Co jest w głowie Orbana?

Przywódca, który zbudował nowy system.

Biblioteka „Przeglądu” tym razem prezentuje czytelnikom wnikliwy i obiektywny portret intelektualny premiera Węgier.
Lektura książki „Co ma Viktor Orban w głowie” pozwala prześledzić drogę, jaką przebył student urzeczony w latach osiemdziesiątych polską Solidarnością (pracę magisterską napisał właśnie na jej temat), a później szef partii politycznej i wieloletni premier.
Orban to jedna z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych postaci europejskiej sceny politycznej. Autorka, francuska dziennikarka Amelie Poinssot specjalizująca się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej, próbuje zrozumieć jego wybory ideowe i strategie, genezę poglądów i decyzji politycznych, przyczyny porażek (nielicznych) oraz sukcesów.
Wszystko to składa się na fascynujący wizerunek Viktora Orbana – człowieka, który już w 1998 r., w wieku 35 lat został premierem Węgier.
W 2002 r., po nikłej porażce z której umiał wyciągnąć wnioski, przeszedł do opozycji parlamentarnej (posłem został w pierwszych wolnych wyborach węgierskich w 1990 r.). Jego ugrupowanie wygrało w 2010 r. i od tego czasu Orban jest niekwestionowanym przywódcą swego kraju, szefem rządu i partii rządzącej.
Ma on wiele w głowie. To człowiek o licznych talentach, energiczny, umiejący skutecznie działać, mający znakomite wyczucie miejsca i czasu. Jego kariera zaczęła się w 1989 r., gdy jako jeden z założycieli Fideszu wygłosił przemówienie na wielkiej manifestacji podczas uroczystego pogrzebu bohaterów rewolucji węgierskiej 1956 r.
Autorka zauważa, że „orbanizm” rozmnożył się w Europie Środkowej na gruzach transformacji pokomunistycznej – i przypomina opinię Adama Michnika, który stwierdził, że Orban jest bardzo inteligentny, dynamiczny i odważny.
Wypada dodać, że trudno, aby człowiek o takich cechach nie wykazywał skłonności autorytarnych.
Jak wskazuje więc Amelie Poinssot, skutecznie zbudował on system całkowicie nowy, który pod naskórkiem demokracji opiera się na woli jednego człowieka – a w jego świecie zawsze musi być jakiś przeciwnik. „Polityka jest dla niego polem walki. Potrafi doskonale iść do ataku z niezwykle zimną krwią, usuwać ludzi i niszczyć idee /…/ Eliminować konkurentów i równocześnie utrzymywać wygodnych przeciwników: taka jest metoda Orbana” – czytamy.
Siłą rzeczy rodzi się pytanie o podobieństwa sytuacji na Węgrzech i w Polsce. Bo przecież tak jak i u nas, u naszych bratanków powstał – tu cytat z książki – „paternalistyczny model, w którym władza, partia i państwo są skoncentrowane wokół osoby Viktora Orbana”, zaś krajowi dziennikarze „występują w roli przekaźników informacji napływających z rządu, bądź są opozycjonistami, z którymi się nie rozmawia”.
Różnice są jednak niebagatelne. Orban nie kieruje Węgrami z tylnego siedzenia, nie ponosząc za nic odpowiedzialności jak Jarosław Kaczyński.
Węgierski przywódca wprowadził swój kraj do NATO, jako premier rozpoczął skuteczne negocjacje o wstąpieniu do Unii Europejskiej – i choć krytykuje ją nieustannie, to jednak w relacjach z władzami unijnymi potrafi unikać konfliktów będących udziałem Polski. To on ożywił Grupę Wyszehradzką, umiejętnie współpracuje też z sąsiadami Węgier oraz z Rosją i Izraelem. Na gruncie gospodarczym nie dochodzi zaś do nieracjonalnego faworyzowania firm państwowych oraz ciągłego składania bombastycznych obietnic.
Viktor Orban gra w piłkę nożną (lepiej niż Donald Tusk), ma niebrzydką żonę i pięcioro dzieci, był na stypendium w Oxfordzie, u siebie doskonale umie rozmawiać z tzw. zwykłymi ludźmi, zaś w Brukseli – dyskutować w płynnym angielskim z zagranicznymi liderami.
Zna świat, a na krajowym boisku triumfuje nieprzerwanie od dziesięciu lat, nie przejmując się zbytnio demokracją. Jak długo jeszcze będzie wygrywać?

Ubywa demokracji w Polsce

Jeszcze w roku 2014, ostatnim przed zwycięstwem wyborczym Prawa i Sprawiedliwości, nasz kraj zajmował 30 miejsce na liście najbardziej demokratycznych państw świata. W 2018 r. było to już 54 miejsce.

Indeks demokracji opracowywany i publikowany jest od 2006 r. przez The Economist Intelligence Unit. Indeks 2018 jest jedenastą edycją i obejmuje swym badaniem 167 państw.
Indeks zawiera pięć ocenianych dziedzin:
1. Proces wyborczy i pluralizm (czego dotyczy 12 pytań)
2. Swobody obywatelskie (18 pytań)
3. Funkcjonowanie rządu i samorządu (14 pytań)
4. Partycypacja polityczna obywateli (9 pytań)
5. Kultura polityczna (7 pytań).
W ramach tych dziedzin, w sumie badanych jest 60 aspektów demokracji, za pomocą odpowiedzi na 60 pytań. Każda odpowiedź oceniana jest w skali od 0 do 10. Indeks stanowi średnią tych ocen dla poszczególnego kraju. Pełną wersję raportu i rankingu 2018 na temat demokracji znaleźć można na stronie www.eiu.com
Przyjęto, że ocena dla kraju wynosząca powyżej 8,0 pkt. oznacza pełną demokrację. Od 6 do 8 to niepełna demokracja, powyżej 4 do 6 to ustrój hybrydowy, zaś poniżej 4 – ustrój autorytarny.
Według tej kwalifikacji, 20 krajów (co stanowi 4,5 proc. ludności świata) zaliczono w 2018 r. do w pełni demokratycznych. 55 krajów – do nie w pełni demokratycznych (43,2 proc. ludności), 39 krajów do ustrojów hybrydowych (16,7 proc. ludności) i 53 krajów do autorytarnych (35,6 proc. ludności świata). Jak widać, kraje niedemokratyczne przeważają
Pierwsza trójka najbardziej demokratycznych krajów świata to Norwegia (9,87 pkt.), Islandia oraz Szwecja.
Polska zajmuje na tej liście dopiero 54 pozycję z wartością indeksu 6,67pkt. Z tego względu zaliczono nas więc do krajów o niepełnej demokracji. Bezpośrednio przed nami są Malezja i Filipiny a za nami Gujana i Lesotho.
Średnia wartość indeksu demokracji dla krajów Europy Zachodniej wynosi 8,35 pkt. (w 2006 r. wynosiła 8,60), a dla grupy krajów Europy Środkowo Wschodniej do której zaliczono także Polskę – 5,42 pkt. (w 2006 r. – 5,76).
Tak więc, Polska znajduje się wprawdzie poniżej średniej demokratycznej dla Europy Zachodniej lecz powyżej dla Europy Środkowo Wschodniej. Jak widać, te średnie w obydwu regionach Europy są w 2018 r. niższe od tych z 2006 r.
Dla Polski jest to obniżka bardzo znacząca (z 7,30 pkt w 2006 r. i 7,41 w 2014 r. do 6,67 w 2018 r.). W tym, dobrym dla demokracji, roku 2014 r. zajmowaliśmy 30. miejsce w świecie.
Ostatnią piątkę krajów o najniższej wartości indeksu demokracji stanowią: Czad, Republika Afryki Środkowej, Demokratyczna Republika Kongo, Syria i Korea Północna.
Jest wiele krajów, które w latach 2006-2018 poprawiły swoje pozycje, a także wiele tych, które je pogorszyły.
My niestety należymy do tych drugich. Wśród krajów Europy Środkowo Wschodniej (spośród członków Unii Europejskiej) zajmujemy dopiero ósme miejsce. Miejsca za nami zajmują, jeszcze mniej demokratyczne od nas Węgry i Chorwacja.
Analizując Polską demokrację na tle nowych krajów członkowskich UE, widać, że wysoką wartość indeksu osiągamy, jeśli chodzi o wybory i pluralizm – 9,17 pkt. Daje nam to wprawdzie tylko przedostatnie miejsce (za nami Węgry), ale z drugiej strony, akurat pod tym względem (mamy powyżej 8,0 pkt) zaliczamy się do krajów w pełni demokratycznych.
Bardzo niską wartość indeksu otrzymaliśmy natomiast w dziedzinie kultury politycznej (4,38 pkt., co stanowi najgorsze miejsce obok Bułgarii), oraz działalności rządu (5,71 pkt.) – i tutaj jest to ostatnia pozycja.
W dziedzinie partycypacji politycznej Polska zajmuje przedostatnią pozycję (5,56 pkt, ex equo z Łotwą, Słowacją i Chorwacją), a za nami są tylko Węgry. W dziedzinie swobód obywatelskich otrzymaliśmy zaś ocenę wynoszącą 7,65 pkt., co daje nam siódmą pozycję wśród omawianych krajów.
Na zakończenie trzeba też odnotować, że USA zaliczone są do krajów o niepełnej demokracji i lokują się dopiero na 25 (! ) pozycji z indeksem wynoszącym 7,96. Indie zajmują 41. miejsce z wartością indeksu 7,23 (wyżej niż Polska) i także są w grupie krajów o niepełnej demokracji.
Rosja została zaś zaliczona do krajów o systemie autorytarnym: zajmuje 144. miejsce z wartością indeksu 2,94. Wyprzedzają ją Chiny – 130. miejsce i indeks demokracji wynoszący 3,32 pkt.

Indeks demokracji 2018:

1. Norwegia 9,87
2. Islandia 9,58
3. Szwecja 9,39
——————–
53. Filipiny 6,71
54. Polska 6,67
55. Gujana 6,64
56. Lesotho 6,61

Bez lewicy będzie autorytaryzm

O trudnościach funkcjonowania w Sejmie, poszukiwaniach własnej lewicowej tożsamości i o tym, czemu lewica parlamentarna musi być w ciągłym pogotowiu Maciej Wiśniowski (Strajk.eu) rozmawia z byłą posłanką, obecnie…. Anną Grodzką.

Nie będziemy rozmawiali o Twoim życiu osobistym…

Bardzo proszę, nie, już wystarczy…

Byłaś przez jedną kadencje posłanką…

– …był taki epizod…

Jak pamiętasz tamten czas? Jakie to było doświadczenie?

Ekscytujące. Działo się wokół mnie wówczas mnóstwo rzeczy, poświęcałam im wiele czasu. Jednak nie chciałabym tego doświadczenia powtórzyć.

Dlaczego?

Nie potrafię dobrze funkcjonować w strukturach hierarchicznych. Z tego też powodu myślę, że nigdy nie byłabym dobrym żołnierzem lub policjantem. Lubię robić to, na co mam ochotę, lubię sama sterować swoim życiem. Potrafię chodzić na kompromisy, nie jestem wariatką, ale ciągłe układanie się w imię niejasnych często interesów męczy mnie. Praca parlamentarna na pewno będzie rozczarowaniem dla tego, kto trafił tam po raz pierwszy. Szczególnie, kiedy jesteś w opozycji.

Jeszcze raz: dlaczego?

Bo towarzyszy temu całkowita bezradność. Myśmy jako Ruch Palikota złożyli sto kilkadziesiąt projektów ustaw, z czego tylko dwie były jakoś tam rozpatrywane, w tym moja o uzgodnieniu płci. Zresztą została ona przyjęta przez Sejm i Senat, dopiero prezydent Duda ja zawetował, a zabrakło głosów, by weto to obalić. Ale to wszystko było okupione jakimiś gigantycznymi kompromisami i ostatecznie ta ustawa nie była tym, co chcieliśmy zrobić. I tak toczyło się nasze życie: rozczarowanie za rozczarowaniem.

To po co się pchać do parlamentu?

Dla polityka, może szczególnie początkującego, bonusem bycia posłem czy posłanką jest to, że zaczynasz funkcjonować w przestrzeni publicznej, w mediach. I możesz przekazać ludziom rzeczywiście ważne treści. Trochę mi się udawało.

To interesujące, kiedy mówisz o rozczarowaniu. Ruch Palikota przyszedł do Sejmu na fali niekłamanego entuzjazmu ludzi, którzy do tej pory nie interesowali się szczególnie polityką – młodych, oddalonych od polityki. Palikot uruchomił w nich poczucie, że coś od nich zależy. A potem ich oszukał.

Oni po prostu zobaczyli, że to jest teatr, nieautentyczny zresztą, nieszczery i pełen dezynwoltury, którą demonstrowali niektórzy koledzy. To na początku jeszcze uchodziło, a potem zaczęło nużyć i zniesmaczać, to dobre słowo. „Palikot przegiął”, mówili.

Po drugie, nie wiadomo było, co to jest ten Ruch Palikota. Niby lewica, ale jaka lewica? Też dałam się na to nabrać. Zostałam zaproszona na listę jako przedstawicielka środowisk LGBT, ale dla mnie oczywistością było to, że trzymamy się zasad i pryncypiów lewicowych. Potwierdzały to moje pierwsze rozmowy z Palikotem, że przygotowujemy np. 1 Maja, Sala Kongresowa, na scenie Piotr Ikonowicz z bezdomnymi, Palikot przemawiający językiem bliskim lewicy. Ale zaraz po tym był Kongres Przedsiębiorców w Krakowie robiony przez Łukasza Gibałę razem z Olechowskim. Za chwilę były jakieś inne akcje, które zniechęcały całe grupy wyborców i posłów. A wreszcie Palikot przypiął się do prezydenta Kwaśniewskiego i to miało wyczerpywać cała naszą lewicowość. Jednocześnie Palikot wprowadzał w regionach swoich ludzi, którzy wypychali tamtejszych, którzy te struktury tworzyli, od początku wkładając w to mnóstwo swojej pracy. Na tych wszystkich zakrętach gubił kolejnych ludzi i wreszcie został sam, utracił wizerunek, bo ludzie nie wiedzieli, kim w gruncie rzeczy jest Palikot.

Myślę, że popełniono też z Tobą pewien błąd, dość kosztowny zresztą. Traktowanie Cię przez Palikota jako sztandaru wyłącznie środowisk LGBT i trans było nieporozumieniem, ponieważ wtłaczano Cię w ramy, w których nie chciałaś pozostać, bo miałaś coś innego do powiedzenia, niż tylko walka o prawa mniejszości seksualnych. Kiedy zaczęłaś mówić o kwestiach szeroko rozumianej lewicy, to było straszne zdziwienie: jak to, przecież ona jest od LGBT? Zresztą w ogóle uważam, że skupianie się przez lewicę wyłącznie na obronie praw LGBT jest ślepą uliczką, w którą wpychają ją neoliberałowie.

Tak. Cała moja praca i aktywność w parlamencie polegała na tym, że nie dałam się zamknąć w jednym haśle i etykietce. To mi nie wystarczało. Wykonałam ogromną pracę, by wyjść z tej szuflady. Nie do końca mi się powiodło, bo wciąż jestem postrzegana przez ten pryzmat, ale część opinii publicznej rozumie, że jestem transpłciowa niejako przy okazji. Moją intencją było od początku pokazywać, że fakt, iż trzeba walczyć o prawa LGBT bo są one naruszane, to nie jest wszytko, co potrafię. Przecież jestem normalnym człowiekiem. Że jestem obywatelką, posłanką i tak dalej, podczas gdy na mnie patrzono na początku jak na jakieś dziwne zwierzę. Chciałam dojść do tego, że żaden świr nie będzie się ze mnie śmiał. Chciałam wyjść poza tę etykietę, bo choć mam to gdzieś, to w życiu jednak przeszkadza.

Cztery lata przerwy w parlamentarnym życiu lewicy to dużo. I teraz z powrotem jest w Sejmie. Co się stało, że wróciła do parlamentu? Co się działo przez te cztery lata na lewicy? Z parlamentu wyleciało lewica w postaci SLD…

..nie zgadzam się z określeniem „lewica” w stosunku do SLD, tamtego SLD. Sojusz był w tamtym okresie bardziej organizacją postpezetpeerowską niż lewicą. Po likwidacji PZPR przeszłam do SdRP, wciąż przekonana, że jestem w partii lewicowej. Na II Kongresie SLD wystąpiłam przeciwko Millerowi i przegrałam. SLD było mniej lewicowe niż PZPR w tym okresie, kiedy miała władzę. Odpowiadając Ci więc na pytanie, co się działo przez te cztery lata na lewicy, nie chcę mówić o SLD, bo to ich nie dotyczy. Czy lewica to Miller, który wystawia Ogórek? No, błagam…

Po wyjściu z partii postanowiłam wspierać Zielonych, którzy wtedy byli lewicowi. Ale to niedługo trwało. Chciałam, żeby Zieloni wystąpili wspólnie z partią Razem, ale oni woleli skręcić w prawo, więc i z tej partii wystąpiłam. Dla mnie nadzieją było Razem po jej powstaniu, kiedy dostali na wyborach powyżej 3 proc.

Czemu przegrali, Twoim zdaniem?

Byli razem, ale osobno. Nie potrafili pojąć pewnej ważnej rzeczy: ideowy kręgosłup to jedno, a taktyka to drugie. Nie można deklarować, że nie będzie się wchodziło w żadne sojusze z innymi partiami. Tego symbolem było niepodanie ręki przez Marcelinę Zawiszę Włodkowi Czarzastemu. Teraz, po tych czterech latach jednak potrafili wznieść się ponad swoje uprzedzenia. To jest właśnie taktyka. Gdyby teraz nie weszli do parlamentu, to by ich nie było. To był ostatni moment.

Lewica więc w Sejmie wreszcie jest. Jednak część obserwatorów wyraża rozczarowanie, że przywiązują się do zewnętrznych i symbolicznych właśnie form demonstrowania swojej lewicowości: feminatywy, wśrod pierwszych zgłoszonych projektów ma być projekt ustawy o związkach partnerskich… Może to nie jest najlepszy początek?

Za wcześnie na oceny.

Brakuje mi tego, by lewica zaproponowała swoje odpowiedzi na pytania współczesności. Bo problemy są już dawno zdiagnozowane, nawet przez liberalnych polityków, działaczy czy liberalne think-tanki. Wiemy czego nie będzie – starego neoliberalnego świata. Ale nikt nie mówi, co będzie. Lewica powinna koniecznie pokusić się o odpowiedź na to pytanie.

Lewica powinna tworzyć wizję. Oddzielną od bieżącej polityki. Wizje świata dla zwykłych ludzi, realistyczną, pozytywną i piękną. To jest możliwe. Jednak przed nimi poważne wyzwanie: nowa narracja, bo neoliberalizm zmienił i narzucił aparat pojęciowy. Największym problemem lewicy był czas, w którym słowo „lewica” zaczęło być używane do określenia trzeciej drogi Blaira i Schroedera, a co było w istocie paktem z neoliberałami. A naprawdę ona właśnie wtedy przestała istnieć. Zniknęły nam kody opisu świata.

A co powinno w tej wizji być?

Odwrócić powiększanie się rozwarstwienia. Nie zatrzymać – odwrócić. Jeżeli tego nie zrobimy szybko, to na zmianę neoliberalizmowi przyjdą reżimy autorytarne. Stara prawica sięga do rozwiązań lewicowych, ale czyni to w sposób oszukańczy. Pielęgnują przecież rozwarstwienie. Wszystkie te 500 plusy i inne nierówności nie zlikwidują. Lewica ma powiedzieć, jak te nierówności zlikwidować.

Sama ta wizja musi być opisana nowym językiem. Obecny jest tak zamotany, że rozmywają się pojęcia. Nowy język musi opisywać rzeczywistość w sposób prawdopodobny. A trzeci to powrót do edukacji z elementami wychowania społecznego. Edukacja nie jest przygotowaniem do zawodu, jak chce tego biznes. Edukacja ma być społeczna. Musi uczyć życia społecznego, rozwoju wspólnej kultury, wartości, do rozumienia świata, w jakim żyjemy.

Czy lewicę parlamentarną stać na sformułowanie takiej wizji?

Część ludzi stać. Adrian Zandberg, Magdalena Biejat, Maciek Konieczny, Marcelina Zawisza to są ludzie, którzy potrafią pokazać nowe cele. Pytanie, czy nie pogrążą się w bieżących problemach życia politycznego.

A jeżeli ugrzęzną, to co?

Powstanie i zaktywizuje się pozaparlamentarna mocna lewicowa opcja, która nie pozwoli im dać zapomnieć o pryncypiach. Taką siłą jest i może być Polska Partia Socjalistyczna, to której właśnie wstąpiłam. Muszą więc czuć oddech za plecami.

Zazdrość

Skręcam się wewnętrznie ze wstydu. Nigdy dotychczas nikomu nic nie zazdrościłem – nawet zainteresowania
przedstawicielek płci odmiennej, które budziły we mnie samcze instynkty.

A ostatnio stwierdziłem z przerażeniem, że ogarnia mnie to brzydkie uczucie i nie jestem w stanie go zahamować. To straszne i – niestety – niebezpieczne. Bo zamiast zazdrościć memu sąsiadowi nowego samochodu lub nowej dziewczyny, bezsensowna i antypatriotyczna zawiść ogarnia mnie na myśl o kilku najwyżej postawionych osobach.

Jak dobrze być premierem

Chyba najbardziej zazdroszczę naszemu Premierowi. Nie chodzi mi o prestiżowe stanowisko, narkotyzujące poczucie władzy, liczną ochronę, limuzyny i samoloty. Nie zazdroszczę nawet pieniędzy, chociaż pewnie by się przydały. Zazdroszczę tego, że wie dokładnie, jak to było w Polsce także przed wzniosłym momentem jego narodzenia i w czasach jego dzieciństwa, wie, kto wtedy poszedł złą drogą, a kto dobrą, kto był i jest patriotą, a kto bruździ – oczywiście wyłącznie dla osiągania własnych korzyści.
Zazdroszczę mu też zadowolenia z wszelkich decyzji, jakie podejmował w swoim bogatym życiu. Wyraźnie jest z nich dumny. Imał się (uwielbiam staropolszczyznę!) różnych zawodów, wszystkie mu się podobały, w każdym się sprawdzał.
Przeprowadziłem autoanalizę i stwierdziłem, że moja zazdrość ma swe źródło głównie w tym, że ja nie jestem zadowolony ze swego życiorysu. Nie podoba mi się. Wprawdzie żyłem już w czasach, które Pan Premier zna tylko z wyselekcjonowanych podręczników, ale nie potrafię się dopasować do lansowanych przez nie wzorców patriotyzmu. Samokrytycznie stwierdzam, że podejmowałem niemądre i zachowawcze decyzje, które dzisiaj nie przynoszą mi ani moralnych, ani materialnych profitów.
Doszedłem do wniosku, że fundamenty mego fatalnego życiorysu powstały jeszcze w zamierzchłych, końcowych latach przedwojennych. Byłem wtedy „zuchem, takim młodszym harcerzykiem. Wśród kolegów z okolicznych podwórek budziłem uśmiech politowania. Oni palili papierosy, dorywali się do alkoholu, grali w karty i w cymbergaja, już podszczypywali dziewczyny. Harcerze uchodzili za maminsynków, śpiewających idiotyczne piosenki, epatujących się zdobywaniem niepotrzebnych w życiu „sprawności”.
To harcerskie wychowanie wypaczyło mi życie. W czasie niemieckiej okupacji dałem się natychmiast wciągnąć w jakąś – także harcerską – konspirację, potem robić „cos tam” w Powstaniu i wylądować, jako jeniec wojenny w Westfalii.
Bezpośrednio po wojnie los się do mnie uśmiechnął. Z Westfalii mogłem pojechać do Anglii, skończyć tam szkoły średnie i wyższe, po latach wrócić do kraju i zostać idolem prawicy. Ale znowu zrobiłem inaczej – wróciłem po kilku miesiącach, narażając się na wielokrotne wezwania przez wiadome służby, na naukę w fatalnych warunkach i na utrzymanie z nędznej płacy. Potem szło mi nieco lepiej, po 1956 roku nie czułem „zniewalającego uścisku komunizmu”. Ale nie zostałem politykiem ani prezesem banku i nie udało mi się zaliczyć do elity finansowej.
Wiem oczywiście, że to wszystko jest winą mego braku inteligencji i zaradności. Co innego Pan Premier. On studiował na kilku prestiżowych uczelniach. Zaszczycał swoją obecnością uniwersytety nie tylko we Wrocławiu, ale także w Niemczech i Szwajcarii a nawet w USA. W ogóle bywał często zagranicą – zaraz po tym, kiedy przestano nas „bezwstydnie uciskać”. Już w dzieciństwie wiedział lub przeczuwał, że trzeba uczyć się angielskiego, a nie rosyjskiego. Nic więc dziwnego, że jest tym, kim jest. I nic dziwnego, że przenikliwie potrafi dzisiaj odróżnić „dobrych” od „złych”.
Pan Premier ma ponadto talent, budzący moją szczególną zawiść. Ma nadzwyczajną zdolność przekonywującego opisywania planów jego rządu i ugrupowania w taki sposób, jakby ich realizacja była całkiem pewna i zależała tylko od ich dobrej woli. Mówiąc – przykładowo – o budowie promów pasażerskich stwarzał wrażenie, że na symbolicznej stępce natychmiast wyrosną potężne statki. Ale ich nie ma. Nieśmiało doradzam większą ostrożność. Chyba lepiej było by powiedzieć: „Zamierzamy budować promy pasażerskie. To trudne zadanie, ale może się udać, bo mamy doskonałych inżynierów i sprawne załogi stoczni”. Czyli dać nadzieję i pogłaskać.

Wymarzony prezydent

Wstrętne uczucie zazdrości ogarnia mnie także, gdy zdalnie obserwuję naszego Prezydenta. Jeszcze młody, przystojny, niemal zawsze stosownie ubrany. Ale nie to powoduje moją zawiść, w tym zakresie nazywaną „zazdrością pokoleń”. Zazdroszczę łatwości nawiązywania kontaktów. Uśmiechów zadowolenia i skrywających niezadowolenie, znajdywania i opowiadania zawsze odpowiednich do okoliczności anegdot, fascynowania się każdym rodzajem sportu, umiejętności bezproblemowego udziału w tańcach i śpiewach na dowolną melodię.
Te wszystkie zalety Pana Prezydenta nie są jednak jądrem mojej zazdrości. Jądrem jest możliwość niezależnego od nikogo działania i podejmowania decyzji. Pan _Premier – to co innego. Jest desygnowany przez rządzącą partię, może mieć własne zdanie, – ale nie może podejmować decyzji innych, niż takie, jakie się jego partii podobają lub jakie mu wręcz zaleca. A Prezydent może, – jeśli chce. Pewnie, że musi trochę lawirować między prądami unoszącymi go na powierzchni politycznego życia kraju, Europy i Świata, ale w wielu sytuacjach może zachować się w taki sposób, jaki uważa za słuszny. I to nawet wtedy, gdy jakaś część wybierającego go Suwerena może tego nie pochwalać. Albo nie może tego zrozumieć.
Czasem mam wrażenie, że skleroza powoduje, iż należę już do tej ostatniej grupy. Wyraźnie nie nadążam. Jeśli – przykładowo – ktoś z nas, maluczkich wyrobników, pobiegnie szybciej niż inni, albo dalej rzuci kulą czy młotem, Pan Prezydent natychmiast zaprasza go na godziwy poczęstunek, gratuluje, często dekoruje, w świetle reflektorów i kamer wyraża swój zachwyt. Ale jak ktoś dostaje nagrodę Nobla, to Pan Prezydent długo myśli, czy warto zafundować mu obiad albo kolację. Bo rzutu kulą nikt nie krytykuje, a nagroda Nobla w jakiejś dziedzinie może budzić kontrowersje. I Pan Prezydent woli wtedy zachować wstrzemięźliwość. Nawet jeśli to nadrobi, to opóźnienie takiej decyzji pozostanie w mojej – i nie tylko mojej – pamięci.
W ramach tej niezależności Pan Prezydent prosi niekiedy Trybunał Konstytucyjny o pomoc, w podejmowaniu decyzji kłopotliwych dla obozu rządzącego. To skutecznie opóźnia sprawę i Suweren może czasem o nich zapominać. Ale trzeba też pamiętać, że Suweren jest nieprzyzwoicie ciekawski. I jestem pewien, że nie zapomni np. o braku oświadczeń majątkowych członków rządu i ich rodzin. Nie zapomni też o wstrzemięźliwości Pana Prezydenta w wyjaśnianiu sprawy publikacji list poparcia dla kandydatów na członków KRS. To problem Sejmu, – ale Pan Prezydent mógł i chyba powinien, wyrazić swoje zaniepokojenie sposobami jej komplikowania. Okres kampanii prezydenckiej będzie obfitował w przypomnienia o tych – i nie tylko o tych – sprawach.

Inne „podmioty” mojej zazdrości

Bądźmy szczerzy. Nie mogę twierdzić, że tyko Prezydent i Premier budzą moją zawiść. Zazdroszczę także tym, którzy podłapali stanowiska, z których przez kilka lat nikt nie może ich odwołać. Mają nawet lepiej – nie są ciągle obserwowani, pracują ukryci w swoich obszernych fortecach, nikomu nie wolno podważać ich decyzji merytorycznych i personalnych.
Nie ukrywam, że zazdroszczę także władcy telewizji państwowej, zwanej publiczną, i jego niektórym współpracownikom. Jakaż to musi być frajda, jeśli się świadomie fryzuje niemal każdą informację w taki sposób, aby wzmacniała pozycję i budowała prestiż „władzy”. Jak to – zapewne – jest przyjemnie „wieszać psy” na obywatelach drugiej kategorii, w sposób bliski wzorcom wypracowanym przez hejterów, działających pod parasolem ochronnym jednego z ministerstw.
Ostatnio zaczynam zazdrościć policjantom. Zarobki pewnie gorsze, ale poczucie bezkarności i możliwość władczego traktowania obywateli musi sprawiać wiele satysfakcji. Każdego można przecież postawić na baczność, poprosić o dokumencik. Nawet sędziego na sali sądowej w czasie trwania rozprawy. Jakieś immunitety, to burżuazyjne pomysły, podchwycone teraz przez liberałów. Nie musimy się nimi tak bardzo przejmować. W końcu ciągle śpiewamy, że „Bonaparte dał nam przykład jak zwyciężać mamy”. A on prawa wprawdzie tworzył, ale z ich przestrzeganiem też miał problemy. No i nie zwyciężył pod Waterloo. Mam takich znajomych, którzy niemal codziennie studiują mapę Polski, szukając miejscowości, która może u nas spełnić tą rolę.

 

Kryzys władzy autorytarnej?

Na kilka dni przed inauguracją nowej kadencji Sejmu i Senatu pojawiły się zaskakujące symptomy nadciągającego kryzysu polskiej wersji „nowego autorytaryzmu”.

Odtrąbione jako zwycięstwo „Prawa i Sprawiedliwości” październikowe wybory, choć przyniosły porażkę demokratycznej opozycji, okazują się bardziej początkiem końca niż fundamentem przyszłych sukcesów ustanowionej w 2015 roku władzy.
Pierwszym sygnałem niepokojącym z punktu widzenia rządzącej partii symptomem nadciągającego kryzysu jest fiasko intensywnie czynionych prób przeciągnięcia na jej stronę senatorów opozycyjnych. Pamiętamy, ze po zeszłorocznych wyborach samorządowych „Prawo i Sprawiedliwość” zdołało znacząco poprawić swoją pozycję w sejmikach wojewódzkich przeciągając na swoją stronę bezpartyjnych samorządowców, czy też kupując za stanowisko wicemarszałka jednego ze śląskich radnych. Teraz też tego próbowano, ale bez powodzenia. Jest to, rzecz prosta, konsekwencja wyższych standardów moralnych obecnych senatorów, ale w jakiejś mierze także tego, że stosunkowo słaby wynik uzyskany przez PiS zniechęca do wiązania się z tą formacją. Jaki bowiem sens miałoby wsiadanie do statku zmierzającego ku mieliźnie?
Drugim sygnałem kłopotów obozu rządzącego jest wybijanie się na względną niezależność sojuszników PiS: „Solidarnej Polski” a zwłaszcza „Porozumienia”. Wicepremier Gowin sygnalizuje, że jego posłowie nie poprą zmiany w ustawie znoszącej limit poboru składek ZUS od najlepiej zarabiających. Niezależnie od tego, czy zmiana ta byłaby słuszna weto zadeklarowane przez koalicjanta godzi w politykę budżetową rządu i musi być odczytane jako niebezpieczny sygnał na przyszłość.
Zwłaszcza, że w parze z tym idzie trzeci sygnał: dziwne manewry wokół osoby prezesa NIK. Okazuje się, że powołane do tego służby o podejrzanych operacjach finansowych byłego ministra finansów Banasia wiedziały już na początku tego roku. Czy celowo nie informowały o tym premiera? Jeśli nie był to po prostu przejaw skrajnej niekompetencji, nasuwa się przypuszczenie, że komuś zależało na tym, by Mateusz Morawiecki znalazł się w kłopotliwej i osłabiającej go sytuacji. A jeśli tak, to tym kimś musiał być wpływowy polityk obozu władzy.
Czwartym sygnałem jest ujawnienie zamiaru wybrania do Trybunału Konstytucyjnego dwójki szczególnie skompromitowanych byłych posłów Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Ktoś, kto wpadł na ten pomysł, musi wiedzieć, że stawia Andrzeja Dudę w bardzo niezręcznej sytuacji. Jeśli ta dwójka zostanie wybrana, prezydent stanie przed niewygodną alternatywą: przyjąć od nich ślubowanie czy przyjęcia odmówić. Nie będzie mógł się zasłonić tym, że Konstytucja nakłada na niego obowiązek przyjęcia ślubowania, gdyż sam stworzył groźny precedens odmawiając przyjęcia ślubowania od legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w 2015 roku. Jeśli zaś przyjmie ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza, da wspaniały prezent opozycji, która będzie mogła wykorzystać to w kampanii prezydenckiej. I znów nasuwa się pytanie: czy jest to bezmyślność, czy świadome działanie na szkodę Andrzeja Dudy, który ma w obozie rządzącym nie tylko przyjaciół.
Są to sygnały nadciągających problemów wewnętrznych, które zaczynają osłabiać obóz rządzący. Towarzyszą im coraz poważniejsze prognozy ostrzegawcze mówiące o niedopinaniu się budżetu i wysoce prawdopodobnym pogorszeniu koniunktury gospodarczej. Dotychczasowa polityka gospodarczo-społeczna PiS opierała się na optymistycznym założeniu, że dobra koniunktura trwać będzie bardzo długo i że budżet państwa poradzi sobie z rozbuchanymi inicjatywami, nie tylko socjalnymi, ale także inwestycyjnymi, wśród których prym wiedzie księżycowy pomysł budowy wielkiego lotniska, które miałoby skutecznie rywalizować z Frankfurtem. To nieźle grało w czasie kampanii wyborczej, ale teraz zbliża się moment, gdy trzeba będzie stanąć twarzą w twarz z realiami ekonomicznymi. Te zaś nie podlegają woli wszechwładnego Prezesa.
Wszystko to oznacza, że polityka polska nie jest tak przewidywalna, jak można było sądzić w wieczór wyborczy.
Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja polityczna zależy nie tylko od kondycji obozu rządzącego. Jak w nowej sytuacji będzie sobie radziła opozycja? Czy potrafi wykorzystać słabości obozu rządzącego i przeciwstawić im mądrą, atrakcyjną alternatywę? Jest to możliwe i wysoce prawdopodobne, ale tylko pod warunkiem, że przywódcy tej opozycji zrozumieją, dlaczego ponosili kolejne porażki i wyciągną z tego trafne wnioski. To nie jest sprawa partyjnego interesu opozycji. Tu idzie o interes Polski, o jej system demokratyczny, o jej godne i bezpieczne miejsce we wspólnocie państw demokratycznych.

Polska anarchii prawnej

Tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do Sądu Najwyższego. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany – mówi prof. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Sąd Najwyższy pozostawił bez dalszego biegu pierwszy protest wyborczy PiS-u dotyczący okręgu 75. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD BALICKI: Informacja o tym, że skład trzyosobowy pozostawił bez dalszego biegu protest, który był zgłoszony bez żadnego merytorycznego uzasadnienia, nie może zaskakiwać. Ten protest nie miał żadnych podstaw prawnych, więc tak należało z nim postąpić, ale prawdą też jest, że po tym składzie Izby mogliśmy się spodziewać wszystkiego.
Cieszę się jednak, że przeważyła wiedza i profesjonalne podejście wśród członków tego składu. To jest informacja pozytywna i optymistyczna.

Liczy pan na podobne decyzje przy pozostałych protestach?

Uważam, że w każdej sprawie, w której nie ma potwierdzonej informacji o złamaniu prawa, takie rozstrzygnięcie powinno zapaść. Taka jest konsekwencja procedury protestów wyborczych, które składa się wtedy, kiedy są wątpliwości co do prawidłowości przebiegu wyborów albo rozstrzygnięcia, które zostało uczynione. W innej sytuacji protest jest bezzasadny i tyle.
Co należy zrobić z szefem NIK-u Marianem Banasiem? Co kilka dni pojawiają się kolejne obciążające go informacje.
Musimy mieć świadomość, że nie mamy dostępu do wszystkich informacji i tak naprawdę nie wiemy, co było w tych zeznaniach majątkowych pana Banasia. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby wszczęcie procedury odpowiedzialności konstytucyjnej, ale musielibyśmy analizować szczegóły, bezpośrednio dotyczące danej osoby, a nie mamy takiej możliwości. Najważniejszy wniosek z tej całej sytuacji powinien być jednak jeden – nie można wybierać na najważniejsze urzędy osób wyłącznie w oparciu o kryteria polityczne. Ważne są kryteria merytoryczne i moralne, a w tym przypadku okazało się, że kandydat ich nie miał.

Czy należy próbować zmienić konstytucję, aby móc go odwołać? A może próbować zwykłą ustawą zmienić zasady odwołania szefa NIK-u, tak jak PiS próbował w przypadku I prezes SN? Jak rozwiązać tę patową sytuację?

Oczywiście nie należy zmieniać konstytucji w związku z pojedynczym przypadkiem, który tak naprawdę jest dowodem na błąd ugrupowania rządzącego. Konstytucja jest dokumentem ważnym i nie można z byle powodu, nawet tak poważnego jak obecna sytuacja szefa NIK-u, próbować w niej manipulować. Tym bardziej, że mamy taki a nie inny czas polityczny i obecnie każda próba zmiany konstytucji skończyłaby się dla tej konstytucji na pewno źle.
Po drugie: czy należy stosować jakieś kruczki ustawowe? Nie ja jestem od doradzania partii rządzącej, ale gdyby mnie o to spytano, to na pewno nie doradzałbym stosowania żadnych „wytrychów” prawnych. Mogę zachęcić tylko do jednego, aby na stanowiska, które należy obsadzić, wybierać osoby kompetentne, o wysokich kwalifikacjach merytorycznych, ale i moralnych. To jest tak naprawdę jedyny sposób na uniknięcie problemów podobnych do obecnego.
Sprawa pana Banasia wzięła się z błędnych decyzji partii rządzącej i to ona musi znaleźć jej rozwiązanie.

Pytanie, czy będzie chciała.

No cóż, sposób i efekty postępowania w sprawie pana Banasia będą tylko potwierdzeniem, jakie zamiary ma partia rządząca i jakie wartości są dla niej ważne.

Sędzia SN Piotr Schab, rzecznik dyscyplinarny sędziów, nie znalazł podstaw, by wszcząć postępowania dyscyplinarne wobec bohaterów afery hejterskiej, m.in. wiceministra Piebiaka. To polityczna decyzja?

Trudno ją inaczej oceniać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że sędziowie i prokuratorzy są ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych z bzdurnych powodów, a czasami bez powodu. Opinia „nic się nie stało” w odniesieniu do sytuacji, w którą zamieszane były osoby na najwyższych stanowiskach obecnej władzy, musi zaskakiwać, ale jeżeli to pan rzecznik Schab, powołany do pełnienia tej funkcji przez pana Zbigniewa Ziobrę – ministra, prokuratora i polityka w jednym – wystawia certyfikat dla pana ministra Piebiaka, to nie mam nic więcej do powiedzenia.

Czy pana zdaniem żyjemy w państwie prawa?

Niestety nie. Konstytucja co prawda taką formułę wprowadza, ale rzeczywistość polityczna pod rządami partii rządzącej doprowadziła do sytuacji, że to nie normy prawne, lecz decyzje określonych osób mają charakter decydujący. Nie jesteśmy już państwem prawa takim, jak opisuje to nasza konstytucja.

Jakie to rodzi konsekwencje? Mieliśmy przykład, czym to grozi przy składaniu protestów wyborczych, które budziły realne obawy o uczciwy wynik nowej Izby SN.

Jeżeli mówimy o protestach wyborczych, to musimy sobie uświadomić, że problemem nie jest sam protest wyborczy, zwłaszcza gdyby był dobrze uzasadniony. Taka procedura przysługuje zarówno wyborcom, jak i przedstawicielom komitetów wyborczych. Oczywiście zdziwienie musiało budzić uzasadnienie protestów co do niektórych z nich, czyli brak wykazania złamania zasad prawa wyborczego. Sytuacja staje się jednak poważniejsza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, w jakim państwie żyjemy. Istnieje poważna obawa, że partia rządząca, wykorzystując wcześniej podjęte polityczne decyzje i ukształtowany w ten sposób skład izby, ma wpływ na stwierdzenie ważności wyborów i może w tym trybie dokonać zmiany werdyktu wyborców. To jest przerażające.
My tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Dotychczas sprawa była jasna: werdykt SN był uznawany za ostateczny i nawet jeżeli strony się z nim czasem nie zgadzały, to wiedziały, że był to wyrok wydany w oparciu o literę prawa przez najlepszych sędziów, ekspertów z danej dziedziny prawa. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do SN. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany.

Co, jeżeli niekonstytucyjny sędzia SN wyda decyzję? Gdzie się od niej odwołać?

W chwili obecnej takiej procedury nie ma, chyba że będziemy próbować dochodzić sprawy w sądach międzynarodowych. Jestem przekonany, że docelowo potrzebne będą rozwiązania ustawowe, które będą musiały odnieść się do ważności takich orzeczeń. Z jednej strony mamy do czynienia z osobą nieuprawnioną do wydawania orzeczeń, ale z drugiej strony – z konkretnymi sprawami konkretnych osób, które mają prawo do rozwiązania sporu na drodze sądowej. Tego nie można pozostawić bez rozstrzygnięcia.
Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść.

Pana zdaniem nie jesteśmy obecnie demokratycznym państwem?

Demokracja to nie tylko wybory. Wybory się odbyły i wybraliśmy ugrupowanie, które może i powinno rządzić, ale demokracja to również poszanowanie zasad konstytucyjnych. Niestety, tych zasad partia rządząca nie przestrzega.

Polityczne prognozy i ostrzeżenia…

…niewiele były warte, gdyż nie chciał je nawet ich autor poważnie w rzeczywistości traktować.

Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” (19-20.10.2019) przypomniał swój tekst z „Krytyki” drukowany 17 lipca 1991 roku, obecnie pod tytułem „Trzy fundamentalizmy, 1991”. Materiał poprzedza odautorski wstęp w którym czytamy, że niedawno abp Marek Jędraszewski mówił: „Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek [A. Michnik – Z.T.] w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”. Były jeszcze słowa krytyki z różnych stron i stąd zapewne narodził się pomysł przywołania in extenso artykułu sprzed prawie trzydziestu lat.
Dobrym jednak obyczajem jest znaczyć cytowany tekst cudzysłowem, którego tu zabrakło i dlatego czytamy „Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych… i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u.” PiS-u w tamtym czasie nie było (powstał dopiero w 2001 r.), a więc nie mógł tego napisać „ten człowiek” w tamtym czasie. Ale dużo ważniejszą jest nasuwająca się, niewyartykułowana myśl o przewidywalności autora, do której jeszcze wypadnie powrócić.

Zagrażające fundamentalizmy

rozumiane jako „przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem”, to:
• fundamentalizm narodowy, jako „pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy”;
• fundamentalizm religijny czyli próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawno-państwową;
• fundamentalizm moralistyczny oznacza „zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej”, i dalej „Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych”. Ważne jest także to przekonanie: „mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji”.
Trzeba przyznać autorowi rację w kwestii dwóch pierwszych opisanych obszernie, a tu tylko streszczonych, zjawisk natomiast bardzo poważnego dopełnienie wymaga ten trzeci.

Fundamentalizm solidarnościowy,

bo takim go nazywać należy, stał się paradygmatem, w którym dobro, jakim była walka z tzw. komuną dawała prawo nie tylko moralne, ale również to konkretne, stanowione poprzez zdobytą władzę polityczną, a nadto rację do jedynie słusznej oceny zjawisk z przeszłości i teraźniejszości. Logika demokratycznego ładu – szacunek dla adwersarza, więcej, dla obywateli mających wątpliwości czy też inaczej myślących – zastąpiona została walką polityczną pod rozlicznymi moralnymi nawoływaniami wraz ze starą zasadą, że zwycięzca bierze wszystko. I tak to trwa po dziś dzień.
Z tamtych początkowych dni nowej władzy pamiętam jakże odmienne słowa ówczesnego prezesa Telewizji Polskiej Andrzeja Drawicza, który zapowiadając zmiany kadrowe w tej instytucji podkreślał ich ograniczony charakter, nadto deklarując przegranej PZPR obiektywny obraz zbliżającego się jej XI Zjazdu. Jak dalekie były to deklaracje od późniejszych poczynań, od powszechnie stygmatyzującego „homo sowieticus”, jak niestety krótko trwały. Zaklęty podział Polaków na ośmiomilionowe, wrogie dziś sobie obozy po raz pierwszy odnalazł się w czerwcowych wyborach 1989 roku, w których na tzw. listę krajową oddano około osiem milionów głosów. I trwa on, w różnych odniesieniach także obecnie, przy najgłębszym przekonaniu postsolidarnościowych fundamentalistów, że winni są za to wszyscy inni, ale nie oni.

W tamtych rozważaniach

Adam Michnik poświęcił także sporo miejsca populizmowi, jako kolejnemu, poważnemu zagrożeniu. Przypomina, że u źródeł populizmu „leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych.” I dalej: „rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym”.
Ten fragment rozważań Michnika można by złośliwie skomentować, co zresztą w szeregu innych sytuacjach dzieje się powszechnie, że wszystkiemu, jak zawsze winna jest komuna. A na poważnie, to dążność do równości występowała już u myślicieli Renesansu, jednym z trzech haseł Rewolucji Francuskiej było właśnie égalité i dopiero później odnalazła się w ideach socjalizmu. Jest więc to oczekiwanie równości pojęciem nie tylko starym, trwale osadzonym w podstawowych ludzkich dążeniach i marzeniach, nadto równym wolności i braterstwa, bliskiego zresztą solidarności.
Nie ma wątpliwości, że szeroko rozumiany rynek w systemie kapitalistycznym nie ma związku z realizacją sprawiedliwości społecznej, a często w stosunkach pracy jest jej pełnym zaprzeczeniem. Jednak ten ustrój z wielu przyczyn, także za sprawą aktywności partii socjaldemokratycznych, z obawy o swoje istnienie i zagrożenie lewicowymi ideologiami, ale również z powodu najzwyklejszej ludzkiej przyzwoitości szeregu prądów i różnych grup wpływu stworzył szereg mechanizmów redystrybucji o charakterze prospołecznym, m. in. państwo opiekuńcze, ograniczających pazerność kapitału. Jeżeli jest ich wyraźny i odczuwalny brak, jeśli następuje ich ograniczenie na rzecz wąskiej grupy beneficjentów kapitału, to rodzą się w masowej skali naturalne warunki do żądania społecznej równości i sprawiedliwości, nazywane populizmem z konotacją negatywną. A populizm to postawy i stanowiska odwołujące się do idei i woli ludu, przeciwne woli i interesom elit. Wydawać by się mogło, że autorowi powinny być ono bliskie, ale uważa on jednak, że zachowania i żądania tłumu w okresie komuny były racjonalne, zaś obecnie takie same „delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu”. I tym samym nie chce wiedzieć Michnik czego w swojej istocie te żądania dotyczą.

„Istnieje groźba

wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało… Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.” Ratunku przed tym niebezpieczeństwem nie widzi autor w ograniczaniu powszechnie odczuwalnych uchybień i zasadniczych przywar porządku demokratycznego w Polsce , a jedyne antidotum odnajduje w odrodzeniu zagubionego etosu i roli polskiej inteligencji oraz w odpowiedzialnych autorytetach.
Kończył swe rozważania Michnik tymi słowy: „czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki przeciwstawiony zostanie lad racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.”

Na początku lat dziewięćdziesiątych

nie koniecznie trzeba było czytać omawiany tekst aby dostrzec wiele rodzących się już wtedy poważnych zagrożeń, opisywanych co prawda innymi słowy, ale na jedno prawie wyszło. Co prawda ostrzeżenia autora nie miały, jak w niektórych przepowiedniach samospełniającego się charakteru, a mimo to spełniają się z nawiązką.
Paradoks całej, opisanej powyżej sytuacji tkwi w przyjętej przez autora postawie jedynie sygnalisty, u zarania III RP monitorującego o możliwych niebezpieczeństwach, a cytowanym tekstem, w kontekście do współczesności, potwierdzającego wcześniejszą prognozę.
Otóż nie jest to tak, bowiem Adam Michnik przez wiele lat III RP był jedną z najbardziej prominentnych postaci na polskiej scenie politycznej, osobą nadzwyczaj wpływową, z którą liczyli się, a czasem liczyć musieli się, najważniejsi politycy. Zawdzięczał to m. in. swojej politycznej działalności w okresie PRL-u, pozycji w obozie Solidarności i stanowisku redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Tytuł przez długi okres był rekordzistą nakładu wśród prasy codziennej, ale – co jeszcze ważniejsze – był niepodważalną wyrocznią ocen i opinii, a nadto kreatorem wielu społeczno-politycznych faktów. Podkreślić przy tym należy, że opisaną działalność realizował autor ze swoja gazetą nadzwyczaj aktywnie i ochoczo. Jeżeli takie było umocowanie Michnika w życiu publicznym i taki wpływ tytułu, którym kierował, to w naturalny sposób rodzi się pytanie o waszą Panowie współodpowiedzialność za stan polskich spraw, tych dzisiejszych także.

Oczywiście odpowiedzialność ta

ma inny wymiar niż w przypadku polityków i wszystkich innych, podejmujących określone decyzje o znaczeniu publicznym, co nie zmienia faktu, że niewątpliwie istnieje. Najprościej uzasadnić ją cytatami z omawianego tekstu: „moralność [ta z okresu walk Solidarności z komuna – Z.T] bardzo łatwo stać się może fanatyzmem… źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne… W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego…to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu.”
Niewątpliwie ta odpowiedzialność istnieje i ma – nawiązując do tak często używanego i ulubionego w kręgach postsolidarnościowych pojęcia – charakter moralny.

Kto niszczy demokrację

Polska demokracja staje się coraz bardziej koślawa, a gwarantowana konstytucyjnie równość wobec prawa czy trójpodział władz już teraz jest fikcją. Agresywne i niczym nieuzasadnione próby przejęcia Senatu przez PiS są tylko ukoronowaniem wielu antydemokratycznych i bezprawnych działań, które władza podejmowała przez ostatnie cztery lata.

Prawo i Sprawiedliwość jest partią głęboko antydemokratyczną, która nie akceptuje pluralistycznej debaty publicznej, podziału władzy i konsensualnego podejmowania decyzji. To jeden z kluczowych atrybutów partii rządzącej, który ma destrukcyjny wpływ na polską politykę i całe życie publiczne.
Już na początku kończącej się kadencji Sejmu PiS brutalnie przejął Trybunał Konstytucyjny, łamiąc Konstytucję i zasady parlamentaryzmu. Jarosław Kaczyński nie mógł pogodzić się z myślą, że jakakolwiek ustawa uznana przez niego za pożądaną zostanie zablokowana. Prezes zadekretował, że władza musi być totalna i nikt ani nic nie może stanąć jej na drodze. Potem już poszło łatwo – kolejne wymiary systemu sprawiedliwości były niszczone, w tym w Sądzie Najwyższym powołano nową komórkę do stwierdzania ważności wyborów. W ten sposób PiS przyznał sobie możliwość zmiany niekorzystnych dla siebie wyników głosowania. Jednocześnie stopniowo dochodzi do zawłaszczenia całego wymiaru sądownictwa i prokuratury, aby móc zastraszyć niewygodnych polityków, związkowców czy działaczy pozarządowych.
Sejm za rządów PiS stał się maszynką do przepychania ustaw. W wielu kluczowych sprawach były naginane procedury, powtarzane głosowania w komisjach, omijano ekspertyzy sejmowe, lekceważono głosy ekspertów i interesariuszy, a posłom opozycji, którzy protestowali, wyłączano mikrofon albo nakładano kary dyscyplinarne. Parlamentarzyści opozycji konsekwentnie są traktowani przez władzę jako posłowie gorszego sortu. Równolegle został zlikwidowany pluralizm w mediach publicznych. Telewizja Polska za rządów PiS stała się obrzydliwą, nienawistną propagandą, która nie dopuszcza nawet śladu pluralizmu czy obiektywności. Jest demonstracyjnie stronnicza, dobiera tematy wygodne dla władzy, wspiera przedstawicieli obozu rządzącego. Polityka medialna władzy opiera się na jasnej zasadzie: media mają w 100 proc. służyć władzy i nie ma być w nich nawet śladu pluralizmu.
Państwo likwiduje też pluralizm w świecie kultury, dofinansowując tylko te projekty, które wyrażają perspektywę władzy. Rząd nawet nie kryje się z jawnym wspieraniem podległych sobie środowisk takich jak organizacje Tadeusza Rydzyka, które otrzymują olbrzymie środki na każdy swój projekt, niezależnie od tematyki.
Zamordystyczny model zarządzania przenika też do stosunków pracy. PiS-owscy prezesi traktują spółki skarbu państwa jak swoje folwarki, wyrzucając z pracy niewygodnych związkowców, arbitralnie przyznając swoim znajomym wysokie stanowiska, premie i dodatki. Również Rada Dialogu Społecznego jest całkowitą fikcją. Rząd nie tylko nie uwzględnia głosu partnerów społecznych w RDS-ie, ale kluczowe rozwiązania przyjmuje bez jakiejkolwiek dyskusji.
PiS rozpowszechnia model państwa, zgodnie z którym władza jest autorytarna, niedemokratyczna, nieudolna i bezkarna, a poparcie części społeczeństwa czerpie z selektywnych świadczeń pieniężnych przekazywanych dla części elektoratu, a przede wszystkim z nagonkowych akcji przeciw opozycji i uchodźcom lub LGBT. To wyjątkowo odrażająca wizja rządzenia, której cała opozycja powinna stawić stanowczy opór. Lewicowa opozycja deklaruje ambitne plany w tym zakresie. Czekamy na ich realizację.

Kultura dla każdego, czyli demokracja kulturalna w działaniu

W każdym demokratycznym społeczeństwie dostęp do dóbr kultury powinien być powszechny i dla każdego.

Najczęściej oznacza to, że każdy może przyjść do teatru, opery lub muzeum, co jednak bardzo zawęża uczestnictwo w kulturze ponieważ niewiele osób chodzi współcześnie do tych instytucji. Dlatego też, z punktu widzenia człowieka myślącego postępowo, czy bardziej konkretnie: lewicowo – należy zadać sobie prowokacyjne, ale jednak niezwykle istotne pytanie. Która kultura jest bardziej progresywna: zaangażowanych artystów obierających ziemniaki podczas wernisażu w galerii sztuki współczesnej, kompletnie niezrozumiałych przez społeczeństwo, czy festyn, jarmark, kabaret, a nawet muzyka disco polo uwielbiane przez zwykłych ludzi, ale z przekąsem traktowane przez artystyczne elity? To oczywiście pytanie upraszczające, ale dylemat w nim zawarty ukierunkowuje nas w stronę przemyślenia znaczenia kultury w demokracji.
Badacze brytyjskich studiów kulturowych, o lewicowych przekonaniach jak Richard Hoggart albo Stuart Hall już dawno stwierdzili, że kultura jest zwyczajna i zawiera się w codziennych praktykach. Dlatego badali chodzenie do pubów, ale i subkultury młodzieżowe; muzykę rockową albo punk, ale i taniec młodzieżowy w dyskotekach. W kontekście zakończonych niedawno wyborów, założenia te są niezwykle ważne dla wzrastającej w siłę lewicy. Konfrontacja polityczna i ideologiczna nie odbywa się wszak jedynie w sferze władzy oficjalnej, ale może bardziej w ramach codziennych praktyk kulturowych, w które wszyscy jesteśmy uwikłani. Jeżeli chcemy zrozumieć ludzi, to musimy zrozumieć działania kulturowe, w których oni uczestniczą. Kultura to sfera walki o narzucenie dominujących w społeczeństwie znaczeń, które mogą dotyczyć zresztą nie tylko samej kultury i sztuki, ale także ekonomii albo np. kwestii bioetycznych. Spory o wolny rynek – z jednej strony albo o aborcję lub in vitro – z drugiej – to przecież w dużej mierze spory kulturowe. Z tego powodu tak istotny jest charakter demokratycznej oferty kulturalnej, co z kolei prowadzi nas w kierunku idei demokracji kulturalnej.
Termin ten oznacza maksymalne upowszechnienie się kultury wśród szerokich kręgów społeczeństwa, różnych grup, klas i niezależnie od posiadanych pieniędzy. Zarazem, szeroki dostęp do dóbr kultury sprawia, że wykracza ona poza formalny zakres instytucji kultury. Demokracja kulturowa to kultura dostępna poza budynkami muzeów, galerii, kin, czy nawet domów kultury. To kultura dostępna na ulicy, na placach miast, w klubach. To kultura, którą można „dowieść” w dowolne miejsce, żeby ludzie w mieście i na wsi mogli mieć styk z praktykami artystycznymi. To jednocześnie działania, które wykraczają poza kanon kultury elitarnej, wysmakowanej, dostępnej może potencjalnie dla wszystkich, ale realnie tylko dla wyrobionych odbiorców. To wreszcie kultura, której nie tylko się przyglądamy, ale w której realnie uczestniczymy.
Centrum im. Ignacego Daszyńskiego oraz Fundacja im. Friedricha Eberta mając na uwadze powyższe wyzwania postanowili zorganizować debatę dotyczącą znaczenia kultury w demokracji oraz warunków upowszechnienia dóbr kultury. Interesować nas będzie odwieczne napięcie pomiędzy kulturą elitarną i popularną. Z tą sprzecznością związany jest bowiem bardzo istotny, z progresywnego punktu widzenia, dylemat. Czy osoby o przekonaniach postępowych powinny dążyć do upowszechniania elitarnych dzieł? Czy edukacja nie staje się wówczas formą przemocy symbolicznej? Jak sprawić, żeby kultura była bliżej ludzi, a jednocześnie stała na wartościowym poziomie artystycznym? Co decyduje o demokratycznym i progresywnym charakterze dzieł artystycznych: treść, forma, a może warunki materialne ich tworzenia? Na te i inne podobne pytania pragniemy podyskutować podczas spotkania Kultura dla każdego, czyli demokracja kulturalna w działaniu, które odbędzie się w Opolu, w środę, 23 października 2019. Miejscem spotkania będzie budynek Collegium Civitas (sala 20), przy ul. Katowickiej 89. Naszymi gośćmi będą: Łukasz Kropiowski (kurator z Galerii Sztuki Współczesnej w Opolu); Grażyna Misiorowska (aktorka, przewodnicząca Związku Zawodowego Aktorów Polskich przy Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu); Agnieszka Lachcik (pianistka, wiceprzewodnicząca Federacji Związków Zawodowych Pracowników Kultury i Sztuki); Rafał Mościcki (lokalny animator kulturalny z Opola; twórca festiwalu filmowego Opolskie Lamy). Spotkanie poprowadzą reżyserka Barbara Białowąs, a jednocześnie szefowa Stowarzyszenia Kobiet Filmowców oraz prof. UO dr hab. Kamil Minkner z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Opolskiego oraz Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Wstęp jest wolny. Wszystkich chętnych, szczególnie o lewicowych przekonaniach, serdecznie zapraszamy.

Idźmy na wybory!

Kończy się żałosna VIII kadencja Sejmu, zdominowana przez prawicę wszelkiej maści.

Od narodowców, przez Kukiza oraz Prawo i Sprawiedliwość po konserwatywnych ludowców i platformersów, którzy ze strachu przed Jarosławem Kaczyńskim nie byli w stanie lub nie chcieli choćby w symboliczny sposób przeciwstawić się nacjonalistycznej i ksenofobicznej hegemonii PiS. Czym bowiem było „Tak, tak, PO nie jest za przyjęciem uchodźców” Grzegorza Schetyny, odrzucenie przez Platformę i Nowoczesną obywatelskiego projektu „Ratujmy Kobiety” czy przyjęcie przez aklamację uchwały wychwalającej nazistowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej NSZ, jak nie oznaką totalnej kapitulacji PO przed partią Jarosława Kaczyńskiego? Ta sama egzotyczna koalicja PiS-Kukiz-PO-PSL przegłosowała w tej kadencji Sejmu ustawę „dekomunizacyjną”, która miała na celu wymazanie z polskiej przestrzeni publicznej wszelkich lewicowych treści. W jej następstwie zaczęto m.in. burzyć pomniki polskich żołnierzy, którzy szli bohatersko ze Wschodu na Berlin w celu ucięcia łba hitlerowskiej hydrze. PiS dokończył także dzieło Platformy Obywatelskiej pozbawiając godziwych uposażeń emerytalnych funkcjonariuszy dawnego MSW. Prawie 60 osób poniosło śmierć w wyniku wprowadzenia w życie tzw. „ustawy dezubekizacyjnej”, którą lewica słusznie nazwała „ustawą represyjną”. Te i inne wypaczenia VIII kadencji Sejmu są wynikiem braku lewicy, która pierwszy raz w ponad 100-letniej historii Polski niepodległej nie znalazła się w parlamencie. I nie jest to wyłącznie wina samego SLD, ale także lewicowych wyborców, którzy w 2015 roku nie poszli gromadnie na wybory, albo zagłosowali na PO lub PiS…
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zjednoczona lewica startująca z list Komitetu Wyborczego Sojusz Lewicy Demokratycznej (lista numer 3) ma szansę wrócić z przytupem do Sejmu 13 października. Sondaże z ostatniego tygodnia dają SLD między 12 a 14 proc., zaś wśród zdecydowanych wyborców wynik ten oscyluje wokół 15 proc.. Wyborów nie wygrywa się jednak poprzez sondaże tylko w dniu wyborów. Dlatego z tego miejsca apeluję do wszystkich czytelniczek i czytelników „Trybuny” o udział w wyborach! Ale to nie wszystko. Proszę także o to byście namówili na to samo Wasze rodziny, znajomych i sąsiadów! Zadzwońcie do nich, zapukajcie do ich drzwi, zaproście do siebie na kawę lub herbatę by przekonać do głosowania na lewicę. Niech w niedzielę 13 października w lokalach wyborczych stawi się lewicowe pospolite ruszenie!
Drodzy Czytelnicy „Trybuny”, śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę! Przez ostatnie cztery lata posłowie i posłanki VIII kadencji Sejmu ubliżali wszystkim tym, którzy dumni są z dziedzictwa Polski Ludowej. Pionierom Ziem Zachodnich, budowniczym Warszawy, Wrocławia i Gdańska, żołnierzom Ludowego Wojska Polskiego, milicjantom i funkcjonariuszom MSW, nauczycielom, wszystkim tym, którzy sumiennie odbudowali Polskę po bestialskich zniszczeniach II Wojny Światowej. Dzisiaj SLD wolno więcej, wszystkie partie lewicy zwarły szyki, nastąpił sojusz trzech pokoleń polskiej socjaldemokracji. Dla tej oferty wyborczej nie ma alternatywy. Idźmy na wybory 13 października z podniesionym czołem, z pełnym przeświadczeniem, że głos na Sojusz Lewicy Demokratycznej to głos na lepszą, demokratyczną i bardziej sprawiedliwą Polskę w sercu Europy!