19 sierpnia 2022

loader

Kopalnia Wujek – pierwszy „kamień rzucony”… (cz. I)

„Niechaj w tym umęczonym kraju, który zaznał już tyle klęsk, tyle cierpień, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. Powstrzymajmy wspólnym wysiłkiem widmo wojny domowej. Nie wznośmy barykad tam, gdzie potrzebny jest most …  Zwracam się do Was, robotnicy polscy: wyrzeknijcie się dla Ojczyzny Waszego niezbywalnego prawa do strajku na taki okres, jaki okaże się niezbędny dla przezwyciężenia najostrzejszych trudności. Nie wznośmy barykad tam, gdzie potrzebny jest most”.

                                                    gen. Wojciech Jaruzelski

 

Tragedia ta wymaga szczególnej uwagi. Pisałem kilka razy w różnych tekstach, przez kilka ostatnich lat. 40 rocznica wprowadzenia stanu wojennego upoważnia szczególnie. Ku temu skłania sam ludzki sens tragizmu.

Gdy czytam i słucham o niej, nie opuszcza mnie pytanie – czy można było uniknąć rozlewu krwi, śmierci górników? Czytelnej odpowiedzi nie daje film Kazimierza Kutza pt. „Śmierć jak kromka chleba”. Film, co zrozumiałe, jest w pewnym stopniu reżyserską fikcją. Przedstawia różne wątki sytuacyjne, w tym „dochodzenie” do strajku. Strajk był pierwszą myślą, jaka nasunęła się górnikom po aresztowaniu Jana Ludwiczaka-widać takich reakcji, wręcz działań na sytuację wymagającą rozmowy, porozumienia, ustępstw- kierownictwo Solidarności („S”) szybko nauczyło swoich członków! Było kilka głosów poniechania strajku, ale stanowczo je odrzucono. Film pokazuje przygotowania górników do „obrony Kopalni”, także ich skrajną agresję wobec ZOMO, za co Reżyser był ostro krytykowany. Stawia pytania, pozostawiając widzom refleksję. Książka Jana Dziadula pt. „Rozstrzelana kopalnia” i kilka publikacji prasowych- zasługują na miano rzetelnej kroniki zdarzeń, także nie dają jasnej odpowiedzi na postawione pytanie.

Dla określonych środowisk i osób od lat łatwiejsza, stosunkowo nawet prostsza jest odpowiedź na inne pytanie – kto winien? Rzecz w tym, że proste odpowiedzi nie zawsze są wynikiem rzetelnego dochodzenia do prawdy. Ta jest złożona, nie poddaje się zwykłej kategoryzacji „czarne-białe”. Moralno-psychologiczna analiza ludzkich postaw i okoliczności wskazują, że uniknięcie użycia siły i rozlewu krwi  miało bardzo małe szanse powodzenia. Ale szansa była – to szczególnie podkreślam! Zatem przejrzyjmy „drogę do tragedii”.

Apel Generała

13 grudnia Rada Państwa wprowadza stan wojenny. Tragedia wydarzyła się 16 grudnia, czyli 4 dnia. Co się wtedy dzieje? Wystąpienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego kilka razy dziennie powtarza radio i telewizja. Opublikowała je „Trybuna Ludu” i „Żołnierz Wolności”, wraz z Proklamacją Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (WRON), dekretem Rady Państwa – wprowadzającym stan wojenny i innymi aktami prawnymi, regulującymi tok życia wewnętrznego kraju oraz odpowiedzialność przed sądem za naruszenia wprowadzonych przepisów. Powszechne było zaskoczenie czasem, rozmachem, skalą użycia sił MSW i Wojska. Można powiedzieć, że pierwsze dni znamionuje  pewien rodzaj szoku. Nie był to szok zupełny, gdyż pogłoski o możliwości wprowadzenia stanu wojennego od kilku miesięcy były znane Kierownictwu Związku, krążyły wśród ludności. Jak się później okazało  – władze Związku zdążyły się uodpornić i ubojowić. Zaś zdecydowana większość społeczeństwa wręcz odwrotnie-oczekiwała na ten stan, by wreszcie zahamowano szerzącą się anarchię, psychozę strachu, pomówień, nie mówiąc o nie kończących się strajkach, akcjach sprzeciwu, protestu.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że m.in. takie słowa Generała:

– „Jedno chciałbym osiągnąć – spokój. Jest to podstawowy warunek, od którego zacząć się powinna lepsza przyszłość. Jesteśmy krajem suwerennym. Z tego kryzysu musimy więc wyjść o własnych siłach. Własnymi rękami musimy odsunąć zagrożenie. Historia nie przebaczyłaby obecnemu pokoleniu zaprzepaszczenia tej szansy …

– Niechaj w tym umęczonym kraju, który zaznał już tyle klęsk, tyle cierpień, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. Powstrzymajmy wspólnym wysiłkiem widmo wojny domowej. Nie wznośmy barykad tam, gdzie potrzebny jest most …

– Zwracam się do Was, robotnicy polscy: wyrzeknijcie się dla Ojczyzny Waszego niezbywalnego prawa do strajku na taki okres, jaki okaże się niezbędny dla przezwyciężenia najostrzejszych trudności. Musimy uczynić wszystko, aby owoce Waszej ciężkiej pracy nigdy już nie poszły na marne …

– Zwracam się do Was, polskie matki, żony i siostry: dołóżcie wszelkich starań, aby w polskich rodzinach nie przelewano więcej łez. Zwracam się do młodych Polek i Polaków: okażcie obywatelską dojrzałość i głęboki namysł nad własną przyszłością, nad przyszłością Ojczyzny”

Słowa apelu musiały, i to kilkakrotnie dotrzeć, być słyszane przez samych górników, ich rodziny, organizatorów strajku w Kopalni. Co myśleli, jak zareagowali w praktyce?

Następstwa Apelu dla …

Uprawnione jest więc pytanie – czy nie zrobiły żadnego wrażenia, nie skłoniły do zastanowienia nad własnym i rodziny losem? Owszem tak! O tym świadczy film oraz list, jaki 11 listopada 2005 r. napisał górnik z Wujka do Generała, prosząc jednak o zachowanie tajemnicy jego nazwiska i adresu (kopia w aktach Sądu). Czytam w nim: „Piszę do Pana jako były górnik kopalni Wujek, który był świadkiem i obserwatorem w sprawie, która może mieć jakikolwiek wpływ na Pana położenie i może Panu pomóc w obronie przed tymi, którzy moim zdaniem winni są temu, o co próbują Pana oskarżyć … Ja w poniedziałek opuściłem jeszcze kopalnię po przepychankach na bramie przepustek i tłumaczeniu smarkatym debilom, że w przeciwieństwie do nich ja mam żonę i dzieci czekających na mnie, a ich polityczne wygłupy mnie nie interesują i jeżeli nie wyjdę natychmiast, to kogoś pobiję bez względu na konsekwencje. Po tych perswazjach wyszedłem z zakładu, ale we wtorek już sytuacja była poważnie zaostrzona ze strony komitetu strajkowego i nie było żadnych wyjść”.

Autor tego listu ocenia, że w niedzielę 13 grudnia 1981 r. w kopalni było ok. 3,5 tys. pracowników, w nocy z poniedziałku na wtorek, tj. z 14 na 15 grudnia było jeszcze ok. 2200-2500 ludzi. Natomiast feralnego dnia, tj. 16 grudnia w kopalni mogło być ok. 800-1200 ludzi. Widać z tego, co potwierdzają miarodajne źródła, że przemówienie Generała dotarło do ludzi, co prawda nie u wszystkich, ale jednak wywołało-zgodny ze zdrowym rozsądkiem skutek.

Wspomniany górnik dalej pisze: „Dlaczego nikt (może ja nie słyszałem) nie mówi o tym, że komitet protestacyjny podjął uchwałę i wystawił wzdłuż ogrodzenia warty społeczne, mające na celu zapobieżenie ucieczkom niechętnym ich poglądom pracownikom kopalni. Warty uzbrojone były w węże ciśnieniowe, kable wiertarkowe, styliska kilofów, itp. Każdy, kto próbował przeskoczyć płot był od niego odganiany, a jeżeli znalazł się na nim pod nieuwagę pilnujących, był przez tychże pilnujących bity. Oficjalnie bramą przepustek nie można było zakładu opuścić, oprócz komitetu strajkowego i pracowników dozoru wyższego. Pomimo tych środków i tak wielu młodych i starych pracowników znanymi sobie drogami, pod osłoną nocy oraz dzięki wtedy  panującemu mrozowi uciekło do domów w ubraniach roboczych oraz cywilnych, nie bacząc na konsekwencje jakie czekały z drugiej strony płotu. W taki oto sposób komitet strajkowy zapewniał sobie frekwencję strajkujących. Tym samym to komitet strajkowy jest odpowiedzialny za ofiary na kopalni, gdyż komitet wydał uchwałę o wartach wzdłuż płotu. W przeciwnym razie milicjanci nie mieliby czego i kogo pacyfikować, bo każdy logicznie myślący człowiek, ma przede wszystkim na celu własną głowę i rodzinę, a nie czyjeś partykularne interesy oraz polityczne zapędy.”

Niech więc na pytania, zarzuty i oceny rzetelnie odpowiedzą sami górnicy, uczestnicy tamtego strajku i jego organizatorzy. Można też pytać – co stało na przeszkodzie żeby komitet strajkowy pozwolił chętnym górnikom na opuszczenie kopalni? Chyba nic ważnego, poza partykularną chęcią pokazania władzy i sobie, że „dużo nas strajkuje”. W Kopalni zapewne pozostaliby tylko zdeterminowani, niewielu w stosunku do stanu całej załogi. Tak się niestety nie stało. Być może, dyrekcji udałoby się przekonać do rezygnacji z bezsensownego oporu, a  ZOMO widząc opuszczanie Kopalni przez górników, jeszcze opóźniłoby czas pacyfikacji, może uniknięto by ofiar, może…  Kto tu ponosi moralną i karną odpowiedzialność, czy tylko i wyłącznie władza?

Zdaniem jednego z organizatorów strajku- górnika Jerzego Wartaka (zmarł w 2016 r., Cześć Jego Pamięci!), komitet strajkowy powstał w obronie internowanego działacza Solidarności Jana Ludwiczaka. Drugim powodem była wiadomość o pobiciu kilku górników przez funkcjonariuszy SB. Ogłoszono w niedzielę 13 grudnia strajk na Kopalni, który jednak przerwano. Wznowiono w poniedziałek. Tego też dnia odbyły się rozmowy dyrekcji Kopalni i komisarza wojskowego z komitetem strajkowym. Wymóg zwolnienia internowanego działacza, nie mógł być spełniony. Takich uprawnień nie posiadały lokalne władze. Po 13 grudnia jeszcze kilka dni trwały internowania. Wojewódzki Komendant MO mógł rozmawiać z Ministrem Spraw Wewnętrznych, ale – jak wynika z archiwalnych dokumentów – tego nie zrobił, dopiero po tragedii. Także komisarz wojskowy nie rozmawiał z wyższym przełożonym w Warszawie. Nie spotkałem informacji, że wniosek był skierowany do gen. Czesława Kiszczaka. Trudno zakładać, że w pierwszych, gorących godzinach i dniach stanu wojennego, byłby pozytywnie i to natychmiast-czego bezwzględnie żądali górnicy- rozpatrzony. Górnicy mogli, a nie chcieli chociaż „chwilowo”, na kilka dni opóźnić spełnienie swego żądania, poczekać. Co to znaczy „chwilowo ustąpić”- może ktoś zapytać. Odpowiem tak- przez 43 dni stanu wojennego, tj. od 13 grudnia do 25 stycznia 1982 r. z internowania zwolniono (także na skutek próśb biskupów, o czym cisza) 1760 osób – o tym Generał poinformował Sejm.

Gorąca atmosfera, napięta sytuacja nie sprzyja, nie daje chwili czasu do namysłu. Wielka szkoda i strata, że w tym krytycznym momencie przegrał rozsądek i rozwaga. Także ze strony terenowych przedstawicieli aparatu władzy, choć świadomie akcent kładę na górników, ludzi pracy. Bo oni na sobie „na własnej skórze” ponoszą konsekwencje „siłowego rozwiązania”, które w konkretnym momencie zazwyczaj dyktują emocje, a nie rozsądek. I zwykle – właśnie o taki „moment” jest za późno. Oto splot okoliczności, które przy odrobinie dobrej woli można było pomyślnie rozstrzygnąć, skutki znane. Moralną odpowiedzialność Generał wziął na siebie! A komitet strajkowy? – rolę prokuratora wskazującego winnego.

Logika sytuacji, logika … siły

Pójdźmy dalej. Dlaczego organizatorzy strajku, górnicy słysząc wiele razy powtarzane przemówienie Wojciecha Jaruzelskiego, nie chcieli zastanowić się, podporządkować „logice sytuacji”? Kopalnia była otoczona, najpierw oddziałami ZOMO, potem Wojska. Dla każdego, rozsądnie myślącego, wyprowadzenie jednostek siłowych na ulice kończy wszelkie dyskusje. W tej sytuacji rozwiązanie może być tylko jedno – ustąpienie „przed siłą”, albo jej użycie. Innego rozwiązania w tak napiętej sytuacji nie ma i być nie może! Taka jest arytmetyka i logika użycia siły, na całym świecie, i to od wieków. Przecież wśród górników były osoby pamiętające przedwojenne strajki, znające choćby z opowiadań krewnych i znajomych, czym kończyły się ich wystąpienia, gdy na ulice wyprowadzano policję i Wojsko. Mam także świadomość, iż górnicy mogli nie znać liczby wówczas zabitych. Ale naukowcy, historycy powinni nie tylko znać, przede wszystkim rozumieć tamte i współczesne uwarunkowania.

W dniach 14 i 15 grudnia trwały – jak się później okazało – bezskuteczne rozmowy dyrekcji ze strajkującymi, ucieczki górników.15 grudnia dotarły do strajkujących wiadomości o zastosowaniu przez ZOMO w kopalni Manifest Lipcowy, tzw. ścieżki zdrowia (bicie zatrzymanych) z kopalni Staszic i Huty Baildon. Zastanawiające, to też nie ostudziło chęci stawiania oporu, ale przeciwnie. Jerzy Wartak w rozmowie z redaktorem „Gazety Wyborczej” wydanej 16.12.2005, pt. „Górnik wybacza generałowi”, (wyd. Katowice), m.in. mówi: „W nocy z 15 na 16 wszedłem do kuźni. Wyglądało jak na obrazie Grottgera – młodzi chłopcy kuli dzidy, piki…Dookoła żar palenisk.” Decyzja o takim przygotowaniu niemal przesądzała o dojściu do starcia. Że – jak mówią górnicy – „nadzieja umiera ostatnia”, tu umrze zbyt szybko, za szybko, za wcześnie… Trudno nie postawić pytania – czy tak należało wykorzystać czas, gdzie miejsce na refleksję, namysł nad powstałą sytuacją? Czy organizatorzy strajku i sami jego uczestnicy nie byli świadomi zagrożenia utraty życia? Okazuje się, że byli tego świadomi! Z reportażu radiowego pt. „Użyto broni” (1990), autorstwa Anny Sekułowicz i Marka Mierzwiaka wiemy, że 15 grudnia wieczorem ksiądz udzielił górnikom rozgrzeszenia, absolucji generalnej na wypadek śmierci. Rano 16 grudnia odprawił mszę, kilku górników przyjęło komunię, która według relacji zamieszczonej w „Karcie” (wyd. podziemne 1984) miała uratować oficera i trzech funkcjonariuszy ZOMO od powieszenia, pochwyconych przez górników podczas starcia. Tam znajduje się też informacja, potwierdzająca cytowaną relację, o nocnym „kuciu kos” i opis „bitwy górników” z ZOMO. Proszę się zastanowić- msza, powszechna komunia przed walką! Ileż było w tej Kopalni zawziętości, wrogości do stojących za ogrodzeniem Polaków, podkreślam Polaków! Tak postępowano na polach bitew, gdy naprzeciw stała armia wroga, agresora.  Dość tylko wspomnieć Grunwald, Lenino, Monte Cassino. A tu, w Polsce-Kopalnia węgla – naprzeciw siebie stoją Polacy, ksiądz przygotowuje na pewną śmierć! Zapytam – dlaczego nienawiść zastąpiła górnikom rozsądek? Dlaczego ksiądz nie posłuchał bp Henryka Bednorza, który podejmował starania, by strajkujących-podkreślam – strajkujących-skłonić do opuszczenia Kopalni Na co liczyli? Że oporem i dosłownie w walce z otaczającymi siłami ZOMO oraz Wojska odniosą sukces. Jaki? Że na skutek ich oporu zostanie zwolniony internowany związkowiec? Że strajk będzie mógł trwać dowolnie długo i zostanie przerwany kiedy górnicy uznają za właściwe, bo takiego myślenia i postępowania nauczyło ich Kierownictwo krajowe i regionalne- tu panowie: Rozpłochowski i Jedynak. Siły porządkowe miały się temu bezczynnie przyglądać (taki pogląd lansują niektórzy „naukowcy”). Mrzonki. A czyż górnicy nie zdawali sobie sprawy, że w tym starciu nie mają żadnych szans, poza pewnością utraty życia lub odniesienia ran. Praca pod ziemią nie rzadko przyprawiała ich o śmierć i rany! Byli więc oswojeni-jak to rozumieć? Dlaczego nikt, nawet ksiądz nie tłumaczył, że byłaby to zbyt wysoka stawka, bezsensowne ryzyko? Czy wyobrażano sobie, że ZOMO widząc ich gotowość oporu, determinację – cofnie się? Nie było to możliwe. Chyba na odwołanie stanu wojennego z tego powodu nie bardzo liczono, choć takie żądanie pojawiło się w „Proklamacji” komitetu strajkowego. Przecież górnicy wiedzieli, że większość społeczeństwa, także ich bliskich miała dość strajków, szła zima z wiadomymi skutkami i potrzebami. Generał apelował – powtórzę „Niechaj w tym umęczonym kraju, który zaznał już tyle klęsk, tyle cierpień, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi”. Czy uważano, że „krew” dotyczy tylko sił uzbrojonych, a pomija całkowicie ludzi, którzy zachowaniem mogą prowokować, wymuszać użycie broni? Czy zwalnia z odpowiedzialności moralnej – także księży? Po latach okazało się, iż komitet strajkowy liczył, że ZOMO nie użyje broni. Na jakiej podstawie? Podobno istniały pogłoski, że miało być „za górnikami”. Kto rozpuszczał taką „famę”, może dziś górnicy już wiedzą, znają autorów „mądrych bredni”, niech ogłoszą ich nazwiska, wystawią im „sowitą zapłatę” za takie „dobre rady”.

Z goryczą należy skonstatować, że czas 14, 15 grudnia nie działał na oprzytomnienie, opamiętanie, a odwrotnie. Zapytać należy o samozachowawczy instynkt. Owszem był, o tym świadczą ucieczki opisane w cytowanym liście górnika, książce „Rozstrzelana kopalnia”, itp. Trzeba je kwalifikować jako zwycięstwo rozsądku, a nie tchórzostwo. Szkoda, że nad wolą oporu nie przeważyło. Instynkt ten przejawił się także w innej postaci. Otóż, wspomniany górnik w liście do Generała napisał: „W czasie nocnej warty społecznej, którą pełnił mój znajomy spotkany obok łaźni szafkowej, dowiedziałem się, że na kopalni zjawili się członkowie KPN-u i KOR-u z COIGiE z propozycją dostarczenia strajkującym broni. Mają tylko powiedzieć jaka to ma być broń i ile sztuk. Później dowiedziałem się o rezygnacji z tego pomysłu, gdyż byłaby to samozagłada, a liczyli się z ofiarami i konsekwencjami”. Proszę- zapamiętajcie Czytelnicy ten szaleńczy pomysł- pytajcie o nazwiska „chętnych dostawców”, może zostaną „patronami ulic”. Liczę, że górnicy potwierdzą, że nie jest to „luźny pogląd” autora listu. Z całą mocą należy podkreślić, iż przytomność umysłu, rozsądek górników sprawił, iż po obu stronach „kopalnianej barykady” nie wzrosły rozmiary późniejszej tragedii – o ile osób? Tego nie dowiemy się nigdy, i dobrze! Wyraźnie zaakcentuję – „liczyli się z ofiarami”. Co z tego – uparcie drążę myśl,  która boleśnie raniła Generała-do końca!

Lekceważenie prawa … Rada Państwa wydanymi dekretami zakazywała strajków, a ZOMO miało w stanie wojennym to wyegzekwować. Generał prosił- powtórzę: „Zwracam się do Was, robotnicy polscy: wyrzeknijcie się dla Ojczyzny Waszego niezbywalnego prawa do strajku na taki okres, jaki okaże się niezbędny dla przezwyciężenia najostrzejszych trudności. Nie wznośmy barykad tam, gdzie potrzebny jest most”. I co- dlaczego nie posłuchano tej prośby, kto temu jest prawnie i moralnie winien, czy tylko władza, a konkretnie Generał?

Skąd brał się brak respektu dla prawa? Czy to aby nie skutek wielomiesięcznego poniżania, lekceważenia organów władzy i obowiązującego prawa przez solidarnościowych działaczy? Jaki stąd wniosek płynie na dziś w 2021 r. – czy obywatele mają tylko respektować te ustawy, które im się „podobają”? – niech nikt nie próbuje mi tu wmówić „innych sugestii”, tylko pytam, by skłonić do myślenia!!!  Tolerowanie protestów, strajków po 13 grudnia było nie do pomyślenia, jeśli w kraju miał zapanować spokój. Fakt przedłużania się sytuacji strajkowej w Kopalni Wujek działałby zachęcająco na inne zakłady pracy. Władze na to nie mogły pozwolić. To, niektórzy „historycy” IPN uporczywie bagatelizują, mówiąc m.in. o małej ilości strajkujących zakładów pracy w stosunku do ogólnej ich liczby. Tak, ale to wiadomo „po latach”, niech nikt nie próbuje tamtej władzy „dopisać” więcej wiedzy o bieżącej sytuacji, niż faktycznie miała, ani obwiniać piszących raporty! Milczeniem pomijają tamtą postawę społeczeństwa, w większości rozumiejącą taką konieczność stanu wojennego – świadczą o tym sondaże społeczne..

Sąsiedzi?… 

Podkreślę- zagranica. Sytuacja w Polsce była bacznie obserwowana w ZSRR, CSRS, NRD, Watykanie, w USA, na Zachodzie. I co-kto dziś może dać wiarygodne, autorytatywne zapewnienie, że nasi sąsiedzi widząc strajkową sytuację – nie podjęliby decyzji o udzieleniu „bratniej pomocy”? Powiem wręcz dobitnie – kto myśli, iż w Moskwie, Berlinie i Pradze bacznie, dość wnikliwie analizowano, ilu ludzi i gdzie strajkuje, a ilu tylko protestuje stojąc na ulicy albo pod zakładem pracy-jest w piramidalnym błędzie, oszukuje siebie i bliskich. Za to też ponosi odpowiedzialność – moralną przed sobą i bliskimi. Czy uważa, że nasi sąsiedzi „musieli” słuchać głosu z Watykanu i „anemicznych dywagacji” USA, Zachodu (poza RFN), brać pod uwagę- także jest w błędzie! Dla naszych sąsiadów liczyła się ich prosta ocena sytuacji w Polsce – strajkuje Śląsk, Trójmiasto, Szczecin, Kraków, Warszawa, inne miasta oraz, że MO, Wojsko, a szczególnie władza bezczynnością „zachęca” do strajków, nic z tym nie robi. Dla naszych sąsiadów stąd wynikałby także prosty wniosek- trzeba wejść, opanować sytuację, zrobić z tym porządek! Na ich sposób „wyręczyć”, zmienić taką władzę – czyim kosztem, kto racjonalnie to wyjaśni prawoskrętnym? Pytam o liczbę, tysiące ofiar Polaków…

Różni „uczeni”, politycy i publicyści nie chcą zauważyć, że interwencyjne działania sił MSW i Wojska były bacznie obserwowane w kraju i za granicą. Świadomie zapominają, że były „ostatnią deską ratunku” przed bratobójczą wojną domową i przed „sąsiedzką pomocą” w rozdzieleniu bijących się Polaków. Wobec tego, postanowienia odnośnych dekretów Rady Państwa musiały być niezwłocznie przestrzegane, w imię racji wyższych, bezpieczeństwa ogółu obywateli oraz definitywnego pozbawienia znanych kręgów nadziei na wewnętrzny chaos i „bratnią pomoc”. Tak patrząc na to zdarzenie, czas otwarcie powiedzieć:

– Górnicy Wujka byli pierwszymi „kamieniami rzuconymi” przez Solidarność, w imię „filozofii” rozumienia sytuacji. Niepotrzebnie, górnicy mogli tego uniknąć, „siła” na ulicy;

– Górnicy Wujka byli pierwszymi „kamieniami rzuconymi” przez władze w imię spokoju wewnętrznego! By im, ich kolegom-górnikom, wszystkim, którzy myśleli tylko o strajkach – tym faktem powiedzieć, dać do zrozumienia, że od tej chwili, od 13 grudnia, każda próba strajku tak będzie łamana- jeśli słowo, apel nie trafia! „Spokój musi być osiągnięty”!

– Górnicy Wujka byli pierwszymi „kamieniami rzuconymi” przez władze w imię pozbawienia sąsiadów chęci udzielenia „pomocy”. My, Polacy, sami te sprawy „załatwimy”!

Czy można było uniknąć śmierci górników, kto moralnie odpowiada? Czym wówczas i dziś, po 40 latach można racjonalnie, logicznie tłumaczyć taką głuchotę i ślepotę, zacięcie, zaparcie w sobie? Sądzę, że niczym sensownym. Może Czytelnicy wiedzą. Zachęcam do czytania następnej części.

Gabriel Zmarzliński

Poprzedni

Pożegnanie

Następny

Flaczki tygodnia