Zazdrość

Skręcam się wewnętrznie ze wstydu. Nigdy dotychczas nikomu nic nie zazdrościłem – nawet zainteresowania
przedstawicielek płci odmiennej, które budziły we mnie samcze instynkty.

A ostatnio stwierdziłem z przerażeniem, że ogarnia mnie to brzydkie uczucie i nie jestem w stanie go zahamować. To straszne i – niestety – niebezpieczne. Bo zamiast zazdrościć memu sąsiadowi nowego samochodu lub nowej dziewczyny, bezsensowna i antypatriotyczna zawiść ogarnia mnie na myśl o kilku najwyżej postawionych osobach.

Jak dobrze być premierem

Chyba najbardziej zazdroszczę naszemu Premierowi. Nie chodzi mi o prestiżowe stanowisko, narkotyzujące poczucie władzy, liczną ochronę, limuzyny i samoloty. Nie zazdroszczę nawet pieniędzy, chociaż pewnie by się przydały. Zazdroszczę tego, że wie dokładnie, jak to było w Polsce także przed wzniosłym momentem jego narodzenia i w czasach jego dzieciństwa, wie, kto wtedy poszedł złą drogą, a kto dobrą, kto był i jest patriotą, a kto bruździ – oczywiście wyłącznie dla osiągania własnych korzyści.
Zazdroszczę mu też zadowolenia z wszelkich decyzji, jakie podejmował w swoim bogatym życiu. Wyraźnie jest z nich dumny. Imał się (uwielbiam staropolszczyznę!) różnych zawodów, wszystkie mu się podobały, w każdym się sprawdzał.
Przeprowadziłem autoanalizę i stwierdziłem, że moja zazdrość ma swe źródło głównie w tym, że ja nie jestem zadowolony ze swego życiorysu. Nie podoba mi się. Wprawdzie żyłem już w czasach, które Pan Premier zna tylko z wyselekcjonowanych podręczników, ale nie potrafię się dopasować do lansowanych przez nie wzorców patriotyzmu. Samokrytycznie stwierdzam, że podejmowałem niemądre i zachowawcze decyzje, które dzisiaj nie przynoszą mi ani moralnych, ani materialnych profitów.
Doszedłem do wniosku, że fundamenty mego fatalnego życiorysu powstały jeszcze w zamierzchłych, końcowych latach przedwojennych. Byłem wtedy „zuchem, takim młodszym harcerzykiem. Wśród kolegów z okolicznych podwórek budziłem uśmiech politowania. Oni palili papierosy, dorywali się do alkoholu, grali w karty i w cymbergaja, już podszczypywali dziewczyny. Harcerze uchodzili za maminsynków, śpiewających idiotyczne piosenki, epatujących się zdobywaniem niepotrzebnych w życiu „sprawności”.
To harcerskie wychowanie wypaczyło mi życie. W czasie niemieckiej okupacji dałem się natychmiast wciągnąć w jakąś – także harcerską – konspirację, potem robić „cos tam” w Powstaniu i wylądować, jako jeniec wojenny w Westfalii.
Bezpośrednio po wojnie los się do mnie uśmiechnął. Z Westfalii mogłem pojechać do Anglii, skończyć tam szkoły średnie i wyższe, po latach wrócić do kraju i zostać idolem prawicy. Ale znowu zrobiłem inaczej – wróciłem po kilku miesiącach, narażając się na wielokrotne wezwania przez wiadome służby, na naukę w fatalnych warunkach i na utrzymanie z nędznej płacy. Potem szło mi nieco lepiej, po 1956 roku nie czułem „zniewalającego uścisku komunizmu”. Ale nie zostałem politykiem ani prezesem banku i nie udało mi się zaliczyć do elity finansowej.
Wiem oczywiście, że to wszystko jest winą mego braku inteligencji i zaradności. Co innego Pan Premier. On studiował na kilku prestiżowych uczelniach. Zaszczycał swoją obecnością uniwersytety nie tylko we Wrocławiu, ale także w Niemczech i Szwajcarii a nawet w USA. W ogóle bywał często zagranicą – zaraz po tym, kiedy przestano nas „bezwstydnie uciskać”. Już w dzieciństwie wiedział lub przeczuwał, że trzeba uczyć się angielskiego, a nie rosyjskiego. Nic więc dziwnego, że jest tym, kim jest. I nic dziwnego, że przenikliwie potrafi dzisiaj odróżnić „dobrych” od „złych”.
Pan Premier ma ponadto talent, budzący moją szczególną zawiść. Ma nadzwyczajną zdolność przekonywującego opisywania planów jego rządu i ugrupowania w taki sposób, jakby ich realizacja była całkiem pewna i zależała tylko od ich dobrej woli. Mówiąc – przykładowo – o budowie promów pasażerskich stwarzał wrażenie, że na symbolicznej stępce natychmiast wyrosną potężne statki. Ale ich nie ma. Nieśmiało doradzam większą ostrożność. Chyba lepiej było by powiedzieć: „Zamierzamy budować promy pasażerskie. To trudne zadanie, ale może się udać, bo mamy doskonałych inżynierów i sprawne załogi stoczni”. Czyli dać nadzieję i pogłaskać.

Wymarzony prezydent

Wstrętne uczucie zazdrości ogarnia mnie także, gdy zdalnie obserwuję naszego Prezydenta. Jeszcze młody, przystojny, niemal zawsze stosownie ubrany. Ale nie to powoduje moją zawiść, w tym zakresie nazywaną „zazdrością pokoleń”. Zazdroszczę łatwości nawiązywania kontaktów. Uśmiechów zadowolenia i skrywających niezadowolenie, znajdywania i opowiadania zawsze odpowiednich do okoliczności anegdot, fascynowania się każdym rodzajem sportu, umiejętności bezproblemowego udziału w tańcach i śpiewach na dowolną melodię.
Te wszystkie zalety Pana Prezydenta nie są jednak jądrem mojej zazdrości. Jądrem jest możliwość niezależnego od nikogo działania i podejmowania decyzji. Pan _Premier – to co innego. Jest desygnowany przez rządzącą partię, może mieć własne zdanie, – ale nie może podejmować decyzji innych, niż takie, jakie się jego partii podobają lub jakie mu wręcz zaleca. A Prezydent może, – jeśli chce. Pewnie, że musi trochę lawirować między prądami unoszącymi go na powierzchni politycznego życia kraju, Europy i Świata, ale w wielu sytuacjach może zachować się w taki sposób, jaki uważa za słuszny. I to nawet wtedy, gdy jakaś część wybierającego go Suwerena może tego nie pochwalać. Albo nie może tego zrozumieć.
Czasem mam wrażenie, że skleroza powoduje, iż należę już do tej ostatniej grupy. Wyraźnie nie nadążam. Jeśli – przykładowo – ktoś z nas, maluczkich wyrobników, pobiegnie szybciej niż inni, albo dalej rzuci kulą czy młotem, Pan Prezydent natychmiast zaprasza go na godziwy poczęstunek, gratuluje, często dekoruje, w świetle reflektorów i kamer wyraża swój zachwyt. Ale jak ktoś dostaje nagrodę Nobla, to Pan Prezydent długo myśli, czy warto zafundować mu obiad albo kolację. Bo rzutu kulą nikt nie krytykuje, a nagroda Nobla w jakiejś dziedzinie może budzić kontrowersje. I Pan Prezydent woli wtedy zachować wstrzemięźliwość. Nawet jeśli to nadrobi, to opóźnienie takiej decyzji pozostanie w mojej – i nie tylko mojej – pamięci.
W ramach tej niezależności Pan Prezydent prosi niekiedy Trybunał Konstytucyjny o pomoc, w podejmowaniu decyzji kłopotliwych dla obozu rządzącego. To skutecznie opóźnia sprawę i Suweren może czasem o nich zapominać. Ale trzeba też pamiętać, że Suweren jest nieprzyzwoicie ciekawski. I jestem pewien, że nie zapomni np. o braku oświadczeń majątkowych członków rządu i ich rodzin. Nie zapomni też o wstrzemięźliwości Pana Prezydenta w wyjaśnianiu sprawy publikacji list poparcia dla kandydatów na członków KRS. To problem Sejmu, – ale Pan Prezydent mógł i chyba powinien, wyrazić swoje zaniepokojenie sposobami jej komplikowania. Okres kampanii prezydenckiej będzie obfitował w przypomnienia o tych – i nie tylko o tych – sprawach.

Inne „podmioty” mojej zazdrości

Bądźmy szczerzy. Nie mogę twierdzić, że tyko Prezydent i Premier budzą moją zawiść. Zazdroszczę także tym, którzy podłapali stanowiska, z których przez kilka lat nikt nie może ich odwołać. Mają nawet lepiej – nie są ciągle obserwowani, pracują ukryci w swoich obszernych fortecach, nikomu nie wolno podważać ich decyzji merytorycznych i personalnych.
Nie ukrywam, że zazdroszczę także władcy telewizji państwowej, zwanej publiczną, i jego niektórym współpracownikom. Jakaż to musi być frajda, jeśli się świadomie fryzuje niemal każdą informację w taki sposób, aby wzmacniała pozycję i budowała prestiż „władzy”. Jak to – zapewne – jest przyjemnie „wieszać psy” na obywatelach drugiej kategorii, w sposób bliski wzorcom wypracowanym przez hejterów, działających pod parasolem ochronnym jednego z ministerstw.
Ostatnio zaczynam zazdrościć policjantom. Zarobki pewnie gorsze, ale poczucie bezkarności i możliwość władczego traktowania obywateli musi sprawiać wiele satysfakcji. Każdego można przecież postawić na baczność, poprosić o dokumencik. Nawet sędziego na sali sądowej w czasie trwania rozprawy. Jakieś immunitety, to burżuazyjne pomysły, podchwycone teraz przez liberałów. Nie musimy się nimi tak bardzo przejmować. W końcu ciągle śpiewamy, że „Bonaparte dał nam przykład jak zwyciężać mamy”. A on prawa wprawdzie tworzył, ale z ich przestrzeganiem też miał problemy. No i nie zwyciężył pod Waterloo. Mam takich znajomych, którzy niemal codziennie studiują mapę Polski, szukając miejscowości, która może u nas spełnić tą rolę.

 

Kryzys władzy autorytarnej?

Na kilka dni przed inauguracją nowej kadencji Sejmu i Senatu pojawiły się zaskakujące symptomy nadciągającego kryzysu polskiej wersji „nowego autorytaryzmu”.

Odtrąbione jako zwycięstwo „Prawa i Sprawiedliwości” październikowe wybory, choć przyniosły porażkę demokratycznej opozycji, okazują się bardziej początkiem końca niż fundamentem przyszłych sukcesów ustanowionej w 2015 roku władzy.
Pierwszym sygnałem niepokojącym z punktu widzenia rządzącej partii symptomem nadciągającego kryzysu jest fiasko intensywnie czynionych prób przeciągnięcia na jej stronę senatorów opozycyjnych. Pamiętamy, ze po zeszłorocznych wyborach samorządowych „Prawo i Sprawiedliwość” zdołało znacząco poprawić swoją pozycję w sejmikach wojewódzkich przeciągając na swoją stronę bezpartyjnych samorządowców, czy też kupując za stanowisko wicemarszałka jednego ze śląskich radnych. Teraz też tego próbowano, ale bez powodzenia. Jest to, rzecz prosta, konsekwencja wyższych standardów moralnych obecnych senatorów, ale w jakiejś mierze także tego, że stosunkowo słaby wynik uzyskany przez PiS zniechęca do wiązania się z tą formacją. Jaki bowiem sens miałoby wsiadanie do statku zmierzającego ku mieliźnie?
Drugim sygnałem kłopotów obozu rządzącego jest wybijanie się na względną niezależność sojuszników PiS: „Solidarnej Polski” a zwłaszcza „Porozumienia”. Wicepremier Gowin sygnalizuje, że jego posłowie nie poprą zmiany w ustawie znoszącej limit poboru składek ZUS od najlepiej zarabiających. Niezależnie od tego, czy zmiana ta byłaby słuszna weto zadeklarowane przez koalicjanta godzi w politykę budżetową rządu i musi być odczytane jako niebezpieczny sygnał na przyszłość.
Zwłaszcza, że w parze z tym idzie trzeci sygnał: dziwne manewry wokół osoby prezesa NIK. Okazuje się, że powołane do tego służby o podejrzanych operacjach finansowych byłego ministra finansów Banasia wiedziały już na początku tego roku. Czy celowo nie informowały o tym premiera? Jeśli nie był to po prostu przejaw skrajnej niekompetencji, nasuwa się przypuszczenie, że komuś zależało na tym, by Mateusz Morawiecki znalazł się w kłopotliwej i osłabiającej go sytuacji. A jeśli tak, to tym kimś musiał być wpływowy polityk obozu władzy.
Czwartym sygnałem jest ujawnienie zamiaru wybrania do Trybunału Konstytucyjnego dwójki szczególnie skompromitowanych byłych posłów Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Ktoś, kto wpadł na ten pomysł, musi wiedzieć, że stawia Andrzeja Dudę w bardzo niezręcznej sytuacji. Jeśli ta dwójka zostanie wybrana, prezydent stanie przed niewygodną alternatywą: przyjąć od nich ślubowanie czy przyjęcia odmówić. Nie będzie mógł się zasłonić tym, że Konstytucja nakłada na niego obowiązek przyjęcia ślubowania, gdyż sam stworzył groźny precedens odmawiając przyjęcia ślubowania od legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w 2015 roku. Jeśli zaś przyjmie ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza, da wspaniały prezent opozycji, która będzie mogła wykorzystać to w kampanii prezydenckiej. I znów nasuwa się pytanie: czy jest to bezmyślność, czy świadome działanie na szkodę Andrzeja Dudy, który ma w obozie rządzącym nie tylko przyjaciół.
Są to sygnały nadciągających problemów wewnętrznych, które zaczynają osłabiać obóz rządzący. Towarzyszą im coraz poważniejsze prognozy ostrzegawcze mówiące o niedopinaniu się budżetu i wysoce prawdopodobnym pogorszeniu koniunktury gospodarczej. Dotychczasowa polityka gospodarczo-społeczna PiS opierała się na optymistycznym założeniu, że dobra koniunktura trwać będzie bardzo długo i że budżet państwa poradzi sobie z rozbuchanymi inicjatywami, nie tylko socjalnymi, ale także inwestycyjnymi, wśród których prym wiedzie księżycowy pomysł budowy wielkiego lotniska, które miałoby skutecznie rywalizować z Frankfurtem. To nieźle grało w czasie kampanii wyborczej, ale teraz zbliża się moment, gdy trzeba będzie stanąć twarzą w twarz z realiami ekonomicznymi. Te zaś nie podlegają woli wszechwładnego Prezesa.
Wszystko to oznacza, że polityka polska nie jest tak przewidywalna, jak można było sądzić w wieczór wyborczy.
Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja polityczna zależy nie tylko od kondycji obozu rządzącego. Jak w nowej sytuacji będzie sobie radziła opozycja? Czy potrafi wykorzystać słabości obozu rządzącego i przeciwstawić im mądrą, atrakcyjną alternatywę? Jest to możliwe i wysoce prawdopodobne, ale tylko pod warunkiem, że przywódcy tej opozycji zrozumieją, dlaczego ponosili kolejne porażki i wyciągną z tego trafne wnioski. To nie jest sprawa partyjnego interesu opozycji. Tu idzie o interes Polski, o jej system demokratyczny, o jej godne i bezpieczne miejsce we wspólnocie państw demokratycznych.

Polska anarchii prawnej

Tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do Sądu Najwyższego. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany – mówi prof. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Sąd Najwyższy pozostawił bez dalszego biegu pierwszy protest wyborczy PiS-u dotyczący okręgu 75. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD BALICKI: Informacja o tym, że skład trzyosobowy pozostawił bez dalszego biegu protest, który był zgłoszony bez żadnego merytorycznego uzasadnienia, nie może zaskakiwać. Ten protest nie miał żadnych podstaw prawnych, więc tak należało z nim postąpić, ale prawdą też jest, że po tym składzie Izby mogliśmy się spodziewać wszystkiego.
Cieszę się jednak, że przeważyła wiedza i profesjonalne podejście wśród członków tego składu. To jest informacja pozytywna i optymistyczna.

Liczy pan na podobne decyzje przy pozostałych protestach?

Uważam, że w każdej sprawie, w której nie ma potwierdzonej informacji o złamaniu prawa, takie rozstrzygnięcie powinno zapaść. Taka jest konsekwencja procedury protestów wyborczych, które składa się wtedy, kiedy są wątpliwości co do prawidłowości przebiegu wyborów albo rozstrzygnięcia, które zostało uczynione. W innej sytuacji protest jest bezzasadny i tyle.
Co należy zrobić z szefem NIK-u Marianem Banasiem? Co kilka dni pojawiają się kolejne obciążające go informacje.
Musimy mieć świadomość, że nie mamy dostępu do wszystkich informacji i tak naprawdę nie wiemy, co było w tych zeznaniach majątkowych pana Banasia. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby wszczęcie procedury odpowiedzialności konstytucyjnej, ale musielibyśmy analizować szczegóły, bezpośrednio dotyczące danej osoby, a nie mamy takiej możliwości. Najważniejszy wniosek z tej całej sytuacji powinien być jednak jeden – nie można wybierać na najważniejsze urzędy osób wyłącznie w oparciu o kryteria polityczne. Ważne są kryteria merytoryczne i moralne, a w tym przypadku okazało się, że kandydat ich nie miał.

Czy należy próbować zmienić konstytucję, aby móc go odwołać? A może próbować zwykłą ustawą zmienić zasady odwołania szefa NIK-u, tak jak PiS próbował w przypadku I prezes SN? Jak rozwiązać tę patową sytuację?

Oczywiście nie należy zmieniać konstytucji w związku z pojedynczym przypadkiem, który tak naprawdę jest dowodem na błąd ugrupowania rządzącego. Konstytucja jest dokumentem ważnym i nie można z byle powodu, nawet tak poważnego jak obecna sytuacja szefa NIK-u, próbować w niej manipulować. Tym bardziej, że mamy taki a nie inny czas polityczny i obecnie każda próba zmiany konstytucji skończyłaby się dla tej konstytucji na pewno źle.
Po drugie: czy należy stosować jakieś kruczki ustawowe? Nie ja jestem od doradzania partii rządzącej, ale gdyby mnie o to spytano, to na pewno nie doradzałbym stosowania żadnych „wytrychów” prawnych. Mogę zachęcić tylko do jednego, aby na stanowiska, które należy obsadzić, wybierać osoby kompetentne, o wysokich kwalifikacjach merytorycznych, ale i moralnych. To jest tak naprawdę jedyny sposób na uniknięcie problemów podobnych do obecnego.
Sprawa pana Banasia wzięła się z błędnych decyzji partii rządzącej i to ona musi znaleźć jej rozwiązanie.

Pytanie, czy będzie chciała.

No cóż, sposób i efekty postępowania w sprawie pana Banasia będą tylko potwierdzeniem, jakie zamiary ma partia rządząca i jakie wartości są dla niej ważne.

Sędzia SN Piotr Schab, rzecznik dyscyplinarny sędziów, nie znalazł podstaw, by wszcząć postępowania dyscyplinarne wobec bohaterów afery hejterskiej, m.in. wiceministra Piebiaka. To polityczna decyzja?

Trudno ją inaczej oceniać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że sędziowie i prokuratorzy są ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych z bzdurnych powodów, a czasami bez powodu. Opinia „nic się nie stało” w odniesieniu do sytuacji, w którą zamieszane były osoby na najwyższych stanowiskach obecnej władzy, musi zaskakiwać, ale jeżeli to pan rzecznik Schab, powołany do pełnienia tej funkcji przez pana Zbigniewa Ziobrę – ministra, prokuratora i polityka w jednym – wystawia certyfikat dla pana ministra Piebiaka, to nie mam nic więcej do powiedzenia.

Czy pana zdaniem żyjemy w państwie prawa?

Niestety nie. Konstytucja co prawda taką formułę wprowadza, ale rzeczywistość polityczna pod rządami partii rządzącej doprowadziła do sytuacji, że to nie normy prawne, lecz decyzje określonych osób mają charakter decydujący. Nie jesteśmy już państwem prawa takim, jak opisuje to nasza konstytucja.

Jakie to rodzi konsekwencje? Mieliśmy przykład, czym to grozi przy składaniu protestów wyborczych, które budziły realne obawy o uczciwy wynik nowej Izby SN.

Jeżeli mówimy o protestach wyborczych, to musimy sobie uświadomić, że problemem nie jest sam protest wyborczy, zwłaszcza gdyby był dobrze uzasadniony. Taka procedura przysługuje zarówno wyborcom, jak i przedstawicielom komitetów wyborczych. Oczywiście zdziwienie musiało budzić uzasadnienie protestów co do niektórych z nich, czyli brak wykazania złamania zasad prawa wyborczego. Sytuacja staje się jednak poważniejsza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, w jakim państwie żyjemy. Istnieje poważna obawa, że partia rządząca, wykorzystując wcześniej podjęte polityczne decyzje i ukształtowany w ten sposób skład izby, ma wpływ na stwierdzenie ważności wyborów i może w tym trybie dokonać zmiany werdyktu wyborców. To jest przerażające.
My tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Dotychczas sprawa była jasna: werdykt SN był uznawany za ostateczny i nawet jeżeli strony się z nim czasem nie zgadzały, to wiedziały, że był to wyrok wydany w oparciu o literę prawa przez najlepszych sędziów, ekspertów z danej dziedziny prawa. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do SN. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany.

Co, jeżeli niekonstytucyjny sędzia SN wyda decyzję? Gdzie się od niej odwołać?

W chwili obecnej takiej procedury nie ma, chyba że będziemy próbować dochodzić sprawy w sądach międzynarodowych. Jestem przekonany, że docelowo potrzebne będą rozwiązania ustawowe, które będą musiały odnieść się do ważności takich orzeczeń. Z jednej strony mamy do czynienia z osobą nieuprawnioną do wydawania orzeczeń, ale z drugiej strony – z konkretnymi sprawami konkretnych osób, które mają prawo do rozwiązania sporu na drodze sądowej. Tego nie można pozostawić bez rozstrzygnięcia.
Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść.

Pana zdaniem nie jesteśmy obecnie demokratycznym państwem?

Demokracja to nie tylko wybory. Wybory się odbyły i wybraliśmy ugrupowanie, które może i powinno rządzić, ale demokracja to również poszanowanie zasad konstytucyjnych. Niestety, tych zasad partia rządząca nie przestrzega.

Polityczne prognozy i ostrzeżenia…

…niewiele były warte, gdyż nie chciał je nawet ich autor poważnie w rzeczywistości traktować.

Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” (19-20.10.2019) przypomniał swój tekst z „Krytyki” drukowany 17 lipca 1991 roku, obecnie pod tytułem „Trzy fundamentalizmy, 1991”. Materiał poprzedza odautorski wstęp w którym czytamy, że niedawno abp Marek Jędraszewski mówił: „Bojąc się nacjonalizmu, uderzył ten człowiek [A. Michnik – Z.T.] w to, co jest najbardziej istotne dla całej naszej wielkiej tradycji – w patriotyzm. Ten człowiek nie chciał, by nasze życie po ’89 r. kształtowało się według tych trzech słów tworzących jeden wielki program dla Polski – Bóg, Honor, Ojczyzna”. Były jeszcze słowa krytyki z różnych stron i stąd zapewne narodził się pomysł przywołania in extenso artykułu sprzed prawie trzydziestu lat.
Dobrym jednak obyczajem jest znaczyć cytowany tekst cudzysłowem, którego tu zabrakło i dlatego czytamy „Wydaje się również, że musimy na nowo spojrzeć na cały dorobek ówczesnych obozów politycznych… i odpowiedzieć sobie na pytanie, jakimi meandrami podążała ewolucja antydemokratyczna obecna w myśli obozu belwederskiego, obozu endeckiego i obozu PPS-u.” PiS-u w tamtym czasie nie było (powstał dopiero w 2001 r.), a więc nie mógł tego napisać „ten człowiek” w tamtym czasie. Ale dużo ważniejszą jest nasuwająca się, niewyartykułowana myśl o przewidywalności autora, do której jeszcze wypadnie powrócić.

Zagrażające fundamentalizmy

rozumiane jako „przekonanie, że posiada się pomysł na urządzenie świata dobrego, przy tym zaś świata wolnego od innych konfliktów niż konflikt między dobrem a złem”, to:
• fundamentalizm narodowy, jako „pokusa przyporządkowania wszystkich sfer życia publicznego temu, co określić można mianem interesu narodowego. Interes ów jest każdorazowo definiowany przez pryzmat dosyć szczególnej politycznej perspektywy”;
• fundamentalizm religijny czyli próba ponownego zatarcia granicy między sacrum a profanum, między prawem naturalnym a prawem karnym, między zasadą moralną a normą prawno-państwową;
• fundamentalizm moralistyczny oznacza „zatarcie różnicy pomiędzy normą moralną a regułą walki politycznej”, i dalej „Wtedy moralność bardzo łatwo stać się może fanatyzmem i może być instrumentalizowana dla celów zgoła nieszlachetnych”. Ważne jest także to przekonanie: „mogą być najbardziej podatni ludzie przedsierpniowej i solidarnościowej demokratycznej opozycji, w tym autor poniższych refleksji”.
Trzeba przyznać autorowi rację w kwestii dwóch pierwszych opisanych obszernie, a tu tylko streszczonych, zjawisk natomiast bardzo poważnego dopełnienie wymaga ten trzeci.

Fundamentalizm solidarnościowy,

bo takim go nazywać należy, stał się paradygmatem, w którym dobro, jakim była walka z tzw. komuną dawała prawo nie tylko moralne, ale również to konkretne, stanowione poprzez zdobytą władzę polityczną, a nadto rację do jedynie słusznej oceny zjawisk z przeszłości i teraźniejszości. Logika demokratycznego ładu – szacunek dla adwersarza, więcej, dla obywateli mających wątpliwości czy też inaczej myślących – zastąpiona została walką polityczną pod rozlicznymi moralnymi nawoływaniami wraz ze starą zasadą, że zwycięzca bierze wszystko. I tak to trwa po dziś dzień.
Z tamtych początkowych dni nowej władzy pamiętam jakże odmienne słowa ówczesnego prezesa Telewizji Polskiej Andrzeja Drawicza, który zapowiadając zmiany kadrowe w tej instytucji podkreślał ich ograniczony charakter, nadto deklarując przegranej PZPR obiektywny obraz zbliżającego się jej XI Zjazdu. Jak dalekie były to deklaracje od późniejszych poczynań, od powszechnie stygmatyzującego „homo sowieticus”, jak niestety krótko trwały. Zaklęty podział Polaków na ośmiomilionowe, wrogie dziś sobie obozy po raz pierwszy odnalazł się w czerwcowych wyborach 1989 roku, w których na tzw. listę krajową oddano około osiem milionów głosów. I trwa on, w różnych odniesieniach także obecnie, przy najgłębszym przekonaniu postsolidarnościowych fundamentalistów, że winni są za to wszyscy inni, ale nie oni.

W tamtych rozważaniach

Adam Michnik poświęcił także sporo miejsca populizmowi, jako kolejnemu, poważnemu zagrożeniu. Przypomina, że u źródeł populizmu „leżała świadomość egalitarna, która przez dziesiątki lat legitymizowała komunistyczną władzę. W tym sensie można powiedzieć, że był to bunt przeciwko komunizmowi w imię głoszonych przezeń wartości egalitarnych.” I dalej: „rynek, który jest dziś w Polsce budowany, nie jest ładem, w którym jest miejsce dla sprawiedliwości społecznej jako pojęcia kluczowego. Rynek nie jest od pilnowania sprawiedliwości – rynek jest od wymuszania efektywności i kreatywności. Sprawiedliwości może służyć wtórna dystrybucja dóbr, ale nie mechanizm rynku. Niemniej jednak ów egalitaryzm – zakodowany przez komunizm i przez rewoltę antykomunistyczną „Solidarności” – dziś żyje życiem autonomicznym i jest na równi obecny w dyskursie populistycznym”.
Ten fragment rozważań Michnika można by złośliwie skomentować, co zresztą w szeregu innych sytuacjach dzieje się powszechnie, że wszystkiemu, jak zawsze winna jest komuna. A na poważnie, to dążność do równości występowała już u myślicieli Renesansu, jednym z trzech haseł Rewolucji Francuskiej było właśnie égalité i dopiero później odnalazła się w ideach socjalizmu. Jest więc to oczekiwanie równości pojęciem nie tylko starym, trwale osadzonym w podstawowych ludzkich dążeniach i marzeniach, nadto równym wolności i braterstwa, bliskiego zresztą solidarności.
Nie ma wątpliwości, że szeroko rozumiany rynek w systemie kapitalistycznym nie ma związku z realizacją sprawiedliwości społecznej, a często w stosunkach pracy jest jej pełnym zaprzeczeniem. Jednak ten ustrój z wielu przyczyn, także za sprawą aktywności partii socjaldemokratycznych, z obawy o swoje istnienie i zagrożenie lewicowymi ideologiami, ale również z powodu najzwyklejszej ludzkiej przyzwoitości szeregu prądów i różnych grup wpływu stworzył szereg mechanizmów redystrybucji o charakterze prospołecznym, m. in. państwo opiekuńcze, ograniczających pazerność kapitału. Jeżeli jest ich wyraźny i odczuwalny brak, jeśli następuje ich ograniczenie na rzecz wąskiej grupy beneficjentów kapitału, to rodzą się w masowej skali naturalne warunki do żądania społecznej równości i sprawiedliwości, nazywane populizmem z konotacją negatywną. A populizm to postawy i stanowiska odwołujące się do idei i woli ludu, przeciwne woli i interesom elit. Wydawać by się mogło, że autorowi powinny być ono bliskie, ale uważa on jednak, że zachowania i żądania tłumu w okresie komuny były racjonalne, zaś obecnie takie same „delegitymizują ład parlamentarny i otwierają drogę do autorytaryzmu”. I tym samym nie chce wiedzieć Michnik czego w swojej istocie te żądania dotyczą.

„Istnieje groźba

wielkiego rozczarowania demokracją, jak to już niejednokrotnie w historii Europy bywało… Kiedy załamują się tradycyjne wzory kulturowe i procedury, kiedy źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne, wtedy pojawia się mąż opatrznościowy, który staje się nadzieją na opanowanie bezładu i na zbawienie.” Ratunku przed tym niebezpieczeństwem nie widzi autor w ograniczaniu powszechnie odczuwalnych uchybień i zasadniczych przywar porządku demokratycznego w Polsce , a jedyne antidotum odnajduje w odrodzeniu zagubionego etosu i roli polskiej inteligencji oraz w odpowiedzialnych autorytetach.
Kończył swe rozważania Michnik tymi słowy: „czy populizmowi, który jest językiem rewolty, przeciwstawiony zostanie język sporu właściwy demokracji parlamentarnej i państwu prawa. Od tego także może zależeć, czy pokusie autorytarnej, czyli kultowi silnej ręki przeciwstawiony zostanie lad racjonalnej demokracji, czyli kult silnej głowy.”

Na początku lat dziewięćdziesiątych

nie koniecznie trzeba było czytać omawiany tekst aby dostrzec wiele rodzących się już wtedy poważnych zagrożeń, opisywanych co prawda innymi słowy, ale na jedno prawie wyszło. Co prawda ostrzeżenia autora nie miały, jak w niektórych przepowiedniach samospełniającego się charakteru, a mimo to spełniają się z nawiązką.
Paradoks całej, opisanej powyżej sytuacji tkwi w przyjętej przez autora postawie jedynie sygnalisty, u zarania III RP monitorującego o możliwych niebezpieczeństwach, a cytowanym tekstem, w kontekście do współczesności, potwierdzającego wcześniejszą prognozę.
Otóż nie jest to tak, bowiem Adam Michnik przez wiele lat III RP był jedną z najbardziej prominentnych postaci na polskiej scenie politycznej, osobą nadzwyczaj wpływową, z którą liczyli się, a czasem liczyć musieli się, najważniejsi politycy. Zawdzięczał to m. in. swojej politycznej działalności w okresie PRL-u, pozycji w obozie Solidarności i stanowisku redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Tytuł przez długi okres był rekordzistą nakładu wśród prasy codziennej, ale – co jeszcze ważniejsze – był niepodważalną wyrocznią ocen i opinii, a nadto kreatorem wielu społeczno-politycznych faktów. Podkreślić przy tym należy, że opisaną działalność realizował autor ze swoja gazetą nadzwyczaj aktywnie i ochoczo. Jeżeli takie było umocowanie Michnika w życiu publicznym i taki wpływ tytułu, którym kierował, to w naturalny sposób rodzi się pytanie o waszą Panowie współodpowiedzialność za stan polskich spraw, tych dzisiejszych także.

Oczywiście odpowiedzialność ta

ma inny wymiar niż w przypadku polityków i wszystkich innych, podejmujących określone decyzje o znaczeniu publicznym, co nie zmienia faktu, że niewątpliwie istnieje. Najprościej uzasadnić ją cytatami z omawianego tekstu: „moralność [ta z okresu walk Solidarności z komuna – Z.T] bardzo łatwo stać się może fanatyzmem… źródła i mechanizmy komunikacji społecznej przestają być wiarygodne… W ramach demokratycznego dyskursu jest miejsce dla autorytetów, jeżeli jednak ktoś mówi, że ma być tak a tak, bo to wynika z prawa naturalnego lub z interesu narodowego…to łamie fundamentalną zasadę owego dyskursu.”
Niewątpliwie ta odpowiedzialność istnieje i ma – nawiązując do tak często używanego i ulubionego w kręgach postsolidarnościowych pojęcia – charakter moralny.

Kto niszczy demokrację

Polska demokracja staje się coraz bardziej koślawa, a gwarantowana konstytucyjnie równość wobec prawa czy trójpodział władz już teraz jest fikcją. Agresywne i niczym nieuzasadnione próby przejęcia Senatu przez PiS są tylko ukoronowaniem wielu antydemokratycznych i bezprawnych działań, które władza podejmowała przez ostatnie cztery lata.

Prawo i Sprawiedliwość jest partią głęboko antydemokratyczną, która nie akceptuje pluralistycznej debaty publicznej, podziału władzy i konsensualnego podejmowania decyzji. To jeden z kluczowych atrybutów partii rządzącej, który ma destrukcyjny wpływ na polską politykę i całe życie publiczne.
Już na początku kończącej się kadencji Sejmu PiS brutalnie przejął Trybunał Konstytucyjny, łamiąc Konstytucję i zasady parlamentaryzmu. Jarosław Kaczyński nie mógł pogodzić się z myślą, że jakakolwiek ustawa uznana przez niego za pożądaną zostanie zablokowana. Prezes zadekretował, że władza musi być totalna i nikt ani nic nie może stanąć jej na drodze. Potem już poszło łatwo – kolejne wymiary systemu sprawiedliwości były niszczone, w tym w Sądzie Najwyższym powołano nową komórkę do stwierdzania ważności wyborów. W ten sposób PiS przyznał sobie możliwość zmiany niekorzystnych dla siebie wyników głosowania. Jednocześnie stopniowo dochodzi do zawłaszczenia całego wymiaru sądownictwa i prokuratury, aby móc zastraszyć niewygodnych polityków, związkowców czy działaczy pozarządowych.
Sejm za rządów PiS stał się maszynką do przepychania ustaw. W wielu kluczowych sprawach były naginane procedury, powtarzane głosowania w komisjach, omijano ekspertyzy sejmowe, lekceważono głosy ekspertów i interesariuszy, a posłom opozycji, którzy protestowali, wyłączano mikrofon albo nakładano kary dyscyplinarne. Parlamentarzyści opozycji konsekwentnie są traktowani przez władzę jako posłowie gorszego sortu. Równolegle został zlikwidowany pluralizm w mediach publicznych. Telewizja Polska za rządów PiS stała się obrzydliwą, nienawistną propagandą, która nie dopuszcza nawet śladu pluralizmu czy obiektywności. Jest demonstracyjnie stronnicza, dobiera tematy wygodne dla władzy, wspiera przedstawicieli obozu rządzącego. Polityka medialna władzy opiera się na jasnej zasadzie: media mają w 100 proc. służyć władzy i nie ma być w nich nawet śladu pluralizmu.
Państwo likwiduje też pluralizm w świecie kultury, dofinansowując tylko te projekty, które wyrażają perspektywę władzy. Rząd nawet nie kryje się z jawnym wspieraniem podległych sobie środowisk takich jak organizacje Tadeusza Rydzyka, które otrzymują olbrzymie środki na każdy swój projekt, niezależnie od tematyki.
Zamordystyczny model zarządzania przenika też do stosunków pracy. PiS-owscy prezesi traktują spółki skarbu państwa jak swoje folwarki, wyrzucając z pracy niewygodnych związkowców, arbitralnie przyznając swoim znajomym wysokie stanowiska, premie i dodatki. Również Rada Dialogu Społecznego jest całkowitą fikcją. Rząd nie tylko nie uwzględnia głosu partnerów społecznych w RDS-ie, ale kluczowe rozwiązania przyjmuje bez jakiejkolwiek dyskusji.
PiS rozpowszechnia model państwa, zgodnie z którym władza jest autorytarna, niedemokratyczna, nieudolna i bezkarna, a poparcie części społeczeństwa czerpie z selektywnych świadczeń pieniężnych przekazywanych dla części elektoratu, a przede wszystkim z nagonkowych akcji przeciw opozycji i uchodźcom lub LGBT. To wyjątkowo odrażająca wizja rządzenia, której cała opozycja powinna stawić stanowczy opór. Lewicowa opozycja deklaruje ambitne plany w tym zakresie. Czekamy na ich realizację.

Kultura dla każdego, czyli demokracja kulturalna w działaniu

W każdym demokratycznym społeczeństwie dostęp do dóbr kultury powinien być powszechny i dla każdego.

Najczęściej oznacza to, że każdy może przyjść do teatru, opery lub muzeum, co jednak bardzo zawęża uczestnictwo w kulturze ponieważ niewiele osób chodzi współcześnie do tych instytucji. Dlatego też, z punktu widzenia człowieka myślącego postępowo, czy bardziej konkretnie: lewicowo – należy zadać sobie prowokacyjne, ale jednak niezwykle istotne pytanie. Która kultura jest bardziej progresywna: zaangażowanych artystów obierających ziemniaki podczas wernisażu w galerii sztuki współczesnej, kompletnie niezrozumiałych przez społeczeństwo, czy festyn, jarmark, kabaret, a nawet muzyka disco polo uwielbiane przez zwykłych ludzi, ale z przekąsem traktowane przez artystyczne elity? To oczywiście pytanie upraszczające, ale dylemat w nim zawarty ukierunkowuje nas w stronę przemyślenia znaczenia kultury w demokracji.
Badacze brytyjskich studiów kulturowych, o lewicowych przekonaniach jak Richard Hoggart albo Stuart Hall już dawno stwierdzili, że kultura jest zwyczajna i zawiera się w codziennych praktykach. Dlatego badali chodzenie do pubów, ale i subkultury młodzieżowe; muzykę rockową albo punk, ale i taniec młodzieżowy w dyskotekach. W kontekście zakończonych niedawno wyborów, założenia te są niezwykle ważne dla wzrastającej w siłę lewicy. Konfrontacja polityczna i ideologiczna nie odbywa się wszak jedynie w sferze władzy oficjalnej, ale może bardziej w ramach codziennych praktyk kulturowych, w które wszyscy jesteśmy uwikłani. Jeżeli chcemy zrozumieć ludzi, to musimy zrozumieć działania kulturowe, w których oni uczestniczą. Kultura to sfera walki o narzucenie dominujących w społeczeństwie znaczeń, które mogą dotyczyć zresztą nie tylko samej kultury i sztuki, ale także ekonomii albo np. kwestii bioetycznych. Spory o wolny rynek – z jednej strony albo o aborcję lub in vitro – z drugiej – to przecież w dużej mierze spory kulturowe. Z tego powodu tak istotny jest charakter demokratycznej oferty kulturalnej, co z kolei prowadzi nas w kierunku idei demokracji kulturalnej.
Termin ten oznacza maksymalne upowszechnienie się kultury wśród szerokich kręgów społeczeństwa, różnych grup, klas i niezależnie od posiadanych pieniędzy. Zarazem, szeroki dostęp do dóbr kultury sprawia, że wykracza ona poza formalny zakres instytucji kultury. Demokracja kulturowa to kultura dostępna poza budynkami muzeów, galerii, kin, czy nawet domów kultury. To kultura dostępna na ulicy, na placach miast, w klubach. To kultura, którą można „dowieść” w dowolne miejsce, żeby ludzie w mieście i na wsi mogli mieć styk z praktykami artystycznymi. To jednocześnie działania, które wykraczają poza kanon kultury elitarnej, wysmakowanej, dostępnej może potencjalnie dla wszystkich, ale realnie tylko dla wyrobionych odbiorców. To wreszcie kultura, której nie tylko się przyglądamy, ale w której realnie uczestniczymy.
Centrum im. Ignacego Daszyńskiego oraz Fundacja im. Friedricha Eberta mając na uwadze powyższe wyzwania postanowili zorganizować debatę dotyczącą znaczenia kultury w demokracji oraz warunków upowszechnienia dóbr kultury. Interesować nas będzie odwieczne napięcie pomiędzy kulturą elitarną i popularną. Z tą sprzecznością związany jest bowiem bardzo istotny, z progresywnego punktu widzenia, dylemat. Czy osoby o przekonaniach postępowych powinny dążyć do upowszechniania elitarnych dzieł? Czy edukacja nie staje się wówczas formą przemocy symbolicznej? Jak sprawić, żeby kultura była bliżej ludzi, a jednocześnie stała na wartościowym poziomie artystycznym? Co decyduje o demokratycznym i progresywnym charakterze dzieł artystycznych: treść, forma, a może warunki materialne ich tworzenia? Na te i inne podobne pytania pragniemy podyskutować podczas spotkania Kultura dla każdego, czyli demokracja kulturalna w działaniu, które odbędzie się w Opolu, w środę, 23 października 2019. Miejscem spotkania będzie budynek Collegium Civitas (sala 20), przy ul. Katowickiej 89. Naszymi gośćmi będą: Łukasz Kropiowski (kurator z Galerii Sztuki Współczesnej w Opolu); Grażyna Misiorowska (aktorka, przewodnicząca Związku Zawodowego Aktorów Polskich przy Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu); Agnieszka Lachcik (pianistka, wiceprzewodnicząca Federacji Związków Zawodowych Pracowników Kultury i Sztuki); Rafał Mościcki (lokalny animator kulturalny z Opola; twórca festiwalu filmowego Opolskie Lamy). Spotkanie poprowadzą reżyserka Barbara Białowąs, a jednocześnie szefowa Stowarzyszenia Kobiet Filmowców oraz prof. UO dr hab. Kamil Minkner z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Opolskiego oraz Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Wstęp jest wolny. Wszystkich chętnych, szczególnie o lewicowych przekonaniach, serdecznie zapraszamy.

Idźmy na wybory!

Kończy się żałosna VIII kadencja Sejmu, zdominowana przez prawicę wszelkiej maści.

Od narodowców, przez Kukiza oraz Prawo i Sprawiedliwość po konserwatywnych ludowców i platformersów, którzy ze strachu przed Jarosławem Kaczyńskim nie byli w stanie lub nie chcieli choćby w symboliczny sposób przeciwstawić się nacjonalistycznej i ksenofobicznej hegemonii PiS. Czym bowiem było „Tak, tak, PO nie jest za przyjęciem uchodźców” Grzegorza Schetyny, odrzucenie przez Platformę i Nowoczesną obywatelskiego projektu „Ratujmy Kobiety” czy przyjęcie przez aklamację uchwały wychwalającej nazistowskich kolaborantów z Brygady Świętokrzyskiej NSZ, jak nie oznaką totalnej kapitulacji PO przed partią Jarosława Kaczyńskiego? Ta sama egzotyczna koalicja PiS-Kukiz-PO-PSL przegłosowała w tej kadencji Sejmu ustawę „dekomunizacyjną”, która miała na celu wymazanie z polskiej przestrzeni publicznej wszelkich lewicowych treści. W jej następstwie zaczęto m.in. burzyć pomniki polskich żołnierzy, którzy szli bohatersko ze Wschodu na Berlin w celu ucięcia łba hitlerowskiej hydrze. PiS dokończył także dzieło Platformy Obywatelskiej pozbawiając godziwych uposażeń emerytalnych funkcjonariuszy dawnego MSW. Prawie 60 osób poniosło śmierć w wyniku wprowadzenia w życie tzw. „ustawy dezubekizacyjnej”, którą lewica słusznie nazwała „ustawą represyjną”. Te i inne wypaczenia VIII kadencji Sejmu są wynikiem braku lewicy, która pierwszy raz w ponad 100-letniej historii Polski niepodległej nie znalazła się w parlamencie. I nie jest to wyłącznie wina samego SLD, ale także lewicowych wyborców, którzy w 2015 roku nie poszli gromadnie na wybory, albo zagłosowali na PO lub PiS…
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zjednoczona lewica startująca z list Komitetu Wyborczego Sojusz Lewicy Demokratycznej (lista numer 3) ma szansę wrócić z przytupem do Sejmu 13 października. Sondaże z ostatniego tygodnia dają SLD między 12 a 14 proc., zaś wśród zdecydowanych wyborców wynik ten oscyluje wokół 15 proc.. Wyborów nie wygrywa się jednak poprzez sondaże tylko w dniu wyborów. Dlatego z tego miejsca apeluję do wszystkich czytelniczek i czytelników „Trybuny” o udział w wyborach! Ale to nie wszystko. Proszę także o to byście namówili na to samo Wasze rodziny, znajomych i sąsiadów! Zadzwońcie do nich, zapukajcie do ich drzwi, zaproście do siebie na kawę lub herbatę by przekonać do głosowania na lewicę. Niech w niedzielę 13 października w lokalach wyborczych stawi się lewicowe pospolite ruszenie!
Drodzy Czytelnicy „Trybuny”, śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę! Przez ostatnie cztery lata posłowie i posłanki VIII kadencji Sejmu ubliżali wszystkim tym, którzy dumni są z dziedzictwa Polski Ludowej. Pionierom Ziem Zachodnich, budowniczym Warszawy, Wrocławia i Gdańska, żołnierzom Ludowego Wojska Polskiego, milicjantom i funkcjonariuszom MSW, nauczycielom, wszystkim tym, którzy sumiennie odbudowali Polskę po bestialskich zniszczeniach II Wojny Światowej. Dzisiaj SLD wolno więcej, wszystkie partie lewicy zwarły szyki, nastąpił sojusz trzech pokoleń polskiej socjaldemokracji. Dla tej oferty wyborczej nie ma alternatywy. Idźmy na wybory 13 października z podniesionym czołem, z pełnym przeświadczeniem, że głos na Sojusz Lewicy Demokratycznej to głos na lepszą, demokratyczną i bardziej sprawiedliwą Polskę w sercu Europy!

Piątka Elsnera 2

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.

O „piątce Elsnera” pisałem na łamach Trybuny pół roku temu. Komentując zaproponowany przez Kaczyńskiego pakiet świadczeń socjalnych i zmian podatkach. Dzisiejsza „piątka” nie odwołuje się ani Kaczyńskiego, ani do propozycji programowych zgłaszanych przez inne partie. Jest próbą przybliżenia Czytelnikom i Czytelniczkom niektórych elementów programu wyborczego Lewicy.
Gdy na jednym ze spotkań przedwyborczych przedstawiłem swoją „piątkę”, ze strony słuchaczy pojawiły się pytania. Dlaczego nie wspominam o postulatach dotyczących oświaty? Relacji Polski z Unią Europejską. Klimatu i środowiska. Rolnictwa. Zapewniam wszystkich, że program Lewicy jest kompletny. I nie pomija żadnej sprawy istotnej dla Polek i Polaków. Moja „piątka” to wybór zaledwie pięciu zagadnień. Ale w moim przekonaniu, kluczowych dla dalszego rozwoju Polski.

Praca

Czas polskich montowni dobiega końca. Czas konkurowania z innymi krajami wyłącznie niskimi kosztami pracy. Dwadzieścia lat temu zabieganie o takie inwestycje mogło mieć sens. Poziom bezrobocia wynosił wówczas 20 proc. i silne dążenie do zwiększania liczby miejsc pracy (szczególnie w niektórych regionach Polski) było priorytetem. Dzisiaj płace muszą rosnąć. Również dlatego, że w Europie tańszymi pracownikami od Polaków są tylko Słowacy, Węgrzy i Irlandczycy. Udział płac w polskim PKB stanowi zaledwie 48 proc. I jest wyraźnie niższy od średniej unijnej – wynoszącej 55 proc.
Lewica w swoim programie zaproponowała zwiększenie płacy minimalnej do poziomu 2700 zł brutto już w przyszłym roku. Nota bene parę tygodni wcześniej niż podobną zapowiedź ogłosił PiS. Zdaniem lewicy, płaca minimalna powinna być powiązana ze średnim wynagrodzeniem w sektorze przedsiębiorstw. Osiągając poziom 60 proc. tego wynagrodzenia.
Absolutnym skandalem jest, że pod koniec drugiej dekady XXI wieku całe rzesze polskich pracowników i pracownic pozbawione są elementarnych praw pracowniczych. Niemal 100 lat temu, 16 maja 1922 roku, Sejm II RP uchwalił ustawę o urlopach dla pracowników zatrudnionych w przemyśle i handlu. Zapewniającą pracownikom prawo do płatnego urlopu. Tymczasem zatrudniani na „śmieciówkach” – na umowach zleceniach i umowach o dzieło – z reguły takiego prawa są pozbawieni. Podobnie jak prawa do płatnych zwolnień lekarskich. Zapewnimy konstytucyjne prawa pracownicze – napisano w programie Lewicy.
Zadaniem lewicy i związków zawodowych winno być dokładne przyjrzenie się zapisom Kodeksu Pracy. Gdy toczyła się dyskusja dotycząca handlu w niedzielę, zwracaliśmy uwagę, że Kodeks Pracy nie gwarantuje pracownikom wyższego wynagrodzenia za pracę w niedziele i święta. Postulowaliśmy, by była to 2,5 krotność wynagrodzenia za pracę w zwykłe dni robocze.

Zdrowie

W kampanii wyborczej wszystkie partie prześcigają się w zapowiedziach skrócenia kolejek do lekarzy. Do szpitali. Czasu oczekiwania na operacje. Tymczasem nie ma innej drogi do poprawy funkcjonowania służby zdrowia, jak zwiększenie nakładów na jej finansowanie. Znowu jesteśmy w ogonie – już nawet nie Europy, ale świata. Mniej niż 6 proc. PKB na ochronę zdrowia wydaje się tylko w Estonii i Meksyku. W Polsce nieco ponad 6,5 proc. W krajach OECD średnia wydatków wynosi prawie 10 proc. Od suchych procentów do wyobraźni bardziej przemawiają kwoty. W Niemczech roczne wydatki na ochronę zdrowia przypadające na statystycznego mieszkańca wynoszą 4250 euro. W Polsce – 750 euro.
Lewica proponuje zwiększenie wydatków na opiekę zdrowotną do poziomu 7,2 proc. PKB. Moim zdaniem, to absolutne minimum. Powinniśmy dążyć do osiągnięcia wspomnianej średniej krajów OECD . W przeciwnym wypadku zapis artykułu 68 Konstytucji, mówiący że: „obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych” – pozostanie fikcją. Ta fikcja bezpłatnej ochrony zdrowia szczególnie wyraźnie widoczna jest w stomatologii. Na leczenie zębów Polacy wydają rocznie 10 miliardów złotych. Z tego aż 8 miliardów z własnych kieszeni.
Jednym z kluczowych postulatów Lewicy dotyczących ochrony zdrowia jest wprowadzenie ryczałtowej opłaty za lekarstwa. Każdy lek na receptę powinien kosztować maksymalnie 5 złotych. Zaś leki dla dzieci, emerytów, kobiet w ciąży i pacjentów po przeszczepach powinny być za darmo. Przeprowadzone niedawno analizy pokazały rzecz szokującą. Ponad jedna trzecia rencistów i emerytów odchodzi od aptecznego okienka z kwitkiem – zamiast z lekarstwem. Nie stać ich na zakup koniecznych medykamentów.

Mieszkania

Trzeci temat i po raz trzeci muszę napisać, że Polska zajmuje ostatnie miejsce. Na tysiąc mieszkańców przypada w naszym kraju 365 mieszkań. W tej statystyce wyprzedzają nas nawet kraje od nas biedniejsze – Rumunia i Bułgaria. Nic dziwnego, bowiem w Polsce brakuje dwóch milionów mieszkań.
Niech nas nie zmyli widok licznych nowoczesnych osiedli. Wcale nie budujemy tak dużo jak kiedyś. Rocznie powstaje 130 do 150 tysięcy nowych mieszkań. Tymczasem rekord padł 40 lat temu. W roku 1978 oddano do użytku 283,6 tysięcy mieszkań. A w latach 1971-1978 wybudowano ich w sumie dwa miliony. Poza tym, posiadanie własnego mieszkania najczęściej wiąże się z zaciągnięciem kredytu hipotecznego na kilkadziesiąt lat. Obecnie już 2 miliony Polek i Polaków spłaca kredyty mieszkaniowe, a sumaryczne zadłużenie z tego tytułu sięga 400 miliardów złotych. Zdaniem lewicy, kontynuując wyłącznie ten model budownictwa, nie rozwiążemy problemu braku mieszkań.
Lewica proponuje założenie publicznego przedsiębiorstwa, które w latach 20121-20131 wybuduje milion mieszkań na terenach należących do skarbu państwa. Koszt najmu takich mieszkań nie będzie wyższy niż 20 zł za m2. A Ci, którzy zdecydują się na wykup mieszkania na własność, zapłacą jedynie kwotę odpowiadającą kosztom budowy. Bez dodatkowych marż pobieranych przez deweloperów.

Seniorzy

Mimo wszystko, pracujący są w lepszej sytuacji. Mogą aktywnie walczyć o wyższe płace i lepsze warunki pracy. Emeryci i renciści są na łasce polityków. Bo tak naprawdę to politycy mają przemożny wpływ na wysokość rent i emerytur. I w zależności od zapotrzebowania politycznego decydują o wypłatach świadczeń w rodzaju „jarkowego”.
Lewica deklaruje stworzenie nowego systemu emerytalnego na miarę wyzwań XXI wieku. Podstawą ma być wprowadzenie gwarantowanej emerytury minimalnej w wysokości 1600 złotych na rękę. Dodatkowo emeryt miałby prawo do pobierania 85 proc. renty lub emerytury zmarłego współmałżonka – bez utraty własnego świadczenia. Sojusz Lewicy Demokratycznej pozytywnie ocenił dokonaną przez PiS obniżkę wieku emerytalnego. Ale nie został uwzględniony postulat zgłaszany przez SLD od wielu lat. Aby o nabyciu uprawnień emerytalnych decydował również staż pracy: 35 lat przepracowane przez kobiety i 40 lat przez mężczyzn.
Zaawansowany wiek to również potrzeba lepszej opieki zdrowotnej. Tymczasem w Polsce pracuje 417 lekarzy geriatrów. Jeden geriatra przypada na 20 tysięcy seniorów. Nie tak dawno prasa podała, że w całym województwie warmińsko-mazurskim w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia nie leczył ani jeden geriatra. Lewica postulując istotne zwiększenie poziomu finansowania ochrony zdrowia, zapowiada również zwiększenie liczby lekarzy o ponad 50 tysięcy w ciągu najbliższych sześciu lat. I oczywiście adekwatne zwiększenie liczby miejsc na studiach medycznych.

Demokracja

To ostatni punkt „piątki Elsnera”. Ale tak naprawdę powinien być pierwszym. Kaczyński usiłuje przehandlować demokrację za 4000 zł płacy minimalnej, dopłaty dla rolników i „czternastkę” dla emerytów. Ale jeśli po wyborach opozycja zdoła zgromadzić większość w Sejmie, pierwszym celem musi być odbudowa reguł demokratycznego państwa prawa. Zabezpieczenie niezawisłego sądownictwa. Postawienie przed Trybunałem Stanu odpowiedzialnych za łamanie Konstytucji. Przed sądem – winnych łamania prawa. Cztery lata temu politycy PiS mówili o państwie „w ruinie”. Cztery lata ich rządów możemy nazwać rujnowaniem demokracji.
Demokracja to również świeckie państwo. Żaden z biskupów i kardynałów nigdy nie został wybrany głosami żadnych wyborców. Jeżeli wielokrotnie roszczą sobie prawo do wpływania na kształt polskiego prawa – to tym samym kwestionują demokrację. Parę lat temu jeden z hierarchów mówił o „wyższości Ewangelii nad Konstytucją”. Ta zasada z pewnością może mieć zastosowanie w Watykanie. W którym papież, prócz władzy religijnej, jest równocześnie władcą absolutnym państwa watykańskiego.
W państwie demokratycznym porządek świecki i reguły religijne muszą być absolutnie rozdzielne. Stąd postulat Lewicy wycofania religii ze szkół, likwidacji funduszu kościelnego oraz wszelkich przywilejów podatkowych osób duchownych. Nie ma żadnego uzasadnienia, aby Kowalski w sutannie płacił pięć razy niższy podatek dochodowy niż Kowalski bez sutanny. A tak jest dzisiaj.
Najbardziej dramatycznym świadectwem polskiej wersji „unii tronu i ołtarza” jest widok polityka prawicy głoszącego „słowo pisu” z kościelnej ambony.

Piątka Elsnera

Wracam do tego, co napisałem na samym początku. Przedstawiłem jedynie wycinek programu Lewicy. Katalog spraw – moim zdaniem – pierwszoplanowych. Pełny program Lewicy – zapisany na 20 stronach – dostępny jest w internecie w Trybunie i na portalu lewica2019.pl. Zapraszam do jego lektury. Szczególnie w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Bo tyle pozostało do wyborów.

Trudne decyzje wstrzemięźliwych

Prawie połowa Polaków nie chodzi na wybory i – jak dowodzą badania – raczej nie zamierza pójść także na te, które będziemy mieć w październiku.

Wprawdzie optymistyczni badacze twierdzą, że może nastąpić przełom i udział w głosowaniach weźmie prawie 70% uprawnionych, ale ja w to nie wierzę. Co nie oznacza, że komitety wyborcze nie mają szans, aby propagandą, albo szczęśliwym dla nich zbiegiem zdarzeń, uszczknąć z tej „milczącej większości” kilka, a nawet kilkanaście procent.
Gnębi mnie pytanie, – dlaczego tak wielu moich współobywateli ma wszystkie wybory w tzw. głębokim poważaniu? Nie stać mnie na prawdziwe badania motywacji ich postępowania, ale postanowiłem, w granicach kontaktów towarzysko – sklepowo – bazarowo – śmietnikowych, delikatnie się dopytać, co nimi kieruje.

Demokracja niegodna zaufania

Z tych „badań” wynika przede wszystkim, że „antywyborcy” dają się dość wyraźnie podzielić na cztery grupy. Jedna, chyba największa, składa się z „zawodowych negacjonistów”. Czyli tych, którzy zawsze i wszędzie, są do wszystkiego nastawieni krytycznie. Nie pójdą głosować, bo nie mają na kogo, nikt im się nie podoba, wszyscy są przekupni, większość wyborów i tak jest fałszowana. W tej grupie decyzja o wstrzemięźliwości wyborczej nie ma wyraźnego związku z poziomem intelektualnym i z wykształceniem. Jest efektem cech charakteru. „Negacjoniści” Istnieją zawsze i w każdym państwie, chociaż w zależności od historii i przekazów rodzinnych może ich być relatywnie mniej lub więcej w stosunku do ogólnej liczby wyborców.
Drugą grupę stanowią ci, którzy nie wierzą, że „coś to zmieni”. Jest obojętne, kto będzie rządził – i tak decyduje „przeznaczenie i przypadek”. Można rządzić nieudolnie, ale w sprzyjających warunkach i tak mieć dobre wyniki. Można rządzić dobrze, – ale mieć pecha w postaci klęsk żywiołowych, okresowej wzmożonej aktywności określonych grup społecznych, negatywnego stosunku innych państw. To po co ja mam chodzić na wybory, jeśli i tak wydarzy się to, co ma się wydarzyć?

Egocentryzm

Trzecia grupa, bardzo liczna, to ci, których wybory i „polityka” w ogóle nie interesują. Nawet nie wiedzą, kto aktualnie rządzi i na czym mogą polegać zmiany. Interesuje ich tylko własne życie, chcą mieć coś do jedzenia, mieć w co się ubrać, czasem trochę popić i móc się „rozerwać”. Wzorcowym reprezentantem tej grupy jest mój stary znajomy – nurek śmietnikowy. Bierze chyba zasiłek dla bezrobotnych, ale utrzymuje się całkiem nieźle z tego, co znajdzie w śmietnikach. Panie Tadziu – mówi do mnie – co mnie obchodzą jakieś sejmy czy rządy. Ja mam dobrze. Złom i butelki zbieram i sprzedaję. Warsztacik sobie zrobiłem. Naprawiam znalezione zabawki i proste sprzęty domowe. Pan nawet nie wie, co można znaleźć w śmietnikach! Naprawiam i tanio sprzedaję na bazarze. Nie mam szefów, zawsze mogę sobie zrobić wolne i coś wypić. To co mnie obchodzą jakieś wybory!
Jest jeszcze niewielka, ale stabilna, czwarta grupa antywyborcza, złożona z ludzi raczej mniej pracowitych, którzy traktują udział w wyborach, jako ewidentną stratę czasu. Mogą go przecież wykorzystać na bardziej przyjemne zajęcia. Ich argumentacja jest prosta. Wybory na ogół są w niedzielę. Pogoda jest dobra, od dawna planowałem, że pojadę na ryby. Albo poznałem wczoraj na imprezie panienkę, zaprosiłem ją na wycieczkę w urokliwe miejsce, gdzie jest dobra restauracja z hotelikiem. Bardzo mnie ciśnie, żeby tą znajomość dogłębnie zrealizować – to mam tracić czas, idąc na wybory??
Z tej mojej amatorskiej analizy wynika, że partie i inne komitety wyborcze mogą mieć realne szanse uzyskania poparcia tylko wśród uczestników dwóch pierwszych grup, – czyli totalnych negacjonistów i części determinalistów, wierzących w nieuchronne przeznaczenie. Reszta jest oporna i raczej nie da się zmobilizować.

Jak przekonać?

Wśród tych bardziej podatnych, nasze życie polityczne i zachowania czołowych polityków w ostatnich latach, spowodowały u niezdecydowanych nagminnie występującą chorobę rozdwojenia jaźni. Teraz nawet rozstrojenia – jeśli taka jednostka chorobowa istnieje. Godni współczucia członkowie tych grup, jeśli nawet poczuli „zew krwi” wzywający ich na wybory, to nie mogą się zdecydować, kogo mają poprzeć – PIS, Platformę z dodatkami, czy ponownie otrzepująca się z popiołów Lewicę. Nie wspominam o nagłym małżeństwie PSL i Kukiza, bo raczej nowych zwolenników im nie przybędzie.
Rodzina najczęściej namawia ich na PIS. Bo dają. Coś tam źle robią z tymi sądami, bawią się w jakieś hejty, ciągle wszystkim grożą więzieniami, mają premiera bajkopisarza i rozbrajająco nieudolnych i niesamodzielnych działaczy, – ale realnie dają niemal każdej rodzinie parę złotych, niby na utrzymanie dzieci, ale tak dokładnie, to nie wiadomo za co.
Koledzy z pracy, z uczelni czy z knajpy opowiadają się raczej za Koalicją Obywatelską, czyli za Platformą. Rządzili 8 lat, teraz na nich psy wieszają, ale przecież nie było tak źle. I szefa – Tuska – mieli poważnego i inteligentnego, bajek nie opowiadał, teraz we Europie ma powszechne poważanie. Nie udają tak religijnych jak PIS, ale z Kościołem zawsze dochodzili do porozumienia. I – co najważniejsze – przestrzegali Konstytucji i tworzyli państwo praworządne.
Młodzież i staruszkowie przypominają im jednak o przynajmniej wyborczo zjednoczonej Lewicy. Jej ramowy program im odpowiada. Większość młodzieży zawsze była przeciwna nadmiernym ograniczeniom możliwości aborcji. Uważają, że to sprawa osobista kobiety. Uważają, że Kościół za bardzo do wszystkiego się wtrąca. Nie pochwalają lekcji religii w ogóle, a zwłaszcza w szkołach. Nie widzą nic złego, jeśli ktoś interesuje się seksualnie tą samą płcią, uważają związki partnerskie za potrzebne i często stwarzające lepszą rodzinę, niż małżeństwo.

Nuta nostalgii

Staruszkowie z sentymentem wspominają czasy, kiedy rządziła Lewica i wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej. I znany powszechnie fakt „szorstkiej przyjaźni” między prezydentem i premierem pochodzącymi z tego samego obozu politycznego, ale znacznie różniących się poglądami, świadczył o tym, że rodzi się prawdziwa demokracja. I że nie idziemy w kierunku rządów jednej partii.
Znaczna część staruszków wspomina także młodość w PRL i opowiada, że też – po 1956 roku – nie było wtedy tak zupełnie źle, jak teraz opowiadają w publicznej telewizji. Uważają, że służba zdrowia działała sprawniej, kabarety były o niebo lepsze, kręciło się dużo lepszych niż dzisiaj filmów i seriali. Niektóre, jak Misia, Alternatywy 4, Hubala, Popiół i diament, Klosa, czyli „Stawkę większą niż życie” albo „4 pancernych i psa”, „puszcza” się do dzisiaj i nadal mają wysoką oglądalność. Prywatki były „niezapomniane”, wczasy tanie. Mieszkań budowało się dużo.
Ci, którzy zostaną przekonani, że powinni jednak spełnić „obywatelski obowiązek”, mają więc trudne zadanie. Coś, czy kogoś, trzeba wybrać.
Nie jestem „pytią z delfickich trójnogów”, nie powiem im, jaki będzie wynik wyborów, ani nie ośmielę się występować w roli agitatora konkretnego ugrupowania. Mogę jednak przypomnieć, – bo o tym już pisałem – że doprowadzanie do sytuacji, w której może samodzielnie rządzić jedno ugrupowanie polityczne, zawsze w historii okazywało się błędem. Czasem tragicznym w skutkach. Ludzie nie są aniołami. Poczucie władzy absolutnej rodzi zawsze poczucie bezkarności i autokratyzm, który z reguły przekształca się powoli w dyktaturę. Może więc będzie lepiej, jeśli ich głosy nie będą pomagały w powstawaniu takiej sytuacji.

Rewolucja konstytucyjna

Zamiarem i celem rewolucji konstytucyjnej jest stworzenie w ramach mechanizmu społecznego i politycznego możliwości wyegzekwowanie przez społeczeństwo zapisów Konstytucji RP z 1997 roku, która obowiązuje aktualnie, a została przyjęta w referendum i podpisana przez prezydenta przy poparciu wszystkich głównych sił politycznych w Polsce.

Społeczeństwo jako suweren ma do tego prawo, a w sytuacji nadzwyczajnej obowiązek, aby Konstytucji strzec i walczyć o jej wykonywanie w życiu kraju i narodu.
Nie jest celem rewolucji konstytucyjnej pogrzebanie czy zmiana starej Konstytucji, jak niektórzy twierdzą nieaktualnej i sprzecznej z interesem narodowym. Jeżeli jest rzeczywiście taka potrzeba i do takiego wniosku dojdą w przeważającej większości siły polityczne w Polsce, to po to, aby przyjąć i uchwalić nową Konstytucję należy rozliczyć się przed narodem z wykonania dotychczasowej i jej nieprzystawalności do nowych założeń i wyzwań, jakie stoją przed Polską. Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją, że wszystkie, szczególnie ostatnio zgłoszone projekty i propozycje zmian zmierzają do przykrycia zaniechań i świadomych działań antykonstytucyjnych w okresach wcześniejszych i aktualnie. Działania takie stanowią złamanie prawa i przede wszystkim winny być ścigane w określonym trybie.
Warto przypomnieć, że w okresie 22 lat obowiązywania aktualnej Konstytucji czołowe funkcje państwowe sprawowali praktycznie przedstawiciele wszystkich głównych nurtów politycznych obecnych w Polsce. Prezydentami Polski byli w tym czasie: Aleksander Kwaśniewski (1995-2005), Lech Kaczyński (2005-2010), Bronisław Komorowski (2010-2015) i aktualnie Andrzej Duda (od 2015 roku). Przedstawicielami koalicji rządzących z funkcją premiera byli: Jerzy Buzek (1997-2001), Leszek Miller (2001-2004), Marek Belka (2004-2005), Kazimierz Marcinkiewicz (2005-2006), Jarosław Kaczyński (2006-2007), Donald Tusk (2007-2014), Ewa Kopacz (2014-2015), Beata Szydło (2015-2017) i Mateusz Morawiecki (2017- ). Wszystkie wymienione osoby uczestniczyły w realizacji zapisów Konstytucji i ponoszą mniejszą lub większą konstytucyjną odpowiedzialność za aktualny stan państwa.
Trzeba zwrócić uwagę, że Państwo Polskie staje się w ostatnich latach coraz mniej wydolne, ma poważne trudności w rozwiązywaniu problemów wewnętrznych (politycznych, społecznych i gospodarczych) oraz zewnętrznych, jak samodzielne zapewnienie bezpieczeństwa narodowi, szczególnie przy komplikującej się sytuacji globalnej. Jeżeli Konstytucja z 1997 roku w momencie przyjęcia zadawalała i uzyskała poparcie większości sił politycznych i narodu, to można domniemywać, że trudności, na jakie aktualnie napotykają kolejne ekipy władzy, wynikają w znacznej części z nierespektowania podstawowych jej zapisów lub też ich świadomego omijania. Skutkuje to coraz brutalniejszą walką polityczną wewnątrz kraju i trwałym spadkiem poparcia społecznego dla wszelkich form polityki.
Ostatnie wybory parlamentarne w 2015 roku potwierdziły zjawisko narastającej absencji wyborczej, co można rozumieć jako zaprzepaszczenie w polskiej demokracji szansy zbudowania społeczeństwa obywatelskiego. Obywatele stają się wyłącznie konsumentami i coraz słabiej identyfikują się z Państwem Polskim. Na trwałe już w ostatniej kadencji debata publiczna przeniosła się z Sejmu i Senatu na ulice, co świadczy o wątpliwej skali reprezentacji przez polski system parlamentarny coraz bardziej zróżnicowanych interesów społecznych i politycznych zatomizowanego społeczeństwa. Dyktuje to rozważenie zmiany ordynacji wyborczej.
Zbliżają się wybory parlamentarne. W wyniku nadzwyczajnego splotu zdarzeń i tendencji politycznych przeformułowuje się scena polityczna. Powstała m.in. koalicja Lewica, która obejmuje dość szerokie kręgi związane z partiami i ugrupowaniami polskiej lewicy. Sytuacja ta po części wymuszona splotem wydarzeń, po części marzeniami wielu kręgów lewicy na przykład socjalistów, aby powrócić do Sejmu i Senatu, i rozpocząć w Polsce reformy na miarę odrodzenia narodowego. W ostatnich latach nastąpiło bowiem niekorzystne dla rozwoju zapętlenie głównych sił rządzących po prawej stronie sceny politycznej. Wewnętrzny kryzys, który objął elity postsolidarnościowe będące zwycięzcą politycznych zmagań wiele lat temu, dziś nie rokuje żadnych nadziei dla możliwości wyartykułowania ogólnonarodowego programu rozwoju, będącego przedmiotem wspólnej troski i nadzieją dla większości Polaków.
Społeczeństwo jest podzielone, przy czym wydaje się, że oś podziału przebiega według wyznaczników cywilizacyjnych, nie zaś ideowych, czy światopoglądowych, choć odgrywają one też pewną rolę. Podział ten nastąpił w związku z brakiem równowagi w układzie sceny politycznej, powszechnego populizmu i wystąpienia nieuprawnionych działań szeregu instytucji państwowych, które realizują wyłącznie politykę koalicji rządzącej, nie biorąc pod uwagę zasad konstytucyjnych, czy obyczaju demokratycznego uznającego prawa mniejszości, a także szkód społecznych, jakie niesie za sobą nierozważne używanie do walki politycznej z opozycją mediów publicznych i takich instytucji jak np. IPN.
Jest na tle rozwijającego się w Polsce konfliktu bardzo poważny problem rozumienia przez rządzące grupy polityczne, trudno je bowiem nazywać elitami, takich kategorii jak interes narodowy i racja stanu. Rażącym przykładem niekompetencji i braku rozumienia naszego usytuowania w świecie jest sprawa stosunku do Polski Ludowej.
Mamy do czynienia z konsekwentną eliminacją tego okresu historycznego z pamięci narodowej, międzynarodowego systemu prawnego i dorobku sojuszy, szczególnie w gronie tzw. państw niezaangażowanych. Niesie to ogromne szkody dla autorytetu naszego państwa na arenie międzynarodowej i gospodarki. Trzeba dla porządku przypomnieć, że Republika Federalna Niemiec wzięła na siebie ciężar odpowiedzialności za zbrodnie i zobowiązania III Rzeszy Niemieckiej. Podobnie Federacja Rosyjska uznaje ciągłość państwa rosyjskiego i zobowiązania jakie pozostały po ZSRR.
Trudno się dziwić więc, że na Polskę spadają nieprzyjazne odniesienia ze strony wielu państw w sprawie np. odszkodowań i reparacji wojennych. Trudno się też dziwić w związku z tym, że 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej obchodzić będziemy głównie w gronie byłych sojuszników Hitlera, a w małym stopniu w gronie przedstawicieli koalicji antyhitlerowskiej. Trudno się dziwić… ale społeczeństwo tego nie zrozumie.
Polska ma wspaniałą historię, szczególnie walki o odzyskanie niepodległości w 1918 roku. Zarówno po prawej, jak i lewej stronie sceny politycznej Polski stali wybitni politycy, mężowie stanu, znani i uznani jako wielcy patrioci, ale również ludzie o nieskazitelnych życiorysach i cechach charakteru. Nie można nie przypomnieć tutaj Piłsudskiego, Daszyńskiego, Dmowskiego, Korfantego czy Witosa. Porównajmy dziś współczesną Polskę – rządzą nami, wybrani przez nas, ludzie o cechach handlarzy i drobnych biznesmenów, dla których liczy się wyłącznie własny interes a nie Polska i jej obywatele.
Polska lewica powinna dziś w ramach kampanii wyborczej, a później w ramach pracy parlamentarnej, podjąć te wszystkie problemy z odpowiedzialnością wypływającą z jej tradycji walki o państwo i jego siłę. Także z tradycji walki o sprawiedliwość i demokrację, jako ustroju pozwalającego rozwiązywać wszystkie problemy w duchu zrozumienia i racji większości, ale dla dobra wszystkich. Polska Partia Socjalistyczna ze swym dorobkiem i tradycją może być tutaj znaczącym wzorem.

***
Przedstawiona tutaj koncepcja polityczna wdrożenia zasad rewolucji konstytucyjnej zawiera w sobie dwa elementy podstawowe:
– zmiany systemu zarządzania państwem w oparciu o obowiązujące zapisy Konstytucji, a więc odnowy państwa w imię dobra człowieka i sprawiedliwości społecznej
– zmiany systemu gospodarowania poprzez odrzucenie niezgodnych z zapisami Konstytucji zasad gospodarki neoliberalnej i dominacji własności prywatnej oraz zbudowanie od nowa systemu społecznej gospodarki rynkowej

Sprawiedliwość społeczna, którą opisuje art. 2 Konstytucji RP obejmuje szereg zagadnień teoretycznych i praktycznych, które pojawiają się w praktyce rządzenia w Polsce:
– podstawowym obowiązkiem państwa jest eliminowanie z życia społecznego dyskryminacji, nierówności, biedy, bezdomności i bezrobocia
– państwo zobowiązane jest określić i realizować wobec wszystkich obywateli zasadę zapewnienia minimum socjalnego (minimalny dochód gwarantowany)
– państwo powinno określić w dłuższym horyzoncie czasowym jak rozumie ideę „państwa dobrobytu” obejmującego wszystkich Polaków
– niedopuszczalne jest zaliczanie ludzi (obywateli) do kategorii kapitału ludzkiego, człowiek nie jest przedmiotem w grze interesów politycznych i ekonomicznych, człowiek jest podmiotem społecznym i politycznym,
– wszystkie instytucje państwowe wykonują swe obowiązki na rzecz obywateli i państwa, nie sprzedają usług obywatelom, a działają na ich rzecz. Praca w administracji państwowej i samorządowej to służba a nie etat i gratyfikacja. Niedopuszczalne jest upolitycznienie i stronniczość administracji,
– państwo zobowiązane jest zapewnić obywatelom wolność i równość, szczególnie wobec prawa; praktyka pokazuje, że wartości te są przywilejem
– państwo powinno dać w swej praktyce działania równy dostęp młodzieży do edukacji na poziomie średnim, eliminując jakiekolwiek ograniczenia społeczne i ekonomiczne
– obowiązkiem państwa jest przywrócenie jego świeckiego charakteru
Społeczna gospodarka rynkowa zdefiniowana w art. 20 Konstytucji RP dotyczy teorii i praktyki systemu gospodarczego, który został zdominowany przez doktrynę neoliberalną nie dającą możliwości wydobycia z gospodarki jej społecznych elementów:
– działający w Polsce system gospodarki neoliberalnej jest sprzeczny z Konstytucją i powinien w szybkim tempie zostać zmieniony na społeczną gospodarkę rynkową, co wiąże się ze zmianą wielu regulacji prawnych
– państwo nie może być przedsiębiorstwem komercyjnym, w swej istocie działania kieruje się interesem społecznym a nie kryterium zysku,
– państwo nie świadczy obywatelom usług, a wyłącznie wypełnia wobec obywateli swoje obowiązki wynikające z Konstytucji i innych zapisów prawa,
– życie i zdrowie ludzkie nie może być towarem; system ochrony zdrowia i życia nie może być podmiotem komercyjnym, realizuje zobowiązania państwa wobec obywateli
– istnienie i działalność rynków musi podlegać regulacji, rynki mają służyć społeczeństwu i państwu a nie wyłącznie realizować interesy kapitału; widać w ustawodawstwie i praktyce działania państwa wyraźną nierównowagę na korzyść kapitału prywatnego, banków i korporacji, a na niekorzyść państwa i obywateli
– system podatkowy musi odzwierciedlać zasady sprawiedliwości społecznej, nie może być od niego odstępstw i wyjątków
– podstawowe zmiany ustawodawcze: – ograniczenie dominacji własności prywatnej, – przywrócenie równoprawności wszystkich sektorów gospodarowania, – zwiększenie uprawnień związków zawodowych i samorządu pracowniczego, – sprawiedliwy system podatkowy, – ograniczenie kosztów pracy.
Przedstawione powyżej zasady powinny stanowić minimum programowe lewicy na zbliżające się wybory parlamentarne. Ważne jest, aby w działaniach programowych i propaństwowych lewicy priorytetem było zachowanie równowagi społecznej i politycznej oraz wytyczenie drogi do odnowy opartej o ideę budowy państwa dobrobytu dla wszystkich Polaków.