Nie (i)gra się demokracją

Jeśli ktoś mówi, że demokracja to gra, nie jest demokratą. Nie mieliśmy kiedy uczyć się demokracji, nikt też do tej nauki się nie palił. W Polsce po roku 1989, tak po prawdzie, nikt demokracji nie chciał. Niektórzy chcieli dobrobytu, inni stabilizacji, wielu chciało, by było kolorowo jak w telewizji.

Jak w modzie na sukces, gdzie wszyscy mają sukcesy i zawsze są modni. Politycy chcieli być wybierani do władz, by mieć władzę, sukcesy i nosić się modnie. No, może poza jednym Kuroniem, któremu na modzie nigdy nie zależało, a zależało trochę na ludziach. Lud(zie) zwykły chciał mieć spokój, bezpieczeństwo i względny dobrobyt. Na ogół nie nęciła go odpowiedzialność za sprawy społeczności, nie chciał temu poświęcać czasu, którego zwykle i tak nie miał.

W Polsce po roku 1989 nie pojawiło się określenie „dobro wspólne”, nie zostało opisane ani nazwane. Mamy rząd, jaki mamy, zapisany w konstytucji i ustawach katalog usług publicznych i rzeczywistość, która czasem skrzeczy, a czasem cichutko jęczy. Dobro wspólne jest częściej w Polsce przedmiotem dowcipów niż politycznej analizy.

Debatę polityczną zdominował wulgarny neoliberalizm w wersji brytyjskiej, i to jeszcze bardziej zwulgaryzowanej. Ci, co mówią o demokracji, zwykle nie wiążą jej z równością. Są przekonani, że demokracja to wolność, głównie wolność wyboru – o ile oczywiście wyniki wyborów są zgodne z oczekiwaniami wyznawców wolności. W dodatku podstawą tej quasi-debaty wydaje się kompletna nieznajomość spraw, o których się dyskutuje, nieznajomość procedur demokratycznych, kompetencji ciał i instytucji. Można powiedzieć, że polską polityką rządzi ignorancja, a debatą polityczną niewiedza. Nikt nie chce nikogo do niczego przekonać, ale jedynie wyrazić swoją frustrację. W takim układzie nie ma miejsca na argumenty merytoryczne, liczy się tylko siła ekspresji i ekspresja siły.

Jeśli jednak się gra, trzeba pamiętać, kto rozdaje karty. Z punktu wierzących w grę najbardziej trzeźwe zdanie przedstawił 28 kwietnia Paweł Wroński. Poglądami Wroński jest najbardziej zbliżony do graczy z PO, ale potrafi czasem spojrzeć na stolik z kartami trochę chłodniej, jakby uzyskując nieco szerszą perspektywę. Bo szanse na jakieś większe zwycięstwo opozycji w sytuacji, gdy wszystkie atuty są po stronie rządu, były żadne. Hipotetycznie opozycja mogła postawić wspólne warunki rządowi, ale musiałaby wtedy zablefować, że nie poprze ratyfikacji funduszy własnych UE. Mało prawdopodobne, czy na taki blef PiS dałoby się nabrać. Jeśli nie, to utrata wiarygodności opozycji byłaby jeszcze większa. Bo jak: głosować przeciw? Politycy PO powinni być wdzięczni mniejszym partiom, bo gdyby też wybrali metodę chowania głowy w… piasek i wstrzymywania się od głosu, ratyfikacja by upadła, a wiarygodność polityków PO sięgnęłaby dna Głębi Landsort, jeśli nie Rowu Mariańskiego.

Jak sądzę, znaczna część agresji wobec Lewicy ze strony PO i niektórych jej aktywistów spowodowana jest tym, że od grudnia ubiegłego roku, czyli od ostatecznego ustalenia zasad funkcjonowania EFO, liderzy PO domagali się od rządu bezwarunkowego poparcia ratyfikacji EFO. Trudno powiedzieć, na ile te żądania były szczere, ale Internet pamięta. I nagle się okazało, że dokumenty ratyfikacyjne zostały przyjęte przez rząd i skierowane do Sejmu. Życzenie opozycji (PO) spełnione. Tylko głosować.

Osobiście wolałbym, by cała opozycja demokratyczna (Konfederacja taką nie jest) bezwarunkowo poparła EFO, a następnie próbowała przeforsować uchwałę o publicznej debacie nad Krajowym Programem Odbudowy. Taka debata zresztą jest ciągle możliwa, wymaga jedynie wspólnego działania opozycji (z zastrzeżeniem jak wyżej). W ogóle zadziwiające jest snucie dywagacji o obaleniu rządów PiS‑u z pomocą Konfederacji. Trzeba być większym fantastą niż idole prawicy: Dukaj czy Ziemkiewicz.

W mojej ocenie Lewica trochę przeszarżowała ze swoimi żądaniami, ale warto pamiętać, że PiS obiecało ich spełnienie nie tyle Lewicy, ile społeczeństwu, czyli aktywnym wyborcom.

Wielkim problemem partii opozycyjnych jest słabość komunikacji z sympatykami i całą aktywną opinią społeczną. Nawet PO – wspierana, jak się wydaje, przez wszystkie jeszcze niezależne media – nie potrafi formułować jasnych i przekonujących komunikatów. Istnieje podejrzenie, że wynika to z kompletnego braku koncepcji politycznej i planu działania. Pozostałe ugrupowania opozycyjne, niemające zaprzyjaźnionych mediów, są w gorszej sytuacji. Lewica natomiast ma problemy nie tyle z formułowaniem przekazu, ile z koordynacją czasową i planowaniem kampanii informacyjnych. Można było odnieść wrażenie, że po ogłoszeniu sukcesu negocjacyjnego w sprawie EFO i KPO liderzy wyjechali na zasłużony odpoczynek – a weekend był dłuższy niż zwykle.

Efektywną i niemal całkowitą kontrolę nad realizacją Krajowego Programu Odbudowy sprawuje jedynie rząd Morawieckiego i podległe mu instytucje. Rządzący muszą się liczyć jedynie z mechanizmami nadzoru ze strony Komisji Europejskiej. Oraz z generalną oceną wyborców.

Argument, że Unia Europejska na coś rządowi nie pozwoliła, nie będzie miał mocy ani nośności. Rząd sam ten program napisał, sam go negocjuje, sam go realizuje. I sam będzie ponosił odpowiedzialność. Z punktu widzenia opozycji sytuacja niemal wymarzona. Nic tylko patrzeć władzy na ręce, wspierać samorządy w ich żądaniach kierowanych pod adresem władzy centralnej, siedzieć na kanapie z pilotem i przerzucać kanały informacyjne. W przerwach warto jednak pracować na ofertą dla społeczeństwa i szukać tych elementów wspólnych, które mogą być poparte przez inne ugrupowania demokratyczne (z zastrzeżeniem jak wyżej). No i przestać się nad sobą użalać.

A konkordat należy oczywiście wypowiedzieć.

Księga Wyjścia (76)

Ballada o papierowych statkach nad Bosforem.

Gdy czytacie ten felieton prawdopodobnie jestem już w Stambule, być może nawet robię papierowe statki nad Bosforem, czyli między Europą i Azją. O ile oczywiście badania Covid PCR wyjdą ujemnie i wpuszczą mnie do samolotu – piszę z wyprzedzeniem, więc może być tak, że nigdzie nie polecę. Pierwotnie miałem inny plan podróży, ale okoliczności się zmieniły i w ostatniej chwili wybór padł na tę trasę.
Ze Stambułu lecę dalej, ale to będę relacjonował już w kolejnych felietonach. Trochę rozejrzę się po Turcji – o ile wpuszczą. W końcu oskarżyłem publicznie rząd o wspieranie Azerbejdżanu podczas wojny w Republikce Arcachu czyli Górskiego Karabachu, co zirytowało Azerską panią ambasador, no i Kurdowie, ale chwilowo o tym pomilczę. Przynajmniej do wyjazdu z Turcji. Zawsze nurtowało mnie dlaczego funkcjonują dwie nazwy tego miasta Stambuł i Istambuł i która jest prawidłowa – w końcu się dowiedziałem. Stambuł to europejska wersja muzułmańskiej nazwy Istambuł.
Chętnie pojechałbym też do Karsu – miasto z książki Orhana Pamuka – „Śnieg”. Niestety, nie wystarczy na to czasu.
Jeśli doleciałem i stoję na brzegu cieśniny Bosfor, to pewnie zastanawiam się, kiedy zaczniemy wielką wędrówkę ludów, czyli masową emigrację z Europy w poszukiwaniu pracy i spokojnego życia. Czy będzie to Azja, a potem Afryka? Nie wiem, wiem natomiast, że Europa się wali, a Plac Niebiańskiego Spokoju i pałac w Zakazanym Mieście przetrwały wszystkie trzęsienia ziemi.
Niemożliwe? Pomijając Chiny, gdzie życie jest znacznie wygodniejsze niż w państwach UE, również Wietnam zaczyna rozkwitać, przypominam sobie Armenię, którą odwiedziłem w grudniu ubiegłego roku. Kraj ten wydał mi się idealny do życia. A z pewnością ludzie bardziej przyjaźni i miasta bardzo czyste. Ciągle szukam dla siebie miejsca, ale miejsce do życia to nie tylko dach nad głową, lecz przede wszystkim ludzie wśród których żyjemy.
W Polsce jest jak jest i lepiej nie będzie, w Hiszpanii zamieszki, protesty w Czechach, Grecja pewnie też niebawem wybuchnie o Francji nie ma co gadać. Już kiedyś zastanawiałem się, czy „cywilizacja zachodu” osiągnęła moment krytyczny i zaczyna się zwyczajnie walić, zjadać swój ogon. Doraźne kroplówki nie utrzymają zbyt długo tego trupa przy życiu. American Dream to już zamierzchłe czasy, o których pamięta jedynie Schwarzenegger, teraz mocarstwo to jedynie pręży muskuły prowadząc wieczne wojny kosztem swoich obywateli. Próbowałem policzyć wszystkie konflikty, w których USA bierze udział i wciąż się gubię.
Sporo czasu zajęło ludziom zorientowanie się, że tak zwana „zachodnia demokracja” to jedna wielka lipa. Zawsze wygrywają pieniądze, partie wspierane przez największe grupy kapitałowe z nieograniczonym zapleczem finansowym, a jeśli przypadkiem uda się wejść do struktur władzy ustawodawczej jakiejkolwiek innej opcji, natychmiast zostaje wchłonięta przez neoliberalny system – oczywiście system ten da im jakieś pieniądze. Ergo – demokracji – takiej, jaką nam wpajano – nie ma i nigdy nie było. Już w starożytnej Grecji – kolebce mitycznego boga – ustrój ten dotyczył jedynie uprzywilejowanych warstw społecznych, głosować mogli jedynie obywatele, a żeby być obywatelem, nie wystarczyło pochodzenie. Teraz jest podobnie, nie wystarczy obywatelstwo, potrzebne jest zaplecze kapitałowe. Teoretycznie kandydować i głosować mogą wszyscy, którzy posiadają PESEL i nie są pozbawieni praw publicznych, ale tak naprawdę koszty kampanii przekraczają możliwości nawet ludzi zamożnych. Polityk, to produkt i tak jak produkt zostaje nam sprzedawany. A w społeczeństwie konsumpcyjnym kupujemy sobie opcje polityczne głosowaniem. Chociaż tak naprawdę to nie my ich, lecz oni nas już kupili. My jedynie kartami wyborczymi składamy swoje lenno.
Jeśli w wyniku jakiegoś błędu wejdzie niezaplanowane ugrupowanie, to zwykle jest to niewielka grupa i zostaje szybko wchłonięta przez większych „przyjaciół” – przykładów nie muszę podawać.
Trochę lepsza demokracja byłaby wtedy, gdyby zlikwidować system D’honta, wprowadzić alfabetyczne listy, kampanie równe dla wszystkich ugrupowań. Czyli żadnego finansowania z zewnątrz. Jednakowy czas antenowy dla każdego i państwowe studia do produkcji spotów wyborczych. Wszelkie inne metody promocji powinny być zabronione. Zakaz publikowania jakichkolwiek sondaży – to głównie one mają wpływ na wyniki, no i oczywiście likwidacja tego idiotycznego pięcioprocentowego progu. Wiem, jest wygodny dla rządzących, ale właśnie dlatego dostają pieniądze i władzę, żeby trochę popracować. Zamiast dogadywać się z jednym czy dwoma ugrupowaniami, niech rozmawiają z każdym posłem. Dlaczego społeczeństwo ma ułatwiać im pracę. Nie mam na myśli JOW-ów. Okręgi wyborcze mogłyby zostać takie same, ale już bez list partyjnych. Karty wyborcze alfabetyczne, a przynależność partyjna obok nazwiska kandydata.
Tak na marginesie, lewica już w latach dziewięćdziesiątych obiecywała rozwiązać senat. Kandydaci SLD ubiegający się o mandat do wyższej izby parlamentu twierdzili, że startują żeby od środka rozwiązać tę instytucję. Te obietnice dotychczas nie zostały spełnione – jak większość. Owszem, teraz Senat blokuje w jakiś sposób PiS, lecz przy innym systemie wyborczym partia ta nie miałaby szansy zdobycia monopolu na władzę.
Azja rozkwita, a Europa usycha. W akcie rozpaczy i nie widząc alternatywy ludzie zaczęli masowo popierać wszelkie organizacje nacjonalistyczne. W wielu krajach już dorwali się do władzy, stąd te brutalnie pacyfikowane protesty. Protesty, które jeszcze niczego nie zmieniły.
Jeśli zaczną dbać o czystość narodową i grzebać w swoich rodowodach i drzewach genealogicznych, to w końcu dojdzie do absurdu i sami siebie powyrzucają. Już starożytni Rzymianie odkryli, że nie ma cesarza bez kropli krwi niewolnika i niewolnika, bez kropli krwi cesarza. Czyżby nadchodziła, przewidziana przez Einsteina kolejna fala nazizmu? Który według niego pojawi się w zupełnie innej, skrojonej na miarę czasów i przyjaznej formie, by w efekcie doprowadzić do kolejnej zagłady?
Pewnie właśnie tak będę kombinował nad Bosforem. Mogę się mylić, nie jestem analitykiem, widząc jednak co dzieje się na tak zwanym „Zachodzie”, wnioski są, takie jakie są. I kolejny statek z papieru popłynął w stronę Azji.

Czy warto (nie) rozmawiać?

Demokracja jest niekończącym się dialogiem różnych stron. Jest nieustannym redefiniowaniem dobra wspólnego oraz sposobów jego realizacji. Dialog ten odbywa się pomiędzy samymi obywatelami, pomiędzy nimi a ich politycznymi reprezentantami, a także pomiędzy partiami politycznymi zrzeszającymi politycznych reprezentantów. A przynajmniej tak powinno być.

Ze wszystkich elementów współtworzących demokrację pozostały nam w Polsce już tylko wybory, choć nawet one nie odbywają się zgodnie z prawem i zasadami demokracji. Tak właśnie przeprowadzono wybory samorządowe w 2018 roku. Przed wyborami wydłużono kadencję nowych władz, licząc na zwycięstwo rządzących i tym samym zagarnięcie władzy również na szczeblu samorządowym. Planu nie udało się zrealizować w pełni, choć PiS przejęło samorządy kolejnych województw i powiatów.

Przy pełnej współpracy z opozycją przeżyliśmy następnie farsę nazwaną wyborami prezydenckimi. Czołowi politycy opozycyjni zignorowali opinię prawników, według których wybory powinny się odbyć dopiero po zakończeniu kadencji prezydenta, skoro nie doszło do nich w wyznaczonym terminie. Po raz kolejny ignorując zasady demokratycznego porządku prawnego, przegłosowano wyborczą protezę, na której skorzystali PiS i jego kandydat. Ci, którzy w parlamencie opowiedzieli się za wyborami w terminie lipcowym, nie powinni teraz wypierać się Andrzeja Dudy, bo to oni umożliwili mu zwycięstwo. To również ich prezydent – mały prezydent, oczywisty efekt małych gierek wyborczych.

Niepomni tamtych układzików, politycy opozycji dziś też chcą grać z Jarosławem Kaczyńskim, tym razem posługując się europejskimi kartami. W zamian za poparcie w głosowaniu ratyfikacyjnym Europejskiego Funduszu Odbudowy i Rozwoju oczekują od rządu „uczciwych gwarancji i naszego przekonania, że pieniądze z Krajowego Planu Odbudowy nie zostaną politycznie ukradzione”. Przepraszam, a jak mają wyglądać te gwarancje? Jarosław Kaczyński ma dać słowo honoru czy przysiąc na grób brata?

Rząd skierował do konsultacji Krajowy Plan Odbudowy. Do tego dokumentu trudno się odnieść ze względu na jego ogólność i generalnie płytkość merytoryczną. Problem opozycji (zresztą nie tylko jej) polega na tym, że o ile ratyfikacja Europejskiego Funduszu Odbudowy i Rozwoju powinna się odbyć w trybie artykułu 90 Konstytucji (tak samo jak powinien być ratyfikowany konkordat), czyli kwalifikowaną większością dwóch trzecich głosów, o tyle Krajowy Plan Odbudowy będzie przyjmowany w trybie zwykłej ustawy. Środki z Europejskiego Funduszu mają być rozdzielane w latach 2021–2027, a realnie 2022–2028. Większość z nich będzie więc konsumowana po 2023 roku, kiedy to planowane są kolejne polskie wybory.

Opozycja demokratyczna może zyskać realny wpływ na cokolwiek dopiero po ewentualnym wygraniu przyszłych wyborów. Nic nie będzie wtedy stało na przeszkodzie, by do Krajowego Planu Odbudowy wprowadzić korekty, zwłaszcza jeśli dojdzie do rozpadu koalicji rządzącej, którego skutkiem byłyby wcześniejsze wybory parlamentarne. Może zatem zamiast podejmować próby paktowania z PiS‑em, opozycyjne ugrupowania zaczęłyby paktować ze sobą, tym bardziej że po ewentualnym zwycięstwie w wyborach przejęcie władzy nie będzie proste, a sytuacja kraju raczej gorsza niż dziś.

A przecież te wybory trzeba jeszcze wygrać. Plotki o cudach, jakie rząd obiecuje w Nowym Ładzie gospodarczym, są mocno przesadzone. Rząd nie ma już żadnych rezerw do wydania, co najwyżej może mnożyć obietnice, zwłaszcza te do realizacji dopiero po wyborach. Walka na obietnice nie jest łatwa – szczególnie z przeciwnikiem, dla którego mówienie prawdy jest rzadko stosowanym orężem. Skoro jednak zgadzamy się, że po odsunięciu PiS‑u od władzy trzeba będzie nie tylko odbudować instytucje państwa, ale też szereg jego funkcji zdefiniować na nowo, to przygotowanie projektu nowej, naprawdę lepszej Polski staje się wręcz obowiązkiem. Taki projekt mógłby służyć jako argument w kampanii wyborczej, ale przede wszystkim pokazywałby alternatywę dla dzisiejszego (nie)rządu.

Zamiast więc nastawiać się na małe gierki z małym dyktatorem, lepiej budować dialog z obywatelami i przywracać im poczucie politycznej sprawczości. Bez świadomych obywateli nie ma demokracji, A dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek widać różnice w postrzeganiu rzeczywistości pomiędzy głosującymi obywatelami a politykami, którzy o te głosy niebawem będą musieli zabiegać.

A konkordat oczywiście należy wypowiedzieć

O przyszłości Hongkongu

Oczywiste jest, że wprowadzenie zasady „patriotów rządzących Hongkongiem” nie oznacza, że wszystkie partie opozycyjne zostaną wykluczone. Nie można stawiać znaku równości między partiami opozycyjnymi a elementami antychińskimi dążącymi do chaosu w mieście – z Ambasadorem Chińskiej Republiki Ludowej Liu Guangyuanem rozmawiają Piotr Gadzinowski, Tadeusz T. Jasiński i Małgorzata Kulbaczewska-Figat.

Panie Ambasadorze! W opublikowanym niedawno artykule przedstawia Pan poprawki do ordynacji wyborczej w Specjalnym Regionie Administracyjnym Hongkong twierdząc, że mają one na celu jedynie likwidacji luk prawnych i powstrzymanie przeciwników Chin przed wywoływaniem zamieszek. Przed wykorzystaniem tych niedociągnięć do partykularnych celów. Czy proponowane zmiany nie spowodują wykluczenia partii opozycyjnych z systemu wyborczy w Hongkongu? Czy po proponowanych zmianach ich przedstawiciele nadal będą mogli kandydować do Rady Legislacyjnej?
W ostatnich latach wszelkiego rodzaju niepokoje społeczne w Hongkongu pokazały, że istnieją luki i niedociągnięcia w obecnym systemie wyborczym Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong (SRAHK). To pozwala pragnącym chaosu w mieście przeciwnikom Chin, dzięki uczestnictwu w wyborach, przenikać w struktury zarządzania miastem. Stwarza im to możliwość do działania zagrażającego bezpieczeństwu narodowemu.
Nigdy jednak nie jest za późno na poprawę systemu. Celem proponowanego usprawnienia systemu wyborczego SRAHK jest zbudowanie silnych barier ochronnych i pełne wdrożenie zasady „patriotów rządzących Hongkongiem”. Wykluczenie z instytucji rządzących miastem osób o poglądach antychińskich, których celem jest wprowadzanie chaosu w Hongkongu. Zagwarantowanie, że prawa do zarządzania Hongkongiem znajdą się w rękach Patriotów.
Oczywiste jest, że wprowadzenie zasady „patriotów rządzących Hongkongiem” nie oznacza, że wszystkie partie opozycyjne zostaną wykluczone. Nie można stawiać znaku równości między partiami opozycyjnymi a elementami antychińskimi dążącymi do chaosu w mieście.
Dyskusja, prezentowanie różnych, często przeciwstawnych opinii jest istotą demokratycznej polityki Hongkongu. Przeciwnicy Chin nie szanują dyskusji. Pod płaszczykiem demokracji bez skrupułów podżegają do przemocy, wykorzystują demokratyczne procedury by nikczemnie paraliżować prace Rady Legislacyjnej. Nieustannie przekraczają granice wyznaczone przez doktrynę „jeden kraj, dwa systemy”, otwarcie głoszą sprzeczne z nią hasła „niepodległego Hongkongu”. Wraz z obcymi siłami prowadzą intensywne działania prowadzące do zamętu i zrujnowania gospodarczego Hongkongu. A to poważnie podważa porządek konstytucyjny i praworządność w SRAHK. Takie właśnie antychińskie grupy chcemy wykluczyć.
W różnorodnej opozycji w SRAHK są miejscowi patrioci, którzy w przyszłości dalej będą mogli kandydować, być wybranymi do władz. Zgodnie z prawem wyborczym. Nie dyskryminujące kandydatów ze względu na posiadanie różnych poglądów politycznych. Ale granicą wyznaczoną przez prawo jest zakaz działań zagrażających narodowej suwerenności i bezpieczeństwu Regionu oraz dobrobytowi i stabilności mieszkańcow Hongkongu.
Kilka razy podkreśla Pan konieczność wprowadzenia zasady „patriotów u władzy w Hongkongu”, Dlaczego jest ona aż tak ważna? Jak można zdefiniować „patriotę Hongkongu”? Co ona oznacza w praktyce politycznej, w zrządzaniu Regionem?
Patriotyzm nie oznacza jedynie naturalnej miłości do ojczyzny, Zawierają się w nim również obowiązki obywateli wobec niej. Spoglądając na cały świat, na sytuację w jakimkolwiek kraju, patriotyzm jawi się jako podstawowy element etyki politycznej, którym muszą kierować się urzędnicy i kandydaci do sprawowania urzędów publicznych. Tak właśnie jest w Polsce, jest tak również w Hongkongu oraz w Chinach.
Jeśli urzędnik hongkoński nie jest patriotą narodowym, to czy można mówić o jego miłości do Hongkongu? Miłość do Hongkongu i do całego kraju są uczuciami całkowicie tożsamymi. Tylko „patrioci rządzący Hongkongiem” zapewnią, że realizacja doktryny „jeden kraj, dwa systemy” nie zostanie wypaczona ani zdeformowana. Będzie możliwa ochrona porządku konstytucyjnego ustanowionego w Konstytucji i Ustawie Zasadniczej . A w Hongkongu zapanuje na wiele lat pokój i dobrobyt, a miasto będzie cieszyć się stabilnością.
„Patrioci rządzący Hongkongiem” nie są nową koncepcją, ani nowym sformułowaniem. Już w 1984 roku Deng Xiaoping wyraźnie stwierdził, iż: „Hongkong musi być zarządzany przez ludzi pochodzących z Hongkongu, wśród których patrioci muszą być dominujący. Wyznacznikiem patrioty jest szacunek dla własnego narodu, szczere wspieranie ojczyzny w odzyskaniu miana suwerena w Hongkongu i nieczynienie szkody dla dobrobytu i stabilności Hongkongu.”
Powyższy standard nadal obowiązuje. Patrioci muszą chronić narodowej suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych, Muszą szanować i bronić podstawowego systemu państwowego oraz porządku konstytucyjny SRAHK. I muszą także dołożyć wszelkich starań, aby utrzymać dobrobyt i stabilność Hongkongu. Standard ten nie może być nazwany wygórowanym, jest to najbardziej podstawowy poziom – powszechnie stosowany na całym świecie.
W zeszłym roku została uchwalona i weszła w życie hongkońska ustawa o bezpieczeństwie narodowym, teraz zapadła decyzja o zmianach w hongkońskim systemie wyborczym. To powoduje krytykę polityków z innych państw , zaniepokojonych, że system demokratyczny w Hongkongu ulega erozji?
Są to obawy na wyrost. Poznawszy historię Hongkongu, można przekonać się, że Hongkong tak naprawdę rozpoczął proces demokratyzacji dopiero po powrocie do ojczyzny.
Przez ponad 150 lat brytyjskich rządów kolonialnych nie było tam demokracji. Wszyscy gubernatorzy Hongkongu byli mianowani przez królową Wielkiej Brytanii, a członkowie Rady Legislacyjnej przez gubernatora. Nie było wśród nich ani jednej osoby wybranej przez mieszkańców Hongkongu.
W ciągu dwudziestu czterech lat od powrotu miasta do ojczyzny nie było na świecie nikogo, kto przykładałby większa wagę do rozwoju demokracji w Hongkongu i kto bardziej, niż chiński rząd centralny ,pragnąłby, aby to miasto charakteryzowały dobrobyt i stabilność.
Jak powiedziałem wcześniej, celem ulepszenia systemu wyborczego SRAHK jest zapobieganie przenikanie działaczy antychińskich, wprowadzających chaos w mieście, w struktury zarządzania Hongkongu. Takie osoby nadużywają słowa demokracja, aby agresywnie i bezmyślnie deptać sprawiedliwość, sumienie, praworządność i prawość. Stoją po przeciwnej stronie demokracji.
Osoby te będą usuwane z instytucji zarządzających miastem właśnie po to, aby bronić demokracji Hongkongu oraz lepiej chronić ogólne i podstawowe interesy mieszkańców tego miasta.
Pragnę również podkreślić, że każdy suwerenny kraj ma prawo tworzenia i ulepszania swojego systemu wyborczego zgodnie z aktualnymi potrzebami.
Izba Reprezentantów Stanów Zjednoczonych na początku marca również uchwaliła projekt ustawy o zmianie prawa wyborczego, dlaczego więc Chiny są ofiarami oszczerstw i ataków, gdy inni robią to samo? Niektóre kraje zachodnie nazywają uczestników zamieszek w Hongkongu „bojownikami o demokrację”. Dlaczego więc uważają osoby, które zaatakowały Kapitol za bandytów? Niektórzy amerykańscy politycy nazywają akty przemocy w Hongkongu „pięknymi scenami”. Jak więc mogą głośno się sprzeciwiać podobnym scenom dziejącym się na ich własnym podwórku i karać sprawców tej przemocy? Tego rodzaju jawne stosowanie podwójnych standardów jest po prostu skandaliczne.
W wielu krajach zachodnich można też usłyszeć opinie, że obecna polityka rządu Chin w Hongkongu spowoduje upadek fundamentalnej dla autonomii Hongkongu doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Jaka jest Pana opinia w tej sprawie?
Jest to czysty nonsens, a jego powodem jest całkowicie błędna interpretacja prawdziwego znaczenie doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Interpretacja ta nie pozwala poprawnie zrozumieć relacji między „jednym krajem” a „dwoma systemami”.
„Jeden kraj” i „dwa systemy” tworzą związek taki jak między źródłem a nurtem, „Jeden kraj” jest przesłanką i podstawą istnienia „dwóch systemów”. Czy „dwa systemy” mogłyby istnieć bez „jednego kraju”?
Wysoki stopień autonomii, jaką cieszy się Hongkong w ramach „dwóch systemów”, wynika z upoważnienia nadanego przez rząd centralny, a jego źródłem jest „jeden kraj”. Osoby działające przeciwko Chinom oraz mające na celu sianie zamętu w Hongkongu tworzyły podziały, wywoływały zamieszki i opowiadały się za „niepodległością Hongkongu”. A to poważnie zagroziło bezpieczeństwu narodowemu i uderzyło w granice wyznaczone przez doktrynę „jeden kraj, dwa systemy”.
Chronimy bezpieczeństwa narodowego i ulepszamy system wyborczy w Hongkongu właśnie po to, aby utrzymywać i chronić tę doktrynę oraz aby zapewnić że realizacja tej doktryny w Hongkongu od początku do końca podąża we właściwym kierunku.
„Jeden kraj, dwa systemy” jest wielkim pionierskim przedsięwzięciem Chin. Działania zgodne z polityką „jeden kraj, dwa systemy” i szerokie wsparcie dla jej praktycznej realizacji są zgodne z interesami mieszkańców Hongkongu. Odpowiadają faktycznym potrzebom zapewniającym trwały dobrobyt i stabilność w tym mieście oraz są zgodne z podstawowymi interesami kraju i ze wspólnymi życzeniami obywateli. Chińska determinacja, by w pełni i dokładnie wdrażać politykę „jeden kraj, dwa systemy” pozostaje niezachwiana.
Ministrowie spraw zagranicznych państw grupy G7 wraz z wysokim przedstawicielem Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej wydali oświadczenie w sprawie uchwalenia przez Stały Komitet OZPL (Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych) „Decyzji w sprawie poprawy systemu wyborczego w Specjalnym Regionie Administracyjnym Hongkong”. Jaka była Pańska reakcja na to oświadczenie?
Decyzja podjęta przez OZPL dotycząca optymalizacji systemu wyborczego SRAHK to znaczący krok w kierunku umocnienia i ulepszenia działania doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Jej zadaniem jest zapewnienie Hongkongowi trwałego spokoju, dobrobytu i stabilności oraz ochrony narodowej suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych. Jest ona całkowicie uzasadniona, zgodna z Konstytucją i obowiązującym prawem, niezbędna i podjęta w odpowiednim czasie. Żaden kraj nie ma prawa wygłaszać na jej temat bezpodstawnych uwag. Oświadczenie wydane przez wspomniane przez Pana kraje i organy wypacza rzeczywistość, myli prawdę i fałsz, jest bezpodstawne i pozbawione wszelkiej logiki. To rażąca ingerencja w sprawy wewnętrzne Chin, której nie możemy tolerować.
Należy zauważyć, iż na 46. Posiedzeniu Rady Praw Człowieka ONZ, 71 krajów przyjęło wspólne oświadczenie, a ponad 20 krajów indywidualnie poparło stanowisko i środki Chin w kwestiach związanych z Hongkongiem oraz sprzeciwiło się ingerencji innych krajów w sprawy Hongkongu i spraw wewnętrznych Chin. Jest to głos sprawiedliwości społeczności międzynarodowej, który świadczy o jej zdolności do dokonania trzeźwej oceny sytuacji.
Niedawno we wspólnej akcji zainicjowanej przez ludzi i organizacje z różnych środowisk w Hongkongu ponad 2,38 miliona jego obywateli poparło i podpisało wspierając decyzję OZPL o optymalizacji systemu wyborczego w Hongkongu. Odzwierciedla to wspólne dla całego narodu chińskiego, nie wyłączając naszych rodaków z Hongkongu, aspiracje. Wzywam niektóre państwa do głębszego zrozumienia i szacunku dla innych krajów i narodów, do odłożenia na bok arogancji i uprzedzeń oraz do naprawienia swych wad takich jak protekcjonalność i chęć dominacji.
W krytykowanej „Decyzji” znalazł się też zapis o restrukturyzacji i zwiększeniu uprawnień Komitetu Wyborczego Specjalnego Regionu Autonomicznego Hongkong oraz powołaniu komisji ds. oceny kandydatów. Jakie są przyczyny tych zmian? Czy nie sądzi Pan, że zmniejszy to pluralizm polityczny w Hongkongu?
Droga ku korzyściom, to podążanie z duchem czasu. Kluczem do poprawy systemu wyborczego jest usprawnienie i optymalizacja działania Komitetu Wyborczego reprezentującego szerokie rzesze obywateli, A także nadanie mu nowych funkcji aby zapewnić „patriotom rządzącym Hongkongiem” optymalny system. Aby podążać z duchem czasu tworząc system wyborów demokratycznych odpowiadający aktualnej sytuacji Hongkongu oraz odzwierciedlający interesy całego społeczeństwa,. Trzeba również poszerzać zrównoważony i uporządkowany udział polityczny przedstawicieli wszystkich grup społecznych. Przyniesie to bardzo wiele korzyści i żadnej szkody dla różnorodności w polityce Hongkongu.
Po przeprowadzeniu reformy z 1200 do 1500 wzrośnie liczba członków Komitetu Wyborczego, który składa się z przedstawicieli różnych sektorów i warstw społecznych. Pozwoli to na szerszą reprezentację interesów wszystkich grup społeczeństwa Hongkongu. Komitet Wyborczy wybiera część członków Rady Legislacyjnej i uczestniczy w nominowaniu kandydatów do niej. Pomoże to w przełamaniu ograniczeń stworzonych przez grupy interesów. Umożliwi Radzie Legislacyjnej lepsze reprezentowanie ogólnych interesów społeczeństwa Hongkongu.
Komitet Wyborczy wybiera zarówno szefa administracji, jak i część członków Rady Legislacyjnej. To pozwoli na ich wybór częściowo przez tych samych wyborców, umożliwiając płynną komunikację między władzą wykonawczą a władzą ustawodawczą. Umożliwi też władzom SRAHK rządzenie zgodnie z prawem tak, aby zwiększyć efektywność zarządzania przez rząd regionalny.
Cel powołania komisji ds. oceny kandydatów jest jasny – wykluczenie ze struktury administracji SRAHK osób, które stają w opozycji do Chin i sieją zamęt w Hongkongu. Zapewnienie, że stanowisko szefa administracji, członków Rady Legislacyjnej i Komitetu Wyborczej zajmują prawdziwi patrioci.
Nie stoi to w sprzeczności z przysługującymi mieszkańcom Hongkongu prawami, w tym czynnym i biernym prawem wyborczym. Dopiero, gdy zażegnane zostanie niebezpieczeństwo wywoływanych przez antychińskie jednostki gwałtownych, antysystemowych działań, społeczeństwo Hongkongu będzie mogło odzywać się wieloma głosami.
Polskę i Hongkong łączą bliskie kontakty biznesowe, co sprawia, że przywiązujemy dużą wagę do przyszłego rozwoju tego Regionu. Jak,według Pana, będzie wyglądać przyszłość Hongkongu,? Czy dalej będzie cieszył się zainteresowanie świata, jako prestiżowe, międzynarodowe centrum finansowe, transportowe i handlowe?
Prawość w polityce niesie harmonię, a harmonia – prosperitę. Wraz z wprowadzeniem przepisów zawartych w Ustawie o bezpieczeństwie narodowym SRAHK, powrócił jego porządek społeczny, ponownie kwitnie rozwój gospodarczy, a zaufanie inwestorów stale rośnie.
W ubiegłym roku napływ kapitału do Hongkongu wyniósł 50 mld dolarów, rekordowy poziom osiągnął zysk sektora bankowego, a hongkońska giełda zajęła drugie na świecie miejsce pod względem wartości pierwszych ofert publicznych (IPO). W styczniu tego roku łączna kapitalizacja rynkowa spółek notowanych na giełdzie osiągnęła rekordową wysokość 50 bln HKD. Wzrósł także znacząco odsetek firm optymistycznie nastawionych do otoczenia biznesowego w Hongkongu. W opublikowanym kilka dni temu raporcie „Global Financial Center Index”, Hongkong przesunął się oczko w górę, zajmując czwarte miejsce na świecie.
Jestem głęboko przekonany, że chiński rząd centralny w odpowiednim czasie wprowadził niezbędne poprawki do systemu wyborczego SRAHK, co zapewni gwarancję pełnego wdrożenia zasady „patrioci rządzą Hongkongiem”, która pozwoli na trwałą i stabilną realizację doktryny „jeden kraj, dwa systemy”. Warunki polityczne, gospodarcze, społeczne i biznesowe w Hongkongu muszą ulegać stałej poprawie, a status Hongkongu, jako centrum finansów, transportu i handlu, musi być wzmacniany. Hongkong podążać będzie ścieżką trwałego i stabilnego rozwoju i dobrobytu, dzięki czemu przyszłość Hongkongu rysuje się w różowych barwach.

Księga Wyjścia (73)

Ballada o początku i końcu demokracji.

Zazwyczaj jest tak, gdy jakaś agencja wysyła mnie do odległych krain, dowiaduję się o tym na samym końcu. Tak było z Kaukazem, Afryką, a teraz doszła Grecja. Szybkie załatwienie formalności, badań, szukanie kontaktów na miejscu, dotychczas udawało się w ostatnim momencie.
Podczas tych wędrówek poznaję dziennikarzy i reporterów ze wszystkich stron świata. Każdy z poznanych również. A że przemieszczamy się ciagle, non stop do tego internacjonalnego zawodowego grona dołącza ktoś nowy. W końcu ktoś wpadł, że możemy dzielić się informacjami. Tak powstała prywatna agencja informacyjna.
Nie ma na świecie miejsca, w którym kogoś od nas nie pojechałby. Mam wiec bieżący dostęp do informacji z Hiszpanii, Francji czy Republiki Arcachu. Teraz, gdy w Grecji zaczęło dziać się naprawdę źle, zadzwonili do mnie czy mam czas i mógłbym tam polecieć. Byłem najbliżej i miałem najlepszy transport, przez Amsterdam.
Takich rzeczy jak wyjazd, wylot – zwykle dwa razy nie trzeba mi powtarzać. Momentalnie porobiłem wszystkie testy i gdyby czytacie ten felieton, ja już obserwuje upadek zachodniej demokracji w miejscu, którym powstała. Skrzywienia jej nie mają nic wspólnego z założeniami filozofów, przypominają bardziej kościół katolicki w Polsce, który powołując się na życie i naukę Jezusa robi zupełnie coś odwrotnego.
Wierni natomiast udają ze tego nie widzą, kapłani udają że go naśladują, a biznes się kręci. Do czasu. Z demokracją jest podobnie. Wielki krzyk o władzy i swobodach obywateli, a tak naprawdę garstka uprzywilejowanych cwaniaków kręciła swoje – niemałe – lody.
Rządzi kasa, korporacje, a zarówno demokracja jak i uczestnictwo w życiu kościoła ogranicza się do samego statystycznego istnienia i oddawania części swoich dochodów, tym, którzy nie mają już jej gdzie upychać. Społeczeństwo zadowolone, bo w swej ułudzie przekonane o swej wolności poglądów i wypowiedzi czy wyznania i wszystko się kręci. Przynajmniej kręciło. Czas schyłku chyba właśnie nadchodzi. Okazało się, że państwa są nie tyle z dykty, ale nawę tektura jest od nich mocniejsza. Grecja, która żyła głównie z turystyki, ludzie mieli kwatery, knajpki, oprowadzali turystów i handlowali na bazarkach – zostali na lodzie, a jedyne co oferuje im państwo, to policyjna pałka. Żadnej pomocy, żadnej alternatywy.
Po co więc państwo, po cholerę komu administracja od niczego? Kilka razy wrzucałem na FB informacje, ale lud mieszkający miedzy Bugiem,na Odrą i Nysą jest bardzo zazdrosny uważa, że pałka polskiego policjanta jest znacznie gorsza niż francuskiego. Zostałem, w mediach społecznościowych, okrzyknięty pisolubem. To co teraz napiszę, narazi mnie na jeszcze większy hejt.
Prolajfowi aktywiści zorientowali się, że to co robią ich przeciwnicy nie jest takie złe i sami zaczęli zamalowywać swoje bilbordy. Zwracają wtedy na nie uwagę ludzi, którzy nawet nie zauważyliby tych haseł i obrazków. Trzeba przyznać, że szybko się uczą. Próbowałem przekonać, że przez dziesiątki lat ludzie przywykli do wszelkiego rodzaju reklam i bilbordów, ich siła przekazu nie jest wielka.
A gdy ochlapiemy farbą, oni wtedy robią awanturę – i wygrywają. Niestety, nie udało mi się przekonać walecznej młodzieży. Sam, gdy wiele lat temu robiłem jakąś kampanię wyborczą, zrywałem lub niszczyłem własne plakaty, czym zwracałem uwagę ludzi, którzy w innym przypadku przeszliby obojętnie.
Znacznie lepiej byłoby, gdyby zamiast chlapać farbą, robić różowe plamy, ustawić pod tymi bilbordami – których naprawdę nikt, poza zainteresowanymi nie widzi – ustawić na ziemi znicze i wbić tabliczkę: „Ku pamięci kobiety, która zmarła podczas porodu.
Płód, też był martwy.” Bardziej daje po wyobraźni i zupełnie odwraca uwagę od tego co wyżej. Właśnie przyszedł mi wynik badania Covid PCR, zatoki już mnie bolą od ciągłych wymazów – przed każdą podróżą, a niekiedy i po przylocie pchali mi te specjalne patyki do nosa, po których bolą zatoki.
Czekałem z lekkim napięciem, ale po raz kolejny wynik negatywny. Czyli lecę. O świcie Amsterdam, a potem Ateny. Dzisiaj, gdy piszę felieton, w Atenach jest potężna demonstracja. Szkoda, że nie zdążyłem załapać się na nią. Obiecano mi jednak nagrania, mam jednak nadzieję, że podczas pobytu będę miał okazję uczestnictwa w jakimś społecznym proteście.

Bigos tygodniowy

Jak donoszą, pożal się boże minister kultury Gliński odwołał dotychczasowego dyrektora Filmoteki Narodowej za dołączenie do przeglądu filmów o tematyce kobiecej filmów o przemocy domowej i o wibratorach. Nie zmienia to faktu, że żaden „niezłomny” wibratora nie zastąpi. Odwołany dyrektor był z „Dobrej Zmiany” i powołany też jest z „Dobrej Zmiany”, tylko  z konkurencyjnej sitwy. Użycie wibratorów w wojnie kaczystów z kaczystam to niebezpieczna eskalacja konfliktu.


Poza tym jednak nie ma nic do śmiechu. Protesty Ogólnopolskiego Strajku Kobiet ( niestety niepokojąco mniej liczne niż jesienią zeszłego roku) zostały brutalnie zaatakowane przez policję. Po raz kolejny przypomniały o polskich zbrodniarzach zza biurka i ich poplecznikach, Zaplutych Karłach Reakcji, którzy swoimi barbarzyńskimi „prawami” zastosowali wobec kobiet tortury i narażają je na zagrożenie życia przez wymuszanie donaszania chorych, gnijących płodów. Narodowy Przymus Rodzenia trupów trwa.


Wyrok sądu w Płocku, uniewinniający oskarżone (m.in. Elżbietę Podleśną) w sprawie o „obrazę uczuć religijnych” czyli o rozlepianie wizerunków Matki Boskiej w Tęczowej Aureoli rozwścieczył prawactwo i klechów. Zawyli, że wyrok (nieprawomocny) był „skandaliczny” i „zachęcający do takich czynów”, a „sąd stanął po stronie bluźnierstwa”. Oskarżone z wyroku się ucieszyły i pochwaliły sąd, że taki rozumny i sprawiedliwy. Rozumiem zainteresowane, lecz nie podzielam ich entuzjazmu. Mój opór wzbudziło na przykład uzasadnienie sądu, który na korzyść oskarżonych powołał się na to, że niektórzy katolicy nie uznali wizerunku Matki Boskiej Tęczowej za obrażający ich uczucia religijne. To postawienie sprawy na głowie, bo wolność słowa nie może być zawisła od tego czy słowo kogoś obraża czy nie. Istota sprawy jest bowiem w tym, że w cywilizowanym kraju takie procesy w ogóle nie powinny mieć miejsca, bo artykuł 196 kodeksu karnego, to archaiczny, średniowieczny rodem absurd, prawne wyposażenie cenzuralne fanatyków religijnych, które powinno zniknąć z kodeksu karnego. Prawo karne nie powinno bronić czci postaci fikcyjnych, bo takie prawo jest groteskowym horrendum. To nie powinno w ogóle być przedmiotem obejmowanym przez prawo karne. Bigos tygodniowy jest za nieograniczonym prawem do obrażania uczuć zarówno religijnych jak i niereligijnych. Obrażajmy się, ile dusza zapragnie! Z całego serca! Niech żyje wolność! Warto odnotować, że biskupi diecezji płockiej, przyjęli wyrok sądu z ”bólem i smutkiem”.


Ksiądz Bortkiewicz, który jest za „doprecyzowaniem i wzmocnieniem” artykułu 196 kodeksu karnego powiedział, że szalet, to do nalepienia wizerunku Matki Boskiej miejsce „niegodne”. Moim zdaniem co najmniej równie godne jak zakrystia.


Tego samego dnia, w którym zapadł wyrok w Płocku, grupa lewicowej młodzieży stanęła nieopodal Sejmu trzymając w dłoniach ów inkryminowany wizerunek Tęczowej Matki Boskiej. Natychmiast zostali spisani przez policjantów, którzy oświadczyli, że to „na wypadek, gdyby ktoś zgłosił obrazę uczuć religijnych”. Czy nie klerykalny terror bez granic?


Kolejne ataki katocenzury. Godek Kaja zbiera podpisy pod petycją żądającą od Rady Miasta Lublina wycofania się z finansowania tutejszej Galerii Labirynt za to, że zorganizowała wystawę „Nie będziesz szła sama”, o Ogólnopolskim Strajku Kobiet. Z kolei Ordo Iuris prześladuje Nergala i doprowadziło do wznowienia przez prokuraturę postępowania przeciw niemu w sprawie „obrazy uczuć religijnych”. „Jestem jednym z rosnącej rzeszy Polaków, którzy mają dość kato-talibowego reżimu, bo tak trzeba to nazwać. Wpisuję się w szeroki i silny prąd antyreligijny, antyklerykalny, którego częścią są m.in. strajki kobiet. Akcje Kościoła w Polsce tracą w tempie lawinowym i nie ukrywam euforii, jaką z tego powodu odczuwam” – powiedział Nergal, nawiązując do „narastającego w Polsce fundamentalizmu”. Dodał, że „wierzy, że pewnego dnia Polska stanie się sekularnym krajem, w którym nie będzie większości religijnej dyskryminującej mniejszości, dyktującej jak mamy żyć i musztrującej obywateli”. A tymczasem prokuratura zażądała „zabezpieczenia” komputerów i telefonów Nergala, jakby chodziło o groźnego mordercę czy ciężkiego przestępcę gospodarczego, a chodzi tylko o „obrazę” orzełka polskiego.


Równolegle do katocenzury narasta intensywność karmienia biznesów Rydzyka przez Skarb Państwa. Forsę dały Rydzykowi cztery ministerstwa, w tym Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Rolnictwa. Z kolei okazuje się, że w Wielkopolsce większe pieniądze idą na finansowanie religii w szkole niż na obywatelskie budżety.


Na lewicowe „ukąszenie” młodego pokolenia prawolski publicysta Maciejewski proponuje następujące lekarstwa „wsparcie harcerstwa, wzmocnienie Wojsk Obrony Terytorialnej i produkcję IPN-owskich filmów o „wyklętych”. Czekam na rezultaty.


Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stwierdził, że sądy polskie mają prawo oceniać, czy decyzje Krajowej Rady Sądownictwa są zgodne z prawem Unii Europejskiej, a kolejne nowelizacje ustaw sądowych MOGĄ naruszać prawo tejże. Za miękko jak na PiS. Media już donoszą, że Mateo został zobowiązany do wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej, aby orzekł, że przepisy polskiej Konstytucji są ważniejsze niż przepisy unijne. Nie bardzo wiadomo, na co komu taki wyrok, chyba że chodzi o pokazanie ludowi pisowskiemu, że żadne „obce” trybunały nie będą nam mówić, jak mamy się rządzić.


Pandemia trwa w najlepsze, tymczasem Narodowy Program Szczepień kuleje, ale jak się zdaje nie tylko dlatego, że zachodni kontrahenci ociągają się z dostawami szczepionek. Niedawno opinia publiczna dowiedziała się z ust pąsowych niejakiego Dworczyka Michała, że po raz kolejny zmianie ulega harmonogram szczepień. Z niejasnych powodów grupa obywateli 70 plus wypadła z harmonogramu na marzec i została zepchnięta gdzieś poza termin szczepień nauczycieli akademickich, którzy do pracy w formule stacjonarnej mają wrócić dopiero jesienią oraz termin szczepienia służb mundurowych. Dziwne to tym bardziej, że epidemiolodzy wzywają do szczepienia grup najbardziej zagrożonych ciężkim przebiegiem choroby, a nawet zgonem czyli osób 60 plus. Ciekawe, dlaczego rządzący nie słuchają ekspertów, a nawet nie czują potrzeby żeby wyjaśnić publice, dlaczego takie a nie inne decyzje podejmują?


„Polska jest ostatnią ostoją reżimu katolickiego, który na mocy paragrafu 196 oskarża obywateli o bluźnierstwo” (Nergal)

Na początku były slajdy

Polskie elity polityczne to grupy rekonstrukcyjne. Proponujące nam jedynie bliższą, lub dalszą przeszłość.

Spór o powieść „W pustyni i w puszczy” trafnie odzwierciedla stan intelektualny polskich elit politycznych. Kiedy poseł Lewicy Maciej Grula zauważył, że przesycona rasizmem powieść powinna być wykreślona z listy szkolnych lektur, lub krytycznie omawiana w liceum, natychmiast zaprotestowali narodowo- katoliccy politycy.
Pan wiceminister oświaty Tomasz Rzymkowski oddał hołd powieści, bo jako „dzieło Noblisty wychowało pokolenia Polaków”. Nie dodał, że to nie ta powieść zdecydowała o przyznaniu Sienkiewiczowi literackiego Nobla. Ani, że wychowała i nadal wychowuje tysiące Polaków w fałszywie postrzeganiu Afryki i jej mieszkańców. Jako dziki kontynent zamieszkały przez tych, którzy „właśnie zeszli z drzewa”.
Nic dziwnego, że tak wychowany narodowy katolik popada w depresję kiedy ma czarnoskórego szefa lub trafia do którejś z wielu afrykańskich metropolii przerastających nowoczesnością polskie miasta.
Ach gdzież są niegdysiejsze śniegi…
Rządzący dziś narodowo- katoliccy kaczyści pragną nowej Polski na obraz i podobieństwo II Rzeczpospolitej. Tej sanacyjnej, z końca lat trzydziestych. Polski pułkowników – piłsudczyków flirtujących z narodowymi, faszyzującymi radykałami. Marzących o Polsce mocarstwowej, zmodernizowanej, przemysłowej, z silnym ośrodkiem władzy. Podobnej do Włoch Mussoliniego.
Stąd recydywa idei „Trójmorza” i polskiego przywództwa w tej części Europy. Ambitne plany rozwoju narodowego przemysłu pokazywane na slajdach pana premiera Morawieckiego. Nawiązujących do rzeczywistych i zmitologizowanych osiągnięć II RP.
I tak Centralny Port Komunikacyjny ma być „Gdynią IV RP”. Zjednoczony koncern Polska Grupa Zbrojeniowa – Centralnym Okręgiem Przemysłowym. A koleje szybkich prędkości – przedwojenną „Luxtorpedą”. Zaś największym komplementem dla polityka PiS jest stwierdznie, że „łączy on tradycje Dmowskiego i Piłsudskiego”.
To nieważne, że prawdziwa „Luxtorpeda” była jedynie niewielkim, luksusowym autobusem szynowym dostępnym dla najbogatszych. Że ambicje przewodzenia Trójmorzu deklaruje ekipa, która nie potrafi udźwignąć intelektualnie problemu segregacji śmieci. Ważne by kolejne narodowa prezentacja kolejnego Narodowego Ładu znów wyglądała efektownie.
Skoro Staś Tarkowski przebył pustynie i puszcze aby ocalić reprezentująca zachodnią Europę małą Nell i nie wyrzekł się wiary ojców, pomimo gróźb dzikiego Mahdiego, to wychowany na takich powieściach pan premier Morawiecki też nam „pokrzepienia serc” nie poskąpi.
Niestety również największa partia opozycyjna, Koalicja Obywatelska, jest partią „przeszłości”.Choć nie tak odległej jak PiS.
Gdybyśmy chcieli zrekonstruować ich Polskę po upadku rządów PiS, to mielibyśmy powrót do „małej stabilizacji” za rządów Donalda Tuska. Do zrewitalizowanej, zliberalizowanej obyczajowo polityki „ciepłej wody w kranie”. Z wyczekiwanym powrotem Donalda Tuska z Brukseli, jak niegdyś generała Władysława Andersa z Londynu.
Również odrodzona politycznie, odmłodzona lewicowa elita nie ma jeszcze całościowej wizji swej nowej Polski. V Rzeczpospolitej. Demokratycznej i sprawiedliwej społecznie.
To prawda, że często już słyszymy z lewicowych ust o tym jak nie powinno być, stale widzimy reprezentantów lewicy na licznych protestach, ale zachęcającej alternatywy dla IV Rzeczpospolitej nadal nie ma.
Koniec La Belle Époque
Ta ciągle pamiętana, nadal idealizowana pierwsza „piękna epoka”, trwała od końca wojny prusko-francuskiej w 1871 roku do wybuchu wojny światowej. Uważana jest za okres postępu, spokoju i bogacenia się Europy. Życie stawało się wtedy łatwiejsze, a wiara w niekończący się dobrobyt i postęp wydawała się niezachwianą.
Kolejna „piękna epoka” zaczęła się w Europie i zachodniej Ameryce po zakończeniu „zimnej wojny” i upadku Związku Radzieckiego. Polska tym razem miala pragmatyczne elity polityczne. Po stronie ówczesnej władzy i opozycji. Efektem tamtego pragmatyzmu był „Okrągły Stół” w roku 1989 roku i pokojowa transformacja ustroju politycznego. Transformacja gospodarcza była już bardziej brutalna społecznie, ale patrząc z perspektywy trzydziestu lat, jej saldo jest dodatnie.
Gospodarka polska została zmodernizowana, choć musi się teraz borykać ze swą peryferyjnością i barierami średniego rozwoju.
Zgodnym wysiłkiem wszystkich elit politycznych Polska wybiła się na członkostwo w Unii Europejskiej i przynależność do NATO.
I zaraz potem nastąpiła „La Belle Époque” polskiego politycznego nieróbstwa intelektualnego.
Krajowe liberalne i lewicowe elity uznały, że nie potrzeba dalej myśleć, projektować przyszłość, skoro i tak płyniemy w głównym światowym nurcie.
Po co reformować ustrój polityczny III Rzeczpospolitej skoro wystarczy, że zimplantujemy normy europejskie. Przebierzemy się w europejskie szaty i zniknie to „państwo z dykty”
Po co tworzyć własną politykę bezpieczeństwa, skoro mamy od tego NATO? Zaprosimy wojska amerykańskie i rozlokujemy je w poradzieckich bazach.
Po co tworzyć przemysł z polską specyfiką skoro „kapitał nie ma Ojczyzny”, „wzrost gospodarczy sprawia, że wszystkim łódką rośnie woda pod kilem”, a najlepszym gospodarzem jest „niewidzialna ręka wolnego rynku”.
Nawet kaczystowska negacja III RP i zapowiedź „dobrej Zmiany” nie zakończyła trwającego od trzydziestu lat dobrobytu. Bo radykalny projekt IV RP zrealizowano w połowie. Zburzono i zdegenerowano władzę sądowniczą oraz parlamentarną. Ale nie stworzono ich totalitarnych alternatyw. Rządy elit PiS nie wzmocniły państwa polskiego, jak zapowiadały, zrujnowały jedynie kilka jego filarów.
Pandemia ujawniła słabości państwa polskiego, i wszystkich innych też. Nietrudno dziś prorokować, że opanowanie pandemii będzie początkiem nowej, globalnej epoki.
Zbiegnie się pewnie z nową „zimną wojną” między USA i Chinami, w najlepszym razie nowym „chłodnym pokojem”. Z nową odbudową ekonomiczną i nową integracją Unii Europejskiej. Może też i jej dezintegracją.
Z nowym geopolitycznym miejscem Rosji. Za słabej już na globalne super mocarstwo, za silnej jeszcze na regionalnego mocarza.
Zapewne kiedy wyjdziemy już z domowych kwarantann, z pracy „zdalnej”, czyli chałupnictwa, trzeba będzie, korzystając z pandemicznym doświadczeń, zredefiniować podstawowe pojęcia postępu, dobrobytu i szczęścia.
Pracy, czasu pracy, czasu po pracy, wieku systemu emerytalnego. I wielu innych.
Wszystko trzeba będzie przemyśleć na nowo. Zmienić niejedo. Od Konstytucji po system butelek zwrotnych.
A tymczasem polskie elity polityczne zastygły w okopach „pustyni i w puszczy”.

Amerykańska demokracja

Ostatnie dni pokazały, że demokracja amerykańska, pomimo jej wielu wad, anachronicznych rozwiązań ustrojowych i głębokich podziałów społecznych, potrafi się bronić. Urzędujący Prezydent, mający nadal bardzo liczny elektorat, w tym liczną grupę zatwardziałych wyznawców, nie zdołał zablokować procesu przekazywania władzy po przegranych wyborach prezydenckich.

Wyraźna większość w Kongresie, z udziałem znaczącej liczby członków jego własnej partii republikańskiej, zarówno w Izbie Reprezentantów jak i w Senacie – stanęła na gruncie prawa, faktów oraz zdrowego rozsądku i wspólnie potwierdziła wynik wyborów elektorów i i ich decyzje w poszczególnych stanach. Zrobiła to, zgodnie z Konstytucją, pod przewodnictwem urzędującego Wiceprezydenta Mike’a Pence’a, zastępcy Donalda Trumpa, pomimo brutalnych nacisków samego Prezydenta jak i próby zastraszenia przez podburzony przez niego tłum zwolenników, który zajął budynki Kongresu na Kapitolu.
Wcześniej Prezydentowi oparły się sądy stanowe i federalne, łącznie z Sądem Najwyższym, do którego, w trakcie swojej kadencji, Donald Trump mianował trzech nowych sędziów, zwiększając udział nominatów prezydentów republikańskich w tej najwyższej instancji sądowniczej do dwóch trzecich.
Oparły się również Prezydentowi władze stanowe, organizujące wybory i nadzorujące proces liczenia głosów, nie tylko demokratyczne, ale również republikańskie.
Nie zgodził się na łamanie prawa również jego własny Sekretarz Sprawiedliwości – Prokurator Generalny i inni przedstawiciele jego własnej administracji.
Na szczególny szacunek zasłużył Mike Pence, do tej pory wierny wykonawca polityki Trumpa, który potrafił odmówić szefowi i nie tylko przeprowadził, zgodnie z Konstytucją, procedurę zatwierdzenia wyników wyborów w Kongresie, ale podjął również decyzję o wysłaniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu dla wsparcia policji w przywracaniu porządku i ładu na wzgórzu kapitolińskim i w całej stolicy.
Władza Prezydenta USA jest ogromna, a pomimo tego wszystkie instytucje państwowe wykazały odporność na jego bezprawną presję. To świadczy o dojrzałości demokracji i właściwym balansie między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą.
Przed nową administracją J. Bidena stoją jednak ogromne wyzwania.
Największe to niezbędne zmniejszenie podziałów społecznych, etnicznych, rasowych, a zwłaszcza majątkowych. Nie będzie to oczywiście możliwe bez wyzwolenia nowych czynników wzrostu i rozwoju, w tym wsparcie dla przemysłu w interiorze amerykańskim.
W wymiarze politycznym demokraci Bidena, ale również sami republikanie muszą zdjąć wiatr z populistycznych żagli Trumpa, ujmując wiele z realnej frustracji społecznej.
W innym wypadku dzisiejszy sukces amerykańskiej demokracji może okazać się krótkotrwałym.

Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.

Pilnie potrzebny Józef Tejchma

W trwającym i niekończącym się społecznym konflikcie rozwiązanie jest banalnie proste.

Powszechna opinia twierdzi, że w zaistniałej sytuacji rządzący PiS – obarczony licznymi grzechami z pandemią, kryzysem klimatycznym, konfliktem z UE na tle nieprzestrzegania prawa, obciążony problemami z opieką zdrowotną, edukacją, LGBT, nadto długą rozgrywką polityczną skutkującą tzw. rekonstrukcją rządu wraz z zaostrzeniem prawa aborcyjnego, nowymi kłopotami z rolnikami i wewnętrzną, powstałą opozycją, a na pewno z nieuniknionym jeszcze starciem na wyższych uczelniach – nie wie co robić dalej i miota się od ściany do ściany. I trudno się dziwić, gdy z własnej inicjatywy otworzyła tak liczne pola konfrontacji, na których by i szachowi arcymistrzowie polegli. Pogróżki prezesa nie zachęciły do obrony propagandowo atakowanego Kościoła, a przede wszystkim nie były żadną propozycją rozwiązania konfliktu. Władza PiS nie odważa się jednak na ostrą konfrontację, bo wie czym ona pachnieć i grozić może. Nikt jakoś nie chce rozganiać manifestantów, Policja na ogół zachowuje się przyzwoicie (być może do czasu, gdy „góra” nie każe inaczej) pałując głownie pseudokibiców i narodowców, Ziobro straszy ośmioma latami więzienia co też na nikim nie robi wrażenia, podobnie jak ewentualna policyjna godzina. Na odmianę Morawiecki nawołuje do rozmów rządu nie wiedzieć z kim i właściwie po co, gdyż na transparentach powszechne jest żądanie jego () odejścia.
W tym zaskakującym momencie
pogubiły się zupełnie gwiazdy, jak to już nie raz bywało, liberalnego dziennikarstwa. Gadomski w tekście „Koniec karnawału, nadchodzi post” („GW”, 5.10.2020) obarcza rząd wzrostem podatków, „bo za hojne benefity socjalne trzeba zapłacić”, nie chcąc jak zawsze zrozumieć, że poza polityczną grą rządzących było tu jeszcze dużo ważniejsze, społeczne oczekiwanie na różnego rodzaju pomoc ze strony państwa. Natomiast w „Newsweeku” (2-8.11.2020) Lis pisze o rewolucji naszych dzieci, które zaczęły krzyczeć, zapominając, że to jego pokolenie, urzeczone post-solidarnościową wizją Polski nawet nie miauknęło gdy wielki kubeł nieprawości i krzywd wylewał się na ludzi w III RP.
Tym razem „Onet”, a nie tak często mu się to zdarza, pogłębił temat : „O ile obecnie rządzący traktowani są jako agresorzy, wtrącający się w ich życie, to opozycję 45+ widzą jako współwinowajców obecnego stanu rzeczy. Źródeł zła upatrują w ostatnich dekadach, a nie w ostatnich dniach czy nawet tylko w okresie rządów PiS.” Prostym wiec sposobem wyjaśnia się wstrzemięźliwość młodzieży w stosunku do innych partii i ich programów, również do poprzednich protestów organizowanych przez rożne obywatelskie komitety zachowujące jednak lojalnościowe postawy wobec wyobrażonych kanonów III RP. To nadejście młodych, tak długo oczekiwane – głownie odważnych dziewcząt i młodych kobiet, przyjmujących kluczowe hasła wolności i sprawiedliwości, wyrażane w lapidarnym, czytelnym języku – prowadzi do kolejnych form protestu i dalej idących żądań. Do rozwiązania konfliktu jeszcze daleko, nie da się go zahamować bądź przetrzymać apelami czy też zakazami manifestacji z powodu pandemii. Zresztą naukowcy raczej nie wiążą wzrostu zakażeń z tymi publicznymi zachowaniami. Lawina po prostu ruszyła.
Niektórzy natomiast snują
bezpodstawne, historyczne paralele miedzy obecną sytuacją, a czasami Polski Ludowej, żadną miarą nie pojmując zasadniczych różnic dzielących te historyczne okresy, nawet jeśli byłe protesty oraz obrazy i zachowania niektórych przedstawicieli tamtej władzy do dzisiejszych są zbliżone. Może czynią to z braku podstawowej wiedzy, pozornego i uproszczonego podobieństwa zdarzeń, piszą aby raz jeszcze obrzydzać tamten czas, być może jako ostrzeżenie przeciw narastającym lewicowym, progresywnym, antyklerykalnym poglądom i hasłom rzucanym przez młodych. A może by już nie ratować tamtych swoich szkodliwych decyzji, a tylko nadszarpniętą poważnie opinię. Janusz Lewandowski (minister przekształceń własnościowych w 1991, 1992–1993 roku) w tekście „Rządy PiS, czyli PRL-bis” („GW”, 25.09.2020) nie chce przyjąć do wiadomości, że celem tzw. komunistów była od samego początku realizacja wielkich programów społecznych przeobrażeń oraz, bardziej lub mniej udany, w różnych okresach, rozwój i modernizacja kraju. Natomiast obecnych rządzących charakteryzuje powrót do zamierzchłej przeszłości z czasów II RP i wszechogarniająca dążność do utrzymani władzy za każdą cenę, płaconą zresztą z publicznych pieniędzy.
Piotr Pacewicz i Magdalena Chrzczonowicz w komentarzu „Oświadczenie Kaczyńskiego. Groźna histeria zagrożonego satrapy, któremu marzy się przemoc” mogliby sobie darować zestawienie ostatniej wypowiedzi Kaczyńskiego z wystąpieniem Jaruzelskiego w dniu 13 grudnia 1981 roku. Jak na dotychczasowy poziom OKO.press to ta wypowiedź przypomina raczej szkolną gazetkę z czasów ZMP, bądź niektóre publikacje katolickich mediów. Porównanie zagrożonego dziś podobno polskiego kościoła, nawet tylko z formalnego niejako powodu podobieństwa wypowiedzi, z ówczesną realną interwencją ZSRR w Polsce i jej dalszymi, możliwymi, tragicznymi skutkami postawiło historyczne fakty na głowie, a być może i samych autorów tego równoważnika.
„Analogie mogą wydawać się tylko emocjonalnymi skojarzeniami. [tłumaczą się – Z.T.] Ale jest w nich coś więcej, odsłaniają korpus przekazu satrapów całego świata, którzy w obliczu zagrożenia swej władzy próbują zaklinać rzeczywistość fałszywymi diagnozami i sięgać po przemoc jako narzędzie uprawiania polityki.” Porównanie Jaruzelskiego do innych satrapów, bez koniecznego kontekstu tamtego położenia Polski i dziejących się wówczas wydarzeń, jest nie tylko obrazą jego postawy i osoby, ale po prostu najzwyklejszą propagandową manipulacją. Nadto dowodem na krotką pamięć o tym co stało się na Węgrzech w 1956 roku, także z ich przywódcami Imre Nogy’m i Pál Maléter’m. A wydawało, że OKO.press stać na poważne analizy i odpowiedzialne słowa.
Jeżeli już koniecznie ktoś szuka analogii do okresu PRL, to znajdzie ją bliżej w grudniu 1970 roku. Na telewizyjnych zapisach brak wystąpień Władysława Gomułki, a zachowało się jedynie ogłoszenie godziny milicyjnej przez ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza.
Częstym porównywaniem Gomułki do Jarosława Kaczyńskiego przeczą jednak, w odróżnieniu od drugiego, liczne, ważne i powszechnie znane dokonania tego pierwszego dla Polski.
Potwierdza to szerzej nieznany dokument,
który pojawił się w sieci wzbudzając nie tylko zainteresowanie, ale przypominając jak powinni rozmawiać odlegli od siebie ludzie władzy. Działo się to w Polsce, w 1960 roku, a interlokutorami byli Pan X i Pan Y (tak w spisanej z nagrania czterogodzinnej rozmowie występują) czyli I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka i prymas Polski Stefan Wyszyński. Fragment:
Y – „Ja bym chciał panu sekretarzowi powiedzieć takie sprawy, które według mojego rozumienia są dla nas obydwóch wspólne i na tym odcinku my obydwaj jednakowo myślimy, tak mi się przynajmniej wydaje. Będą to rzeczy jak najbardziej generalne dla naszej sytuacji wewnętrznej, sytuacji Polski, na płaszczyźnie międzynarodowej, w jakiej Polska jest obecnie, no i sytuacji wewnętrznej… I wreszcie na tym tle tych pewnych faktów…można by już mówić o pewnych szczegółach, które tak czy ina­czej układają sytuację Kościoła w Polsce. Gdy idzie już o takie dro­biazgi, które oczywista mają dla nas olbrzymie znacznie, a o których mówiliśmy przed dwoma laty…”
X – „…Mimo iż szereg stwierdzeń należy bezwarunkowo, zda­niem moim, uznać za pozytywne z naszego punktu widzenia, to jed­nak wydaje mi się, iż na wiele rzeczy, na wiele spraw patrzymy ina­czej. Nawet na te sprawy, które ksiądz prymas zaliczył do kategorii jakby wspólnych, jednolitych państwu, czy partii, i Kościołowi…”
Oczywiście w toku dalszej wymiany poglądów okazują się one bardziej lub mniej odmienne, ale ten cytat służy przypomnieniu, że Jarosławowi Kaczyńskiemu nigdy nie było po drodze toczyć takich dysput z osobą prezentującą inny obraz politycznego porządku. Zastępował je, obrzucaniem opozycji i odmiennie myślących, stekiem wyzwisk nie tylko z sejmowej trybuny. Internauta dodaje: „To przykład rozmowy dwu wybitnych Polaków i polityków.  U obu dominuje odpowiedzialność i troska za kraj. Na tym tle dzisiejsi polityczni geszefciarze i oszuści jeszcze bardziej maleją. Niestety, przyszło nam żyć w świecie karzełków politycznych, różnych cwaniaczków i zwykłych złodziei.”
Tak jak dziś, gdy w obozie władzy runął mit wielkiego stratega, który stracił zdolność celnej diagnozy, tak w grudniu 1970 roku upadł mit zasług i prestiżu I sekretarza KC PZPR. Józef Tejchma, wtedy młody sekretarz KC i członek Biura Politycznego, typowany na następcę, pierwszy powiedział Władysławowi Gomułce, że musi odejść.
Kto dziś z kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości zdobędzie się na odwagę i wypowiedzenie takich słów Jarosławowi Kaczyńskiemu? A może ktoś jeszcze odsłoni skrzętnie ukrywaną tajemnicę smoleńskiej tragedii i szczególną w niej jej rolę Kaczyńskiego, co stało się założycielskim, odrodzeniowym mitem PiS.
Nie ma lepszego
rozwiązania konfliktu i przeciwdziałania, być może społecznemu pożarowi, a na pewno tysiącom nowych covidowych grobów. W bardzo liczącej mierze przyczyną tego stanu rzeczy są rozliczne błędy, zaniechania, sprzeczne bądź spóźnione decyzje rządzącego PiS, określone również interesem politycznym. Wiarygodność odbierają mu stale zmieniające się opinie i zarządzenia podejmowane bez koniecznego uprzedzenia obywateli (nie mamy już coronawirusa – mamy wielki wzrost chorych, metody liczenia chorych, zmiany dotyczące rodzaju testów, odrzucenie niemieckiej oferty pomocy, żołnierze do pilnowania lekarzy), spóźniona i chaotyczna budowa nowych szpitali, powszechny brak tlenu dla chorych oraz miejsc w kostnicach dla zmarłych. Także fakt, że bardzo uzdolniony i pracowity dziewiętnastolatek swoimi prognozami przebiegu pandemii wyręcza i ratuje rządowe instytucje.
Żądania zasadniczej odnowy naszego politycznego życia nie zahamują: nowy pseudo-pomysł Gowina, wprowadzenie stanu wyjątkowego zamieni się w taką samą farsę, jak obecny zakaz gromadzenia się więcej niż pięciu osób, ostrzeżenie manifestujących zarazą i zastraszanie lockdownem też nie pomogą, zbawcą nie okaże się Ziobro nieakceptowany przez zakon PiS. Możecie żreć się panowie ze Zjednoczonej Prawicy we własnym gronie i na publicznym widoku, ale jedyną szansą jest cofnięcie nieodpowiedzialnej politycznej decyzji Kaczyńskiego i tzw. Trybunału konstytucyjnego. Czym szybciej tym dla wszystkich lepiej.
Czas kończyć ten chocholi, polityczny taniec
dopełniony ostatnio zakupem 322 samochodów (w tym 14 luksusowych limuzyn) dla administracji rządowej, okraszony zamówieniem wykwintnych wędlin, włoskiej szynki, jagnięciny, kruchej wołowiny, sarniny, przepiórczych jaj i innych przysmaków dla polityków i urzędników kancelarii premiera. Te decyzje, obnażające prawdziwe oblicze władzy przy rosnących stanach krytycznych tysięcy osób, nie znajdujących miejsca w szpitalach, podgrzewają kolejne, głębokie oburzanie obywateli. I koszmarne dane – Polska wśród krajów świata z najwyższą liczbą nowych zakażeń.
Słupek politycznej akceptacji będzie coraz mniejszy, a drugi wskazujący poziom wody coraz wyższy. Pospieszcie się panowie w PiS dla dobra Polski, ale i swojego osobistego interesu, bowiem niedługo orkiestra może przestać grać.