Mamy zabawną sytuację

– Jeśli rząd danego kraju cieszy się zaufaniem, obywatele chętniej stosują się do restrykcji i państwo nie musi się uciekać do ślepej represji. Jeśli tak nie jest, obywatele robią uniki, noszą maski, kiedy w pobliżu jest policja, i zarażają się wesoło w gronie rodziny, gdzie nikt ich nie kontroluje – mówi dr Klaus Bachmann, historyk i politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Niedawno minął rok pandemii. Jak ten czas zmienił oblicze polityki?

KLAUS BACHMANN: W wielu krajach pandemia spowodowała, że ludzie skupiali się wokół rządu. Notowania partii rządzących w sondażach wzrosły, opozycja traciła. W Polsce było odwrotnie, choć myślę, że protesty przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego i rozkład obozu władzy miały tu większy wpływ, niż sama pandemia i sposób, w jaki rządzący sobie z nią radzili.

Co po pandemii? Czy wiatru w żagle nabiorą populiści, czy nastąpi powrót do nauki, empiryzmu, oświecenia?

Pandemia jest politycznie neutralna, warunki, jakie stwarza, mogą wykorzystać rządy i opozycje, można wygrać wybory podczas pandemii – czego w Polsce dowiódł Andrzej Duda – można je też przegrać, czego dowiódł w Stanach Donald Trump.

Niektórych populistów pogrąży, jak pogrążyła Donalda Trumpa i być może pogrąży wkrótce Jaira Bolsonaro, innych można wzmocnić, jak Viktora Orbána albo Borisa Johnsona.

To przeciwstawienie nauki i populizmu mi się nie podoba, choć wiem, że jest to obecnie bardzo popularny sposób argumentacji. Nie chciałbym, aby politycy podejmowali decyzje podyktowane jedynie nauką, co w tym przypadku chyba oznacza wskazania zalecane przez epidemiologów i wirusologów. To, czy, kiedy ogłosić lockdown i jak go przeprowadzić, to są decyzje istotnie polityczne, powinni je podejmować politycy z demokratycznymi mandatami, a nie apolityczni eksperci. Celem takich decyzji nie może być tylko dążenie do ochrony zdrowia, ale ważenie racji i interesów służby zdrowia, gospodarki, edukacji i wszystkich grup społecznych, których dotyczy taki lockdown albo jego brak.

Epidemiolog i wirusolog mogą nam powiedzieć, co zrobić, aby redukować rozprzestrzenianie się wirusa, ale oni nie mogą decydować, ile zdrowia uczniów, młodych ludzi, przedsiębiorców, ile samobójstw, depresji może to kosztować. Widać to po tym, że żaden kraj nie wprowadził przy drugiej i trzeciej fali takich obostrzeń, jak przy pierwszej, bo wszyscy wiedzieli, że to co prawda bardzo skutecznie redukowałoby liczbę infekcji, ale skutki byłyby nie do wytrzymania.

Medycy mogą nam powiedzieć, jak ograniczyć zakażenia, ale oni nie mogą nam powiedzieć, jaką cenę powinniśmy za to zapłacić i kto powinien ponieść konsekwencje. To mogą robić tylko politycy.

Jeśli zaś chodzi o ruchy antyszczepionkowców i negacjonistów pandemii, to ich hałas jest niewspółmiernie duży w stosunku do ich faktycznego wpływu. Zaprzeczenie jest starą jak świat reakcją ludzką na zagrożenia, kiedy ludzie uważają, że przerasta ich wysiłek, jakiego to od nich wymaga. Jeśli inny kraj napadnie na Polskę, dezerterzy nie będą przyznawać, że boją się walczyć, będą twierdzić, że napadu nie ma, że kraj ten wcale nie jest groźny albo że jesteśmy z góry skazani na porażkę. Dlaczego przy pandemii miałoby być inaczej?

Jedyne, co mnie zaskakuje w tej pandemii, to relatywnie rzadkie próby znalezienia kozłów ofiarnych. Trochę tego było na początku, kiedy opluwano i bito ludzi o rzekomych rysach azjatyckich na ulicy i Donald Trump zaczął mówić o wirusie z Wuhan albo o chińskim wirusie. Ale cieszę się, że do pogromów nie doszło, bo szczerze mówiąc uznałem to za niemal nieuniknione.

Niektórzy twierdzą, że pandemia przyniesie renesans państw narodowych, co już się zaczyna. Jak pan skomentuje tę kwestię?

Wręcz przeciwnie. Dzięki temu, że wewnątrz UE Komisja Europejska negocjowała zakupy szczepionek dla państw członkowskich, uniknęliśmy wewnątrz UE wyniszczającego wyścigu między państwami członkowskimi.

Bez tego producenci, którzy i tak nam tańczyli na nosie, mogliby sobie urządzić po prostu otwarte przetargi na szczepionki, ceny szybowałyby w górę. Wtedy kraje o dużych zasobach finansowych, które mają na swoim terytorium fabryki produkujące szczepionki, miałyby je natychmiast i od początku, reszta musiałaby czekać aż ceny spadną i ludzie w najbogatszych państwach zostaliby wyszczepieni. Zamiast tego UE kupiła od producentów po relatywnie niskich cenach (inaczej niż Izrael, który płacił kilkakrotnie więcej) i rozdzieliła to według liczby ludności.

Przy otwartych przetargach Polska miałaby ewentualnie szansę na szczepionki, ale płaciłaby o wiele więcej niż obecnie. Ale co robiłyby finansowo słabsze kraje UE, jak Rumunia i Bułgaria? Dlatego słyszeliśmy bardzo dużo krytyki wobec Komisji Europejskiej z dużych i bogatych krajach, jak Niemcy i Francja, ale same pochwały na przykład ze Słowacji.

Czy pandemia umocni UE, czy wręcz przeciwnie?

Oczekuję bardzo szybkiej inicjatywy celem tworzenia wspólnej polityki zdrowotnej. To jedyny sposób, aby dzielić się kosztami odbudowy służby zdrowia w najbardziej dotkniętych pandemią państwach. Zobaczy pani, że Viktor Orbán nadal będzie pomstować na rzekome spiski brukselskie, plany Sorosa i próby narzucenia Węgrom uchodźców, ale będzie jak najbardziej (choć pewnie bardzo cicho i dyskretnie) za tym, aby to za pośrednictwem UE Francja, Niemcy, Holandia i inni płatnicy netto do budżetu uczestniczyli w kosztach odbudowy.

Widać to było już przy negocjacjach dotyczących Funduszu Odbudowy. Orbán zrozumiał, że nie może blokować jego powstania, może jedynie wyłączyć swój własny kraj z niego i na złość Unii odmrozić swemu krajowi uszy.

A w Polsce?

W Polsce mamy bardzo zabawną sytuację. Jest taka popularnonaukowa reguła w polityce: im mniej wpływu ktoś ma na daną sprawę, tym bardziej pryncypialnie albo nieodpowiedzialnie może się zachować. Solidarna Polska to właśnie robi, jest pryncypialnie przeciwko, bo wie, że i tak znajdzie się większość na poparcie Funduszu w Sejmie. Nie sądzę, aby oni byli też przeciwko, gdyby wiedzieli, że wtedy faktycznie pozbawiliby Polskę tak gigantycznych środków.

Co sama pandemia mówi o demokracji i jej jakości? Długo na jej początku mówiono, że państwa niedemokratyczne radzą sobie lepiej i podawano przykład Chin. Z drugiej strony widzimy, że tam, gdzie rządzą populiści, pandemia szaleje bardziej (Brazylia, USA za Trumpa). Czy możemy wyciągnąć jakiś wniosek na tej podstawie?

Nie mamy jeszcze porządnych naukowych opracowań o tym, bo też niezbyt dużo wiemy jeszcze o tym, kto sobie radził lepiej i kto gorzej – i co to w ogóle znaczy. Stany Zjednoczone kiepsko radziły sobie z ograniczeniem liczby infekcji, a pandemia pokazała w całej jaskrawości słabości systemu opieki zdrowotnej, który powoduje bardzo duże koszty, ale obejmuje tylko część społeczeństwa.

Ale Stany radzą sobie bardzo dobrze z akcją szczepienną i mogą sobie też pozwolić na gigantyczne zadłużenie. Dzięki temu kapitał z całego świata będzie się składać na odbudowy Stanów po pandemii, kapitał, którego wtedy zabraknie w biedniejszych krajach. Chiny były ekonomicznie bardzo sprawnie, udało im się też ograniczyć rozprzestrzenianie wirusa, ale słabość ich systemu była widoczna na samym początku: ukarano urzędników, którzy bili na alarm, a wiadomości o zagrożeniu próbowano ukrywać.

Dziś wiemy, że wirus pojawił się już jesienią 2019 roku w Europie, co oznacza, że Chiny ukrywały sprawę przez kilka miesięcy. Innymi słowy: dyktatura radziła sobie dość sprawnie z zagrożeniem, które sprowadziła sama na siebie i innych. Doprawdy nie wiem, czy to jest argument za dyktaturą.

Podobnie jest z Rosją: jako pierwsza dopuściła szczepionkę na rynek, ale dlatego, że de facto trzecią fazę badań przeprowadziła po prostu jako eksperyment medyczny na własnej ludności. Mam z tym podobny problem jak z Chinami: czy w kraju centralnie rządzonym z wyłączeniem pluralizmu i za pomocą cenzury brak doniesień o negatywnych zjawiskach (obojętnie, czy dotyczą one wybuchu pandemii, czy jakości szczepionki) oznacza brak takich zjawisk, czy raczej dowodzi skuteczności cenzury? O skutkach ubocznych szczepionki AstraZeneca dowiedzieliśmy się natychmiast. Gdyby coś takiego miało miejsce w Chinach lub w Rosji, to byśmy się o tym też dowiedzieli, i nawet jeśli tak, to kiedy?

Na podstawie moich obserwacji mam dwa wnioski: kraje centralistycznie rządzone radzą sobie lepiej z podejmowaniem szybkich decyzji i narzuceniem restrykcji, bo przy podejmowaniu decyzji rząd nie musi się oglądać na inne organy władzy. Kraje zdecentralizowane lepiej dopasowują restrykcje do lokalnych i regionalnych warunków, dzięki temu są one mniej dotkliwe dla obywateli.

Najważniejszym czynnikiem skuteczności polityki w warunkach pandemii jest coś innego: to, czy rząd – obojętnie czy demokratyczny, czy nie – cieszy się zaufaniem obywateli.

Jeśli tak jest, obywatele chętniej stosują się do restrykcji i państwo nie musi się uciekać do ślepej represji. Jeśli tak nie jest, obywatele robią uniki, noszą maski, kiedy w pobliżu jest policja, i zarażają się wesoło w gronie rodziny, gdzie nikt ich nie kontroluje. Wtedy pogłoski i teorie spiskowe utrudniają szybkie szczepienia.

Czy PiS znalazł dobry pomysł na pandemię? Po roku w święta wielkanocne usłyszeliśmy od premiera pierwszy raz słowo przepraszam. Tak to cały czas słychać narrację sukcesu – Polska najlepiej radzi sobie z pandemią, mamy najniższe bezrobocie itd.

Propagandę PiS trzeba czytać odwrotnie: kiedy się chwali, nie oznacza to, że odnosi sukces, lecz że sam odczuwa potrzebę chwalenia się, bo stracił kontrolę nad sytuacją. Teraz na przykład koniecznie chce się dzielić odpowiedzialnością, ale to nie znaczy, że nagle stał się bardziej odpowiedzialny i koncyliacyjny, tylko pragnie innych obarczyć odpowiedzialnością za kłopoty, w które wpadł.

PiS reagował bardzo szybko w marcu – kiedy rządy regionalne w Niemczech jeszcze dyskutowały o zamknięciu szkół, PiS je po prostu zamknął.

Narzucał nadmiernie represyjny lockdown, który oburzył nawet wielu jego zwolenników i wszystkim w Polsce unaocznił, co to znaczy żyć w państwie policyjnym.

Ale dzięki temu wzrost infekcji w pierwszej fali był niski.

Polska jest krajem centralistycznym i była takim już przed 2015 rokiem, więc rząd nie musi się oglądać na jakieś rządy i parlamenty regionalne, może robić, co chce, zwłaszcza że PiS poprzejmował nawet te instytucje, które wcześniej ograniczały władzę jego poprzedników.

PiS mógł robić, co chciał, ale ponieważ ta partia bardziej niż jakakolwiek inna przed nią nie znosi konsultacji, porad ekspertów i dyskusji, bo uważa je za oznaki słabości, to też mógł robić fatalne błędy, które były łatwe do przewidzenia i do uniknięcia: zamykanie granic z dnia na dzień bez najmniejszego pomysłu, jak sobie radzić z kolejkami powracających do Polski Polaków i Ukraińców, Słowaków i Litwinów w tranzycie, zakaz lotów i potem ściąganie Polaków z całego świata, zbieranie Polaków z Wielkiej Brytanii bez testowania i izolowania ich, dzięki temu mamy teraz kilkakrotnie większe liczby infekcji i ofiar śmiertelnych na 100 000 mieszkańców, niż Niemcy, którzy mieli gęstszą sieć połączeń z Wielką Brytanią.

Jeśli chodzi o skutki ekonomiczne pandemii, to naprawdę nie rozumiem, dlaczego spadek PKB z 4,5 proc. na 3,6 proc. ma być większym sukcesem, niż na przykład spadek w Niemczech z 0,6 proc. na -5 proc.

Recesja jest relatywnie mała w Polsce, ale to dlatego, że wzrost przed pandemią był wysoki. Spadek z wysokiego konia jest zazwyczaj bardziej bolesny, niż spadek z kucyka.

Co do bezrobocia: cieszę się, że jest niskie, ale przed pandemią mieliśmy brak rąk do pracy i dlatego rząd wtedy zapraszał tak dużo imigrantów zarobkowych z Ukrainy, Indii i Bangladeszu. Duże bezrobocie nam nie grozi, grozi nam starzenie się społeczeństwa, emigracja lepiej wykształconych obywateli do Europy zachodniej (w tym lekarzy i pielęgniarek) i zamykanie na to oczu ze strony rządzących, którzy próbują nam wmawiać, że nic się nie zmieniło, że nie musimy sobie radzić z masową imigracją, bo Polska to państwo Polaków i kropka.

Czy Kaczyński zdecyduje się na wcześniejsze wybory, mając traumę z 2007 roku, kiedy oddał władzę po wcześniejszych wyborach?

To nie jest w rękach Kaczyńskiego. Wcześniejsze wybory można urządzić, jeśli Sejm tak zadecyduje większością 2/3 posłów. Oznacza to, że PiS do tego potrzebuje głosów opozycji. Można to omijać, jeśli urzędujący premier ustąpi i Sejm nie wybierze nowego – wtedy prezydent może skracać kadencję Sejmu. Ale to decyzja premiera Morawieckiego i prezydenta Dudy. Trudno też uzasadnić, dlaczego gabinet, który rzekomo tak fantastycznie radzi sobie z pandemią, nagle miałby ustąpić. No i potem – w obecnym stanie Zjednoczonej Prawicy – nie przyjąłbym zakładu, że nowy gabinet też uzyska wotum zaufania…

PiS może jesienią manipulować uchwalaniem budżetu tak, aby dać prezydentowi możliwość skrócenia kadencji Sejmu.

Bardziej prawdopodobny jest jednak inny rozwój wydarzeń, całkowicie poza kontrolą Kaczyńskiego: przy spadającym poparciu dla PiS niektórzy jego posłowie, których mandaty byłyby zagrożone, jeśli dojdzie do wcześniejszych wyborów, przechodzą do Polski 2050 i dogadują się z posłami Gowina i z opozycją, wybierając nowego marszałka Sejmu i przeprowadzając potem konstruktywne wotum nieufności, z którego wyłoni się gabinet techniczny z przedstawicielami wszystkich partii poza PiS i Solidarną Polską.

Ten gabinet zarządzałby polityką pandemiczną i jesienią albo nie uchwaliłby budżetu, albo ustąpiłby i posłowie, którzy go wspierali, nie wybraliby nowego, zmuszając prezydenta do skrócenia kadencji Sejmu i ogłoszenia nowych wyborów. Jak widać, czy Kaczyński się tu na coś decyduje, jest już mało istotne.

Czy opozycja powinna w ogóle rozważać, że nie poprze ratyfikacji unijnego budżetu?

To rząd negocjował w Brukseli i rząd podejmował zobowiązanie, że przeprowadzi ratyfikację Funduszu Odbudowy w polskim parlamencie. Jeśli nie jest w stanie tego dokonać, to powinien postarać się o renegocjację, aby parlament mógł to uchwalić wymaganą większością, albo ustąpić i zostawić to zadanie następcom.

Renegocjację widzę raczej w czarnych barwach, bo Fundusz już został przyjęty w niektórych krajach UE i z tym żądaniem Polska byłaby kompletnie osamotniona. Trudno jest też tłumaczyć opinii publicznej innych krajów członkowskich, dlaczego ten sam rząd, który się na to zgodził, nagle tę zgodę wycofuje odrzucając Fundusz, na który składają się bogatsze państwa dla niego.

Rozumiem, że to jest ten scenariusz, który przyświeca politykom Solidarnej Polski. Jestem w stanie zrozumieć, że są gotowi zgodzić się na bardzo wysokie koszty, aby dalej w sposób nieskrępowany móc prześladować niewygodnych dla nich sędziów, zwłaszcza że jest jasne, że koszty za to ponosić będą nie oni, lecz polscy przedsiębiorcy, samorządy, służba zdrowia i organizacje pozarządowe. Ale jest to polityka skazana na porażkę, bez względu na to, co Polska teraz blokuje – rozporządzenie, które pozwala na karanie za naruszenie zasad praworządności, już zostało uchwalone i weszło w życie, zupełnie niezależnie od tego, czy Polska ratyfikuje Fundusz Odbudowy.

A opozycja?

Zadaniem opozycji jest kontrola i krytyka rządu. W ostatnich latach było to dość iluzoryczne z powodu poprzejmowania instytucji kontrolnych i marginalizacji parlamentu przez PiS i z powodu słabości opozycji. Teraz pojawia się okazja, aby faktycznie ograniczyć pole manewru rządu, stawiać mu warunki albo nawet tworzyć nową większość w Sejmie i nowy rząd. Morawiecki, Kaczyński i Ziobro sami zastawiali tę pułapkę na siebie, próbując szantażować UE.

Zadaniem opozycji nie jest ratowanie rządu z opresji, którą sam spowodował. Zadaniem opozycji jest być gotową do przejęcia władzy.

Ale powiem szczerze: nie mam wrażenia, że opozycja jest na to gotowa. Dlatego sądzę, że jeśli Kaczyński znowu gra va banque, to posłowie opozycji zrobią, co trzeba, aby Polska mogła terminowo otrzymać środki z Funduszu Odbudowy, potem włączą sobie TVP i wysłuchają kolejnej tyrady o tym, jak rzekomo „totalna opozycja” szkodzi Polsce i Polakom.

Polska, Europa, Brexit

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbywają się wybory parlamentarne. Po nich zmaterializuje się wreszcie odsuwany po raz któryś z rzędu z racji niedecyzyjności rządzących elit „Brexit”. Wstrząs czeka nie tylko Brytyjczyków, ale też Unię Europejską, a więc Polskę.

Dla wyspiarzy data 12 grudnia 2019 może stać się symboliczną i przełomową datą na kształt 14 października 1066 r. Wtedy to normańskie oddziały atakujące z kontynentu pod wodzą Wilhelma I Zdobywcy po zwycięskiej bitwie koło Hastings i rozbiciu wojsk brytyjskiego króla Harolda II na powrót (po kilkuwiekowej i przerwanej w 402 r. n.e. okupacji rzymskiej) połączyły wyspę z kontynentem. Oczywiście była to tylko łączność rodów królewskich, ale symbolicznie można to uznawać za jakąś symbiozę wysp i Europy kontynentalnej.

Brexit wywoła proces odwrotny. I nie chodzi tu tylko o utrudnienia dla migracyjnych pracowników, czyli dla także dla setek tysięcy Polaków. Można się spodziewać, że okaże się końcem Zjednoczonego Królestwa. Szkoci głośno zapowiadają powtórkę referendum niepodległościowego, a potem starania o wejście w skład Unii. Ulster najpewniej zjednoczy się z „macierzą” – Republiką Irlandii. Walia w dalszej perspektywie też może starać się o rozwód z Albionem. Mała, samotna, wielkości Belgii czy Holandii Anglia pozostanie wyniośle i izolacjonistycznie w centrum największej wyspy archipelagu. Z racji atlantyckich ciągot, mentalności, kultury i języka, związków nie tylko finansowo-gospodarczych, a także historii pozostanie jej stowarzyszyć się (tak jak Portoryko) z USA lub nawet wejść jako 51 stan w zestaw Ameryki. Dumne (i krwawe) imperium, władające przez ponad dwa wieki 1/3 świata, nad którym „nigdy nie zachodziło słońce” może skończyć jako jeden z elementów składowych własnej byłej kolonii.

Po Brexicie technokratyczny, neoliberalny, oparty o anglosaską mentalność i filozofię sposób uprawiania polityki musi ulec osłabieniu w perspektywie dłuższego czasu. To kolejna zła wiadomość dla polskich elit, które w ostatnich dekadach właśnie ten sposób myślenia przyjmowały jako wyrocznię: tak jeśli chodzi o wewnętrzne zarządzanie państwem, tak jeśli chodzi o sprawy międzynarodowe. Wiatru w żagle dostaną natomiast trendy ściślejszego jednoczenia się Unii jak i powolnego rozwodu z USA. To Wielka Brytania, a tuż za nią Polska opowiadały się za kurczowym trzymaniem się surduta Wuja Sama. Teraz większe będą szanse na przemyślenie innych możliwości. Oby także w gospodarce, wszak thaczeryzm i reganomika u podstaw których legła cała ideologia neoliberalna, mają wybitnie anglosaski rodowód.

Wróćmy jednak do spraw międzynarodowych. Unia bez Wysp może zacząć kierować swoje zainteresowania naturalnym kursem współpracy (wielowymiarowym) – na Wschód. Ku jednoczeniu się z Azją. Te wizje i tezy pobrzmiewają zarówno w kilku ostatnich wystąpieniach prezydenta Francji Macrona, jak i spotkaniu (symbolicznym) odbytym nie dawno w Soczi Prezydenta Rosji Putina z przedstawicielami największych koncernów niemieckich (Mercedes, Siemens, AEG, Bayer, Bilfinger etc). To chęć budowy wspólnej gospodarki od Lizbony po Władywostok. Cathrina Claas-Mühlhäuser, wiceszefowa Komitetu Wschodniego Gospodarki Niemiec podkreśliła , iż niemieccy przedsiębiorcy liczą na możliwość politycznego pojednania i powrót do normalnych, gospodarczych kontaktów.

Integralną częścią przestrzeni gospodarczej od Lizbony do Władywostoku byłby tzw. „Nowy Jedwabny Szlak”, czyli połączenie we wspólnotę ekonomiczno-gospodarczą tandemu Chiny-Rosja i Unii Europejskiej, potrzebującej zarówno rosyjskich surowców jak i „miękkiej siły” Chin. Trzeba tu dodać, iż koncepcję takiej przestrzeni – nazywanej Związkiem Gospodarczym – kilka lat temu (z dokładnym „rozrysowaniem” mapy drogowej i sposobów funkcjonowania) ogłosił znany na świecie (lecz nie w Polsce) intelektualista rosyjski, politolog i akademik, prof. Siergiej Karaganow. Tego obawiają się Amerykanie, tworząc dywersję wewnątrz wspólnoty oraz kordony odcinające „starą Unię” od Rosji. Po Brexicie rola takich „koni trojańskich” jak kraje nadbałtyckie i Polska w zamysłach wuja Sama jeszcze wzrośnie.

Czy polskie elity będą w stanie dokonać w nowych warunkach rzetelnego rachunku zysków i strat, czy nadal będą ślepo podążać za Waszyngtonem? Czy może zauważą, jakie szanse daje Europie rezygnacja z anglosaskiego zachodocentryzmu i militaryzmu? Eurazja, wyzbycie się narodowo-rasistowskiego, kulturowego paternalizmu, przy równoczesnej rezygnacji z rojeń o wiecznym wzroście może być szansą dka całego dla świata. Jak prognozuje prof. Sorbony, Bruno Drwęski, może służyć budowie autentycznego internacjonalizmu i wszystkiego, co się z nim wiąże.

Polityka antyzagraniczna PiS

„Polityka antyzagraniczna” tak określam politykę rządu Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich latach, z kilku powodów.

Tak słabej pozycji międzynarodowej Polska od dawna nie miała. Polska traci prestiż, wiarygodność i wpływy w światowej polityce. Jak stwierdziła to konferencja byłych ambasadorów RP w swoim oświadczeniu 31 maja 2018r. „obecne władze czynią z Polski państwo słabe, izolowane i samotne. Dorobek polityki zagranicznej niepodległej Polski jest marnotrawiony i niweczony”.
Polska jest członkiem Unii Europejskiej, ale nie ma dziś wzorowych stosunków z żadnym państwem tego ugrupowania jak również nie ma bezkonfliktowych stosunków z państwami nie należącymi do UE. W interesie każdego państwa jest zabieganie o dobre, przyjazne stosunki z sąsiadami. Tymczasem Polska ma napięte stosunki z Rosją, problemy z Białorusią i poprawne choć nie najlepsze stosunki ze Słowacją, Czechami i Niemcami. Nic więc dziwnego, że tracimy wpływy na arenie międzynarodowej.
Niemcy są naszym największym partnerem handlowym. Tymczasem raz po raz ze strony polskiej pojawiają się wypowiedzi drażniące naszego zachodniego sąsiada. Świadczą o tym żądania nowych odszkodowań mimo, że sprawa ta została dawno uregulowana. Nie służą dobrze stosunkom dwustronnym nieodpowiedzialne wystąpienia ambasadora RP w Niemczech Andrzeja Przyłębskiego.
Nie tylko nie potrafimy wykorzystać naszego członkostwa w Unii Europejskiej dla wzrostu znaczenia Polski, ale nieodpowiedzialnymi zachowaniami osłabiamy naszą pozycję w tym ważnym ugrupowaniu. Niejako symbolem naszego braku znaczenia dla członkostwa w UE było usunięcie przez ówczesną premier Beatę Szydło flagi unijnej z siedziby Rady Ministrów. Do Trybunału Sprawiedliwości UE napływają skargi na Polskę za łamanie prawa unijnego. W wyniku werdyktu Trybunału Sprawiedliwości władze polskie zmuszone były do rezygnacji ze zmian m. in. w ustawach o sądownictwie, w tym w ustawie o Sądzie Najwyższym oraz o wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.
Przykładem amatorszczyzny i porażki polskiej dyplomacji była konferencja w Warszawie 14 lutego br. o Bliskim Wschodzie. Inicjatorem tej konferencji była administracja Donalda Trumpa. Amerykanie chcieli zorganizować tę konferencję w Europie Zachodniej lub w Maroku, ale żaden kraj nie zgodził się na rolę gospodarza. Poniżające dla nas było to, że konferencję w Warszawie zapowiedzieli Amerykanie zanim jeszcze pojawiły się o tym informacje ze strony polskiej. Uznano to za przykład klientelizmu i serwilizmu rządu polskiego wobec Waszyngtonu. Początkowo Amerykanie chcieli z tego spotkania, w którym wzięło udział ponad 50 państw uczynić antyirański show. Nawet padło słowo „wojna” przeciw Iranowi. Ale nie znalazło to poparcia wśród innych państw. Kilka krajów zbojkotowało spotkanie w Warszawie.
Konferencja w Warszawie była niewypałem politycznym i obfitowała w liczne skandale, do czego przyczynili się głównie Amerykanie i Izraelczycy. Według informacji prasy zagranicznej premier Netanjahu miał oświadczyć, że Polacy mordowali Żydów, co mogło sugerować że czynili to wszyscy Polacy. Dziennikarka z amerykańskiej stacji NBC Andrea Mitchell w relacji z Warszawy dezinformowała Amerykanów, że w czasie powstania w warszawskim getcie powstańcy żydowscy walczyli z polskimi i nazistowskimi władzami. Nawet organizacje żydowskie w Stanach Zjednoczonych zaprotestowały przeciw temu kłamstwu. Dziennikarka amerykańska po licznych protestach przeprosiła za swe kłamliwe wypowiedzi.
Stany Zjednoczone były reprezentowane na warszawskiej konferencji przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a oraz sekretarza stanu Mike’a Pompeo. Amerykanie wykazali się ignorancją przypominając Polakom o należnych im odszkodowaniach za mienie znacjonalizowane w powojennej Polsce. Zapomnieli, że Polska w 1960 r. podpisała porozumienie z rządem USA w wyniku którego zgodziła się zapłacić 40 mln. ówczesnych dolarów za znacjonalizowane mienie amerykańskie. Przedstawiciele rządu PiS nie wyjaśnili Amerykanom, że ich żądanie nie ma podstaw prawnych.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ponad trzech lat sprawowania władzy doprowadził do znacznego osłabienia pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Dotyczy to pogorszenia stosunków bilateralnych z wieloma państwami jak również pozycji naszego kraju w strukturach międzynarodowych takich jak UE, NATO, ONZ. W mediach zagranicznych często wspomina się Polską ksenofobię i antysemityzm oraz brak gotowości do przyjmowania uchodźców.
Do osłabienia pozycji i wpływów Polski na arenie międzynarodowej przyczyniają się mankamenty polskiej służby dyplomatycznej. Z MSZ zwolniono wielu doświadczonych dyplomatów. Na czele polskich placówek zagranicą stoją ludzie niedoświadczeni i pozbawieni obycia międzynarodowego. Prawo i Sprawiedliwość nie chce wręcz korzystać z doświadczonych osób, jeżeli nie mają one związku z ich partią i ich poglądami.

PiS prowadzi Polskę na peryferia

Rozmowa z dr. Ireneuszem Bilem, dyrektorem Fundacji Amicus Europae, ekspertem ds. stosunków międzynarodowych.

Czy relacje polsko-amerykańskie znalazły się w kryzysie? Ireneusz Bil: – O kryzysie w relacjach międzypaństwowych nie może być mowy, nasze kraje łączy zbyt wiele interesów i więzi politycznych, sojuszniczych, ekonomicznych. Ale możemy mówić o kryzysie zaufania do polskich władz. Takiego ochłodzenia relacji jak obecnie nie było w ciągu ostatnich 25 lat. Amerykańska konsternacja sytuacją w Polsce jest bezprecedensowa. Skala negatywnego zaskoczenia w Waszyngtonie jest większa aniżeli po wygranej Aleksandra Kwaśniewskiego nad Lechem Wałęsą w wyborach prezydenckich 1995 r. Wtedy przyczyny niepewności były zrozumiałe: oto przywódcą państwa prowadzącego negocjacje o członkostwie w NATO został „postkomunista”, który w dodatku pokonał ikonę walki o demokrację, laureata Nagrody Nobla, którego uhonorowano wystąpieniem przed amerykańskim Kongresem. Ale Kwaśniewski szybko zjednał Amerykanów determinacją na drodze do NATO i UE, przyjęciem konstytucji, która de facto ograniczała jego władzę, otwartością wobec świata, polityką pojednania i rozwoju dobrych relacji z sąsiadami. A były to wartości szczególnie cenne w obliczu zmagania się ówczesnego świata z konsekwencjami wojny narodowościowej w byłej Jugosławii, która pokazała, dokąd wiedzie nacjonalistyczna i szowinistyczna polityka prowadzona na obszarze postkomunistycznym. Dzisiaj skala zaskoczenia jest większa, bo i większe jest niezrozumienie przyczyn zamachu na praworządność i procedury demokratyczne, gwałtownego zachwiania się stabilności polskiej demokracji. Amerykanie niewątpliwie uważnie obserwowali rozwój sytuacji w Polsce. Wiemy z depesz ujawnionych przez WikiLeaks, jak drobiazgowe są depesze amerykańskiej ambasady. Można sądzić, że wiązali nadzieje z nowym prezydentem, który dzięki mocnemu mandatowi z wyborów powszechnych będzie odgrywał rolę stabilizującą polskie podziały, starając się moderować konflikty i spory instytucjonalne. Wyrazem tej nadziei było zaproszenie Prezydenta Dudy przez Baracka Obamę do jednego stołu podczas szczytu ONZ. Dali sygnał – traktujemy Polskę poważnie, jako dojrzałą demokrację, solidnego i ważnego sojusznika, przykład udanej transformacji dla innych – także obecnej przy tym samym stole putinowskiej Rosji. Ten test Andrzej Duda swoimi późniejszymi działaniami oblał. Złamanie konstytucji, a w szczególności naruszenie fundamentalnej zasady „checks and balances” było zauważone w USA nie tylko przez liberalne media, ale i przez administrację. Dzisiaj mamy tego konsekwencje. Jak ocenia Pan wypowiedź ministra Waszczykowskiego na temat „murzyńskości” w relacjach z USA. Sformułowania tego, jako pierwszy użył minister Sikorski. Miało to jednak miejsce w prywatnej rozmowie, która została nagrana. Waszczykowski użył go z premedytacją w programie telewizyjnym, zapewne wiedząc, jaki skutek wywoła. To nie pierwszy przypadek, kiedy Waszczykowski daje się ponieść publicystycznemu temperamentowi. Czy nadaje się on na szefa polskiej dyplomacji? – Rzeczywiście, termin „murzyńskość” został użyty przez Radosława Sikorskiego w prywatnej rozmowie. W sposób obrazowy przedstawił swoją ocenę relacji polsko-amerykańskich. Ocenę, z którą osobiście się nie zgadzam. Z drugiej strony, użycie tego terminu w wywiadzie telewizyjnym przez aktualnego ministra spraw zagranicznych Polski należy ocenić fatalnie. Rozumiem ten fakt, jako wypowiedź nakierowaną na politykę wewnętrzną. Mimo wszystko wypowiedź niezrozumiałą, będącą chyba wyrazem frustracji Pana Ministra z faktu braku spotkania Andrzeja Dudy z Barackiem Obamą, o które zabiegała podległa mu dyplomacja. Jeżeli natomiast ta wypowiedź ma być symbolem „wstawania z kolan”, to jest przykładem niepokojącym, biorąc pod uwagę starania Polski o stałe stacjonowanie wojsk NATO w naszym kraju. Kiedy, jak nie podczas „szczytu jądrowego” rozmawiać z amerykańskim prezydentem o polskich obawach związanych z polityką Rosji? Wypowiedź ministra Waszczykowskiego być może nie dyskwalifikuje go, jako ministra, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że to nie jest postać na miarę Geremka, Bartoszewskiego czy Adama Daniela Rotfelda. Radykalny język odwołujący się do jakiś polskich kompleksów nie wzmacnia, ale dramatycznie osłabia jego autorytet i po prostu nie przystoi szefowi polskiej dyplomacji. Osobista pozycja szefa MSZ współdeterminuje pozycję międzynarodową Polski; szanowany minister spraw zagranicznych jest słuchany z większą uwagą, zapraszany na międzynarodowe konferencje i odczyty. Jego znaczenie, czyli innymi słowy oddziaływanie publiczne i medialne, może daleko wykraczać ponad formalne umocowanie, jako szefa dyplomacji. Minister Waszczykowski swoimi wypowiedziami trwoni kapitał początkowy, z którym tę funkcję objął. Czy szczyt NATO w Warszawie jest zagrożony? – Szczyt NATO w Warszawie się odbędzie, ale to nie będzie festiwal sympatii i wzajemnego zrozumienia. Nie przekuje się w poparcie dla polskich priorytetów, naszych starań i aspiracji. Czy to ze strony USA, Francji czy Niemiec. Raczej będzie to próba odniesienia sukcesu mimo wszystko. Nikt nie będzie chciał się specjalnie afiszować zdjęciami z Prezydentem Andrzejem Dudą, czy ministrem obrony Macierewiczem, dając się wmanewrować w domniemanie popierania antyeuropejskiej i antydemokratycznej agendy rządu PiS-u. Szczyt NATO może stać się płaszczyzną wzmożonego zainteresowanie świata Polską, ale niestety w negatywnym sensie – analizowania przyczyn kryzysu konstytucyjnego i politycznych celów aktualnej władzy w Polsce. Obawiam się, że obraz naszego kraju, jaki się z takiej analizy wyłoni, raczej się pogorszy aniżeli polepszy. Sukces umiejscowienia szczytu NATO w Warszawie zostanie zmarnowany. Jakie mogą być polityczne, gospodarcze i militarne konsekwencje ochłodzenia w relacjach polskoamerykańskich? – Jestem ostrożny w przewidywaniu negatywnych konsekwencji polityczno-militarnych, gdyż kreślenie scenariuszy erozji relacji sojuszniczych w NATO byłoby zdecydowanie przedwczesne. Amerykanie wiedzą jak działa demokracja; już za kilka lat sytuacja polityczna w Polsce może ulec diametralnej zmianie. Do tego czasu będą się starali zachować polityczną poprawność, próbując delikatnie przypominać o zobowiązaniach międzynarodowych Polski w zakresie jakości demokracji i rządów prawa. W przyszłym roku władzę obejmie nowy Prezydent USA, od tego wiele zależy, jak będzie kształtować się polityka Waszyngtonu także wobec naszego regionu Europy. Natomiast warte podkreślenia jest utracenie w polityce krajowej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości potężnego argumentu, jakim jest sojusz z USA, jako przeciwwagi dla systemowego pogorszenia relacji z Niemcami i Unią Europejską. Nie tylko symbolicznie, ale i realnie polityka PiS zaprowadzi wtedy Polskę ponownie na międzynarodowe peryferia, z których wyrwaliśmy się z takim sukcesem 25 lat temu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}