Jeszcze nowszy patriotyzm

Bardzo dawno temu, – bo w 2013 roku – popełniłem artykulik pt. „Nowy patriotyzm”.

Skarżyłem się w nim na zmiany, jakie w okresie mego życia zachodziły w pojmowaniu słowa „patriotyzm”, stopniowo zastępującego określenie walki i pracy dla Ojczyzny, krzykliwym samochwalstwem niektórych polityków i przypisywaniem sobie monopolu na definiowanie cech patriotyzmu. Zwracałem uwagę na to, że w czasie wojny było najprościej – każdy, kto walczył o wyzwolenie kraju był uważany za patriotę, bez względu na to, jakie miał polityczne poglądy. Ale nie nadużywano tego określenia i nigdy nie słyszałem, aby ktoś mówił „ja jestem patriotą, a ten X czy Y nie jest”.
Także po wojnie, mimo kilkuletnich sporów o to, czy głównym celem patriotycznym jest odbudowa kraju, czy walka z narzuconym ustrojem, na ogół szanowano odmienne poglądy nawet wtedy, kiedy za nie karano. Potem to się uspokoiło i przez wiele lat, także w państwie, którego zdaniem obecnego premiera w ogóle nie było, relatywnie rzadko używane określenie było rozumiane, jako równoznaczne z obywatelska postawą. Mówiąc prościej – uczciwą pracą dla siebie i kraju, pomaganiem innym w chwilach potrzeby, staraniem sie o rozwijanie jak najlepszego obrazu Polski za granicą. Dopiero w ostatnich latach te cechy patriotyzmu zaczęły być wzbogacane o odżywający, kawiarniany antysemityzm, bezsensowną i szkodliwą społecznie i ekonomicznie rusofobię i dzielenie Polaków na „prawdziwych patriotów” i tych „nierozumnych, drugiego sortu” obywateli, którzy oczywiście nie są patriotami.

Propaganda

Naiwnie myślałem, że na tym już koniec. Miałem nadzieję, że zmądrzejemy, stopniowo opadną emocje walki politycznej, przestaniemy traktować patriotyzm jak kij do okładania przeciwników. Sądziłem, że takie zachowanie nawet „nie przystoi” ludziom uważających się za patriotów, a zarazem piewców przemyślanej, patriotycznej polityki kulturalnej.
Myliłem się. Po kilku latach względnego uspokojenia, po wyborach w 2015 roku werbalny hurrapatriotyzm odżył, zmodyfikował kierunki i osiąga niepojące rozmiary.
Każde społeczeństwo jest wrażliwe na uporczywą propagandę. W miarę zmian technicznych zachodzących w nośnikach informacji dożyliśmy epoki, w której główną – a dla wielu środowisk jedyną – maczugą propagandową jest telewizja. Ma tą przewagę nad starymi nośnikami, że nie tylko informuje, ale pokazuje przykłady i wpływa nie tylko na świadomość, ale i podświadomość odbiorcy. Pół biedy, jeśli, jak w większości krajów, a w Polsce w dużych aglomeracjach, obywatel ma możliwość oglądania kilku konkurencyjnych programów, o różnym zabarwieniu politycznym. Ale – jak w Polsce na wsi i w wielu małych miastach – nie ma takiej możliwości, to wówczas stopniowo przyjmuje poglądy uzyskiwane z przekazywanych przez jedną stację telewizyjną informacji, jako swoje i jedynie słuszne.
Tak się teraz dzieje. Polska telewizja publiczna w okresie panowania obecnej władzy jest przesycona nie tylko odpowiednio selekcjonowanymi i preparowanymi informacjami, ale także werbalnym patriotyzmem, ukierunkowanym zgodnie z upodobaniem władz i odpowiednio do tych upodobań „ufryzowanym” historycznie. Te „prawdy objawione” kształtujące obecnie poglądy obywatela, który chce być uznawany za patriotę, można streścić w kilku punktach.

Podstawowe poglądy prawdziwego patrioty

Po pierwsze – w czasie wojny tylko ci, którzy byli „na zachodzie” lub związanym z nim podziemiu walczyli o wolną Polskę. Ci ze wschodu, albo z jakiś ludowo – chłopskich oddziałów partyzanckich, przesiąkli komunizmem i właściwie walczyli o hegemonię Rosji (wtedy ZSRR). Nie byli więc polskim patriotami.
Po drugie – w czasie wojny to właściwie tylko my ratowaliśmy Żydów przed hitlerowską zagładą. Ci, którzy ze strachu donosili na Żydów, a tym bardziej „szmalcownicy”, robiący to za pieniądze, to tylko smutne wyjątki. Widocznie pechowo w okolicach Sobiboru było ich wyjątkowo dużo, jeśli z 400 więźniów, którzy uciekli z obozu, prawie 100 „miejscowa ludność” wydała Niemcom.
Po trzecie – po wojnie i w długim okresie PRLu, patriotą był tylko ten, kto czynnie walczył z państwem opanowanym przez „komunę”. Reszta „psychicznych słabeuszy” pogodziła się z rolą niewolników. Wprawdzie kończyli szkoły średnie, studiowali, pracowali, odbudowywali i rozbudowywali – ale robili to bez entuzjazmu, a nawet ze wstrętem.
Po czwarte – obywatele często nie zdają sobie z tego sprawy, ale ciągle jesteśmy zagrożeni przez „postkomunę”. Prawdziwy Polak – patriota powinien ją ujawniać i z nią walczyć. Bo zakażenie komunizmem jest nieuleczalne. Jak ktoś gdzieś należał, albo coś podpisał – nie jest godzien działać w naszym społeczeństwie. Chyba, że szczerze się nawrócił i aktywnie wspiera nową, patriotyczna władzę.
Po piąte – polski patriota powinien być wierzącym i praktykującym katolikiem. Jeśli tego nie deklaruje – to trzeba go czujnie obserwować, bo może mieć ukryte związki z takimi podłościami jak LGBT, seksualizacją młodzieży, albo – o zgrozo – ze zwolennikami legalizacji ograniczonej aborcji, na życzenie zainteresowanej kobiety.
Po szóste – prawdziwy Polak wie, że prawie wszyscy w Europie chcą się na nas w jakiś sposób „zamachnąć”. Bezkrwawo, ale boleśnie robią to nieudacznicy z „wyimaginowanej wspólnoty”, czyli Unii Europejskiej. Ale są też tacy, którzy powodują katastrofy naszych samolotów – zwłaszcza prezydenckiego samolotu w rejonie Smoleńska. Patriota wie, że nasze samoloty, prowadzone przez najlepszych na świecie pilotów, co to potrafią latać nawet ”na drzwiach od stodoły …” nigdy same się nie rozbijają – więc to musiał być zamach.
Wreszcie po siódme – jesteśmy stale zagrożeni kolejną wojną. Nie wymieniamy, kto ją może wywołać, ale przecież wiadomo, kto zawsze na nas czyhał i kto robi kuku zaprzyjaźnionej Ukrainie. Musimy więc kupować coraz droższą broń od bogatych mocarstw, rozwijać siły wewnętrzne, szkolić się „od dziecka” w obronie naszych państwa i „wartości”.

Granice bezpieczeństwa

Ten zestaw aktualnych wymogów upoważniających siebie lub kogoś do bycia prawdziwym, polskim patriotą XXI wieku powinien każdemu pozwolić na samokrytykę i ocenę swojej pozycji. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że taka autoanaliza jest wprawdzie męcząca, ale można ją jakoś strawić. I nadal miałem nadzieję, że powoli z tego wyrośniemy.
Moja nadzieja uległa jednak wyraźnemu nadwątleniu po kolejnych konwencjach i dyskusyjnych spotkaniach organizowanych przez rządzącą obecnie partię. Dostrzegłem bowiem, że niemal w każdej pryncypialnej lub buńczucznej wypowiedzi najwyższych notabli, ukrywa się jeszcze jedna, nowa i naprawdę niebezpieczna cecha prawdziwego patriotyzmu. Jest to wmawianie suwerenowi, że patriotą jest tylko ten, kto popiera władzę, zgadza się z jej poglądami i planami, będzie jej „pomagał a nie przeszkadzał”. Jeśli tego nie robi – to zdradza swój kraj i jest spadkobiercą Targowicy.
To mnie przestraszyło. Nieodległa historia Europy zna takie poglądy, Starsze pokolenia widziały sterowany, monopolistyczny patriotyzm w niektórych krajach i wiedzą, jak to się kończyło. A zaczynało się niemal zawsze tak samo – od omijania podstawowych zasad życia obywateli, kwestionowania uprawnień sądów i zastępowania ich „decyzjami ludu” lub jego idoli, gnębienia przeciwników, najpierw zgodnie z prawem, a potem wbrew prawu. Przy utrwalaniu takiego poglądu łatwo jest więc przekroczyć granice społecznego bezpieczeństwa, świadomie lub bezwiednie dojść do autokratyzmu, łatwo przechodzącego w totalitaryzm.
Podsycanie hurrapatriotycznego nastroju społeczeństwa też ma swoje tradycje. Więcej defilad, więcej pokazów odtwarzających bohaterskie czyny przodków, więcej zabaw młodzieży z imitacją broni albo z prawdziwą bronią. Manifestacje i marsze patriotyczne wspierające władzę. Wprawdzie w ich organizacji nie udaje dorównać nocom w Norymberdze i współczesnym uroczystościom w Korei Północnej, bo w słowiańskim kraju trudno zebrać tylu zdyscyplinowanych uczestników – ale starać się można.
Trudno przewidzieć, jakie będą następstwa nowego modelu polskiego hurrapatriotyzmu. Może się wypalić i nie spowodować większych szkód w mentalności młodzieży i średniego pokolenia. Ale może też pogłębić i utrwalić podziały społeczeństwa i doprowadzić do otwartej. lub skrywanej izolacji Polski, wśród europejskich państw o demokratycznych tradycjach. Sygnały tej izolacji są w Parlamencie Europejskim już wyraźnie widoczne.

Chaos i nadzieja?

Ukazały się ostatnio dwie wypowiedzi prof. Marcina Króla – pierwsza zatytułowana „Idzie chaos”, a druga „Mam nadzieję”. Z wielu powodów warto przemyśleć te teksty.

Dla przypomnienia: Autor jest filozofem polityki i historykiem idei, był działaczem opozycji demokratycznej w PRL, redaktorem naczelnym „Res Publica Nowa”, także bulwersującej książki „Byliśmy głupi”, w której pisał, że po 1989 roku w Polsce można było zrobić lepiej, „dużo lepiej gdybyśmy nie byli zaślepieni, niedoświadczeni, niewrażliwi”. Te myśli spotkały się z bardzo licznymi głosami protestu ze strony kół solidarnościowych, które, co zresztą powszechnie wiadome, nadzwyczaj są czułe na wszelką krytykę, a szczególnie na negatywną ocenę ze swoich kręgów.

Pierwszy tekst,

opublikowany w „Newsweek” z 23/2019 rozpoczyna się od stwierdzenia, że „Demokracja zwana liberalną się skończyła. A wraz z nią III RP…wyczerpała swoje możliwości. Trwała przez siedemdziesiąt lat. Dla Europy to były cudowne lata, najlepszy okres w historii Zachodu. I on się powoli kończy… Istotą demokracji liberalnej jest to, co swego czasu świetnie nazwał Tusk – ciepła woda w kranie. Przez wiele lat ludzie niczego innego nie chcieli. Ale dziś chcą gorącej.”
Z powyższych myśli wynika, że aktualny stan polskich spraw jest tylko częścią szerszego procesu, a więc czymś niejako nieuniknionym co nas spotkać musiało. Nie jest to prawdą, a specyficzne przykłady Wielkiej Brytanii (brexit) i Stanów Zjednoczonych (prezydentura Truma) nie wystarczają na tak daleko idące uogólnienie, bowiem w szeregu innych europejskich krajach jest normalnie, a więc sytuacja jest zasadniczo odmienna i daleko w niej także do naszego łamania prawa i demokracji, do polityki powszechnego przekupstwa, że nie wspomnę o upaństwowionym kłamstwie i nieodpowiedzialnych decyzjach. Wyjaśnianie tego upadku za pomocą tuskowego powiedzonka nie wytrzymuje krytyki, a potrzeba „gorącej wody” wynika nie tyle z ludzkich chęci, co z warunków ekonomicznych, i ich rozlicznych konsekwencji, podyktowanych przez neoliberalną politykę ekonomiczną.
Przyczyny i znamiona chaosu
wg Marcina Króla, kryją się w upadku:
• uprawianej polityki – „Wyczerpał się model, który i tak bardzo długo funkcjonował. Wyczerpał się seksapil polityki”;
• religii – „Nie Kościoła, bo to jest mniej istotne. Oczywiście to przygnębiające, jak się dziś patrzy na Kościół… dramatyczny upadek religii w Europie to jest wielka zmiana, moim zdaniem niekorzystna”;
• czytelnictwa – „Młodzi ludzie przestali czytać książki należące do kanonu kultury europejskiej. On dla nich nie istnieje. Więcej: przeszłość dla nich nie istnieje…Po raz pierwszy w historii kultury została zerwana ciągłość. Nie ma przeszłości, a więc nie ma przyszłości. Jest tylko teraz”;
• szansy – „Gdybyśmy mieli czas, żeby pewne wartości u nas zakorzenić, byłoby nam łatwiej… Zrobiono tak wiele niemądrych rzeczy [od początku III RP – Z.T.]…Lekceważenie wszystkich poglądów poza racjonalnymi poglądami demokratycznymi okazało się ciężkim błędem, ale to jest znów wiedza, którą mamy dziś.”
W tych rozważaniach zabrakło odpowiedzi na podstawowe pytanie: co jest przyczyną opisanego chaosu?
Na ten zły czas Marcin Król radzi: „Trzeba zachować pojęcie honoru. Czyli zachować Conrada. Trzeba zachować poczucie egzystencjalnego sensu jednostki” I jeszcze: „Jedno jest pewne: przyjdzie jeszcze nowy wspaniały świat. Tyle że trzeba na niego trochę poczekać.”

Problem w tym,

że już dawno miał nadejść ten nowy, lepszy świat. Mury wiele lat temu runęły, a my mamy ciągle czekać? Według Autora okazuje się, że pono z racji światowych trendów, i na pewno z powodu błędów solidarnościowych przywódców, nadal do niego daleko.

Drugi, dwukolumnowy tekst,

niejako sztandarowy, rozpoczynający się na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” (6-7.07.2019) nosi tytuł „Mam nadzieję” i tak się, też dwukrotnie, zapowiada: „Nie wchodźmy na terytorium zła. Nie bądźmy jak oni, bo się upodobnimy. Niech się biją z cieniem. Ufajmy wszystkim ludziom. Niektórzy zawiodą nasze zaufanie. Na razie, bo we wszystkich jest potencjał dobra. Spróbujmy wyleczyć nawet ciężko chorych na nienawiść” oraz „Nie polemizować, nie krytykować… Odnotowywać fakty, ale nie piętnować, nie rozpaczać, nie korygować. Ufać, że dzięki odwołaniu do dobrej strony ludzkiej natury każdy będzie widział, jaki jest stan rzeczy.”
Idealistyczna opinia o dobrej stronie ludzkiej natury kłóci się z powszechnym przekonaniem, że „Dobro i zło istnieją w życiu człowieka prawie od zawsze. Granica między nimi wydaje się być bardzo mocna, często jednak to, co dla jednych jest dobrem, inni traktują jako zło. Człowiek jest istotą niedoskonałą…”
Ale nie tylko, bowiem sam Autor w pierwszym przywołanym tekście zaprzecza sobie: „PiS wygrywa nie dlatego, że ma jakąś cudowną ideologię albo pomysł. Wygrało, bo miało pieniądze do dyspozycji i je dało. Nie wiadomo, czy to Polskę zawali. Nawet jeśli nie, to jest to najbardziej prymitywne zachowanie polityczne, jakie można sobie wyobrazić.” Zgoda z tą oceną, ale wypada zapytać jeszcze Profesora, gdzie w chwili wyborów podziewały się ta wiedza o stanie rzeczy i potencjał dobra u milionów Polaków, którzy bezkrytycznie przyjęli nachalną propagandę, a za większą wartość uznali dobro materialne, czyli kasę, niż prawdę i elementarne podstawy demokracji?

W dalszej części

wywodów czytamy, że „Pora skończyć z programami i całym tym banalnym i pustym językiem polityki, a skupić uwagę na sprawach duchowych, które mają doniosłe konsekwencje dla spraw praktycznych. Czas przywrócić odpowiednie miejsce nadziei na dobre czy chociaż znośne życie, a nie toczyć walkę polityczną o władzę”.
Nadto: „Zło dobrem trzeba zwyciężać, a nie kontragresją”, „Nasza opowieść powinna polegać na odnowieniu ducha, na przywróceniu jednostce nadziei, a nie na obszernym projekcie konkretnych działań, w których skuteczność nikt już nie wierzy”.
Marcin Król dla potwierdzenia wagi spraw duchowych i miejsca nadziei przywołuje romantyków z XIX wieku, którzy „posługując się najpiękniejszym polskim językiem, do odnowy ducha. Do stworzenia nowej opowieści o polskości i o jednostce”, a także „Solidarność”, która, „była przecież wielką opowieścią duchową, a nie programem. Owszem, przyszedł czas i na działania konkretne, ale oświetlone tym duchowym przewodnictwem. „Solidarność” nie dlatego uratowała Polaków, że była ruchem politycznym, że walczyła o władzę, ale dlatego, że „odnowiła oblicze ziemi”.

Z tych wywodów wypada
koniecznie uporządkować kilka kwestii:

• nie wiemy co Król rozumie konkretnie pod pojęciem spraw duchowych, ale przywrócenie nadziei na „chociaż znośne życie” zależy w przeważającej mierze niestety, czy się chce czy też nie, od wyniku walki politycznej;
• zło rzeczywiście najlepiej dobrem zwyciężać, acz istnieje zbyt wiele przykładów na brak skuteczności tej metody;
• przywrócenie nadziei zawsze jednak opiera się o jakiś projekt działań (mniejszy czy większy), które mają zaspokoić tę nadzieję; bez wskazania planu osiągnięcia określonego celu nie narodzi się powszechna nadzieja jego urzeczywistnienia;
• zgoda na to, że nie do przecenienia są idee, i ich twórcy, które stanowiły nie raz w historii zaczyn wielkich ruchów politycznych, społecznych i wszelkich innych, ale warunkiem sine qua non ich sukcesu były zawsze określone warunki i bardzo liczące się oczekiwanie społeczne. Nie wydaje się aby w dzisiejszej Polsce miały one wystarczające miejsce;
• dyskusyjną tezą jest stwierdzenie o uratowaniu przez „S” Polaków, bowiem uratował nas od kolejnej rzezi gen. Jaruzelski. Nie pomniejszając zasług „Solidarności” przypomnieć należy, że mimo formuły związku zawodowego, była niewątpliwie także ruchem politycznym, i jak się okazało, skutecznie walczącym o władzę.

„Nie program zatem,

ale wielki projekt odnowy Polski, – pisze dalej Autor – który zaczyna się od ducha, ale naturalnie ma znacznie szerszy charakter. Program nadziei, która jest jedynym dobrem, jakim dysponujemy, ale też dobrem całkowicie wystarczającym. Nadziei na co? Na to, że pojedynczy ludzie przejrzą na oczy i pójdą za horyzont, wiedząc, że niewiele jesteśmy w stanie osiągnąć na tym łez padole, ale jednak nieco potrafimy… każdy z nas może zmierzać do horyzontu dobra i przyzwoitości”.
Należy wyjaśnić kilka spraw:
• przyczyną główną chaosu, który przedstawia Marcin Król – tego w polityce, religii i Kościele, w czytelnictwie książki i błędach „Solidarności” – była i jest zasadnicza zmiana w hierarchii społecznie akceptowanych wartości, w której na pierwszym miejscu usadowił się pieniądz (zysk, dywidenda i inne podobne) mający wszechpotężny wpływ na prawie wszystkie dziedziny życia człowieka i brutalnie wyznaczający jego położenie nie tylko społeczne;
• w naszych warunkach, poza realizowaną neoliberalną doktryną o niewidzialnej ręce rynku, który wszelkie problemy rozwiąże, nowa monopartia jaką stała się „Solidarność” i jej różne kontynuacje, urządzała i urządzają nam taką Polskę, jaką właśnie dziś mamy;
• kapitalizm w swym dążeniu do maksymalizacji zysku sięgnął do wyżyn, ale trzeba wiedzieć, że w wielu krajach wielokrotnie w tych swoich zapędach był poważnie i skutecznie ograniczany – m. in. poprzez aktywną działalność partii socjaldemokratycznych, z obawy przed społecznym protestem, a nawet rewolucją, z uwagi na konkurencyjność ZSRR (pisała o tym niedawno Agnieszka Holland), także poprzez niejako samoświadomość pracodawców, co skutkowało tzw. kapitalizmem ludowym oraz realizowaną koncepcją państwa opiekuńczego. Analogicznie niejako było, i ma się, z przestrzeganiem prawa i pewnych wolności obywatelskich.
• W polskich warunkach kapitalizm okazał swoje najgorsze XIX-wieczne oblicze, a państwo spełniało rolę, może nie nocnego stróża, ale popołudniowego dozorcy, co w sumie na jedno wyszlo. Nawet od samego początku III RP do dziś nie zdołał przypilnować przestrzegania podstawowych zasad prawa i demokracji, nie mówiąc już o ich zakorzenieniu.• Wielki projekt odnowy Polski jest oczywiście bardzo na czasie, rodzi tylko dwa podstawowe pytania: jakiej to Polski ma dotyczyć, bowiem już jedną, z ograniczonym skutkiem odnowiliśmy po 1989 roku, oraz jakimi siłami i metodami ma się dokonać to , każdego z nas, zmierzenie się z horyzontem dobra i przyzwoitości ?

Jest rzeczą zrozumiałą i naturalną,

że w obliczu szansy PiS na reelekcję w nadchodzących wyborach parlamentarnych, rodzą się różne rozważania i pomysły jak temu zapobiec, bądź co dalej robić. Niestety nie zawsze realne i trafione.

Zapaść postkomunistyczna

Pan premier Morawiecki, w krótkiej wypowiedzi dla mediów, określił minioną epokę – jak mniemam do 1989 do 2016 roku- okresem zapaści postkomunistycznej. Czyli wszystko co się w tej epoce działo prawie zepchnęło kraj do przepaści. Jak wiadomo wg PiS tamte czasy były epoką grabieży majątku narodowego, uwłaszczania się nomenklatury i liberałów, którzy za nic mieli dobro ludu.
Idąc tym tokiem myślenia to premier Morawiecki jest jednym z największych beneficjentów tamtej epoki. Kościół w tamtych czasach bardzo wydatnie przyczynił się do owej grabieży. Za darmo od skarbu państwa otrzymał kilkaset tysięcy hektarów ziemi i tysiące obiektów. Ziemi kościół błyskawicznie się pozbywał. Sprzedawał ją po niewysokich cenach, bo wtedy niepotrzebna była zgoda Watykanu, a i proboszczowie jak wiadomo mają pojemne kieszenie w sutannach i nie tylko duchem świętym żyją. Korzystali na tym rożni spekulanci. Dokumentacja po takich transakcjach jest bardzo skromna i często gdzieś tam zaginęła. Na takiej państwowej, a chwilowo kościelnej ziemi, wzbogacił się premier Morawiecki. Teraz za nic nie chce pokazać ile ta ziemia jest warta i co tam jeszcze dodatkowo na małżonkę przepisał. Wcześniej małżeństwo dokonało rozdzielenia majątku, co w katolickim kraju pachnie libertynizmem.
I dalej. Według PiS zagraniczni kapitaliści to krwiopijcy wyprowadzający zysk za granicę i pozostawiający Polakom ochłapy. W epoce zapaści postkomunistycznej premier Morawiecki w pełnym oddaniem służył owym zagranicznym krwiopijcom. Był prezesem zagranicznego banku. Za ową jurgieltniczą służbę otrzymał bardzo sowite wynagrodzenie. Według opinii PiS można uznać te pieniądze za współczesne srebrniki. Rocznie zarabiał miliony złotych gdy lud musiał zadowalać się skromnymi tysiącami lub szukać szczęścia za granicą. Zgromadził za tą służbę wiele milionów złotych. Po dwakroć więc jest premier superbeneficjentem tamtej postkomunistycznej zapaści. Jeżeli więc uważa, że był to okres grabieży i łupienia Polski to jest on (premier) jednym z liderów owego łupienia.
Przypuszczam, że premier chlapnął taką głupotę nim pomyślał.

Balon

Od wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon.

Wydaje mi się, że balon napełniany jest czterema strumieniami – kłamstwami lub negatywnym koloryzowaniem dotyczącymi naszej przeszłości, wiadomościami i fantazjami o nieustannych sukcesach osiąganych przez aktualną władzę, zapewnieniami o własnej uczciwości i bezinteresowności i bezwzględnej walce z przestępczością, oraz obietnicami dalszych wielkich zmian i realizacji niespotykanych dotychczas koncepcji inwestycyjnych, połączonych z planami podnoszenia stopy życiowej narodu do niespotykanych w historii granic.

Nie było nas

Pierwszy strumień napełniających balon informacji i opowiadań ma dwie niewzruszone podstawy – pierwszą, że po wojnie i aż do lat 80-tych ubiegłego wieku w ogóle nie było polskiego państwa. I drugą, że również później, a zwłaszcza „przez ostatnie 8 lat” przed wyborczym zwycięstwem obecnej władzy, rządzono Polską tak nieudolnie, że „kraj popadał w ruinę”, naród się nie bogacił, a „za to” rosła przestępczość i powstawały „afery” niszczące dorobek wielu ludzi. Te dwie polityczne fantazje są tak wielokrotnie powtarzane, że zwłaszcza w umysłach młodzieży i słuchającego tylko jednej opcji politycznej i dwóch stacji telewizyjnych „twardego” elektoratu, tworzą lukę, pozwalająca na łatwiejsze pranie mózgów.
Głównie na tym tle tworzy się patriotyczne legendy, gloryfikujące jednych i oczerniające innych. Hurtowo stawia się na piedestał „żołnierzy wyklętych”, mimo, że zOd wielu miesięcy, siedząc wieczorem przed telewizorem i jako świadomy obywatel oglądając programy informacyjne, także emitowane przez tzw. telewizję publiczną, mam niepokojące wrażenie, że unosi się nad nami ogromny i stale powiększający się balon. naczna ich część zupełnie na to nie zasłużyła. Niemal wykreśla się z pamięci żołnierzy I i II Armii Polskiej idących ze wschodu, oraz partyzantkę Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej – nawet tych, którzy walczyli i ginęli w Powstaniu Warszawskim. Oczernia się w czambuł działaczy i polityków okresu PRLu, mimo, że niektórzy z nich – jak Gierek, Ziętek, Rapacki, a nawet Świerczewski, są pozytywnie zapisani w pamięci wielu ludzi i całych miast lub województw. Tłumaczy się młodym ludziom, którzy nie pamiętają ani PRLu, ani stanu wojennego, że wtedy „prawdziwi Polacy”, którzy byli sędziami – nie sądzili, a jak byli w wojsku – nie wykonywali rozkazów. Patriotyczni tramwajarze nie wozili doi pracy zniewolonych robotników, a lekarze nie leczyli członków partii „komunistycznej”, czyli PZPR.
W tej ofensywie bezmyślnej nienawiści do przeszłości wpada się w ipułapki zapominając, że część starszych działaczy prawicy kończyła właśnie w PRLu dobre szkoły i uczelnie, robiła doktoraty, chodziła do kabaretów znacznie odważniejszych niż obecne, i że 50% „suwerena” mieszka w masowo oddawanych wówczas mieszkaniach,. Nawet polską niepodległość w portach świata rozsławia żaglowiec, który też został wybudowany w ostatnich latach „starego” ustroju.
Same sukcesy
Drugi strumień zasilający balon to nieustanne sukcesy. Teraz wszystko jest sukcesem. „Zwycięstwo” w głosowaniu w Unii 27 do 1, rozdawanie nagród, „które się należały” a także ich późniejsze odbieranie, przyjęcie ustawy chroniącej dobre imię Polski zredagowanej w sposób obrażający innych i godzącej w wolność słowa i przekonań, a potem jej łagodzenie, wprowadzanie „dobrych zmian” w sądownictwie, które są niezgodne z konstytucją i także częściowe wycofywanie się z tych zmian. Dobre zmiany, niepokojąco podobne do wprowadzanych w niektórych krajach Europy w międzywojennym dwudziestoleciu, mają też wprowadzać inwigilację obywateli w trosce o innych obywateli, rozbudowę sił policyjnych chroniących szeroko rozumianą „władzę”, tworzenie sądów sądzących niegrzecznych sędziów, usuwanie dziennikarzy, którzy nie piszą lub mówią tego, co trzeba.
Ten strumień zasilający balon opiera się niezmiennie na fundamencie 500+. W każdej informacji o sukcesach nawiązuje się do tego, rzeczywiście dobrego rozwiązania i osładza się nim inne, socjalne osiągnięcia, które już nie są tak wyraźne. Przykładowo – coraz mniej mówi się o darmowych lekach dla emerytów. Bo też trudno znaleźć takich, którzy na tym skorzystali. Owszem – mają takie pozycje, które są za darmo, ale kilka innych znacznie im zdrożało. Saldo jest dla nich niekorzystne, płacą za leki obecnie więcej, niż poprzednio. Podobnym „sukcesem” są „mieszkania +”. Czynsze w tych mieszkaniach są podobne jak na „wolnym rynku” wynajmu mieszkań, a późniejsze „przejmowanie na własność” niepewne i prawnie skomplikowane.

Czysta, uczciwa, aryjska krew

Trzeci strumień składa się z intensywnie wpompowywanej w balon zapowiedzi, że PIS będzie bezlitośnie ścigał wszelakiej maści przestępców, że nikomu nic nie daruje, bo „wszyscy są równi wobec prawa”. Codziennie słyszymy, że komuś rano zakłada się kajdanki, wzywa do prokuratury, stawia zarzuty, grozi procesami. Skutki są słabe, bo jeszcze w miarę niezależne sądy nie są skłonne do wydawania bezpodstawnych wyroków. Nawet całkowicie apolityczna część suwerena ma też wątpliwości, dlaczego w bójce skrajnego prawicowca z demokratą winny – zdaniem prokuratora – jest zawsze ten ostatni, dlaczego lekceważy się wszelkie publiczne oskarżenia dotyczące członków lub zwolenników PISu, a za to podnieca się elektorat każdym przypadkiem pretensji o naruszenie prawa kierowanym do zwolenników „totalnej” opozycji. Policja wprowadza przy tym nowe standardy – ubieranie posągów w koszulki z nadrukiem „konstytucja” albo okrzyki „Wałęsa” są co najmniej wykroczeniem, ale maskowanie twarzy, chóralne grożenie śmiercią, nawoływanie do zachowania „czystej, białej krwi” i publiczne odpalanie rac i świec dymnych, jest tylko skutkiem nudnego i niewinnego oczekiwania w kolejce do pubu. Odnosi się wrażenie, że ogoleni na łyso młodzi ludzie, wykrzykujący obraźliwe albo całkiem bzdurne hasła, są teraz wzorcem praworządnego obywatela.
Suweren zaczyna się też dziwić, że mimo buńczucznych haseł idola prawicy, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”, – co chwila wyciekają informacje o zbyt licznych i zbyt dużych nagrodach, o gigantycznych zarobkach i odprawach członków rządzącej partii, pracujących w spółkach skarbu państwa i różnego rodzaju propagandowych przybudówkach, o zajmowaniu się szefa partii interesami ważnej dla niej spółki. Mimo prób politycznego uzasadniania może też budzić zdziwienie exodus działaczy zajmujących eksponowane, ale słabo płatne, stanowiska rządowe, do parlamentu europejskiego.

Wielkie plany

Czwartym strumieniem pompowanym w balon są obietnice. W części bardzo ogólne i znane z historii od czasów cesarstwa rzymskiego, a może nawet z początków państwowości Egiptu i Mezopotamii. Kraj będzie rozkwitał, wszystkim będzie lepiej, wstajemy z kolan, więc świat będzie nas szanował i podziwiał, nikt nam nie będzie „podskakiwał”, bo będziemy potęgą militarną wspieraną przez inne potęgi. Ta największa potęga potraktuje nas niemal jak jeden ze swoich stanów, będziemy mieli ich stałe garnizony, wybudujemy im „Fort Trump”. A wszystko po to, aby wprowadzić w stan permanentnego przerażenia pewne państwo na wschodzie, które zawsze nam zagrażało, więc i teraz może mieć złe zamiary.
Te znane slogany i nowe pomysły przeznaczone głównie dla najmniej wykształconej części elektoratu, wspierane są pozornymi konkretami o nieokreślonych lub odległych terminach realizacji. Mamy więc obiecany szybki przekop mierzei wiślanej, budowę promu towarowo – pasażerskiego, który ma być nowym początkiem świetlanej przyszłości naszych stoczni, budowę tunelu podmorskiego w Szczecinie, produkowanie okrętów podwodnych, nadzwyczajnych helikopterów do spółki z Ukrainą, budowę największego portu lotniczego Europy. Radośnie też wydamy ogromne pieniądze na zakup od przyjaciół nowoczesnych wyrzutni rakiet, samolotów bojowych i innych urządzeń do zabijania. „Oglądacz” telewizji publicznej na polskiej wsi, – bo do innej najczęściej nie ma dostępu – serwującej mu takie wiadomości, wpada w euforię. Nawet nie zauważa, że balon propagandowy nad jego domem rośnie tak bardzo, że przysłania mu widok na resztę świata.

Niebezpieczny wybuch

Mam pecha. Mój nadmiernie zaawansowany wiek pozwala na historyczne porównania balonów propagandowych tworzonych w naszej najnowszej historii. Bo – bądźmy sprawiedliwi – każdy rząd i w każdym ustroju ma takie tendencje. Przed II wojną palmę pierwszeństwa miało przekonywanie społeczeństwa, że Niemców nie stać na prawdziwe czołgi i samochody pancerne, że te, które widzimy na kronikach filmowych są z dykty i z tektury. Nasza kawaleria rozniesie je w pył szablami i lancami.
W latach powojennych wmawiano nam, że gospodarka rynkowa to przeżytek, że świetlaną przyszłość zapewni nam tylko centralne sterowanie „gospodarką planową” i inwestowanie przede wszystkim w ciężki przemysł. Nie wszyscy się z tym zgodzą, ale – moim zdaniem – relatywnie najbardziej wiarygodny balon pompowano w tzw. dekadzie gierkowskiej. Mało mówiono o konieczności poprawy komunikacji Śląska z Warszawą, i względnie szybko wybudowano drogę szybkiego ruchu do dzisiaj zwaną „gierkówką”. Pokazano na wystawach małego Fiata 126p i też szybko zaczęto go produkować. Obiecywano poprawę sytuacji mieszkaniowej i rzeczywiście budowano wprawdzie małe mieszkania, – ale budowano ich dużo, w szczytowym roku 1978 – 283 tysiące. W czasach rządów PO – PSL balon był napełniany umiarkowanie i hamowany hasłem oszczędnego gospodarowania pozwalającego na utrzymanie „zielonej wyspy” na powierzchni światowego kryzysu. Ale takie dmuchanie balonu, jakiego dzisiaj jesteśmy świadkami, za mojej pamięci się nie zdarzało.
Każdy balon nadmiernie napełniany musi kiedyś pęknąć. Także balon propagandowy. Kłamstwa i kłamstewka wyjdą na jaw, znaczna część obietnic nie zostanie spełniona. Niezadowolenie obywateli będzie tłumione różnymi sposobami zapożyczonymi z doświadczeń rządów autokratycznych. Wykształcona część elektoratu rządzącej partii i tzw. milcząca większość zdają sobie z tego sprawę. Twardy elektorat wierzy we wszystko, ale i on w jakimś momencie zacznie się upominać o to, co wdmuchano do balonu. Wtedy rządzący mogą wybrać tylko jeden z dwóch scenariuszy:
– albo dostatecznie wcześnie zaczną się sami wycofywać „na z góry upatrzone pozycje”, przepraszać, łagodnieć, obiecywać poprawę,
– albo ryzykować i czekać na wybuch. Ale ryzyko jest duże. Pęknięty balon wybuchnie głośno, cały świat go usłyszy. Można stracić władzę. Perspektywa jej odzyskania oddali się na wiele lat.
Obserwacja dotychczasowych zachowań dość wąskiej intelektualnej czołówki PISu skłania raczej do przypuszczenia, że, wierząc w nieustanne poparcie i siłę twardego elektoratu oraz w widoczny sposób rozkoszując się zdobytą władzą – wybiorą świadomie, lub podświadomie, drugi wariant.
Czy jednak, mimo to, PIS może wygrać następne wybory parlamentarne? Może, bo znaczna część naszych obywateli przejmuje się tylko tym, czy zarabia lub dostaje o kilka złotych więcej i wierzy, że nasze państwo „wstaje z kolan i rośnie w siłę”.
A czy może je przegrać?. Również może, choć jeszcze w to nie wierzy. Balon propagandowy podtrzymujący władzę może też pęknąć wcześniej i spowodować trudne do przewidzenia i opanowania reakcje „suwerena” i Europy.
Proces osłabiania pozycji zjednoczonej prawicy może też przyspieszyć nie tylko w związku nadmiernym zadłużaniem państwa i utratą stabilności ekonomiczne, ale także w reakcji na trzy immanentne cechy radzącej ekipy, które też coraz mniej podobają się pozostałej części społeczeństwa. Te trzy cechy, to zupełny brak poczucia humoru i nadmiernie nerwowe przyjmowanie śmiechu otoczenia, wewnętrzna dyscyplina i posłuszeństwo procentująca zanikiem własnych poglądów, w historii cywilizacji zawsze prowadząca do jakiejś formy dyktatury, i żenująco pierwotny, irytujący hurrapatriotyzm.

Na bezdrożach nacjonalizmu

Tytuł tych refleksji stanowi trawestację tytułu książki opublikowanej w 1939 roku przez wybitnego prawnika, wieloletniego dziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, Zygmunta Cybichowskiego (1879-1946). W 1939 roku opublikował on dzieło pod tytułem „Na szlakach nacjonalizmu”, w którym za wzór do naśladowania zalecał Polakom Adolfa Hitlera. To prawda, że było to przed wojną i że w czasie niemieckiej okupacji Cybichowski nie splamił się kolaboracją z reżimem swego idola. Pozostaje jednak faktem, że w przede dniu wojny poglądy tego typu miały wzięcie w kręgach polskich nacjonalistów, zwłaszcza z Obozu Narodowo Radykalnego.

Nacjonalizm jako prąd ideologiczny jest dzieckiem dziewiętnastego wieku, ale swe najbardziej odrażające właściwości ujawnił w wieku dwudziestym. Nie było to jedynie konsekwencją dochodzenia do władzy ruchów faszystowskich. Warto przypomnieć nacechowaną antysemityzmem sprawę kapitana Alfreda Dreyfusa we Francji, czy takie haniebne incydenty jak antyżydowski pogrom zorganizowany przez polskich żołnierzy i innych obrońców Lwowa natychmiast po wyparciu z miasta wojsk ukraińskich.
Narodziny nowoczesnego nacjonalizmu miały źródła społeczne i intelektualne. Społecznym podłożem nacjonalizmu były przemiany prowadzące do przekształcenia postfeudalnego państwa stanowego w nowoczesne państwo narodowe, w którym patriotyzm stanowić miał spajającą obywateli ideę polityczną. Patriotyzm rozumiany jako przywiązanie do własnego państwa nie musi przekształcać się w nacjonalizm, ale może stanowić pożywkę dla takiego widzenia świata, w którym inne narody postrzegane są jako wrogowie, z którymi mój naród prowadzić musi walkę o byt.
Przekształceniu patriotyzmu w nacjonalizm sprzyjał klimat intelektualny drugiej połowy XIX wieku, zwłaszcza bezkrytyczne przenoszenie na grunt myśli społecznej darwinowskiej nauki o ewolucji gatunków odbywającej się w drodze walki o byt i eliminacji gatunków nieprzystosowanych do zwycięstwa w tej walce. Na gruncie polskim do darwinowskiej idei walki o byt nawiązywał Roman Dmowski (1964-1939), zwłaszcza w swojej najważniejszej książce „Myśli nowoczesnego Polaka”(1903). Szerzeniu się postaw nacjonalistycznych sprzyjało powodzenie koncepcji rasistowskich głoszonych na Zachodzie przez takich autorów, jak Artur Gobineau (1816-1882).
Powstanie w wyniku pierwszej wojny światowej szeregu niepodległych państw środkowo-europejskich przyczyniło się do zaostrzenia postaw nacjonalistycznych. Państwa te powstawały w warunkach etnicznego przemieszania ludności, czego przykładem była ówczesna Polska. Ponad trzydzieści procent obywateli Drugiej Rzeczypospolitej określało się jako należący do innych niż polska narodowości, zwłaszcza ukraińskiej, żydowskiej, białoruskiej i niemieckiej. W tych warunkach spoistość państwa zapewnić mogła jedynie taka polityka, która odcinając się od etnicznego nacjonalizmu stawiałaby na równe prawa i równe obowiązki wszystkich obywateli wobec państwa będącego ich wspólnym domem. Taką politykę propagowała lewica, a także część zwolenników marszałka Piłsudskiego, na przykład – zamordowany przez ukraińskich nacjonalistów – Tadeusz Hołówko (1889-1931). Oficjalna polityka państwa polskiego poszła jednak w innym kierunku. Getto ławkowe na uniwersytetach, wprowadzone pod presją nacjonalistów z ONR, ale akceptowane przez władze państwowe, a także brutalne próby wynarodowienia Ukraińców, rodziły klimat wrogości, bez uwzględnienia którego nie można zrozumieć ani krwawego konfliktu polsko-ukraińskiego na Wołyniu, ani udziału części Polaków w zagładzie Żydów.
Gdy rodziła się Polska Ludowa, wielu z nas wierzyło, że upiory nacjonalizmu zostały definitywnie złożone do grobu. Powtarzaliśmy piękne słowa Juliana Tuwima, o tym, że powstanie tylko jedna rasa – ludzi szlachetnych. Pogromy antyżydowskie (Kraków 1945, Kielce 1946) skłonni byliśmy traktować – jakże naiwnie – jako po prostu konsekwencje jeszcze nie zakończonej walki z siłami „reakcji”.
Okazać się jednak miało, że także w nowych warunkach ustrojowych i ideologicznych nacjonalizm zachowuje zdolność odradzania się. W warunkach niemal całkowicie jednorodnej pod względem narodowościowym struktury nowego państwa nacjonalizm przyjął postać antysemityzmu maskowanego rzekomą walką z „syjonizmem”. W 1968 roku ten rodzaj zakamuflowanego antysemityzmu znalazł wyraz w działaniach autorytarnej frakcji w PZPR. Byłoby jednak uproszczeniem traktowanie tej kampanii jako ograniczonej do wewnątrzpartyjnych rozgrywek. Nie byłoby ówczesnej kampanii antysemickiej, gdyby nie trafiała ona w pokłady nacjonalizmu nadal utrzymujące się w sporej części społeczeństwa polskiego. Mamy prawo a nawet o owiązek przeciwstawiać się krzywdzącym uogólnieniom sugerującym, że cały nasz naród jest przesycony antysemityzmem, ale nie powinniśmy udawać, że było to i jest zjawisko marginalne. Socjaldemokracja RP w pierwszych miesiącach swego istnienia przeprowadziła uczciwą i pogłębioną analizę odpowiedzialności lwicy za kampanię roku 1968. Był to jeden z ważnych elementów zerwania z tym, co w polityce PZPR zasługiwało na surową ocenę.
Trzydzieści lat po zmianie ustroju problem nacjonalizmu pozostaje jednym za najważniejszych wyrzutów sumienia demokratycznej Rzeczypospolitej. Wprawdzie badania socjologiczne ( w tym bardzo cenne badania Ireneusza Krzemińskiego) pokazują, ze tylko mniejszość naszego społeczeństwa deklaruje postawy antysemickie i że mniej więcej tyle samo Polaków deklaruje zdecydowane potępienie antysemityzmu, ale niepokoić musi zwłaszcza coraz bardziej jawne i agresywne demonstrowanie antysemityzmu (a także postaw antyukraińskich) przez takie organizacje jak (odrodzony ) ONR czy Młodzież Wszechpolska. Dzieje się to ostatnio przy wyraźnej bierności, by nie powiedzieć akceptacji organów władzy państwowej. Prokuratura opieszale działa w obliczu jawnie głoszonych haseł nacjonalistycznych, w tym tych, które wprost nawołują do przemocy. Nie wynika to – mam nadzieję – z przekonań polityków, którzy od czterech lat rządzą Polską, lecz z ich kalkulacji politycznej, by nie tracić poparcia nacjonalistycznej prawicy. W kampanii poprzedzającej majowe wybory do Parlamentu Europejskiego wyraźne było przejmowanie przez Prawo i Sprawiedliwość antyżydowskiej argumentacji, co okazało się w tym sensie skuteczne, że pozwoliło tej partii przejąć część wyborców Konfederacji, a tym samym zapewnić sobie zwycięstwo. Jest to jednak niebezpieczna gra, w której dla korzyści politycznej poświęca się klimat życia politycznego w Polsce.
Ważna rolę w przezwyciężaniu nacjonalizmu powinna odgrywać edukacja. Tu jednak napotykamy na wyraźną blokadę. Sposób, w jaki przedstawia się historię, raczej służy utrwalaniu postaw nacjonalistycznych, niż ich przezwyciężaniu. Uporczywe przedstawianie własnego narodu wyłącznie jako ofiary a zarazem obciążanie innych wyłączną odpowiedzialnością za dawne konflikty (co tak wyraźne jest w oficjalnej wersji konfliktu polsko-ukraińskiego) może jedynie służyć utrwalaniu nacjonalizmu – a nie jego przezwyciężaniu.
Koalicja demokratyczna, w której powstanie i dobry wynik wyborczy gorąco wierzę, powinna jasno określić swój stosunek do nacjonalizmu. Nie należy obawiać się „stracenia” w ten sposób głosów. Zdeklarowani nacjonaliści zadomowili się już w obozie Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast dla wielu obywateli, którym droga jest wizja Polski tolerancyjnej, wolnej od nacjonalizmu i plemiennej nienawiści, takie stanowisko będzie jeszcze jednym powodem, by w takiej koalicji ulokować swe nadzieje na lepszą, bardziej szlachetną Polskę.

Demokracja umiera w ciemności, a wolność słowa niezależnie od oświetlenia

O wolności każdy w Polsce wypowie się chętnie. W Polsce każdy chętnie wypowie się wprawdzie na każdy temat, ale są takie kwestie, w których Polki i Polacy są ekspertami. Oprócz awiacji cywilnej i wojskowej, konstytucji i uchodźców, tematem takim jest również wolność. Mówią o niej zarówno zawodowi patrioci, jak i zawodowi obywatele. Na ogół się wprawdzie nie dogadują, ale jest coś co zawsze ich godzi – metafizyka antyrosyjskiej ksenofobii.

Zjawisko to daje o sobie znać nadzwyczaj często. Niemal codziennie przeczytać można tyleż trwożny, co groteskowy rusofobiczny agit-prop. Największy niesmak budzi on jednak wówczas, gdy ewidentnie ocieka hipokryzją, a wszyscy widząc to specjalnie lub z głupoty nie zwracają na to uwagi.
Komentatorzy w Polsce i zagranicą doznawali w minionym tygodniu wielokrotnego wzmożenia z powodu Iwana Gołunowa. Jest to dziennikarz opozycyjnego portalu rosyjskiego Meduza.io. 7 czerwca został zatrzymany przez policję, oskarżono go o posiadanie narkotyków i handel nimi. Prokuratura żądała aresztu, sąd w Moskwie odmówił i zastosował wobec Gołunowa jedynie areszt domowy. Pięć dni później z MSW wyszedł komunikat o umorzeniu śledztwa wobec tego człowieka i zdjęciu z niego wszelkich sankcji. „Wolność słowa zwyciężyła!”, „Wolne media się obroniły!”… Wiwatom nie było końca.
Gówno prawda. Wolność słowa zdycha, a niezależne media mamy tylko w internecie, a i tam od ponad roku prowadzi się intensywną czystkę poprzez Google, Facebook oraz inne tego typu platformy. Tyle, że tego nie widać, bo media głównego nurtu informują o tym mało i niechętnie. Więc te, jakże cenione oficjalnie wartości, po prostu sobie zanikają. Inaczej niż np. demokracja, która – jak głosi slogan The Washington Post – umiera w ciemnościach.
W ciemnościach, tudzież poza uwagą dziennikarzy, umiera też dziennikarstwo śledcze. Gołunow jest właśnie dziennikarzem śledczym. Miał rozpracowywać jakieś mocne korupcyjne skandale dotyczące nieruchomości w Moskwie i innych dużych miastach Rosji w chwili, gdy został aresztowany. Chętnie w to wierzę – słyszałem i czytałem wiele o gangstersko-prokuratorsko-policyjno-urzędniczym procederze nielegalnego przejmowania lokali mieszkalnych rosyjskich aglomeracjach. Gołunow mógł nadepnąć komuś na odcisk nieco zbyt boleśnie swoją dociekliwością, więc postanowiono go postraszyć.
Szkoda tylko, że po tym, jak klangor po jego zatrzymaniu podniósł się pod samo niebo temat uległ jakiejś dziwnej dyskontynuacji. Zaraz, zaraz, a co z pozostałymi dziennikarzami, którzy doświadczają brutalnej represji? Czy ich polscy koledzy i koleżanki po fachu o nich się nie upomną? Oczywiście, że nie!
Hipokryzja ta kole w oczy zwłaszcza w obliczu losu Juliana Assange’a, człowieka, któremu ludzkość zawdzięcza gigantyczną wiedzę o nadużyciach władzy, globalnie i w poszczególnych krajach. Nikt jakoś nie bije w tarabany z powodu prześladowań, których on doświadcza, chociaż są one ewidentne, widoczne i w sposób oczywisty naruszają fundamentalne normy prawa międzynarodowego. Assange, dziennikarz, który nie opublikował ani jednego kłamstwa czy manipulacji, ostatnie siedem lat spędził w warunkach więziennych lub gorszych. Demokratyczne władze, demokratycznych zachodnich państw stają na głowie, by wydać go w końcu Stanom Zjednoczonym, gdzie czeka go ostateczna rozprawa. Ma się rozumieć, wbrew prawu.
Zwracam uprzejmie uwagę wrażliwym na prawa człowieka i swobody obywatelskie, że „siepacze rosyjskiego reżimu” zwolnili Gołunowa po tygodniu, a sąd umieścił go w tym czasie w areszcie domowym. Mogłoby wprawdzie być inaczej, gdyby nie rozgłos jakiego doczekała się ta sprawa. Ale równocześnie zatroskane o wolność słowa w Rosji zachodnie rządy do spółki urządziły Assange’owi nie siedem dni, a siedem lat piekła. Zachęcam więc wszystkie mądre głowy w Polsce, które tak lubują się w eksperckim dyskursie na temat wolności do uwzględnienia tego niuansu.

Ręka do zgody

Pawła Kukiza nie znam. Tzn. rozmawiałem z nim dwa razy w życiu, ale to chyba za mało, żeby móc powiedzieć, że się kogoś zna. Znają go za to moi koledzy ze środowiska, i mają o nim cokolwiek różne zdanie, z przewagą tego gorszego. Idzie im zwykle o to, że na swoich plecach wwiózł do Sejmu Bosaka i ekipę i się z nimi dobrze dogaduje, ale to akurat jego osobista fanaberia, że lubi bardziej młodych narodowców od lewicy, za co specjalnie ganić go nie można. Ale nie lubić już tak.

Pamiętam, było to na krótko przed tym, gdy wydaliśmy z Kultem płytę „Prosto”. W Tarnowie, Paweł Kukiz zaczepił na parkingu hotelowym Kazika i próbował go przekonać do wsparcia jego, na ongiś sztandarowego pomysłu, znaczy się do JOW-ów. Kazik, jak to Kazik, wysłuchał z uwagą, swoje sobie pomyślał, ale w politykę nie wszedł, bo to nie jego buty. Paweł Kukiz natomiast poszedł w nich bardzo dziarsko i doczłapał się na salony sejmowe.
Od dawna słucham z uwagą tego, co Kukiz proponuje i obserwuję, jak ewoluuje jego postać i jego propozycje. Nigdy nie ukrywałem, że jego ostentacyjna wręcz odraza do środowiska LGBT mnie napawa odrazą do niego samego, jak i do każdego, kto w inności widzi strach; zastanawiam się, czy taki ktoś nosi w sobie jakiś potężny uraz z dzieciństwa czy może nieprzepracowaną traumę, bo gdzie jak gdzie, ale w środowisku z którego i ja i Paweł Kukiz się wywodzimy, jest sporo osób o odmiennej orientacji, więc nie wiem, czemu ma służyć ta nagonka. Podobnie, jeśli nie jeszcze bardziej, irytująca jest jego afirmacja środowiska narodowców, które co prawda z wolna zrywa z nim współpracę, ale którą Kukiz zaprosił na swoje listy. Choćby przez wzgląd na te dwie sprawy zgody między mną a nim nie będzie, o czym nie omieszkałem mu napisać na jego profilu fejsbukowym, gdyż mimo różnić, tam należymy do grona „przyjaciół”. A napisałem to, gdy usłyszałem wypowiedź Pawła Kukiza w jednym z programów telewizyjnych, nawiązującą do jego najnowszych propozycji, z którymi chce wyjść do szerokiego spektrum politycznego w kraju, żeby uzyskać dla nich jak największe poparcie. I to, Szanowni Państwo, jest ten moment i ten czas, kiedy można by pokazać, że jeżeli ma się na sercu ojczyzny dobro i pomyślność, to warto by się sprzymierzyć z samym diabłem, żeby oddać kraj we władanie obywateli a nie partii, o co i mi zawsze w życiu szło.
Kukiz proponuje m.in. możliwość startu w wyborach do Sejmu dla każdego kto chce, a nie tylko dla partyjnych nominatów; obligatoryjność uznawania wyniku referendów; możliwość odwołania posła przed upływem kadencji-to akurat najbardziej mi się podoba. Obiecywałeś, że zrobisz to i to-zawierasz z Narodem kontrakt, a my-wyborcy sprawdzamy. Do połowy kadencji nie zrobiłeś nic-to paszoł won. Trzeba było nie obiecywać, albo nie kandydować. Pod karabinem nikt nie trzymał. Proponuje jeszcze Kukiz „sędziów pokoju”, ale nawet nie wiem, o co w tym chodzi. Wiem natomiast, że choćby dla tych trzech pierwszych propozycji, które nie są ani lewicowe, ani prawicowe, ani centrowe, dotychczasowy duopol PiS-PO oraz suflujący im wiecznie PSL, nie zgodzi się na takie diktum, bo to dla nich polityczna śmierć i przerwanie „złotego wieku” dojenia Polski. A skoro oni się na to nie zgodzą, to co stoi na przeszkodzie, żeby podobnie jak w przypadku kontraktu poseł-Naród, podobnego kontraktu, czegoś na kształt porozumienia ponad podziałami, nie podpisały razem, no właśnie, Razem, Kukiz, Narodowcy, Zieloni, Ruchy Miejskie i cały polityczny plankton i kanapa? Niemożliwe powiecie. A to niby czemu? Przeca w tej propozycji brak jakiejkolwiek ideologii. Na to czas przyjdzie później. Tymczasem jednak, diagnoza Kukiza jest jak najbardziej trafna. Żeby odbetonować polityczną scenę, trzeba przerwać ten trwający od lat pokaz walki na pokaz, bo zarówno i czarnym i czerwonym idzie o to samo; żeby zostało, tak jak jest. Wtedy, po wyborach, zamienią się najwyżej miejscami między opozycją a koalicja, a ta żenująca i tocząca Polskę jak gangrena sytuacja, będzie trwać w najlepsze. Nie wierzycie? Spójrzcie co dziś się dzieje z wytrychem o nazwie „komisja śledcza”, używanym do wyważania drzwi, gdy na światło dzienne wypływa jedna czy druga afera. Były „taśmy prawdy” za Platformy. PiS chciało komisji, bo to jedyna możliwość wyjaśnienia sprawy, PO nie chciało o tym słyszeć. Co mamy dzisiaj? Jak śpiewał mój kolega na płycie „Oddalenie”, choć zamieniliście się miejscami, nadal jesteście dokładnie tacy sami. I zostaniecie.
Gdyby ten scenariuszu zgody pomniejszych z różnych bander na zmiany w polskiej polityce się powiódł, partie i organizacje które by go sygnowały, pokazałyby społeczeństwu, przynajmniej ja tak to widzę, że zależy im naprawdę na kraju, a to co deklarują, nie jest tylko gadaniem dla gadania. Tak jak zmiana dla samej zmiany nie jest, nomen omen, dobrą zmianą.

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Mamy tu legalizm dyskryminacyjny

„Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to polexit nam nie grozi. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej” – mówi Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Rekordowa frekwencja w przypadku wyborów europejskich i wysoka, jeżeli chodzi o ogóle o frekwencję w Polsce – 45,69 proc. To cieszy Rzecznika Praw Obywatelskich?
ADAM BODNAR: Oczywiście, że tak, bo wybory wskazują zawsze na poziom aktywności obywatelskiej. Tym razem mieliśmy dwa razy wyższą frekwencję. Czy mogło być więcej? Mimo wszystko sądzę, że mogło. Po pierwsze, frekwencja w całej Unii była wyższa i wyniosła średnio blisko 51 proc. Po drugie, mam wrażenie, że nasze państwo nie zrobiło wszystkiego, żeby zapewnić możliwość zabrania głosu wszystkim. Jeszcze przed wyborami dostawałem sygnały dotyczące Wysp Kanaryjskich i Malty, gdzie nie przygotowano żadnych lokali wyborczych. MSZ uznało, że to zbyt kosztowne. Rozumiem, że na Wyspach Kanaryjskich może być trudno zorganizować lokale we wszystkich kurortach, choć przydałby się przynajmniej jeden. Dużo polskich obywateli tam mieszka na stałe, pracuje czy przebywa na wakacjach. Jednak bardziej zastanawiająca jest Malta, ponieważ mieszka tam co najmniej kilkuset Polaków, jest tam konsulat honorowy i jest to inne państwo członkowskie UE. Dziwnie to wygląda, że w innym państwie członkowskim nie zorganizowaliśmy wyborów do PE. Liczę, że w kontekście wyborów parlamentarnych te braki uda się naprawić. Mówię o tym, bo nawet jeżeli w skali ogólnej wyborcy w tych miejscach nie stanowią jakiegoś wielkiego procentu, to taka dbałość o szczegóły pokazuje wagę głosu wyborczego. Państwo powinno podczas wyborów zabiegać, starać się, tworzyć atmosferę święta demokracji, nawet jeśli to kosztuje. Choć z tego, co wiem, nie są to wielkie koszty.

Sporo ma pan dziś interwencji jako RPO?
Staram się interweniować w sprawach nawet najmniejszych, bo uważam, że taka jest moja rola, aby troszczyć się o sprawy obywateli oraz patrzeć na ręce władzy i instytucjom publicznym. Także po to, aby pozostała dokumentacja dotycząca tych spraw. Przykładowo dostaliśmy ostatnio odpowiedź w sprawie słynnego klipu „Plastusie” pani Barbary Pieli w TVP. W naszej debacie publicznej już dawno o tym zapomnieliśmy, także to, jak zostali tam przedstawieni Jurek Owsiak i Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jednak podejmowanie takich interwencji i poszukiwanie wyjaśnień w przypadku tego typu wydarzeń ma wartość – niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć – dokumentacyjną, wykazywania i pozostawienia w pamięci zbiorowej historii pewnych manipulacji. W odpowiedzi KRRiT zgadza się bowiem, co do zasady, z tym, co powiedział prezes TVP Jacek Kurski, czyli że to była satyra, że gwiazda Dawida była niedostrzegalna itd. Co ciekawe, w całej odpowiedzi nie ma słowa o WOŚP, Jurku Owsiaku i byłej prezydent Warszawy, a przecież to była główna treść tego klipu. To, że Jurek Owsiak może być podejrzewany o defraudowanie pieniędzy. Z tego punktu widzenia zarówno interwencje, jak i odpowiedzi na nie są ważną dokumentacją rzeczywistości, w jakiej obecnie przyszło nam żyć.

Skoro o TVP, z którą wygrał pan niedawno proces – prezes Jacek Kurski nie widzi nic złego w tych „plastusiach”, za to bardzo się oburzył na pana sugestie o mowie nienawiści w TVP po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To wybiórcze traktowanie rzeczywistości?
Wyrok zapadł dopiero w I instancji, ale oczywiście mnie cieszy, tym bardziej, że sąd wydał go na podstawie zgromadzonych dokumentów i dowodów, nie przeprowadzając długich postępowań. To samo w sobie jest optymistyczne. Natomiast trzeba pamiętać, że nie tylko ja zostałem dotknięty tym pozwem. Działania prawne zostały skierowane także przeciwko Krzysztofowi Skibie, Jackowi Jaśkowiakowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu i prof. Wojciechowi Sadurskiemu. Zatem mieliśmy całą serię pozwów, skierowanych w tym samym czasie, które moim zdaniem miały na celu uciszenie debaty oraz pokazanie, że każdy, kto będzie krytykował TVP, może się liczyć z działaniami prawnymi. Traktowałbym to jako przejaw uciszania.

Uciszania czy zastraszania?
Myślę, że można użyć obu słów. To przejaw większej praktyki, która się nazywa legalizmem dyskryminacyjnym. To pojęcie, które stworzył prof. Kurt Weyland w artykule dla Journal of Democracy w 2013 roku, gdy analizował praktyki stosowane w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej. Właśnie tam wskazywał na używanie różnego rodzaju metod legalnego działania, które mieszczą się w granicach prawa, ale są stosowane przede wszystkim wobec osób, które są zagrożeniem, przedstawiają inny pogląd albo mogą być uznawane jako przeciwnicy władzy – dziennikarze, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, biznes etc. Są to różne metody: pozwy, straszenie, że odbierze się licencje, szykany administracyjne, kontrole podatkowe. Te metody tłumaczy się najczęściej, używając zwodniczych sformułowań typu: że „wszyscy muszą być równi wobec prawa”, „państwo musi być silne i sprawne” czy że „nie ma świętych krów”.

Jakbym słyszała PiS…
Przeanalizowałem wypowiedzi przedstawicieli władzy i ciekawe jest, że za każdym razem, gdy pojawiają się działania mogące budzić wątpliwości – natury politycznej bądź dotyczące dyspozycyjności prokuratury albo wręcz osobistego zaangażowania wysokiego urzędnika (np. sprawia lekarzy z Krakowa dotycząca śmierci ojca Zbigniewa Ziobry) – natychmiast pojawiają się zapewnienia, że „nie ma świętych krów” oraz że „my tylko stosujemy prawo”. To samo zrobiła TVP, mówiąc, że broni tylko swojej reputacji, do czego ma prawo. To prawda, tylko że to samo prawo określa jej szczególną rolę – ze względu na finansowanie z budżetu państwa – i zobowiązuje do realizacji określonej misji, m.in. zapewniającej pluralizm i obiektywizm.

Legalizm dyskryminacyjny jest zagrożeniem dla demokracji?
Z pewnością tak, bo powoduje, że część ludzi nie angażuje się w debatę i nie chce mieć żadnych problemów. To forma straszenia skierowana szczególnie w kierunku organizacji społeczeństwa obywatelskiego, mediów czy środowiska biznesowego. W dłuższej perspektywie powoduje, że następuje zwiększenie polaryzacji – na placu boju zostają ci najodważniejsi, którzy zabierać głos chcą głośno i zdecydowanie. To z kolei powoduje eskalację napięć, konfliktów. A w przypadku biznesu skutkuje to większą zachowawczością – biznes staje się ostrożny we wspieraniu inicjatyw „nieprorządowych”. Na szczęście to, co nas odróżnia od Ameryki Łacińskiej, to jest jeszcze sytuacja sądów. Bo z jednej strony sędziowie są przedmiotem różnego rodzaju szykanowania, obrażania, wszczynania postępowań dyscyplinarnych, ale z drugiej jednak starają się opierać represjom władzy. W ostatnich miesiącach mieliśmy przykłady, że sądy są w stanie w sposób niezależny rozpatrywać sprawy i wydawać wyroki dotyczące wolności słowa, prawa do zgromadzeń itp. To niewątpliwie daje pewien poziom gwarancji, tylko pytanie, jak długo jeszcze trochę osamotnieni sędziowie będą w stanie – mówiąc eufemicznie – pozwolić sobie na ten poziom odwagi.

Tym bardziej, że machina Izby Dyscyplinarnej przy SN już ruszyła i pierwsi sędziowie mają już sprawy.
Tak, tylko musimy pamiętać, że bezprecedensowa jest też liczba pytań prejudycjalnych i spraw toczących się przed TSUE. Obecnie mamy już 4 sprawy i powstaje pytanie, jakie będą konsekwencje tego dla naszych relacji z UE. Jeżeli zaczną zapadać wyroki stwierdzające naruszenie standardów prawa europejskiego przez polskie prawo, to rząd będzie zmuszony do wykonania wyroków TSUE. Nawet jeżeli nie zostaną one wdrożone ustawowo, to wyroki TSUE powodują określone skutki prawne, na które można się powoływać przed sądami krajowymi. Poza tym pogłębiający się stan rozkładu tych relacji może powodować poważne zagrożenie w funkcjonowaniu naszego rynku wewnętrznego i naszej współpracy z Brukselą. Już doświadczamy tego w przypadku europejskiego nakazu aresztowania. Jeżeli inwestorzy poczują, że w Polsce nie można inwestować, bo wyroki europejskie nie są uznawane, to zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Mam wrażenie, że niektóre osoby w rządzie zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Po za tym powiązanie praworządności z funduszami. Jest już projekt rozporządzenia w tej sprawie i nowy skład PE, który już znamy, raczej będzie kontynuował ten kierunek, wskazują na to choćby kandydatury na komisarza Fransa Timmermansa i Manfreda Webera.

Zatem na horyzoncie majaczy jednak polexit?
Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to nam nie grozi. Proszę zobaczyć, jaką postawę w tej kwestii, przynajmniej w ostatnim czasie, prezentował rząd. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej.

Nie wygląda to dobrze, czeka nas scenariusz węgierski?
Wiele zależy do ludzi, od obywateli, na ile są w stanie bronić swoich praw, mówić o swoich problemach, a w sytuacjach konkretnych zagrożeń działać i protestować.
Kto by przewidział, że sędziowie będą jeździć na festiwal Woodstock, opowiadać o praworządności i konstytucji. Jeżeli zestawimy to z Węgrami, gdzie nie ma mowy o takich zachowaniach, to powinniśmy mieć pewną nadzieję. Mamy też wspaniałe dziedzictwo „Solidarności”, takie osoby jak prof. Adam Strzembosz.
Na sprawy dyscyplinarne niepokornego prokuratora Krzysztofa Parchimowicza stawiają się na widowni w geście solidarności i wsparcia zwykli obywatele. Nagle się okazało, że kłopot mają prokuratorzy, którzy chcą go ukarać, bo obywatele im patrzą na ręce. To są rzeczy ważne, budujące, pozwalające odzyskiwać wiarę w te wartości, na których opiera się demokratyczne państwo. T o są momenty, kiedy wielu dostrzega, że nie należy się bać. I dlatego nie powinno u nas dojść do powtórzenia scenariusza węgierskiego. Jesteśmy w innym miejscu: mamy swoją solidarność, mamy niezwykle silne poparcie dla idei UE, mamy też gdzieś głęboko w genach nadzwyczajne przywiązanie do wolności. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był stanie trwale zburzyć tę podstawową konstrukcję duchową naszych obywateli.

Małżeństwo z rozsądku w czasach zarazy

Nie pałają do siebie miłością. Nawet za bardzo się nie lubią. Mają różne poglądy na wiele ważnych kwestii, a jednak dostają od losu niepodważalna szansę podjęcia najistotniejszej decyzji w swoim życiu. Jeżeli nie spróbują, to stracą coś wyjątkowego, co może już nigdy się nie powtórzyć, bo nic dwa razy się nie zdarza. Albo wykorzysta się to, co w danym momencie przynosi życie, albo nasz demokratyczny świat stanie się ruiną, bez szans na szybką odbudowę. Czy warto jest stracić niepowtarzalną i być może, na przestrzeni najbliższych lat, jedyną szansę na życie w demokratycznym państwie prawa?
Demokracja czy autokracja? Oto jest pytanie. Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta, ale tylko z pozoru. Nie wszyscy to rozumieją i nie do wszystkich dociera różnica między tymi dwoma pojęciami.
PiS po kolei obdziera nas z tego, co przez 30 lat zdołaliśmy osiągnąć na drodze do pełnej demokracji – wolne sądy, swobody obywatelskie, prawa kobiet, poszanowanie polskiej Konstytucji.
Nie obrażajmy się na ludzi, którzy z nieukrywaną radością przyjmują 500 plus i trzynastą emeryturę. Skoro Beata Szydło twierdziła, że jej ministrom „te pieniądze się po prostu należały”, to dlaczego inni nie mieliby czerpać z dobrodziejstw koniunktury. Smutne jest to, że PiS w sposób cyniczny selekcjonuje grupy, którym da, a którym nie da. Łatwo jest lekką ręką rozdawać cudzą kasę.
Światowa koniunktura nie będzie trwała wiecznie. W pewnym momencie źródełko zacznie szybko wysychać, ale kto o tym myśli, gdy dostaje „wyborczy prezent”.
Kiedy przyjdzie otrzeźwienie, będzie już stanowczo za późno, a skala represji osiągnie wysoki pułap. Słaba opozycja i zdezorientowane społeczeństwo nie będzie już miało narzędzi, aby się temu przeciwstawić. Winni kryzysu zawsze się znajdą. Z uczciwych ludzi zrobi się aferzystów, z demonstrujących i strajkujących wichrzycieli. Wszystko przecież da się w odpowiedni sposób wytłumaczyć dzięki rozbudowanej propagandowej tubie.
Polska przestanie być zdrowym sercem Europy, które ktokolwiek będzie chciał jeszcze reanimować, bo zawał stanie się zbyt rozległy i niebezpieczny. Przestrogą są obecnie Węgry Orbana i Turcja Erdogana.
Jeżeli wszystkie prodemokratyczne siły w Polsce nie zrozumieją, że w przeliczniku D’Hondta nie chodzi o głosy, ale o realne mandaty, które tylko duży podmiot może jak najwięcej zdobyć, to dzień po wyborach parlamentarnych skończy się w Polsce demokracja.
Małżeństwo z rozsądku może okazać się jedyna szansą na godne życie, a o miłość nie trudno w czasach zarazy.

Liberalizm kulturowy przegra

„Opozycja Nne może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. To jest i będzie politycznie nieskuteczne” – mówi prof. Rafał Chwedoruk w rozmowie z Kamilą terpiał (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Znamy oficjalne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. PiS zdobył 45 proc. poparcia i wygrał 7 punktami procentowymi z Koalicją Europejską. Dla partii rządzącej to wynik marzeń?
RAFAŁ CHWEDORUK: Nie ulega najmniejszej wątpliwości. O ile w wyborach samorządowych wynik procentowy był daleki od marzeń, natomiast wynik mandatowy przekraczał te marzenia, to w tym wypadku i jedno, i drugie je przekracza. Gdyby postarać się przełożyć ten rezultat na wynik wyborów sejmowych, to oznaczałoby pewność samodzielnej większości i to nawet z zapasem. Na dodatek stało się to w wyborach, które dla prawicy były zawsze trudniejsze. Pod uwagę trzeba wziąć też nieprzewidywalność tych wyborów. Wszyscy wiedzieli, że frekwencja będzie wysoka, a zwycięstwo PiS-u było pewne, niespodzianką jest za to dystans względem KE w liczbach bezwzględnych.

Taki wynik należy traktować jako zapowiedź wygranej PiS-u w jesiennych wyborach?
Od pierwszego dnia tej kadencji Sejmu było dla mnie jasne, że PiS będzie największą partią także w kolejnej kadencji, czyli że wygra wybory parlamentarne. Natomiast wątpliwość dotyczyła tego, czy będzie miał większość mandatów. W obecnym Sejmie układ sił był wynikiem zbiegu okoliczności. Wczorajsze wybory pokazały, że PiS może liczyć nie tylko na zbiegi okoliczności i błędy innych, ale wystarczy im własna kampania.
PiS-owi najłatwiej też przekonać wyborców niezdecydowanych, których będzie więcej przy wyższej frekwencji.

PiS przekupił wyborców i nadal będzie tak robił?
Polacy generalnie są społeczeństwem umiarkowanie egalitarnym. Ogromna część miała poczucie strukturalnej niesprawiedliwości po 1989 roku i to emanowało na kolejne pokolenia. Nadzieję lokowano w różnych okresach w różny sposób. PiS konsekwentnie przez kilkanaście lat powtarzał te same treści. Nie ulega wątpliwości, że obywatele czekają na aktywną rolę państwa oraz instytucji publicznych w polityce społecznej czy regulowaniu gospodarki, natomiast liberalizm kulturowy jest największą przegraną – większości ludzi to po prostu nie interesuje.

Czekają na kolejne 500 Plus?
Społeczeństwo konsumpcyjne, po 25 latach szkolenia w neoliberalnej ekonomii, nie interesuje się na przykład tym, jak zachowuje się miejscowy ksiądz. Można powiedzieć, że nastąpiła prywatyzacja świadomości. Nie chcemy obecności państwa w sferach, które uważamy za intymne, i w kwestiach światopoglądowych. Polacy są od lat co do tego zgodni. Oczekują od państwa aktywności w polityce społecznej i gospodarczej, np. w walce z bezrobociem. Dlatego problemem Koalicji Europejskiej nie są jej własne działania, które były dosyć ostrożne, ale to, że PiS zmobilizował ponadstandardową liczbę wyborców. KE „zawdzięcza to” swojemu zapleczu w postaci elit opiniotwórczych, aktorów, mediów i środowisku bliskiemu Donaldowi Tuskowi. Okazało się, że poprzez eskalację dyskursu kulturowego uskrajniło go. W efekcie KE przyciągnęła tylko tych, których i tak miała już po swojej stronie. Paradoks historii polega na tym, że triumfy PO z ubiegłej dekady były możliwe poprzez zanegowanie dawnej Unii Demokratycznej i Unii Wolności, poprzez brak wyrazistości w kwestiach kulturowych i światopoglądowych. Miała być partią ostrożnego, codziennego pragmatyzmu, rozliczającą rządzących.
KE stała się nagle koalicją wojującego antyklerykalizmu, chociaż większość jej członków nie powinna być traktowana w takich kategoriach.

„Zbudowaliśmy koalicję, to nie wystarczyło. Trzeba się zastanowić i trafić tam, gdzie przegraliśmy” – mówił lider PO Grzegorz Schetyna w poniedziałek rano w TVN24. Jak to zrobić?
Jeżeli opozycja chce się zbliżyć wynikiem do PiS-u i liczyć na to, że nie wystarczy im mandatów do samodzielnego rządzenia w przyszłym Sejmie, to nie może być formacją skoncentrowaną na tematyce istotnej dla mniejszości wyborców. Nie może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. Taka koalicja musi potrafić nie tyle zmobilizować dodatkowych wyborców wokół siebie, bo na to jest już po prostu za późno, ale przynajmniej próbować zneutralizować ponadstandardowo wysokie poparcie dla PiS-u. W najważniejszych sprawach, zwłaszcza zero-jedynkowych dla elektoratu, musi mieć spójny przekaz. Poza tym, jeżeli próbuje pokazać, że nie jest prostym powrotem do tego, co było przed ostatnią serią wyborów, i że jest nową jakością, to jej twarzą nie może być polityk kojarzony z rządami PO, z tym, co udane i nieudane, czyli Donald Tusk. To jest i będzie politycznie nieskuteczne, bo jeżeli dotrze, to tylko do tych, którzy są a priori przeciwko PiS-owi, a to stanowczo za mało, aby ich pokonać.
Partia rządząca przy wszystkich swoich słabościach bardzo szybko uczy się na własnych błędach i potrafi tasować nawet niewielką ilością kart, które posiada. I to jest też ważny wniosek z tych wyborów. Poza tym ma wyraźnie wskazany ośrodek kierowniczy, w postaci formalnego kierownictwa PiS-u jako partii.
Wśród opozycji za to chętnych do przewodzenia jest wielu. W takiej kakofonii nie ma szans, aby nawiązać walkę z profesjonalną partią polityczną, którą PiS z czasem się stał. Pokazał też nie po raz pierwszy, że lepiej odczytuje nastroje wyborców, którzy mogli się zawahać w swoich preferencjach.

Zjednoczonej opozycji potrzebny jest silny i wyrazisty przywódca?
Nie chodzi nawet o samą personalizację. W sytuacji, w której startuje się z pozycji słabszego, to może ona spowodować, że zalety oraz wady danego polityka staną się zaletami i wadami wszystkich. W skali ogólnopolskiej skuteczniejsze może być rozpisanie na role, zwłaszcza jeżeli próbuje się pozyskać zróżnicowany elektorat, dalece wykraczający poza samych wyborców PO. Problemem KE jest jej niekontrolowane otoczenie. W PiS-ie natomiast wszyscy grają do jednej bramki, a konflikty i spory wewnętrzne rozstrzygane są odpowiednio wcześnie. Podczas kampanii wyborczej widać było, że w KE niektóre z ośrodków grały na to, aby przejąć władzę, a rywalizacja z PiS-em była tylko instrumentem. To powinno być przedmiotem refleksji, nie tylko ze względu na sam wynik, ale przede wszystkim skalę straty do PiS-u. W liczbach bezwzględnych wynik nie jest zły. To jest zsumowanie elektoratu PO, SLD czy PSL-u. A to jest też pewna sztuka.

A może koalicja powinna zostać rozszerzona na przykład o Roberta Biedronia?
To byłoby nie do zaakceptowania dla niektórych członków koalicji, mam na myśli oczywiście PSL. Jej poszerzenie o skrajność polskiej polityki w wymiarze kulturowym byłoby dysfunkcjonalne. Ten ruch nie ma samodzielnej racji bytu i w tym momencie nie sądzę, aby był w stanie cokolwiek dyktować nawet osłabionej wyborami KE.
Na szali pomiędzy PSL-em, nawet z jego słabnącymi strukturami, a kontrowersyjnym Biedroniem zielona koniczynka jednak przeważy nad gasnącą Wiosną.

Zjednoczona opozycja w takim kształcie przetrwa?
Myślę, że będzie toczyła się o to walka. Z jednej strony obecne struktury będą się opierały dalszym zmianom. Z drugiej strony dla Donalda Tuska to jest być może ostatnia szansa na wejście jako wielki gracz do polskiej polityki. Może być przedstawiany jako swoisty metaprzywódca, który stworzy nową jakość poprzez to, że będzie miał za sobą poparcie kilku prezydentów większych miast. W naturalny sposób zderzy się z beneficjentami KE. To nastąpi zapewne w ciągu najbliższych kilku tygodni.
Prawdziwe stracie i tak dopiero przed nami…
Waga kampanii parlamentarnej jest najważniejsza. Przede wszystkim dla Koalicji Europejskiej, ale także dla PiS-u. Dla premiera Mateusza Morawieckiego to będzie być albo nie być. Na razie ma szansę grać dalej o poważne role w polskiej polityce.
Ale to odsunięta z funkcji premiera Beata Szydło „rozbiła bank” i uzyskała historyczny wynik. O czym to świadczy?
Popularna premier, kojarzona z największym sukcesami wyborczymi PiS-u i z polityką społeczną, startująca w swoim okręgu wyborczym – to musiało zadziałać. Ale wiadomo, że w PiS-ie nikt nie może rosnąć za bardzo. Myślę, że jej rola ograniczy się do Parlamentu Europejskiego. Ona będzie jedną z twarzy w wyborach do Sejmu i Senatu, ale do ważnej funkcji w polityce krajowej w kolejnej kadencji Sejmu raczej nie wróci.

Rekonstrukcja rządu będzie dla prezesa PiS-u problemem czy wręcz przeciwnie?
Raczej może dodać PiS-owi politycznej siły. W taki sposób można zaprezentować opinii publicznej twarze, które będą miały już podczas kampanii dotrzeć do określonych grup wyborczych. Stworzy to przestrzeń, aby dotrzeć do niszowych grup.
Długofalowo ważne jest to, co stanie się z Joachimem Brudzińskim. Jest to jeden z polityków, o którym można powiedzieć, że należy do ścisłego kierownictwa tej partii i jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do przejęcia w przyszłości najważniejszej roli w tej partii.

Szykowany jest na następcę Jarosława Kaczyńskiego?
Jego kolejne awanse są formą przygotowywania. Sznyt europejski w polityce zawsze był ważny, a zawsze był piętą achillesową PiS-u. Nieprzypadkowo więc został wysłany do Parlamentu Europejskiego. Zobaczymy.

Co mogłoby powstrzymać PiS w marszu po zwycięstwo?
Pamiętajmy, że kampanie wyborcze są tylko fragmentem polityki, decydują przede wszystkim czynniki gospodarcze.
Mamy do czynienia z koniunkturą gospodarczą, działaniami strukturalnymi zmierzającymi do dystrybucji tego, co z niej wynika, przetasowaniami na arenie międzynarodowej. To są wszystko czynniki tylko częściowo zależne od polskich władz.
Dopóki któryś z tych czynników nie zacznie się zmieniać w sposób przekładający się na codzienne życie obywateli, opozycja musi sobie zdawać sprawę, że aby walczyć o przyszłe zwycięstwo, najpierw musi przetrwać jako polityczna siła. Dopiero wtedy może czekać na moment, w którym te obiektywne czynniki wyczerpią swoją moc. Na razie żadnej sensownej gwarancji zwycięstwa z PiS-em dać nie może.