Stan wojenny a rola kościoła

Replika w związku z przemówieniem bpa Antoniego Pacyfika Dydycza

Przed kilkunastoma dniami pisałem na moim profilu (Facebook) o jednej z najświętszych zasad prawa, a mianowicie, zasadzie wywodzącej się jeszcze z czasów starorzymskich, a mianowicie: „lex retro non agit” (Prawo nie działa wstecz). Temat wówczas poruszony dotyczył nielegalnej ustawy PiS odbierającą część świadczeń emerytalnych byłym funkcjonariuszom władzy ludowej. Jak wspomniałem, ustawa ta (tzw. ustawa dezubekizacyjna) była nielegalna już w swoim zarodku, gdyż w sposób oczywisty gwałciła wyżej wyartykułowaną zasadę: prawo nie działa wstecz. Zasada ta jest tak doniosła, że nie może – zgodnie z utrwaloną linią orzeczniczą – ulec zachwianiu nawet w sytuacji zagrożenia bytu państwa. Dlatego też nazwałem ją „świętą”. Teraz czytam wypowiedź jednego z biskupów na temat nielegalności stanu wojennego. Biskup grzmiał wprost z kart gazety, że stan wojenny był bezprawiem, gdyż dekret Rady Państwa działał z mocą wsteczną. Po pierwsze to, że dekret zawierał przepisy działające retroaktywnie (wstecz), nie oznacza samo w sobie, że stan wojenny był nielegalny. Biskup myli te płaszczyzny, ale to możemy mu wybaczyć, gdyż nie ma on głębszego pojęcia o prawie. To nie jest jego zadanie życiowe. Stan wojenny nie był nielegalny dlatego, że zawierał unormowania (karne zwłaszcza), które miały skutkować (i skutkowały) wstecz, ale dlatego, że dekret Rady Państwa z 12 grudnia 1981 r. został wydany w okresie trwającej sesji Sejmu, co naruszało art. 31 ust. 1 konstytucji PRL, wedle którego dekrety z mocą ustawy zwykłej mogą być wydawane jedynie w okresie między sesjami Sejmu. Rada Państwa zaproponowała, aby dekrety z 12 grudnia 1981 r. były zatwierdzone ustawą, co nie było zgodne z postanowieniami regulaminu Sejmu. Izba przyjęła ten tryb procedowania, odstępując od rozwiązań regulaminowych. Czy to naruszało konstytucję PRL? Tak sądziła prof. Zakrzewska, ale prof. Andrzej Gwiżdż, znawca problematyki legislacyjnej, uważał, że „Przyjęcie przez Sejm dla zatwierdzenia ww. dekretów procedury odmiennej od określonej regulaminowo, aczkolwiek oczywiście nieprawidłowe, nie powinno jednak nasuwać wątpliwości co do legalności, a zatem i skuteczności prawnej takiego postąpienia”. Ale najważniejsze były skutki prawne zatwierdzenia dekretów z 12 grudnia 1981 r. Ustawa z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego miała – tak jak same dekrety – charakter retroaktywny i rozciągała swą moc prawną od 12 grudnia 1981 r. Czy w ten sposób dokonany został akt walidacji dekretów? Innymi słowy, czy doszło do tego, że stały się one skuteczne, ważne w sensie prawnym? Prof. Jerzy Stembrowicz jeszcze w latach 80. argumentował, że skoro „Sejm zatwierdził wymienione dekrety, lecz nie uchwałą, jak to normalnie zawsze dotąd czynił, ale ustawą z 25 stycznia 1982 r. o szczególnej regulacji prawnej w okresie stanu wojennego”, to „Ta ostatnia okoliczność pozwala na wniosek, że Sejm chciał w ten sposób uznać ex tunc postanowienia dekretów (a nie dekrety jako takie) za swoje i nadać im za pośrednictwem ustawy charakter legalny (inaczej wyrażając się – je walidować)”. Już po upadku PRL podtrzymał to stanowisko Andrzej Gwiżdż: „Uchwalenie przez Sejm ustawy z 25 I 1982 r. miało niewątpliwie charakter legalizacji dekretów z 12 XII 1981 r. Zostały one zatwierdzone przez Sejm, i to zatwierdzone w całości, łącznie z tymi przepisami, które nadawały im moc obowiązującą „od dnia uchwalenia” (przez Radę Państwa)”. Stanowisko polskiej doktryny prawa konstytucyjnego, z którym całkowicie się zgadzam, nie jest tu niczym odosobnionym. Warto przypomnieć, że również wielu przedstawicieli nauki europejskiej (szczególnie niemieckiej i francuskiej XIX i XX w.) opowiadało się za walidacją aktów prawnych stanowionych z naruszeniem prawa w okresie stanu nadzwyczajnego. Ale za prof. Stembrowiczem, najwybitniejszym polskim znawcą problematyki stanu nadzwyczajnego, mogę stwierdzić jeszcze coś więcej, a mianowicie, że „od czasu owej ratyfikacji-walidacji należałoby, ściśle rzecz biorąc, mówić nie o dekretach z 12 grudnia 1981 r., których treść przejęła ustawa z 25 stycznia 1982 r., lecz tylko o tej ustawie, która weszła w miejsce dekretowych postanowień”. I nie powinno nam to umykać w ustrojowych analizach wydarzeń grudniowej nocy. Biskup Dydycz, bo o nim mowa, nie ma moralnego tytułu do pouczania kogokolwiek o „barbarzyństwie” wprowadzenia stanu wojennego, nie ma on prawa do nazywania zdrajcami wszystkich, którzy do zaprowadzenia stanu wojennego się przyczynili. Nie ma takiego prawa, gdyż Kościół katolicki, za sprawą swoich hierarchów – o czym mało kto wie – sam przyłożył w sposób zasadniczy rękę do wprowadzenia owego stanu nadzwyczajnego. Jak to się stało? Poza złamaniem — wspomnianego powyżej przeze mnie — zakazu retroakcji doszło jeszcze do nieformalnej zmiany dekretu o stanie wojennym, dokonanej przed jego publikacją w Dzienniku Ustaw. Pod koniec lat 90. bp Alojzy Orszulik ujawnił, iż czynniki kościelne miały swój udział w uzgodnieniu ostatecznego kształtu dekretu o stanie wojennym. Otóż wieczorem 13 grudnia 1981 r. doszło do spotkania między nim, bp. Bronisławem Dąbrowskim i prof. Andrzejem Stelmachowskim a Kazimierzem Barcikowskim i min. Jerzym Kuberskim, którzy poprosili o naniesienie poprawek do projektu dekretu o stanie wojennym (Orszulik mówił, że Barcikowski dał im „projekt dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego z lat 60”.). W rzeczywistości chodziło o ledwo co uchwalony przez Radę Państwa, a jeszcze nieogłoszony w Dzienniku Ustaw (a zatem nieobowiązujący), dekret o stanie wojennym. Orszulik wspominał: „Nanieśliśmy poprawki, czyli wykreśliliśmy z projektu niektóre przepisy restrykcyjne wobec Kościoła. […] Był tam przepis z okresu stalinowskiego, z dekretu z 1953 r., że władze państwowe mają wpływ na obsadę stanowisk kościelnych i zwalnianie duchownych”. Na pytanie dziennikarzy „Gazety Wyborczej”, jak to było możliwe, żeby „nanosić te poprawki”, biskup odpowiedział: „Mówili, że można je nanosić, bo się jeszcze nie ukazał Dziennik Ustaw”. W ten sposób strona kościelna stała się współautorem ostatecznej wersji dekretu o stanie wojennym – chociaż nastąpiło to z całkowitym pogwałceniem konstytucji PRL. Czy biskup Dydycz zapomniał o tym fakcie? Ostatecznie ustawa z 25 stycznia 1982 r. walidowała (uważniała), poczynając od 12 grudnia 1981 r., i te naruszenia prawa. A wśród tych naruszeń – które Kościół zaakceptował – były rozmaite represje sądowe wobec szeregowych obywateli, godzące w nich jeszcze wtedy, gdy stan wojenny nie obowiązywał. Do ostatecznego druku Dziennika Ustaw doszło w dniach 17-18 grudnia 1981 roku. Jego kolportaż, głównie do władz wszystkich województw, rozpoczął się poprzedniego dnia. Mimo iż tekst dekretu został wydrukowany w dniach 17-18 grudnia, to na dacie jego wydania widnieje 14 grudnia 1981 roku. Do organów sprawiedliwości Dziennik trafił w dniach 19-23 grudnia. Oznacza to, że w dniach 13-19 grudnia osoby oskarżone były sądzone według prawa, które wówczas nie obowiązywało, co łamie rzymską zasadę: „Lex retro non agit”. 12 grudnia 1981 roku ruszyły zatrzymania działaczy opozycji, których bardzo często wyciągano siłą z domów i kierowano do ośrodków internowania. Internowania odbywały się bez jakichkolwiek wyroków. Cały wymiar sprawiedliwości był wówczas całkowicie podporządkowany woli rządzących. Świadczy o tym pewna anegdota o aplikancie, który przyszedł do wieloletniego sędziego Sądu Najwyższego z zapytaniem: „Co jest najwyższym źródłem prawa w PRL?”. Miał usłyszeć odpowiedź: „Dla sędziego orzekającego najwyższym źródłem prawa jest telefon…”.
Nie możemy zapomnieć, że do tego wszystkiego znaczący swój wkład wniósł Kościół katolicki. O tym zaś fakcie prawie się dziś nie wspomina. Czy stan wojenny był zatem legalny? Nie, aż do 25 stycznia 1982 roku, kiedy to Sejm PRL przegłosował zatwierdzenie dekretu i innych dokumentów z nim związanych. Niechaj nas więc ekscelencja nie poucza i niech nie wypowiada się w patetycznym moralizatorskim tonie, gdyż współpracownikami bezpośrednimi władzy, o której dziś Dydycz wyraża się w najostrzejszych słowach, byli także jego koledzy po fachu. Mieli oni zasadniczy, a świadomy, udział w działaniach niekonstytucyjnych i w skutkach stanu wojennego, którymi to skutkami była niejednokrotnie śmierć praworządnych Polaków (dokładnie 40. osób).

Kto uratował „Solidarność”?

W czerwcu 1981 r. grupa dziewięciu polskich generałów zwróciła się do KGB z planem usunięcia Jaruzelskiego z uwagi na jego niechęć wprowadzenia stanu wojennego i zastąpienia go przez nowego ministra obrony (prawdopodobnie jeden ze spiskowców), który by aresztował pozostałych członków rządu, przejął kontrolę nad strategicznymi punktami, zatrzymał do 3000 kontrrewolucjonistów, których deportowano by gdzieś do Bloku Radzieckiego. Pod wodzą nowego ministra obrony narodowej zawiązałaby się junta wojskowa, bez udziału przedstawicieli dawnego rządu i BP. Następnie „zespół akcji” zaapelowałby do reszty Bloku Radzieckiego o pomoc wojskową aby bronić socjalizmu w PRL.
Archiwum Mitrochina

Tytułowe pytanie – zapewne Państwo Czytelnicy pamiętają – postawiłem w poprzednim tekście, „Zwycięstwo rozumu i rozsądku” („DT”, z 19-23 czerwca 2019), skrótowo wyjaśniając ocenę gen. Wojciecha Jaruzelskiego, iż „bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu”. Publikacje, m.in. autorstwa prof. Longina Pastusiaka, Jerzego Wiatra, Krzysztofa Janika i innych na łamach „Trybuny”, a także wywiady Roberta Walenciaka i teksty w „Przeglądzie”, czytelnie wskazują, iż „dojście” do Okrągłego Stołu było ze strony władzy procesem dość złożonym, by nie powiedzieć żmudnym.
Kierownictwo „Solidarności” przez kilka lat po stanie wojennym nie wykazywało chęci porozumienia z władzą. Dostrzegła to i dobitnie oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji”. Podobne rady udzielał George Bush, przedstawiciele innych państw, w tym Watykanu i Kościoła w Polsce. Te sugestie wciąż okrywa całun milczenia, co widoczne było dość wyraziście podczas obchodów 30 rocznicy Okrągłego Stołu, a szczególnie wyborów 4 czerwca. Tu górowały zachwyty – właśnie nad zwycięstwem „Solidarności”, dość skutecznie zagłuszając pojawiające się głosy o umiar, rozsądek w postrzeganiu i ocenie ówczesnej rzeczywistości. Słuchając „zachwytów”, płynących z mediów – ponownie stawiam tytułowe pytanie.

Kontekst pytania…

Nie trzeba zbyt wielkiej wyobraźni, by zauważyć, że pytanie o „uratowanie”, zawiera w sobie kontekst zagrożenia – podkreślę – właśnie zagrożenia. Przez kogo, przez co? Zaskoczę Państwa – przez „Solidarność”, przez samą siebie! Może ta odpowiedź rozśmieszy Państwa lub też boleśnie dotknie osoby szczerze, autentycznie, życiowo związane z „Solidarnością” – tych bardzo serdecznie przepraszam! I przypominam, zachęcam do namysłu – co mogło się stać:
Lech Wałęsa w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3 maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Czy zaprzeczycie Państwo, że ocena jest i sugestywna, i celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale wręcz niewyobrażalna – wychodząca poza wewnętrzny konflikt – katastrofa. Zwróćcie uwagę – początek maja 1981 r.
Profesor Karol Modzelewski: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić… które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim – cytowałem w tekście „Zwycięstwo”. Kto – bez zbędnej pokory autorskiej zapytam – doprowadził do „śmiertelnego ryzyka”, jeśli nie „Solidarność” samą siebie, może nawet naród polski i nasze państwo? Czy „Solidarność” chciała się „zmieścić w Układzie Warszawskim” w 1981 r., co w tej mierze uczyniła, kto zna dowody – proszę o udostępnienie, nie tylko ja czekam na taką „wiarygodną wiedzę”. Odpowiem – stało się to możliwe dzięki Okrągłemu Stołowi. Ale wtedy, w 1989 r. i „Układ” i Solidarność były już inne, także i władza!. Ta, tak bezmyślnie przez wiadome kręgi „Solidarno ści” opluwana, wyszydzana i pomijana władza. Wyraźnie i elegancko mówili o tej postawie panny „S” m.in. Prezydent Aleksander Kwaśniewski, profesorowie, np. Danuta Waniek, Longin Pastusiak, Jerzy Wiatr, podczas konferencji w 30. lecie Okrągłego Stołu.
„Robotnik” nr. 78 z 27 sierpnia 1981 roku opublikował fragmenty dyskusji, zorganizowanej przez redakcję. Mówią m.in.:
– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. „Solidarność” ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm KPN-owski. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;
– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”;
– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych (…) Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;
Jarosław Kaczyński (rozmowa zamieszczona w książce „My”, jaką przeprowadziła z nim Teresa Torańska) m.in. mówi: „Nieporęczna w istocie od początku była „Solidarność”. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z „Solidarnością” jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej (…) Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby „Solidarność” z 1989 roku miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało”. Nie sądzę, by Państwu potrzebny był komentarz!

Refleksje z „Archiwum”…

Podejmując analizę cytowanego na wstępie fragmentu, pochodzącego z „Archiwum Mitrochina” (Wyd. Muza, Warszawa 2001), poczynię kilka istotnych uwag.
Jest czerwiec 1981 r. Dnia 5, radzieckie władze, a konkretnie KC KPZR kieruje do KC PZPR „list otwarty”. Dlaczego nie imiennie do Stanisława Kani, wówczas I Sekretarza, tylko do całego KC – proszę, domyślcie się Państwo. A taki fragment „Listu”: „Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski zgadzali się w rozmowach z naszym zdaniem, lecz wszystko pozostaje po staremu, bo nie podejmuje się walki z kontrrewolucją. W tej sytuacji ton kampanii przedzjazdowej nadają siły wrogie socjalizmowi. Nie można wykluczyć, że na IX Zjeździe dojdzie do porażki marksistowsko-leninowskich sił w partii, a nawet jej likwidacji”. Dodam, „list” ten pojawia się na półtora miesiąca przed IX Zjazdem PZPR (14-20 lipca 1981 r.) oraz na 4 dni przed XI Plenum KC PZPR (9-10 czerwca). I pojawia się inicjatywa 9 generałów. Czy ten zbieg zdarzeń i okoliczności nie daje do myślenia? Ich analiza przekonała mnie, iż latem 1981 r. zagrożenie dla „Solidarności” „wisiało na włosku”!
To wymienieni Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski, szerzej – reformatorskie skrzydło w Partii (PZPR), także trzeźwo myślący działacze partyjni i państwowi w Moskwie, na Kremlu – uratowali „Solidarność” przed Sybirem, przed krwawym unicestwieniem.
Podkreślam – krwawe unicestwienie. Mam świadomość, iż niektórzy porywczy w czynach i słowach Czytelnicy mogą tu zapisać mnie do „partii Putina”, opluwać, wyszydzać umiejętność analitycznego myślenia. Gdy przejdzie im fala nienawiści niech odetchną i zastanowią się ile tysięcy Polaków wtedy zginęłoby w „niewyjaśnionych okolicznościach”, co stałoby się wtedy, latem 1981 r. z Polską, z naszym państwem, czy byłby możliwy Okrągły Stół, kiedy i z kim, jak wyglądałaby nasza Ojczyzna dziś, w 2019 r., a czy Europa też byłaby taka jak dziś? Jeśli te pytania kogoś nużą, rozumiem to, ale nie dam sobie wmówić „poprawnej narracji”. Krótko mówiąc, nie zgadzam się na żadne kłamstwo, obraża po prostu zwykłego Człowieka – Polaka. Państwo, w tym miejscu macie wybór, albo czytać tekst, albo odłożyć, przyznając rację historykom i politykom z poziomu piaskownicy. Dla cierpliwych i chętnych poznania mojego wywodu, kolejno:
– 9 generałów: czy nie przypomina to Państwu podobnej sytuacji z CSRS w 1968 r.? Tam także grupa wojskowych, o których mówił Breżniew, zamierzała dokonać zamachu stanu, ale ich kroki uprzedziła znana decyzja polityczno-wojskowa, pisałem w tekście „Operacja Dunaj” (20-23 sierpnia 2018). Ta inicjatywa jest świadectwem, iż radzieccy wśród kadry WP prowadzili „rozeznanie” autorytetu i powiedzmy wprost – posłuszeństwa kadry kierowniczej wobec Generała. Że tak było, są dowody. Przedstawiciel radzieckiego lotnictwa przy Wojsku Polskim gen. Ilicz Katricz, powiedział wprost do gen. Tadusza Krepskiego, Dowódcy Wojsk Lotniczych: „wy już nie dowodzicie” (fakt ten potwierdził gen. Jerzy Zych, jako świadek na procesie sądowym Generała). Incydent ten zakończył się natychmiastowym odwołaniem gen. Katricza.
Pewne sygnały dochodziły ze Śląskiego Okręgu Wojskowego, gdzie radzieccy oficerowie rozpytywali naszych o ocenę Generała, czy wykonają rozkazy, jeśli wyda je kto inny. Meldował o tym płk Leszek Kołodziej (jego raport jest w książce pt. „Wielogłos” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2002). Fakt ten świadczy i o tym, że w WP znaleźli się oficerowie skrajnie krytyczni wobec Generała i ówczesnej sytuacji w kraju i Partii, podatni na radzieckie argumenty i oceny, które w ich wyobraźni były „ratunkiem” dla Polski przed jeszcze większą katastrofą, niż możliwa była – w ich ocenie – podkreślam.
Generał – pytany o ten fakt – mówił, iż „wieści” takie docierały, ale przyjmował je jako sprawdzian swojego autorytetu, sygnał, że wobec radzieckich trzeba mówić gorzką – oczywiście dla Polaka prawdę o sytuacji w kraju, bo pozwoli, że „oni” zechcą słuchać, choć niekoniecznie zgadzać się z polskim rozmówcą, a wtedy znaczyło „bardzo dużo”, akcentował Generał, dawało czas i nadzieję na porozumienie z Solidarnością… co z tego wyszło – wiemy;
– stan wojenny. Niechęć jego wprowadzenia, to wtedy główna wina Generała. Mogą Państwo Czytelnicy zapytać, czy wcześniej była mowa z radzieckimi o jego wprowadzeniu? Oczywiście, pisze o tym gen. Franciszek Puchała w książce „Kulisy stanu wojennego” (Wyd. Bellona, Warszawa 2016), zachęcam do przeczytania. To pozycja specjalisty wojskowego, który ma niekwestionowany wkład, że stan wojenny był „operacją łagodną i pomyślną” dla całego społeczeństwa, na czele z kierowniczymi gremiami „Solidarności” oraz jej członkami, którzy wobec tej operacji, a Generała w szczególności wykazywali i wykazują zrozumienie.
O drodze do stanu wojennego napiszę w grudniu br, tu tylko taki przykład. Podczas „spotkania” Generała i Stanisława Kani w Brześciu nad Bugiem, na zakończenie rozmowy Andropow powiedział: „No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego, ale też nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje”. Co Państwo myślicie? Generał pisze o tej rozmowie w książce „Stan wojenny. Dlaczego”, rozdział „Lot i lądowanie”;
– aresztowanie rządu, przejęcie władzy. Oczywiste, gdyby inicjatywa 9 generałów uzyskała akceptację Moskwy. Okoliczności „za” były czytelne – uległość wobec poczynań Kierownictwa „Solidarności”, także omotanego „zgubną ideą” całego Związku, „szeregowych” członków, którzy uwierzyli i na szczęście – dzięki władzy – nie zapłacili krwią za tę „wiarę”. Do tego wspomniany „list” krytykujący i potępiający Kierownictwo PZPR, Stanisława Kanię i gen. Wojciecha Jaruzelskiego, XI Plenum i IX Zjazd, jako sprzyjająca sytuacja do wymiany tego „nieporadnego” w zmaganiu z „Solidarnością” Kierownictwa.
Byli imiennie wybrani – w ocenie Moskwy – „dobrzy towarzysze” i „wsparcie” 9 generałów, ale zapewne i części Wojska. Tak oceniając i realnie myśląc, byłaby to rozgrywka wewnątrz partii i władzy, czytelnie skierowana przeciwko „Solidarności. To ona, „Solidarność” jako „kontrrewolucja” byłaby celem, głównym obiektem uderzenia. Zaś wymiana rządu i części Kierownictwa PZPR – faktycznie usunięciem „narzędzia” przeszkadzającego w osiągnięciu tak pojmowanego celu. Gdyby, z różnych powodów, ZSRR musiał wspomagać zbrojnie „dobre siły”, byłaby to „interwencja na zaproszenie”! Berlin i Praga były krytyczne wobec Polski i chętne do pomocy ZSRR (Czesi jako rewanż za 1968 r.). Dlaczego do tego nie doszło? Zarówno mój wywód jak i to pytanie skłania do różnych dywagacji. Moja odpowiedź jest taka:
W Moskwie, mimo jednoznacznie krytycznego stosunku do „Solidarności”, którą tu jednoznacznie nazywano „kontrrewolucją”, istniała grupa polityków i działaczy partyjnych, którzy wieloaspektowo oceniając sytuację prezentowaną przez duet Kania-Jaruzelski, widzieli szanse rozwiązania tego kryzysu przez samą władzę, jeszcze bez jej zmiany. Co więcej – Breżniew potrafił zrozumieć i czasowo przyjąć ich racje jako jeszcze realne, a argumenty „moskiewskich twardogłowych”, jeszcze jako przedwczesne. Co by o nim nie mówić złego – chwała mu za to!
Jakie to mogły być racje racjonalnie myślących w Moskwie – możemy się tylko domyślać, niekiedy „wyczytać między wierszami” z różnych archiwów. Zakładam, że takie – zarówno Kania jak i Jaruzelski radzieckim prezentowali realną ocenę sytuacji – mimo krytyki, mieli znaczący autorytet, tak wśród członków Partii, a Generał ponadto w Wojsku. Kładę silny akcent na ten autorytet. Wtedy, latem 1981 był on jeszcze wysoki, nie był wartością „daną raz na zawsze”, ale ważnym, powiem – czynnikiem rozstrzygającym! Jeśli nie autorytet, jako „kapitał” i umiejętność rozmowy z przeciwnikami politycznymi, to co? Z historii wiemy, że radzieccy nie kierowali się „uczuciem miłości”. Pisząc autorytet, mam na uwadze reformatorskie skrzydło w Partii i wśród stronnictw politycznych, które inspiratorsko odpowiedziało na apel Generała o 90 spokojnych dni, było promotorem, służyło wsparciem w podejmowanej reformie gospodarczej, na co także Moskwa zwróciła uwagę. Zapewne na Kremlu liczono się z ewentualnym rozłamem w Wojsku, gdyby tych 9 generałów przejęło władzę. Piszę „rozłam”. Sięgnijcie Państwo pamięcią – maj 1926, żołnierz strzelał do żołnierza, 215 żołnierzy i oficerów zginęło w bratobójczej walce oraz 164 osoby cywilne. Pomyślcie o żołnierzach służby zasadniczej lat 1981-82, dziś szanowanych mężów, ojców i dziadków. Ilu z nich zginęłoby? To byłaby przecież polska krew, nie ich Rosjan – jeśli, to jako ostateczność.
Właśnie ta „ostateczność” jako zbrojna interwencja mogła być rozważana jako zbyt wysoki koszt za usunięcie z Polski „kontrrewolucji”, jeszcze nie teraz, latem 1981 r. Co nie oznacza, że taką wizję całkowicie odrzucano. Nie zapominajmy, że Kreml naciskał na stan wojenny – cytowałem Andropowa – ale jako „zabieg” realizowany wspólnym wysiłkiem Partii, Wojska i sił MSW. Podkreślam – wspólnym. Jako „operacja” wewnętrzna w Polsce, polskimi rękoma, stawiająca za cel uniknięcie walki bratobójczej. I został osiągnięty, dzięki zwartości Wojska, mądremu kierownictwu, rozwadze „szeregowych” członków „Solidarności”. Zapamiętajmy to!
Być może wielu z Państwa czeka na ocenę znaczenia Zachodu dla powstrzymania zbrojnej „akcji w Polsce”. Zniecierpliwionym odpowiadam – znikome w sensie praktycznym, ale głośne w wydźwięku etyczno-moralnym. Żaden dokument zachodni nawet śladowo nie podaje, iż USA, NATO z uwagi na „wojnę w Polsce” podjęłyby militarną akcję. Owszem, byłaby „akcja” propagandowa, gospodarcza wobec ZSRR. Sankcje te Moskwa brała pod uwagę, gdyby „Solidarność” zdobyła posłuch i wsparcie ludności, klasy robotniczej w ZSRR, CSRS czy NRD. Tego nie było. Inne tłumaczenie postawy Zachodu jest mąceniem w głowach naszej młodzieży, ludziom bezwolnie traktującym „ideały” „Solidarności” jako świętość.
– „kontrrewolucja”: wiele napisałem wyżej. Marszałek Wiktor Kulikow, podczas konferencji naukowej w Jachrance (1997), m.in. mówił: „w Związku Radzieckim, a tym bardziej w Komitecie Centralnym, wszyscy oceniali „Solidarność” jako kontrrewolucję, jako ruch skierowany przeciwko władzy, któremu trzeba podjąć odpowiednie kroki. Dlatego nie ma co kręcić i mówić inaczej” („Wejdą – nie wejdą”, Wyd. ANEKS 1999 rok). Przypomnę tu cytowaną wcześniej ocenę prof. Ryszarda Reiffa, wypowiedzianą podczas SKOK w 1995 r. (14 lat po stanie wojennym), że trzeba byłoby wywieźć 2-3 miliony
na 2-3 lata.

* * *

Jest okres wakacji, dla aktywnie wypoczywających pewnego rodzaju okazja podjęcia refleksji i dla własnej ciekawości wskazania, kto spośród sugerowanych przez 9 generałów 3000 „kontrrewolucjonistów” „Solidarności” mógłby „zwiedzać” bezkresne przestrzenie piękna Syberii, ilu i kiedy wróciłoby „do rodzinnych stron”. Ale warto też – być może nie zgadzając się z moimi przemyśleniami – poszukać argumentów, by nam samym, a szczególnie naszej młodzieży nie pozwalać na niszczenie resztek rozsądnego spojrzenia na niezwykle złożoną, polską powojenną przeszłość. Nie pozwalać na jej karłowacenie „polityką historyczną”.
Wybaczcie mi Państwo rozumienie „rozsądnego spojrzenia” górnolotnie. To dobro, które zawsze jest samotne, bo wydaje się mniej interesujące! Zapytam, czy dziś, na 3 miesiące przed parlamentarnymi wyborami, takie spojrzenie byłoby wstydliwe? Co, jak nie rozsądek jest wręcz niezbywalny? To on – po pierwsze – nakazuje poznać nazwiska i programy osób, które wybieramy. Po drugie – pójść na spotkania z kandydatami. Tu zachęcam posłuchać osoby z SLD, PPS, szeroko rozumianej Lewicy, także z Koalicji Europejskiej. Może ktoś zapytać – dlaczego SLD, PPS? To ich poprzednicy w PZPR, a także wśród nich pewna część wtedy, w 1981 r. w dekadzie lat 80-tych ponosiła odpowiedzialność za Ojczyznę i wyprowadzała ją z kryzysu (na którego powstanie nie miała bezpośredniego wpływu), doprowadziła do Okrągłego Stołu i przemian bez rozlewu krwi. Ktoś kąśliwie zechce zapytać – czy mamy im dziękować wybraniem do Sejmu? Mamy w pierwszej kolejności myśleć o swojej przyszłości, o naszych dzieciach i wnukach – wybierając osoby, które dowiodły zaufania odpowiedzialnością w bliskiej nam przeszłości, rozumnie, rozważnie postępujące w momentach kryzysu i przełomu, jakim był rok 1989. Po nim nastąpiła sprzedaż za bezcen, uwłaszczenie na „gospodarce komuny”, a od kilku miesięcy festiwal rozdawnictwa i nagród „słusznie należnych”. Zwróćcie Państwo uwagę, ale i wyjaśnijcie istotę tego polskiego fenomenu młodym, by zapamiętali jak długo będą płacić za ślepo przyjmowane i oczywiście tak w mediach ubóstwiane obietnice. Pamiętajcie Państwo, łatwiej jest ogłupiać ludzi, niż przekonać, że zostali ogłupieni (Mark Twain).

Na zakończenie

Wracam do tytułowego pytania i podkreślam: to mądrość, rozwaga w postępowaniu, realizm w ocenie rzeczywistości, umiejętność perspektywicznego jej widzenia i możliwości sprostania wyzwaniu. Jak mawiał Mieczysław Rakowski – szanowanie partnera. Takie cechy charakteru, sposobu postępowania mieli Stanisław Kania i Wojciech Jaruzelski, reformatorzy. Dostrzegali je rozmówcy w Moskwie, wtedy szczególnie Breżniew, w Pradze i Berlinie, u Generała także w Watykanie i wielu stolicach Europy oraz Waszyngtonu, Pekinu i Tokio. One w krytycznym momencie przeważyły szalę na korzyść „Solidarności” w pierwszej kolejności, następnie „Bogu ducha winnych” milionów Polaków, naszego bytu państwowego.
Niejako uparcie nasuwa się tu pytanie – czy jeszcze były podobne, krytyczne sytuacje, jak w czerwcu, latem 1981 roku? Za taki moment uważam „Posłanie do narodów Europy Wschodniej”, wydane przez I Zjazd „Solidarności” we wrześniu 1981, o czym napiszę później. Inne – choćby znana „awantura w Bydgoszczy” – spowodowały tylko „pogrożenie palcem” przez wydłużenie ćwiczenia „Sojuz-81”.
Kończąc tekst, pragnę zadośćuczynić rozmówcom przy grobie Generała w 5 rocznicę odejścia. Wspominając niektóre, szczególnie ciężkie doświadczenia i decyzje Zmarłego, ktoś wtrącił, iż zasłużył na pomnik, ktoś zapytał o inicjatora. Ku mojemu zdumieniu usłyszałem, że to „Solidarność” powinna zdobyć się na wdzięczność za uratowanie jej jako formacji, a także jej kierowniczych gremiów, zmazać hańbę za próbę degradacji. A pomnik… ktoś wskazał na płytę czołową grobu, stylizowaną na kształt terytorialny Polski.

Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Zwycięstwo rozumu i rozsądku

Bez stanu wojennego nie byłoby Okrągłego Stołu ani nie dokonałyby się głębokie przeobrażenia, które zmieniły i Solidarność, i sposób myślenia władzy…
Przeciwstawiam się tworzeniu czarno-białego wizerunku: „anielskie hufce Solidarności” i „diabelskie hordy władzy, komuny”. Przeciwstawiam się i odwrotnej klasyfikacji.

Generał Wojciech Jaruzelski

Obserwując i analizując publicystykę wokół 30 rocznicy Okrągłego Stołu, w pewnym momencie uznałem, iż dalsze kontynuowanie tematu niewiele wniosłoby nowego. Jednakże szybko zmieniłem zdanie, po wysłuchaniu komentarzy i obejrzeniu uroczystych obchodów 30 rocznicy wyborów 4 czerwca oraz przeczytaniu kilku publikacji dziś „słusznego” nurtu (na więcej nie pozwala zdrowie).
Podzielam w pełni treść wzywającą do sięgnięcia po rozum w ocenie faktów, po rozsądek w potępianiu dorobku „pokolenia PRL” i gratuluję zdrowia oraz wytrzymałości psychicznej jaką ujawnił Pan Minister Krzysztof Janik w publikacji „Dwa mity i konstatacja” („DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). Podobny kierunek oceny i myślenia o tej rocznicy, jej komentatorach i różnej klasy mentorach zaprezentował prof. Andrzej Friszke, pisząc: „Przełom 1989 roku to była delikatna, skomplikowana polityka w skomplikowanej relacji międzynarodowej i trzeba mieć wiedzę, aby to zrozumieć” (DT”, 5-6 czerwca, 2019 r.). Z obu tych publikacji nasuwa się ponura konstatacja – czyżby dziennikarze i publicyści wypisujący różne głupstwa, nie mieli nawet uczniowskiego wstydu przed nauczycielem, któremu na pytanie nie potrafią udzielić logicznej odpowiedzi? Czyżby ci dorośli ludzie, firmujący codzienną, medialną pracę swoim nazwiskiem nie mieli poczucia własnej godności, honoru, nawet przed najbliższą rodziną?
Stan wojenny a Okrągły Stół
Ktoś z Państwa Czytelników może zapytać: co „Stan” ma wspólnego z tym „Stołem”, dzieli ich przecież 8 lat?. Tu, nawiasem mówiąc, taka historyczna ciekawostka, porównanie – 8 lat po zamachu majowym, utworzono obóz w Berezie kartuskiej (1934) oraz nasiliły się zjawiska antydemokratyczne. 8 lat po stanie wojennym (1989), powstał pierwszy w bloku wschodnim rząd, kierowany przez ludzi wywodzących się z opozycji. Nasuwa to odpowiedź – stan wojenny był ratunkiem dla Solidarności. W pierwszej kolejności dla jej kierownictwa centralnego, w drugiej – dla terenowego, w trzeciej – dla tysięcy członków, głównie robotników, którzy im uwierzyli. Uchronił, szczególnie władze związku przed Sybirem. Jeśli ktoś ma inne zdanie, więc zapytam dobitnie – po kogo by przyszli „z bratnią pomocą”, inspirowani z Pragi i Berlina towarzysze radzieccy? Przecież nie po gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka, ani premiera Rakowskiego i ministra Cioska. Te osoby nie głosiły żadnych absurdalnych na tamte czasy tez i pomysłów, podburzających ludzi, robotników w tych państwach i nie tylko. Co najwyżej byłyby dziś winne odpowiedzialności za brak reakcji na ciągłe akcje strajkowe, protestacyjne, różne wywózki na taczkach, tak negatywnie oddziałujące na sąsiednie kraje.
Sądzę, że jeszcze miliony Polaków mają świadomość takiego rozwoju sytuacji skrajnej, z jaką należało się liczyć. To byłaby głównie polska krew i łzy, rozpacz tysięcy, może kilku milionów ludzi, którzy w latach 50. budowali Nową Hutę (patrz Przegląd nr 17-18), 60-80, inne zakłady przemysłowe, za bezcen sprzedane i rozdane po 1989 r. Wspomina tamten dorobek ludzi pracy okresu PRL, Pan prof. Jerzy Wiatr („Między lipcem a czerwcem”, „DT”, 7-9 czerwca, 2019 r.). To skrótowe uzasadnienie wielu może nie przypaść do gustu – szerzej odpowiem tekstem pt. „Kto uratował Solidarność”. Już teraz zachęcam do przejrzenia choćby protokołów z posiedzeń KK w Gdańsku, wspomnień Lecha Wałęsy, np. „Droga nadziei”, wyd. 1988 r. Proszę też sięgnąć po relacje z rozmów Generała z Janem Pawłem II, w których wątek Solidarności wciąż był obecny, przewijało się tam oczekiwanie aż w Solidarności „gorące głowy ochłoną”. Kolejny już raz cytuję słowa Papieża: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą” , czego dopominały się osoby oddające Generałowi hołd w 5 rocznicę odejścia. Byłoby obrazą Świętego Polaka i rozumu pytanie – czy Papież nie wiedział co mówi, co zawiera w słowie „patriota”. Wielu publicystów i historyków nie może tego pojąć, zrozumieć nawet po 35 latach od II pielgrzymki.
Na wnikliwą analizę i uwagę zasługuje taka ocena prof. Karola Modzelewskiego: „Miałem świadomość, którą mieli też doradcy, że jesteśmy w sytuacji śmiertelnego ryzyka, bo porozumienie sierpniowe i rozlewający się na całą Polskę ruch strajkowy doprowadziły do takiej sytuacji, którą dobrze by było zamrozić. W tym sensie, żeby niezależny ruch masowy, ruch robotniczy, bo to trudno nazwać tylko ruchem związkowym, mógł współistnieć z istniejącym systemem, przynajmniej z jego częściami, które udałoby się zmieścić w Układzie Warszawskim… Rządzi państwem partia, która ma zaufanie Moskwy, partia nie wtrąca się do spraw związkowych, a związek rządzi się sam. Trzeba tak przebudować państwo, żeby istnienie dwóch takich podmiotów go nie rozwaliło. Świadomość tego, że to wymaga przebudowy państwa, wynikała z przebiegu wydarzeń, więc we mnie się rodziła z czasem” („Modzelewski – Werblan.Polska Ludowa”, Warszawa 2017, s. 429). Zwracam uwagę – „śmiertelne ryzyko”. Tu Profesor nie wyjaśnia jego istoty. Wiedząc, iż był doradcą Solidarności, więc zagrożenie tej formacji miał na myśli. Osobiście miałem zaszczyt kilkakrotnie rozmawiać z Profesorem, akcentowałem różnice ocen, także odnośnie sensu i celu stanu wojennego, roli doradców oraz ekspertów, którzy – jak się okazywało – mieli niezbyt wiążący wpływ na decyzje KK, pewien szerszy ogląd sytuacji uzyskiwali po latach. Raz wręcz złośliwie stwierdziłem: „Od Generała oczekiwaliście mądrej po waszej myśli decyzji, nie liczącej się z zewnętrznym otoczeniem. Do tego chętnie mówicie o tzw. betonie partyjnym, nie zastanawiając się kto zza granicy dość chętnie go słuchał i wspierał, co Generał miał z tym fantem zrobić”. Pytałem wręcz w tonie przygany – „Czy nie poczuwacie się do odpowiedzialności za atmosferę, stan nastrojów wśród członków Solidarności, przecież ją kształtowaliście! Kto miał i jak naprawiać wasze pomyłki”. A myśl o „zamrożeniu sytuacji” – dziś oceniam jako pewien skutek tamtych rozmów. Pytałem: „Kto i jakimi metodami, środkami i kiedy miałby to uczynić? Czy stan wojenny nie był dla Panów formą ulgi wobec poczynań wewnętrznych Solidarności, w których widzieliście „samobójcze zagrożenie”, czemu już nie mogliście niczym zaradzić?”
Odczuwam ogromny żal do Losu, że Profesor odszedł aż tak szybko, za szybko. Każda rozmowa była lekcją historii, mądrego myślenia o Polsce. Profesor w książce pt. „Dokąd od komunizmu?” (Warszawa 1993) potrafił dostrzec i ocenić obiektywnie, co stało się po przejęciu władzy w 1989 r.: „Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej”.
Państwa Czytelników pytam i proszę o ocenę – czy Solidarność chciała „zmieścić się w Układzie Warszawskim”, w ówczesnych realiach ustrojowych i gospodarczych. Kładę akcent na realia gospodarcze i pytam – co Solidarność uczyniła w odpowiedzi na apel Generała o 90 spokojnych dni, będący swoistym wstępem do reformy gospodarczej podjętej w 1982 r. A jak Solidarność odniosła się do referendum gospodarczego, dlaczego namawiała członków do odrzucenia proponowanych założeń, do bojkotu tego „samosprawdzianu” Polaków?
A realia ustrojowe? Kto pamięta istotę Spotkania Trzech, zgłoszoną wtedy przez Generała propozycję powołania Rady Porozumienia Narodowego, która miałaby inicjatywę ustawodawczą? Pisałem o tym kilka miesięcy temu. Dlaczego Lech Wałęsa był przeciw, co w tym względzie uczynili doradcy i eksperci, by szybko naprawić błąd przewodniczącego? Czy w 1989 r. były zagrożenia dla przebiegu obrad i wdrożenia ustaleń Okrągłego Stołu? Jeśli ktoś zaprzeczy, przyjmę to ze zrozumieniem.
Miliony Polaków obserwujący wizytę Michaiła Gorbaczowa u nas w 1988 r., znaną piosenkę Andrzeja Rosiewicza „Michaił, Michaił, ty postroisz mir…” miały podstawy, by nie żywić obaw. A Generał był innego zdania, o czym wspomina Andrzej Gdula w „Przeglądzie” nr 23. Pragnę skierować słowa uznania do Redakcji „Przeglądu”, w tym szczególnie do Pana Roberta Walenciaka, za klika cennych, refleksyjnych publikacji na łamach, odnoszących się do Okrągłego Stołu. Zachęcam Państwa serdecznie do lektury mądrej i kształcącej umysł.
We wspomnianym 23 numerze można przeczytać taką obawę Generała: „Żeby się Kreml w to nie wdał i żeby Gorbaczow dotrzymał słowa”. Widać z tego, iż ten kierunek zmian omówił Generał z Gorbaczowem, wyjaśnił sens i istotę. Co więcej – ta nasza wizja wzbogacała przyjętą pierestrojkę i głasnost’ w ZSRR jako też swoisty „eksperyment”. Czy nie szło o radziecką aprobatę? – może ktoś zapytać. Ze strony Gorbaczowa zapewne nie, wiele razy na tematy gospodarcze rozmawiał z Generałem, wzajemnie znane były poglądy, a szczególnie obawy i wątpliwości. Szło o co innego – reakcję krytycznie, by nie powiedzieć wrogo nastawionej do Gorbaczowa części kierownictwa KPZR. Można ich nazwać – porównując do Polski – partyjnym betonem. U nas nie wyrządził większych szkód, poza fermentem hamującym reformy gospodarcze, społeczne, a szczególnie polityczne. Tam, w ZSRR, wystąpił aktywnie, w postaci przewrotu Janajewa w 1991 r. O ich knowaniach też wiedział Generał, od Gorbaczowa i nie tylko. Przypomnę obawę Jana Pawła II, wyrażoną w rozmowie z Generałem, styczeń 1987 r.: „Dociekliwie wypytywał o Michaiła Gorbaczowa. Uważał go za postać innego wymiaru, niż stara kadra radzieckich decydentów. Twierdził, że Gorbaczow może dużo zmienić w swoim kraju, co będzie miało przełożenie na Polskę i świat”. Powiedział wprost – „Opatrzność zesłała nam Gorbaczowa, oby tylko nie ukręcili mu głowy” – wspominał Generał.
Anielskie hufce, diabelskie hordy… rozum i rozsądek
Optyka patrzenia na 30 rocznicę Okrągłego Stołu przez pryzmat „anielskich hufców”, że w Solidarności, to oczywiste – górowała w mediach. Zwyciężali, tylko nie wiadomo nad kim, o czym Pan Krzysztof Janik pisze ze zgorszeniem, bo wręcz śladowo pojawiały się „diabelskie hordy”. Ale i te „hordy” nie były chyba aż tak „diabelskie”, jeśli dziś publicyści „słusznego chowu” III RP tego nie eksponują. Chwała im, za milczącą aprobatę starań władzy o porozumienie z solidarnościową opozycją, z jej betonem. Dobitnie to dostrzegła i oceniała Margaret Thatcher: „Spotkałam się z przywódcami Solidarności i wielokrotnie radziłam im, aby dążyli do dialogu z rządem i nie ograniczali się do konfrontacji” – przypomina Robert Walenciak („Przegląd” nr 23). To także zagraniczna ocena starań władzy, reformatorskiego skrzydła PZPR na czele z Generałem. Najbardziej skrótowo można powiedzieć, iż premier rządu Wielkiej Brytanii obok Papieża-Polaka, Prezydenta Busha, Mitterranda i oczywiście Gorbaczowa ma wyraźny udział w polskim zwycięstwie rozumu i rozsądku. Po stronie władzy było go dostatecznie wiele, także cierpliwości w pokonywaniu podejrzeń i obłędnej wizji solidarnościowego wyjścia z kryzysu, w którym ma swój udowodniony udział. Generał oceniał to tak: „W Solidarności była warstwa, grupa przywódcza, która postawiła sobie za cel: socjalizm – nie. I szła do tego celu właśnie poprzez rebelię, poprzez działania destrukcyjne, anarchistyczne, mające na celu obalenie istniejącego porządku ustrojowego w Polsce. Jej błąd właśnie polegał i polega – zresztą po dzień dzisiejszy – na tym, że była przepełniona pychą, zarozumialstwem, przekonaniem o swej nieomylności, przekonaniem o słabości władzy. Była przepojona nienawiścią. A nienawiść, jak wiadomo, nie tylko oślepia, ale i ogłupia”.
Gdyby tak Opatrzność, może za radą Świętego Papieża-Polaka, zechciała użyć swej nadprzyrodzonej mocy i jasno pokazać nam, Polakom, jak Generał z zaświatów patrzy na obchody tej 30. rocznicy. Jestem pewien zafrasowanego, skupionego, zamyślonego Oblicza. Ale wierzę też niezłomnie, że pojawiłby się uśmiech, gdyby wspomnieć, że rozum i rozsądek zwyciężył jako Koalicja Europejska, za co należy się najwyższa chwała Włodzimierzowi Czarzastemu z gronem Kierownictwa SLD, Grzegorzowi Schetynie z Kierownictwem PO oraz jeszcze współpracującym PSL-em. W pewnym sensie byłoby to spełnienie tego życzenia Generała – „Przyszedłem do Belwederu jako człowiek polskiej Lewicy. Z ciężarem jej win, ale i poczuciem jej dokonań. Pełniłem ten urząd bezstronnie, ponad podziałami. Odchodzę z niezmiennym przeświadczeniem, że rozpoczęta przy Okrągłym Stole droga kompromisu, porozumienia, pojednania, jest dla Polski drogą najpewniejszą. Tylko tak można chronić spokój społeczny, umacniać demokratyczny ład, poprawiać materialny byt narodu”.
Pozostaję z nadzieją spełnienia tego życzenia w jesiennych wyborach do naszego parlamentu. Kieruję więc do Państwa Czytelników prośbę o potrojenie wysiłków we wsparciu kierownictw SLD, PPS, PO, PSL – tu mając nadzieję, że sięgną po „chłopski rozum” i pójdą razem z Koalicją, nie zapominając o błędach i potknięciach, w pierwszej kolejności – swoich. Że do wyrażanej chętnie i głośno nadziei, dołączy intelektualny wysiłek – rozum i rozsądek.

Spotkanie Trzech – zmarnowana szansa (Część I)

Jako inicjator i gospodarz spotkania przedstawiłem obszernie ocenę sytuacji. Była to ocena gorzka. Lech Wałęsa podzielił te niepokoje. Choć przyczyny, adresatów zagrożeń widział głównie w obszarze władzy. Prymas z właściwym sobie spokojem próbował równoważyć argumenty. Kluczowy temat – poszukiwanie, znalezienie płaszczyzny, na której można byłoby na zasadach autentycznego partnerstwa współdziałać, budować porozumienie w sprawach zasadniczych dla kraju. Jako organizacyjna formuła – Rada Porozumienia Narodowego, a w przyszłości również Front Porozumienia. Prymas przyjął ten kierunek z pełną aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę… A więc droga otwarta. Zaproponowałem też pilne powołanie komisji, grupy inicjatywnej, która przedstawiłaby odpowiednie propozycje co do składu Rady oraz ewentualnych dalszych działań. Chodziło mi o to, aby „kuć żelazo póki gorące”.

gen. Wojciech Jaruzelski („Przegląd” z 6 listopada, 2000 r.)

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Rada Porozumienia Narodowego! „Prymas przyjął ten kierunek z aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę … A więc droga otwarta”. Pytania nasuwają się same – dlaczego nie powstała ta Rada, kto lub co stanęło na przeszkodzie, jak zachowywali się nasi sąsiedzi – ze Wschodu i Zachodu. Jakie były skutki, następstwa tej, zmarnowanej szansy. Kto za nią odpowiada. Warto postawić jeszcze jedno pytanie – od tej inicjatywy minęło już 38 lat, czy wszystkie niuanse i wątpliwości zostały wyjaśnione?

Myśli o Radzie…

W poprzednim tekście („Początek drogi” („DT”, 15-17 lutego, 2019 r.) zawarłem sugestię, iż Spotkanie Trzech wymaga odrębnego omówienia. Pisałem, iż słowo „porozumienia” zostało zawarte w nazwie „Protokołu” z 31 sierpnia 1980 r. Po blisko 40 latach nasuwa się pytanie – czy było to słowo-ozdobnik? Czy wówczas i dziś należy go odczytywać tylko jako „zwykły” warunek realizacji podpisanych 21 postulatów? Zastanówcie się Państwo-czy „porozumienie” obowiązywać miało tylko stronę rządową, a Solidarność uzyskała „wolną rękę” w swoim postępowaniu? „Nowy” premier, gen. Wojciech Jaruzelski w exposé akcentował konieczność „atmosfery spokoju społecznego… konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił… Czas ten (apel o 90 dni – moje, GZ) pragniemy uczynić okresem szerokiego dialogu społecznego”. Jaki ten „spokój” był od lutego do grudnia 1981 r., „jak rozumiano” w Kierownictwie Solidarności „porozumienie” – pisałem w „Początku drogi”.
Bez obawy o uchybienie prawdzie, można powiedzieć, iż dążenie władzy i Kościoła, głównie obu Prymasów Polski (kard. Stefana Wyszyńskiego, abp Józefa Glempa) i Episkopatu do uzyskania obustronnego porozumienia trwało przez cały 1981 r., praktyczne efekty okazały się nikłe. Uprawnione jest więc pytanie – kiedy pojawiła się myśl o Radzie Porozumienia Narodowego? Rozmawiając kilka razy – głównie podczas przygotowywania mowy obrończej przed Sądem, gen. Wojciech Jaruzelski, nie był w stanie podać dokładnej daty. Może ktoś – po latach – uznać to za formę wykrętu. Nic podobnego. Proszę wziąć pod uwagę, iż bieżące sprawy, głównie strajki i ich zagraniczne echa nieustannie od kilku miesięcy były na uwadze rządu. Różne oceny, wnioski były zgłaszane przez członków rządu: Stanisława Cioska – ministra ds. związków zawodowych, gen. Czesława Kiszczaka – dysponował bieżącą „wiedzą tajemną”, rzecznika rządu, Jerzego Urbana – mającego bieżącą, „krajową i zagraniczną wiedzę prasową”, przewodniczących Komisji (pisałem wcześniej), którzy do pewnego stopnia pełnili rolę „straży pożarnej”, gasząc wciąż powstające strajki. Taki szczegół: wicepremier Janusz Obodowski negocjował z NSZZ Solidarności kolejarzy, by nie podejmowali strajku, argumentując gospodarczymi i społecznymi skutkami. Wszystko – jak mi mówił – było „dogadane”. Późnym wieczorem zadzwonił przewodniczący związku kolejarzy – skruszonym głosem prosił, błagał, by go premier zrozumiał. „Co się stało? – pyta. Otóż otrzymał polecenie z Gdańska, że mają strajkować, bo jeszcze dotąd tego nie robili. Zaklinał się, że jak „najłagodniej” zastrajkują. Co Państwo o tym myślicie? Taka obserwacja sprzed kilku dni – TVP pokazywała Bogdana Lisa, w związku z akcją wokół Centrum Solidarności. Tenże Pan, w relacji z 1 stycznia 1984 r. (książka pt. „Konspira”), pisze – „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981 r., widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Chcielibyście wtedy Państwo być na „rządowym stanowisku” i prowadzić negocjacje ze strajkującymi zakładami pracy? Przenieście się więc myślą i wyobraźnią w tamten „romantyczny czas”, zachęcam do „historycznego relaksu”. Życzę dobrego samopoczucia.
Opierając się na pamięci Generała, znanych członków władz i dostępnych materiałach źródłowych, można wiarygodnie stwierdzić, że idea porozumienia narodowego-pisałem wyżej, pojawiła się w sierpniu 1980 r. (porozumienia) i w lutym 1981 r. (exposé premiera). Na swój sposób „żyła” w różnych działaniach władzy i Kościoła, czym swoiście „dokuczała” kierownictwu Solidarności. Zaś koncepcja Rady kształtowana była po IX Zjeździe Partii (lipiec 1981 r.), zgłoszona przez premiera, przedstawiającego delegatom stan państwa, w tym realizację idei porozumienia narodowego. Stąd można wnioskować, że była dyskutowana, „obgadywana” od lipca, a szczególnie we wrześniu – październiku. Krótko mówiąc – nie sposób podać dokładnej daty, był to proces kształtowania zarysu kompetencji, roli w bieżącej, gorącej atmosferze, choć jesień i zbliżała się mroźna zima.

Dylematy i koncepcja Rady

Dylemat – problem: jak z tej pętli: Solidarność – strajki-władza – „obserwacja zagranicy” wyjść? Szukanie rozsądnego rozwiązania było kwestią nadrzędną (podczas jednej z rozmów Generał powiedział: „sprawą narodową, sprawą życia i śmierci”), choć takich określeń nie zamierzał używać przed Sądem („są zbyt patetyczne, mogą być odebrane pokrętnie, zostawmy to na późniejszy czas” – mówił). Ścierały się różne poglądy i opcje, nawet przeciwstawne, choćby takie: Zbyt duże uprawnienia tej Rady, będą dublować lub ograniczać zadania już wspomnianych Komisji, po co takie ciało? Czy jako organ pomiędzy rządem a Komisjami – przecież na ich czele stali wicepremierzy – więc po co? Nadać Radzie kompetencje polityczne – jaki zakres i usytuowanie, np. pomiędzy Sejmem a rządem? Tu pojawiała się kwestia składu Rady, na co wyczulone były stronnictwa polityczne. Warto byłoby zapytać o tamtą atmosferę, o owe wizje wyjścia z sytuacji Panów Profesorów: Józefa Kozioła (b. ZSL), Józefa Musioła, wówczas wiceministra sprawiedliwości (b. SD). A związki branżowe, liczebnie mniejsze i nie wchodzące w skład Solidarności – także sygnalizowały potrzebę „widzenia ich”, nie tylko jako „teoretyczny dowód”, ale realny fakt w pluralizmie związkowym, który rząd wciąż urzeczywistniał. „Szło to jak po przysłowiowej grudzie” – z goryczą mówił Generał. Solidarność patronowała związkom przez siebie inicjowanym, np. twórczym, do tego krytycznym wobec władzy i dyskretnie popieranym przez Kościół. Inne były opluwane, jako „komusze”. Czy Państwo o „statecznym wieku” tego nie pamiętają, jakie stąd wnioski na dziś i jutro?
Kolejny dylemat – czynić z Rady organ doradczy o perspektywicznym znaczeniu, „ubrany” we wzniosłe określenia? To fasada, nikt tego nie przyjmie, a stanie się „źródłem” krytyki Solidarności, która na władzy nie zostawiała przysłowiowej „suchej nitki”. Co więcej – od miesięcy wiadomo, iż Solidarność lekceważy „innych”, tzn. ZSL, SD, związki katolickie, wobec niej często i słusznie krytyczne. (Wałęsa wyrażał się o nich jako o „hodowcach kanarków”). Może zechce rozmawiać z rządem, ale sama, z udziałem Kościoła, który ją osłaniał i wspierał. PZPR też – krytycznie patrzyła na Kościół, co wiernym przypominają biskupi, – temat wciąż aktualny! Jak mówił Generał: „Kościół był przeciwnikiem, ale i zwolennikiem” Znajdźcie Państwo z tego „salomonowe” wyjście!

Właśnie Kościół

Generał i krąg najbliższych osób, „postawili” na Kościół, jako siłę moralną i autorytet mogący przekonać Solidarność do – nie wiadomo, który już raz – rzeczowych rozmów. Stąd 14 października 1981 r. Józef Czyrek, szef MSZ składa wizytę w Watykanie. Rozmawia z Janem Pawłem II. Obok zapoznania Papieża z aktualną sytuacją w kraju, mówi o pomyśle Rady Porozumienia Narodowego (RPN). Jej pomysł był „konkretem” na tyle zachęcającym, by Papież angażował swój autorytet, „młodego” Prymasa i Kościoła. Nie mogła to był „idea mglista” czy „zbiór życzeń”, jak próbują od lat dowodzić „znawcy”. Była to więc racjonalna myśl! Przecież „zgoda” Kościoła na przekonanie Solidarności, Wałęsy do udziału w Radzie, to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy. W tym momencie to swoisty „pstryczek”, afront dla Solidarności, którą Kościół od początku popiera, ochrania, czasami hołubi To jest cel główny wizyty! – pozyskać dla niej poparcie, „błogosławieństwo” Papieża, jak pisze Generał. Nie chodzi tu o formalne uznanie, ma mieć praktyczny, konkretny wymiar, tj. działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Józefa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Co dalej?
21 października Generał (od 3 dni I Sekretarz KC), rozmawia z Prymasem. Po rozmowie Józefa Czyrka z Papieżem, rozmówcy są przygotowani na wyjaśnienie sobie różnych wątpliwości, obaw, itp. Efekt – Prymas zgadza się rozmawiać i przekonać Wałęsę do spotkania. Podczas spotkania – odnosząc się do sytuacji w kraju oraz do wypowiadanych ocen, zgłasza do grupy inicjatywnej Andrzeja Micewskiego. Z myślą o Radzie, jej statusie i programie, proponuje: Stanisława Stommę, Andrzeja Wielowieyskiego, Stefana Sawickiego, Michała Pietrzaka i Jerzego Turowicza. Podając te nazwiska, z uznaniem należy ocenić, że Prymas „wyszedł przed szereg”, dalej nawet niż władza. Są więc podstawy, by widzieć tu znaczącą rolę Papieża. Czy po blisko 40 latach nie dostrzegacie Państwo złożoności tej sytuacji? Proszę zauważyć – z jednej strony „beton w łonie władzy”, przeciwny rozmowom z Kościołem. Zaś po stronie Kościoła – oględnie mówiąc – duża ostrożność w „paktowaniu z diabłem”– czytaj: władzą! Łatwo się pogubić i popełnić błąd w ocenach.

Z czym na Spotkanie…

Wracam do zasadniczej kwestii – z czym władza, a z czym Solidarność przyszły na spotkanie w dniu 4 listopada 1981 r.?
Generał – w imieniu władzy – przedstawił koncepcję Rady Porozumienia Narodowego (RPN) oraz komisji, grupy inicjatywnej, mającej przygotować jej działanie. Ta koncepcja była od kilku dni znana: 21 października poznał ja prymas Polski w rozmowie prywatnej z Generałem, a 30 października przedstawił ją na forum Sejmu, gdzie m.in. oświadczył: „Proponuję powołanie RPN, która jak najszybciej przystąpiłaby do rozpatrzenia i uzgodnienia programu frontu – jego roli, struktury i zasad działania w życiu polityczno-społecznym. Zapraszam do udziału w tej Radzie Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne, związki zawodowe, organizacje społeczne, naukowe i twórcze. Zwrócę się do obywateli cieszących się w społeczeństwie wysokim autorytetem, o udział w pracach Rady. Liczę na poparcie tej inicjatywy ze strony kierownictwa Kościoła. Kraj nasz możemy ratować i wyprowadzać z kryzysu przez wspólne działanie”. Kościół wyraził aprobatę i poparcie, podobnie Sejm. Podczas spotkania, które przeszło do historii jako „Spotkanie Trzech”, Generał wyeksponował rolę Rady jako „poważnej, reprezentatywnej instytucji społeczno – politycznej. Na jej forum byłby prowadzony niczym nie skrępowany dialog, poszukiwano by rozwiązań odpowiadających wyzwaniom czasu. Rada będzie ciałem opiniodawczym, wyposażonym jednak w inicjatywę ustawodawczą”.
Prerogatywy Rady wymagały uzgodnienia nie tylko jej składu personalnego, ale i społeczno-zawodowego, właśnie z myślą o możliwie szerokiej reprezentacji społeczeństwa. Stąd propozycja powołania grupy, komisji inicjatywnej. Generał zaproponował, by składała się z 7 osób, po jednej z: PZPR (Kazimierz Barcikowski), ZSL, SD, Solidarności, związków branżowych, środowisk twórczych oraz Kościoła (bp Bronisław Dąbrowski). Przyglądając się tej propozycji, można zauważyć zarys przewagi liczebnej na korzyść Solidarności. Stronę rządową, władzy reprezentowaliby przedstawiciele: PZPR, ZSL i SD – w sumie 3 osoby. Zaś Solidarność – jej przedstawiciele, środowisk twórczych oraz Kościoła, który od początku był duchowym opiekunem, moralnie wspierał i bronił ją, starał się patrzeć realistycznie na ówczesną rzeczywistość. Często napominał, przestrzegał jej działaczy przed pochopnymi zachowaniami i czynami. Tu zachęcam Państwa do sięgnięcia po odpowiednie rozdziały w książce Generała „Pod prąd”. Pozostają związki branżowe. Mogły wówczas – obok Kościoła – pełnić rolę przysłowiowego języczka u wagi. Nie twierdzę, że zawsze opowiadałyby się za władzą. Panująca niemal wszechobecna krytyka jej działania, różne błędy i zaniedbania, głównie ogniw terenowych, nie oddziaływały zachęcająco.
Koncepcja Rady: pole do dyskusji, do wymiany poglądów, możliwość „niczym nie skrępowanej dyskusji” oraz posiadanie „inicjatywy ustawodawczej” to dobrze czy nie, to dużo czy mało? Oczywiście, jedni powiedzą, że mało, nic, inni, że to „coś” godne uwagi. Wyraźnie opowiadam się za tym „coś”. Dlaczego? Bo skonkretyzowane, określone różnymi ramami propozycje padały i były podejmowane w pracach wspomnianych komitetów – nie oceniam z jakim skutkiem. W koncepcji Rady chodziło o podejmowanie nie tylko spraw, problemów i dolegliwości codziennych, ale o szersze aspekty, spojrzenie przyszłościowe, w tym na uwarunkowania międzynarodowe. Stąd właśnie projekcja wyposażenia Rady w inicjatywę ustawodawczą. Nie zapominajmy, kto mocą ówczesnej Konstytucji taką inicjatywą dysponował (Sejm, rząd). Przecież Rada byłaby ciałem pozakonstytucyjnym, nie spotykanym w bloku socjalistycznym. To odniesienie wyraźnie podkreślam, gdyż wielu historyków i polityków w ogóle nie dostrzega różnorakich uwarunkowań zewnętrznych, albo taktuje je wybiórczo, niemal koniunkturalnie.
Inicjatywa ustawodawcza Rady pozwalała Solidarności, tworzącym ją związkom zawodowym, na przedkładanie Sejmowi projektów różnych ustaw reformujących gospodarkę i życie społeczne kraju, włącznie z nowelizacją Konstytucji i ordynacji wyborczej. Na owe czasy była to niebagatelna nowość! Rada z takimi kompetencjami byłaby ważnym czynnikiem, argumentem w ręku związków zawodowych. Poprzez uczestnictwo w pracach Rady, jako główna siła opozycyjna, stałaby się faktycznym podmiotem życia publicznego. Solidarność byłaby pierwszą, oficjalną opozycją polityczną w bloku socjalistycznym. Nikt rozsądny nie zaprzeczy, że postrzeganie jej jako siły destrukcyjnej, „kontrrewolucyjnej” utraciłoby taką wymowę i znaczenie. Nasi sąsiedzi taką „polską rzeczywistość” – zapewne nie bez obaw i najgorszych podejrzeń – musieliby przyjąć za fakt! Chyba, że sami zdecydowaliby się na „inne rozwiązanie”. Dlaczego więc ideę porozumienia i Spotkanie Trzech, wciąż skrywa całun milczenia, skoro taka wiadomość w społeczeństwie uzyskała 77 proc. poparcia? A czy dziś, po 30 latach transformacji ustrojowej, Rada z podobnymi kompetencjami nie byłaby ważnym krokiem, czynnikiem na drodze pogłębiania demokratycznych norm życia publicznego? Pytanie – kto taką inicjatywę zgłosi i zaakceptuje.
Lech Wałęsa, podczas spotkania po Spotkaniu mówił tak: „W dniu 4 listopada spotkaliśmy się w gmachu rządowym przy ulicy Parkowej w Warszawie. Rozmowa trwała około godziny, a jej jedynym tematem była propozycja porozumienia, przygotowana przez stronę partyjno-rządową. Każdy z nas przedstawił swoje stanowisko. Dużo było mowy, pretensji do siebie, o to co złego się dzieje w kraju. Powiedziałem, że władza nie robi tego, co ustalone, że związek ma dobre rady, że coś z tym trzeba zrobić, strajki trzeba przerwać, że kompromis potrzebny. Na to była zgoda, tylko jak to zrobić. Premier mówił o jakiejś komisji czy grupie, zgłosił nawet swojego reprezentanta. Prymas też zgłosił księdza biskupa Bronisława Dąbrowskiego, widziałem, że zgadza się, ale ja się wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się. Wtedy premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący. Moim zdaniem był na podsłuchu, już w zasadzie prawie się nie odzywał. Zrozumiałem wówczas, że to koniec rozmów z nami. Zastanawiałem się, co dalej, czując, że nieuchronnie zbliża się czarne widmo. Nie wiem, czy gdyby były dalej rozmowy, to coś by pomogły, bo za dużo było różnic, może trzeba było sprawdzić władze, może Kościół by pomógł”. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz! Zwróćcie uwagę – „dużo było pretensji do siebie”; „wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się”; „premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący”. Bo między bajki można włożyć wymysł z „podsłuchem”. Czy dziś, zapomniana już ocena o. Ludwika Wiśniewskiego – „Udomowiliśmy nienawiść i pogardę” – z historycznego dystansu nie skłania do refleksji, opamiętania w podejrzliwości, wyciągnięcia logicznych wniosków?

Zachodnia prasa przed i po Spotkaniu

„Le Monde” z 1 listopada: „Polsce grozi anarchia w dosłownym znaczeniu”. Wysłannik „L’ Humanite” cytował Bronisława Geremka, który oświadczył: „Szanse osiągnięcia porozumienia nadal istnieją, ale jeśli do niego dojdzie, to w tym miesiącu. Potem będzie za późno” (1 listopada). Nazajutrz gazeta napisała, że najbliższe dni pozwolą ocenić wynik polityki otwarcia zaprezentowanej Sejmowi przez gen. Jaruzelskiego. Podstawowym założeniem tej polityki jest oferta współpracy złożona Solidarności. Zdaniem korespondenta „Le Matin” Wałęsa i jego Prezydium nie mają już tyle siły, żeby zatrzymać dziki ruch bazy. Obecnie wszystko zależy od regionalnych kierownictw związku, które robią, co mogą, by umocnić naruszoną jedność. Ale wyłom już uczyniono. 3-4 listopada, w sytuacji bardzo napiętej, obradowała Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, która po raz kolejny zwróciła się do związkowców o przerwanie akcji protestacyjnych, jako że stan napięcia i dzikie strajki trwały nadal w wielu regionach kraju. Korespondent „Le Monde” doliczył się 65 konfliktów lokalnych i, jak ocenił, „wystarczy dmuchnąć, by połowa kraju zapłonęła, a Polska pogrążyła się w chaosie”.
„Les Echos”: „Solidarność płaci wyraźnym zmniejszeniem panowania nad bazą za swoje „ekscesy” i „nieustępliwość”, przywódcy związkowi zaczynają się liczyć z narastającym krytycyzmem przeciwko Solidarności. Daje o sobie znać „młodzieńczy błąd związku, który koncentruje się raczej na sprawach ideologicznych, nie nawiązując specjalnie do realiów codziennie zajmujących życie przeciętnego człowieka”. W tym kontekście, dziennik rozważał strategię Jaruzelskiego wobec groźby starcia obu stron konfliktu i rozpadu systemu. Zdaniem specjalnego wysłannika gazety, Generał próbuje „przystosować ów system do nowej sytuacji. Ale taki proces można realizować jedynie etapami”.
„Neue Kronen Zeitung” z 2 listopada: „Polsce grozi teraz totalny chaos. Sytuacja wymyka się całkowicie spod kontroli. Wczoraj strajkowało 350 tys. Polaków, co jest większą liczbą niż w sierpniu 1980 r. Gwałtownie pogorszyła się sytuacja polityczna”.
„Los Angeles Times”, 3 listopada: „Polska zmierza do tragedii i całkowitej katastrofy”.
„La Stampa” z 5 listopada: „Gen. Jaruzelski ma dziś, de facto, wszelkie cechy jedynego człowieka w Polsce, który jest w stanie uratować to, co do uratowania pozostało. (…) Nie ma jednak alternatywy dla drogi wybranej przez Jaruzelskiego, Glempa i Wałęsę”.
„Le Soir”, nazajutrz, po Spotkaniu Trzech zachowania obu liderów oceniła tak: Wałęsy „umiarkowana postawa wobec władz przysporzyła mu wiele ostrej krytyki ze strony radykałów w kierownictwie Solidarności, którzy pragną, by niezależny związek prowadził teraz grę na całego. Dla generała alternatywa jest więc jasna: albo modus vivendi z Wałęsą, albo konfrontacja z radykałami, przy nieuniknionych tragicznych konsekwencjach”.
„Le Figaro”. „Być może więc realizuje się właśnie prawdziwe przymierze narodowe, by uniknąć katastrofy i wyprowadzić kraj z kryzysu”
„La Republika”. „Obserwatorzy w Warszawie mówią o tym, iż rodzi się polski kompromis historyczny” „Już teraz można ocenić spotkanie jako zwrot historyczny (…) powstaje nowa sytuacja. (…) Przede wszystkim jednak jest to dowód oprzytomnienia” .

W Polsce po Spotkaniu

List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981): „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”.

Andrzej Rozpłochowski (Śląsk): „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”.
Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu: „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
KC PZPR, 28 listopada. Na plenarnym posiedzeniu oceniono sytuację jednoznacznie: „Są dla Polski i Polaków tylko dwie drogi. Jedna wiedzie wprost do zguby przez dalsze strajki, chaos, anarchię i bezprawie – do konfrontacji. Druga prowadzi do porozumienia narodowego, ocalenia przed najgorszym. Ku tej drodze skłaniały się różne środowiska. Idea utworzenia Frontu Porozumienia Narodowego zyskiwała coraz liczniejsze głosy poparcia”. Omówiono stan rozmów na ten temat i przyczyny zahamowań. „Są siły, którym idea ta stała się solą w oku, czynią one wszystko, by ją storpedować, zatruć atmosferę…Obecnego stanu utrzymywać dłużej nie można, proces rozkładowy musi być zatrzymany. Inaczej nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji, do stanu typu wojennego” – podsumował Generał. Plenum uznało za konieczne – właśnie w obronie zalążków porozumienia – nadanie biegu projektowi ustawy o nadzwyczajnych środkach przeciwdziałania anarchii i strajkom, który rząd skierował do Sejmu miesiąc wcześniej.
Radom-3 grudnia. Zwołano wspólne posiedzenie Prezydium KK i przewodniczących Zarządów Regionalnych. W przyjętym „Stanowisku” najważniejsze zdanie brzmiało: „W tej sytuacji dalsze pertraktacje na temat porozumienia narodowego stały się bezprzedmiotowe”. Po odblokowaniu przez siły porządkowe budynku WOSP w Warszawie – sytuację uznano za konfrontacyjną. „Utrzymanie się obecnego stanu grozi Związkowi konfrontacją i trzeba się do niej przygotować”. Wyliczono także żądania, od których związek „nie odstąpi”, co oznaczało, że we wszystkich spornych sprawach postanowiono utrzymać twardy, bezkompromisowy kurs, a „na ewentualne uchwalenie przez Sejm nadzwyczajnych uprawnień dla rządu, Związek odpowie 24-godzinnym ogólnopolskim strajkiem okupacyjnym. W przypadku, gdy rząd, korzystając z przyznanych mu przez Sejm uprawnień, zastosuje środki nadzwyczajne, ogniwa Związku i wszystkie załogi winny przystąpić do strajku powszechnego” („Tygodnik Solidarność” nr 37 z 11 grudnia 1981 r.).
Posiedzenie w Radomiu odbyło się przy drzwiach zamkniętych. Rzecz niebywała w dotychczasowej praktyce. Nie wpuszczono dziennikarzy, nie było konferencji prasowej, rzecznik nie wydał żadnego oświadczenia. „Nadchodzi czas generalnych rozstrzygnięć” – powiedział Lech Wałęsa. Zapytany, jak widzi ideę Frontu Porozumienia Narodowego, odpowiedział: „Decyzja jest na nie. Nie ma porozumienia, bo nie ma się z kim porozumiewać”. Oznaczało to zapowiedz konfrontacji. Wałęsa mówił o tym wprost: „Konfrontacja jest nieunikniona i konfrontacja będzie. Trzeba to ludziom już uświadamiać (…). Żadna zmiana systemu nie może obejść się bez targania się po szczękach” („Przed 13 grudnia”, KiW 1983, s. 41).
Zarząd Regionu Gdańskiego, posiedzenie 30 listopada – 1grudnia: „rozważano sprawy, które będą prawdopodobnie decydować o losach naszego kraju. Atmosfera posiedzenia była napięta i dramatyczna, choć opinie i oceny były właściwie jednoznaczne: dosyć ustępstw”. Relację w tygodniku „Samorządność” (nr 2 z 7 grudnia 1981 r.), zatytułowano: „Wobec prowokacji – dosyć ustępstw”. Autorzy: W. Duda i D. Tusk pisali: „Konfrontacja z władzą jest nieunikniona. Takie zdanie miał również Lech Wałęsa. Nie damy sobie zabrać prawa do strajku, nie ma co rozmawiać z tą władzą – zrywamy rozmowy – stwierdził przewodniczący. Pytano o czas konfrontacji i taktykę związku. Wałęsa odpowiedział zdecydowanie, że taktykę znamy – okupacja zakładów pracy, warty robotnicze i mądrość społeczna (…) Podejmiemy ostateczną konfrontację z władzą w kwietniu lub w maju. Część dyskutantów była przekonana, że czas walki nastąpi wcześniej”.
Wicepremier Jerzy Ozdowski – znany działacz katolicki, m.in. powiedział: „Jeśli Solidarność nawet w tej chwili przeciwstawia się idei porozumienia, są przecież inne ugrupowania, jest przede wszystkim Kościół i szerokie kręgi społeczeństwa dojrzałego i rozsądnego, które myślą poważnie o ocaleniu Ojczyzny. Sądzę, że poważna praca nad ratowaniem porozumienia powinna polegać na tym, żeby bardzo szybko w zwięzłej formie ogłosić tezy programu porozumienia i wyraźnie te tezy poddać pod dyskusję, traktując je jako prawną bazę zbliżenia wszystkich ludzi, którym jeszcze zależy na ratowaniu pokoju. Równocześnie trzeba pracować nad drugim scenariuszem – przyjęcia władzy przez dyktaturę wojskową”.
Arcybiskup Bronisław Dąbrowski, „Rozmowy watykańskie” (Instytut Wydawniczy PAX – 2001 rok) – pod datą 22 grudnia 1981 roku, znajduje się relacja złożona Papieżowi Janowi Pawłowi II przez Sekretarza Episkopatu Polski – zacytuję najistotniejsze fragmenty (str. 239-240): „Solidarność (…) odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4.listopada 1981 roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.)”.
O skutkach tej – zmarnowanej szansy, wyeksponowanych na konferencji naukowej w Pułtusku oraz wnioskach z dystansu prawie 40 lat – napiszę niebawem.

Początek drogi

Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi.

Lech Wałęsa, maj 1981 r.

Stan wojenny skłonił obie strony do refleksji – takiej refleksji, która w końcu przyczyniła się do rozmów przy Okrągłym Stole.

Wojciech Jaruzelski, czerwiec 1990 r.

 

Mija 30 rocznica obrad Okrągłego Stołu. Polacy pamiętający tamten czas, być może zechcą przypomnieć sobie i bliskim ówczesną atmosferę, pytania o wiarygodność przedstawicieli władzy i Solidarności, mających usiąść przy stole obrad. Warto odświeżyć pamięć, szczególnie o pokładane nadzieje i obawy, o spełnione czy chybione oczekiwania, zaniechane ustalenia. Dystans 30 lat na to pozwala. Czytelnikom sugeruję rozpoczęcie rozważań od zadawałoby się banalnego pytania o początek drogi do Okrągłego Stołu?

Początek drogi…

Spodziewam się, iż wielu spośród Państwa, odpowiedź będzie lokować, krótko przed rozpoczęciem obrad, czyli 6 lutego 1989 r. Niektórzy wspominając – tak ochoczo wyszydzaną po latach Magdalenkę (miejsce spotkań grupy inicjatywnej władzy i Solidarności, która przygotowała stronę merytoryczną obrad), będą nadal przekonani, że właśnie w Magdalence zapadły zasadnicze ustalenia, a oficjalne obrady były formalnością, o czym m.in. miałyby świadczyć znane zdjęcia „wesołego” Adama Michnika z kieliszkiem wódki w ręku, w towarzystwie gen. Czesława Kiszczaka i innych osób. Rozumiem, iż wielu spośród Państwa może mieć trudności z zapoznaniem się z wieloma opracowaniami i publikacjami, choćby np. Andrzeja Garlickiego „Karuzela” czy „Rycerze Okrągłego Stołu” (obie wydał Czytelnik w 2003 i 2004 r.) oraz „Okrągły Stół, dokumenty i materiały”(pięć tomów), wyd. na zlecenie Kancelarii Prezydenta RP, Aleksandra Kwaśniewskiego w 2004 r. (było to na 15-lecie obrad). Niektórzy mogą zapytać – a książka „Rewolucja Solidarności”, prof. Andrzeja Friszke (Wyd. Znak, 2014)? Na prawie 1000 stronach, Autor prezentuje i analizuje fakty zaistniałe w latach 1980-1981. Szanując ogrom pracy nad tym – dosłownie dziełem – wprost dostrzegam subtelne unikanie ukazania współodpowiedzialności Solidarności za wydarzenia, odpowiedzialności za jej decyzje, słowa i czyny, które wprost prowadziły do katastrofy, choćby bydgoska awantura. Ponadto, Autor głównego winowajcę widzi na Wschodzie. Ja, kładę akcent na nas samych, na Polaków. Po co sąsiedzi mieliby interweniować zbrojnie, skoro w Polsce panuje spokój? Nie brak i takich, którzy uważają, że żadna interwencja nam nie groziła. Te wierutne bzdury już dawno odrzuciła przeważająca część społeczeństwa. Jeśli ktoś upiera się przy swoim – wolno mu, jego „zbójeckie prawo”. Niech sięgnie po tekst „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18) i przypomni co zamierzano w Moskwie, widząc sytuację strajkową i przedłużające się rozmowy w Gdańsku.

Przecież realizacja powszechnie znanych 21 postulatów wymagała pracy i spokoju, a nie strajków? Kto pamięta zawołanie Lecha Wałęsy po podpisaniu tych porozumień – „Do roboty”! Czy to miałoby oznaczać rezygnację z ideałów Solidarności? Mówię stanowczo-NIE! Podzielam i wyraźnie podkreślam, że cel nie zawsze uświęca wszystkie środki. A tym „uświęcanym środkiem” były nieustające strajki. Powtarzam, praca dla dobra nas wszystkich, nas Polaków, a nie dla „ruskich” czy innych nacji. Od lat wiemy – walka Solidarności z władzą i o władzę! Przecież ta walka to inaczej bratobójcza walka, wojna domowa! To krew i łzy – ilu stek, tysięcy Polaków? Kto dziś, po prawie 40 latach od stanu wojennego i po 30 latach od Okrągłego Stołu – autorytatywnie weźmie odpowiedzialność? Właśnie ta walka skrzętnie jest skrywana, poprzez różne „narracje” usprawiedliwiana. Temu się sprzeciwiam. Zamiast pracy i wówczas możliwego porozumienia i współpracy Solidarności z władzą, to Solidarność porozumienie zastąpiła walką – słowem i czynem! Jeśli ktoś z Państwa ma odmienną ocenę od prezentowanej – proszę niech zechce sobie odpowiedzieć na te pytania. Czy realizacja 21 postulatów miała spoczywać tylko i wyłącznie na władzy? A Solidarność – licząca 8-10 mln. członków – czytaj głównie robotników, miała tę „realizację”, a zatem i władzę kontrolować i rozliczać metodą nieustannych strajków, żądań, okupacji budynków, wywózek na taczkach, itp. Co więcej – to władza miała obowiązek tym strajkującym i ich rodzinom dać jeść? I drugie – tu fundamentalne pytanie – czy Polska lat 70. 80, a także wcześniejszych, po 1945 r. była krajem, państwem Polaków, podkreślam wszystkich Polaków mieszkających między Odrą i Bugiem, Karpatami i Bałtykiem? Czy tylko państwem „ich, komunistów”, więc można ją było w dowolnie wybrany sposób niszczyć nie tylko strajkami, paraliżować system władzy administracyjnej, gospodarczej? Zwracam uwagę, w „tamtej Polsce” nie było „komuny”, zaś socjalizm warto odróżnić i rozumieć jako teorię ale i praktyce. Jeśli ktoś chce „zamądrzyć” odpowiedzią „na odczep”, iż demokracja powinna uwzględniać prawa mniejszości, to niech zechce zauważyć, że trzeba je widzieć, rozumieć i realizować. Ale ta mniejszość w żaden sposób nie może burzyć państwa, nawet jeśli nie było ono w pełni suwerenne. Tu dopowiem-co znaczy „burzyć państwo”? To przecież nie tylko obracać w ruinę domy, zakłady pracy. Czy to oznaczałoby tylko zabijanie członków władzy, centralnej i terenowej z działaczami, członkami PZPR na czele, może jeszcze ZSL? Czy oni wszyscy, dysponujący resortami siłowymi – MSW oraz MON – mieliby potulnie poddać się takiemu „hasaniu Solidarności”, realizującej – kto pamięta zawołanie – „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”. Czy po stronie Solidarności, a konkretnie jej Kierownictwa, doradców, działaczy terenowych, zakładowych i ich rodzin nie byłoby ofiar? Zapytam – kto i kiedy wystawiłby im pomniki chwały po takiej, krwawej bratobójczej wojnie, jeśli uznałby ją za godną „chwały”. A czy możliwy byłby Okrągły Stół w 1989 r. i pokojowa zmiana, demontaż ustroju, jak Państwo sobie wyobrażają? Może ktoś – jak swego czasu pan Jan Rokita uważa, że „jednak warto było spróbować”? Proszę bardzo, niech próbuje, tylko i wyłącznie na własnym grzbiecie! Wiem, że cierpienie, żałoba, jest naszą swoistą specjalnością, nauczyła nas tego Matka-Historia.

Treść powyższych publikacji skłania mnie, by zachęcić Państwa do zastanowienia się nad „początkiem drogi” – już w 1980 roku. Dlaczego wtedy? Bo przecież „porozumienia sierpniowe”, właśnie w słowie „porozumienia” zawierały główną, dalekosiężną ideę. Stały się „praktyczną treścią” dekady lat 80. zakończonej kontraktowym Sejmem, zmianą nazwy państwa i dotychczasowego ustroju, znanego jako transformacja ustrojowa, realizowana w dekadzie lat 90. Ktoś – pamiętając wizytę Edwarda Gierka w Stoczni Gdańskiej 27 stycznia 1971 r. przypomni słowo – pytanie kończące jego wystąpienie: „Pomożecie”? Wówczas padła odpowiedź – nie od wszystkich stoczniowców – „Pomożemy”! I tę datę i fakt zechce uznać za początek drogi ku narodowemu porozumieniu. Nie zaprzeczę, też racja. Jak było z realizacją w dekadzie lat 70. to oddzielny i wielce frapujący temat, godny nie tylko uwagi ale i głębokich studiów, np. publikacji i opracowań prof. Pawła Bożyka.

Fundamentalne ustalenia

Protokół „Porozumienia”… z 31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej, zawierał m.in. takie ustalenia – „Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej…Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego sytemu sojuszów międzynarodowych”…Proszę raz jeszcze przeczytać ten zapis oraz zwrócić uwagę na zobowiązanie Kierownictwa Solidarności (MKS) do przestrzegania Konstytucji. Wydawać by się mogło, że „wszystko jest w porządku”, tylko realizować zapisy tych porozumień.
Kilka dni po podpisaniu tych porozumień, na łamach „Biuletynu Informacyjnego” KOR (wrzesień 1980), Adam Michnik opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Co Państwo myślicie o tych ocenach z dystansu prawie 40 lat? Czy postępowanie Solidarności w 1980-1981 r. nie groziło „rozdarciem na strzępy tego, co jest państwem polskim …, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”? Czy Solidarność z tytułu „umowy z władzą” nie uznała się „społeczeństwem”, a stąd uzurpowała sobie prawa do wypowiadania się i decydowania za wszystkich Polaków – powtórzę – bez ponoszenia odpowiedzialności ze swoje działania? (trwa to już 30 lat). Przypomnę, w 1981 r. Polska liczyła 36 mln. obywateli, Solidarność – nikt tego nie sprawdził, 8-10 mln. członków, PZPR 3-3,5 mln. Proszę – z tej perspektywy, odpowiedzialności za „społeczeństwo”, spojrzeć na fakty.

Minęło zaledwie 2 miesiące i 10 listopada podczas rejestracji NSZZ Solidarność, nastąpił pierwszy zgrzyt. Poszło o Statut Związku, pomijający odniesienie do przestrzegania Konstytucji. Faktycznie szło o kierowniczą rolę Partii. Dziś dla wielu jest to może śmieszne, niedorzeczne Wielu może zdziwić taka postawa, gdyż Sąd Najwyższy odebrał to jako niedopuszczalne, wręcz pewną zapowiedź lekceważenia prawa. Pytany o ten stan rzeczy Lech Wałęsa, dziennikarzom m.in. powiedział – „Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związków powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Co zostało z tego po roku – jesienią 1981? Czy Solidarność była tym związkiem, z którym porozumienia zostały zawarte? Czy postępowanie Solidarności, choćby tylko w 1981 roku, daje podstawy do stwierdzenia, że dążyła do porozumienia z władzą? Co konkretnie uczyniła, abyśmy byli „społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracującym dla niepodległości i demokracji”?, jak głosił i wyjaśniał Adam Michnik. Proszę, niech Państwo wskażą fakty, dowody.

W tym kontekście powinienem tu zacytować obszerne fragmenty tekstu „Sierpniowe porozumienia” (T, 31.08-2.09.18). Proszę, by Państwo po niego sięgnęli, wówczas łatwiej będzie oceniać ówczesną sytuację i odpowiedzieć na nasuwające się pytania. Na pierwszym miejscu przywołuję 12 lutego 1981 r. kiedy nowy Premier rządu, gen. Wojciech Jaruzelski, wygłaszając w Sejmie ekspose, przedstawił 10 – punktowy plan reformy gospodarki i apelował o 90 dni spokoju. Akcentował – „Normalizacja życia – oto najpilniejsze zadanie. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Należy podkreślić: atmosfera spokoju społecznego i konstruktywne współdziałanie są niezbędne! Jak odpowiedziała Solidarność? Temu celowi m.in. służył Komitet ds. współpracy ze związkami zawodowymi pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, ze Stanisławem Cioskiem, jako ministrem ds. związków zawodowych oraz Komitet gospodarczy pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Jagielskiego, I Zastępcy Prezesa Rady Ministrów, Komitet ds. rolnictwa pod przewodnictwem Romana Malinowskiego, powołane po utworzeniu nowego rządu. Wszystko to, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji było znane polskiemu społeczeństwu. Wiedzę tę wzbogacały tzw. listy kierownictwa partii do członków, do robotników we wszystkich kluczowych zakładach pracy, do uczelni, Wojska i organów MSW. Także w ten sposób, z trudem, z oporami, rząd Generała skłaniał Polaków do refleksji, do myślenia o sobie i chyba powoli zyskiwał ich zrozumienie. Uprawnione jest więc powtórzenie kilka razy stawianego pytania – co kierownictwo Solidarności, działacze terenowi Związku uczynili, jakie konkretne wnioski zgłosili i realizowali w ramach tych „Komitetów”, na rzecz realizacji choćby wspomnianego apelu o 90 dni. Policzcie sobie Państwo, ile dni upłynęło od jego ogłoszenia do awantury bydgoskiej 19 marca. Warto zapytać pana senatora Jana Rulewskiego, który nie tak dawno paradował w więziennym uniformie w Senacie, co takiego-oczywiście dobrego „zrobił” dla Związku i Polski, doprowadzając niemal do strajku generalnego. Jan Olszewski, znany obrońca w procesach opozycyjnych działaczy stwierdza wprost – „Prowokacja w Bydgoszczy miała doprowadzić do strajku generalnego, a co za tym idzie do interwencji. Taka sytuacja nie może się powtórzyć i dlatego trzeba znaleźć inne metody nacisku na rząd niż strajk”. Jaką, czyją „interwencję” mecenas miał na myśli – kto z Państwa zgadnie? Może pan Rulewski ujawni treść telefonicznej rozmowy z Lechem Wałęsą (nie chciał nawet podejść do telefonu), przebieg rozmowy z władzami wojewódzkimi, z funkcjonariuszami MO, nie pomijając oczywiście soczystych słów pod ich adresem. Niech naród, społeczeństwo wreszcie z tak wiarygodnych ust pozna sens wysiłku i światłych myśli, którymi „bronił społecznych i materialnych interesów pracowników”, czytaj – robotników. Może Senator wyjawi narodowi ocenę swojego postępowania z dystansu 30 lat. Byłaby to zapewne pożyteczna lekcja patriotyzmu, myślenia w kategoriach państwa i narodu. Zapewne czas nie pozwolił Senatorowi odpowiedzieć na zachętę zawartą w tekście „Sierpniowe”, teraz jest okazja! Zbliża się czas wyborów parlamentarnych, więc motywacja też godna!
Władysław Frasyniuk na jednym z posiedzeń KKS ironizował – „Marzą się nam zaszczyty poselskie. Rulewski zostawia władzom alternatywę – albo staniecie do walki i wam przypieprzymy, a jak stchórzycie i nie staniecie, to i tak wam dopieprzymy”. To pierwsze udało się, przed drugim – społeczeństwo, z jego zrozumieniem sytuacji-uchronił stan wojenny.

Kolejne przykłady

Łódź – w maju Solidarność wyprowadza kobiety z maleńkimi dziećmi na ulice, jako „marsz głodowy”. Może Szanowne Panie, dziś zapewne dostojne babcie zechcą odświeżyć pamięć i wzbogacić wiedzę Polaków o to doświadczenie, refleksje po latach. Może działaczki Solidarności zabiorą głos jakimi czynami „wspierały” apel Generała. Panie-nie wstydźcie się!

Lech Wałęsa – też w maju, w wywiadzie opublikowanym w „Sztandarze Młodych” z 1-3maja 1981 roku mówi: „Jeśli będziemy szli na zwady, bez przerwy do konfrontacji, jeżeli będziemy atakować – nie tak, jak powinniśmy – to znaczy frontalnie milicję, SB, urzędy, to przecież ktoś nie wytrzyma. I zacznie się chaos, bałagan, bijatyka między nami. I wtedy ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi, to jest największe niebezpieczeństwo – nie interwencja. Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie. I tego się boję”. Koniecznie, Państwo Czytelnicy przeczytajcie powyższe myśli noblisty, co najmniej trzy razy. Zechciejcie przypomnieć sobie, a młodsze pokolenie Polaków wyobrazić, jakie wówczas musiało być napięcie, skoro jest mowa o konfrontacji bez przerwy, o „bijatyce między nami”. Wreszcie rzecz niebywała. Lech Wałęsa widzi – podkreślam – maj, że „ktoś trzeci będzie błogosławiony, jeśli nas rozbroi… Interwencja, to będzie wtedy nawet wybawienie”. To ocena sugestywna, celna. Z jednym wyjątkiem. Nie byłoby „wybawienia”, ale niewyobrażalna, wychodząca poza wewnętrzny konflikt – konfrontacja. Proszę nie poczytać mi za zgryźliwość, jeśli zapytam – jak dziś oceniany jest stan wojenny? Czy nie był – w myśl cytowanych słów ratunkiem – podkreślę – by „ktoś trzeci (właśnie nie był) błogosławiony, jeśli nas rozbroi”? Ile i czyjej polałoby się wtedy krwi, łez, kto powie? Kto wreszcie spośród Kierownictwa Solidarności przyjmie odpowiedzialność za takie zagrożenie? Dlaczego więc Generał został postawiony przed Sądem za stan wojenny? Gdzie byli eksperci, doradcy Solidarności, także prawnicy na czele z Janem Olszewskim? Gwoli prawdy – Lech Wałęsa proces nazwał „porachunkami z własną przeszłością…Przeciwny jestem wszelkiej wendecie i doraźnej sprawiedliwości … Sowieci dla Polaków byli z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego…obecne władze nie powinny dopuścić do procesu Generała… Tylko dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji…Do tego połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. W książce „Droga nadziei”(wyd. 1988r.), Wałęsa mówi – „proponuję więc nowy zjazd i wybranie nowego przewodniczącego. Po chwili do Rulewskiego: moja głowa spadnie od ich ciosu, albo od twojego, Jasiu”.

Bogdan Borusewicz w książce „Konspira” (zapis z 11 października 1983 roku) m.in. mówi: „Kwitł kult wodzostwa. Najpierw wódz najwyższy – Wałęsa, którego nie można było krytykować, potem wodzowie w każdym województwie, niemal w każdym zakładzie… Powstało w «Solidarności» skrzydło porównywalne tylko z «Grunwaldem» czy «Rzeczywistością». Różnicę widziałem tylko jedną – stosunek do komunizmu. «Prawdziwi Polacy»z «Solidarności» też reprezentowali ideologię totalitarną,, tylko w kolorze innym niż czerwony. Co dziwniejsze – skrzydło to wywarło duże wpływy wśród robotników… Nastąpił amok. Przestano myśleć kategoriami politycznymi, a zaczęto mistycznymi – że jak się powie słowo, to stanie się ono ciałem, czyli jak powiemy «oddajcie władzę», to władza znajdzie się w naszych rękach”.

Redakcja „Robotnika” zorganizowała dyskusję, której fragmenty opublikowała w nr. 78 z 27 sierpnia 1981 r. Mówią m.in.:

– Jan Lityński: „obserwujemy rozpad gospodarki i rozpad państwa. Solidarność ten rozkład przyspieszyła, paraliżując niejako organy władzy. W tej sytuacji powstają wielorakie niebezpieczeństwa. Jednym z nich jest radykalizm typu KPN-owskiego. Drugie niebezpieczeństwo, któremu Związek już uległ, to rozprzestrzenienie się ruchu walki o żywność”;

– Bronisław Geremek: „kraj znajduje się w sytuacji zagrożenia narodowego, jakich było niewiele w historii Polski. Grozi nie tylko interwencja, ale i upadek z przyczyn wewnętrznych… Katastrofa jest faktem oczywistym. Jest to katastrofa wciągająca. Nikt, z siedzących przy tym stole nie wie jak wyjść z kryzysu”;

– Jacek Kuroń: „po raz pierwszy zaczynam myśleć, że mogła by nam grozić wojna domowa”.

Prof. Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności („Polityka”, 11 lipca 1981), pisze: „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety «nabierać», nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw. Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”

Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Stąd panika, wykupywanie„nazapas” pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót. Może zechcą Państwo sami policzyć, albo zachęcić ekspertów by wskazali kiedy, po ilu latach wyrzeczeń realnie możliwe było spełnienie tych „700 lokalnych umów”.

Na 28 października, Kierownictwo Solidarności zapowiedziało, że we wszystkich zakładach pracy w Polsce zostanie przerwana praca na jedną godzinę. „Sytuacja wymaga, by społeczeństwo ostrzegło grupy awanturnicze w aparacie władzy przy pomocy powszechnej i jednolitej akcji protestacyjnej na terenie całego kraju” („Tygodnik Solidarność” nr 31 z 30.10.1981). Jednakże ogólnopolska akcja strajkowa nie miała charakteru tak powszechnego, jak zakładano, poparła ją tylko część załóg. W porównaniu z poprzednimi, ten strajk miał o wiele mniejszy zasięg i przebiegał w całkiem innej atmosferze. Wyraźnie zmieniał się stosunek opinii społecznej do strajków. Wśród samych członków i działaczy Solidarności, zdecydowanie spadło poparcie dla rozstrzygania spraw spornych w ten sposób. Potwierdził to sondaż Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze. Wśród około 900 losowo wybranych członków Solidarności (co piąty był działaczem, pełnił jakąś funkcję w Związku), tylko 13 proc. uznało, że ostatnio (w październiku) wszystkie strajki były konieczne, 42 proc., że większość była konieczna, 27 proc., że większości strajków można było uniknąć, a 7 proc., że wszystkich można było uniknąć („Tygodnik Solidarność” nr 34 z 20.11.1981). Strajki przestały już być manifestacją jedności i determinacji Związku, zwłaszcza regionalne protesty świadczyły, iż sytuacja zaczyna się stopniowo wymykać kierownictwu spod kontroli.

29 października Prezydium Komisji Krajowej w specjalnym „wezwaniu” zwróciło się do członków Solidarności o natychmiastowe zaprzestanie akcji strajkowych, pisząc: „akcje strajkowe przybrały charakter żywiołowy i niezorganizowany. Grozi to rozbiciem związku i utratą poparcia społeczeństwa. Ustalenia Krajowego Zjazdu i apele Komisji Krajowej nie znajdują zrozumienia. W tej sytuacji realizowanie ustalonej polityki związku staje się niemożliwe a nazwa „Solidarność” zaczyna być pustym terminem” („Tygodnik Solidarność” nr 32, 6.11.1981). Zwróćcie Państwo uwagę – członkowie „S” zaczynają myśleć!

31 października 1981, Uchwała Sejmu – „W obliczu zagrożenia bytu narodowego oraz w celu zabezpieczenia podstawowych potrzeb obywateli, Sejm wzywa do zaniechania wszystkich wyniszczających kraj akcji strajkowych. Sejm domaga się położenia kresu niepokojom i wszelkim działaniom naruszającym ład i porządek prawny. Nie czas na przerywanie pracy i manifestacje, gdy kraj jest w najwyższej potrzebie. Zobowiązuje się rząd do wydania zdecydowanej walki wszelkiej anarchii i wszelkim przejawom łamania prawa. Jeśli wezwanie Sejmu nie odniesie skutku, jeśli powstanie stan wyższej konieczności, Sejm rozpatrzy propozycje w sprawie wyposażenia rządu w takie ustawowe środki, jakich wymagać będzie sytuacja”.

4 listopada 1981 r. – Spotkanie Trzech, jego waga, powaga, wymaga odrębnej publikacji.

25-26 listopada 1981 r. – fragment komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu Polski: „Kraj nasz znajduje się w obliczu wielu niebezpieczeństw, przemieszczają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką”. Kto wówczas zakładał i dziś myśli, że ocena Episkopatu była „na wyrost”, by kogoś „postraszyć”, czy nie daj Boże wprowadzić w błąd. Jakie jest Państwa zdanie?

Generał Wojciech Jaruzelski – „Staram się rozumieć różne obawy, opory, nieufność, Solidarności co do intencji władz. Paradoksalnie, ale skrajne skrzydła – konserwatywne, tzn. beton w obszarze władzy oraz radykalny nurt ekstremalny w Solidarności: «żywiły się» nawzajem, tworzyły i upowszechniały atmosferę obustronnej podejrzliwości. Obiektywnie rzecz biorąc, wspólnie budowali mur antagonizmu. Trudno jednak nie zauważyć, że to władze wysuwały różnego rodzaju propozycje, inicjatywy, zmierzające do znalezienia jakiegoś modus vivendi, a więc chociażby tymczasowego, ograniczonego kompromisu”.

Ogłaszając decyzję Rady Państwa o wprowadzeniu stanu wojennego, m.in. mówił – „Przez każdy zakład pracy, przez wiele polskich domów, przebiegają linie bolesnych podziałów. Atmosfera niekończących się konfliktów, nieporozumień, nienawiści – sieje spustoszenie psychiczne, kaleczy tradycje tolerancji. Strajki, gotowość strajkowa, akcje protestacyjne stały się normą. Wciąga się do nich nawet szkolną młodzież… Padają wezwania do fizycznej rozprawy z «czerwonymi», z ludźmi o odmiennych poglądach. Mnożą się wypadki terroru, pogróżek i samosądów moralnych, a także bezpośredniej przemocy… Jak długo można czekać na otrzeźwienie? Jak długo ręka wyciągnięta do zgody ma się spotykać z zaciśniętą pięścią?” Kto, po prawie 40 latach ma dowody, by temu

zaprzeczyć, proszę podać.
Profesor Jan Widacki ocenił tak – „Nie wdając się w szczegóły, najkrócej można powiedzieć tak: w 1981 r. nie było szans na Okrągły Stół i zmianę władzy. Nie tylko dlatego, że do takiego okrągłego stołu nie były gotowe ani Solidarność, ani kierownictwo PZPR. Przede wszystkim dlatego, że nie dopuściłby do tego Związek Radziecki nie tylko z żywą «doktryną Breżniewa». Okrągły Stół stał się możliwy dopiero wtedy, gdy w Polsce obie przeciwne strony zrozumiały, że znalazły się w sytuacji patowej, za wschodnią granicą zaś rozpoczęła się gorbaczowska pieriestrojka. I ta okazja nie została zmarnowana, za co należy się cześć i chwała Lechowi Wałęsie i jego «drużynie», ale też reformatorskim siłom w PZPR, skupionym wokół Generała”.

Może ktoś z Państwa Czytelników, po przeczytaniu tego tekstu odniósł wrażenie, nawet utwierdził się w przekonaniu, że współczesna nam, Polakom nienawiść, wręcz wrogość wzajemna ma korzenie, źródła w Solidarności lat 1980-1981. Proszę się głęboko zastanowić wypowiadając tak jednoznaczne oceny i sądy. Dlaczego? Bo generalne stwierdzenia zawsze kryją, z natury rzeczy – uproszczenia, uogólnienia i zwyczajnie dla wielu ludzi są krzywdzące. Akcentując współodpowiedzialność Solidarności za stan realizacji 21 postulatów i dojście do stanu wojennego, należy widzieć głównie Kierownictwo – centralne, terenowe i zakładowe. A członkowie – przytłaczająca większość „sięgnęła po rozum do głowy”, świadczą sondaże. Dotyczy to uogólnianej oceny faktów. Słowa o. Ludwika Wiśniewskiego – „udomowiliśmy nienawiść i pogardę”, podczas mszy żałobnej za Pawła Adamowicza – mają swą moc i odniesienia do Historii, do imiennych źródeł – osób sprawujących władzę w państwie (Polsce), Episkopacie, partiach, związkach zawodowych. Jak przebiegała droga do Okrągłego Stołu w dekadzie lat 80., napiszę niebawem.

Wojciech Jaruzelski – CZŁOWIEK

Przed podjęciem decyzji o stanie wojennym byłem bliski myśli samobójczych. Sądziłem przez moment, że to właśnie samobójstwo będzie najlepszym rozwiązaniem, ale jakoś się przełamałem i podjąłem decyzję, która moim zdaniem – powtórzę to po raz kolejny – była zbawieniem dla kraju… Mam spokojne sumienie, bo moje życie – choć ktoś może uznać je za złe czy nawet zbrodnicze – nie może mi jednego zarzucić, że dbałem o swoje osobiste, materialne usytuowanie.

gen. Wojciech Jaruzelski

 

Urodzony pod zodiakalnym znakiem Raka. Osoby takie – jeśli wierzyć horoskopom, charakteryzują się ogromną wrażliwości ą, łatwo ulegają wzruszeniom. Urażony rak, zamyka się w sobie. A jaki był Generał? Dość często spotykam się z pytaniem Czytelników – jakim był człowiekiem, na co dzień, w bezpośrednich kontaktach. Przytłaczająca większość Polaków jeszcze pamięta Generała z różnych wystąpień, emitowanych przez TVP i radio. Jawi się jako Osoba stanowcza wręcz nie przystępna, zamknięta w sobie, wypowiadająca krótkie, „wojskowe zdania”. Takim jest kreowany (ostatnio pokazał Marek Kalita w sztuce „Generał” – czy to Państwu się spodobało, jakie wywołało refleksje?) Ogląd medialny od rzeczywistości jest daleki, w tej sztuce wręcz wypaczony, by nie użyć mocniejszych słów! Generał lubił żarty, różne anegdoty, w czytanej literaturze pięknej – także zachodnich pisarzy, na swój sposób „łowił” odniesienia do współczesnej Polski i Polaków. Często, dla przykładu cytował Honoriusza Balzaka, który w połowie XIX wieku (1846 rok) w książce „Kuzynka Bietka” pisze: „pokaż Polakowi przepaść, a natychmiast w nią się rzuci. Myśli, że można wziąć z miejsca każdą przeszkodę i wyjść zwycięsko”.Był „wewnętrznie zorganizowany”, precyzyjny w słowie i myśleniu, do bólu odpowiedzialny. Takiego zapamiętałem z osobistych spotkań i wielowątkowych rozmów, przez okres prawie 20 lat.

 

Nadużycie wiarygodności… lizusostwo

Tu szczegół obrazujący te przymioty. W książce pt. „Wydrzeć prawdę”, Wyd. AH Pułtusk 2010, jest słowo wstępne Generała napisane do wydania I, z 1993 r. oraz tekst wprowadzający, w którym napisałem, że Gorbaczow „wyraził głębokie ubolewanie i przeprosił Polaków”. Generał „rzucił okiem” i podpisał go na szpitalnym łóżku 5 lutego 2010 r. Gdy po kilku tygodniach otrzymał książkę, przeczytał jeszcze raz tekst. Po czym odbył rozmowę – dla mnie „do bólu dojmującą”, pamiętam do dziś niemal każde słowo. Poszło o słowo „przeprosił”. Gorbaczow tego słowa nie użył 13 kwietnia 1990 r. na Kremlu. Fakt, nie słyszałem go od Generała. „Włożyłem” w usta Gorbaczowa, czym nadużyłem wiarygodności Generała. Tłumaczyłem jak mogłem, sięgnąłem po słownik języka polskiego w mieszkaniu Generała (do późnego wieczora trwała ta rozmowa). Mówiłem – Gorbaczow jest serdecznym przyjacielem Generała i Polaków (pokazała to wizyta w 1988 r.), a to słowo nie jest dla niego obraźliwe, nie szarga jego powagi. Że Polacy oczekiwali przeproszenia – tego słowa od ZSRR, od Rosjan. Że złagodzi nasz, polski, surowy, często skrajny – stosunek do Rosjan, za doznawane nie tylko w Katyniu, ale od wieków – krzywdy i upokorzenia. Że to słowo jest wyrazem zadośćuczynienia, także za półtora wieku zesłań na Sybir, doświadczył tego Generał z Rodziną, (Gorbaczow polecił postawić w Bijsku dwa pomniki: Polakom-zesłańcom na Sybir i Ojcu Generała). Że książka będzie dobrze przyjęta przez Czytelników (zachęcam do przeczytania). Zdawało mi się, że „jakoś” – historycznie, politycznie, rodzinnie oraz logicznie wytłumaczyłem, momentami widziałem to na twarzy Generała. Było odwrotnie! Poirytowany Generał powiedział, że dopuściłem się lizusostwa. Nie wobec Niego, bo mnie zna, rozumie moje intencje, ale wobec Polaków. Napisałem co chcą usłyszeć, co wcale nie jest prawdą. Polacy wciąż oczekują, że sąsiedzi, obcy mają przepraszać nawet za nasze, własne błędy, głupstwa, idiotyzmy. Tak nie wychowamy młodego pokolenia na ludzi odpowiedzialnych za siebie, za swoje czyny, za Polskę, którą „przejmą” po nas, którą będą rządzić. Taka „prawda nas nie wyzwoli”, a pogrąża w małości. Byłem ministrantem, pan też, co to znaczyło wtedy – kilka razy rozmawialiśmy obaj – przypomniał Generał. Na takim fałszu, chciejstwie, niewiele mającym wspólnego z prawdą, szczerością, uczciwością, na „chwilowym zapotrzebowaniu politycznym” często nas wychowywano. Czasami nawet bezwiednie sami temu ulegaliśmy, mamy więc we krwi. Zaprzeczycie Państwo tej tezie? Mało znacie „ubóstwianych” nazwisk, czynów, których dopuściły się osoby-mówiąc oględnie – o wątpliwej reputacji moralnej, choć często zajmujące eksponowane stanowiska publiczne. Przypomnijcie je sobie, przecież ich lista jest długa. Kończący się rok kalendarzowy (2018) z natury służy „obrachunkom z przeszłością”. Będzie on nam potrzebny na czas wyborów parlamentarnych.

Jak inaczej taką maksymę życiową Generała oceniać? Jako małostkowość, dbałość o mało istotne szczególiki, przesadną drobiazgowość? (o Katyniu napiszę później). A może uczciwość, rzetelność, odpowiedzialność – za słowo, każde! Nie tylko za czyn, jakim był stan wojenny! Tu sędziów z wiedzą na „poziomie piaskownicy” wciąż przybywa, oni „wiedzą najlepiej jak było”. A jak być mogło, co groziło – nie! Tu potrzebna jest wiedza i wyobraźnia o faktach, o procesach decyzyjnych, przewidywanie ich skutków, następstw – niekiedy nawet na przyszłe pokolenia. O tym za chwilę.
Żołnierz, oficer, a ja szczególnie  – mówił Generał – powinien być dokładny w słowie i uczciwy w postępowaniu (z tej rozmowy, notatek, mógłbym napisać kilka stron tekstu).

 

Odpowiedzialność za stan wojenny

„Przed podjęciem decyzji o stanie wojennym byłem bliski myśli samobójczych. Sądziłem przez moment, że to właśnie samobójstwo będzie najlepszym rozwiązaniem, ale jakość się przełamałem i podjąłem decyzję, która moim zdaniem – powtórzę to po raz kolejny – była zbawieniem dla kraju” – wywiad z Katarzyną Szeloch. Na okładce książki „Stan wojenny. Dlaczego” (Wyd. BGW, Warszawa 1992), przeczytają Państwo takie wyznanie-„Jest sobota, 12 grudnia, minęła kolejna ciężka noc. Trudno ją nazwać nocą snu i odpoczynku. cały ten okres – zwłaszcza ostatnie tygodnie i dni – były udręką, koszmarem. Może jako żołnierz, nie powinienem ujawniać stanu swego ducha, ludzkiej słabości, która prowadziła do desperackich myśli. Nieraz kładłem dłoń na chłodnej rękojeści pistoletu. Ale to wspomnienie osobiste”.

Minęła kolejna rocznica stanu wojennego. Zwróćcie Państwo uwagę, jak media przypomną tę rocznicę, co wyeksponują z osobowości Generała, czy pokażą jakim wówczas był Człowiekiem. Czym ta decyzja była w wymiarze państwowym, narodowym, osobistym. Co z tej „lekcji historii” powinniśmy przekazać młodemu pokoleniu, jakie stąd wnioski płyną dla naszych następców, w sensie politycznego myślenia i odpowiedzialności.

Za sprawą wytoczonego z inicjatywy i zapobiegliwości IPN – procesu sądowego, jest szeroko znane poczucie odpowiedzialności Generała – tu zachęcam do przeczytania książki „Być może to ostatnie słowo”. Niezliczoną ilość razy Generał wypowiadał się publicznie i na piśmie, wyjaśniał okoliczności i uwarunkowania tej decyzji. Publicznie oraz w bezpośrednich rozmowach, przepraszał osoby skrzywdzone. Zwracam Państwu uwagę – przepraszał nie za stan wojenny, ale – powtarzam – osoby skrzywdzone! Stąd tylko skrótowo takie fakty.

Tragedia w Kopalni Wujek, gdzie zginęło 9 górników jest, i pozostanie swoistym znakiem, krwawym symbolem stanu wojennego. Pierwszą wizytę w kopalni Wujek Generał złożył jako Prezydent PRL 2 grudnia 1989 r. W księdze pamiątkowej Kopalni zapisał słowa: „Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o Niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla Ofiar”. Zebrani ludzie z niezwykłą dozą wrogości odnieśli się do gościa. Pojawiły się transparenty z uwłaczającymi hasłami. Generał z właściwą sobie godnością wysłuchał wielu, personalnie krzywdzących oskarżeń i zarzutów, adresowanych do organów władzy różnych szczebli. W takiej rozentuzjazmowanej scenerii, trudno było o rzeczową rozmowę. Ale najważniejsza była obecność Generała. Miała wymiar personalnej pokory wobec cierpienia ludzi dotkniętych tragedią – powtórzę – pokora wobec cierpienia konkretnych ludzi! Na taką postawę mógł sobie pozwolić tylko człowiek formatu Generała. Delegacja górników z Jerzym Wartakiem została zaproszona na spotkanie do Belwederu. Rozmowa była długa, pełna szczegółowych opisów ówczesnych zdarzeń i refleksji natury ogólniejszej, w kategoriach racji środowiskowych, narodowych i państwowych.

Także bardzo osobiście wyznał to Papieżowi Janowi Pawłowi II, 17 czerwca 1983 r. w Belwederze, w obecności abp. Józefa Glempa i prof. Henryka Jabłońskiego – „mówiłem bardzo szczerze o ciężarze, jaki wziąłem na swe barki 13 grudnia w pełni świadom tego, że ciężar ten będę już dźwigał do końca życia i że wielu ludzi zwróci się przeciwko mnie…, że w dniu 13 grudnia postąpiłem jak chirurg, który musiał amputować choremu nogę, aby ratować mu życie”, i że „całą odpowiedzialność biorę na siebie i z nikim nie zamierzam się nią dzielić”. Dziś, po 37 latach od tego stanu, zastanówcie się Państwo – czy Generał mylił się, popełnił błąd mówiąc o postępowaniu chirurga? Przypomnę – pisałem kilka razy – iż Papież rozpoczął tę rozmowę od słów: „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”. Zechciejcie Państwo zastanowić się, co u Papieża mogło znaczyć słowo „patriota” w sensie człowieczeństwa, poczucia odpowiedzialności. Bo ta rozmowa odbyła się podczas stanu wojennego, a Papież znał jego dolegliwości. A jak Państwo rozumiecie słowo „patriota”, w tamtym kontekście i z historycznej perspektywy? Zapewne też Państwo wiedzą i pamiętają, iż Generał zeznawał w 2006 r., przed Trybunałem Rogatoryjnym, jako świadek świętości Papieża-Polaka. Zaś Tad Szulc w „Biografii Jana Pawła II” pisze, że pomiędzy Papieżem a Generałem „niezwykle szybko nawiązała się nić sympatii i zaufania. Papież wyczuł, że Generał jest Człowiekiem bardzo uczuciowym, reprezentującym wysoki poziom moralny. Gdy podczas spotkania z polskimi biskupami w Watykanie, pod koniec lat 80.tych jeden z gości uczynił krytyczną uwagę pod adresem Jaruzelskiego, papież natychmiast mu przerwał: Proszę nie mówić w mojej obecności niczego złego o Generale. Dźwiga na swych barkach ogromny wór kamieni”. Proszę, zechciejcie Państwo zastanowić się nad tymi słowami, pomyślcie – jakie oceny i opinie o stanie wojennym i Generale przekażecie swoim dzieciom i wnukom, naszej młodzieży. Jakie wartości należy cenić w chwilach trudnych, przełomowych.

Generał był CZŁOWIEKIEM wielu „ludzkich wymiarów”, świadomie piszę dużymi literami. Nie tylko przepraszał osoby dotknięte, wprost skrzywdzone, głównie moralnie przez stan wojenny.

W mowie obrończej przed Sądem mówił: „Każda śmierć, zwłaszcza w tak dramatycznych okolicznościach, jest tragedią. Każda nosi znamię konkretnych okoliczności, podlega stosownej do tego ocenie i osądowi. Każda zostawia w rodzinnej, a także społecznej pamięci, ból i bliznę… Różne przestępstwa, niegodziwości, nadużycia władzy, o jakich dowiaduję się po latach, nie dają mi prawa, nie pozwalają negować, wykluczać ich sprawstwa przez ludzi aparatu państwa. Mam świadomość własnego, moralnego ciężaru tej konstatacji”. Po napisaniu obszernego fragmentu pierwszej wersji tych myśli, w dyskusji nad innym ujęciem, Generał wspomniał mi jak dojmujący ból, jakiego dotąd nie znał poczuł w domu państwa Włosików. Postanowił z gen. Czesławem Kiszczakiem złożyć wyrazy żalu i ubolewania po śmierci ich syna Bogdana, nieumyślnie zastrzelonego przez funkcjonariusza SB. Wtedy pamięć przywołała obraz, gdy Matka mocno Go tuląc na Syberii, żegnała odchodzącego do wojska. Westchnął – jakiż ból musiała przeżyć ta Matka, „trzymając w ramionach martwe ciało Syna” (odniesienie do Biblii nasuwa się samo). Jednakże tego uczucia nie chciał wyznać przed Sądem, choć było do bólu szczere, zalecił zachowanie na inny czas, niestety, odszedł licząc, że prawda zwycięży.

Jacek Kuroń był internowany w Białołęce. Służba więzienna pozwoliła mu dzień przed śmiercią żony (Grażyna, „Gaja” Borucka-Kuroń, działaczka opozycji, zmarła w szpitalu 23 listopada 1982 r.), przebywać z nią. Na noc musiał wrócić do więzienia. Rano zmarła. Ten właśnie fakt – nie okazania człowieczeństwa „do końca” zabolał Generała (mówił o tym kilka razy podczas spotkań, także w bezpośrednich rozmowach ze mną). Panu Jackowi ubolewanie wyraził przy pierwszym spotkaniu. Później, kontakty Generała z rodziną Kuroniów były bliskie. Generał był na pogrzebie Pana Jacka w 2004 r. Kto nie wierzy, proszę sprawdzić w wypowiedziach p. Jacka po 1988 r., nigdzie nie mówi źle o Generale! A nawiasem zapytam Państwa – z jakich faktów, działań zapamiętany został Jacek Kuroń, jako Minister Pracy… w rządzie Tadeusza Mazowieckiego?

Izabella Cywińska (Minister Kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego): „Kiedy dużo później usłyszałem, jak ją zakuwano w kajdanki – wprost nie wiedziałem, co z sobą zrobić”, napisał Generał w książce „Stan wojenny” Ocenę tego faktu pozostawiam Państwu, gdyż pisanie o przeproszeniu, wręczaniu kwiatów, itp. byłoby po prostu nie na miejscu. Zaś o internowaniu napiszę szerzej w późniejszym czasie.

Stefan Niesiołowski – Myszkiewicz w stanie wojennym był internowany dwa razy, po pół roku: Jaworze i Darłówek. Wspomina: „Była to niewola, ale jej warunki były bardzo dobre, nie porównywalne z więzieniem. I korzystając z okazji, dziękuję za to gen. Jaruzelskiemu. Bez żadnej ironii. Doceniam to, że nie chciał nadużywać przemocy ponad potrzebę. Nie było żadnego upokarzania internowanych, żadnego przymusu w stosunku do rodzin. Jedyną represją był brak wolności… Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory, były dla mnie prawdziwym zaskoczeniem.” („T” z 31.01-1.02.09) – ocenę pozostawiam Państwu.

Wiele razy mówił i pisał Generał: „Wprowadzenie stanu wojennego było dramatem, ale nie mniej gorzkie było to, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Nieufność, zacietrzewienie, wrogość, zaślepiała obie strony. Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. Polacy stali się groźni sami dla siebie! W sensie historycznym – „przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez większych ofiar, bez rzeki przelanej krwi, nie tworząc przepaści, nie paląc za sobą mostów do przyszłych, pozytywnych rozwiązań”.
Stan wojenny był swego rodzaju klęską idei, myśli i nadziei Generała, że jako wojskowy i szef rządu, doprowadzi do porozumienia rozdarte waśniami społeczeństwo. To się nie powiodło. To była klęska. Każda klęska w rozumieniu wojskowym, w odczuciu żołnierza, dowódcy jest upokorzeniem. Dla Generała – dowódcy – była upokorzeniem szczególnym Ale stan wojenny to „zwycięska klęska”. Skąd ten neologizm, niewiarygodny paradoks, brzmiący nawet kłamliwie-nie trudno zapytać. Powtórzę – ta„chwilowa klęska” okazała się zwycięstwem rozumu i rozsądku nad emocjami, więcej, nad nienawiścią i wrogością. Kogo – zapyta ktoś. Milionów Polaków, członków partii – PZPR, stronnictw politycznych (ZSL, SD), wierzących i niewierzących, bezpartyjnych, także – podkreślam – członków Solidarności. To nie żadna grzeczność z mojej strony, to fakt, potwierdzany od lat sondażami opinii publicznej, w których jeszcze ponad połowa badanych Polaków o stanie wojennym wyraża się ze zrozumieniem, jako o konieczności Generał ma odwagę przyznać się do klęski jako zmarnowanej szansy porozumienia. Ma też tę subtelność charakteru, że o zwycięstwie nie mówi we własnej osobie, ale wszystkich – tych z prawej i lewej strony ówczesnej barykady, kładąc akcent na umiarkowanych działaczy Solidarności.

 

Przykłady z odleglejszej przeszłości…

Podczas rozpoznawania Starej Odry, 18 kwietnia 1945 zginął ppor. Ryszard Kulesza, pochowany na cmentarzu w Siekierkach. Generał w liście do ojca, m.in. napisał: „Czuję się w obowiązku tę smutną wiadomość zakomunikować Panu, gdyż byłem przyjacielem, kolegą, a w ostatnim czasie zwierzchnikiem Ryszarda /…/ łączyła nas szczera przyjaźń… Syn Sz. Pana został odznaczony Krzyżem Walecznych /…/ Jeśli tylko pozostanę żywy, postaram się spotkać z Sz. Panem w Polsce ażeby dokładnie opowiedzieć o wszystkim”. Przy każdej okazji Generał przez wiele lat odwiedzał grób kolegi. Imię Ryszarda Kuleszy nosił batalion rozpoznawczy 3 DZ, stacjonujący w Hrubieszowie.

Generał zwracał uwagę na uzupełnianie wiedzy żołnierzy służby zasadniczej, na poziomie szkoły podstawowej. Niektórym pomagał osobiście. Świadczy o tym taki fakt. Jako Minister, wizytując jednostki garnizonu w Opolu, spotkał się m.in. z grupą b. żołnierzy frontowych. Jeden z nich wręczył Generałowi jego zdjęcie, z takimi słowami wdzięczności: „Pamiątka wieczna Dziarmagi Wawrzyńca jako byłem wychowankiem sierotą Synem Pułku 5. K.P.P i ten Pułk mnie Kształcił a Obywatel Minister dawał mi pieniądze na Książki” Opole, dnia 27.4.1976 (pisownia zachowana).
Podczas jednej z rozmów w gronie kombatantów, Generał wyznał: „Nie tyle dokuczają mi moje grzechy, choć popełniłem ich wiele, w różnym wymiarze, co brak stanowczości w ich naprawie. Krytyką powojennej przeszłości choć wielu oczekiwało – nie chciałem dać asumptu do rozdrapywania już zabliźnionych ran. Tu takie przykłady:

Generał August Fieldorf, „Nil”. Żona zwróciła się w 1972 r. do MON z prośbą o wskazanie miejsca pochówku męża (zginął 24 lutego 1953 r. w więzieniu, skazany na karę śmierci), gdyż zbliżała się 20 rocznica śmierci. Po rozmowie, Generał – wówczas Minister Obrony Narodowej, podjął starania, by ustalić stan faktyczny. Bez skutku. Wobec tego z polecenia Generała wykonano na koszt Wojska, na Cmentarzu Powązkowskim, przy głównej alei symboliczny grób. Spoczywa tam od kilku lat żona i córka. Kilka lat temu fakt ten opisał gen. Zbigniew Czerwiński, Szef Gabinetu MON, na łamach „Głosu Weterana i Rezerwisty”.

Pułkownik Michał Sadykiewicz. Był – jak Generał – żołnierzem frontowym, walczył na froncie wschodnim. Po wojnie służył na różnych stanowiskach, byli przyjaciółmi. Znane wydarzenia na fali „odżydzania wojska” wielu oficerom wyrządziły krzywdę. Pan Michał z rodziną musiał opuścić Polskę. Generał, wówczas Szef SG WP – nie podjął możliwych kroków, by ratować przyjaciela. Po latach wrócił do Polski, choć Generał nie tylko nad tym przypadkiem wyrażał szczerze ubolewanie-pozostali przyjaciółmi, także rodzinnie. Po śmierci Generała, od Michała i jego Żony poznałem wiele faktów, które pozwalają mi napisać, że ta przyjaźń, serdeczność i życzliwość była obustronna i dozgonna.

 

AK i PSZ na Zachodzie

Osobną kartę w życiorysie Generała można by zapisać stosunkiem do żołnierzy AK i PSZ na Zachodzie. Zechciejcie Państwo zauważyć, że ci żołnierze byli członkami Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (ZBoWiD), wielu spośród nich zostało odznaczonych, awansowanych, w dekadzie lat 60-80. tych. Może znajdzie się historyk i ujawni ilu spotkały te wyróżnienia, warto przypomnieć liczby i nazwiska, by mówić prawdę o AK, o władzach PRL, które jednak na różne – wtedy możliwe sposoby – naprawiały wyrządzone im krzywdy. Kto pamięta, że Przewodniczącym Komitetu budowy Pomnika Powstańców Warszawskich (zwracam uwagę na nazwę!) był gen. Radosław Mazurkiewicz (awansowany na ten stopień przez Generała), któremu za tę funkcję „koledzy” z AK czynili różne wstręty, włącznie z uznawaniem jako potwarz dla zgrupowania AK „Radosław”, którym dowodził w czasie Powstania.

A gen. Stanisław Skalski? Wrócił do Polski w stopniu majora. fakt, był szykanowany, więziony, skazany. Tu taka ciekawostka. Przed wyjazdem na 3-miesięczny urlop na wyspy Bahama, co „życzliwi” potraktowali jak ucieczkę, płk Skalski napisał prośbę o zwolnienie z wojska. Generał żegnał odchodzącego na emeryturę. Przy tej okazji zdementował plotkę o ucieczce, mówiąc: „Pan mi zaufał, dając 3 miesiące urlopu, to jak mógłbym takie świństwo zrobić”. Innym razem: „do Bonn Skalski jechał z Frankfurtu n/ Menem, dokąd przyleciał samolotem dzięki uprzejmości generała Jaruzelskiego, którzy przysłał do mnie adiutanta z biletem”. Zapewne to drobiazg, powiecie Państwo. A czy życie nie składa się także z „takich drobiazgów”, nie świadczą o człowieku, o nas samych. Zachęcam Państwa do sięgnięcia po książkę „Stanisław Skalski”, Katarzyny Ochabskiej, skąd pochodzi powyższy cytat. Będzie to intelektualna „wycieczka w czasie”, a ręczę iż słowa wdzięczności dla Autorki będą Państwu nasuwać się same! Osoby zainteresowane, wprost dociekliwe zachęcam, by „poszperały” i ustaliły ilu żołnierzy PSZ na Zachodzie zostało awansowanych – nie tylko gen. Skalski – i odznaczonych w okresie PRL i osobiście przez gen. Jaruzelskiego.

Jeszcze jeden fakt. Uchwałą Rady Ministrów z dnia 26 września 1946 r. został o pozbawiony obywatelstwa polskiego gen. Władysław Anders. Drugą, z tego samego dnia też pozbawiono obywatelstwa polskiego generałów i oficerów wstępujących do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (łącznie 76 osób). Uchwały powyższe zostały odwołane: uchwałą Rady Ministrów nr 256/1 z 23 listopada 1971 r. (uchwała dot. Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia) oraz uchwałą Rady Ministrów z dnia 15marca 1989 r. Zainteresowani otrzymali pisemne zawiadomienia o tym fakcie i słowa przeprosin za te hańbiące decyzje. W 2006 r. obie uchwały rząd uznał za nie byłe. Nikt wtedy nawet się nie zająknął, że władze PRL, uczyniły to wcześniej, nie tylko urzędowo. Jest chyba nad czym pomyśleć, patrząc na dzisiejsze opluwanie tamtego czasu i ludzi tamtego okresu.

 

Kilka myśli… pod rozwagę

Michaił Gorbaczow w jednym z wywiadów wspomniał: „Jan Paweł II powiedział mi, że Generał to bardzo poważny i solidny człowiek. Na ostrym zakręcie, na którym znalazła się Polska, bardzo wiele dla Polski zrobił”. Na obchodach 60. rocznicy powstania Izraela rozmawiał z prezydentem Lechem Kaczyńskim, któremu powiedział – „Czy rzeczywiście nie możecie rozwiązać problemu, już niemłodego, chorego człowieka – Generała, który wiele zrobił dla Polski. Poprosiłem o otoczenie chorego Jaruzelskiego opieką. Komu to wszystko jest potrzebne?”

Biskup Polowy WP, podczas mszy żałobnej, nauczał: „pogrzeb gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa? Minęło już ponad 4 lata od śmierci Generała. Odpowiedzcie sobie Państwo na te pytania? Spróbujcie wskazać w czym tkwi istota, sens naszego, polskiego „człowieczeństwa i chrześcijaństwa”, nie tylko wtedy, podczas pogrzebu, ale ta na co dzień, pomyślcie, zachęcam! Osobiście widziałem tych „człowieków” i chrześcijan, pod Katedrą Polową, których jakże nabożne wrzaski było słychać w Kościele. Wielu spośród nich w stanie wojennym zaledwie mogło tylko być dziećmi. Pokaz szacunku wobec majestatu śmierci, nie tylko Zmarłego dali na Cmentarzu Powązkowskim. O nich Prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski, mówił-„nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach”.

Czas grudniowy, czas świąteczny i noworoczny sprzyja różnym podsumowaniom i ocenom. Żywię nadzieję, iż lektura tej publikacji nie będzie czasem straconym, a Państwu pozwoli na podzielenie się swoimi myślami w gronie najbliższych – z młodzieżą szczególnie.

Jan Paweł II wobec spraw polskich

Nasuwające się z tytułu pytanie – co św. Jan Paweł II uczynił dla „spraw polskich”? – wielu Czytelników może uznać za nie na miejscu. Przecież przed kanonizacją 27 kwietnia 2014 r. dziennikarze, publicyści i przytłaczająca większość polityków we wszystkich mediach i na wszelkie możliwe sposoby wymieniali nie kwestionowane zasługi.

 

Wydana wówczas, tj. w 2014 r. uchwała SLD wskazywała, iż Jan Paweł II „troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”.

Jubileusz 40. rocznicy wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, pozwala zatrzymać uwagę Państwa Czytelników na kilku kwestiach państwowo-politycznych w powojennym okresie polskiej historii.

 

Papież o granicy i polskości Ziem Zachodnich

Dość wspomnieć, że o kształcie terytorialnym i narodowościowym Polski po zakończeniu II wojny światowej zdecydowali trzej zwycięscy alianci. Nie słuchając zdania rządu londyńskiego (było przeciwne), postanowili o przyznaniu Polsce ziem po Odrę (początkowo traktowanych jako oddane nam tylko „w administrowanie”) i tu oparciu jej zachodniej granicy, co także było rozumiane jako tymczasowe. Jeszcze trwała konferencja w Poczdamie, gdy 28 czerwca 1945 r. ci alianci uznali za polityczno-prawny fakt powołanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i jednocześnie cofnęli rządowi londyńskiemu taką rekomendację reprezentowania Polski. Tej decyzji nie uznało kilka państw europejskich, wśród nich Watykan. Skutkiem tego – od przedwojnia – Watykan uznawał jurysdykcję biskupów niemieckich na tych ziemiach. Oczywiście, miała ona charakter tytularny, formalny, bo z wiadomych względów innego mieć nie mogła. Władzę faktyczną sprawowali biskupi polscy. O zmianę tej sytuacji, a faktycznie uznanie „istniejącej rzeczywistości”, przez kilka lat zabiegał w Rzymie kard. Andrzej Maria Deskur, przyjaciel Jana Pawła II, z którym 13 stycznia 1987 r. spotkał się gen. Wojciech Jaruzelski i podziękował za włożony wysiłek i pomyślny finał. A była nim decyzja Papieża Jana XXIII nadająca polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Zarazem była też czytelnym sygnałem normalizacji stosunków dyplomatycznych z Polską. Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi). Jego posadowienie we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Warto zastanowić się, dlaczego o tej doniosłej decyzji „jakoś” podczas jego kanonizacji w 2014 r. zapomniano. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo – Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy, o czym świadczą późniejsze fakty.

Jan Paweł II podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983) odwiedził Ziemie Zachodnie. 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowiu Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. Na Górze Świętej Anny mówił o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą, zapewnił, że „Góra Świętej Anny pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach” (kilka razy pisałem o tym wcześniej).

Podczas wizyty w Watykanie (styczeń 1987) Papież i Generał omówili kwestię zachodniej granicy Polski w kontekście zjednoczenia Niemiec. Generał mówił, że RFN i część państw zachodnich wciąż kwestionuje granicę zachodnią, a jest ona dla Polski „sprawą życia i śmierci”. Papież uznał te oceny mówiąc, że „Kościół w jednoznaczny sposób wypowiada się o polskości tych ziem”.

Witając Papieża na Zamku Królewskim (czerwiec 1987) Generał mówił: Odwiedzając Gdańsk i Szczecin, będzie Wasza Świątobliwość nie na obczyźnie, lecz we własnym, ojczystym kraju. To właśnie Polska Ludowa uzyskała szeroki dostęp do Bałtyku, przywróciła narodowi Wrocław i Olsztyn, Opolszczyznę i Pomorze Zachodnie. Sprawił to czyn bojowy, krew obficie przelana żołnierza polskiego i radzieckiego. Po uroczystości powitalnej, Gość i Gospodarz rozmawiali 70 minut w cztery oczy. Papież wyraził nadzieję, iż jego wizytę w Szczecinie, Zachód odczyta jako przypomnienie problemu zachodniej granicy i jednoznaczności stanowiska Kościoła w kwestii polskości tych ziem.

Biskup diecezji szczecińsko-kamieńskiej Kazimierz Majdański, były więzień Dachau, który wiele lat poświęcił umacnianiu polskości na Pomorzu Zachodnim w maju 1990 r. był gospodarzem wielkiej uroczystości patriotyczno-religijnej w Siekierkach nad Odrą z udziałem Generała. W homilii wygłosił taką refleksję: Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego. Warto wspomnieć, iż słowa te padły na kilka miesięcy przed ostatecznym uregulowaniem sprawy granicy zachodniej (Moskwa, wrzesień 1990 r.). Dla polityków, opinii publicznej jeszcze „widocznie były potrzebne”.

 

Porozumienie narodowe życiową potrzebą

Nie rozmijając się zbytnio z rzeczywistością, porozumienie narodowe można uznać za kamień węgielny polityki wewnętrznej dekady lat 80. Wynika to choćby z exsposé Premiera, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który 12 lutego w Sejmie, mówił o potrzebie „normalizacji życia, jako najpilniejszym zadaniu. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Liczył, że „działania rządu spotkają się ze zrozumieniem i poparciem ze strony Kościoła i chrześcijańskiego ruchu społecznego. Episkopat Polski daje dowody takiego podejścia”. Przemówienie Premiera było uważnie czytane, niektórzy mówią, że wręcz studiowane-właśnie przez Episkopat. Stąd można wnioskować, iż jego treść i komentarze były znane w Watykanie. Jerzy Kuberski (Kierownik Urzędu do spraw Wyznań) wspominając tamten czas, mówił o zainteresowaniu osobą Premiera-Generała.

Szukano odpowiedzi na pytanie – kim jest nowy Premier, na co może go być stać, do czego zmierza. Pamiętam – mówił Jerzy Kuberski – jak biskup Kazimierz Majdański (…) podkreślał, że kiedy Generał był dowódcą dywizji w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry. Nawiasem mówiąc, Jan Paweł II z okazji 800. lecia, w 1983 r. nadał jej godność bazyliki mniejszej. Episkopat z uznaniem odnotował, iż Generał jesienią 1980 r. zniósł służbę wojskową alumnów, która od 20 lat była kością niezgody między rządem a Kościołem. Rząd także zniósł ograniczenia w sferze budownictwa sakralnego. W wystąpieniach Generała nie znaleziono przykładu krytycznej wypowiedzi o Kościele. Obok wiedzy o nauce w gimnazjum Księży Marianów na Bielanach i drodze frontowej, tworzyło to dla Kościoła, osobiście i Papieża, zachęcający zaczyn przyszłej współpracy Rządu i Episkopatu na rzecz narodowego porozumienia. Nie należy zapominać, iż w okresie PRL – jak pisał Generał – Kościół był dla władzy i przeciwnikiem i sojusznikiem. (…) Przeciwnikiem – na oczywistym gruncie sprzeczności ustrojowo – doktrynalnych i różnych tego społeczno – politycznych reperkusji. Stąd też różne formy walki, niegodziwości, czego jaskrawym przykładem zbrodnia-zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. (…) Kościół był sojusznikiem na gruncie nadrzędnych, narodowych interesów, przeciwdziałania niebezpiecznej destabilizacji, łagodzeniu różnych sprzeczności, torowaniu drogi ku porozumieniu.

Jest wiele dowodów, iż Jan Paweł II w Watykanie uważnie śledził toczące się w Polsce wydarzenia na linii rząd-Solidarność. Prawdopodobnie ich analiza pozwoliła w encyklice „Laborem exercens” zawrzeć takie refleksje: Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy…muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju. (…) Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki (…) Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać (…) zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa. Sięgnijcie Państwo pamięcią do tamtego czasu i pomyślcie – czy Papież mylił się, czy napominał Solidarność, wręcz wzywał do umiaru i rozsądku. Czy nie warto o tym mówić naszej młodzieży?

Choć podobnie jak Episkopat wspierał Solidarność, to krytycznie patrzył na jej poczynania, czemu dał wyraz na spotkaniu z jej delegacją w lutym 1981r. w Watykanie mówiąc: Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za to wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna. Przez pryzmat „dobra Ojczyzny” oceniał także działania Rządu i Premiera – Generała. 14 października 1981r. przyjął w Castel Gandolfo Józefa Czyrka, Ministra Spraw Zagranicznych. Zapoznał on Papieża z rządową oceną sytuacji w kraju i koncepcją Rady Porozumienia Narodowego, dla której chciał pozyskać poparcie, „błogosławieństwo” Papieża – jak pisze Generał. Nie chodziło o formalne uznanie, ale o jego wymiar praktyczny, konkretny – tj. takie działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Papież stanął na pozycjach realistycznych, widząc co dzieje się w kraju. Zgodził się zaangażować autorytet „młodego Prymasa” Józefa Glempa i Kościoła w pomysł Rady. Było to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy i swoiste „przymuszenie” Solidarności do podjęcia działań z władzą dla „wspólnego dobra”. Taka postawa Papieża wsparła starania władzy o doprowadzenie do Spotkania Trzech, 4 listopada 1981 roku. Nazajutrz, Prymas udał się do Rzymu, gdzie Papież poparł takie formy współpracy Kościoła z władzą i opozycyjnym związkiem zawodowym. Oceniam, że po tej rozmowie Józefa Czyrka, inicjatywie Rady i Spotkaniu – choć nie przyniosło pilnie potrzebnych efektów, za co istotną odpowiedzialność ponosi Kierownictwo Solidarności – Generał i jego rząd zyskali pozytywną opinię w oczach Papieża. Znamienne są słowa z Komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu: Kraj nasz znajduje się w obliczu wielkich niebezpieczeństw. Przesuwają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką. Czy w tej ocenie Episkopat mylił się, wprowadzał w błąd Papieża i społeczeństwo? Czy zagrożenie widział tylko ze strony władzy czy także z szeregów Solidarności? Czy to nie była dobitna przestroga? Jak się okazało – wypowiedziana na dwa tygodnie przed stanem wojennym, ale o tym za chwilę.

Papież kilka razy w rozmowach z Generałem wracał do Solidarności, do warunków życia, losu zwykłych ludzi. Akcent ten dość mocno zabrzmiał 17 czerwca 1983 r. w Belwederze, w powitalnych słowach Generała: Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć? (…) Nie lękamy się osądu potomnych, będzie sprawiedliwy. Na pewno bardziej wyważony niż wiele współczesnych ocen. (… ) Kiedy państwo słabnie lub pogrąża się w bezrządzie – cenę płaci naród. My w Polsce tę historyczną prawdę znamy aż nadto dobrze. Przyświecała ona i przyświeca naszym działaniom. Nie szukamy jednak łatwych usprawiedliwień. Własne błędy osądzamy z bezprzykładną szczerością, choć nie tylko władza zawiniła. Nie ona zepchnęła kraj na krawędź katastrofy. Podczas rozmowy w Sali Pompejańskiej Belwederu, która rozpoczęła się od słów Papieża Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą, Generał poinformował Gościa, iż obecna konfiguracja geopolityczna, wielkie uzależnienie gospodarcze – szczególnie w dostawach ropy, gazu i innych surowców od ZSRR – nie daje żadnych szans na samodzielność. Kraj wiele miesięcy żył strajkami, „z czego chleba nie przybywało”, a niszczyły gospodarkę. Sankcje Zachodu „pchały nas jeszcze bardziej w objęcia RWPG”. Nasi sąsiedzi – CSRS i NRD – też mieli swoje kalkulacje, by do Polski wkroczyć. Pamięta wrażenie Papieża, „szczerze zmartwionego, zatroskanego. Chyba nie w pełni znał dramatyzm grudnia 1981 roku”. Na wywody Generała wyrażał ojcowską troskę o tych, którzy ucierpieli najbardziej, (…) mówił o podmiotowości społeczeństwa, aby wszelkie konflikty społeczne łagodzić i rozwiązywać stopniowo, (…) by chronić Ojczyznę przed niepotrzebnymi wstrząsami. Do tych myśli Papież nawiązał we Wrocławiu, mówiąc w homilii: Cały naród polski musi żyć we wzajemnym zaufaniu, a to zaufanie opiera się na prawdzie. Cały naród polski musi odzyskać to zaufanie, w najszerszym kręgu swej społecznej egzystencji. Przejrzystość słów zarówno dla rządzących jak i rządzonych jest oczywista, a mnie nie wypada pytać – o jaką prawdę chodzi dziś politykom, skoro podnoszona w tej publikacji sfera wiedzy jest oględnie mówiąc pomijana lub opacznie komentowana.

Gdy Papież pielgrzymował po kraju, Generał w jednym z wywiadów mówił: My, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację. (…) Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady (…) czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków (…) nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację. Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Nawiasem mówiąc, kard. Stanisław Dziwisz w książce „Świadectwo” pisze, że Papież „złagodził odrobinę tekst Apelu”. Dowodzi to Wielkości Jego Świątobliwości, zrozumienia intencji władz. Do tej rozmowy – spotkania Papieża i Generała – doszło na Wawelu, 22 czerwca wieczorem. Generał mówił: Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego. (…) Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym, (…) że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji. (…) Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, o Solidarności”. Rozwinął i pogłębił opinie wygłaszane podczas pielgrzymki, w kontekście historycznym sięgał „po czasy przedrozbiorowe”. Dyskutując o politycznych trendach, roli związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej, Papież opisał biedę w Meksyku i skonstatował: Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą. Generał ocenia, iż Papież akceptował ustrój w „krystalicznej formie”, wytykał jego „wykoślawienia”. Tu zachęcam Państwa Czytelników – wielokrotnie przypominajcie te słowa Papieża znanym opluwaczom PRL. Wyjaśniajcie, tłumaczcie ich historyczny sens młodemu pokoleniu.

Podczas rozmowy z Generałem w Watykanie (1987 r.) Papież stwierdził: Dla mnie delegalizacja Solidarności jest boleśniejsza, niż wprowadzenie stanu wojennego. Bowiem nie ma prawdziwej demokracji, bez wolnych i silnych związków zawodowych (to myśl z encykliki „Laborem exercens”, 1981 r.). Generał przyznał rację, przypomniał też ówczesną sytuację i zapytał: „Co stałoby się w kraju, gdyby rozhuśtała się ulica?” Analizy radzieckie na długo przed 13 grudnia wskazywały, że w ulicznych starciach oraz porachunkach może zginąć ok. pół miliona Polaków. Powtórzył, że odpowiedzialność za stan wojenny będzie dźwigał do końca życia, że wielu ludzi stanie przeciwko, ale w sytuacji Polski w 1981 roku, nigdy nie postąpiłby inaczej. Dla normalizacji sytuacji uczyni wszystko, ale wymaga to czasu „aż zbyt gorące głowy ochłoną”.

Na zakończenie III pielgrzymki, Papież i Generał rozmawiali przez 55 minut w salonie recepcyjnym na Okęciu. Była to kontynuacja spotkań, które stały się tradycją, świadczyły o dobrze układających się stosunkach Państwo – Kościół. Papież podzielił się obserwacjami, mówiąc, że ludzie sprawiają korzystne wrażenie, widać, że im się nie przelewa. (…) Nie ma biedy, nie ma bezdomnych, (…) Miejmy nadzieję, że będzie im się żyło lepiej i godniej. Generał podzielił tę nadzieję, a poprawa bytu, lepszego jutra Polaków nieustannie leży mu na sercu. (…) Władza pracuje nad porozumieniem z Solidarnością, które od pewnego czasu staje się „rodzajem warunku” w rozszerzeniu kontaktów z Zachodem. Zbliżeniu różnych środowisk, także opozycyjnych i władzy, służy powołanie Rady Konsultacyjnej, której członkami są osoby blisko związane z Kościołem. Generał mógł liczyć, że Papież, Kościół w Polsce wesprze te starania. Że nie były to nadzieje płonne, czas dobitnie pokazał.

Kolejne, ósme spotkanie odbyło się w 2001 r. Papież – choć schorowany (z trudem chodził i mówił) – przyjął Generała w przededniu 20. rocznicy stanu wojennego. Papież z troską mówił o zagrożeniach życia ludzi, o ofiarach, jakie Polacy ponoszą dla swej wolności, przywołał różne fakty z naszej przeszłości. Interesował się przemianami w kraju. Generał powiedział, że „najsmutniejszą pointą transformacji ustrojowej, dokonywanej rękami byłych działaczy Solidarności jest to, iż ani w Gdańsku, ani w Szczecinie nie ma już potężnych stoczni, w których ten ruch powstawał. Nie ma Ursusa, marnieje FSO i wiele innych zakładów – filarów Solidarności. Że 7,5 tys. „patriotów” wyceniło swoje zasługi dla wolnej Polski na blisko 2 miliardy złotych. Papież kręcił głową z niedowierzaniem. Rozmowa – podobnie jak poprzednie – upłynęła w serdeczniej atmosferze. Okazała się być ostatnią.

 

Dramat stanu wojennego

Na wstępie ciekawostka. Gdy na początku listopada 1981 r. uciekł do USA zdrajca Ryszard Kukliński, szef CIA wysłał do Papieża przedstawiciela z informacją, że Polsce grozi stan wojenny i „stosownymi sugestiami”. Jak wynika z udostępnionych wspomnień agentów, Papież uważnie go wysłuchał, podziękował za wiadomości, ale nie zajął stanowiska. Można tylko domyślać się powodów tego wymownego milczenia zważywszy, że na bieżąco znał sytuację w kraju z relacji Episkopatu i mediów. Wiedział, że poczynania Solidarności nie ułatwiają rozwiązywania nabrzmiewających problemów. Że wbrew własnej wizji roli i działalności związku zawodowego, zapisanych we wspomnianej encyklice, strajki zaczynają „paraliżować całe życie społeczno-ekonomiczne”, doprowadzą do „konieczności pomocy odpowiednich środków prawnych”. Jak wiemy, 30 października 1981 r. Generał przedstawił Sejmowi „środek prawny” – projekt ustawy o nadzwyczajnych pełnomocnictwach m.in. zawieszający prawo do strajku na okres do 30 marca 1982 r.

Nie został on rozpatrzony, o czym przesądził bezprecedensowy krok Prymasa. Wobec groźby strajku generalnego Solidarności, wystosował list doręczony posłom. Czy Papież mając m.in. wiedzę od CIA, liczył się z użyciem siły – trudno dociec. Pamiętajmy, że rok wcześniej, gdy groziła zbrojna interwencja, telefonicznie rozmawiał z Leonidem Breżniewem. Teraz sytuacja wewnętrzna była inna – to Polacy stawali się groźni sami dla siebie! Ze strony opozycji – ultimatum strajkowe oraz żądanie oddania władzy politycznej i państwowej. Ze strony władzy – wyczerpanie inicjatyw porozumień. I co dalej? Nie znam dokumentów wskazujących o czym Papież myślał, gdy pomysł z Radą Porozumienia po Spotkaniu Trzech upadł. Prawdopodobnie przyjął założenie, iż Generał – którego jeszcze osobiście nie znał – nie uczyni niczego, co byłoby sprzeczne z polską racją stanu. Inaczej mówiąc, zaufał odpowiedzialności Generała. To absolutnie nie oznacza, że „z góry” aprobował stan wojenny, a szczególnie użycie siły. Może jedynie świadczyć, że w tamtej sytuacji – poza dialogiem, porozumieniem, które stawały się fikcją – nie widział logicznego wyjścia. Ale to tylko domysł, a odpowiedź zna tylko Papież. Zaś cytowane słowa „Generał-patriota” zdają się ów domysł potwierdzać. Dziś wiemy, że nigdy i nigdzie nie potępił Generała, a wyrażał się ze zrozumieniem o koniecznościach władzy, wciąż apelując, by ludziom oszczędzać cierpienia.

Nie ulega wątpliwości – jak mówi Generał – że 13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako „człowiek stanu wojennego” odczułem to bardzo osobiście. O tym co dzieje się w Polsce, różne „rewelacje” wypisywała zachodnia prasa. Biskup Bronisław Dąbrowski, 22 grudnia 1981 r. rozmawiał z Papieżem, a relację zawarł w książce „Rozmowy watykańskie” – (Instytut Wydawniczy PAX, 2001), gdzie pisze: Po podpisaniu umów w Szczecinie i Gdańsku inne ośrodki robotnicze nie chciały być gorsze, dlatego naciskały na władze i nowe umowy podpisywano. Wałęsa był przeciwny, ale go nie słuchano. (…) Solidarność wbrew ostrzeżeniom Kościoła eskalowała wystąpienia i dążenia do władzy. Odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.) (…) zebranie Mazowsza w Politechnice 5-6 grudnia i powzięte uchwały zaalarmowały władze, szczególnie wyznaczenie manifestacji ulicznej na 17 grudnia 1981 roku. Nasze rozmowy na wszystkich szczeblach Solidarności nie dały wyniku (szczególnie w dniu 9 grudnia spotkanie u ks. Prymasa) (…) Komisja Krajowa w Gdańsku 11-12 grudnia 1981. Opinia Wałęsy – zbiorowa halucynacja, wielu uległo prowokacji. Opinia niektórych doradców o przebiegu obrad była podobna. I dalej: Ojciec Święty pytał o różne wydarzenia, o jakich mówi radio i TV włoska oraz piszą gazety. Stwierdziliśmy, że dużo w tym przesady, a nawet sfałszowania faktów. Tym lepiej, powiedział Ojciec Święty i dodał – widzicie, jak konieczny był wasz przyjazd, szkoda, że nie wcześniej. Męczę się tym, że nie znam prawdziwego stanu rzeczy. Tego dnia Biskup spotkał się też z kard. Casaroli. Pytał on – cytuję – Czy to prawda: że w Radzie Wojennej są Rosjanie (Kulikow), że gen. Jaruzelski bliski rozpaczy, że zabitych jest bardzo wielu, że internowanych przetrzymuje się w namiotach, że wywożą aresztowanych do Rosji, że biskupi nie mogą poruszać się po Polsce, że p. Mazowiecki nie żyje, że Wałęsa jest chory psychicznie. Wyjaśniłem wszystko zgodnie z rzeczywistością. Jako swoisty „fakt” mający potwierdzić rzekomą apokalipsę w Polsce podano, że zamordowany został Tadeusz Mazowiecki, za duszę którego 14 grudnia odprawił mszę żałobną w Katedrze Notre Dame w Paryżu kard. Jean Marie Lustiger. Udział wzięły nawet wybitne osobistości francuskie. Fakt ten publicznie dementował sam „uśmiercony”, choć w książce „Rok 1989 i lata następne”, nie wspomina, czy rozmawiał o tym z Papieżem.

Ksiądz Arcybiskup Józef Kowalczyk w książce „Świadectwo i służba”, m.in. pisze: Muszę powiedzieć szczerze i mam odwagę to powiedzieć: Jan Paweł II darzył pewnym szacunkiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, bo widział, że w tym człowieku jest jakiś duch patriotyzmu, duch dobra, jakaś wola obrony Polski. Nie przeprowadziłem nigdy rozmowy z Jaruzelskim na temat stanu wojennego. Ale musimy sobie z jednego zdać sprawę, że gdyby zarówno Jaruzelski, jak i cała ówczesna ekipa rządząca nie podjęli pewnych kroków i trudnych decyzji, wówczas bieg wydarzeń byłby trudny do przewidzenia. Każdy z nich poniósłby konsekwencje.

W 1993 r. Generał był w Rzymie na sesji Forum Światowej Polityki. Przy tej okazji gospodarze zorganizowali promocję książki pt. „Stan Wojenny. Dlaczego”. Papież przyjął Generała na prywatnej audiencji. Podczas rozmowy kolejny raz wrócił temat stanu wojennego. Widać, że leżał Papieżowi na sercu. Wtedy Generał podzielił się taką oceną: Do 13 grudnia mogło nie dojść, gdyby żył prymas Wyszyński, a Papież był w pełni sił (po zamachu wracał do zdrowia). Tylko ci dwaj wielcy Polacy, byli w stanie zdyscyplinować grupę najbardziej radykalnych działaczy, aby usiedli z nami przy stole i rozmawiali, zamiast podgrzewać nastroje. Rozwój wypadków uczynił go ostatecznością.

Generał nie jeden raz mówił, iż wprowadzenie stanu wojennego było dramatem, ale nie mniej gorzkie było to, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Nieufność, zacietrzewienie, wrogość, zaślepiała obie strony. Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. W sensie historycznym – przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez większych ofiar, bez rzeki przelanej krwi, nie tworząc przepaści, „nie paląc za sobą mostów” do przyszłych, pozytywnych rozwiązań. Było to zwycięstwo rozumu, rozsądku nad emocjami. Polacy pod przewodem Generała okazali się „mądrzejsi przed szkodą”. W tej „mądrości” są niepodważalne zasługi: Papieża, Kościoła, Rządu, liberalnego skrzydła partii (PZPR) i stronnictw politycznych, członków Solidarności.

Wiadomo z wiarygodnych źródeł, że Papież nie pomijał żadnej okazji, by zachodnim politykom i dyplomatom przypominać o dolegliwościach sankcji gospodarczych. Widział, że polską gospodarkę wpisano w polityczną walkę ze Wschodem. Nawiasem mówiąc, do czasu zniesienia stanu wojennego (22 lipca 1983 r.), szkody spowodowane różnymi formami sankcji osiągnęły sumę 13 mld dolarów. I znów ciekawostka – Ronald Reagan 7 czerwca 1982 r. złożył Papieżowi wizytę (upamiętnia ją forma pomnika w Gdańsku). Zaoferował pomoc żywnościową drogą charytatywną. Papież podziękował i nie omieszkał przypomnieć o konieczności ulżenia doli wszystkich Polaków. Natomiast odrzucił możliwość dotacji dla podziemnej Solidarności kanałami watykańskimi, informując gościa, że ma stały kontakt z rodakami.

 

Na zakończenie

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem – pisał Generał.

Papież, przemawiając w Sejmie 11 czerwca 1999 r., m.in. mówił: Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian, za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, którzy w tamtych trudnych dniach byli zjednoczeni tą samą troską o prawa człowieka, tą samą świadomością, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim. (…) Dzisiaj zostało nam, zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej. Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja. (…) Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm…Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu.

Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku” – napisał Generał. Zapamiętał Papieża jak pięknie słuchał, z jaką cierpliwością, uwagą. Nigdy nie przerywał. Ujmował rozmówców wrażliwością na ludzkie krzywdy i ludzką niedolę. Podróżując po świecie, zobaczył tej biedy niemało. Ta wrażliwość była zgodna ze społeczną nauką Kościoła. Ideały socjalizmu, te nie wypaczone, niewiele od tej nauki odbiegają.

Warto jeszcze przytoczyć niezwykle refleksyjną myśl prof. Stefana Wilkanowicza: „Serca Polaków są blisko Papieża, ale głowy od niego daleko”.

A co Państwo o tym myślicie? Jakie myśli, refleksje i nauki stąd płynące w 40. rocznicę pontyfikatu i 100-lecie odzyskania Niepodległości przekażecie swoim dzieciom i wnukom?

 

***

Jubileusz 40.lecia wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża media upamiętniły transmisją okolicznościowych koncertów. Pojawiły się różne ciekawostki i wspomnienia o duchowych nawróceniach i uzdrowieniach oraz myśli, iż metropolita krakowski zostanie „kiedyś” następcą św. Piotra. Redakcja uważa, iż szczególnie godne i ważne zapamiętania są odniesienia do nas i o nas – Polakach i Polsce. Mają one swą wymowę i znaczenie dziś, gdy dopiero co decydowaliśmy o przyszłości samorządnej Polski – naszych „małych Ojczyzn”. Stąd publikujemy wypowiedź gen. Wojciecha Jaruzelskiego, która obrazuje myślenie Papieża i Generała w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

 

***

 

Moje spotkania i rozmowy z Janem Pawłem II

 

…Co pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski… Miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje…

 

Wracam często myślą do naszych spotkań i rozmów, zachowując w pamięci moralne przesłanie i patriotyczną troskę głowy Kościoła o pomyślność Polski, o demokratyczny humanistyczny kierunek przeobrażeń.

W Ojczyźnie, w Europie, w wielu krajach, na wszystkich kontynentach, Wielki Syn naszego narodu zaskarbił sobie szacunek, uznanie i szczerą sympatię milionów ludzi. Szczególnie cenny jest intelektualny i moralny wkład Waszej Świątobliwości we współczesną filozofię pokoju, w idee sprawiedliwości społecznej i braterstwa, tak bardzo dziś potrzebne światu”.

Rozpocząłem swoją wypowiedź właściwie od końca, od zacytowania fragmentu listu, który skierowałem 15 maja 1990 r. do Jana Pawła II, w siedemdziesiątą rocznicę Jego urodzin.

A co było przedtem?

Nazwisko Karola Wojtyły zaczęło pojawiać się coraz częściej w pierwszych latach siedemdziesiątych. W moim środowisku politycznym mówiono wówczas, że jest to wyjątkowo utalentowany – ale jednocześnie trudny jako partner władz – hierarcha Kościoła.

Wynik konklawe był wielkim zaskoczeniem. Wiadomość o wyborze Papieża-Polaka dotarła do mnie w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR. Jego uczestnicy przyjęli tę informację z całą powagą. Z jednej strony było poczucie satysfakcji, rzekłbym nawet dumy, z drugiej zaś – zatroskanie, jak wybór ten wpłynie na skomplikowane przecież w owym czasie stosunki między państwem i Kościołem w naszym kraju. W sumie jednak byliśmy zgodni, że mamy do czynienia z wydarzeniem o wielkiej doniosłości, czemu należy dać stosowny, godny wyraz. I tak też się stało.

Później z rosnącą uwagą obserwowałem działalność Jana Pawła II. Przebieg pierwszej papieskiej wizyty w Polsce w 1979 roku śledziłem – tak jak miliony Polaków – w środkach masowego przekazu. Podczas drugiej wizyty byłem już w innej sytuacji. Był to czas trudny – trwał jeszcze stan wojenny, co prawda już zawieszony, ale formalnie nie zakończony. Wiem, jak głęboko Jan Paweł II przeżywał nasze polskie dramaty. Wymieniliśmy na ten temat kilka listów.

Pierwsze nasze spotkanie odbyło się 17 czerwca 1983 roku w Belwederze. Byłem silnie przejęty wyjątkowością tej chwili. Po powitalnych przemówieniach odbyła się dłuższa rozmowa. Papieżowi towarzyszył prymas Polski arcybiskup Józef Glemp. Ze strony władz uczestniczył przewodniczący Rady Państwa prof. Henryk Jabłoński i ja. Przedstawiłem naszą ocenę sytuacji, płynące z niej wnioski i zamierzenia. Papież słuchał z uwagą. Przekonałem się w czasie naszych wszystkich spotkań, że umie słuchać, że chce dobrze zrozumieć, wniknąć w głąb intencji swego rozmówcy. To bardzo ujmujące. Czy też, że – wypowiadając się jasno, zajmując konsekwentne stanowisko – nie czyni tego w sposób apodyktyczny, lecz spokojnie, perswazyjnie, gotów życzliwie wysłuchać racji rozmówcy, a niekiedy nawet wprowadzić szczyptę subtelnego humoru.

Może zwrócę uwagę na drobiazg, ale miało to dla mnie znaczenie. Otóż Papież, zwracając się do mnie, nie używał tytułów urzędowych, politycznych, lecz mówił po prostu „panie generale”. Jako żołnierz, wielce to sobie ceniłem i cenię.

Jak Jan Paweł II potrafił przemawiać, wiedzą dziś już nie miliony, ale chyba miliardy ludzi. Jak potrafi rozmawiać, wiedzą znacznie mniej liczni. Cieszę się, że dane mi jest do tych należeć. Odbyliśmy pięć dłuższych rozmów: wspomniana wyżej w Belwederze i następna na Wawelu pod koniec wizyty; kolejna w styczniu 1987 roku w Watykanie; wreszcie w czasie trzeciej papieskiej pielgrzymki w Polsce na Zamku Królewskim w Warszawie oraz kilka dni później przed odlotem, w pawilonie na lotnisku Okęcie.

Trudno w tej krótkiej wypowiedzi-co więcej, nie mając upoważnienia Papieża – przedstawić szeroko przebieg i treść tych rozmów. Jednak ich klimat, istota i przesłanie zostały mi głęboko w pamięci.

Gdy wracam myślą do rozmów z Janem Pawłem II, nieodmiennie mam poczucie ich wielkiej wagi. Każda była jakby krokiem naprzód, kolejnym etapem wzajemnego poznania i zrozumienia. Oczywiście były różnice, a zwłaszcza inaczej rozkładane akcenty. Trudno się temu dziwić – inny był punkt wyjścia, na wiele spraw spoglądaliśmy z odmiennej perspektywy. Dziś przyznaję, że

Papież umiał patrzeć dalej, głębiej.

Co jednak pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

Karol Wojtyła jest niezwykle mocno związany z Ojczyzną. Wrażliwy na wszystko, co się w kraju dzieje, żywo reagujący na bieg polskich spraw, głęboko odczuwający całą ich złożoność, historyczne i współczesne powikłania. W naszych rozmowach Jan Paweł II niejednokrotnie wracał z bólem do epoki rozbiorów, do czasów okupacji. Odwołując się do minionych doświadczeń, wskazywał zło, na błędy, które przyczyniły się do nieszczęść Polski. Jednocześnie odwoływał się żarliwie do tych wielkich kart naszej historii, z których powinniśmy czerpać naukę, aby we współczesnym, skomplikowanym świecie stanąć jako naród i jako władza na wysokości zadania.

Pierwsze lata osiemdziesiąte były i w międzynarodowym, i w polskim wymiarze trudne. Rozkręcała się spirala zbrojeń, zaostrzały się stosunki między Wschodem i Zachodem. Odbijało się to wielce niekorzystnie na naszej polskiej sytuacji. Mówiliśmy o tym z troską. Ale właśnie na tym tle widziałem coraz pełniej szczególne, osobiste zaangażowanie Papieża w sprawę pokoju i zbliżenia między narodami.

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania jej godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem.
Z uwagą wsłuchiwałem się w te opinie, bowiem w swej intencji i istocie były mi bliskie. Chodziło przecież o porozumienie narodowe, o współpracę wszystkich Polaków – „niezależnie od tego, skąd kto pochodzi”. Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku.

Pragnę w tym kontekście przytoczyć fragment listu, który Jan Paweł II skierował do mnie 22 listopada 1989 r.: „Panie Prezydencie, Niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”.

Mam głęboką nadzieję, że w słowach tych można odnaleźć echo tego, co dla mnie stanowiło o szczególnej wartości naszych spotkań i rozmów.

Papież niejednokrotnie dawał dowody, że rozumie dylematy władzy, jej obiektywne ograniczenia. Potrafił dostrzec i docenić każdy przejaw dobrej woli, krok ku lepszym rozwiązaniom. Stanowiło to cenne wsparcie dla pomyślnego rozwoju stosunków państwo – Kościół oraz państwo polskie – Stolica Apostolska.

We wszystkich rozmowach z Janem Pawłem II wyczuwałem Jego głębokie identyfikowanie się z losami Polski. Ujmowało mnie to, że stojąc na cele Kościoła Powszechnego, spełniając swoją uniwersalną misję, znajdował zawsze właściwe miejsce, czas i formę, aby zamanifestować swoją polskość. Dziś widać, jakże wyraziście, iż pontyfikat Papieża-Polaka przybliżył Polskę światu, niesie jej dobre imię, na wszystkie kontynenty.

Mówił: „Myślą i sercem nie przestałem być z narodem, z którego wyszedłem i do którego należę”. I zawsze o tym zaświadczał, jak choćby wówczas, gdy – świadom dotkliwych skutków, jakie naszemu społeczeństwu przynoszą restrykcje ekonomiczne – zapewniał mnie, że daje temu stosowny wyraz w kontaktach z mężami stanu państw zachodnich. Wykazywał nieustanną troskę o to, aby Polska zajmowała godne miejsce wśród narodów Europy i świata. Ze szczególną uwagą śledził to, co działo się w bezpośrednim otoczeniu naszego kraju. Żywo i życzliwie interesował się przebiegiem „pierestrojki”, jej szansami i zagrożeniami, nawiązywał do wspólnej słowiańskiej genealogii narodów tej części Europy. Świadomość geopolitycznych uwarunkowań naszego kraju wyrażała się również w zainteresowaniu problematyką niemiecką. Watykański punkt widzenia był ze zrozumiałych względów bardziej uniwersalny, ale Papież okazywał daleko idące zrozumienie dla ocen, które dyktuje polska racja stanu.

Jan Paweł II zna współczesny świat. Nie tylko ten bogaty, ale i biedny. Potrafi wznieść się ponad poziom tych, którzy na rzeczywistość polityczną czy gospodarczą patrzą w sposób biegunowy, posługując się do jej opisu tylko białym lub czarnym kolorem. Dostrzega wady i zalety różnych systemów społeczno-politycznych i ekonomicznych. Jest niechętny wszelkim postaciom monocentryzmu politycznego i kolektywizmu materialistycznego. Ale jest także wysoce krytyczny wobec organizacji społeczeństwa opartego na zasadach skrajnego indywidualizmu i konsumpcjonizmu, w którym gubi się sens ludzkiej wspólnoty. Z dużą też wrażliwością reaguje na plagi społeczne, na niesprawiedliwość, bezrobocie, nędzę i niedostatek. To niezwykle ważne składniki papieskiej refleksji nad współczesnym światem.

Dla Jana Pawła II oceną, miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje. To bardzo bliska mi myśl. Powinna być ona dla wszystkich Polaków cenną inspiracją do działań rzeczywiście służących przyszłości.

Wojciech Jaruzelski

 

Powyższy tekst ukazał się w książce gen. Wojciecha Jaruzelskiego „Przemówienia 1990”, opublikowanej przez wydawnictwo MADO, Toruń, 2002.

 

 

Z żołnierskiego życiorysu

6 lipca tego roku skończyłby 95 lat żołnierskiego życia. W mundurze przesłużył 48 lat (1943-1991). Generałem był 58 lat (1956-2014).

 

Rocznica urodzin gen. Wojciecha Jaruzelskiego skłania do różnych refleksji. Generała oceniali wszyscy: przełożeni i podwładni, duchowni i politycy, przyjaciele i przeciwnicy – słowem, każdy. Najbardziej surowymi sędziami są ci, którzy urodzili się po 1989 roku. Ci, którzy o służbie wojskowej wiedzą najmniej. Niewiele o sprawowaniu urzędów państwowych czy politycznych, a jeszcze mniej o własnej na nich odpowiedzialności i poczuciu godności, o honorze nie mówiąc. Ci, co wiedzą o tych arkanach więcej, wydaje im się, że posiedli wszelką mądrość i są nieomylni. Im obca jest sztuka zrozumienia i wyobrażenia okoliczności i uwarunkowań, których opisu emocjonalnego oddziaływania na – często brzemienne w skutki – decyzje i działania polityków, nie zawiera żaden dokument urzędowy, nawet najtajniejszy. Ci właśnie, z godną podziwu pryncypialnością, stroją się w szaty rzymskiego Katona, wygłaszają gromkie oskarżenia. Słyszałem ich na sali sądowej, czytałem i czytam w prasie…

Ostatnio jeden z ważnych urzędników rządowych, „błysnął talentem” twierdząc, że „Wojsko Polskie i Polskę spotkało wszystko, co najgorsze”, należy więc Generała zdegradować. Cóż, gdyby znał choć smród żołnierskich onuc, może rozum byłby trzeźwiejszy. Odpowiedzi udzielili mu internauci – 55,8 proc. osób jest przeciwko degradacji.

 

Żołnierski ród

Można powiedzieć, iż przyszły Generał urodził się w żołnierskiej rodzinie, więcej – w żołnierskim rodzie. Jaruzelscy należeli do rodów strzegących ziem północno-wschodniego Mazowsza przed plemieniem Jaćwingów. Osiedlanej tu szlachcie nadawano ziemię z prawem dziedziczenia. Siedzibą rodową był majątek Ruś Stara – Sokoły (ziemia łomżyńska), położony na pograniczu Mazowsza i Podlasia. Ich korzenie szlacheckie sięgają XIV wieku. Na włościach Jerusele w powiecie drohiczyńskim osiadła rodzina przybyła ze wsi Ślepowrony. Stąd w późniejszych latach i wiekach powstało nazwisko Jaruzelscy herbu Ślepowron. Pielęgnowali tradycje rodowe, wielu było rycerzami (żołnierzami), pełniąc funkcje towarzyszy i chorążych kohort pancernych.

Pradziadek Generała ze strony Matki, Leonard Jodko-Narkiewicz służył w Legionach gen. Dąbrowskiego, w Wojsku Księstwa Warszawskiego, a następnie Królestwa Polskiego. Dosłużył się stopnia podpułkownika i licznych orderów, w tym Legii Honorowej. Jego syn Konstanty był kapitanem w Korpusie Inżynieryjnym gen. Ignacego Prądzyńskiego. Był konstruktorem śluzy na Kanale Augustowskim.

Pradziadek Generała, ze strony Ojca, Antoni-Józef był dziedzicem dóbr Rusi Starej, Sokołów i części miasteczka Sokoły. Spośród jego pięciu synów, a stryjów Generała, trzech zmarło bezpotomnie: Adolf, Władysław oraz Dersław, który walczył w powstaniu styczniowym. Dwaj pozostali: Józef-Benedykt, jako uczeń gimnazjum wstąpił do oddziału Padlewskiego, gdzie dowodził plutonem, a później był w oddziale Kobylańskiego. Walczył pod Myszyńcem i Drążewem. Jego syn Józef-Wincenty, ukończył akademię wojskową w Wiener-Neustad. Do 1905 r. służył jako podporucznik w 2 pułku ułanów austriackich w Tarnowie, Bochni i Niepołomicach. Odszedł do rezerwy w stopniu rotmistrza. Powołany w 1914 r. do armii austriackiej w stopniu majora. Po utworzeniu państwa polskiego, mianowany attaché wojskowym przy legacji polskiej w Bukareszcie, potem szefem oddziału operacyjnego 4 dywizji strzelców oraz 10 dywizji piechoty. W 1920 r. dowodził 115 pułkiem ułanów, krótko 5 pułkiem strzelców konnych w Tarnowie i odszedł do rezerwy. Jego brat Ksawery, drugi syn Józefa-Benedykta, zmobilizowany w czasie I wojny światowej, był oficerem w 2 pułku ułanów austriackich. Walczył na Wołyniu oraz w Rumunii, dwukrotnie odznaczony za waleczność. Ówczesny pułkownik Władysław Sikorski, mianował go dowódcą powiatu skałackiego. Jako major walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 r.

Dziadek Wojciech, za udział w powstaniu styczniowym został zesłany na 12 lat do Szadryńska (Syberia), wrócił po 8 latach. Kaprys losu sprawi, iż przez Szadryńsk w bydlęcym wagonie kolejowym na Syberię, w 1941 r. powieziono syna Władysława z żoną, córką i wnukiem Wojciechem. Ojciec został zesłany do łagru nr 7 w Reszotach (Krasnojarski Kraj). Pozostała rodzina trafiła do osady Turaczak (Góry Ałtaj), ok. 300 km od miasta Bijska.

Ojciec Władysław, walczył w wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku jako ochotnik w oddziale słynnego „zagończyka” Feliksa Jaworskiego, (czyny bojowe tego oddziału barwnie opisała Zofia Kossak-Szczucka w książce „Pożoga”).

 

Syberyjskie losy i epizody

Wiadomość o formowaniu armii Andersa, pojawiła się w Bijsku latem 1941 r. Był on jednym z większych skupisk Polaków deportowanych na Syberię. Funkcjonował tu mąż zaufania ambasady polskiej w Moskwie, hrabia Żółtowski Do niego zwrócił się Władysław Jaruzelski po wyjściu z łagru późną jesienią 1941 r., by zgłosić syna do armii. Hrabia wyjaśnił, iż przyjęcia ograniczono do osób, które odbyły przeszkolenie wojskowe lub są zawodowymi żołnierzami w rezerwie. Syn Władysława takich wymagań nie spełniał, a ponadto był za młody (18 lat). Radził więc zaczekać na kolejny etap werbunku. Następne starania, podjęte wiosną1942 r. (po ucieczce z Turaczaka do Bijska) okazały się spóźnione. Gdy wiadomość o formowaniu 1 DP im. Tadeusza Kościuszki dotarła do Bijska, Wojciech Jaruzelski podjął te starania. Matka i siostra zostały na Syberii. Na zawsze został też Ojciec – zmarł 4 czerwca 1942 r. otoczony opieką żony Wandy, córki Teresy i syna Wojciecha. Michaił Gorbaczow, gdy poznał syberyjski okres życiorysu Generała, polecił postawić dwa pomniki: jeden, ku „pamięci Polaków, zesłańców i ofiar represji stalinowskich, których prochy spoczywają na Ałtaju”… Drugi – na grobie Ojca Generała.

Syberyjski epizod ma nieoczekiwane dopełnienie. Na mocy ustawy z 17 października 2003 r. wszystkim Sybirakom przysługuje pamiątkowy Krzyż Zesłańców Sybiru, nadawany przez Prezydenta RP, na wniosek organizacji kombatanckich. Generał taki Krzyż otrzymał. Wówczas okazało się, że „niesłusznie”. Odpowiedzialność spadła na kilku pracowników Kancelarii. Generał zwrócił krzyż prezydentowi RP 30 marca 2006 r., m.in. pisząc: Jako porucznik na przedpolach Berlina w kwietniu 1945 roku i jako generał armii na najwyższych urzędach czuję się – w stosownym oczywiście zakresie – odpowiedzialnym za wszystko, co działo się w Polsce takiej, jaką w realiach podzielonego świata ona była. Za to, co było dobre – i za to, co było złe. O tym pierwszym myślę i mówię z satysfakcją. O tym drugim przypomnę, że w kilku napisanych przeze mnie książkach, chyba już w setkach artykułów, wywiadów, wypowiedzi (w tym w oficjalnych oświadczeniach) często pojawiają się słowa: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się szczególnie do tych wszystkich okoliczności i faktów, jakie niosły ze sobą jakąś ludzką krzywdę i ból. Jeśli przyczyniłem się do nich w sposób bezpośredni, czy pośredni, widzę to tym ostrzej.

Ten „syberyjski epizod” w ponurej formie dał o sobie znać 30 maja 2014 r. Moralnie trudno pojąć, że część środowiska skazanych w okresie stalinizmu na karę śmierci oraz Sybiraków na Powązkach protestowała przeciwko pogrzebowi Generała w tym miejscu, z innymi wznosząc wyzwiska i obraźliwe okrzyki, a wcześniej – pod Katedrą Polową WP. Nie zaprzestali nawet na czas słów pożegnania, wygłaszanych przez Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, który mówił: Nic mu nie zostało oszczędzone. Stracony dom rodzinny, Syberia i katorżnicza praca, front, krew i łzy, polityczna odpowiedzialność i ryzyko porażki, niewdzięczność, ataki, procesy, choroby i cierpienia, i nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach. Nie zaprzestali nawet na czas złożenia urny do grobu (niech im kiedyś ziemia ciężką będzie). Nikt z władz państwowych, stolicy i Episkopatu, nawet ledwie słyszalnym szeptem nie upomniał się o szacunek dla majestatu śmierci. Bo przecież nie dla Zmarłego, dla którego po ludzku nie mieli chrześcijańskiego westchnienia – „spoczywaj w spokoju”. Kształcąc tak młode pokolenie Polaków, niech odmierzą im kiedyś według ludowego porzekadła – „jak Kuba Bogu”…

Jednakże ten „syberyjski epizod”, za sprawą Zbigniewa Domino, Sybiraka, w formie wspomnieniowo-refleksyjnej, na swój chwalebny sposób żyje. Autor w książkach, m.in. „Cedrowe orzechy” i „Syberiada”, przedstawił losy rodzin ze Wschodnich Kresów i Litwy. Generał darzył Autora serdecznym uznaniem i inspirował do pisania – bo kto, jeśli nie Wy Zbigniewie, utrwali wiedzę Polaków o tej części naszego losu. Książka Pana Zbigniewa „Zaklęty krąg” przejmująco dotyka „przywileju” starszych ludzi – odświeża pamięć z lat dzieciństwa. „Syberiada” posłużyła za motto i wizję do filmu „Syberiada Polska” – dzięki twórczej inwencji i pomocy Mirosława Słowińskiego (b. ministra kultury). Do tych osób i wydawcy książek, szefa Studia Emka, Pana Jacka Marciniaka, w rocznicę urodzin Generała, kieruję wyrazy najwyższego poważania.

 

Z Syberii do armii

19 lipca 1943 r. Komisja Poborowo-Ewidencyjna w Sielcach nad Oką skierowała Wojciecha Jaruzelskiego do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Riazaniu. Cóż za zbieg historycznych dat – za 46 lat Generał zostanie Prezydentem Polski. Riazań odwiedzi dopiero 41 lat później, 5 maja 1984 r. Przybył z delegacją, w której było kilku absolwentów tej Szkoły. Naoczny świadek tego zdarzenia, Wiesław Górnicki, napisał: Stanął na trybunie, przed Pomnikiem Braterstwa Broni (który odsłonił z marsz. Dmitrijem Ustinowem) i zaczął: „Ja zdies priszoł po dlinnoj dorogie”. W Riazaniu nikt jeszcze nie rozpoczynał przemówień od takiego zdania. Padło w zgromadzonych na ulicach mieszkańców jak napęczniałe ziarno. Osłupieli stojący w ordynku podchorążowie elitarnej szkoły oficerskiej wojsk desantowych wśród których część stanowili ludzie specnazu. „Po długiej drodze”. Wtedy w Rosji wystarczyło użyć takiego szyfru, kodu emocjonalnego, aby natychmiast trafić do serc i zamkniętych na sto spustów zakamarków ludzkiej pamięci. Nikt z riazańczyków nie miał wątpliwości, o jaką drogę chodzi… Ze ściśniętym gardłem patrzyłem wtedy, w Riazaniu, jak stara babuleńka w białej przepasce na czole wyciągnęła do Generała pomarszczone ręce i wyszeptała: „synok, moj synok, synok…” Może przypominał jej poległego na froncie syna lub męża zamęczonego w łagrze? Pod pomnikiem złożono wieńce i kwiaty, także pod obeliskiem 1DP im. Tadeusza Kościuszki, na centralnym placu Riazania, który do 2005 r. nosił jej imię.

Otwarcie kursu oficerskiego nastąpiło 1 września 1943 r., w czwartą rocznicę najazdu hitlerowskiego na Polskę. Generał wspomina: W teatrze podczas akademii, odegrano „Jeszcze Polska nie zginęła”. Byliśmy wzruszeni. Z rana śpiewaliśmy „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem „Wszystkie nasze dzienne sprawy” i „Rotę”. Dbano o to. Dzisiaj można powiedzieć, że było to robione celowo, żeby nas odpowiednio przysposobić. Ale wtedy, były one dla nas – spragnionych polskości, polskiego słowa, już nie mówiąc o broni, którą dostajemy do ręki – tak ważne, że na drugi plan schodziły elementy, które były nie zrozumiałe czy obce. 11 listopada 1943 r., w 25 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, podchorąży Wojciech Jaruzelski złożył przysięgę wojskową.

 

Znamienny miesiąc

Grudzień jest znamiennym miesiącem w życiorysie Generała – żołnierza i Męża Stanu. Kurs oficerski zakończył się 16 grudnia 1943 roku, promocją na ówcześnie pierwszy stopień oficerski – chorążego. Według imiennego spisu, awans otrzymało 295 podchorążych. Wojciech Jaruzelski uzyskał ze wszystkich nauczanych przedmiotów oceny bardzo dobre i celujące. Alfabetyczny spis sporządzono w języku rosyjskim, stąd nazwisko znalazło się na 284 pozycji, pod rosyjską literą „ja”, która w tym alfabecie jest ostatnia. Znaleźli się jednak znawcy, którzy po tej pozycji uznali, że szkoły nie ukończył z wyróżnieniem. Młody chorąży 20 grudnia 1943 r. objął stanowisko dowódcy 3 plutonu piechoty w 8 kompanii, 3 batalionu 5 pułku piechoty (5 pp) 2 Dywizji Piechoty im. Jana Henryka Dąbrowskiego (DP) –znów kaprys losu, pod tym generałem służył pradziadek Jodko-Narkiewicz. Rozpoczął 48-letnią oficerską służbę Ojczyźnie. 13 – go grudnia 1981 r. ogłosił wprowadzenie stanu wojennego. Zwrócił się do Rodaków: Jako żołnierz, który dobrze pamięta okrucieństwo wojny. Niechaj w tym umęczonym kraju nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. Jednak popłynęła, 16 grudnia. Co za wybór losu – w 38. rocznicę promocji. Jak przyznawał w wywiadach i przed sądem – sam był na to najmniej przygotowany. Zdruzgotany wieścią o tragedii w „Wujku” zadzwonił do Córki mówiąc: Stała się rzecz straszna, zginęli ludzie. W księdze pamiątkowej tej kopalni, 2 grudnia 1989 r. zapisał wielce wymowne słowa: Płynęły przez śląską ziemię potoki polskiej Krwi. Tej, która tu została razem przelana, mogliśmy uniknąć. Niech pamięć o niej będzie przestrogą dla żywych i hołdem dla ofiar. Publicznie pojednał się z jednym z organizatorów strajku – górnikiem Jerzym Wartakiem. Był on obecny na mszy żałobnej w skupieniu, osobistym bólu po Zmarłym, w Jego ostatniej drodze… Także w grudniu zakończył się ostatni epizod publicznej działalności Generała. 11-go grudnia 1990 r. w pożegnalnym przemówieniu powiedział Rodakom: Nie jestem ani pierwszym, ani jedynym polskim politykiem-żołnierzem, któremu przyszło nieraz iść „pod prąd”, podejmować decyzje nie przysparzające poklasku, zaznać niezrozumienia, bolesnych rozterek, upokorzeń i goryczy… Jako żołnierz wiem, że dowódca, a więc każdy przełożony odpowiada za wszystkich i za wszystko. Słowo „przepraszam” może zabrzmieć zdawkowo. Innego jednak nie znajduję. Chcę prosić o jedno: jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci-niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie. Doświadczył tego ponad miarę – „świętowanie” 13 grudnia pod oknami domu, procesy sądowe i bezpodstawne oskarżenia, ludzka i medialna nienawiść. Nawet po śmierci „zadbano”, by nie pożegnał Go nikt ani z MON, ani z byłych podwładnych.

 

Na frontowe drogi

2 stycznia 1944 r. wyruszył na frontową drogę, liczącą ponad 3500 kilometrów, która miała zakończyć się nad Łabą. Już jako dowódca plutonu zwiadu konnego, 23 lipca 1944 r. przekroczył rzekę Bug w m. Uchańka. Niedaleko stąd, bo pod Dubienką, 18 czerwca 1792 r. Tadeusz Kościuszko powstrzymywał Moskali idących na Warszawę… Los sprawił, że chor. Jaruzelski na czele zwiadowców przechodził w pobliżu Kurowa. 28 lipca uczestniczył w walkach nad Wisłą w rejonie Wólki Profeckiej. Podczas walk pod Puławami niemalże cudem uniknął śmierci, gdy pocisk artyleryjski rozerwał się w pobliżu. Na przyczółku warecko-magnuszewskim, w pobliżu wsi Grabów Zaleśny, został kontuzjowany. We wrześniu 5 pułk walczył na północnych obrzeżach Pragi. W czasie tych działań chor. Wojciech Jaruzelski został lekko ranny. 11 listopada 1944 r. awansowany na stopień podporucznika. Po latach Generał wspominał: Zdobycie Pragi, forsowanie Wisły, próby niesienia pomocy powstańcom. W ciężkich walkach 1 Armia straciła ok. 5 tysięcy zabitych i rannych żołnierzy. Nie było więc poczucia bezczynności. Tym bardziej, że pewne próby koordynowania działań, zwłaszcza ewakuacji powstańców, nie były przez dowództwo powstańcze podejmowane. Wręcz je niejednokrotnie odrzucano. No cóż – dziś staram się to zrozumieć. Traktowali nas jak obcych, uzurpatorów. Mówiło się wtedy o tym w naszych szeregach z goryczą. Innego rodzaju goryczy doznał Generał pół wieku później. Część radnych Warszawy uznała za skandaliczne nadanie Generałowi medalu pamiątkowego „Cztery Wieki Stołeczności Warszawy”(1996). W liście do ówczesnego prezydenta Warszawy m.in. napisał: Jako frontowy żołnierz, który we wrześniu-październiku 1944 roku uczestniczył w ciężkich walkach nad Wisłą, a 17 stycznia 1945 roku, jako oficer 5 pułku piechoty, znajdował się na czele jego sił wkraczających do Warszawy, miałem uczucie satysfakcji z otrzymanego medalu. Obecnie widzę, że było ono bezpodstawne… Z całą powagą przyjąłem Pańskie stwierdzenie, iż Pan nie przyznałby mi tego medalu – zwracam go na Pańskie ręce.

Naczelny Dowódca Wojska Polskiego, gen. Michał Rola-Żymierski, 10 stycznia 1945 roku odwiedził 5 pułk. Wyróżnił grupę żołnierzy, ppor. Wojciech Jaruzelski otrzymał podziękowanie na piśmie. Zwiadowcy 17 stycznia wkroczyli do Stolicy od strony Młocin, blisko Bielan, gdzie przyszły Generał w latach 1933-1939 był uczniem w kolegium Księży Marianów. Dwa dni później wzięli udział w defiladzie wśród gruzów wyzwolonej Warszawy.

W styczniu 1945 r., ppor. Wojciech Jaruzelski został szefem pułkowego zwiadu, pomocnikiem szefa sztabu pułku. 25 stycznia pułk rozpoczął 200 km marsz w kierunku Bydgoszczy, by 5 lutego przekroczyć dawną granicę polsko-niemiecką i z marszu podjąć walki na Wale Pomorskim. Kronika pułkowa odnotowała, iż podczas ciężkich walk ppor. Wojciech Jaruzelski był wyróżniany kilka razy w rozkazie dowódcy 2 dywizji. Generał po latach wspominał: Doby między 28 lutego a 5 marca zachowały się w pamięci jako bezsenne. Z tego okresu utrwalił się u Generała nawyk, wielogodzinnej, nieprzerwanej pracy i znana tylko frontowym żołnierzom umiejętność „przyspieszonego snu”. Kolejne dni przyniosły ciężkie walki, aż do zachodniopomorskich wybrzeży Bałtyku.

W pobliżu Mirosławca znów był lekko ranny. Podczas rozpoznawania Starej Odry, 18 kwietnia zginął ppor. Ryszard Kulesza, pochowany na cmentarzu w Siekierkach. Generał w liście do jego ojca, m.in. napisał: Czuję się w obowiązku tę smutną wiadomość zakomunikować Panu, gdyż byłem przyjacielem, kolegą, a w ostatnim czasie zwierzchnikiem Ryszarda … łączyła nas szczera przyjaźń … Syn Sz. Pana został odznaczony Krzyżem Walecznych … Jeśli tylko pozostanę żywy, postaram się spotkać z Sz. Panem w Polsce ażeby dokładnie opowiedzieć o wszystkim. Przy każdej okazji Generał przez wiele lat odwiedzał grób kolegi. Imię Ryszarda Kuleszy nosił batalion rozpoznawczy 3 DZ stacjonujący w Hrubieszowie.

Na przedmieścia Berlina zwiadowcy 5 pułku dotarli 22 kwietnia wieczorem. W rejonie Oranienburga wkroczyli do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen, 3 maja około północy wyszli nad Łabę. Porucznik Wojciech Jaruzelski 4 maja spotkał nad Łabą żołnierzy z 410 pułku 102 dywizji amerykańskiej. Tu zastaje Go koniec wojny i bezwarunkowa kapitulacja hitlerowskich Niemiec.

Przyszły Generał „frontową służbę” zakończył w stopniu porucznika, na stanowisku pomocnika szefa sztabu – oficera zwiadu 5 pułku. Od Bugu do Łaby walczył na pierwszej linii frontu, a faktycznie jako zwiadowca – przed pierwszą linią frontu. Był dwukrotnie ranny (Praga, Mirosławiec) oraz kontuzjowany (Grabów Zaleśny). W czasie działań bojowych był dwukrotnie awansowany w stopniu i stanowisku. Został odznaczony:

– Srebrnym Medalem Zasłużony na Polu Chwały – trzykrotnie;

– Krzyżem Walecznych – dwukrotnie;

– Srebrnym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari.

Przełożeni por. Wojciecha Jaruzelskiego w charakterystykach bojowych, wnioskach o nadanie odznaczeń i mianowania na kolejne stopnie wojskowe wskazują na doskonałe wyszkolenie, zdecydowanie, zimną krew i odwagę zwiadowcy; energiczną i niezmordowaną „pracę zwiadowczą”; staranność oraz dokładność w organizacji działań zwiadowczych. W plutonach zwiadowczych, nad którymi utrzymuje stałą kontrolę, panuje wysoka dyscyplina, której on osobiście też bacznie przestrzega… por. Jaruzelski pracę swą zna doskonale, dał tego dowód tak w czasie bojów, podczas których oprócz bohaterstwa i odwagi, wykazał doskonałą znajomość pracy zwiadowczej, jak też pilność i oddanie. Cieszy się mimo młodego wieku, wielkim autorytetem wśród kolegów, przełożonych i podwładnych.

Miesiąc po zakończeniu wojny, por. Wojciech Jaruzelski w liście do Matki i siostry, wciąż pozostających na Syberii, m.in. napisał: Ja pozostałem takim, jakim byłem, rozumiejąc jednak obowiązek pracy i służby względem Polski, jaką by ona nie była i jakich ofiar by od nas nie żądała. Kilka lat później doprecyzował tę myśl: Ważne, jakiej Polsce służysz, ale nie mniej ważne, jak jej służysz. Stały się one swoistym credo Generała na całe życie. To Generał jako dowódca 12 DZ w Szczecinie często mówił oficerom: Prawem żołnierza jest być dobrze dowodzonym. Z tego okresu pochodzi znana w Wojsku zasada: „wymagalność, dyscyplina, regulaminy Sił Zbrojnych – fundamentem funkcjonowania Wojska, poziomu wyszkolenia i wychowania”. Skrótowe brzmienie – „wymagalność w treści, kultura w formie”.

23 listopada 1983 roku, w tym samym 5 pułku, przekazał Generał uroczyście gen. Florianowi Siwickiemu obowiązki Ministra Obrony Narodowej. Wspominał wtedy: Jestem tu w dniu tak ważnym dla mnie i głęboko przeżywanym – w przekonaniu, że właśnie dziś powinienem być wśród Was, stanąć przed szeregiem 5 pułku. Wśród najstarszych i najmłodszych jego żołnierzy, aby w ten sposób niejako symbolicznie połączyć się myślą i sercem, z całym naszym Wojskiem…ze wszystkimi żołnierskimi pokoleniami… Dziedziczymy najpiękniejsze tradycje naszych Sił Zbrojnych. Tradycje drogi bojowej, na której pozostali najlepsi spośród nas. Najlepsi z 5 pułku, których prochy spoczywają na całym bojowym szlaku.

 

Żołnierska pamięć

O frontowych żołnierzach pamiętał zawsze. Przykładem może być gen. Stanisław Skalski, lotniczy as z walk pod angielskim niebem. Do Polski wrócił w stopniu majora, by służyć jako pilot i dowódca, dochodząc do stopnia pułkownika. Dla niego ad personam utworzył Generał stanowisko w ówczesnym dowództwie lotnictwa, by mógł otrzymać awans. Docenił żołnierski trud płk. Radosława Mazurkiewicza, dowódcę zgrupowania swego imienia w Powstaniu Warszawskim, awansując go do stopnia generała. Później był przewodniczącym Komitetu budowy Pomnika Powstańców Warszawy. Dowódca partyzanckiego zgrupowania „Jeszcze Polska nie zginęła”, niezbyt mile widzianego przez władze wschodniego sąsiada, późniejszy znany muzyk – Robert Satanowski, także otrzymał awans do stopnia generała. Na posiedzeniu Rady Naczelnej Związku Bojowników o Wolność i Demokrację (RN ZBoWiD, 30.08.83) m.in. mówił: Naród nasz z jednakową wdzięcznością ocenił przelaną krew i żołnierski wysiłek bez względu na to, jakimi drogami prowadził do kraju – tą najkrótszą, której początkiem było Lenino, tą odleglejszą, przez Afrykę i zachodnią Europę, czy tą w kraju – w oddziałach partyzanckich i w ruchu oporu. Jest prawem żołnierza, później kombatanta wierzyć, iż kierunek z którego jemu przypadło iść, był dla Ojczyzny cenny i owocny. Ośmielam się zapytać, kto z Państwa Czytelników zna i może udostępnić kryteria, które poprzez „politykę historyczną” podważają tę, żołnierską krwią pisaną prawdę? A jeśli Państwo uważacie inaczej, dajcie temu wyraz podczas najbliższych wyborów.

Generał zwracał uwagę na uzupełnianie wiedzy żołnierzy służby zasadniczej, na poziomie szkoły podstawowej. Niektórym pomagał osobiście. Świadczy o tym taki fakt. Jako Minister, wizytując jednostki garnizonu w Opolu, spotkał się m.in. z grupą b. żołnierzy frontowych. Jeden z nich wręczył Generałowi jego zdjęcie, z takimi słowami wdzięczności: „Pamiątka wieczna Dziarmagi Wawrzyńca jako byłem wychowankiem sierotą Synem Pułku 5.K.P.P i ten Pułk mnie Kształcił a Obywatel Minister dawał mi pieniądze na Książki” Opole, dnia 27.4.1976 (pisownia zachowana)
Generał, podczas podróży zagranicznych składał wieńce na cmentarzach: dwukrotnie pod Monte Cassino oraz w Narwiku, Tobruku i Lommel, na dwóch cmentarzach w Londynie, Pod Pomnikiem Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie oraz pod obeliskiem poświęconym oddziałowi rozpoznawczemu 2AWP, który w maju 1945 r. dotarł na przedmieścia Pragi. Było jeszcze Lenino. Niejednokrotnie oddawał również hołd żołnierzom poległym na ojczystej ziemi, zwłaszcza na cmentarzach w Wałczu, Kołobrzegu, Siekierkach i Zgorzelcu. Należy wyrazić ubolewanie, iż po latach – w wolnej Polsce – o tym się zapomina.

Wiele razy czytałem poniższą sentencję. Nasuwa mi różne refleksje, wśród nich i tę, że jest adresowana do żołnierzy Wojska Polskiego okresu PRL, dziś emerytów, statecznych ojców, dostojnych dziadków i teściów. Panowie, zastanówcie się nad treścią tych słów: Przez wieki wspominamy zwycięstwa: pod Grunwaldem, pod Wiedniem, pod Warszawą. Ale te zwycięstwa i chwała okupione były tysiącami poległych rycerzy, wojowników i żołnierzy. W dziejach świata nikomu nie udało się odnieść pełnego zwycięstwa, armię całą zachować i życie swoich żołnierzy ocalić. Śmiem twierdzić, że takie zwycięstwo odniósł w naszej historii tylko jeden generał, tylko jeden wódz, przed którym dziś chylimy swoje czoła. Do takiego zwycięstwa i do pełnej wolności doprowadziłeś nasz naród Ty, Panie Prezydencie. Zostały skierowane do Generała przez ks. Eugeniusza Makulskiego, jako słowa powitania Gościa, w dniu 6 października 1990 r. w Sanktuarium MBKP w Licheniu. Czy my wszyscy, rocznicę urodzin Generała możemy upamiętnić chwilą refleksji o naszym Najwyższym Dowódcy, o nas samych, gdyby… sojusznicy przyszli z „bratnią pomocą”? Zastanówmy się, która opcja polityczna przypomina dokonania lat PRL, m.in. w Brukseli szuka ratunku przed obniżaniem rent i emerytur oraz broni Generała przed degradacją. Czy naszym przemyśleniom możemy nadać praktyczny wymiar przy wyborczej urnie?

 

Żołnierska odpowiedzialność

Podejmując tę najważniejszą w życiu decyzję – wystąpienie z wnioskiem do Rady Państwa o wprowadzenie stanu wojennego, zyskał miliony zwolenników i wielu zagorzałych przeciwników. Formą społecznego uznania dla Generała była w 1985 roku inicjatywa ZBoWiD o nadanie stopnia Marszałka Polski. Odpowiedział: Czuję się głęboko zaszczycony i wdzięczny za te dowody życzliwości, za tak wysoką ocenę mej żołnierskiej służby. Nie uważam jednak za możliwe i celowe zrealizowanie tego wniosku. Polska Rzeczpospolita Ludowa hojnie oceniła spełniony przeze mnie żołnierski obowiązek. Stopień wojskowy, który noszę, dowodzi tego wystarczająco. Dziś głównym polem mej służby jest praca partyjna i rządowa. Uważam, iż swe obecne funkcje mogę i powinienem spełniać bez dodatkowych godności i honorów. Proszę was o zrozumienie i poparcie tego stanowiska, które osobiście uważam za ostateczne. Tego „społecznego argumentu” nie chciał użyć w mowie obrończej przed Sądem. Odpowiedzialność ponoszę sam – powiedział. O skali tego społecznego uznania może zaświadczyć Pan prof. Józef Kozioł.

Dzieląc się refleksjami ze spotkań z Janem Pawłem II, m.in. mówił: Zwrócę uwagę na drobiazg, ale miało to dla mnie znaczenie. Otóż Papież, zwracając się do mnie, nie używał tytułów urzędowych, politycznych, lecz mówił po prostu: „Panie Generale”. Jako żołnierz wielce to sobie ceniłem i cenię („Przemówienia”, 1990).

 

Żołnierz do końca

Na zakończenie mowy obrończej przed Sądem, Generał odczytał skierowany do niego list, w którym m.in. napisał: Na pytania Pana Prokuratora IPN odpowiadać nie będę… Posługując się art. 258 ust. 3 kodeksu, oskarżył mnie o „kierowanie zorganizowanym związkiem przestępczym”… Według tegoż artykułu oskarżeni byli i są przywódcy – inaczej mówiąc – herszci zbrodniczych gangów i mafii…Traktuję to nie tylko, jako osobistą zniewagę, a także wszystkich, którzy realizowali oraz, którzy popierali i popierają wprowadzenie stanu wojennego (mowę tę i list przeczytają Państwo w książce pt. „Ostatnie słowo”).

Kto dziś, po 10 latach przedstawi dowody, że Generał, piętnując prawną i moralną wymowę tego artykułu stanął w obronie „moralnie” posadzonych na ławie oskarżonych podwładnych – żołnierzy, którzy sumiennie realizowali zadania stanu wojennego. Milionów Polaków, którzy rozumiejąc sytuację, często z „ciężkim sercem” przyjmowali tę decyzję, jej dolegliwości znosili w pokorze. Oni głównie, m.in. przez sondażowe badania opinii, nie dają zatrzeć, wręcz zakłamać prawdy o swoich racjach wtedy, i dziś – po blisko 40 latach. Jestem pewien, że będą pamiętać o tym okresie swojego życia w dniu urodzin Generała. Też nie zapomną o próbach odbierania im godności i dezawuowania dorobku w dniu wyborów.

Przed Sądem chciał bronić się sam. Kilka razy słyszałem: Powiedziałem Papieżowi, że za stan wojenny ponoszę odpowiedzialność sam, pisałem i mówiłem to Polakom. Jednak – mówiąc ogólnie – względy proceduralne skłoniły Go do przyjęcia obrońcy w osobie Pani Marioli Kucińskiej. Ze znawstwem sztuki prawniczej służyła w przygotowaniu mowy obrończej. Wyjaśniała – nie tylko dziennikarzom – że lekarze Szpitala Wojskowego przy ul. Szaserów nie przyspieszą leczenia, by Generał przed Sądem, „zaspokoił” prokuratorską pychę i „racje”. Dystans czasu utwierdził moje przekonanie o osobistej uczciwości wobec Generała, a także o zawodowym profesjonalizmie Pani Mecenas. W tę 95. rocznicę dziękuję najuprzejmiej.

Przy okazji tej Rocznicy słowa podziękowania powinienem skierować do środowiska prawniczego, wielu uczonych, np. prof. Marka Chmaja i Jana Widackiego. Merytoryczną radą wspomagali Generała poznańscy lotnicy, a gen. Jerzy Zych był świadkiem. Spośród długiej listy wojskowych wspomnę o pomocy gen. Franciszka Puchały. Frontowy żołnierz i na całe lata przyjaciel, płk Michał Sadykiewicz, relacjonował „echa o procesie”z zachodnich mediów.

Ale to temat na inny czas. Generał dowiódł, iż w tej hańbiącej prokuraturę części procesu jest także Dowódcą, broniącym honoru podwładnych. Jest Żołnierzem – Przywódcą, broniącym godności Polaków, którzy okazując zaufanie w dramatycznej sytuacji – nie zawiedli się. Kolejny, ale już ostatni raz – przed majestatem prawa – usłyszeli słowa wdzięczności. Wielu zapamiętało je na zawsze. Takim pamiętają Generała podwładni, miliony Polaków. Świadczą o tym sondaże społeczne.