Polski jesteśmy warci

Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą.
Jan Paweł II

„Rachunek sumienia trzeba zawsze zaczynać od siebie. W realiach ostrego podziału Europy i świata, nasza bijatyka nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie.
gen. Wojciech Jaruzelski

Spodziewam się, iż wśród Państwa Czytelników, już po przeczytaniu tytułu publikacji, mogą pojawić się różne, oczywiście emocjonalne reakcje. Nie wykluczam oburzenia! Co za sens, gdzie logika stawiać stan wojenny za przykład patriotyzmu? „Polityka historyczna” od prawie 30 lat „uczy” Polaków, że stan wojenny – to „wojna polsko – jaruzelska” spadająca jak grom z jasnego nieba na Naród-Wojsko i czołgi, MO, ZOMO na ulicach;„masakra” górników – z jednej strony. Z drugiej – Solidarność, która ani jednej szyby nie wybiła, chciała tylko „wolności i niepodległości”; karnawał 16 miesięcy. Do tego przez cytowane oceny obok siebie Papież i gen. Wojciech Jaruzelski, okrzyknięty „zbrodniarzem”, „sługusem Moskwy”, postawiony przed Sądem. To pomieszanie z poplątaniem! Jak można przypominać, czytać takie rzeczy – nawet w 38 rocznicę tego wydarzenia, być może wielu z Państwa rozsierdzi się „nie na żarty”. Zachęcam Państwa do zrobienia sobie ulubionej kawy, zajęcia wygodnej pozycji i przystąpienia do czytania tekstu.

Patriotyzm

Spójrzcie Państwo jeszcze raz na tytuł publikacji i zastanówcie się – cóż to takiego jest patriotyzm? Słownik języka polskiego (Wyd. PWN, Warszawa, 1979) – objaśnia jako postawę, formę ideologii, łączącą przywiązanie do własnej Ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu”. Patriotyzm, to wdzięczny temat naukowo – wychowawczy, napisano wiele interesujących książek. Znane jest pojęcie „patriotyzmu wojennego”, gdzie sytuacja bojowa wymaga ofiary krwi i życia. Dowódca ma świadomość, iż wydając rozkaz wielu podwładnych zginie, że często „wysyła ich na pewną śmierć”. Może zastanawiać się, czy uczynił wszystko, by oszczędnie rozporządzić najcenniejszym dobrem podwładnego, jego życiem. Ale to dywagacje „filozoficzne”, zwykle po czasie. Także znany jest – preferowany przez część niektórych filozofów „patriotyzm czasu pokoju”, często tłumaczony jako „wyższa konieczność”. To sytuacja „na krawędzi”, która grozi rozlewem bratobójczej krwi, której czasami można uniknąć. Proszę – zastanówcie się Państwo, czy sytuacja w Polsce lat 1980-1981, niosła taką groźbę? Czy stan wojenny nie jest tym niemal naukowym przykładem wspomnianego właśnie „patriotyzmu czasu pokoju”, gdzie uniknięto ofiar w masowej skali. Na czym wówczas polegała istota patriotyzmu? Jakie podstawy, przewidywania mogły sprawić, że Papież użył cytowanych słów wobec Generała – pomyślcie Państwo.

„Sprawa wagi najwyższej”

Za „sprawę wagi najwyższej”, gen. Wojciech Jaruzelski w przemówieniu radiowo – telewizyjnym 13 grudnia 1981 roku, uznał, iż „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać”. Akcentował przytłaczający ciężar codziennych warunków życia milionów ludzi, różne rodzinne i zakładowe konflikty. Zachęcam Państwa, szczególnie osoby stateczne wiekiem, pamiętające tamten czas, by sobie i młodzieży, wnukom przypomnieli choćby dziś oczywiście śmieszne fakty – jak wtedy trudno było zdobyć np. cytrynę, nie mówiąc o pomarańczy czy karpiu i śledziu na wigilijny stół. Przecież te braki nie powstały nagle. Czy ówcześni działacze Solidarności nie mają tu sobie nic do zarzucenia, nie poczuwają się do współodpowiedzialności? Oczywiście, cytrusy mogły być w każdym domu, także kawa uznawana wtedy za rarytas, „pański napój”, trzeba było płacić dewizami, a te mogliśmy otrzymać za węgiel, który był sprzedawany na Zachód. Kto dziś pamięta, że węgla brakowało do ogrzewania mieszkań, kto z warszawiaków o zapowiadanej przeprowadzce mieszkańców Pragi do centrum, bo mieszkania mogą być nie ogrzewane, o apelu władz państwowych i Stolicy, by przed chłodem i zimnem chronić najsłabszych – starców i dzieci. Znaleźli się „piaskowi uczeni”, którzy po 1989 r. z tych faktów czynili drwiny, pokazując słabość tamtej władzy, że nawet mieszkań nie potrafiła ogrzać. Generał we wspomnianym przemówieniu przypomniał – „strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież” (zapomnieliście Państwo „zabawy” w reformę szkolną, jakie wnioski wyciągnęliście?). Że „przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów przebiegają linie bolesnych podziałów, niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści…Padają wezwania do fizycznej rozprawy z czerwonymi, z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy Szeroko rozlewa się po kraju fala zuchwałych przestępstw… rosną milionowe fortuny rekinów podziemia gospodarczego”.
Od kilku lat są podstawy by do wielu polityków, głównie (nie znaczy wyłącznie!)-wywodzących się z „solidarnościowego pnia” zwracać się – panie „zuchwały przestępco” – jak mówił Generał – dziś złodzieju, oszuście, kombinatorze, cwaniaku. Wykaz złodziejskich praktyk opublikowała „Gazeta Wyborcza” w tygodniu przed wyborami. Czy choćby z tych powodów Polska dziś nie staje się „moralną ruiną”? Czy już „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią” – duchową? Że można mówić – „struktury państwa przestają działać”, patrząc na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, co dobitnie podkreślał prof. Marcin Matczak w wywiadzie – „Władza gotowa podpalić Polskę” (DT, 6-8 grudnia 2019).

Twoja, nasza pamięć

Po co – ktoś zapyta, zaprzątać sobie i rodzinie pamięć takimi wspomnieniami, komu to potrzebne. Wybacz Drogi Czytelniku – potrzebne to Tobie, Twoim dzieciom i wnukom, by nie wciskano ci kłamstwa przez „poprawianie” właśnie tej Twojej pamięci. Przypomnij sobie jak w niektórych budynkach znakowano mieszkania czerwonymi znaczkami? Może słyszałeś jak córka sąsiada nie chciała iść do szkoły, bo jej najlepsza koleżanka powiedziała, że jest „czerwona”, a rodzice nie wiedzieli co robić. Podjąć rozmowę z sąsiadem, nauczycielem w szkole, czy „siedzieć cicho”, przeczekać ten trudny czas. Zapytaj syna, wnuka co nauczyciel historii mówił im na lekcji o stanie wojennym. Miej odwagę pomyśleć, że mówił i o Tobie, nie wymieniając nazwiska. Gdy dalej „upierasz się przy swoim” – zauważ ile jest nienawiści wokół Ciebie, wraże słowa wypowiadają biskupie usta – nie słyszałeś? A apel – przestrogę o. Ludwika o udomowieniu się u nas nienawiści i pogardy, po zabójstwie prezydenta Gdańska, choć wcześniej prezydenci kilkunastu miast otrzymali nekrologi o swojej śmierci, też nie słyszałeś? Kto z władz się tym przejął, uznał za niedopuszczalne nadużycie „wolności”? Że „wolność” zamieniono na „dowolność gadania”, na brak odpowiedzialności za słowa i czyny. Oto istota. A może słyszałeś donośny głos biskupa, który wzywał do wsłuchania się w apel o. Ludwika, by uczynić go nauką, wręcz podstawą wychowania chrześcijańskiego Polaków – też nie? Tu się zgadzam, też nie słyszałem! A jak Ci się podoba uzasadnienie sądowe „wieszania zdrajców” w Katowicach (zdjęcia 6 osób, europosłów, pisałem: „Kopalnia”, na przełomie grudnia i stycznia 2017/18; „Krzywdy stanu wojennego”, grudzień 2017). Czy dostrzegasz tu lekcję „polityki historycznej”, słuchając o obrazie Norblina? Zechciej się zastanowić, oczyma własnej wyobraźni zobaczyć własną – podkreślam własną – żonę, córkę na stryczku. To Twoje najukochańsze, najcudowniejsze osoby. Pomyśl, co gotów byłbyś oddać za ich szczęśliwe życie i zdrowie? Obraziłem Ciebie tym wywodem? W grudniu wszechobecne było zawołanie – „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, mija 38 lat. Oto kilka przykładów. List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981) – „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”. Andrzej Rozpłochowski (Śląsk) „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”. Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu – „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
Stan wojenny był właśnie ratunkiem przed bratobójczą wojną domową, by nie było szubienic, by nikt z zimna i głodu nie zmarł! Kto dziś bogatszy o wiedzę i doświadczenie ośmieli się powiedzieć, że „nasza bijatyka” – jak mówił Generał byłaby tylko „naszą sprawą”, a sąsiedzi byliby jej „bliskimi widzami”. A gdyby przyszli z bratnią, oczywiście wojskową pomocą, to co? Nasze poczucie godności i patriotyzmu nakazywało walkę zbrojną. Kto dziś udowodni, że byłaby ona zwycięska w takim sensie, że armie sąsiadów wycofałyby się z Polski. Pod czyją i jaką presją – naszej krwi i męstwa. Zima i groźba bratobójczej walki, którą IPN konsekwentnie bagatelizuje to dwie podstawowe sfery kryjące jesienią i na przełomie 1981/1982 r. kumulację najcięższych ludzkich nieszczęść – na czele ze śmiercią!

Sąd

Należy zapytać, czy za uratowanie setek, może tysięcy Polaków od śmierci i innych nieszczęść, Generał i grono najbliższych osób, w tym członków Rady Państwa postawiono przed Sądem? – to osobny temat. Ktoś może powiedzieć-zginęło 9 górników, łącznie 16 osób. Generał przed Sądem min. oświadczył – „Każda krzywda i cierpienie ma swoje imię. Każda śmierć, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, jest tragedią…mam świadomość własnego, moralnego ciężaru”. Przypomnę, że 16 grudnia ZOMO, używając broni strzelało w ziemię przed zwartą grupą górników (ponad 200 osób) z odległości 70-50 m. Od rykoszetów zginęło na miejscu 7 górników, 2 zmarło w szpitalu, 21 było rannych. ZOMO wystrzeliło 156 pocisków. Patrząc na te liczby pytam – chcieli zabić czy wymusić rozejście się (od rzucanych śrub, kamieni rannych było ok.40 funkcjonariuszy, mimo posiadanych tarcz i hełmów), pisałem w tekście „Kopalnia”, na przełomie grudnia i stycznia 2017/18.
Generał pierwszą wizytę w kopalni „Wujek” złożył jako Prezydent PRL 2 grudnia 1989 r. W księdze pamiątkowej Kopalni zapisał słowa: – „Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o Niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla Ofiar”. Zebrani ludzie okazali niezwykłą wrogość do gościa, były transparenty z uwłaczającymi hasłami. Z właściwą sobie godnością wysłuchał wielu, personalnie krzywdzących zarzutów, adresowanych do organów władzy różnych szczebli. Obecność Generała miała wymiar personalnej pokory wobec cierpienia ludzi dotkniętych tragedią. Delegację górników z Jerzym Wartakiem zaprosił do Warszawy.

Szpital

Stan wojenny, za sprawą wielu prawoskrętnych historyków i publicystów, postrzegany jest głównie przez ludzkie ofiary i różne ich dolegliwości. Nikt trzeźwo myślący nigdy nie może ich ani pomniejszać ani dezawuować. Ale powinien pamiętać i wskazywać różne fakty i okoliczności, które do tego doprowadziły i jego skutki w wymiarze państwowym, społecznym i gospodarczym, nie zapominając o wymiarze politycznym i międzynarodowym.
Godzi się pamiętać o takim fakcie. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON), na posiedzenie w dniu 23 czerwca 1982 r. zaprosiła grupę kobiet, przedstawicielek różnych zawodów. Generał, witając panie, oznajmił – Czas dzisiejszy nie sprzyja stawianiu pomników. (trwał stan wojenny – moje G.Z). Ale nadeszła chyba pora, aby wznieść pomnik Matki Polki. Dawno już powinien stanąć na naszej ziemi, aby świadczyć o patriotycznej ofiarności polskich matek. O ich niezapomnianym wkładzie w przetrwanie naszego Narodu, w jego uporczywą, bohaterską walkę o wolność i zwykłą, człowieczą sprawiedliwość”. Powstała 130 osobowa Obywatelska Rada, z Sekretarzem Generalnym Józefem Niewiadomskim (zmarł w sierpniu 2019, cześć Jego pamięci). Po 4 latach budowy, Szpital oddano do użytku w Łodzi. W 38 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, ośmielam się prosić Państwa Czytelników, wszystkich członków szeroko rozumianej Lewicy, w tym szczególnie SLD i PPS oraz po prostu – ludzi dobrej woli o aktywne zaangażowanie się w akcję WOŚP dnia 12 stycznia 2010 r., organizowaną przez Jerzego Owsiaka dla zebrania funduszy na ten zadłużony Szpital. Niech ta serdeczna akcja zachęci do myślenia, że stan wojenny był mniejszym złem, ale ratującym życie i Polskę. Wówczas było i dziś powinno być miarą pokojowego patriotyzmu Generała, wszystkich myślących o swojej Ojczyźnie Polaków.

Solidarność

Dla historyków „pokolenia III RP” głoszenie pragnienia „wolności i niepodległości” jest odpowiedzią Solidarności na każde pytanie o rozsądek postępowania. Nie pomagały żadne ostrzeżenia. Podam dla przykładu – „Robotnik” nr. 78 z 27 sierpnia 1981 roku opublikował fragmenty dyskusji, zorganizowanej przez redakcję. Mówią m.in.: Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”; Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”; Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”. Można postawić pytanie – czy w ówczesnej sytuacji była szansa na porozumienie z władzą? Generał we wspomnianym przemówieniu mówił – „Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Nie mniej przekonującą ocenę Solidarności wystawił Jarosław Kaczyński. Podczas rozmowy z Teresą Torańską (książka „My”) m.in. mówi: „Nieporęczna w istocie od początku była Solidarność. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z Solidarnością jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej … Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby Solidarność z 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”. Komu z Państwa potrzebny komentarz?

Data wprowadzenia stanu.

„Znana jest bliska data masowych, politycznych demonstracji, w tym również w centrum Warszawy, zwołanych w związku z rocznicą wydarzeń grudniowych. Tamta tragedia powtórzyć się nie może. Nie wolno, nie mamy prawa dopuścić aby zapowiedziane demonstracje stały się iskrą, od której zapłonąć może cały kraj” – mówił Generał. Natomiast prof. Ryszard Reiff (książka „Czas Solidarności Editio Spotkania, Paryż 1988) napisał: – „11 grudnia w godzinach rannych złożył mi wizytę w moim gabinecie w PAX-ie, z ramienia Solidarności Zbigniew Romaszewski, zapraszając mnie, jako jednego z mówców na wiec, który planowano w dniu 17 grudnia o godzinie szesnastej na Placu defilad. Gdy dowiedziałem się, że to wszystko ma odbyć się o tej porze i w tym miejscu, zaprotestowałem przeciwko takiej lekkomyślności. Wielkie tłumy w ciemności-mówiłem (grudzień, godzina szesnasta), to zachęta do prowokacji. Zaplanowanej lub nie, czy przypadkowego tumultu, który wywoła panikę i może spowodować nawet śmiertelne wypadki. Jedna petarda, jeden pojemnik z gazem łzawiącym i sytuacja wymknie się spod kontroli”. Zachęcam Państwa – zwróćcie uwagę kto, które media wykażą, że ta demonstracja miała zgodę władz Stolicy, rządu oraz zapewnioną ochronę – czyją i jaką, by nie doszło do tragedii przed jaką ostrzegał Profesor.
Papież
Proszę pomyśleć nad Jego rozwagą oceny sytuacji, rozumieniem odpowiedzialności Generała za Polskę, gdy w tym zwięzłym zdaniu – cytuję wyżej – nazwał patriotą. Kto z Państwa zna polityka, dziennikarza, może biskupa który przypomina, cytuje te słowa. A może ktoś słyszał, że „Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie pod koniec lat osiemdziesiątych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, Papież natychmiast mu przerwał: Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”, napisał Tad Szulc w książce „Papież Jan Paweł II. Biografia”. Chciałoby się zapytać – czy w tym „worze kamieni” Papież widział tylko grzechy własne Generała, czy coś więcej? Były Prymas Polski abp Józef Kowalczyk, pisze w książce „Świadectwo i służba” (Wyd. Adam, 2008)-„Muszę powiedzieć szczerze i mam odwagę to powiedzieć: Jan Paweł II darzył pewnym szacunkiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, bo widział, że w tym człowieku jest jakiś duch patriotyzmu, duch dobra, jakaś wola obrony Polski”.

„Polski jesteśmy warci”

Generał kończył 13-grudniowe przemówienie apelem – „Zwracam się do wszystkich obywateli – nadeszła godzina ciężkiej próby. Próbie tej musimy sprostać, dowieść, że Polski jesteśmy warci”. Jak tę myśl można, należałoby rozumieć dziś, w 2019-2020 roku? Przed nami wybory prezydenta Polski.
Zachęcam Państwa Czytelników do namysłu nad zagrożeniami wewnętrznymi, w tym demokratycznych zasad i form sprawowania władzy. Co na tym polu udało się osiągnąć w sferze władzy samorządowej i parlamentarnej wszyscy mamy na świeżo w pamięci. Na jakich obszarach, polach działalności państwowej, w tym zagranicznej, wewnętrznej, społecznej i gospodarczej, szczególnie wymiaru sprawiedliwości trwają zmagania o międzynarodowy wizerunek Polski praworządnej, przyjaznej obywatelom i sąsiadom, krajom członkowskim UE – pisze prof. Bogusław Liberadzki (DT 6-8 grudnia 2019). Wspomniałem wyżej ocenę prof. Marcina Matczaka – „Władza gotowa podpalić Polskę”. Redaktor Andrzej Ziemski pisał – „W poszukiwaniu męża stanu” (DT, 8-12 listopada 2019) o kandydatach Lewicy na urząd Prezydenta Polski, wymieniając m.in. byłych premierów i prof. Bogusława Liberadzkiego. Mam zdanie podobne – pisałem w tekście „Przyszły Prezydent Polski” (DT, 22-24 listopada 2019), uważając iż powinien nim być PROFESOR – wspomniany Bogusław Liberadzki, może Grzegorz Kołodko, Jacek Majchrowski. Zachęcam Państwa raz jeszcze – do zastanowienia się nad „profesorską kandydaturą” mądrego, z bogatym doświadczeniem naukowym, fachowca i gospodarza Polski. Teraz, na III dekadę – słyszę od wielu rozmówców – jest nam potrzebny człowiek znany w Europie z autorytetu wiedzy i powagi rozumienia rzeczywistości. Osoba, za którą my „zwyczajnie zjadacze chleba” nie będziemy się wstydzić. Przecież „Polski – mądrze rządzonej, gospodarnej – jesteśmy warci” – nie zmarnujmy tej szansy.

Dziecięce marzenia to nie wszystko

– Śledzili każdy mój krok dzień i noc, podsłuchiwali rozmowy i czekali na wpadkę. Podejrzewali wielką aferę szpiegowską i chcieli złapać wspólników – z Krzysztofem Machowskim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Przez lata siedemdziesiąte i na początku osiemdziesiątych byłeś mocno obecny w teatrze, kinie, telewizji, a potem zniknąłeś na lata. Co się stało?

I jak się okazuje, zniknąłem ostatecznie. Na zbyt długi czas mieszkając w Monachium znalazłem się poza tym biznesem. Sporadyczne występy w produkcjach filmowych i teatralnych podczas moich krótkich pobytów w kraju po roku 2005 nie były w stanie zmienić tego faktu.

A dlaczego znalazłeś się w Monachium?

To bardzo długa i awanturnicza historia. Ale spróbuję ją pokrótce streścić nie wdając się w szczegóły, chociaż te są w tym wszystkim najciekawsze. To temat na książkę, którą może kiedyś napiszę…
Otóż w roku 1981 wykorzystując przestój w pracy spowodowany zmianą teatru wybrałem się wraz z grupą alpinistów i zbieraczy minerałów w pierwszą podróż do Azji Południowej. Trasa biegła przez Indie, Cejlon, Tajlandię, Singapur. Po pierwszej podróży zaraz nastąpiła druga i nagle stwierdziłem, że to chyba najważniejsza rzecz w moim życiu. Nagle moje dziecięce marzenia inspirowane godzinami spędzonymi nad mapami świata zaczęły przybierać realny kształt. A tu akurat znalazłem się na zaproszenie dyr. Kazimierza Dejmka w teatrze, z którym wreszcie mogłem się w pełni identyfikować i gdzie mimo konkurencji doskonałych kolegów miałem duże szanse na dobre role.
Stan wojenny spowodował przerwę w wyjazdach i zawiesił na pewien czas pracę Teatru Polskiego. Tworzyłem w tym okresie spektakle dla Kościoła, z którymi docieraliśmy wszędzie tam, gdzie ludzie oczekiwali wsparcia i otuchy w ciemną „noc generałów”.
W 1982 w ostatniej chwili wypadłem ze składu wyprawy Klubu Wysokogórskiego w Himalaje, a zdołałem już uzyskać u Dejmka urlop bezpłatny, na skutek czego wypadłem też z obsady nowej sztuki i straciłem dużą rolę.
Ale te straty nie mogły mnie powstrzymać. Wydawało mi się, że zdołam je jakoś jeszcze odrobić. Jaki byłem naiwny…
A tymczasem żądza przygód i podróżowania była nie do opanowania. To było jak narkotyk. W latach 1983, 4 i 5 wyjeżdżałem wielokrotnie biorąc urlopy w teatrze, aż w końcu Dejmek, zdumiewająco tolerancyjny w stosunku do mnie, powiedzał: musisz się zdecydować, czy chcesz być aktorem, czy podróżnikiem.
A ja byłem zachłanny: chciałem mieć wszystko. Zresztą aktorstwo też było dla mnie przygodą. Podczas dalekich podróży ładowałem kolorami i egzotyką mój akumulator, by móc później zmagać się z szaro-ołowianą, nędzną rzeczywistością stanu wojennego. Ale po powrocie czekała mnie wytężona twórcza praca – głównie w postaci spektakli poetycko-muzycznych „ku pokrzepieniu dusz” w kościołach, poza zasięgiem cenzury, ale także – po zawieszeniu bojkotu mediów przez aktorów – w Polskiej Telewizji. Wtedy i tylko wtedy miałem poczucie dziejowego posłania, misji do spełnienia, czułem wagę wypowiadanych słów. Wiedziałem, że otrzymałem „rząd dusz”. To wspaniałe uczucie.
I tak przez prawie 3 lata udawało mi się pogodzić te dwa sposoby na życie. Wracałem z egzotycznej podróży, a ciekawe propozycje aktorskie już na mnie czekały.! Uzbierałem w ten sposób niesamowite bogactwo przeżyć i doświadczeń. Wypełniało mnie niezwykłe poczucie szczęścia i spełnienia. To najciekawszy i jednocześnie najbardziej twórczy okres w moim życiu. Nieoczekiwana realizacja dziecięcych marzeń, a jednocześnie nowe perspektywy w karierze zawodowej.

W jaki sposób mogłeś finansować swoje podróże?

To było wtedy bardzo łatwe. Należało tylko wiedzieć, co gdzie sprzedać i co gdzie kupić. Pierwszy bilet opłaciłem sprzedając w komisie mój nowy kożuszek, a wydatki w podróży zabezpieczały mi dolary zarobione kilka lat wcześniej przy zbiorze pomidorów w Szwecji. Wylatywaliśmy zwykle w grupach 12-osobowych, dzięki czemu korzystaliśmy ze wspaniałej taryfy za około 50 $, a potem najczęściej dzieliliśmy się na podgrupy – zgodnie z zainteresowaniami. Dużo oglądaliśmy, a interesy opłacały nasze niewielkie koszty własne i przynosiły nawet spore zyski. Dzięki temu zacząłem odkładać na mieszkanie.
Ale szczęście nie mogło trwać długo.
Podczas jednego z wyjazdów przedłużyłem trasę i odwiedziłem kolegów aktorów pracujących w Monachium w Radio Wolna Europa. Wokół nich kręcili się agenci wywiadu i bezpieki, usiłujący zdobyć jakieś informacje, głównie w celu skompromitowania rozgłośni, będącej solą w oku reżimu w Polsce i w innych krajach Bloku.
Aby się wykazać pracowitością, któryś z nich wysłał „fałszywkę” na Rakowiecką, w której donosił, że jakoby sprzedałem – bądź CIA, bądź też niemieckiemu wywiadowi – ważne informacje, za które dostałem furę „zielonych”, kupiłem auto i wracam nim do kraju. I wtedy się zaczęło….

Kłopoty z bezpieką w stanie wojennym? To nie mogło być miłe.

I nie było. Śledzili każdy mój krok dzień i noc, podsłuchiwali rozmowy i czekali na wpadkę. Podejrzewali wielką aferę szpiegowską i chcieli złapać wspólników. Pewnie planowali głośny proces pokazowy. Później się dowiedziałem, że po prześledzeniu trasy moich podróży uknuto teorię, że zostałem zwerbowany przez komórkę CIA w Bangkoku. Rzeczywiście, w Bangkoku bywałem często i chętnie, ale raczej z powodów turystyczno-handlowych…
Ponieważ dostałem odmowę paszportu na kolejny wyjazd, zażądałem konfrontacji. Odbyłem rozmowę, w której usiłowałem zrzucić z siebie bezsensowne podejrzenia. Dwóch wysokiej rangi oficerów, chyba wywiadu, udało, że mi wierzy. Ale oni mieli własny plan. Byłem dla nich cenny ze względu na moje osobiste kontakty z pracownikami Radia Wolna Europa. Wkrótce też zrozumiałem, jaką rolę dla mnie wymyślili. Chcieli mnie zmusić, żebym został „podwójnym agentem”. A w tym potrafili być bardzo skuteczni… Kiedy więc aresztowali mojego towarzysza podróży, informując mnie telefonicznie, że na razie mi nic nie grozi, „oczywiście, jeśli będę grzeczny” – wiedziałem, że muszę decydować.
W kilka dni znalazłem zastępcę do wielkiej 3- miesięcznej tury koncertowej, w której brałem udział, spakowałem manatki i dołączyłem do wyprawy himalajskiej Klubu Wysokogórskiego. Wracając z Nepalu, 17 grudnia 1985 przy przesiadce w Moskwie – zamiast do Warszawy – wsiadłem do samolotu lecącego do Pragi, skąd pociągiem dotarłem do Niemiec Zachodnich. Dlatego też mówię czasem, że uciekłem z Polski przez Himalaje. Wywiodłem w pole nasze służby. Udało mi się, ale jakim kosztem….

Straciłeś wszystko…

A nawet więcej. Nie tylko ojczyznę, zawód, pozycję społeczną, dom, żonę, którą władze trzymały jako zakładnika, sposób życia, ale i jego sens i cel, a także pewność siebie, tak potrzebną w podejmowaniu decyzji. Na 3 lata popadłem w skrajną depresję, której skutki odczuwam do dziś.

Co cię uzdrowiło?

Niewątpliwie cezurą było przyznanie mi po 2 latach azylu, ale naprawdę uzdrowiło mnie dopiero podjęcie pracy w Radio Wolna Europa i kobieta, która została później moją drugą żoną.
Nawiasem mówiąc, nasze ówczesne polskie służby nie zostawiły mnie w spokoju nawet na emigracji. Mój pokój w monachijskim hoteliku był przeszukiwany, składano mi różnymi drogami „propozycje nie do odrzucenia”. Dopiero po zmianie rządów w `89 te akcje ustały, a ja mogłem, co prawda z duszą na ramieniu, ale z niewiarygodnym wzruszeniem po pięciu latach nieobecności, już z paszportem azylanckim, odwiedzić Polskę.

Nie od razu zacząłeś pracę w Radio Wolna Europa? Co robiłeś przedtem?

Gasiłem mój żal i tęsknotę w improwizowanych wieczorach piosenki i montażach poetyckich, które tworzyłem w gościnnych pomieszczeniach i przy wsparciu Misji Katolickiej. Myślę, że wtedy nauczyłem się naprawdę dobrze śpiewać….
Do Radia nie mogli mnie przyjąć, dopóki nie otrzymałem azylu. Tymczasem moje papiery azylowe nie były rozpatrywane, bo ktoś „przypadkiem” wrzucił moją teczkę za szafę. Jak widać, nawet w strzeżonym Urzędzie Azylanckim w Zirndorfie, nasze służby miały swoich ludzi. Mnie się zresztą nie śpieszyło. Azyl odciął by mi drogę powrotu do kraju, podjęcie pracy w Radio tym bardziej, a ja ciągle czepiałem się, jak tonący brzytwy, nadziei, że coś się zmieni, że będę mógł wrócić…
Przez pierwsze lata imałem się różnych prac, ale po krótkim czasie stwierdziłem, że malowanie i tapetowanie mieszkań i biur działa kojąco na moje nerwy i depresję, jest intratne i potrafi, przynajmniej częściowo, zaspokajać moje potrzeby estetyczne.
Po dostaniu azylu poszedłem na kurs niemieckiego i dopiero potem zgłosiłem się do Radia.

Zostałeś spikerem. Jak wspominasz tę pracę?

Moje stanowisko nosiło nazwę „actor announcer”. Było to czytanie na żywo dzienników radiowych, komentarzy, programów informacyjnych, jak słynne „Fakty, wydarzenia, opinie”, a od czasu do czasu nagrywanie słuchowisk artystycznych, najczęściej poetyckich, czasem teatralnych, które przeważnie sam tworzyłem od tekstu, aż po wersję antenową. Praca w pewnym zakresie zbliżona do tej w Polskim Radio, którą tak lubiłem. Sprawiała mi przyjemność, chociaż rzadko zaspokajała ambicje artystyczne.
Byłem za to ciągle i na bieżąco w środku wydarzeń politycznych, żyłem nimi, pasjonowałem się, miałem poczucie uczestnictwa w historycznym demontażu tego, co wydawało się nie do obalenia – ustroju komunistycznego w Polsce i we wszystkich krajach Bloku.
Kiedy 27 czerwca 1994 roku przed północą czytałem ostatni dziennik radiowy ze studia w Monachium, wzruszenie dosłownie odbierało mi głos. O 12 w nocy wyłączyłem mkrofon i zgasiłem światło. Wielka historyczna misja Radia Wolna Europa została zakończona. W Polsce mieliśmy już demokrację.!
No i kto by pomyślał, że nadejdą czasy, kiedy Radio może być znowu potrzebne, bo demokracja i wolność słowa będą zagrożone…
Praca w Radio i koncerty dla Polonii były oczywiście po polsku. A udzielałeś się także aktorsko na rynku niemieckojęzycznym?
Owszem, ale rzadko i raczej niechętnie. Czułem się tak głęboko emocjonalnie związany z polską mową, że gra w obcym języku nie sprawiała mi żadnej satysfakcji. Zresztą był to czas, kiedy Polak był utożsamiany ze złodziejem samochodów lub gangsterem i takie role czasem mi proponowano. Zabawne, nieprawdaż. Pasuję, jak ulał…
W „Medei” Eurypidesa, przedstawieniu granym na kilku scenach w Monachium (premiera w czeskim Marienbadzie) to mój Kreon, a nie Medea miał być barbarzyńcą, w związku z tym niektóre fragmenty tekstu mówiłem po polsku. Dla Niemców zresztą polski akcent jest właśnie nieprzyjemny i „barbarzyński”, w odróżnieniu od, na przykład, akcentu angielskiego czy francuskiego, które brzmią „süss“ – po prostu „słodko”. Stare uprzedzenia trudno wykorzenić…

Po 17 latach intensywnej pracy zawodowej znalazłeś się na rozdrożu. Ale wróćmy może do początków. Jak trafiłeś do zawodu? Ukończyłeś warszawską szkołę teatralną w 1968 roku.

Po maturze w łódzkim liceum nie miałem pomysłu na „dorosłe” życie. Fascynowała mnie sztuka, zwłaszcza włoska, przejawiałem chyba spore zdolności literackie. Zdałem więc na Historię Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, aby po jej skończeniu uzyskać prawo studiowania dziennikarstwa. Ale zakres tych studiów nie spełnił moich oczekiwań. Po roku miałem dość. I znowu przypadek zadecydował. Pewnego razu nasza sąsiadka, świetna aktorka i profesor Łódzkiej Szkoły Teatralnej Zofia Petri zapytała mnie niespodziewanie: „A dlaczego ty właściwie nie zdajesz do szkoły teatralnej?” „Ja?”- zdziwiłem się. A później pomyślałem: „Może rzeczywiście?”. I zacząłem przygotowywać się do egzaminu. Nie była to łatwa decyzja dla kogoś tak nieśmiałego, jak ja.
W PWST miałeś grono wspaniałych pedagogów.
To nieporozumienie. Dla części z nich praca w szkole była dodatkową synekurą. Nie chcieli, albo nie potrafili niczego nauczyć. W pracy nad rolą byliśmy pozostawieni sami sobie. Nasi „pedagodzy” często nie wiedzieli nawet, co przygotowujemy na egzamin. Nasz rok nie miał szczęścia. Tylko profesor ruchu scenicznego Wanda Szczuka naprawdę uczyła warsztatu aktorskiego i osobiście najwięcej jej zawdzięczam. Szkoła nie nauczyła nas natomiast w ogóle pracy z mikrofonen, czy przed kamerą.
Tuż przed końcem studiów, czując, że kończy się okres ochronny i lada moment staniemy bezradni wobec prawdziwych zadań, które nas przerastają, na zebraniu roku zgodnie stwierdziliśmy, że niczego nie umiemy, niewiele nas nauczono i czujemy się nieprzygotowani do pracy w zawodzie. Swoją frustrację wyładowaliśmy nawet pisząc pismo tej treści do rektora.
To był bardzo zdolny rok. Gdyby uczono nas uczciwie, wszyscy mogli zrobić wielką karierę. A tak przebili się nieliczni –Andrzej Seweryn, Piotr Fronczewski zostali gwiazdami. Maciej Englert od 30 już chyba lat prowadzi skutecznie Teatr Współczesny. Ostali się jeszcze Jurek Zelnik, Krzysztof Gordon, Sylwester Woroniecki. Nie uprawia zawodu Joanna Sobieska – Gessler, podobnie jak Ewa Pokaz. Nie żyją już: Andrzej Piszczatowski, Marian Glinka, Andrzej Nardelli, Barbara Grabowska. Jeszcze na 4 roku zmarli tragicznie Krzysztof Banachowicz i Andrzej Krajewski. Ci żyjący przekroczyli już siedemdziesiątkę. Powoli wszystko się kończy.

Jak ten czas leci… Ale 48 lat temu świat stał przed tobą otworem.

25 listopada 1967 roku odbyła się premiera dejmkowskich „Dziadów” w Teatrze Narodowym. To było niezwykłe przedstawienie, a kreacje Gustawa Holoubka jako Konrada i Józefa Duriasza jako księdza Piotra na zawsze przejdą do historii polskiej sceny. Byłem na wszystkich spektaklach – niestety, nie było ich wiele. Władzom przeszkadzały żywiołowe reakcje widowni, które zresztą były po części przez ubecję prowokowane. Gdzieś na górze rozgrywała się walka o władzę. Wydano decyzję o zdjęciu „Dziadów” z afisza. Po ostatnim przedstawieniu 30 stycznia 68 i kontrolowanej przez UB demonstracji przeciw zdjęciu „Dziadów” nastąpiły aresztowania. W obronie aresztowanych i wolności słowa 8 marca odbyły się słynne protesty studenckie. Byłem oczywiście w samym środku wydarzeń na dziedzińcu Uniwerku. Przez wiele godzin ratowałem z rąk pijanych zwyrodnialców tzw. „aktywu robotniczego” i ZOMO osaczone studentki. Moja głowa była kwadratowa od uderzeń pałkami. Polowano na mnie, ale nie dałem się złapać. Jako ostatni skoczyłem z 4-metrowego muru na tyłach UW. Kiedy zakrwawione niedobitki przemykały się bocznymi ulicami, baby na chodnikach krzyczały: „za dobrze wam się powodzi, gówniarze”! , a walczące ze sobą frakcje w KC podliczały punkty. Wkrótce nastąpiły dalsze represje i nagonka antyżydowska.
Ta historia nauczyła mnie jednego: Nie dać sobą manipulować! Każdy szlachetny poryw młodych jest wykorzystywany dla brudnych celów przez cynicznych łajdaków na górze.
A oto historii ciąg dalszy, już bez polityki. Gdzieś w kwietniu Dejmek zaproponował mi etat. Nie czułem się godny i odmówiłem. Uważałem, że tylko intensywne granie w prowincjonalnym teatrze da mi możliwość zdobycia warsztatu i doświadczenia. Nawiązałem kontakt z dyrektorem Parą w Bielsku-Białej (dodatkowy plus – blisko na narty). Poprosiłem go o przesłanie planów repertuarowych. Po przeczytaniu stwierdziłem, że nie widzę w tych sztuczydłach miejsca dla siebie. A mnie marzył się wielki repertuar. Straciłem zapał do prowincji. Aż tu nagle otrzymałem od kogoś z zespołu Teatru Powszechnego poufną informację, że „dyrektor Hanuszkiewicz ma dosyć grania amantów i bohaterów, zamierza głównie reżyserować i poszukuje młodego następcy”. To otwierałoby przede mną wspaniałe perspektywy dużego grania w niewielkim zespole, których nie miałbym angażując się do wielkiego, przepełnionego gwiazdami Teatru Narodowego. Wybór wydawał się oczywisty. Zaangażowałem się do Hanuszkiewicza.
Ale moje oczekiwania się nie spełniły.

Poufna informacja okazała się fałszywa?

Była prawdziwa. Ale do akcji wkroczyła polityka. Wkrótce po 8 marca i mojej rozmowie z Dejmkiem stało się jasne, że zostanie on pozbawiony funkcji dyrektora Narodowego. Wyrzucono jednego z największych ludzi teatru, który swoimi inscenizacjami rozsławił polski teatr na całym świecie. Władze potrzebowały posłusznego następcy. Ale żaden szanujący się reżyser nie chciał się tego podjąć. W końcu zgodził się Hanuszkiewicz. I tak, z dnia na dzień znalazłem się w zespole, w którym z powodów taktycznych nie chciałem być: w połączonym kombinacie Teatru Narodowego i Powszechnego, teatralnym molochu liczącym prawie dwustu aktorów. Każdy z nich czekał na rolę.
Hanuszkiewicz, zdając sobie sprawę, że swoją decyzją nie przysporzył sobie przyjaciół wśród wiernych Dejmkowi aktorów, zaczął ściągać ludzi z prowincji. Mając olbrzymie fundusze i prerogatywy zaangażował dodatkowo kilkanaście osób (przeważnie bardzo przeciętnych) i stworzył z nich gwardię przyboczną. Byli od niego całkowicie zależni (praca, mieszkanie, zameldowanie w Warszawie), a więc wierni. I o to chodziło.
Grali ci nowi, a tymczasem asy polskiego aktorstwa z zespołu Dejmka zostały na lodzie. Najpierw odszedł Holoubek, Łomnicki, Mrozowska, Mikołajska. Hanuszkiewicz nie chciał ich tracić, ale im nie ufał. Wszędzie węszył spisek. Mój ojciec odszedł po roku.

Nie uważasz chyba swojego życia za porażkę?

Nie, na pewno nie. Ale mam spore poczucie niespełnienia. Bardzo wielu rzeczy nie udało mi się zrealizować.
Każdy człowiek otrzymuje w genach jakieś zdolności, które dają mu przewagę nad innymi. Niektóre z nich odkrywa wcześnie, a innych nie odkrywa w ogóle. Te odkryte ma obowiązek rozwijać, jako dar boży.
Ja znalazłem u siebie kilka niecodziennych darów, które wykorzystałem niestety w bardzo niewielkim stopniu. Powinienem czuć się zdruzgotany stwierdzając to pod koniec życia. Ale tak nie jest, bo zdaję sobie sprawę, że kultywowanie jednego z talentów, wykluczyłoby prawdopodobnie rozwijanie innych.

Mógłbyś podać przykład?

Gdybym chciał dalej trenować biegi, nie miałbym czasu na studiowanie w szkole teatralnej. Gdybym wcześniej odkrył w sobie niezwykły dar do szybkich zjazdów na nartach, musiałbym całkiem zmienić tryb życia i miejsce zamieszkania, a kariera sportowa, jak wiadomo, jest krótka…

A udział w głośnym „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego w reżyserii Dejmka, które miało premierę w lipcu 1982 roku, w atmosferze gorączki demonstracji ulicznych pierwszego półrocza stanu wojennego.

To było niesamowite. Każde przedstawienie było pretekstem do zademonstrowania oporu wobec władzy generałów. Owacje, jakie otrzymywała na wejście znakomita aktorka i represjonowana działaczka KOR-u Halina Mikołajska, przejdą do historii.
W tym czasie i ja przeżyłem mój tryumf. Tego dnia pomiędzy popołudniowym, a wieczornym spektaklem „Wyzwolenia”, 200 metrów od teatru, w kościele św. Krzyża wraz z Ewą Smolińską i Jurkiem Zelnikiem graliśmy przedstawienie poetyckie stworzone przez nas już w stanie wojennym „ku pokrzepieniu serc”.
Na zewnątrz na ulicy odbywały się „przepychanki” pomiędzy demonstrantami popierającymi strajk pracowników PAN, a ZOMO. Na schodach kościoła stał szpaler ZOMO utrudniający ludziom wejście, a w kościele 1000 osób w nabożnym skupieniu oglądało nasz spektakl. Kiedy po przejmującym tekście Ernesta Brylla …”o nie, tak być nie może, jak dawniej bywało….jeśli ludzie wszędzie podniosą się, to zmuszą ojczyznę do lotu…bo inaczej nam pełzać nawet nie pozwolą, a nasza mowa zmieni się w milczenie” zapadła cisza, a potem szaleńcze owacje, podniosłem ręce, aby uciszyć publiczność. W tym samym momencie las rąk powędrował w górę ze znakiem V, w zabronionym wtedy geście zwycięstwa. Nie sposób opisać, co się działo, kiedy łamiącym się ze wzruszenia głosem krzyknąłem słowami modlitwy Tuwima: „Chmury nad nami rozpal w łunę…”. Wiedziałem, że jest to wielka i niezwykła chwila. Miałem „rząd dusz”. Wystarczyłaby iskierka, jedno hasło. Tą iskierką mogła być końcówka wiersza Baczyńskiego: …. „Ludu mój, do broni!” Nie odważyłem się wypowiedzieć tych słów – ludzie mogli ruszyć na KC, nie myśląc o konsekwencjach. Po twarzach płynęły łzy, ale mogła też polać się krew. Tej odpowiedzialności nie wolno mi było podjąć. Manipulowanie tłumem jest tym prostsze, im prostszych haseł się używa. Tu emocje przekroczyły stan krytyczny. Osiągnięte zostały nie demagogicznymi hasłami, ale starannym doborem poetyckich tekstów i odpowiednią interpretacją. W geście wdzięczności dla nas jakaś kobieta wrzuciła księdzu na tacę cały miesięczny przydział kartek na żywność. Kartki oddaliśmy, ale gest zachowaliśmy na zawsze w pamięci.
Tak, to był mój, nasz tryumf. Warto było znosić wszystkie poszturchiwania losu, by dożyć takiej chwili. To apogeum tego, co może osiągnąć aktor.
Jak na ironię ostatnie słowa Tuwima i naszego spektaklu brzmiały: „Lecz nade wszystko słowom naszym, zmienionym chytrze przez krętaczy, jedyność przewróć i prawdziwość. Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Dzisiaj, kiedy kłamstwo i demagogia święcą tryumfy, brzmi to jak chichot historii, a dwa szlachetne słowa zostały zawłaszczone przez krętaczy, którzy nie są godni ich używać. Niestety, Kościół stoi teraz po drugiej stronie barykady i przestał już być miejscem, gdzie można zamanifestować swój sprzeciw.

Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Machowski – ur. 7 lutego 1946 roku w Jeleniej Górze. Absolwent PWST w Warszawie (1968). W latach 1968-1985 aktor scen warszawskich: Narodowego, Powszechnego, Popularnego, Syreny, Polskiego. Grał w Teatrze Telewizji . Role filmowe, m.in.: „Bolesław Śmiały” (1969), „Za ścianą” (1971), „Bilans kwartalny” (1974) i „Constans” (1980) K. Zanussiego, „ Wakacje w Amsterdamie” K.Sowińskiego (1985), „Enen” F. Falka (2009).

Jan Paweł II a „czerwona zaraza”

Naród polski żywi stałą wdzięczność dla tych, którzy wówczas byli rzecznikami jego niepodległego bytu na Zachodzie i na Wschodzie.
Papież Jan Paweł II, Belweder
Na drodze pielgrzymowania Waszej Świątobliwości znajdują się jak wieczne memento, niezliczone żołnierskie mogiły. Wiele z nich kryje również prochy – mówiąc słowami poety – „przyjaciół Moskali”. Tysiące ich, setki tysięcy oddało swe młode życie, niosąc nam ocalenie.
gen. Wojciech Jaruzelski, Belweder

Cytowane słowa pochodzą z oficjalnych przemówień powitalnych w Belwederze, 17 czerwca 1983 r. Pytam Państwa Czytelników o skalę błędu, gdy pod pojęciem „rzecznika…na Wschodzie”, Papież mógł mieć na uwadze rząd radziecki, który 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski (pisałem w tekście „17 Września”), u nas „zapomniano” podczas obchodów 100-lecia odzyskania Niepodległości, że to Stalin w Poczdamie stanowczo optował za przyznaniem Polsce Ziem Zachodnich, gdy Harry Truman, jeszcze niezbyt „biegły” w niuansach polityczno-militarnych Europy, na wniosek Stalina –tak! – zaprosił polską delegację do Poczdamu (na czele z Bolesławem Bierutem liczyła 11 osób wśród nich Władysław Gomułka, marsz. Michał Rola-Żymierski). Winston Churchill zaś przestrzegał, by „nie napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”. To właśnie nasi zachodni sojusznicy nie mogli się zdecydować czy Szczecin ma był polski, czy wolnym miastem. To Stalin na wniosek rządu Edwarda Osóbki-Morawskiego zdecydował o przebiegu części naszej zachodniej granicy „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i Szczecina”, który został przekazany Polsce w czerwcu 1945 r. (pisałem kilka razy).
Czy pod słowami Papieża o „stałej wdzięczności” nie kryje się hołd „przyjaciołom Moskalom”, znanego ze szkolnych lat wadowickiego liceum, a przed chwilą wspomnianego przez Generała? A czy nie można rozumieć Związku Patriotów Polskich (ZPP), z inicjatywy którego zaczęto tworzyć 1 Dywizję im. T. Kościuszki i kolejne jednostki składające się na 1 i 2 AWP (co by złego nie mówić o „służalczości” ZPP, w czym lubują się piaskowi historycy), gdzie posługę duszpasterską pełnili kapelanie? Proszę przypomnieć sobie zdjęcie z przysięgi 1 DP w dniu 15 lipca 1943 r. i zwrócić uwagę na ks. Franciszka Kubsza na trybunie. Nie tylko do tego zdjęcia ale i Dziekanatu Generalnego WP, który początkowo tworzyło 38 kapelanów „ze Wschodu” oględnie odnoszą się biskupi i księża: „Blisko 30 proc duszpasterzy legitymowało się służbą w WP przed 1939 rokiem, byli kapelanami rezerwy lub weteranami z 1920 r.(wśród nich ks. płk Stanisław Warchałowski, Dziekan Generalny WP, 1945-1947). Dowodzi to, że przeszłość taka nie stanowiła przeszkody w przyjęciu do szeregów Wojska Polskiego walczącego u boku Armii Czerwonej” – czytam w książce Dziekanat Generalny WP, Wyd. AON 2006. Nikogo na szczęście – „nauka” krakowskiej homilii jeszcze nie zdążyła zarazić, by sięgnąć poziomu idiotyzmu i domyślać się, czy ci kapelani też nieśli „czerwoną zarazę”.
Początki z „czerwoną zarazą”
Do chwili konsekrowania 25 września 1958 r. na biskupa w Bazylice Wawelskiej, ks. Karol Wojtyła miał – u wiadomych służb – sporą listę „wykroczeń”, polegających na głoszeniu kazań i organizowaniu konferencji środowiskowych, np. dla lekarzy i prawników dot. aborcji, co władze uznawały jako „nielegalne”. Ich kontynuacja – już jako sufragana archidiecezji – była „źle” widziana. W proteście-memoriale, wysłanym do władz centralnych odnośnie likwidacji placówek zakonnych oraz upaństwowienia przedszkoli „Caritas”, zarzucał władzom łamanie praworządności. Informował o tym rodziców i młodzież w orędziu odczytanym z ambon 2 września 1962 r. Wojewódzki Wydział ds. Wyznań skierował do Metropolity ostrzeżenie, gdzie żądał położenia kresu takim praktykom. Jedna z okresowych opinii zawierała ocenę: „Ogólnie oceniając postawę i działalność ks. bp. Wojtyły, stwierdzamy, że jest negatywnie ustosunkowany zarówno do władz, jak i ustroju PRL oraz postawą swą reprezentuje zdecydowanie księdza rzymskiego”. Zauważono, że „Wśród miejscowego duchowieństwa ks. bp Wojtyła oceniany jest jako człowiek niezwykle dobrego serca, który nigdy nic nie ma, gdyż zupełnie nie zabiega o względy materialne, a wszystko rozdaje biednym”.
Postawa i rozległa działalność duszpasterska – od 1963 r. już Metropolity – nie stała na przeszkodzie w osobistych kontaktach z władzami, np. sekretarzem KW PZPR w Krakowie (Lucjan Motyka, późniejszy Minister Kultury), w kilku spotkaniach z Zenonem Kliszko na szlakach wędrówek po Tatrach, co zapamiętali Stanisław Stomma i pisarz Jerzy Zawiejski. Z tych rozmów, Zenon Kliszko – odpowiedzialny w Partii za stosunki Państwo-Kościół – odniósł wrażenie, że bp Karol Wojtyła byłby właściwym następcą Prymasa Wyszyńskiego.
Dziś mało kto wie, że nominacja abp Karola Wojtyły na metropolitę krakowskiego w 1963 r. miała „delikatne sugestie” Zenona Kliszki, za pośrednictwem Koła Poselskiego „Znak” i otoczenia Prymasa Tysiąclecia. Dlaczego? – ktoś zapyta. Biskup pomocniczy Karol Wojtyła był znany jako wybitnie inteligentny. Był poważnym i trudnym rozmówcą na tematy społeczne, polityczne, pozycji i miejsca Kościoła jako „instytucji” w tamtym ustroju. Rozumiejącym ówczesne uwarunkowania – te „wschodnie”, jak byśmy dziś powiedzieli – i te wewnętrzne, ideologiczne, partyjne – jak kto chce! Nie znaczy, że był dla władz „łatwym rozmówcą”, np. w kwestii budowy kościoła w Nowej Hucie, Mistrzejowicach. Zenon Kliszko po latach żartował w bliskim sobie kręgu, że ma „swojego człowieka” w Rzymie.
Pierwsza rozmowa.
Krótko przed godz. 10.00, 17 czerwca Generał i prof. Henryk Jabłoński oczekują na Gościa przed Belwederem. Jeszcze po wielu latach pamiętał Generał pierwszy uścisk dłoni Papieża, pierwsze wrażenie, grzecznościowe wyrazy uszanowania. Po wspomnianych wyżej przemówieniach powitalnych, Papież i Generał z abp Józefem Glempem i prof. Henrykiem Jabłońskim udali się na rozmowę, która rozpoczęła się od słów Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” – wspomina Generał. Jak słowa – „uzależniony”, „patriota”, „stan wojenny” – w czasie jego zawieszenia wypowiedziane, tłumaczyć w kontekście „czerwonej zarazy” – już doprawdy nie wiem? To dobrze, „patriotycznie” czy nie – że „zaraza” ten stan wprowadziła? Kilka razy je cytowałem w różnych odniesieniach. Dlaczego Kościół – nie tylko „krakowski” o nich nie chce pamiętać i rozumieć je w duchu właśnie ochrony polskiej krwi, także katolickiej, chrześcijańskiej; w duchu współpracy Państwo-Kościół, a wciąż jątrzy słowami i fałszywym eksponowaniem „ciemiężenia” – za „komuny”! Wtedy, w latach PRL, za rządów „czerwonej zarazy”, wspólnie zrobiono wiele i dla rzeczywistego dobra materialnego Polski i Kościoła. To „doczernianie przeszłości” – mówią Czytelnicy przynosi odwrotny skutek. Ludzie modlą się w domu, nie kryjąc, że też do św. Jana Pawła II, niż mają słuchać homilii, po czym bluźnić, że ksiądz bredniami, „robi ze mnie głupka”. Szkoda tylko młodzieży – coraz więcej to widzi!
Wspomnę, iż 4 lata wcześniej, w 1979 r. Papież – też w Belwederze – rozmawiał z Edwardem Gierkiem, jak później Generał – I Sekretarzem KC PZPR. Nie będzie błędnym stwierdzenie, że Jan Paweł II jest jedynym Papieżem na świecie, który wielokrotnie i to z własnej woli rozmawiał z osobami „czerwonej zarazy”, najwyższej w hierarchii kilku partii politycznych?
Druga rozmowa
Gdy Papież pielgrzymował po kraju – mówi Generał – „my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady… czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… Nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Dostrzegacie tu Państwo wzajemne rozumienie Generała i Papieża splotu oczekiwań? Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Jeden z nich, prof. Adam Łopatka w słownym uzasadnieniu celu przybycia, kard. Macharskiemu powiedział: „Odgłosy prasy tragiczne. Od Brazylii po Oslo nie pisze się nic pozytywnego” (o tej pielgrzymce, moje – GZ). Tu zapytam Czytelników – co myślicie, czego Zachód oczekiwał? Jeśli po 36 latach powiem, że rozlewu bratobójczej krwi, ofiar, sensacji – będę w błędzie? Proszę nie zapominać, 2 lata wcześniej, w maju 1981 r. był zamach w Rzymie…
Papież zaproponował spotkanie w Krakowie. Odbyło się ono 22 czerwca wieczorem na Wawelu, trwało ponad 2,5 godziny. Wspomina Generał: „Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego… Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym… że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji… Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, że w klapie nosi Matkę Boską, o Solidarności”.
Generał oceniając sytuację, wyraził pogląd, że „musimy zrobić wszystko, aby pozycja Polski w tym sojuszu była jak najsilniejsza i żeby tożsamość, ograniczona, ale jednak swoboda, jaką mamy w bloku nie uległa zagrożeniu”. Wskazał na akcenty antyradzieckie w kościołach, pojawiające się z różnym nasileniem, które szkodzą w stosunkach z ZSRR, a jest on gwarantem granicy zachodniej. Papież nawiązał do wizyty w Oświęcimiu: „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem” – to nawiązanie do „przyjaciół Moskali”, ku pamięci niektórym biskupom. Generał podzielił się refleksjami z Syberii i walk na froncie, o co Papież pytał w kontekście duchowym, dziś można powiedzieć-religijnym.
Mówiąc o stosunkach państwo-Kościół, Papież zauważył, że w Polsce układają się najlepiej z całego bloku – też ku pamięci niektórym biskupom, akcent na „czerwoną zarazę”, że było to za jej czasów. W dyskusji o roli politycznych trendów, związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej – Papież opisując biedę w Meksyku skonstatował: „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”. Tu wstyd pytać o „komunę”, byłaby obrazą mądrości Papieża, który ustrój akceptował w „krystalicznej formie”, wytykał wykoślawienia. Papież i Generał otwarcie, szczerze, wyrazili swe troski i ustalili kierunki przyszłego współdziałania. „Ta rozmowa przekonała mnie ostatecznie, że stan wojenny można już znieść, że Kościół będzie sprzyjał procesowi umiarkowanych zmian” – mówił Generał. „Serdeczne spotkanie” zakończyło się „bardzo konstruktywnie” – ocenia Generał. Skutkiem tej rozmowy była obfita korespondencja w latach 1983-1986, spotkanie w Watykanie, działania Papieża na arenie międzynarodowej.
Generał pytany przez dziennikarzy przy okazji różnych wywiadów mówił: „Pamiętam, iż Papież w ponad dwugodzinnej rozmowie ze mną w czerwcu 1983 roku w Krakowie powiedział: Ja wiem, iż socjalizm jest realnością, chodzi jednak o to, aby był on z ludzką twarzą. Wizyta Papieża, Jego apele, w tych zamiarach nas umacniały. Papież, Kościół liczył więc na dłuższy, ale bezpieczny marsz. I tak się stało”. Dobrze pamięta i przyznaje, iż „13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako człowiek stanu wojennego odczułem to bardzo osobiście”. Łamigłówka dla Państwa – proszę, wskażcie biskupa, który głębokie, wieloaspektowe myśli i przewidywania tak Papieża jaki Generała zechce zrozumieć w kontekście dobra Polski.
Wizyta w Watykanie.
Po blisko czterech latach od pielgrzymki w 1983 r., Generał 13 stycznia 1987 r. złożył wizytę w Watykanie. Omawiając uwarunkowania zewnętrzne mające związek z ideą głasnosti i pierestrojki, jak mówił Generał, Papież „dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność dała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy”. Niech Państwo jeszcze raz przeczytają to zdanie, zastanowią się – „Opatrzność” i „Gorbaczow”. Ach ten nasz Papież – musiał mieć „duże znajomości” z Panem Bogiem!
Kończąc spotkanie z delegacją – Papież życzył „wszystkim, a w szczególności Przewodniczącemu Rady Państwa, Panu Generałowi, życzę tego, aby ta wizyta wydała tak bardzo upragnione owoce dla Polski i dla Europy”.
Prasa światowa pisała: „Jedno z najdłuższych spotkań Papieża, ze świeckim politykiem” (Reuter, Associated Press), „Najdłuższe, jak pamięć ludzka sięga, spotkanie Papieża z przywódcą politycznym” (New York Times), dlaczego nie pisali, że z „komunistą”? Tu taka ciekawostka – Kroniki watykańskie odnotowały kilka osobliwości tej wizyty: czas jej trwania – 70 minut. Z żadnym politykiem Papież tak długo nie rozmawiał. Czas pobytu Generała w Watykanie – 3 godzimy i 45 minut, rekordowo długi. Obejmował – obok oficjalnego spotkania, zwiedzanie bazyliki, w tym grobu św. Piotra, muzeum i ogrodów watykańskich (poprzedni rekord czasowy, należał do króla Hiszpanii Alfonsa XIII, w 1912 r. Papież Pius X specjalnie go podejmował przez 3 godz. 12 min.). I znów macie Państwo nad czym się zadumać – długa rozmowa, „czerwony” (poza Córką) skład delegacji, zwiedzanie bazyliki, grobu św. Piotra…
13 grudnia 1989 r. Papież Jan Paweł II przyjął na audiencji prywatnej prof. Bohdana Suchodolskiego (przewodniczący Narodowej Rady Kultury). W tej wizycie, towarzyszący Profesorowi Rafał Skąpski (przyjaciel Profesora i sekretarz Rady), zapamiętał taki fakt: „Z sali, w której toczyła się rozmowa, po pożegnaniu się z nami, pierwszy wychodził Papież. W drzwiach odwrócił się do nas, uśmiechnął się, uniósł dłoń i głośno powiedział: A nie zapomnijcie pozdrowić Pana Generała” (Zdanie, nr 1-2 z 2014). Strach się bać, w sensie „krakowskiej homilii”, ale jest usprawiedliwienie, dla Papieża – oczywiście! Wtedy, w 1987 r. nie było znane pojęcie-„czerwona zaraza”.
III pielgrzymka – 1987
Generał powitał Gościa na Okęciu, wraz z przedstawicielami najwyższych władz państwowych. Wśród nich, byli członkowie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Pady Państwa. Uroczyste powitanie odbyło się na Zamku Królewskim, co poczta polska upamiętniła specjalnym znaczkiem. Zwróćcie Państwo uwagę – znaczek pocztowy, dziś chyba nie do pomyślenia! – po „krakowskiej homilii”.
Podczas mszy św. na Zaspie (Gdańsk, 1987), Papież przypomniał słowa z listu św. Pawła: „Jeden drugiego brzemiona noście. To zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność to znaczy jeden i drugi, a skoro brzemię, to niesione razem, we wspólnocie, a więc nigdy jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności”. Tu proszę – nie oczekujcie Drodzy Państwo Czytelnicy mojego komentarza, w kontekście homilii krakowskiego metropolity.
I dalej – wiernym, wznoszącym okrzyki zwrócił uwagę – „pozwólcie wypowiedzieć się Papieżowi, skoro chce mówić o was, a także w pewnym sensie za was”. Krzyczącym, co łatwo zauważyć, szło o Solidarność jako pracowniczy związek. A Papieżowi – o wszystkich ludzi! Czy wśród obecnych na tej mszy nie było funkcjonariuszy MO, ZOMO, SB, członków PZPR, czyli słowami Arcybiskupa – „czerwonej zarazy”? Czy o nich Papież nie wiedział? – głupie pytanie, przecież ich widział nie tylko w tym miejscu, podczas tej i poprzednich pielgrzymek!
Zaś w Warszawie modlił się przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki, w milczeniu, nie powiedział słowa do wiernych, rozmawiał tylko z Rodzicami Księdza (napiszę o tym później). A gdyby to był kto inny, nie Jan Paweł II – wyobraźcie sobie Państwo co mogłoby się dziać. Bez względu na różne „chciejstwa” purpuratów – Papież i Generał są naszą, Polaków Chlubą!
Zegrze Pomorskie, 1991
Podczas pierwszego spotkania z Wojskiem Polskim 2 czerwca 1991 r. Papież wyraził refleksję „Jako Polak wiem, co na przestrzeni całych dziejów, a także na przestrzeni mojego własnego życia zawdzięczam tym, którzy w sposób często heroiczny uważali siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności Ojczyzny”. Zwracam uwagę – „na przestrzeni mojego własnego życia”, czyli w okresie Polski Ludowej, PRL – proszę sięgnijcie Czytelnicy pamięcią do tego okresu, głównie stan wojenny, choć nie u żył tego określenia!
Biskup Polowy gen. Leszek Sławoj Głódź, witał Papieża słowami: „Stajemy przed Tobą Ojcze Święty, w szyku zwartym: żołnierze, oficerowie, chorążowie, podoficerowie, szeregowcy… przedstawiciele okręgów wojskowych sił zbrojnych, żołnierze wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki wojennej”. Przecież wśród tych, do których w Zegrzu Pomorskim zwracał się Jan Paweł II, o których mówił Biskup Polowy WP, było kilkanaście tysięcy (spośród 40 tys. obecnych żołnierzy, członków ich rodzin i pracowników cywilnych wojska), którzy 2-4 lata wcześniej, czerwone legitymacje odłożyli na „półkę przeszłości”. Ale przecież nie wykreślili ze swoich życiorysów, ze swoich serc (jak chcą uduchowieni) członkostwa w partii, wiadomo jakiej. Gdybym postawił pytanie – czy Papież, Biskup Polowy nie wiedzieli – byłbym po prostu durniem. Później były przypadki demonstrowania swojego „nawrócenia” (nazwiska kilku znanych generałów i pułkowników pominę). Ale wyraźnie należy powiedzieć Metropolicie, że ze słów Papieża nie wynikał najmniejszy ślad afrontu, najmniejszy gest, ruch wstrętu, nie mówiąc o pogardzie wobec osób wojskowych, z „czerwonej zarazy”, wstyd mi pisać dziś w 2019 roku.
Papież i wielu biskupów wtedy, w 1991 r., nie tylko w Zegrzu Pomorskim, wiedziało, pamiętało i na swój sposób doświadczało, że szczególnie żołnierze – od szeregowca do generała – „służyli Polsce takiej, jaką wówczas była i być mogła” – to słowa gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Podkreślam – służyli Polsce, nie partii, której kilkaset tysięcy nosiło legitymacje a której – jak głosiła tamta propaganda byli „awangardą” czy „wysoko niesionym sztandarem”. Także i dziś, pełniący służbę żołnierze zawodowi WP (poborowych nie ma) „służą Polsce”, nie partii czy partiom, jakie po 1989 r. sprawowały w Polsce władzę i będą ją sprawować po najbliższych wyborach! To także pod rozwagę, nie tylko krakowskiemu Metropolicie!
Osobliwości
Kończąc VII pielgrzymkę w 1999 r. Papież podczas pożegnania na krakowskich Balicach – niespodziewanie zaprosił do papamobile Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z Małżonką i razem podjechał do trybuny honorowej. Pokażcie Państwo podobny przykład na świecie – ten Prezydent RP też był członkiem PZPR, częściowo „wychowankiem” Generała!
Papież żegnając Rodaków m.in. apelował, by Polska „wchodziła w trzecie tysiąclecie nie tylko jako państwo stabilne politycznie i gospodarczo zasobne, ale również umocnione duchem miłości wzajemnej i społecznej”. 18 maja 2020 r. minie 100 lat od Urodzin Jana Pawła II. Może te słowa Papieża – z inicjatywy i kosztem „prostych ludzi” – wyryć na budynku krakowskiej metropolii, przy Franciszkańskiej 3.
Generał i Aleksander Kwaśniewski są świadkami świętości Papieża, zaznając przed Trybunałem Rogatoryjnym, zapisani w Watykanie. Biskupom-metropolitom, pod rozwagę.
Na zakończenie
Szacunek do osoby duchownej, „wyssany z mlekiem matki” w czasach „czerwonej zarazy” zaleca „milczący komentarz”. Zaś szacunek dla naszych ojców i dziadków, dla ich znoju i potu, także krwi przelanej na wielu frontach Wschodu i Zachodu, często w „zasięgu wzroku” kapelana, wymaga upomnienia się o prawdę. Głośnego powiedzenia – nikt, także biskup, metropolita nie ma prawa udomowiać nienawiści i pogardy na polskiej ziemi, żadnym słowem, pod żadną postacią! Biskupi – NON POSSUMUS!

„Tajemnice” aktu oskarżenia

Lata 1980-1981 nie były okresem zmagań „aniołów z diabłami”, ale milionów dobrych i mniej dobrych, mądrych i mniej mądrych ludzi, uwikłanych w historyczny los, z dwóch stron ówczesnej barykady. Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: anielskie hufce „Solidarności” i diabelskie hordy władzy, „komuny”. Przeciwstawiam się też odwrotnej kwalifikacji.
Generał Wojciech Jaruzelski – SKOK, 22 listopada 1992

Prezentację książki Petera Rainy „Zdrada czy konieczność? Jaruzelski i inni przed sądem” („DT”, 30 sierpnia – 1 września 2019), kończyłem zapowiedzią zatrzymania Państwa uwagi na głównych wątkach aktu oskarżenia oraz procesu sądowego. Generalnie rzecz biorąc, sprowadza się do odpowiedzi na podstawowe pytanie – kogo i o co oskarżono, jak się bronił. Już w tym momencie Państwo wiecie, że głównym oskarżonym był gen. Wojciech Jaruzelski, a mowa obrończa przed Sądem składana przez kilka dni w 2008 r. została wydana książką „Być może to ostatnie słowo”. Wielu Rodaków podczas różnych spotkań z Generałem ma tę i inne książki z dedykacjami, niektórzy przychodzili do Szpitala Wojskowego na Szaserów w Warszawie. Mieli okazję poznać serdeczność troski personelu medycznego wobec Chorego. Do wszystkich kieruję słowa wdzięczności, przez prof. Cezarego Szczylika i płk dr W. Jandę.
O co był oskarżony Generał
Prokurator, aktem oskarżenia sygn. akt S 101/04/Zk, Katowice, z 16 kwietnia 2007 r. objął łącznie 9 osób: Generała, gen. Tadeusza Tuczapskiego, Stanisława Kanię, gen. Floriana Siwickiego, gen. Czesława Kiszczaka, Emila Kołodzieja, Krystynę Marszałek – Młyńczyk, Eugenię Kemparę i Tadeusza Skórę. Autor, Peter Raina, akt ten zamieścił w książce na s. 415-546. Doręczano każdemu, a oskarżeni byli wzywani przez prokuratora i indywidualnie zapoznawani ze stawianymi zarzutami. Tu ciekawostka. Prokurator przesłuchiwał Generała od godz. 9.30, 31 marca 2006 r., zakończył o godz. 10.15, ale 30 marca 2006 (taki drobiazg). Warto poznać oświadczenie Generała (s. 386-387 książki) – „Zrozumiałem treść postanowienia o postawieniu zarzutów. Nie przyznaję się do popełnienia tych czynów. Odmawiam składania wyjaśnień w tej sprawie w dniu dzisiejszym. Chcę po uzyskaniu uzasadnienia zarzutów przygotować się do składania wyjaśnień oraz rozważyć potrzebę pomocy adwokata. W związku z powyższym w dniu dzisiejszym nie mam nic więcej do dodania”.
Generał długo nie dał się przekonać do korzystania z pomocy adwokata. Nie była to kwestia kompetencji obrońcy, a honoru żołnierskiego munduru. Uważał, iż czytelne poczucie odpowiedzialności na wszystkich stanowiskach wojskowych i państwowych oraz wszędzie prezentowana godność osobista, także służbowa, jako reprezentanta Polski poza granicami kraju, do tego – jak często mawiał – zaszczytny tytuł żołnierza i stopień wojskowy, są rękojmią wystarczającą. Z kilku osobistych rozmów wiem, iż sam akt oskarżenia uważał za osobistą obrazę, najcięższą hańbę, (wspomniał nawet kilka dni przed śmiercią), ranę na wielowiekowej rodzinnej tradycji, za upokorzenie milionów Polaków z PRL, do czego „nowa władza” użyła Jego autorytetu, żołnierskiej godności. Zabraniał mówić o tym publicznie, kilka razy sam zwierzył się na kombatanckich spotkaniach- był wśród swoich. Zobowiązał mnie, by zadbać o napis „ŻOŁNIERZ” na grobie, powiedział o tym napisie w wywiadzie Teresy Torańskiej.
Jednakże z uwagi na różne uwarunkowania, powody procesowe i organizacyjne, które prezentowane były Generałowi przez osoby bliskie, np. Mieczysława Rakowskiego, obrońcę Kazimierz Łojewskiego i innych (nazwiska pominę), a także osoby prywatne, np. panią Zofię Gąszczołowską, przyjął panią mecenas Mariolę Teklińską-Kucińską. Pani Mecenas ze swej, jakże złożonej roli – zawodowym profesjonalizmem, osobistym taktem i stanowczością wobec różnych „podejść”, np. ze strony mediów i „potrzeb procesowych”, gdy Generał był ciężko chory, osobistą kulturą i wrażliwością niosła – mówię to z całą świadomością – „ulgę dla ducha” Generała, w tym najszlachetniejszym pojęciu.
Choć cierpienia zadanego w „majestacie prawa” nie mogła w żaden sposób złagodzić. Nie tylko ONA! Wdzięczność i szacunek Pani Mecenas.
Prokurator postawił Generałowi trzy zarzuty:
I. że, w okresie od 27 marca 1981 r. do 12 grudnia 1981 r. w Warszawie i całej Polsce, jako funkcjonariusz państwa komunistycznego (to określenie stosuje obficie, gdzie się tylko da) – Prezes Rady Ministrów, MON oraz I Sekretarz KC PZPR (choć był nim dopiero od 18 października, nie przeszkadzało prokuratorowi pisać od 27 marca – „drobiazg”) „dopuścił się zbrodni komunistycznej(często stosowane) polegającej na kierowaniu zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, w skład którego wchodzili Stanisław Kania, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski, Czesław Kiszczak i inni(dokładność nie stała na przeszkodzie by napisać w akcie oskarżenia „i inni”). Celem tego związku było „popełnianie przestępstw polegających na pozbawieniu wolności przez internowanie, wykonywanie kar za czyny wcześniej niekaralne oraz innych przestępstw przeciwko wolności…wobec osób z NSZZ Solidarność, nadzorowanie opracowywania aktów normatywnych oraz planów… dot. nielegalnego wprowadzenia stanu wojennego”. Proszę zwrócić uwagę – czy internowania już trwały od 27 marca? – też taki „drobiazg”;
II. że w dniu 12 grudnia, jako funkcjonariusz… „podżegał członków Rady Państwa do przekroczenia uprawnień”, przez uchwalenie znanych – tu wymienionych – dekretów Rady Państwa, „w sprawie wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”;
III. że, od 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982 (data zawieszenia stanu wojennego), jako funkcjonariusz… tu dodatkowo „jako Sekretarz KOK (był nim od 12 lutego 1981 r., gdy został Prezesem Rady Ministrów), Główny Inspektor Obrony Terytorialnej i Wiceminister Obrony Narodowej (Generał nigdy nim nie był!) wspólnie z Wojciechem Jaruzelskim (czyli z sobą samym, też drobiazg), Czesławem Kiszczakiem, Florianem Siwickim i innymi dopuścił się zbrodni komunistycznej… że działał w zorganizowanym związku przestępczym o charakterze zbrojnym mającym na celu popełnianie przestępstw” – powtórzone z zarzutu I oraz dodane „wykonywanie nielegalnie wydanych dekretów z 12 grudnia 1981 roku”…
Zachęcam Państwa do przeczytania całego aktu oskarżenia, to trudna lektura, nie tyle na słownictwo, co pokrętność logiki wywodu, doboru faktów sensowności komentarza.
„Uśmierceni”
Kilka miesięcy temu przez media przebiegła sensacyjna wiadomość, że Generał ukrywał przed prokuratorem winnych, że ktoś „pomagał” w tym „zabiegu”. Nie trudno było odczytać intencję żądnych sensacji dziennikarzy, posługiwano się nazwiskiem gen. Michała Janiszewskiego. Odesłanie ciekawskich do książki Generała „Ostatnie słowo” wyciszyło tę sprawę. Faktem jest, akt oskarżenia na s. 145 „uśmierca” gen. Michała Janiszewskiego (zmarł 3 lutego 2016 r., czyli 9 lat po jego wydaniu, spoczywa w Poznaniu). Prokurator w zażaleniu na Postanowienie Sądu Okręgowego „uśmierca” gen. Zbigniewa Nowaka. Generał podczas obrony powiedział – „pragnę podzielić się z Panem Prokuratorem dobrą wiadomością. Jeden i drugi żyją – i oby jak najdłużej”.
„Mowa obrończa” Generała
Wspomniałem wyżej, iż „mowa obrończa” została wydana jako książka, liczy ponad 300 stron tekstu. Peter Raina zamieszcza ją w książce, wzbogacając o kilka protokołów sądowych, różnych pism i zażaleń ważnych dla oskarżonych. Ale czy dla Sądu – jak Państwo myślicie? Stąd skrótowe zaprezentowanie Państwu, z konieczności ograniczam do wątków ważących na zrozumieniu złożoności oskarżenia i ówczesnej sytuacji w Polsce – gospodarczej, politycznej, społecznej i wojskowej oraz w Europie. Szczególnie wewnętrznej Polski lat 1980-1981, jak trafnie i obrazowo ujął to Generał w ocenie („anioły i diabły”) przypomnianej na otwarcie tej publikacji. I tu pojawia się pierwszy, wręcz nie do pokonania problem, wprost stalowa bariera. To bark materiałów w aktach do oceny tych sytuacji, czego domagał się Generał. Stąd pytam dobitnie-dlaczego w akcie oskarżenia nazywany jest „zbrodniarzem”? Bo zginęli ludzie, a kto ich nakłaniał do „walki”, oporu, łamania prawa po wprowadzeniu tego stanu, czy nie ostrzegano o użyciu broni? – też wymaga przypomnienia (pisałem w tekście „Kopalnia”). Bo był „sługusem Moskwy”? Przypomnę Państwu – „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Czy Papież nie wiedział co i kiedy, w jakich okolicznościach politycznych, gospodarczych itp. mówi-wyciągnijcie Państwo wnioski z zestawienia: „zbrodniarz” – „patriota”. Jak te słowa należało rozumieć wtedy i dziś, po 36 latach, dlaczego Episkopat, wiadomi politycy je skrywają? Czyżby „ciemny lud” nie był zdolny pojąć sensu, ludzkiego i politycznego znaczenia? A teraz kilka kluczowych kwestii.
„Zorganizowany związek przestępczy o charakterze zbrojnym” – to nie tylko kilka osób wymienionych w akcie oskarżenia na czele z Generałem. Prokurator w „Uzasadnieniu” o nich napisał, że „w działalności przestępczej owa grupa używa broni lub zakłada jej użycie w przyszłości i w tym celu broń posiada i ją gromadzi”. Generał powiedział krótko przed Sądem – że posiadanym uzbrojeniem siedzących na ławie oskarżonych i to nie wszystkich, była broń osobista – pistolet. „Ja zaś z czasów frontowych zgromadziłem ponadto szablę”. Oceńcie Państwo sami jak „pasuje” do bandy przestępczej? Czy ten „związek” obejmował Wojskową Radę Ocalenia Narodowego(WRON) – co Państwo o tym myślicie? Otóż zdaniem prokuratora nie – ale to ciekawy temat na oddzielną publikację.
Z prokuratorskiego „Uzasadnienia” aktu oskarżenia jasno wynika, iż obejmował siły MSW oraz Wojsko Polskie. Generał zwrócił uwagę przed Sądem, że wówczas ponad 50 proc. żołnierzy służby zasadniczej przed wcieleniem do Wojska należało do Solidarności. Jej członkami były ich rodziny, osoby bliskie, przyjaciele… W szczególnie krzywdzącym, wręcz obraźliwym świetle akt oskarżenia stawia wszystkich, szeroko rozumianych funkcjonariuszy publicznych, w tym kadrę wojskową, żołnierzy zawodowych – od podoficera do generała.. Obiektywnie rzecz biorąc, sytuuje ich w ten sposób symbolicznie, moralnie na tej ławie”. Czy prokurator nie wiedział, że taką oceną bezpodstawnie krzywdzi kilka milionów Polaków. Ten właśnie „związek” w ocenie prokuratora miał za cel popełniać przestępstwa polegające m.in. na internowaniu działaczy Solidarności i karaniu za czyny dotychczas nie karalne i szerokim zaplanowaniu działań organów państwa, przeciwko Solidarności. Nasuwa się pytanie – po co?
Drugi zarzut – nakłanianie członków Rady Państwa do popełniania przestępstwa. Czy rozmowę Generała z Henrykiem Jabłońskim 8 grudnia można nazwać nakłanianiem? Oczywiście, ktoś powie, przecież każda rozmowa ma jakiś cel, zaprzeczycie Państwo. Nikt tu nie wchodzi w treść Czy warto zwracać uwagę na taki „drobiazg”, że prokurator tę rozmowę z Przewodniczącym „rozciąga” na całą Radę? Generał przypomniał-Przewodniczący i członkowie Rady Państwa składali zeznania przed SKOK (4 i 25 listopada 1992 i 13 stycznia 1993. Poza Ryszardem Reiffem nikt nie uważał, że był nakłaniany czy „podżegany”. Pan prof. Reiff 24 grudnia 1981 r. pisze w liście, że „ogarnia coraz lepiej ogrom zadań, które Pan Generał w imię najwyższego poczucia odpowiedzialności za los narodu i państwa wziął na swe barki… Sprawa ocalenia Polski – to brzemię nadludzkie. Trzeba jeszcze ogromnej siły i odporności, by doprowadzić do sytuacji, która przyniesie wytchnienie Pana sercu, a Ojczyźnie stabilizację i nowe perspektywy rozwojowe”. Po 12 latach zmienił zdanie – może!
Trzeci zarzut – że w stanie wojennym działał w związku przestępczym, dopuszczał się internowań, przestępstw przeciwko wolności obywateli i wykonywał dekrety Rady Państwa. Kwestia internowania działaczy Solidarności to temat zasługujący na odrębną analizę. Tu tylko pytanie- czy Premier Rządu, jako organ władzy wykonawczej miał nie wykonywać tych dekretów? O logikę zarzutu nie pytam.
„Tajemnica” aktu oskarżenia
Konstrukcja myślowa aktu oskarżenia kieruje uwagę Czytelnika, na swoistą „podłość” władzy, która tworzy „związek przestępczy”; przygotowuje główne organy państwa, tj. rząd, Wojsko, siły MSW; śledzi, internuje i karze więzieniem działaczy i członków Solidarności. Prokurator, często używając określenia „kontrrewolucja”, sprytnie tworzy wrażenie poniżania „związku” przez władze. Tu przypomnę Państwu, iż „kontrrewolucją” nasi sąsiedzi, głównie ZSRR wcześniej, bo w 1970 r. określali wydarzenia w Gdańsku. Generał podczas pracy nad „mową obrończą”, zwierzył się – „jeszcze teraz dźwięczą mi w uszach słowa Breżniewa u was kontra, nada wziat’ za mordu, my pamożem”(używali je i inni działacze KPZR, władz ZSRR, także NRD oraz CSRS w rozmowach z naszymi przedstawicielami).
Trudno oprzeć się pytaniu czym „związek” ten „zasłużył” sobie na takie nazywanie i traktowanie? Czym NSZZ był, że cała władza jest do niego negatywnie nastawiona? Generał przed Sądem m.in. mówił – „Linię przewodnią oskarżenia, str. 15, 22, 131 stanowi założenie, iż władze – od początku powstania Solidarności, z całą determinacją i premedytacją planowały jej likwidację. Na str. 142 nazywa to inaczej, bo „unieszkodliwieniem”. A na str. 27-28 jakościowo inna formuła, a mianowicie, że chodziło o „spacyfikowanie Solidarności” – co jak wiadomo – nie jest tożsame z „likwidacją”… Zwracam się do Wysokiego Sądu z wnioskiem, ażeby zechciał spowodować wyjaśnienie przez Prokuraturę, które z trzech wyżej wskazanych pojęć chce uznać – a przede wszystkim dlaczego – za swe ostateczne stanowisko”.
Szanowni Czytelnicy, proszę zastanowić się – tych trzech pojęć prokurator używa przez nieuwagę, roztargnienie, zamiennie, gdyż nie może się zdecydować czy świadomie? Sądzę, że świadomie, by odbiorca, tj. „zwykły obywatel” niezbyt wgłębiając się w treść, sens pojęcia, a słuchający i czytający prasę nabrał przekonania o różnych, oczywiście drańskich, łajdackich „chwytach” władzy. Po drodze, by sami oskarżeni też się w tym pogubili. By nie mogli „dojść prawdy” jaki ten „związek” w rzeczywistości był i jest. Wówczas, w latach 1980-1981, później w 1991 r. gdy zgłoszono wniosek powołania w Sejmie Komisji Odpowiedzialności i postawienie przed nią tzw. autorów stanu oraz w latach 2004- 2014 gdy trwało przygotowanie i sam proces sądowy, wiąż była nagłaśniana teza, że Solidarność walczy o dobro robotnika o wolność i niepodległość Polski, o zrzucenie „sowieckiego jarzma” przez odebranie PZPR, (pogardliwie nazywaną „komuną”) władzy, a nawet, że obaliła mur berliński itp. Że mogło to się stać o wiele szybciej, gdyby nie stan wojenny, „oszustwo i zdrada” przy Okrągłym Stole (te fałszerstwa i różne obelgi było słychać przy okazji 30 rocznicy). Czy zaprzeczycie, że teza ta nie tylko znalazła posłuch ale głośne i znaczące „oprzyrządowanie” naukowe oraz wsparcie Kościoła.
Proszę wczytać się w te tezy jeszcze raz, kto zaprzeczy, np. że 21 postulatów nie zmierzało do poprawy płacy i życia robotników, ograniczenia cenzury, itp. Tak, to prawda – problem tkwi w szczegółach – jakimi metodami i jakim kosztem, czy strajki były właściwym środkiem? Proszę sięgnąć pamięcią – dlaczego tak trudno było zdobyć artykuły spożywcze na kartki, nawet mleko dla dzieci. Bo „władza ukrywała” – jak głosili „wodzowie” Solidarności – czy strajki, powodowały braki na rynku i zakłócenia w dostawach? Tu jest sedno rzeczy. Nie wierzycie Państwo – dowód, jeden z wielu – prof. Jan Szczepański, Przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. Trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz, zastanówcie się chwilę i wyobraźcie to sobie dziś, w 2019 r.- żądania już lipcu (połowa roku) 2 razy przekraczają roczny dochód Polski. Za ile lat można będzie je spełnić – pomyślcie! Solidarność chce spełnienia teraz, już, a nie „kiedyś”! Profesor Andrzej Paczkowski: (Droga do mniejszego zła, Wyd. Literackie, Kraków 2002) pisze-powstał „oczywisty mechanizm …można go określić jako „spiralę radykalności”: im przeciwnik jest mniej chętny do ustępstw, tym dalej idące żądania wysuwa się pod jego adresem. Jeśli zaś ustępuje, uważa się go za słabego, co także wyzwala nowe pomysły żądań”. Czy znacie Czytelnicy dobitniejszą, jaśniejszą ocenę tamtej sytuacji? Z kolei prof. Bronisław Geremek mówi – „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu” (spotkanie w Redakcji „Robotnika”, sierpień 1981). I co z tego, że Lech Wałęsa jesienią 1981 r. jeździł po kraju i „gasił strajki”- jaki osiągnął efekt- sami oceńcie. Zaś 10 listopada 1980 r., podczas rejestracji NSZZ w Sądzie powiedział dziennikarzom: „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. I co, sięgnijcie pamięcią – jak Wałęsa i kierownictwo Solidarności odnosiło się do władzy, do PZPR. Tu taki przykład – „Solidarność miała wówczas (jesień 1981 r.) poczucie siły, potęgi. Padały nawet ze związkowego wysoka słowa „czapkami was nakryjemy”. Opozycja była w ofensywie. Władzę widziała jako słabą, rozkojarzoną, w istocie bezradną. Taki pogląd, taka ocena stosunku sił nie stanowi zachęty do kompromisu. Chcąc do niego doprowadzić, niejako go wymusić – my, władza, też musieliśmy prężyć muskuły, a więc i przygotowywać, zbyt zresztą tego nie kryjąc, siłowy wariant. W ten sposób dawaliśmy również sygnał: porozumienie, kompromis – tak, destabilizacja, degradacja państwa – nie. Do ostatniej chwili, do godziny 14 – tej 12 grudnia to był koszmar wahań, bolesnych rozterek, oporów. I wciąż nadziei. Nie przebieraliśmy nogami do tego skrajnego rozwiązania” – oceniał Generał. To zresztą osobny temat publikacji „Generał-Solidarność”.
Jak groźna dla samych Polaków była sytuacja wewnętrzna, świadczy taka ocena 181 Konferencji Episkopatu Polski (obradowała w dniach 25-26 listopada 1981 r.): „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Wówczas i dziś nikt chyba nie zakładał, że ta ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, nie daj Boże wprowadzić w błąd. Kilka dni później, podczas obrad w Radomiu padły słynne zawołania – „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”… „Porozumienia nie będzie… nie ma się z kim porozumieć, będzie targanie po szczękach”. Nikt z nich nie pomyślał, że może wisieć, dostać w „szczenę”? Wczytajcie się Państwo w sens i treść tych „złotych myśli”. Proszę nie podejrzewać mnie o „złe rady”, jeśli zachęcam, do wyobraźni tamtej sytuacji w 2019. Władysław Frasyniuk na posiedzeniu KKP obrazowo ocenia: „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. Bogdan Lis – w relacji z 1 stycznia 1984r (jest w książce pt. „Konspira”) m.in., mówi: „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981roku, widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Bogdan Borusewicz: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w Solidarności skrzydło porównywalne tylko z „Grunwaldem” czy „Rzeczywistością”. Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. „Prawdziwi Polacy” z Solidarności też reprezentowali ideologię totalitarną, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy „oddajcie władzę”, to władza znajdzie się w naszych rękach” („Konspira”, zapis z 11 października 1983 r.)
Z kolei„Posłanie do narodów Europy” tzw. jastrzębie we władzach ZSRR uznali za „wezwanie do interwencji” we wrześniu 1981 r. – że na szczęście dla nas do niej nie doszło, to jeszcze tajemnica archiwów ZSRR. Dlatego Generał wzywał – nie jeden raz – by „Rachunek sumienia trzeba zawsze zaczynać od siebie. W realiach ostrego podziału Europy i świata, nasza „bijatyka” nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie”. Jedynie prof. Karol Modzelewski mówił: „I choć wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej albo gorzej, nie sądzę, abyśmy byli w stanie uniknąć dramatycznego finału (stanu wojennego). Ale odpowiadamy za ten finał, bo do wszystkiego przykładaliśmy rękę, po obu stronach. I nie w jedną pierś trzeba się uderzyć… (mówiąc o tragedii w kopalni „Wujek”) Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego (w XX-lecie stanu wojennego).
To tylko kilka przykładów „patriotycznego” działania Solidarności. Ujawnienie przed Sądem i Polakami wielu dokumentów „otworzyłoby oczy”, że Polacy przez Solidarność stali się groźni sami dla siebie! Tak, sami sobie! Takich dowodów nie chciał ani prokurator, ani Sąd – dlaczego? tajemnica! – „Przerażenie wywołuje lektura orzeczenia Warszawskiego Sądu Okręgowego w sprawie oskarżenia osób odpowiedzialnych za stan wojenny w Polsce. Przerażenie wynika z ignorancji, niewiedzy, „naiwności” czy niesprawności Sądu w przedstawieniu orzeczenia wyroku. Fakty w oskarżeniu są zafałszowane”. Nie tylko do tego wniosku doszedł Peter Raina w swojej nowej książce. Warto po nią sięgnąć, zachęcam!

 

Stan wojenny a rola kościoła

Replika w związku z przemówieniem bpa Antoniego Pacyfika Dydycza

Przed kilkunastoma dniami pisałem na moim profilu (Facebook) o jednej z najświętszych zasad prawa, a mianowicie, zasadzie wywodzącej się jeszcze z czasów starorzymskich, a mianowicie: „lex retro non agit” (Prawo nie działa wstecz). Temat wówczas poruszony dotyczył nielegalnej ustawy PiS odbierającą część świadczeń emerytalnych byłym funkcjonariuszom władzy ludowej. Jak wspomniałem, ustawa ta (tzw. ustawa dezubekizacyjna) była nielegalna już w swoim zarodku, gdyż w sposób oczywisty gwałciła wyżej wyartykułowaną zasadę: prawo nie działa wstecz. Zasada ta jest tak doniosła, że nie może – zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą – ulec zachwianiu nawet w sytuacji zagrożenia bytu państwa. Dlatego też nazwałem ją „świętą”. Teraz czytam wypowiedź jednego z biskupów na temat nielegalności stanu wojennego. Biskup grzmiał wprost z kart gazety, że stan wojenny był bezprawiem, gdyż dekret Rady Państwa działał z mocą wsteczną. Po pierwsze to, że dekret zawierał przepisy działające retroaktywnie (wstecz), nie oznacza samo w sobie, że stan wojenny był nielegalny. Biskup myli te płaszczyzny, ale to możemy mu wybaczyć, gdyż nie ma on głębszego pojęcia o prawie. To nie jest jego zadanie życiowe. Stan wojenny nie był nielegalny dlatego, że zawierał unormowania (karne zwłaszcza), które miały skutkować (i skutkowały) wstecz, ale dlatego, że dekret Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. został wydany w okresie trwającej sesji Sejmu, co naruszało art. 31 ust. 1 konstytucji PRL, wedle którego dekrety z mocą ustawy zwykłej mogą być wydawane jedynie w okresie między sesjami Sejmu. Rada Państwa zaproponowała, aby dekrety z 12 grudnia 1981 r. były zatwierdzone ustawą, co nie było zgodne z postanowieniami regulaminu Sejmu. Izba przyjęła ten tryb procedowania, odstępując od rozwiązań regulaminowych. Czy to naruszało konstytucję PRL? Tak sądziła prof. Zakrzewska, ale prof. Andrzej Gwiżdż, znawca problematyki legislacyjnej, uważał, że „Przyjęcie przez Sejm dla zatwierdzenia ww. dekretów procedury odmiennej od określonej regulaminowo, aczkolwiek oczywiście nieprawidłowe, nie powinno jednak nasuwać wątpliwości co do legalności, a zatem i skuteczności prawnej takiego postąpienia”. Ale najważniejsze były skutki prawne zatwierdzenia dekretów z 12 grudnia 1981 r. Ustawa z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego miała – tak jak same dekrety – charakter retroaktywny i rozciągała swą moc prawną od 12 grudnia 1981 r. Czy w ten sposób dokonany został akt walidacji dekretów? Innymi słowy, czy doszło do tego, że stały się one skuteczne, ważne w sensie prawnym? Prof. Jerzy Stembrowicz jeszcze w latach 80. argumentował, że skoro „Sejm zatwierdził wymienione dekrety, lecz nie uchwałą, jak to normalnie zawsze dotąd czynił, ale ustawą z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego”, to „Ta ostatnia okoliczność pozwala na wniosek, że Sejm chciał w ten sposób uznać ex tunc postanowienia dekretów (a nie dekrety jako takie) za swoje i nadać im za pośrednictwem ustawy charakter legalny (inaczej wyrażając się – je walidować)”. Już po upadku PRL podtrzymał to stanowisko Andrzej Gwiżdż: „Uchwalenie przez Sejm ustawy z 25 I 1982 r. miało niewątpliwie charakter legalizacji dekretów z 12 XII 1981 r. Zostały one zatwierdzone przez Sejm, i to zatwierdzone w całości, łącznie z tymi przepisami, które nadawały im moc obowiązującą „od dnia uchwalenia” (przez Radę Państwa)”. Stanowisko polskiej doktryny prawa konstytucyjnego, z którym całkowicie się zgadzam, nie jest tu niczym odosobnionym. Warto przypomnieć, że również wielu przedstawicieli nauki europejskiej (szczególnie niemieckiej i francuskiej XIX i XX w.) opowiadało się za walidacją aktów prawnych stanowionych z naruszeniem prawa w okresie stanu nadzwyczajnego. Ale za prof. Stembrowiczem, najwybitniejszym polskim znawcą problematyki stanu nadzwyczajnego, mogę stwierdzić jeszcze coś więcej, a mianowicie, że „od czasu owej ratyfikacji-walidacji należałoby, ściśle rzecz biorąc, mówić nie o dekretach z 12 grudnia 1981 r., których treść przejęła ustawa z 25 stycznia 1982 r., lecz tylko o tej ustawie, która weszła w miejsce dekretowych postanowień”. I nie powinno nam to umykać w ustrojowych analizach wydarzeń grudniowej nocy. Biskup Dydycz, bo o nim mowa, nie ma moralnego tytułu do pouczania kogokolwiek o „barbarzyństwie” wprowadzenia stanu wojennego, nie ma on prawa do nazywania zdrajcami wszystkich, którzy do zaprowadzenia stanu wojennego się przyczynili. Nie ma takiego prawa, gdyż Kościół katolicki, za sprawą swoich hierarchów – o czym mało kto wie – sam przyłożył w sposób zasadniczy rękę do wprowadzenia owego stanu nadzwyczajnego. Jak to się stało? Poza złamaniem — wspomnianego powyżej przeze mnie — zakazu retroakcji doszło jeszcze do nieformalnej zmiany dekretu o stanie wojennym, dokonanej przed jego publikacją w Dzienniku Ustaw. Pod koniec lat 90. bp Alojzy Orszulik ujawnił, iż czynniki kościelne miały swój udział w uzgodnieniu ostatecznego kształtu dekretu o stanie wojennym. Otóż wieczorem 13 grudnia 1981 r. doszło do spotkania między nim, bp. Bronisławem Dąbrowskim i prof. Andrzejem Stelmachowskim a Kazimierzem Barcikowskim i min. Jerzym Kuberskim, którzy poprosili o naniesienie poprawek do projektu dekretu o stanie wojennym (Orszulik mówił, że Barcikowski dał im „projekt dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego z lat 60”.). W rzeczywistości chodziło o ledwo co uchwalony przez Radę Państwa, a jeszcze nieogłoszony w Dzienniku Ustaw (a zatem nieobowiązujący), dekret o stanie wojennym. Orszulik wspominał: „Nanieśliśmy poprawki, czyli wykreśliliśmy z projektu niektóre przepisy restrykcyjne wobec Kościoła. […] Był tam przepis z okresu stalinowskiego, z dekretu z 1953 r., że władze państwowe mają wpływ na obsadę stanowisk kościelnych i zwalnianie duchownych”. Na pytanie dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, jak to było możliwe, żeby „nanosić te poprawki”, biskup odpowiedział: „Mówili, że można je nanosić, bo się jeszcze nie ukazał Dziennik Ustaw”. W ten sposób strona kościelna stała się współautorem ostatecznej wersji dekretu o stanie wojennym – chociaż nastąpiło to z całkowitym pogwałceniem konstytucji PRL. Czy biskup Dydycz zapomniał o tym fakcie? Ostatecznie ustawa z 25 stycznia 1982 r. walidowała (uważniała), poczynając od 12 grudnia 1981 r., i te naruszenia prawa. A wśród tych naruszeń – które Kościół zaakceptował – były rozmaite represje sądowe wobec szeregowych obywateli, godzące w nich jeszcze wtedy, gdy stan wojenny nie obowiązywał. Do ostatecznego druku Dziennika Ustaw doszło w dniach 17-18 grudnia 1981 roku. Jego kolportaż, głównie do władz wszystkich województw, rozpoczął się poprzedniego dnia. Mimo iż tekst dekretu został wydrukowany w dniach 17-18 grudnia, to na dacie jego wydania widnieje 14 grudnia 1981 roku. Do organów sprawiedliwości Dziennik trafił w dniach 19-23 grudnia. Oznacza to, że w dniach 13-19 grudnia osoby oskarżone były sądzone według prawa, które wówczas nie obowiązywało, co łamie rzymską zasadę: „Lex retro non agit”. 12 grudnia 1981 roku ruszyły zatrzymania działaczy opozycji, których bardzo często wyciągano siłą z domów i kierowano do ośrodków internowania. Internowania odbywały się bez jakichkolwiek wyroków. Cały wymiar sprawiedliwości był wówczas całkowicie podporządkowany woli rządzących. Świadczy o tym pewna anegdota o aplikancie, który przyszedł do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego z zapytaniem: „Co jest najwyższym źródłem prawa w PRL?”. Miał usłyszeć odpowiedź: „Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon…”.
Nie możemy zapomnieć, że do tego wszystkiego znaczący swój wkład wniósł Kościół katolicki. O tym zaś fakcie prawie się dziś nie wspomina. Czy stan wojenny był zatem legalny? Nie, aż do 25 stycznia 1982 roku, kiedy to Sejm PRL przegłosował zatwierdzenie dekretu i innych dokumentów z nim związanych. Niechaj nas więc ekscelencja nie poucza i niech nie wypowiada się w patetycznym moralizatorskim tonie, gdyż współpracownikami bezpośrednimi władzy, o której dziś Dydycz wyraża się w najostrzejszych słowach, byli także jego koledzy po fachu. Mieli oni zasadniczy, a świadomy, udział w działaniach niekonstytucyjnych i w skutkach stanu wojennego, którymi to skutkami była niejednokrotnie śmierć praworządnych Polaków (dokładnie 40. osób).

Kto uratował „Solidarność”?

W czerwcu 1981 r. grupa dziewięciu polskich generałów zwróciła się do KGB z planem usunięcia Jaruzelskiego z uwagi na jego niechęć wprowadzenia stanu wojennego i zastąpienia go przez nowego ministra obrony (prawdopodobnie jeden ze spiskowców), który by aresztował pozostałych członków rządu, przejął kontrolę nad strategicznymi punktami, zatrzymał do 3000 kontrrewolucjonistów, których deportowano by gdzieś do Bloku Radzieckiego. Pod wodzą nowego ministra obrony narodowej zawiązałaby się junta wojskowa, bez udziału przedstawicieli dawnego rządu i BP. Następnie „zespół akcji” zaapelowałby do reszty Bloku Radzieckiego o pomoc wojskową aby bronić socjalizmu w PRL.
Archiwum Mitrochina

Tytułowe pytanie – zapewne Państwo Czytelnicy pamiętają – postawiłem w poprzednim tekście, „Zwycięstwo rozumu i rozsądku” („DT”, z 19-23 czerwca 2019), skrótowo wyjaśniając ocenę gen. Wojciecha Jaruzelskiego, iż „bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu”. Publikacje, m.in. autorstwa prof. Longina Pastusiaka, Jerzego Wiatra, Krzysztofa Janika i innych na łamach „Trybuny”, a także wywiady Roberta Walenciaka i teksty w „Przeglądzie”, czytelnie wskazują, iż „dojście” do Okrągłego Stołu było ze strony władzy procesem dość złożonym, by nie powiedzieć żmudnym.
Kierownictwo „Solidarności” przez kilka lat po stanie wojennym nie wykazywało chęci porozumienia z władzą. Dostrzegła to i dobitnie oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji”. Podobne rady udzielał George Bush, przedstawiciele innych państw, w tym Watykanu i Kościoła w Polsce. Te sugestie wciąż okrywa całun milczenia, co widoczne było dość wyraziście podczas obchodów 30 rocznicy Okrągłego Stołu, a szczególnie wyborów 4 czerwca. Tu górowały zachwyty – właśnie nad zwycięstwem „Solidarności”, dość skutecznie zagłuszając pojawiające się głosy o umiar, rozsądek w postrzeganiu i ocenie ówczesnej rzeczywistości. Słuchając „zachwytów”, płynących z mediów – ponownie stawiam tytułowe pytanie.

Kontekst pytania…

Nie trzeba zbyt wielkiej wyobraźni, by zauważyć, że pytanie o „uratowanie”, zawiera w sobie kontekst zagrożenia – podkreślę – właśnie zagrożenia. Przez kogo, przez co? Zaskoczę Państwa – przez „Solidarność”, przez samą siebie! Może ta odpowiedź rozśmieszy Państwa lub też boleśnie dotknie osoby szczerze, autentycznie, życiowo związane z „Solidarnością” – tych bardzo serdecznie przepraszam! I przypominam, zachęcam do namysłu – co mogło się stać:
Lech Wałęsa w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3 maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Czy zaprzeczycie Państwo, że ocena jest i sugestywna, i celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale wręcz niewyobrażalna – wychodząca poza wewnętrzny konflikt – katastrofa. Zwróćcie uwagę – początek maja 1981 r.
Profesor Karol Modzelewski: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić… które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim – cytowałem w tekście „Zwycięstwo”. Kto – bez zbędnej pokory autorskiej zapytam – doprowadził do „śmiertelnego ryzyka”, jeśli nie „Solidarność” samą siebie, może nawet naród polski i nasze państwo? Czy „Solidarność” chciała się „zmieścić w Układzie Warszawskim” w 1981 r., co w tej mierze uczyniła, kto zna dowody – proszę o udostępnienie, nie tylko ja czekam na taką „wiarygodną wiedzę”. Odpowiem – stało się to możliwe dzięki Okrągłemu Stołowi. Ale wtedy, w 1989 r. i „Układ” i Solidarność były już inne, także i władza!. Ta, tak bezmyślnie przez wiadome kręgi „Solidarno ści” opluwana, wyszydzana i pomijana władza. Wyraźnie i elegancko mówili o tej postawie panny „S” m.in. Prezydent Aleksander Kwaśniewski, profesorowie, np. Danuta Waniek, Longin Pastusiak, Jerzy Wiatr, podczas konferencji w 30. lecie Okrągłego Stołu.
„Robotnik” nr. 78 z 27 sierpnia 1981 roku opublikował fragmenty dyskusji, zorganizowanej przez redakcję. Mówią m.in.:
– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. „Solidarność” ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm KPN-owski. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;
– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”;
– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;
Jarosław Kaczyński (rozmowa zamieszczona w książce „My”, jaką przeprowadziła z nim Teresa Torańska) m.in. mówi: „Nieporęczna w istocie od początku była „Solidarność”. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z „Solidarnością” jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej (…) Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby „Solidarność” z 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”. Nie sądzę, by Państwu potrzebny był komentarz!

Refleksje z „Archiwum”…

Podejmując analizę cytowanego na wstępie fragmentu, pochodzącego z „Archiwum Mitrochina” (Wyd. Muza, Warszawa 2001), poczynię kilka istotnych uwag.
Jest czerwiec 1981 r. Dnia 5, radzieckie władze, a konkretnie KC KPZR kieruje do KC PZPR „list otwarty”. Dlaczego nie imiennie do Stanisława Kani, wówczas I Sekretarza, tylko do całego KC – proszę, domyślcie się Państwo. A taki fragment „Listu”: „Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski zgadzali się w rozmowach z naszym zdaniem, lecz wszystko pozostaje po staremu, bo nie podejmuje się walki z kontrrewolucją. W tej sytuacji ton kampanii przedzjazdowej nadają siły wrogie socjalizmowi. Nie można wykluczyć, że na IX Zjeździe dojdzie do porażki marksistowsko-leninowskich sił w partii, a nawet jej likwidacji”. Dodam, „list” ten pojawia się na półtora miesiąca przed IX Zjazdem PZPR (14-20 lipca 1981 r.) oraz na 4 dni przed XI Plenum KC PZPR (9-10 czerwca). I pojawia się inicjatywa 9 generałów. Czy ten zbieg zdarzeń i okoliczności nie daje do myślenia? Ich analiza przekonała mnie, iż latem 1981 r. zagrożenie dla „Solidarności” „wisiało na włosku”!
To wymienieni Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski, szerzej – reformatorskie skrzydło w Partii (PZPR), także trzeźwo myślący działacze partyjni i państwowi w Moskwie, na Kremlu – uratowali „Solidarność” przed Sybirem, przed krwawym unicestwieniem.
Podkreślam – krwawe unicestwienie. Mam świadomość, iż niektórzy porywczy w czynach i słowach Czytelnicy mogą tu zapisać mnie do „partii Putina”, opluwać, wyszydzać umiejętność analitycznego myślenia. Gdy przejdzie im fala nienawiści niech odetchną i zastanowią się ile tysięcy Polaków wtedy zginęłoby w „niewyjaśnionych okolicznościach”, co stałoby się wtedy, latem 1981 r. z Polską, z naszym państwem, czy byłby możliwy Okrągły Stół, kiedy i z kim, jak wyglądałaby nasza Ojczyzna dziś, w 2019 r., a czy Europa też byłaby taka jak dziś? Jeśli te pytania kogoś nużą, rozumiem to, ale nie dam sobie wmówić „poprawnej narracji”. Krótko mówiąc, nie zgadzam się na żadne kłamstwo, obraża po prostu zwykłego Człowieka – Polaka. Państwo, w tym miejscu macie wybór, albo czytać tekst, albo odłożyć, przyznając rację historykom i politykom z poziomu piaskownicy. Dla cierpliwych i chętnych poznania mojego wywodu, kolejno:
– 9 generałów: czy nie przypomina to Państwu podobnej sytuacji z CSRS w 1968 r.? Tam także grupa wojskowych, o których mówił Breżniew, zamierzała dokonać zamachu stanu, ale ich kroki uprzedziła znana decyzja polityczno-wojskowa, pisałem w tekście „Operacja Dunaj” (20-23 sierpnia 2018). Ta inicjatywa jest świadectwem, iż radzieccy wśród kadry WP prowadzili „rozeznanie” autorytetu i powiedzmy wprost – posłuszeństwa kadry kierowniczej wobec Generała. Że tak było, są dowody. Przedstawiciel radzieckiego lotnictwa przy Wojsku Polskim gen. Ilicz Katricz, powiedział wprost do gen. Tadusza Krepskiego, Dowódcy Wojsk Lotniczych: „wy już nie dowodzicie” (fakt ten potwierdził gen. Jerzy Zych, jako świadek na procesie sądowym Generała). Incydent ten zakończył się natychmiastowym odwołaniem gen. Katricza.
Pewne sygnały dochodziły ze Śląskiego Okręgu Wojskowego, gdzie radzieccy oficerowie rozpytywali naszych o ocenę Generała, czy wykonają rozkazy, jeśli wyda je kto inny. Meldował o tym płk Leszek Kołodziej (jego raport jest w książce pt. „Wielogłos” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2002). Fakt ten świadczy i o tym, że w WP znaleźli się oficerowie skrajnie krytyczni wobec Generała i ówczesnej sytuacji w kraju i Partii, podatni na radzieckie argumenty i oceny, które w ich wyobraźni były „ratunkiem” dla Polski przed jeszcze większą katastrofą, niż możliwa była – w ich ocenie – podkreślam.
Generał – pytany o ten fakt – mówił, iż „wieści” takie docierały, ale przyjmował je jako sprawdzian swojego autorytetu, sygnał, że wobec radzieckich trzeba mówić gorzką – oczywiście dla Polaka prawdę o sytuacji w kraju, bo pozwoli, że „oni” zechcą słuchać, choć niekoniecznie zgadzać się z polskim rozmówcą, a wtedy znaczyło „bardzo dużo”, akcentował Generał, dawało czas i nadzieję na porozumienie z Solidarnością… co z tego wyszło – wiemy;
– stan wojenny. Niechęć jego wprowadzenia, to wtedy główna wina Generała. Mogą Państwo Czytelnicy zapytać, czy wcześniej była mowa z radzieckimi o jego wprowadzeniu? Oczywiście, pisze o tym gen. Franciszek Puchała w książce „Kulisy stanu wojennego” (Wyd. Bellona, Warszawa 2016), zachęcam do przeczytania. To pozycja specjalisty wojskowego, który ma niekwestionowany wkład, że stan wojenny był „operacją łagodną i pomyślną” dla całego społeczeństwa, na czele z kierowniczymi gremiami „Solidarności” oraz jej członkami, którzy wobec tej operacji, a Generała w szczególności wykazywali i wykazują zrozumienie.
O drodze do stanu wojennego napiszę w grudniu br, tu tylko taki przykład. Podczas „spotkania” Generała i Stanisława Kani w Brześciu nad Bugiem, na zakończenie rozmowy Andropow powiedział: „No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego, ale też nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje”. Co Państwo myślicie? Generał pisze o tej rozmowie w książce „Stan wojenny. Dlaczego”, rozdział „Lot i lądowanie”;
– aresztowanie rządu, przejęcie władzy. Oczywiste, gdyby inicjatywa 9 generałów uzyskała akceptację Moskwy. Okoliczności „za” były czytelne – uległość wobec poczynań Kierownictwa „Solidarności”, także omotanego „zgubną ideą” całego Związku, „szeregowych” członków, którzy uwierzyli i na szczęście – dzięki władzy – nie zapłacili krwią za tę „wiarę”. Do tego wspomniany „list” krytykujący i potępiający Kierownictwo PZPR, Stanisława Kanię i gen. Wojciecha Jaruzelskiego, XI Plenum i IX Zjazd, jako sprzyjająca sytuacja do wymiany tego „nieporadnego” w zmaganiu z „Solidarnością” Kierownictwa.
Byli imiennie wybrani – w ocenie Moskwy – „dobrzy towarzysze” i „wsparcie” 9 generałów, ale zapewne i części Wojska. Tak oceniając i realnie myśląc, byłaby to rozgrywka wewnątrz partii i władzy, czytelnie skierowana przeciwko „Solidarności. To ona, „Solidarność” jako „kontrrewolucja” byłaby celem, głównym obiektem uderzenia. Zaś wymiana rządu i części Kierownictwa PZPR – faktycznie usunięciem „narzędzia” przeszkadzającego w osiągnięciu tak pojmowanego celu. Gdyby, z różnych powodów, ZSRR musiał wspomagać zbrojnie „dobre siły”, byłaby to „interwencja na zaproszenie”! Berlin i Praga były krytyczne wobec Polski i chętne do pomocy ZSRR (Czesi jako rewanż za 1968 r.). Dlaczego do tego nie doszło? Zarówno mój wywód jak i to pytanie skłania do różnych dywagacji. Moja odpowiedź jest taka:
W Moskwie, mimo jednoznacznie krytycznego stosunku do „Solidarności”, którą tu jednoznacznie nazywano „kontrrewolucją”, istniała grupa polityków i działaczy partyjnych, którzy wieloaspektowo oceniając sytuację prezentowaną przez duet Kania-Jaruzelski, widzieli szanse rozwiązania tego kryzysu przez samą władzę, jeszcze bez jej zmiany. Co więcej – Breżniew potrafił zrozumieć i czasowo przyjąć ich racje jako jeszcze realne, a argumenty „moskiewskich twardogłowych”, jeszcze jako przedwczesne. Co by o nim nie mówić złego – chwała mu za to!
Jakie to mogły być racje racjonalnie myślących w Moskwie – możemy się tylko domyślać, niekiedy „wyczytać między wierszami” z różnych archiwów. Zakładam, że takie – zarówno Kania jak i Jaruzelski radzieckim prezentowali realną ocenę sytuacji – mimo krytyki, mieli znaczący autorytet, tak wśród członków Partii, a Generał ponadto w Wojsku. Kładę silny akcent na ten autorytet. Wtedy, latem 1981 był on jeszcze wysoki, nie był wartością „daną raz na zawsze”, ale ważnym, powiem – czynnikiem rozstrzygającym! Jeśli nie autorytet, jako „kapitał” i umiejętność rozmowy z przeciwnikami politycznymi, to co? Z historii wiemy, że radzieccy nie kierowali się „uczuciem miłości”. Pisząc autorytet, mam na uwadze reformatorskie skrzydło w Partii i wśród stronnictw politycznych, które inspiratorsko odpowiedziało na apel Generała o 90 spokojnych dni, było promotorem, służyło wsparciem w podejmowanej reformie gospodarczej, na co także Moskwa zwróciła uwagę. Zapewne na Kremlu liczono się z ewentualnym rozłamem w Wojsku, gdyby tych 9 generałów przejęło władzę. Piszę „rozłam”. Sięgnijcie Państwo pamięcią – maj 1926, żołnierz strzelał do żołnierza, 215 żołnierzy i oficerów zginęło w bratobójczej walce oraz 164 osoby cywilne. Pomyślcie o żołnierzach służby zasadniczej lat 1981-82, dziś szanowanych mężów, ojców i dziadków. Ilu z nich zginęłoby? To byłaby przecież polska krew, nie ich Rosjan – jeśli, to jako ostateczność.
Właśnie ta „ostateczność” jako zbrojna interwencja mogła być rozważana jako zbyt wysoki koszt za usunięcie z Polski „kontrrewolucji”, jeszcze nie teraz, latem 1981 r. Co nie oznacza, że taką wizję całkowicie odrzucano. Nie zapominajmy, że Kreml naciskał na stan wojenny – cytowałem Andropowa – ale jako „zabieg” realizowany wspólnym wysiłkiem Partii, Wojska i sił MSW. Podkreślam – wspólnym. Jako „operacja” wewnętrzna w Polsce, polskimi rękoma, stawiająca za cel uniknięcie walki bratobójczej. I został osiągnięty, dzięki zwartości Wojska, mądremu kierownictwu, rozwadze „szeregowych” członków „Solidarności”. Zapamiętajmy to!
Być może wielu z Państwa czeka na ocenę znaczenia Zachodu dla powstrzymania zbrojnej „akcji w Polsce”. Zniecierpliwionym odpowiadam – znikome w sensie praktycznym, ale głośne w wydźwięku etyczno-moralnym. Żaden dokument zachodni nawet śladowo nie podaje, iż USA, NATO z uwagi na „wojnę w Polsce” podjęłyby militarną akcję. Owszem, byłaby „akcja” propagandowa, gospodarcza wobec ZSRR. Sankcje te Moskwa brała pod uwagę, gdyby „Solidarność” zdobyła posłuch i wsparcie ludności, klasy robotniczej w ZSRR, CSRS czy NRD. Tego nie było. Inne tłumaczenie postawy Zachodu jest mąceniem w głowach naszej młodzieży, ludziom bezwolnie traktującym „ideały” „Solidarności” jako świętość.
– „kontrrewolucja”: wiele napisałem wyżej. Marszałek Wiktor Kulikow, podczas konferencji naukowej w Jachrance (1997), m.in. mówił: „w Związku Radzieckim, a tym bardziej w Komitecie Centralnym, wszyscy oceniali „Solidarność” jako kontrrewolucję, jako ruch skierowany przeciwko władzy, któremu trzeba podjąć odpowiednie kroki. Dlatego nie ma co kręcić i mówić inaczej” („Wejdą – nie wejdą”, Wyd. ANEKS 1999 rok). Przypomnę tu cytowaną wcześniej ocenę prof. Ryszarda Reiffa, wypowiedzianą podczas SKOK w 1995 r. (14 lat po stanie wojennym), że trzeba byłoby wywieźć 2-3 miliony
na 2-3 lata.

* * *

Jest okres wakacji, dla aktywnie wypoczywających pewnego rodzaju okazja podjęcia refleksji i dla własnej ciekawości wskazania, kto spośród sugerowanych przez 9 generałów 3000 „kontrrewolucjonistów” „Solidarności” mógłby „zwiedzać” bezkresne przestrzenie piękna Syberii, ilu i kiedy wróciłoby „do rodzinnych stron”. Ale warto też – być może nie zgadzając się z moimi przemyśleniami – poszukać argumentów, by nam samym, a szczególnie naszej młodzieży nie pozwalać na niszczenie resztek rozsądnego spojrzenia na niezwykle złożoną, polską powojenną przeszłość. Nie pozwalać na jej karłowacenie „polityką historyczną”.
Wybaczcie mi Państwo rozumienie „rozsądnego spojrzenia” górnolotnie. To dobro, które zawsze jest samotne, bo wydaje się mniej interesujące! Zapytam, czy dziś, na 3 miesiące przed parlamentarnymi wyborami, takie spojrzenie byłoby wstydliwe? Co, jak nie rozsądek jest wręcz niezbywalny? To on – po pierwsze – nakazuje poznać nazwiska i programy osób, które wybieramy. Po drugie – pójść na spotkania z kandydatami. Tu zachęcam posłuchać osoby z SLD, PPS, szeroko rozumianej Lewicy, także z Koalicji Europejskiej. Może ktoś zapytać – dlaczego SLD, PPS? To ich poprzednicy w PZPR, a także wśród nich pewna część wtedy, w 1981 r. w dekadzie lat 80-tych ponosiła odpowiedzialność za Ojczyznę i wyprowadzała ją z kryzysu (na którego powstanie nie miała bezpośredniego wpływu), doprowadziła do Okrągłego Stołu i przemian bez rozlewu krwi. Ktoś kąśliwie zechce zapytać – czy mamy im dziękować wybraniem do Sejmu? Mamy w pierwszej kolejności myśleć o swojej przyszłości, o naszych dzieciach i wnukach – wybierając osoby, które dowiodły zaufania odpowiedzialnością w bliskiej nam przeszłości, rozumnie, rozważnie postępujące w momentach kryzysu i przełomu, jakim był rok 1989. Po nim nastąpiła sprzedaż za bezcen, uwłaszczenie na „gospodarce komuny”, a od kilku miesięcy festiwal rozdawnictwa i nagród „słusznie należnych”. Zwróćcie Państwo uwagę, ale i wyjaśnijcie istotę tego polskiego fenomenu młodym, by zapamiętali jak długo będą płacić za ślepo przyjmowane i oczywiście tak w mediach ubóstwiane obietnice. Pamiętajcie Państwo, łatwiej jest ogłupiać ludzi, niż przekonać, że zostali ogłupieni (Mark Twain).

Na zakończenie

Wracam do tytułowego pytania i podkreślam: to mądrość, rozwaga w postępowaniu, realizm w ocenie rzeczywistości, umiejętność perspektywicznego jej widzenia i możliwości sprostania wyzwaniu. Jak mawiał Mieczysław Rakowski – szanowanie partnera. Takie cechy charakteru, sposobu postępowania mieli Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski, reformatorzy. Dostrzegali je rozmówcy w Moskwie, wtedy szczególnie Breżniew, w Pradze i Berlinie, u Generała także w Watykanie i wielu stolicach Europy oraz Waszyngtonu, Pekinu i Tokio. One w krytycznym momencie przeważyły szalę na korzyść „Solidarności” w pierwszej kolejności, następnie „Bogu ducha winnych” milionów Polaków, naszego bytu państwowego.
Niejako uparcie nasuwa się tu pytanie – czy jeszcze były podobne, krytyczne sytuacje, jak w czerwcu, latem 1981 roku? Za taki moment uważam „Posłanie do narodów Europy Wschodniej”, wydane przez I Zjazd „Solidarności” we wrześniu 1981, o czym napiszę później. Inne – choćby znana „awantura w Bydgoszczy” – spowodowały tylko „pogrożenie palcem” przez wydłużenie ćwiczenia „Sojuz-81”.
Kończąc tekst, pragnę zadośćuczynić rozmówcom przy grobie Generała w 5 rocznicę odejścia. Wspominając niektóre, szczególnie ciężkie doświadczenia i decyzje Zmarłego, ktoś wtrącił, iż zasłużył na pomnik, ktoś zapytał o inicjatora. Ku mojemu zdumieniu usłyszałem, że to „Solidarność” powinna zdobyć się na wdzięczność za uratowanie jej jako formacji, a także jej kierowniczych gremiów, zmazać hańbę za próbę degradacji. A pomnik… ktoś wskazał na płytę czołową grobu, stylizowaną na kształt terytorialny Polski.

Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Zwycięstwo rozumu i rozsądku

Bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu ani nie dokonałyby się głębokie przeobrażenia, które zmieniły i Solidarność, i sposób myślenia władzy…
Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: „anielskie hufce Solidarności” i „diabelskie hordy władzy, komuny”. Przeciwstawiam się i odwrotnej klasyfikacji.

Generał Wojciech Jaruzelski

Obserwując i analizując publicystykę wokół 30 rocznicy Okrągłego Stołu, w pewnym momencie uznałem, iż dalsze kontynuowanie tematu niewiele wniosłoby nowego. Jednakże szybko zmieniłem zdanie, po wysłuchaniu komentarzy i obejrzeniu uroczystych obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca oraz przeczytaniu kilku publikacji dziś „słusznego” nurtu (na więcej nie pozwala zdrowie).
Podzielam w pełni treść wzywającą do sięgnięcia po rozum w ocenie faktów, po rozsądek w potępianiu dorobku „pokolenia PRL” i gratuluję zdrowia oraz wytrzymałości psychicznej jaką ujawnił Pan Minister Krzysztof Janik w publikacji „Dwa mity i konstatacja” („DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). Podobny kierunek oceny i myślenia o tej rocznicy, jej komentatorach i różnej klasy mentorach zaprezentował prof. Andrzej Friszke, pisząc: „Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć” (DT”, 5-6 czerwca, 2019 r.). Z obu tych publikacji nasuwa się ponura konstatacja – czyżby dziennikarze i publicyści wypisujący różne głupstwa, nie mieli nawet uczniowskiego wstydu przed nauczycielem, któremu na pytanie nie potrafią udzielić logicznej odpowiedzi? Czyżby ci dorośli ludzie, firmujący codzienną, medialną pracę swoim nazwiskiem nie mieli poczucia własnej godności, honoru, nawet przed najbliższą rodziną?
Stan wojenny a Okrągły Stół
Ktoś z Państwa Czytelników może zapytać: co „Stan” ma wspólnego z tym „Stołem”, dzieli ich przecież 8 lat?. Tu, nawiasem mówiąc, taka historyczna ciekawostka, porównanie – 8 lat po zamachu majowym, utworzono obóz w Berezie kartuskiej (1934) oraz nasiliły się zjawiska antydemokratyczne. 8 lat po stanie wojennym (1989), powstał pierwszy w bloku wschodnim rząd, kierowany przez ludzi wywodzących się z opozycji. Nasuwa to odpowiedź – stan wojenny był ratunkiem dla Solidarności. W pierwszej kolejności dla jej kierownictwa centralnego, w drugiej – dla terenowego, w trzeciej – dla tysięcy członków, głównie robotników, którzy im uwierzyli. Uchronił, szczególnie władze związku przed Sybirem. Jeśli ktoś ma inne zdanie, więc zapytam dobitnie – po kogo by przyszli „z bratnią pomocą”, inspirowani z Pragi i Berlina towarzysze radzieccy? Przecież nie po gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, ani premiera Rakowskiego i ministra Cioska. Te osoby nie głosiły żadnych absurdalnych na tamte czasy tez i pomysłów, podburzających ludzi, robotników w tych państwach i nie tylko. Co najwyżej byłyby dziś winne odpowiedzialności za brak reakcji na ciągłe akcje strajkowe, protestacyjne, różne wywózki na taczkach, tak negatywnie oddziałujące na sąsiednie kraje.
Sądzę, że jeszcze miliony Polaków mają świadomość takiego rozwoju sytuacji skrajnej, z jaką należało się liczyć. To byłaby głównie polska krew i łzy, rozpacz tysięcy, może kilku milionów ludzi, którzy w latach 50. budowali Nową Hutę (patrz Przegląd nr 17-18), 60-80, inne zakłady przemysłowe, za bezcen sprzedane i rozdane po 1989 r. Wspomina tamten dorobek ludzi pracy okresu PRL, Pan prof. Jerzy Wiatr („Między lipcem a czerwcem”, „DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). To skrótowe uzasadnienie wielu może nie przypaść do gustu – szerzej odpowiem tekstem pt. „Kto uratował Solidarność”. Już teraz zachęcam do przejrzenia choćby protokołów z posiedzeń KK w Gdańsku, wspomnień Lecha Wałęsy, np. „Droga nadziei”, wyd. 1988 r. Proszę też sięgnąć po relacje z rozmów Generała z Janem Pawłem II, w których wątek Solidarności wciąż był obecny, przewijało się tam oczekiwanie aż w Solidarności „gorące głowy ochłoną”. Kolejny już raz cytuję słowa Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” , czego dopominały się osoby oddające Generałowi hołd w 5 rocznicę odejścia. Byłoby obrazą Świętego Polaka i rozumu pytanie – czy Papież nie wiedział co mówi, co zawiera w słowie „patriota”. Wielu publicystów i historyków nie może tego pojąć, zrozumieć nawet po 35 latach od II pielgrzymki.
Na wnikliwą analizę i uwagę zasługuje taka ocena prof. Karola Modzelewskiego: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić. W tym sensie, żeby niezależny ruch masowy, ruch robotniczy, bo to trudno nazwać tylko ruchem związkowym, mógł współistnieć z istniejącym systemem, przynajmniej z jego częściami, które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim… Rządzi państwem partia, która ma zaufanie Moskwy, partia nie wtrąca się do spraw związkowych, a związek rządzi się sam. Trzeba tak przebudować państwo, żeby istnienie dwóch takich podmiotów go nie rozwaliło. Świadomość tego, że to wymaga przebudowy państwa, wynikała z przebiegu wydarzeń, więc we mnie się rodziła z czasem” („Modzelewski – Werblan.Polska Ludowa”, Warszawa 2017, s. 429). Zwracam uwagę – „śmiertelne ryzyko”. Tu Profesor nie wyjaśnia jego istoty. Wiedząc, iż był doradcą Solidarności, więc zagrożenie tej formacji miał na myśli. Osobiście miałem zaszczyt kilkakrotnie rozmawiać z Profesorem, akcentowałem różnice ocen, także odnośnie sensu i celu stanu wojennego, roli doradców oraz ekspertów, którzy – jak się okazywało – mieli niezbyt wiążący wpływ na decyzje KK, pewien szerszy ogląd sytuacji uzyskiwali po latach. Raz wręcz złośliwie stwierdziłem: „Od Generała oczekiwaliście mądrej po waszej myśli decyzji, nie liczącej się z zewnętrznym otoczeniem. Do tego chętnie mówicie o tzw. betonie partyjnym, nie zastanawiając się kto zza granicy dość chętnie go słuchał i wspierał, co Generał miał z tym fantem zrobić”. Pytałem wręcz w tonie przygany – „Czy nie poczuwacie się do odpowiedzialności za atmosferę, stan nastrojów wśród członków Solidarności, przecież ją kształtowaliście! Kto miał i jak naprawiać wasze pomyłki”. A myśl o „zamrożeniu sytuacji” – dziś oceniam jako pewien skutek tamtych rozmów. Pytałem: „Kto i jakimi metodami, środkami i kiedy miałby to uczynić? Czy stan wojenny nie był dla Panów formą ulgi wobec poczynań wewnętrznych Solidarności, w których widzieliście „samobójcze zagrożenie”, czemu już nie mogliście niczym zaradzić?”
Odczuwam ogromny żal do Losu, że Profesor odszedł aż tak szybko, za szybko. Każda rozmowa była lekcją historii, mądrego myślenia o Polsce. Profesor w książce pt. „Dokąd od komunizmu?” (Warszawa 1993) potrafił dostrzec i ocenić obiektywnie, co stało się po przejęciu władzy w 1989 r.: „Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej”.
Państwa Czytelników pytam i proszę o ocenę – czy Solidarność chciała „zmieścić się w Układzie Warszawskim”, w ówczesnych realiach ustrojowych i gospodarczych. Kładę akcent na realia gospodarcze i pytam – co Solidarność uczyniła w odpowiedzi na apel Generała o 90 spokojnych dni, będący swoistym wstępem do reformy gospodarczej podjętej w 1982 r. A jak Solidarność odniosła się do referendum gospodarczego, dlaczego namawiała członków do odrzucenia proponowanych założeń, do bojkotu tego „samosprawdzianu” Polaków?
A realia ustrojowe? Kto pamięta istotę Spotkania Trzech, zgłoszoną wtedy przez Generała propozycję powołania Rady Porozumienia Narodowego, która miałaby inicjatywę ustawodawczą? Pisałem o tym kilka miesięcy temu. Dlaczego Lech Wałęsa był przeciw, co w tym względzie uczynili doradcy i eksperci, by szybko naprawić błąd przewodniczącego? Czy w 1989 r. były zagrożenia dla przebiegu obrad i wdrożenia ustaleń Okrągłego Stołu? Jeśli ktoś zaprzeczy, przyjmę to ze zrozumieniem.
Miliony Polaków obserwujący wizytę Michaiła Gorbaczowa u nas w 1988 r., znaną piosenkę Andrzeja Rosiewicza „Michaił, Michaił, ty postroisz mir…” miały podstawy, by nie żywić obaw. A Generał był innego zdania, o czym wspomina Andrzej Gdula w „Przeglądzie” nr 23. Pragnę skierować słowa uznania do Redakcji „Przeglądu”, w tym szczególnie do Pana Roberta Walenciaka, za klika cennych, refleksyjnych publikacji na łamach, odnoszących się do Okrągłego Stołu. Zachęcam Państwa serdecznie do lektury mądrej i kształcącej umysł.
We wspomnianym 23 numerze można przeczytać taką obawę Generała: „Żeby się Kreml w to nie wdał i żeby Gorbaczow dotrzymał słowa”. Widać z tego, iż ten kierunek zmian omówił Generał z Gorbaczowem, wyjaśnił sens i istotę. Co więcej – ta nasza wizja wzbogacała przyjętą pierestrojkę i głasnost’ w ZSRR jako też swoisty „eksperyment”. Czy nie szło o radziecką aprobatę? – może ktoś zapytać. Ze strony Gorbaczowa zapewne nie, wiele razy na tematy gospodarcze rozmawiał z Generałem, wzajemnie znane były poglądy, a szczególnie obawy i wątpliwości. Szło o co innego – reakcję krytycznie, by nie powiedzieć wrogo nastawionej do Gorbaczowa części kierownictwa KPZR. Można ich nazwać – porównując do Polski – partyjnym betonem. U nas nie wyrządził większych szkód, poza fermentem hamującym reformy gospodarcze, społeczne, a szczególnie polityczne. Tam, w ZSRR, wystąpił aktywnie, w postaci przewrotu Janajewa w 1991 r. O ich knowaniach też wiedział Generał, od Gorbaczowa i nie tylko. Przypomnę obawę Jana Pawła II, wyrażoną w rozmowie z Generałem, styczeń 1987 r.: „Dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy” – wspominał Generał.
Anielskie hufce, diabelskie hordy… rozum i rozsądek
Optyka patrzenia na 30 rocznicę Okrągłego Stołu przez pryzmat „anielskich hufców”, że w Solidarności, to oczywiste – górowała w mediach. Zwyciężali, tylko nie wiadomo nad kim, o czym Pan Krzysztof Janik pisze ze zgorszeniem, bo wręcz śladowo pojawiały się „diabelskie hordy”. Ale i te „hordy” nie były chyba aż tak „diabelskie”, jeśli dziś publicyści „słusznego chowu” III RP tego nie eksponują. Chwała im, za milczącą aprobatę starań władzy o porozumienie z solidarnościową opozycją, z jej betonem. Dobitnie to dostrzegła i oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji” – przypomina Robert Walenciak („Przegląd” nr 23). To także zagraniczna ocena starań władzy, reformatorskiego skrzydła PZPR na czele z Generałem. Najbardziej skrótowo można powiedzieć, iż premier rządu Wielkiej Brytanii obok Papieża-Polaka, Prezydenta Busha, Mitterranda i oczywiście Gorbaczowa ma wyraźny udział w polskim zwycięstwie rozumu i rozsądku. Po stronie władzy było go dostatecznie wiele, także cierpliwości w pokonywaniu podejrzeń i obłędnej wizji solidarnościowego wyjścia z kryzysu, w którym ma swój udowodniony udział. Generał oceniał to tak: „W Solidarności była warstwa, grupa przywódcza, która postawiła sobie za cel: socjalizm – nie. I szła do tego celu właśnie poprzez rebelię, poprzez działania destrukcyjne, anarchistyczne, mające na celu obalenie istniejącego porządku ustrojowego w Polsce. Jej błąd właśnie polegał i polega – zresztą po dzień dzisiejszy – na tym, że była przepełniona pychą, zarozumialstwem, przekonaniem o swej nieomylności, przekonaniem o słabości władzy. Była przepojona nienawiścią. A nienawiść, jak wiadomo, nie tylko oślepia, ale i ogłupia”.
Gdyby tak Opatrzność, może za radą Świętego Papieża-Polaka, zechciała użyć swej nadprzyrodzonej mocy i jasno pokazać nam, Polakom, jak Generał z zaświatów patrzy na obchody tej 30. rocznicy. Jestem pewien zafrasowanego, skupionego, zamyślonego Oblicza. Ale wierzę też niezłomnie, że pojawiłby się uśmiech, gdyby wspomnieć, że rozum i rozsądek zwyciężył jako Koalicja Europejska, za co należy się najwyższa chwała Włodzimierzowi Czarzastemu z gronem Kierownictwa SLD, Grzegorzowi Schetynie z Kierownictwem PO oraz jeszcze współpracującym PSL-em. W pewnym sensie byłoby to spełnienie tego życzenia Generała – „Przyszedłem do Belwederu jako człowiek polskiej Lewicy. Z ciężarem jej win, ale i poczuciem jej dokonań. Pełniłem ten urząd bezstronnie, ponad podziałami. Odchodzę z niezmiennym przeświadczeniem, że rozpoczęta przy Okrągłym Stole droga kompromisu, porozumienia, pojednania, jest dla Polski drogą najpewniejszą. Tylko tak można chronić spokój społeczny, umacniać demokratyczny ład, poprawiać materialny byt narodu”.
Pozostaję z nadzieją spełnienia tego życzenia w jesiennych wyborach do naszego parlamentu. Kieruję więc do Państwa Czytelników prośbę o potrojenie wysiłków we wsparciu kierownictw SLD, PPS, PO, PSL – tu mając nadzieję, że sięgną po „chłopski rozum” i pójdą razem z Koalicją, nie zapominając o błędach i potknięciach, w pierwszej kolejności – swoich. Że do wyrażanej chętnie i głośno nadziei, dołączy intelektualny wysiłek – rozum i rozsądek.

Spotkanie Trzech – zmarnowana szansa (Część I)

Jako inicjator i gospodarz spotkania przedstawiłem obszernie ocenę sytuacji. Była to ocena gorzka. Lech Wałęsa podzielił te niepokoje. Choć przyczyny, adresatów zagrożeń widział głównie w obszarze władzy. Prymas z właściwym sobie spokojem próbował równoważyć argumenty. Kluczowy temat – poszukiwanie, znalezienie płaszczyzny, na której można byłoby na zasadach autentycznego partnerstwa współdziałać, budować porozumienie w sprawach zasadniczych dla kraju. Jako organizacyjna formuła – Rada Porozumienia Narodowego, a w przyszłości również Front Porozumienia. Prymas przyjął ten kierunek z pełną aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę… A więc droga otwarta. Zaproponowałem też pilne powołanie komisji, grupy inicjatywnej, która przedstawiłaby odpowiednie propozycje co do składu Rady oraz ewentualnych dalszych działań. Chodziło mi o to, aby „kuć żelazo póki gorące”.

gen. Wojciech Jaruzelski („Przegląd” z 6 listopada, 2000 r.)

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Rada Porozumienia Narodowego! „Prymas przyjął ten kierunek z aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę … A więc droga otwarta”. Pytania nasuwają się same – dlaczego nie powstała ta Rada, kto lub co stanęło na przeszkodzie, jak zachowywali się nasi sąsiedzi – ze Wschodu i Zachodu. Jakie były skutki, następstwa tej, zmarnowanej szansy. Kto za nią odpowiada. Warto postawić jeszcze jedno pytanie – od tej inicjatywy minęło już 38 lat, czy wszystkie niuanse i wątpliwości zostały wyjaśnione?

Myśli o Radzie…

W poprzednim tekście („Początek drogi” („DT”, 15-17 lutego, 2019 r.) zawarłem sugestię, iż Spotkanie Trzech wymaga odrębnego omówienia. Pisałem, iż słowo „porozumienia” zostało zawarte w nazwie „Protokołu” z 31 sierpnia 1980 r. Po blisko 40 latach nasuwa się pytanie – czy było to słowo-ozdobnik? Czy wówczas i dziś należy go odczytywać tylko jako „zwykły” warunek realizacji podpisanych 21 postulatów? Zastanówcie się Państwo-czy „porozumienie” obowiązywać miało tylko stronę rządową, a Solidarność uzyskała „wolną rękę” w swoim postępowaniu? „Nowy” premier, gen. Wojciech Jaruzelski w exposé akcentował konieczność „atmosfery spokoju społecznego… konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił… Czas ten (apel o 90 dni – moje, GZ) pragniemy uczynić okresem szerokiego dialogu społecznego”. Jaki ten „spokój” był od lutego do grudnia 1981 r., „jak rozumiano” w Kierownictwie Solidarności „porozumienie” – pisałem w „Początku drogi”.
Bez obawy o uchybienie prawdzie, można powiedzieć, iż dążenie władzy i Kościoła, głównie obu Prymasów Polski (kard. Stefana Wyszyńskiego, abp Józefa Glempa) i Episkopatu do uzyskania obustronnego porozumienia trwało przez cały 1981 r., praktyczne efekty okazały się nikłe. Uprawnione jest więc pytanie – kiedy pojawiła się myśl o Radzie Porozumienia Narodowego? Rozmawiając kilka razy – głównie podczas przygotowywania mowy obrończej przed Sądem, gen. Wojciech Jaruzelski, nie był w stanie podać dokładnej daty. Może ktoś – po latach – uznać to za formę wykrętu. Nic podobnego. Proszę wziąć pod uwagę, iż bieżące sprawy, głównie strajki i ich zagraniczne echa nieustannie od kilku miesięcy były na uwadze rządu. Różne oceny, wnioski były zgłaszane przez członków rządu: Stanisława Cioska – ministra ds. związków zawodowych, gen. Czesława Kiszczaka – dysponował bieżącą „wiedzą tajemną”, rzecznika rządu, Jerzego Urbana – mającego bieżącą, „krajową i zagraniczną wiedzę prasową”, przewodniczących Komisji (pisałem wcześniej), którzy do pewnego stopnia pełnili rolę „straży pożarnej”, gasząc wciąż powstające strajki. Taki szczegół: wicepremier Janusz Obodowski negocjował z NSZZ Solidarności kolejarzy, by nie podejmowali strajku, argumentując gospodarczymi i społecznymi skutkami. Wszystko – jak mi mówił – było „dogadane”. Późnym wieczorem zadzwonił przewodniczący związku kolejarzy – skruszonym głosem prosił, błagał, by go premier zrozumiał. „Co się stało? – pyta. Otóż otrzymał polecenie z Gdańska, że mają strajkować, bo jeszcze dotąd tego nie robili. Zaklinał się, że jak „najłagodniej” zastrajkują. Co Państwo o tym myślicie? Taka obserwacja sprzed kilku dni – TVP pokazywała Bogdana Lisa, w związku z akcją wokół Centrum Solidarności. Tenże Pan, w relacji z 1 stycznia 1984 r. (książka pt. „Konspira”), pisze – „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981 r., widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Chcielibyście wtedy Państwo być na „rządowym stanowisku” i prowadzić negocjacje ze strajkującymi zakładami pracy? Przenieście się więc myślą i wyobraźnią w tamten „romantyczny czas”, zachęcam do „historycznego relaksu”. Życzę dobrego samopoczucia.
Opierając się na pamięci Generała, znanych członków władz i dostępnych materiałach źródłowych, można wiarygodnie stwierdzić, że idea porozumienia narodowego-pisałem wyżej, pojawiła się w sierpniu 1980 r. (porozumienia) i w lutym 1981 r. (exposé premiera). Na swój sposób „żyła” w różnych działaniach władzy i Kościoła, czym swoiście „dokuczała” kierownictwu Solidarności. Zaś koncepcja Rady kształtowana była po IX Zjeździe Partii (lipiec 1981 r.), zgłoszona przez premiera, przedstawiającego delegatom stan państwa, w tym realizację idei porozumienia narodowego. Stąd można wnioskować, że była dyskutowana, „obgadywana” od lipca, a szczególnie we wrześniu – październiku. Krótko mówiąc – nie sposób podać dokładnej daty, był to proces kształtowania zarysu kompetencji, roli w bieżącej, gorącej atmosferze, choć jesień i zbliżała się mroźna zima.

Dylematy i koncepcja Rady

Dylemat – problem: jak z tej pętli: Solidarność – strajki-władza – „obserwacja zagranicy” wyjść? Szukanie rozsądnego rozwiązania było kwestią nadrzędną (podczas jednej z rozmów Generał powiedział: „sprawą narodową, sprawą życia i śmierci”), choć takich określeń nie zamierzał używać przed Sądem („są zbyt patetyczne, mogą być odebrane pokrętnie, zostawmy to na późniejszy czas” – mówił). Ścierały się różne poglądy i opcje, nawet przeciwstawne, choćby takie: Zbyt duże uprawnienia tej Rady, będą dublować lub ograniczać zadania już wspomnianych Komisji, po co takie ciało? Czy jako organ pomiędzy rządem a Komisjami – przecież na ich czele stali wicepremierzy – więc po co? Nadać Radzie kompetencje polityczne – jaki zakres i usytuowanie, np. pomiędzy Sejmem a rządem? Tu pojawiała się kwestia składu Rady, na co wyczulone były stronnictwa polityczne. Warto byłoby zapytać o tamtą atmosferę, o owe wizje wyjścia z sytuacji Panów Profesorów: Józefa Kozioła (b. ZSL), Józefa Musioła, wówczas wiceministra sprawiedliwości (b. SD). A związki branżowe, liczebnie mniejsze i nie wchodzące w skład Solidarności – także sygnalizowały potrzebę „widzenia ich”, nie tylko jako „teoretyczny dowód”, ale realny fakt w pluralizmie związkowym, który rząd wciąż urzeczywistniał. „Szło to jak po przysłowiowej grudzie” – z goryczą mówił Generał. Solidarność patronowała związkom przez siebie inicjowanym, np. twórczym, do tego krytycznym wobec władzy i dyskretnie popieranym przez Kościół. Inne były opluwane, jako „komusze”. Czy Państwo o „statecznym wieku” tego nie pamiętają, jakie stąd wnioski na dziś i jutro?
Kolejny dylemat – czynić z Rady organ doradczy o perspektywicznym znaczeniu, „ubrany” we wzniosłe określenia? To fasada, nikt tego nie przyjmie, a stanie się „źródłem” krytyki Solidarności, która na władzy nie zostawiała przysłowiowej „suchej nitki”. Co więcej – od miesięcy wiadomo, iż Solidarność lekceważy „innych”, tzn. ZSL, SD, związki katolickie, wobec niej często i słusznie krytyczne. (Wałęsa wyrażał się o nich jako o „hodowcach kanarków”). Może zechce rozmawiać z rządem, ale sama, z udziałem Kościoła, który ją osłaniał i wspierał. PZPR też – krytycznie patrzyła na Kościół, co wiernym przypominają biskupi, – temat wciąż aktualny! Jak mówił Generał: „Kościół był przeciwnikiem, ale i zwolennikiem” Znajdźcie Państwo z tego „salomonowe” wyjście!

Właśnie Kościół

Generał i krąg najbliższych osób, „postawili” na Kościół, jako siłę moralną i autorytet mogący przekonać Solidarność do – nie wiadomo, który już raz – rzeczowych rozmów. Stąd 14 października 1981 r. Józef Czyrek, szef MSZ składa wizytę w Watykanie. Rozmawia z Janem Pawłem II. Obok zapoznania Papieża z aktualną sytuacją w kraju, mówi o pomyśle Rady Porozumienia Narodowego (RPN). Jej pomysł był „konkretem” na tyle zachęcającym, by Papież angażował swój autorytet, „młodego” Prymasa i Kościoła. Nie mogła to był „idea mglista” czy „zbiór życzeń”, jak próbują od lat dowodzić „znawcy”. Była to więc racjonalna myśl! Przecież „zgoda” Kościoła na przekonanie Solidarności, Wałęsy do udziału w Radzie, to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy. W tym momencie to swoisty „pstryczek”, afront dla Solidarności, którą Kościół od początku popiera, ochrania, czasami hołubi To jest cel główny wizyty! – pozyskać dla niej poparcie, „błogosławieństwo” Papieża, jak pisze Generał. Nie chodzi tu o formalne uznanie, ma mieć praktyczny, konkretny wymiar, tj. działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Józefa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Co dalej?
21 października Generał (od 3 dni I Sekretarz KC), rozmawia z Prymasem. Po rozmowie Józefa Czyrka z Papieżem, rozmówcy są przygotowani na wyjaśnienie sobie różnych wątpliwości, obaw, itp. Efekt – Prymas zgadza się rozmawiać i przekonać Wałęsę do spotkania. Podczas spotkania – odnosząc się do sytuacji w kraju oraz do wypowiadanych ocen, zgłasza do grupy inicjatywnej Andrzeja Micewskiego. Z myślą o Radzie, jej statusie i programie, proponuje: Stanisława Stommę, Andrzeja Wielowieyskiego, Stefana Sawickiego, Michała Pietrzaka i Jerzego Turowicza. Podając te nazwiska, z uznaniem należy ocenić, że Prymas „wyszedł przed szereg”, dalej nawet niż władza. Są więc podstawy, by widzieć tu znaczącą rolę Papieża. Czy po blisko 40 latach nie dostrzegacie Państwo złożoności tej sytuacji? Proszę zauważyć – z jednej strony „beton w łonie władzy”, przeciwny rozmowom z Kościołem. Zaś po stronie Kościoła – oględnie mówiąc – duża ostrożność w „paktowaniu z diabłem”– czytaj: władzą! Łatwo się pogubić i popełnić błąd w ocenach.

Z czym na Spotkanie…

Wracam do zasadniczej kwestii – z czym władza, a z czym Solidarność przyszły na spotkanie w dniu 4 listopada 1981 r.?
Generał – w imieniu władzy – przedstawił koncepcję Rady Porozumienia Narodowego (RPN) oraz komisji, grupy inicjatywnej, mającej przygotować jej działanie. Ta koncepcja była od kilku dni znana: 21 października poznał ja prymas Polski w rozmowie prywatnej z Generałem, a 30 października przedstawił ją na forum Sejmu, gdzie m.in. oświadczył: „Proponuję powołanie RPN, która jak najszybciej przystąpiłaby do rozpatrzenia i uzgodnienia programu frontu – jego roli, struktury i zasad działania w życiu polityczno-społecznym. Zapraszam do udziału w tej Radzie Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne, związki zawodowe, organizacje społeczne, naukowe i twórcze. Zwrócę się do obywateli cieszących się w społeczeństwie wysokim autorytetem, o udział w pracach Rady. Liczę na poparcie tej inicjatywy ze strony kierownictwa Kościoła. Kraj nasz możemy ratować i wyprowadzać z kryzysu przez wspólne działanie”. Kościół wyraził aprobatę i poparcie, podobnie Sejm. Podczas spotkania, które przeszło do historii jako „Spotkanie Trzech”, Generał wyeksponował rolę Rady jako „poważnej, reprezentatywnej instytucji społeczno – politycznej. Na jej forum byłby prowadzony niczym nie skrępowany dialog, poszukiwano by rozwiązań odpowiadających wyzwaniom czasu. Rada będzie ciałem opiniodawczym, wyposażonym jednak w inicjatywę ustawodawczą”.
Prerogatywy Rady wymagały uzgodnienia nie tylko jej składu personalnego, ale i społeczno-zawodowego, właśnie z myślą o możliwie szerokiej reprezentacji społeczeństwa. Stąd propozycja powołania grupy, komisji inicjatywnej. Generał zaproponował, by składała się z 7 osób, po jednej z: PZPR (Kazimierz Barcikowski), ZSL, SD, Solidarności, związków branżowych, środowisk twórczych oraz Kościoła (bp Bronisław Dąbrowski). Przyglądając się tej propozycji, można zauważyć zarys przewagi liczebnej na korzyść Solidarności. Stronę rządową, władzy reprezentowaliby przedstawiciele: PZPR, ZSL i SD – w sumie 3 osoby. Zaś Solidarność – jej przedstawiciele, środowisk twórczych oraz Kościoła, który od początku był duchowym opiekunem, moralnie wspierał i bronił ją, starał się patrzeć realistycznie na ówczesną rzeczywistość. Często napominał, przestrzegał jej działaczy przed pochopnymi zachowaniami i czynami. Tu zachęcam Państwa do sięgnięcia po odpowiednie rozdziały w książce Generała „Pod prąd”. Pozostają związki branżowe. Mogły wówczas – obok Kościoła – pełnić rolę przysłowiowego języczka u wagi. Nie twierdzę, że zawsze opowiadałyby się za władzą. Panująca niemal wszechobecna krytyka jej działania, różne błędy i zaniedbania, głównie ogniw terenowych, nie oddziaływały zachęcająco.
Koncepcja Rady: pole do dyskusji, do wymiany poglądów, możliwość „niczym nie skrępowanej dyskusji” oraz posiadanie „inicjatywy ustawodawczej” to dobrze czy nie, to dużo czy mało? Oczywiście, jedni powiedzą, że mało, nic, inni, że to „coś” godne uwagi. Wyraźnie opowiadam się za tym „coś”. Dlaczego? Bo skonkretyzowane, określone różnymi ramami propozycje padały i były podejmowane w pracach wspomnianych komitetów – nie oceniam z jakim skutkiem. W koncepcji Rady chodziło o podejmowanie nie tylko spraw, problemów i dolegliwości codziennych, ale o szersze aspekty, spojrzenie przyszłościowe, w tym na uwarunkowania międzynarodowe. Stąd właśnie projekcja wyposażenia Rady w inicjatywę ustawodawczą. Nie zapominajmy, kto mocą ówczesnej Konstytucji taką inicjatywą dysponował (Sejm, rząd). Przecież Rada byłaby ciałem pozakonstytucyjnym, nie spotykanym w bloku socjalistycznym. To odniesienie wyraźnie podkreślam, gdyż wielu historyków i polityków w ogóle nie dostrzega różnorakich uwarunkowań zewnętrznych, albo taktuje je wybiórczo, niemal koniunkturalnie.
Inicjatywa ustawodawcza Rady pozwalała Solidarności, tworzącym ją związkom zawodowym, na przedkładanie Sejmowi projektów różnych ustaw reformujących gospodarkę i życie społeczne kraju, włącznie z nowelizacją Konstytucji i ordynacji wyborczej. Na owe czasy była to niebagatelna nowość! Rada z takimi kompetencjami byłaby ważnym czynnikiem, argumentem w ręku związków zawodowych. Poprzez uczestnictwo w pracach Rady, jako główna siła opozycyjna, stałaby się faktycznym podmiotem życia publicznego. Solidarność byłaby pierwszą, oficjalną opozycją polityczną w bloku socjalistycznym. Nikt rozsądny nie zaprzeczy, że postrzeganie jej jako siły destrukcyjnej, „kontrrewolucyjnej” utraciłoby taką wymowę i znaczenie. Nasi sąsiedzi taką „polską rzeczywistość” – zapewne nie bez obaw i najgorszych podejrzeń – musieliby przyjąć za fakt! Chyba, że sami zdecydowaliby się na „inne rozwiązanie”. Dlaczego więc ideę porozumienia i Spotkanie Trzech, wciąż skrywa całun milczenia, skoro taka wiadomość w społeczeństwie uzyskała 77 proc. poparcia? A czy dziś, po 30 latach transformacji ustrojowej, Rada z podobnymi kompetencjami nie byłaby ważnym krokiem, czynnikiem na drodze pogłębiania demokratycznych norm życia publicznego? Pytanie – kto taką inicjatywę zgłosi i zaakceptuje.
Lech Wałęsa, podczas spotkania po Spotkaniu mówił tak: „W dniu 4 listopada spotkaliśmy się w gmachu rządowym przy ulicy Parkowej w Warszawie. Rozmowa trwała około godziny, a jej jedynym tematem była propozycja porozumienia, przygotowana przez stronę partyjno-rządową. Każdy z nas przedstawił swoje stanowisko. Dużo było mowy, pretensji do siebie, o to co złego się dzieje w kraju. Powiedziałem, że władza nie robi tego, co ustalone, że związek ma dobre rady, że coś z tym trzeba zrobić, strajki trzeba przerwać, że kompromis potrzebny. Na to była zgoda, tylko jak to zrobić. Premier mówił o jakiejś komisji czy grupie, zgłosił nawet swojego reprezentanta. Prymas też zgłosił księdza biskupa Bronisława Dąbrowskiego, widziałem, że zgadza się, ale ja się wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się. Wtedy premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący. Moim zdaniem był na podsłuchu, już w zasadzie prawie się nie odzywał. Zrozumiałem wówczas, że to koniec rozmów z nami. Zastanawiałem się, co dalej, czując, że nieuchronnie zbliża się czarne widmo. Nie wiem, czy gdyby były dalej rozmowy, to coś by pomogły, bo za dużo było różnic, może trzeba było sprawdzić władze, może Kościół by pomógł”. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz! Zwróćcie uwagę – „dużo było pretensji do siebie”; „wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się”; „premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący”. Bo między bajki można włożyć wymysł z „podsłuchem”. Czy dziś, zapomniana już ocena o. Ludwika Wiśniewskiego – „Udomowiliśmy nienawiść i pogardę” – z historycznego dystansu nie skłania do refleksji, opamiętania w podejrzliwości, wyciągnięcia logicznych wniosków?

Zachodnia prasa przed i po Spotkaniu

„Le Monde” z 1 listopada: „Polsce grozi anarchia w dosłownym znaczeniu”. Wysłannik „L’ Humanite” cytował Bronisława Geremka, który oświadczył: „Szanse osiągnięcia porozumienia nadal istnieją, ale jeśli do niego dojdzie, to w tym miesiącu. Potem będzie za późno” (1 listopada). Nazajutrz gazeta napisała, że najbliższe dni pozwolą ocenić wynik polityki otwarcia zaprezentowanej Sejmowi przez gen. Jaruzelskiego. Podstawowym założeniem tej polityki jest oferta współpracy złożona Solidarności. Zdaniem korespondenta „Le Matin” Wałęsa i jego Prezydium nie mają już tyle siły, żeby zatrzymać dziki ruch bazy. Obecnie wszystko zależy od regionalnych kierownictw związku, które robią, co mogą, by umocnić naruszoną jedność. Ale wyłom już uczyniono. 3-4 listopada, w sytuacji bardzo napiętej, obradowała Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, która po raz kolejny zwróciła się do związkowców o przerwanie akcji protestacyjnych, jako że stan napięcia i dzikie strajki trwały nadal w wielu regionach kraju. Korespondent „Le Monde” doliczył się 65 konfliktów lokalnych i, jak ocenił, „wystarczy dmuchnąć, by połowa kraju zapłonęła, a Polska pogrążyła się w chaosie”.
„Les Echos”: „Solidarność płaci wyraźnym zmniejszeniem panowania nad bazą za swoje „ekscesy” i „nieustępliwość”, przywódcy związkowi zaczynają się liczyć z narastającym krytycyzmem przeciwko Solidarności. Daje o sobie znać „młodzieńczy błąd związku, który koncentruje się raczej na sprawach ideologicznych, nie nawiązując specjalnie do realiów codziennie zajmujących życie przeciętnego człowieka”. W tym kontekście, dziennik rozważał strategię Jaruzelskiego wobec groźby starcia obu stron konfliktu i rozpadu systemu. Zdaniem specjalnego wysłannika gazety, Generał próbuje „przystosować ów system do nowej sytuacji. Ale taki proces można realizować jedynie etapami”.
„Neue Kronen Zeitung” z 2 listopada: „Polsce grozi teraz totalny chaos. Sytuacja wymyka się całkowicie spod kontroli. Wczoraj strajkowało 350 tys. Polaków, co jest większą liczbą niż w sierpniu 1980 r. Gwałtownie pogorszyła się sytuacja polityczna”.
„Los Angeles Times”, 3 listopada: „Polska zmierza do tragedii i całkowitej katastrofy”.
„La Stampa” z 5 listopada: „Gen. Jaruzelski ma dziś, de facto, wszelkie cechy jedynego człowieka w Polsce, który jest w stanie uratować to, co do uratowania pozostało. (…) Nie ma jednak alternatywy dla drogi wybranej przez Jaruzelskiego, Glempa i Wałęsę”.
„Le Soir”, nazajutrz, po Spotkaniu Trzech zachowania obu liderów oceniła tak: Wałęsy „umiarkowana postawa wobec władz przysporzyła mu wiele ostrej krytyki ze strony radykałów w kierownictwie Solidarności, którzy pragną, by niezależny związek prowadził teraz grę na całego. Dla generała alternatywa jest więc jasna: albo modus vivendi z Wałęsą, albo konfrontacja z radykałami, przy nieuniknionych tragicznych konsekwencjach”.
„Le Figaro”. „Być może więc realizuje się właśnie prawdziwe przymierze narodowe, by uniknąć katastrofy i wyprowadzić kraj z kryzysu”
„La Republika”. „Obserwatorzy w Warszawie mówią o tym, iż rodzi się polski kompromis historyczny” „Już teraz można ocenić spotkanie jako zwrot historyczny (…) powstaje nowa sytuacja. (…) Przede wszystkim jednak jest to dowód oprzytomnienia” .

W Polsce po Spotkaniu

List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981): „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”.

Andrzej Rozpłochowski (Śląsk): „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”.
Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu: „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
KC PZPR, 28 listopada. Na plenarnym posiedzeniu oceniono sytuację jednoznacznie: „Są dla Polski i Polaków tylko dwie drogi. Jedna wiedzie wprost do zguby przez dalsze strajki, chaos, anarchię i bezprawie – do konfrontacji. Druga prowadzi do porozumienia narodowego, ocalenia przed najgorszym. Ku tej drodze skłaniały się różne środowiska. Idea utworzenia Frontu Porozumienia Narodowego zyskiwała coraz liczniejsze głosy poparcia”. Omówiono stan rozmów na ten temat i przyczyny zahamowań. „Są siły, którym idea ta stała się solą w oku, czynią one wszystko, by ją storpedować, zatruć atmosferę…Obecnego stanu utrzymywać dłużej nie można, proces rozkładowy musi być zatrzymany. Inaczej nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji, do stanu typu wojennego” – podsumował Generał. Plenum uznało za konieczne – właśnie w obronie zalążków porozumienia – nadanie biegu projektowi ustawy o nadzwyczajnych środkach przeciwdziałania anarchii i strajkom, który rząd skierował do Sejmu miesiąc wcześniej.
Radom-3 grudnia. Zwołano wspólne posiedzenie Prezydium KK i przewodniczących Zarządów Regionalnych. W przyjętym „Stanowisku” najważniejsze zdanie brzmiało: „W tej sytuacji dalsze pertraktacje na temat porozumienia narodowego stały się bezprzedmiotowe”. Po odblokowaniu przez siły porządkowe budynku WOSP w Warszawie – sytuację uznano za konfrontacyjną. „Utrzymanie się obecnego stanu grozi Związkowi konfrontacją i trzeba się do niej przygotować”. Wyliczono także żądania, od których związek „nie odstąpi”, co oznaczało, że we wszystkich spornych sprawach postanowiono utrzymać twardy, bezkompromisowy kurs, a „na ewentualne uchwalenie przez Sejm nadzwyczajnych uprawnień dla rządu, Związek odpowie 24-godzinnym ogólnopolskim strajkiem okupacyjnym. W przypadku, gdy rząd, korzystając z przyznanych mu przez Sejm uprawnień, zastosuje środki nadzwyczajne, ogniwa Związku i wszystkie załogi winny przystąpić do strajku powszechnego” („Tygodnik Solidarność” nr 37 z 11 grudnia 1981 r.).
Posiedzenie w Radomiu odbyło się przy drzwiach zamkniętych. Rzecz niebywała w dotychczasowej praktyce. Nie wpuszczono dziennikarzy, nie było konferencji prasowej, rzecznik nie wydał żadnego oświadczenia. „Nadchodzi czas generalnych rozstrzygnięć” – powiedział Lech Wałęsa. Zapytany, jak widzi ideę Frontu Porozumienia Narodowego, odpowiedział: „Decyzja jest na nie. Nie ma porozumienia, bo nie ma się z kim porozumiewać”. Oznaczało to zapowiedz konfrontacji. Wałęsa mówił o tym wprost: „Konfrontacja jest nieunikniona i konfrontacja będzie. Trzeba to ludziom już uświadamiać (…). Żadna zmiana systemu nie może obejść się bez targania się po szczękach” („Przed 13 grudnia”, KiW 1983, s. 41).
Zarząd Regionu Gdańskiego, posiedzenie 30 listopada – 1grudnia: „rozważano sprawy, które będą prawdopodobnie decydować o losach naszego kraju. Atmosfera posiedzenia była napięta i dramatyczna, choć opinie i oceny były właściwie jednoznaczne: dosyć ustępstw”. Relację w tygodniku „Samorządność” (nr 2 z 7 grudnia 1981 r.), zatytułowano: „Wobec prowokacji – dosyć ustępstw”. Autorzy: W. Duda i D. Tusk pisali: „Konfrontacja z władzą jest nieunikniona. Takie zdanie miał również Lech Wałęsa. Nie damy sobie zabrać prawa do strajku, nie ma co rozmawiać z tą władzą – zrywamy rozmowy – stwierdził przewodniczący. Pytano o czas konfrontacji i taktykę związku. Wałęsa odpowiedział zdecydowanie, że taktykę znamy – okupacja zakładów pracy, warty robotnicze i mądrość społeczna (…) Podejmiemy ostateczną konfrontację z władzą w kwietniu lub w maju. Część dyskutantów była przekonana, że czas walki nastąpi wcześniej”.
Wicepremier Jerzy Ozdowski – znany działacz katolicki, m.in. powiedział: „Jeśli Solidarność nawet w tej chwili przeciwstawia się idei porozumienia, są przecież inne ugrupowania, jest przede wszystkim Kościół i szerokie kręgi społeczeństwa dojrzałego i rozsądnego, które myślą poważnie o ocaleniu Ojczyzny. Sądzę, że poważna praca nad ratowaniem porozumienia powinna polegać na tym, żeby bardzo szybko w zwięzłej formie ogłosić tezy programu porozumienia i wyraźnie te tezy poddać pod dyskusję, traktując je jako prawną bazę zbliżenia wszystkich ludzi, którym jeszcze zależy na ratowaniu pokoju. Równocześnie trzeba pracować nad drugim scenariuszem – przyjęcia władzy przez dyktaturę wojskową”.
Arcybiskup Bronisław Dąbrowski, „Rozmowy watykańskie” (Instytut Wydawniczy PAX – 2001 rok) – pod datą 22 grudnia 1981 roku, znajduje się relacja złożona Papieżowi Janowi Pawłowi II przez Sekretarza Episkopatu Polski – zacytuję najistotniejsze fragmenty (str. 239-240): „Solidarność (…) odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4.listopada 1981 roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.)”.
O skutkach tej – zmarnowanej szansy, wyeksponowanych na konferencji naukowej w Pułtusku oraz wnioskach z dystansu prawie 40 lat – napiszę niebawem.

Początek drogi

Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi.

Lech Wałęsa, maj 1981 r.

Stan wojenny skłonił obie strony do refleksji – takiej refleksji, która w końcu przyczyniła się do rozmów przy Okrągłym Stole.

Wojciech Jaruzelski, czerwiec 1990 r.

 

Mija 30 rocznica obrad Okrągłego Stołu. Polacy pamiętający tamten czas, być może zechcą przypomnieć sobie i bliskim ówczesną atmosferę, pytania o wiarygodność przedstawicieli władzy i Solidarności, mających usiąść przy stole obrad. Warto odświeżyć pamięć, szczególnie o pokładane nadzieje i obawy, o spełnione czy chybione oczekiwania, zaniechane ustalenia. Dystans 30 lat na to pozwala. Czytelnikom sugeruję rozpoczęcie rozważań od zadawałoby się banalnego pytania o początek drogi do Okrągłego Stołu?

Początek drogi…

Spodziewam się, iż wielu spośród Państwa, odpowiedź będzie lokować, krótko przed rozpoczęciem obrad, czyli 6 lutego 1989 r. Niektórzy wspominając – tak ochoczo wyszydzaną po latach Magdalenkę (miejsce spotkań grupy inicjatywnej władzy i Solidarności, która przygotowała stronę merytoryczną obrad), będą nadal przekonani, że właśnie w Magdalence zapadły zasadnicze ustalenia, a oficjalne obrady były formalnością, o czym m.in. miałyby świadczyć znane zdjęcia „wesołego” Adama Michnika z kieliszkiem wódki w ręku, w towarzystwie gen. Czesława Kiszczaka i innych osób. Rozumiem, iż wielu spośród Państwa może mieć trudności z zapoznaniem się z wieloma opracowaniami i publikacjami, choćby np. Andrzeja Garlickiego „Karuzela” czy „Rycerze Okrągłego Stołu” (obie wydał Czytelnik w 2003 i 2004 r.) oraz „Okrągły Stół, dokumenty i materiały”(pięć tomów), wyd. na zlecenie Kancelarii Prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 r. (było to na 15-lecie obrad). Niektórzy mogą zapytać – a książka „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzeja Friszke (Wyd. Znak, 2014)? Na prawie 1000 stronach, Autor prezentuje i analizuje fakty zaistniałe w latach 1980-1981. Szanując ogrom pracy nad tym – dosłownie dziełem – wprost dostrzegam subtelne unikanie ukazania współodpowiedzialności Solidarności za wydarzenia, odpowiedzialności za jej decyzje, słowa i czyny, które wprost prowadziły do katastrofy, choćby bydgoska awantura. Ponadto, Autor głównego winowajcę widzi na Wschodzie. Ja, kładę akcent na nas samych, na Polaków. Po co sąsiedzi mieliby interweniować zbrojnie, skoro w Polsce panuje spokój? Nie brak i takich, którzy uważają, że żadna interwencja nam nie groziła. Te wierutne bzdury już dawno odrzuciła przeważająca część społeczeństwa. Jeśli ktoś upiera się przy swoim – wolno mu, jego „zbójeckie prawo”. Niech sięgnie po tekst „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18) i przypomni co zamierzano w Moskwie, widząc sytuację strajkową i przedłużające się rozmowy w Gdańsku.

Przecież realizacja powszechnie znanych 21 postulatów wymagała pracy i spokoju, a nie strajków? Kto pamięta zawołanie Lecha Wałęsy po podpisaniu tych porozumień – „Do roboty”! Czy to miałoby oznaczać rezygnację z ideałów Solidarności? Mówię stanowczo-NIE! Podzielam i wyraźnie podkreślam, że cel nie zawsze uświęca wszystkie środki. A tym „uświęcanym środkiem” były nieustające strajki. Powtarzam, praca dla dobra nas wszystkich, nas Polaków, a nie dla „ruskich” czy innych nacji. Od lat wiemy – walka Solidarności z władzą i o władzę! Przecież ta walka to inaczej bratobójcza walka, wojna domowa! To krew i łzy – ilu stek, tysięcy Polaków? Kto dziś, po prawie 40 latach od stanu wojennego i po 30 latach od Okrągłego Stołu – autorytatywnie weźmie odpowiedzialność? Właśnie ta walka skrzętnie jest skrywana, poprzez różne „narracje” usprawiedliwiana. Temu się sprzeciwiam. Zamiast pracy i wówczas możliwego porozumienia i współpracy Solidarności z władzą, to Solidarność porozumienie zastąpiła walką – słowem i czynem! Jeśli ktoś z Państwa ma odmienną ocenę od prezentowanej – proszę niech zechce sobie odpowiedzieć na te pytania. Czy realizacja 21 postulatów miała spoczywać tylko i wyłącznie na władzy? A Solidarność – licząca 8-10 mln. członków – czytaj głównie robotników, miała tę „realizację”, a zatem i władzę kontrolować i rozliczać metodą nieustannych strajków, żądań, okupacji budynków, wywózek na taczkach, itp. Co więcej – to władza miała obowiązek tym strajkującym i ich rodzinom dać jeść? I drugie – tu fundamentalne pytanie – czy Polska lat 70. 80, a także wcześniejszych, po 1945 r. była krajem, państwem Polaków, podkreślam wszystkich Polaków mieszkających między Odrą i Bugiem, Karpatami i Bałtykiem? Czy tylko państwem „ich, komunistów”, więc można ją było w dowolnie wybrany sposób niszczyć nie tylko strajkami, paraliżować system władzy administracyjnej, gospodarczej? Zwracam uwagę, w „tamtej Polsce” nie było „komuny”, zaś socjalizm warto odróżnić i rozumieć jako teorię ale i praktyce. Jeśli ktoś chce „zamądrzyć” odpowiedzią „na odczep”, iż demokracja powinna uwzględniać prawa mniejszości, to niech zechce zauważyć, że trzeba je widzieć, rozumieć i realizować. Ale ta mniejszość w żaden sposób nie może burzyć państwa, nawet jeśli nie było ono w pełni suwerenne. Tu dopowiem-co znaczy „burzyć państwo”? To przecież nie tylko obracać w ruinę domy, zakłady pracy. Czy to oznaczałoby tylko zabijanie członków władzy, centralnej i terenowej z działaczami, członkami PZPR na czele, może jeszcze ZSL? Czy oni wszyscy, dysponujący resortami siłowymi – MSW oraz MON – mieliby potulnie poddać się takiemu „hasaniu Solidarności”, realizującej – kto pamięta zawołanie – „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Czy po stronie Solidarności, a konkretnie jej Kierownictwa, doradców, działaczy terenowych, zakładowych i ich rodzin nie byłoby ofiar? Zapytam – kto i kiedy wystawiłby im pomniki chwały po takiej, krwawej bratobójczej wojnie, jeśli uznałby ją za godną „chwały”. A czy możliwy byłby Okrągły Stół w 1989 r. i pokojowa zmiana, demontaż ustroju, jak Państwo sobie wyobrażają? Może ktoś – jak swego czasu pan Jan Rokita uważa, że „jednak warto było spróbować”? Proszę bardzo, niech próbuje, tylko i wyłącznie na własnym grzbiecie! Wiem, że cierpienie, żałoba, jest naszą swoistą specjalnością, nauczyła nas tego Matka-Historia.

Treść powyższych publikacji skłania mnie, by zachęcić Państwa do zastanowienia się nad „początkiem drogi” – już w 1980 roku. Dlaczego wtedy? Bo przecież „porozumienia sierpniowe”, właśnie w słowie „porozumienia” zawierały główną, dalekosiężną ideę. Stały się „praktyczną treścią” dekady lat 80. zakończonej kontraktowym Sejmem, zmianą nazwy państwa i dotychczasowego ustroju, znanego jako transformacja ustrojowa, realizowana w dekadzie lat 90. Ktoś – pamiętając wizytę Edwarda Gierka w Stoczni Gdańskiej 27 stycznia 1971 r. przypomni słowo – pytanie kończące jego wystąpienie: „Pomożecie”? Wówczas padła odpowiedź – nie od wszystkich stoczniowców – „Pomożemy”! I tę datę i fakt zechce uznać za początek drogi ku narodowemu porozumieniu. Nie zaprzeczę, też racja. Jak było z realizacją w dekadzie lat 70. to oddzielny i wielce frapujący temat, godny nie tylko uwagi ale i głębokich studiów, np. publikacji i opracowań prof. Pawła Bożyka.

Fundamentalne ustalenia

Protokół „Porozumienia”… z 31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej, zawierał m.in. takie ustalenia – „Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej…Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego sytemu sojuszów międzynarodowych”…Proszę raz jeszcze przeczytać ten zapis oraz zwrócić uwagę na zobowiązanie Kierownictwa Solidarności (MKS) do przestrzegania Konstytucji. Wydawać by się mogło, że „wszystko jest w porządku”, tylko realizować zapisy tych porozumień.
Kilka dni po podpisaniu tych porozumień, na łamach „Biuletynu Informacyjnego” KOR (wrzesień 1980), Adam Michnik opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Co Państwo myślicie o tych ocenach z dystansu prawie 40 lat? Czy postępowanie Solidarności w 1980-1981 r. nie groziło „rozdarciem na strzępy tego, co jest państwem polskim …, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”? Czy Solidarność z tytułu „umowy z władzą” nie uznała się „społeczeństwem”, a stąd uzurpowała sobie prawa do wypowiadania się i decydowania za wszystkich Polaków – powtórzę – bez ponoszenia odpowiedzialności ze swoje działania? (trwa to już 30 lat). Przypomnę, w 1981 r. Polska liczyła 36 mln. obywateli, Solidarność – nikt tego nie sprawdził, 8-10 mln. członków, PZPR 3-3,5 mln. Proszę – z tej perspektywy, odpowiedzialności za „społeczeństwo”, spojrzeć na fakty.

Minęło zaledwie 2 miesiące i 10 listopada podczas rejestracji NSZZ Solidarność, nastąpił pierwszy zgrzyt. Poszło o Statut Związku, pomijający odniesienie do przestrzegania Konstytucji. Faktycznie szło o kierowniczą rolę Partii. Dziś dla wielu jest to może śmieszne, niedorzeczne Wielu może zdziwić taka postawa, gdyż Sąd Najwyższy odebrał to jako niedopuszczalne, wręcz pewną zapowiedź lekceważenia prawa. Pytany o ten stan rzeczy Lech Wałęsa, dziennikarzom m.in. powiedział – „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Co zostało z tego po roku – jesienią 1981? Czy Solidarność była tym związkiem, z którym porozumienia zostały zawarte? Czy postępowanie Solidarności, choćby tylko w 1981 roku, daje podstawy do stwierdzenia, że dążyła do porozumienia z władzą? Co konkretnie uczyniła, abyśmy byli „społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracującym dla niepodległości i demokracji”?, jak głosił i wyjaśniał Adam Michnik. Proszę, niech Państwo wskażą fakty, dowody.

W tym kontekście powinienem tu zacytować obszerne fragmenty tekstu „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18). Proszę, by Państwo po niego sięgnęli, wówczas łatwiej będzie oceniać ówczesną sytuację i odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Na pierwszym miejscu przywołuję 12 lutego 1981 r. kiedy nowy Premier rządu, gen. Wojciech Jaruzelski, wygłaszając w Sejmie ekspose, przedstawił 10 – punktowy plan reformy gospodarki i apelował o 90 dni spokoju. Akcentował – „Normalizacja życia – oto najpilniejsze zadanie. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Należy podkreślić: atmosfera spokoju społecznego i konstruktywne współdziałanie są niezbędne! Jak odpowiedziała Solidarność? Temu celowi m.in. służył Komitet ds. współpracy ze związkami zawodowymi pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, ze Stanisławem Cioskiem, jako ministrem ds. związków zawodowych oraz Komitet gospodarczy pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, I Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, Komitet ds. rolnictwa pod przewodnictwem Romana Malinowskiego, powołane po utworzeniu nowego rządu. Wszystko to, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji było znane polskiemu społeczeństwu. Wiedzę tę wzbogacały tzw. listy kierownictwa partii do członków, do robotników we wszystkich kluczowych zakładach pracy, do uczelni, Wojska i organów MSW. Także w ten sposób, z trudem, z oporami, rząd Generała skłaniał Polaków do refleksji, do myślenia o sobie i chyba powoli zyskiwał ich zrozumienie. Uprawnione jest więc powtórzenie kilka razy stawianego pytania – co kierownictwo Solidarności, działacze terenowi Związku uczynili, jakie konkretne wnioski zgłosili i realizowali w ramach tych „Komitetów”, na rzecz realizacji choćby wspomnianego apelu o 90 dni. Policzcie sobie Państwo, ile dni upłynęło od jego ogłoszenia do awantury bydgoskiej 19 marca. Warto zapytać pana senatora Jana Rulewskiego, który nie tak dawno paradował w więziennym uniformie w Senacie, co takiego-oczywiście dobrego „zrobił” dla Związku i Polski, doprowadzając niemal do strajku generalnego. Jan Olszewski, znany obrońca w procesach opozycyjnych działaczy stwierdza wprost – „Prowokacja w Bydgoszczy miała doprowadzić do strajku generalnego, a co za tym idzie do interwencji. Taka sytuacja nie może się powtórzyć i dlatego trzeba znaleźć inne metody nacisku na rząd niż strajk”. Jaką, czyją „interwencję” mecenas miał na myśli – kto z Państwa zgadnie? Może pan Rulewski ujawni treść telefonicznej rozmowy z Lechem Wałęsą (nie chciał nawet podejść do telefonu), przebieg rozmowy z władzami wojewódzkimi, z funkcjonariuszami MO, nie pomijając oczywiście soczystych słów pod ich adresem. Niech naród, społeczeństwo wreszcie z tak wiarygodnych ust pozna sens wysiłku i światłych myśli, którymi „bronił społecznych i materialnych interesów pracowników”, czytaj – robotników. Może Senator wyjawi narodowi ocenę swojego postępowania z dystansu 30 lat. Byłaby to zapewne pożyteczna lekcja patriotyzmu, myślenia w kategoriach państwa i narodu. Zapewne czas nie pozwolił Senatorowi odpowiedzieć na zachętę zawartą w tekście „Sierpniowe”, teraz jest okazja! Zbliża się czas wyborów parlamentarnych, więc motywacja też godna!
Władysław Frasyniuk na jednym z posiedzeń KKS ironizował – „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. To pierwsze udało się, przed drugim – społeczeństwo, z jego zrozumieniem sytuacji-uchronił stan wojenny.

Kolejne przykłady

Łódź – w maju Solidarność wyprowadza kobiety z maleńkimi dziećmi na ulice, jako „marsz głodowy”. Może Szanowne Panie, dziś zapewne dostojne babcie zechcą odświeżyć pamięć i wzbogacić wiedzę Polaków o to doświadczenie, refleksje po latach. Może działaczki Solidarności zabiorą głos jakimi czynami „wspierały” apel Generała. Panie-nie wstydźcie się!

Lech Wałęsa – też w maju, w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Koniecznie, Państwo Czytelnicy przeczytajcie powyższe myśli noblisty, co najmniej trzy razy. Zechciejcie przypomnieć sobie, a młodsze pokolenie Polaków wyobrazić, jakie wówczas musiało być napięcie, skoro jest mowa o konfrontacji bez przerwy, o „bijatyce między nami”. Wreszcie rzecz niebywała. Lech Wałęsa widzi – podkreślam – maj, że „ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi… Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie”. To ocena sugestywna, celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale niewyobrażalna, wychodząca poza wewnętrzny konflikt – konfrontacja. Proszę nie poczytać mi za zgryźliwość, jeśli zapytam – jak dziś oceniany jest stan wojenny? Czy nie był – w myśl cytowanych słów ratunkiem – podkreślę – by „ktoś trzeci (właśnie nie był) błogosławiony, jeśli nas rozbroi”? Ile i czyjej polałoby się wtedy krwi, łez, kto powie? Kto wreszcie spośród Kierownictwa Solidarności przyjmie odpowiedzialność za takie zagrożenie? Dlaczego więc Generał został postawiony przed Sądem za stan wojenny? Gdzie byli eksperci, doradcy Solidarności, także prawnicy na czele z Janem Olszewskim? Gwoli prawdy – Lech Wałęsa proces nazwał „porachunkami z własną przeszłością…Przeciwny jestem wszelkiej wendecie i doraźnej sprawiedliwości … Sowieci dla Polaków byli z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego…obecne władze nie powinny dopuścić do procesu Generała… Tylko dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji…Do tego połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. W książce „Droga nadziei”(wyd. 1988r.), Wałęsa mówi – „proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: moja głowa spadnie od ich ciosu, albo od twojego, Jasiu”.

Bogdan Borusewicz w książce „Konspira” (zapis z 11 października 1983 roku) m.in. mówi: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w «Solidarności» skrzydło porównywalne tylko z «Grunwaldem» czy «Rzeczywistością». Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. «Prawdziwi Polacy»z «Solidarności» też reprezentowali ideologię totalitarną,, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy «oddajcie władzę», to władza znajdzie się w naszych rękach”.

Redakcja „Robotnika” zorganizowała dyskusję, której fragmenty opublikowała w nr. 78 z 27 sierpnia 1981 r. Mówią m.in.:

– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;

– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych… Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;

– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”.

Prof. Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności („Polityka”, 11 lipca 1981), pisze: „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety «nabierać», nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw. Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”

Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Stąd panika, wykupywanie„nazapas” pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Może zechcą Państwo sami policzyć, albo zachęcić ekspertów by wskazali kiedy, po ilu latach wyrzeczeń realnie możliwe było spełnienie tych „700 lokalnych umów”.

Na 28 października, Kierownictwo Solidarności zapowiedziało, że we wszystkich zakładach pracy w Polsce zostanie przerwana praca na jedną godzinę. „Sytuacja wymaga, by społeczeństwo ostrzegło grupy awanturnicze w aparacie władzy przy pomocy powszechnej i jednolitej akcji protestacyjnej na terenie całego kraju” („Tygodnik Solidarność” nr 31 z 30.10.1981). Jednakże ogólnopolska akcja strajkowa nie miała charakteru tak powszechnego, jak zakładano, poparła ją tylko część załóg. W porównaniu z poprzednimi, ten strajk miał o wiele mniejszy zasięg i przebiegał w całkiem innej atmosferze. Wyraźnie zmieniał się stosunek opinii społecznej do strajków. Wśród samych członków i działaczy Solidarności, zdecydowanie spadło poparcie dla rozstrzygania spraw spornych w ten sposób. Potwierdził to sondaż Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Wśród około 900 losowo wybranych członków Solidarności (co piąty był działaczem, pełnił jakąś funkcję w Związku), tylko 13 proc. uznało, że ostatnio (w październiku) wszystkie strajki były konieczne, 42 proc., że większość była konieczna, 27 proc., że większości strajków można było uniknąć, a 7 proc., że wszystkich można było uniknąć („Tygodnik Solidarność” nr 34 z 20.11.1981). Strajki przestały już być manifestacją jedności i determinacji Związku, zwłaszcza regionalne protesty świadczyły, iż sytuacja zaczyna się stopniowo wymykać kierownictwu spod kontroli.

29 października Prezydium Komisji Krajowej w specjalnym „wezwaniu” zwróciło się do członków Solidarności o natychmiastowe zaprzestanie akcji strajkowych, pisząc: „akcje strajkowe przybrały charakter żywiołowy i niezorganizowany. Grozi to rozbiciem związku i utratą poparcia społeczeństwa. Ustalenia Krajowego Zjazdu i apele Komisji Krajowej nie znajdują zrozumienia. W tej sytuacji realizowanie ustalonej polityki związku staje się niemożliwe a nazwa „Solidarność” zaczyna być pustym terminem” („Tygodnik Solidarność” nr 32, 6.11.1981). Zwróćcie Państwo uwagę – członkowie „S” zaczynają myśleć!

31 października 1981, Uchwała Sejmu – „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli, Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności, Sejm rozpatrzy propozycje w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja”.

4 listopada 1981 r. – Spotkanie Trzech, jego waga, powaga, wymaga odrębnej publikacji.

25-26 listopada 1981 r. – fragment komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Kto wówczas zakładał i dziś myśli, że ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, czy nie daj Boże wprowadzić w błąd. Jakie jest Państwa zdanie?

Generał Wojciech Jaruzelski – „Staram się rozumieć różne obawy, opory, nieufność, Solidarności co do intencji władz. Paradoksalnie, ale skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy oraz radykalny nurt ekstremalny w Solidarności: «żywiły się» nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę obustronnej podejrzliwości. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur antagonizmu. Trudno jednak nie zauważyć, że to władze wysuwały różnego rodzaju propozycje, inicjatywy, zmierzające do znalezienia jakiegoś modus vivendi, a więc chociażby tymczasowego, ograniczonego kompromisu”.

Ogłaszając decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, m.in. mówił – „Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież… Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy… Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Kto, po prawie 40 latach ma dowody, by temu

zaprzeczyć, proszę podać.
Profesor Jan Widacki ocenił tak – „Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego okrągłego stołu nie były gotowe ani Solidarność, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą «doktryną Breżniewa». Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się gorbaczowska pieriestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego «drużynie», ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała”.

Może ktoś z Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego tekstu odniósł wrażenie, nawet utwierdził się w przekonaniu, że współczesna nam, Polakom nienawiść, wręcz wrogość wzajemna ma korzenie, źródła w Solidarności lat 1980-1981. Proszę się głęboko zastanowić wypowiadając tak jednoznaczne oceny i sądy. Dlaczego? Bo generalne stwierdzenia zawsze kryją, z natury rzeczy – uproszczenia, uogólnienia i zwyczajnie dla wielu ludzi są krzywdzące. Akcentując współodpowiedzialność Solidarności za stan realizacji 21 postulatów i dojście do stanu wojennego, należy widzieć głównie Kierownictwo – centralne, terenowe i zakładowe. A członkowie – przytłaczająca większość „sięgnęła po rozum do głowy”, świadczą sondaże. Dotyczy to uogólnianej oceny faktów. Słowa o. Ludwika Wiśniewskiego – „udomowiliśmy nienawiść i pogardę”, podczas mszy żałobnej za Pawła Adamowicza – mają swą moc i odniesienia do Historii, do imiennych źródeł – osób sprawujących władzę w państwie (Polsce), Episkopacie, partiach, związkach zawodowych. Jak przebiegała droga do Okrągłego Stołu w dekadzie lat 80., napiszę niebawem.