Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.

Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.

Pilnie potrzebny Józef Tejchma

W trwającym i niekończącym się społecznym konflikcie rozwiązanie jest banalnie proste.

Powszechna opinia twierdzi, że w zaistniałej sytuacji rządzący PiS – obarczony licznymi grzechami z pandemią, kryzysem klimatycznym, konfliktem z UE na tle nieprzestrzegania prawa, obciążony problemami z opieką zdrowotną, edukacją, LGBT, nadto długą rozgrywką polityczną skutkującą tzw. rekonstrukcją rządu wraz z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, nowymi kłopotami z rolnikami i wewnętrzną, powstałą opozycją, a na pewno z nieuniknionym jeszcze starciem na wyższych uczelniach – nie wie co robić dalej i miota się od ściany do ściany. I trudno się dziwić, gdy z własnej inicjatywy otworzyła tak liczne pola konfrontacji, na których by i szachowi arcymistrzowie polegli. Pogróżki prezesa nie zachęciły do obrony propagandowo atakowanego Kościoła, a przede wszystkim nie były żadną propozycją rozwiązania konfliktu. Władza PiS nie odważa się jednak na ostrą konfrontację, bo wie czym ona pachnieć i grozić może. Nikt jakoś nie chce rozganiać manifestantów, Policja na ogół zachowuje się przyzwoicie (być może do czasu, gdy „góra” nie każe inaczej) pałując głownie pseudokibiców i narodowców, Ziobro straszy ośmioma latami więzienia co też na nikim nie robi wrażenia, podobnie jak ewentualna policyjna godzina. Na odmianę Morawiecki nawołuje do rozmów rządu nie wiedzieć z kim i właściwie po co, gdyż na transparentach powszechne jest żądanie jego () odejścia.
W tym zaskakującym momencie
pogubiły się zupełnie gwiazdy, jak to już nie raz bywało, liberalnego dziennikarstwa. Gadomski w tekście „Koniec karnawału, nadchodzi post” („GW”, 5.10.2020) obarcza rząd wzrostem podatków, „bo za hojne benefity socjalne trzeba zapłacić”, nie chcąc jak zawsze zrozumieć, że poza polityczną grą rządzących było tu jeszcze dużo ważniejsze, społeczne oczekiwanie na różnego rodzaju pomoc ze strony państwa. Natomiast w „Newsweeku” (2-8.11.2020) Lis pisze o rewolucji naszych dzieci, które zaczęły krzyczeć, zapominając, że to jego pokolenie, urzeczone post-solidarnościową wizją Polski nawet nie miauknęło gdy wielki kubeł nieprawości i krzywd wylewał się na ludzi w III RP.
Tym razem „Onet”, a nie tak często mu się to zdarza, pogłębił temat : „O ile obecnie rządzący traktowani są jako agresorzy, wtrącający się w ich życie, to opozycję 45+ widzą jako współwinowajców obecnego stanu rzeczy. Źródeł zła upatrują w ostatnich dekadach, a nie w ostatnich dniach czy nawet tylko w okresie rządów PiS.” Prostym wiec sposobem wyjaśnia się wstrzemięźliwość młodzieży w stosunku do innych partii i ich programów, również do poprzednich protestów organizowanych przez rożne obywatelskie komitety zachowujące jednak lojalnościowe postawy wobec wyobrażonych kanonów III RP. To nadejście młodych, tak długo oczekiwane – głownie odważnych dziewcząt i młodych kobiet, przyjmujących kluczowe hasła wolności i sprawiedliwości, wyrażane w lapidarnym, czytelnym języku – prowadzi do kolejnych form protestu i dalej idących żądań. Do rozwiązania konfliktu jeszcze daleko, nie da się go zahamować bądź przetrzymać apelami czy też zakazami manifestacji z powodu pandemii. Zresztą naukowcy raczej nie wiążą wzrostu zakażeń z tymi publicznymi zachowaniami. Lawina po prostu ruszyła.
Niektórzy natomiast snują
bezpodstawne, historyczne paralele miedzy obecną sytuacją, a czasami Polski Ludowej, żadną miarą nie pojmując zasadniczych różnic dzielących te historyczne okresy, nawet jeśli byłe protesty oraz obrazy i zachowania niektórych przedstawicieli tamtej władzy do dzisiejszych są zbliżone. Może czynią to z braku podstawowej wiedzy, pozornego i uproszczonego podobieństwa zdarzeń, piszą aby raz jeszcze obrzydzać tamten czas, być może jako ostrzeżenie przeciw narastającym lewicowym, progresywnym, antyklerykalnym poglądom i hasłom rzucanym przez młodych. A może by już nie ratować tamtych swoich szkodliwych decyzji, a tylko nadszarpniętą poważnie opinię. Janusz Lewandowski (minister przekształceń własnościowych w 1991, 1992–1993 roku) w tekście „Rządy PiS, czyli PRL-bis” („GW”, 25.09.2020) nie chce przyjąć do wiadomości, że celem tzw. komunistów była od samego początku realizacja wielkich programów społecznych przeobrażeń oraz, bardziej lub mniej udany, w różnych okresach, rozwój i modernizacja kraju. Natomiast obecnych rządzących charakteryzuje powrót do zamierzchłej przeszłości z czasów II RP i wszechogarniająca dążność do utrzymani władzy za każdą cenę, płaconą zresztą z publicznych pieniędzy.
Piotr Pacewicz i Magdalena Chrzczonowicz w komentarzu „Oświadczenie Kaczyńskiego. Groźna histeria zagrożonego satrapy, któremu marzy się przemoc” mogliby sobie darować zestawienie ostatniej wypowiedzi Kaczyńskiego z wystąpieniem Jaruzelskiego w dniu 13 grudnia 1981 roku. Jak na dotychczasowy poziom OKO.press to ta wypowiedź przypomina raczej szkolną gazetkę z czasów ZMP, bądź niektóre publikacje katolickich mediów. Porównanie zagrożonego dziś podobno polskiego kościoła, nawet tylko z formalnego niejako powodu podobieństwa wypowiedzi, z ówczesną realną interwencją ZSRR w Polsce i jej dalszymi, możliwymi, tragicznymi skutkami postawiło historyczne fakty na głowie, a być może i samych autorów tego równoważnika.
„Analogie mogą wydawać się tylko emocjonalnymi skojarzeniami. [tłumaczą się – Z.T.] Ale jest w nich coś więcej, odsłaniają korpus przekazu satrapów całego świata, którzy w obliczu zagrożenia swej władzy próbują zaklinać rzeczywistość fałszywymi diagnozami i sięgać po przemoc jako narzędzie uprawiania polityki.” Porównanie Jaruzelskiego do innych satrapów, bez koniecznego kontekstu tamtego położenia Polski i dziejących się wówczas wydarzeń, jest nie tylko obrazą jego postawy i osoby, ale po prostu najzwyklejszą propagandową manipulacją. Nadto dowodem na krotką pamięć o tym co stało się na Węgrzech w 1956 roku, także z ich przywódcami Imre Nogy’m i Pál Maléter’m. A wydawało, że OKO.press stać na poważne analizy i odpowiedzialne słowa.
Jeżeli już koniecznie ktoś szuka analogii do okresu PRL, to znajdzie ją bliżej w grudniu 1970 roku. Na telewizyjnych zapisach brak wystąpień Władysława Gomułki, a zachowało się jedynie ogłoszenie godziny milicyjnej przez ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza.
Częstym porównywaniem Gomułki do Jarosława Kaczyńskiego przeczą jednak, w odróżnieniu od drugiego, liczne, ważne i powszechnie znane dokonania tego pierwszego dla Polski.
Potwierdza to szerzej nieznany dokument,
który pojawił się w sieci wzbudzając nie tylko zainteresowanie, ale przypominając jak powinni rozmawiać odlegli od siebie ludzie władzy. Działo się to w Polsce, w 1960 roku, a interlokutorami byli Pan X i Pan Y (tak w spisanej z nagrania czterogodzinnej rozmowie występują) czyli I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka i prymas Polski Stefan Wyszyński. Fragment:
Y – „Ja bym chciał panu sekretarzowi powiedzieć takie sprawy, które według mojego rozumienia są dla nas obydwóch wspólne i na tym odcinku my obydwaj jednakowo myślimy, tak mi się przynajmniej wydaje. Będą to rzeczy jak najbardziej generalne dla naszej sytuacji wewnętrznej, sytuacji Polski, na płaszczyźnie międzynarodowej, w jakiej Polska jest obecnie, no i sytuacji wewnętrznej… I wreszcie na tym tle tych pewnych faktów…można by już mówić o pewnych szczegółach, które tak czy ina­czej układają sytuację Kościoła w Polsce. Gdy idzie już o takie dro­biazgi, które oczywista mają dla nas olbrzymie znacznie, a o których mówiliśmy przed dwoma laty…”
X – „…Mimo iż szereg stwierdzeń należy bezwarunkowo, zda­niem moim, uznać za pozytywne z naszego punktu widzenia, to jed­nak wydaje mi się, iż na wiele rzeczy, na wiele spraw patrzymy ina­czej. Nawet na te sprawy, które ksiądz prymas zaliczył do kategorii jakby wspólnych, jednolitych państwu, czy partii, i Kościołowi…”
Oczywiście w toku dalszej wymiany poglądów okazują się one bardziej lub mniej odmienne, ale ten cytat służy przypomnieniu, że Jarosławowi Kaczyńskiemu nigdy nie było po drodze toczyć takich dysput z osobą prezentującą inny obraz politycznego porządku. Zastępował je, obrzucaniem opozycji i odmiennie myślących, stekiem wyzwisk nie tylko z sejmowej trybuny. Internauta dodaje: „To przykład rozmowy dwu wybitnych Polaków i polityków.  U obu dominuje odpowiedzialność i troska za kraj. Na tym tle dzisiejsi polityczni geszefciarze i oszuści jeszcze bardziej maleją. Niestety, przyszło nam żyć w świecie karzełków politycznych, różnych cwaniaczków i zwykłych złodziei.”
Tak jak dziś, gdy w obozie władzy runął mit wielkiego stratega, który stracił zdolność celnej diagnozy, tak w grudniu 1970 roku upadł mit zasług i prestiżu I sekretarza KC PZPR. Józef Tejchma, wtedy młody sekretarz KC i członek Biura Politycznego, typowany na następcę, pierwszy powiedział Władysławowi Gomułce, że musi odejść.
Kto dziś z kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości zdobędzie się na odwagę i wypowiedzenie takich słów Jarosławowi Kaczyńskiemu? A może ktoś jeszcze odsłoni skrzętnie ukrywaną tajemnicę smoleńskiej tragedii i szczególną w niej jej rolę Kaczyńskiego, co stało się założycielskim, odrodzeniowym mitem PiS.
Nie ma lepszego
rozwiązania konfliktu i przeciwdziałania, być może społecznemu pożarowi, a na pewno tysiącom nowych covidowych grobów. W bardzo liczącej mierze przyczyną tego stanu rzeczy są rozliczne błędy, zaniechania, sprzeczne bądź spóźnione decyzje rządzącego PiS, określone również interesem politycznym. Wiarygodność odbierają mu stale zmieniające się opinie i zarządzenia podejmowane bez koniecznego uprzedzenia obywateli (nie mamy już coronawirusa – mamy wielki wzrost chorych, metody liczenia chorych, zmiany dotyczące rodzaju testów, odrzucenie niemieckiej oferty pomocy, żołnierze do pilnowania lekarzy), spóźniona i chaotyczna budowa nowych szpitali, powszechny brak tlenu dla chorych oraz miejsc w kostnicach dla zmarłych. Także fakt, że bardzo uzdolniony i pracowity dziewiętnastolatek swoimi prognozami przebiegu pandemii wyręcza i ratuje rządowe instytucje.
Żądania zasadniczej odnowy naszego politycznego życia nie zahamują: nowy pseudo-pomysł Gowina, wprowadzenie stanu wyjątkowego zamieni się w taką samą farsę, jak obecny zakaz gromadzenia się więcej niż pięciu osób, ostrzeżenie manifestujących zarazą i zastraszanie lockdownem też nie pomogą, zbawcą nie okaże się Ziobro nieakceptowany przez zakon PiS. Możecie żreć się panowie ze Zjednoczonej Prawicy we własnym gronie i na publicznym widoku, ale jedyną szansą jest cofnięcie nieodpowiedzialnej politycznej decyzji Kaczyńskiego i tzw. Trybunału konstytucyjnego. Czym szybciej tym dla wszystkich lepiej.
Czas kończyć ten chocholi, polityczny taniec
dopełniony ostatnio zakupem 322 samochodów (w tym 14 luksusowych limuzyn) dla administracji rządowej, okraszony zamówieniem wykwintnych wędlin, włoskiej szynki, jagnięciny, kruchej wołowiny, sarniny, przepiórczych jaj i innych przysmaków dla polityków i urzędników kancelarii premiera. Te decyzje, obnażające prawdziwe oblicze władzy przy rosnących stanach krytycznych tysięcy osób, nie znajdujących miejsca w szpitalach, podgrzewają kolejne, głębokie oburzanie obywateli. I koszmarne dane – Polska wśród krajów świata z najwyższą liczbą nowych zakażeń.
Słupek politycznej akceptacji będzie coraz mniejszy, a drugi wskazujący poziom wody coraz wyższy. Pospieszcie się panowie w PiS dla dobra Polski, ale i swojego osobistego interesu, bowiem niedługo orkiestra może przestać grać.

Kryzys państwa czy kryzys Prawa i Sprawiedliwości?

Nasze państwo znajduje się w stanie ostrego kryzysu, którego bezpośrednią przyczyną jest pandemia COVID-19, ale którego głębsze przyczyny tkwią głębiej. Oczywistym przejawem tego kryzysu jest załamywanie się służby zdrowia pod naporem – przyznaję nieoczekiwanego – ataku epidemii. Rządzący pocieszają siebie i nas argumentem, że gdzie indziej nie jest lepiej, ale ten argument ma ograniczoną skuteczność.

Niechętnie mówi się na przykład o tym, że w Szwecji czy Norwegii, gdzie służba zdrowia od dawna znacznie lepiej funkcjonuje niż u nas, skutki epidemii są bez porównania mniej dotkliwe, także dla gospodarki.
Epidemia rozkłada nie tylko służbę zdrowia, ale także gospodarkę i oświatę. Jej skutki będą nam towarzyszyły przez wiele lat. Całkowicie uzasadnione jest więc pytanie o odpowiedzialności rządzących – tych obecnych, ale także ich poprzedników.
Dziś oczywiste jest, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zmarnował kilka letnich miesięcy, gdy epidemia osłabła i gdy był czas, by przygotować kraj do jej nawrotu. Zamiast tego mieliśmy uspakajające wypowiedzi premiera Morawieckiego o tym, że epidemia już nie stanowi niebezpieczeństwa, więc powinniśmy wszyscy (a zwłaszcza seniorzy, na głosy których PiS liczył bardziej niż na młodych) ochoczo podążyć do urn. Poprzednie kierownictwo Ministerstwa Zdrowia bardziej zajmowało się podejrzanymi transakcjami z udziałem zaprzyjaźnionych osobników niż przygotowaniem szpitali do czekających je zadań.
Kryzys odsłonił podstawową słabość polskiej służby zdrowia: brak kadr lekarskich i pielęgniarskich. Polska pod tym względem znajduje się w ogonie państw europejskich, a kolejne rządy ten narastający problem odsuwały na bok. Istotą tego problemu jest drastyczne niedofinansowanie służby zdrowia i – w konsekwencji – rażąco niskie płace młodych lekarzy i pielęgniarek. Gdy lekarze protestowali przeciw drastycznie niskim placom, niemądra posłanka PiS wykrzykiwała, że „mogą wyjechać”, a wcześniej marszałek Sejmu z ramienia PiS demagogicznie wołał „pokaż lekarzu, co masz w garażu”. Dysproporcje zarobkowe stały się szczególnie rażące w ostatnich latach, gdy rząd PiS bardzo wysoko opłacał ludzie sobie bliskich – nawet bez szczególnie wysokich kwalifikacji. Więc niech się dziś ich szefowie nie dziwią, że lekarze wyjechali. W okresie Polski Ludowej mieliśmy jeden z najlepszych wskaźników liczby lekarzy i pielęgniarek w stosunku do liczby mieszkańców. Dziś brzmi to jak bajka.
W 1997 roku Jacek Żochowski – najlepszy, moim zdaniem, minister zdrowia demokratycznej Polski – domagał się ustalenia składki zdrowotnej na poziomie 11 procent. Zmarł kilka dni przed wyborami, które oddały władzę AWS, a ta składkę zdrowotną ustanowiła na znacznie niższym poziomie, czego niestety nie poprawiły także rząd SLD w latach 2001-2005 i rządy Platformy Obywatelskiej i PSL w latach 2007-2015. Oszczędzanie na służbie zdrowia teraz wychodzi nam bokiem – także w postaci ekonomicznych konsekwencji takiej polityki.
Płacimy też za ograniczanie liczby studentów medycyny. Jest to wciąż kierunek, na który zgłasza się znacznie więcej kandydatów niż miejsc. Oczywistą rzeczą jest, że powinniśmy na te studia kierować znacznie większe środki. By jednak nie prowadziło to po prostu do kształcenia kadr na eksport, konieczna jest radykalna poprawa warunków płacy młodych lekarzy i pielęgniarek.
Rząd PiS odpowiada za ten stan rzeczy gdyż miał i zmarnował pięć lat doskonałej koniunktury w gospodarce światowej. Czy jednak wyborcy zdecydują się wyciągnąć z tego wnioski?
O tym dowiemy się dopiero za trzy lata (lub wcześniej, jeśli pod presją kryzysu nastąpią przyśpieszone wybory). Już teraz jednak widać przejawy kryzysu w samym obozie władzy.
Pierwszym takim objawem było – jak się okazuje przejściowe – załamanie rządzącej koalicji. Zalatano go za ceną ustępstw, zwłaszcza wobec Porozumienia, którego szef Jarosław Gowin triumfalnie wrócił do rządu jako wicepremier i minister rozwoju gospodarczego, przy okazji upokarzając dotkliwie byłą minister, dla której własna kariera była ważniejsza niż partyjna lojalność. Konflikty wewnątrz koalicji zostały jednak jedynie odłożone w czasie. Będą wracały.
Drugim objawem kryzysu jest nagłe pogorszenie relacji miedzy „Solidarnością” i rządem, a tym samym także kierownictwem PiS. Głośno protestując przeciw nominacji Gowina „Solidarność” wycofała swych przedstawicieli w Rady Dialogu Społecznego i zagroziła, że już nie zagłosuję na PiS.
Trzeci kryzys partia rządząca zafundowała sobie na własne życzenie niespodziewanie i bez przygotowania forsując ustawą o ochronie zwierząt w wersji, która boleśnie godzi w interesy hodowców. Kosztuje ją to utratę poparcia wsi i bunt we własnych szeregach, gdyż dwudziesty posłów i senatorów odmówiło poparcia kontrowersyjnej ustawy. Trudno zrozumieć, jak do tego doszło. Co tak nagle przypiliło Jarosława Kaczyńskiego rzucającego swój osobisty autorytet na szalę w tej trudnej i skomplikowanej sprawie? Czym innym przecież są budzące szacunek intencje, a czym innym zimna kalkulacja politycznych i ekonomicznych realiów.
Podobnie ma się sprawa z czwartym elementem kryzysu: nagłym zaostrzeniem starego sporu o ustawę antyaborcyjną. Nikt rozsądny nie uwierzy, że złożony w większości z mianowańców partii rządzącej Trybunał Konstytucyjny sam z siebie zdecydował się drastycznie ograniczyć możliwość przerwania ciąży – i to w sytuacji, gdy niesie ona za sobą konieczność urodzenia ciężko upośledzonego a nawet skazanego na cierpienia i rychłą śmierć płodu. Wiadomo, że w Polsce nie ma poparcia dla zaostrzania ustawy – i tak najbardziej restrykcyjnej w Europie (poza Maltą). Decyzja Trybunału już skutkuje masowymi protestami i zaostrzoną krytyką ze strony Unii Europejskiej. Nie jest to krok kupujący rządzącym poparcie, gdyż nawet wśród wyborców PiS przeważają przeciwnicy zaostrzenia ustawy. Więc o co tu idzie?
Istnieją dwie – nie wykluczające się wzajemnie – hipotezy wyjaśniające te zdumiewające posunięcia obozu rządzącego.
Według pierwszej, jest to przygotowywanie się na nieuchronną klęskę wyborczą i na oddanie władzy. W tych warunkach ogromnie ważne jest zbudowanie zwartej ideologicznie, wręcz fanatycznej, armii politycznej, która miałaby siłę by przetrwać złe czasy i kiedyś powrócić do władzy. To tłumaczyłoby zaostrzanie restrykcji antyaborcyjnych, ale nie wyjaśniałoby ryzykownej gry w sprawie ochrony zwierząt – chyba ze stosunek do niej potraktuje się jako test osobistej lojalności wobec szefa partii rządzącej.
Drugie wyjaśnienie ma charakter psychologiczny. Jarosław Kaczyński starzeje się i zapewne ma przed oczyma zbliżający się kres kariery politycznej. Chciałby więc, póki jeszcze może, przeforsować takie zmiany, które odpowiadają jego przekonaniom. Po ludzku jest to zrozumiałe, ale politycznie może okazać się samobójcze.
Ceną płaconą przez Polskę za rządy Prawa i Sprawiedliwości jest pogłębianie się i przedłużanie kryzysu państwa. Wyście z niego wymagałoby odważnej i patriotycznej decyzji, jaką byłoby powołanie kompetentnego, pozapartyjnego rządu fachowców i wyposażenie go w prawo do podejmowania kluczowych decyzji z upoważnienia Sejmu i Senaty, ale – przez czas kryzysu – bez ich doraźnych ingerencji. Nie jestem jednak aż takim optymistą, by sądzić, że Jarosław Kaczyński i jego akolici postawią interes państwa ponad własnym interesem partyjnym i osobistym. Czekają nas więc trudne czasy.
Tym większego znaczenia nabiera sprawa strategii politycznej lewicy. Musi ona jak najszybciej wyraźnie określić, jaką drogą chce doprowadzić do zmiany obecnej sytuacji. Tu nie wystarczą same protesty – skąd inąd jak najbardziej potrzebne. Tu potrzebna jest jasna i przekonująca strategia – w tym zwłaszcza określenie z kim i na jakich warunkach zamierzamy doprowadzić do zmiany rządów i jaki program chcemy realizować, gdy powstaną po temu warunki polityczne.

O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

List otwarty PPS do ludzi pracy Republiki Białoruskiej

Członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej solidaryzują się z Wami w walce o demokrację.
Potępiamy wszelkie formy przemocy, naruszanie praw człowieka i obywatela. Wasz sprzeciw wobec korupcji politycznej, arogancji reżimu i opresyjnego aparatu przemocy jest ze wszech miar słuszny.
Wzywamy wszystkie siły prodemokratyczne w Polsce, Europie i na świecie do wspierania walki o demokrację narodu białoruskiego. Ostrzegamy przed ingerencją sił zewnętrznych, których celem byłoby ograniczenie suwerenności republiki. Uważamy, że to ludzie pracy są tą siłą sprawczą, która jest jedynym gwarantem demokratycznych przemian.
Na Białorusi pośród was żyją ludzie o polskich korzeniach a także obywatele Rzeczpospolitej Polskiej. Tylko w pełni demokratyczny ustrój Białorusi jest dla nich gwarantem ich praw, pozwala w pełni uczestniczyć w życiu społeczeństwa. W naszym kraju żyje wielu waszych rodaków. Oni także biorą udział w walce o praworządną Białoruś. Mają nasze pełne poparcie i pomoc.

Z socjalistycznym Pozdrowieniem Prezydium RN PPS

Demokracja à la polonaise

Niektórzy wiedzieli dużo wcześniej, pozostali mieli aż 30 lat aby nauczyć się i zrozumieć, co to jest demokracja. Wyniki są marne, a ich skutki zatrważające.

Od 1992 roku Centrum Badania Opinii Społecznej sprawdza jaki jest stosunek Polaków do demokracji i rządów niedemokratycznych oraz oceny funkcjonowania demokracji w naszym kraju. Właśnie ukazał się komunikat z tegorocznych, lipcowych badań.

Demokracja

ma przewagę nad wszelkimi innymi formami rządów – w 1992 roku tak uważało nieco więcej niż 50 % badanych, pełnych jeszcze nadziei związanych z nowym ustrojem, natomiast jedna trzecia nie miała w tej kwestii zdania. Aktualnie jest to 73%, przeciw wyraziło tylko 11 %, ale w 2018 roku było nas więcej bo 76 %. Zapewne tamten wynik wiązał się z ówczesnymi masowymi protestami w obronie niezawisłości sądownictwa, a przy braku sukcesu trochę odpuściliśmy.

Wszystko jedno ?

Na pytanie „Czy dla ludzi takich jak Pan(i) nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, czy rządy są demokratyczne czy niedemokratyczne?” w 1992 roku 44 % potwierdziło powyższą opinię co zapewne wiąże się z skutkami trwającego nadal szoku w wyniku transformacji i braku nadziei na lepsze czasy. Aktualnie aż dla 64 % Polaków nie jest obojętny rodzaj rządów, co oznaczać powinno, że demokracja stała się dla nich trwałą i pożądaną wartością.

Rozpoczynają się schody

CBOS przedstawia wskaźnik stosunku do demokracji:
D – demokratami są osoby deklarujące, że demokracja jest najlepszym sposobem rządzenia, a jednocześnie twierdzące, że forma rządów (demokratyczna bądź niedemokratyczna) nie jest im obojętna. To 53 % badanych.
DO – demokraci obojętni to osoby, dla których demokracja jest najlepszą formą rządów, a przy tym deklarujące swą obojętność wobec sposobu, w jaki rząd sprawuje władzę (demokratyczny czy niedemokratyczny). To 17 % badanych.
ND – niedemokraci, nie zgadzający się z twierdzeniem o wyższości demokracji. To 30 % badanych.

Pozostałe procenty to odpowiedzi „nie wiem”.

Uwaga : w przedstawionych poniżej zestawieniach procenty sumują się do 100 % w ramach każdej z trzech omawianych grup.

Demokraci

To osoby stosunkowo młode w wieku 18-44 lat, acz w pozostałych grupach wiekowych wskaźnik ten oscyluje w granicach 50 %. Są mieszkańcami przede wszystkim wielkich aglomeracji (67 %) i pozostałych rodzajów miast (od 54-58 %) natomiast na wsi zamieszkuje tylko 44 %, Ta postawa wiąże się ściśle z rosnącym wyksztalceniem – 27 % z podstawowym i gimnazjalnym i aż do 71 % z wykształceniem wyższym. Złe położenie materialne dotyczy w tej grupie 42 % respondentów, średnie niewiele więcej bo 46 %, a dobre 65 %.

Wśród demokratów górują lewicowcy – 62 %, następnie centrowcy -57 %, prawicowcy – 56 % i 32 % o niesprecyzowanych poglądach.

W hipotetycznych, przyszłych wyborach parlamentarnych deklaruje glosowanie na Lewicę (Nowa Lewica, Wiosna, Lewica Razem) – 75 %, KO (PO, N, IP, Zieloni) – 67 %, PiS (wraz z SP i Porozumieniem – 51 %, Konfederacja Wolność i Niepodległość – 60 %, PSL – Koalicja Polska (PSL, Kukiz’15, UED) – 54 %.

Szczególną uwagę zwraca w tej grupie 32 % osób o niesprecyzowanych poglądach politycznych, 51 % osób niezdecydowanych na kogo głosować i 28 % nie mających zamiaru uczestniczyć w wyborach parlamentarnych.

Demokraci Obojętni

To osoby w podobnym wieku (13-16 %), poza grupą 55 lat i więcej gdzie wskaźnik wynosi 19 i 23 %, zamieszkałe przede wszystkim na wsi (22%) i w miastach do 20 tys.(17 %), natomiast w wielkich aglomeracjach mieszka ich zaledwie 8 %. Dominuje w tej grupie wyksztalcenie podstawowe, gimnazjalne lub zasadnicze zawodowe (51 %), podobna rozpiętość warunków materialnych i analogicznie poglądów politycznych. W hipotetycznych wyborach parlamentarnych najwięcej bo 23 % oddało by swój głos na Zjednoczona Prawicę, najmniej na Konfederację (4 % ), pozostałe głosy rozłożyły by się podobnie, a 17 % ma niesprecyzowane poglądy polityczne.

Niezdecydowani, na kogo głosować to 33 % i niezamierzający głosować to 23 %.

Niedemokraci

Te osoby zasadniczo nie różnicuje wiek, poza niewielkimi większymi grupami respondentów w wieku 45-54 i 60 lat i więcej, podobnie jest z miejscem zamieszkania, natomiast dominują respondenci z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym o złych i średnich warunkach materialnych mające bardzo podobne poglądy polityczne poza grupą 51 % o niesprecyzowanych poglądach. 17% nie wie na kogo głosować, a aż 60 % nie zamierza uczestniczyć w wyborach.

Podsumowując

W każdej grupie wiekowej odnajdujemy prawie zawsze ponad 50 % demokratów, podobna sytuacja jest we wszystkich rodzajach miast. Demokraci to 54 % osób z wykształceniem średnim i aż 71 % z wyższym, ze złym i dobrym położeniem materialnym (po ponad 40 %) i dobrym (ponad 56 %) o przekonaniach lewicowych (62 %) i centrowych bądź prawicowych (57 i 56 %). Natomiast osoby o niesprecyzowanych politycznych przekonaniach dominują wśród niedemokratów (51 %) i demokratów (32 %).

Szczególnym paradoksem jest fakt, że aż 51 % badanych, uważających się za demokratów nie wiedziało by na kogo głosować, a 28 % w ogóle nie uczestniczyło by w wyborach.

Ocena rodzaju rządów

Na pytanie: „Czy zgadza się Pan(i) ze stwierdzeniem, że niekiedy rządy niedemokratyczne mogą być bardziej pożądane niż rządy demokratyczne?” w 1992 roku twierdząco odpowiedziało 36 % badanych, a obecnie o 10 % mniej, natomiast nie zgadzało się z takim stwierdzeniem poprzednio 26 % a dziś 52 % respondentów. Poważny wzrost tych ostatnich postaw rozpoczął się w 2016 roku i zapewne był wynikiem pierwszych rządów PiS.

W zależności od dokonanego ewentualnego głosowania w hipotetycznych wyborach parlamentarnych:

Z powyższym stwierdzeniem zgadza się 47 % zwolenników Konfederacji i 28 % PiS;

Z powyższym stwierdzeniem nie zgadzają się przede wszystkim zwolennicy Koalicji Obywatelskiej i Lewicy (70 i 69 %) i PiS (59 %).

Ocena naszej demokracji

W 1992 roku było 36 % zadowolonych z jej funkcjonowania, a niezadowolonych 52 % wśród ogółu badanych, natomiast obecnie zadowolonych jest 49 % a niezadowolonych 44 %. Wśród osób pragnących głosować na PiS aż 85 % jest zadowolonych ze stanu naszej obecnej demokracji, a niezadowoleni to KO i Lewica (po 85 %) oraz Konfederacja (60 %) i tylko 9 % zwolennicy PiS.

Ale jeszcze bardziej szokujące informacje przynosi odpowiedź na to pytanie w uwzględnieniem uprzednio wyróżnionych grup:

Demokraci w 49 % są zadowoleni z funkcjonowania obecnej demokracji, a przeciwnego zdania w tej grupie jest 48 % respondentów;

Demokraci obojętni w 62 % okazują zadowolenie , a jego brak w 32 %;

Niedemokraci w 41 % są zadowoleni, a w 43 % nie.

Reasumując

Każde badanie społeczne dotyczące określonych wartości, w tym przypadku demokracji, obciążone jest, co mam nadzieję zapewne doświadczeni badacze CBOS uwzględniają, naturalną reakcją respondentów pragnących zaprezentować się lepszymi, mądrzejszymi i bardziej poprawnymi, będącymi „na bieżąco”. No bo kto na wyimaginowane pytanie : „Czy jest Pan/i człowiekiem dobrym czy złym ?” wybierze tę drugą odpowiedź ? Niejako podobnie ma się rzecz z pojęciem demokracji, a przede wszystkim z wiedzą co nią stanowi. Badania w pełni potwierdzają, że rozumienie pojęcia demokracja i stanu jej realizacji w naszym życiu publicznym to terra incognita dla bardzo liczącej się grupy badanych, a więc dla milionów Polaków. Nadto zapewne część osób rozumie ten termin rozszerzająco dopełniając go oceną warunków ekonomicznych w jakich żyją w tym właśnie ustroju i dołącza do tego opinię, że demokracja jest zawsze dla tych, którzy mają władzę, bo im najlepiej służy.

Jeżeli do tego dodać, że nadzwyczaj liczna grupa osób, pomimo swoich prodemokratycznych przekonań nie wie na kogo głosować bądź wstrzymuje się od tego aktu, to mamy obraz powszechnej naskórkowej demokracji w naszym społeczeństwie, która w godzinie decydującej próby nie zdaje egzaminu. Zjawisko nie jest odosobnione gdyż podobnie rzecz ma się z polskim katolicyzmem, powszechnym, a jednocześnie bardzo płytkim, w którym głęboką wiarę i wynikające z niej zobowiązania zastępują głośnie deklaracje i manifestacyjne, powierzchowne zachowania.

Taki stan polskiej demokracji oznacza jednocześnie nadzwyczaj surową krytykę, tym razem odważę się napisać, tak zwanych demokratycznych, kolejnych rządów.

Dane z tych badań są katastroficzne i paraliżujące, miejmy więc nadzieję, że zostaną bardzo dobrze przepracowane w opozycyjnych partiach i ruchach społecznych.

PS. W świetle przedstawionych informacji i wniosków najbardziej jednak zadziwia końcowy fragment komunikatu CBOS: „W roku wyborów prezydenckich stosunek do demokracji jest zdecydowanie pozytywny… Funkcjonowanie demokracji w Polsce spotyka się z pozytywną oceną niemal połowy i negatywną ponad dwóch piątych badanych, co oznacza nieznaczny wzrost zadowolenia w porównaniu z ubiegłym rokiem.” Okazuje się więc, że nie tylko politycy potrafią, ale i socjolodzy też.

Księga Wyjścia (57)

Ballada postpolityczna.

XIX wiek, należał do monarchii i państw narodowych, dwudziesty – imperialnych, zawsze jednak to polityka kreowała system, a politykę kapitał. Nawet tę radziecką. Pytanie co nam przyniesie kolejny, dwudziesty pierwszy wiek. Może już czas na świat regionów? Polityka w obecnym wydaniu, to już przeżytek.
Zacznijmy od tego czym ona naprawdę jest. Według Arystotelesa to sztuka rządzenia państwem, według Lenina może to robić też kucharka – przynajmniej będzie się trzymać przepisu i nikt nie będzie głodny.
Polityków zazwyczaj nienawidzimy, ale jeśli jakiegoś poznamy osobiście, to rozpiera nas duma. Wrzucamy zdjęcia na fejsa, wtrącamy jego nazwisko w każdej rozmowie ze znajomymi czy obcymi, obnosimy się z tym jakbyśmy kumplowali się z samym Elvisem.
Dlaczego jest tak, że ludzie ci – politycy – w swej masie budzą niechęć, a jeżeli jakiegoś poznamy, to go wielbimy. Może dlatego, że poczuliśmy jego „władzę”, otarliśmy się o nią? To oczywiście imaginacja, bo władzy w jednym pośle wiele nie uświadczymy. Ale społeczeństwo myśli inaczej – zależy jeszcze jaki poseł, ale to na inną autodyskusję.
Jeśli jednak znajdzie się jakiś, którego nie znamy, a szczerze cenimy, to zwykle jest to człowiek, na którego nie głosowaliśmy. A bo z innej partii, z innego okręgu i jeszcze jest milion dodatkowych powodów. Zresztą potem wywinie jakiś numer i też zostaje sprowadzony do wspólnego zbioru – (Nowacka, Biedroń).
Politycy w swej masie są najbardziej znienawidzoną grupą zawodową, pojedynczo odwrotnie. Tak naprawdę Sejm i Senat składają się z bandy cwaniaków, których jedyną kompetencją jest sprawowanie funkcji „ważnego”.
Demokracja w Polsce, to tylko iluzja, igrzyska dla ludzi, którzy są w stanie w jej imieniu zrywać znajomości, więzy rodzinne. Muniek Staszczyk śpiewał „Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. No właśnie – słowo klucz – rozumiem. Nawiąże na moment do wyborów, które niedawno przerabialiśmy. Podobno rozumiemy wolność, ale niestety tylko swoją.
Od kiedy ludzkość dostała w swoje ręce potężną broń, jaką jest Internet, świat oszalał. Dawne teorie spiskowe są niczym, przy tych powstających każdego dnia. Usiłujemy werbalną przemocą skłonić innych, by przyjęli nasz punkt widzenia zasłyszany od innego użytkownika, a że ładnie to napisał, to przyjęliśmy to za prawdę. Badania francuskich naukowców wykazały, że aż dziewięćdziesiąt procent treść publikowanych w sieci to fałszywe informacje – fake newsy.
Siłę tego narzędzia pokazały ostatnie wybory prezydenckie. Ponieważ tak naprawdę było mi wszystko jedno kto je wygra, tu nie ma „mniejszego zła”, zło nie ma przymiotników, mogłem pozwolić sobie na różnego rodzaju prowokacje. Nawet nie macie pojęcia jak wolny się czułem mając świadomość, że mnie to nie dotyczy. Nie dajcie sobie wmówić, że to obowiązek. Nie. Niegłosowanie, czy bojkot wyborów, też są wyborem. Moja prowokacja polegała na tym, że nie zachwycałem się Trzaskowskim. Początkowo wzbudziło to ogromne zdziwienie części moich znajomych, od obcych dostałem garść wyzwisk, PISowski troll – to najdelikatniejsze, mimo że o Dodzie nie wspomniałem a od PiSu się odcinam. Wielu znajomych również straciłem, dochodziło nawet do szantaży. A ja miałem ubaw z tej pasji i z agresji jaką jest w stanie wygenerować w sobie ta część społeczeństwa, która nienawidzi obecnych i zapałała miłością do tych, których wcześniej odrzuciła. Zdziwiło mnie natomiast, że zamiast agitować, przekonywać, to wyzywali i obrażali.
Zrobiłem kiedyś pewien eksperyment, po ostrej wymianie zdań, zawahałem się i napisałem coś w rodzaju, że macie sporo racji i że jeszcze to przemyślę. W tym momencie jeden z interlokutorów napisał w bardzo protekcjonalny sposób coś takiego: „No widzisz (głupiutki) chłopcze, i po co było tyle się spierać”. W odpowiedzi natychmiast dostał bombę, że za takie traktowanie „głupiego Jasia”, pójdę oddać głos na Dudę.
Dziwicie się? Nacisk rodzi opór. Zamiast tego najpierw posłuchajmy argumentów strony przeciwnej lub obojętnej, potem rozmawiajmy odnosząc się jedynie do argumentów. A jeśli chcemy przyjaciela na śmierć i życie, to sparafrazujmy to co napisał.
Podczas tych licznych sporów i kłótni, przypomniała mi się Wojna Trojańska. Gdy Achilles miał gdzieś całą tą awanturę. Chciał już odpuścić Troję i odpłynąć, szykował okręty, żeby rano wyruszyć. Lecz upojeni pierwszym sukcesem Trojanie, postanowili zaatakować nocą pokonanych w pierwszym oblężeniu Greków, to wpłynęło na zmianę decyzji Achillesa. Postanowił zostać. Gdyby Posłuchali Hektora i nie zaatakowali, półbóg, o słabej pięcie odpłynąłby sobie i żaden koń nie wjechałby za bramę Troi. Przegrani Grecy wróciliby do domów, Helena została z Parysem, Hektor umarłby śmiercią naturalną i jak to w bajkach, długo i szczęśliwie.
Wracając do naszej bajki, gdzie owszem długo, ale próżno szukać szczęścia.
Scenariusz jest taki, gdyby wygrał Trzaskowski, to PIS ponownie wygrałoby wybory parlamentarne. Dlaczego? Bo mamy przekorne społeczeństwo. Poprzednich wyborów wcale nie wygrał Duda, poprzednie wybory przegrał Komorowski – rozumiecie tę subtelną różnicę?
Teraz jest rozłam, PIS pęka coraz bardziej. Wbrew pozorom wygrana Dudy tego nie scali. Ten facet nie jest żadnym autorytetem. Nawet dla swoich. Jego reelekcja, to gwóźdź do trumny monowładzy Kaczyńskiego.
Jeśli ktoś napisze, że przekupne, to po pierwsze oznacza, że ma jakiś gen chamstwa i że sam jest zaślepiony własną korupcją, bo przecież on również głosuje licząc na jakieś frukta czy obietnice. Więc pogarda i opluwanie ludzi, którym „pięćset plus” ułatwia życie, gubiła, gubi i gubić będzie opozycję firmowaną przez polityków PO.
Demokrację też mamy jakąś taką upośledzoną. Polska jest krajem, w którym najłatwiej zostać anarchistą. Z prostego powodu – demokracja nie działa. Nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy. W Polsce głosy liczy d’hont, sondaże wybierają zwycięskie partie, a partie wybierają, kto ma zdobyć mandat. Tak to wygląda w skrócie. Tylko od wpływów regionalnych baronów politycznych, tych największych ugrupowań, zależy skład polskiego parlamentu. Smutne co? Owszem, bywają niespodzianki, ale one jedynie potwierdzają tę regułę. Dlatego ławy sejmowe zapełniają lizusi, faworyci swoich mecenasów i cała banda niewykwalifikowanych ludzi od naciskania trzech guzików – za, przeciw, wstrzymuję się. Z kilkoma wyjątkami. Problem jednak polega na tym, że ludzie wybitni nie mają siły przebicia, bo zajmują się jedynie swoją dziedziną i zwykle ich głos trafia w próżnię.
Witold Modzelewski w jednym z wywiadów opowiadał jak prawo bankowe pisali sobie sami bankowcy, ponieważ nikt z posłów o tym pojęcia nie miał. Niestety, ten fragment media wtedy wyrzuciły. Mnie udało się to usłyszeć, ale w świat już nie poszło. Podobnie jest z każdą ustawą. Ludzie ci nie mają o tym pojęcia.
To jest tak oczywiste, ale żeby dostrzec, trzeba obserwować scenę polityczną na chłodno, bez zaślepienia, zaangażowania i pamiętając, że tak naprawdę obecna władza nie robi nic innego niż jej poprzednicy. Powiem więcej, w niektórym zakresie jest nawet mniej szkodliwa, może poza tym, że TVP zamiast kultury, promuje kicz. Wszystkie zaczynały swoją kadencję od przejęcia mediów, układania odpowiednich stosunków z kościołem katolickim i ambasadą USA, temat aborcji, związków partnerskich znikał jak gorący kartofel, a na pytania elektoratu odpowiedź była jedna – jeszcze nie pora, przyjdzie na to czas, społeczeństwo nie jest gotowe.
Rząd Buzka, zrujnował finansowo budżet na niepotrzebne nikomu reformy. Platforma postawiła na konsumpcjonizm, faworyzując najbogatszych kosztem biednych. W myśl biblijnej przypowieści, że: „Bogatemu będzie dodane, a biednemu zabrane”.
Pierwsza wygrana PIS, to efekt działań kliki cwaniaków na usługach obecnej władzy. Jak w szachach skopiowali ruchy Andrzeja Leppera, czyli posłuchali ludzi na prowincji. Różnica polega jednak na tym, że Lepper robił to autentycznie, nie musiał kopiować, ani słuchać. Mówił co jedynie co go boli i wkurza. Ludzi bolało to samo i to samo wkurzało.
Wzbudziło to przerażenie mediów, chyba żadnego polityka nie bały się tak, jak jego. Wiecie czemu, bo on się nie bał mediów. Jego przekaz szedł sobie alternatywną drogą z ust do ust, z miasteczka do wioski i zanim jakieś Fakty czy Wiadomości wybrały kilka ujęć, które miały go ośmieszyć, ludzie w całym kraju znali prawdę. Tak czarnego piaru nie miał nawet Tymiński. Telewizje śniadaniowe miałyby kłopot z kreowaniem fajnego życia na błotnistym podwórku rolnika.
Kaczyński to zrozumiał, różnica jest jednak taka, że Lepper nie musiał nic rozumieć. On to miał. Kaczyński zaś naśladuje. Stąd pięćset plus i gloryfikacja biedy. A to już błąd, bo bieda wcale nie chce gloryfikacji, nędzarze, biedacy i wszyscy „od pierwszego, do pierwszego” marzą o spokoju finansowym, pewności materialnej.
Niestety, nie ma już Leppera i Kaczyński nie wie co dalej, do tego momentu miał odrobione lekcje, ale teraz stanął pod ścianą. Nie wie, że człowiek, który uwierzył, że „uczciwością i pracą ludzie się bogacą” chciałby wreszcie zebrać owoce tej swojej pracy. Ani minimalna krajowa, ani bon turystyczny, ani te pięćset złotych tego nie załatwią. Załatają dziurę w domu, który wymaga nowego dachu.
Wyborca raz na jakiś czas pójdzie, odda swój głos przekonany, że wykonał swój obowiązek. Poobraża wcześniej kilku obcych i trochę znajomych o przeciwnych poglądach i jest przekonany, że to jego głos się liczy. Nie, liczy się głos „biomasy” ukierunkowanej przez sondaże. Pora skończyć z polityką, demokracja się nie sprawdza, dlatego właśnie w kraju nad Wisłą tak łatwo zostać anarchistą.

Nieznośna lekkość głosu

Wybory jak zwykle stały się okazją do niewesołych refleksji. Nie chodzi nawet o to, że nie było kandydata, na którego można by zagłosować z pełnym przekonaniem, ani o to, że wygrał nieodpowiedni.

Piszę to w trakcie ciszy wyborczej, ale i tak wiem, że bez względu na to, czy zwycięży ten, na którego zagłosuję w drugiej turze, czy też faworyt bookmacherów, nie będę miał okazji do świętowania. Przyczyny smutku wyborów są jednak głębsze niż ich obsada. Choćbym obsadził je sam, i tak miałbym powody do narzekania. Oto niektóre z nich.

Paradoks egalitarności

Wielu nie chadza na wybory, bo prosta kalkulacja skłania ich do wniosku, że trud udania się do lokalu pójdzie na marne. Prawdopodobieństwo, że akurat jego/jej głos zaważy jest tak znikome, że bezowocność jego oddania wydaje się oczywista. Im wyższy zasięg wyborów, tym jaskrawiej jakwi się bezsens uczestniczenia. O ile na szczeblu osiedlowym czy samorządowym można się jeszcze zastanawiać, o tyle w wyborach prezydenckich odpowiedź jest jasna: chroń rozum, zostań w domu.

Z drugiej strony, jak w każdej zbiorowej aktywności, także i w tej pojedyncze zaangażowania składają się lub mogą się złożyć na pewną masę krytyczną. Na tej zasadzie podpisywane i wysyłane są petycje, posłowie zasypywani są interwencyjnymi mailami, organizowane są wielotysięczne demonstracje, które stają się przedmiotem zainteresowania mediów, zbierane są fundusze niezbędne do uruchomienia lub utrzymania wspólnie popieranych działań i tak dalej. Z efektywnością bywa różnie, lecz z pewnością rządzącym zdarza się zmieniać decyzje pod społecznym naciskiem. W wyborach skuteczność tej zbiorowej aktywności jest stuprocentowa, choć jedynie w przypadku jakiejś większości lub stosunkowo największej grupy. Im bardziej więc pozostajemy w głównym nurcie, tym większe prawdopodobieństwo, że nasz kandydat wygra. Nawiasem mówiąc, z tego powodu ci, którzy w sondażach przedwyborczych uzyskiwali bardzo małe poparcie zazwyczaj nie mogli liczyć na znaczące polepszenie wyniku. Obawa przed „zmarnowaniem głosu” sprawia, że głos przenoszony bywa z bardziej swojego na silniejszego. Zamiast wyrazić poparcie decydujemy się na kompromis w imię politycznego pragmatyzmu. Sygnalizowane wcześniej poczucie bezsensu ustępuje poczuciu sprawstwa. Tę elekcyjną moc można poczuć już w wyborczy wieczór, podczas gdy kac związany z obserwacją tego, jak wybrany polityk konsumuje swoje zwycięstwo przez najbliższe lata, jest komfortowo odroczony w czasie.

Niezależnie od tego, czy oddajemy głos, aby wybrać tego, czyje przekonania są nam najbliższe i/lub kto budzi największe zaufanie i nadzieje, czy też wybieramy kandydata, który ma realne szanse, choć głosi poglądy odleglejsze od naszych, stajemy wobec innego jeszcze odstręczającego aspektu głosowania. Jego egalitarny charakter oznacza bowiem, że – choćbyśmy nie wiem, jak bardzo się wyedukowali, zaangażowali, a nawet wyborczo hamletyzowali – głos każdego innego uprawnionego czy uprawnionej waży dokładnie tyle samo.

Demokracja dyletantów

Rządy ludu nie oznaczają rządów ludu oświeconego. Każdy ma prawo zagłosować na kogo tylko zechce lub, jak w Polsce i większości krajów świata, nie zagłosować wcale. Zarówno głos, jak i nie-głos może być wprawdzie emanacją wyznawanych wartości, wyrazem identyfikowania się z celami określonej partii czy kandydata, aktem walki o realizację własnych, zazwyczaj grupowych interesów, lecz może być także wynikiem indoktrynacji, efektem ulegnięcia medialnej propagandzie lub podpowiedzi znajomego, krewnego czy kaznodziei, wreszcie efektem zbiegu okoliczności. Jeżeli w tych sondażach opinii, w których dopuszczano taką opcję, na trzy dni przed drugą turą kilka procent indagowanych deklarowało, że dopiero podejmie decyzję, to trudno raczej sądzić, że zaważą na niej wartości, poglądy czy choćby interesy. Rolę języczka u wagi może odegrać rozmowa z kimś, niedzielne kazanie, wyraz twarzy na wyborczym banerze, ostatecznie imię kandydata, które się lepiej kojarzy czy jakiś inny nieistotny szczegół. Opisywane też były przypadki, gdy ktoś wskazywał przyprowadzonemu do lokalu obojętnemu politycznie członkowi rodziny miejsce, gdzie postawić krzyżyk, a także – znany od niepamiętnych czasów również w „starych” demokracjach – proceder sprzedawania głosów przez tych, którzy parę funtów zamienią chętnie na kilka godzin upojnego nastroju, uprzednio drobną decyzję polityczną scedowawszy na zamożniejszych.

Powyższych ograniczeń demokracji trudno jest uniknąć bez zasadniczej zmiany jej charakteru. Aby zażegnać coś, co niekiedy nazywane jest „demokracją medialną”, a więc system, w którym media decydują o tym, jakie są ramy dyskursu, o czym można publicznie mówić (np. o ułatwieniach dla przedsiębiorców), a o czym nie (np. o prawach pracowników), należałoby wyedukować przyszłych wyborców tak, aby choć częściowo byli odporni na medialną propagandę. Bardziej świadomi wyborcy zapewne częściej głosowaliby zgodnie z własnym interesem i/lub ideałami. Pracownicy popieraliby więc na przykład tych polityków, którzy zapowiadaliby walkę o prawa pracownicze i mniej prawdopodobna byłaby absurdalna sytuacja, z jaką mamy do czynienia w Polsce od trzydziestu lat. Fakt, że rządziły i rządzą w tym okresie partie przyznające kolejne koncesje biznesowi (obniżanie podatków, specjalne strefy ekonomiczne, niekorzystne dla zatrudnionych zmiany w prawie) nie miałaby miejsca bez poparcia w wyborach ze strony tych, którzy ponoszą koszty tej polityki.

Edukacja polityczna, czy ściślej mówiąc przedwyborcza musiałaby oferować wiedzę na temat tego, jakie jest znaczenie postulatów, czemu służą cele i w czyim interesie podejmowane są działania przez poszczególne siły polityczne. W ramach tej edukacji wyborcy nabywaliby umiejętność oddzielania medialnego szumu i pustosłowia od rzeczywistego znaczenia działań politycznych. Byliby wyczuleni na manipulacje, co nie znaczy, że całkowicie na nie odporni. Przede wszystkim jednak orientowaliby się w spektrum politycznych możliwości i potrafiliby odróżnić na przykład postulaty lewicowe od prawicowych, a także ich zróżnicowany charakter na wymiarach ekonomicznym i kulturowym. Wymagałoby to wysiłku umysłowego i motywacji. Siłą rzeczy nie wszyscy chcieliby ten wysiłek wydatkować i wielu by zapewne nie widziało powodu do takiego zaangażowania.

W jaki sposób zatem demokracja zostałaby zreformowana, skoro nie wszyscy chcieliby się politycznie i medialnie wyedukować? Cóż, skoro nie wszyscy chcą kierować samochodem i są gotowi zdobyć odpowiednią wiedzę i umiejętności, to dlaczego wszyscy mieliby chcieć uczestniczyć w wyborach i zdobyć niezbędne do tego kwalifikacje? Przecież konsekwencje wybrania niekorzystnych dla siebie czy swojej społeczności partii i polityków mogą być równie brzemienne w skutki, jak niebezpieczna jazda samochodem. Dopuszczenie do kierowania pojazdami osób bez kwalifikacji wydaje się absurdalne, jednak dopuszczenie do głosowania w wyborach politycznych ignorantów jest powszechnie aprobowane, a nawet mile widziane przez większość partii. W ich interesie jest korzystanie z braku orientacji ich własnego elektoratu. Widać to zresztą było także w kampanii prezydenckiej, zwłaszcza w drugiej turze. Kandydaci na przykład wielokrotnie odwoływali się lub obiecywali działania wykraczające znacznie poza ich kompetencje. Wybierali też tematy dla siebie wygodne, unikali zaś tych, w których wypadliby słabo. Prymitywna retoryka górowała nad merytoryczną dyskusją. Świadomość, że będą wybierali wyedukowani, wymagający, krytyczni obywatele wymusiłaby inny charakter kampanii.

Czy wprowadzenie kryteriów kompetencyjnych dla potencjalnych wyborców zmieniłoby system? Mogę jedynie przewidywać, że znacznie ograniczyłoby liczbę uprawnionych do głosowania. W zależności od surowości kryteriów egzaminacyjnych mielibyśmy zapewne od kilku do kilkudziesięciu procent obecnej wielkości elektoratu. Jeśli ktoś chce nazwać to formą merytokracji, to proszę bardzo. Jestem w każdym razie za tym, aby każdy kto chce, a jest przeciętnie zdolny mógł zdobyć odpowiednią wiedzę, umiejętności i kompetencje. Ustalenie szczegółowego ich zakresu musiałby być poprzedzony debatą społeczną z udziałem różnych sił politycznych. Dochodzenie do konsensusu, zarówno w zakresie treści, jak i formy weryfikacji wyborczych uprawnień, byłby, jak przypuszczam, długim i żmudnym procesem. Podstawowym warunkiem jego inicjacji musiałby być jednak powszechna wola polityczna. Wydaje się to więc obecnie postulatem z zakresu „politycznej fikcji”. Ale czy zmiana ustroju PRL pod koniec lat 1980. nie wydawała się czymś zupełnie nierealnym?

Nawet jednak zreformowanie demokracji w kierunku większej świadomości wyborców i umożliwienia im głosowania zgodnie z ideami i celami własnymi i/lub własnej społeczności nie rozwiązałoby wszystkich problemów związanych z elekcją. Niektóre z nich nie mają bowiem charakteru systemowego, a raczej psychologiczny.

Ułuda ideału

Stworzenie warunków, które należałoby spełnić, aby móc w sposób oświecony dokonać wyboru nie wyeliminowałoby ograniczeń, które tkwią w nas samych. Powiedzmy, że mam dwoje kandydatów do wyboru. Adrian jest niedościgły w komunikacji z elektoratem, przekonujący i pełen mocy, lecz zbieżność swoich poglądów z jego oceniam jako nieidealną. Nie odpowiada mi, dajmy na to, jego entuzjazm dla imperialistycznego sojuszu, amerykańskiej obecności i stadny głos w antyrosyjskiej jeremiadzie. Ewa z kolei w zasadzie wyznaje te same wartości i opowiada się za tymi samymi politycznymi rozwiązaniami, co ja, jednak jej skrajny pryncypializm i niedoskonałe umiejętności komunikacyjne sprawiają, że nie jest kandydatką bez wad. Jeżeli miałbym szukać ideału, to zapewne musiałbym odrzucić oboje. Adrian odpadłby za oportunizm w polityce zagranicznej, a Ewa za brak elastyczności i kandydackiego szlifu. Znów pozostałbym wierny swojemu rozeznaniu i zrezygnowałbym z poparcia tych, co do których mam jakieś zastrzeżenia. Inni zapewne, przy mojej elekcyjnej absencji, wybraliby kogoś znacznie bardziej odległego od mojego wyobrażenia o idealnym kandydacie czy kandydatce. Ale ja pozostałbym z czystym sumieniem, że ani nie poszedłem na kompromis z amerykańskim imperializmem, ani nie poparłem osoby bez większych szans na sukces.

Wyborcy autoidentyfikujący się jako lewicowi w pierwszej turze w zasadzie mieli wybór między Robertem Biedroniem a Waldemarem Witkowskim. Większość z nich zagłosowała na kogoś innego, o ile w ogóle poszli do wyborów. Nie znam nikogo, kto otwarcie przyznałby się do homofobicznych motywów niegłosowania na tego pierwszego. Wielu natomiast wypominało mu niedotrzymanie obietnic, zwłaszcza tej dotyczącej rezygnacji z mandatu europosła. Ten zarzut się ostaje tylko, jeśli poszukujemy ideału. Warto zapytać samych siebie, czy nam nie zdarzyło się kiedyś nie dotrzymać obietnicy, ulec materialnej czy prestiżowej pokusie lub po prostu zmienić zdanie w ważnej sprawie, pomimo tego, że wcześniej zadeklarowaliśmy coś innego. Oczywiście od naszych reprezentantów mamy prawo wymagać więcej niż od siebie, jednak korzystając z tego prawa, obawiam się, pozbywamy się tych reprezentantów. Dodać w tym kontekście warto, że także drugi, mniej znany kandydat był krytykowany choćby za niekonsekwencję w realizacji lewicowego programu, gdy – mając takie możliwości na poziomie lokalnym – nie stanął w obronie krzywdzonych pracowników. Czy kandydat powinien być eliminowany za – choćby jednorazowe – sprzeniewierzenie głoszonych ideałów? Odpowiedź, którą zaproponuję dalece wpisuje się w niedoskonałość świata, w którym żyjemy i głosujemy.

Psycholog Janusz Reykowski, jeden z głównych pomysłodawców i kluczowych uczestników Okrągłego Stołu w 1989 roku opublikował kiedyś w „Kolokwiach Psychologicznych” tekst o interesach i wartościach. Jego tezą było zestawienie tych dwóch obszarów jako pozornie sprzecznych i wykluczających się, lecz pozostających we wzajemnej interakcji. Partie i inne organizacje polityczne realizując określone wartości muszą jednocześnie, dbając o swoje funkcjonowanie i skuteczność oddziaływania, dbać o swoje interesy. Tak więc praktyka działania podmiotów politycznych nie może ograniczać się do implementacji ideałów, bo zwyczajnie stracą na znaczeniu, może nawet przestaną istnieć. Moim zdaniem, na poziomie jednostkowym, w kontekście naszej pogoni za politycznym ideałem ten przetarg między wartościami a interesami może przybrać formę łagodniejszych kryteriów akceptacji kandydata. Pewien kompromis między lewicowymi wartościami jakimi są równość i wolność a interesem, jakim jest promocja kandydata o poglądach stosunkowo najbliższych naszym, wydaje się niezbędny, jeśli jesteśmy zainteresowani zmianami w ramach istniejącego sysemu.

Antysystemowość według mnie musi oznaczać bojkotu każdej oferty systemu. Jego stopniową zmianę warto rozpocząć od przewietrzenia dyskursu publicznego. Przemówienie Zandberga w Sejmie po expose Morawieciego było dobrym przykładem wprowadzania na agendę tematów dotąd nieobecnych w mediach ani w świadomości wielu wyborców czy nawet dziennikarzy. Wprowadzenie Biedronia czy – co bardziej nierealne – Witkowskiego do drugiej tury pozwoliłoby nagłośnić tematy dotąd słabo obecne w świadomości społecznej. I nie musiałoby to wiązać się z rezygnacją ze zmiany systemu. Dążenie do socjalistycznych rozwiązań ustrojowych bynajmniej nie stoi w sprzeczności z pragmatycznym wyborem kandydata choćby trochę im życzliwszego niż oferowani przez dwie główne prawicowe partie.

Trwanie przy wartościach lewicy bez uwzględnienia jej interesów uważam za błąd. A w interesie lewicy jest przesunięcie dyskursu publicznego w stronę zgodną z lewicowymi wartościami. Dlatego też nie odmówiłem swojego głosu tym kandydatom, którzy są im choć odrobinę bliżsi, pomimo nieznośnej świadomości tego, jak niewiele ten głos waży.

Autor jest pracownikiem Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego

Święto demokracji w cieniu autorytaryzmu

Nie bez przyczyny zło, nazywane tak przez jednych, okazuje się dla innych dobrem, a szczytne wartości przegrywają z codzienną koniecznością.

Dzień wyborów okrzyknięty świętem demokracji to może ładne ale i zupełnie puste hasło. Wszystkim bowiem wiadomo, że święto zdarza się tylko od czasu do czasu, a nieświąteczną rzeczywistość mamy każdego dnia. Wspomniane święto ma tylko miejsce gdy odbywają się wybory samorządowe, parlamentarne, europejskie i prezydenckie, a poza tymi terminami doświadczamy, nie mającego nic wspólnego z demokracją, łamania Konstytucji, prawa, lewych interesów opłacanych z państwowej kasy, kłamliwych oświadczeń, jeszcze ect. i itd. Żadnemu z opozycyjnych kandydatów na prezydenta ta myśl w licznych wystąpieniach nie zaświtała niestety. Za to już dziś, a może i po II wyborczej turze, Prawo i Sprawiedliwość obnosić się będzie po kraju, a przede wszystkim po Unii Europejskiej, z przekazem jak to normy demokracji przestrzegane są w Polsce, tak jakby Boże Narodzenie trwało u nas przez cały rok. A jak takie upierdliwe OBWE zaprotestuje, tak jak przy krytycznej ocenie debaty prezydenckiej przed I turą w TVP, to się im analogicznie odpisze, że wnioski są nieobiektywne i krzywdzące, a normy demokracji łamał Trzaskowski.
Już nie wystarczy
powtarzane wielokrotnie oświadczenie Rafała Trzaskowskiego o utrzymaniu przyznanych przez PiS licznych socjalnych wsparć gdyż wspólnym i wieloletnim wysiłkiem prawie wszystkich sił politycznych w Polsce zlekceważono położenie materialne wielu Polaków; obecnie 30 proc. obywateli osiąga dominujące w tej grupie dochody w wysokości do 1499 zł.(CBOS, komunikat z badań 61/2020). Z tymi wynikami koreluje również przeważający procent głosów oddanych przez bezrobotnych, zamieszkałych na wsi, a przede wszystkim przez osoby starsze na obecnego prezydenta. Dodać jeszcze należy wyciągniętą przez Andrzeja Dudę, jak królik z kapelusza, przyszłą średnią pensję w wysokości 2 tys. euro oraz oświadczenie: „Jesteśmy w stanie zbudować kraj mlekiem i miodem płynący”. No i mamy zapowiedź obniżki cen gazu, powszechne rozdawania tzw. czeków-promes, a podobno tuż przed 12 lipca kroi się jeszcze uchwalenie przez Sejm bonu turystycznego.
W tym kontekście słuszne opinie, że aktualny rząd nie prowadzi żadnej przemyślanej polityki socjalnej, a jedynie przekupuje ordynarnie wyborców ich własnymi pieniędzmi są pobawione jakiejkolwiek siły oddziaływania, gdyż spotka się z zasadną odpowiedzią, że PiS dał, a wszyscy inni nie, a nadto jak obiecał to słowa dotrzymał. Opinie o tym, że Kaczyński trafnie rozpoznał potrzeby Polaków budzą co najmniej pusty śmiech, bo przecież dobrze i powszechnie wiadomo, że w odtworzonym przez Solidarność kapitalistycznym ustroju liczy się przede wszystkim, albo nawet jedynie kasa. I nie ma podstaw aby obrażać ten elektorat bowiem wykluczenie ekonomiczne i kult pieniądza skutkuje takimi właśnie wyborami jak 28 czerwca. Tłumni wyborcy Dudy nie mają świadomości o dziesiątkach dodatkowych podatków wprowadzonych w czasie obecnych rządów, ani też o kolejnych, które odnajdują się w stale rosnących cenach na rynku. Obiecuje się już przecież czternastą emeryturę, a nawet i kolejne. Warto jednak informować, że od 1 lipca wśród innych znajduje się tzw. podatek cukrowy, a wiec słodyczy ze strony PiS będzie mniej. A to dopiero początek.
Ten ekonomiczny szklany sufit zbudowany przez PiS jest nie do przebicia darmowymi żłobkami i przedszkolami, lokalnymi inwestycjami, obroną samorządów, a nawet zahamowaniem nowych podatków. Nie znaleziono wcześniej w Koalicji Obywatelskiej odpowiedniego antidotum na socjalne argumenty PiS, a może, wieloletnim śladem Platformy Obywatelskiej, kolejny raz je zlekceważono i nie doceniono. A przecież można było, czego dowodzi zgłoszony przez małżonkę Trzaskowskiego ważny projekt dopłat do emerytur matek.
Pewien paradoks sytuacji
stanowi fakt, że mimo upływu lat rząd PiS utrzymuje się na podobnym poziomie społecznego poparcia, nie zużywa się, co jest w politycznej praktyce normalne. Niewątpliwie mają na to wpływ kolejne, etapowe transfery środków finansowych realizowane pod różnymi hasłami w odpowiednim czasie. Prof. Janusz Czapiński twierdzi, że to efekt „mobilizacji politycznej zwolenników nacjonalistycznego patriotyzmu »Polska dla Polaków«, »Polska suwerenna«, »Polska sama się rządzi«, »Polska czyści resztówki komuny w sądach«; krótko mówiąc: »odzyskujemy nasze«” („Newsweek”, 29.06-5.07.2020). Same transfery finansowe nie wystarczyłyby jednak do utrzymania trwałości tej grupy wyborców i przedstawione hasła stanowią, a zaczęło się smoleńskiej zdrady o świcie, quasi ideologiczne uzasadnienie określonych postaw i podstawę więzi. Dla zdecydowanej liczby wyborców obecnego prezydenta, dysponujących zaledwie podstawowym bądź zasadniczym zawodowym wyksztalceniem, powyższe hasła-zawołania wystarczają w zupełności do opisania świata i swojego w nim położenia, a nadto w szczególny sposób ich dowartościowują. Natomiast w grupie wyborców starszych, często bardzo aktywnych w czasach PRL, przy słabości Lewicy i jej wątpliwych wpływów na kształt polityki socjalnej, zwycięża przysłowie o lepszym wróblu w garści czyli np. o trzynastej emeryturze.
Mamy dość
To prawda, że ponad 56 proc. elektoratu ma dość rządów PiS, ale zwycięstwo Trzaskowskiego nie satysfakcjonuje tych wszystkich niezadowolonych. Założenia realizowanej strategii wyborczej, a także programu kandydata Koalicji Obywatelskiej, nastawione na pozyskanie niezdecydowanych i jak największego elektoratu, również spośród wyborców innych kandydatów, pod hasłami wspólnoty i solidarności, wykluczyły jednocześnie charakterystyczne dla tego typu kampanii ostrość i jednoznaczność zarysowanych kwestii. W jeszcze większym stopniu bezwzględny atak na kontrkandydata. To są plusy i minusy kampanii Trzaskowskiego, niejako z konieczności koncyliacyjnej, ale jednocześnie, z przewodnim hasłem-protestem-żądaniem.
Wygrana o jaki włos ?
Z licznych układanek Trzaskowski – Duda, dodających różnie rozkładające się głosy przede wszystkim Hołowni, Bosaka, Kosiniaka-Kamysza, Biedronia, ale i pozostałych kandydatów, okazuje się, że dziś nic nie jest wiadome na temat wyniku wyścigu o prezydencki fotel. Trzaskowski będzie musiał, i już to robi, sklejać różne postulaty opozycyjnych kandydatów nie w swój nowy program, a w przekaz wyborczy, dający także szansę pozyskania liczącej się części osób niegłosujących w I turze. Powinien być bardzo zwarty, hasłowy, łatwo przyswajalny i jasny dla każdego wyborcy, w odróżnieniu od ładnie oprawionego pliku kartek w jego ręce. Powtarzany jak mantra – opanowująca umysł i aktywizująca energię do działania – wszędzie gdzie tylko można.
Ewentualna wygrana Trzaskowskiego jako kandydata całej antypisowskiej opozycji musi koniecznie oznaczać czytelne zwycięstwo bowiem wielu komentatorów obawia się fałszerstwa wyborów w sytuacji niekorzystnej dla obozu Zjednoczonej Prawicy. Na podstawie przebiegu I tury poza granicami Polski i szeregu powszechnie odnotowanych tam uchybień (ale i w kraju również), łącznie z opóźnieniem przesyłki głosów z Wielkiej Brytanii: „Można się zastanawiać, czy jest to nieudolność, czy jest to sabotaż – mówi o realizowanym przez MSZ głosowaniu za granicą sędzia Woj­ciech Hermeliński, były szef Pań­stwowej Komisji Wyborczej” („GW”, 1.07.2020). Cuda nad wyborczą urną zdarzają się częściej niż te inne, tak często przez nas oczekiwane.
Równie zgodna opinia,
jak wynik II tury, dotyczy także liczących się w niej czynników i określonych sytuacji. „Powiedziałabym, że emo­cje społeczne są gorętsze po stronie prodemokratycznych obywateli niż politycznych liderów – mówi prof. Krystyna Skar­żyńska…W tych wyborach – dodaje prof. Radosław Markowski – to trzewia podpowiedzą Polakom, na kogo głosować. Bardziej niż kiedykolwiek zadecydują emocje.” (cytowany „Newsweek”).
Do tych emocji wyborców wynikających z samego faktu rywalizacji kandydatów oraz przekonań co do skutków określonego wyboru dochodzą jeszcze sytuacje z przebiegu kampanii: wypowiedzi i zachowania pretendentów i ich sztabów, różne możliwe wpadki w wygłaszanych przemówieniach i w gestach, sytuacje wkoło wyborcze, ale także pozornie dużo bardziej odległe. Bez wątpienia, co zresztą potwierdzają liczne momenty z poprzednich polskich wyborów prezydenckich, mają one swoją wagę na ostateczny wynik wyborów.
Pierwsze, drobne wpadki zaliczył Rafał Trzaskowski zapominając o tym za czym w swoim czasie głosował. Potężną natomiast wtopę zaliczył Andrzej Duda gdy na propozycję debaty w TVN szef jego sztabu wyborczego Adam Bielan odpowiedział negatywnie licząc, że Trzaskowski weźmie udział w organizowanej przez TVP, z udziałem publiczności, debacie w Końskich. Tę nienajlepszą odpowiedź potwierdzającą obawy Dudy przed takim spotkaniem on sam celnie poprawił słowami: „Wezmę udział w debacie, ale proszę wspólnie zdecydować, jak będzie wyglądała. Proszę o to, by wszystkie trzy telewizje się dogadały.” W ten prosty sposób oddalił od siebie podejrzenia o niechęć stawienia się w szranki z Trzaskowskim jednocześnie będąc pewnym, że Jacek Kurski na pewno nie porozumie się z pozostałymi, a więc nie z jego winy debata się nie odbędzie. Aż tu z niezrozumiałych zupełnie powodów Duda wygłasza 1 lipca w Złotowie orację, że wcale, a wcale się nie boi tego spotkania, podpierając ją opowieścią o tym że „prywatna stacja Trzaskowskiego chce sobie organizować debatę. Dlaczego ma być lepiej traktowana niż TVP i Polsat? ” A Kurski , co było z góry do przewidzenia, odmówił współpracy z TVN i Polsatem.
Kolejne wpadki i blamaże prezydenta, to w powrót do seksualizacji dzieci i kwestia eutanazji łącznie z uciekającymi z Europy zachodniej do Polski starszymi osobami, ułaskawienie pedofila bez względu na szczególne okoliczności tej decyzji, a na koniec sprawa szczepień. W tej ostatniej materii PAD użył nadzwyczaj głębokiego, intelektualnego uzasadnienia swojej decyzji: „Bo nie”.
Podsumowując, Duda nie spotka się z Trzaskowskim, bo mogło by to okazać się jego klęską, mówi jedno, a robi drugie, pokrzykując dzieli i obraża ludzi, wygłasza skandaliczne opinie w kwestii zdrowia. Nie wiemy jak zareagują wyborcy na te wszystkie dudy smolone, ale opozycyjny sztab wyborczy wykorzystuje te sytuacje i wyciska z nich maksimum, jak sok z cytryny.
Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że nie tylko Duda, jego sztab wyborczy, rząd, cała Zjednoczona Prawica z jej licznymi beneficjentami i sam prezes Jarosław Kaczyński zrobią wszystko, i nawet o wiele więcej, aby reelekcja Dudy dokonała się.
Czeka więc nas wszystkich czas nadzwyczajnych zmagań i emocji, stąd również dlatego te wybory już dziś nazywane są histerycznymi.