych warunkach ogromnie ważne jest zbudowanie zwartej ideologicznie, wręcz fanatycznej, armii politycznej, która miałaby siłę by przetrwać złe czasy i kiedyś powrócić do władzy. To tłumaczyłoby zaostrzanie restrykcji antyaborcyjnych, ale nie wyjaśniałoby ryzykownej gry w sprawie ochrony zwierząt – chyba ze stosunek do niej potraktuje się jako test osobistej lojalności wobec szefa partii rządzącej.
Drugie wyjaśnienie ma charakter psychologiczny. Jarosław Kaczyński starzeje się i zapewne ma przed oczyma zbliżający się kres kariery politycznej. Chciałby więc, póki jeszcze może, przeforsować takie zmiany, które odpowiadają jego przekonaniom. Po ludzku jest to zrozumiałe, ale politycznie może okazać się samobójcze.
Ceną płaconą przez Polskę za rządy Prawa i Sprawiedliwości jest pogłębianie się i przedłużanie kryzysu państwa. Wyście z niego wymagałoby odważnej i patriotycznej decyzji, jaką byłoby powołanie kompetentnego, pozapartyjnego rządu fachowców i wyposażenie go w prawo do podejmowania kluczowych decyzji z upoważnienia Sejmu i Senaty, ale – przez czas kryzysu – bez ich doraźnych ingerencji. Nie jestem jednak aż takim optymistą, by sądzić, że Jarosław Kaczyński i jego akolici postawią interes państwa ponad własnym interesem partyjnym i osobistym. Czekają nas więc trudne czasy.
Tym większego znaczenia nabiera sprawa strategii politycznej lewicy. Musi ona jak najszybciej wyraźnie określić, jaką drogą chce doprowadzić do zmiany obecnej sytuacji. Tu nie wystarczą same protesty – skąd inąd jak najbardziej potrzebne. Tu potrzebna jest jasna i przekonująca strategia – w tym zwłaszcza określenie z kim i na jakich warunkach zamierzamy doprowadzić do zmiany rządów i jaki program chcemy realizować, gdy powstaną po temu warunki polityczne.

O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

List otwarty PPS do ludzi pracy Republiki Białoruskiej

Członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej solidaryzują się z Wami w walce o demokrację.
Potępiamy wszelkie formy przemocy, naruszanie praw człowieka i obywatela. Wasz sprzeciw wobec korupcji politycznej, arogancji reżimu i opresyjnego aparatu przemocy jest ze wszech miar słuszny.
Wzywamy wszystkie siły prodemokratyczne w Polsce, Europie i na świecie do wspierania walki o demokrację narodu białoruskiego. Ostrzegamy przed ingerencją sił zewnętrznych, których celem byłoby ograniczenie suwerenności republiki. Uważamy, że to ludzie pracy są tą siłą sprawczą, która jest jedynym gwarantem demokratycznych przemian.
Na Białorusi pośród was żyją ludzie o polskich korzeniach a także obywatele Rzeczpospolitej Polskiej. Tylko w pełni demokratyczny ustrój Białorusi jest dla nich gwarantem ich praw, pozwala w pełni uczestniczyć w życiu społeczeństwa. W naszym kraju żyje wielu waszych rodaków. Oni także biorą udział w walce o praworządną Białoruś. Mają nasze pełne poparcie i pomoc.

Z socjalistycznym Pozdrowieniem Prezydium RN PPS