O (braku) demokracji

Wielkie pieniądze i jeszcze większe nierówności przesądziły o tym, że demokracja w Ameryce jest fikcją.

,,Nie znam kraju, w którym miłości pieniądza zajmowałaby więcej miejsca w ludzkich sercach i w którym żywiono by głębszą niechęć do idei równości majątkowej” – pisał Alexis de Tocqueville w swoim klasycznym dziele ,,O demokracji w Ameryce”.
Niedawno administracja prezydenta Trumpa w ramach ,,pakietów pomocowych dla gospodarki” podarowała wielkim korporacjom setki miliardów dolarów, podczas gdy w tym czasie większość społeczeństwa w obliczu kryzysu i ogromnego wzrostu bezrobocia nie mogła liczyć na choćby symboliczne wsparcie. Co ciekawe, decyzja o takiej właśnie formie ,,ratowania gospodarki” spotkała się z aprobatą całej klasy politycznej. Demokraci, mający większość w Kongresie, nawet nie zaproponowali objęcia dystrybucji środków z pakietów pomocowych jakąkolwiek kontrolą. Wszyscy ,,wybrańcy narodu” wspólnie poparli tym samym bardzo kosztowny prezent dla wielkich firm, jednocześnie będąc całkowicie ślepymi na problemy społecznej większości. Skąd ta niespodziewana jednomyślność?
Partię Demokratyczną i Republikańską dzieli bowiem bardzo wiele, ale jedno łączy – siedzenie w kieszeni wielkiego biznesu. Było tak zawsze, jednak teraz, w obliczu rosnących bardzo szybko nierówności społecznych i osiągających niewyobrażalne rozmiary fortun najbogatszych przybrało to karykaturalne rozmiary. Politycy w USA coraz częściej nie udają już nawet mężów stanu i otwarcie ograniczają się do roli lobbystów swoich sponsorów. Warto więc w tym czasie przyjrzeć się mechanizmom, które umożliwiły amerykańskiej finansjerze całkowite podporządkowanie sobie aparatu państwowego.
Pierwszym z nich jest finansowe uzależnianie od siebie polityków. Uprawianie polityki kosztuje, trzeba dużych pieniędzy na kampanie wyborcze, spoty, banery, ulotki organizację wieców i spotkań, etc. Według ostatnich wyliczeń udana kampania do Izby Reprezentantów kosztuje ok. 2,5 mln dolarów. W większości państw europejskich jest tak, że te pieniądze pochodzą prawie wyłącznie z dwóch źródeł: składek członków partii oraz dofinansowania publicznego, a darowizny mogą wpłacać tylko osoby fizyczne (nie firmy) i są one ograniczone z reguły do niezbyt wysokich kwot (w Polsce jest to 15 – krotność minimalnego wynagrodzenia na rok).
W Stanach Zjednoczonych też oficjalnie istnieją bardzo podobne limity i ograniczenia. Jednak wyrok Sądu Najwyższego z 2010 roku otworzył nawet nie furtkę, ale szeroką bramę do ich obejścia. Zgodnie z nim wolność słowa oznacza wolność wydawania pieniędzy, ponieważ ,,pieniądze to też słowo”. W uzasadnieniu napisano, że skoro konstytucja gwarantuje każdemu Amerykaninowi nieograniczoną wolność słowa, to nie można ograniczać nikomu prawa do kupowania miejsca w mediach na głoszenie swoich poglądów. Daje to pole do nieograniczonego finansowania pośredniego kandydatów. Dalej nie wolno po prostu dawać partii czy politykowi pieniędzy, ale można bardzo łatwo założyć Political Action Committee, inaczej Super PAC. Takie Komitety mogą bez żadnych ograniczeń publikować mediach materiały wspierające swoich kandydatów i szaklujące ich konkurentów. Jest tylko jeden warunek, który realnie nie jest żadnym warunkiem – Super PAC nie mogą oficjalnie koordynować tych działań ze sztabem wyborczym.
Obecność we wszelkiego rodzaju mediach to szczególnie dzisiaj, w erze cyfrowej, podstawa wyborczego sukcesu. Pokazuje choćby zwycięska droga Donalda Trumpa do prezydentury. Jak w praktyce wygląda współdziałanie polityków i Super PAC? W trakcie jednej z ostatnich kampanii wyborczych Mitch McConnell, republikański senator, wrzucił na YouTube krótki, ale bardzo dziwny z pozoru film: widać na nim najpierw McConnella siedzącego przy biurku, w następnej scenie senator rozmawia z żoną, potem w kasku gawędzi z robotnikami, dalej przemawia do tłumów na spotkaniu. Wszystko to jednak bez żadnego dźwięku ani napisów. Taki materiał bowiem może sobie następnie wziąć wspierający go Super PAC, pociąć go i zrobić z tego spoty, dla których za miliony dolarów wykupi miejsce w mediach.
Kolejne orzeczenie Sądu Najwyższego jeszcze wielokrotnie tę patologię spotęgowało. W wyroku sąd uznał, że korporacja jest jak człowiek i też ma swoje niezbywalne prawo do wolności słowa, czyli w praktyce – że na Super PAC pieniądze mogą dawać też wielkie firmy. Dobrym przykładem tego, do jakich wynaturzeń prowadzą takie możliwości, jest działalność braci Koch – właścicieli paliwowej korporacji Koch Industries. Jako libertarianie przez dziesięciolecia wspierali oni w Partii Republikańskiej jej skrajnie wolnorynkowe skrzydło – tzw. TEA Party na czele z Tedem Cruzem. To ich setki milionów dolarów przesunęły poglądy Republikanów tak skrajnie na prawo w kwestiach gospodarczych.
Kupowanie sobie posłuszeństwa urzędników i deputowanych to jednak nie jedyny sposób, za pomocą którego wielki biznes robi z państwa prywatny folwark. Drugi to stała wymiana kadrowa na linii Wall Street – Waszyngton. Robert Rubin, najpierw współprezes Goldman Sachs, został potem w gabinecie Billa Clintona sekretarzem skarbu. W rządzie popierał daleko idącą deregulację rynku finansowego, która doprowadziła do kryzysu z 2008 roku. Henry Paulson, sekretarz skarbu G. Busha Jr., także był wcześniej prezesem Goldman Sachs. Larry Summers, dyrektor zarządzający funduszu arbitrażowego D. E. Shaw, został szefem Narodowej Rady Ekonomicznej w administracji Baracka Obamy. Obecny sekretarz skarbu Steve Mnuchin w czasie kryzysu w 2008 roku przewodził bankowi Indy Mac i dorobił się fortuny na wyrzucaniu ludzi z mieszkań z byle powodu. Liczne związki osobiste występują także na niższych szczeblach. To model tzw. ,,drzwi obrotowych” – członkowie zarządów banków obejmują wysokie urzędy publiczne, zyskując wpływ na legislację i regulacje finansowe, a byli funkcjonariusze publiczni trafiają do banków, gdzie mogą dorobić się milionowych fortun. Jest już swoistą tradycją, że pracownicy Goldman Sachs i JPMorgan po opuszczeniu pracy w banku idą do administracji, gdzie robią za misjonarzy światopoglądu Wall Street i pilnują, by nie działo się nic, co mogłoby zaszkodzić interesom wielkiej finansjery. Wszyscy kolejni prezydenci USA otaczają się takimi ludźmi.
W maju 2016 roku kolportowana była w USA broszura, wydana przez kogoś, kto podpisał się jako ,,kongresmen X”. Autor bez ogródek opisuje, jak naprawdę wyglądają działania ,,wybrańców narodu”: ,,Jesteśmy marionetkami interesów specjalnych, doprowadzając kraj do bankructwa. Robimy to po to, żeby usłać gniazdka własne oraz tych, którzy nas popierają. Kongres stworzył kulturę egoizmu i korupcji, która niszczy samą ideę demokracji”. ,,Waszyngton jest ściekiem pijawek. Każdy próbuje manipulować systemem politycznym dla swojej korzyści, często ze szkodą dla kraju” – pisze X. Ciężko o lepszy opis systemu politycznego USA. Fragment z refrenu hymnu Stanów Zjednoczonych, który mówi o nich jako ,,kraju wolnych ludzi” brzmi teraz w najlepszym razie jak bardzo ponury żart – dzisiaj USA to bankowa oligarchia, która zapisany w konstytucji ,,dobrobyt powszechny” ma w bardzo głębokim poważaniu. Wielki biznes cały czas przekracza kolejne granice bezczelności w pokazywaniu, jak bardzo zdanie i sytuacja obywateli nie mają dla niego żadnego znaczenia. Byle tylko zgadzała się liczba dolarów i sztabek w skarbcach, a burżuazyjna policja chroniła ich głowy i interesy. Alexis de Tocqueville mógłby obecnie pojechać do USA najwyżej w celach turystycznych, bowiem ,,O demokracji w Ameryce” można napisać tylko tyle, że jej nie ma.

List otwarty PPS do ludzi pracy Republiki Białoruskiej

Członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej solidaryzują się z Wami w walce o demokrację.
Potępiamy wszelkie formy przemocy, naruszanie praw człowieka i obywatela. Wasz sprzeciw wobec korupcji politycznej, arogancji reżimu i opresyjnego aparatu przemocy jest ze wszech miar słuszny.
Wzywamy wszystkie siły prodemokratyczne w Polsce, Europie i na świecie do wspierania walki o demokrację narodu białoruskiego. Ostrzegamy przed ingerencją sił zewnętrznych, których celem byłoby ograniczenie suwerenności republiki. Uważamy, że to ludzie pracy są tą siłą sprawczą, która jest jedynym gwarantem demokratycznych przemian.
Na Białorusi pośród was żyją ludzie o polskich korzeniach a także obywatele Rzeczpospolitej Polskiej. Tylko w pełni demokratyczny ustrój Białorusi jest dla nich gwarantem ich praw, pozwala w pełni uczestniczyć w życiu społeczeństwa. W naszym kraju żyje wielu waszych rodaków. Oni także biorą udział w walce o praworządną Białoruś. Mają nasze pełne poparcie i pomoc.

Z socjalistycznym Pozdrowieniem Prezydium RN PPS

Demokracja à la polonaise

Niektórzy wiedzieli dużo wcześniej, pozostali mieli aż 30 lat aby nauczyć się i zrozumieć, co to jest demokracja. Wyniki są marne, a ich skutki zatrważające.

Od 1992 roku Centrum Badania Opinii Społecznej sprawdza jaki jest stosunek Polaków do demokracji i rządów niedemokratycznych oraz oceny funkcjonowania demokracji w naszym kraju. Właśnie ukazał się komunikat z tegorocznych, lipcowych badań.

Demokracja

ma przewagę nad wszelkimi innymi formami rządów – w 1992 roku tak uważało nieco więcej niż 50 % badanych, pełnych jeszcze nadziei związanych z nowym ustrojem, natomiast jedna trzecia nie miała w tej kwestii zdania. Aktualnie jest to 73%, przeciw wyraziło tylko 11 %, ale w 2018 roku było nas więcej bo 76 %. Zapewne tamten wynik wiązał się z ówczesnymi masowymi protestami w obronie niezawisłości sądownictwa, a przy braku sukcesu trochę odpuściliśmy.

Wszystko jedno ?

Na pytanie „Czy dla ludzi takich jak Pan(i) nie ma w gruncie rzeczy znaczenia, czy rządy są demokratyczne czy niedemokratyczne?” w 1992 roku 44 % potwierdziło powyższą opinię co zapewne wiąże się z skutkami trwającego nadal szoku w wyniku transformacji i braku nadziei na lepsze czasy. Aktualnie aż dla 64 % Polaków nie jest obojętny rodzaj rządów, co oznaczać powinno, że demokracja stała się dla nich trwałą i pożądaną wartością.

Rozpoczynają się schody

CBOS przedstawia wskaźnik stosunku do demokracji:
D – demokratami są osoby deklarujące, że demokracja jest najlepszym sposobem rządzenia, a jednocześnie twierdzące, że forma rządów (demokratyczna bądź niedemokratyczna) nie jest im obojętna. To 53 % badanych.
DO – demokraci obojętni to osoby, dla których demokracja jest najlepszą formą rządów, a przy tym deklarujące swą obojętność wobec sposobu, w jaki rząd sprawuje władzę (demokratyczny czy niedemokratyczny). To 17 % badanych.
ND – niedemokraci, nie zgadzający się z twierdzeniem o wyższości demokracji. To 30 % badanych.

Pozostałe procenty to odpowiedzi „nie wiem”.

Uwaga : w przedstawionych poniżej zestawieniach procenty sumują się do 100 % w ramach każdej z trzech omawianych grup.

Demokraci

To osoby stosunkowo młode w wieku 18-44 lat, acz w pozostałych grupach wiekowych wskaźnik ten oscyluje w granicach 50 %. Są mieszkańcami przede wszystkim wielkich aglomeracji (67 %) i pozostałych rodzajów miast (od 54-58 %) natomiast na wsi zamieszkuje tylko 44 %, Ta postawa wiąże się ściśle z rosnącym wyksztalceniem – 27 % z podstawowym i gimnazjalnym i aż do 71 % z wykształceniem wyższym. Złe położenie materialne dotyczy w tej grupie 42 % respondentów, średnie niewiele więcej bo 46 %, a dobre 65 %.

Wśród demokratów górują lewicowcy – 62 %, następnie centrowcy -57 %, prawicowcy – 56 % i 32 % o niesprecyzowanych poglądach.

W hipotetycznych, przyszłych wyborach parlamentarnych deklaruje glosowanie na Lewicę (Nowa Lewica, Wiosna, Lewica Razem) – 75 %, KO (PO, N, IP, Zieloni) – 67 %, PiS (wraz z SP i Porozumieniem – 51 %, Konfederacja Wolność i Niepodległość – 60 %, PSL – Koalicja Polska (PSL, Kukiz’15, UED) – 54 %.

Szczególną uwagę zwraca w tej grupie 32 % osób o niesprecyzowanych poglądach politycznych, 51 % osób niezdecydowanych na kogo głosować i 28 % nie mających zamiaru uczestniczyć w wyborach parlamentarnych.

Demokraci Obojętni

To osoby w podobnym wieku (13-16 %), poza grupą 55 lat i więcej gdzie wskaźnik wynosi 19 i 23 %, zamieszkałe przede wszystkim na wsi (22%) i w miastach do 20 tys.(17 %), natomiast w wielkich aglomeracjach mieszka ich zaledwie 8 %. Dominuje w tej grupie wyksztalcenie podstawowe, gimnazjalne lub zasadnicze zawodowe (51 %), podobna rozpiętość warunków materialnych i analogicznie poglądów politycznych. W hipotetycznych wyborach parlamentarnych najwięcej bo 23 % oddało by swój głos na Zjednoczona Prawicę, najmniej na Konfederację (4 % ), pozostałe głosy rozłożyły by się podobnie, a 17 % ma niesprecyzowane poglądy polityczne.

Niezdecydowani, na kogo głosować to 33 % i niezamierzający głosować to 23 %.

Niedemokraci

Te osoby zasadniczo nie różnicuje wiek, poza niewielkimi większymi grupami respondentów w wieku 45-54 i 60 lat i więcej, podobnie jest z miejscem zamieszkania, natomiast dominują respondenci z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym o złych i średnich warunkach materialnych mające bardzo podobne poglądy polityczne poza grupą 51 % o niesprecyzowanych poglądach. 17% nie wie na kogo głosować, a aż 60 % nie zamierza uczestniczyć w wyborach.

Podsumowując

W każdej grupie wiekowej odnajdujemy prawie zawsze ponad 50 % demokratów, podobna sytuacja jest we wszystkich rodzajach miast. Demokraci to 54 % osób z wykształceniem średnim i aż 71 % z wyższym, ze złym i dobrym położeniem materialnym (po ponad 40 %) i dobrym (ponad 56 %) o przekonaniach lewicowych (62 %) i centrowych bądź prawicowych (57 i 56 %). Natomiast osoby o niesprecyzowanych politycznych przekonaniach dominują wśród niedemokratów (51 %) i demokratów (32 %).

Szczególnym paradoksem jest fakt, że aż 51 % badanych, uważających się za demokratów nie wiedziało by na kogo głosować, a 28 % w ogóle nie uczestniczyło by w wyborach.

Ocena rodzaju rządów

Na pytanie: „Czy zgadza się Pan(i) ze stwierdzeniem, że niekiedy rządy niedemokratyczne mogą być bardziej pożądane niż rządy demokratyczne?” w 1992 roku twierdząco odpowiedziało 36 % badanych, a obecnie o 10 % mniej, natomiast nie zgadzało się z takim stwierdzeniem poprzednio 26 % a dziś 52 % respondentów. Poważny wzrost tych ostatnich postaw rozpoczął się w 2016 roku i zapewne był wynikiem pierwszych rządów PiS.

W zależności od dokonanego ewentualnego głosowania w hipotetycznych wyborach parlamentarnych:

Z powyższym stwierdzeniem zgadza się 47 % zwolenników Konfederacji i 28 % PiS;

Z powyższym stwierdzeniem nie zgadzają się przede wszystkim zwolennicy Koalicji Obywatelskiej i Lewicy (70 i 69 %) i PiS (59 %).

Ocena naszej demokracji

W 1992 roku było 36 % zadowolonych z jej funkcjonowania, a niezadowolonych 52 % wśród ogółu badanych, natomiast obecnie zadowolonych jest 49 % a niezadowolonych 44 %. Wśród osób pragnących głosować na PiS aż 85 % jest zadowolonych ze stanu naszej obecnej demokracji, a niezadowoleni to KO i Lewica (po 85 %) oraz Konfederacja (60 %) i tylko 9 % zwolennicy PiS.

Ale jeszcze bardziej szokujące informacje przynosi odpowiedź na to pytanie w uwzględnieniem uprzednio wyróżnionych grup:

Demokraci w 49 % są zadowoleni z funkcjonowania obecnej demokracji, a przeciwnego zdania w tej grupie jest 48 % respondentów;

Demokraci obojętni w 62 % okazują zadowolenie , a jego brak w 32 %;

Niedemokraci w 41 % są zadowoleni, a w 43 % nie.

Reasumując

Każde badanie społeczne dotyczące określonych wartości, w tym przypadku demokracji, obciążone jest, co mam nadzieję zapewne doświadczeni badacze CBOS uwzględniają, naturalną reakcją respondentów pragnących zaprezentować się lepszymi, mądrzejszymi i bardziej poprawnymi, będącymi „na bieżąco”. No bo kto na wyimaginowane pytanie : „Czy jest Pan/i człowiekiem dobrym czy złym ?” wybierze tę drugą odpowiedź ? Niejako podobnie ma się rzecz z pojęciem demokracji, a przede wszystkim z wiedzą co nią stanowi. Badania w pełni potwierdzają, że rozumienie pojęcia demokracja i stanu jej realizacji w naszym życiu publicznym to terra incognita dla bardzo liczącej się grupy badanych, a więc dla milionów Polaków. Nadto zapewne część osób rozumie ten termin rozszerzająco dopełniając go oceną warunków ekonomicznych w jakich żyją w tym właśnie ustroju i dołącza do tego opinię, że demokracja jest zawsze dla tych, którzy mają władzę, bo im najlepiej służy.

Jeżeli do tego dodać, że nadzwyczaj liczna grupa osób, pomimo swoich prodemokratycznych przekonań nie wie na kogo głosować bądź wstrzymuje się od tego aktu, to mamy obraz powszechnej naskórkowej demokracji w naszym społeczeństwie, która w godzinie decydującej próby nie zdaje egzaminu. Zjawisko nie jest odosobnione gdyż podobnie rzecz ma się z polskim katolicyzmem, powszechnym, a jednocześnie bardzo płytkim, w którym głęboką wiarę i wynikające z niej zobowiązania zastępują głośnie deklaracje i manifestacyjne, powierzchowne zachowania.

Taki stan polskiej demokracji oznacza jednocześnie nadzwyczaj surową krytykę, tym razem odważę się napisać, tak zwanych demokratycznych, kolejnych rządów.

Dane z tych badań są katastroficzne i paraliżujące, miejmy więc nadzieję, że zostaną bardzo dobrze przepracowane w opozycyjnych partiach i ruchach społecznych.

PS. W świetle przedstawionych informacji i wniosków najbardziej jednak zadziwia końcowy fragment komunikatu CBOS: „W roku wyborów prezydenckich stosunek do demokracji jest zdecydowanie pozytywny… Funkcjonowanie demokracji w Polsce spotyka się z pozytywną oceną niemal połowy i negatywną ponad dwóch piątych badanych, co oznacza nieznaczny wzrost zadowolenia w porównaniu z ubiegłym rokiem.” Okazuje się więc, że nie tylko politycy potrafią, ale i socjolodzy też.

Księga Wyjścia (57)

Ballada postpolityczna.

XIX wiek, należał do monarchii i państw narodowych, dwudziesty – imperialnych, zawsze jednak to polityka kreowała system, a politykę kapitał. Nawet tę radziecką. Pytanie co nam przyniesie kolejny, dwudziesty pierwszy wiek. Może już czas na świat regionów? Polityka w obecnym wydaniu, to już przeżytek.
Zacznijmy od tego czym ona naprawdę jest. Według Arystotelesa to sztuka rządzenia państwem, według Lenina może to robić też kucharka – przynajmniej będzie się trzymać przepisu i nikt nie będzie głodny.
Polityków zazwyczaj nienawidzimy, ale jeśli jakiegoś poznamy osobiście, to rozpiera nas duma. Wrzucamy zdjęcia na fejsa, wtrącamy jego nazwisko w każdej rozmowie ze znajomymi czy obcymi, obnosimy się z tym jakbyśmy kumplowali się z samym Elvisem.
Dlaczego jest tak, że ludzie ci – politycy – w swej masie budzą niechęć, a jeżeli jakiegoś poznamy, to go wielbimy. Może dlatego, że poczuliśmy jego „władzę”, otarliśmy się o nią? To oczywiście imaginacja, bo władzy w jednym pośle wiele nie uświadczymy. Ale społeczeństwo myśli inaczej – zależy jeszcze jaki poseł, ale to na inną autodyskusję.
Jeśli jednak znajdzie się jakiś, którego nie znamy, a szczerze cenimy, to zwykle jest to człowiek, na którego nie głosowaliśmy. A bo z innej partii, z innego okręgu i jeszcze jest milion dodatkowych powodów. Zresztą potem wywinie jakiś numer i też zostaje sprowadzony do wspólnego zbioru – (Nowacka, Biedroń).
Politycy w swej masie są najbardziej znienawidzoną grupą zawodową, pojedynczo odwrotnie. Tak naprawdę Sejm i Senat składają się z bandy cwaniaków, których jedyną kompetencją jest sprawowanie funkcji „ważnego”.
Demokracja w Polsce, to tylko iluzja, igrzyska dla ludzi, którzy są w stanie w jej imieniu zrywać znajomości, więzy rodzinne. Muniek Staszczyk śpiewał „Wolność, kocham i rozumiem, wolności oddać nie umiem”. No właśnie – słowo klucz – rozumiem. Nawiąże na moment do wyborów, które niedawno przerabialiśmy. Podobno rozumiemy wolność, ale niestety tylko swoją.
Od kiedy ludzkość dostała w swoje ręce potężną broń, jaką jest Internet, świat oszalał. Dawne teorie spiskowe są niczym, przy tych powstających każdego dnia. Usiłujemy werbalną przemocą skłonić innych, by przyjęli nasz punkt widzenia zasłyszany od innego użytkownika, a że ładnie to napisał, to przyjęliśmy to za prawdę. Badania francuskich naukowców wykazały, że aż dziewięćdziesiąt procent treść publikowanych w sieci to fałszywe informacje – fake newsy.
Siłę tego narzędzia pokazały ostatnie wybory prezydenckie. Ponieważ tak naprawdę było mi wszystko jedno kto je wygra, tu nie ma „mniejszego zła”, zło nie ma przymiotników, mogłem pozwolić sobie na różnego rodzaju prowokacje. Nawet nie macie pojęcia jak wolny się czułem mając świadomość, że mnie to nie dotyczy. Nie dajcie sobie wmówić, że to obowiązek. Nie. Niegłosowanie, czy bojkot wyborów, też są wyborem. Moja prowokacja polegała na tym, że nie zachwycałem się Trzaskowskim. Początkowo wzbudziło to ogromne zdziwienie części moich znajomych, od obcych dostałem garść wyzwisk, PISowski troll – to najdelikatniejsze, mimo że o Dodzie nie wspomniałem a od PiSu się odcinam. Wielu znajomych również straciłem, dochodziło nawet do szantaży. A ja miałem ubaw z tej pasji i z agresji jaką jest w stanie wygenerować w sobie ta część społeczeństwa, która nienawidzi obecnych i zapałała miłością do tych, których wcześniej odrzuciła. Zdziwiło mnie natomiast, że zamiast agitować, przekonywać, to wyzywali i obrażali.
Zrobiłem kiedyś pewien eksperyment, po ostrej wymianie zdań, zawahałem się i napisałem coś w rodzaju, że macie sporo racji i że jeszcze to przemyślę. W tym momencie jeden z interlokutorów napisał w bardzo protekcjonalny sposób coś takiego: „No widzisz (głupiutki) chłopcze, i po co było tyle się spierać”. W odpowiedzi natychmiast dostał bombę, że za takie traktowanie „głupiego Jasia”, pójdę oddać głos na Dudę.
Dziwicie się? Nacisk rodzi opór. Zamiast tego najpierw posłuchajmy argumentów strony przeciwnej lub obojętnej, potem rozmawiajmy odnosząc się jedynie do argumentów. A jeśli chcemy przyjaciela na śmierć i życie, to sparafrazujmy to co napisał.
Podczas tych licznych sporów i kłótni, przypomniała mi się Wojna Trojańska. Gdy Achilles miał gdzieś całą tą awanturę. Chciał już odpuścić Troję i odpłynąć, szykował okręty, żeby rano wyruszyć. Lecz upojeni pierwszym sukcesem Trojanie, postanowili zaatakować nocą pokonanych w pierwszym oblężeniu Greków, to wpłynęło na zmianę decyzji Achillesa. Postanowił zostać. Gdyby Posłuchali Hektora i nie zaatakowali, półbóg, o słabej pięcie odpłynąłby sobie i żaden koń nie wjechałby za bramę Troi. Przegrani Grecy wróciliby do domów, Helena została z Parysem, Hektor umarłby śmiercią naturalną i jak to w bajkach, długo i szczęśliwie.
Wracając do naszej bajki, gdzie owszem długo, ale próżno szukać szczęścia.
Scenariusz jest taki, gdyby wygrał Trzaskowski, to PIS ponownie wygrałoby wybory parlamentarne. Dlaczego? Bo mamy przekorne społeczeństwo. Poprzednich wyborów wcale nie wygrał Duda, poprzednie wybory przegrał Komorowski – rozumiecie tę subtelną różnicę?
Teraz jest rozłam, PIS pęka coraz bardziej. Wbrew pozorom wygrana Dudy tego nie scali. Ten facet nie jest żadnym autorytetem. Nawet dla swoich. Jego reelekcja, to gwóźdź do trumny monowładzy Kaczyńskiego.
Jeśli ktoś napisze, że przekupne, to po pierwsze oznacza, że ma jakiś gen chamstwa i że sam jest zaślepiony własną korupcją, bo przecież on również głosuje licząc na jakieś frukta czy obietnice. Więc pogarda i opluwanie ludzi, którym „pięćset plus” ułatwia życie, gubiła, gubi i gubić będzie opozycję firmowaną przez polityków PO.
Demokrację też mamy jakąś taką upośledzoną. Polska jest krajem, w którym najłatwiej zostać anarchistą. Z prostego powodu – demokracja nie działa. Nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy. W Polsce głosy liczy d’hont, sondaże wybierają zwycięskie partie, a partie wybierają, kto ma zdobyć mandat. Tak to wygląda w skrócie. Tylko od wpływów regionalnych baronów politycznych, tych największych ugrupowań, zależy skład polskiego parlamentu. Smutne co? Owszem, bywają niespodzianki, ale one jedynie potwierdzają tę regułę. Dlatego ławy sejmowe zapełniają lizusi, faworyci swoich mecenasów i cała banda niewykwalifikowanych ludzi od naciskania trzech guzików – za, przeciw, wstrzymuję się. Z kilkoma wyjątkami. Problem jednak polega na tym, że ludzie wybitni nie mają siły przebicia, bo zajmują się jedynie swoją dziedziną i zwykle ich głos trafia w próżnię.
Witold Modzelewski w jednym z wywiadów opowiadał jak prawo bankowe pisali sobie sami bankowcy, ponieważ nikt z posłów o tym pojęcia nie miał. Niestety, ten fragment media wtedy wyrzuciły. Mnie udało się to usłyszeć, ale w świat już nie poszło. Podobnie jest z każdą ustawą. Ludzie ci nie mają o tym pojęcia.
To jest tak oczywiste, ale żeby dostrzec, trzeba obserwować scenę polityczną na chłodno, bez zaślepienia, zaangażowania i pamiętając, że tak naprawdę obecna władza nie robi nic innego niż jej poprzednicy. Powiem więcej, w niektórym zakresie jest nawet mniej szkodliwa, może poza tym, że TVP zamiast kultury, promuje kicz. Wszystkie zaczynały swoją kadencję od przejęcia mediów, układania odpowiednich stosunków z kościołem katolickim i ambasadą USA, temat aborcji, związków partnerskich znikał jak gorący kartofel, a na pytania elektoratu odpowiedź była jedna – jeszcze nie pora, przyjdzie na to czas, społeczeństwo nie jest gotowe.
Rząd Buzka, zrujnował finansowo budżet na niepotrzebne nikomu reformy. Platforma postawiła na konsumpcjonizm, faworyzując najbogatszych kosztem biednych. W myśl biblijnej przypowieści, że: „Bogatemu będzie dodane, a biednemu zabrane”.
Pierwsza wygrana PIS, to efekt działań kliki cwaniaków na usługach obecnej władzy. Jak w szachach skopiowali ruchy Andrzeja Leppera, czyli posłuchali ludzi na prowincji. Różnica polega jednak na tym, że Lepper robił to autentycznie, nie musiał kopiować, ani słuchać. Mówił co jedynie co go boli i wkurza. Ludzi bolało to samo i to samo wkurzało.
Wzbudziło to przerażenie mediów, chyba żadnego polityka nie bały się tak, jak jego. Wiecie czemu, bo on się nie bał mediów. Jego przekaz szedł sobie alternatywną drogą z ust do ust, z miasteczka do wioski i zanim jakieś Fakty czy Wiadomości wybrały kilka ujęć, które miały go ośmieszyć, ludzie w całym kraju znali prawdę. Tak czarnego piaru nie miał nawet Tymiński. Telewizje śniadaniowe miałyby kłopot z kreowaniem fajnego życia na błotnistym podwórku rolnika.
Kaczyński to zrozumiał, różnica jest jednak taka, że Lepper nie musiał nic rozumieć. On to miał. Kaczyński zaś naśladuje. Stąd pięćset plus i gloryfikacja biedy. A to już błąd, bo bieda wcale nie chce gloryfikacji, nędzarze, biedacy i wszyscy „od pierwszego, do pierwszego” marzą o spokoju finansowym, pewności materialnej.
Niestety, nie ma już Leppera i Kaczyński nie wie co dalej, do tego momentu miał odrobione lekcje, ale teraz stanął pod ścianą. Nie wie, że człowiek, który uwierzył, że „uczciwością i pracą ludzie się bogacą” chciałby wreszcie zebrać owoce tej swojej pracy. Ani minimalna krajowa, ani bon turystyczny, ani te pięćset złotych tego nie załatwią. Załatają dziurę w domu, który wymaga nowego dachu.
Wyborca raz na jakiś czas pójdzie, odda swój głos przekonany, że wykonał swój obowiązek. Poobraża wcześniej kilku obcych i trochę znajomych o przeciwnych poglądach i jest przekonany, że to jego głos się liczy. Nie, liczy się głos „biomasy” ukierunkowanej przez sondaże. Pora skończyć z polityką, demokracja się nie sprawdza, dlatego właśnie w kraju nad Wisłą tak łatwo zostać anarchistą.

Nieznośna lekkość głosu

Wybory jak zwykle stały się okazją do niewesołych refleksji. Nie chodzi nawet o to, że nie było kandydata, na którego można by zagłosować z pełnym przekonaniem, ani o to, że wygrał nieodpowiedni.

Piszę to w trakcie ciszy wyborczej, ale i tak wiem, że bez względu na to, czy zwycięży ten, na którego zagłosuję w drugiej turze, czy też faworyt bookmacherów, nie będę miał okazji do świętowania. Przyczyny smutku wyborów są jednak głębsze niż ich obsada. Choćbym obsadził je sam, i tak miałbym powody do narzekania. Oto niektóre z nich.

Paradoks egalitarności

Wielu nie chadza na wybory, bo prosta kalkulacja skłania ich do wniosku, że trud udania się do lokalu pójdzie na marne. Prawdopodobieństwo, że akurat jego/jej głos zaważy jest tak znikome, że bezowocność jego oddania wydaje się oczywista. Im wyższy zasięg wyborów, tym jaskrawiej jakwi się bezsens uczestniczenia. O ile na szczeblu osiedlowym czy samorządowym można się jeszcze zastanawiać, o tyle w wyborach prezydenckich odpowiedź jest jasna: chroń rozum, zostań w domu.

Z drugiej strony, jak w każdej zbiorowej aktywności, także i w tej pojedyncze zaangażowania składają się lub mogą się złożyć na pewną masę krytyczną. Na tej zasadzie podpisywane i wysyłane są petycje, posłowie zasypywani są interwencyjnymi mailami, organizowane są wielotysięczne demonstracje, które stają się przedmiotem zainteresowania mediów, zbierane są fundusze niezbędne do uruchomienia lub utrzymania wspólnie popieranych działań i tak dalej. Z efektywnością bywa różnie, lecz z pewnością rządzącym zdarza się zmieniać decyzje pod społecznym naciskiem. W wyborach skuteczność tej zbiorowej aktywności jest stuprocentowa, choć jedynie w przypadku jakiejś większości lub stosunkowo największej grupy. Im bardziej więc pozostajemy w głównym nurcie, tym większe prawdopodobieństwo, że nasz kandydat wygra. Nawiasem mówiąc, z tego powodu ci, którzy w sondażach przedwyborczych uzyskiwali bardzo małe poparcie zazwyczaj nie mogli liczyć na znaczące polepszenie wyniku. Obawa przed „zmarnowaniem głosu” sprawia, że głos przenoszony bywa z bardziej swojego na silniejszego. Zamiast wyrazić poparcie decydujemy się na kompromis w imię politycznego pragmatyzmu. Sygnalizowane wcześniej poczucie bezsensu ustępuje poczuciu sprawstwa. Tę elekcyjną moc można poczuć już w wyborczy wieczór, podczas gdy kac związany z obserwacją tego, jak wybrany polityk konsumuje swoje zwycięstwo przez najbliższe lata, jest komfortowo odroczony w czasie.

Niezależnie od tego, czy oddajemy głos, aby wybrać tego, czyje przekonania są nam najbliższe i/lub kto budzi największe zaufanie i nadzieje, czy też wybieramy kandydata, który ma realne szanse, choć głosi poglądy odleglejsze od naszych, stajemy wobec innego jeszcze odstręczającego aspektu głosowania. Jego egalitarny charakter oznacza bowiem, że – choćbyśmy nie wiem, jak bardzo się wyedukowali, zaangażowali, a nawet wyborczo hamletyzowali – głos każdego innego uprawnionego czy uprawnionej waży dokładnie tyle samo.

Demokracja dyletantów

Rządy ludu nie oznaczają rządów ludu oświeconego. Każdy ma prawo zagłosować na kogo tylko zechce lub, jak w Polsce i większości krajów świata, nie zagłosować wcale. Zarówno głos, jak i nie-głos może być wprawdzie emanacją wyznawanych wartości, wyrazem identyfikowania się z celami określonej partii czy kandydata, aktem walki o realizację własnych, zazwyczaj grupowych interesów, lecz może być także wynikiem indoktrynacji, efektem ulegnięcia medialnej propagandzie lub podpowiedzi znajomego, krewnego czy kaznodziei, wreszcie efektem zbiegu okoliczności. Jeżeli w tych sondażach opinii, w których dopuszczano taką opcję, na trzy dni przed drugą turą kilka procent indagowanych deklarowało, że dopiero podejmie decyzję, to trudno raczej sądzić, że zaważą na niej wartości, poglądy czy choćby interesy. Rolę języczka u wagi może odegrać rozmowa z kimś, niedzielne kazanie, wyraz twarzy na wyborczym banerze, ostatecznie imię kandydata, które się lepiej kojarzy czy jakiś inny nieistotny szczegół. Opisywane też były przypadki, gdy ktoś wskazywał przyprowadzonemu do lokalu obojętnemu politycznie członkowi rodziny miejsce, gdzie postawić krzyżyk, a także – znany od niepamiętnych czasów również w „starych” demokracjach – proceder sprzedawania głosów przez tych, którzy parę funtów zamienią chętnie na kilka godzin upojnego nastroju, uprzednio drobną decyzję polityczną scedowawszy na zamożniejszych.

Powyższych ograniczeń demokracji trudno jest uniknąć bez zasadniczej zmiany jej charakteru. Aby zażegnać coś, co niekiedy nazywane jest „demokracją medialną”, a więc system, w którym media decydują o tym, jakie są ramy dyskursu, o czym można publicznie mówić (np. o ułatwieniach dla przedsiębiorców), a o czym nie (np. o prawach pracowników), należałoby wyedukować przyszłych wyborców tak, aby choć częściowo byli odporni na medialną propagandę. Bardziej świadomi wyborcy zapewne częściej głosowaliby zgodnie z własnym interesem i/lub ideałami. Pracownicy popieraliby więc na przykład tych polityków, którzy zapowiadaliby walkę o prawa pracownicze i mniej prawdopodobna byłaby absurdalna sytuacja, z jaką mamy do czynienia w Polsce od trzydziestu lat. Fakt, że rządziły i rządzą w tym okresie partie przyznające kolejne koncesje biznesowi (obniżanie podatków, specjalne strefy ekonomiczne, niekorzystne dla zatrudnionych zmiany w prawie) nie miałaby miejsca bez poparcia w wyborach ze strony tych, którzy ponoszą koszty tej polityki.

Edukacja polityczna, czy ściślej mówiąc przedwyborcza musiałaby oferować wiedzę na temat tego, jakie jest znaczenie postulatów, czemu służą cele i w czyim interesie podejmowane są działania przez poszczególne siły polityczne. W ramach tej edukacji wyborcy nabywaliby umiejętność oddzielania medialnego szumu i pustosłowia od rzeczywistego znaczenia działań politycznych. Byliby wyczuleni na manipulacje, co nie znaczy, że całkowicie na nie odporni. Przede wszystkim jednak orientowaliby się w spektrum politycznych możliwości i potrafiliby odróżnić na przykład postulaty lewicowe od prawicowych, a także ich zróżnicowany charakter na wymiarach ekonomicznym i kulturowym. Wymagałoby to wysiłku umysłowego i motywacji. Siłą rzeczy nie wszyscy chcieliby ten wysiłek wydatkować i wielu by zapewne nie widziało powodu do takiego zaangażowania.

W jaki sposób zatem demokracja zostałaby zreformowana, skoro nie wszyscy chcieliby się politycznie i medialnie wyedukować? Cóż, skoro nie wszyscy chcą kierować samochodem i są gotowi zdobyć odpowiednią wiedzę i umiejętności, to dlaczego wszyscy mieliby chcieć uczestniczyć w wyborach i zdobyć niezbędne do tego kwalifikacje? Przecież konsekwencje wybrania niekorzystnych dla siebie czy swojej społeczności partii i polityków mogą być równie brzemienne w skutki, jak niebezpieczna jazda samochodem. Dopuszczenie do kierowania pojazdami osób bez kwalifikacji wydaje się absurdalne, jednak dopuszczenie do głosowania w wyborach politycznych ignorantów jest powszechnie aprobowane, a nawet mile widziane przez większość partii. W ich interesie jest korzystanie z braku orientacji ich własnego elektoratu. Widać to zresztą było także w kampanii prezydenckiej, zwłaszcza w drugiej turze. Kandydaci na przykład wielokrotnie odwoływali się lub obiecywali działania wykraczające znacznie poza ich kompetencje. Wybierali też tematy dla siebie wygodne, unikali zaś tych, w których wypadliby słabo. Prymitywna retoryka górowała nad merytoryczną dyskusją. Świadomość, że będą wybierali wyedukowani, wymagający, krytyczni obywatele wymusiłaby inny charakter kampanii.

Czy wprowadzenie kryteriów kompetencyjnych dla potencjalnych wyborców zmieniłoby system? Mogę jedynie przewidywać, że znacznie ograniczyłoby liczbę uprawnionych do głosowania. W zależności od surowości kryteriów egzaminacyjnych mielibyśmy zapewne od kilku do kilkudziesięciu procent obecnej wielkości elektoratu. Jeśli ktoś chce nazwać to formą merytokracji, to proszę bardzo. Jestem w każdym razie za tym, aby każdy kto chce, a jest przeciętnie zdolny mógł zdobyć odpowiednią wiedzę, umiejętności i kompetencje. Ustalenie szczegółowego ich zakresu musiałby być poprzedzony debatą społeczną z udziałem różnych sił politycznych. Dochodzenie do konsensusu, zarówno w zakresie treści, jak i formy weryfikacji wyborczych uprawnień, byłby, jak przypuszczam, długim i żmudnym procesem. Podstawowym warunkiem jego inicjacji musiałby być jednak powszechna wola polityczna. Wydaje się to więc obecnie postulatem z zakresu „politycznej fikcji”. Ale czy zmiana ustroju PRL pod koniec lat 1980. nie wydawała się czymś zupełnie nierealnym?

Nawet jednak zreformowanie demokracji w kierunku większej świadomości wyborców i umożliwienia im głosowania zgodnie z ideami i celami własnymi i/lub własnej społeczności nie rozwiązałoby wszystkich problemów związanych z elekcją. Niektóre z nich nie mają bowiem charakteru systemowego, a raczej psychologiczny.

Ułuda ideału

Stworzenie warunków, które należałoby spełnić, aby móc w sposób oświecony dokonać wyboru nie wyeliminowałoby ograniczeń, które tkwią w nas samych. Powiedzmy, że mam dwoje kandydatów do wyboru. Adrian jest niedościgły w komunikacji z elektoratem, przekonujący i pełen mocy, lecz zbieżność swoich poglądów z jego oceniam jako nieidealną. Nie odpowiada mi, dajmy na to, jego entuzjazm dla imperialistycznego sojuszu, amerykańskiej obecności i stadny głos w antyrosyjskiej jeremiadzie. Ewa z kolei w zasadzie wyznaje te same wartości i opowiada się za tymi samymi politycznymi rozwiązaniami, co ja, jednak jej skrajny pryncypializm i niedoskonałe umiejętności komunikacyjne sprawiają, że nie jest kandydatką bez wad. Jeżeli miałbym szukać ideału, to zapewne musiałbym odrzucić oboje. Adrian odpadłby za oportunizm w polityce zagranicznej, a Ewa za brak elastyczności i kandydackiego szlifu. Znów pozostałbym wierny swojemu rozeznaniu i zrezygnowałbym z poparcia tych, co do których mam jakieś zastrzeżenia. Inni zapewne, przy mojej elekcyjnej absencji, wybraliby kogoś znacznie bardziej odległego od mojego wyobrażenia o idealnym kandydacie czy kandydatce. Ale ja pozostałbym z czystym sumieniem, że ani nie poszedłem na kompromis z amerykańskim imperializmem, ani nie poparłem osoby bez większych szans na sukces.

Wyborcy autoidentyfikujący się jako lewicowi w pierwszej turze w zasadzie mieli wybór między Robertem Biedroniem a Waldemarem Witkowskim. Większość z nich zagłosowała na kogoś innego, o ile w ogóle poszli do wyborów. Nie znam nikogo, kto otwarcie przyznałby się do homofobicznych motywów niegłosowania na tego pierwszego. Wielu natomiast wypominało mu niedotrzymanie obietnic, zwłaszcza tej dotyczącej rezygnacji z mandatu europosła. Ten zarzut się ostaje tylko, jeśli poszukujemy ideału. Warto zapytać samych siebie, czy nam nie zdarzyło się kiedyś nie dotrzymać obietnicy, ulec materialnej czy prestiżowej pokusie lub po prostu zmienić zdanie w ważnej sprawie, pomimo tego, że wcześniej zadeklarowaliśmy coś innego. Oczywiście od naszych reprezentantów mamy prawo wymagać więcej niż od siebie, jednak korzystając z tego prawa, obawiam się, pozbywamy się tych reprezentantów. Dodać w tym kontekście warto, że także drugi, mniej znany kandydat był krytykowany choćby za niekonsekwencję w realizacji lewicowego programu, gdy – mając takie możliwości na poziomie lokalnym – nie stanął w obronie krzywdzonych pracowników. Czy kandydat powinien być eliminowany za – choćby jednorazowe – sprzeniewierzenie głoszonych ideałów? Odpowiedź, którą zaproponuję dalece wpisuje się w niedoskonałość świata, w którym żyjemy i głosujemy.

Psycholog Janusz Reykowski, jeden z głównych pomysłodawców i kluczowych uczestników Okrągłego Stołu w 1989 roku opublikował kiedyś w „Kolokwiach Psychologicznych” tekst o interesach i wartościach. Jego tezą było zestawienie tych dwóch obszarów jako pozornie sprzecznych i wykluczających się, lecz pozostających we wzajemnej interakcji. Partie i inne organizacje polityczne realizując określone wartości muszą jednocześnie, dbając o swoje funkcjonowanie i skuteczność oddziaływania, dbać o swoje interesy. Tak więc praktyka działania podmiotów politycznych nie może ograniczać się do implementacji ideałów, bo zwyczajnie stracą na znaczeniu, może nawet przestaną istnieć. Moim zdaniem, na poziomie jednostkowym, w kontekście naszej pogoni za politycznym ideałem ten przetarg między wartościami a interesami może przybrać formę łagodniejszych kryteriów akceptacji kandydata. Pewien kompromis między lewicowymi wartościami jakimi są równość i wolność a interesem, jakim jest promocja kandydata o poglądach stosunkowo najbliższych naszym, wydaje się niezbędny, jeśli jesteśmy zainteresowani zmianami w ramach istniejącego sysemu.

Antysystemowość według mnie musi oznaczać bojkotu każdej oferty systemu. Jego stopniową zmianę warto rozpocząć od przewietrzenia dyskursu publicznego. Przemówienie Zandberga w Sejmie po expose Morawieciego było dobrym przykładem wprowadzania na agendę tematów dotąd nieobecnych w mediach ani w świadomości wielu wyborców czy nawet dziennikarzy. Wprowadzenie Biedronia czy – co bardziej nierealne – Witkowskiego do drugiej tury pozwoliłoby nagłośnić tematy dotąd słabo obecne w świadomości społecznej. I nie musiałoby to wiązać się z rezygnacją ze zmiany systemu. Dążenie do socjalistycznych rozwiązań ustrojowych bynajmniej nie stoi w sprzeczności z pragmatycznym wyborem kandydata choćby trochę im życzliwszego niż oferowani przez dwie główne prawicowe partie.

Trwanie przy wartościach lewicy bez uwzględnienia jej interesów uważam za błąd. A w interesie lewicy jest przesunięcie dyskursu publicznego w stronę zgodną z lewicowymi wartościami. Dlatego też nie odmówiłem swojego głosu tym kandydatom, którzy są im choć odrobinę bliżsi, pomimo nieznośnej świadomości tego, jak niewiele ten głos waży.

Autor jest pracownikiem Instytutu Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego

Święto demokracji w cieniu autorytaryzmu

Nie bez przyczyny zło, nazywane tak przez jednych, okazuje się dla innych dobrem, a szczytne wartości przegrywają z codzienną koniecznością.

Dzień wyborów okrzyknięty świętem demokracji to może ładne ale i zupełnie puste hasło. Wszystkim bowiem wiadomo, że święto zdarza się tylko od czasu do czasu, a nieświąteczną rzeczywistość mamy każdego dnia. Wspomniane święto ma tylko miejsce gdy odbywają się wybory samorządowe, parlamentarne, europejskie i prezydenckie, a poza tymi terminami doświadczamy, nie mającego nic wspólnego z demokracją, łamania Konstytucji, prawa, lewych interesów opłacanych z państwowej kasy, kłamliwych oświadczeń, jeszcze ect. i itd. Żadnemu z opozycyjnych kandydatów na prezydenta ta myśl w licznych wystąpieniach nie zaświtała niestety. Za to już dziś, a może i po II wyborczej turze, Prawo i Sprawiedliwość obnosić się będzie po kraju, a przede wszystkim po Unii Europejskiej, z przekazem jak to normy demokracji przestrzegane są w Polsce, tak jakby Boże Narodzenie trwało u nas przez cały rok. A jak takie upierdliwe OBWE zaprotestuje, tak jak przy krytycznej ocenie debaty prezydenckiej przed I turą w TVP, to się im analogicznie odpisze, że wnioski są nieobiektywne i krzywdzące, a normy demokracji łamał Trzaskowski.
Już nie wystarczy
powtarzane wielokrotnie oświadczenie Rafała Trzaskowskiego o utrzymaniu przyznanych przez PiS licznych socjalnych wsparć gdyż wspólnym i wieloletnim wysiłkiem prawie wszystkich sił politycznych w Polsce zlekceważono położenie materialne wielu Polaków; obecnie 30 proc. obywateli osiąga dominujące w tej grupie dochody w wysokości do 1499 zł.(CBOS, komunikat z badań 61/2020). Z tymi wynikami koreluje również przeważający procent głosów oddanych przez bezrobotnych, zamieszkałych na wsi, a przede wszystkim przez osoby starsze na obecnego prezydenta. Dodać jeszcze należy wyciągniętą przez Andrzeja Dudę, jak królik z kapelusza, przyszłą średnią pensję w wysokości 2 tys. euro oraz oświadczenie: „Jesteśmy w stanie zbudować kraj mlekiem i miodem płynący”. No i mamy zapowiedź obniżki cen gazu, powszechne rozdawania tzw. czeków-promes, a podobno tuż przed 12 lipca kroi się jeszcze uchwalenie przez Sejm bonu turystycznego.
W tym kontekście słuszne opinie, że aktualny rząd nie prowadzi żadnej przemyślanej polityki socjalnej, a jedynie przekupuje ordynarnie wyborców ich własnymi pieniędzmi są pobawione jakiejkolwiek siły oddziaływania, gdyż spotka się z zasadną odpowiedzią, że PiS dał, a wszyscy inni nie, a nadto jak obiecał to słowa dotrzymał. Opinie o tym, że Kaczyński trafnie rozpoznał potrzeby Polaków budzą co najmniej pusty śmiech, bo przecież dobrze i powszechnie wiadomo, że w odtworzonym przez Solidarność kapitalistycznym ustroju liczy się przede wszystkim, albo nawet jedynie kasa. I nie ma podstaw aby obrażać ten elektorat bowiem wykluczenie ekonomiczne i kult pieniądza skutkuje takimi właśnie wyborami jak 28 czerwca. Tłumni wyborcy Dudy nie mają świadomości o dziesiątkach dodatkowych podatków wprowadzonych w czasie obecnych rządów, ani też o kolejnych, które odnajdują się w stale rosnących cenach na rynku. Obiecuje się już przecież czternastą emeryturę, a nawet i kolejne. Warto jednak informować, że od 1 lipca wśród innych znajduje się tzw. podatek cukrowy, a wiec słodyczy ze strony PiS będzie mniej. A to dopiero początek.
Ten ekonomiczny szklany sufit zbudowany przez PiS jest nie do przebicia darmowymi żłobkami i przedszkolami, lokalnymi inwestycjami, obroną samorządów, a nawet zahamowaniem nowych podatków. Nie znaleziono wcześniej w Koalicji Obywatelskiej odpowiedniego antidotum na socjalne argumenty PiS, a może, wieloletnim śladem Platformy Obywatelskiej, kolejny raz je zlekceważono i nie doceniono. A przecież można było, czego dowodzi zgłoszony przez małżonkę Trzaskowskiego ważny projekt dopłat do emerytur matek.
Pewien paradoks sytuacji
stanowi fakt, że mimo upływu lat rząd PiS utrzymuje się na podobnym poziomie społecznego poparcia, nie zużywa się, co jest w politycznej praktyce normalne. Niewątpliwie mają na to wpływ kolejne, etapowe transfery środków finansowych realizowane pod różnymi hasłami w odpowiednim czasie. Prof. Janusz Czapiński twierdzi, że to efekt „mobilizacji politycznej zwolenników nacjonalistycznego patriotyzmu »Polska dla Polaków«, »Polska suwerenna«, »Polska sama się rządzi«, »Polska czyści resztówki komuny w sądach«; krótko mówiąc: »odzyskujemy nasze«” („Newsweek”, 29.06-5.07.2020). Same transfery finansowe nie wystarczyłyby jednak do utrzymania trwałości tej grupy wyborców i przedstawione hasła stanowią, a zaczęło się smoleńskiej zdrady o świcie, quasi ideologiczne uzasadnienie określonych postaw i podstawę więzi. Dla zdecydowanej liczby wyborców obecnego prezydenta, dysponujących zaledwie podstawowym bądź zasadniczym zawodowym wyksztalceniem, powyższe hasła-zawołania wystarczają w zupełności do opisania świata i swojego w nim położenia, a nadto w szczególny sposób ich dowartościowują. Natomiast w grupie wyborców starszych, często bardzo aktywnych w czasach PRL, przy słabości Lewicy i jej wątpliwych wpływów na kształt polityki socjalnej, zwycięża przysłowie o lepszym wróblu w garści czyli np. o trzynastej emeryturze.
Mamy dość
To prawda, że ponad 56 proc. elektoratu ma dość rządów PiS, ale zwycięstwo Trzaskowskiego nie satysfakcjonuje tych wszystkich niezadowolonych. Założenia realizowanej strategii wyborczej, a także programu kandydata Koalicji Obywatelskiej, nastawione na pozyskanie niezdecydowanych i jak największego elektoratu, również spośród wyborców innych kandydatów, pod hasłami wspólnoty i solidarności, wykluczyły jednocześnie charakterystyczne dla tego typu kampanii ostrość i jednoznaczność zarysowanych kwestii. W jeszcze większym stopniu bezwzględny atak na kontrkandydata. To są plusy i minusy kampanii Trzaskowskiego, niejako z konieczności koncyliacyjnej, ale jednocześnie, z przewodnim hasłem-protestem-żądaniem.
Wygrana o jaki włos ?
Z licznych układanek Trzaskowski – Duda, dodających różnie rozkładające się głosy przede wszystkim Hołowni, Bosaka, Kosiniaka-Kamysza, Biedronia, ale i pozostałych kandydatów, okazuje się, że dziś nic nie jest wiadome na temat wyniku wyścigu o prezydencki fotel. Trzaskowski będzie musiał, i już to robi, sklejać różne postulaty opozycyjnych kandydatów nie w swój nowy program, a w przekaz wyborczy, dający także szansę pozyskania liczącej się części osób niegłosujących w I turze. Powinien być bardzo zwarty, hasłowy, łatwo przyswajalny i jasny dla każdego wyborcy, w odróżnieniu od ładnie oprawionego pliku kartek w jego ręce. Powtarzany jak mantra – opanowująca umysł i aktywizująca energię do działania – wszędzie gdzie tylko można.
Ewentualna wygrana Trzaskowskiego jako kandydata całej antypisowskiej opozycji musi koniecznie oznaczać czytelne zwycięstwo bowiem wielu komentatorów obawia się fałszerstwa wyborów w sytuacji niekorzystnej dla obozu Zjednoczonej Prawicy. Na podstawie przebiegu I tury poza granicami Polski i szeregu powszechnie odnotowanych tam uchybień (ale i w kraju również), łącznie z opóźnieniem przesyłki głosów z Wielkiej Brytanii: „Można się zastanawiać, czy jest to nieudolność, czy jest to sabotaż – mówi o realizowanym przez MSZ głosowaniu za granicą sędzia Woj­ciech Hermeliński, były szef Pań­stwowej Komisji Wyborczej” („GW”, 1.07.2020). Cuda nad wyborczą urną zdarzają się częściej niż te inne, tak często przez nas oczekiwane.
Równie zgodna opinia,
jak wynik II tury, dotyczy także liczących się w niej czynników i określonych sytuacji. „Powiedziałabym, że emo­cje społeczne są gorętsze po stronie prodemokratycznych obywateli niż politycznych liderów – mówi prof. Krystyna Skar­żyńska…W tych wyborach – dodaje prof. Radosław Markowski – to trzewia podpowiedzą Polakom, na kogo głosować. Bardziej niż kiedykolwiek zadecydują emocje.” (cytowany „Newsweek”).
Do tych emocji wyborców wynikających z samego faktu rywalizacji kandydatów oraz przekonań co do skutków określonego wyboru dochodzą jeszcze sytuacje z przebiegu kampanii: wypowiedzi i zachowania pretendentów i ich sztabów, różne możliwe wpadki w wygłaszanych przemówieniach i w gestach, sytuacje wkoło wyborcze, ale także pozornie dużo bardziej odległe. Bez wątpienia, co zresztą potwierdzają liczne momenty z poprzednich polskich wyborów prezydenckich, mają one swoją wagę na ostateczny wynik wyborów.
Pierwsze, drobne wpadki zaliczył Rafał Trzaskowski zapominając o tym za czym w swoim czasie głosował. Potężną natomiast wtopę zaliczył Andrzej Duda gdy na propozycję debaty w TVN szef jego sztabu wyborczego Adam Bielan odpowiedział negatywnie licząc, że Trzaskowski weźmie udział w organizowanej przez TVP, z udziałem publiczności, debacie w Końskich. Tę nienajlepszą odpowiedź potwierdzającą obawy Dudy przed takim spotkaniem on sam celnie poprawił słowami: „Wezmę udział w debacie, ale proszę wspólnie zdecydować, jak będzie wyglądała. Proszę o to, by wszystkie trzy telewizje się dogadały.” W ten prosty sposób oddalił od siebie podejrzenia o niechęć stawienia się w szranki z Trzaskowskim jednocześnie będąc pewnym, że Jacek Kurski na pewno nie porozumie się z pozostałymi, a więc nie z jego winy debata się nie odbędzie. Aż tu z niezrozumiałych zupełnie powodów Duda wygłasza 1 lipca w Złotowie orację, że wcale, a wcale się nie boi tego spotkania, podpierając ją opowieścią o tym że „prywatna stacja Trzaskowskiego chce sobie organizować debatę. Dlaczego ma być lepiej traktowana niż TVP i Polsat? ” A Kurski , co było z góry do przewidzenia, odmówił współpracy z TVN i Polsatem.
Kolejne wpadki i blamaże prezydenta, to w powrót do seksualizacji dzieci i kwestia eutanazji łącznie z uciekającymi z Europy zachodniej do Polski starszymi osobami, ułaskawienie pedofila bez względu na szczególne okoliczności tej decyzji, a na koniec sprawa szczepień. W tej ostatniej materii PAD użył nadzwyczaj głębokiego, intelektualnego uzasadnienia swojej decyzji: „Bo nie”.
Podsumowując, Duda nie spotka się z Trzaskowskim, bo mogło by to okazać się jego klęską, mówi jedno, a robi drugie, pokrzykując dzieli i obraża ludzi, wygłasza skandaliczne opinie w kwestii zdrowia. Nie wiemy jak zareagują wyborcy na te wszystkie dudy smolone, ale opozycyjny sztab wyborczy wykorzystuje te sytuacje i wyciska z nich maksimum, jak sok z cytryny.
Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że nie tylko Duda, jego sztab wyborczy, rząd, cała Zjednoczona Prawica z jej licznymi beneficjentami i sam prezes Jarosław Kaczyński zrobią wszystko, i nawet o wiele więcej, aby reelekcja Dudy dokonała się.
Czeka więc nas wszystkich czas nadzwyczajnych zmagań i emocji, stąd również dlatego te wybory już dziś nazywane są histerycznymi.

Podejdźmy racjonalnie do II tury

To oczywiste, że przegrani w dniu 28 czerwca nie są zachwyceni swoim wynikiem.

Po to zdecydowali się na kandydowanie, aby wygrać lub przynajmniej wzmocnić swoją pozycję polityczną na przyszłość, bo przecież w większości nie zamierzają wycofać się z polityki. Jest też zrozumiałe, że nie patrzą nadmiernie przychylnie na zwycięzców, tj. p. Dudę (dalej AD) i p. Trzaskowskiego (dalej RT), zwłaszcza na tego drugiego, gdyż zapewne jego wejście do gry osłabiło p. Kosiniaka-Kamysza i p. Biedronia, mniej p. Hołownię czy p. Bosaka. Można też zrozumieć satysfakcję przegranych z tego, że kandydaci, którzy pozostali na placu boju, starają się przeciągnąć na swoją stronę, zarówno tych, którzy nie wzięli udziału w wyborach, jak i tych, którzy nie oddali swoich głosów na AD lub RF. Niniejszy felieton jest próbą przekonania wyborców, że kolejna kadencja tego pierwszego będzie fatalna dla Polski. Najogólniej mówiąc, AD jako prezydent oznacza dalszą degradację naszego kraju na arenie międzynarodowej i postępującą atrofię instytucji demokratycznych i obywatelskich w perspektywie wewnętrznej. Środowisko polityczne popierające AD chce, przy jego czynnej i świadomej pomocy, zaprowadzić u nas porządek autorytarny, bo gwarantuje to sukces hasła „Teraz k..wa my” ze wszystkimi tego konsekwencjami w rozmaitych dziedzinach życia. I to motywuje poniższy apel –wprawdzie p. Duda jest faworytem, ale to nie znaczy, że musi wygrać.

  1. Do zwolenników Koalicji Obywatelskiej. Was nie trzeba przekonywać, ale zważcie, że II tura będzie już w okresie wakacji. Zwolennicy tzw. dobrej zmiany już zacierają ręce i gadają (to cytat) „Fajnie, ci z miast pojadą na wakacje, wiejska bidota zostanie w domach i zagłosuje na nas”. Jeśli możecie, nie rezygnujcie z udziału w wyborach i zachęcajcie innych, aby stawili się przy urnach (do tego jeszcze wrócę). Nie uważajcie, że inni mają głosować na RT tylko dlatego, że popierają szeroko pojętą opozycję. Trzeba ich do tego przekonywać.
  2. Do p. Hołowni i jego zwolenników. Wiele Waszych oświadczeń wskazuje na to, że bliżej Wam do p. Trzaskowskiego niż p. Dudy. Tak trzymać. Powiedzcie „Pomożemy porażce AD, bo nam bliżej do jego rywala”. Pamiętajcie, że wynik Waszego kandydata (13,87 proc. ) plus wynik RF 30,46 proc. , to więcej niż rezultat AD (43,5). Jest więc na czym budować.
  3. Do p. Bosaka i jego zwolenników. PiS od razu zaczął puszczać do Was oko, że oni też prawica i patrioci. Cała historia tzw. dobrej zmiany dowodnie wskazuje, że jej prawicowość jest tylko deklaratywna i obliczona na doraźne korzyści. Rozwój Waszego ruchu będzie trudny w państwie rządzonym przez PiS, ponieważ ta formacja chce mieć monopol na to, co słuszne, ale w swoim mniemaniu. Nie dajcie się uwieść, bo tylko na tym stracicie. Kłamstwo p. Bielana, który dziękuje Wam za poparcie, którego nie zadeklarowaliście, jest wymowny świadectwem obłudy obozu tzw. dobrej zmiany. Pamiętajcie, że głos nie oddany, sprzyja AD, a więc działa na Waszą niekorzyść. Nie dlatego, że tak powiedział p. Tusk, ale ponieważ tak jest. Autentyczny ruch narodowy może rozwijać się tylko w ładzie demokratycznym, a nie autorytarnym. Jasne, że macie różne obiekcje wobec RT, ale AD budzi jeszcze większe wątpliwości. Wprawdzie Wasi liderzy powstrzymują się od deklaracji w sprawie poparcia w II turze, ale p. Bosak apeluje, aby głosować rozumnie i zgodnie z sumieniem. Jeśli rozważycie na zimno, co dyktuje rozum i sumienie, niewykluczone, że obie te władze wskażą RT.
  4. Do zwolenników Koalicji Polskiej. Oczekiwaliście więcej, ale co się stało, to nie odstanie się. Ruch ludowy może odbudować się w ładzie demokratycznym, a nie w autorytarnym (patrz punkt poprzedni). Pamiętajcie, że PiS nie toleruje nawet najmniejszej rywalizacji. Będzie starał się Was wykończyć lub całkowicie podporządkować, wręcz za cenę Waszego upokorzenia. Świadczy o tym historia Samoobrony i to, co czynownicy PiS opowiadali o Was w ostatnich tygodniach. Nie jest tak, że daleko Wam do RT. Nie słuchajcie działaczy w rodzaju p. Litwiniuka z Białegostoku, który nie wyobraża sobie poparcia kandydata KO przez PSL. Ma małą wyobraźnię. A teraz słowo do p. Kukiza i jego zwolenników. Pięć lat temu AD wygrał dzięki poparciu Kukiz-15. Tedy, przyczyniliście się, niezależnie od Waszych intencji, do tego, co PiS nam zafundował i zamierza kontynuować, a co obecnie krytykujecie. Macie do spłacenia pewien dług wobec kraju. Pan Kukiz zapowiedział, że nie weźmie udziału w II turze, o ile p. Kosiniak-Kamysz nie znajdzie się w II turze. Czas by zmienił to postanowienie.
  5. Do p. Biedronia i lewicy. Także odbudowa lewicy zależy od tego, czy w Polsce zapanuje ustrój demokratyczny czy reżim. Nie można mówić tak, jak p. Trela gada, że lewicy bliżej do PiS w sferze socjalnej, zapominając słowach de Tocqueville’a „demokracja kończy się, gdy rząd zauważy, że może kupić obywateli za ich własne pieniądze”. Nieprawda. Zasadniczym celem transferów socjalnych ze strony PiS była właśnie kalkulacja polityczna, a jeno drugorzędnym chęć poprawy polskich rodzin. Świadczy o tym np. fakt, że np. 500+ przysługuje wszystkim rodzicom, także bogatym, a nie tylko rzeczywiście potrzebującym. Pan Biedroń nie powinien mówić, że nowy prezydent ma być także rzecznikiem lewicy, gdyż jego obowiązkiem jest świadczyć na rzecz wszystkich, niezależnie od ich poglądów. Jeśli zgadzacie się z tym, że autentyczna lewica optuje za demokracja, nie wystarczy nie głosować na AD, ale trzeba oddać głos na RT.
  6. Do zwolenników AD. Na pewno macie swoje i poważne racje, aby głosować na niego. Ale rozważcie jeszcze raz, czy są to racje wystarczające. I wtedy podejmijcie decyzję.
  7. Pozostali kandydaci otrzymali po kilkadziesiąt tysięcy głosów, w sumie niewiele, ale zawsze to jest coś, bo ponad 150 tys. Nie ma powodu, aby tych wyborców skreślać. Ich głosy mogą ważyć na ostatecznym wyniku. Nie wolno ich lekceważyć.
  8. Do tych, którzy nie wzięli udziału w I turze i tych, którzy nie zamierzają wziąć udziału w II. Wielu z Was nie chce uczestniczyć w wyborach dla zasady, np. dlatego, że brzydzą się polityki. Inni, ponieważ rozczarował ich wynik I tury, a jeszcze inni, ponieważ im zwyczajnie nie chce się. Zważcie jednak, że absencja nie jest czymś obojętnym dla wyniku elekcji w dniu 12 lipca.
    Frekwencja w I turze była i tak wysoka (około 65 proc. ), ale przewidywania głoszą, że AD wystarczą głosy zdobyte w I turze, o ile na RT będą głosować tylko dotychczasowi zwolennicy tego drugiego. Jeśli więc ktoś identyfikuje się z szeroko rozumianą opozycją lub uważa, że AD nie jest dobrym kandydatem na prezydenta, powinien wziąć udział w II turze. Pamiętajcie też o tym, że im większa frekwencja, tym mniejsza szansa, że ewentualne nieprawidłowości w przebiegu głosowania zaważą na jego wyniku. Doświadczenie I tury wskazuje, że takowe były i być może były sprokurowane intencjonalnie.
    Nie czas na argumenty typu „Nie będę głosować na RT, bo godzi się na poparcie ze strony narodowców”, „Nie będę głosować na RT, bo popiera LGBT”, „Nie będę głosować na RT, bo jest neoliberałem” itd. Etykietowanie jest czymś wyjątkowo szkodliwym w obecnej sytuacji, pomijając już to, że częściowo bierze się z wyjątkowo brudnej, bo kłamliwej,, propagandy stronników AD. RT nie jest cudotwórcą, także zważywszy kompetencje prezydenta RP. Jego prezydentura może być, co najwyżej otwarciem sanacji państwa polskiego, a nie radykalną zmianą od zaraz. Prezydent może to i owo inicjować czy temperować polityczne i ekonomiczne szaleństwa tzw. dobrej zmiany, np. mamienie przez AD perspektywą przeciętnych zarobków w wysokości 2 tys. Euro za 5 lat czy realizacją inwestycji, zarówno wielkich jak i lokalnych. Nie wierzcie, bo jest to zwyczajne chciejstwo, bez pokrycia w prezydenckich kompetencjach, nie mówiąc już o możliwościach budżetowych, za małych wedle opinii ekspertów. Polsce potrzebny jest prezydent racjonalny, mierzący zamiary na siły a nie odwrotnie, a więc takiego, jak RT w przeciwieństwie do AD – ten drugi głośno dmie w róg obfitości, musi być on pusty (parafraza z Leca).
    I na koniec symbol. Pan Duda odmówił udziału w debacie telewizyjnej zaproponowanej przez TVN i kilka innych mediów, ale nie ma oporu przed pojawianiem się w Polsacie i TVP, a więc tam, gdzie go wspierają częściowo (Polsat) lub całkowicie (TVP). To można porównać z takim oto oświadczeniem trenera drużyny rywalizującej o mistrzostwo Polski w piłce nożnej „Owszem, rozegramy mecz, ale tylko na własnym boisku” – na dodatek z własnym arbitrem wynajętym z TVP Info. Czy chcecie mieć za prezydenta kogoś, kto gra tak tchórzliwie i tak znaczonymi kartami w ostatecznej rozgrywce wyborczej?
  • tekst został opublikowany w internetowej Polityce.

Czyszczenie pamięci

Szczerze mówiąc prezydencka kampania wyborcza nieco mnie znudziła. Ciągle takie same autozachwyty sztabu urzędującego prezydenta, zalew obietnic i dalekosiężnych, nie zawsze realnych planów, dekonspirowanie szatana wcielonego w postać zagrażającego kontrkandydata z Warszawy. Przed drugą turą mamy powtórkę z tej rozrywki, bo właśnie ten szatan jest już tylko jedynym przeciwnikiem.

Serwowane nam podczas kampanii opowiadania intelektualnej czołówki zjednoczonej prawicy częściej mnie rozbawiały, niż denerwowały. Najbardziej zabawny, ale i denerwujący był blok tematyczny, w którym starano się zjednać potencjalnych wyborców wspomnieniami o strasznych przeżyciach aktualnego prezydenta, członków jego sztabu i niektórych wspierających notabli, w dawno minionym okresie PRLu.
Niezmienne cechy historycznych opowieści
Czasem miałem wrażenie, że opowiadający w bardziej zaawansowanym wieku tęsknią za tym okresem, za podnieceniem, jakie dawało im wrogie nastawienie do władzy. W końcu byli znacznie młodsi i zapewne marzyli o tym, aby zapamiętano ich jako nieugiętych bohaterów.
Jakby nie liczyć ponad 35 lat powojennej Polski przeżyliśmy w PRL – czyli w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Nie mam ambicji historyka, ale jestem jednym z wielu, jeszcze żyjących, naocznych świadków tego okresu. Przeżyłem go niemal w całości po powrocie jesienią 1945 roku z obozu jenieckiego, do którego trafiłem po Warszawskim Powstaniu. Nic więc dziwnego, że przy zbyt częstym wysłuchiwaniu odpowiednio do aktualnych potrzeb ufryzowanych fantazji, dotyczących tego wycinka naszej historii, zaczynają mnie coraz bardziej drażnić trzy ich powtarzalne cechy.
Pierwsza polega na tym, że o tym okresie – z reguły negatywnie – wypowiadają się najczęściej ludzie, których wtedy jeszcze nie było, albo w końcówce PRLu byli niemowlakami. Przykładowo – Pan Prezydent, który, czuje się otoczony przez antypatriotycznych komunistów i widzi ich nawet w Sądzie Najwyższym, urodził się w 1972 roku. Do 1980 żył w dekadzie Gierka, miał nieźle sytuowanych rodziców, bawił się w przyzwoitym mieszkaniu niezniszczonego Krakowa, zapewne zaczął chodzić do szkoły i nikt go chyba nie prześladował. Potem – nieco więcej rozumiejąc – przetrwał stan wojenny i cieszył się zmianą ustroju.
Druga polityczna fantazja – to totalna negacja tego okresu , traktowanie go jako okupacji, zniewolenia, niszczenia narodowej kultury w sposób ciągły, taki sam w latach czterdziestych, pięćdziesiątych jak i si3demdziesiątych. Zapominanie o ogromnym wysiłku powojennej odbudowy, podniesienia z ruin stolicy kraju, przeniesieniu kilku milionów obywateli ze wschodu na zachód Polski w nowych granicach – zafundowanych nam przez Wielką Trójkę.
I trzecia – że ci, którzy wtedy pracowali, uczyli się, byli w wojsku, kierowali przedsiębiorstwami, byli sędziami i prokuratorami albo „łajdaczyli się” na zagranicznych placówkach – wysługiwali się komuchom. A komuch – czyli komunista albo socjalista – zawsze zasługuje na potępienie.. Nie chodzi do kościoła ani na pielgrzymki, nie spowiada się, toleruje jakieś LGBT i ośmiela się poprawiać naturę wspierając takie fanaberie jak „in vitro”. To źli ludzie. Jedynym dobrym socjalistą był Piłsudski, ale jak już zdobył władzę, to mu przeszło.
Selektywna pamięć młodzieży
Nie dostrzeganie zasadniczych różnic między okresami istnienia PRL dowodzi albo braku wiedzy, albo jest celowym manewrem zmierzającym do zohydzenia w oczach dzisiejszej młodzieży wszystkiego, co działo się w Polsce od końca wojny, do 1990 roku. Pod naciskiem propagandy w umysłach młodych ludzi stopniowo giną takie nazwiska jak Bierut, Świerczewski, Moczar, Gomułka, Spychalski, Gierek, Cyrankiewicz czy Jaroszewicz. Ginie też obiektywna ocena zarówno ich błędów jak i osiągnięć. Pozostają natomiast mniej lub bardziej wyostrzone obrazki okresu pustych półek w sklepach, cenzury, śledzenia przez UB, niszczenia jedynie sprawiedliwych żołnierzy wyklętych, braku możliwości swobodnych wyjazdów zagranicę i obecności sowieckich garnizonów.
Prawda – PRL nie była państwem w pełni suwerennym. Ale rzeczywiste, czasem krwawe, prześladowania dążących do przywrócenia suwerenności i inaczej myślących były w pierwszych latach powojennych, zmniejszały się do 1956 roku i po tym roku przekształciły się w walkę polityczną, wspieraną utrudnianiem życia oponentów. Zakres suwerenności wyraźnie się zwiększył. W praktyce wpływ wielkiego sąsiada był odczuwalny głównie w sferze militarnej.
Wesoły barak
O nastrojach ludności decydowały – jak wszędzie i zawsze na świecie – rynek i osiągalny poziom życia oraz stosunki między władzą i „szeregowymi” obywatelami.
W ostatnich 10 latach PRLu, czyli w czasie dekady Gierka, rynek nie był tak asortymentowo urozmaicony, jak rynki krajów zachodniej Europy i nawet nieco gorszy, niż w trzech bardziej rozwiniętych krajach „obozu” – Czechosłowacji, na Węgrzech i w NRD. Brakowało towarów z importu, ale nie było istotnych problemów w kupieniu tego, co było potrzebne do godziwego życia. Dzisiejsze opowiadania o pustych półkach są reminiscencją końca tej dekady – dynamicznego wzrostu Solidarności jako związku zawodowego i stanu wojennego. Najpierw masowe strajki niemal zatrzymały gospodarkę, potem – w stanie wojennym – pracowano mniej wydajnie, załamało się centralne sterowanie niemal wyłącznie państwowymi przedsiębiorstwami i dotykały nas międzynarodowe sankcje.
Problemy rynkowe tonowała wzrastająca skala wolności obywatelskiej i zmieniający się stosunek obywateli do „władzy”. W tym zakresie po 1956 roku byliśmy najlepsi w socjalistycznym „obozie”. Mieliśmy najodważniejsze kabarety polityczne, filmy Barei z satyrycznym spojrzeniem na rzeczywistość, filmy Wajdy takie jak „Człowiek z marmuru” czy „Popiół i diament”, odważne tygodniki i względnie obiektywną codzienną prasę, radio i raczkującą telewizję.
Wprawdzie niedługo po naszym październiku przeżywaliśmy węgierską tragedię i ustawialiśmy śię w kolejkach, aby oddać krew dla Węgrów, ale potem stopniowo wracała w Europie i w USA opinia, że jesteśmy „najweselszym barakiem”.
Atmosfera w tym „baraku” była na tyle dobra, że mimo narastającej niechęci do ustroju i prześladowania niektórych działaczy opozycyjnych, odnoszę wrażenie, że ówczesna władza zdecydowanie mniej się bała „suwerena”, niż obecna. Najdłużej „panujący” premierzy w PRLu – Cyrankiewicz i Jaroszewicz – jeździli z dwu – trzyosobową ochroną, czasem tylko z kierowcą z BORu. Było tajemnicą poliszynela, że Cyrankiewicz niekiedy uciekał ochronie, potrzebując chwil prywatności.
Czy ja bronię PRLu? Nie zamierzam bronić aparatu państwa i tych, którzy rządzili krajem do 1956 roku. Ale byłem na wiecu „powitalnym” Gomułki pod pałacem Kultury, wśród prawie pół miliona Polaków wierzących, że następuje odwilż. Nigdy w starej i współczesnej historii Polski nie zebrało się spontanicznie tak wielu ludzi. Poczuli dumę z tej bezkrwawej rewolucji i mieli nadzieję, że wszystko będzie inaczej. Kiedy Gomułka z licznymi specjalistami jechał do Moskwy na trudne rozmowy gospodarcze, na niektórych stacjach wśród pozdrawiających tłumów byli księża, błogosławiący przejeżdżający pociąg.
Czy się zawiedli? Trochę tak, ale mimo wszystko żyli już w innym kraju. Zwolniono więźniów politycznych, cenzura formalnie nadal istniała, ale rzadko się wtrącała. Zaprzestano prób kolektywizowania gospodarstw rolnych. Stosunki władzy z kościołem nie były zbyt gorące, ale mieściły się w granicach „pokojowej, wzajemnej tolerancji. Otworzono zielone światło dla rzemiosła, które w wielu przypadkach przybierało charakter małych przedsiębiorstw. Zwiększano samodzielność kierownictw państwowych zakładów przemysłowych. Dyrektorzy stawali się coraz bardziej menadżerami, a nie urzędnikami realizującymi wyłącznie „zadania planowe” określone przez ministerstwa i działającą wówczas Komisję Planowania.
Manipulowanie historią
Sądzę, że nasi prawicowi politycy popełniają błąd manipulując najnowszą historią i usiłując nam wmawiać, że PRL nie była państwem. Była – zależnym i słabym, popełniającym tragiczne błędy, ale usiłującym odbudować Polskę i przeprowadzić ją bez większych strat przez trudny okres zimnej wojny i narzuconego systemu zarządzania gospodarką. Ten błąd „zjednoczonej prawicy” można zrozumieć, traktując go jako element walki politycznej. Ale znacznie większym błędem jest lekceważenie wysiłków milionów obywateli tego państwa, którzy w niesprzyjających warunkach budowali setki tysięcy mieszkań, nowe zakłady przemysłowe, kościoły i obiekty sportowe. W tym państwie – jak już wspomniałem – ktoś musiał także być sędzią, milicjantem, żołnierzem. Można mu zarzucić, że coś zrobił źle. Ale nie można go potępiać, że żył i pracował.

Poland made in USA

Polska coraz bardziej upodabnia się do Stanów Zjednoczonych. Do takiego wniosku dochodzi szewc Fabisiak zwłaszcza, lecz nie tylko, na podstawie wyborów prezydenckich.

Szewc Fabisiak zauważa, że kampania oraz cała jej otoczka zostały zaimportowane z USA. Najpierw były partyjne konwencje utrzymane w iście zaoceanicznym stylu. Następnie kandydaci ochoczo brali udział w wiecach wyborczych otoczeni rojem swoich zwolenników trzymających tablice z nazwiskami swoich faworytów i wykrzykujących ich nazwiska bądź imiona tudzież skandujących odpowiednie hasła w odpowiednich momentach.
Tego rodzaju pijar miał znaczenie czysto propagandowe mające uzmysłowić oglądających te imprezy telewidzom jak wielkim poparciem cieszą się widoczni na ekranach politycy. W założeniu miało to zapewne na celu dalsze mobilizowanie zwolenników czy też pozyskiwanie nowych. Szewc Fabisiak uważa jednak, że tego typu mało wysublimowane zagrywki mogą niekiedy dać efekt odwrotny od zamierzonego. Otóż zwolennicy danego kandydata mogą dojść do wygodnego dla siebie wniosku, że skoro ich faworyt ma tak wielkie poparcie to mój jeden głos będzie miał niewielkie znaczenie a ja w tym czasie będę mógł sobie celebrować niedzielny wypoczynek.
W przekonaniu o bardziej propagandowym niż merytorycznym charakterze kampanijnych spotkań szewca Fabisiaka utwierdza ich typowo wiecowy charakter. Taki wiec ma bowiem postać monologu a nie rozmowy. Kandydat nie pyta się potencjalnych wyborców o to czego od niego oczekują, czy też tego jak odnoszą się do jego programowych zapowiedzi natomiast wyborcy nie mają możliwości spytania się go o cokolwiek. Służą jedynie jako tłumna ilustracja jego poparcia.
Nieco poza ten schemat wyszło spotkanie prezydenta z mieszkańcami Końskich nie wiedząc czemu nazwane telewizyjną debatą. Pytania, zarówno zadawane przez mieszkańców, jak i nadsyłane drogą internetową – były na tyle retoryczne, że odpowiedzi na nie można było z góry przewidzieć. Bardziej obiektywna była zastępująca debatę konferencja prasowa Rafała Trzaskowskiego w Lesznie, gdzie do głosu dopuszczono propisowskie media. Jednak w przypadku obydwu tych „debat” pytania były tak formułowane aby kandydatom dać możliwość powtórzenia po raz kolejny tego, co już mówili podczas kampanii wyborczej. Idea publicznej debaty kandydatów pojawiła się w USA już w XVII wieku i w międzyczasie stała się światową normą. Przyjęła się też w Polsce, jednak tylko do czasu. Bowiem, jak zauważa szewc Fabisiak, w roku 2020 Polska wniosła istotny wkład w poszerzenie demokratycznych procedur o debatach nad debatą,
O ile przetransferowanie na polski grunt wyborczych debat sprawia duże trudności, to całkiem sprawnie wychodzi adaptowanie obyczaju eksponowania w kampanii żon kandydatów. Szewc Fabisiak zwraca jednak uwagę na to, że w Stanach służą one dla nich głównie za tło, natomiast u nas zbyt często dopuszczane są do głosu przez co czasem bardziej szkodzą niż pomagają swoim współmałżonkom. Jeden z przykładów: zona Kosiniaka-Kamysza w wyborczym spocie twierdziła, iż jej mąż jest jedynym kandydatem ubiegającym się o prawa kobiet, podczas gdy o równouprawnieniu płci mówił kilka minut wcześniej Robert Biedroń. Oczywiście pani Kosiniakowa nie mogła znać tej wypowiedzi, jednak wystarczyło elementarne zapoznanie się z podstawami programowymi innych kandydatów.
Małżonka prezydenta nazywana jest na wzór amerykański Pierwszą Damą co ma ją wyróżniać spośród innych kobiet, które co prawda też są damami, lecz jakby drugiej kategorii. Polska Damę Nr 1 stawia się na piedestale władzy a także formułuje się pod jej adresem wymagania, postulaty i oczekiwania. Tym czasem z punktu widzenia konstytucji Polish First Lady jest zwykłą obywatelką bez dodatkowych uprawnień i obowiązków. Niepełni żadnej funkcji z nominacji ani z wyboru. Za wyjątkiem wyboru jakiego dokonał jej życiowy partner. Ewentualnie to ona go sobie wybrała.
Analogie pomiędzy Polską a USA są też widoczne w układzie sił politycznych. W obydwu krajach dominują dwa ugrupowania z których jedno jest bardziej konserwatywne (Republikanie), zaś drugie bardziej liberalne (Demokraci). Analogia do PiS i PO narzuca się sama przez się – zauważa szewc Fabisiak. Co ciekawsze, zarówno u nas jak i za oceanem jest bliźniaczo podobny rozkład sił w parlamencie. Różnica polega jedynie a tym, że w Stanach demokraci mają większość w ichnim sejmie – Izbie Reprezentantów a konserwatyści w Senacie, zaś w Polsce jest na odwrót.
Polska jednak czymś się różni od Stanów Zjednoczonych. Tam co prawda jest taka sama liczba senatorów, jednak parlamentarna izba niższa liczy tylko 435 deputowanych, choć to kraj znacznie ludniejszy – porównuje szewc Fabisiak. Zauważa też, że przed kilkoma laty dało się zauważyć zjawisko dezamerykanizacji na rzecz restalinizacji. Otóż w PRL po reformie administracyjnej funkcjonowało 49 województw co odpowiadało ówczesnej liczbie amerykańskich stanów. W RP zredukowano liczbę województw do 16 tj. do tylu ile było radzieckich republik związkowych w czasach Stalina.

Demokracja albo (jej) śmierć

Nie czas na owijanie w bawełnę i bawienie się w subtelne analizy publicystyczne, a tym bardziej na eufemizmy maskujące istotę rzeczy.

Rozważanie, czy i na ile ewentualna prezydentura Rafała Trzaskowskiego może konweniować z programem lewicy nie ma w tym momencie sensu. Nie czas żałować róż, gdy płonie las. Stawką w tych wyborach nie jest już taki czy inny punkt programu takiego czy innego kandydata, lecz przetrwanie polskiej demokracji, praw i wolności. Znaleźliśmy się w sytuacji, którą zwykło się określać jako „wóz albo przewóz”. Racją lewicy jest dziś przeciwstawienie się, wraz z milionami wyborców, recydywie prezydentury Dudy, która będzie oznaczać domknięcie i zaspawanie autorytarnej, systemowej władzy PiS oraz personalnej władzy Kaczyńskiego na czas tak długi, że istnieje śmiertelne niebezpieczeństwo dla polskiej demokracji i wolności. Doświadczenie węgierskie uczy, że władza o takich antydemokratycznych instynktach wykorzystuje drugą kadencję niepodzielnej władzy na takie zabetonowanie systemu, od którego nie będzie już odwrotu w drodze kolejnych wyborów. Samo bowiem tylko zachowanie formalnego systemu wyborczego nie zmieni faktu, że w międzyczasie autorytarna władza skorzysta z kolejnych kilku lat aby bezwzględnie opanować wszystkie instytucje państwa i zdemontować wszystkie instrumenty kontroli władzy. Wtedy prawdziwie wolne, demokratyczne, równe, zwyczajnie nie będą już możliwe. Będą jedynie pozorem takich wyborów.
Co oznacza wybór Dudy na kolejną kadencję?
Po pierwsze i przede wszystkim oznacza wybór człowieka, który szereg razy złamał Konstytucję. Profesor prawa Uniwersytetu Łódzkiego Anna Rakowska-Trela sformułowała katalog, w którym stwierdziła, że samym tylko sposobem powołania I Prezesa Sądu Najwyższego Duda złamał dziewięć następujących artykułów Konstytucji RP: art. 183 ust. 3, art. 178 ust.1, art. 179 w zw. z art.187, art. 10, art. 173, art. 126 ust. 1 i 2, art. 45 ust.1, art. 144 ust.1, art. 7, art. 2. Jest to zresztą niejako nieuchronną konsekwencją szeregu uprzednich deliktów konstytucyjnych Dudy. Nie ma najmniejszego powodu, by sądzić, że nie będzie on w przyszłości kontynuował tego procederu. Oznacza to ponowne powierzenie prezydentury osobie, która zamiast pełnić przypisaną prezydentowi misję scalania społeczeństwa, w agresywny sposób wrogo je segreguje, a każdą z posegregowanych cząstek zamyka (werbalnie – ale słowa prezydenta mają wielką nośność polityczną i psychospołeczną) w gettach.
Po drugie, wybór Dudy oznacza rozhuśtanie na wielką już i niczym niepohamowaną skalę, fali represji policyjnych, z których licznymi „próbkami” mieliśmy już do czynienia podczas pierwszej fazy epidemii. Takie na przykład formy ekspresji politycznej, jak samotny protest młodej kobiety pod siedzibą III Programu Polskiego Radia, która za to tylko, że jeździła rowerem z dalekim od drastyczności hasłem została zatrzymana i zawleczona siłą do radiowozu czy noszenie koszulek n.p. z napisem „Konstytucja” nie będzie już możliwe bez uniknięcia interwencji policyjnej (tak już było, ale stanie się już rutynową praktyką), a następnie dalszych konsekwencji prawnych w postaci – w najlepszym razie – wysokiej grzywny. Te represje nie będą już „punktowe”, wybiórcze, lecz staną się zmasowaną, rutynową praktyką „od A do Z”. I niech nikogo nie zmyli zasadniczy fakt braku represji w stosunku do uczestników wieców wyborczych kandydatów opozycyjnych czy w stosunku do kontrdemonstracji na wiecach poparcia dla Dudy. W tym momencie władza nie mogła sobie jeszcze na to pozwolić. Jestem przekonany, że po zabetonowaniu systemu, za lat pięć, policja będzie rozpraszać z użyciem brutalnej siły także demonstracje opozycyjnych kandydatów, jeśli tacy będą, a już na pewno kontrdemonstracje. W tę praktykę zostanie w znacznie większym niż dotychczas stopniu włączona prokuratura.
Po trzecie, aby poszerzyć sobie możliwość takich praktyk, władza PiS dokończy pacyfikacji wymiaru sprawiedliwości czyli sądów. Dotychczasowy opór znaczącej części środowiska sędziowskiego, wspierany demonstracjami obrońców praworządności oraz mitygującymi posunięciami instytucji unijnych, pohamował do pewnego stopnia część autorytarnych zapędów władzy w stosunku do sądownictwa. Było to źródłem jednej z głównych frustracji pisowskiej władzy i nie będzie ona już chciała to upokorzenie ponownie przeżywać. Tym razem władza PiS uderzy w sądy brutalnie, bezwzględnie, bez oglądania się na cokolwiek, z instytucjami unijnymi włącznie. Praktyka nauczyła ich, że taktyczna, relatywna oględność nie pomaga osiągnąć założonych celów. Teraz będą działali metodą „po nas choćby potop”, „niech się dzieje co chce”. Od ponad roku na biurku Zbigniewa Ziobry leży projekt totalnej pacyfikacji sądownictwa ukryty pod maską zmiany jego struktury. O istnieniu tego projektu, który zmierza do totalnego zniewolenia sędziów, przypomniał kilka dni temu w rozmowie w TVN24 były I Prezes Sądu Najwyższego, prof. Adam Strzembosz. Do tej pory władza nie „odpaliła” tego planu, bo w perspektywie były wybory prezydenckie i bieżący opór sędziów. Gdy tylko wygra Duda, a system zostanie domknięty i zabetonowany, dojdzie do „odpalenia” tego planu. Niejako ubocznym tego skutkiem będzie fala korupcji w cieniu władzy, rozrost szumowszczyzny i misiewiczostwa, gdyż w obliczu szans na bezkarność i parasol władzy, śmiało wypłyną na wierzch szumowiny. Może to stać się początkiem budowy systemu oligarchicznego na modłę n.p. Węgier Orbana, od którego Polska do tej uniknęła.
Po czwarte, w czasie całej poprzedniej kadencji władzy PiS i kadencji Dudy, w kręgach władzy powracał co pewien czas wątek „reformy” systemu mediów, często ukrywany pod hasłem tzw. „dekoncentracji” i „polonizacji”, w rzeczywistości będący zamysłem pacyfikacji wolności słowa w Polsce. Zwycięstwo wyborcze PiS jesienią 2019 roku na krótko zdjęło to hasło z ich agendy, poza jednorazową kolizją z TVN24, wyciszoną przez ambasador USA w Warszawie. Kwestia ataku na wolność mediów wróciła kilka dni temu, po głośnym tekście dziennika „Fakt” w sprawie ułaskawienia pedofila przez Dudę, przy akompaniamencie absurdalnych i prymitywnych haseł antyniemieckich, skierowanych, bądź co bądź, przeciwko najważniejszemu partnerowi Polski w Unii Europejskiej. Po zabetonowaniu systemu, władza PiS nie będzie się już liczyła z żadnym oporem. Uzna, że ostateczny efekt polegający na pacyfikacji mediów (na Węgrzech istotnych mediów opozycyjnych, poza niszowymi, już nie ma) wart jest zniesienia nawet intensywnej burzy medialnej. Po złamaniu najsilniejszych mediów opozycyjnych przyjdzie czas także na mniejsze środowiska medialne, rozgłośnie, portale czy gazety, takie choćby jak „Trybuna”.
Po piąte, w ślad za tym pójdzie pacyfikacja wszystkich wolnościowych, głównie formułowanych przez lewicę, nadziei na poszerzenie praw i wolności obywatelskich oraz indywidualnych, takich jak n.p. poszerzenie praw kobiet, prawa do in vitro (Duda jako poseł PiS opowiadał się za projektem karania za zapłodnienie pozaustrojowe) i wszelkich innych praw z tego zakresu. Za niemal pewne uważam wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, choćby dla częściowej neutralizacji Konfederacji, dla obejścia jej z prawej strony. Nie można też wykluczyć ograniczenia prawa do rozwodów oraz umocnienia religii w szkole, a także zwiększenia transferów finansowych na rzecz Kościoła kat. Bezwzględnie tępione też będą ruchy społeczne w rodzaju Strajku Kobiet, a organizacje pozarządowe czeka los podobny do węgierskiego.
Po szóste, konsekwencją tego będzie pogłębienie zagranicznej izolacji Polski, jej postępująca izolacja i marginalizacja w Unii Europejskiej. Do tego dojdzie izolacja Dudy nie tylko za legitymizowanie łamania praworządności, ale za jego ostentacyjną homofobię, która w UE jest szczególnie źle odbierana. Wiele na to wskazuje, że skutkiem tego będzie nie tylko faktyczne osłabianie pozycji Polski w strukturach Unii ( z czasem mogą zaistnieć warunki do jej formalnego wyjścia z tej „wyimaginowanej wspólnoty”), ale także, w perspektywie krótkofalowej, odcięcie Polsce funduszy z powodu łamania praworządności. Przyjęcie mechanizmu oznaczającego powiązania przestrzegania praworządności z prawem do pozyskiwania funduszy unijnych jest już przesądzone. Trwają tylko prace nad kryteriami w oparciu, o które będzie to realizowane.
Po siódme wreszcie – władza PiS wszystko to będzie musiała uczynić również z powodu kryzysu ekonomicznego, który jest już ante portas, głównie w wyniku pandemii. Ukrywanie przed Senatem stanu finansów publicznych jest jednym z pierwszych jawnych, ostrzegawczych sygnałów, że „coś się święci”. Władza PiS, aby utrzymać władzę w obliczu zbliżającego się załamania gospodarczego oraz wynikającego z niego nieuchronnie kryzysu budżetu, musi zawczasu uszczelnić, zabetonować, zaspawać system represji. Z tym zabetonowaniem systemu PiS musi się śpieszyć. Wie bowiem, że jeśli nie zdążą, względnie jeśli Duda przegra wybory, jedyną perspektywą, jaką się przed nimi otworzy, będą cele zakładów karnych i sale Trybunału Stanu.
Czy ten czarny scenariusz po ewentualnej wygranej Dudy spełni się na pewno? Pewne jest tylko to, że umrzemy i że zawsze mogą się pojawić nieprzewidziane czynniki typu „ipsylon”, ale skala i układ realnych czynników wskazują, że prawdopodobieństwo przedstawionego wyżej możliwego przebieg zdarzeń graniczy z pewnością. Dlatego do białej irytacji doprowadzają mnie ci komentatorzy, także ci krytyczni wobec PiS, którzy w swoich ocenach używają łagodnych, „symetrystycznych” określeń, takich, jakbyśmy mieli do czynienia ze zwykłą rywalizacją dwóch sił demokratycznych. Ci, którzy tak definicją sytuację, w której się znaleźliśmy, nie wiedzą co czynią. Mamy bowiem do czynienia, w postaci PiS, nie z demokratycznym rywalem, lecz z gotową na wszystko polityczną bestią, poza wszystkim skupiającą zarówno funkcjonariuszy, jak i zwolenników o mentalności autorytarnej, wrogiej demokracji jako takiej i czekającą na najbliższą możliwą okazję, by ją unicestwić. Są też tacy, którzy swój optymizm opierają na wyliczeniach, z których zdaje się wynikać, że liczbowy układ sił wyborczych między PiS a anty-PiS jest mniej więcej „remisowy”, wyrównany. Ergo – z takiej równowagi ma wynikać niemożność spacyfikowanie społeczeństwa, bo sama fizyczna siła oporu jest zbyt duża. Nie liczyłbym na to. W odróżnieniu od jednolitej, nakręconej kompleksami, resentymentami i zwykłą nienawiścią masy wyborczej PiS – „druga połowa”, czyli anty-PiS jest niespójny, wielobarwny, mało karny, wewnętrznie zróżnicowany, mało zideologizowany. W sytuacji silnego podkręcenia śruby, bez okoliczności popychających do mobilizacji wyborczej szybko zacznie się wykruszać, schładzać, szukać sobie sposobu życia i przetrwania w zaistniałych warunkach, „urządzania się w dupie”, jak to ktoś dosadnie określił. Wiele o tym mogą powiedzieć losy Komitetu Obrony Demokracji, który wystartował jak dynamiczna rakieta niemal nazajutrz po wyborach 2015 roku i wydawał się być nadzieją na potężny, opozycyjny ruch obywatelski, by po niespełna trzech latach zgasnąć jak wypalony ogarek. Nie róbmy więc sobie złudzeń. Tylko prezydentura Rafała Trzaskowskiego, jakakolwiek będzie w praktyce, daje nadzieję na ocalenie polskiej demokracji, praw i wolności. Tylko ona da silny impuls do rozszczelnienia autorytarnego uścisku w którym PiS zamyka Polskę. W przeciwnym razie – marny nasz los.