Karykatura parlamentaryzmu

PiS niszczy demokrację parlamentarną. Obrady Sejmu stają się karykaturą merytorycznej dyskusji i sprowadzają się do błyskawicznego przyklepywania PiS-owskich ustaw z pomięciem głosu opozycji, nie mówiąc o opinii ludzi świata nauki czy przedstawicieli organizacji pozarządowych.
Tak też wyglądało ostatnie posiedzenie Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Temat posiedzenia był bardzo ważny, a mianowicie wprowadzenie tzw. trzynastej emerytury i wskazanie źródła jej finansowania. Senat wniósł istotne poprawki do projektu rządowego, wskazując na nieścisłości w ustawie i dyskusyjne źródła finansowania świadczenia. Rząd postanowił bowiem zabrać pieniądze z funduszu solidarnościowego, który był przeznaczony dla osób z niepełnosprawnościami. Wydaje się, że lepszym i uczciwszym rozwiązaniem byłoby przyznanie dodatkowych środków z budżetu lub Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Sam pomysł trzynastej emerytury może zresztą budzić poważne wątpliwości. Jest to bowiem jednorazowy prezent dla wybranej grupy wyborców, który ma być wypłacony tuż przed wyborami prezydentami. Nie chodzi więc o trwałą poprawę losu seniorów, tylko zdobycie poklasku przed wyborami. Z perspektywy funkcjonowania systemu emerytalnego, znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby podniesienie świadczeń emerytalnych o 100 zł miesięcznie lub, zgodnie z pomysłem Lewicy, ustanowienie minimalnej emerytury na poziomie 1600 zł. Zarazem zgłoszenie pomysłu trzynastej emerytury było świetną okazją, aby Komisja wypracowała całościowe, przemyślane rozwiązania, które pozwoliłyby trwale poprawić los seniorów. Przykładowo opieka senioralna w Polsce znajduje się w opłakanym stanie, a służba zdrowia jest pogrążona w coraz większym kryzysie.
Wszystkie te wątki powinny być poruszone i mogłyby być poruszone, gdyby nie to, że przewodnicząca Komisji, Urszula Rusecka z Prawa i Sprawiedliwości zablokowała jakąkolwiek możliwość dyskusji. Tuż po rozpoczęciu obrad zarządziła głosowanie nad poprawkami Senatu. Jak można się domyśleć, wszystkie zostały odrzucone. Ani opozycja, ani zebrani na sali przedstawiciele związków zawodowych i organizacji pozarządowych nie dostali prawa głosu. Posłowie, którzy wyrażali oburzenie takim trybem procesowania, byli uciszani, a Rusecka zarzucała im, że przeszkadzają w prowadzeniu obrad. Krótka dyskusja została dopiero dopuszczona tuż po odrzuceniu wszystkich poprawek. Innymi słowy, była ona bezprzedmiotowa. Gdy posłowie opozycji zaczęli wtedy mówić o uniemożliwieniu rzeczowej wymiany zdań, przewodnicząca z PiS-u szybko przeszła do kolejnego punktu obrad.
Taki tryb procedowania spraw kluczowych dla milionów Polek i Polaków podważa sens demokracji parlamentarnej. Ludzie głosują w wyborach na określonych kandydatów, bo liczą, że ci w ich imieniu będą walczyć o wdrożenie konkretnych rozwiązań, że będą nagłaśniać konkretne postulaty, przekonywać do swoich racji przedstawicieli innych partii. Ponadto komisje sejmowe zostały powołane po to, aby dbać o dobrą jakość prawa, doprecyzowywać niejasne zapisy, dbać o spójność i konstytucyjność przepisów, włączać do tworzenia ustaw partnerów społecznych. Gdy na obradach nie ma żadnych dyskusji, a kolejne ustawy są przegłosowywane w błyskawicznym tempie bez żadnych konsultacji, istnienie komisji traci sens. Po co mają one funkcjonować, skoro rząd kluczowe rozwiązania przegłosowuje w 15 minut bez wysłuchania nikogo? Niestety ten tryb prowadzenia dyskusji ma miejsce też na obradach plenarnych Sejmu. Posłowie opozycji mają mało czasu na przedstawienie swoich racji, ważne tematy są poruszane w środku nocy, głosowania są zarządzane pospiesznie i bez konsultacji. W ten sposób nawet jeżeli z rzadka rząd ma dobre intencje, to i tak tworzy złe prawo.

Iracka młodzież krzyczy: mamy dość!

O tym, dlaczego Irak po 2003 r. nie tylko nie zbudował demokracji, ale w dodatku systematycznie osuwał się w spiralę korupcji i przemocy, jak w zniszczonym kolejnymi konfliktami państwie rodzi się społeczeństwo obywatelskie i dlaczego trwające od jesieni protesty uliczne ciągle nie mają przywódców z Tomaszem Rydelkiem, analitykiem zajmującym się Bliskim Wschodem, autorem bloga „Puls Lewantu” i publicystą miesięcznika „Układ Sił” rozmawia Małgorzata Kulbaczewska-Figat (strajk.eu).

Na początku 2020 r. uwaga całego świata zwróciła się na Irak. Zabójstwo gen. Ghasema Solejmaniego wstrząsnęło Bliskim Wschodem, posypały się pytania: czy grozi nam wojna? Na razie konflikt regionalny nie wybuchł, ale przecież takie wydarzenie nie pozostaje bez konsekwencji. Jakie one będą?
Tak naprawdę jest zbyt wcześnie, by je oceniać. Zarysowują się jednak pewne tendencje, które warto obserwować. Przede wszystkim należy pamiętać, że obok Solejmaniego zginął także Abu Mahdi al-Muhandis – blisko powiązany z Iranem wiceszef Sił Mobilizacji Ludowej (PMU), który zwłaszcza w ostatnim czasie wielokrotnie występował w obronie niezależności PMU od rządu w Bagdadzie. Jeśli Solejmani pełnił rolę irańskiego „namiestnika” w Iraku, to Muhandis był de facto jednym z liderów stronnictwa pro-irańskiego w Iraku, człowiekiem z wewnątrz, który bardzo ułatwiał Irańczykom penetrację irackiej sceny politycznej, gospodarki i sektora bezpieczeństwa. Ich śmierć pokazała ogromne podziały, jakie występują w irackim społeczeństwie co do stosunków z Iranem.
Po amerykańskim ataku iracki parlament podjął decyzję o zobowiązaniu rządu do wyrzucenia z Iraku Amerykanów. Nie zdecydował się na podobne wystąpienie pod adresem Iranu.
Tyle, że podczas tego parlamentarnego głosowania politycy z partii sunnicich i kurdyjskich zbojkotowali obrady. A nawet i szyiccy politycy nie stanowili monolitu, który jednoznacznie odpowiedziałby się po stronie Iranu. Przykładowo członkowie Sojuszu Zwycięstwa, na którego czele stoi były premier Hajdar al-Abadi w większości nie poparli rezolucji. Podobnie mieli zachować się ich koledzy z Państwa Prawa – koledzy, bo SZ i PP to dwie frakcje jednej partii Zew Islamu. Do tej pory nie jest zresztą jasne, czy rezolucja w sprawie wyrzucenia Amerykanów z Iraku, została podjęta w obecności wymaganego kworum. Niektóre relacje sugerują, że doszło do fałszerstwa ze strony Fatahu.
Zabójstwo Solejmaniego i Muhandisa zaprowadziło ogromny ferment wśród irackich elit politycznych, stworzyło realną szansę na wybuch wewnętrznych walk. Obaj zabici tworzyli duet, który zapewniał ścisłą koordynację działań między Iranem a proirańskimi frakcjami PMU. Spory między proirańskimi formacjami łagodził Muhandis. Gdy jego i Solejmaniego zabrakło, poszczególne grupy PMU zaczęły – jak się wydaje – kłaść nacisk na większą niezależność. Przykładowo Kata’ib Hezbollah zaczął grozić, że jeśli rząd nie wyrzuci Amerykanów z Iraku, to oni zrobią to siłą. Taka samowolka nie jest wcale na rękę Teheranowi, gdyż Waszyngton nie rozróżnia działań milicji na te oddolne i te inspirowane z góry. Wszystkie ich działania zostaną uznane za akty agresji ze strony Iranu.
Tak było zresztą w przypadku ataku na ambasadę USA w Bagdadzie, gdzie znaczną część napastników stanowiły osoby powiązane z Kata’ib Hezbollah, ale odwet został wzięty na Iranie. Dlatego priorytetem nowego dowódcy sił al-Kuds, gen. Esmaila Ghaaniego, będzie odzyskanie kontroli nad irackimi milicjami. Jedno koncyliacyjne spotkanie przywódców PMU już się w Iranie odbyło.
Walki wewnętrzne teraz mogłyby okazać się dla irackiej elity zabójcze. Podziały w jej łonie to jedno, a druga sprawa to ludowa rewolta przeciwko całej klasie politycznej, która trwa od jesieni. Uczestnicy ulicznych protestów nie popierają żadnej parlamentarnej frakcji, tylko żądają, by odeszli wszyscy politycy, bo wszyscy są jednakowo skorumpowani i skompromitowani.

Dlatego po pierwszym szoku w irackiej elicie politycznej nastąpiła konsolidacja. Muktada as-Sadr, który kilka tygodni wcześniej odmówił udziału w formacji nowego rządu, spotkał się ostatnio z Hadim Amirim, przywódcą pro-irańskiego Fatahu i następcą Muhandisa na stanowisku zastępcy szefa PMU. Według niepotwierdzonych informacji obaj mają pracować nad tym, aby utrzymać na stanowisku premiera Adila Abd al-Mahdiego. Tego samego, który podał się do dymisji po masakrach protestujących, do których doszło pod koniec listopada 2019 roku. Protestujący go nienawidzą, ale wybór innego kandydata okazał się praktycznie niemożliwy. Gdy Fatah zaproponował oskarżanego o korupcję gubernatora Basry Asada Ajdaniego, prezydent Salih zagroził podaniem się do dymisji.
Ostatecznie nowym premierem został Muhammad Allawi, który oficjalnie został wskazany przez prezydenta Saliha, ale nieoficjalnie wskazuje się, że być może nominacja Allawiego była inspirowana przez Muktadę as-Sadra. To on błyskawicznie udzielił poparcia Allawiemu i kazał swoim stronnikom „przywrócić porządek”, co w praktyce doprowadziło do ataków ze strony Sadrystów na protestujących.
Kim są ludzie, którzy uczestniczą w protestach w Iraku? Co ich napędza, by ciągle protestować, chociaż są rozpędzani siłą, zatrzymywani, masakrowani?
Uczestnikami są przede wszystkim osoby młode, poniżej 30. roku życia, które nie pamiętają czasów Saddama lub zachowały z tego okresu tylko małe strzępki wspomnień. To właśnie te osoby uważają się za najbardziej pokrzywdzone kryzysem gospodarczym, jaki wybuchł w Iraku w 2015 r., gdy ceny ropy na światowych rynkach załamały się. Po zabójstwie Solejmaniego protesty na chwilę osłabły, ale 10 stycznia wybuchły na nowo. Zresztą większa część demonstrantów ucieszyła się z tej śmierci – wcześniej oskarżali bowiem PMU, sterowane przez Muhandisa i Irańczyków, o atakowanie protestów. Z drugiej strony inni protestujący zachowali dużo więcej wstrzemięźliwości i nie chcieli komentować całej sytuacji, chociaż gdybym miał szacować proporcje między tymi grupami, to zaryzykowałbym, że pierwszych było jednak nieco więcej.

Jesienią, gdy media światowe zaczęły szerzej pisać o tych protestach, niezmiennie określano je przymiotnikiem „spontaniczne”, akcentowano brak przywódców. Czy po kilku miesiącach walki wyłonili się choćby lokalni liderzy?
W wielu miastach pojawiają się lokalne komitety, które próbują sterować protestami, jednak ich autorytet nie jest duży. W ten sposób ich działalność ogranicza się przede wszystkim do organizacji zaopatrzenia w żywność, transportu i leków. Członkami komitetów często zostają byli wojskowi czy lokalni aktywiści. Swój autorytet protestującym próbował narzucić Muktada as-Sadr, ale bezskutecznie, podobnie jak Iracka Partia Komunistyczna (sojusznicy Sadrystów).
Brak liderów wynika zresztą nie tyle z podziałów między protestującymi, lecz z kwestii dużo bardziej pragmatycznej. Otóż siły bezpieczeństwa i – najprawdopodobniej – członkowie PMU porywali i zastraszali lokalnych aktywistów cieszących się szacunkiem ze strony demonstrantów. Dlatego ci zaczęli rezygnować z powoływania komitetów, uznając że mogą być one zbyt łatwym celem dla sił bezpieczeństwa. W ten sposób aparat represji de facto doprowadził do zachowania oddolnego i zdecentralizowanego charakteru ruchu protestacyjnego.
Sojusz Sadrystów i komunistów wygrał poprzednie irackie wybory parlamentarne. Aspirował do reprezentowania właśnie klas niższych, bezrobotnych, wykluczonych. Dlaczego teraz autorytet as-Sadra już nie działa?
Sadr zdaje się nie liczyć już w ogóle ze zdaniem protestujących. 24 stycznia 2020 r. Sadryści zorganizowali tzw. Marsz Miliona. Do udziału w nim wezwano wszystkich Irakijczyków, jednak protestująca od listopada młodzież odrzuciła „zaproszenie”, stwierdzając, że Sadr chce podstępem przejąć kontrolę nad ruchem protestacyjnym. Ten bojkot doprowadził do tego, że Sadr rozkazał swoim ludziom wycofać się m.in. z placu Tahrir w Bagdadzie, który stanowi centrum rewolucji. To bardzo poważny ruch, bo dotychczas to właśnie głównie Sadryści odpowiadali za obronę protestów. Zastanawiam się nawet, czy tego ruchu nie można odczytywać jako zachęty dla sił bezpieczeństwa do pacyfikacji protestów.
Jak daleko trzeba się cofnąć w przeszłość, by zrozumieć przyczyny obecnego kryzysu w Iraku – do wojny 2003 r. i obalenia Saddama Husajna, czy może jeszcze dalej?
Dla zrozumienia problemów gospodarczych Iraku wystarczy cofnąć się do momentu obalenia Saddama Husajna. Jednak obecne protesty chcą nie tylko uzdrowienia sytuacji gospodarczej w kraju, ale także politycznej. I tu już powstaje wyzwanie dla badaczy, bo sama wojna 2003 r. nie tłumaczy patologicznej skali przemocy w życiu tego nękanego wyznaniowymi podziałami państwa. Ona była już wcześniej i to na skalę niespotykaną chyba w żadnym innym państwie arabskim.
Said K. Aburish w swojej biografii Saddama Husajna próbował wytłumaczyć brutalność irackiej sceny politycznej sięgając aż do czasów starożytnych, do polityki władców Babilonii, Asyrii. Osobiście wydaje mi się, że byłyby to zbyt daleko idące rozważania. Moim zdaniem, kluczem do zrozumienia współczesnego Iraku są lata, gdy ziemie te wchodziły w skład Imperium Osmańskiego oraz atmosfera, w jakiej w jakiej kształtowało się Królestwo Iraku po I wojnie światowej.
Co się wtedy stało?
Osmanowie oparli swoją władzę o lokalnych sunnitów, powierzając im stanowiska w administracji, sądownictwie czy wojsku – jednocześnie alienując szyitów. Król Fajsal I, który objął tron Królestwa Iraku w 1921 r. starał odwrócić się ten trend i zbudować nić porozumienia między sunnitami, szyitami i Kurdami, lecz bezskutecznie. Podobną porażkę poniósł reżim baasistowski.
Porażka we wciągnięciu szyitów do życia politycznego kraju sprawiła, że szyicka opozycja skupiała się przede wszystkim wokół przywódców religijnych. Przedstawiciele rodzin Hakim czy Sadr, przewodzący opozycji przeciwko Saddamowi Husajnowi na południu Iraku, byli szanowanymi duchownymi. To wyjaśnia, dlaczego, gdy w 1979 r. wybuchła irańska rewolucja, szyicka opozycja w Iraku nawiązała tak bliskie relacje ze swoimi współwyznawcami w Iranie. To z kolei zaowocowało irańskim wsparciem dla szyickich milicji walczących z „amerykańskimi okupantami” po 2003 r.
Czy tego historycznego dziedzictwa nie da się przezwyciężyć? Dlaczego system, jaki powstał w Iraku po 2003 r., powtarza najgorsze błędy poprzedników – nadal stosuje przemoc, konserwuje podziały wyznaniowe i etniczne, a do tego zwyczajnie ignoruje nędzę, w jakiej żyją obywatele?
System polityczny, jaki powstał po obaleniu Saddama Husajna, był w dużej mierze wytworem środowisk emigranckich, które opuściły Irak w latach 70. czy 80. i wróciły do kraju dopiero po 2003 r. Każdy z dotychczasowych premierów Iraku przebywał co najmniej 20 lat na politycznej emigracji. Po tych 20-30 latach ci ludzie byli całkowicie oderwani od problemów, które targały Irakiem. Stąd wzięły się różne patologiczne pomysły. System muhassasa taifa (rozdział stanowisk wg podziałów religijno-etnicznych) został wymyślony właśnie przez emigrantów politycznych w 1992 r.
A korupcja na tak horrendalną skalę? Przecież nowe elity polityczne miały budować demokrację.
Myślę, że tak ogromna skala korupcji ma swoje korzenie właśnie w tym, że Irak nigdy nie wykształcił wspólnej tożsamości narodowej. Solidarność społeczna nie kształtuje się tam na poziomie narodu, lecz raczej poszczególnych grup etniczno-religijnych, partii politycznych, czy rodzin. W konsekwencji każda z tych grup dba przede wszystkim o swój własny interes. Na szczęście zaczyna się to powoli zmieniać, czego żywym dowodem są protesty na południu Iraku.
Były premier Hajdar al-Abadi, sprawujący to stanowisko od września 2014 r. do października 2018 r., zapowiadał walkę z korupcją, ale na zapowiedziach się skończyło. Dlaczego?
Problem premiera Abadiego polegał na tym, że najbardziej skorumpowana osobą w państwie był jego poprzednik, a jednocześnie kolega z partii Zew Islamu – Nuri al-Maliki. Gdyby ludzie Abadiego ujawnili skalę korupcji Malikiego, to oznaczałoby to koniec Zewu Islamu, który stanowił przecież nie tylko zaplecze polityczne Malikiego, ale także Abadiego. Poza tym Maliki miał i ma wielu sojuszników, którzy skorzystali na jego defraudacjach i nie pozwoliliby skazać Malikiego w obawie, że ich czekałby taki sam los.
Do tego trzeba pamiętać, że rządy Abadiego przypadły na okres walki z Państwem Islamskim, do którego sukcesów rękę przyłożył zresztą sam Maliki prowadząc politykę represji wobec ludności sunnickiej. Otwarcie nowego frontu antykorupcyjnego w takiej atmosferze było niezwykle trudne. W rezultacie reformistyczne zapędy Abadiego całkowicie wyhamowały.
Teraz wojna z Państwem Islamskim jest oficjalnie skończona, kalifat odszedł do historii. Faktem jest jednak również to, że nie wszyscy jego bojownicy zginęli czy dostali się do niewoli, a religijny ekstremizm nie został wypleniony.
Na pierwsze sukcesy IS złożyło się kilka różnych czynników. Całkowicie błędna, represyjna polityka premiera Nuriego al-Malikiego wpisała się w ogólny kurs marginalizacji ludności sunnickiej po 2003 r. Debasyfikacja przeprowadzona po 2003 r. nie była sama w sobie złym pomysłem, ale wykonano go fatalnie. Większość członków partii Baas stanowili szyici, jednak to właśnie sunnici (jako częściej zajmujący wyższe stanowiska w strukturach państwowych) padli głównymi ofiarami. W efekcie np. z armii usunięto wielu zdolnych oficerów, którzy pozbawieni perspektyw zaczęli się radykalizować – część z nich dołączyła potem do IS, znacznie zwiększając zdolności operacyjne grupy. W tym samym czasie regularna iracka armia raziła niekompetencją.
Państwo Islamskie nadal jest aktywne w wielu prowincjach Iraku, zwłaszcza w okolicach Kirkuku czy na pustyni, przy granicy z Syrią. W związku ze wzmożoną obecnością sił bezpieczeństwa na tych terenach jego możliwości działania są mocno ograniczone – zwłaszcza, że armia, PMU oraz ISOF przeprowadzają cyklicznie operacje antyterrorystyczne na terenach, gdzie zostanie zauważona obecność IS. Ale to nie bitność oddziałów samozwańczego kalifatu stanowiła o zagrożeniu, lecz głoszona przez tę grupę ideologia. By tę ideologię faktycznie wykorzenić, jest tylko jeden sposób: odbudowa kraju w duchu demokratycznym i z poszanowaniem wszystkich grup etniczno-religijnych, tak żeby nikt nie czuł się już w Iraku alienowany.
Czy do władz irackich to choćby w ograniczonym stopniu dociera? A może przeważa postawa, że protesty da się przeczekać i można będzie dalej utrzymywać status quo, korzystne tylko dla wąskiej grupy?
Irackie władze nie radzą sobie nie tylko z odbudową. Nie rozwiązują też szeregu problemów lokalnych, które będą powoli dawać coraz bardziej gorzkie owoce. Południe kraju nadal jest niestabilne i nie chce zaakceptować szerokich wpływów milicji powołanych do walki z kalifatem. Do tego pozostaje pogrążone w kryzysie gospodarczym, który jest ignorowany przez rządzących.
Północ? Póki co jest „stabilna”, ale tylko dlatego, że mamy tam zwiększoną obecność sił bezpieczeństwa – znowu w znacznej mierze szyickich milicji, które zakładają swoje kwatery np. w sunnickich prowincji Anbar czy Niniwa. Może i jakoś zwiększają bezpieczeństwo na tych terenach, ale równocześnie na wielką skalę zajmują się przemytem przez syryjską granicę czy handlem narkotykami z Iranu (te od kilku lat zalewają iracki rynek), ściąganiem haraczy czy innymi szemranymi interesami. Tak nie da się utrzymać porządku na terenach sunnickich, prędzej czy później mieszkańcy znowu zaczną protestować przeciwko rządowi, tak jak w czasach Malikiego. I nie można wykluczyć, że protesty znowu zakończą się zbrojnym powstaniem i przelewem krwi.
Jeśli w czymś widzę światełko w tunelu dla Iraku, to w osłabieniu Iranu, którego władze muszą teraz skupić się na tym, by samemu przetrwać amerykańskie sankcje i wewnętrzne niepokoje. Polityka zagraniczna Teheranu, zakładająca tworzenie transnacjonalnego sojuszu szyitów, w Iraku dodawała paliwa zabójczym antagonizmom etniczno-religijnym uniemożliwiającym myślenie w kategoriach całego społeczeństwa. Sami członkowie irańskiego wywiadu (vide tzw. The Iran Cables ujawnione przez The Intercept) przyznawali, że taki kurs alienował grupy sunnickie i kurdyjskie, wobec których podejmowano zaledwie działania o drugorzędnym charakterze. I koło się zamykało…
… gdyż faworyzowani szyici uderzali w sunnitów, a ci w końcu sięgali po broń, słuchali ekstremistycznych kaznodziejów.
I tu wraz ze śmiercią Solejmaniego może faktycznie nastąpić zmiana. Skrzętnie ukrywanym faktem jest to, że gdy w 2014 r. Państwo Islamskie zajęło Mosul, Teheran był bliski odwołania go ze stanowiska dowódcy Sił al-Kuds. Członkowie irańskiego wywiadu zarzucali mu bowiem, że gdyby nie skupił się wyłącznie na kontaktach z szyickimi ugrupowaniami, nie doszłoby do całkowitej alienacji sunnitów i ich radykalizacji, a w konsekwencji sukcesów IS, które było przecież dla szyitów śmiertelnie groźne.
Gdzie w tej całej układance wpływy i działania tych, którzy obalili Saddama Husajna – Amerykanów?
To, że Iran tak łatwo spenetrował Irak w dużym stopniu nie wynikało z tego, że Irańczycy byli aż tak „sprytni”, lecz z faktu, że Amerykanie od momentu oficjalnego wycofania się z Iraku w 2011 r. przestali realnie interesować się tym, co dzieje się na irackiej scenie politycznej. Skupili się przede wszystkim na pomocy wojskowej w walce z Kalifatem. Regularne kontakty utrzymywali z irackimi Kurdami, relacje z rządem centralnym zaniedbali. W 2018 r. prezydent Trump – odwiedzając bazę Al Assad demonstracyjnie ominął Bagdad. Tak samo zrobił też Mike Pence, kiedy w listopadzie 2019 r. odwiedził Kurdystan.
Irackie protesty doprowadziły kraj na rozdroże. Wybór, jaki zostanie dokonany, może zdeterminować losy Iraku na najbliższe dziesięciolecia. Amerykanie powinni lepiej niż inne nacje zdawać sobie z tego sprawę i dlatego mam nadzieję, że zrewidują swoją politykę, może nawet zaangażują się w dialog z raczkującym społeczeństwem obywatelskim.
Jest jakaś szansa, że te protesty nie zostaną rozpędzone, ale osiągną jakiś trwały sukces?
Mam taką nadzieję. Gdyby młodemu ruchowi protestacyjnemu udało się obalić dotychczasowy „porządek” polityczny, Irak miałby w końcu szansę szybkiego rozwoju gospodarczego i społecznego.

O mediach i demokracji

Jestem wściekła z bezsilności, kiedy widzę, jak ludzkimi emocjami i decyzjami steruje płynąca z mediów rzeka kłamstw, półprawd i nachalnej propagandy. A także wtedy, kiedy toniemy w rozkręcanym przez nie wirze bzdetu, incydentu i banału. Ale najbardziej czuję się bezsilna, kiedy zdaję sobie sprawę, że jesteśmy sterowani w niedostrzegalny sposób – w ciszy i mroku skrzętnie pomijanych informacji i wątków, w jednostronnie naświetlanych zjawiskach. 

A przecież, jeśli obraz rzeczywistości społecznej w naszych oczach jest wypaczony, zaciemniony i zniekształcony, to demokracja jest fikcją.

Aby uczestniczyć w demokracji, to znaczy, aby głosować świadomie i zgodnie ze swoim dobrze i szeroko rozumianym interesem, wyborcy potrzebują nie tylko odpowiedniego, uczciwego systemu wyborczego i sposobów kontroli wybranej władzy, ale także prawdziwej, wszechstronnej bieżącej informacji i wiedzy o społecznej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak, we współczesnym skomplikowanym świecie potrzebują poznać ZASADY SYSTEMU, jaki rządzi naszym życiem. Zanim zacznie się grać w jakąś grę, niezbędne jest poznać jej reguły. Aby głosować świadomie, trzeba mieć wiedzę o mechanizmach regulujących gospodarkę oraz o jej skutkach, mieć pojęcie o procesach globalizacji, rozumieć zależności między systemem społeczno-ekonomicznym a lokalnym, indywidualnym życiem. Bez tego każda atrakcyjnie sformułowana oferta politycznych hochsztaplerów może stawać się polityczną rzeczywistością, a demokracja fikcją.

Pokazywać i objaśniać świat – to zadanie komunikacji społecznej – czyli edukacji i mediów. Niestety to nie działa! Jedno i drugie zawodzi.

To odpowiadając odważnie zapytam: jak często w głównych mediach słyszeliście poważną dyskusję o kardynalnie ważnych dla każdego obywatela sprawach? Na przykład wyjaśniających, jak działa system monetarny świata? Spróbujcie zapytać przypadkowych osób, „skąd biorą się pieniądze?”, „czym różni się NBP od PKO?” albo „czego dowiadujemy się, gdy informują nas o stanie PKB?”. Prawie na pewno usłyszycie błędne lub bardzo niekompletne odpowiedzi.

Podobnie będzie, gdy spytacie, na czym polegał kryzys 2008 roku i skąd biorą się podobne kryzysy? Nie usłyszycie również satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie, jakie są główne cechy ustrojów politycznych – komunizmu, socjalizmu, a nawet kapitalizmu, w którym żyjemy. Nieczęsto usłyszycie odpowiedź na pytanie, czym jest neoliberalizm i dlaczego w tym systemie lawinowo powstają nierówności społeczne.Stwierdzicie powszechny brak dostatecznej wiedzy obywateli na temat systemu podatków i ich skutków dla budżetu. Jak okazało się w trakcie poprzednich wyborów do Sejmu, ludzie nie rozumieli politycznych konsekwencji wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, a obecnie w znacznej liczbie (jak sądzę) nie rozumieją związku między uzależnieniem sądów od polityków a zagrożeniem totalitaryzmem, który w każdej chwili może zacząć działać przeciwko nim. Czy bez tej kardynalnie ważnej wiedzy zdecydowanej większości obywateli możliwy jest racjonalny, zgodny z obiektywnym interesem większości, demokratyczny wybór?!

Ale i w bardziej konkretnych sprawach, które są lub były w Polsce przedmiotem „politycznej” debaty, trudno liczyć na dostateczną wiedzę wyborców. Z treści zaprezentowanych przez liberalne prywatne mainstreamowe media, w debacie na temat wejścia Polski do strefy „euro”, dowiecie się wyłącznie o zaletach tego rozwiązania. Bardzo trudno natomiast będzie wyłowić informacje, jakie negatywne skutki mogłyby wynikać z wprowadzenia euro w Polsce. Ciekawa też jestem, jaki procent obywateli rozumie skutki, które byłyby konsekwencją podpisania umowy typu TTIP z mechanizmem ISDS i co to w ogóle jest? Chyba też nie warto pytać, jeśli oczekujemy właściwej odpowiedzi, o różnicę między Radą Europy a Radą Europejską albo o kompetencje poszczególnych instytucji Unii Europejskiej. Gdyby do tego dodać jeszcze bzdury, które udało się wtłoczyć obywatelom przez rządowe media, zwane publicznymi, to obraz polskiego wyborcy będzie jeszcze bardziej ponury. No, to kiedy przyjdzie do ważnych referendów lub wyborów, co i kto ukształtuje ich wynik?

To tylko mała część bardzo istotnych dla obywatela demokratycznego państwa pytań, które można zadać, aby w świetle odpowiedzi zobaczyć, że z powodu słabości komunikacji społecznej doświadczamy zderzenia demokracji ze ścianą.

Tymczasem przedwyborcza manipulacja „patriotycznym obowiązkiem głosowania” i medialnymi portretami polityków – „wybitnych liderów” trwa.

Powiedzmy to sobie odważnie i uczciwie: obecny stan świadomości (obraz społeczno-ekonomicznej rzeczywistości) przeciętnego wyborcy został ukształtowany przede wszystkim przez media – telewizje, prasę, radio, agencje informacyjne i główne portale internetowe. W takiej rzeczywistości demokracja jest fikcją. Kalectwo społecznej funkcji mediów dotyczy nie tylko Polski, ale w Polsce jest dla nas szczególnie widoczne. Z jednej strony mamy media zawłaszczane (bardziej czy mniej) przez polityków. I nie chodzi tu tylko o media „tzw. publiczne”, ale także te prywatne media, które „żyją” ze zleceń reklamowych firm zależnych od polityków i są „systemowo” na ich usługach. Nie ma sensu, bym tu opowiadała, jakim sposobem zawłaszczane są media publiczne przez polityków. To wiecie. Ciekawsze może być to, jak działają wcale niewiele bardziej obiektywne media prywatne, które jeśli są dostatecznie duże, to są zależne od polityków w mniejszym stopniu. Ale fakt, że są to „prywatne przedsiębiorstwa medialne”, powoduje, że działają na rzecz inwestorów kapitałowych, mając za za cel wytworzenie zysku i zwiększenie wartości firmy.

Dochody tzw. „niezależnych” mediów prywatnych mają w istniejących warunkach z grubsza dwa źródła: sprzedaż swojego produktu odbiorcom w postaci egzemplarzy albo praw dostępu (abonamenty) oraz sprzedaż swojego pola medialnego na rynku reklam. Oba te mechanizmy zatrute są pogonią za oglądalnością, popularnością, klikalnością i innymi „ościami”. Tam, gdzie chodzi o wyrwanie kasy z korporacyjnych portfeli (a tak to działa), nie ma mowy o niezbędnym poziomie rzetelności, obiektywności, nastawienia na działania w interesie komunikacji publicznej, czy po prostu o wysokim poziomie intelektualnym przekazu. Wyłowienie z gąszczu incydentalnych informacji, nastawionych na rozgrzewanie emocji, wiedzy ważnej dla budowy prawdziwego, szerokiego obrazu rzeczywistości (także ekonomicznej czy politycznej), staje się dla większości obywateli mission impossible.

Nastawienie na realizację misji komunikacji publicznej, w pełnym słowa tego znaczeniu, czy troska o kondycję demokracji obywatelskiej nie jest oczywiście na liście priorytetów prywatnych mediów. To nie przynosi zysku. Za to „klikalność”, „oglądalność”, itp. przyciąga reklamodawców. Zysk komercyjnego medium pojawia się, jeśli sprzyja ono reklamodawcom, nie ujawnia tajemnic i ciemnych interesów korporacji będących zleceniodawcami reklam, nie krytykuje rozwiązań systemowych, w jakich dobrze czują się korporacje. Tak działając, prywatne duże media są mistrzami w pomijaniu trudnych tematów niosących wiedzę o systemie, w jakim żyjemy. Jako prywatne, szczególnie nie lubią krytyki kapitalizmu, bo któż lubi, jak się go krytykuje.

A przecież bez konstruktywnej i skutecznej krytyki systemu, w którym żyjemy (obojętne jaki jest!), nie jest możliwa realizacja demokratycznej władzy obywateli.

Medialna komunikacja społeczna na wysokim poziomie nie jest domeną ani prywatnych przedsiębiorstw medialnych (medialnego biznesu) ani mediów w służbie bieżącej polityki. Ale media nie muszą być w dyspozycji polityki ani w dyspozycji kapitału. Media mogą być NASZE – publiczne.

Żeby media były nasze, to:

  • konieczne jest finansowanie ich ze środków publicznych;
  • to my musimy powoływać i odwoływać władze;
  • to my musimy wyznaczać zadania i określać standardy;
  • to my musimy je kontrolować i dbać o ich rozwój;
  • media publiczne nie mogą zależeć od interesów reklamodawców, dlatego nie powinny przyjmować komercyjnych reklam biznesowych.

Skąd w takim razie pieniądze? Jeśli nie od korporacji i właścicieli kapitału, to są tylko dwie możliwości: z powszechnego celowego abonamentu albo z wyodrębnionego funduszu budżetowego, zabezpieczonego konstytucyjnie.

My – to znaczy kto? Ano konkretnie nasi przedstawiciele. Przedstawiciele, ale nie politycy, bo w przypadku mediów politycy muszą być ich klientami, a nie dysponentami.

Istnieje idea, znana od czasu starożytnej demokracji ateńskiej (uważana za najważniejszą cechę demokracji) wybierania przedstawicieli poprzez losowanie. Zażądajmy reformy prawa, które pozwoli na podejmowanie decyzji przez wybierane w procedurze losowania grupy obywateli. Niech wylosowani przedstawiciele wyłonią władze reformowanych przedsiębiorstw medialnych, niech wyznaczają im cele i kontrolują je.

Taki sposób działania (wyboru przez losowanie) jest znany nie tylko w demokracji ateńskiej. Izby Obywatelskie (IO) są powoływane we współczesnych systemach demokratycznych dla realizacji celów, które powinny charakteryzować się niezależnością od bieżącej polityki i prywatnego kapitału oraz kierować się perspektywą dobra wspólnego. Założeniem IO jest podejmowanie decyzji w oparciu o jak najpełniejszą wiedzę po zapoznaniu się ze stanowiskami wszystkich zainteresowanych stron. Jednym z podstawowych sposobów działania IO jest deliberacja, czyli rozważanie różnych rozwiązań, racji i stanowisk. Skład IO jest losowany, ale z uwzględnieniem kryteriów demograficznych, takich jak wiek, płeć, miejsce zamieszkania i poziom lub nawet kierunek wykształcenia czy doświadczenia zawodowego. Celem IO może być rozstrzygnięcie jakiegoś problemu społecznego, wyłonienie władz instytucji, a jeśli IO działa permanentnie, to także nadzór i kontrola wybranych władz. W systemach prawnych opartych na „common law” wybiera się tą drogą składy ławy przysięgłych. W Polsce istnieje działający podobnie do IO „Panel Obywatelski”, związany z samorządem Gdańska. I nie są to jedyne przykłady funkcjonowania wybieranych w drodze losowania grup, pełniących określone funkcje w demokracji na świecie.

Ale chcę zaproponować jeszcze jedną koncepcję naprawy mediów. To idea stworzenia Funduszu Medialnego.

Niezależnie od reformy mediów publicznych wielkie znaczenie dla poprawy medialnej komunikacji społecznej mogłoby mieć stworzenie specjalnego funduszu, wspierającego misję informacyjną i kulturalną w medialnej przestrzeni publicznej. Myślę tu o takim rozwiązaniu, które finansowane byłoby nie ze środków publicznych, a z pieniędzy prywatnych firm i korporacji. Wyobraźmy sobie takie rozwiązanie prawne, które zmusza reklamodawców biznesowych do odprowadzenia (powiedzmy) 20% wartości każdej faktury, wystawianej im za reklamę w mediach, na specjalny Fundusz Medialny (FM).

Rynek reklamy w Polsce to ponad 9,5 mld złotych rocznie. Fundusz Medialny dysponowałby zatem kwotą prawie 2 mld zł rocznie. Realizowałby konkursy grantowe i oferował granty na przedsięwzięcia medialne (programy, teksty, filmy itd), które najlepiej realizowałyby misję poprawiającą poziom komunikacji społecznej i kultury. Instytucje medialne, tak prywatne jak publiczne, a nawet osoby działające w internecie, mogłyby występować do FM o sfinansowanie ich projektów. Pieniądze te trafiałyby oczywiście do tych podmiotów, które najlepiej realizowałyby misję. Nie muszę dodawać, że w moim przekonaniu, Fundusz Medialny powinien być podporządkowany i kontrolowany przez Izbę Obywatelską, stworzoną właśnie do tego celu.

Ten, kto zarabia na rynku demokratycznego państwa, a w tym przypadku będą to przede wszystkim duże korporacje, powinien ponosić koszty demokracji. Dodam, że nie sądzę, iż globalna skala dochodów przedsiębiorstw medialnych z reklam radykalnie by się zmniejszyła. Nie sądzę również, że znacznie obniżyłaby się skłonność biznesu do wydatkowania środków na reklamę.

Należy zatem w ten sposób „opodatkować” transakcje reklamowe i stworzyć fundusz grantowy dla realizacji misji informacyjnej i kulturalnej.

Mam nadzieję, że Polacy będą wywierać presję na polityków w celu zrealizowania reformy medialnej. Należy domagać się także, aby projekt Funduszu Medialnego zrealizowały struktury Unii Europejskiej.

Niestety! Politycy, realizując powyższe projekty, oddawaliby społeczeństwu znaczną część swoich prerogatyw. Zatem ich opór jest do przewidzenia. Ale cóż on znaczy wobec obywatelskiej siły i determinacji. Zatem nie rezygnujmy z domagania się dobrych rozwiązań. Wszak nie ma alternatywy. Jeśli nie uda się w Polsce i w Unii Europejskiej zreformować prodemokratycznych mechanizmów, w tym przypadku systemu komunikacji społecznej, to skazani będziemy na dalsze lawinowe umacnianie się autorytaryzmu, populizmu, nacjonalizmu i faszyzmu.

Został tylko argumenty siły

Wszelkie granice zostały dawno poprzekraczane, łącznie z granicą przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Tak głęboko zaszło przejmowanie państwa przez „grupę trzymającą władzę” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Na 24 godziny przed posiedzeniem trzech Izb Sądu Najwyższego, które uchwaliły, że sędziowie wskazani przez neo-KRS nie mogą orzekać, rząd użył Trybunału Konstytucyjnego, aby blokować te działania. Dlaczego?

JACEK KUCHARCZYK: Działania PiS w obronie neo-KRS przybierają coraz bardziej kuriozalne formy. Tutaj argumenty prawne już nie mają znaczenia, a sprawa utajnionych list poparcia sprowadza się de facto do tego, kto kontroluje wejście do Sejmu. To już nie jest spór na argumenty prawne. Można zatem domniemywać z dużym prawdopodobieństwem, że w przypadku list poparcia mamy do czynienia po prostu z jakimś ogromnym przekrętem.
Inaczej nie byłoby tej panicznej obrony, nierespektowania wyroków sądów, nie zamieniono by Kancelarii Sejmu w twierdzę. Teraz doszedł to tego jeszcze TK działający na zamówienie polityczne, próbujący zablokować decyzję SN. Tego już nawet nie można opisać jako działania na granicy prawa, bo wszelkie granice zostały dawno poprzekraczane, łącznie z granicą przyzwoitości i zdrowego rozsądku. Został już tylko w argument nagiej siły, my kontrolujemy Trybunał i Kancelarię Sejmu, a nasi ludzie, których tam wysłaliśmy, będą robić to, co im partia rządząca powie. To pokazuje, jak głęboko zaszło przejmowanie państwa przez „grupę trzymającą władzę”. Takie zjawisko po angielsku nazywa się state capture, czyli właśnie przechwycenie instytucji publicznych, w tym przypadku przez partię rządzącą, która posunęła się do tego, że lekceważy konstytucję, przepisy prawa, nie mówiąc o normach postępowania, które może nie są spisane, ale politycy kiedyś ich przestrzegali z obawy choćby przed opinia publiczną. Dawno czegoś takiego nie widzieliśmy – takiej niechęci do zachowania chociażby pozorów praworządności czy legalizmu.
Jakie systemy charakteryzuje state capture, bo rozumiem, że nie demokrację liberalną?
Oczywiście, że nie demokrację.
To charakteryzuje systemy autorytarno-korupcyjne. To sytuacja, kiedy grupa osób powiązanych ze sobą przejmuje kontrolę nad instytucjami państwa, po to, aby je wykorzystywać dla własnej politycznej i materialnej korzyści.
Tego typu sytuacja objawia się tym, że zanika niezbędny w demokracji system checks and balances, czyli system wzajemnej kontroli instytucji. Mówi się o trójpodziale władzy, ale ten system jest oczywiście dużo bardziej skomplikowany, jego elementem są także wolne media, które kontrolują rząd, parlament i polityków. Ten system wzajemnej kontroli instytucji PiS systematycznie demontuje w Polsce od grudnia 2015, aby wprowadzić zasadę, że rządzi jedna partia, a w partii niepodzielnie rządzi jej prezes.
Murem za działaniami rządu stoi prezydent, który za około trzy miesiące będzie walczył o reelekcję. Czy to mu nie zaszkodzi?
Moim zdaniem zaszkodzi i Andrzej Duda będzie miał spory kłopot z dotarciem do politycznego centrum, którego potrzebuje, aby wygrać wybory. Wygląda na to, że prezydent stał się zakładnikiem partii rządzącej, bo u progu kampanii urzędujący prezydent nie może sobie pozwolić na konflikt z PiS-em i prezesem Kaczyńskim. Mam wrażenie, że w pewnym momencie odbyła się konkurencja, „kto się pierwszy wystraszy”, bo obie strony mają tutaj wiele do stracenia. Jeżeli PiS nie będzie wspierał w kampanii Dudy, to ten straci urząd prezydenta, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Natomiast jeżeli Duda nie będzie realizował polityki PiS, to partia może nie dostarczyć mu wsparcia, także finansowego, które jest niezbędne do skutecznej kampanii. Mam wrażenie, że na razie bardziej wystraszył się prezydent i dostosował się do polityki partii rządzącej. Zresztą większość komentatorów i analityków nie spodziewała się takiego zaostrzenia sytuacji po ostatnich wyborach.
Wydawało się na początku ii kadencji, że PiS będzie dążył do załagodzenia konfliktu z Brukselą i różnymi środowiskami w kraju właśnie po to, aby Dudzie nie przeszkadzać w kampanii. Tymczasem Ziobro wszedł ze swoją inicjatywą ustawy kagańcowej i cała strategia powrotu do centrum legła w gruzach.
Do tej pory PiS przed wyborami lubił zaostrzać konflikt, polaryzować, straszyć. Sięgnął po starą broń?
Ta strategia polaryzacyjna ma przede wszystkim zmobilizować własną bazę wyborczą. To jednak zupełnie inna strategia, niż ta, z którą PiS szedł do poprzednich wyborów prezydenckich, kiedy Andrzej Duda raczej miał łagodzić i łączyć społeczeństwo. Uśmiechał się do każdego, nawet dla gejów znalazł ciepłe słowo. Dziś mamy inną twarz prezydenta i zupełnie inną strategię kampanii, bardzo ryzykowną, bo opierająca się o założenie, że w spolaryzowanym społeczeństwie nastąpi także podział w opozycji. Strategia polaryzacyjna jest zawsze asymetryczna, tzn. zakłada, że mobilizujemy swoich, ale jednocześnie drugim jej elementem jest wzmacnianie podziałów wśród przeciwników, opozycji.
Czy „odbicie” Senatu przez opozycję naprawdę ma tak duże znaczenie, jak mówiono po wyborach? Sejm i tak szybko przegłosował ustawę kagańcową. A może Senat powinien zamiast odrzucać, to zgłosić wiele poprawek, aby przeciągnąć w czasie wprowadzenie ustawy?
Nie sądzę, bo taka gra Senatu byłaby mało czytelna dla społeczeństwa. Ten jasny głos w postaci odrzucenia ustawy jest ważniejszy. Od początku wiadomo było, że kompetencje Senatu są ograniczone, że może spowolnić, ale nie zatrzyma tego procesu błyskawicznej legislacji w wykonaniu PiS-u.
Senat w obecnej sytuacji działa o wiele lepiej, niż można było się spodziewać, patrząc na to, jak mała jest przewaga opozycji. Pod kierownictwem marszałka Grodzkiego to zupełnie inna instytucja, niż w poprzedniej kadencji, miejsce merytorycznej i pluralistycznej debaty.
Ten komunikat płynie nie tylko do naszego społeczeństwa, ale też na zewnątrz, czego przykładem jest spotkanie marszałka Grodzkiego ze spikerką amerykańskiej Izby Reprezentantów, Nancy Pelosi. To pokazuje Amerykanom i światu, że rząd PiS-u to nie jedyny głos polski. Rola senatu jest ważna, ale jednocześnie ograniczona, co pokazuje, jak ważne są nadchodzące wybory prezydenckie. Dopiero wymeldowanie się obecnego notariusza rządów PiS-u, pana Dudy, z pałacu prezydenckiego zmieni fundamentalnie układ sił w Polsce.
Czy afera Getback zaszkodzi PiS-owi jak Amber Gold PO?
W sytuacji głębokiej polaryzacji i baniek medialnych, w których żyjemy, należy wątpić, żeby ta afera wywarła taki piorunujący skutek, jaki miały znacznie mniej poważne, ale mocno nagłośnione przez pis zarzuty związane z działaniami rządu po w sprawie Amber Gold. Wyborcy PiS-u usłyszą w sprawie Getback i innych afer różne komunikaty, ale żaden z nich nie będzie podważał fundamentalnej wiary w uczciwość partii rządzącej.
Cechą propagandy PiS i w ogóle autorytarnej propagandy czy dezinformacji w obecnych czasach jest to, że ona produkuje kilka sprzecznych ze sobą narracji, a jej odbiorcy tych sprzeczności nie widzą.

Co jest w głowie Orbana?

Przywódca, który zbudował nowy system.

Biblioteka „Przeglądu” tym razem prezentuje czytelnikom wnikliwy i obiektywny portret intelektualny premiera Węgier.
Lektura książki „Co ma Viktor Orban w głowie” pozwala prześledzić drogę, jaką przebył student urzeczony w latach osiemdziesiątych polską Solidarnością (pracę magisterską napisał właśnie na jej temat), a później szef partii politycznej i wieloletni premier.
Orban to jedna z najbardziej wyrazistych i kontrowersyjnych postaci europejskiej sceny politycznej. Autorka, francuska dziennikarka Amelie Poinssot specjalizująca się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej, próbuje zrozumieć jego wybory ideowe i strategie, genezę poglądów i decyzji politycznych, przyczyny porażek (nielicznych) oraz sukcesów.
Wszystko to składa się na fascynujący wizerunek Viktora Orbana – człowieka, który już w 1998 r., w wieku 35 lat został premierem Węgier.
W 2002 r., po nikłej porażce z której umiał wyciągnąć wnioski, przeszedł do opozycji parlamentarnej (posłem został w pierwszych wolnych wyborach węgierskich w 1990 r.). Jego ugrupowanie wygrało w 2010 r. i od tego czasu Orban jest niekwestionowanym przywódcą swego kraju, szefem rządu i partii rządzącej.
Ma on wiele w głowie. To człowiek o licznych talentach, energiczny, umiejący skutecznie działać, mający znakomite wyczucie miejsca i czasu. Jego kariera zaczęła się w 1989 r., gdy jako jeden z założycieli Fideszu wygłosił przemówienie na wielkiej manifestacji podczas uroczystego pogrzebu bohaterów rewolucji węgierskiej 1956 r.
Autorka zauważa, że „orbanizm” rozmnożył się w Europie Środkowej na gruzach transformacji pokomunistycznej – i przypomina opinię Adama Michnika, który stwierdził, że Orban jest bardzo inteligentny, dynamiczny i odważny.
Wypada dodać, że trudno, aby człowiek o takich cechach nie wykazywał skłonności autorytarnych.
Jak wskazuje więc Amelie Poinssot, skutecznie zbudował on system całkowicie nowy, który pod naskórkiem demokracji opiera się na woli jednego człowieka – a w jego świecie zawsze musi być jakiś przeciwnik. „Polityka jest dla niego polem walki. Potrafi doskonale iść do ataku z niezwykle zimną krwią, usuwać ludzi i niszczyć idee /…/ Eliminować konkurentów i równocześnie utrzymywać wygodnych przeciwników: taka jest metoda Orbana” – czytamy.
Siłą rzeczy rodzi się pytanie o podobieństwa sytuacji na Węgrzech i w Polsce. Bo przecież tak jak i u nas, u naszych bratanków powstał – tu cytat z książki – „paternalistyczny model, w którym władza, partia i państwo są skoncentrowane wokół osoby Viktora Orbana”, zaś krajowi dziennikarze „występują w roli przekaźników informacji napływających z rządu, bądź są opozycjonistami, z którymi się nie rozmawia”.
Różnice są jednak niebagatelne. Orban nie kieruje Węgrami z tylnego siedzenia, nie ponosząc za nic odpowiedzialności jak Jarosław Kaczyński.
Węgierski przywódca wprowadził swój kraj do NATO, jako premier rozpoczął skuteczne negocjacje o wstąpieniu do Unii Europejskiej – i choć krytykuje ją nieustannie, to jednak w relacjach z władzami unijnymi potrafi unikać konfliktów będących udziałem Polski. To on ożywił Grupę Wyszehradzką, umiejętnie współpracuje też z sąsiadami Węgier oraz z Rosją i Izraelem. Na gruncie gospodarczym nie dochodzi zaś do nieracjonalnego faworyzowania firm państwowych oraz ciągłego składania bombastycznych obietnic.
Viktor Orban gra w piłkę nożną (lepiej niż Donald Tusk), ma niebrzydką żonę i pięcioro dzieci, był na stypendium w Oxfordzie, u siebie doskonale umie rozmawiać z tzw. zwykłymi ludźmi, zaś w Brukseli – dyskutować w płynnym angielskim z zagranicznymi liderami.
Zna świat, a na krajowym boisku triumfuje nieprzerwanie od dziesięciu lat, nie przejmując się zbytnio demokracją. Jak długo jeszcze będzie wygrywać?

Ubywa demokracji w Polsce

Jeszcze w roku 2014, ostatnim przed zwycięstwem wyborczym Prawa i Sprawiedliwości, nasz kraj zajmował 30 miejsce na liście najbardziej demokratycznych państw świata. W 2018 r. było to już 54 miejsce.

Indeks demokracji opracowywany i publikowany jest od 2006 r. przez The Economist Intelligence Unit. Indeks 2018 jest jedenastą edycją i obejmuje swym badaniem 167 państw.
Indeks zawiera pięć ocenianych dziedzin:
1. Proces wyborczy i pluralizm (czego dotyczy 12 pytań)
2. Swobody obywatelskie (18 pytań)
3. Funkcjonowanie rządu i samorządu (14 pytań)
4. Partycypacja polityczna obywateli (9 pytań)
5. Kultura polityczna (7 pytań).
W ramach tych dziedzin, w sumie badanych jest 60 aspektów demokracji, za pomocą odpowiedzi na 60 pytań. Każda odpowiedź oceniana jest w skali od 0 do 10. Indeks stanowi średnią tych ocen dla poszczególnego kraju. Pełną wersję raportu i rankingu 2018 na temat demokracji znaleźć można na stronie www.eiu.com
Przyjęto, że ocena dla kraju wynosząca powyżej 8,0 pkt. oznacza pełną demokrację. Od 6 do 8 to niepełna demokracja, powyżej 4 do 6 to ustrój hybrydowy, zaś poniżej 4 – ustrój autorytarny.
Według tej kwalifikacji, 20 krajów (co stanowi 4,5 proc. ludności świata) zaliczono w 2018 r. do w pełni demokratycznych. 55 krajów – do nie w pełni demokratycznych (43,2 proc. ludności), 39 krajów do ustrojów hybrydowych (16,7 proc. ludności) i 53 krajów do autorytarnych (35,6 proc. ludności świata). Jak widać, kraje niedemokratyczne przeważają
Pierwsza trójka najbardziej demokratycznych krajów świata to Norwegia (9,87 pkt.), Islandia oraz Szwecja.
Polska zajmuje na tej liście dopiero 54 pozycję z wartością indeksu 6,67pkt. Z tego względu zaliczono nas więc do krajów o niepełnej demokracji. Bezpośrednio przed nami są Malezja i Filipiny a za nami Gujana i Lesotho.
Średnia wartość indeksu demokracji dla krajów Europy Zachodniej wynosi 8,35 pkt. (w 2006 r. wynosiła 8,60), a dla grupy krajów Europy Środkowo Wschodniej do której zaliczono także Polskę – 5,42 pkt. (w 2006 r. – 5,76).
Tak więc, Polska znajduje się wprawdzie poniżej średniej demokratycznej dla Europy Zachodniej lecz powyżej dla Europy Środkowo Wschodniej. Jak widać, te średnie w obydwu regionach Europy są w 2018 r. niższe od tych z 2006 r.
Dla Polski jest to obniżka bardzo znacząca (z 7,30 pkt w 2006 r. i 7,41 w 2014 r. do 6,67 w 2018 r.). W tym, dobrym dla demokracji, roku 2014 r. zajmowaliśmy 30. miejsce w świecie.
Ostatnią piątkę krajów o najniższej wartości indeksu demokracji stanowią: Czad, Republika Afryki Środkowej, Demokratyczna Republika Kongo, Syria i Korea Północna.
Jest wiele krajów, które w latach 2006-2018 poprawiły swoje pozycje, a także wiele tych, które je pogorszyły.
My niestety należymy do tych drugich. Wśród krajów Europy Środkowo Wschodniej (spośród członków Unii Europejskiej) zajmujemy dopiero ósme miejsce. Miejsca za nami zajmują, jeszcze mniej demokratyczne od nas Węgry i Chorwacja.
Analizując Polską demokrację na tle nowych krajów członkowskich UE, widać, że wysoką wartość indeksu osiągamy, jeśli chodzi o wybory i pluralizm – 9,17 pkt. Daje nam to wprawdzie tylko przedostatnie miejsce (za nami Węgry), ale z drugiej strony, akurat pod tym względem (mamy powyżej 8,0 pkt) zaliczamy się do krajów w pełni demokratycznych.
Bardzo niską wartość indeksu otrzymaliśmy natomiast w dziedzinie kultury politycznej (4,38 pkt., co stanowi najgorsze miejsce obok Bułgarii), oraz działalności rządu (5,71 pkt.) – i tutaj jest to ostatnia pozycja.
W dziedzinie partycypacji politycznej Polska zajmuje przedostatnią pozycję (5,56 pkt, ex equo z Łotwą, Słowacją i Chorwacją), a za nami są tylko Węgry. W dziedzinie swobód obywatelskich otrzymaliśmy zaś ocenę wynoszącą 7,65 pkt., co daje nam siódmą pozycję wśród omawianych krajów.
Na zakończenie trzeba też odnotować, że USA zaliczone są do krajów o niepełnej demokracji i lokują się dopiero na 25 (! ) pozycji z indeksem wynoszącym 7,96. Indie zajmują 41. miejsce z wartością indeksu 7,23 (wyżej niż Polska) i także są w grupie krajów o niepełnej demokracji.
Rosja została zaś zaliczona do krajów o systemie autorytarnym: zajmuje 144. miejsce z wartością indeksu 2,94. Wyprzedzają ją Chiny – 130. miejsce i indeks demokracji wynoszący 3,32 pkt.

Indeks demokracji 2018:

1. Norwegia 9,87
2. Islandia 9,58
3. Szwecja 9,39
——————–
53. Filipiny 6,71
54. Polska 6,67
55. Gujana 6,64
56. Lesotho 6,61

Bez lewicy będzie autorytaryzm

O trudnościach funkcjonowania w Sejmie, poszukiwaniach własnej lewicowej tożsamości i o tym, czemu lewica parlamentarna musi być w ciągłym pogotowiu Maciej Wiśniowski (Strajk.eu) rozmawia z byłą posłanką, obecnie…. Anną Grodzką.

Nie będziemy rozmawiali o Twoim życiu osobistym…

Bardzo proszę, nie, już wystarczy…

Byłaś przez jedną kadencje posłanką…

– …był taki epizod…

Jak pamiętasz tamten czas? Jakie to było doświadczenie?

Ekscytujące. Działo się wokół mnie wówczas mnóstwo rzeczy, poświęcałam im wiele czasu. Jednak nie chciałabym tego doświadczenia powtórzyć.

Dlaczego?

Nie potrafię dobrze funkcjonować w strukturach hierarchicznych. Z tego też powodu myślę, że nigdy nie byłabym dobrym żołnierzem lub policjantem. Lubię robić to, na co mam ochotę, lubię sama sterować swoim życiem. Potrafię chodzić na kompromisy, nie jestem wariatką, ale ciągłe układanie się w imię niejasnych często interesów męczy mnie. Praca parlamentarna na pewno będzie rozczarowaniem dla tego, kto trafił tam po raz pierwszy. Szczególnie, kiedy jesteś w opozycji.

Jeszcze raz: dlaczego?

Bo towarzyszy temu całkowita bezradność. Myśmy jako Ruch Palikota złożyli sto kilkadziesiąt projektów ustaw, z czego tylko dwie były jakoś tam rozpatrywane, w tym moja o uzgodnieniu płci. Zresztą została ona przyjęta przez Sejm i Senat, dopiero prezydent Duda ja zawetował, a zabrakło głosów, by weto to obalić. Ale to wszystko było okupione jakimiś gigantycznymi kompromisami i ostatecznie ta ustawa nie była tym, co chcieliśmy zrobić. I tak toczyło się nasze życie: rozczarowanie za rozczarowaniem.

To po co się pchać do parlamentu?

Dla polityka, może szczególnie początkującego, bonusem bycia posłem czy posłanką jest to, że zaczynasz funkcjonować w przestrzeni publicznej, w mediach. I możesz przekazać ludziom rzeczywiście ważne treści. Trochę mi się udawało.

To interesujące, kiedy mówisz o rozczarowaniu. Ruch Palikota przyszedł do Sejmu na fali niekłamanego entuzjazmu ludzi, którzy do tej pory nie interesowali się szczególnie polityką – młodych, oddalonych od polityki. Palikot uruchomił w nich poczucie, że coś od nich zależy. A potem ich oszukał.

Oni po prostu zobaczyli, że to jest teatr, nieautentyczny zresztą, nieszczery i pełen dezynwoltury, którą demonstrowali niektórzy koledzy. To na początku jeszcze uchodziło, a potem zaczęło nużyć i zniesmaczać, to dobre słowo. „Palikot przegiął”, mówili.

Po drugie, nie wiadomo było, co to jest ten Ruch Palikota. Niby lewica, ale jaka lewica? Też dałam się na to nabrać. Zostałam zaproszona na listę jako przedstawicielka środowisk LGBT, ale dla mnie oczywistością było to, że trzymamy się zasad i pryncypiów lewicowych. Potwierdzały to moje pierwsze rozmowy z Palikotem, że przygotowujemy np. 1 Maja, Sala Kongresowa, na scenie Piotr Ikonowicz z bezdomnymi, Palikot przemawiający językiem bliskim lewicy. Ale zaraz po tym był Kongres Przedsiębiorców w Krakowie robiony przez Łukasza Gibałę razem z Olechowskim. Za chwilę były jakieś inne akcje, które zniechęcały całe grupy wyborców i posłów. A wreszcie Palikot przypiął się do prezydenta Kwaśniewskiego i to miało wyczerpywać cała naszą lewicowość. Jednocześnie Palikot wprowadzał w regionach swoich ludzi, którzy wypychali tamtejszych, którzy te struktury tworzyli, od początku wkładając w to mnóstwo swojej pracy. Na tych wszystkich zakrętach gubił kolejnych ludzi i wreszcie został sam, utracił wizerunek, bo ludzie nie wiedzieli, kim w gruncie rzeczy jest Palikot.

Myślę, że popełniono też z Tobą pewien błąd, dość kosztowny zresztą. Traktowanie Cię przez Palikota jako sztandaru wyłącznie środowisk LGBT i trans było nieporozumieniem, ponieważ wtłaczano Cię w ramy, w których nie chciałaś pozostać, bo miałaś coś innego do powiedzenia, niż tylko walka o prawa mniejszości seksualnych. Kiedy zaczęłaś mówić o kwestiach szeroko rozumianej lewicy, to było straszne zdziwienie: jak to, przecież ona jest od LGBT? Zresztą w ogóle uważam, że skupianie się przez lewicę wyłącznie na obronie praw LGBT jest ślepą uliczką, w którą wpychają ją neoliberałowie.

Tak. Cała moja praca i aktywność w parlamencie polegała na tym, że nie dałam się zamknąć w jednym haśle i etykietce. To mi nie wystarczało. Wykonałam ogromną pracę, by wyjść z tej szuflady. Nie do końca mi się powiodło, bo wciąż jestem postrzegana przez ten pryzmat, ale część opinii publicznej rozumie, że jestem transpłciowa niejako przy okazji. Moją intencją było od początku pokazywać, że fakt, iż trzeba walczyć o prawa LGBT bo są one naruszane, to nie jest wszytko, co potrafię. Przecież jestem normalnym człowiekiem. Że jestem obywatelką, posłanką i tak dalej, podczas gdy na mnie patrzono na początku jak na jakieś dziwne zwierzę. Chciałam dojść do tego, że żaden świr nie będzie się ze mnie śmiał. Chciałam wyjść poza tę etykietę, bo choć mam to gdzieś, to w życiu jednak przeszkadza.

Cztery lata przerwy w parlamentarnym życiu lewicy to dużo. I teraz z powrotem jest w Sejmie. Co się stało, że wróciła do parlamentu? Co się działo przez te cztery lata na lewicy? Z parlamentu wyleciało lewica w postaci SLD…

..nie zgadzam się z określeniem „lewica” w stosunku do SLD, tamtego SLD. Sojusz był w tamtym okresie bardziej organizacją postpezetpeerowską niż lewicą. Po likwidacji PZPR przeszłam do SdRP, wciąż przekonana, że jestem w partii lewicowej. Na II Kongresie SLD wystąpiłam przeciwko Millerowi i przegrałam. SLD było mniej lewicowe niż PZPR w tym okresie, kiedy miała władzę. Odpowiadając Ci więc na pytanie, co się działo przez te cztery lata na lewicy, nie chcę mówić o SLD, bo to ich nie dotyczy. Czy lewica to Miller, który wystawia Ogórek? No, błagam…

Po wyjściu z partii postanowiłam wspierać Zielonych, którzy wtedy byli lewicowi. Ale to niedługo trwało. Chciałam, żeby Zieloni wystąpili wspólnie z partią Razem, ale oni woleli skręcić w prawo, więc i z tej partii wystąpiłam. Dla mnie nadzieją było Razem po jej powstaniu, kiedy dostali na wyborach powyżej 3 proc.

Czemu przegrali, Twoim zdaniem?

Byli razem, ale osobno. Nie potrafili pojąć pewnej ważnej rzeczy: ideowy kręgosłup to jedno, a taktyka to drugie. Nie można deklarować, że nie będzie się wchodziło w żadne sojusze z innymi partiami. Tego symbolem było niepodanie ręki przez Marcelinę Zawiszę Włodkowi Czarzastemu. Teraz, po tych czterech latach jednak potrafili wznieść się ponad swoje uprzedzenia. To jest właśnie taktyka. Gdyby teraz nie weszli do parlamentu, to by ich nie było. To był ostatni moment.

Lewica więc w Sejmie wreszcie jest. Jednak część obserwatorów wyraża rozczarowanie, że przywiązują się do zewnętrznych i symbolicznych właśnie form demonstrowania swojej lewicowości: feminatywy, wśrod pierwszych zgłoszonych projektów ma być projekt ustawy o związkach partnerskich… Może to nie jest najlepszy początek?

Za wcześnie na oceny.

Brakuje mi tego, by lewica zaproponowała swoje odpowiedzi na pytania współczesności. Bo problemy są już dawno zdiagnozowane, nawet przez liberalnych polityków, działaczy czy liberalne think-tanki. Wiemy czego nie będzie – starego neoliberalnego świata. Ale nikt nie mówi, co będzie. Lewica powinna koniecznie pokusić się o odpowiedź na to pytanie.

Lewica powinna tworzyć wizję. Oddzielną od bieżącej polityki. Wizje świata dla zwykłych ludzi, realistyczną, pozytywną i piękną. To jest możliwe. Jednak przed nimi poważne wyzwanie: nowa narracja, bo neoliberalizm zmienił i narzucił aparat pojęciowy. Największym problemem lewicy był czas, w którym słowo „lewica” zaczęło być używane do określenia trzeciej drogi Blaira i Schroedera, a co było w istocie paktem z neoliberałami. A naprawdę ona właśnie wtedy przestała istnieć. Zniknęły nam kody opisu świata.

A co powinno w tej wizji być?

Odwrócić powiększanie się rozwarstwienia. Nie zatrzymać – odwrócić. Jeżeli tego nie zrobimy szybko, to na zmianę neoliberalizmowi przyjdą reżimy autorytarne. Stara prawica sięga do rozwiązań lewicowych, ale czyni to w sposób oszukańczy. Pielęgnują przecież rozwarstwienie. Wszystkie te 500 plusy i inne nierówności nie zlikwidują. Lewica ma powiedzieć, jak te nierówności zlikwidować.

Sama ta wizja musi być opisana nowym językiem. Obecny jest tak zamotany, że rozmywają się pojęcia. Nowy język musi opisywać rzeczywistość w sposób prawdopodobny. A trzeci to powrót do edukacji z elementami wychowania społecznego. Edukacja nie jest przygotowaniem do zawodu, jak chce tego biznes. Edukacja ma być społeczna. Musi uczyć życia społecznego, rozwoju wspólnej kultury, wartości, do rozumienia świata, w jakim żyjemy.

Czy lewicę parlamentarną stać na sformułowanie takiej wizji?

Część ludzi stać. Adrian Zandberg, Magdalena Biejat, Maciek Konieczny, Marcelina Zawisza to są ludzie, którzy potrafią pokazać nowe cele. Pytanie, czy nie pogrążą się w bieżących problemach życia politycznego.

A jeżeli ugrzęzną, to co?

Powstanie i zaktywizuje się pozaparlamentarna mocna lewicowa opcja, która nie pozwoli im dać zapomnieć o pryncypiach. Taką siłą jest i może być Polska Partia Socjalistyczna, to której właśnie wstąpiłam. Muszą więc czuć oddech za plecami.

Zazdrość

Skręcam się wewnętrznie ze wstydu. Nigdy dotychczas nikomu nic nie zazdrościłem – nawet zainteresowania
przedstawicielek płci odmiennej, które budziły we mnie samcze instynkty.

A ostatnio stwierdziłem z przerażeniem, że ogarnia mnie to brzydkie uczucie i nie jestem w stanie go zahamować. To straszne i – niestety – niebezpieczne. Bo zamiast zazdrościć memu sąsiadowi nowego samochodu lub nowej dziewczyny, bezsensowna i antypatriotyczna zawiść ogarnia mnie na myśl o kilku najwyżej postawionych osobach.

Jak dobrze być premierem

Chyba najbardziej zazdroszczę naszemu Premierowi. Nie chodzi mi o prestiżowe stanowisko, narkotyzujące poczucie władzy, liczną ochronę, limuzyny i samoloty. Nie zazdroszczę nawet pieniędzy, chociaż pewnie by się przydały. Zazdroszczę tego, że wie dokładnie, jak to było w Polsce także przed wzniosłym momentem jego narodzenia i w czasach jego dzieciństwa, wie, kto wtedy poszedł złą drogą, a kto dobrą, kto był i jest patriotą, a kto bruździ – oczywiście wyłącznie dla osiągania własnych korzyści.
Zazdroszczę mu też zadowolenia z wszelkich decyzji, jakie podejmował w swoim bogatym życiu. Wyraźnie jest z nich dumny. Imał się (uwielbiam staropolszczyznę!) różnych zawodów, wszystkie mu się podobały, w każdym się sprawdzał.
Przeprowadziłem autoanalizę i stwierdziłem, że moja zazdrość ma swe źródło głównie w tym, że ja nie jestem zadowolony ze swego życiorysu. Nie podoba mi się. Wprawdzie żyłem już w czasach, które Pan Premier zna tylko z wyselekcjonowanych podręczników, ale nie potrafię się dopasować do lansowanych przez nie wzorców patriotyzmu. Samokrytycznie stwierdzam, że podejmowałem niemądre i zachowawcze decyzje, które dzisiaj nie przynoszą mi ani moralnych, ani materialnych profitów.
Doszedłem do wniosku, że fundamenty mego fatalnego życiorysu powstały jeszcze w zamierzchłych, końcowych latach przedwojennych. Byłem wtedy „zuchem, takim młodszym harcerzykiem. Wśród kolegów z okolicznych podwórek budziłem uśmiech politowania. Oni palili papierosy, dorywali się do alkoholu, grali w karty i w cymbergaja, już podszczypywali dziewczyny. Harcerze uchodzili za maminsynków, śpiewających idiotyczne piosenki, epatujących się zdobywaniem niepotrzebnych w życiu „sprawności”.
To harcerskie wychowanie wypaczyło mi życie. W czasie niemieckiej okupacji dałem się natychmiast wciągnąć w jakąś – także harcerską – konspirację, potem robić „cos tam” w Powstaniu i wylądować, jako jeniec wojenny w Westfalii.
Bezpośrednio po wojnie los się do mnie uśmiechnął. Z Westfalii mogłem pojechać do Anglii, skończyć tam szkoły średnie i wyższe, po latach wrócić do kraju i zostać idolem prawicy. Ale znowu zrobiłem inaczej – wróciłem po kilku miesiącach, narażając się na wielokrotne wezwania przez wiadome służby, na naukę w fatalnych warunkach i na utrzymanie z nędznej płacy. Potem szło mi nieco lepiej, po 1956 roku nie czułem „zniewalającego uścisku komunizmu”. Ale nie zostałem politykiem ani prezesem banku i nie udało mi się zaliczyć do elity finansowej.
Wiem oczywiście, że to wszystko jest winą mego braku inteligencji i zaradności. Co innego Pan Premier. On studiował na kilku prestiżowych uczelniach. Zaszczycał swoją obecnością uniwersytety nie tylko we Wrocławiu, ale także w Niemczech i Szwajcarii a nawet w USA. W ogóle bywał często zagranicą – zaraz po tym, kiedy przestano nas „bezwstydnie uciskać”. Już w dzieciństwie wiedział lub przeczuwał, że trzeba uczyć się angielskiego, a nie rosyjskiego. Nic więc dziwnego, że jest tym, kim jest. I nic dziwnego, że przenikliwie potrafi dzisiaj odróżnić „dobrych” od „złych”.
Pan Premier ma ponadto talent, budzący moją szczególną zawiść. Ma nadzwyczajną zdolność przekonywującego opisywania planów jego rządu i ugrupowania w taki sposób, jakby ich realizacja była całkiem pewna i zależała tylko od ich dobrej woli. Mówiąc – przykładowo – o budowie promów pasażerskich stwarzał wrażenie, że na symbolicznej stępce natychmiast wyrosną potężne statki. Ale ich nie ma. Nieśmiało doradzam większą ostrożność. Chyba lepiej było by powiedzieć: „Zamierzamy budować promy pasażerskie. To trudne zadanie, ale może się udać, bo mamy doskonałych inżynierów i sprawne załogi stoczni”. Czyli dać nadzieję i pogłaskać.

Wymarzony prezydent

Wstrętne uczucie zazdrości ogarnia mnie także, gdy zdalnie obserwuję naszego Prezydenta. Jeszcze młody, przystojny, niemal zawsze stosownie ubrany. Ale nie to powoduje moją zawiść, w tym zakresie nazywaną „zazdrością pokoleń”. Zazdroszczę łatwości nawiązywania kontaktów. Uśmiechów zadowolenia i skrywających niezadowolenie, znajdywania i opowiadania zawsze odpowiednich do okoliczności anegdot, fascynowania się każdym rodzajem sportu, umiejętności bezproblemowego udziału w tańcach i śpiewach na dowolną melodię.
Te wszystkie zalety Pana Prezydenta nie są jednak jądrem mojej zazdrości. Jądrem jest możliwość niezależnego od nikogo działania i podejmowania decyzji. Pan _Premier – to co innego. Jest desygnowany przez rządzącą partię, może mieć własne zdanie, – ale nie może podejmować decyzji innych, niż takie, jakie się jego partii podobają lub jakie mu wręcz zaleca. A Prezydent może, – jeśli chce. Pewnie, że musi trochę lawirować między prądami unoszącymi go na powierzchni politycznego życia kraju, Europy i Świata, ale w wielu sytuacjach może zachować się w taki sposób, jaki uważa za słuszny. I to nawet wtedy, gdy jakaś część wybierającego go Suwerena może tego nie pochwalać. Albo nie może tego zrozumieć.
Czasem mam wrażenie, że skleroza powoduje, iż należę już do tej ostatniej grupy. Wyraźnie nie nadążam. Jeśli – przykładowo – ktoś z nas, maluczkich wyrobników, pobiegnie szybciej niż inni, albo dalej rzuci kulą czy młotem, Pan Prezydent natychmiast zaprasza go na godziwy poczęstunek, gratuluje, często dekoruje, w świetle reflektorów i kamer wyraża swój zachwyt. Ale jak ktoś dostaje nagrodę Nobla, to Pan Prezydent długo myśli, czy warto zafundować mu obiad albo kolację. Bo rzutu kulą nikt nie krytykuje, a nagroda Nobla w jakiejś dziedzinie może budzić kontrowersje. I Pan Prezydent woli wtedy zachować wstrzemięźliwość. Nawet jeśli to nadrobi, to opóźnienie takiej decyzji pozostanie w mojej – i nie tylko mojej – pamięci.
W ramach tej niezależności Pan Prezydent prosi niekiedy Trybunał Konstytucyjny o pomoc, w podejmowaniu decyzji kłopotliwych dla obozu rządzącego. To skutecznie opóźnia sprawę i Suweren może czasem o nich zapominać. Ale trzeba też pamiętać, że Suweren jest nieprzyzwoicie ciekawski. I jestem pewien, że nie zapomni np. o braku oświadczeń majątkowych członków rządu i ich rodzin. Nie zapomni też o wstrzemięźliwości Pana Prezydenta w wyjaśnianiu sprawy publikacji list poparcia dla kandydatów na członków KRS. To problem Sejmu, – ale Pan Prezydent mógł i chyba powinien, wyrazić swoje zaniepokojenie sposobami jej komplikowania. Okres kampanii prezydenckiej będzie obfitował w przypomnienia o tych – i nie tylko o tych – sprawach.

Inne „podmioty” mojej zazdrości

Bądźmy szczerzy. Nie mogę twierdzić, że tyko Prezydent i Premier budzą moją zawiść. Zazdroszczę także tym, którzy podłapali stanowiska, z których przez kilka lat nikt nie może ich odwołać. Mają nawet lepiej – nie są ciągle obserwowani, pracują ukryci w swoich obszernych fortecach, nikomu nie wolno podważać ich decyzji merytorycznych i personalnych.
Nie ukrywam, że zazdroszczę także władcy telewizji państwowej, zwanej publiczną, i jego niektórym współpracownikom. Jakaż to musi być frajda, jeśli się świadomie fryzuje niemal każdą informację w taki sposób, aby wzmacniała pozycję i budowała prestiż „władzy”. Jak to – zapewne – jest przyjemnie „wieszać psy” na obywatelach drugiej kategorii, w sposób bliski wzorcom wypracowanym przez hejterów, działających pod parasolem ochronnym jednego z ministerstw.
Ostatnio zaczynam zazdrościć policjantom. Zarobki pewnie gorsze, ale poczucie bezkarności i możliwość władczego traktowania obywateli musi sprawiać wiele satysfakcji. Każdego można przecież postawić na baczność, poprosić o dokumencik. Nawet sędziego na sali sądowej w czasie trwania rozprawy. Jakieś immunitety, to burżuazyjne pomysły, podchwycone teraz przez liberałów. Nie musimy się nimi tak bardzo przejmować. W końcu ciągle śpiewamy, że „Bonaparte dał nam przykład jak zwyciężać mamy”. A on prawa wprawdzie tworzył, ale z ich przestrzeganiem też miał problemy. No i nie zwyciężył pod Waterloo. Mam takich znajomych, którzy niemal codziennie studiują mapę Polski, szukając miejscowości, która może u nas spełnić tą rolę.

 

Kryzys władzy autorytarnej?

Na kilka dni przed inauguracją nowej kadencji Sejmu i Senatu pojawiły się zaskakujące symptomy nadciągającego kryzysu polskiej wersji „nowego autorytaryzmu”.

Odtrąbione jako zwycięstwo „Prawa i Sprawiedliwości” październikowe wybory, choć przyniosły porażkę demokratycznej opozycji, okazują się bardziej początkiem końca niż fundamentem przyszłych sukcesów ustanowionej w 2015 roku władzy.
Pierwszym sygnałem niepokojącym z punktu widzenia rządzącej partii symptomem nadciągającego kryzysu jest fiasko intensywnie czynionych prób przeciągnięcia na jej stronę senatorów opozycyjnych. Pamiętamy, ze po zeszłorocznych wyborach samorządowych „Prawo i Sprawiedliwość” zdołało znacząco poprawić swoją pozycję w sejmikach wojewódzkich przeciągając na swoją stronę bezpartyjnych samorządowców, czy też kupując za stanowisko wicemarszałka jednego ze śląskich radnych. Teraz też tego próbowano, ale bez powodzenia. Jest to, rzecz prosta, konsekwencja wyższych standardów moralnych obecnych senatorów, ale w jakiejś mierze także tego, że stosunkowo słaby wynik uzyskany przez PiS zniechęca do wiązania się z tą formacją. Jaki bowiem sens miałoby wsiadanie do statku zmierzającego ku mieliźnie?
Drugim sygnałem kłopotów obozu rządzącego jest wybijanie się na względną niezależność sojuszników PiS: „Solidarnej Polski” a zwłaszcza „Porozumienia”. Wicepremier Gowin sygnalizuje, że jego posłowie nie poprą zmiany w ustawie znoszącej limit poboru składek ZUS od najlepiej zarabiających. Niezależnie od tego, czy zmiana ta byłaby słuszna weto zadeklarowane przez koalicjanta godzi w politykę budżetową rządu i musi być odczytane jako niebezpieczny sygnał na przyszłość.
Zwłaszcza, że w parze z tym idzie trzeci sygnał: dziwne manewry wokół osoby prezesa NIK. Okazuje się, że powołane do tego służby o podejrzanych operacjach finansowych byłego ministra finansów Banasia wiedziały już na początku tego roku. Czy celowo nie informowały o tym premiera? Jeśli nie był to po prostu przejaw skrajnej niekompetencji, nasuwa się przypuszczenie, że komuś zależało na tym, by Mateusz Morawiecki znalazł się w kłopotliwej i osłabiającej go sytuacji. A jeśli tak, to tym kimś musiał być wpływowy polityk obozu władzy.
Czwartym sygnałem jest ujawnienie zamiaru wybrania do Trybunału Konstytucyjnego dwójki szczególnie skompromitowanych byłych posłów Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Ktoś, kto wpadł na ten pomysł, musi wiedzieć, że stawia Andrzeja Dudę w bardzo niezręcznej sytuacji. Jeśli ta dwójka zostanie wybrana, prezydent stanie przed niewygodną alternatywą: przyjąć od nich ślubowanie czy przyjęcia odmówić. Nie będzie mógł się zasłonić tym, że Konstytucja nakłada na niego obowiązek przyjęcia ślubowania, gdyż sam stworzył groźny precedens odmawiając przyjęcia ślubowania od legalnie wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w 2015 roku. Jeśli zaś przyjmie ślubowanie od Pawłowicz i Piotrowicza, da wspaniały prezent opozycji, która będzie mogła wykorzystać to w kampanii prezydenckiej. I znów nasuwa się pytanie: czy jest to bezmyślność, czy świadome działanie na szkodę Andrzeja Dudy, który ma w obozie rządzącym nie tylko przyjaciół.
Są to sygnały nadciągających problemów wewnętrznych, które zaczynają osłabiać obóz rządzący. Towarzyszą im coraz poważniejsze prognozy ostrzegawcze mówiące o niedopinaniu się budżetu i wysoce prawdopodobnym pogorszeniu koniunktury gospodarczej. Dotychczasowa polityka gospodarczo-społeczna PiS opierała się na optymistycznym założeniu, że dobra koniunktura trwać będzie bardzo długo i że budżet państwa poradzi sobie z rozbuchanymi inicjatywami, nie tylko socjalnymi, ale także inwestycyjnymi, wśród których prym wiedzie księżycowy pomysł budowy wielkiego lotniska, które miałoby skutecznie rywalizować z Frankfurtem. To nieźle grało w czasie kampanii wyborczej, ale teraz zbliża się moment, gdy trzeba będzie stanąć twarzą w twarz z realiami ekonomicznymi. Te zaś nie podlegają woli wszechwładnego Prezesa.
Wszystko to oznacza, że polityka polska nie jest tak przewidywalna, jak można było sądzić w wieczór wyborczy.
Trzeba jednak pamiętać, że sytuacja polityczna zależy nie tylko od kondycji obozu rządzącego. Jak w nowej sytuacji będzie sobie radziła opozycja? Czy potrafi wykorzystać słabości obozu rządzącego i przeciwstawić im mądrą, atrakcyjną alternatywę? Jest to możliwe i wysoce prawdopodobne, ale tylko pod warunkiem, że przywódcy tej opozycji zrozumieją, dlaczego ponosili kolejne porażki i wyciągną z tego trafne wnioski. To nie jest sprawa partyjnego interesu opozycji. Tu idzie o interes Polski, o jej system demokratyczny, o jej godne i bezpieczne miejsce we wspólnocie państw demokratycznych.

Polska anarchii prawnej

Tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do Sądu Najwyższego. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany – mówi prof. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Sąd Najwyższy pozostawił bez dalszego biegu pierwszy protest wyborczy PiS-u dotyczący okręgu 75. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD BALICKI: Informacja o tym, że skład trzyosobowy pozostawił bez dalszego biegu protest, który był zgłoszony bez żadnego merytorycznego uzasadnienia, nie może zaskakiwać. Ten protest nie miał żadnych podstaw prawnych, więc tak należało z nim postąpić, ale prawdą też jest, że po tym składzie Izby mogliśmy się spodziewać wszystkiego.
Cieszę się jednak, że przeważyła wiedza i profesjonalne podejście wśród członków tego składu. To jest informacja pozytywna i optymistyczna.

Liczy pan na podobne decyzje przy pozostałych protestach?

Uważam, że w każdej sprawie, w której nie ma potwierdzonej informacji o złamaniu prawa, takie rozstrzygnięcie powinno zapaść. Taka jest konsekwencja procedury protestów wyborczych, które składa się wtedy, kiedy są wątpliwości co do prawidłowości przebiegu wyborów albo rozstrzygnięcia, które zostało uczynione. W innej sytuacji protest jest bezzasadny i tyle.
Co należy zrobić z szefem NIK-u Marianem Banasiem? Co kilka dni pojawiają się kolejne obciążające go informacje.
Musimy mieć świadomość, że nie mamy dostępu do wszystkich informacji i tak naprawdę nie wiemy, co było w tych zeznaniach majątkowych pana Banasia. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby wszczęcie procedury odpowiedzialności konstytucyjnej, ale musielibyśmy analizować szczegóły, bezpośrednio dotyczące danej osoby, a nie mamy takiej możliwości. Najważniejszy wniosek z tej całej sytuacji powinien być jednak jeden – nie można wybierać na najważniejsze urzędy osób wyłącznie w oparciu o kryteria polityczne. Ważne są kryteria merytoryczne i moralne, a w tym przypadku okazało się, że kandydat ich nie miał.

Czy należy próbować zmienić konstytucję, aby móc go odwołać? A może próbować zwykłą ustawą zmienić zasady odwołania szefa NIK-u, tak jak PiS próbował w przypadku I prezes SN? Jak rozwiązać tę patową sytuację?

Oczywiście nie należy zmieniać konstytucji w związku z pojedynczym przypadkiem, który tak naprawdę jest dowodem na błąd ugrupowania rządzącego. Konstytucja jest dokumentem ważnym i nie można z byle powodu, nawet tak poważnego jak obecna sytuacja szefa NIK-u, próbować w niej manipulować. Tym bardziej, że mamy taki a nie inny czas polityczny i obecnie każda próba zmiany konstytucji skończyłaby się dla tej konstytucji na pewno źle.
Po drugie: czy należy stosować jakieś kruczki ustawowe? Nie ja jestem od doradzania partii rządzącej, ale gdyby mnie o to spytano, to na pewno nie doradzałbym stosowania żadnych „wytrychów” prawnych. Mogę zachęcić tylko do jednego, aby na stanowiska, które należy obsadzić, wybierać osoby kompetentne, o wysokich kwalifikacjach merytorycznych, ale i moralnych. To jest tak naprawdę jedyny sposób na uniknięcie problemów podobnych do obecnego.
Sprawa pana Banasia wzięła się z błędnych decyzji partii rządzącej i to ona musi znaleźć jej rozwiązanie.

Pytanie, czy będzie chciała.

No cóż, sposób i efekty postępowania w sprawie pana Banasia będą tylko potwierdzeniem, jakie zamiary ma partia rządząca i jakie wartości są dla niej ważne.

Sędzia SN Piotr Schab, rzecznik dyscyplinarny sędziów, nie znalazł podstaw, by wszcząć postępowania dyscyplinarne wobec bohaterów afery hejterskiej, m.in. wiceministra Piebiaka. To polityczna decyzja?

Trudno ją inaczej oceniać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że sędziowie i prokuratorzy są ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych z bzdurnych powodów, a czasami bez powodu. Opinia „nic się nie stało” w odniesieniu do sytuacji, w którą zamieszane były osoby na najwyższych stanowiskach obecnej władzy, musi zaskakiwać, ale jeżeli to pan rzecznik Schab, powołany do pełnienia tej funkcji przez pana Zbigniewa Ziobrę – ministra, prokuratora i polityka w jednym – wystawia certyfikat dla pana ministra Piebiaka, to nie mam nic więcej do powiedzenia.

Czy pana zdaniem żyjemy w państwie prawa?

Niestety nie. Konstytucja co prawda taką formułę wprowadza, ale rzeczywistość polityczna pod rządami partii rządzącej doprowadziła do sytuacji, że to nie normy prawne, lecz decyzje określonych osób mają charakter decydujący. Nie jesteśmy już państwem prawa takim, jak opisuje to nasza konstytucja.

Jakie to rodzi konsekwencje? Mieliśmy przykład, czym to grozi przy składaniu protestów wyborczych, które budziły realne obawy o uczciwy wynik nowej Izby SN.

Jeżeli mówimy o protestach wyborczych, to musimy sobie uświadomić, że problemem nie jest sam protest wyborczy, zwłaszcza gdyby był dobrze uzasadniony. Taka procedura przysługuje zarówno wyborcom, jak i przedstawicielom komitetów wyborczych. Oczywiście zdziwienie musiało budzić uzasadnienie protestów co do niektórych z nich, czyli brak wykazania złamania zasad prawa wyborczego. Sytuacja staje się jednak poważniejsza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, w jakim państwie żyjemy. Istnieje poważna obawa, że partia rządząca, wykorzystując wcześniej podjęte polityczne decyzje i ukształtowany w ten sposób skład izby, ma wpływ na stwierdzenie ważności wyborów i może w tym trybie dokonać zmiany werdyktu wyborców. To jest przerażające.
My tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Dotychczas sprawa była jasna: werdykt SN był uznawany za ostateczny i nawet jeżeli strony się z nim czasem nie zgadzały, to wiedziały, że był to wyrok wydany w oparciu o literę prawa przez najlepszych sędziów, ekspertów z danej dziedziny prawa. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do SN. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany.

Co, jeżeli niekonstytucyjny sędzia SN wyda decyzję? Gdzie się od niej odwołać?

W chwili obecnej takiej procedury nie ma, chyba że będziemy próbować dochodzić sprawy w sądach międzynarodowych. Jestem przekonany, że docelowo potrzebne będą rozwiązania ustawowe, które będą musiały odnieść się do ważności takich orzeczeń. Z jednej strony mamy do czynienia z osobą nieuprawnioną do wydawania orzeczeń, ale z drugiej strony – z konkretnymi sprawami konkretnych osób, które mają prawo do rozwiązania sporu na drodze sądowej. Tego nie można pozostawić bez rozstrzygnięcia.
Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść.

Pana zdaniem nie jesteśmy obecnie demokratycznym państwem?

Demokracja to nie tylko wybory. Wybory się odbyły i wybraliśmy ugrupowanie, które może i powinno rządzić, ale demokracja to również poszanowanie zasad konstytucyjnych. Niestety, tych zasad partia rządząca nie przestrzega.