Trudne decyzje wstrzemięźliwych

Prawie połowa Polaków nie chodzi na wybory i – jak dowodzą badania – raczej nie zamierza pójść także na te, które będziemy mieć w październiku.

Wprawdzie optymistyczni badacze twierdzą, że może nastąpić przełom i udział w głosowaniach weźmie prawie 70% uprawnionych, ale ja w to nie wierzę. Co nie oznacza, że komitety wyborcze nie mają szans, aby propagandą, albo szczęśliwym dla nich zbiegiem zdarzeń, uszczknąć z tej „milczącej większości” kilka, a nawet kilkanaście procent.
Gnębi mnie pytanie, – dlaczego tak wielu moich współobywateli ma wszystkie wybory w tzw. głębokim poważaniu? Nie stać mnie na prawdziwe badania motywacji ich postępowania, ale postanowiłem, w granicach kontaktów towarzysko – sklepowo – bazarowo – śmietnikowych, delikatnie się dopytać, co nimi kieruje.

Demokracja niegodna zaufania

Z tych „badań” wynika przede wszystkim, że „antywyborcy” dają się dość wyraźnie podzielić na cztery grupy. Jedna, chyba największa, składa się z „zawodowych negacjonistów”. Czyli tych, którzy zawsze i wszędzie, są do wszystkiego nastawieni krytycznie. Nie pójdą głosować, bo nie mają na kogo, nikt im się nie podoba, wszyscy są przekupni, większość wyborów i tak jest fałszowana. W tej grupie decyzja o wstrzemięźliwości wyborczej nie ma wyraźnego związku z poziomem intelektualnym i z wykształceniem. Jest efektem cech charakteru. „Negacjoniści” Istnieją zawsze i w każdym państwie, chociaż w zależności od historii i przekazów rodzinnych może ich być relatywnie mniej lub więcej w stosunku do ogólnej liczby wyborców.
Drugą grupę stanowią ci, którzy nie wierzą, że „coś to zmieni”. Jest obojętne, kto będzie rządził – i tak decyduje „przeznaczenie i przypadek”. Można rządzić nieudolnie, ale w sprzyjających warunkach i tak mieć dobre wyniki. Można rządzić dobrze, – ale mieć pecha w postaci klęsk żywiołowych, okresowej wzmożonej aktywności określonych grup społecznych, negatywnego stosunku innych państw. To po co ja mam chodzić na wybory, jeśli i tak wydarzy się to, co ma się wydarzyć?

Egocentryzm

Trzecia grupa, bardzo liczna, to ci, których wybory i „polityka” w ogóle nie interesują. Nawet nie wiedzą, kto aktualnie rządzi i na czym mogą polegać zmiany. Interesuje ich tylko własne życie, chcą mieć coś do jedzenia, mieć w co się ubrać, czasem trochę popić i móc się „rozerwać”. Wzorcowym reprezentantem tej grupy jest mój stary znajomy – nurek śmietnikowy. Bierze chyba zasiłek dla bezrobotnych, ale utrzymuje się całkiem nieźle z tego, co znajdzie w śmietnikach. Panie Tadziu – mówi do mnie – co mnie obchodzą jakieś sejmy czy rządy. Ja mam dobrze. Złom i butelki zbieram i sprzedaję. Warsztacik sobie zrobiłem. Naprawiam znalezione zabawki i proste sprzęty domowe. Pan nawet nie wie, co można znaleźć w śmietnikach! Naprawiam i tanio sprzedaję na bazarze. Nie mam szefów, zawsze mogę sobie zrobić wolne i coś wypić. To co mnie obchodzą jakieś wybory!
Jest jeszcze niewielka, ale stabilna, czwarta grupa antywyborcza, złożona z ludzi raczej mniej pracowitych, którzy traktują udział w wyborach, jako ewidentną stratę czasu. Mogą go przecież wykorzystać na bardziej przyjemne zajęcia. Ich argumentacja jest prosta. Wybory na ogół są w niedzielę. Pogoda jest dobra, od dawna planowałem, że pojadę na ryby. Albo poznałem wczoraj na imprezie panienkę, zaprosiłem ją na wycieczkę w urokliwe miejsce, gdzie jest dobra restauracja z hotelikiem. Bardzo mnie ciśnie, żeby tą znajomość dogłębnie zrealizować – to mam tracić czas, idąc na wybory??
Z tej mojej amatorskiej analizy wynika, że partie i inne komitety wyborcze mogą mieć realne szanse uzyskania poparcia tylko wśród uczestników dwóch pierwszych grup, – czyli totalnych negacjonistów i części determinalistów, wierzących w nieuchronne przeznaczenie. Reszta jest oporna i raczej nie da się zmobilizować.

Jak przekonać?

Wśród tych bardziej podatnych, nasze życie polityczne i zachowania czołowych polityków w ostatnich latach, spowodowały u niezdecydowanych nagminnie występującą chorobę rozdwojenia jaźni. Teraz nawet rozstrojenia – jeśli taka jednostka chorobowa istnieje. Godni współczucia członkowie tych grup, jeśli nawet poczuli „zew krwi” wzywający ich na wybory, to nie mogą się zdecydować, kogo mają poprzeć – PIS, Platformę z dodatkami, czy ponownie otrzepująca się z popiołów Lewicę. Nie wspominam o nagłym małżeństwie PSL i Kukiza, bo raczej nowych zwolenników im nie przybędzie.
Rodzina najczęściej namawia ich na PIS. Bo dają. Coś tam źle robią z tymi sądami, bawią się w jakieś hejty, ciągle wszystkim grożą więzieniami, mają premiera bajkopisarza i rozbrajająco nieudolnych i niesamodzielnych działaczy, – ale realnie dają niemal każdej rodzinie parę złotych, niby na utrzymanie dzieci, ale tak dokładnie, to nie wiadomo za co.
Koledzy z pracy, z uczelni czy z knajpy opowiadają się raczej za Koalicją Obywatelską, czyli za Platformą. Rządzili 8 lat, teraz na nich psy wieszają, ale przecież nie było tak źle. I szefa – Tuska – mieli poważnego i inteligentnego, bajek nie opowiadał, teraz we Europie ma powszechne poważanie. Nie udają tak religijnych jak PIS, ale z Kościołem zawsze dochodzili do porozumienia. I – co najważniejsze – przestrzegali Konstytucji i tworzyli państwo praworządne.
Młodzież i staruszkowie przypominają im jednak o przynajmniej wyborczo zjednoczonej Lewicy. Jej ramowy program im odpowiada. Większość młodzieży zawsze była przeciwna nadmiernym ograniczeniom możliwości aborcji. Uważają, że to sprawa osobista kobiety. Uważają, że Kościół za bardzo do wszystkiego się wtrąca. Nie pochwalają lekcji religii w ogóle, a zwłaszcza w szkołach. Nie widzą nic złego, jeśli ktoś interesuje się seksualnie tą samą płcią, uważają związki partnerskie za potrzebne i często stwarzające lepszą rodzinę, niż małżeństwo.

Nuta nostalgii

Staruszkowie z sentymentem wspominają czasy, kiedy rządziła Lewica i wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej. I znany powszechnie fakt „szorstkiej przyjaźni” między prezydentem i premierem pochodzącymi z tego samego obozu politycznego, ale znacznie różniących się poglądami, świadczył o tym, że rodzi się prawdziwa demokracja. I że nie idziemy w kierunku rządów jednej partii.
Znaczna część staruszków wspomina także młodość w PRL i opowiada, że też – po 1956 roku – nie było wtedy tak zupełnie źle, jak teraz opowiadają w publicznej telewizji. Uważają, że służba zdrowia działała sprawniej, kabarety były o niebo lepsze, kręciło się dużo lepszych niż dzisiaj filmów i seriali. Niektóre, jak Misia, Alternatywy 4, Hubala, Popiół i diament, Klosa, czyli „Stawkę większą niż życie” albo „4 pancernych i psa”, „puszcza” się do dzisiaj i nadal mają wysoką oglądalność. Prywatki były „niezapomniane”, wczasy tanie. Mieszkań budowało się dużo.
Ci, którzy zostaną przekonani, że powinni jednak spełnić „obywatelski obowiązek”, mają więc trudne zadanie. Coś, czy kogoś, trzeba wybrać.
Nie jestem „pytią z delfickich trójnogów”, nie powiem im, jaki będzie wynik wyborów, ani nie ośmielę się występować w roli agitatora konkretnego ugrupowania. Mogę jednak przypomnieć, – bo o tym już pisałem – że doprowadzanie do sytuacji, w której może samodzielnie rządzić jedno ugrupowanie polityczne, zawsze w historii okazywało się błędem. Czasem tragicznym w skutkach. Ludzie nie są aniołami. Poczucie władzy absolutnej rodzi zawsze poczucie bezkarności i autokratyzm, który z reguły przekształca się powoli w dyktaturę. Może więc będzie lepiej, jeśli ich głosy nie będą pomagały w powstawaniu takiej sytuacji.

Rewolucja konstytucyjna

Zamiarem i celem rewolucji konstytucyjnej jest stworzenie w ramach mechanizmu społecznego i politycznego możliwości wyegzekwowanie przez społeczeństwo zapisów Konstytucji RP z 1997 roku, która obowiązuje aktualnie, a została przyjęta w referendum i podpisana przez prezydenta przy poparciu wszystkich głównych sił politycznych w Polsce.

Społeczeństwo jako suweren ma do tego prawo, a w sytuacji nadzwyczajnej obowiązek, aby Konstytucji strzec i walczyć o jej wykonywanie w życiu kraju i narodu.
Nie jest celem rewolucji konstytucyjnej pogrzebanie czy zmiana starej Konstytucji, jak niektórzy twierdzą nieaktualnej i sprzecznej z interesem narodowym. Jeżeli jest rzeczywiście taka potrzeba i do takiego wniosku dojdą w przeważającej większości siły polityczne w Polsce, to po to, aby przyjąć i uchwalić nową Konstytucję należy rozliczyć się przed narodem z wykonania dotychczasowej i jej nieprzystawalności do nowych założeń i wyzwań, jakie stoją przed Polską. Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją, że wszystkie, szczególnie ostatnio zgłoszone projekty i propozycje zmian zmierzają do przykrycia zaniechań i świadomych działań antykonstytucyjnych w okresach wcześniejszych i aktualnie. Działania takie stanowią złamanie prawa i przede wszystkim winny być ścigane w określonym trybie.
Warto przypomnieć, że w okresie 22 lat obowiązywania aktualnej Konstytucji czołowe funkcje państwowe sprawowali praktycznie przedstawiciele wszystkich głównych nurtów politycznych obecnych w Polsce. Prezydentami Polski byli w tym czasie: Aleksander Kwaśniewski (1995-2005), Lech Kaczyński (2005-2010), Bronisław Komorowski (2010-2015) i aktualnie Andrzej Duda (od 2015 roku). Przedstawicielami koalicji rządzących z funkcją premiera byli: Jerzy Buzek (1997-2001), Leszek Miller (2001-2004), Marek Belka (2004-2005), Kazimierz Marcinkiewicz (2005-2006), Jarosław Kaczyński (2006-2007), Donald Tusk (2007-2014), Ewa Kopacz (2014-2015), Beata Szydło (2015-2017) i Mateusz Morawiecki (2017- ). Wszystkie wymienione osoby uczestniczyły w realizacji zapisów Konstytucji i ponoszą mniejszą lub większą konstytucyjną odpowiedzialność za aktualny stan państwa.
Trzeba zwrócić uwagę, że Państwo Polskie staje się w ostatnich latach coraz mniej wydolne, ma poważne trudności w rozwiązywaniu problemów wewnętrznych (politycznych, społecznych i gospodarczych) oraz zewnętrznych, jak samodzielne zapewnienie bezpieczeństwa narodowi, szczególnie przy komplikującej się sytuacji globalnej. Jeżeli Konstytucja z 1997 roku w momencie przyjęcia zadawalała i uzyskała poparcie większości sił politycznych i narodu, to można domniemywać, że trudności, na jakie aktualnie napotykają kolejne ekipy władzy, wynikają w znacznej części z nierespektowania podstawowych jej zapisów lub też ich świadomego omijania. Skutkuje to coraz brutalniejszą walką polityczną wewnątrz kraju i trwałym spadkiem poparcia społecznego dla wszelkich form polityki.
Ostatnie wybory parlamentarne w 2015 roku potwierdziły zjawisko narastającej absencji wyborczej, co można rozumieć jako zaprzepaszczenie w polskiej demokracji szansy zbudowania społeczeństwa obywatelskiego. Obywatele stają się wyłącznie konsumentami i coraz słabiej identyfikują się z Państwem Polskim. Na trwałe już w ostatniej kadencji debata publiczna przeniosła się z Sejmu i Senatu na ulice, co świadczy o wątpliwej skali reprezentacji przez polski system parlamentarny coraz bardziej zróżnicowanych interesów społecznych i politycznych zatomizowanego społeczeństwa. Dyktuje to rozważenie zmiany ordynacji wyborczej.
Zbliżają się wybory parlamentarne. W wyniku nadzwyczajnego splotu zdarzeń i tendencji politycznych przeformułowuje się scena polityczna. Powstała m.in. koalicja Lewica, która obejmuje dość szerokie kręgi związane z partiami i ugrupowaniami polskiej lewicy. Sytuacja ta po części wymuszona splotem wydarzeń, po części marzeniami wielu kręgów lewicy na przykład socjalistów, aby powrócić do Sejmu i Senatu, i rozpocząć w Polsce reformy na miarę odrodzenia narodowego. W ostatnich latach nastąpiło bowiem niekorzystne dla rozwoju zapętlenie głównych sił rządzących po prawej stronie sceny politycznej. Wewnętrzny kryzys, który objął elity postsolidarnościowe będące zwycięzcą politycznych zmagań wiele lat temu, dziś nie rokuje żadnych nadziei dla możliwości wyartykułowania ogólnonarodowego programu rozwoju, będącego przedmiotem wspólnej troski i nadzieją dla większości Polaków.
Społeczeństwo jest podzielone, przy czym wydaje się, że oś podziału przebiega według wyznaczników cywilizacyjnych, nie zaś ideowych, czy światopoglądowych, choć odgrywają one też pewną rolę. Podział ten nastąpił w związku z brakiem równowagi w układzie sceny politycznej, powszechnego populizmu i wystąpienia nieuprawnionych działań szeregu instytucji państwowych, które realizują wyłącznie politykę koalicji rządzącej, nie biorąc pod uwagę zasad konstytucyjnych, czy obyczaju demokratycznego uznającego prawa mniejszości, a także szkód społecznych, jakie niesie za sobą nierozważne używanie do walki politycznej z opozycją mediów publicznych i takich instytucji jak np. IPN.
Jest na tle rozwijającego się w Polsce konfliktu bardzo poważny problem rozumienia przez rządzące grupy polityczne, trudno je bowiem nazywać elitami, takich kategorii jak interes narodowy i racja stanu. Rażącym przykładem niekompetencji i braku rozumienia naszego usytuowania w świecie jest sprawa stosunku do Polski Ludowej.
Mamy do czynienia z konsekwentną eliminacją tego okresu historycznego z pamięci narodowej, międzynarodowego systemu prawnego i dorobku sojuszy, szczególnie w gronie tzw. państw niezaangażowanych. Niesie to ogromne szkody dla autorytetu naszego państwa na arenie międzynarodowej i gospodarki. Trzeba dla porządku przypomnieć, że Republika Federalna Niemiec wzięła na siebie ciężar odpowiedzialności za zbrodnie i zobowiązania III Rzeszy Niemieckiej. Podobnie Federacja Rosyjska uznaje ciągłość państwa rosyjskiego i zobowiązania jakie pozostały po ZSRR.
Trudno się dziwić więc, że na Polskę spadają nieprzyjazne odniesienia ze strony wielu państw w sprawie np. odszkodowań i reparacji wojennych. Trudno się też dziwić w związku z tym, że 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej obchodzić będziemy głównie w gronie byłych sojuszników Hitlera, a w małym stopniu w gronie przedstawicieli koalicji antyhitlerowskiej. Trudno się dziwić… ale społeczeństwo tego nie zrozumie.
Polska ma wspaniałą historię, szczególnie walki o odzyskanie niepodległości w 1918 roku. Zarówno po prawej, jak i lewej stronie sceny politycznej Polski stali wybitni politycy, mężowie stanu, znani i uznani jako wielcy patrioci, ale również ludzie o nieskazitelnych życiorysach i cechach charakteru. Nie można nie przypomnieć tutaj Piłsudskiego, Daszyńskiego, Dmowskiego, Korfantego czy Witosa. Porównajmy dziś współczesną Polskę – rządzą nami, wybrani przez nas, ludzie o cechach handlarzy i drobnych biznesmenów, dla których liczy się wyłącznie własny interes a nie Polska i jej obywatele.
Polska lewica powinna dziś w ramach kampanii wyborczej, a później w ramach pracy parlamentarnej, podjąć te wszystkie problemy z odpowiedzialnością wypływającą z jej tradycji walki o państwo i jego siłę. Także z tradycji walki o sprawiedliwość i demokrację, jako ustroju pozwalającego rozwiązywać wszystkie problemy w duchu zrozumienia i racji większości, ale dla dobra wszystkich. Polska Partia Socjalistyczna ze swym dorobkiem i tradycją może być tutaj znaczącym wzorem.

***
Przedstawiona tutaj koncepcja polityczna wdrożenia zasad rewolucji konstytucyjnej zawiera w sobie dwa elementy podstawowe:
– zmiany systemu zarządzania państwem w oparciu o obowiązujące zapisy Konstytucji, a więc odnowy państwa w imię dobra człowieka i sprawiedliwości społecznej
– zmiany systemu gospodarowania poprzez odrzucenie niezgodnych z zapisami Konstytucji zasad gospodarki neoliberalnej i dominacji własności prywatnej oraz zbudowanie od nowa systemu społecznej gospodarki rynkowej

Sprawiedliwość społeczna, którą opisuje art. 2 Konstytucji RP obejmuje szereg zagadnień teoretycznych i praktycznych, które pojawiają się w praktyce rządzenia w Polsce:
– podstawowym obowiązkiem państwa jest eliminowanie z życia społecznego dyskryminacji, nierówności, biedy, bezdomności i bezrobocia
– państwo zobowiązane jest określić i realizować wobec wszystkich obywateli zasadę zapewnienia minimum socjalnego (minimalny dochód gwarantowany)
– państwo powinno określić w dłuższym horyzoncie czasowym jak rozumie ideę „państwa dobrobytu” obejmującego wszystkich Polaków
– niedopuszczalne jest zaliczanie ludzi (obywateli) do kategorii kapitału ludzkiego, człowiek nie jest przedmiotem w grze interesów politycznych i ekonomicznych, człowiek jest podmiotem społecznym i politycznym,
– wszystkie instytucje państwowe wykonują swe obowiązki na rzecz obywateli i państwa, nie sprzedają usług obywatelom, a działają na ich rzecz. Praca w administracji państwowej i samorządowej to służba a nie etat i gratyfikacja. Niedopuszczalne jest upolitycznienie i stronniczość administracji,
– państwo zobowiązane jest zapewnić obywatelom wolność i równość, szczególnie wobec prawa; praktyka pokazuje, że wartości te są przywilejem
– państwo powinno dać w swej praktyce działania równy dostęp młodzieży do edukacji na poziomie średnim, eliminując jakiekolwiek ograniczenia społeczne i ekonomiczne
– obowiązkiem państwa jest przywrócenie jego świeckiego charakteru
Społeczna gospodarka rynkowa zdefiniowana w art. 20 Konstytucji RP dotyczy teorii i praktyki systemu gospodarczego, który został zdominowany przez doktrynę neoliberalną nie dającą możliwości wydobycia z gospodarki jej społecznych elementów:
– działający w Polsce system gospodarki neoliberalnej jest sprzeczny z Konstytucją i powinien w szybkim tempie zostać zmieniony na społeczną gospodarkę rynkową, co wiąże się ze zmianą wielu regulacji prawnych
– państwo nie może być przedsiębiorstwem komercyjnym, w swej istocie działania kieruje się interesem społecznym a nie kryterium zysku,
– państwo nie świadczy obywatelom usług, a wyłącznie wypełnia wobec obywateli swoje obowiązki wynikające z Konstytucji i innych zapisów prawa,
– życie i zdrowie ludzkie nie może być towarem; system ochrony zdrowia i życia nie może być podmiotem komercyjnym, realizuje zobowiązania państwa wobec obywateli
– istnienie i działalność rynków musi podlegać regulacji, rynki mają służyć społeczeństwu i państwu a nie wyłącznie realizować interesy kapitału; widać w ustawodawstwie i praktyce działania państwa wyraźną nierównowagę na korzyść kapitału prywatnego, banków i korporacji, a na niekorzyść państwa i obywateli
– system podatkowy musi odzwierciedlać zasady sprawiedliwości społecznej, nie może być od niego odstępstw i wyjątków
– podstawowe zmiany ustawodawcze: – ograniczenie dominacji własności prywatnej, – przywrócenie równoprawności wszystkich sektorów gospodarowania, – zwiększenie uprawnień związków zawodowych i samorządu pracowniczego, – sprawiedliwy system podatkowy, – ograniczenie kosztów pracy.
Przedstawione powyżej zasady powinny stanowić minimum programowe lewicy na zbliżające się wybory parlamentarne. Ważne jest, aby w działaniach programowych i propaństwowych lewicy priorytetem było zachowanie równowagi społecznej i politycznej oraz wytyczenie drogi do odnowy opartej o ideę budowy państwa dobrobytu dla wszystkich Polaków.

Czego Kaczyński nie powiedział

Dwie rzeczy ważne powiedział w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.

Pierwsza to ta, że roztoczył przed rozentuzjazmowanym tłumem apokaliptyczną wizję homoseksualnych i ateistycznych bojówek, które sterroryzują zwykłych, spokojnych polskich katolików. Chcą one „wedrzeć się do naszych rodzin, do naszych szkół, przedszkoli i naszego życia. Oni chcą odebrać nasze świętości i nasze prawa”.
Staram się sobie wyobrazić te bandy dyszących mordem homoseksualistów, które jak już się wedrą do rodzin (?), szkół, przedszkoli i naszego życia (?) i wtedy… No właśnie, i co wtedy? Przymuszą do aktów homoseksualnych dziatwę i dorosłych heteryków? Zadekretują niewiarę w Boga, wywołają wymioty na myśl o pójściu do kościoła? Naprawdę Kaczyński w to wierzy? Wątpię. Bardziej prawdopodobne, że wierzą w to jego wyborcy, ponieważ od tak dawna PiS i powolne mu media tworzą atmosferę oblężonej twierdzy, że ludzie i tak już dostatecznie skrzywdzeni przez 30 lat bandyckiego kapitalizmu, chętnie uwierzą, że są ofiarami zmowy ciemnych sił. Są, owszem, ale nie tych, które tak przekonująco rysował w Stalowej Woli Jarosław Kaczyński.
Drugą ważną rzeczą, którą wypowiedział Jarosław Kaczyński jest jednoznaczne i bezwarunkowe poparcie dla arcybiskupa Jędraszewskiego. Powiedział: „Jestem ogromnie wdzięczny abp. Markowi Jędraszewskiemu za to, że w słowach zdecydowanych ujął ten problem. Powiem z tego miejsca: jesteśmy tobie ekscelencjo z całego serca wdzięczni”. Ta czołobitna deklaracja skierowana była nie do człowieka przecież, tylko dla jego jątrzących i pełnych agresji jego słów pod adresem ludzi, różniących się od zadekretowanego przez ortodoksyjnych katolików wzoru ludzkiego osobnika. Kaczyński poparł tym samym tę część polskiego Kościoła katolickiego, która ma chciwy pysk pazernego klechy, trzymającego żelazną ręką swoją trzódkę, potrafiącego jednym słowem i umiejętnym podburzaniem fanatycznego motłochu zniszczyć każdą próbę myślenia na własny rachunek.
Tak, Kaczyński pogłębił i tak już dostatecznie szkodliwy podział polskiego społeczeństwa, według mnie nie do zasypania w ciągu najbliższej dekady. Postawił siebie i swoich zwolenników na pozycjach, z których nie ma ani odwrotu, ani w gruncie rzeczy żadnego manewru. Nie jest mu to zresztą do niczego potrzebne. On już dawno poszedł na wojnę i chce ją wygrać, niezależnie od liczby ofiar. Bo to, że ofiary będą, to już jest postanowione. Kaczyński bardzo liczy na tę wojnę, bo ona załatwia mu niemal wszystko: zwycięstwo nad opozycją i święty spokój ze strony tych, którzy jako jedyni są w stanie mu naprawdę zagrozić – ze strony lewicy.
Chodzi bowiem o to, by wszyscy, którzy uważają Kaczyńskiego i jego kohortę za wroga stanęli na froncie przez niego wytyczonym. Na froncie wojny z wyimaginowanymi wrogami: LGBT i ateistami. Kiedy walczące strony zajmą się tylko i wyłącznie starciami w tych bitwach, nie będą zajmowały się sprawami społecznej własności środków produkcji, nacjonalizacją, nowym kształtem relacji społecznych, prawdziwym równouprawnieniem, kryzysem klimatycznym i zapewnieniem światowego pokoju. I Kaczyńskiego, i jego neoliberalnych „przeciwników” taka wojna urządza. Jeśli lewica da się na nią zapędzić, to przegra podwójnie. To jest ta trzecia rzecz, której nie powiedział.

Bigos tygodniowy

Minęła 99 rocznica „Cudu nad Wisłą”. Z tej okazji czołgi rozjeżdżały tym razem jezdnie w Katowicach. Ja tam uważam, że czołgi powinny wyruszać wyłącznie do boju lub na ćwiczenia na poligonie. Nie wierzę natomiast, że ksiądz Ignacy Skorupka, gdy biegł z małym krzyżykiem pod kule czerwonoarmiejców, nie mógł być trzeźwy. Jak wiadomo w wojsku wydawano żołnierzom nadziały okowity, dla kurażu. Na pewno wydawano je w Armii Czerwonej, a podejrzewam że i w polskiej też. Nie mogę po prostu uwierzyć, żeby ktokolwiek o zdrowych zmysłach i o suchym pysku ruszył na nieprzyjaciela z krzyżykiem w dłoni. To jest sprzeczne z naturą człowieka. Niechybnie musiał wcześniej coś wprowadzić do organizmu. Bohater polskiej wolności.
Paweł Kukiz przystąpił oficjalnie do „zorganizowanej grupy przestępczej”, jak nazwał kiedyś PSL. Ludzie się zmieniają, a człowiek nie krowa i może zmienić poglądy, ale dobrze będzie, gdy artysta ten na przyszłość bardziej będzie uważał na pokusy czyhające na człowieka w „piątki, piąteczki, piątunie”.

Jeden z przybocznych Ziobry, wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak kierował, wykonywaną przez niejaką „Emilię”, internetową akcją zniesławiania sędziów sprzeciwiających się łamaniu niezawisłego sądownictwa. Ci, którzy oburzali się na stosowane przez niektórych w stosunku do rządów PiS określenia „zorganizowana grupa przestępcza”, powinni zastanowić się czy ich oburzenie i wołanie o „przesadzie” naprawdę było uzasadnione. W przyszłości (bo na dziś liczyć nie można) konieczne będzie zbadanie, czy Ziobro to akceptował, milcząco względnie czynnie, czy też Piebiak robił to na własną rękę.

Pisowski Narodowy Instytut Wolności (brzmi to jak orwellowskie Ministerstwo Miłości w odniesieniu do policji politycznej) bez żenady obdarzył dotacjami wyłącznie skrajnie prawicowe organizacje. Pieniądze otrzymał Maciej – nomen omen – Świrski, szemrany jegomość z Fundacji Reduty Obrony Dobrego Imienia Polski, kiedyś doradca Glińskiego Piotra, ministra – pożal się boże kultury. Zasilony też został Podlaski Instytut Rzeczypospolitej Suwerennej, którego prezes organizował blokadę Marszu Równości w Białymstoku. Sporo kasy otrzymało kilka organizacji dewocyjnych, jak Stowarzyszenie Rodzin Katolickich czy Diakonia Ruchu Światło-Życie, a także Fundacja Solidarności Dziennikarskiej, ekspozytura opanowanego przez prawolstwo Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Prosto z rządu do rządu poszły pieniądze na Projekt Polska. Założył je bowiem z siostrą (sic!) obecny wiceminister spraw zagranicznych, niejaki Szynkowski vel Sęk. Żadna organizacja, która nie podoba się PiS nie może liczyć nawet na 50 groszy. Panie Gliński, co którzy prowadzą organizacje, stowarzyszenia, etc. nie lubiane przez PiS także są podatnikami. Podobnie jak ludzie LGBT!!! À propos – Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zamierza zaskarżyć osławione uchwały samorządów skierowane przeciw LGBT, jako jaskrawy wyraz zakazanej przez Konstytucję dyskryminacji.

Po sprawie ( i dymisji) Kuchcika pojawiły się zarzuty o nadużycia „publicznego grosza” w stosunku do szefa drugiej izby parlamentarnej, Senatu, Karczewskiego Stanisława. Tego samego, który zalecał lekarzom „pracę dla idei”.

A tymczasem ceny żywności, w tym warzyw i owoców na bazarach szybują w górę jak szalone, co oznacza oczywiście znaczący wzrost inflacji. Za analogiczny koszyk towarów płacę dziś około 50 procent więcej niż przed rokiem. Zjawiska cenowe o tym tempie i skali pamiętam z okresu nie późniejszego niż początek lat 90-tych. A w pisowskich mediach PiS nieustanna, rozbuchana do groteski propaganda sukcesu. „Gonimy Niemcy” – głosi Kaczor.

Na niektórych straganach cebula kosztuje nawet pięć złotych. Cebula – warzywo, które podobnie jak burak zawsze było emblematem „taniości”. Drożyzna i inflacja zaczyna coraz bardziej rozsadzać domowe budżety i roztapiać oszczędności bankowe. 500 plus okazuje się być pożyczką, którą trzeba będzie spłacić. Nigdy nie miałem co do tego wątpliwości, nie wiedziałem tylko, że okres prolongaty spłaty długu potrwa tak krótko.

Mieczyk Chrobrego wykryty na mundurze policjanta, który legitymował uczestników jednej z tęczowych manifestacji, to ostrzeżenie, że w szeregi policji mogą wnikać ludzie o skrajnie prawicowych poglądach. Daleki jestem od uogólnień, ale policja z natury jest instytucją autorytarną i jednak nastawioną na przemoc. Nic więc dziwnego, że może szczególnie przyciągać osoby o takich skłonnościach. To bardzo niebezpieczne.

56-letnia kobieta (jak określiła ją rzeczniczka krakowskiej policji) Beata S. spowodowała w Krakowie wypadek samochodowy, wymuszając pierwszeństwo w ruchu z drogi podporządkowanej, czyli mówiąc po ludzku, zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Kobieta powinna sobie chyba odpuścić automobilizm. Nie umie jeździć ani jako pasażerka, ani jako szoferka. W ogólne niewiele „umi” ta Matka Boska Dobrej Zmiany.

Niejaki Czarnek, dość szemrana figura przynosząca Lubelszczyźnie wstyd w roli wojewody lubelskiego kandyduje z list PiS do Sejmu. Niewiarygodne, że to doktor prawa z KUL, bo ma fizjonomię i wysłowienie stadionowego, nacjonalistycznego „karka”. Wylansował się do tego kandydowania kleronacjonalistycznym ujadaniem w programie TVPiS „Studio Polska” prowadzonym przez funków PiS: Ogórkową i Łęskiego Jacka.

A podżegacza wojennego, siewcę nienawiści, patrona ludojadów Jędraszewskiego poparli już Kaczor, abepe Gądecki. Ciekawe jest milczenie prymasa Polaka i metropolity warszawskiego Nycza. Choć, prawdę mówiąc, nie wiązałbym z tym niczego szczególnego. Purpuraci to ludzie o radykalnie wybujałych ambicjach i skoncentrowani są na własnych akcjach, a nie na byciu cieniem czy podpieraniu kolegi.

Udany model demokracji

W wielu państwach świata widoczny jest pogłębiający się spór między klasycznym modelem demokracji liberalnej a nowym autorytaryzmem. Chodzi nie tylko o Europę – Węgry, Polska, Włochy, leżąca na granicy dwóch kontynentów Turcja, ale też m.in. Rosja, Chiny, Brazylia, Wenezuela. Elementy tego procesu widoczne są nawet w Stanach Zjednoczonych.

Niewiele jest przykładów odwrotnyc – gdzie demokracja liberalna wyraźnie bierze lub wzięła górę. Nieco paradoksalnie swoistym tego modelem może być znana wielu Polakom z wyjazdów turystycznych 12-milionowa Tunezja.To od tego kraju zaczęła się „arabska wiosna” w styczniu 2011 r. i de facto tylko tam przetrwała, zaś najtragiczniej przekształciła się ona w krwawą wojnę domową z czynnym udziałem wielkich mocarstw (Rosja i USA) oraz mocarstw regionalnych (Turcja) – w Syrii.
Ponad 8 lat temu obalony został prezydent Ben Ali rządzący w latach 1987-2011, który co ciekawe – przez kilka lat pełnił funkcję ambasadora Tunezji w Warszawie. Do dziś żyje w stolicy Arabii Saudyjskiej Rijadzie, a ostatnio (niezbyt realistycznie) zapowiedział powrót do Tunisu. Niedawno zmarł w wieku 92 lat pierwszy demokratycznie wybrany. prezydent Tunezji Beji Caid Essebsi, stąd wcześniejsze wybory głowy państwa (5 września). A jeszcze w tym roku odbędą się też regularne wybory parlamentarne – zgodnie z konstytucją
z 2014r. kraj jest republiką parlamentarną.

Oznaką demokracji jest np. fakt,iż do wyborów prezydenckich zgłosiło się aż 97 kandydatów! Ostatecznie zarejestrowano 26, w tym obecnego,młodego premiera Yussufa Shaheda (43 l.).Stabilność polityczna wynika z zawartego między głównymi partiami politycznymi (w tym islamistycznymi) swoistego „kompromisu historycznego”: Stąd koalicyjny rząd gwarantuje tę stabilność. Naturalnie, iż Tunezja, żyjąca głównie z rolnictwa oraz turystyki, nie jest rajem i ma swoje problemu finansowe (pewna deprecjacja dinara) oraz gospodarcza. Ale mimo to wyróżnia się korzystnie na tle Bliskiego Wschodu oraz Afryki.

Dzień sądu nadchodzi

Stwierdzenie, że Polska jako państwo demokratyczne nie istnieje staje się truizmem.

Nie może być za takowe uznane z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że parlament, instytucja, która w demokratycznym państwie jest zazwyczaj ostoją praworządności, rodzajem wzorca metra w Sevres stanowienia i przestrzegania prawa dla wszystkich innych instytucji państwowych, prywatnych przedsiębiorstw i obywateli zamieniona została przez partię o cynicznej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” w kabaretową fasadę władzy jednego człowieka. Przykładów jest aż nadto, ale ostatni gwałt na Konstytucji RP dokonany przez Grupę Trzymającą Władzę, polegający na bezczelnej odmowie Kancelarii Sejmu wykonania prawomocnego wyroku sądowego NSA w sprawie ujawnienia nazwisk osób rekomendujących kandydatów do KRS to już nie Himalaje, to już stratosfera arogancji tej Grupy.
Formalnie za ten stan rzeczy odpowiada Szefowa Kancelarii Sejmu, ale to tylko pozory. Podlega ona przecież Marszałkowi Sejmu. Tymczasem wypowiedzi publiczne PiS-owskich wicemarszałków (Marszałek do dzisiaj nie może zejść na ziemię) świadczą dobitnie o tym, że co najmniej akceptują tą sytuację. Akceptują, czy też są jej bezpośrednimi sprawcami? Ale są przecież inni, niepisowscy wicemarszałkowie. Dlaczego ich opinie na temat tej niebywałej afery sejmowej nie przebijają się do opinii publicznej? Zabrakło odwagi? Zabrakło poczucia współodpowiedzialności za polski parlamentaryzm? Przecież nie reagując adekwatnie do sytuacji wicemarszałkowie ci stają się współudziałowcami, żeby nie powiedzieć współsprawcami kolejnego zamachu na konstytucyjne zasady państwa prawa.
Czy Agnieszka Kaczmarska, Szefowa Kancelarii otrzymała polecenie od Marszałka Kuchcińskiego niewykonania wyroku NSA wie to tylko ona i Marszałek. Ale czy w tej sprawie zasięgane były opinie Biura Prawnego Kancelarii? Jeżeli tak, to powinny one być niezwłocznie upublicznione, jeżeli nie, to… no właśnie. Zasięgnięcie takiej opinii przez Szefową Kancelarii Sejmu należało do jej obowiązków. Znalazła się bowiem w takiej oto sytuacji, że z jednej strony miała prawomocny wyrok sądu, a w drugiej administracyjną decyzję Prezesa UODO o wszczęciu postępowania w tej sprawie, nakazującą de facto niewykonanie tego wyroku. Szefowa „uległa” Prezesowi wprowadzając tym samym faktyczną kontrolę wyroków sądowych przez administrację. Kolejne mega-kuriozum: formalną podstawą zajęcia się sprawą przez Prezesa UODO była skarga… sędziego Krajowej Ray Sądowniczej! To ten sędzia, tej a nie innej instytucji wystąpił o administracyjną kontrolę orzeczeń NSA!
Sprawa jest ponad wszelką wątpliwość precedensowa i o trudnym do przeceniania znaczeniu politycznym. Tymczasem Prezes UODO wyniośle milczy, jakby to była jedna z tysięcy drobnych spraw, którymi się na co dzień zajmuje, jakby wstrzymywanie wyroków sądowych było dla niego chlebem powszednim. Jeżeli wszczęcie formalnego postępowania przeciw Kancelarii Sejmu było jego własną, autonomiczną decyzją podjętą z takiego a nie innego rozumienia swojej misji, to Prezes powinien publicznie swoją decyzję uzasadnić. Chyba, że nie była to jego decyzja autonomiczna, chyba, że na jawie oświecony został niespodziewanie laserowym promieniem prawa i sprawiedliwości z ul. Nowogrodzkiej
Co skłoniło Grupę Trzymającą Władzę do sięgnięcia po tak drastyczne środki zapobiegające ujawnieniu nazwisk osób popierających kandydatów do KRS? Z pewnością nie chodzi tu o kwestie etyczne – one nigdy dla PiS nie stanowiły problemu. Powód może być tylko jeden: ujawnienie tych list może stworzyć realne podstawy do zakwestionowania legalności nowej Krajowej Rady Sądownictwa powołanej przez PiS. A to już niesie ze sobą konsekwencje trudne do wyobrażenia. Na dzień dzisiejszy KRS powołała już 543 nowych sędziów. Zakwestionowanie legalności KRS równoznaczne jest z zakwestionowaniem prawomocności orzeczeń tych sędziów. Oczywiście sędziowie ci są, przynajmniej w większości, Bogu ducha winni. Po prostu wplątani zostali przez PiS w tryby maszyny niszczącej państwo prawa. Można im tylko współczuć. Ale współczuć należy przede wszystkim nam – szarym obywatelom. Podczas, gdy niektórzy młodzi adepci prawa za naturalną drogę swojej kariery uznają karierę sędziowską, ci starsi, którzy wiedzą i czują co to znaczy społeczna odpowiedzialność sędziego, masowo przechodzą na emeryturę, Już ponad 300 sędziów zapowiedziało taki krok do końca tego roku. KRS powoła oczywiście 300 nowych, których orzeczenia będą wątpliwe itd., itd. Połączenie tych dwóch praktyk: możliwość administracyjnej kontroli wyroków sądowych z potencjalną nielegalnością nowej KRS, jej wszystkich działań i potencjalnym brakiem prawomocności wyroków sędziów powoływanych przez tą KRS to już nie jest bałagan, to już nie jest chaos. To jest już totalna ruina systemu prawnego państwa.
Dlatego PiS kładzie wszystko na jedną kartę. Za wszelką cenę przeciągnąć chce sprawę KRS do wyborów parlamentarnych, które, za wszelką cenę, musi wygrać. Za wszelką cenę uzyskać musi na tyle olbrzymią władzę, że będzie mógł, niczym wielki spychacz przejechać się po tej aferze, starannie wyrównać teren i być może posadzić nawet jakieś symboliczne drzewko. Na przykład Dąb Prawa i Sprawiedliwości. A potem będzie już tylko „lepiej”. PiS lub jego następcy brnąć będą musieli, a właściwie nie brnąć a maszerować równym krokiem, ku dalszej eskalacji autorytaryzmu na drodze kłamstwa, oszustwa, argumentów siły we wszystkich odmianach.

Problem Polski jest jednak dużo poważniejszy niż nieodpowiedzialne, pozaprawne kampanie Grupy Trzymającej Władzę. Prawdziwą katastrofą dla Polski jest to, że tak po prawdzie to niebywała skądinąd afera nowej KRS, za wyjątkiem marginalnej grupy „wykształciuchów”, „łże-elit”, kilkudziesięciu dziennikarzy czy jajogłowych profesorów prawa nikogo nie obchodzi. „Suweren” ma głęboko w nosie jakąś KRS, jakąś administracyjną kontrolę nad sądami. Ważne, że dają. Oni dają. I jest dobrze i tak ma być. To właśnie takie postawy znacznej części polskiego społeczeństwa są olbrzymim źródłem ciemnej mocy PiS. To taki rodzaj społecznej świadomości zepchnie Polskę jako państwo demokratyczne w przepaść. Póki co dzień sądu – oby nie ostatecznego – wyznaczony został na 13 (nomen omen) października tego roku.
Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Dwiesta z państwowego

Koledzy z grupy Kult opowiadali mi, że onegdaj, kiedy dopiero zaczynali być w światku muzycznym rozpoznawalni, zaprosił ich na koncert do bydgoskiego Myślęcinka miejscowy impresario, co z kolei zaowocowało pewną ciekawą historyjką, która jak ulał pasuje mi do pewnej innej zabawnej historyjki z tu i teraz.

Impresario, nazwijmy go Pan Janusz, ponieważ człowiek może jeszcze nawet żyje, zafundował moim kolegom w latach schyłkowej komuny warunki iście estradowe, o których wcześniej mogli tylko pomarzyć. Zakwaterowano ich w najlepszym na owe czasy w Bydgoszczy hotelu „Brda”, w którym zdarza nam się nocować i dziś. Zapewniono im ciepły posiłek, zwrot za podróż a nawet niewielkie, ale jednak, honorarium. Nad wszystkim czuwał i wszystkiego doglądał Pan Janusz. Podczas występu grupy, siedział sobie na „melexie”, palił papieroska i popijał niemieckie piwo z puszki, ruszając do taktu nóżką. Miał do tego oczywiście wąsy, był gruby i nosił ciemne okulary oraz przerzedzone włosy spięte w kitkę. Kiedy koncert się skończył i zespół chciał się rozliczyć z organizatorem, pan Janusz podjechał „melexem” do kapeli, wyciągnął z kieszeni pęgę z pieniędzmi, przeliczył, wydał umówioną kwotę, po czym to co zostało schował sobie do drugiej kieszeni, mówiąc: „Z państwowego to i dwiesta warto”, a następnie serdecznie się uśmiechnął.
Marszałek Sejmu Kuchciński, zabierał na pokład samolotu służbowego zupełnie prywatnych członków rodziny, którzy z nim latali z Rzeszowa albo do Rzeszowa, bo marszałek akuratnie stamtąd. Naturalnie, nie płacił za nich, bo to przecież za państwowe, znaczy za niczyje. Nie dość że nie zarabia na stanowisku najmniej, to oczywiście nie będzie ze swoich pieniędzy finansował fanaberii swoich bliskich, bo i po co. Z państwowego to i dwiesta warto, jak mawiał klasyk. Oczywiście, jak większość polskich polityków, marszałek Kuchciński nie uczy się na błędach oraz posiada silny imposybilizm wewnętrzny, który nie pozwała mu na przyznanie się do błędu. Bo wszak nie on pierwszy i najpewniej niestety, nie ostatni, tnie na państwowym jak golarz Filip. A za Platformy Borusewicz nie latał psa wyprowadzać do domu na Wybrzeżu? Każdy z nich po jednych pieniądzach. Państwowych, ma się rozumieć. Gdyby marszałek Kuchciński, jakimś cudem umiał antycypować skutki tego, co się wydarzy przy okazji wpadki wizerunkowej z lataniem za państwowe, na oczach kamer przeprosiłby za nadużycie i pokazał kwitek z poczty, z potwierdzaniem przelewu na umówioną kwotę którą wylatali na państwowym pokładzie jego prywatni bliscy. I po sprawie. Jest oczywiście tak, jak mówią koledzy z PiS-u i z Kancelarii Sejmu; czy lecę ja sam, czy lecę z żoną czy z synem, czy z marszałkiem województwa albo dziennikarzami, to samolot i tak leci, pali tyle samo paliwa i tyle samo kosztuje jego eksploatacja, ale oczywiście, macie Państwo rację, nie jest w porządku, żeby swoje prywatne sprawy załatwiać przy okazji służbowych obowiązków, choć, umówmy się, zawsze się u nas tak robiło i nikt sobie nie krzywdował, ale fakt, jeśli chcemy coś zmieniać na lepsze, dać dobrą zmianę, winniśmy zacząć od samych siebie, więc ja, Marszałek Sejmu, przepraszam, oddaję po cenie komercyjnej za bilety i obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. W cywilizowanym państwie, w którym rządzą i się opozycjonują rozsądni i rzeczowi politycy zapewne by tak było. U nas jednak, w ustroju na pograniczu zachodniej demokracji i bantustanu, nadal, czy to postkomunę czy styropianową opozycję od siedmiu boleści, obwiązują zasady barwnie nakreślone przez Pana Janusza.
Oczywiście, opozycja dziś krzyczy jaki to z Marszałka darmozjad, ale sama też nie jest lepsza. To, że chce przed wyborami zbić na każdej wpadce rządu kapitał jest wszak czymś oczywistym i zupełnie normalnym; gdybym był opozycją, też bym tak robił. Mnie bardziej jednak martwi to, że polski polityk, en masse, w swoich poczynaniach nie zakłada horyzontu dłuższego niż dzień, dwa. Jak atakują, znaczy trzeba przejść do kontrataku, najbardziej trywialnymi i łopatologicznymi metodami. Zarzucacie mi marnotrawstwo? Taaak? A kto przehulał kapitał narodowy? Kto sprzedał Niemcom stocznie? Kto kamienice Żydom chce oddawać? Przy tych waszych geszeftach, te moje latanie to jest bzyk komara. I takim cepem ładują się po łbach, jedni z drugimi, a ja na to wszystko patrzę, i czuję, jakby ktoś mi dał w mordę. Jedni i drudzy traktują mnie jak wsiowego głupka, który rozdziawia gębę i gapi się, jak się psy na łańcuchach żrą pod budą. Założę się, że macie Państwo podobnie. Ale ja tak łatwo ogolić się nie dam!
Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Głos lewicy

Podzielona opozycja = klęska wyborcza

Teresa Jakubowska z Partii Racja uważa, że opozycja powinna iśc razem do wyborów na jesieni:
Niektórzy niedouczeni politycy, dziennikarze a nawet politolodzy (chyba przekupieni) ciągle opowiadaja bzdury, że opozycja może zwyciężyć
idąc do wyborów w trzech (czy więcej) komitetach wyborczych, bo będą w większości. Tymczasem system d’Hondt’a temu przeczy – promuje zwycięzcę – JEDEN JEDYNY komitet wyborczy, który uzyska największą ilość głosów.
Przypominam wybory 2015:
PiS uzyskał . 5.711.687 głosów 37,58 % 235 mandatów (trzy partie ale JEDEN komitet wyborczy) opozycja… 6.935.813 głosów 45,63 % 224 mandaty (cztery oddzielne komitety wyborcze PO, Kukiz, Nowoczesna, PSL bez mniejszości niemieckiej. Mimo znaczącej przewagi uzyskanych W SUMIE głosów opozycja przegrała. Bo ilość głosów opozycji nie przekłada się na proporcjonalną ilość mandatów. Niezależnie od tego z powodu wysokich progów zmarnowało sie ok. 2,5 mln głosów.
System d’Hondt’a obowiązuje w Polsce także w eurowyborach. Ostatnie eurowybory także pokazały, że zwyciestwo nad PiS- em jest możliwe pod warunkiem jedności opozycji postępowej. Koalicja Europejska + RAZEM + WIOSNA miały 53 tys głosów WIĘCEJ niż PiS.
PiS BY PRZEGRAŁ, gdyby opozycja demokratyczna tworzyła JEDEN BLOK.
Wszystkie siły postępowe powinny się zjednoczyć tłumacząc Polakom, że sytuacja jest wyjątkowa. Jeżeli chcemy zwyciężyć PiS to
MUSIMY WSZYSCY GŁOSOWAĆ NA JEDEN JEDYNY KOMITET WYBORCZY zjednoczonej opozycji demokratycznej tzn K alicji Obywatelskiej w tym całej LEWICY. Jest tylko jeden zwcięzca. Polacy, nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Taki blok ma szanse na dobry wynik, lepszy od PiS, bo mozna sie spodziewać dużej mobilizacji elektoratu, pod warunkiem wytlumaczenia wyborcom konieczności połączenia się ze względu na ordynację. Trzeba uświadomić wyborcom, że mogą głosować np. na kandydatów lewicowych na listach koalicji. Byłabym zachwycona gdybym mogła tak głosować. Grzegorz Schetyna powinien stanąć na głowie, żeby przyciagnąć partie i kandydatów na posłów wszelkich odcieni opozycji demokratycznej ŁĄCZNIE Z LEWICĄ. Nie robić im łaski, bo POLSKA przegra.
Chyba jeszcze ściślejszej współpracy całej opozycji wymagają wybory do Senatu, gdzie obowiązują ukochane przez Kukiza JOW-y czyli jednomandatowe okręgi wyborcze. Okręgów jest tyle ile senatorów czyli 100. Logicznie biorąc – opozycja powinna wystawić jednego współnego kandydata w każdym okręgu. Bardzo jestem ciekawa czy chociaż w tym przypadku cała opozycja zachowa się logicznie.
Polacy są wystarczająco mądrzy, żeby zrozumieć, że jeżeli nie będziemy tak glosować jak wyżej, to będziemy mieć w Polsce Turcję na najbliższe 20 lat a na to się zanosi. Kraj z tysiącami ludzi siedzącymi w więzieniach bez wyroku, kraj ze zdewastowanym do końca środowiskiem bez oglądania sie na los naszych dzieci i wnuków. Kraj pozbawiony wody pitnej, czystego powietrza, lasów, rzek i jezior.
Wszystko wyschnie, co już widać gołym okiem, nie tylko z powodu katastrofy klimatycznej ale z powodu barbarzyństwa i chciwości działaczy PiS. To są straty nienaprawialne, bo nic nie zastąpi 100-letniego drzewa.

Jesteśmy równi i różni

Justyna Samolińska z Akcji Demokracji na Facebooku:
Ruch LGBT w Polsce ma ogromne, nieprzeliczone zasługi – w kształtowaniu dyskursu, w przełamywaniu tabu, w organizowaniu ludzi wokół idei. Dla mnie osobiście miał rewolucyjne znaczenie – kiedy 9 lat temu zaczynałam swoja przygodę z aktywizmem, byłam inną osobą. To w tym ruchu dowiedziałam się, że jako dziewczyna na serio mogę mieć taką ekspresję swojej płci jak chcę. Że mogę mieć krótkie włosy, że nie muszę się malować, że mogę mówić głośno i siedzieć w rozkroku i mieć swoje zdanie. Że ludzie są różni i że to jest spoko, że płeć to nie dwie szufladki.

Jeszcze nowszy patriotyzm

Bardzo dawno temu, – bo w 2013 roku – popełniłem artykulik pt. „Nowy patriotyzm”.

Skarżyłem się w nim na zmiany, jakie w okresie mego życia zachodziły w pojmowaniu słowa „patriotyzm”, stopniowo zastępującego określenie walki i pracy dla Ojczyzny, krzykliwym samochwalstwem niektórych polityków i przypisywaniem sobie monopolu na definiowanie cech patriotyzmu. Zwracałem uwagę na to, że w czasie wojny było najprościej – każdy, kto walczył o wyzwolenie kraju był uważany za patriotę, bez względu na to, jakie miał polityczne poglądy. Ale nie nadużywano tego określenia i nigdy nie słyszałem, aby ktoś mówił „ja jestem patriotą, a ten X czy Y nie jest”.
Także po wojnie, mimo kilkuletnich sporów o to, czy głównym celem patriotycznym jest odbudowa kraju, czy walka z narzuconym ustrojem, na ogół szanowano odmienne poglądy nawet wtedy, kiedy za nie karano. Potem to się uspokoiło i przez wiele lat, także w państwie, którego zdaniem obecnego premiera w ogóle nie było, relatywnie rzadko używane określenie było rozumiane, jako równoznaczne z obywatelska postawą. Mówiąc prościej – uczciwą pracą dla siebie i kraju, pomaganiem innym w chwilach potrzeby, staraniem sie o rozwijanie jak najlepszego obrazu Polski za granicą. Dopiero w ostatnich latach te cechy patriotyzmu zaczęły być wzbogacane o odżywający, kawiarniany antysemityzm, bezsensowną i szkodliwą społecznie i ekonomicznie rusofobię i dzielenie Polaków na „prawdziwych patriotów” i tych „nierozumnych, drugiego sortu” obywateli, którzy oczywiście nie są patriotami.

Propaganda

Naiwnie myślałem, że na tym już koniec. Miałem nadzieję, że zmądrzejemy, stopniowo opadną emocje walki politycznej, przestaniemy traktować patriotyzm jak kij do okładania przeciwników. Sądziłem, że takie zachowanie nawet „nie przystoi” ludziom uważających się za patriotów, a zarazem piewców przemyślanej, patriotycznej polityki kulturalnej.
Myliłem się. Po kilku latach względnego uspokojenia, po wyborach w 2015 roku werbalny hurrapatriotyzm odżył, zmodyfikował kierunki i osiąga niepojące rozmiary.
Każde społeczeństwo jest wrażliwe na uporczywą propagandę. W miarę zmian technicznych zachodzących w nośnikach informacji dożyliśmy epoki, w której główną – a dla wielu środowisk jedyną – maczugą propagandową jest telewizja. Ma tą przewagę nad starymi nośnikami, że nie tylko informuje, ale pokazuje przykłady i wpływa nie tylko na świadomość, ale i podświadomość odbiorcy. Pół biedy, jeśli, jak w większości krajów, a w Polsce w dużych aglomeracjach, obywatel ma możliwość oglądania kilku konkurencyjnych programów, o różnym zabarwieniu politycznym. Ale – jak w Polsce na wsi i w wielu małych miastach – nie ma takiej możliwości, to wówczas stopniowo przyjmuje poglądy uzyskiwane z przekazywanych przez jedną stację telewizyjną informacji, jako swoje i jedynie słuszne.
Tak się teraz dzieje. Polska telewizja publiczna w okresie panowania obecnej władzy jest przesycona nie tylko odpowiednio selekcjonowanymi i preparowanymi informacjami, ale także werbalnym patriotyzmem, ukierunkowanym zgodnie z upodobaniem władz i odpowiednio do tych upodobań „ufryzowanym” historycznie. Te „prawdy objawione” kształtujące obecnie poglądy obywatela, który chce być uznawany za patriotę, można streścić w kilku punktach.

Podstawowe poglądy prawdziwego patrioty

Po pierwsze – w czasie wojny tylko ci, którzy byli „na zachodzie” lub związanym z nim podziemiu walczyli o wolną Polskę. Ci ze wschodu, albo z jakiś ludowo – chłopskich oddziałów partyzanckich, przesiąkli komunizmem i właściwie walczyli o hegemonię Rosji (wtedy ZSRR). Nie byli więc polskim patriotami.
Po drugie – w czasie wojny to właściwie tylko my ratowaliśmy Żydów przed hitlerowską zagładą. Ci, którzy ze strachu donosili na Żydów, a tym bardziej „szmalcownicy”, robiący to za pieniądze, to tylko smutne wyjątki. Widocznie pechowo w okolicach Sobiboru było ich wyjątkowo dużo, jeśli z 400 więźniów, którzy uciekli z obozu, prawie 100 „miejscowa ludność” wydała Niemcom.
Po trzecie – po wojnie i w długim okresie PRLu, patriotą był tylko ten, kto czynnie walczył z państwem opanowanym przez „komunę”. Reszta „psychicznych słabeuszy” pogodziła się z rolą niewolników. Wprawdzie kończyli szkoły średnie, studiowali, pracowali, odbudowywali i rozbudowywali – ale robili to bez entuzjazmu, a nawet ze wstrętem.
Po czwarte – obywatele często nie zdają sobie z tego sprawy, ale ciągle jesteśmy zagrożeni przez „postkomunę”. Prawdziwy Polak – patriota powinien ją ujawniać i z nią walczyć. Bo zakażenie komunizmem jest nieuleczalne. Jak ktoś gdzieś należał, albo coś podpisał – nie jest godzien działać w naszym społeczeństwie. Chyba, że szczerze się nawrócił i aktywnie wspiera nową, patriotyczna władzę.
Po piąte – polski patriota powinien być wierzącym i praktykującym katolikiem. Jeśli tego nie deklaruje – to trzeba go czujnie obserwować, bo może mieć ukryte związki z takimi podłościami jak LGBT, seksualizacją młodzieży, albo – o zgrozo – ze zwolennikami legalizacji ograniczonej aborcji, na życzenie zainteresowanej kobiety.
Po szóste – prawdziwy Polak wie, że prawie wszyscy w Europie chcą się na nas w jakiś sposób „zamachnąć”. Bezkrwawo, ale boleśnie robią to nieudacznicy z „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli Unii Europejskiej. Ale są też tacy, którzy powodują katastrofy naszych samolotów – zwłaszcza prezydenckiego samolotu w rejonie Smoleńska. Patriota wie, że nasze samoloty, prowadzone przez najlepszych na świecie pilotów, co to potrafią latać nawet ”na drzwiach od stodoły …” nigdy same się nie rozbijają – więc to musiał być zamach.
Wreszcie po siódme – jesteśmy stale zagrożeni kolejną wojną. Nie wymieniamy, kto ją może wywołać, ale przecież wiadomo, kto zawsze na nas czyhał i kto robi kuku zaprzyjaźnionej Ukrainie. Musimy więc kupować coraz droższą broń od bogatych mocarstw, rozwijać siły wewnętrzne, szkolić się „od dziecka” w obronie naszych państwa i „wartości”.

Granice bezpieczeństwa

Ten zestaw aktualnych wymogów upoważniających siebie lub kogoś do bycia prawdziwym, polskim patriotą XXI wieku powinien każdemu pozwolić na samokrytykę i ocenę swojej pozycji. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że taka autoanaliza jest wprawdzie męcząca, ale można ją jakoś strawić. I nadal miałem nadzieję, że powoli z tego wyrośniemy.
Moja nadzieja uległa jednak wyraźnemu nadwątleniu po kolejnych konwencjach i dyskusyjnych spotkaniach organizowanych przez rządzącą obecnie partię. Dostrzegłem bowiem, że niemal w każdej pryncypialnej lub buńczucznej wypowiedzi najwyższych notabli, ukrywa się jeszcze jedna, nowa i naprawdę niebezpieczna cecha prawdziwego patriotyzmu. Jest to wmawianie suwerenowi, że patriotą jest tylko ten, kto popiera władzę, zgadza się z jej poglądami i planami, będzie jej „pomagał a nie przeszkadzał”. Jeśli tego nie robi – to zdradza swój kraj i jest spadkobiercą Targowicy.
To mnie przestraszyło. Nieodległa historia Europy zna takie poglądy, Starsze pokolenia widziały sterowany, monopolistyczny patriotyzm w niektórych krajach i wiedzą, jak to się kończyło. A zaczynało się niemal zawsze tak samo – od omijania podstawowych zasad życia obywateli, kwestionowania uprawnień sądów i zastępowania ich „decyzjami ludu” lub jego idoli, gnębienia przeciwników, najpierw zgodnie z prawem, a potem wbrew prawu. Przy utrwalaniu takiego poglądu łatwo jest więc przekroczyć granice społecznego bezpieczeństwa, świadomie lub bezwiednie dojść do autokratyzmu, łatwo przechodzącego w totalitaryzm.
Podsycanie hurrapatriotycznego nastroju społeczeństwa też ma swoje tradycje. Więcej defilad, więcej pokazów odtwarzających bohaterskie czyny przodków, więcej zabaw młodzieży z imitacją broni albo z prawdziwą bronią. Manifestacje i marsze patriotyczne wspierające władzę. Wprawdzie w ich organizacji nie udaje dorównać nocom w Norymberdze i współczesnym uroczystościom w Korei Północnej, bo w słowiańskim kraju trudno zebrać tylu zdyscyplinowanych uczestników – ale starać się można.
Trudno przewidzieć, jakie będą następstwa nowego modelu polskiego hurrapatriotyzmu. Może się wypalić i nie spowodować większych szkód w mentalności młodzieży i średniego pokolenia. Ale może też pogłębić i utrwalić podziały społeczeństwa i doprowadzić do otwartej. lub skrywanej izolacji Polski, wśród europejskich państw o demokratycznych tradycjach. Sygnały tej izolacji są w Parlamencie Europejskim już wyraźnie widoczne.

Chaos i nadzieja?

Ukazały się ostatnio dwie wypowiedzi prof. Marcina Króla – pierwsza zatytułowana „Idzie chaos”, a druga „Mam nadzieję”. Z wielu powodów warto przemyśleć te teksty.

Dla przypomnienia: Autor jest filozofem polityki i historykiem idei, był działaczem opozycji demokratycznej w PRL, redaktorem naczelnym „Res Publica Nowa”, także bulwersującej książki „Byliśmy głupi”, w której pisał, że po 1989 roku w Polsce można było zrobić lepiej, „dużo lepiej gdybyśmy nie byli zaślepieni, niedoświadczeni, niewrażliwi”. Te myśli spotkały się z bardzo licznymi głosami protestu ze strony kół solidarnościowych, które, co zresztą powszechnie wiadome, nadzwyczaj są czułe na wszelką krytykę, a szczególnie na negatywną ocenę ze swoich kręgów.

Pierwszy tekst,

opublikowany w „Newsweek” z 23/2019 rozpoczyna się od stwierdzenia, że „Demokracja zwana liberalną się skończyła. A wraz z nią III RP…wyczerpała swoje możliwości. Trwała przez siedemdziesiąt lat. Dla Europy to były cudowne lata, najlepszy okres w historii Zachodu. I on się powoli kończy… Istotą demokracji liberalnej jest to, co swego czasu świetnie nazwał Tusk – ciepła woda w kranie. Przez wiele lat ludzie niczego innego nie chcieli. Ale dziś chcą gorącej.”
Z powyższych myśli wynika, że aktualny stan polskich spraw jest tylko częścią szerszego procesu, a więc czymś niejako nieuniknionym co nas spotkać musiało. Nie jest to prawdą, a specyficzne przykłady Wielkiej Brytanii (brexit) i Stanów Zjednoczonych (prezydentura Truma) nie wystarczają na tak daleko idące uogólnienie, bowiem w szeregu innych europejskich krajach jest normalnie, a więc sytuacja jest zasadniczo odmienna i daleko w niej także do naszego łamania prawa i demokracji, do polityki powszechnego przekupstwa, że nie wspomnę o upaństwowionym kłamstwie i nieodpowiedzialnych decyzjach. Wyjaśnianie tego upadku za pomocą tuskowego powiedzonka nie wytrzymuje krytyki, a potrzeba „gorącej wody” wynika nie tyle z ludzkich chęci, co z warunków ekonomicznych, i ich rozlicznych konsekwencji, podyktowanych przez neoliberalną politykę ekonomiczną.
Przyczyny i znamiona chaosu
wg Marcina Króla, kryją się w upadku:
• uprawianej polityki – „Wyczerpał się model, który i tak bardzo długo funkcjonował. Wyczerpał się seksapil polityki”;
• religii – „Nie Kościoła, bo to jest mniej istotne. Oczywiście to przygnębiające, jak się dziś patrzy na Kościół… dramatyczny upadek religii w Europie to jest wielka zmiana, moim zdaniem niekorzystna”;
• czytelnictwa – „Młodzi ludzie przestali czytać książki należące do kanonu kultury europejskiej. On dla nich nie istnieje. Więcej: przeszłość dla nich nie istnieje…Po raz pierwszy w historii kultury została zerwana ciągłość. Nie ma przeszłości, a więc nie ma przyszłości. Jest tylko teraz”;
• szansy – „Gdybyśmy mieli czas, żeby pewne wartości u nas zakorzenić, byłoby nam łatwiej… Zrobiono tak wiele niemądrych rzeczy [od początku III RP – Z.T.]…Lekceważenie wszystkich poglądów poza racjonalnymi poglądami demokratycznymi okazało się ciężkim błędem, ale to jest znów wiedza, którą mamy dziś.”
W tych rozważaniach zabrakło odpowiedzi na podstawowe pytanie: co jest przyczyną opisanego chaosu?
Na ten zły czas Marcin Król radzi: „Trzeba zachować pojęcie honoru. Czyli zachować Conrada. Trzeba zachować poczucie egzystencjalnego sensu jednostki” I jeszcze: „Jedno jest pewne: przyjdzie jeszcze nowy wspaniały świat. Tyle że trzeba na niego trochę poczekać.”

Problem w tym,

że już dawno miał nadejść ten nowy, lepszy świat. Mury wiele lat temu runęły, a my mamy ciągle czekać? Według Autora okazuje się, że pono z racji światowych trendów, i na pewno z powodu błędów solidarnościowych przywódców, nadal do niego daleko.

Drugi, dwukolumnowy tekst,

niejako sztandarowy, rozpoczynający się na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” (6-7.07.2019) nosi tytuł „Mam nadzieję” i tak się, też dwukrotnie, zapowiada: „Nie wchodźmy na terytorium zła. Nie bądźmy jak oni, bo się upodobnimy. Niech się biją z cieniem. Ufajmy wszystkim ludziom. Niektórzy zawiodą nasze zaufanie. Na razie, bo we wszystkich jest potencjał dobra. Spróbujmy wyleczyć nawet ciężko chorych na nienawiść” oraz „Nie polemizować, nie krytykować… Odnotowywać fakty, ale nie piętnować, nie rozpaczać, nie korygować. Ufać, że dzięki odwołaniu do dobrej strony ludzkiej natury każdy będzie widział, jaki jest stan rzeczy.”
Idealistyczna opinia o dobrej stronie ludzkiej natury kłóci się z powszechnym przekonaniem, że „Dobro i zło istnieją w życiu człowieka prawie od zawsze. Granica między nimi wydaje się być bardzo mocna, często jednak to, co dla jednych jest dobrem, inni traktują jako zło. Człowiek jest istotą niedoskonałą…”
Ale nie tylko, bowiem sam Autor w pierwszym przywołanym tekście zaprzecza sobie: „PiS wygrywa nie dlatego, że ma jakąś cudowną ideologię albo pomysł. Wygrało, bo miało pieniądze do dyspozycji i je dało. Nie wiadomo, czy to Polskę zawali. Nawet jeśli nie, to jest to najbardziej prymitywne zachowanie polityczne, jakie można sobie wyobrazić.” Zgoda z tą oceną, ale wypada zapytać jeszcze Profesora, gdzie w chwili wyborów podziewały się ta wiedza o stanie rzeczy i potencjał dobra u milionów Polaków, którzy bezkrytycznie przyjęli nachalną propagandę, a za większą wartość uznali dobro materialne, czyli kasę, niż prawdę i elementarne podstawy demokracji?

W dalszej części

wywodów czytamy, że „Pora skończyć z programami i całym tym banalnym i pustym językiem polityki, a skupić uwagę na sprawach duchowych, które mają doniosłe konsekwencje dla spraw praktycznych. Czas przywrócić odpowiednie miejsce nadziei na dobre czy chociaż znośne życie, a nie toczyć walkę polityczną o władzę”.
Nadto: „Zło dobrem trzeba zwyciężać, a nie kontragresją”, „Nasza opowieść powinna polegać na odnowieniu ducha, na przywróceniu jednostce nadziei, a nie na obszernym projekcie konkretnych działań, w których skuteczność nikt już nie wierzy”.
Marcin Król dla potwierdzenia wagi spraw duchowych i miejsca nadziei przywołuje romantyków z XIX wieku, którzy „posługując się najpiękniejszym polskim językiem, do odnowy ducha. Do stworzenia nowej opowieści o polskości i o jednostce”, a także „Solidarność”, która, „była przecież wielką opowieścią duchową, a nie programem. Owszem, przyszedł czas i na działania konkretne, ale oświetlone tym duchowym przewodnictwem. „Solidarność” nie dlatego uratowała Polaków, że była ruchem politycznym, że walczyła o władzę, ale dlatego, że „odnowiła oblicze ziemi”.

Z tych wywodów wypada
koniecznie uporządkować kilka kwestii:

• nie wiemy co Król rozumie konkretnie pod pojęciem spraw duchowych, ale przywrócenie nadziei na „chociaż znośne życie” zależy w przeważającej mierze niestety, czy się chce czy też nie, od wyniku walki politycznej;
• zło rzeczywiście najlepiej dobrem zwyciężać, acz istnieje zbyt wiele przykładów na brak skuteczności tej metody;
• przywrócenie nadziei zawsze jednak opiera się o jakiś projekt działań (mniejszy czy większy), które mają zaspokoić tę nadzieję; bez wskazania planu osiągnięcia określonego celu nie narodzi się powszechna nadzieja jego urzeczywistnienia;
• zgoda na to, że nie do przecenienia są idee, i ich twórcy, które stanowiły nie raz w historii zaczyn wielkich ruchów politycznych, społecznych i wszelkich innych, ale warunkiem sine qua non ich sukcesu były zawsze określone warunki i bardzo liczące się oczekiwanie społeczne. Nie wydaje się aby w dzisiejszej Polsce miały one wystarczające miejsce;
• dyskusyjną tezą jest stwierdzenie o uratowaniu przez „S” Polaków, bowiem uratował nas od kolejnej rzezi gen. Jaruzelski. Nie pomniejszając zasług „Solidarności” przypomnieć należy, że mimo formuły związku zawodowego, była niewątpliwie także ruchem politycznym, i jak się okazało, skutecznie walczącym o władzę.

„Nie program zatem,

ale wielki projekt odnowy Polski, – pisze dalej Autor – który zaczyna się od ducha, ale naturalnie ma znacznie szerszy charakter. Program nadziei, która jest jedynym dobrem, jakim dysponujemy, ale też dobrem całkowicie wystarczającym. Nadziei na co? Na to, że pojedynczy ludzie przejrzą na oczy i pójdą za horyzont, wiedząc, że niewiele jesteśmy w stanie osiągnąć na tym łez padole, ale jednak nieco potrafimy… każdy z nas może zmierzać do horyzontu dobra i przyzwoitości”.
Należy wyjaśnić kilka spraw:
• przyczyną główną chaosu, który przedstawia Marcin Król – tego w polityce, religii i Kościele, w czytelnictwie książki i błędach „Solidarności” – była i jest zasadnicza zmiana w hierarchii społecznie akceptowanych wartości, w której na pierwszym miejscu usadowił się pieniądz (zysk, dywidenda i inne podobne) mający wszechpotężny wpływ na prawie wszystkie dziedziny życia człowieka i brutalnie wyznaczający jego położenie nie tylko społeczne;
• w naszych warunkach, poza realizowaną neoliberalną doktryną o niewidzialnej ręce rynku, który wszelkie problemy rozwiąże, nowa monopartia jaką stała się „Solidarność” i jej różne kontynuacje, urządzała i urządzają nam taką Polskę, jaką właśnie dziś mamy;
• kapitalizm w swym dążeniu do maksymalizacji zysku sięgnął do wyżyn, ale trzeba wiedzieć, że w wielu krajach wielokrotnie w tych swoich zapędach był poważnie i skutecznie ograniczany – m. in. poprzez aktywną działalność partii socjaldemokratycznych, z obawy przed społecznym protestem, a nawet rewolucją, z uwagi na konkurencyjność ZSRR (pisała o tym niedawno Agnieszka Holland), także poprzez niejako samoświadomość pracodawców, co skutkowało tzw. kapitalizmem ludowym oraz realizowaną koncepcją państwa opiekuńczego. Analogicznie niejako było, i ma się, z przestrzeganiem prawa i pewnych wolności obywatelskich.
• W polskich warunkach kapitalizm okazał swoje najgorsze XIX-wieczne oblicze, a państwo spełniało rolę, może nie nocnego stróża, ale popołudniowego dozorcy, co w sumie na jedno wyszlo. Nawet od samego początku III RP do dziś nie zdołał przypilnować przestrzegania podstawowych zasad prawa i demokracji, nie mówiąc już o ich zakorzenieniu.• Wielki projekt odnowy Polski jest oczywiście bardzo na czasie, rodzi tylko dwa podstawowe pytania: jakiej to Polski ma dotyczyć, bowiem już jedną, z ograniczonym skutkiem odnowiliśmy po 1989 roku, oraz jakimi siłami i metodami ma się dokonać to , każdego z nas, zmierzenie się z horyzontem dobra i przyzwoitości ?

Jest rzeczą zrozumiałą i naturalną,

że w obliczu szansy PiS na reelekcję w nadchodzących wyborach parlamentarnych, rodzą się różne rozważania i pomysły jak temu zapobiec, bądź co dalej robić. Niestety nie zawsze realne i trafione.