Święto demokracji w cieniu autorytaryzmu

Nie bez przyczyny zło, nazywane tak przez jednych, okazuje się dla innych dobrem, a szczytne wartości przegrywają z codzienną koniecznością.

Dzień wyborów okrzyknięty świętem demokracji to może ładne ale i zupełnie puste hasło. Wszystkim bowiem wiadomo, że święto zdarza się tylko od czasu do czasu, a nieświąteczną rzeczywistość mamy każdego dnia. Wspomniane święto ma tylko miejsce gdy odbywają się wybory samorządowe, parlamentarne, europejskie i prezydenckie, a poza tymi terminami doświadczamy, nie mającego nic wspólnego z demokracją, łamania Konstytucji, prawa, lewych interesów opłacanych z państwowej kasy, kłamliwych oświadczeń, jeszcze ect. i itd. Żadnemu z opozycyjnych kandydatów na prezydenta ta myśl w licznych wystąpieniach nie zaświtała niestety. Za to już dziś, a może i po II wyborczej turze, Prawo i Sprawiedliwość obnosić się będzie po kraju, a przede wszystkim po Unii Europejskiej, z przekazem jak to normy demokracji przestrzegane są w Polsce, tak jakby Boże Narodzenie trwało u nas przez cały rok. A jak takie upierdliwe OBWE zaprotestuje, tak jak przy krytycznej ocenie debaty prezydenckiej przed I turą w TVP, to się im analogicznie odpisze, że wnioski są nieobiektywne i krzywdzące, a normy demokracji łamał Trzaskowski.
Już nie wystarczy
powtarzane wielokrotnie oświadczenie Rafała Trzaskowskiego o utrzymaniu przyznanych przez PiS licznych socjalnych wsparć gdyż wspólnym i wieloletnim wysiłkiem prawie wszystkich sił politycznych w Polsce zlekceważono położenie materialne wielu Polaków; obecnie 30 proc. obywateli osiąga dominujące w tej grupie dochody w wysokości do 1499 zł.(CBOS, komunikat z badań 61/2020). Z tymi wynikami koreluje również przeważający procent głosów oddanych przez bezrobotnych, zamieszkałych na wsi, a przede wszystkim przez osoby starsze na obecnego prezydenta. Dodać jeszcze należy wyciągniętą przez Andrzeja Dudę, jak królik z kapelusza, przyszłą średnią pensję w wysokości 2 tys. euro oraz oświadczenie: „Jesteśmy w stanie zbudować kraj mlekiem i miodem płynący”. No i mamy zapowiedź obniżki cen gazu, powszechne rozdawania tzw. czeków-promes, a podobno tuż przed 12 lipca kroi się jeszcze uchwalenie przez Sejm bonu turystycznego.
W tym kontekście słuszne opinie, że aktualny rząd nie prowadzi żadnej przemyślanej polityki socjalnej, a jedynie przekupuje ordynarnie wyborców ich własnymi pieniędzmi są pobawione jakiejkolwiek siły oddziaływania, gdyż spotka się z zasadną odpowiedzią, że PiS dał, a wszyscy inni nie, a nadto jak obiecał to słowa dotrzymał. Opinie o tym, że Kaczyński trafnie rozpoznał potrzeby Polaków budzą co najmniej pusty śmiech, bo przecież dobrze i powszechnie wiadomo, że w odtworzonym przez Solidarność kapitalistycznym ustroju liczy się przede wszystkim, albo nawet jedynie kasa. I nie ma podstaw aby obrażać ten elektorat bowiem wykluczenie ekonomiczne i kult pieniądza skutkuje takimi właśnie wyborami jak 28 czerwca. Tłumni wyborcy Dudy nie mają świadomości o dziesiątkach dodatkowych podatków wprowadzonych w czasie obecnych rządów, ani też o kolejnych, które odnajdują się w stale rosnących cenach na rynku. Obiecuje się już przecież czternastą emeryturę, a nawet i kolejne. Warto jednak informować, że od 1 lipca wśród innych znajduje się tzw. podatek cukrowy, a wiec słodyczy ze strony PiS będzie mniej. A to dopiero początek.
Ten ekonomiczny szklany sufit zbudowany przez PiS jest nie do przebicia darmowymi żłobkami i przedszkolami, lokalnymi inwestycjami, obroną samorządów, a nawet zahamowaniem nowych podatków. Nie znaleziono wcześniej w Koalicji Obywatelskiej odpowiedniego antidotum na socjalne argumenty PiS, a może, wieloletnim śladem Platformy Obywatelskiej, kolejny raz je zlekceważono i nie doceniono. A przecież można było, czego dowodzi zgłoszony przez małżonkę Trzaskowskiego ważny projekt dopłat do emerytur matek.
Pewien paradoks sytuacji
stanowi fakt, że mimo upływu lat rząd PiS utrzymuje się na podobnym poziomie społecznego poparcia, nie zużywa się, co jest w politycznej praktyce normalne. Niewątpliwie mają na to wpływ kolejne, etapowe transfery środków finansowych realizowane pod różnymi hasłami w odpowiednim czasie. Prof. Janusz Czapiński twierdzi, że to efekt „mobilizacji politycznej zwolenników nacjonalistycznego patriotyzmu »Polska dla Polaków«, »Polska suwerenna«, »Polska sama się rządzi«, »Polska czyści resztówki komuny w sądach«; krótko mówiąc: »odzyskujemy nasze«” („Newsweek”, 29.06-5.07.2020). Same transfery finansowe nie wystarczyłyby jednak do utrzymania trwałości tej grupy wyborców i przedstawione hasła stanowią, a zaczęło się smoleńskiej zdrady o świcie, quasi ideologiczne uzasadnienie określonych postaw i podstawę więzi. Dla zdecydowanej liczby wyborców obecnego prezydenta, dysponujących zaledwie podstawowym bądź zasadniczym zawodowym wyksztalceniem, powyższe hasła-zawołania wystarczają w zupełności do opisania świata i swojego w nim położenia, a nadto w szczególny sposób ich dowartościowują. Natomiast w grupie wyborców starszych, często bardzo aktywnych w czasach PRL, przy słabości Lewicy i jej wątpliwych wpływów na kształt polityki socjalnej, zwycięża przysłowie o lepszym wróblu w garści czyli np. o trzynastej emeryturze.
Mamy dość
To prawda, że ponad 56 proc. elektoratu ma dość rządów PiS, ale zwycięstwo Trzaskowskiego nie satysfakcjonuje tych wszystkich niezadowolonych. Założenia realizowanej strategii wyborczej, a także programu kandydata Koalicji Obywatelskiej, nastawione na pozyskanie niezdecydowanych i jak największego elektoratu, również spośród wyborców innych kandydatów, pod hasłami wspólnoty i solidarności, wykluczyły jednocześnie charakterystyczne dla tego typu kampanii ostrość i jednoznaczność zarysowanych kwestii. W jeszcze większym stopniu bezwzględny atak na kontrkandydata. To są plusy i minusy kampanii Trzaskowskiego, niejako z konieczności koncyliacyjnej, ale jednocześnie, z przewodnim hasłem-protestem-żądaniem.
Wygrana o jaki włos ?
Z licznych układanek Trzaskowski – Duda, dodających różnie rozkładające się głosy przede wszystkim Hołowni, Bosaka, Kosiniaka-Kamysza, Biedronia, ale i pozostałych kandydatów, okazuje się, że dziś nic nie jest wiadome na temat wyniku wyścigu o prezydencki fotel. Trzaskowski będzie musiał, i już to robi, sklejać różne postulaty opozycyjnych kandydatów nie w swój nowy program, a w przekaz wyborczy, dający także szansę pozyskania liczącej się części osób niegłosujących w I turze. Powinien być bardzo zwarty, hasłowy, łatwo przyswajalny i jasny dla każdego wyborcy, w odróżnieniu od ładnie oprawionego pliku kartek w jego ręce. Powtarzany jak mantra – opanowująca umysł i aktywizująca energię do działania – wszędzie gdzie tylko można.
Ewentualna wygrana Trzaskowskiego jako kandydata całej antypisowskiej opozycji musi koniecznie oznaczać czytelne zwycięstwo bowiem wielu komentatorów obawia się fałszerstwa wyborów w sytuacji niekorzystnej dla obozu Zjednoczonej Prawicy. Na podstawie przebiegu I tury poza granicami Polski i szeregu powszechnie odnotowanych tam uchybień (ale i w kraju również), łącznie z opóźnieniem przesyłki głosów z Wielkiej Brytanii: „Można się zastanawiać, czy jest to nieudolność, czy jest to sabotaż – mówi o realizowanym przez MSZ głosowaniu za granicą sędzia Woj­ciech Hermeliński, były szef Pań­stwowej Komisji Wyborczej” („GW”, 1.07.2020). Cuda nad wyborczą urną zdarzają się częściej niż te inne, tak często przez nas oczekiwane.
Równie zgodna opinia,
jak wynik II tury, dotyczy także liczących się w niej czynników i określonych sytuacji. „Powiedziałabym, że emo­cje społeczne są gorętsze po stronie prodemokratycznych obywateli niż politycznych liderów – mówi prof. Krystyna Skar­żyńska…W tych wyborach – dodaje prof. Radosław Markowski – to trzewia podpowiedzą Polakom, na kogo głosować. Bardziej niż kiedykolwiek zadecydują emocje.” (cytowany „Newsweek”).
Do tych emocji wyborców wynikających z samego faktu rywalizacji kandydatów oraz przekonań co do skutków określonego wyboru dochodzą jeszcze sytuacje z przebiegu kampanii: wypowiedzi i zachowania pretendentów i ich sztabów, różne możliwe wpadki w wygłaszanych przemówieniach i w gestach, sytuacje wkoło wyborcze, ale także pozornie dużo bardziej odległe. Bez wątpienia, co zresztą potwierdzają liczne momenty z poprzednich polskich wyborów prezydenckich, mają one swoją wagę na ostateczny wynik wyborów.
Pierwsze, drobne wpadki zaliczył Rafał Trzaskowski zapominając o tym za czym w swoim czasie głosował. Potężną natomiast wtopę zaliczył Andrzej Duda gdy na propozycję debaty w TVN szef jego sztabu wyborczego Adam Bielan odpowiedział negatywnie licząc, że Trzaskowski weźmie udział w organizowanej przez TVP, z udziałem publiczności, debacie w Końskich. Tę nienajlepszą odpowiedź potwierdzającą obawy Dudy przed takim spotkaniem on sam celnie poprawił słowami: „Wezmę udział w debacie, ale proszę wspólnie zdecydować, jak będzie wyglądała. Proszę o to, by wszystkie trzy telewizje się dogadały.” W ten prosty sposób oddalił od siebie podejrzenia o niechęć stawienia się w szranki z Trzaskowskim jednocześnie będąc pewnym, że Jacek Kurski na pewno nie porozumie się z pozostałymi, a więc nie z jego winy debata się nie odbędzie. Aż tu z niezrozumiałych zupełnie powodów Duda wygłasza 1 lipca w Złotowie orację, że wcale, a wcale się nie boi tego spotkania, podpierając ją opowieścią o tym że „prywatna stacja Trzaskowskiego chce sobie organizować debatę. Dlaczego ma być lepiej traktowana niż TVP i Polsat? ” A Kurski , co było z góry do przewidzenia, odmówił współpracy z TVN i Polsatem.
Kolejne wpadki i blamaże prezydenta, to w powrót do seksualizacji dzieci i kwestia eutanazji łącznie z uciekającymi z Europy zachodniej do Polski starszymi osobami, ułaskawienie pedofila bez względu na szczególne okoliczności tej decyzji, a na koniec sprawa szczepień. W tej ostatniej materii PAD użył nadzwyczaj głębokiego, intelektualnego uzasadnienia swojej decyzji: „Bo nie”.
Podsumowując, Duda nie spotka się z Trzaskowskim, bo mogło by to okazać się jego klęską, mówi jedno, a robi drugie, pokrzykując dzieli i obraża ludzi, wygłasza skandaliczne opinie w kwestii zdrowia. Nie wiemy jak zareagują wyborcy na te wszystkie dudy smolone, ale opozycyjny sztab wyborczy wykorzystuje te sytuacje i wyciska z nich maksimum, jak sok z cytryny.
Jednocześnie trzeba mieć świadomość, że nie tylko Duda, jego sztab wyborczy, rząd, cała Zjednoczona Prawica z jej licznymi beneficjentami i sam prezes Jarosław Kaczyński zrobią wszystko, i nawet o wiele więcej, aby reelekcja Dudy dokonała się.
Czeka więc nas wszystkich czas nadzwyczajnych zmagań i emocji, stąd również dlatego te wybory już dziś nazywane są histerycznymi.

Podejdźmy racjonalnie do II tury

To oczywiste, że przegrani w dniu 28 czerwca nie są zachwyceni swoim wynikiem.

Po to zdecydowali się na kandydowanie, aby wygrać lub przynajmniej wzmocnić swoją pozycję polityczną na przyszłość, bo przecież w większości nie zamierzają wycofać się z polityki. Jest też zrozumiałe, że nie patrzą nadmiernie przychylnie na zwycięzców, tj. p. Dudę (dalej AD) i p. Trzaskowskiego (dalej RT), zwłaszcza na tego drugiego, gdyż zapewne jego wejście do gry osłabiło p. Kosiniaka-Kamysza i p. Biedronia, mniej p. Hołownię czy p. Bosaka. Można też zrozumieć satysfakcję przegranych z tego, że kandydaci, którzy pozostali na placu boju, starają się przeciągnąć na swoją stronę, zarówno tych, którzy nie wzięli udziału w wyborach, jak i tych, którzy nie oddali swoich głosów na AD lub RF. Niniejszy felieton jest próbą przekonania wyborców, że kolejna kadencja tego pierwszego będzie fatalna dla Polski. Najogólniej mówiąc, AD jako prezydent oznacza dalszą degradację naszego kraju na arenie międzynarodowej i postępującą atrofię instytucji demokratycznych i obywatelskich w perspektywie wewnętrznej. Środowisko polityczne popierające AD chce, przy jego czynnej i świadomej pomocy, zaprowadzić u nas porządek autorytarny, bo gwarantuje to sukces hasła „Teraz k..wa my” ze wszystkimi tego konsekwencjami w rozmaitych dziedzinach życia. I to motywuje poniższy apel –wprawdzie p. Duda jest faworytem, ale to nie znaczy, że musi wygrać.

  1. Do zwolenników Koalicji Obywatelskiej. Was nie trzeba przekonywać, ale zważcie, że II tura będzie już w okresie wakacji. Zwolennicy tzw. dobrej zmiany już zacierają ręce i gadają (to cytat) „Fajnie, ci z miast pojadą na wakacje, wiejska bidota zostanie w domach i zagłosuje na nas”. Jeśli możecie, nie rezygnujcie z udziału w wyborach i zachęcajcie innych, aby stawili się przy urnach (do tego jeszcze wrócę). Nie uważajcie, że inni mają głosować na RT tylko dlatego, że popierają szeroko pojętą opozycję. Trzeba ich do tego przekonywać.
  2. Do p. Hołowni i jego zwolenników. Wiele Waszych oświadczeń wskazuje na to, że bliżej Wam do p. Trzaskowskiego niż p. Dudy. Tak trzymać. Powiedzcie „Pomożemy porażce AD, bo nam bliżej do jego rywala”. Pamiętajcie, że wynik Waszego kandydata (13,87 proc. ) plus wynik RF 30,46 proc. , to więcej niż rezultat AD (43,5). Jest więc na czym budować.
  3. Do p. Bosaka i jego zwolenników. PiS od razu zaczął puszczać do Was oko, że oni też prawica i patrioci. Cała historia tzw. dobrej zmiany dowodnie wskazuje, że jej prawicowość jest tylko deklaratywna i obliczona na doraźne korzyści. Rozwój Waszego ruchu będzie trudny w państwie rządzonym przez PiS, ponieważ ta formacja chce mieć monopol na to, co słuszne, ale w swoim mniemaniu. Nie dajcie się uwieść, bo tylko na tym stracicie. Kłamstwo p. Bielana, który dziękuje Wam za poparcie, którego nie zadeklarowaliście, jest wymowny świadectwem obłudy obozu tzw. dobrej zmiany. Pamiętajcie, że głos nie oddany, sprzyja AD, a więc działa na Waszą niekorzyść. Nie dlatego, że tak powiedział p. Tusk, ale ponieważ tak jest. Autentyczny ruch narodowy może rozwijać się tylko w ładzie demokratycznym, a nie autorytarnym. Jasne, że macie różne obiekcje wobec RT, ale AD budzi jeszcze większe wątpliwości. Wprawdzie Wasi liderzy powstrzymują się od deklaracji w sprawie poparcia w II turze, ale p. Bosak apeluje, aby głosować rozumnie i zgodnie z sumieniem. Jeśli rozważycie na zimno, co dyktuje rozum i sumienie, niewykluczone, że obie te władze wskażą RT.
  4. Do zwolenników Koalicji Polskiej. Oczekiwaliście więcej, ale co się stało, to nie odstanie się. Ruch ludowy może odbudować się w ładzie demokratycznym, a nie w autorytarnym (patrz punkt poprzedni). Pamiętajcie, że PiS nie toleruje nawet najmniejszej rywalizacji. Będzie starał się Was wykończyć lub całkowicie podporządkować, wręcz za cenę Waszego upokorzenia. Świadczy o tym historia Samoobrony i to, co czynownicy PiS opowiadali o Was w ostatnich tygodniach. Nie jest tak, że daleko Wam do RT. Nie słuchajcie działaczy w rodzaju p. Litwiniuka z Białegostoku, który nie wyobraża sobie poparcia kandydata KO przez PSL. Ma małą wyobraźnię. A teraz słowo do p. Kukiza i jego zwolenników. Pięć lat temu AD wygrał dzięki poparciu Kukiz-15. Tedy, przyczyniliście się, niezależnie od Waszych intencji, do tego, co PiS nam zafundował i zamierza kontynuować, a co obecnie krytykujecie. Macie do spłacenia pewien dług wobec kraju. Pan Kukiz zapowiedział, że nie weźmie udziału w II turze, o ile p. Kosiniak-Kamysz nie znajdzie się w II turze. Czas by zmienił to postanowienie.
  5. Do p. Biedronia i lewicy. Także odbudowa lewicy zależy od tego, czy w Polsce zapanuje ustrój demokratyczny czy reżim. Nie można mówić tak, jak p. Trela gada, że lewicy bliżej do PiS w sferze socjalnej, zapominając słowach de Tocqueville’a „demokracja kończy się, gdy rząd zauważy, że może kupić obywateli za ich własne pieniądze”. Nieprawda. Zasadniczym celem transferów socjalnych ze strony PiS była właśnie kalkulacja polityczna, a jeno drugorzędnym chęć poprawy polskich rodzin. Świadczy o tym np. fakt, że np. 500+ przysługuje wszystkim rodzicom, także bogatym, a nie tylko rzeczywiście potrzebującym. Pan Biedroń nie powinien mówić, że nowy prezydent ma być także rzecznikiem lewicy, gdyż jego obowiązkiem jest świadczyć na rzecz wszystkich, niezależnie od ich poglądów. Jeśli zgadzacie się z tym, że autentyczna lewica optuje za demokracja, nie wystarczy nie głosować na AD, ale trzeba oddać głos na RT.
  6. Do zwolenników AD. Na pewno macie swoje i poważne racje, aby głosować na niego. Ale rozważcie jeszcze raz, czy są to racje wystarczające. I wtedy podejmijcie decyzję.
  7. Pozostali kandydaci otrzymali po kilkadziesiąt tysięcy głosów, w sumie niewiele, ale zawsze to jest coś, bo ponad 150 tys. Nie ma powodu, aby tych wyborców skreślać. Ich głosy mogą ważyć na ostatecznym wyniku. Nie wolno ich lekceważyć.
  8. Do tych, którzy nie wzięli udziału w I turze i tych, którzy nie zamierzają wziąć udziału w II. Wielu z Was nie chce uczestniczyć w wyborach dla zasady, np. dlatego, że brzydzą się polityki. Inni, ponieważ rozczarował ich wynik I tury, a jeszcze inni, ponieważ im zwyczajnie nie chce się. Zważcie jednak, że absencja nie jest czymś obojętnym dla wyniku elekcji w dniu 12 lipca.
    Frekwencja w I turze była i tak wysoka (około 65 proc. ), ale przewidywania głoszą, że AD wystarczą głosy zdobyte w I turze, o ile na RT będą głosować tylko dotychczasowi zwolennicy tego drugiego. Jeśli więc ktoś identyfikuje się z szeroko rozumianą opozycją lub uważa, że AD nie jest dobrym kandydatem na prezydenta, powinien wziąć udział w II turze. Pamiętajcie też o tym, że im większa frekwencja, tym mniejsza szansa, że ewentualne nieprawidłowości w przebiegu głosowania zaważą na jego wyniku. Doświadczenie I tury wskazuje, że takowe były i być może były sprokurowane intencjonalnie.
    Nie czas na argumenty typu „Nie będę głosować na RT, bo godzi się na poparcie ze strony narodowców”, „Nie będę głosować na RT, bo popiera LGBT”, „Nie będę głosować na RT, bo jest neoliberałem” itd. Etykietowanie jest czymś wyjątkowo szkodliwym w obecnej sytuacji, pomijając już to, że częściowo bierze się z wyjątkowo brudnej, bo kłamliwej,, propagandy stronników AD. RT nie jest cudotwórcą, także zważywszy kompetencje prezydenta RP. Jego prezydentura może być, co najwyżej otwarciem sanacji państwa polskiego, a nie radykalną zmianą od zaraz. Prezydent może to i owo inicjować czy temperować polityczne i ekonomiczne szaleństwa tzw. dobrej zmiany, np. mamienie przez AD perspektywą przeciętnych zarobków w wysokości 2 tys. Euro za 5 lat czy realizacją inwestycji, zarówno wielkich jak i lokalnych. Nie wierzcie, bo jest to zwyczajne chciejstwo, bez pokrycia w prezydenckich kompetencjach, nie mówiąc już o możliwościach budżetowych, za małych wedle opinii ekspertów. Polsce potrzebny jest prezydent racjonalny, mierzący zamiary na siły a nie odwrotnie, a więc takiego, jak RT w przeciwieństwie do AD – ten drugi głośno dmie w róg obfitości, musi być on pusty (parafraza z Leca).
    I na koniec symbol. Pan Duda odmówił udziału w debacie telewizyjnej zaproponowanej przez TVN i kilka innych mediów, ale nie ma oporu przed pojawianiem się w Polsacie i TVP, a więc tam, gdzie go wspierają częściowo (Polsat) lub całkowicie (TVP). To można porównać z takim oto oświadczeniem trenera drużyny rywalizującej o mistrzostwo Polski w piłce nożnej „Owszem, rozegramy mecz, ale tylko na własnym boisku” – na dodatek z własnym arbitrem wynajętym z TVP Info. Czy chcecie mieć za prezydenta kogoś, kto gra tak tchórzliwie i tak znaczonymi kartami w ostatecznej rozgrywce wyborczej?
  • tekst został opublikowany w internetowej Polityce.

Czyszczenie pamięci

Szczerze mówiąc prezydencka kampania wyborcza nieco mnie znudziła. Ciągle takie same autozachwyty sztabu urzędującego prezydenta, zalew obietnic i dalekosiężnych, nie zawsze realnych planów, dekonspirowanie szatana wcielonego w postać zagrażającego kontrkandydata z Warszawy. Przed drugą turą mamy powtórkę z tej rozrywki, bo właśnie ten szatan jest już tylko jedynym przeciwnikiem.

Serwowane nam podczas kampanii opowiadania intelektualnej czołówki zjednoczonej prawicy częściej mnie rozbawiały, niż denerwowały. Najbardziej zabawny, ale i denerwujący był blok tematyczny, w którym starano się zjednać potencjalnych wyborców wspomnieniami o strasznych przeżyciach aktualnego prezydenta, członków jego sztabu i niektórych wspierających notabli, w dawno minionym okresie PRLu.
Niezmienne cechy historycznych opowieści
Czasem miałem wrażenie, że opowiadający w bardziej zaawansowanym wieku tęsknią za tym okresem, za podnieceniem, jakie dawało im wrogie nastawienie do władzy. W końcu byli znacznie młodsi i zapewne marzyli o tym, aby zapamiętano ich jako nieugiętych bohaterów.
Jakby nie liczyć ponad 35 lat powojennej Polski przeżyliśmy w PRL – czyli w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Nie mam ambicji historyka, ale jestem jednym z wielu, jeszcze żyjących, naocznych świadków tego okresu. Przeżyłem go niemal w całości po powrocie jesienią 1945 roku z obozu jenieckiego, do którego trafiłem po Warszawskim Powstaniu. Nic więc dziwnego, że przy zbyt częstym wysłuchiwaniu odpowiednio do aktualnych potrzeb ufryzowanych fantazji, dotyczących tego wycinka naszej historii, zaczynają mnie coraz bardziej drażnić trzy ich powtarzalne cechy.
Pierwsza polega na tym, że o tym okresie – z reguły negatywnie – wypowiadają się najczęściej ludzie, których wtedy jeszcze nie było, albo w końcówce PRLu byli niemowlakami. Przykładowo – Pan Prezydent, który, czuje się otoczony przez antypatriotycznych komunistów i widzi ich nawet w Sądzie Najwyższym, urodził się w 1972 roku. Do 1980 żył w dekadzie Gierka, miał nieźle sytuowanych rodziców, bawił się w przyzwoitym mieszkaniu niezniszczonego Krakowa, zapewne zaczął chodzić do szkoły i nikt go chyba nie prześladował. Potem – nieco więcej rozumiejąc – przetrwał stan wojenny i cieszył się zmianą ustroju.
Druga polityczna fantazja – to totalna negacja tego okresu , traktowanie go jako okupacji, zniewolenia, niszczenia narodowej kultury w sposób ciągły, taki sam w latach czterdziestych, pięćdziesiątych jak i si3demdziesiątych. Zapominanie o ogromnym wysiłku powojennej odbudowy, podniesienia z ruin stolicy kraju, przeniesieniu kilku milionów obywateli ze wschodu na zachód Polski w nowych granicach – zafundowanych nam przez Wielką Trójkę.
I trzecia – że ci, którzy wtedy pracowali, uczyli się, byli w wojsku, kierowali przedsiębiorstwami, byli sędziami i prokuratorami albo „łajdaczyli się” na zagranicznych placówkach – wysługiwali się komuchom. A komuch – czyli komunista albo socjalista – zawsze zasługuje na potępienie.. Nie chodzi do kościoła ani na pielgrzymki, nie spowiada się, toleruje jakieś LGBT i ośmiela się poprawiać naturę wspierając takie fanaberie jak „in vitro”. To źli ludzie. Jedynym dobrym socjalistą był Piłsudski, ale jak już zdobył władzę, to mu przeszło.
Selektywna pamięć młodzieży
Nie dostrzeganie zasadniczych różnic między okresami istnienia PRL dowodzi albo braku wiedzy, albo jest celowym manewrem zmierzającym do zohydzenia w oczach dzisiejszej młodzieży wszystkiego, co działo się w Polsce od końca wojny, do 1990 roku. Pod naciskiem propagandy w umysłach młodych ludzi stopniowo giną takie nazwiska jak Bierut, Świerczewski, Moczar, Gomułka, Spychalski, Gierek, Cyrankiewicz czy Jaroszewicz. Ginie też obiektywna ocena zarówno ich błędów jak i osiągnięć. Pozostają natomiast mniej lub bardziej wyostrzone obrazki okresu pustych półek w sklepach, cenzury, śledzenia przez UB, niszczenia jedynie sprawiedliwych żołnierzy wyklętych, braku możliwości swobodnych wyjazdów zagranicę i obecności sowieckich garnizonów.
Prawda – PRL nie była państwem w pełni suwerennym. Ale rzeczywiste, czasem krwawe, prześladowania dążących do przywrócenia suwerenności i inaczej myślących były w pierwszych latach powojennych, zmniejszały się do 1956 roku i po tym roku przekształciły się w walkę polityczną, wspieraną utrudnianiem życia oponentów. Zakres suwerenności wyraźnie się zwiększył. W praktyce wpływ wielkiego sąsiada był odczuwalny głównie w sferze militarnej.
Wesoły barak
O nastrojach ludności decydowały – jak wszędzie i zawsze na świecie – rynek i osiągalny poziom życia oraz stosunki między władzą i „szeregowymi” obywatelami.
W ostatnich 10 latach PRLu, czyli w czasie dekady Gierka, rynek nie był tak asortymentowo urozmaicony, jak rynki krajów zachodniej Europy i nawet nieco gorszy, niż w trzech bardziej rozwiniętych krajach „obozu” – Czechosłowacji, na Węgrzech i w NRD. Brakowało towarów z importu, ale nie było istotnych problemów w kupieniu tego, co było potrzebne do godziwego życia. Dzisiejsze opowiadania o pustych półkach są reminiscencją końca tej dekady – dynamicznego wzrostu Solidarności jako związku zawodowego i stanu wojennego. Najpierw masowe strajki niemal zatrzymały gospodarkę, potem – w stanie wojennym – pracowano mniej wydajnie, załamało się centralne sterowanie niemal wyłącznie państwowymi przedsiębiorstwami i dotykały nas międzynarodowe sankcje.
Problemy rynkowe tonowała wzrastająca skala wolności obywatelskiej i zmieniający się stosunek obywateli do „władzy”. W tym zakresie po 1956 roku byliśmy najlepsi w socjalistycznym „obozie”. Mieliśmy najodważniejsze kabarety polityczne, filmy Barei z satyrycznym spojrzeniem na rzeczywistość, filmy Wajdy takie jak „Człowiek z marmuru” czy „Popiół i diament”, odważne tygodniki i względnie obiektywną codzienną prasę, radio i raczkującą telewizję.
Wprawdzie niedługo po naszym październiku przeżywaliśmy węgierską tragedię i ustawialiśmy śię w kolejkach, aby oddać krew dla Węgrów, ale potem stopniowo wracała w Europie i w USA opinia, że jesteśmy „najweselszym barakiem”.
Atmosfera w tym „baraku” była na tyle dobra, że mimo narastającej niechęci do ustroju i prześladowania niektórych działaczy opozycyjnych, odnoszę wrażenie, że ówczesna władza zdecydowanie mniej się bała „suwerena”, niż obecna. Najdłużej „panujący” premierzy w PRLu – Cyrankiewicz i Jaroszewicz – jeździli z dwu – trzyosobową ochroną, czasem tylko z kierowcą z BORu. Było tajemnicą poliszynela, że Cyrankiewicz niekiedy uciekał ochronie, potrzebując chwil prywatności.
Czy ja bronię PRLu? Nie zamierzam bronić aparatu państwa i tych, którzy rządzili krajem do 1956 roku. Ale byłem na wiecu „powitalnym” Gomułki pod pałacem Kultury, wśród prawie pół miliona Polaków wierzących, że następuje odwilż. Nigdy w starej i współczesnej historii Polski nie zebrało się spontanicznie tak wielu ludzi. Poczuli dumę z tej bezkrwawej rewolucji i mieli nadzieję, że wszystko będzie inaczej. Kiedy Gomułka z licznymi specjalistami jechał do Moskwy na trudne rozmowy gospodarcze, na niektórych stacjach wśród pozdrawiających tłumów byli księża, błogosławiący przejeżdżający pociąg.
Czy się zawiedli? Trochę tak, ale mimo wszystko żyli już w innym kraju. Zwolniono więźniów politycznych, cenzura formalnie nadal istniała, ale rzadko się wtrącała. Zaprzestano prób kolektywizowania gospodarstw rolnych. Stosunki władzy z kościołem nie były zbyt gorące, ale mieściły się w granicach „pokojowej, wzajemnej tolerancji. Otworzono zielone światło dla rzemiosła, które w wielu przypadkach przybierało charakter małych przedsiębiorstw. Zwiększano samodzielność kierownictw państwowych zakładów przemysłowych. Dyrektorzy stawali się coraz bardziej menadżerami, a nie urzędnikami realizującymi wyłącznie „zadania planowe” określone przez ministerstwa i działającą wówczas Komisję Planowania.
Manipulowanie historią
Sądzę, że nasi prawicowi politycy popełniają błąd manipulując najnowszą historią i usiłując nam wmawiać, że PRL nie była państwem. Była – zależnym i słabym, popełniającym tragiczne błędy, ale usiłującym odbudować Polskę i przeprowadzić ją bez większych strat przez trudny okres zimnej wojny i narzuconego systemu zarządzania gospodarką. Ten błąd „zjednoczonej prawicy” można zrozumieć, traktując go jako element walki politycznej. Ale znacznie większym błędem jest lekceważenie wysiłków milionów obywateli tego państwa, którzy w niesprzyjających warunkach budowali setki tysięcy mieszkań, nowe zakłady przemysłowe, kościoły i obiekty sportowe. W tym państwie – jak już wspomniałem – ktoś musiał także być sędzią, milicjantem, żołnierzem. Można mu zarzucić, że coś zrobił źle. Ale nie można go potępiać, że żył i pracował.

Poland made in USA

Polska coraz bardziej upodabnia się do Stanów Zjednoczonych. Do takiego wniosku dochodzi szewc Fabisiak zwłaszcza, lecz nie tylko, na podstawie wyborów prezydenckich.

Szewc Fabisiak zauważa, że kampania oraz cała jej otoczka zostały zaimportowane z USA. Najpierw były partyjne konwencje utrzymane w iście zaoceanicznym stylu. Następnie kandydaci ochoczo brali udział w wiecach wyborczych otoczeni rojem swoich zwolenników trzymających tablice z nazwiskami swoich faworytów i wykrzykujących ich nazwiska bądź imiona tudzież skandujących odpowiednie hasła w odpowiednich momentach.
Tego rodzaju pijar miał znaczenie czysto propagandowe mające uzmysłowić oglądających te imprezy telewidzom jak wielkim poparciem cieszą się widoczni na ekranach politycy. W założeniu miało to zapewne na celu dalsze mobilizowanie zwolenników czy też pozyskiwanie nowych. Szewc Fabisiak uważa jednak, że tego typu mało wysublimowane zagrywki mogą niekiedy dać efekt odwrotny od zamierzonego. Otóż zwolennicy danego kandydata mogą dojść do wygodnego dla siebie wniosku, że skoro ich faworyt ma tak wielkie poparcie to mój jeden głos będzie miał niewielkie znaczenie a ja w tym czasie będę mógł sobie celebrować niedzielny wypoczynek.
W przekonaniu o bardziej propagandowym niż merytorycznym charakterze kampanijnych spotkań szewca Fabisiaka utwierdza ich typowo wiecowy charakter. Taki wiec ma bowiem postać monologu a nie rozmowy. Kandydat nie pyta się potencjalnych wyborców o to czego od niego oczekują, czy też tego jak odnoszą się do jego programowych zapowiedzi natomiast wyborcy nie mają możliwości spytania się go o cokolwiek. Służą jedynie jako tłumna ilustracja jego poparcia.
Nieco poza ten schemat wyszło spotkanie prezydenta z mieszkańcami Końskich nie wiedząc czemu nazwane telewizyjną debatą. Pytania, zarówno zadawane przez mieszkańców, jak i nadsyłane drogą internetową – były na tyle retoryczne, że odpowiedzi na nie można było z góry przewidzieć. Bardziej obiektywna była zastępująca debatę konferencja prasowa Rafała Trzaskowskiego w Lesznie, gdzie do głosu dopuszczono propisowskie media. Jednak w przypadku obydwu tych „debat” pytania były tak formułowane aby kandydatom dać możliwość powtórzenia po raz kolejny tego, co już mówili podczas kampanii wyborczej. Idea publicznej debaty kandydatów pojawiła się w USA już w XVII wieku i w międzyczasie stała się światową normą. Przyjęła się też w Polsce, jednak tylko do czasu. Bowiem, jak zauważa szewc Fabisiak, w roku 2020 Polska wniosła istotny wkład w poszerzenie demokratycznych procedur o debatach nad debatą,
O ile przetransferowanie na polski grunt wyborczych debat sprawia duże trudności, to całkiem sprawnie wychodzi adaptowanie obyczaju eksponowania w kampanii żon kandydatów. Szewc Fabisiak zwraca jednak uwagę na to, że w Stanach służą one dla nich głównie za tło, natomiast u nas zbyt często dopuszczane są do głosu przez co czasem bardziej szkodzą niż pomagają swoim współmałżonkom. Jeden z przykładów: zona Kosiniaka-Kamysza w wyborczym spocie twierdziła, iż jej mąż jest jedynym kandydatem ubiegającym się o prawa kobiet, podczas gdy o równouprawnieniu płci mówił kilka minut wcześniej Robert Biedroń. Oczywiście pani Kosiniakowa nie mogła znać tej wypowiedzi, jednak wystarczyło elementarne zapoznanie się z podstawami programowymi innych kandydatów.
Małżonka prezydenta nazywana jest na wzór amerykański Pierwszą Damą co ma ją wyróżniać spośród innych kobiet, które co prawda też są damami, lecz jakby drugiej kategorii. Polska Damę Nr 1 stawia się na piedestale władzy a także formułuje się pod jej adresem wymagania, postulaty i oczekiwania. Tym czasem z punktu widzenia konstytucji Polish First Lady jest zwykłą obywatelką bez dodatkowych uprawnień i obowiązków. Niepełni żadnej funkcji z nominacji ani z wyboru. Za wyjątkiem wyboru jakiego dokonał jej życiowy partner. Ewentualnie to ona go sobie wybrała.
Analogie pomiędzy Polską a USA są też widoczne w układzie sił politycznych. W obydwu krajach dominują dwa ugrupowania z których jedno jest bardziej konserwatywne (Republikanie), zaś drugie bardziej liberalne (Demokraci). Analogia do PiS i PO narzuca się sama przez się – zauważa szewc Fabisiak. Co ciekawsze, zarówno u nas jak i za oceanem jest bliźniaczo podobny rozkład sił w parlamencie. Różnica polega jedynie a tym, że w Stanach demokraci mają większość w ichnim sejmie – Izbie Reprezentantów a konserwatyści w Senacie, zaś w Polsce jest na odwrót.
Polska jednak czymś się różni od Stanów Zjednoczonych. Tam co prawda jest taka sama liczba senatorów, jednak parlamentarna izba niższa liczy tylko 435 deputowanych, choć to kraj znacznie ludniejszy – porównuje szewc Fabisiak. Zauważa też, że przed kilkoma laty dało się zauważyć zjawisko dezamerykanizacji na rzecz restalinizacji. Otóż w PRL po reformie administracyjnej funkcjonowało 49 województw co odpowiadało ówczesnej liczbie amerykańskich stanów. W RP zredukowano liczbę województw do 16 tj. do tylu ile było radzieckich republik związkowych w czasach Stalina.

Demokracja albo (jej) śmierć

Nie czas na owijanie w bawełnę i bawienie się w subtelne analizy publicystyczne, a tym bardziej na eufemizmy maskujące istotę rzeczy.

Rozważanie, czy i na ile ewentualna prezydentura Rafała Trzaskowskiego może konweniować z programem lewicy nie ma w tym momencie sensu. Nie czas żałować róż, gdy płonie las. Stawką w tych wyborach nie jest już taki czy inny punkt programu takiego czy innego kandydata, lecz przetrwanie polskiej demokracji, praw i wolności. Znaleźliśmy się w sytuacji, którą zwykło się określać jako „wóz albo przewóz”. Racją lewicy jest dziś przeciwstawienie się, wraz z milionami wyborców, recydywie prezydentury Dudy, która będzie oznaczać domknięcie i zaspawanie autorytarnej, systemowej władzy PiS oraz personalnej władzy Kaczyńskiego na czas tak długi, że istnieje śmiertelne niebezpieczeństwo dla polskiej demokracji i wolności. Doświadczenie węgierskie uczy, że władza o takich antydemokratycznych instynktach wykorzystuje drugą kadencję niepodzielnej władzy na takie zabetonowanie systemu, od którego nie będzie już odwrotu w drodze kolejnych wyborów. Samo bowiem tylko zachowanie formalnego systemu wyborczego nie zmieni faktu, że w międzyczasie autorytarna władza skorzysta z kolejnych kilku lat aby bezwzględnie opanować wszystkie instytucje państwa i zdemontować wszystkie instrumenty kontroli władzy. Wtedy prawdziwie wolne, demokratyczne, równe, zwyczajnie nie będą już możliwe. Będą jedynie pozorem takich wyborów.
Co oznacza wybór Dudy na kolejną kadencję?
Po pierwsze i przede wszystkim oznacza wybór człowieka, który szereg razy złamał Konstytucję. Profesor prawa Uniwersytetu Łódzkiego Anna Rakowska-Trela sformułowała katalog, w którym stwierdziła, że samym tylko sposobem powołania I Prezesa Sądu Najwyższego Duda złamał dziewięć następujących artykułów Konstytucji RP: art. 183 ust. 3, art. 178 ust.1, art. 179 w zw. z art.187, art. 10, art. 173, art. 126 ust. 1 i 2, art. 45 ust.1, art. 144 ust.1, art. 7, art. 2. Jest to zresztą niejako nieuchronną konsekwencją szeregu uprzednich deliktów konstytucyjnych Dudy. Nie ma najmniejszego powodu, by sądzić, że nie będzie on w przyszłości kontynuował tego procederu. Oznacza to ponowne powierzenie prezydentury osobie, która zamiast pełnić przypisaną prezydentowi misję scalania społeczeństwa, w agresywny sposób wrogo je segreguje, a każdą z posegregowanych cząstek zamyka (werbalnie – ale słowa prezydenta mają wielką nośność polityczną i psychospołeczną) w gettach.
Po drugie, wybór Dudy oznacza rozhuśtanie na wielką już i niczym niepohamowaną skalę, fali represji policyjnych, z których licznymi „próbkami” mieliśmy już do czynienia podczas pierwszej fazy epidemii. Takie na przykład formy ekspresji politycznej, jak samotny protest młodej kobiety pod siedzibą III Programu Polskiego Radia, która za to tylko, że jeździła rowerem z dalekim od drastyczności hasłem została zatrzymana i zawleczona siłą do radiowozu czy noszenie koszulek n.p. z napisem „Konstytucja” nie będzie już możliwe bez uniknięcia interwencji policyjnej (tak już było, ale stanie się już rutynową praktyką), a następnie dalszych konsekwencji prawnych w postaci – w najlepszym razie – wysokiej grzywny. Te represje nie będą już „punktowe”, wybiórcze, lecz staną się zmasowaną, rutynową praktyką „od A do Z”. I niech nikogo nie zmyli zasadniczy fakt braku represji w stosunku do uczestników wieców wyborczych kandydatów opozycyjnych czy w stosunku do kontrdemonstracji na wiecach poparcia dla Dudy. W tym momencie władza nie mogła sobie jeszcze na to pozwolić. Jestem przekonany, że po zabetonowaniu systemu, za lat pięć, policja będzie rozpraszać z użyciem brutalnej siły także demonstracje opozycyjnych kandydatów, jeśli tacy będą, a już na pewno kontrdemonstracje. W tę praktykę zostanie w znacznie większym niż dotychczas stopniu włączona prokuratura.
Po trzecie, aby poszerzyć sobie możliwość takich praktyk, władza PiS dokończy pacyfikacji wymiaru sprawiedliwości czyli sądów. Dotychczasowy opór znaczącej części środowiska sędziowskiego, wspierany demonstracjami obrońców praworządności oraz mitygującymi posunięciami instytucji unijnych, pohamował do pewnego stopnia część autorytarnych zapędów władzy w stosunku do sądownictwa. Było to źródłem jednej z głównych frustracji pisowskiej władzy i nie będzie ona już chciała to upokorzenie ponownie przeżywać. Tym razem władza PiS uderzy w sądy brutalnie, bezwzględnie, bez oglądania się na cokolwiek, z instytucjami unijnymi włącznie. Praktyka nauczyła ich, że taktyczna, relatywna oględność nie pomaga osiągnąć założonych celów. Teraz będą działali metodą „po nas choćby potop”, „niech się dzieje co chce”. Od ponad roku na biurku Zbigniewa Ziobry leży projekt totalnej pacyfikacji sądownictwa ukryty pod maską zmiany jego struktury. O istnieniu tego projektu, który zmierza do totalnego zniewolenia sędziów, przypomniał kilka dni temu w rozmowie w TVN24 były I Prezes Sądu Najwyższego, prof. Adam Strzembosz. Do tej pory władza nie „odpaliła” tego planu, bo w perspektywie były wybory prezydenckie i bieżący opór sędziów. Gdy tylko wygra Duda, a system zostanie domknięty i zabetonowany, dojdzie do „odpalenia” tego planu. Niejako ubocznym tego skutkiem będzie fala korupcji w cieniu władzy, rozrost szumowszczyzny i misiewiczostwa, gdyż w obliczu szans na bezkarność i parasol władzy, śmiało wypłyną na wierzch szumowiny. Może to stać się początkiem budowy systemu oligarchicznego na modłę n.p. Węgier Orbana, od którego Polska do tej uniknęła.
Po czwarte, w czasie całej poprzedniej kadencji władzy PiS i kadencji Dudy, w kręgach władzy powracał co pewien czas wątek „reformy” systemu mediów, często ukrywany pod hasłem tzw. „dekoncentracji” i „polonizacji”, w rzeczywistości będący zamysłem pacyfikacji wolności słowa w Polsce. Zwycięstwo wyborcze PiS jesienią 2019 roku na krótko zdjęło to hasło z ich agendy, poza jednorazową kolizją z TVN24, wyciszoną przez ambasador USA w Warszawie. Kwestia ataku na wolność mediów wróciła kilka dni temu, po głośnym tekście dziennika „Fakt” w sprawie ułaskawienia pedofila przez Dudę, przy akompaniamencie absurdalnych i prymitywnych haseł antyniemieckich, skierowanych, bądź co bądź, przeciwko najważniejszemu partnerowi Polski w Unii Europejskiej. Po zabetonowaniu systemu, władza PiS nie będzie się już liczyła z żadnym oporem. Uzna, że ostateczny efekt polegający na pacyfikacji mediów (na Węgrzech istotnych mediów opozycyjnych, poza niszowymi, już nie ma) wart jest zniesienia nawet intensywnej burzy medialnej. Po złamaniu najsilniejszych mediów opozycyjnych przyjdzie czas także na mniejsze środowiska medialne, rozgłośnie, portale czy gazety, takie choćby jak „Trybuna”.
Po piąte, w ślad za tym pójdzie pacyfikacja wszystkich wolnościowych, głównie formułowanych przez lewicę, nadziei na poszerzenie praw i wolności obywatelskich oraz indywidualnych, takich jak n.p. poszerzenie praw kobiet, prawa do in vitro (Duda jako poseł PiS opowiadał się za projektem karania za zapłodnienie pozaustrojowe) i wszelkich innych praw z tego zakresu. Za niemal pewne uważam wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, choćby dla częściowej neutralizacji Konfederacji, dla obejścia jej z prawej strony. Nie można też wykluczyć ograniczenia prawa do rozwodów oraz umocnienia religii w szkole, a także zwiększenia transferów finansowych na rzecz Kościoła kat. Bezwzględnie tępione też będą ruchy społeczne w rodzaju Strajku Kobiet, a organizacje pozarządowe czeka los podobny do węgierskiego.
Po szóste, konsekwencją tego będzie pogłębienie zagranicznej izolacji Polski, jej postępująca izolacja i marginalizacja w Unii Europejskiej. Do tego dojdzie izolacja Dudy nie tylko za legitymizowanie łamania praworządności, ale za jego ostentacyjną homofobię, która w UE jest szczególnie źle odbierana. Wiele na to wskazuje, że skutkiem tego będzie nie tylko faktyczne osłabianie pozycji Polski w strukturach Unii ( z czasem mogą zaistnieć warunki do jej formalnego wyjścia z tej „wyimaginowanej wspólnoty”), ale także, w perspektywie krótkofalowej, odcięcie Polsce funduszy z powodu łamania praworządności. Przyjęcie mechanizmu oznaczającego powiązania przestrzegania praworządności z prawem do pozyskiwania funduszy unijnych jest już przesądzone. Trwają tylko prace nad kryteriami w oparciu, o które będzie to realizowane.
Po siódme wreszcie – władza PiS wszystko to będzie musiała uczynić również z powodu kryzysu ekonomicznego, który jest już ante portas, głównie w wyniku pandemii. Ukrywanie przed Senatem stanu finansów publicznych jest jednym z pierwszych jawnych, ostrzegawczych sygnałów, że „coś się święci”. Władza PiS, aby utrzymać władzę w obliczu zbliżającego się załamania gospodarczego oraz wynikającego z niego nieuchronnie kryzysu budżetu, musi zawczasu uszczelnić, zabetonować, zaspawać system represji. Z tym zabetonowaniem systemu PiS musi się śpieszyć. Wie bowiem, że jeśli nie zdążą, względnie jeśli Duda przegra wybory, jedyną perspektywą, jaką się przed nimi otworzy, będą cele zakładów karnych i sale Trybunału Stanu.
Czy ten czarny scenariusz po ewentualnej wygranej Dudy spełni się na pewno? Pewne jest tylko to, że umrzemy i że zawsze mogą się pojawić nieprzewidziane czynniki typu „ipsylon”, ale skala i układ realnych czynników wskazują, że prawdopodobieństwo przedstawionego wyżej możliwego przebieg zdarzeń graniczy z pewnością. Dlatego do białej irytacji doprowadzają mnie ci komentatorzy, także ci krytyczni wobec PiS, którzy w swoich ocenach używają łagodnych, „symetrystycznych” określeń, takich, jakbyśmy mieli do czynienia ze zwykłą rywalizacją dwóch sił demokratycznych. Ci, którzy tak definicją sytuację, w której się znaleźliśmy, nie wiedzą co czynią. Mamy bowiem do czynienia, w postaci PiS, nie z demokratycznym rywalem, lecz z gotową na wszystko polityczną bestią, poza wszystkim skupiającą zarówno funkcjonariuszy, jak i zwolenników o mentalności autorytarnej, wrogiej demokracji jako takiej i czekającą na najbliższą możliwą okazję, by ją unicestwić. Są też tacy, którzy swój optymizm opierają na wyliczeniach, z których zdaje się wynikać, że liczbowy układ sił wyborczych między PiS a anty-PiS jest mniej więcej „remisowy”, wyrównany. Ergo – z takiej równowagi ma wynikać niemożność spacyfikowanie społeczeństwa, bo sama fizyczna siła oporu jest zbyt duża. Nie liczyłbym na to. W odróżnieniu od jednolitej, nakręconej kompleksami, resentymentami i zwykłą nienawiścią masy wyborczej PiS – „druga połowa”, czyli anty-PiS jest niespójny, wielobarwny, mało karny, wewnętrznie zróżnicowany, mało zideologizowany. W sytuacji silnego podkręcenia śruby, bez okoliczności popychających do mobilizacji wyborczej szybko zacznie się wykruszać, schładzać, szukać sobie sposobu życia i przetrwania w zaistniałych warunkach, „urządzania się w dupie”, jak to ktoś dosadnie określił. Wiele o tym mogą powiedzieć losy Komitetu Obrony Demokracji, który wystartował jak dynamiczna rakieta niemal nazajutrz po wyborach 2015 roku i wydawał się być nadzieją na potężny, opozycyjny ruch obywatelski, by po niespełna trzech latach zgasnąć jak wypalony ogarek. Nie róbmy więc sobie złudzeń. Tylko prezydentura Rafała Trzaskowskiego, jakakolwiek będzie w praktyce, daje nadzieję na ocalenie polskiej demokracji, praw i wolności. Tylko ona da silny impuls do rozszczelnienia autorytarnego uścisku w którym PiS zamyka Polskę. W przeciwnym razie – marny nasz los.

Bezpieczeństwo narodowe jest podstawą stabilności i dobrobytu Hongkongu

28 maja podczas trzeciej sesji OZPL XIII kadencji przegłosowano decyzję o upoważnieniu Stałego Komitetu Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych do sformułowania odpowiednich przepisów dotyczących ustanowienia i usprawnienia systemu prawnego i mechanizmu wykonawczego w Specjalnym Regionie Administracyjnym Hongkong w zakresie ochrony bezpieczeństwa narodowego.

Decyzja ta zyskała szerokie poparcie osób ze wszystkich grup etnicznych w całym kraju, w tym z Hongkongu, spotkała się również z szerokim zainteresowaniem i wzbudziła dyskusje wśród międzynarodowej opinii publicznej. W tym miejscu chciałbym podzielić się z polskimi przyjaciółmi kilkoma poglądami dotyczącymi tej sprawy.
Po pierwsze prawodawstwo w Hongkongu w zakresie bezpieczeństwa narodowego jest absolutnie niezbędne i wymaga podjęcia natychmiastowych działań. Podstawową przesłanką istnienia i rozwoju państwa jest jego bezpieczeństwo narodowe, wszystkie kraje świata wydają przepisy prawne stanowiące w tym względzie. Jednak z różnych powodów Hongkong zajął miejsce pośród regionów posiadających wątłe systemy prawne i mechanizmy wykonawcze w zakresie utrzymania bezpieczeństwa narodowego oraz pośród tych o najsłabszym systemie ochrony bezpieczeństwa narodowego. W 2019 roku podczas „huraganu poprawek” radykalne i separatystyczne siły ruchu “niepodległości Hongkongu” nawoływały do uzyskania niepodległości przez Hongkong. Brutalne działania terrorystyczne nasilały się gwałtownie, a siły zewnętrzne zuchwale wtrącały się w sprawy miasta, rzucając poważne wyzwanie doktrynie „jeden kraj, dwa systemy” i realnie zagrażając bezpieczeństwu narodowemu. W pełni obnażono istniejące i wyraźne luki i niedoróbki prawne w Hongkongu na płaszczyźnie utrzymania bezpieczeństwo narodowego. Nie ma państwa, które zignorowałoby nielegalne działania godzące w jego własne bezpieczeństwo narodowe. W sytuacji, gdy bezpieczeństwo narodowe znajduje się w bezpośrednim zagrożeniu i doznaje uszczerbku, a rząd miejscowy nie jest w stanie ukończyć prac legislacyjnych nad przepisami dotyczącymi jego ochrony, Rząd Centralny jest zmuszony do ustanowienia i poprawienia z poziomu centralnego systemu prawnego i mechanizmu wykonawczego dotyczących utrzymania bezpieczeństwa narodowego w Specjalnym Regionie Autonomicznym Hongkong i stworzenia tym samym swoistego bastionu bezpieczeństwa. Są to wspólne nadzieje żywione przez 1,4 mld Chińczyków, do których zaliczają się również rodacy z Hongkongu.
Po drugie, co racjonalne i zgodne z prawem, rząd centralny jest odpowiedzialny za ochronę bezpieczeństwa narodowego. W każdym państwie na świecie stanowienie prawa dotyczącego bezpieczeństwa narodowego jest uprawnieniem ustawodawcy krajowego. Rząd Centralny ponosi największą i ostateczną odpowiedzialność za bezpieczeństwo narodowe lokalnych regionów administracyjnych, co stanowi podstawową teoretyczną zasadę suwerenności narodowej i jest powszechną praktyką we wszystkich krajach na świecie. Art. 31 Konstytucji ChRL stanowi, że system wprowadzony w specjalnym regionie administracyjnym będzie określony ustawą Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych z uwzględnieniem szczególnych okoliczności. Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych, jako najwyższy organ państwowy, uwzględniając faktyczną sytuację i potrzeby, może wykonywać wszystkie niezbędne uprawnienia oraz obowiązki związane z utrzymywaniem bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu zgodnie z Konstytucją i Ustawą Zasadniczą miasta, a w tym tworzenie przepisów bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu oraz budowanie odpowiednich systemów prawnych i mechanizmów egzekwowania prawa.
Po trzecie, bezpieczeństwo narodowe gwarantuje, że doktryna „jeden kraj, dwa systemy” będzie realizowana regularnie i długoterminowo, a Hongkong cieszyć się będzie stabilnością i dobrobytem. Bezpieczeństwo narodowe jest osią doktryny „jeden kraj, dwa systemy” i podstawą jej istnienia. Ustawodawstwo Hongkongu dotyczące bezpieczeństwa narodowego chroni suwerenności, jedności i integralności terytorialnej kraju i zapewnia, że realizacja doktryny „jeden kraj, dwa systemy” nie jest zniekształcona ani zdeformowana. Przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego wymierzone są przeciwko bardzo niewielu aktom poważnie zagrażającym bezpieczeństwu narodowemu. Nie zmienią one systemu społecznego ani prawnego Hongkongu, nie wpłyną również na wysoki stopień autonomii miasta. Od momentu powrotu Hongkongu do Chin mieszkańcy miasta korzystali z najszerszych praw i wolności w historii. Przepisy dotyczące bezpieczeństwa narodowego umożliwią jeszcze lepsze korzystanie z tych praw i wolności w bezpiecznych okolicznościach. Jednocześnie nastąpi poprawa nastrojów społecznych związanych z wymianą i współpracą zewnętrzną z Hongkongiem, wyeliminowane zostaną obawy związane z niepokojami społecznymi w mieście, chronione będą uzasadnione prawa i interesy pochodzących z różnych krajów instytucji i ich personelu w Hongkongu, stworzone zostanie jeszcze korzystniejsze środowisko biznesowe dla inwestorów, a wszystko to przyczyni się do utrzymania długoterminowego dobrobytu i stabilności Hongkongu.
Po czwarte determinacja Chin w przeciwstawianiu się ingerencji sił zewnętrznych w sprawy Hongkongu jest niezachwiana. Hongkong to Specjalny Region Administracyjny Chin i lokalny region administracyjny pozostającym bezpośrednio pod władzą Rządu Centralnego ChRL. Ustawodawstwo Hongkongu dotyczące bezpieczeństwa narodowego należy wyłącznie do spraw wewnętrznych Chin i żadne siły zewnętrzne nie są uprawnione do interwencji. Niektóre kraje ogłosiły dziesiątki przepisów dotyczących bezpieczeństwa narodowego, starając się stworzyć własną „żelazną” siatkę bezpieczeństwa, równocześnie nalegając na „wycinanie dziur” i osłabianie chińskiej sieci bezpieczeństwa narodowego. Wskazują one palcem na przepisy bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu i wysuwają nieprzemyślane i nieodpowiedzialne komentarze, a nawet posuwają się do gróźb i zastraszania. Stosowanie takich podwójnych standardów i kierowanie się logiką hegemoniczną w pełni ujawnia ich prawdziwy cel, którym jest stłumienie i zatrzymanie rozwoju Chin. Chiny są zdeterminowane, pewne siebie i zdolne do obrony narodowej suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych.
Cieszę się, że w ostatnich latach Polska i Hongkong zbliżyły się na płaszczyznach wymiany i współpracy, a obroty handlowe między stronami utrzymały średnią roczną stopę wzrostu na poziomie 6,7% w latach 2014-2019. Stabilność Hongkongu leży we wspólnym interesie Chin i Polski. Chiny będą w dalszym ciągu zgodnie z prawem chronić interesów różnych krajów (w tym Polski) w Hongkongu, będą nadal rozszerzać pragmatyczną współpracę między Hongkongiem i innymi krajami w dziedzinie gospodarki, handlu, kultury i turystyki. Mam nadzieję, że przyjaciele ze wszystkich środowisk w Polsce dokładnie i właściwie rozumieją doktrynę „jeden kraj, dwa systemy”, szanują i wspierają starania Chin o zgodne z prawem utrzymanie bezpieczeństwa narodowego w Hongkongu oraz razem z Chinami powitają z radością piękną przyszłość Hongkongu- miasta stabilizacji i dobrobytu.

(Przed)ostatnia farsa demokratyczna

Nie powiem jak Marcin Król, że byliśmy głupi bo szanuję jego prawo do samokrytyki. Po za tym, użycie czasu przeszłego, sugerowałoby, że teraz jest jakoś inaczej. A chyba nie jest. Na pewno jednak zasłużyliśmy sobie na stan w jakim żyjemy. To prawda jedni nieco mniej, inni nieco bardziej, ale tak, zasłużyliśmy sobie na pewno.

Nikt nie wyciągnął wniosków z tego, dlaczego 2001 znacząco wygrało SLD, ani dlaczego potem wygrał PiS. Nikt nie wyciągał wniosków z dwuletnich rządów PiS, i nikomu włos z głowy nie spadł za łamanie wtedy prawa. Traktowano PiS jak normalną partię demokratyczną zarówno w czasie gdy pierwszy raz rządziło, jak i gdy straciło władzę. Zapewne dlatego, że ani PO ani PiS nie przywiązywało wagi do programu ani nie specjalnie przejmowało się dobrem publicznym. PO udawało że przestrzega prawa a w 2015 PiS uznało, że nie musi go już przestrzegać. Wystarczało, że mówiło, że przestrzega. Czasem.

W wyniku splotu różnych okoliczności, z których pandemia akurat nie jest najbardziej istotna, znaleźliśmy się w politycznym bagnie. Tak naprawdę nie jest szczególnie ważne czy wybory odbędą się w maju czy w czerwcu oraz czy będzie to głosowanie listowne czy osobiste. Bo nie wybory w demokracji są najważniejsze. Mamy wiele krajów, w których odbywają się głosownia wybory, referenda i nikomu nie przyjdzie do głowy nazywać ich demokratycznymi.

Staliśmy się właśnie takim krajem, z tym, że nie stało się to ani w maju, ani w styczniu ani też w zeszłym roku. Nie stało się też w grudniu 2015 roku, choć to poniekąd miesiąc był symboliczny.

Staliśmy się takim krajem, ponieważ nie przywiązywaliśmy wagi ani do dobra wspólnego, ani do debaty o nim. A właśnie to jest istotą demokracji.

Słychać żale, że nie zbudowano społeczeństwa obywatelskiego. Ale jak miało ono powstać, skoro wszelkimi siłami władzy i mediów budowano społeczność małych i większych egoistów. Skoro patronem III RP jest Margaret Thatcher, to o jakim społeczeństwie mówimy, przecież społeczeństwo nie istnieje, tak jak pieniądze publiczne i dobro wspólne.

Pandemia spowodowała, że cześć jednostek nieistniejącego społeczeństwa zorientowała się, że ludzie są sobie nawzajem potrzebni. Że potrzebne są szpitale, szkoły, komunikacja publiczna, publiczne usługi a nawet, w skrajnych przypadkach potrzebny jest rząd. Taki nam się właśnie zdarzył skrajny przypadek.

I taki dziwny rząd mamy, w którym mówienie prawdy ma charakter przypadkowy lub mimowolny, szacunek nawet do współrządzących występuje w ilościach homeopatycznych a wszystko jest grą o władzę, i pieniądze. Elektorat to coś, co kupuje się pakietami i łudzi reklamą lepszej przyszłości.

I do tego jeszcze pseudowybory, pseudo prezydenta gdzie po jednej stronie mamy naszego ulubionego piccolo duce, a po drugiej… No właśnie… Jego jeszcze mniejsza i młodsza wersja.

Troje kandydatów, chcących powrotu do przeszłości, tej niedalekiej, sprzed paru lat ale jakby nie kojarzyli, że to już zamierzchła epoka.

Pani chwalona za swoich dziadków i dobre geny… prawie jak rasowa klacz ze stadniny pana hrabiego.

Pan z dobrego domu, rodzina inteligencka ale z korzeniami na wsi, prawie sąsiedzi Witosa, dobrzy katolicy.

Pan z telewizji jeszcze lepszy katolik ale prawie reformowany, co prawda testu z demokracji u Locke’a by nie zdał ale taki miły i ma żonę, prawie emancypantkę.

Stawkę uzupełnia kandydat, który nie wiadomo czego chce naprawdę, ale chce dobrze.

Nic dziwnego, że elektorat drobnych egoistów najchętniej zostałby w domu. Tam, gdzie wydaje mu się, że jest względnie bezpieczny. Tak naprawdę, nikt nie chce niczego i nikogo wybierać, skoro i tak nie ma wyboru.

Te wybory, obojętnie czy się odbędą w maju, czerwcu, lipcu czy też zostaną przełożone na dużo później, nie mają większego znaczenia, bo nikt im takiego znaczenia nie chce przyznać. Dla PiS-u to ma być formalność, nawet jeśli od tej formalności zależeć ma jego los. Dla opozycji, spośród której nikt nie potrafi przedstawić alternatywy, to zabieg formalny, który ma pokazać, że pacjent jeszcze żyje. Byłoby może prościej, gdyby nasza klasa polityczna zamknęła się na kwarantannie.

Większość tych, którzy z różnych powodów deklarowali udział w wyborach, odpuścili. Żadne apele tego nie zmienią, bo nie są wstanie przydać sensu tym wyborom. Tym bardziej, że ich przeprowadzenie wydaje się przekraczać możliwości organizacyjne i intelektualne PiS. Bierny opór materii (również ludzkiej) i inercja wystarczą. Są takie chwile w historii, gdy większość ma rację i wtedy trzeba posłuchać większości. Teraz jest właśnie ta chwila a te wybory nie mają sensu. Zostańmy w domu. Możemy zabrać się więc za robienie rzeczy, na które jeszcze mamy wpływ. Dopóki jeszcze mamy. Dbajmy o siebie nawzajem. Z tego może powstać jakieś wspólne dobro. A może nawet i demokracja.

PiS – demokracja – opozycja

25 kwietnia Portugalia świętowała 46 rocznicę puczu wojskowego, który zakończył długie dekady dyktatury Antonio Salazara i jego następców i rozpoczął pokojową Rewolucję Czerwonych Goździków. Pucz uzyskał poparcie całej gamy sił politycznych: od komunistów, przez socjalistów, po chadeków. Ówczesny reżim Estado Novo wykazywał wiele podobieństw do polskiej partii rządzącej: konserwatyzm, klerykalizm, nacjonalizm, nepotyzm, program stagnacji kulturowej i gospodarczej – wszystko naturalnie w imię dobra wspólnego.

Ten kto uważa, że dzisiejsze czasy nie przystają do dawnych systemów, grzeszy naiwnością. Pandemia COVID-19 tworzy nowe perspektywy dla współczesnych Salazarów, a nieefektywne ruchy ugrupowań opozycyjnych tylko pomagają w tym procesie.

Oto newsy wyłącznie z ostatnich kilku dni. Erdoganowska Turcja rozpoczęła dochodzenie wobec burmistrzów Ankary i Istambułu (obaj z opozycji). Przyczyna? Zbiórki pieniędzy na rzecz ofiar koronawirusa – nielegalne według tureckiego reżimu. Oprócz straszenia represjami karnymi, rząd zablokował konta samorządów.

Ostatni krok

Na Węgrzech trwa kolejny etap rozprawy z opozycją – tutaj również na poziomie finansowym. Wiktor Orban, korzystając ze świeżo przyznanych uprawnień do wydawania dekretów, zablokował środki finansowe dla miasteczka Göd, rządzonego przez polityka opozycji. Gmina straci 1/3 dochodów. Mimo wszystko jednak, autorytarni przywódcy niezwykle rzadko sięgają po opcję atomową – bezpośrednie fałszerstwa wyborcze. Taka droga była udziałem wenezuelskiego prezydenta Nicolasa Maduro, którego zwycięstwo w 2018 zostało podważone przez międzynarodowych obserwatorów i samych współobywateli. Kryzys polityczno-ustrojowy nałożył się na krach gospodarczy. Manipulowanie procesem wyborczym stanowi zawsze ostatni krok na drodze do dyktatury i niesie za sobą poważne konsekwencje dla państwa i społeczeństwa.

Prawo i Sprawiedliwość z prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele, zdaje się nie przejmować tą starą prawdą i próbuje zrealizować scenariusz węgiersko-turecki na skróty – z pominięciem procesu wyborczego. Bo właśnie w taki sposób należy określać próbę organizacji całkowicie nieprzygotowanych wyborów korespondencyjnych wbrew orzecznictwu Trybunału Konstytucyjnego które stanowi że zmiany w Kodeksie Wyborczym można wprowadzać nie później niż 6 miesięcy przed wyborami. Co więcej, po raz pierwszy w historii bezprawnych działań, PiS działa w oparciu o nieistniejące prawo. Jak inaczej można nazwać drukowanie kart wyborczych na podstawie ustawy, która nie została uchwalona? Tu już nie ma miejsca na luźne interpretacje prawne, to metody stricte dyktatorskie. Przy wszelkich zastrzeżeniach wobec reżimów w Turcji i na Węgrzech należy pamiętać, że przykręcanie śruby odbywało się tam powoli i w oparciu o minimum prawa, a ich liderzy cieszyli się zdecydowanie wyższym poparciem niż PiS. W ostatnich dniach prawica porzuciła wszelkie pozory legalności w swojej misji reelekcji potulnego Andrzeja Dudy. I nic dziwnego, wybory w sierpniu lub w październiku (jak proponują PSL i Lewica), a nawet za rok (propozycja Platformy Obywatelskiej), niosą ryzyko utraty Dużego Pałacu. Stawką tej gry są dalsze rządy PiS, ale również potencjalna odpowiedzialność karna partyjnych aparatczyków.

Perspektywiczna marginalizacja

Obserwując działania ugrupowań opozycyjnych rodzi się pytanie – czy oni nadążają? Koalicja Obywatelska postanowiła zagrać Jarosławem Gowinem, proponując wybory w maju 2021 roku. Lider Platformy Obywatelskiej Borys Budka zapomniał jednak skonsultować swe działania z resztą partii opozycyjnych, co rodzi obawy że chodzi bardziej o rywalizację na opozycji niż o poważną propozycję współpracy dla ratowania kraju. Co zrobi Gowin i jego grupa? (o ile takowa w ogóle istnieje). PO tkwi w wizerunkowym i sondażowym kryzysie, zarówno sama partia, jak i tragicznie notowana Małgorzata Kidawa Błońska. Narracja o bojkocie pseudo-wyborów nie odniosła skutków politycznych, a jedynie zdemobilizowała wyborców przed dokonaniem jakichkolwiek wspólnych ustaleń zresztą opozycji. Po raz pierwszy od lat, Platforma Obywatelska staje przed perspektywą marginalizacji.

Lewica zareagowała sceptycznie na pomysły PO, zamiast tego proponując wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, wskutek czego wybory zostałyby przesunięte z automatu. Tylko, kto taką decyzję podejmie? Rada Ministrów zdaje się nie być zainteresowana tematem. Na marginesie walki o wybory, Lewica proponuje sporo konstruktywnych propozycji na walkę z kryzysem i pandemią. Niestety, większość z nich ginie w szumie informacyjnym. Przy okazji jednak politycy lewicy stawiają bezkompromisową tezę o braku możliwości rozmowy z Jarosławem Gowinem. Taka linia jest politycznie sensowna w razie implozji projektu „Gowin”.

To nie Lewica będzie odpowiedzialna za zawiedzione nadzieje, a PO. Jeżeli jednak okaże się, że stanowisko Gowina jest na serio i pojawi się szansa na przegłosowanie PiS, nie pozostanie inna droga niż taktyczny sojusz w imię polskiej racji stanu. Każda inna decyzja stanowiłaby polityczne samobójstwo.

Władysław Kosiniak-Kamysz deklaruje, że jest gotów rozmawiać o zmianie konstytucji i o przedłużeniu kadencji obecnego prezydenta o rok. Jednocześnie jednak poparł propozycje Lewicy. W ostatnich dniach odbyła się wspólna konferencja szefa SLD Włodzimierza Czarzastego i lidera PSL z zapowiedzią współpracy i koordynacji działań. To chyba pierwsza jaskółka zmiany i szansa na przejęcie inicjatywy przez te dwa ugrupowania.
Szymon Hołownia, pomimo braku obecności w polskim Sejmie, zyskuje poparcie dzięki emocjonalnym deklaracjom w mediach społecznościowych. Nie odegra żadnej roli w nadchodzącej rozgrywce sejmowej, ale już w walce o prezydenturę – może. Później również, jeżeli zdecyduje się na budowę własnego ruchu.

Same złe wyjścia

Konfederacja stanowi problem dla całej reszty. Ich notowania rosną i choć nie mają żadnego interesu w głosowaniu ramię w ramię z PiS, nikt nie może tego wykluczyć.

Chyba wszyscy są dość mocno podzieleni w kwestii terminu 10 maja. Startować w pseudo-wyborach i legitymować przewrót czy bojkotować, tym samym wzmacniając wynik Dudy? Każda strategia jest zła.
Niezależnie od dość losowej perspektywy odrzucenia lub zmiany poprawionej przez Senat ustawy o głosowaniu korespondencyjnym w Sejmie, opozycja jako całość musi stworzyć nową dynamikę wydarzeń. W tym celu powinna zacząć politykę: rozmawiać z każdym, w tym z Gowinem, a nawet z co bardziej bojaźliwymi posłami PiS. Władza zdaje się być gotowa na wszystko, mówi się o zastraszaniu i przekupywaniu posłów
Porozumienia Gowina. Jednocześnie tłumi się wszelkie przejawy niezależnego myślenia w instytucjach państwowych, o czym przekonała się prokurator Ewa Wrzosek – czeka ją postępowanie dyscyplinarne za wszczęcie postępowania w sprawie nielegalnych działań ministra Sasina.

Ramy pozakonstytucyjne

Tym samym, opozycja musi porzucić naiwne peany na temat potrzeby przestrzegania konstytucji i zdać sobie sprawę którym miejscu jesteśmy. Przecież już od kilku lat Polska funkcjonuje w ramach poza-konstytucyjnych, od kilku tygodni również poza-prawnych. Zamiast powoływać się na konstytucję, liderzy opozycji powinni studiować prace Carla Schmitta (ideologa faszyzmu, analityka upadku demokracji liberalnej).

Niemiecki konstytucjonalista opisał w szczegółach proces odchodzenia od demokracji liberalnej, w stronę jej nieliberalnej wersji, a następnie wprost w objęcia faszyzmu. Należy sobie uświadomić, że w Polsce trwa rozgrywka o władzę, w której wszystkie ruchy są dozwolone. Wygra opcja bardziej elastyczna i bezwzględna – ci którzy znajdą większość w Sejmie lub wykreują taką narrację, która przekona opinię publiczną (zmęczoną pandemią i skołataną sprzecznymi sygnałami różnych ugrupowań) i spowoduje bunt społeczny. Jeżeli okaże się, że wybory odbędą się w terminie letnio-jesiennym, zyskają również ci, którzy będą skłoni rozmawiać bez warunków wstępnych, porzucając przy tym wąskie interesiki partyjne. Ich realizacja i tak nie będzie możliwa w państwie pozbawionym wszelkich demokratycznych bezpieczników.

Należy grać tak, jak przeciwnik pozwala. Tym samym, już nie można przejmować się zaklęciami liberalnej demokracji, trzeba tworzyć fakty polityczne.

Ostatecznie nie wiadomo czy opozycja w ogóle będzie miała wpływ na bieg wydarzeń. Stworzenie nowej większości sejmowej stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Być może jak zwykle o wszystkim zdecyduje Jarosław Kaczyński. Jaki kierunek wskaże i czy uniknie buntu swoich własnych żołnierzy? Nie da się wykluczyć, że to wszystko blef prezesa i od początku nie chciał wyborów w maju.

Farsa pocztowa

Zwyczajnie licytuje wysoko, testując reakcje społeczne i międzynarodowe. Te ostatnie wydają się przychylne – Unia Europejska pozostaje bezwolna, jak zawsze, gdy chodzi o bronienie deklarowanych wartości. Może być też tak, że Kaczyński chce podzielić się odpowiedzialnością i zepchnąć winę za brak możliwości przeprowadzenia wyborów na opozycję. Dotychczasowa historia prezesa pokazuje, że jego najsilniejszy motywator to czysta władza, a ta może szybko wyparować w przypadku całościowej zapaści instytucji państwa.

Wiemy również z poprzednich prób przeciągania struny, że Kaczyński potrafi się cofnąć – zazwyczaj przed oporem i siłą. Paradoksalnie, sam zapędził się w sytuację podbramkową. Jeżeli dojdzie do majowej farsy wyborczej, karty zostaną przedwcześnie odsłonięte.

Rozpocznie się czas quasi dyktatury, kwestionowanej przez inne demokratyczne państwa prawa, dryfującej bez celu w najgorszym możliwym czasie – początku kryzysu gospodarczego i rozkręcającej się epidemii. Jeżeli wybory zostaną przesunięte, oddali się perspektywa gładkiego przejęcia władzy, a kandydaci opozycji zyskają oddech i szansę na zwarcie szeregów. To będzie czas na pozbycie się złudzeń co do sytuacji i rozmowy o współpracy i potencjalnej konsolidacji wokół najlepszej kandydatury. Niezależnie od wyniku, jesteśmy dziś bliżej dyktatury Salazara niż klasycznej demokracji parlamentarnej.

Potrzeba silnej władzy

W trudnych czasach – a któżby zaprzeczył, że takie nadeszły – ludzie spontanicznie garną się ku władzy, szukają w niej oparcia i ratunku przed groźnym nieznanym. Potrzebują silnej władzy. Czym jednak jest „silna władza”?

Jeden z mistrzów czasów mojej młodości, wielki historyk i prawnik Konstanty Grzybowski (1901-1970) pisał o tym tak oto:
„Co to jest silna władza? Nie jest nią każda władza, która przeprowadza to, co chce, zmusza do milczenia przeciwników. Gdybyśmy szukali w wywodach Tacyta – i w wywodach Bobrzyńskiego –odpowiedzi na to pytanie, brzmiałaby ona, po przetłumaczeniu na współczesne pojęcia: taka władza, która ma oparcie w siłach społecznych świadomych tego, czego chcą, i umiejących to, czego chcą, wiązać z poglądami i interesami społeczeństwa jako całości. Silna władza nie przeciwstawia się społeczeństwu, nie narzuca swoich poglądów wbrew opiniom społeczeństwa, ale nagina ich sposób podawania do tego, co w społeczeństwie jest żywe, przekształca to, co jest tradycją w społeczeństwie, zgodnie z tym, w czym widzi współczesne jego potrzeby. I silna władza wie, że musi zaspokoić to, co dana grupa społeczna, na jakiej się opiera, uważa za swe istotne potrzeby. Silna władza w końcu wie, że winna być silna nie tylko wobec nierządzących, ale także wobec swego aparatu wykonawczego, że nie może stać się niewolnikiem tych, którzy mają być narzędziem realizującym jej cele, ale nie narzucać jej kierunku polityki”.
Legitymizacja oparta na prawie
Grzybowski nie odwoływał się tu do wielkiego niemieckiego socjologa Maxa Webera (1864-1920), któremu zawdzięczamy pionierskie rozważania o legitymizacji władzy – niezbędnej, by była ona autentycznie silna poparciem rządzonych, a nie siłą policyjnej pałki. Weber taką legitymizację widział w tradycyjnym panowaniu monarchicznym, w „charyzmie” wodza lub w demokratycznym prawie, przy czym legitymizację opartą na prawie uważał za najtrwalszą i najbardziej odpowiadającą wymogom nowej ery. Przed laty (w „Socjologii polityki” 1999) dodałem do tej typologii czwarty rodzaj legitymizacji – oparcie jej na trwałym sukcesie.
Władza w dzisiejszej Polsce pozuje na silną, ale nią nie jest. Nie jest dlatego, że brakuje jej wszystkich tych warunków, które w nowoczesnym społeczeństwie zapewniają władzy społeczną legitymizację. Wodzem rządzącego ugrupowania jest polityk, który nigdy nie cieszył się wielką osobistą popularnością, a tym bardziej ową „charyzmą” wodzowską, o której pisał Weber odwołując się do greckiego pojęcia „boskiego daru”. Przez pewien czas na rzecz rządzących przemawiały udane posunięcia społeczno-ekonomiczne, którym sprzyjała świetna koniunktura światowa, co dawało pozór sukcesu.
Roztrwaniany zasób
To już przeszłość, gdyż wkroczyliśmy w bardzo trudny czas ekonomicznej recesji. Zarazem widoczna stała się nieudolność aparatu państwowego, który nie przygotował nas na czas epidemii i zbyt długo to zagrożenie lekceważył, co podważyło wiarę w to, że ster spraw publicznych znajduje się w dobrym ręku.
Na rzecz legitymizacji władzy działać więc może jedynie jej legalizm – przekonanie obywateli, że rządzą nimi ci, którzy mają do tego prawo, gdyż wygrali wybory w uczciwy, zgodny z konstytucją i dobrymi obyczajami sposób. Obecnie jednak mamy do czynienia ze zdumiewającym zjawiskiem. Rządzący bez oczywistej potrzeby roztrwaniają ten ostatni zasób legitymizacji. Gdy wprowadzono drakońskie ograniczenia gromadzenia się obywateli, jasne było, że normalna kampania wyborcza staje się niemożliwa, a w konsekwencji pojawia się niczym nie usprawiedliwiona dysproporcja między sytuacją kandydata, który jako urzędujący prezydent dysponuje wszystkimi środkami prezentowania się obywatelom, a jego rywalami. Już wtedy – to znaczy w połowie marca – należało więc odłożyć wybory przez wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, z którym bezspornie – ale tyko faktycznie, nie zaś prawnie – mamy do czynienia.
Zamiast tego rozpoczęto dziwaczną grę ze zmienianą w ostatniej chwili ordynacją wyborczą. Gdy piszę te słowa, nie jest jeszcze przesadzone, co stanie się z pokraczną ustawą o powszechnym głosowaniu korespondencyjnym. Mam nadzieję, że Sejmowi nie uda się uchwalić jej ponownie, jeśli Senat ją odrzuci, lub odrzucić poprawki Senatu, jeśli się one pojawią. Wyraźne są rozdźwięki w Zjednoczonej Prawicy, a Jarosław Gowin podjął własną grę polityczną, która może ten obóz kosztować przegranie sprawy wyborów za pośrednictwem poczty. Taka porażka obozu rządzącego byłaby pierwszym krokiem do zmiany układu władzy, co nie jest jeszcze przesądzone, ale z czym trzeba się liczyć. W każdym jednak razie taktyka Prawa i Sprawiedliwości spowodowała, że partia ta nie może już liczyć na odnowienie mandatu w drodze demokratycznych, przez nikogo nie kwestionowanych wyborów. Z własnej woli (lub raczej z woli jej wodza, któremu nie odważają się sprzeciwić premier i inni dostojnicy) obóz rządzący pozbawił się legitymizacji tak niezbędnej zawsze, ale szczególnie w ciężkich czasach. Trudno to racjonalnie wytłumaczyć.
Rubikon autorytaryzmu
Kryzys legitymizacji władzy będzie się pogłębiał tak długo, jak długo PiS będzie rządził. Ugrupowanie to przekroczyło swój Rubikon i mogłoby się cofnąć tylko w jeden sposób: wymawiając posłuszeństwo Jarosławowi Kaczyńskiemu, co jest mało prawdopodobne, gdyż elita tego ugrupowania jest to takiego buntu organicznie niezdolna. Czeka nas więc trudny okres, w którym autorytarna władza funkcjonować będzie przy coraz słabszej legitymizacji. Oznacza to konieczność zaostrzania represji wobec niepokornych.
Tu jednak czyha pułapka. Im władza jest mniej popularna, tym trudniej jej stosować skuteczne represje. W samym aparacie państwa narasta bowiem niepewność co do dalszych losów, a w niezadowolonej części społeczeństwa – nastrój buntu. To niebezpieczna mieszanka. Starsi pamiętają lekcję kryzysów z lat PRL, młodsi mogą tę lekcję odrobić na własnej skórze.
Jednoznacznie i przekonująco
Opozycja powinna być przygotowana na nadciągające burze. W tej chwili tego przygotowania nie widzę. Sam sprzeciw wobec antydemokratycznych posunięć PiS nie wystarczy, choć jest uzasadniony i konieczny. Jaką jednak opozycja ma koncepcję na najbliższe miesiące? Czy – jeśli wybory miałyby jednak odbyć się w maju – ma zamiar je zbojkotować? Czy – jeśli wybory zostaną odłożone – nadal będzie upierać się przy kilku kandydaturach i kampanii, w której więcej jest sporu w łonie opozycji niż wspólnej walki o odsunięcie PiS od władzy? Czy pokaże, że czegoś się nauczyła z zeszłorocznych wyborów sejmowych, wygranych przez Zjednoczoną Prawicę tylko dlatego, że demokratyczna opozycja zafundowała nam luksus wybierania między trzema listami, które łącznie otrzymały prawie milionową przewagę nad Zjednoczoną Prawicą? Czas najwyższy, by przywódcy opozycji jednoznacznie i przekonująco powiedzieli, jak wyobrażają sobie odsunięcie od władzy partii, której dalsze rządy prowadzą do tak wielkiego kryzysu politycznego, jakiego w naszym kraju nie było od zmiany ustroju.
Słaba a zarazem autorytarna władza jest zagrożeniem dla Polski. Już teraz opozycja powinna stworzyć i pokazać mądry i przekonujący program pozytywny, dla realizacji którego będzie ubiegać się o demokratyczny mandat. Od tego, czy się na to zdobędzie, zależy, jaka Polska wyłoni się z czasu zarazy.
Potrzebny jest więc nowy „okrągły stół” całej opozycji. Powinien on składać się z dwóch członów: stałej komisji wspólnej partii opozycyjnych oraz paru zespołów ekspertów mających za zadanie przygotowanie programu działań gospodarczych i społecznych, reformy ochrony zdrowia, naprawy edukacji oraz wymiaru sprawiedliwości. Myślę, że to właśnie lewica powinna wyjść z tego typu inicjatywą. Inicjatywą, której celem jest danie Polsce autentycznie silnej, bo kompetentnej i demokratycznej, władzy.

Militaryzacja kryzysu

Świat po tym kryzysie będzie jeszcze bardziej podzielony, niesprawiedliwy i nierówny – mówi włoski ekonomista Riccaro Petrella, były doradca przy Komisji Europejskiej.

Na tym etapie pandemii personel medyczny jest nieustannie określany jako żołnierze. Mówi się o tych ludziach, że są „na linii frontu walki z chorobą”. Ciągle mówi się też o potrzebie produkcji zestawów testowych, respiratorów, kombinezonów ochronnych i szczepionek w tym sensie, że musimy być uzbrojeni przeciwko wrogowi – wirusowi . Co ta mieszanka militaryzacji i medycyny oznacza dla naszej przyszłości? Czy pomaga ona w walce z chorobą?
Użycie pojęcia wojny do określenia stanu, w jakim się znajdujemy z powodu pandemii Covid-19, jest nie tylko niewłaściwe, ale i niebezpieczne. Ta wojskowa metafora walki z koronawirusem stworzyła dość niezdrową atmosferę. Podświadomie zasugerowano nam, że u źródła całej katastrofy jest fizyczny wróg, zewnętrzny winowajca. Stąd na początku pojawiły się pretensje wobec ludzi, którzy mieliby popełnić błędy, pracując w laboratorium czy wszelkiej maści historie wietrzące spiski stojące za wybuchem epidemii.
Realistycznie rzecz ujmując można powiedzieć, że militaryzacja służy jako przykrywka, uzasadnienie lub alibi, w celu zminimalizowania lub nawet zaprzeczenia potencjalnej odpowiedzialności, jaką nasze społeczeństwa ponoszą za powstanie i mordercze rozprzestrzenianie się tej pandemii. Ma posłużyć do zmuszenia ludzi do zaakceptowania jako nieuniknionych bardzo ciężkich, negatywnych konsekwencji, jakie pandemia powoduje i będzie powodować. Chodzi o bezrobocie, utratę dochodów, zubożenie, konflikty, nierówności społeczne, niszczenie stylu życia. Ich koszty poniosą najsłabsi, najbardziej zubożali, wykluczeni, „niekonkurencyjni”.
Ostatecznie zmilitaryzowanie walki z pandemią jest przede wszystkim powtórzeniem koncepcji mówiącej, że świat jest teatrem trwałej wojny ekonomicznej o przetrwanie. Jest to, moim zdaniem, powód, dla którego biznes i oligarchie finansowe nalegają na natychmiastowy powrót do pracy i nieprzerwaną kontynuację działalności gospodarczej. Dlatego mówi się, że właśnie gospodarka ma strategiczne znaczenie dla przetrwania poszczególnych krajów.
Co oznacza pandemia i stan wyjątkowy, w który weszliśmy, dla gospodarki UE? Jakie tendencje i reformy wewnętrzne przyspieszy ten kryzys?
Wstępnej odpowiedzi udzieliło porozumienie osiągnięte wieczorem 9 kwietnia przez członków strefy euro w sprawie wspólnej reakcji na pandemię. Ta bardzo oczekiwana decyzja jest niestety przykładem nikłej solidarności między przywódcami UE. Fakt, zwiększono kwotę dostępnych środków finansowych przeznaczonych na działania antykryzysowe. Zgodzono się, że potrzebne jest złagodzenie niszczącego wpływu epidemii na zatrudnienie i dochody pracowników (tzw. pakiet SURE, dający dostęp do kredytów w wysokości 100 mld euro), wspieranie przedsiębiorstw zaprzestających działalności i tracących dochody poprzez utworzenie funduszu EBI w wysokości do 200 mld euro oraz przyznanie pomocy publicznej kwoty o wysokości do 240 mld euro w ramach Europejskiego Mechanizmu Stabilności (słynnego EMS, który od lat jest ostro krytykowany przez postępowe siły europejskie). Są też tradycyjne fundusze europejskie (rolnicze, regionalne itd.), państwom przyznano większą elastyczność w ich wykorzystaniu. Tymczasowo zrezygnowano też z ograniczeń narzuconych przez pakt stabilności, który kilka państw członkowskich uznało za zwyczajnie głupi i antyeuropejski.
W każdym razie decyzje te nie rozwiązują żadnych długoterminowych problemów strukturalnych w architekturze gospodarczej i finansowej UE, która w ostatnich latach znalazła się w centrum debaty politycznej na temat przyszłości Unii oraz politycznej i społecznej wiarygodności jej integracji jako „wspólnoty europejskiej”.
Można powiedzieć, że porozumienie z 9 kwietnia nie było szansą, na którą liczyli obywatele i obywatelki Europy, czyli momentem zainicjowania zmian strukturalnych niezbędnych do ożywienia projektu europejskiego. Europejscy przywódcy przegapili okazję do ponownego określenia roli państwa i społeczeństwa w związku z obecną przewagą prywatyzacji i monetyzacji kolejnych segmentów życia społecznego oraz usług publicznych; do zmiany kryteriów ustalania priorytetów inwestycyjnych. Co z wydatkami na cele wojskowe, czy będą one nadal dominować w wyborach krajowych i stosunkach globalnych? A co ze szkodliwymi wydatkami niszczącymi ekologię, stan gleb, lasów, wód, oceanów – czy zyski finansowe nadal będą przeważać nad prawami i zdrowiem ludzi i innych żyjących na Ziemi gatunków?.
Pozostawienie najsilniejszym państwom swobody decydowania o wykorzystaniu zasobów finansowych i zwiększenie dostępu państw do kredytów, nawet w przypadku euroobligacji gwarantowanych przez UE, zgodnie z obowiązującymi zasadami i przepisami, jest tylko niewielkim krokiem, nadal w interesie biznesu kapitałowego i finansowego. Służy to tylko utrzymaniu nieodpowiedniego i niesprawiedliwego systemu. Jest to również wkład w niszczenie dorobku integracji europejskiej.
Świat wszedł w kryzys gospodarczy, który w najlepszym wypadku będzie tak samo zły jak ten z lat 2007-2008. Nastąpiło również niezwykłe wzmożenie kontroli i represji społecznej. Co będzie oznaczać pandemia, stan wyjątkowy i kryzys gospodarczy dla praw człowieka, demokracji i projektów światowego społeczeństwa obywatelskiego, które pan rozwijał i opisywał?
Moje obawy, że świat, który po pandemii będzie jeszcze bardziej rozdrobniony, nierówny i niesprawiedliwy, są raczej uzasadnione.
Obywatele – tak zwani „ludzie na ulicach” – w reakcji na obecne dramatyczne sytuacje nie skłaniają się ku myśleniu i działaniu w skali globalnej, w kierunku perspektywy równości, ochrony praw człowieka, ratowania natury. Większość z nich troszczy się przede wszystkim o swoją przyszłość, bezpieczeństwo, przetrwanie. Nie bez powodu, biorąc pod uwagę ekonomiczne i finansowe reakcje na koronawirusa w Europie, Stanach Zjednoczonych, Brazylii, Indiach… Wydaje się, że ludzie są spychani znów w kierunku nacjonalistycznych, a nawet ksenofobicznych, rasistowskich zachowań. Opinie wyrażane przez rządzących i przez media tylko się do tego przyczyniają.
Ze względu na swoje niedoskonałości i słabości (żadne finansowe kombinacje nie mogą ich ukryć), jest bardzo prawdopodobne, że porozumienie z 9 kwietnia zostanie łatwo wykorzystane do zaostrzenia wrogości Włoch wobec Niemców i Holendrów i odwrotnie. Podobnie jak w przypadku Włoch, na przykład, pogardy i rasizmu niektórych mieszkańców Północy wobec mieszkańców i mieszkanek Południa kraju.
A co dopiero można powiedzieć o losie 2,1 miliarda ludzi, którzy nie mają dostępu do wody pitnej i 4,2 miliarda, którzy nie wiedzą, czym jest służba zdrowia? Jakie są obecnie radykalne działania mające na celu powstrzymanie czynników, które każdego roku powodują śmierć 7,9 miliona dzieci poniżej piątego roku życia z powodu chorób spowodowanych między innymi brakiem wody pitnej? Gdzie są podejmowane na szczeblu globalnym decyzje, aby powstrzymać niszczenie życia 1,7 miliarda bezdomnych i 2,1 miliarda dorosłych bez odpowiedniej pracy, którzy są wykorzystywani i niechronieni? Gdzie są decyzje o powstrzymaniu, po pandemii, wydatków wojskowych i sprzedaży prywatnemu kapitałowi praw do życia i sztucznej inteligencji?
Aby były podstawy sądzić, że świat po pandemii będzie inny niż przedtem, musiałyby pojawić się silne oznaki odwrócenia trendów. Tymczasem na razie jest jedynie tak, że nieco więcej środków publicznych zostanie wydanych na opiekę zdrowotną, środowisko, jakość życia i bezpieczeństwo w obliczu poważnych zagrożeń związanych ze skutkami trwającej katastrofy klimatycznej. To niewiele. Jeśli nie będzie mocnego zwrotu, skorzystają na tym jedynie zamożne warstwy społeczne, izolowane finansowo.
Zdaniem niektórych Chiny wygrają ten kryzys, ponieważ rozwiązały już swoje problemy z koronawirusem i obecnie angażują się w aktywną dyplomację, aby wspierać kraje europejskie w tym kryzysie. Jak będzie wyglądał system stosunków międzynarodowych po zakończeniu tego kryzysu?
Światowi przywódcy nadal kierują się logiką teraźniejszości i przyszłości świata ukształtowanego przez walkę o władzę gospodarczą i militarną między narodami i państwami. Inne scenariusze uważane są za nierealistyczne, utopijne i zbyt dalekosiężne. Tymczasem np. demograficznymi potęgami właśnie stają się kraje, które jeszcze niedawno były uznawane za państwa słabe. Prognozy dotyczące światowych potęg gospodarczych i technologicznych powiedzmy w 2050 r. są niepewne, wręcz szkicowe.
Na temat trendów gospodarczych można powiedzieć, że znacząco spadnie waga „brutto” tzw. gospodarek rozwiniętych. W pierwszej dziesiątce krajów z najwyższym PKB, krajami zaliczanymi do „zachodnich”, kierujących się liberalizmem będą tylko USA, Japonia i Wielka Brytania Jednak w pierwszej dziesiątce krajów najbardziej zaludnionych będzie się znajdować tylko jeden z nich, czyli USA. Oznacza to (i jest to tym bardziej prawdziwe, jeśli weźmiemy pod uwagę 30 najbogatszych krajów pod względem PKB), że kraje rozwinięte utrzymają swoją względną dominację pod względem siły ekonomicznej (zwłaszcza finansowej) per capita. Jeśli chodzi o kraje nazywane „wschodzącymi” (przez dominujących graczy), to interesujące jest to, że na razie scenariusze sprzyjają również kontynuacji obecnych trendów. Nic dziwnego, że do pierwszej dziesiątki należą Chiny, Indie (1. i 2.), Indonezja (4.), Brazylia (5.), Rosja (6.) i Meksyk (7.). Ale to nie oznacza że zasobność tych populacji będzie wzrastać. Może 400 milionów Hindusów z 1,6 miliarda zdoła stać się zamożnymi. Możliwe, że w Chinach nawet 500 milionów z 1,4 miliardowej populacji. Co więcej, trudno sobie wyobrazić, w obecnym stanie rzeczy, że kraje takie jak Brazylia, Indonezja, Rosja i Meksyk, które charakteryzują się ogromnymi wewnętrznymi nierównościami społecznymi, gospodarczymi i politycznymi, zdołają odwrócić tę sytuację w ciągu 30 lat. Mogłoby to nastąpić tylko wtedy, gdyby przywódcy w stylu Luli rozmnożyli się i pozostali przy władzy przez jedno lub dwa pokolenia.
Jeśli chodzi o potęgę technologiczną, za istotny wskaźnik potencjalnych możliwości techniczno-naukowych krajów uznałem liczbę zgłoszonych (i uzyskanych) patentów w dziedzinie organizmów żywych w świecie roślin, zwierząt i ludzi oraz w dziedzinie algorytmów (sztucznej inteligencji). Według najnowszego raportu WIPO (World Intellectual Property Organisation, Report 2019 The Geography of Innovation: Local Hotspots, Global Networks) USA, Japonia i kraje Unii Europejskiej (w szczególności Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Holandia i kraje skandynawskie) stanowią 70 proc. patentów zgłoszonych w „rodzinach” patentów, które są strategicznie bardziej wrażliwe i decydujące. Tylko pięć krajów z pozostałej części świata (Chiny, Indie, Izrael, Singapur i Korea Południowa) odnotowuje wzrost liczby patentów, ale również dzięki temu, że kraje zachodnie i Japonia, ze względu na konkurencyjność i wygodę, mają tendencję do zgłaszania części swoich patentów również w tych ostatnich krajach.
Tylko uchylenie przepisów dotyczących patentów prywatnych i nienastawionych na zysk (wprowadzonych i narzuconych przez Stany Zjednoczone w 1980 r., a następnie przez Unię Europejską w 1998 r.) mogłoby powstrzymać przewagę technologiczną krajów zachodnich. Celem byłoby usunięcie logiki rynkowej i interesów globalnego kapitału finansowego z wiedzy technologicznej i naukowej. Wiedza musi stać się globalnym dobrem publicznym służącym wszystkim na Ziemi (w tym wszystkim żywym gatunkom). Jeśli tak się nie stanie, nie jestem gotów postawić nawet jednego euro na globalne rozwiązania wspólnotowe, które mogłyby nas uchronić przed przyszłymi katastrofami, których preludium odczuwamy już dziś.

Riccardo Petrella jest włoskim ekonomistą, który w latach 1979-1995 był analitykiem polityki naukowej i technologicznej przy Komisji Europejskiej, stając się świadkiem i głosem sprzeciwu wobec definicji Europy jako unii konkurencji, jaką przyjęła Komisja Europejska. Jest jednym z głównych autorów raportu „Limity konkurencji” Grupy Lizbońskiej, który krytykuje neoliberalne reformy podjęte przez Komisję Jacque’a Delorsa, które służą kapitałowi i rynkom, podważając osiągnięcia powojennej Europy. Petrella pracował w latach 1967-1975 jako sekretarz naukowy, a następnie jako dyrektor Europejskiego Centrum Koordynacji Badań i Dokumentacji w Naukach Społecznych w Wiedniu – organizacji, która doprowadziła do wymiany naukowej między Europą Wschodnią i Zachodnią w czasach, gdy była ona podzielona. Wykładał w latach 1982-2005 na Katolickim Uniwersytecie w Leuven (Belgia). W latach 2005-2006 był prezesem Water Company of Puglia (Włochy). W 1997 r. założył Międzynarodowy Komitet ds. Światowego Kontraktu Wodnego, którego prezesem jest były prezydent Portugalii Mario Soares. W 1998 r. Petrella opublikował „Manifest wodny” (najpierw w języku francuskim, a następnie angielskim w 2001 r.), w którym przedstawił swoją wizję wody jako ” dobra wspólnego”.
Rozmawiał Władimir Mitew. Materiał ukazał się na portalu Barikada-The Barricade. Tłumaczył Wojciech Łobodziński (strajk.eu).