„Ostateczne… posunięcie państwa”…

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, a jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego, w tym głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy, porządku wewnętrznego i bezpieczeństwa publicznego, niezbędnego zaopatrzenia ludności oraz ogólnego ładu, dyscypliny i spokoju społecznego”

Myśl przewodnia…

„Myśl przewodnia wprowadzenia na terytorium PRL stanu wojennego, ze względu na bezpieczeństwo państwa”, to jeden z trzech dokumentów, opracowanych przez zespoły sztabowe MSW oraz MON. Przedyskutowany wraz z innymi dokumentami podczas gry decyzyjnej 16 lutego 1981 r. Skorygowany po „bydgoskim wstrząsie”, m.in. o stwierdzenie, że stan wojenny obejmie cały kraj.(pisałem w „Na progu”). Wraz z dwoma pozostałymi tj.

-„Centralny plan działania organów politycznych, władzy i administracji państwowej”;
– „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych w przypadku wprowadzenia stanu wojennego”- zostały doręczone premierowi. Proszę zauważyć-pisałem w „Na progu”, iż notatkę informacyjną o ich treści, zabrał premier 22 lutego, gdy wraz z I Sekretarzem KC PZPR udawał się do Moskwy na obrady XXVI Zjazdu KPZR.

Ocena Polski w Moskwie

Już podczas otwarcia obrad, nasza delegacja usłyszała od Leonida Breżniewa m.in.- że „przeciwnicy socjalizmu przy poparciu sił z zewnątrz, wywołując anarchię, dążą do odwrócenia rozwoju wydarzeń i skierowania go w nurt kontrrewolucyjny…Towarzysze polscy pracują obecnie nad tym, aby przezwyciężyć kryzysową sytuację. Dążą do zwiększenia zdolności bojowej partii, umocnienia (jej) więzów z klasą robotniczą, ludźmi pracy, opracowują konkretny program uzdrowienia polskiej gospodarki”. Przypomniał spotkanie przywódców państw Układu Warszawskiego w Moskwie, w grudniu 1980 r. (o nim i niedoszłym „ćwiczeniu” napiszę niebawem). Spotkanie to wykazało jasno- „komuniści polscy, polska klasa robotnicza, ludzie pracy tego kraju mogą absolutnie polegać na swoich przyjaciołach i sojusznikach; socjalistycznej Polski, bratniej Polski, nie opuścimy w biedzie i nie damy jej skrzywdzić!”

Po otwarciu obrad, premier z I Sekretarzem poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego. Niektórzy z Państwa mogą się solennie obruszyć. Uznać za zbytnią nadgorliwość, „poddaństwo” władzy ZSRR. Może cierpkie słowa padną pod adresem Generała- żołnierza, za „taką pokorę”. Nie mam zamiaru ani rozstrzygać „kto ma rację”, ani tym bardziej usprawiedliwiać tamtego faktu. To już się stało. Mam zamiar i proszę Państwa o cenę ówczesnej sytuacji. Wiem, że będziecie ją Państwo powtórnie czynić z pozycji „dzisiejszego oglądu”, gdy znany jest „ciąg dalszy”, nie tylko po 22 lutego 1981 r., ale do kwietnia 2021 r. Znane jest mnóstwo komentarzy, ocen, głównie „narracji uczonych”, do tego tych „lepiej wiedzących”. Stąd tym bardziej proszę o wczucie się w ówczesną sytuację, atmosferę i dokonanie możliwie obiektywnej oceny także tego faktu. 7 lutego 1981 r. szef MSW składa wizytę w ZSRR. Wiadomo, że gen. Mirosława Milewskiego „darzą uczuciem”. Czy pytać co powiedział „przyjaciołom” o zamiarach władzy, swoich bądź co bądź przełożonych, dyskusjach, sporach i pierwszych, roboczych zapisach odnośnie wprowadzenia stanu wojennego? Jak duży popełnimy błąd gdy powiemy, że powiedział wszystko co usłyszał, ze swoim krytycznym komentarzem? Że wszelkie rady i sugestie „przyjaciół” przyjął z uznaniem, „do skrupulatnego wykonania”? Stąd mam do Państwa pytanie- czy Generał i I Sekretarz mogli jechać do Moskwy nie przygotowując się do dyskusji na temat stanu wojennego? Pewnie, że mogli, tylko jaką sobie wystawiliby ocenę, gdyby gospodarze postawili konkretne pytania? Opowiadaliby frazesy o „bezgranicznej miłości” do ZSRR i komunizmu, jak np. Dubczek 13 lat wcześniej? Chyba aż tak nisko nie oceniają Państwo inteligencji i wyobraźni Generała i I Sekretarza, mimo ciągłego pokazywania ich w „czarnych barwach”. Proszę wziąć pod uwagę poprzedni tekst, „Bydgoski wstrząs”, gdzie piszę o „Notatce” z rozmowy z gen. Janem Łazarczykiem. Nie tylko jeden płk Czetwiertnikow „miał na oku wnętrze” Polski i Wojska.

Nie chcę obrazić Państwa inteligencji!

Nie trudno się domyśleć, że „temat Polski” był w kuluarach Zjazdu wiodącym. Jedni rozpytywali co się stało, inni, np. Erich Honecker tłumaczył Fidelowi Castro – „na nas, bratnich krajach, można polegać. Powiedzieliśmy towarzyszowi Jaruzelskiemu, że byłoby najlepiej, gdyby uregulowali sytuację własnymi siłami. Towarzysz Kania oświadczył mi, że prowadzą przygotowania do stanu wyjątkowego. Opierają się na wojsku, organach bezpieczeństwa i milicji, a także na najlepszych siłach partii. Powiedzieliśmy mu, że teraz nie wolno już dalej się cofać, ponieważ wtedy utraciliby resztki zaufania… Jeśli polska partia nadal będzie tolerowała takie ekscesy, sojusznicy zainterweniują. Jesteśmy odpowiednio przygotowani”( zwracam uwagę na „gotowość do interwencji” NRD i innych). Nie muszę Państwu pisać, że Premier z I Sekretarzem KC PZPR wrócili po dwóch dniach w minorowych nastrojach i sięgnęli po te dokumenty, by raz jeszcze je przemyśleć.

Podpisy i zbieg okoliczności

27 marca zatwierdził je Premier. Ponadto, dwa pierwsze- parafował I Sekretarz KC PZPR. Patrząc na datę, nie trudno spostrzec, że opisany „wstrząs bydgoski”, przyspieszył ich redakcję. To jego „wiekopomna zasługa”, a głównie pana Jana Rulewskiego. Czy potrzebna?- oceńcie Państwo. Czytelnik zwrócił mi uwagę, że nie napisałem, iż Pan Jan w więziennym uniformie paradował w Senacie, nawet było mu „do twarzy”! Odczytał ten fakt jako strój, na który sam zapracował. I przyznał się! Szkoda, że po latach, ale to też „coś”! Nawet Senat spełnił rolę tak kształcącą! (wobec kogo- pomyślcie Państwo). Naganę przyjąłem z pokorą.
Zgodnie z zapowiedziami Solidarności, 27 marca kraj zamarł na cztery godziny. W strajku ostrzegawczym wzięli udział pracownicy większości zakładów. Też 27 marca, ok. południa, do I Sekretarza KC zadzwonił Leonid Breżniew. Rozmowa dotyczyła zakończonego protestu. Jego zdaniem sytuacja weszła w fazę krytyczną, bo „wrogowie rwą się do władzy i w związku z tym powstało śmiertelne zagrożenie dla socjalizmu”.

Przekonywał, że „trzeba wykazać męstwo, ponieważ jest to ostatni moment, aby podjąć decyzje związane z ogłoszeniem stanu wojennego”. Rozmowa była bardzo emocjonalna, Breżniew dosłownie krzyczał na mnie. Wściekał się, że władzę przejmuje kontrrewolucja i bez przerwy naciskał na wprowadzenie stanu wojennego – opowiada Stanisław Kania w książce „Powstrzymać konfrontację”.

Kilka godzin po rozmowie Kani z Breżniewem, 27 marca w Warszawie wylądował samolot specjalny, którym przyleciał dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw Stron Układu Warszawskiego marsz. Wiktor Kulikow. Teraz przybywał w roli osobistego wysłannika sekretarza generalnego KC KPZR. To dawało mu większe prawa niż wszystkie posiadane przez niego stanowiska i tytuły razem wzięte. Z nim przybyło blisko 30 wysokich rangą przedstawicieli wojska i KGB, m.in. adm. Władimir Michajlin (zastępca Głównodowodzącego Zjednoczonych Sił Zbrojnych ds. Marynarki Wojennej), gen. Antolij Gribkow (Szef Sztabu ZSZPS UW), gen. Anatolij Mereżko (zastępca Szefa Sztabu ZSZPSUW), gen. Titow, gen. Katricz a także gen. Władimir Kriuczkow, I zastępca przewodniczącego KGB. W grupie był wiceprzewodniczący Państwowej Komisji Planowania ZSRR- Inoziemcow, który miał skontrolować stan polskiej gospodarki. „Przyjechali, m.in. ludzie, którzy pracowali nad przygotowaniem operacji wojskowych oraz politycznych na Węgrzech i w Czechosłowacji”- wspomina gen. Wojciech Jaruzelski.

„Presja na wprowadzenie stanu wojennego rosła. Radzieccy wojskowi niemal od razu po przylocie rozpoczęli kontrolę stanu prac nad przygotowaniami i dokumentami związanymi z tą opcją. Sztab Generalny wizytował m.in. gen. Nikołajew, mający z duże doświadczenie w akcjach specjalnych, związanych m.in. z inwazją na Czechosłowację w 1968 r. Przeczytał dokumenty, które przygotowywaliśmy, ale nie wyglądał na zachwyconego efektem naszych działań. Zaproponował on m.in. zawieszenie Konstytucji i przejęcie władzy w kraju przez Wojsko” – wspomina gen. Franciszek Puchała, członek zespołu opracowującego plany wprowadzenia stanu wojennego.

Radzieccy „konsultanci” nie byli zadowoleni z przedłożonych im dokumentów. Na tę okoliczność przywieźli swoje plany, opracowane w radzieckim Sztabie Generalnym. Odmówiono im „przyjemności”, nie przyjęto! Musieli przyjąć do wiadomości nasze racje i warianty działań.
Wizyta radzieckich generałów nie miała na to żadnego wpływu na treść i czas podpisu tych trzech dokumentów. Stanisław Kania wspomina, że „podpisanie nie powodowało powstania żadnej nowej sytuacji. Te dokumenty były formą prezentacji tego, co zrobił od października 1980 roku zespół pracujący nad stworzeniem rozwiązań prawnych umożliwiających wprowadzenie stanu wojennego. Chodziło o to, żeby te przepisy były zgodne z Konstytucją PRL. Wtedy naprawdę nie mieliśmy zamiaru wykorzystywać tej możliwości… Samo ogłoszenie stanu wojennego było uzależnione od zupełnie innych decyzji, niż te, które zapadły 27 marca”. Dalej pisze b. I Sekretarz – „Ta sprawa rozgrywała się nie w MON czy w MSW, ale w rozmowach na moim szczeblu. Bez mnie, czyli bez akceptacji pierwszego sekretarza, nikt nie mógł w tej kwestii niczego zdecydować. A ja wówczas nie miałem zamiaru, ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości, wprowadzać stanu wojennego, nawet mimo ogromnej presji ze strony Moskwy” – zapewnia, we wspomnianej książce.

Kolejne presje

Późnym popołudniem 3 kwietnia na Okęciu wylądował tajemniczy radziecki samolot. Na kadłubie i skrzydłach nie było ani czerwonej gwiazdy, symbolu radzieckich sił powietrznych, ani napisu „Aeroflot”, który znajdował się na maszynach cywilnych i tych, z których korzystali radzieccy przywódcy. Wsiedli do niego ok. godz.19-ej: I Sekretarz KC PZPR Stanisław Kania, premier Wojciech Jaruzelski i adiutant Generała, chor. Marian Stepnowski.

Stanisław Kania wspomina, że o tej misji powiedział Kazimierzowi Barcikowskiemu oraz Kazimierzowi Rokoszewskiemu i również żonie. Generał o miejscu i celu podróży powiedział gen. Michałowi Janiszewskiemu. Poprosił on do siebie chor. Mariana Stepnowskiego. Polecił mu „podnieść dwa palce i złożyć przysięgę, że to, co powie, zostanie tajemnicą”. Dziś „Generał i Stanisław Kania udają się do ZSRR. Nie można wykluczyć, że mogą zostać zatrzymani, a w kraju będzie wprowadzony tzw. porządek. Następnie objął mnie, ucałował i powiedział ->trudno, taki wybrałeś etat, mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy<”- wspomina Chorąży. Może to po latach brzmi „tajemniczo śmiesznie”, ale wtedy było „wyczuwalne zagrożenie”- dla gości w ZSRR i dla części członków władzy w Polsce, gdyby ZSRR chciał złożyć „gościnną wizytę”. Samolot wylądował w Brześciu nad Bugiem. Były dwa zasadnicze tematy rozmowy- sytuacja gospodarcza i stan wojenny. Rozmówcy gości – Jurij Andropow i Dmitrij Ustinow m.in. zagrozili wstrzymaniem dostaw surowców, o ile sytuacja w Polsce będzie nadal się zaogniać. I przypomnieli, że całość polskiego importu ropy naftowej pochodzi z ZSRR, którą sprzedają Polakom za połowę wartości rynkowej. Podobnie jest z ceną bawełny, rud żelaza i wielu innych towarów. Radzili, by użyć tych argumentów w rozmowach z Solidarnością, akcentując jakie konsekwencje mogą mieć ich działania (napiszę o tym wkrótce). Seria zarzutów, wręcz oskarżeń spadła na gości za wykręcanie się, zwlekanie ze stanem wojennym. Jurij Andropow przypomniał – „z wyrazem wyrzutu” wobec Generała, że dokumenty są gotowe, radzieccy doradcy gotowi są służyć pomocą – „wystarczy podpis”. Stanisław Kania stwierdził, że nie jest to możliwe, gdyż zdecydować o tym może tylko Sejm. Mimo to- pamięta I Sekretarz- „namawiano nas do zdecydowanych siłowych działań. Ale my mogliśmy jasno powiedzieć o konsekwencjach potencjalnej wojskowej interwencji w Polsce. Nikt by nas nie zrozumiał. Bylibyśmy bezsilni wobec masowych strajków, by cokolwiek zrobić, nawet z pomocą sąsiadów. Podkreślaliśmy, że zaprowadzimy porządek własnymi siłami. To spotkanie oddaliło zagrożenie, może trochę innego rodzaju niż to z w grudnia 1980, ale również bardzo poważne”( o „grudniu” napiszę niebawem). Wreszcie, po długich dyskusjach i gorących sporach- Andropow podsumował rozmowę: „No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego”. Zaznaczył dobitnie- „Nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje”. Rosjanie byli zdecydowanie mniej zadowoleni z przebiegu brzeskiej wizyty niż strona polska – ocenił Generał. Kilka dni później, 9 kwietnia, na posiedzeniu BP KPZR, relacjonując „brzeskie spotkanie”, marsz. Dmitrij Ustnow, mimo wielu krytycznych uwag m.in. ocenił – „trzeba nam tę dwójkę, Kanię i Jaruzelskiego utrzymać i umocnić więź między nimi”. Ogólny wniosek-„obecnie bardzo ważne jest utrzymanie prawidłowego tonu w stosunkach z naszymi przyjaciółmi. Z jednej strony nie trzeba ich przyhamowywać bez potrzeby, nie potęgować nerwowości, aby nie opadały im ręce. A z drugiej – wywierać ciągłą presję, taktownie zwracać uwagę na błędy i słabości ich polityki, w towarzyskim duchu doradzać, co należy zrobić”. Słowa podziękowania usłyszeli Andropow i Ustinow, że „odbyli bardzo pożyteczne spotkanie z Kanią i Jaruzelskim”. Proszę Państwa o obiektywną, racjonalną ocenę tej „wizyty”, o wnioski dla swoich dzieci i wnuków. Generał 21 maja poinformował BP KC PZPR, że kilka dni wcześniej odwiedzili go gen. Jurij Zarudin, dowódca stacjonującej w na terenie Polski Północnej Grupy Wojsk, oraz ambasador ZSRR Boris Aristow. Powiedział, że „rząd ZSRR zwraca uwagę kierownictwu PRL na przypadki prowokacyjnego zachowania się obywateli polskich w stosunku do radzieckich wojskowych oraz zjawiska antysowietyzmu występujące w całym kraju”. Ambasador skarżył się, że 19 marca w Legnicy napadnięto na sześciu żołnierzy Armii Radzieckiej. Oświadczył również, że 13 maja pijany członek Solidarności zaatakował radziecki patrol, a milicja, mimo wezwań, nie pojawiła się na miejscu. Opowiadał także o przykładach „antyradzieckiej propagandy w formie plakatów, ulotek, wystaw karykatur, napisów itd”. Stwierdził, że Solidarność przestała być związkiem zawodowym i zaczyna się przekształcać w siłę polityczną. Pretensje ambasadora dot. również obchodów 9 maja, rocznicy zakończenia II wojny światowej. Według niego świadczą „o niedostatecznej pracy polityczno-propagandowej i partyjnej na rzecz przyjaźni”. Jak z tego widać – radziecka presja rosła. Pretensje były właściwie o wszystko. Partia wobec „stanu” To oczywiście odrębny, złożony temat. Tu jedynie proszę Państwa o powtórne spojrzenie na cytat rozpoczynający tekst. Mając przed sobą zarysowany obraz radzieckiej presji – tylko w okresie 3 miesięcy pierwszego półrocza 1981 r. – proszę zwrócić uwagę na istotę „myśli”. Że „po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych”. Cóż to wtedy znaczyło? Że władza, szczególnie Partia i rząd rozmawiając i przekonując Solidarność do rozsądku, co czynił także Kościół- przypomnę Prymasa-„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”, zawsze mogła powiedzieć, że toczy żmudne spory, przyznaje się do błędów czy zaniedbań. Tak postąpił Stanisław Kania, gdy „przyciśnięty do muru” w Brześciu, stwierdził -„ostatnie wydarzenia, strajk ostrzegawczy z 27 marca i wydarzenia bydgoskie pokazały, że Solidarność jest silniejsza od władz” (o rozsądku Solidarności, niebawem). Co więcej-władza inaczej niż sąsiedzi, niż ZSRR postrzega stan wojenny. Nie jako walkę, użycie siły wobec Polaków, podkreślam, ale jako ostateczność, do której nie chce dopuścić przez swój brak ostrożności czy zniecierpliwienie odrzucaną wolą porozumienia. To także denerwujący ich – ale nasz argument, na który mogą krzyczeć, wyklinać, wreszcie muszą zacisnąć zęby i czekać… Jak długo? Kto z Państwa może wskazać granicę „cierpliwości sąsiedzkiej” w 1981 r. z dystansu 40 lat? A kto zechciałby wskazać taką granicę dla Solidarności, po przekroczeniu której, nastąpi użycie siły? Nie wstydźcie się Państwo, przecież wśród nas jest jeszcze kilka milionów Polaków, którzy 40 lat temu „dziarscy i zadziorni, pełni werwy” wygrażali władzy, szykowali się do obrony zakładów pracy. Przed kim, na jak długo, z jaką pewnością swoich, tylko swoich racji? Proszę też o zastanowienie się i krytyczną ocenę – czy partia, władza, wystawiając „swój grzbiet” pod „polityczne ciosy” i obelgi sąsiadów, nie broniła w ten sposób „grzbietu, skóry” Solidarności przez jej „wygarbowaniem” wciąż chętnymi rękoma sąsiadów (oczywiście, ta „chęć” falowała, ale ciągle była). Wrócę do tych kwestii w kolejnych tekstach. Po co ten „stan”? Przeczytaliście Państwo, że „jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego… głównie przywrócenia normalnego rytmu pracy… niezbędnego zaopatrzenia ludności”. Znów cisną się pytania- kto „naruszał prawo konstytucyjne”? Czyżby ZSRR, który w Brześciu groził ograniczeniem dostaw surowców, „sprawiał” brak „normalnego rytmu pracy”? A kto odpowiadał za brak „niezbędnego zaopatrzenia ludności”? Tu niektórzy gotowi są krzyknąć- władza się wyżywi! Zapamiętaliśmy to. A czy członkowie Solidarności, a głównie jej bojowi działacze, inspiratorzy i autorzy „patriotycznych wezwań” nie potrzebowali „zaopatrzenia”, nie musieli jeść? Zapomnieli, gdy Lecha Wałęsa wołał- „wszyscy mamy jednakowe żołądki”. Cóż, zapomniał i więcej nie przypomniał, że „wszyscy”, bez wyjątku- mają dbać o ich napełnienie! Właśnie, co i jak poczynać, by przekonać poprzez rzeczowe argumenty i racje o potrzebie pracy dla siebie, nie dla „ruskich”, jak długo trzeba było czynić, by masy robotnicze „przejrzały na oczy” i zrozumiały, że stan wojenny będzie ostatecznym posunięciem państwa. Od strony tzw. politycznej, społecznej i gospodarczej jest mnóstwo opracowań, nie szczędzących krytycznych ocen władzy. Rzadko znajdziecie Państwo wśród nich oceny wyważone, zachęcam do sięgnięcia po książkę „Modzelewski-Werblan Polska Ludowa”, Wyd. Iskry, Warszawa 2017. Sygnalizowane wyżej, zaledwie cząstkowe problemy i dylematy były w nieustannym zainteresowaniu sztabów pracujących nad kompleksowym przygotowaniem dokumentacji tego stanu. Szeroko, jak wspomniałem wcześniej – ciekawie, z przywołaniem wielu szczegółów, także różnych niuansów i zawiłości, jakie napotykali planiści w sztabach i wszystkich ministerstwach, opisuje gen. Franciszek Puchała w książce „Kulisy stanu wojennego”. Wrócę do tej problematyki jesienią, gdy I Zjazd Solidarności i zorganizowane strajki postawiły Polskę na kolejnym progu do stanu wojennego, a którego w grudniu – niestety, ale nie udało się uniknąć.

Na zakończenie. Korzystam z sugestii wielu serdecznych, oddanych i życzliwych dzieciom, wśród Państwa i uprzejmie proszę o pozytywne odniesienie się do inicjatyw wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Na progu stanu wojennego

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”…

Myśl przewodnia…

„Bydgoski wstrząs”- pisałem o nim w jednym z poprzednich tekstów – postawił Polskę na progu stanu wojennego. Od tego stwierdzenia, wywołującego u niektórych- nawet po 40 latach – tzw. ciarki na plecach rozpoczynam z Państwem kolejną dyskusję. Tytuł tej publikacji podsunął mi jeden z Czytelników, zastrzegając podanie nazwiska. Dziękuję serdecznie, Państwu za wiele celnych uwag i spostrzeżeń, szczególnie tych życzliwie krytycznych. O niektórych wspomnę.

Na wstępie uprzejmie Państwa proszę o rozróżnienie dwóch pojęć: stan wojenny oraz interwencja zbrojna sąsiadów. Dziś będziemy skupiać uwagę na pierwszym. Drugie zasługuje na odrębną i to nie jedną publikację. Tu osobom „krytycznie uczulonym” wyjaśniam- „interwencja zbrojna sąsiadów”- finezyjnie NIE ukrywa odpowiedzialności ZSRR. O tym wiedzą wszyscy, to wynikało z jego dominującej pozycji w bloku wschodnim. „Polityka historyczna” ostatnich lat, rozbudziła wśród Polaków nienawiść do Rosjan, trwającą od kilku wieków, zwaną rusofobią. Jednocześnie ukryła inspirującą, podjudzającą rolę NRD i CSRS. Te państwa same utrzymywały gotowość do interwencji-Czesi do czerwca, NRD- do kwietnia 1982 r.- ale o tym później.

„Sierpniowe” oceny

Wydarzenia lipcowo-sierpniowe 1980 r., które strajkami i protestami objęły cały kraj, były głównym czynnikiem do ocen i przemyśleń. Oto kilka z nich:
– „Dziś żądają związków, utworzą siłę, a potem przypuszczą szturm na partię, na rząd, na Sejm” (Edward Gierek, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Będzie to stworzenie organizacji klasy robotniczej, możemy stracić możliwość sprawowania władzy” (Stanisław Kania, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Pojawią się procesy, które zaczną nas niszczyć i partia będzie musiała podjąć walkę” (Andrzej Werblan, 30 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR).
Oczywiście, wtedy, w sierpniu, w całym roku 1980 i później, każdy członek Partii, każdy dorosły Polak miał swoją ocenę sytuacji i – co jasne- każdy miał „swoją rację”. Przytłaczająca większość za zaistniałą sytuację winiła Kierownictwo Partii i rząd. Czy miała rację, śmieszne pytanie, ktoś powie. I teoretycznie i praktycznie racja była po stronie krytykujących. Przecież to władza- partia i rząd, podejmowały decyzje, czy to w formie uchwał Zjazdu (VII był się w 1976), czy słynnych 5-cio latek, planów rozwoju gospodarczego. Również władza korygowała bieżącą realizację tych planów. Ważnym i głośnym sygnałem do ich korekt były wydarzenia w Radomiu i Ursusie, 1976 r. Państwo zapewne z dostępnej i bogatej literatury znają te oceny. Na polu gospodarczym skłaniały ku ograniczeniu korzystania z zachodnich kredytów, a tym samym nie otwierania nowych inwestycji, a kończenia rozpoczętych, by zaczęły przynosić korzyści z podejmowanej produkcji. Pojawiły się niedobory na rynku, np. cukru i ukryta reglamentacja oraz podwyżki cen niektórych towarów. Był to dość wyraźny sygnał, że społeczeństwo nie tylko dostrzeże, ale i wyrazi niechęć. Znajdzie się ich „polityczny obrońca”. I tak się stało. Powstał Komitet Obrony Robotników (KOR) oraz Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Lepszej okazji, sytuacji w kraju, dla ich utworzenia nie można było sobie wyobrazić. Sprzyjała im atmosfera międzynarodowa- Akt Końcowy KBWE 1975. Polska zgodziła się na zapis o prawach człowieka, ale bez zgody się na oficjalne uznanie prawa do istnienia opozycji politycznej i strajków. Długo nie trzeba było czekać, zaledwie rok!

Lipcowo-sierpniowe protesty i strajki. Ale wtedy, w sierpniu zasadnicze pytanie brzmiało – co dalej? Choć niektórzy rozważali warianty „siłowego rozwiązania”, coś na wzór Grudnia’70, przeważała ostrożność i wola dojścia do porozumienia ze strajkującymi. Tę sytuację obrazowo oceni Jacek Kuroń- „W grudniu paliliśmy komitety, teraz utworzyliśmy swoje” (z przekąsem można powiedzieć -„nauka nie poszła w las”).Słusznie-przeważył pogląd na porozumienie, choć obawy wciąż rosły po stronie władzy. Dotyczyły rosnących żądań strajkujących. Ich presji i atmosfery nacisków nie wytrzymał przedstawiciel władzy, wicepremier Tadeusz Pyka. Zastąpił go Mieczysław Jagielski. Przerwy w produkcji, różne zakłócenia w komunikacji i codziennym życiu dla milionów Polaków nosiły nawet znamiona sensacji, choć wielu pamiętało wydarzenia grudniowe. Taką, nie spotykaną od 10-ciu lat sytuacją, Polska „zwróciła oczy” Europy. Stała się obiektem szczególnego zainteresowania. Wreszcie doszło do porozumienia- najpierw Szczecin, gdzie 30 sierpnia Komitet Strajkowy w Stoczni Warskiego i Kazimierz Barcikowski, podpisali stosowny dokument. Podpisane dzień później porozumienie w Gdańsku – 21 postulatów zna cały świat, nawet trafiły na listę UNESCO! Czy zakończyło strajki?- o tym za chwilę.

Wyzwania i oczekiwania

Rząd premiera Józefa Pińkowskiego i Kierownictwo Partii ze Stanisławem Kanią na czele, stanęły przed niezwykle trudnymi wyzwaniami, głównie dwoma – koniecznością reformy gospodarki oraz realizacji podpisanych porozumień. Tu można toczyć spór, co było ważniejsze – reforma czy realizacja postulatów. Zarys reformy rząd przedstawił na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu”…chodziło o porozumienia sierpniowe. Co zapisano odnośnie reformy? Oto pkt. 6-„Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez: a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Proszę o cierpliwość- będę o tym pisał w kolejnym tekście traktującym o działaniach Solidarności. Wspomnę tylko, że założenia reformy wysłano do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie-jaka była reakcja? Wszyscy, poza Węgrami-odnieśli się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto istota – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł…Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach” (szerzej pisałem na łamach rok temu). To także pod rozwagę wszystkim, którzy z kwaśną miną przyjęli ocenę- CSRS i NRD „podpowiadały” ZSRR interwencję zbrojną.

Realizacja 21 postulatów- tak ze strony władzy jak i Solidarności wymaga odrębnej analizy i oceny. Władza liczyła, że podpisane „Porozumienia” zakończą strajki, a zawołanie Lecha Wałęsy-„do roboty”, uczyni je faktem. Tu tylko taki szczegół. „Protokół porozumienia”… kończy się zapisem- „Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zobowiązuje się do zakończenia strajku z dniem 31 sierpnia 1980 roku o godz. 17.00”. Kto z Państwa pamięta co było dalej, przypomnę: dopiero 3 września podpisano odrębne porozumienie z górnikami, a 11 września z hutnikami. Niektórzy publicyści oceniają, że wrześniowa fala strajków była większa niż lipcowo-sierpniowa. Objęła ok. 800 zakładów i ok. 1 miliona osób. Dlaczego tak się stało- kto z Państwa zna odpowiedź? Tu pojawiają się uniki i wykręty. Dla przykładu- cytowany Komitet faktycznie zaprzestał strajku po podpisaniu umowy, czyli „wywiązał się” z zapisu. A „teren”? Albo nie „dosłyszał” co „centrala” ustaliła albo nie dowierzał- teraz można powiedzieć- „swojej górze” i dalej strajkował. A może MKS „cieszył” się z poparcia „dołów”, że „zapomniał” wprost nakazać zaprzestanie strajków” A może to „doły” tak „cieszyły” się z możliwości strajkowania i „siły”, jaką mogą pokazać partii. „Radość trwała”. Jeśli ktoś z rezerwą czytał fragmenty ocen Edwarda Gierka, Stanisława Kani, prof. Andrzeja Werblana- przecież osób nie wszystkich, które zabierały głos na posiedzeniach (są dostępne w wydanych protokołach)-proszę o zastanowienie się.

Wnioski ze strajków

Osobną nie mniej wnikliwą analizę prowadziło Kierownictwo MSW.Obiektem obserwacji i pogłębiających się analiz był szeroko rozumiany rozkład dyscypliny społecznej, powszechne łamanie prawa, zasad współżycia społecznego, itp. Ważne było uzyskanie odpowiedzi – kiedy i jak należy przygotować podległe siły i środki oraz jak działać, by ten chaos zakończyć. Kryje się tu wątpliwość-czy Partia, władza, metodami politycznymi, także propagandowymi zdoła sytuację opanować. Meldunki organów MSW pozostawiały niewielki margines na taką nadzieję Że siły te od początku roku były w „gotowości”, to oczywiste. Że ocena wydarzeń grudniowych, była dla MSW druzgocąca i w przytłaczająco słuszna, za brutalne i w ogóle nadużywanie siły-widziano dobrze. Choć pojawiały się „łagodzące głosy”, że decyzje pojęła „partyjna góra”, ale wykonanie było nasze- replikowano. Co było szczególnie rażące- bicie bezbronnych osób wśród nich kobiet na ulicach, które nie stawiały oporu, nie podejmowały bójek. Dokumentalne zdjęcia pokazują, a filmy dokumentalno-fabularne jaskrawo, wyeksponowały bicie, katowanie osób zatrzymanych na posterunkach MO. Katowanie pokazano celowo, do przesady-na 70 rocznicę Grudnia, by młode pokolenie tak zapamiętało tamten czas. Kto teraz przyjmie gorzką, ale prawdę? Oglądałem te filmy ze zgrozą, myśląc o młodym pokoleniu. Skoro tak postępowało MO z demonstrantami to dlaczego podobnie – piszę podobnie, „nie tak samo”- dzisiejsza Policja ma nie traktować kobiety manifestujące na ulicach? Ta Policja dziś ma, tak samo jak MO 70 lat temu, też miało- poparcie władzy! Dziś nawet więcej- wspiera Episkopat! Czy z wiosną przyjdzie opamiętanie, głównie w Policji przy wykonywaniu poleceń władzy przeciwko pokojowo demonstrującym Kobietom? Publikacja-jedna z wielu w Przeglądzie, np. ostatni nr 13, „Byczy protest”. Cytat- „Siedzieliśmy kilka godzin, słuchając policjanta, któremu sprawiało satysfakcję szydzenie z nas i innych protestujących. Agresywnie obśmiewał fryzury, ubrania, zachowanie. Podobnie postępowała towarzysząca mu policjantka, szczególnie pastwiąca się nad jednym z nas-niepełnosprawnym mężczyzną”. Ten fakt dedykuję kapelanowi Policji z Ordynariatu Polowego WP, duchownym etykom i moralistom. Rodzicom i rodzinom policjantów, a policjantek- w szczególności!

Szef resortu, Stanisław Kowalczyk zalecił bieżącą analizę sytuacji. Oceny i wnioski wskazywały na-oględnie mówiąc- rozkład dyscypliny w kraju. Strajki lipcowo – sierpniowe i wynikające stąd wnioski wskazały na konieczność „systemowego podejścia”. Oznaczało to, że przeciwdziałać „rozwydrzeniu społecznemu” musi nie tylko MSW, ale i MON, terenowe organy władzy i administracji. Jeśli tak, to konkretnie kto, jakie organy władzy? Proszę zauważyć, że Stanisław Kania, od 5 września 1980 r. I Sekretarz, przez wiele lat był w Kierownictwie Partii odpowiedzialny za nadzór nad resortami-MSW oraz MON. Znał więc wiele niuansów i zawiłości ich specyfiki organizacyjnej i zasad działania. Nie mógł lekceważyć ocen i wniosków MSW, podobnie MON. Józef Pińkowski, premier też od 5 września- z urzędu został przewodniczącym Komitetu Obrony Kraju (KOK). Został więc odpowiedzialnym za całokształt bezpieczeństwa Państwa, a wewnętrznego- wtedy szczególnie!

Stan wojenny

Nie wiadomo dokładanie, kiedy pojawiła się w MSW myśl- wniosek, by sięgnąć do zapisów Konstytucji. Początkowo nie mówiono tego wprost. Jednakże nic nie przeszkadzało, by Kierownictwu Partii i rządu zwrócić uwagę na art. 33 Konstytucji, stanowiący o wprowadzeniu stanu wojennego. Zapis brzmiał-„Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa” (art.33, ust. 2). Wprowadzenie mogło nastąpić w drodze dekretu z mocą ustawy, a te Rada Państwa mogła wydać „w okresach między sesjami Sejmu” (art. 31, ust.1). A jeśli będzie obradował Sejm? tego nie rozstrzygnięto, stąd potem kwestia legalności.

Prawdą jest, że prace koncepcyjne nad stanem wojennym, zapoczątkowano w MSW, we wrześniu 1980 r. Dokładnie i interesująco, całokształt przygotowania i realizacji stanu wojennego przedstawia gen. Franciszek Puchała w książce- „Kulisy stanu wojennego”, wyd. Bellona 2016. Słowa poważania i uznania Panu Generałowi. Zachęcam Państwa do interesującej lektury.

12 listopada 1980 r. na posiedzeniu KOK omawiano- jak pisze gen. Puchała- „studyjną wersję koncepcji stanu wojennego”. Pojawiły się pierwsze rozbieżności pomiędzy MON a MSW. Nowy szef MSW, gen. Mirosław Milewski wskazywał na udział Wojska przy pacyfikowaniu fal następnych protestów i strajków, jakie mogą wybuchnąć. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski-kierując się wnioskami z Grudnia’70 – uważał, że Wojsko może wspierać Milicję logistycznie i prowadzić działania osłonowo-ochronne, szczególnie obiektów ważnych dla obronności Państwa.

KOK zgodził się – na wniosek MON- by procesem prac planistycznych objąć kluczowe resorty cywilne. Premier uważał, że konieczne jest opracowanie propozycji zmian w Konstytucji pozwalających na wprowadzenie tego stanu oraz innych regulacji, w tym ograniczenia, a nawet zakazu strajków na określony czas, w szczególnie newralgicznych obszarach gospodarki. Dalszy proces planowania realizowały: Sekretariat KOK, Sztab Generalny (SG WP) oraz sztab MSW. Organy te prowadziły bieżącą analizę sytuacji wewnętrznej, uogólniając wynikające stąd wnioski – wprowadzano do opracowywanych dokumentów. Dla Solidarności każda okazja była właściwa, by gotowość strajkowa „nie spuszczała z tonu”. Tę „niezwykłą aktywność” opiszę osobno. Tu taka ciekawostka. 10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy wreszcie zarejestrował NSZZ Solidarność. Dlaczego „wreszcie”? Związek „zapomniał” wpisać do statutu przestrzeganie Konstytucji! Żądanie Sądu dało taki efekt- uliczne protesty! Prymas Tysiąclecia, po rejestracji- spotkał się z przedstawicielami i powiedział im – „Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”. Co Państwo myślicie, nie wstydźcie się tak oceniać pannę „S”- nawet po 40 latach!

Gra decyzyjna

Nowym szefem KOK, od 11 lutego 1981 r. został premier rządu gen. Wojciech Jaruzelski. Prace planistyczne były mocno zaawansowane. 14 lutego gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, zameldował, że przy współpracy KOK, ministerstwa sprawiedliwości oraz prokuratury generalnej przygotowano projekty podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości. Gotowe były przepisy wykonawcze. Opracowano szczegóły akcji internowania osób zagrażających bezpieczeństwu państwa. Ponadto, przygotowano zasady cenzurowania przesyłek pocztowych, korespondencji telekomunikacyjnej i telefonicznej. Opracowano zasady wyłączenia teleksów i telefonów oraz wojskowej ochrony budynków radia i telewizji w chwili wprowadzenia stanu wojennego.

Rozpatrzenie koncepcji wprowadzenia stanu wojennego przyjęto metodą gry decyzyjnej. Zaplanowano na 16 lutego, w dwóch etapach. Kierowali nią: Szef SG WP, gen Florian Siwicki oraz ówczesny szef MSW gen. Mirosław Milewski. Uczestniczyło 38 oficerów z MON i MSW oraz przedstawiciele wydziału propagandy KC PZPR, wśród nich Walery Namiotkiewicz, odpowiedzialny za propagandę.

W I etapie zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę, treść i skutki wprowadzenia tego stanu, ze względu na bezpieczeństwo państwa. Sprecyzowano – w świetle hipotetycznie założonych wariantów rozwoju wydarzeń w kraju – główne przesłanki, uwarunkowania oraz optymalny tryb jego wprowadzenia. Na tym tle dokonano kompleksowego przeglądu stanu przygotowań organów władzy i administracji do realizacji przypisanych zadań. Przeanalizowano wzajemną synchronizację planów działania resortów i możliwości efektywnego współdziałania.

W II etapie poddano analizie koncepcję działania po wprowadzeniu stanu wojennego. Tu zwrócono szczególną uwagi na przedsięwzięcia prowadzące do osiągnięcia głównego celu, czyli zapewnienia normalizacji życia kraju w okresie obowiązywania tego stanu. Generalny wniosek z gry był następujący- wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością. Zapisano go jako istotę, sedno myśli przewodniej- „Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”. O tym w kolejnej publikacji.

Za naczelne zadanie wszystkich organów władzy i administracji państwowej w obecnej sytuacji kryzysowej uznano energiczne działania na rzecz wyeliminowania przesłanek jego wprowadzenia poprzez egzekwowanie przepisów prawa, umacnianie dyscypliny społecznej, przywrócenie normalnego rytmu pracy i nauki oraz szerokiego politycznego oddziaływania. Gdy okaże się konieczne- izolowanie organizatorów strajków i różnych prowodyrów.

Dość wnikliwie analizowano możliwości i sposoby ogłoszenia społeczeństwu informacji o wprowadzenia tego stanu. Na tym etapie nie podjęto wiążących decyzji, zalecając dalsze prace koncepcyjne. W sumie gra wykazała zaawansowany, choć nie pełny stopień przygotowania państwa na taką „ostateczną konieczność”.

Premier-Generał zapoznał się 21 lutego z „wnioskami- notatką”, opracowaną przez płk Ryszarda Kuklińskiego. Wniósł kilka uzupełnień i polecił przygotowanie krótkiej informacji do zapoznania władz ZSRR na XXVI Zjeździe KPZR(w USA też wiedziano-od kogo, kto zgadnie?)

Na zakończenie.

Przyjąłem-z uznaniem Państwa sugestię- pisania „kalendarza faktów”, prowadzących do stanu wojennego. Dobrze się złożyło – mogę go rozpocząć. Dla chronologicznego więc porządku:

– wrzesień 1980 r., początek prac koncepcyjnych w MSW;
-14 lutego 1981 r., gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, składa meldunek premierowi- gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu o przygotowaniu projektów podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości;
– 16 lutego 1981 r. Gra decyzyjna zespołów planistycznych SG WP i MSW, z udziałem przedstawicieli KC PZPR. Zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę i treść oraz skutki wprowadzenia stanu wojennego. Dokonano analizy koncepcji działania po wprowadzeniu tego stanu. Generalny wniosek – wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością;
– 22 lutego 1981 r. Premier-Generał i I Sekretarz KC PZPR, uczestnicząc w XXVI Zjeździe KPZR, poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego;
– 27 marca 1981 r., zatwierdzenie i parafowanie trzech dokumentów przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kanię: „myśl przewodnia”, „Centralny plan działania”, „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych”. O dalszym procesie planowania napiszę w kolejnych publikacjach.
– 27 marca 1981 r., wizyta grupy radzieckich oficerów w SG WP z ich przygotowanym planem wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Podziękowano, nie skorzystano.

W sprawie Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, spełniam Państwa prośbę i podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

„Krzywdy” stanu wojennego

Kierownictwo radzieckie oczekuje zdecydowanych i pilnych działań w walce z kontrrewolucyjną Solidarnością… W istniejącej sytuacji międzynarodowej, jeśli tego kryzysu sami nie rozwiążecie, czeka was nieuchronna wojna domowa lub typowe dla Polaków powstanie. Możliwe, że zginie w niej od 300 do 500 tysięcy waszych obywateli. Wtedy i wy i Zachód poprosicie nas o interwencję i przywrócenie w Polsce spokoju”.
Jan Chyliński

„Nie wykorzystujmy przeszłości jako narzędzia walki. To bardzo niebezpieczne. Wyrządza nieobliczalne szkody wychowawcze, moralne. A najgorsze, że skłóca społeczeństwo, trwoni tak dziś potrzebne – zapał i energię narodu”
gen. Wojciech Jaruzelski

Nikomu nie trzeba wyjaśniać czym jest krzywda, zarówno w wymiarze ludzkim, jak i materialnym, przyrodniczym, często zastępowana określeniami szkoda, strata. Zważywszy na 40 lat, jakie 13 grudnia 2021 roku upłynie od wprowadzenia stanu wojennego, na znaczącą ilość publikacji, opracowań, oficjalnych wystąpień, w tym procesu sądowego Generała i tzw. autorów, warto przypomnieć fakty i wydarzenia, które do tego stanu doprowadziły. Będę o nich pisał w kilku kolejnych publikacjach, licząc- jak dotychczas- na życzliwość Redakcji, w zamieszczaniu ich na łamach Trybuny. Swoistym otwarciem tego umownego cyklu, jest ta publikacja. Akcent szczególny kładę właśnie na „krzywdy”- ofiary, przed którymi nas przestrzegano, a których uniknęliśmy. Pytanie – kto i co, jakimi sposobami do nich prowadziło oraz dzięki komu do nich nie doszło, będzie swoistą nicią, myślą przewodnią tekstów przez cały rok, do grudnia 2021.
Zginie 300-500 tys. obywateli

Przed Plenum KC PZPR, jesienią 1981 r., do Józefa Czyrka, jako szefa MSZ i członka BP, zgłosił się ambasador Polski w Bonn Jan Chyliński (syn Bieruta). Odwiedził go ambasador ZSRR w RFN, Siemionow i odbył z nim długą, poważną rozmowę, oceniając sytuację w Polsce po VIII Zjeździe PZPR- oczywiście z pozycji Moskwy. Na zakończenie, prosił o przekazanie takiej informacji „odpowiedzialnym członkom kierownictwa partii i rządu, że kierownictwo radzieckie oczekuje zdecydowanych i pilnych działań w walce z kontrrewolucyjną Solidarnością. Wasze niezdecydowanie a nawet oczekiwanie, że przed takim zagrożeniem uchroni was radziecka pomoc, są nierealne. W istniejącej sytuacji międzynarodowej, jeśli tego kryzysu sami nie rozwiążecie, czeka was nieuchronna wojna domowa lub typowe dla Polaków powstanie. Możliwe, że zginie w niej od 300 do 500 tysięcy waszych obywateli. Wtedy i wy i Zachód poprosicie nas o interwencję i przywrócenie w Polsce spokoju”. (Józef Czyrek. Rozmowy z synem, Wyd. A. Marszałek, Toruń 2012). Zachęcam Państwa do przeczytania tej, osobliwej rozmowy, do zastanowienia się wyciągnięcia wniosków z dystansu 40 lat dla naszej młodzieży.

Jest to pierwszy dokument dyplomatyczny, zawierający ocenę ówczesnej sytuacji w Polsce i szacunki ofiar, do jakich może dojść w wyniku naszych, polskich błędów. Ostre słowa, stanowcze-„kierownictwo radzieckie oczekuje zdecydowanych i pilnych działań”- u Państwa wywołają wściekłość. Ale radzieccy mówią wprost-„jeśli tego kryzysu sami nie rozwiążecie”, proszę zauważyć, że tym przypominają co władze Polski od kilku miesięcy im mówiły -„sami rozwiążemy problem” (tylko się nie wtrącajcie- to miały „w myśli”, co radzieccy wyczuwali) np. Kania mówił wprost. Nie grożą interwencją, ale ostrzegają, że o nią poprosi ich Zachód. Kiedy, gdy dojdzie do bratobójczej walki między samymi Polakami, będą ofiary, poleje się krew. U tych z Państwa, co wierzą w „ miłosierną opiekę nad nami Zachodu, a USA szczególnie”- mogą się pojawić ostre słowa. Możecie Państwo kląć do woli, tylko przypomnijcie sobie, ujawnione ponad 20 lat temu dokumenty NATO, z których jasno wynika, że nikt tam nie zamierzał w Polsce interweniować, gdyby doszło do bratobójczej walki, NKT. Ktoś może zapytać – dlaczego? Prosta jest odpowiedź- czym mogliby interweniować, jeśli nie wojskiem? Należałoby dla ich wjazdu na teren Polski otworzyć granice, by przejechali przez NRD i CSRS. Załóżmy, że tak by się stało, ZSRR otworzyłby granice i bacznie obserwował. Kto więc by przyjechał- żołnierze USA, W. Brytanii, czy Francji i Niemiec-wątpliwe, gdyż szefowie tych państw wyraźnie ostrzegali, co przedstawię w oddzielnym tekście- Zachód wobec sytuacji w Polsce. Pytam po co-przywieźliby negocjatorów, którzy ubezpieczani przez ich żołnierzy, zaczęli by szukać „chętnych do rozmowy z nimi” o przerwaniu walk. Kto ma tu pewność, że właśnie nie doszłoby do potyczek, walk z polskimi grupami zbrojnymi, które zwróciłyby się przeciwko nim? Szczególnie Niemcom, przypominając lata wojny. A może wierzycie Państwo w otrzeźwiającą „moc słowa pokoju”, jakie głosiłyby do bijących się Polaków RWE, Głos Ameryki, i „misję” burzenia bloku ZSRR „od środka”? itp. Ważne jest pytanie-kiedy nastąpiłby „przyjazd” Zachodu do Polski, co dotąd czyniłyby nasz rząd i Wojsko Polskie? Czy powstałyby władze Solidarności i „jej Wojsko”? To po co wtedy Zachód?

Proszę nieco ochłonąć, wyjść na balkon i porzucić wszelkie iluzje! Proszę wyobraźnię i myślenie przestawić na „inne tory”. Po pierwsze- porozumienie! Władze starały się uzyskać z Solidarnością kompromis- nawet z pomocą Kościoła i Papieża, np. Spotkanie Trzech, co opiszę odrębnie. A czy Solidarność także chciała tego porozumienia, czy ku temu zmierzał jej I Zjazd we wrześniu 1981? Wspólne jest pytanie-na jakich zasadach, warunkach możliwych do przyjęcia dla obu stron – też odpowiem odrębnie. Po drugie- wątpliwe, by Zachód chciał z bronią w ręku interweniować, tracąc nie tylko pewną liczbę żołnierzy, stając się tym wrogiem, dla części Polaków, wikłając się w splot spraw, trudnych do rozwiązania oraz ponosząc tego koszty. Jak długo by to trwało, kto zapewniłby powodzenie tej „operacji” po myśli Solidarności i Zachodu. Ale co szczególnie ważne dla niego -traciłby pozycję mentora, „dobrego wujka” dla Polaków- „ale z daleka”, bez ponoszenia kosztów. Po trzecie- zapewne czekacie Państwo na odpowiedź- czy ZSRR dopuściłby do takiego „wejścia” Zachodu, czy cytowana wyżej informacja nie jest bluffem- tego nawet najstarsi górale nie wiedzą! Czego więc należy się spodziewać. Publikacji „lepiej wiedzących” historyków, którzy plując na władze PRL i ubierając Solidarność w kostium „wolności i patriotyzmu”, walczącej ze „zniewoleniem” władz ZSRR, za cenę krwi Rodaków.
3000 kontrrewolucjonistów.

Czytając fragment informacji Jana Chylińskiego, warto zastanowić się nad oceną- „Wtedy i wy i Zachód poprosicie nas o interwencję”. Odnośnie Zachodu, podsunąłem Państwu wyżej kilka myśli i scenariuszy pod rozwagę. Tu zachęcam do zatrzymania uwagi na pytaniu- czy sami Polacy mogliby poprosić o interwencję ZSRR, rozumiemy, że wojskową? Oczywiście, przecież nie kto inny jak sam Generał prosił o nią, ale radzieccy stanowczo nie chcieli! Skąd to wiadomo? Taką ocenę od wielu lat lansuje grupa historyków z IPN, pokrętnie tłumacząc dyskusję na posiedzeniu BP KC KPZR w dniu 10 grudnia 1981 r. Jej przywołanie i komentarz to osobna, obszerna publikacja. Przedstawię ją Państwu jesienią br., spodziewając się, że będzie to „koronny dowód” publicystów opluwających Generała. Zobaczymy, poczekamy.

Tu natomiast fakt mało znany, choć już go przywoływałem. W książce pt. „Archiwum Mitrochina” (Wyd. Zachodnie, 2004), jest taka informacja- „W czerwcu grupa dziewięciu polskich generałów zwróciła się do KGB z planem usunięcia Jaruzelskiego z uwagi na jego niechęć wprowadzenia stanu wojennego i zastąpienia go przez nowego ministra obrony (prawdopodobnie jeden ze spiskowców), który by aresztował pozostałych członków rządu, przejął kontrolę nad strategicznymi punktami, zatrzymał do 3000 kontrrewolucjonistów, których deportowano by gdzieś do Bloku Radzieckiego… Następnie >zespół akcji< pod kierownictwem ministra obrony >zaapelowałby do reszty Bloku Radzieckiego< o pomoc wojskową aby bronić socjalizmu w PRL”. Co tu Państwo myślą? W pewnym sensie, mógłby podważać wiarygodność ostrzeżenia, jakie przywiózł Jan Chyliński Józefowi Czyrkowi. Zwracam uwagę – oczywiste jest- że „plan generałów” do KGB jako wywiadu ZSRR był ściśle tajny, także wobec władz Polski- byłby odczytany jako ewidentna zdrada, a 9 generałów(nazwiska są znane) niechybnie stanęłoby przed sądem. Ten „plan” mogły wykorzystać władze ZSRR. Była okazja, zbliżał się VIII Zjazd PZPR (lipiec 1981), tzw. beton partyjny czynił znane zabiegi, by odsunąć od władzy Stanisława Kanię, a tym samym tandem Kania-Jaruzelski.

Dlaczego nie skorzystano, wyjaśnienia mogą być dwa. Pierwsze- beton partyjny okazał się za słaby na VIII Zjeździe i radzieccy nie zdecydowali się na „uruchomienie” tego „planu”. Drugie- grupa 9 generałów, jako „rozłamowców” w Wojsku, w ocenie radzieckich okazała się za słaba w sensie ew. poparcia u części kadry. Zaś Generał, jako szef MON i rządu- mimo wielu krytycznych uwag „betonu Kremla”(taki też był) i samego Breżniewa miał w Polsce autorytet i jeszcze dość mocną pozycję, która podlegała wahaniom. To niektórzy piaskowi krytycy mogą eksponować. Jaki stąd wniosek- radzieccy od dłuższego czasu dość wnikliwie rozpoznawali i penetrowali wewnętrzną sytuację w Rządzie, Wojsku, MSW, Partii, także w gospodarce i Solidarności. Mieli dobre, bieżące, rzeczywiste rozeznanie oraz je wykorzystywali do różnych nacisków w rozmowach partyjno-rządowych, nie ujawniając źródła. Mimo upływu 40 lat, temat ten jest wciąż mało znany, choć wiele tajemnic już ujawniono, np. tę o „planie”, dopiero po upadku ZSRR. Patrząc na informację dot. 3000 kontrrewolucjonistów-co dziś, z perspektywy 40 lat można powiedzieć? Że Breżniew i radzieccy, „pozbawili” 3000 naszych, pięknego „zwiedzenia Bloku Radzieckiego” i to na jego koszt! A ile straciła przez to „polityka historyczna”, brak tablic, kamieni wspomnień itp. bo przecież ich cierpieniami i ich rodzin kto chciałby zakłócać „taką sielankę”. Inaczej mówiąc- w tym przypadku Breżniew okazał się„krzywdzicielem” Polaków, i to jakim. Może w chwili wolnego czasu zechcieliby Państwo sporządzić listę tych niedoszłych „turystów”, tak dotkliwie „skrzywdzonych”. Że spośród działaczy Solidarności – tego nie muszę pisać! A może takim pomysłem zaszczepicie uczonych IPN, ku pamięci przyszłych pokoleń. Półtora miliona na 2-3 lata.

Przywołane wyżej dane, pochodzą z różnych źródeł i ocen sprzed stanu wojennego. Są też inne oceny szeroko rozumianego zagrożenia, ale nie zawierają szacunkowych liczb. Stąd dla wielu ogólnikowe, mało wiarygodne, nie przemawiają do wyobraźni. Zaś podane liczby skłaniają do porównań liczby ofiar, strat, np. Powstanie Warszawskie ok. 180-200 tys., zamordowanych w Auschwitz ok. 3 mln.- od kilku lat niektórzy dodają: w tym 1,5 mln. obywateli polskich. Ale są też dane szacunkowe ofiar, czynione wiele lat po stanie wojennym. Oto przykład. Profesor Ryszard Reiff, przed Sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej (SKOK), zeznając 4 listopada 1992 r., mówił, „Natomiast wiadomo, co znaczy wkroczenie wojsk radzieckich do Polski. To znaczy ogromna ilość cierpień, to ogromna liczba wywózek, tak, jak z tego małego węgierskiego kraiku, gdzie zginęło 60 tys. osób, ale 300 tys. było wywiezionych. Tu trzeba byłoby wywieźć z półtora miliona na 2-3 lata. Do czasu zanim nowa władza okrzepłaby i można byłoby dawkami tych ludzi zwracać”.(„Sąd nad autorami”…s.57) Proszę zwrócić uwagę- wywieść półtora miliona na 2-3 lata. To mało? Kto zapewniłby, że tylko tyle, na taki czas, czy wróciliby wszyscy? Czy „nowa władza”, przychylna ZSRR chciałaby o nich, „kontrrewolucjonistów”- nie zapominajmy tego- upomnieć się, a po co? Profesor w nocy 12-13 grudnia jako członek Rady Państwa był przeciw decyzji o stanie wojennym. Z biegiem czasu zmieniał – nie tylko on- optykę widzenia stanu wojennego.

Nasuwa się oczywiste pytanie. Kogo by wywożono? Tylko dla ślepych i głuchych nie jest wiadome, że „właściwe służby” ZSRR, CSRS i NRD, penetrujące Polskę miały sporządzone listy proskrypcyjne, kogo- działaczy i aktywistów Solidarności, by na sygnał zabrać delikwenta na „zwiedzanie Syberii”, czy innych, zapewne ciekawych miejsc. Ktoś zapyta, gdzie te listy są? W archiwach tych służb, głęboko ukryte. Rąbek tajemnicy STASI został uchylony po rozwiązaniu NRD. Powiedzmy wprost- są w IPN, gdyż niektóre komórki SB także je sporządzały. Nie udajmy więc naiwnych, swego rodzaju „historycznych dziewic”. Znacie Państwo taką wagę i historyka, który chciałby zrozumieć, wyważyć, porównać cierpienia tych wywiezionych ludzi i ich rodzin? Gdybyście Państwo mieli trudności z wyrobieniem sobie własnego zadania o sile bólu, rozpaczy konkretnych ludzi, może osobiście znanych, poddaję pod rozwagę „argumentację” Zbigniewa Bujaka. Zeznając 25 kwietnia 1995 r. jako świadek przed SKOK (czyli 12 lat po stanie wojennym – moje, G.Z) stwierdził, wręcz: „Nawet, gdyby nastąpiła interwencja sowiecka, to oczywiście byłaby ona złem. Lecz, czy oznaczałoby to koniec państwa, koniec narodu? Nie takie rzeczy narody przeżyły”. I dalej – „czy po 1956 r. zniknął naród węgierski i państwo węgierskie? Nie, nie zniknęło. Czy po 1968 r. zniknęła Czechosłowacja?”. Prawda, że proste to jak konstrukcja cepa, w myśleniu tego- wydaje się rozsądnego działacza Solidarności. Tym razem w roli ewidentnych „krzywdzicieli” wystąpiła Rada Państwa, wprowadzając stan wojenny i Generał, ogłaszając tę decyzję. Co najmniej 3 miliony ofiar Kolejny przykład przewidywanych strat, ofiar Polaków.

Czechosłowacki gen. Stanisław Prochazka, udzielając „Polityce” wywiadu (15.09.1990), czyli prawie 20 lat po stanie wojennym- oceniał, że w Polsce w wyniku interwencji doszłoby do starć na wielką skalę i „należało się liczyć z co najmniej 3 milionami ofiar, w tym również, oczywiście, wśród półmilionowych sił interwencyjnych”. Powtórzcie Państwo głośno i dobitnie – co najmniej 3 mln ! Wielu polityków i wojskowych tę wypowiedź pomija. Jedni, jako przesadzoną, mało realną, wręcz niedorzeczną, inni po prostu jako nie wygodną. Pójdę „pod prąd”, zachęcając Czytelników do zastanowienia się nad pewnym rozsądnym prawdopodobieństwem tej liczby. Po pierwsze – gen. Prochazka jest osobą wojskową, pamiętał interwencję zbrojną wojsk Układu Warszawskiego (1968) w CSRS. Obyło się bez „rozległego” rozlewu krwi-armia i ludność nie stawiały oporu. Znał on poziom wyszkolenia Wojska Polskiego, poczucie patriotyzmu, honoru, godności i dumy Polaków. Doskonale wiedział, że polscy żołnierze nie staliby bezczynnie. Po drugie- Nie mógł mieć chyba wątpliwości, że bez względu na wewnętrzne animozje i urazy – wszyscy wraz z Wojskiem staną do walki. Wkraczające wojska Układu Warszawskiego, bez względu na polityczne deklaracje najprawdopodobniej nowego kierownictwa partyjno- państwowego, które mogłoby „poprosić o pomoc”, czy „pokojowe, braterskie” zapewnienia tych wojsk – potraktowane zostałyby wrogo, a przynajmniej bardzo nieufnie. Nie można wykluczyć, iż wprowadziłoby to pewną skalę dezorientacji wśród ludności i Wojska. Generalnie nastąpiłyby jednocześnie dwa wzajemnie podsycające się potężne wybuchy – nienawiści do sojuszniczych wojsk, traktowanych jak agresorzy oraz patriotyzmu. Przecież romantyzm powstań narodowych i walk niepodległościowych tkwi w każdym z nas. Skutek – natychmiastowe podjęcie walki i nieobliczalne ofiary. Po trzecie – kto powiedział, obliczył, jak długo trwałaby ta interwencja? Wojsko zapewne walczyłoby do całkowitego zniszczenia lub zużycia amunicji. Chyba, że ze strony Zachodu bardzo szybko nastąpiłyby kroki mediacyjne, na tyle skuteczne by przerwać walki. Jest pewne, że Watykan, że Papież-Polak zareagowałby natychmiast!- z jakim skutkiem?

Natomiast ludność cywilna, młodzież i rozbite, rozproszone jednostki wojskowe walczyliby długo – mamy bogate doświadczenia partyzanckie – obficie płacąc krwią. Kto w takiej sytuacji chciałby prognozować wysokość strat i podważać kalkulacje gen. Prochazki? Warianty politycznego zakończenia takiej interwencji każdy może sobie wyobrazić. I każdy będzie miał rację, kierując się racjonalną oceną sytuacji, wyobrażając sobie wizje jej zakończenia, ze skutkami- strat ludzkich i materialnych. A teraz kwestia – dla kogo liczba 3 mln. ofiar (bez względu na stopień zawyżenia) jest bardzo nie„na rękę”, nie wygodna. Dla całej opozycji, nie tylko ekstremy Solidarności, doradców i ekspertów, gdyż ofiary obciążyłyby jej sumienie. Współwinnym byłby konserwatywny krąg partii i władzy. Nie ulega wątpliwości, że ocalała opozycja obarczyłaby odpowiedzialnością Rząd, osobiście Generała, za nieudolną politykę i doprowadzenie do tak ogromnych ofiar. Nie znam natomiast przypadku, by tą liczbą ofiar – nawet przesadną, posłużył się Generał, a przecież ją znał, pochodziła z obcego źródła, pokazywała Polakom przed jaką gehenną uchronił Naród. Postawmy zatem pytanie – gdzie skumulowałyby się te 3 mln. ofiar? Głównie w miastach, wielkich miejsko-przemysłowych aglomeracjach, wokół których i w których toczyłyby się główne walki obronne, a później działania partyzanckie. Proszę więc według własnego uznania określić jakie liczebnie straty osobowe mogłyby ponieść dla przykładu Warszawa, Trójmiasto, Szczecin, Poznań, Kraków, Katowice i aglomeracja śląska.

Proszę więc, by Czytelnicy rozejrzeli się wokół siebie, miejsca zamieszkania i zechcieli oczami wyobraźni zobaczyć zniszczone ulice, kwartały budynków-w nich ludzkie pamiątki, dobytek, dobra kultury, infrastruktura przemysłowa i komunikacyjna. Na jakim poziomie społecznym, gospodarczym, politycznym bylibyśmy dziś, 40 lat później? Niech każdy Czytelnik spróbuje wskazać imiennie, kto z jego Rodziny, bliskich, znajomych, mógłby wówczas zginąć. Niech pomyśli i logicznie wyjaśni młodzieży, jakiej hekatomby-dzięki Generałowi i milionom Polaków, uniknęliśmy. W 1981 r. Generał nie był sam! Na zakończenie. Od pewnego czasu spotykam się z uwagami, że pomijam, nawet lekceważę krytycznych historyków związanych z b. Solidarnością, co zdaniem części Państwa nosi znamiona ukrywania takich ocen, a stąd próby „obrony” stanu wojennego i Generała. Faktycznie, nie nawiązuję do tych uczonych. Proszę, by Państwo sami ocenili rzetelność naukową i wiarygodność oceny prof. Jerzego Eislera. W książce „Siedmiu wspaniałych” pisze- „Należy jednak wyraźnie podkreślić, iż nie zależnie od tego, czy generał Jaruzelski był wtedy wprowadzony w radzieckie plany wobec Polski, czy nie był, faktem pozostaje, że głównymi beneficjentami realizowanego polskimi rękoma stanu wojennego mieli być i byli przede wszystkim gospodarze Kremla. Chodziło przede wszystkim o to, >żeby porządek zapanował w Warszawie<. Skoro bunt Polaków spacyfikowali sami Polacy, Sowieci nie testowali w Polsce scenariusza wypróbowanego już w 1956 r. na Węgrzech i 12 lat później w Czechosłowacji. Realizowany polskimi siłami stan wojenny – nie zależnie od intencji jego autorów- wychodził więc tym oczekiwaniom naprzeciw. W Warszawie zapanował tak oczekiwany przez Kreml porządek, co nie kosztowało Związku Radzieckiego nie tylko ani kropli krwi, ale nawet ani kropli paliwa pochodzącego z własnych zapasów”. Książka została wydana w 2014 r., czyli 33 lata po stanie wojennym. Autor rozmawiał z Generałem, kilka razy byłem świadkiem.

Proszę, by Państwo jeszcze raz przeczytali uważnie, zwrócili uwagę na logikę wywodu i odpowiedzieli na pytania – ile kropli krwi zapłaciliby Polacy, za kroplę krwi ZSRR? Kto byłby beneficjentem i jakim kosztem, gdyby ZSRR testował w Polsce scenariusz węgierski (proszę sięgnąć do wypowiedzi prof. Reiffa) i CSRS. Czujecie się dobrze- gratuluję! Może zechcecie Państwo w eleganckich słowach publicznie skomentować, wyjaśnić młodzieży zawiłości „światłych myśli i ocen” Profesora. Oszczędzam moje zdrowie po przeczytaniu dzieła tego „uczonego”. Dlatego serdecznie zachęcam Państwa do zapamiętania sentencji Generała – „Nie wykorzystujmy przeszłości jako narzędzia walki. To bardzo niebezpieczne. Wyrządza nieobliczalne szkody wychowawcze, moralne. A najgorsze, że skłóca społeczeństwo, trwoni tak dziś potrzebne – zapał i energię narodu”. Unikajmy treści zaprawionych jadem nienawiści, przez cały ten rok, by nie nabawić się następnego wirusa wrogości-może być nieuleczalny, głównie dla młodzieży.

Kopalnia „Wujek”

Czy można było uniknąć śmierci górników, kto moralnie odpowiada? „Niechaj w tym umęczonym kraju nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi”…Dlaczego nienawiść zastąpiła rozsądek, samozachowawczy instynkt? Dramat tkwiący „jak cierń”.

Tragedia ta wymaga szczególnej uwagi. Skłania ku temu sam ludzki sens tragizmu. Gdy czytam i słucham o niej, nie opuszcza mnie pytanie – czy można było uniknąć rozlewu krwi, śmierci górników? Czytelnej odpowiedzi nie daje film Kazimierza Kutza pt. „Śmierć jak kromka chleba”. Film, co zrozumiałe, jest w pewnym stopniu reżyserską fikcją. Przedstawia różne wątki sytuacyjne, w tym „dochodzenie” do strajku. Strajk był pierwszą myślą, jaka nasunęła się górnikom po aresztowaniu Jana Ludwiczaka-widać takich reakcji, wręcz działań na sytuację wymagającą rozmowy, porozumienia, ustępstw- kierownictwo Solidarności („S”) szybko nauczyło swoich członków! Było kilka głosów poniechania strajku, ale stanowczo je odrzucono. Film pokazuje przygotowania górników do „obrony Kopalni”, także ich skrajną agresję wobec ZOMO, za co Reżyser był ostro krytykowany. Stawia pytania, pozostawiając widzom refleksję. Książka Jana Dziadula pt. „Rozstrzelana kopalnia” i kilka publikacji prasowych- zasługują na miano rzetelnej kroniki zdarzeń, także nie dają jasnej odpowiedzi na postawione pytanie.
Dla określonych środowisk i osób od lat łatwiejsza, stosunkowo nawet prostsza jest odpowiedź na inne pytanie – kto winien? Rzecz w tym, że proste odpowiedzi nie zawsze są wynikiem rzetelnego dochodzenia do prawdy. Ta jest złożona, nie poddaje się zwykłej kategoryzacji „czarne-białe”. Moralno-psychologiczna analiza ludzkich postaw i okoliczności wskazują, że uniknięcie użycia siły i rozlewu krwi miało bardzo małe szanse powodzenia. Ale szansa była – to szczególnie podkreślam! Zatem przejrzyjmy „drogę do tragedii”.
Apel Generała
13 grudnia Rada Państwa wprowadza stan wojenny. Tragedia wydarzyła się 16 grudnia, czyli 4 dnia. Co się wtedy dzieje? Wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego kilka razy dziennie powtarza radio i telewizja. Opublikowała je „Trybuna Ludu” i „Żołnierz Wolności”, wraz z Proklamacją Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON), dekretem Rady Państwa – wprowadzającym stan wojenny i innymi aktami prawnymi, regulującymi tok życia wewnętrznego kraju oraz odpowiedzialność przed sądem za naruszenia wprowadzonych przepisów. Powszechne było zaskoczenie czasem, rozmachem, skalą użycia sił MSW i Wojska. Można powiedzieć, że pierwsze dni znamionuje pewien rodzaj szoku. Nie był to szok zupełny, gdyż pogłoski o możliwości wprowadzenia stanu wojennego od kilku miesięcy były znane Kierownictwu Związku, krążyły wśród ludności. Jak się później okazało – władze Związku zdążyły się uodpornić i ubojowić. Zaś zdecydowana większość społeczeństwa wręcz odwrotnie-oczekiwała na ten stan, by wreszcie zahamowano szerzącą się anarchię, psychozę strachu, pomówień, nie mówiąc o nie kończących się strajkach, akcjach sprzeciwu, protestu.
Nie ulega żadnej wątpliwości, że m.in. takie słowa Generała:

„Jedno chciałbym osiągnąć – spokój. Jest to podstawowy warunek, od którego zacząć się powinna lepsza przyszłość. Jesteśmy krajem suwerennym. Z tego kryzysu musimy więc wyjść o własnych siłach. Własnymi rękami musimy odsunąć zagrożenie. Historia nie przebaczyłaby obecnemu pokoleniu zaprzepaszczenia tej szansy …

Niechaj w tym umęczonym kraju, który zaznał już tyle klęsk, tyle cierpień, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. Powstrzymajmy wspólnym wysiłkiem widmo wojny domowej. Nie wznośmy barykad tam, gdzie potrzebny jest most …

Zwracam się do Was, robotnicy polscy: wyrzeknijcie się dla Ojczyzny Waszego niezbywalnego prawa do strajku na taki okres, jaki okaże się niezbędny dla przezwyciężenia najostrzejszych trudności. Musimy uczynić wszystko, aby owoce Waszej ciężkiej pracy nigdy już nie poszły na marne …

Zwracam się do Was, polskie matki, żony i siostry: dołóżcie wszelkich starań, aby w polskich rodzinach nie przelewano więcej łez. Zwracam się do młodych Polek i Polaków: okażcie obywatelską dojrzałość i głęboki namysł nad własną przyszłością, nad przyszłością Ojczyzny”
Słowa wystąpienia-apelu musiały, i to kilkakrotnie dotrzeć, być słyszane przez samych górników, ich rodziny, organizatorów strajku w Kopalni. Co pomyślano, jak zareagowano?
Następstwa Apelu dla …
Uprawnione jest więc pytanie – czy nie zrobiły żadnego wrażenia, nie skłoniły do zastanowienia nad własnym i rodziny losem? Owszem tak! O tym świadczy film oraz list, jaki 11 listopada 2005 r. napisał górnik z Wujka do Generała, prosząc jednak o zachowanie tajemnicy jego nazwiska i adresu (kopia w aktach Sądu). Czytam w nim: „Piszę do Pana jako były górnik kopalni Wujek, który był świadkiem i obserwatorem w sprawie, która może mieć jakikolwiek wpływ na Pana położenie i może Panu pomóc w obronie przed tymi, którzy moim zdaniem winni są temu, o co próbują Pana oskarżyć (…) Ja w poniedziałek opuściłem jeszcze kopalnię po przepychankach na bramie przepustek i tłumaczeniu smarkatym debilom, że w przeciwieństwie do nich ja mam żonę i dzieci czekających na mnie, a ich polityczne wygłupy mnie nie interesują i jeżeli nie wyjdę natychmiast, to kogoś pobiję bez względu na konsekwencje. Po tych perswazjach wyszedłem z zakładu, ale we wtorek już sytuacja była poważnie zaostrzona ze strony komitetu strajkowego i nie było żadnych wyjść”.
Autor tego listu ocenia, że w niedzielę 13 grudnia 1981 r. w kopalni było ok. 3,5 tys. pracowników, w nocy z poniedziałku na wtorek, tj. z 14 na 15 grudnia było jeszcze ok. 2200-2500 ludzi. Natomiast feralnego dnia, tj. 16 grudnia w kopalni mogło być ok. 800-1200 ludzi. Widać z tego, co potwierdzają miarodajne źródła, że przemówienie Generała dotarło do ludzi, co prawda nie u wszystkich, ale jednak wywołało-zgodny ze zdrowym rozsądkiem skutek.
Wspomniany górnik dalej pisze: „Dlaczego nikt (może ja nie słyszałem) nie mówi o tym, że komitet protestacyjny podjął uchwałę i wystawił wzdłuż ogrodzenia warty społeczne, mające na celu zapobieżenie ucieczkom niechętnym ich poglądom pracownikom kopalni. Warty uzbrojone były w węże ciśnieniowe, kable wiertarkowe, styliska kilofów, itp. Każdy, kto próbował przeskoczyć płot był od niego odganiany, a jeżeli znalazł się na nim pod nieuwagę pilnujących, był przez tychże pilnujących bity. Oficjalnie bramą przepustek nie można było zakładu opuścić, oprócz komitetu strajkowego i pracowników dozoru wyższego. Pomimo tych środków i tak wielu młodych i starych pracowników znanymi sobie drogami, pod osłoną nocy oraz dzięki wtedy panującemu mrozowi uciekło do domów w ubraniach roboczych oraz cywilnych, nie bacząc na konsekwencje jakie czekały z drugiej strony płotu. W taki oto sposób komitet strajkowy zapewniał sobie frekwencję strajkujących. Tym samym to komitet strajkowy jest odpowiedzialny za ofiary na kopalni, gdyż komitet wydał uchwałę o wartach wzdłuż płotu. W przeciwnym razie milicjanci nie mieliby czego i kogo pacyfikować, bo każdy logicznie myślący człowiek, ma przede wszystkim na celu własną głowę i rodzinę, a nie czyjeś partykularne interesy oraz polityczne zapędy.”
Niech więc na pytania, zarzuty i oceny rzetelnie odpowiedzą sami górnicy, uczestnicy tamtego strajku i jego organizatorzy. Można też pytać – co stało na przeszkodzie żeby komitet strajkowy pozwolił chętnym górnikom na opuszczenie kopalni? Chyba nic ważnego, poza partykularną chęcią pokazania władzy i sobie, że „dużo nas strajkuje”. W Kopalni zapewne pozostaliby tylko zdeterminowani, niewielu w stosunku do stanu całej załogi. Tak się niestety nie stało. Być może, dyrekcji udałoby się przekonać do rezygnacji z bezsensownego oporu, a ZOMO widząc opuszczanie Kopalni przez górników, jeszcze opóźniłoby czas pacyfikacji, może uniknięto by ofiar, może… Kto tu ponosi moralną i karną odpowiedzialność, czy tylko i wyłącznie władza?
Zdaniem jednego z organizatorów strajku – górnika Jerzego Wartaka (zmarł rok temu, Cześć Jego Pamięci!), komitet strajkowy powstał w obronie internowanego działacza Solidarności Jana Ludwiczaka. Drugim powodem była wiadomość o pobiciu kilku górników przez funkcjonariuszy SB. Ogłoszono w niedzielę 13 grudnia strajk na Kopalni, który jednak przerwano. Wznowiono w poniedziałek. Tego też dnia odbyły się rozmowy dyrekcji Kopalni i komisarza wojskowego z komitetem strajkowym. Wymóg zwolnienia internowanego działacza, nie mógł być spełniony. Takich uprawnień nie posiadały lokalne władze. Po 13 grudnia jeszcze kilka dni trwały internowania. Wojewódzki Komendant MO mógł rozmawiać z Ministrem Spraw Wewnętrznych, ale- jak wynika z archiwalnych dokumentów – tego nie zrobił, dopiero po tragedii. Także komisarz wojskowy nie rozmawiał z wyższym przełożonym w Warszawie. Nie spotkałem informacji, że wniosek był skierowany do gen. Czesława Kiszczaka. Trudno zakładać, że w pierwszych, gorących godzinach i dniach stanu wojennego, byłby pozytywnie i to natychmiast-czego bezwzględnie żądali górnicy- rozpatrzony. Górnicy mogli, a nie chcieli chociaż „chwilowo”, na kilka dni opóźnić spełnienie swego żądania, poczekać. Co to znaczy „chwilowo ustąpić”- może ktoś zapytać. Odpowiem tak- przez 43 dni stanu wojennego, tj. od 13 grudnia do 25 stycznia 1982 r. z internowania zwolniono (także na skutek próśb biskupów, o czym cisza) 1760 osób – o tym Generał poinformował Sejm.
Gorąca atmosfera, napięta sytuacja nie sprzyja, nie daje chwili czasu do namysłu. Wielka szkoda i strata, że w tym krytycznym momencie przegrał rozsądek i rozwaga. Także ze strony terenowych przedstawicieli aparatu władzy, choć świadomie akcent kładę na górników, ludzi pracy. Bo oni na sobie „na własnej skórze” ponoszą konsekwencje „siłowego rozwiązania”, które w konkretnym momencie zazwyczaj dyktują emocje, a nie rozsądek. I zwykle – właśnie o taki „moment” jest za późno. Oto splot okoliczności, które przy odrobinie dobrej woli można było pomyślnie rozstrzygnąć, skutki znane. Moralną odpowiedzialność Generał wziął na siebie! A komitet strajkowy?
Logika sytuacji, logika … siły
Pójdźmy dalej. Dlaczego organizatorzy strajku, górnicy słysząc wiele razy powtarzane przemówienie Wojciecha Jaruzelskiego, nie chcieli zastanowić się, podporządkować „logice sytuacji”? Kopalnia była otoczona, najpierw oddziałami ZOMO, potem Wojska. Dla każdego, rozsądnie myślącego, wyprowadzenie jednostek siłowych na ulice kończy wszelkie dyskusje. W tej sytuacji rozwiązanie może być tylko jedno – ustąpienie „przed siłą”, albo jej użycie. Innego rozwiązania w tak napiętej sytuacji nie ma i być nie może! Taka jest arytmetyka i logika użycia siły, na całym świecie, i to od wieków. Przecież wśród górników były osoby pamiętające przedwojenne strajki, znające choćby z opowiadań krewnych i znajomych, czym kończyły się ich wystąpienia, gdy na ulice wyprowadzano policję i Wojsko. Mam także świadomość, iż górnicy mogli nie znać liczby wówczas zabitych. Ale naukowcy, historycy powinni nie tylko znać, przede wszystkim rozumieć tamte i współczesne uwarunkowania.
W dniach 14 i 15 grudnia trwały – jak się później okazało – bezskuteczne rozmowy dyrekcji ze strajkującymi i ucieczki części pracowników kopalni. 15 grudnia dotarły do strajkujących wiadomości o zastosowaniu przez ZOMO w kopalni Manifest Lipcowy, tzw. ścieżki zdrowia (bicie zatrzymanych) z kopalni Staszic i Huty Baildon. Zastanawiające, to też nie ostudziło chęci stawiania oporu, ale przeciwnie. Jerzy Wartak w rozmowie z redaktorem „Gazety Wyborczej” wydanej 16.12.2005, pt. „Górnik wybacza generałowi”, (wyd. Katowice), m.in. mówi: „W nocy z 15 na 16 wszedłem do kuźni. Wyglądało jak na obrazie Grottgera – młodzi chłopcy kuli dzidy, piki…Dookoła żar palenisk.” Decyzja o takim przygotowaniu niemal przesądzała o dojściu do starcia. Że – jak mówią górnicy – „nadzieja umiera ostatnia”, tu umrze zbyt szybko, za szybko, za wcześnie… Trudno nie postawić pytania – czy tak należało wykorzystać czas, gdzie miejsce na refleksję, namysł nad powstałą sytuacją? Czy organizatorzy strajku i sami jego uczestnicy nie byli świadomi zagrożenia utraty życia? Okazuje się, że byli tego świadomi! Z reportażu radiowego pt. „Użyto broni” (1990), autorstwa Anny Sekułowicz i Marka Mierzwiaka wiadomo, że 15 grudnia wieczorem ksiądz udzielił górnikom rozgrzeszenia, absolucji generalnej na wypadek śmierci. Rano 16 grudnia odprawił mszę, kilku górników przyjęło komunię, która według relacji zamieszczonej w „Karcie” (wyd. podziemne 1984) miała uratować oficera i trzech funkcjonariuszy ZOMO od powieszenia, pochwyconych przez górników podczas starcia. Tam znajduje się też informacja, potwierdzająca cytowaną relację, o nocnym „kuciu kos” i opis „bitwy górników” z ZOMO. Proszę się zastanowić- msza, powszechna komunia przed walką! Ileż było w tej Kopalni zawziętości, wrogości do stojących za ogrodzeniem Polaków, podkreślam Polaków! Tak postępowano na polach bitew, gdy naprzeciw stała armia wroga, agresora. Dość tylko wspomnieć Grunwald, Lenino, Monte Cassino. A tu, w Polsce – Kopalnia węgla – naprzeciw siebie stoją Polacy, ksiądz przygotowuje na pewną śmierć! Zapytam – dlaczego nienawiść zastąpiła górnikom rozsądek? Dlaczego ksiądz nie posłuchał bp Henryka Bednorza, który podejmował starania, by strajkujących-podkreślam- strajkujących- skłonić do opuszczenia Kopalni Na co liczyli? Że zorganizowanym oporem i dosłownie w walce z otaczającymi siłami ZOMO oraz Wojska odniosą sukces. Jaki? Że na skutek ich oporu zostanie zwolniony internowany związkowiec? Że strajk będzie mógł trwać dowolnie długo i zostanie przerwany kiedy górnicy uznają za właściwe, bo takiego myślenia i postępowania nauczyło ich krajowe Kierownictwo Związku. Siły porządkowe miały się temu bezczynnie przyglądać (taki pogląd lansują niektórzy „naukowcy”). Mrzonki. A czyż górnicy nie zdawali sobie sprawy, że w tym starciu nie mają żadnych szans, poza pewnością utraty życia lub odniesienia ran. Praca pod ziemią nie rzadko przyprawiała ich o śmierć i rany! Byli więc oswojeni-jak to rozumieć? Dlaczego nikt, nawet ksiądz nie tłumaczył, że byłaby to zbyt wysoka stawka, bezsensowne ryzyko? Czy wyobrażano sobie, że ZOMO widząc ich gotowość oporu, determinację – cofnie się? Nie było to możliwe. Chyba na odwołanie stanu wojennego z tego powodu nie bardzo liczono, choć takie żądanie pojawiło się w „Proklamacji” komitetu strajkowego. Przecież górnicy wiedzieli, że większość społeczeństwa, także ich bliskich miała dość strajków, szła zima z wiadomymi skutkami klimatycznymi i potrzebami. Generał apelował – powtórzę „Niechaj w tym umęczonym kraju, który zaznał już tyle klęsk, tyle cierpień, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi”. Czy uważano, że „krew” dotyczy tylko sił uzbrojonych, a pomija całkowicie ludzi, którzy zachowaniem mogą prowokować, wymuszać użycie broni? Czy zwalnia z moralnej odpowiedzialności za swoje postępowanie – także księży? Po latach okazało się, iż komitet strajkowy liczył, że ZOMO nie użyje broni. Na jakiej podstawie? Podobno istniały pogłoski, że miało być „za górnikami”. Kto rozpuszczał taką „famę”, może dziś górnicy już wiedzą, znają autorów „mądrych bredni”, niech ogłoszą ich nazwiska.
Z goryczą należy skonstatować, że czas 14, 15 grudnia nie działał na oprzytomnienie, opamiętanie, a odwrotnie. Zapytać należy o samozachowawczy instynkt. Owszem był, o tym świadczą ucieczki opisane w cytowanym liście górnika, książce „Rozstrzelana kopalnia”, itp. Trzeba je kwalifikować jako zwycięstwo rozsądku, a nie tchórzostwo. Szkoda, że nad wolą oporu nie przeważyło. Instynkt ten przejawił się także w innej postaci. Otóż, wspomniany górnik w liście do Generała napisał: „W czasie nocnej warty społecznej, którą pełnił mój znajomy spotkany obok łaźni szafkowej, dowiedziałem się, że na kopalni zjawili się członkowie KPN-u i KOR-u z COIGiE z propozycją dostarczenia strajkującym broni. Mają tylko powiedzieć jaka to ma być broń i ile sztuk. Później dowiedziałem się o rezygnacji z tego pomysłu, gdyż byłaby to samozagłada, a liczyli się z ofiarami i konsekwencjami”. Zapamiętajcie Czytelnicy ten szaleńczy pomysł- pytajcie o nazwiska „chętnych dostawców”, może zostaną „patronami ulic”. Liczę, że górnicy potwierdzą, że nie jest to „luźny pogląd” autora listu. Z całą mocą należy podkreślić, iż przytomność umysłu, rozsądek górników sprawił, iż po obu stronach „kopalnianej barykady” nie wzrosły rozmiary późniejszej tragedii – o ile osób? Tego nie dowiemy się nigdy, i dobrze! Wyraźnie zaakcentuję – „liczyli się z ofiarami”. Co z tego – uparcie drążę myśl, która boleśnie raniła Generała-do końca!
Lekceważenie prawa…
Rada Państwa wydanymi dekretami zakazywała strajków, a ZOMO miało w stanie wojennym to wyegzekwować. Generał prosił- powtórzę: „Zwracam się do Was, robotnicy polscy: wyrzeknijcie się dla Ojczyzny Waszego niezbywalnego prawa do strajku na taki okres, jaki okaże się niezbędny dla przezwyciężenia najostrzejszych trudności. Nie wznośmy barykad tam, gdzie potrzebny jest most”. I co- dlaczego nie posłuchano tej prośby, kto temu jest prawnie i moralnie winien, czy tylko władza, a konkretnie Generał?
Skąd brał się brak respektu dla prawa? Czy to aby nie skutek wielomiesięcznego poniżania, lekceważenia organów władzy i obowiązującego prawa przez solidarnościowych działaczy? Jaki stąd wniosek płynie na dziś w 2019 r. – czy obywatele mają tylko respektować te ustawy, które im się „podobają”? – niech nikt nie próbuje mi tu wmówić „innych sugestii”, tylko pytam, by skłonić do myślenia!!! Tolerowanie protestów, strajków po 13 grudnia było nie do pomyślenia, jeśli w kraju miał zapanować spokój. Fakt przedłużania się sytuacji strajkowej w Kopalni „Wujek” działałby zachęcająco na inne zakłady pracy. Władze na to nie mogły pozwolić. To, niektórzy „historycy” IPN uporczywie bagatelizują, mówiąc m.in. o małej ilości strajkujących zakładów pracy w stosunku do ogólnej ich liczby. Tak, ale to wiadomo „po latach”, niech nikt nie próbuje tamtej władzy „dopisać” więcej wiedzy o bieżącej sytuacji, niż faktycznie miała, ani obwiniać piszących raporty! Milczeniem pomijają tamtą postawę społeczeństwa, w większości rozumiejącą taką konieczność stanu wojennego – świadczą o tym sondaże społeczne..
Sąsiedzi?…
Różni „uczeni”, politycy i publicyści nie chcą zauważyć, że interwencyjne działania sił MSW i Wojska były bacznie obserwowane w kraju i za granicą. Świadomie zapominają, że były „ostatnią deską ratunku” przed bratobójczą wojną domową i rozpadem państwa- podkreślam. Wobec tego, postanowienia odnośnych dekretów Rady Państwa musiały być niezwłocznie przestrzegane, w imię racji wyższych, bezpieczeństwa ogółu obywateli oraz definitywnego pozbawienia znanych kręgów nadziei na wewnętrzny chaos i „bratnią pomoc”. Czym wówczas i dziś, po 38 latach można racjonalnie, logicznie tłumaczyć taką głuchotę i ślepotę, zacięcie, zaparcie w sobie? Sądzę, że niczym sensownym, może Czytelnicy wiedzą.
Podkreślę- zagranica. Sytuacja w Polsce była bacznie obserwowana w ZSRR, CSRS, NRD, Watykanie, w USA, na Zachodzie. I co-kto dziś może dać wiarygodne, autorytatywne zapewnienie, że nasi sąsiedzi widząc strajkową sytuację – nie podjęliby decyzji o udzieleniu „bratniej pomocy”? Powiem wręcz dobitnie – kto myśli, iż w Moskwie, Berlinie i Pradze bacznie, dość wnikliwie analizowano, ilu ludzi i gdzie strajkuje, a ilu tylko protestuje stojąc na ulicy albo pod zakładem pracy-jest w piramidalnym błędzie, oszukuje siebie i bliskich. Za to też ponosi odpowiedzialność – moralną przed sobą i bliskimi. Czy uważa, że nasi sąsiedzi „musieli” słuchać głosu z Watykanu i „anemicznych dywagacji” USA, Zachodu (poza RFN), brać pod uwagę- także jest w błędzie! Dla naszych sąsiadów liczyła się ich prosta ocena sytuacji w Polsce – strajkuje Śląsk, Trójmiasto, Szczecin, Kraków, Warszawa, inne miasta oraz, że MO, Wojsko, a szczególnie władza bezczynnością „zachęca” do strajków, nic z tym nie robi. Dla naszych sąsiadów stąd wynikałby także prosty wniosek- trzeba wejść, opanować sytuację, zrobić z tym porządek! Na ich sposób „wyręczyć”, zmienić taką władzę – czyim kosztem, kto racjonalnie to wyjaśni prawoskrętnym? Pytam o liczbę, tysiące ofiar Polaków…
Czy tylko odpowiedzialność ZOMO?
Oddział ZOMO wszedł na teren kopalni, obrzucając zgromadzonych górników gazem łzawiącym. Gryzący dym nie przyniósł oczekiwanego skutku, tj. rozproszenia, ustąpienia górników. Wielokrotne wezwania przez megafony do opuszczenia kopalni, do zaprzestania oporu, okazały się „wołaniem na puszczy”. To była ostatnia chwila na uniknięcie ofiar. Niestety, górnicy odpowiedzieli „narzędziami walki”, posypały się śruby, nakrętki, poszły w ruch dzidy. Widząc rannych kolegów, funkcjonariusze plutonu specjalnego ZOMO użyli broni palnej. Nic więc dziwnego, że sądy w ocenie działania funkcjonariuszy dopatrzyły się zachowania w obronie koniecznej. O tym „szczególe” jest zupełna cisza. Że rannych było 40 funkcjonariuszy-też cisza! Padli zabici i ranni górnicy. Czy było to odruchowe, indywidualne, czy na komendę użycie broni, badał trzykrotnie niezawisły Sąd, wydając trzykrotnie uniewinniający funkcjonariuszy wyrok. Nie podejmuję się jego oceny (późniejszy wyrok jest skazujący, także wobec gen. Czesława Kiszczaka). W aspekcie moralnym, ludzkim, skłania do rozmyślań nad kwestią winy i kary.

Weszli na teren kopalni i obrzucili górników pojemnikami z gazem łzawiącym, (pomija się pytanie o podstawę, o powód tego działania);

mogli się wycofać po zaatakowaniu przez górników „narzędziami walki”, trzymać swoje emocje (nerwy) na wodzy, gdyż to oni reprezentowali „siłę”. Kilka razy próbowali innymi sposobami rozpędzić strajkujących, nie udało się. Nie powstrzymali swego ciśnienia emocji i doszło do tragedii;

w rozumowaniu niektórych „piaskowych uczonych”- funkcjonariusze powinni nawet dać się zabić górnikom, gdyż jest „wpisane w ich zawód”, jako przedstawicieli władzy (to wygodna teza, dla dzisiejszych krytykantów PRL). Oczywiście, o cenę własnego życia funkcjonariuszy, głównie w obliczu niebezpieczeństwa, a takie na terenie kopalni ich spotkało (obrona konieczna)- nikt z tych „teoretyków” nie pyta, nie zastanawia się, jest im obojętne;

spowodowali śmierć 9 górników oraz 21 zranili ( skutek emocjonalnej reakcji na agresywne zachowanie górników).
Najprościej przecież powiedzieć, że winni są funkcjonariusze ZOMO
W tym miejscu wypowiem brutalną – do skrajnego bólu – logikę. 19 funkcjonariuszy ZOMO, wystrzeliło 156 pocisków. Strzelali z broni maszynowej, odległość ok. 50-70 m, do zwartej grupy górników. Brutalnie pytam – ilu „powinno” zginąć, czy „tylko” 9, a może 150 i więcej? Brutalnie pytam – czy ZOMO-wcy w tej sytuacji chcieli zabić?, czy użyli broni palnej dla wymuszenia posłuchu, strzelając w ziemię, a rykoszety ( o tym też cisza) w krytycznym momencie i napięte nerwy przyniosły tragiczny skutek. Brutalnie pytam- dlaczego ZOMO-wcy „zmarnowali” prawie 150 pocisków? Chyba tymi pytaniami doprowadziłem Państwa Czytelników do skraju cierpliwości. Może to otrzeźwi fałszerzy tej tragedii, np nie wstydzono się zmienić usytuowania różnych obiektów wokół „miejsca zdarzenia”, gdy prowadzono wizję lokalną przed jedną z rozpraw sądowych, co kilka lat temu opisał tygodnik NIE. Może to skłoni Polaków do głębokiego namysłu nad tragizmem tych śmierci, też nad tragizmem szubienicy w Katowicach, na 3 tygodnie przed tą 36 rocznicą. Dlaczego z tej szubienicy oraz 6 europosłów Sąd uczynił szyderstwo, moralizując obrazem Norblina, na czyją śmierć czeka?
Czym tłumaczyć postępowanie górników?:

że chcieli wymusić spełnienie postawionych żądań, odrzucając każdą perswazję dyrekcji kopalni, przedstawicieli władz administracyjnych, Wojska i MO. Dlaczego racje „strony władzy” są pomijane, lekceważone, kto logicznie to objaśni?;

że bronili prawa do strajku na terenie kopalni, a pomija się wzgląd na politycznie zmienioną sytuację kraju, na zakaz strajków mocą dekretu Rady Państwa, o którym doskonale słyszeli i wiedzieli;

że „bronili się”, atakując funkcjonariuszy ZOMO;

że ponieśli ofiary, które w przeświadczeniu górników i rodzin usprawiedliwiają ich motywacje i działanie.
Czy za śmierć górników należy tylko i wyłącznie obciążać władze, co od wielu lat bezpardonowo wpaja IPN? A gdzie miejsce na ocenę sytuacji, wartości i ceny życia własnego i cudzego przez organizatorów strajków? Czy za to wszystko ma odpowiadać – powtórzę – tylko władza? Czy to ma zaspokoić, zagłuszyć głos własnego sumienia? Jedynie profesor Karol Modzelewski, współtwórca Solidarności- na konferencji naukowej w IPN, w XX-lecie stanu wojennego m.in. odniósł się do tragedii w kopalni „Wujek”: „ Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego”. Mocne słowa i moralnie czyste.
Czy własna, górników ocena sytuacji w kraju i na zewnątrz – diametralnie różna od oceny kierownictwa państwa, uprawniała ich do lekceważenia prawa i stawiania wyżej „swojej oceny” niż władzy? Czy górnicy wiedzieli „lepiej i więcej” niż władza? Kto w tej sytuacji miał obowiązek okazywać posłuszeństwo prawu i rozwagę w działaniu – czy władza wobec górników i szerzej – społeczeństwa? Prawda, naturalną koleją rzeczy jest, że „władzę” wybiera społeczeństwo. Ale to nie oznacza jej krępowania, ubezwłasnowolnienia w decyzjach grożących bezpieczeństwu państwa i obywateli. Powtórzę – ocena skali i realności każdego zagrożenia i doboru środków ratunkowych, zapobiegających najgorszemu należy do władzy. Społeczeństwo ma także naturalne prawo oceniać i rozliczać władzę z podjętych decyzji, nie w momencie ich realizacji, gdyż oznaczałoby to paraliż organów lokalnych i państwowych. W praktyce byłoby zaprzeczeniem istoty sprawowania władztwa. Od wielu lat grupa zaślepionych polityków, prawników i publicystów przy każdej okazji rozlicza, „wydaje wyrok” na Generała, na ówczesne władze, za tę tragedię. Niektórzy dla pomnożenia rozmiarów jej siły i skali, w opisie używają pojęcia „masakra”, zamiast własnego rozumu i wyobraźni (nawet, jeśli są niewielkie), mając za nic ustalenia choćby Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej (SKOK) i uchwałę Sejmu z 25 stycznia 1982 r.
A co z poległymi górnikami, ofiarami stanu wojennego, z ich rodzinami? Widocznie uznali, że racja była i jest po ich stronie. Nie chcąc pogodzić się z realiami – wybrali śmierć, w czym wyraźnie „pomogli” im niektórzy organizatorzy strajku, także księża. Należy oddać hołd ich życiu, zapalić znicze pamięci. Zadumać się nad roztropnością szafowania ludzkim życiem. Nad brakiem rozumienia sytuacji w jakiej się znaleźli, w jakiej przyszło im działać, podejmować decyzje. Nad losem, który wystawia człowieka na różne, ciężkie próby, jak z nich wychodzi, korzystając ze swego rozumu, komu i czemu daje posłuch, co odrzuca, lekceważy…Należy wyrazić szczery żal, że słowa, wręcz błaganie Generała „by nie popłynęła ani jedna kropla polskiej krwi” nie do wszystkich głów i serc górników, ich rodzin i przywódców strajkowych dotarły. I to jest osobisty dramat Generała, tkwiący „jak cierń”. Górnicy sobie i Generałowi zadali ten ból – na zawsze.
Wobec powyższego – co z karą?
Gorycz i żal, niesmak i poczucie winy funkcjonariuszom ZOMO, będzie towarzyszył do końca. Tego nikt nie ma prawa im odmawiać, z ludzkiego rozumienia sytuacji w jakiej się znaleźli. Czy wobec wytworzonej przez lata atmosfery wokół tej tragedii oraz z uwagi – głównie na moralne konsekwencje i dolegliwości dla własnych rodzin, mają przyznać się do winy, bo nie o wyrok i więzienie tu chodzi, a „zbrodniarzami” nazywani są publicznie. Czy ich wybór zachowania milczenia i życie z przeświadczeniem winy do końca, nie jest rodzajem moralnej, duchowej kary, nieznośnym, wręcz gryzącym ciężarem sumienia? Czy w takim rozumieniu winy i kary należy bezwzględnie żądać od nich ujawnienia stanu swego ducha? Czy po takim ujawnieniu ich życie okazałoby się znośniejsze – nie sądzę. Bo gdyby tak było – przyznanie się do winy nastąpiłoby o wiele wcześniej. A czy dla pokrzywdzonych byłoby to wystarczającą formą moralnego zadośćuczynienia – też nie sądzę. Wówczas, po takim „wyznaniu winy” funkcjonariuszy ZOMO i ich rodzin można byłoby wytykać palcem, do woli potępiać moralnie według własnego uznania. Zapytam-byłaby to „kara permanentna”, czy zemsta? Użyło broni palnej wielu, kto faktycznie spowodował śmierć, kto zranienie, a kto strzelając nie wyrządził żadnej krzywdy – ani dziś, ani wówczas nie podobna ustalić. To szczególny przypadek „zbiorowej winy i kary”, bez możliwości wskazań indywidualnych. Widać jak trudne to jest do zrozumienia przynajmniej przez część pokrzywdzonych rodzin.
Dla strony górniczej „karą” są ofiary oraz ból i łzy rodzin. Tak, większej kary nie ma! Nie panując nad sytuacją i własnymi emocjami, przyczynili się do spowodowania własnej śmierci i ran. Ale w każdej sytuacji, a tej szczególnie – jest kwestia współodpowiedzialności. O tym część górników i rodzin zabitych nie chcą słyszeć. Pytania z tym związane przyjmują histerycznym oburzeniem, epitetami, nie stroniąc od powoływania się na Ewangelię i Opatrzność. Traktuję to jako tłumienie wyrzutów własnego sumienia, że może głośniej, natarczywiej należało wzywać męża, ojca i brata do domu, kategorycznie żądać powrotu do rodziny. Taka świadomość nie daje spokoju przez lata, fakt utraty bliskiej osoby jest po prostu nie odwracalny. Po ludzku to rozumiem, z jednym zastrzeżeniem. Generał od chwili tragicznego zdarzenia nie uchylał się od moralnej współodpowiedzialności, a w sensie prowadzonego tu rozważania – powtórzę, jest to „rodzaj kary”. Taka postawa Generała chyba w mniemaniu części górników i rodzin zabitych, pozwala im czuć się zwolnionymi ze swej współodpowiedzialności za tragedię. Więcej, przenosić ją w całości na barki Generała, przypominając paleniem zniczy i fotografiami zabitych pod domem 13 grudnia. Czy jest to etycznie, moralnie właściwe – bez względu na górnicze rozumienie winy i kary – niech się wypowiedzą Czytelnicy. Na marginesie zauważę, że kilkanaście lat później w tej kopalni podczas kręcenia filmu „Śmierć jak kromka chleba” zginął chłopiec, który będąc statystą, uciekał przed strumieniem „zomowskiej wody”. Kto o tej śmierci pamięta?
Postawa Generała…
Jest tu okazja, by przypomnieć, że pierwszą wizytę w kopalni „Wujek” Generał złożył jako Prezydent PRL 2 grudnia 1989 r. W księdze pamiątkowej Kopalni zapisał słowa:- „Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o Niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla Ofiar”. Zebrani ludzie z niezwykłą dozą wrogości odnieśli się do gościa. Pojawiły się transparenty z uwłaczającymi hasłami. Generał z właściwą sobie godnością wysłuchał wielu, personalnie krzywdzących zarzutów, adresowanych do organów władzy różnych szczebli. W takiej rozentuzjazmowanej scenerii, trudno było o rzeczową rozmowę. Ale najważniejsza była obecność Generała. Miała wymiar personalnej pokory wobec cierpienia ludzi dotkniętych tragedią. Na taką postawę mógł sobie pozwolić tylko człowiek formatu Generała. Delegacja górników z Jerzym Wartakiem została zaproszona na spotkanie do Belwederu. Rozmowa była długa, pełna szczegółowych opisów ówczesnych zdarzeń i refleksji natury ogólniejszej, w kategoriach racji środowiskowych, narodowych, państwowych. Proszę uczestniczące osoby, by „po latach” zechciały publicznie podzielić się przemyśleniami z tego spotkania.
Myśl Jerzego Wartaka o przebaczeniu
Z ludzkiej, ewangelicznej istoty przebaczenia wynika pierwszeństwo jego okazania przez osobę pokrzywdzoną. Przypomnę – tak postąpił Papież-Polak wobec Ali Agcy i Generał po ciężkim zranieniu kamieniem, grożącym utratą życia, we Wrocławiu, w 1994 r., podczas podpisywania książki „Stan Wojenny. Dlaczego”. Wybaczył sprawcy, choć ten w żadnym stopniu nie doznał niczego złego, ani bezpośrednio, ani pośrednio od Generała. Także i wymiar kary był symboliczny, choć Generał prosił sąd o jej darowanie szaleńcowi.
Do myśli o przebaczeniu – wspomnianego już Jerzego Wartaka, skłoniła śmierć Jana Pawła II. Zwrócił się do swoich kolegów z dawnego komitetu strajkowego, członków rodzin ofiar i księży, którzy wówczas wspierali strajk górników z pomysłem napisania apelu o przebaczenie i pojednanie. Ogłoszono go 12 kwietnia 2005 r., w następującym brzmieniu:
„Najtrudniejsza sztuka przebaczania nieprzyjaciołom znajduje wzór w Ojcu Świętym – On przebaczył temu, który targnął się na Jego życie. Nam dokucza ból zadany przez nieporadne polskie sądownictwo i bezkarność zbrodniarzy. Nie chcemy poddawać się uczuciom zemsty, naszą nadzieję na sprawiedliwość oddajemy w ręce Boga Sprawiedliwego i Miłosiernego. Zaś do wszystkich rodaków dobrej woli zwracamy się z apelem pojednania się w duchu Jana Pawła II. Krzywdzicieli prosimy o uznanie swoich win i zadośćuczynienie! Pokrzywdzonych prosimy o przebaczenie doznanych krzywd. Młodych – wzywamy do – bez podziałów pokoleniowych – , któremu na imię Polska”.Podpisali: przywódcy strajku: Adam Skwira, Stanisław Płatek, Jerzy Wartak; córki poległych: Agnieszka Gzik – Pawlak, Magdalena Wilk – Bednarczyk, Katarzyna Kopczak- Zagórna oraz księża: Henryk Bolczyk i Paweł Buchta.
Pozytywna ocena treści tego apelu, szczególnie intencji Jerzego Wartaka, którego miałem przyjemność poznać osobiście, zasługuje na szczególny szacunek i uznanie. Jednak zdanie „Nam dokucza ból zadany przez nieporadne polskie sądownictwo i bezkarność zbrodniarzy”- wywołuje pewien niesmak, dysonans. Czy nie przypomina to znane credo – „sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”? Czy wyrok pozbawienia wolności dla kilku funkcjonariuszy ZOMO i w zawieszeniu dla gen. Czesława Kiszczaka; po procesie z oskarżenia IPN o stan wojenny gen. Wojciecha Jaruzelskiego (którego już nie będzie)- zdjął autorom „dokuczliwość bólu” potwierdził, że „nie chcą poddawać się uczuciom zemsty”? Osąd szczerości tego wyznania z pobrzmiewającą w moim odczuciu fałszywie nutą chrześcijańskiej motywacji – pozostawiam Czytelnikom. To jeszcze jeden dowód, argument w „ludzkiej ludzi historii”.
Apelem zainteresowała się prasa. We wspomnianym artykule „Górnik przebacza”… przeczytałem takie wypowiedzi: „Pora wreszcie przestać patrzeć wstecz. Skoro biskupi polscy i niemieccy potrafili się pojednać po tak krwawej wojnie, dlaczego Polak z Polakiem nie może tego zrobić”. Generał Czesław Kiszczak mówił: „Inicjatywą górników kopalni Wujek jestem szczerze i głęboko poruszony. Jest to szlachetna i wielkoduszna postawa członków rodzin poległych oraz górników bezpośrednio poszkodowanych w czasie tragicznych wydarzeń 16 grudnia”. Tu, za „Trybuną” nr 291 z 13.12.04 r., artykuł pt. „Liczyło się życie” cytuję: „Gen. Czesław Kiszczak w ostatniej chwili ograniczył możliwość użycia broni przez Milicję Obywatelską”. Szyfrogram (gazeta zamieszcza fotokopię pierwszej strony) o treści „w wypadkach nadzwyczajnych można użyć środków przymusu bezpośredniego w tym chemicznych środków obezwładniających i urządzeń do miotania wody a w przypadkach wyjątkowych również broni palnej, gdy nie można inaczej uniknąć niebezpieczeństwa zagrożenia – tu zostało odręcznie wpisane słowo <życia> lub zamachu”. W tym szyfrogramie zostali upoważnieni dowódcy pododdziałów do „wydania decyzji o użyciu broni, gdy „wszelka zwłoka groziłaby bezpośrednim niebezpieczeństwem dla życia, zdrowia, albo mienia społecznego w znacznych rozmiarach”. Nie mam zamiaru polemizować z sądem. Czesław Kiszczak był sądzony za wysłanie tego szyfrogramu, czym w ocenie sądu sprowadził niebezpieczeństwo utraty życia przez górników. Chyba nie trzeba mieć wielkiej wiedzy, by wiedzieć, że MO codziennie stykało się z różnymi zdarzeniami i przestępcami. Stąd i użycie broni każdorazowo następowało w innych okolicznościach, sytuacji. Przez to nie zamierzam powiedzieć, że górnicy byli przestępcami. Że byli wśród nich ludzie nie odpowiedzialni – dowodem ta tragedia. Jeśli bezpardonowo chcemy potępiać MO, ZOMO za używanie broni w stanie wojennym, to uprawnione jest pytanie o używanie broni obecnie. Wszak mamy demokrację, którą podobno wszyscy kochamy, a poprzedni ustrój odszedł w niebyt. Znane są przypadki, że chęć zatrzymania osoby uciekającej – jak się okazuje nie zawsze przestępcy – skutkującej zabiciem, nie powinna być wyłącznym argumentem do użycia broni.
List otwarty Generała
Za sprawą telewizyjnego programu „Co z tą Polską?”, apel stał się pewną sensacją. Na jego emisję 27 kwietnia 2005 r., Tomasz Lis zaprosił autorów apelu oraz gen. Wojciecha Jaruzelskiego i „niedoszłego premiera z Krakowa”. Arogancja „premiera” sprawiła, że program nie osiągnął celu. Po jego zakończeniu Generał chwilę rozmawiał z Agnieszką Gzik – Pawlak i Jerzym Wartakiem. Kilka dni później prasa, z inicjatywy Córki Moniki, opublikowała list Generała: Szanowni Państwo, Agnieszka Gzik -Pawlak, Jerzy Wartak
27 kwietnia br. (2005) w TV Polsat o godz. 21.45 w ramach audycji „Co z tą Polską?” odbyła się dyskusja wokół apelu o „przebaczenie doznanych krzywd”. Punktem wyjścia była tragedia w kopalni Wujek 16 grudnia 1981 roku. Państwo reprezentowali autorów Apelu. Z wielką przykrością stwierdzam, że dyskusja zboczyła z głównego toru. Czuję się tego współwinny. Odebrałem zbyt emocjonalnie, nerwowo pewne wypowiedzi krzywdzące i obraźliwe. Żałuję, że doszło do sytuacji, w której problem apelu nie został potraktowany dogłębnie. Jestem z całym szacunkiem dla jego autorów. Przykro mi, że Państwo mogli być nie usatysfakcjonowani moimi wyjaśnieniami i deklaracjami. Dlatego też raz jeszcze z całą mocą wyrażam ubolewanie wobec owej tragedii. Ponawiam słowa głębokiego współczucia rodzinom poległych górników. Stan wojenny widzę w wymiarze szerszym, przed czym Polskę uchronił – jestem o tym głęboko przekonany. Szanuję też inne, rzeczowe opinie. Jednocześnie wiem, że nie pomniejsza to po prostu ludzkiego uczucia żalu i bólu z powodu dotkliwych, w tym tragicznych, skutków różnych wydarzeń tamtego czasu. Oświadczałem to publicznie wielokrotnie. Wyrażam gotowość odbycia spotkania, rozmowy w dowolnym miejscu i czasie – aby jeszcze raz pochylić się nad bolesnym doświadczeniem przeszłości, z myślą o przyszłości, do czego wzywa Apel.
Z szacunkiem. Wojciech Jaruzelski (List ten traktuję jako otwarty).

4 maja 2005 r. Generał przyjął Jerzego Wartaka w swoim mieszkaniu. Potem było jeszcze kilka spotkań. Jak pisze redaktor wspomnianego już artykułu, „W pewnym momencie Wartak poczuł, że jest sam. Wiedziałem, że coś nie wychodzi. Nie było ani jednej osoby, która by mi powiedziała: Współautorzy apelu tłumaczyli się nadciśnieniem, nawałem pracy. Panie Generale, jak Polska nie chce, to my sami się pojednamy”. Co dziś Państwo myślicie o tej postawie Wartaka i jego kolegów?
Zabici górnicy z Wujka. mają pomnik i kwiaty od polityków… ale szczęścia do zbyt roztropnych przywódców nie mieli. Część ich kolegów i rodzin zieje nienawiścią do władzy, do Generała. Niektórzy, jak Jerzy Wartak, wiele zrozumieli z historii lat 1980-1981, której współkreatorem była „S”. Obaj Panowie chcieli i doprowadzili do osobistego pojednania i przebaczenia. Inni trwają w zapiekłości, i tak chyba pozostaną na kolejne lata. Tragedia „Wujka” to przykład nienawiści ekstremy „S” do władzy, także do Generała. Za tę ideową wrogość zapłacili życiem zbałamuceni, oszukani górnicy. Zapłacili niektórzy działacze „S” Kopalni, błędnym przekonaniem o „takiej słuszności”, jak wspomniany Jerzy Wartak. Wiele lat stracił zanim doszedł, że nie było to „tak”, jak tłumaczyli ekstremiści. Że Generałowi też nie można odmówić racji, a prezentowane oceny i poglądy mają pokrycie w faktach i nie są tylko błahym usprawiedliwieniem, a szczerym wyznaniem prawdy, powtórzę – szczerym!
Generał w tamtej rozmowie z Jerzym Wartakiem zauważył, że „inni sygnatariusze apelu jeszcze nie dojrzeli do tego”. Elegancko powiedziane, jak zawsze w ustach Generała. Widocznie na to „dojrzewanie” jeszcze za mało czasu , by zrozumieć tragizm. Dalej Generał mówi: „A przecież to ja chciałem do nich przyjechać na kopalnię Wujek. Chciałem w tym miejscu jeszcze raz podkreślić: biorę odpowiedzialność za to, co się stało. Natomiast, jeśli oczekiwali ode mnie, że przeproszę za wprowadzenie stanu wojennego, to tego nie usłyszą. Chciałem, żeby zrozumieli nas, nasze ówczesne działanie.” Jak widać niektórzy górnicy i rodziny zabitych mają „swoje rozumienie” motywów ówczesnego działania władzy, nie chcą słyszeć co miałaby na swoje wytłumaczenie, broń Boże – nie na usprawiedliwienie. A wtedy konieczną okazałaby się weryfikacja „takiego, swojego rozumienia”. W Katowicach dla pewnej grupy ludzi jest to niepokonalna bariera (może tu kryje się „tajemnica” szubienicy). Wolą pozostać w swej zatwardziałości. Myślę, że to jest już daleko poza ich rozumieniem skali i form cierpienia, także nauki Papieża – Polaka o godziwym życiu. Że jest to już stan, w którym – jak mówi Adam Michnik – „Zamknięci w twierdzach własnej pamięci i własnego bólu nie zauważamy nawet, jak niechęć i ból przeobrażają się w nienawiść i odwet”.
Generał z dużym szacunkiem odnosił się do Jerzego Wartaka. Dał temu publicznie wyraz, m.in. podczas promocji swojej książki „Pod prąd”, co złośliwie skomentowały niektóre gazety. Nie ukrywał, że „Wartak zrobił duże wrażenie. Ma podstawy do noszenia w sobie urazów w stosunku do minionego systemu i ludzi, którzy go reprezentowali. Ale potrafił wznieść się ponad te urazy, szuka porozumienia. Przykro mi, że został sam. Że odwrócili się od niego nawet księża. Ale ja z tej drogi nie zejdę” – kolejny raz deklarował Generał! I na niej pozostał do końca życia. Jerzy Wartak był na pogrzebie Generała. Czułem cząstkę Jego bólu, byłem obok i moja wdzięczność dla Niego, trwać będzie też po grób… Dziękuję Panie Jerzy za dowód rozumienia „dobra i winy”.
Dobro poświęcone, dobro uratowane
Obaj Panowie- Generał i Wartak dowodzą, że życie górników to „dobro poświęcone”, czy było wtedy konieczne? Wielu, nie wyłączając zapiekłych w swej odporności na racje i argumenty od lat pozostaje w tym stanie. Inni jednak są zdania, że póki Polacy rozmawiają ze sobą, nawet się kłócą, ale nie podnoszą na siebie ręki, nie należy im „pomagać”. Tamta zapiekłość słowna doprowadziła do śmierci, dojmującego bólu i żalu na pokolenia. Dziś, po 38 latach ma wymiar wrogości i nienawiści płynącej od ludzi, wywodzących się z „pnia solidarnościowego”, do tego często zdobionych patriotycznymi zaklęciami. Może inni znajdą właściwą tego ocenę? Czyje „solidarnościowe oczy i serca” poraża szubienica w Katowicach?
Natomiast już wtedy i po latach okazało się, że działanie władzy było konieczne w wymiarze krajowym, polskim, chroniąc przed bratobójczą walką. Konieczne też było wobec sąsiadów, chroniąc przed ich „zbrojną pomocą”. W tym wymiarze było „dobrem” ratującym życie innych. Dobitnie i wielokrotnie, publicznie i osobiście Generał przepraszał wszystkich, których dotknęła jakaś krzywda i niegodziwość, ze strony „ludzi władzy”. Ale „dobrem ratowanym była również wartość najwyższa, jaką jest wolność narodu i państwa. Nawet jeżeli ta wolność i suwerenność były ograniczone” – stwierdziła cytowana SKOK.

Tajemnice Watykanu Groźba Papieża

Gdy w październiku 1980 roku pracowałem w Sekretariacie Synodu Biskupów w Watykanie, z dostępem do dokumentów tajnych („sub secreto“), miałem okazję do kontaktów z elitą hierarchi watykańskiej, w tym – z Sekretariatu Stanu.

Doszła wówczas do mnie wiadomość, plotka, o niesamowitej, nieprawdopodobnej wręcz treści. Otóż Jan Paweł II miał jakoby odbyć rozmowę z b.ambasadorem USA w Rzymie – Johnem Volpe , nb. zaufaną osobą ówczesnego szefa CIA Wiliama Casey’a a na dodatek kawalerem maltańskim, na temat sytuacji w Polsce.
Volpe mówić miał o możliwym, siłowym rozwiązaniu klinczu społeczno-politycznego w Polsce. Z jednej strony miałaby stanąć rosnąca w siłę opozycja, popierana przez USA i wraz z nią ewentualnie Wojsko Polskie, z drugiej – interweniujące wojska radzieckie i „sojusznicze“ z ościennych państw Paktu Warszawskiego.
Reakcja papieża na nakreślony przez b.ambasadora USA scenariusz miała być ostra: –„ Nie można wykorzystywać Polski do konfliktu zastępczego z Rosją. Wasze wielkie zwycięstwo (destabilizacja ZSRR) będzie opłacone przez Polaków. Przelewanie krwi za niewłasne interesy nie służy polskiej sprawie. Jeśli nie powstrzymacie waszych działań w moim kraju, to w razie konfliktu przylecę do Polski i zginę z własnym narodem.“
Tyle plotka. A dalej zaczyna się narracja, którą po latach usłyszałem od ówczesnego ambasadora polskiego w Londynie – Jana Bisztygi.
Volpe miał wysłać natychmiastową depeszę tajną, szyfrogram, do Departamentu Stanu USA a ten do najbliższych sojuszników USA, do brytyjskiego Foreign Office (Było to o tyle naturalne, że Wielka Brytania należała wówczas do „Sojuszu Pięciorga Oczu“, grupy współpracy wywiadowczej, złożonej z  USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii, kontrolującej m.in. system podsłuchów globalnych „Echelon“, z którego dane trafiają do obróbki w Fort Meade w Stanach Zjednoczonych. Aktualnie to jest już „Sojusz Czternastu Oczu“.)
Wracając do początkowego wątku, w końcu pażdziernika 1980 roku, pod koniec Synodu, byłem akurat w trakcie transferu z Rzymu do Paryża, aby zgodnie z decyzjami przełożonych zakonu Jezuitów kontynuować tam studia teologiczne. Miałem kłopoty z łącznością z Centralą Wywiadu w Warszawie a przy tym wiadomość, plotka,w której posiadanie wszedłem, wydawała mi się tak nieprawdopodobna, że nie zdecydowałem się na jej przekazanie innymi, nieosobowymi środkami łączności np. tajnopisem bądź zakamuflowaną mikrofotografią.
Dopiero późnym latem 1981 roku, przy okazji pobytu w kraju i spotkania z  dowództwem wywiadu w ośrodku w Magdalence, „przemyciłem“ tę informację w trakcie lunchu, podczas rozmowy towarzyskiej, dzieląc się ze słuchaczami wszelkimi wątpliwościami co do jej prawdziwości. Ku memu zdziwieniu obecni przedstawiciele Centrali nie wydwali się zaskoczeni moją wypowiedzią, wyglądało na to , że przyjęli ją za dobrą monetę.
Teraz, po latach, uzyskałem potwierdzenie prawdziwości tej „ciekawostki“, która okazała się autentyczna i dzięki dwóźródłowej informacji, mojej jak i jeszcze jednej osoby, uzyskała, z wywiadowczego punktu widzenia, status wiadomości wiarygodnej najwyższej wagi.
I tu znowu wkracza na scenę ambasador Bisztyga, reprezentujący w Londynie Polskę w latach 1978-1981. Ogólnie tam lubiany, wyrobił sobie świetne stosunki w elicie politycznej Wielkiej Brytanii, więcej – zaskarbił sobie zaufanie jej przedstawicieli. Miał doskonałe relacje z doradcą premier Margaret Thatcher do spraw bezpieczeństwa narodowego – Colinem Buddem.
W nocy obudził Bisztygę telefon od oficera MI6, Michaela Pallisera, proszącego go o natychmiastowe spotkanie. Gdy do niego dochodzi, Palliser pokazuje zaskoczonemu ambasadorowi depeszę od Volpe z pytaniem : Czy to możliwe, aby papież zdobył się na realizację swych słów ?
Bisztyga odpowiada: „ To Polak, na dodatek człowiek o góralskiej mentalności, wojownik, skoro mówi, to zrobi.“
Po spotkaniu z Palliserem ambasador wysłał szyfrogram do kraju. Dzięki temu władze polskie uzyskały dodatkowy, wielki argument w rozmowach z Sowietami, mitygujący ich i pozwalający na wewnętrzne rozwiązanie kofliktu przez samych Polaków.
Równolegle Margaret Thatcher zaczyna przekonywać Ronalda Reagana, że należy hamować antyradziecki impet na odcinku polskim. Potwierdzają to opublikowane niedawno w Londynie wybrane depesze brytyjskiej premier do prezydenta USA.
Te zakulisowe działania papieża i Watykanu, jak również uzyskanie przez polski wywiad informacji o nich z dwóch niezależnych źródeł, przyczyniły się zapewne do uratowania naszego kraju, a może nawet dużej części Europy przed krwawą łaźnią.
Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, niezależnie od różnych jego ocen, było, jakkolwiek by na nie nie patrzeć, wewnętrznym, polskim działaniem.
Te, dotąd okryte tajemnicą, intencje papieża jak i fakt zapobieżenia interwencji radzieckiej w wyniku zaangażowania polskich sił zbrojnych, mogą tłumaczyć fenomen wielokrotnych audiencji, których papież udzielał, również po stanie wojennym, Wojciechowi Jaruzelskiemu, przedtem – szefowi partii i państwa a później – pierwszemu po zmianie systemu prezydentowi Polski, nawet wówczas, gdy z obu tych funkcji odszedł.
Tomasz Turowski – pułkownik polskiego wywiadu, wcześniej PRL, a później, jako pozytywnie zweryfikowany, w RP. Także dyplomata (m.in. ambasador RP na Kubie oraz ambasador tytularny w Moskwie) i dziennikarz. Bohater paru filmów dokumentalnych zrealizowanych przez zachodnio europejskich producentów.
Obecnie w stanie spoczynku, pisze książki. Współautor bestsellera „Kret w Watykanie”, który doczekał się kilku zagranicznych tłumaczeń. Autor sensacyjnej trylogii „Dzungla we krwi”, „Krwawiące serce Azji” i „Moskwa nie boi sie krwi”.
Wydał także książkę „Egzekucja” z pogranicza sensacji i political fiction oraz…tomik poezji. Dwie kolejne pozycje z gatunku spy-story są przygotowywane do druku.

Po co?

W rocznicę 13 grudnia znalazłem na Twitterze, ten miły wpis pani Beaty Mazurek – europosłanki Prawa i Sprawiedliwości, do niedawna rzeczniczki tej partii i klubu sejmowego, damy kojarzonej nie wiedzieć czemu przez plotkarską Warszawkę z pierwszym przystojniachą sejmowym, posłem Ryszardem Terleckim, kobiety nowoczesnej, bezpruderyjnej, rozwiedzionej katoliczki. Wpis nie jest poświęcony jakiemuś komuchowi, co mógłby sugerować ów 13 grudnia, lecz bohaterowi tamtych zdarzeń, ikonie „Solidarności” etc. etc. – Władysławowi Frasyniukowi.

Pisze pani europosłanka:
Frasyniuk to pospolity kretyn (…) Jego knajacki, prowokacyjny język służy do wywołania w państwie emocji i awantury (…) Czy ten barbarzyńca wzywa do przelania polskiej krwi?
Cóż takiego ów Frasyniuk napisał? Cytuję:
– Z opresyjną władzą się nie rozmawia, z opresyjną władzą się walczy. Prosta zasada w rocznicę 13 grudnia. Co zrobisz opozycjo, by obronić sędziów i resztę obywateli? Nie lubicie brzydkich słów? Chcecie grzecznej ulicy? OK. Pamiętajcie, historia do Was krzyczy. „…i się nie bać”!

To wystarczyło, żeby pani Mazurek „wyszła z nerw”…

Jako „kombatant” lat 80-tych stojący wówczas po przeciwnej stronie niż pan Frasyniuk, myślę sobie: Masz, czego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

Jakaś Beata Mazurek, która w roku 1980 miała 13 lat, wyzywa gościa, który wtedy na serio naparzał się z milicją, od pospolitych kretynów używających knajackiego języka.

Dodajcie sobie do Mazurek Guzikiewicza z Gdańska, Dudę – przewodniczącego, a choćby nawet i „Adriana”, działaczy związkowych ze „Ślunska”, koleżanki i kolegów pani Mazurek z ław poselskich, jako to Kempę Beatę, Witek Elżbietę – miniaturkę marszałka Sejmu, Zalewską Annę – reformatorkę oświaty, Clausewitza z Legionowa – Błaszczaka, Zielińskiego – lorda z Suwałk od hawajskich baletów i całą resztę tej menażerii, a zrozumiecie, dlaczego Frasyniuka, który naprawdę dostał w tyłek, szlag trafia…

Spotkaliśmy się kiedyś przelotnie, w Atenach, z okazji podpisania przez Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza traktatu akcesyjnego otwierającego Polsce drzwi do Unii Europejskiej. Frasyniuk został przez premiera Millera na tę uroczystość zaproszony wraz z Tadeuszem Mazowieckim i innymi ważnymi politykami, tworzącymi na przestrzeni lat sztafetę mądrych patriotów, którzy na ten ateński sukces Polski pracowali. Poznaliśmy się natychmiast – po gębach oczywiście.

– Muszę panu powiedzieć, że był pan jedynym, który zadał premierowi Mazowieckiemu sensowne pytanie, zwrócił się do mnie pierwszy.

Chodziło o konferencję prasową z udziałem premiera Mazowieckiego już po uroczystości pod Akropolem. Poprosiłem go o komentarz do faktu, że w osobach takich ludzi, jak on, czy Władysław Frasyniuk i takich, jak ja – dziennikarz i publicysta, który od początku do końca trwał po stronie gen. Jaruzelskiego, spotkały się w tym historycznym dniu, w kolebce europejskiej demokracji, dwie Polski i obie są z tego powodu szczęśliwe.

O ile pamiętam premier Mazowiecki podzielił tę obserwację i powiedział, że w tej chwili nie ważne jest, jakimi drogami tu dotarliśmy, ważne, że tu jesteśmy.

Dlaczego to piszę? Co mnie naszło? Sam nie wiem. To już przecież nikogo nie interesuje, w dzisiejszym wrzasku nikt już tego nie rozumie. Zwłaszcza madame Mazurek.

Polski jesteśmy warci

Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą.
Jan Paweł II

„Rachunek sumienia trzeba zawsze zaczynać od siebie. W realiach ostrego podziału Europy i świata, nasza bijatyka nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie.
gen. Wojciech Jaruzelski

Spodziewam się, iż wśród Państwa Czytelników, już po przeczytaniu tytułu publikacji, mogą pojawić się różne, oczywiście emocjonalne reakcje. Nie wykluczam oburzenia! Co za sens, gdzie logika stawiać stan wojenny za przykład patriotyzmu? „Polityka historyczna” od prawie 30 lat „uczy” Polaków, że stan wojenny – to „wojna polsko – jaruzelska” spadająca jak grom z jasnego nieba na Naród-Wojsko i czołgi, MO, ZOMO na ulicach;„masakra” górników – z jednej strony. Z drugiej – Solidarność, która ani jednej szyby nie wybiła, chciała tylko „wolności i niepodległości”; karnawał 16 miesięcy. Do tego przez cytowane oceny obok siebie Papież i gen. Wojciech Jaruzelski, okrzyknięty „zbrodniarzem”, „sługusem Moskwy”, postawiony przed Sądem. To pomieszanie z poplątaniem! Jak można przypominać, czytać takie rzeczy – nawet w 38 rocznicę tego wydarzenia, być może wielu z Państwa rozsierdzi się „nie na żarty”. Zachęcam Państwa do zrobienia sobie ulubionej kawy, zajęcia wygodnej pozycji i przystąpienia do czytania tekstu.

Patriotyzm

Spójrzcie Państwo jeszcze raz na tytuł publikacji i zastanówcie się – cóż to takiego jest patriotyzm? Słownik języka polskiego (Wyd. PWN, Warszawa, 1979) – objaśnia jako postawę, formę ideologii, łączącą przywiązanie do własnej Ojczyzny, poczucie więzi społecznej oraz poświęcenie dla własnego narodu”. Patriotyzm, to wdzięczny temat naukowo – wychowawczy, napisano wiele interesujących książek. Znane jest pojęcie „patriotyzmu wojennego”, gdzie sytuacja bojowa wymaga ofiary krwi i życia. Dowódca ma świadomość, iż wydając rozkaz wielu podwładnych zginie, że często „wysyła ich na pewną śmierć”. Może zastanawiać się, czy uczynił wszystko, by oszczędnie rozporządzić najcenniejszym dobrem podwładnego, jego życiem. Ale to dywagacje „filozoficzne”, zwykle po czasie. Także znany jest – preferowany przez część niektórych filozofów „patriotyzm czasu pokoju”, często tłumaczony jako „wyższa konieczność”. To sytuacja „na krawędzi”, która grozi rozlewem bratobójczej krwi, której czasami można uniknąć. Proszę – zastanówcie się Państwo, czy sytuacja w Polsce lat 1980-1981, niosła taką groźbę? Czy stan wojenny nie jest tym niemal naukowym przykładem wspomnianego właśnie „patriotyzmu czasu pokoju”, gdzie uniknięto ofiar w masowej skali. Na czym wówczas polegała istota patriotyzmu? Jakie podstawy, przewidywania mogły sprawić, że Papież użył cytowanych słów wobec Generała – pomyślcie Państwo.

„Sprawa wagi najwyższej”

Za „sprawę wagi najwyższej”, gen. Wojciech Jaruzelski w przemówieniu radiowo – telewizyjnym 13 grudnia 1981 roku, uznał, iż „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią. Dorobek wielu pokoleń, wzniesiony z popiołów polski dom ulega ruinie. Struktury państwa przestają działać”. Akcentował przytłaczający ciężar codziennych warunków życia milionów ludzi, różne rodzinne i zakładowe konflikty. Zachęcam Państwa, szczególnie osoby stateczne wiekiem, pamiętające tamten czas, by sobie i młodzieży, wnukom przypomnieli choćby dziś oczywiście śmieszne fakty – jak wtedy trudno było zdobyć np. cytrynę, nie mówiąc o pomarańczy czy karpiu i śledziu na wigilijny stół. Przecież te braki nie powstały nagle. Czy ówcześni działacze Solidarności nie mają tu sobie nic do zarzucenia, nie poczuwają się do współodpowiedzialności? Oczywiście, cytrusy mogły być w każdym domu, także kawa uznawana wtedy za rarytas, „pański napój”, trzeba było płacić dewizami, a te mogliśmy otrzymać za węgiel, który był sprzedawany na Zachód. Kto dziś pamięta, że węgla brakowało do ogrzewania mieszkań, kto z warszawiaków o zapowiadanej przeprowadzce mieszkańców Pragi do centrum, bo mieszkania mogą być nie ogrzewane, o apelu władz państwowych i Stolicy, by przed chłodem i zimnem chronić najsłabszych – starców i dzieci. Znaleźli się „piaskowi uczeni”, którzy po 1989 r. z tych faktów czynili drwiny, pokazując słabość tamtej władzy, że nawet mieszkań nie potrafiła ogrzać. Generał we wspomnianym przemówieniu przypomniał – „strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież” (zapomnieliście Państwo „zabawy” w reformę szkolną, jakie wnioski wyciągnęliście?). Że „przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów przebiegają linie bolesnych podziałów, niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści…Padają wezwania do fizycznej rozprawy z czerwonymi, z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy Szeroko rozlewa się po kraju fala zuchwałych przestępstw… rosną milionowe fortuny rekinów podziemia gospodarczego”.
Od kilku lat są podstawy by do wielu polityków, głównie (nie znaczy wyłącznie!)-wywodzących się z „solidarnościowego pnia” zwracać się – panie „zuchwały przestępco” – jak mówił Generał – dziś złodzieju, oszuście, kombinatorze, cwaniaku. Wykaz złodziejskich praktyk opublikowała „Gazeta Wyborcza” w tygodniu przed wyborami. Czy choćby z tych powodów Polska dziś nie staje się „moralną ruiną”? Czy już „Ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią” – duchową? Że można mówić – „struktury państwa przestają działać”, patrząc na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, co dobitnie podkreślał prof. Marcin Matczak w wywiadzie – „Władza gotowa podpalić Polskę” (DT, 6-8 grudnia 2019).

Twoja, nasza pamięć

Po co – ktoś zapyta, zaprzątać sobie i rodzinie pamięć takimi wspomnieniami, komu to potrzebne. Wybacz Drogi Czytelniku – potrzebne to Tobie, Twoim dzieciom i wnukom, by nie wciskano ci kłamstwa przez „poprawianie” właśnie tej Twojej pamięci. Przypomnij sobie jak w niektórych budynkach znakowano mieszkania czerwonymi znaczkami? Może słyszałeś jak córka sąsiada nie chciała iść do szkoły, bo jej najlepsza koleżanka powiedziała, że jest „czerwona”, a rodzice nie wiedzieli co robić. Podjąć rozmowę z sąsiadem, nauczycielem w szkole, czy „siedzieć cicho”, przeczekać ten trudny czas. Zapytaj syna, wnuka co nauczyciel historii mówił im na lekcji o stanie wojennym. Miej odwagę pomyśleć, że mówił i o Tobie, nie wymieniając nazwiska. Gdy dalej „upierasz się przy swoim” – zauważ ile jest nienawiści wokół Ciebie, wraże słowa wypowiadają biskupie usta – nie słyszałeś? A apel – przestrogę o. Ludwika o udomowieniu się u nas nienawiści i pogardy, po zabójstwie prezydenta Gdańska, choć wcześniej prezydenci kilkunastu miast otrzymali nekrologi o swojej śmierci, też nie słyszałeś? Kto z władz się tym przejął, uznał za niedopuszczalne nadużycie „wolności”? Że „wolność” zamieniono na „dowolność gadania”, na brak odpowiedzialności za słowa i czyny. Oto istota. A może słyszałeś donośny głos biskupa, który wzywał do wsłuchania się w apel o. Ludwika, by uczynić go nauką, wręcz podstawą wychowania chrześcijańskiego Polaków – też nie? Tu się zgadzam, też nie słyszałem! A jak Ci się podoba uzasadnienie sądowe „wieszania zdrajców” w Katowicach (zdjęcia 6 osób, europosłów, pisałem: „Kopalnia”, na przełomie grudnia i stycznia 2017/18; „Krzywdy stanu wojennego”, grudzień 2017). Czy dostrzegasz tu lekcję „polityki historycznej”, słuchając o obrazie Norblina? Zechciej się zastanowić, oczyma własnej wyobraźni zobaczyć własną – podkreślam własną – żonę, córkę na stryczku. To Twoje najukochańsze, najcudowniejsze osoby. Pomyśl, co gotów byłbyś oddać za ich szczęśliwe życie i zdrowie? Obraziłem Ciebie tym wywodem? W grudniu wszechobecne było zawołanie – „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”, mija 38 lat. Oto kilka przykładów. List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981) – „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”. Andrzej Rozpłochowski (Śląsk) „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”. Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu – „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
Stan wojenny był właśnie ratunkiem przed bratobójczą wojną domową, by nie było szubienic, by nikt z zimna i głodu nie zmarł! Kto dziś bogatszy o wiedzę i doświadczenie ośmieli się powiedzieć, że „nasza bijatyka” – jak mówił Generał byłaby tylko „naszą sprawą”, a sąsiedzi byliby jej „bliskimi widzami”. A gdyby przyszli z bratnią, oczywiście wojskową pomocą, to co? Nasze poczucie godności i patriotyzmu nakazywało walkę zbrojną. Kto dziś udowodni, że byłaby ona zwycięska w takim sensie, że armie sąsiadów wycofałyby się z Polski. Pod czyją i jaką presją – naszej krwi i męstwa. Zima i groźba bratobójczej walki, którą IPN konsekwentnie bagatelizuje to dwie podstawowe sfery kryjące jesienią i na przełomie 1981/1982 r. kumulację najcięższych ludzkich nieszczęść – na czele ze śmiercią!

Sąd

Należy zapytać, czy za uratowanie setek, może tysięcy Polaków od śmierci i innych nieszczęść, Generał i grono najbliższych osób, w tym członków Rady Państwa postawiono przed Sądem? – to osobny temat. Ktoś może powiedzieć-zginęło 9 górników, łącznie 16 osób. Generał przed Sądem min. oświadczył – „Każda krzywda i cierpienie ma swoje imię. Każda śmierć, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, jest tragedią…mam świadomość własnego, moralnego ciężaru”. Przypomnę, że 16 grudnia ZOMO, używając broni strzelało w ziemię przed zwartą grupą górników (ponad 200 osób) z odległości 70-50 m. Od rykoszetów zginęło na miejscu 7 górników, 2 zmarło w szpitalu, 21 było rannych. ZOMO wystrzeliło 156 pocisków. Patrząc na te liczby pytam – chcieli zabić czy wymusić rozejście się (od rzucanych śrub, kamieni rannych było ok.40 funkcjonariuszy, mimo posiadanych tarcz i hełmów), pisałem w tekście „Kopalnia”, na przełomie grudnia i stycznia 2017/18.
Generał pierwszą wizytę w kopalni „Wujek” złożył jako Prezydent PRL 2 grudnia 1989 r. W księdze pamiątkowej Kopalni zapisał słowa: – „Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o Niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla Ofiar”. Zebrani ludzie okazali niezwykłą wrogość do gościa, były transparenty z uwłaczającymi hasłami. Z właściwą sobie godnością wysłuchał wielu, personalnie krzywdzących zarzutów, adresowanych do organów władzy różnych szczebli. Obecność Generała miała wymiar personalnej pokory wobec cierpienia ludzi dotkniętych tragedią. Delegację górników z Jerzym Wartakiem zaprosił do Warszawy.

Szpital

Stan wojenny, za sprawą wielu prawoskrętnych historyków i publicystów, postrzegany jest głównie przez ludzkie ofiary i różne ich dolegliwości. Nikt trzeźwo myślący nigdy nie może ich ani pomniejszać ani dezawuować. Ale powinien pamiętać i wskazywać różne fakty i okoliczności, które do tego doprowadziły i jego skutki w wymiarze państwowym, społecznym i gospodarczym, nie zapominając o wymiarze politycznym i międzynarodowym.
Godzi się pamiętać o takim fakcie. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON), na posiedzenie w dniu 23 czerwca 1982 r. zaprosiła grupę kobiet, przedstawicielek różnych zawodów. Generał, witając panie, oznajmił – Czas dzisiejszy nie sprzyja stawianiu pomników. (trwał stan wojenny – moje G.Z). Ale nadeszła chyba pora, aby wznieść pomnik Matki Polki. Dawno już powinien stanąć na naszej ziemi, aby świadczyć o patriotycznej ofiarności polskich matek. O ich niezapomnianym wkładzie w przetrwanie naszego Narodu, w jego uporczywą, bohaterską walkę o wolność i zwykłą, człowieczą sprawiedliwość”. Powstała 130 osobowa Obywatelska Rada, z Sekretarzem Generalnym Józefem Niewiadomskim (zmarł w sierpniu 2019, cześć Jego pamięci). Po 4 latach budowy, Szpital oddano do użytku w Łodzi. W 38 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, ośmielam się prosić Państwa Czytelników, wszystkich członków szeroko rozumianej Lewicy, w tym szczególnie SLD i PPS oraz po prostu – ludzi dobrej woli o aktywne zaangażowanie się w akcję WOŚP dnia 12 stycznia 2010 r., organizowaną przez Jerzego Owsiaka dla zebrania funduszy na ten zadłużony Szpital. Niech ta serdeczna akcja zachęci do myślenia, że stan wojenny był mniejszym złem, ale ratującym życie i Polskę. Wówczas było i dziś powinno być miarą pokojowego patriotyzmu Generała, wszystkich myślących o swojej Ojczyźnie Polaków.

Solidarność

Dla historyków „pokolenia III RP” głoszenie pragnienia „wolności i niepodległości” jest odpowiedzią Solidarności na każde pytanie o rozsądek postępowania. Nie pomagały żadne ostrzeżenia. Podam dla przykładu – „Robotnik” nr. 78 z 27 sierpnia 1981 roku opublikował fragmenty dyskusji, zorganizowanej przez redakcję. Mówią m.in.: Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”; Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”; Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”. Można postawić pytanie – czy w ówczesnej sytuacji była szansa na porozumienie z władzą? Generał we wspomnianym przemówieniu mówił – „Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Nie mniej przekonującą ocenę Solidarności wystawił Jarosław Kaczyński. Podczas rozmowy z Teresą Torańską (książka „My”) m.in. mówi: „Nieporęczna w istocie od początku była Solidarność. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z Solidarnością jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej … Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby Solidarność z 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”. Komu z Państwa potrzebny komentarz?

Data wprowadzenia stanu.

„Znana jest bliska data masowych, politycznych demonstracji, w tym również w centrum Warszawy, zwołanych w związku z rocznicą wydarzeń grudniowych. Tamta tragedia powtórzyć się nie może. Nie wolno, nie mamy prawa dopuścić aby zapowiedziane demonstracje stały się iskrą, od której zapłonąć może cały kraj” – mówił Generał. Natomiast prof. Ryszard Reiff (książka „Czas Solidarności Editio Spotkania, Paryż 1988) napisał: – „11 grudnia w godzinach rannych złożył mi wizytę w moim gabinecie w PAX-ie, z ramienia Solidarności Zbigniew Romaszewski, zapraszając mnie, jako jednego z mówców na wiec, który planowano w dniu 17 grudnia o godzinie szesnastej na Placu defilad. Gdy dowiedziałem się, że to wszystko ma odbyć się o tej porze i w tym miejscu, zaprotestowałem przeciwko takiej lekkomyślności. Wielkie tłumy w ciemności-mówiłem (grudzień, godzina szesnasta), to zachęta do prowokacji. Zaplanowanej lub nie, czy przypadkowego tumultu, który wywoła panikę i może spowodować nawet śmiertelne wypadki. Jedna petarda, jeden pojemnik z gazem łzawiącym i sytuacja wymknie się spod kontroli”. Zachęcam Państwa – zwróćcie uwagę kto, które media wykażą, że ta demonstracja miała zgodę władz Stolicy, rządu oraz zapewnioną ochronę – czyją i jaką, by nie doszło do tragedii przed jaką ostrzegał Profesor.
Papież
Proszę pomyśleć nad Jego rozwagą oceny sytuacji, rozumieniem odpowiedzialności Generała za Polskę, gdy w tym zwięzłym zdaniu – cytuję wyżej – nazwał patriotą. Kto z Państwa zna polityka, dziennikarza, może biskupa który przypomina, cytuje te słowa. A może ktoś słyszał, że „Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie pod koniec lat osiemdziesiątych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, Papież natychmiast mu przerwał: Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”, napisał Tad Szulc w książce „Papież Jan Paweł II. Biografia”. Chciałoby się zapytać – czy w tym „worze kamieni” Papież widział tylko grzechy własne Generała, czy coś więcej? Były Prymas Polski abp Józef Kowalczyk, pisze w książce „Świadectwo i służba” (Wyd. Adam, 2008)-„Muszę powiedzieć szczerze i mam odwagę to powiedzieć: Jan Paweł II darzył pewnym szacunkiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, bo widział, że w tym człowieku jest jakiś duch patriotyzmu, duch dobra, jakaś wola obrony Polski”.

„Polski jesteśmy warci”

Generał kończył 13-grudniowe przemówienie apelem – „Zwracam się do wszystkich obywateli – nadeszła godzina ciężkiej próby. Próbie tej musimy sprostać, dowieść, że Polski jesteśmy warci”. Jak tę myśl można, należałoby rozumieć dziś, w 2019-2020 roku? Przed nami wybory prezydenta Polski.
Zachęcam Państwa Czytelników do namysłu nad zagrożeniami wewnętrznymi, w tym demokratycznych zasad i form sprawowania władzy. Co na tym polu udało się osiągnąć w sferze władzy samorządowej i parlamentarnej wszyscy mamy na świeżo w pamięci. Na jakich obszarach, polach działalności państwowej, w tym zagranicznej, wewnętrznej, społecznej i gospodarczej, szczególnie wymiaru sprawiedliwości trwają zmagania o międzynarodowy wizerunek Polski praworządnej, przyjaznej obywatelom i sąsiadom, krajom członkowskim UE – pisze prof. Bogusław Liberadzki (DT 6-8 grudnia 2019). Wspomniałem wyżej ocenę prof. Marcina Matczaka – „Władza gotowa podpalić Polskę”. Redaktor Andrzej Ziemski pisał – „W poszukiwaniu męża stanu” (DT, 8-12 listopada 2019) o kandydatach Lewicy na urząd Prezydenta Polski, wymieniając m.in. byłych premierów i prof. Bogusława Liberadzkiego. Mam zdanie podobne – pisałem w tekście „Przyszły Prezydent Polski” (DT, 22-24 listopada 2019), uważając iż powinien nim być PROFESOR – wspomniany Bogusław Liberadzki, może Grzegorz Kołodko, Jacek Majchrowski. Zachęcam Państwa raz jeszcze – do zastanowienia się nad „profesorską kandydaturą” mądrego, z bogatym doświadczeniem naukowym, fachowca i gospodarza Polski. Teraz, na III dekadę – słyszę od wielu rozmówców – jest nam potrzebny człowiek znany w Europie z autorytetu wiedzy i powagi rozumienia rzeczywistości. Osoba, za którą my „zwyczajnie zjadacze chleba” nie będziemy się wstydzić. Przecież „Polski – mądrze rządzonej, gospodarnej – jesteśmy warci” – nie zmarnujmy tej szansy.

Dziecięce marzenia to nie wszystko

– Śledzili każdy mój krok dzień i noc, podsłuchiwali rozmowy i czekali na wpadkę. Podejrzewali wielką aferę szpiegowską i chcieli złapać wspólników – z Krzysztofem Machowskim rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Przez lata siedemdziesiąte i na początku osiemdziesiątych byłeś mocno obecny w teatrze, kinie, telewizji, a potem zniknąłeś na lata. Co się stało?

I jak się okazuje, zniknąłem ostatecznie. Na zbyt długi czas mieszkając w Monachium znalazłem się poza tym biznesem. Sporadyczne występy w produkcjach filmowych i teatralnych podczas moich krótkich pobytów w kraju po roku 2005 nie były w stanie zmienić tego faktu.

A dlaczego znalazłeś się w Monachium?

To bardzo długa i awanturnicza historia. Ale spróbuję ją pokrótce streścić nie wdając się w szczegóły, chociaż te są w tym wszystkim najciekawsze. To temat na książkę, którą może kiedyś napiszę…
Otóż w roku 1981 wykorzystując przestój w pracy spowodowany zmianą teatru wybrałem się wraz z grupą alpinistów i zbieraczy minerałów w pierwszą podróż do Azji Południowej. Trasa biegła przez Indie, Cejlon, Tajlandię, Singapur. Po pierwszej podróży zaraz nastąpiła druga i nagle stwierdziłem, że to chyba najważniejsza rzecz w moim życiu. Nagle moje dziecięce marzenia inspirowane godzinami spędzonymi nad mapami świata zaczęły przybierać realny kształt. A tu akurat znalazłem się na zaproszenie dyr. Kazimierza Dejmka w teatrze, z którym wreszcie mogłem się w pełni identyfikować i gdzie mimo konkurencji doskonałych kolegów miałem duże szanse na dobre role.
Stan wojenny spowodował przerwę w wyjazdach i zawiesił na pewien czas pracę Teatru Polskiego. Tworzyłem w tym okresie spektakle dla Kościoła, z którymi docieraliśmy wszędzie tam, gdzie ludzie oczekiwali wsparcia i otuchy w ciemną „noc generałów”.
W 1982 w ostatniej chwili wypadłem ze składu wyprawy Klubu Wysokogórskiego w Himalaje, a zdołałem już uzyskać u Dejmka urlop bezpłatny, na skutek czego wypadłem też z obsady nowej sztuki i straciłem dużą rolę.
Ale te straty nie mogły mnie powstrzymać. Wydawało mi się, że zdołam je jakoś jeszcze odrobić. Jaki byłem naiwny…
A tymczasem żądza przygód i podróżowania była nie do opanowania. To było jak narkotyk. W latach 1983, 4 i 5 wyjeżdżałem wielokrotnie biorąc urlopy w teatrze, aż w końcu Dejmek, zdumiewająco tolerancyjny w stosunku do mnie, powiedzał: musisz się zdecydować, czy chcesz być aktorem, czy podróżnikiem.
A ja byłem zachłanny: chciałem mieć wszystko. Zresztą aktorstwo też było dla mnie przygodą. Podczas dalekich podróży ładowałem kolorami i egzotyką mój akumulator, by móc później zmagać się z szaro-ołowianą, nędzną rzeczywistością stanu wojennego. Ale po powrocie czekała mnie wytężona twórcza praca – głównie w postaci spektakli poetycko-muzycznych „ku pokrzepieniu dusz” w kościołach, poza zasięgiem cenzury, ale także – po zawieszeniu bojkotu mediów przez aktorów – w Polskiej Telewizji. Wtedy i tylko wtedy miałem poczucie dziejowego posłania, misji do spełnienia, czułem wagę wypowiadanych słów. Wiedziałem, że otrzymałem „rząd dusz”. To wspaniałe uczucie.
I tak przez prawie 3 lata udawało mi się pogodzić te dwa sposoby na życie. Wracałem z egzotycznej podróży, a ciekawe propozycje aktorskie już na mnie czekały.! Uzbierałem w ten sposób niesamowite bogactwo przeżyć i doświadczeń. Wypełniało mnie niezwykłe poczucie szczęścia i spełnienia. To najciekawszy i jednocześnie najbardziej twórczy okres w moim życiu. Nieoczekiwana realizacja dziecięcych marzeń, a jednocześnie nowe perspektywy w karierze zawodowej.

W jaki sposób mogłeś finansować swoje podróże?

To było wtedy bardzo łatwe. Należało tylko wiedzieć, co gdzie sprzedać i co gdzie kupić. Pierwszy bilet opłaciłem sprzedając w komisie mój nowy kożuszek, a wydatki w podróży zabezpieczały mi dolary zarobione kilka lat wcześniej przy zbiorze pomidorów w Szwecji. Wylatywaliśmy zwykle w grupach 12-osobowych, dzięki czemu korzystaliśmy ze wspaniałej taryfy za około 50 $, a potem najczęściej dzieliliśmy się na podgrupy – zgodnie z zainteresowaniami. Dużo oglądaliśmy, a interesy opłacały nasze niewielkie koszty własne i przynosiły nawet spore zyski. Dzięki temu zacząłem odkładać na mieszkanie.
Ale szczęście nie mogło trwać długo.
Podczas jednego z wyjazdów przedłużyłem trasę i odwiedziłem kolegów aktorów pracujących w Monachium w Radio Wolna Europa. Wokół nich kręcili się agenci wywiadu i bezpieki, usiłujący zdobyć jakieś informacje, głównie w celu skompromitowania rozgłośni, będącej solą w oku reżimu w Polsce i w innych krajach Bloku.
Aby się wykazać pracowitością, któryś z nich wysłał „fałszywkę” na Rakowiecką, w której donosił, że jakoby sprzedałem – bądź CIA, bądź też niemieckiemu wywiadowi – ważne informacje, za które dostałem furę „zielonych”, kupiłem auto i wracam nim do kraju. I wtedy się zaczęło….

Kłopoty z bezpieką w stanie wojennym? To nie mogło być miłe.

I nie było. Śledzili każdy mój krok dzień i noc, podsłuchiwali rozmowy i czekali na wpadkę. Podejrzewali wielką aferę szpiegowską i chcieli złapać wspólników. Pewnie planowali głośny proces pokazowy. Później się dowiedziałem, że po prześledzeniu trasy moich podróży uknuto teorię, że zostałem zwerbowany przez komórkę CIA w Bangkoku. Rzeczywiście, w Bangkoku bywałem często i chętnie, ale raczej z powodów turystyczno-handlowych…
Ponieważ dostałem odmowę paszportu na kolejny wyjazd, zażądałem konfrontacji. Odbyłem rozmowę, w której usiłowałem zrzucić z siebie bezsensowne podejrzenia. Dwóch wysokiej rangi oficerów, chyba wywiadu, udało, że mi wierzy. Ale oni mieli własny plan. Byłem dla nich cenny ze względu na moje osobiste kontakty z pracownikami Radia Wolna Europa. Wkrótce też zrozumiałem, jaką rolę dla mnie wymyślili. Chcieli mnie zmusić, żebym został „podwójnym agentem”. A w tym potrafili być bardzo skuteczni… Kiedy więc aresztowali mojego towarzysza podróży, informując mnie telefonicznie, że na razie mi nic nie grozi, „oczywiście, jeśli będę grzeczny” – wiedziałem, że muszę decydować.
W kilka dni znalazłem zastępcę do wielkiej 3- miesięcznej tury koncertowej, w której brałem udział, spakowałem manatki i dołączyłem do wyprawy himalajskiej Klubu Wysokogórskiego. Wracając z Nepalu, 17 grudnia 1985 przy przesiadce w Moskwie – zamiast do Warszawy – wsiadłem do samolotu lecącego do Pragi, skąd pociągiem dotarłem do Niemiec Zachodnich. Dlatego też mówię czasem, że uciekłem z Polski przez Himalaje. Wywiodłem w pole nasze służby. Udało mi się, ale jakim kosztem….

Straciłeś wszystko…

A nawet więcej. Nie tylko ojczyznę, zawód, pozycję społeczną, dom, żonę, którą władze trzymały jako zakładnika, sposób życia, ale i jego sens i cel, a także pewność siebie, tak potrzebną w podejmowaniu decyzji. Na 3 lata popadłem w skrajną depresję, której skutki odczuwam do dziś.

Co cię uzdrowiło?

Niewątpliwie cezurą było przyznanie mi po 2 latach azylu, ale naprawdę uzdrowiło mnie dopiero podjęcie pracy w Radio Wolna Europa i kobieta, która została później moją drugą żoną.
Nawiasem mówiąc, nasze ówczesne polskie służby nie zostawiły mnie w spokoju nawet na emigracji. Mój pokój w monachijskim hoteliku był przeszukiwany, składano mi różnymi drogami „propozycje nie do odrzucenia”. Dopiero po zmianie rządów w `89 te akcje ustały, a ja mogłem, co prawda z duszą na ramieniu, ale z niewiarygodnym wzruszeniem po pięciu latach nieobecności, już z paszportem azylanckim, odwiedzić Polskę.

Nie od razu zacząłeś pracę w Radio Wolna Europa? Co robiłeś przedtem?

Gasiłem mój żal i tęsknotę w improwizowanych wieczorach piosenki i montażach poetyckich, które tworzyłem w gościnnych pomieszczeniach i przy wsparciu Misji Katolickiej. Myślę, że wtedy nauczyłem się naprawdę dobrze śpiewać….
Do Radia nie mogli mnie przyjąć, dopóki nie otrzymałem azylu. Tymczasem moje papiery azylowe nie były rozpatrywane, bo ktoś „przypadkiem” wrzucił moją teczkę za szafę. Jak widać, nawet w strzeżonym Urzędzie Azylanckim w Zirndorfie, nasze służby miały swoich ludzi. Mnie się zresztą nie śpieszyło. Azyl odciął by mi drogę powrotu do kraju, podjęcie pracy w Radio tym bardziej, a ja ciągle czepiałem się, jak tonący brzytwy, nadziei, że coś się zmieni, że będę mógł wrócić…
Przez pierwsze lata imałem się różnych prac, ale po krótkim czasie stwierdziłem, że malowanie i tapetowanie mieszkań i biur działa kojąco na moje nerwy i depresję, jest intratne i potrafi, przynajmniej częściowo, zaspokajać moje potrzeby estetyczne.
Po dostaniu azylu poszedłem na kurs niemieckiego i dopiero potem zgłosiłem się do Radia.

Zostałeś spikerem. Jak wspominasz tę pracę?

Moje stanowisko nosiło nazwę „actor announcer”. Było to czytanie na żywo dzienników radiowych, komentarzy, programów informacyjnych, jak słynne „Fakty, wydarzenia, opinie”, a od czasu do czasu nagrywanie słuchowisk artystycznych, najczęściej poetyckich, czasem teatralnych, które przeważnie sam tworzyłem od tekstu, aż po wersję antenową. Praca w pewnym zakresie zbliżona do tej w Polskim Radio, którą tak lubiłem. Sprawiała mi przyjemność, chociaż rzadko zaspokajała ambicje artystyczne.
Byłem za to ciągle i na bieżąco w środku wydarzeń politycznych, żyłem nimi, pasjonowałem się, miałem poczucie uczestnictwa w historycznym demontażu tego, co wydawało się nie do obalenia – ustroju komunistycznego w Polsce i we wszystkich krajach Bloku.
Kiedy 27 czerwca 1994 roku przed północą czytałem ostatni dziennik radiowy ze studia w Monachium, wzruszenie dosłownie odbierało mi głos. O 12 w nocy wyłączyłem mkrofon i zgasiłem światło. Wielka historyczna misja Radia Wolna Europa została zakończona. W Polsce mieliśmy już demokrację.!
No i kto by pomyślał, że nadejdą czasy, kiedy Radio może być znowu potrzebne, bo demokracja i wolność słowa będą zagrożone…
Praca w Radio i koncerty dla Polonii były oczywiście po polsku. A udzielałeś się także aktorsko na rynku niemieckojęzycznym?
Owszem, ale rzadko i raczej niechętnie. Czułem się tak głęboko emocjonalnie związany z polską mową, że gra w obcym języku nie sprawiała mi żadnej satysfakcji. Zresztą był to czas, kiedy Polak był utożsamiany ze złodziejem samochodów lub gangsterem i takie role czasem mi proponowano. Zabawne, nieprawdaż. Pasuję, jak ulał…
W „Medei” Eurypidesa, przedstawieniu granym na kilku scenach w Monachium (premiera w czeskim Marienbadzie) to mój Kreon, a nie Medea miał być barbarzyńcą, w związku z tym niektóre fragmenty tekstu mówiłem po polsku. Dla Niemców zresztą polski akcent jest właśnie nieprzyjemny i „barbarzyński”, w odróżnieniu od, na przykład, akcentu angielskiego czy francuskiego, które brzmią „süss“ – po prostu „słodko”. Stare uprzedzenia trudno wykorzenić…

Po 17 latach intensywnej pracy zawodowej znalazłeś się na rozdrożu. Ale wróćmy może do początków. Jak trafiłeś do zawodu? Ukończyłeś warszawską szkołę teatralną w 1968 roku.

Po maturze w łódzkim liceum nie miałem pomysłu na „dorosłe” życie. Fascynowała mnie sztuka, zwłaszcza włoska, przejawiałem chyba spore zdolności literackie. Zdałem więc na Historię Sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, aby po jej skończeniu uzyskać prawo studiowania dziennikarstwa. Ale zakres tych studiów nie spełnił moich oczekiwań. Po roku miałem dość. I znowu przypadek zadecydował. Pewnego razu nasza sąsiadka, świetna aktorka i profesor Łódzkiej Szkoły Teatralnej Zofia Petri zapytała mnie niespodziewanie: „A dlaczego ty właściwie nie zdajesz do szkoły teatralnej?” „Ja?”- zdziwiłem się. A później pomyślałem: „Może rzeczywiście?”. I zacząłem przygotowywać się do egzaminu. Nie była to łatwa decyzja dla kogoś tak nieśmiałego, jak ja.
W PWST miałeś grono wspaniałych pedagogów.
To nieporozumienie. Dla części z nich praca w szkole była dodatkową synekurą. Nie chcieli, albo nie potrafili niczego nauczyć. W pracy nad rolą byliśmy pozostawieni sami sobie. Nasi „pedagodzy” często nie wiedzieli nawet, co przygotowujemy na egzamin. Nasz rok nie miał szczęścia. Tylko profesor ruchu scenicznego Wanda Szczuka naprawdę uczyła warsztatu aktorskiego i osobiście najwięcej jej zawdzięczam. Szkoła nie nauczyła nas natomiast w ogóle pracy z mikrofonen, czy przed kamerą.
Tuż przed końcem studiów, czując, że kończy się okres ochronny i lada moment staniemy bezradni wobec prawdziwych zadań, które nas przerastają, na zebraniu roku zgodnie stwierdziliśmy, że niczego nie umiemy, niewiele nas nauczono i czujemy się nieprzygotowani do pracy w zawodzie. Swoją frustrację wyładowaliśmy nawet pisząc pismo tej treści do rektora.
To był bardzo zdolny rok. Gdyby uczono nas uczciwie, wszyscy mogli zrobić wielką karierę. A tak przebili się nieliczni –Andrzej Seweryn, Piotr Fronczewski zostali gwiazdami. Maciej Englert od 30 już chyba lat prowadzi skutecznie Teatr Współczesny. Ostali się jeszcze Jurek Zelnik, Krzysztof Gordon, Sylwester Woroniecki. Nie uprawia zawodu Joanna Sobieska – Gessler, podobnie jak Ewa Pokaz. Nie żyją już: Andrzej Piszczatowski, Marian Glinka, Andrzej Nardelli, Barbara Grabowska. Jeszcze na 4 roku zmarli tragicznie Krzysztof Banachowicz i Andrzej Krajewski. Ci żyjący przekroczyli już siedemdziesiątkę. Powoli wszystko się kończy.

Jak ten czas leci… Ale 48 lat temu świat stał przed tobą otworem.

25 listopada 1967 roku odbyła się premiera dejmkowskich „Dziadów” w Teatrze Narodowym. To było niezwykłe przedstawienie, a kreacje Gustawa Holoubka jako Konrada i Józefa Duriasza jako księdza Piotra na zawsze przejdą do historii polskiej sceny. Byłem na wszystkich spektaklach – niestety, nie było ich wiele. Władzom przeszkadzały żywiołowe reakcje widowni, które zresztą były po części przez ubecję prowokowane. Gdzieś na górze rozgrywała się walka o władzę. Wydano decyzję o zdjęciu „Dziadów” z afisza. Po ostatnim przedstawieniu 30 stycznia 68 i kontrolowanej przez UB demonstracji przeciw zdjęciu „Dziadów” nastąpiły aresztowania. W obronie aresztowanych i wolności słowa 8 marca odbyły się słynne protesty studenckie. Byłem oczywiście w samym środku wydarzeń na dziedzińcu Uniwerku. Przez wiele godzin ratowałem z rąk pijanych zwyrodnialców tzw. „aktywu robotniczego” i ZOMO osaczone studentki. Moja głowa była kwadratowa od uderzeń pałkami. Polowano na mnie, ale nie dałem się złapać. Jako ostatni skoczyłem z 4-metrowego muru na tyłach UW. Kiedy zakrwawione niedobitki przemykały się bocznymi ulicami, baby na chodnikach krzyczały: „za dobrze wam się powodzi, gówniarze”! , a walczące ze sobą frakcje w KC podliczały punkty. Wkrótce nastąpiły dalsze represje i nagonka antyżydowska.
Ta historia nauczyła mnie jednego: Nie dać sobą manipulować! Każdy szlachetny poryw młodych jest wykorzystywany dla brudnych celów przez cynicznych łajdaków na górze.
A oto historii ciąg dalszy, już bez polityki. Gdzieś w kwietniu Dejmek zaproponował mi etat. Nie czułem się godny i odmówiłem. Uważałem, że tylko intensywne granie w prowincjonalnym teatrze da mi możliwość zdobycia warsztatu i doświadczenia. Nawiązałem kontakt z dyrektorem Parą w Bielsku-Białej (dodatkowy plus – blisko na narty). Poprosiłem go o przesłanie planów repertuarowych. Po przeczytaniu stwierdziłem, że nie widzę w tych sztuczydłach miejsca dla siebie. A mnie marzył się wielki repertuar. Straciłem zapał do prowincji. Aż tu nagle otrzymałem od kogoś z zespołu Teatru Powszechnego poufną informację, że „dyrektor Hanuszkiewicz ma dosyć grania amantów i bohaterów, zamierza głównie reżyserować i poszukuje młodego następcy”. To otwierałoby przede mną wspaniałe perspektywy dużego grania w niewielkim zespole, których nie miałbym angażując się do wielkiego, przepełnionego gwiazdami Teatru Narodowego. Wybór wydawał się oczywisty. Zaangażowałem się do Hanuszkiewicza.
Ale moje oczekiwania się nie spełniły.

Poufna informacja okazała się fałszywa?

Była prawdziwa. Ale do akcji wkroczyła polityka. Wkrótce po 8 marca i mojej rozmowie z Dejmkiem stało się jasne, że zostanie on pozbawiony funkcji dyrektora Narodowego. Wyrzucono jednego z największych ludzi teatru, który swoimi inscenizacjami rozsławił polski teatr na całym świecie. Władze potrzebowały posłusznego następcy. Ale żaden szanujący się reżyser nie chciał się tego podjąć. W końcu zgodził się Hanuszkiewicz. I tak, z dnia na dzień znalazłem się w zespole, w którym z powodów taktycznych nie chciałem być: w połączonym kombinacie Teatru Narodowego i Powszechnego, teatralnym molochu liczącym prawie dwustu aktorów. Każdy z nich czekał na rolę.
Hanuszkiewicz, zdając sobie sprawę, że swoją decyzją nie przysporzył sobie przyjaciół wśród wiernych Dejmkowi aktorów, zaczął ściągać ludzi z prowincji. Mając olbrzymie fundusze i prerogatywy zaangażował dodatkowo kilkanaście osób (przeważnie bardzo przeciętnych) i stworzył z nich gwardię przyboczną. Byli od niego całkowicie zależni (praca, mieszkanie, zameldowanie w Warszawie), a więc wierni. I o to chodziło.
Grali ci nowi, a tymczasem asy polskiego aktorstwa z zespołu Dejmka zostały na lodzie. Najpierw odszedł Holoubek, Łomnicki, Mrozowska, Mikołajska. Hanuszkiewicz nie chciał ich tracić, ale im nie ufał. Wszędzie węszył spisek. Mój ojciec odszedł po roku.

Nie uważasz chyba swojego życia za porażkę?

Nie, na pewno nie. Ale mam spore poczucie niespełnienia. Bardzo wielu rzeczy nie udało mi się zrealizować.
Każdy człowiek otrzymuje w genach jakieś zdolności, które dają mu przewagę nad innymi. Niektóre z nich odkrywa wcześnie, a innych nie odkrywa w ogóle. Te odkryte ma obowiązek rozwijać, jako dar boży.
Ja znalazłem u siebie kilka niecodziennych darów, które wykorzystałem niestety w bardzo niewielkim stopniu. Powinienem czuć się zdruzgotany stwierdzając to pod koniec życia. Ale tak nie jest, bo zdaję sobie sprawę, że kultywowanie jednego z talentów, wykluczyłoby prawdopodobnie rozwijanie innych.

Mógłbyś podać przykład?

Gdybym chciał dalej trenować biegi, nie miałbym czasu na studiowanie w szkole teatralnej. Gdybym wcześniej odkrył w sobie niezwykły dar do szybkich zjazdów na nartach, musiałbym całkiem zmienić tryb życia i miejsce zamieszkania, a kariera sportowa, jak wiadomo, jest krótka…

A udział w głośnym „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego w reżyserii Dejmka, które miało premierę w lipcu 1982 roku, w atmosferze gorączki demonstracji ulicznych pierwszego półrocza stanu wojennego.

To było niesamowite. Każde przedstawienie było pretekstem do zademonstrowania oporu wobec władzy generałów. Owacje, jakie otrzymywała na wejście znakomita aktorka i represjonowana działaczka KOR-u Halina Mikołajska, przejdą do historii.
W tym czasie i ja przeżyłem mój tryumf. Tego dnia pomiędzy popołudniowym, a wieczornym spektaklem „Wyzwolenia”, 200 metrów od teatru, w kościele św. Krzyża wraz z Ewą Smolińską i Jurkiem Zelnikiem graliśmy przedstawienie poetyckie stworzone przez nas już w stanie wojennym „ku pokrzepieniu serc”.
Na zewnątrz na ulicy odbywały się „przepychanki” pomiędzy demonstrantami popierającymi strajk pracowników PAN, a ZOMO. Na schodach kościoła stał szpaler ZOMO utrudniający ludziom wejście, a w kościele 1000 osób w nabożnym skupieniu oglądało nasz spektakl. Kiedy po przejmującym tekście Ernesta Brylla …”o nie, tak być nie może, jak dawniej bywało….jeśli ludzie wszędzie podniosą się, to zmuszą ojczyznę do lotu…bo inaczej nam pełzać nawet nie pozwolą, a nasza mowa zmieni się w milczenie” zapadła cisza, a potem szaleńcze owacje, podniosłem ręce, aby uciszyć publiczność. W tym samym momencie las rąk powędrował w górę ze znakiem V, w zabronionym wtedy geście zwycięstwa. Nie sposób opisać, co się działo, kiedy łamiącym się ze wzruszenia głosem krzyknąłem słowami modlitwy Tuwima: „Chmury nad nami rozpal w łunę…”. Wiedziałem, że jest to wielka i niezwykła chwila. Miałem „rząd dusz”. Wystarczyłaby iskierka, jedno hasło. Tą iskierką mogła być końcówka wiersza Baczyńskiego: …. „Ludu mój, do broni!” Nie odważyłem się wypowiedzieć tych słów – ludzie mogli ruszyć na KC, nie myśląc o konsekwencjach. Po twarzach płynęły łzy, ale mogła też polać się krew. Tej odpowiedzialności nie wolno mi było podjąć. Manipulowanie tłumem jest tym prostsze, im prostszych haseł się używa. Tu emocje przekroczyły stan krytyczny. Osiągnięte zostały nie demagogicznymi hasłami, ale starannym doborem poetyckich tekstów i odpowiednią interpretacją. W geście wdzięczności dla nas jakaś kobieta wrzuciła księdzu na tacę cały miesięczny przydział kartek na żywność. Kartki oddaliśmy, ale gest zachowaliśmy na zawsze w pamięci.
Tak, to był mój, nasz tryumf. Warto było znosić wszystkie poszturchiwania losu, by dożyć takiej chwili. To apogeum tego, co może osiągnąć aktor.
Jak na ironię ostatnie słowa Tuwima i naszego spektaklu brzmiały: „Lecz nade wszystko słowom naszym, zmienionym chytrze przez krętaczy, jedyność przewróć i prawdziwość. Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Dzisiaj, kiedy kłamstwo i demagogia święcą tryumfy, brzmi to jak chichot historii, a dwa szlachetne słowa zostały zawłaszczone przez krętaczy, którzy nie są godni ich używać. Niestety, Kościół stoi teraz po drugiej stronie barykady i przestał już być miejscem, gdzie można zamanifestować swój sprzeciw.

Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Machowski – ur. 7 lutego 1946 roku w Jeleniej Górze. Absolwent PWST w Warszawie (1968). W latach 1968-1985 aktor scen warszawskich: Narodowego, Powszechnego, Popularnego, Syreny, Polskiego. Grał w Teatrze Telewizji . Role filmowe, m.in.: „Bolesław Śmiały” (1969), „Za ścianą” (1971), „Bilans kwartalny” (1974) i „Constans” (1980) K. Zanussiego, „ Wakacje w Amsterdamie” K.Sowińskiego (1985), „Enen” F. Falka (2009).

Jan Paweł II a „czerwona zaraza”

Naród polski żywi stałą wdzięczność dla tych, którzy wówczas byli rzecznikami jego niepodległego bytu na Zachodzie i na Wschodzie.
Papież Jan Paweł II, Belweder
Na drodze pielgrzymowania Waszej Świątobliwości znajdują się jak wieczne memento, niezliczone żołnierskie mogiły. Wiele z nich kryje również prochy – mówiąc słowami poety – „przyjaciół Moskali”. Tysiące ich, setki tysięcy oddało swe młode życie, niosąc nam ocalenie.
gen. Wojciech Jaruzelski, Belweder

Cytowane słowa pochodzą z oficjalnych przemówień powitalnych w Belwederze, 17 czerwca 1983 r. Pytam Państwa Czytelników o skalę błędu, gdy pod pojęciem „rzecznika…na Wschodzie”, Papież mógł mieć na uwadze rząd radziecki, który 29 sierpnia 1918 r. anulował traktaty o rozbiorach Polski, zawarte przez Rosję carską z Prusami i Austrią. Oznaczało to wyrzeczenie się przez nią wszelkich praw do obszaru Polski (pisałem w tekście „17 Września”), u nas „zapomniano” podczas obchodów 100-lecia odzyskania Niepodległości, że to Stalin w Poczdamie stanowczo optował za przyznaniem Polsce Ziem Zachodnich, gdy Harry Truman, jeszcze niezbyt „biegły” w niuansach polityczno-militarnych Europy, na wniosek Stalina –tak! – zaprosił polską delegację do Poczdamu (na czele z Bolesławem Bierutem liczyła 11 osób wśród nich Władysław Gomułka, marsz. Michał Rola-Żymierski). Winston Churchill zaś przestrzegał, by „nie napychać polskiej gęsi, bo padnie z niestrawności”. To właśnie nasi zachodni sojusznicy nie mogli się zdecydować czy Szczecin ma był polski, czy wolnym miastem. To Stalin na wniosek rządu Edwarda Osóbki-Morawskiego zdecydował o przebiegu części naszej zachodniej granicy „bezpośrednio na zachód od Świnoujścia i Szczecina”, który został przekazany Polsce w czerwcu 1945 r. (pisałem kilka razy).
Czy pod słowami Papieża o „stałej wdzięczności” nie kryje się hołd „przyjaciołom Moskalom”, znanego ze szkolnych lat wadowickiego liceum, a przed chwilą wspomnianego przez Generała? A czy nie można rozumieć Związku Patriotów Polskich (ZPP), z inicjatywy którego zaczęto tworzyć 1 Dywizję im. T. Kościuszki i kolejne jednostki składające się na 1 i 2 AWP (co by złego nie mówić o „służalczości” ZPP, w czym lubują się piaskowi historycy), gdzie posługę duszpasterską pełnili kapelanie? Proszę przypomnieć sobie zdjęcie z przysięgi 1 DP w dniu 15 lipca 1943 r. i zwrócić uwagę na ks. Franciszka Kubsza na trybunie. Nie tylko do tego zdjęcia ale i Dziekanatu Generalnego WP, który początkowo tworzyło 38 kapelanów „ze Wschodu” oględnie odnoszą się biskupi i księża: „Blisko 30 proc duszpasterzy legitymowało się służbą w WP przed 1939 rokiem, byli kapelanami rezerwy lub weteranami z 1920 r.(wśród nich ks. płk Stanisław Warchałowski, Dziekan Generalny WP, 1945-1947). Dowodzi to, że przeszłość taka nie stanowiła przeszkody w przyjęciu do szeregów Wojska Polskiego walczącego u boku Armii Czerwonej” – czytam w książce Dziekanat Generalny WP, Wyd. AON 2006. Nikogo na szczęście – „nauka” krakowskiej homilii jeszcze nie zdążyła zarazić, by sięgnąć poziomu idiotyzmu i domyślać się, czy ci kapelani też nieśli „czerwoną zarazę”.
Początki z „czerwoną zarazą”
Do chwili konsekrowania 25 września 1958 r. na biskupa w Bazylice Wawelskiej, ks. Karol Wojtyła miał – u wiadomych służb – sporą listę „wykroczeń”, polegających na głoszeniu kazań i organizowaniu konferencji środowiskowych, np. dla lekarzy i prawników dot. aborcji, co władze uznawały jako „nielegalne”. Ich kontynuacja – już jako sufragana archidiecezji – była „źle” widziana. W proteście-memoriale, wysłanym do władz centralnych odnośnie likwidacji placówek zakonnych oraz upaństwowienia przedszkoli „Caritas”, zarzucał władzom łamanie praworządności. Informował o tym rodziców i młodzież w orędziu odczytanym z ambon 2 września 1962 r. Wojewódzki Wydział ds. Wyznań skierował do Metropolity ostrzeżenie, gdzie żądał położenia kresu takim praktykom. Jedna z okresowych opinii zawierała ocenę: „Ogólnie oceniając postawę i działalność ks. bp. Wojtyły, stwierdzamy, że jest negatywnie ustosunkowany zarówno do władz, jak i ustroju PRL oraz postawą swą reprezentuje zdecydowanie księdza rzymskiego”. Zauważono, że „Wśród miejscowego duchowieństwa ks. bp Wojtyła oceniany jest jako człowiek niezwykle dobrego serca, który nigdy nic nie ma, gdyż zupełnie nie zabiega o względy materialne, a wszystko rozdaje biednym”.
Postawa i rozległa działalność duszpasterska – od 1963 r. już Metropolity – nie stała na przeszkodzie w osobistych kontaktach z władzami, np. sekretarzem KW PZPR w Krakowie (Lucjan Motyka, późniejszy Minister Kultury), w kilku spotkaniach z Zenonem Kliszko na szlakach wędrówek po Tatrach, co zapamiętali Stanisław Stomma i pisarz Jerzy Zawiejski. Z tych rozmów, Zenon Kliszko – odpowiedzialny w Partii za stosunki Państwo-Kościół – odniósł wrażenie, że bp Karol Wojtyła byłby właściwym następcą Prymasa Wyszyńskiego.
Dziś mało kto wie, że nominacja abp Karola Wojtyły na metropolitę krakowskiego w 1963 r. miała „delikatne sugestie” Zenona Kliszki, za pośrednictwem Koła Poselskiego „Znak” i otoczenia Prymasa Tysiąclecia. Dlaczego? – ktoś zapyta. Biskup pomocniczy Karol Wojtyła był znany jako wybitnie inteligentny. Był poważnym i trudnym rozmówcą na tematy społeczne, polityczne, pozycji i miejsca Kościoła jako „instytucji” w tamtym ustroju. Rozumiejącym ówczesne uwarunkowania – te „wschodnie”, jak byśmy dziś powiedzieli – i te wewnętrzne, ideologiczne, partyjne – jak kto chce! Nie znaczy, że był dla władz „łatwym rozmówcą”, np. w kwestii budowy kościoła w Nowej Hucie, Mistrzejowicach. Zenon Kliszko po latach żartował w bliskim sobie kręgu, że ma „swojego człowieka” w Rzymie.
Pierwsza rozmowa.
Krótko przed godz. 10.00, 17 czerwca Generał i prof. Henryk Jabłoński oczekują na Gościa przed Belwederem. Jeszcze po wielu latach pamiętał Generał pierwszy uścisk dłoni Papieża, pierwsze wrażenie, grzecznościowe wyrazy uszanowania. Po wspomnianych wyżej przemówieniach powitalnych, Papież i Generał z abp Józefem Glempem i prof. Henrykiem Jabłońskim udali się na rozmowę, która rozpoczęła się od słów Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” – wspomina Generał. Jak słowa – „uzależniony”, „patriota”, „stan wojenny” – w czasie jego zawieszenia wypowiedziane, tłumaczyć w kontekście „czerwonej zarazy” – już doprawdy nie wiem? To dobrze, „patriotycznie” czy nie – że „zaraza” ten stan wprowadziła? Kilka razy je cytowałem w różnych odniesieniach. Dlaczego Kościół – nie tylko „krakowski” o nich nie chce pamiętać i rozumieć je w duchu właśnie ochrony polskiej krwi, także katolickiej, chrześcijańskiej; w duchu współpracy Państwo-Kościół, a wciąż jątrzy słowami i fałszywym eksponowaniem „ciemiężenia” – za „komuny”! Wtedy, w latach PRL, za rządów „czerwonej zarazy”, wspólnie zrobiono wiele i dla rzeczywistego dobra materialnego Polski i Kościoła. To „doczernianie przeszłości” – mówią Czytelnicy przynosi odwrotny skutek. Ludzie modlą się w domu, nie kryjąc, że też do św. Jana Pawła II, niż mają słuchać homilii, po czym bluźnić, że ksiądz bredniami, „robi ze mnie głupka”. Szkoda tylko młodzieży – coraz więcej to widzi!
Wspomnę, iż 4 lata wcześniej, w 1979 r. Papież – też w Belwederze – rozmawiał z Edwardem Gierkiem, jak później Generał – I Sekretarzem KC PZPR. Nie będzie błędnym stwierdzenie, że Jan Paweł II jest jedynym Papieżem na świecie, który wielokrotnie i to z własnej woli rozmawiał z osobami „czerwonej zarazy”, najwyższej w hierarchii kilku partii politycznych?
Druga rozmowa
Gdy Papież pielgrzymował po kraju – mówi Generał – „my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady… czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… Nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Dostrzegacie tu Państwo wzajemne rozumienie Generała i Papieża splotu oczekiwań? Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Jeden z nich, prof. Adam Łopatka w słownym uzasadnieniu celu przybycia, kard. Macharskiemu powiedział: „Odgłosy prasy tragiczne. Od Brazylii po Oslo nie pisze się nic pozytywnego” (o tej pielgrzymce, moje – GZ). Tu zapytam Czytelników – co myślicie, czego Zachód oczekiwał? Jeśli po 36 latach powiem, że rozlewu bratobójczej krwi, ofiar, sensacji – będę w błędzie? Proszę nie zapominać, 2 lata wcześniej, w maju 1981 r. był zamach w Rzymie…
Papież zaproponował spotkanie w Krakowie. Odbyło się ono 22 czerwca wieczorem na Wawelu, trwało ponad 2,5 godziny. Wspomina Generał: „Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego… Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym… że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji… Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, że w klapie nosi Matkę Boską, o Solidarności”.
Generał oceniając sytuację, wyraził pogląd, że „musimy zrobić wszystko, aby pozycja Polski w tym sojuszu była jak najsilniejsza i żeby tożsamość, ograniczona, ale jednak swoboda, jaką mamy w bloku nie uległa zagrożeniu”. Wskazał na akcenty antyradzieckie w kościołach, pojawiające się z różnym nasileniem, które szkodzą w stosunkach z ZSRR, a jest on gwarantem granicy zachodniej. Papież nawiązał do wizyty w Oświęcimiu: „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem” – to nawiązanie do „przyjaciół Moskali”, ku pamięci niektórym biskupom. Generał podzielił się refleksjami z Syberii i walk na froncie, o co Papież pytał w kontekście duchowym, dziś można powiedzieć-religijnym.
Mówiąc o stosunkach państwo-Kościół, Papież zauważył, że w Polsce układają się najlepiej z całego bloku – też ku pamięci niektórym biskupom, akcent na „czerwoną zarazę”, że było to za jej czasów. W dyskusji o roli politycznych trendów, związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej – Papież opisując biedę w Meksyku skonstatował: „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”. Tu wstyd pytać o „komunę”, byłaby obrazą mądrości Papieża, który ustrój akceptował w „krystalicznej formie”, wytykał wykoślawienia. Papież i Generał otwarcie, szczerze, wyrazili swe troski i ustalili kierunki przyszłego współdziałania. „Ta rozmowa przekonała mnie ostatecznie, że stan wojenny można już znieść, że Kościół będzie sprzyjał procesowi umiarkowanych zmian” – mówił Generał. „Serdeczne spotkanie” zakończyło się „bardzo konstruktywnie” – ocenia Generał. Skutkiem tej rozmowy była obfita korespondencja w latach 1983-1986, spotkanie w Watykanie, działania Papieża na arenie międzynarodowej.
Generał pytany przez dziennikarzy przy okazji różnych wywiadów mówił: „Pamiętam, iż Papież w ponad dwugodzinnej rozmowie ze mną w czerwcu 1983 roku w Krakowie powiedział: Ja wiem, iż socjalizm jest realnością, chodzi jednak o to, aby był on z ludzką twarzą. Wizyta Papieża, Jego apele, w tych zamiarach nas umacniały. Papież, Kościół liczył więc na dłuższy, ale bezpieczny marsz. I tak się stało”. Dobrze pamięta i przyznaje, iż „13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako człowiek stanu wojennego odczułem to bardzo osobiście”. Łamigłówka dla Państwa – proszę, wskażcie biskupa, który głębokie, wieloaspektowe myśli i przewidywania tak Papieża jaki Generała zechce zrozumieć w kontekście dobra Polski.
Wizyta w Watykanie.
Po blisko czterech latach od pielgrzymki w 1983 r., Generał 13 stycznia 1987 r. złożył wizytę w Watykanie. Omawiając uwarunkowania zewnętrzne mające związek z ideą głasnosti i pierestrojki, jak mówił Generał, Papież „dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność dała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy”. Niech Państwo jeszcze raz przeczytają to zdanie, zastanowią się – „Opatrzność” i „Gorbaczow”. Ach ten nasz Papież – musiał mieć „duże znajomości” z Panem Bogiem!
Kończąc spotkanie z delegacją – Papież życzył „wszystkim, a w szczególności Przewodniczącemu Rady Państwa, Panu Generałowi, życzę tego, aby ta wizyta wydała tak bardzo upragnione owoce dla Polski i dla Europy”.
Prasa światowa pisała: „Jedno z najdłuższych spotkań Papieża, ze świeckim politykiem” (Reuter, Associated Press), „Najdłuższe, jak pamięć ludzka sięga, spotkanie Papieża z przywódcą politycznym” (New York Times), dlaczego nie pisali, że z „komunistą”? Tu taka ciekawostka – Kroniki watykańskie odnotowały kilka osobliwości tej wizyty: czas jej trwania – 70 minut. Z żadnym politykiem Papież tak długo nie rozmawiał. Czas pobytu Generała w Watykanie – 3 godzimy i 45 minut, rekordowo długi. Obejmował – obok oficjalnego spotkania, zwiedzanie bazyliki, w tym grobu św. Piotra, muzeum i ogrodów watykańskich (poprzedni rekord czasowy, należał do króla Hiszpanii Alfonsa XIII, w 1912 r. Papież Pius X specjalnie go podejmował przez 3 godz. 12 min.). I znów macie Państwo nad czym się zadumać – długa rozmowa, „czerwony” (poza Córką) skład delegacji, zwiedzanie bazyliki, grobu św. Piotra…
13 grudnia 1989 r. Papież Jan Paweł II przyjął na audiencji prywatnej prof. Bohdana Suchodolskiego (przewodniczący Narodowej Rady Kultury). W tej wizycie, towarzyszący Profesorowi Rafał Skąpski (przyjaciel Profesora i sekretarz Rady), zapamiętał taki fakt: „Z sali, w której toczyła się rozmowa, po pożegnaniu się z nami, pierwszy wychodził Papież. W drzwiach odwrócił się do nas, uśmiechnął się, uniósł dłoń i głośno powiedział: A nie zapomnijcie pozdrowić Pana Generała” (Zdanie, nr 1-2 z 2014). Strach się bać, w sensie „krakowskiej homilii”, ale jest usprawiedliwienie, dla Papieża – oczywiście! Wtedy, w 1987 r. nie było znane pojęcie-„czerwona zaraza”.
III pielgrzymka – 1987
Generał powitał Gościa na Okęciu, wraz z przedstawicielami najwyższych władz państwowych. Wśród nich, byli członkowie Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Pady Państwa. Uroczyste powitanie odbyło się na Zamku Królewskim, co poczta polska upamiętniła specjalnym znaczkiem. Zwróćcie Państwo uwagę – znaczek pocztowy, dziś chyba nie do pomyślenia! – po „krakowskiej homilii”.
Podczas mszy św. na Zaspie (Gdańsk, 1987), Papież przypomniał słowa z listu św. Pawła: „Jeden drugiego brzemiona noście. To zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność to znaczy jeden i drugi, a skoro brzemię, to niesione razem, we wspólnocie, a więc nigdy jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza od solidarności”. Tu proszę – nie oczekujcie Drodzy Państwo Czytelnicy mojego komentarza, w kontekście homilii krakowskiego metropolity.
I dalej – wiernym, wznoszącym okrzyki zwrócił uwagę – „pozwólcie wypowiedzieć się Papieżowi, skoro chce mówić o was, a także w pewnym sensie za was”. Krzyczącym, co łatwo zauważyć, szło o Solidarność jako pracowniczy związek. A Papieżowi – o wszystkich ludzi! Czy wśród obecnych na tej mszy nie było funkcjonariuszy MO, ZOMO, SB, członków PZPR, czyli słowami Arcybiskupa – „czerwonej zarazy”? Czy o nich Papież nie wiedział? – głupie pytanie, przecież ich widział nie tylko w tym miejscu, podczas tej i poprzednich pielgrzymek!
Zaś w Warszawie modlił się przy grobie ks. Jerzego Popiełuszki, w milczeniu, nie powiedział słowa do wiernych, rozmawiał tylko z Rodzicami Księdza (napiszę o tym później). A gdyby to był kto inny, nie Jan Paweł II – wyobraźcie sobie Państwo co mogłoby się dziać. Bez względu na różne „chciejstwa” purpuratów – Papież i Generał są naszą, Polaków Chlubą!
Zegrze Pomorskie, 1991
Podczas pierwszego spotkania z Wojskiem Polskim 2 czerwca 1991 r. Papież wyraził refleksję „Jako Polak wiem, co na przestrzeni całych dziejów, a także na przestrzeni mojego własnego życia zawdzięczam tym, którzy w sposób często heroiczny uważali siebie za sługi bezpieczeństwa i wolności Ojczyzny”. Zwracam uwagę – „na przestrzeni mojego własnego życia”, czyli w okresie Polski Ludowej, PRL – proszę sięgnijcie Czytelnicy pamięcią do tego okresu, głównie stan wojenny, choć nie u żył tego określenia!
Biskup Polowy gen. Leszek Sławoj Głódź, witał Papieża słowami: „Stajemy przed Tobą Ojcze Święty, w szyku zwartym: żołnierze, oficerowie, chorążowie, podoficerowie, szeregowcy… przedstawiciele okręgów wojskowych sił zbrojnych, żołnierze wojsk lądowych, lotnictwa i marynarki wojennej”. Przecież wśród tych, do których w Zegrzu Pomorskim zwracał się Jan Paweł II, o których mówił Biskup Polowy WP, było kilkanaście tysięcy (spośród 40 tys. obecnych żołnierzy, członków ich rodzin i pracowników cywilnych wojska), którzy 2-4 lata wcześniej, czerwone legitymacje odłożyli na „półkę przeszłości”. Ale przecież nie wykreślili ze swoich życiorysów, ze swoich serc (jak chcą uduchowieni) członkostwa w partii, wiadomo jakiej. Gdybym postawił pytanie – czy Papież, Biskup Polowy nie wiedzieli – byłbym po prostu durniem. Później były przypadki demonstrowania swojego „nawrócenia” (nazwiska kilku znanych generałów i pułkowników pominę). Ale wyraźnie należy powiedzieć Metropolicie, że ze słów Papieża nie wynikał najmniejszy ślad afrontu, najmniejszy gest, ruch wstrętu, nie mówiąc o pogardzie wobec osób wojskowych, z „czerwonej zarazy”, wstyd mi pisać dziś w 2019 roku.
Papież i wielu biskupów wtedy, w 1991 r., nie tylko w Zegrzu Pomorskim, wiedziało, pamiętało i na swój sposób doświadczało, że szczególnie żołnierze – od szeregowca do generała – „służyli Polsce takiej, jaką wówczas była i być mogła” – to słowa gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Podkreślam – służyli Polsce, nie partii, której kilkaset tysięcy nosiło legitymacje a której – jak głosiła tamta propaganda byli „awangardą” czy „wysoko niesionym sztandarem”. Także i dziś, pełniący służbę żołnierze zawodowi WP (poborowych nie ma) „służą Polsce”, nie partii czy partiom, jakie po 1989 r. sprawowały w Polsce władzę i będą ją sprawować po najbliższych wyborach! To także pod rozwagę, nie tylko krakowskiemu Metropolicie!
Osobliwości
Kończąc VII pielgrzymkę w 1999 r. Papież podczas pożegnania na krakowskich Balicach – niespodziewanie zaprosił do papamobile Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z Małżonką i razem podjechał do trybuny honorowej. Pokażcie Państwo podobny przykład na świecie – ten Prezydent RP też był członkiem PZPR, częściowo „wychowankiem” Generała!
Papież żegnając Rodaków m.in. apelował, by Polska „wchodziła w trzecie tysiąclecie nie tylko jako państwo stabilne politycznie i gospodarczo zasobne, ale również umocnione duchem miłości wzajemnej i społecznej”. 18 maja 2020 r. minie 100 lat od Urodzin Jana Pawła II. Może te słowa Papieża – z inicjatywy i kosztem „prostych ludzi” – wyryć na budynku krakowskiej metropolii, przy Franciszkańskiej 3.
Generał i Aleksander Kwaśniewski są świadkami świętości Papieża, zaznając przed Trybunałem Rogatoryjnym, zapisani w Watykanie. Biskupom-metropolitom, pod rozwagę.
Na zakończenie
Szacunek do osoby duchownej, „wyssany z mlekiem matki” w czasach „czerwonej zarazy” zaleca „milczący komentarz”. Zaś szacunek dla naszych ojców i dziadków, dla ich znoju i potu, także krwi przelanej na wielu frontach Wschodu i Zachodu, często w „zasięgu wzroku” kapelana, wymaga upomnienia się o prawdę. Głośnego powiedzenia – nikt, także biskup, metropolita nie ma prawa udomowiać nienawiści i pogardy na polskiej ziemi, żadnym słowem, pod żadną postacią! Biskupi – NON POSSUMUS!

„Tajemnice” aktu oskarżenia

Lata 1980-1981 nie były okresem zmagań „aniołów z diabłami”, ale milionów dobrych i mniej dobrych, mądrych i mniej mądrych ludzi, uwikłanych w historyczny los, z dwóch stron ówczesnej barykady. Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: anielskie hufce „Solidarności” i diabelskie hordy władzy, „komuny”. Przeciwstawiam się też odwrotnej kwalifikacji.
Generał Wojciech Jaruzelski – SKOK, 22 listopada 1992

Prezentację książki Petera Rainy „Zdrada czy konieczność? Jaruzelski i inni przed sądem” („DT”, 30 sierpnia – 1 września 2019), kończyłem zapowiedzią zatrzymania Państwa uwagi na głównych wątkach aktu oskarżenia oraz procesu sądowego. Generalnie rzecz biorąc, sprowadza się do odpowiedzi na podstawowe pytanie – kogo i o co oskarżono, jak się bronił. Już w tym momencie Państwo wiecie, że głównym oskarżonym był gen. Wojciech Jaruzelski, a mowa obrończa przed Sądem składana przez kilka dni w 2008 r. została wydana książką „Być może to ostatnie słowo”. Wielu Rodaków podczas różnych spotkań z Generałem ma tę i inne książki z dedykacjami, niektórzy przychodzili do Szpitala Wojskowego na Szaserów w Warszawie. Mieli okazję poznać serdeczność troski personelu medycznego wobec Chorego. Do wszystkich kieruję słowa wdzięczności, przez prof. Cezarego Szczylika i płk dr W. Jandę.
O co był oskarżony Generał
Prokurator, aktem oskarżenia sygn. akt S 101/04/Zk, Katowice, z 16 kwietnia 2007 r. objął łącznie 9 osób: Generała, gen. Tadeusza Tuczapskiego, Stanisława Kanię, gen. Floriana Siwickiego, gen. Czesława Kiszczaka, Emila Kołodzieja, Krystynę Marszałek – Młyńczyk, Eugenię Kemparę i Tadeusza Skórę. Autor, Peter Raina, akt ten zamieścił w książce na s. 415-546. Doręczano każdemu, a oskarżeni byli wzywani przez prokuratora i indywidualnie zapoznawani ze stawianymi zarzutami. Tu ciekawostka. Prokurator przesłuchiwał Generała od godz. 9.30, 31 marca 2006 r., zakończył o godz. 10.15, ale 30 marca 2006 (taki drobiazg). Warto poznać oświadczenie Generała (s. 386-387 książki) – „Zrozumiałem treść postanowienia o postawieniu zarzutów. Nie przyznaję się do popełnienia tych czynów. Odmawiam składania wyjaśnień w tej sprawie w dniu dzisiejszym. Chcę po uzyskaniu uzasadnienia zarzutów przygotować się do składania wyjaśnień oraz rozważyć potrzebę pomocy adwokata. W związku z powyższym w dniu dzisiejszym nie mam nic więcej do dodania”.
Generał długo nie dał się przekonać do korzystania z pomocy adwokata. Nie była to kwestia kompetencji obrońcy, a honoru żołnierskiego munduru. Uważał, iż czytelne poczucie odpowiedzialności na wszystkich stanowiskach wojskowych i państwowych oraz wszędzie prezentowana godność osobista, także służbowa, jako reprezentanta Polski poza granicami kraju, do tego – jak często mawiał – zaszczytny tytuł żołnierza i stopień wojskowy, są rękojmią wystarczającą. Z kilku osobistych rozmów wiem, iż sam akt oskarżenia uważał za osobistą obrazę, najcięższą hańbę, (wspomniał nawet kilka dni przed śmiercią), ranę na wielowiekowej rodzinnej tradycji, za upokorzenie milionów Polaków z PRL, do czego „nowa władza” użyła Jego autorytetu, żołnierskiej godności. Zabraniał mówić o tym publicznie, kilka razy sam zwierzył się na kombatanckich spotkaniach- był wśród swoich. Zobowiązał mnie, by zadbać o napis „ŻOŁNIERZ” na grobie, powiedział o tym napisie w wywiadzie Teresy Torańskiej.
Jednakże z uwagi na różne uwarunkowania, powody procesowe i organizacyjne, które prezentowane były Generałowi przez osoby bliskie, np. Mieczysława Rakowskiego, obrońcę Kazimierz Łojewskiego i innych (nazwiska pominę), a także osoby prywatne, np. panią Zofię Gąszczołowską, przyjął panią mecenas Mariolę Teklińską-Kucińską. Pani Mecenas ze swej, jakże złożonej roli – zawodowym profesjonalizmem, osobistym taktem i stanowczością wobec różnych „podejść”, np. ze strony mediów i „potrzeb procesowych”, gdy Generał był ciężko chory, osobistą kulturą i wrażliwością niosła – mówię to z całą świadomością – „ulgę dla ducha” Generała, w tym najszlachetniejszym pojęciu.
Choć cierpienia zadanego w „majestacie prawa” nie mogła w żaden sposób złagodzić. Nie tylko ONA! Wdzięczność i szacunek Pani Mecenas.
Prokurator postawił Generałowi trzy zarzuty:
I. że, w okresie od 27 marca 1981 r. do 12 grudnia 1981 r. w Warszawie i całej Polsce, jako funkcjonariusz państwa komunistycznego (to określenie stosuje obficie, gdzie się tylko da) – Prezes Rady Ministrów, MON oraz I Sekretarz KC PZPR (choć był nim dopiero od 18 października, nie przeszkadzało prokuratorowi pisać od 27 marca – „drobiazg”) „dopuścił się zbrodni komunistycznej(często stosowane) polegającej na kierowaniu zorganizowanym związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, w skład którego wchodzili Stanisław Kania, Florian Siwicki, Tadeusz Tuczapski, Czesław Kiszczak i inni(dokładność nie stała na przeszkodzie by napisać w akcie oskarżenia „i inni”). Celem tego związku było „popełnianie przestępstw polegających na pozbawieniu wolności przez internowanie, wykonywanie kar za czyny wcześniej niekaralne oraz innych przestępstw przeciwko wolności…wobec osób z NSZZ Solidarność, nadzorowanie opracowywania aktów normatywnych oraz planów… dot. nielegalnego wprowadzenia stanu wojennego”. Proszę zwrócić uwagę – czy internowania już trwały od 27 marca? – też taki „drobiazg”;
II. że w dniu 12 grudnia, jako funkcjonariusz… „podżegał członków Rady Państwa do przekroczenia uprawnień”, przez uchwalenie znanych – tu wymienionych – dekretów Rady Państwa, „w sprawie wprowadzenia stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa”;
III. że, od 13 grudnia 1981 do 31 grudnia 1982 (data zawieszenia stanu wojennego), jako funkcjonariusz… tu dodatkowo „jako Sekretarz KOK (był nim od 12 lutego 1981 r., gdy został Prezesem Rady Ministrów), Główny Inspektor Obrony Terytorialnej i Wiceminister Obrony Narodowej (Generał nigdy nim nie był!) wspólnie z Wojciechem Jaruzelskim (czyli z sobą samym, też drobiazg), Czesławem Kiszczakiem, Florianem Siwickim i innymi dopuścił się zbrodni komunistycznej… że działał w zorganizowanym związku przestępczym o charakterze zbrojnym mającym na celu popełnianie przestępstw” – powtórzone z zarzutu I oraz dodane „wykonywanie nielegalnie wydanych dekretów z 12 grudnia 1981 roku”…
Zachęcam Państwa do przeczytania całego aktu oskarżenia, to trudna lektura, nie tyle na słownictwo, co pokrętność logiki wywodu, doboru faktów sensowności komentarza.
„Uśmierceni”
Kilka miesięcy temu przez media przebiegła sensacyjna wiadomość, że Generał ukrywał przed prokuratorem winnych, że ktoś „pomagał” w tym „zabiegu”. Nie trudno było odczytać intencję żądnych sensacji dziennikarzy, posługiwano się nazwiskiem gen. Michała Janiszewskiego. Odesłanie ciekawskich do książki Generała „Ostatnie słowo” wyciszyło tę sprawę. Faktem jest, akt oskarżenia na s. 145 „uśmierca” gen. Michała Janiszewskiego (zmarł 3 lutego 2016 r., czyli 9 lat po jego wydaniu, spoczywa w Poznaniu). Prokurator w zażaleniu na Postanowienie Sądu Okręgowego „uśmierca” gen. Zbigniewa Nowaka. Generał podczas obrony powiedział – „pragnę podzielić się z Panem Prokuratorem dobrą wiadomością. Jeden i drugi żyją – i oby jak najdłużej”.
„Mowa obrończa” Generała
Wspomniałem wyżej, iż „mowa obrończa” została wydana jako książka, liczy ponad 300 stron tekstu. Peter Raina zamieszcza ją w książce, wzbogacając o kilka protokołów sądowych, różnych pism i zażaleń ważnych dla oskarżonych. Ale czy dla Sądu – jak Państwo myślicie? Stąd skrótowe zaprezentowanie Państwu, z konieczności ograniczam do wątków ważących na zrozumieniu złożoności oskarżenia i ówczesnej sytuacji w Polsce – gospodarczej, politycznej, społecznej i wojskowej oraz w Europie. Szczególnie wewnętrznej Polski lat 1980-1981, jak trafnie i obrazowo ujął to Generał w ocenie („anioły i diabły”) przypomnianej na otwarcie tej publikacji. I tu pojawia się pierwszy, wręcz nie do pokonania problem, wprost stalowa bariera. To bark materiałów w aktach do oceny tych sytuacji, czego domagał się Generał. Stąd pytam dobitnie-dlaczego w akcie oskarżenia nazywany jest „zbrodniarzem”? Bo zginęli ludzie, a kto ich nakłaniał do „walki”, oporu, łamania prawa po wprowadzeniu tego stanu, czy nie ostrzegano o użyciu broni? – też wymaga przypomnienia (pisałem w tekście „Kopalnia”). Bo był „sługusem Moskwy”? Przypomnę Państwu – „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Czy Papież nie wiedział co i kiedy, w jakich okolicznościach politycznych, gospodarczych itp. mówi-wyciągnijcie Państwo wnioski z zestawienia: „zbrodniarz” – „patriota”. Jak te słowa należało rozumieć wtedy i dziś, po 36 latach, dlaczego Episkopat, wiadomi politycy je skrywają? Czyżby „ciemny lud” nie był zdolny pojąć sensu, ludzkiego i politycznego znaczenia? A teraz kilka kluczowych kwestii.
„Zorganizowany związek przestępczy o charakterze zbrojnym” – to nie tylko kilka osób wymienionych w akcie oskarżenia na czele z Generałem. Prokurator w „Uzasadnieniu” o nich napisał, że „w działalności przestępczej owa grupa używa broni lub zakłada jej użycie w przyszłości i w tym celu broń posiada i ją gromadzi”. Generał powiedział krótko przed Sądem – że posiadanym uzbrojeniem siedzących na ławie oskarżonych i to nie wszystkich, była broń osobista – pistolet. „Ja zaś z czasów frontowych zgromadziłem ponadto szablę”. Oceńcie Państwo sami jak „pasuje” do bandy przestępczej? Czy ten „związek” obejmował Wojskową Radę Ocalenia Narodowego(WRON) – co Państwo o tym myślicie? Otóż zdaniem prokuratora nie – ale to ciekawy temat na oddzielną publikację.
Z prokuratorskiego „Uzasadnienia” aktu oskarżenia jasno wynika, iż obejmował siły MSW oraz Wojsko Polskie. Generał zwrócił uwagę przed Sądem, że wówczas ponad 50 proc. żołnierzy służby zasadniczej przed wcieleniem do Wojska należało do Solidarności. Jej członkami były ich rodziny, osoby bliskie, przyjaciele… W szczególnie krzywdzącym, wręcz obraźliwym świetle akt oskarżenia stawia wszystkich, szeroko rozumianych funkcjonariuszy publicznych, w tym kadrę wojskową, żołnierzy zawodowych – od podoficera do generała.. Obiektywnie rzecz biorąc, sytuuje ich w ten sposób symbolicznie, moralnie na tej ławie”. Czy prokurator nie wiedział, że taką oceną bezpodstawnie krzywdzi kilka milionów Polaków. Ten właśnie „związek” w ocenie prokuratora miał za cel popełniać przestępstwa polegające m.in. na internowaniu działaczy Solidarności i karaniu za czyny dotychczas nie karalne i szerokim zaplanowaniu działań organów państwa, przeciwko Solidarności. Nasuwa się pytanie – po co?
Drugi zarzut – nakłanianie członków Rady Państwa do popełniania przestępstwa. Czy rozmowę Generała z Henrykiem Jabłońskim 8 grudnia można nazwać nakłanianiem? Oczywiście, ktoś powie, przecież każda rozmowa ma jakiś cel, zaprzeczycie Państwo. Nikt tu nie wchodzi w treść Czy warto zwracać uwagę na taki „drobiazg”, że prokurator tę rozmowę z Przewodniczącym „rozciąga” na całą Radę? Generał przypomniał-Przewodniczący i członkowie Rady Państwa składali zeznania przed SKOK (4 i 25 listopada 1992 i 13 stycznia 1993. Poza Ryszardem Reiffem nikt nie uważał, że był nakłaniany czy „podżegany”. Pan prof. Reiff 24 grudnia 1981 r. pisze w liście, że „ogarnia coraz lepiej ogrom zadań, które Pan Generał w imię najwyższego poczucia odpowiedzialności za los narodu i państwa wziął na swe barki… Sprawa ocalenia Polski – to brzemię nadludzkie. Trzeba jeszcze ogromnej siły i odporności, by doprowadzić do sytuacji, która przyniesie wytchnienie Pana sercu, a Ojczyźnie stabilizację i nowe perspektywy rozwojowe”. Po 12 latach zmienił zdanie – może!
Trzeci zarzut – że w stanie wojennym działał w związku przestępczym, dopuszczał się internowań, przestępstw przeciwko wolności obywateli i wykonywał dekrety Rady Państwa. Kwestia internowania działaczy Solidarności to temat zasługujący na odrębną analizę. Tu tylko pytanie- czy Premier Rządu, jako organ władzy wykonawczej miał nie wykonywać tych dekretów? O logikę zarzutu nie pytam.
„Tajemnica” aktu oskarżenia
Konstrukcja myślowa aktu oskarżenia kieruje uwagę Czytelnika, na swoistą „podłość” władzy, która tworzy „związek przestępczy”; przygotowuje główne organy państwa, tj. rząd, Wojsko, siły MSW; śledzi, internuje i karze więzieniem działaczy i członków Solidarności. Prokurator, często używając określenia „kontrrewolucja”, sprytnie tworzy wrażenie poniżania „związku” przez władze. Tu przypomnę Państwu, iż „kontrrewolucją” nasi sąsiedzi, głównie ZSRR wcześniej, bo w 1970 r. określali wydarzenia w Gdańsku. Generał podczas pracy nad „mową obrończą”, zwierzył się – „jeszcze teraz dźwięczą mi w uszach słowa Breżniewa u was kontra, nada wziat’ za mordu, my pamożem”(używali je i inni działacze KPZR, władz ZSRR, także NRD oraz CSRS w rozmowach z naszymi przedstawicielami).
Trudno oprzeć się pytaniu czym „związek” ten „zasłużył” sobie na takie nazywanie i traktowanie? Czym NSZZ był, że cała władza jest do niego negatywnie nastawiona? Generał przed Sądem m.in. mówił – „Linię przewodnią oskarżenia, str. 15, 22, 131 stanowi założenie, iż władze – od początku powstania Solidarności, z całą determinacją i premedytacją planowały jej likwidację. Na str. 142 nazywa to inaczej, bo „unieszkodliwieniem”. A na str. 27-28 jakościowo inna formuła, a mianowicie, że chodziło o „spacyfikowanie Solidarności” – co jak wiadomo – nie jest tożsame z „likwidacją”… Zwracam się do Wysokiego Sądu z wnioskiem, ażeby zechciał spowodować wyjaśnienie przez Prokuraturę, które z trzech wyżej wskazanych pojęć chce uznać – a przede wszystkim dlaczego – za swe ostateczne stanowisko”.
Szanowni Czytelnicy, proszę zastanowić się – tych trzech pojęć prokurator używa przez nieuwagę, roztargnienie, zamiennie, gdyż nie może się zdecydować czy świadomie? Sądzę, że świadomie, by odbiorca, tj. „zwykły obywatel” niezbyt wgłębiając się w treść, sens pojęcia, a słuchający i czytający prasę nabrał przekonania o różnych, oczywiście drańskich, łajdackich „chwytach” władzy. Po drodze, by sami oskarżeni też się w tym pogubili. By nie mogli „dojść prawdy” jaki ten „związek” w rzeczywistości był i jest. Wówczas, w latach 1980-1981, później w 1991 r. gdy zgłoszono wniosek powołania w Sejmie Komisji Odpowiedzialności i postawienie przed nią tzw. autorów stanu oraz w latach 2004- 2014 gdy trwało przygotowanie i sam proces sądowy, wiąż była nagłaśniana teza, że Solidarność walczy o dobro robotnika o wolność i niepodległość Polski, o zrzucenie „sowieckiego jarzma” przez odebranie PZPR, (pogardliwie nazywaną „komuną”) władzy, a nawet, że obaliła mur berliński itp. Że mogło to się stać o wiele szybciej, gdyby nie stan wojenny, „oszustwo i zdrada” przy Okrągłym Stole (te fałszerstwa i różne obelgi było słychać przy okazji 30 rocznicy). Czy zaprzeczycie, że teza ta nie tylko znalazła posłuch ale głośne i znaczące „oprzyrządowanie” naukowe oraz wsparcie Kościoła.
Proszę wczytać się w te tezy jeszcze raz, kto zaprzeczy, np. że 21 postulatów nie zmierzało do poprawy płacy i życia robotników, ograniczenia cenzury, itp. Tak, to prawda – problem tkwi w szczegółach – jakimi metodami i jakim kosztem, czy strajki były właściwym środkiem? Proszę sięgnąć pamięcią – dlaczego tak trudno było zdobyć artykuły spożywcze na kartki, nawet mleko dla dzieci. Bo „władza ukrywała” – jak głosili „wodzowie” Solidarności – czy strajki, powodowały braki na rynku i zakłócenia w dostawach? Tu jest sedno rzeczy. Nie wierzycie Państwo – dowód, jeden z wielu – prof. Jan Szczepański, Przewodniczący Komisji Nadzwyczajnej Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. Trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz, zastanówcie się chwilę i wyobraźcie to sobie dziś, w 2019 r.- żądania już lipcu (połowa roku) 2 razy przekraczają roczny dochód Polski. Za ile lat można będzie je spełnić – pomyślcie! Solidarność chce spełnienia teraz, już, a nie „kiedyś”! Profesor Andrzej Paczkowski: (Droga do mniejszego zła, Wyd. Literackie, Kraków 2002) pisze-powstał „oczywisty mechanizm …można go określić jako „spiralę radykalności”: im przeciwnik jest mniej chętny do ustępstw, tym dalej idące żądania wysuwa się pod jego adresem. Jeśli zaś ustępuje, uważa się go za słabego, co także wyzwala nowe pomysły żądań”. Czy znacie Czytelnicy dobitniejszą, jaśniejszą ocenę tamtej sytuacji? Z kolei prof. Bronisław Geremek mówi – „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu” (spotkanie w Redakcji „Robotnika”, sierpień 1981). I co z tego, że Lech Wałęsa jesienią 1981 r. jeździł po kraju i „gasił strajki”- jaki osiągnął efekt- sami oceńcie. Zaś 10 listopada 1980 r., podczas rejestracji NSZZ w Sądzie powiedział dziennikarzom: „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. I co, sięgnijcie pamięcią – jak Wałęsa i kierownictwo Solidarności odnosiło się do władzy, do PZPR. Tu taki przykład – „Solidarność miała wówczas (jesień 1981 r.) poczucie siły, potęgi. Padały nawet ze związkowego wysoka słowa „czapkami was nakryjemy”. Opozycja była w ofensywie. Władzę widziała jako słabą, rozkojarzoną, w istocie bezradną. Taki pogląd, taka ocena stosunku sił nie stanowi zachęty do kompromisu. Chcąc do niego doprowadzić, niejako go wymusić – my, władza, też musieliśmy prężyć muskuły, a więc i przygotowywać, zbyt zresztą tego nie kryjąc, siłowy wariant. W ten sposób dawaliśmy również sygnał: porozumienie, kompromis – tak, destabilizacja, degradacja państwa – nie. Do ostatniej chwili, do godziny 14 – tej 12 grudnia to był koszmar wahań, bolesnych rozterek, oporów. I wciąż nadziei. Nie przebieraliśmy nogami do tego skrajnego rozwiązania” – oceniał Generał. To zresztą osobny temat publikacji „Generał-Solidarność”.
Jak groźna dla samych Polaków była sytuacja wewnętrzna, świadczy taka ocena 181 Konferencji Episkopatu Polski (obradowała w dniach 25-26 listopada 1981 r.): „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Wówczas i dziś nikt chyba nie zakładał, że ta ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, nie daj Boże wprowadzić w błąd. Kilka dni później, podczas obrad w Radomiu padły słynne zawołania – „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”… „Porozumienia nie będzie… nie ma się z kim porozumieć, będzie targanie po szczękach”. Nikt z nich nie pomyślał, że może wisieć, dostać w „szczenę”? Wczytajcie się Państwo w sens i treść tych „złotych myśli”. Proszę nie podejrzewać mnie o „złe rady”, jeśli zachęcam, do wyobraźni tamtej sytuacji w 2019. Władysław Frasyniuk na posiedzeniu KKP obrazowo ocenia: „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. Bogdan Lis – w relacji z 1 stycznia 1984r (jest w książce pt. „Konspira”) m.in., mówi: „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981roku, widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Bogdan Borusewicz: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w Solidarności skrzydło porównywalne tylko z „Grunwaldem” czy „Rzeczywistością”. Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. „Prawdziwi Polacy” z Solidarności też reprezentowali ideologię totalitarną, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy „oddajcie władzę”, to władza znajdzie się w naszych rękach” („Konspira”, zapis z 11 października 1983 r.)
Z kolei„Posłanie do narodów Europy” tzw. jastrzębie we władzach ZSRR uznali za „wezwanie do interwencji” we wrześniu 1981 r. – że na szczęście dla nas do niej nie doszło, to jeszcze tajemnica archiwów ZSRR. Dlatego Generał wzywał – nie jeden raz – by „Rachunek sumienia trzeba zawsze zaczynać od siebie. W realiach ostrego podziału Europy i świata, nasza „bijatyka” nie mogła skończyć się dobrze. Nie od dziś podkreślam, że biorę odpowiedzialność na siebie”. Jedynie prof. Karol Modzelewski mówił: „I choć wiele rzeczy mogliśmy zrobić lepiej albo gorzej, nie sądzę, abyśmy byli w stanie uniknąć dramatycznego finału (stanu wojennego). Ale odpowiadamy za ten finał, bo do wszystkiego przykładaliśmy rękę, po obu stronach. I nie w jedną pierś trzeba się uderzyć… (mówiąc o tragedii w kopalni „Wujek”) Ja też ponoszę moralną odpowiedzialność za śmierć tych ludzi. Odpowiedzialność, od której nikt z nas, biorących czynny udział w podejmowaniu decyzji, nie może się wykręcić i nie powinien składać jej wyłącznie na kogoś innego (w XX-lecie stanu wojennego).
To tylko kilka przykładów „patriotycznego” działania Solidarności. Ujawnienie przed Sądem i Polakami wielu dokumentów „otworzyłoby oczy”, że Polacy przez Solidarność stali się groźni sami dla siebie! Tak, sami sobie! Takich dowodów nie chciał ani prokurator, ani Sąd – dlaczego? tajemnica! – „Przerażenie wywołuje lektura orzeczenia Warszawskiego Sądu Okręgowego w sprawie oskarżenia osób odpowiedzialnych za stan wojenny w Polsce. Przerażenie wynika z ignorancji, niewiedzy, „naiwności” czy niesprawności Sądu w przedstawieniu orzeczenia wyroku. Fakty w oskarżeniu są zafałszowane”. Nie tylko do tego wniosku doszedł Peter Raina w swojej nowej książce. Warto po nią sięgnąć, zachęcam!