Polska, Europa, Brexit

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbywają się wybory parlamentarne. Po nich zmaterializuje się wreszcie odsuwany po raz któryś z rzędu z racji niedecyzyjności rządzących elit „Brexit”. Wstrząs czeka nie tylko Brytyjczyków, ale też Unię Europejską, a więc Polskę.

Dla wyspiarzy data 12 grudnia 2019 może stać się symboliczną i przełomową datą na kształt 14 października 1066 r. Wtedy to normańskie oddziały atakujące z kontynentu pod wodzą Wilhelma I Zdobywcy po zwycięskiej bitwie koło Hastings i rozbiciu wojsk brytyjskiego króla Harolda II na powrót (po kilkuwiekowej i przerwanej w 402 r. n.e. okupacji rzymskiej) połączyły wyspę z kontynentem. Oczywiście była to tylko łączność rodów królewskich, ale symbolicznie można to uznawać za jakąś symbiozę wysp i Europy kontynentalnej.

Brexit wywoła proces odwrotny. I nie chodzi tu tylko o utrudnienia dla migracyjnych pracowników, czyli dla także dla setek tysięcy Polaków. Można się spodziewać, że okaże się końcem Zjednoczonego Królestwa. Szkoci głośno zapowiadają powtórkę referendum niepodległościowego, a potem starania o wejście w skład Unii. Ulster najpewniej zjednoczy się z „macierzą” – Republiką Irlandii. Walia w dalszej perspektywie też może starać się o rozwód z Albionem. Mała, samotna, wielkości Belgii czy Holandii Anglia pozostanie wyniośle i izolacjonistycznie w centrum największej wyspy archipelagu. Z racji atlantyckich ciągot, mentalności, kultury i języka, związków nie tylko finansowo-gospodarczych, a także historii pozostanie jej stowarzyszyć się (tak jak Portoryko) z USA lub nawet wejść jako 51 stan w zestaw Ameryki. Dumne (i krwawe) imperium, władające przez ponad dwa wieki 1/3 świata, nad którym „nigdy nie zachodziło słońce” może skończyć jako jeden z elementów składowych własnej byłej kolonii.

Po Brexicie technokratyczny, neoliberalny, oparty o anglosaską mentalność i filozofię sposób uprawiania polityki musi ulec osłabieniu w perspektywie dłuższego czasu. To kolejna zła wiadomość dla polskich elit, które w ostatnich dekadach właśnie ten sposób myślenia przyjmowały jako wyrocznię: tak jeśli chodzi o wewnętrzne zarządzanie państwem, tak jeśli chodzi o sprawy międzynarodowe. Wiatru w żagle dostaną natomiast trendy ściślejszego jednoczenia się Unii jak i powolnego rozwodu z USA. To Wielka Brytania, a tuż za nią Polska opowiadały się za kurczowym trzymaniem się surduta Wuja Sama. Teraz większe będą szanse na przemyślenie innych możliwości. Oby także w gospodarce, wszak thaczeryzm i reganomika u podstaw których legła cała ideologia neoliberalna, mają wybitnie anglosaski rodowód.

Wróćmy jednak do spraw międzynarodowych. Unia bez Wysp może zacząć kierować swoje zainteresowania naturalnym kursem współpracy (wielowymiarowym) – na Wschód. Ku jednoczeniu się z Azją. Te wizje i tezy pobrzmiewają zarówno w kilku ostatnich wystąpieniach prezydenta Francji Macrona, jak i spotkaniu (symbolicznym) odbytym nie dawno w Soczi Prezydenta Rosji Putina z przedstawicielami największych koncernów niemieckich (Mercedes, Siemens, AEG, Bayer, Bilfinger etc). To chęć budowy wspólnej gospodarki od Lizbony po Władywostok. Cathrina Claas-Mühlhäuser, wiceszefowa Komitetu Wschodniego Gospodarki Niemiec podkreśliła , iż niemieccy przedsiębiorcy liczą na możliwość politycznego pojednania i powrót do normalnych, gospodarczych kontaktów.

Integralną częścią przestrzeni gospodarczej od Lizbony do Władywostoku byłby tzw. „Nowy Jedwabny Szlak”, czyli połączenie we wspólnotę ekonomiczno-gospodarczą tandemu Chiny-Rosja i Unii Europejskiej, potrzebującej zarówno rosyjskich surowców jak i „miękkiej siły” Chin. Trzeba tu dodać, iż koncepcję takiej przestrzeni – nazywanej Związkiem Gospodarczym – kilka lat temu (z dokładnym „rozrysowaniem” mapy drogowej i sposobów funkcjonowania) ogłosił znany na świecie (lecz nie w Polsce) intelektualista rosyjski, politolog i akademik, prof. Siergiej Karaganow. Tego obawiają się Amerykanie, tworząc dywersję wewnątrz wspólnoty oraz kordony odcinające „starą Unię” od Rosji. Po Brexicie rola takich „koni trojańskich” jak kraje nadbałtyckie i Polska w zamysłach wuja Sama jeszcze wzrośnie.

Czy polskie elity będą w stanie dokonać w nowych warunkach rzetelnego rachunku zysków i strat, czy nadal będą ślepo podążać za Waszyngtonem? Czy może zauważą, jakie szanse daje Europie rezygnacja z anglosaskiego zachodocentryzmu i militaryzmu? Eurazja, wyzbycie się narodowo-rasistowskiego, kulturowego paternalizmu, przy równoczesnej rezygnacji z rojeń o wiecznym wzroście może być szansą dka całego dla świata. Jak prognozuje prof. Sorbony, Bruno Drwęski, może służyć budowie autentycznego internacjonalizmu i wszystkiego, co się z nim wiąże.

Polityka antyzagraniczna PiS

„Polityka antyzagraniczna” tak określam politykę rządu Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich latach, z kilku powodów.

Tak słabej pozycji międzynarodowej Polska od dawna nie miała. Polska traci prestiż, wiarygodność i wpływy w światowej polityce. Jak stwierdziła to konferencja byłych ambasadorów RP w swoim oświadczeniu 31 maja 2018r. „obecne władze czynią z Polski państwo słabe, izolowane i samotne. Dorobek polityki zagranicznej niepodległej Polski jest marnotrawiony i niweczony”.
Polska jest członkiem Unii Europejskiej, ale nie ma dziś wzorowych stosunków z żadnym państwem tego ugrupowania jak również nie ma bezkonfliktowych stosunków z państwami nie należącymi do UE. W interesie każdego państwa jest zabieganie o dobre, przyjazne stosunki z sąsiadami. Tymczasem Polska ma napięte stosunki z Rosją, problemy z Białorusią i poprawne choć nie najlepsze stosunki ze Słowacją, Czechami i Niemcami. Nic więc dziwnego, że tracimy wpływy na arenie międzynarodowej.
Niemcy są naszym największym partnerem handlowym. Tymczasem raz po raz ze strony polskiej pojawiają się wypowiedzi drażniące naszego zachodniego sąsiada. Świadczą o tym żądania nowych odszkodowań mimo, że sprawa ta została dawno uregulowana. Nie służą dobrze stosunkom dwustronnym nieodpowiedzialne wystąpienia ambasadora RP w Niemczech Andrzeja Przyłębskiego.
Nie tylko nie potrafimy wykorzystać naszego członkostwa w Unii Europejskiej dla wzrostu znaczenia Polski, ale nieodpowiedzialnymi zachowaniami osłabiamy naszą pozycję w tym ważnym ugrupowaniu. Niejako symbolem naszego braku znaczenia dla członkostwa w UE było usunięcie przez ówczesną premier Beatę Szydło flagi unijnej z siedziby Rady Ministrów. Do Trybunału Sprawiedliwości UE napływają skargi na Polskę za łamanie prawa unijnego. W wyniku werdyktu Trybunału Sprawiedliwości władze polskie zmuszone były do rezygnacji ze zmian m. in. w ustawach o sądownictwie, w tym w ustawie o Sądzie Najwyższym oraz o wycince drzew w Puszczy Białowieskiej.
Przykładem amatorszczyzny i porażki polskiej dyplomacji była konferencja w Warszawie 14 lutego br. o Bliskim Wschodzie. Inicjatorem tej konferencji była administracja Donalda Trumpa. Amerykanie chcieli zorganizować tę konferencję w Europie Zachodniej lub w Maroku, ale żaden kraj nie zgodził się na rolę gospodarza. Poniżające dla nas było to, że konferencję w Warszawie zapowiedzieli Amerykanie zanim jeszcze pojawiły się o tym informacje ze strony polskiej. Uznano to za przykład klientelizmu i serwilizmu rządu polskiego wobec Waszyngtonu. Początkowo Amerykanie chcieli z tego spotkania, w którym wzięło udział ponad 50 państw uczynić antyirański show. Nawet padło słowo „wojna” przeciw Iranowi. Ale nie znalazło to poparcia wśród innych państw. Kilka krajów zbojkotowało spotkanie w Warszawie.
Konferencja w Warszawie była niewypałem politycznym i obfitowała w liczne skandale, do czego przyczynili się głównie Amerykanie i Izraelczycy. Według informacji prasy zagranicznej premier Netanjahu miał oświadczyć, że Polacy mordowali Żydów, co mogło sugerować że czynili to wszyscy Polacy. Dziennikarka z amerykańskiej stacji NBC Andrea Mitchell w relacji z Warszawy dezinformowała Amerykanów, że w czasie powstania w warszawskim getcie powstańcy żydowscy walczyli z polskimi i nazistowskimi władzami. Nawet organizacje żydowskie w Stanach Zjednoczonych zaprotestowały przeciw temu kłamstwu. Dziennikarka amerykańska po licznych protestach przeprosiła za swe kłamliwe wypowiedzi.
Stany Zjednoczone były reprezentowane na warszawskiej konferencji przez wiceprezydenta Mike’a Pence’a oraz sekretarza stanu Mike’a Pompeo. Amerykanie wykazali się ignorancją przypominając Polakom o należnych im odszkodowaniach za mienie znacjonalizowane w powojennej Polsce. Zapomnieli, że Polska w 1960 r. podpisała porozumienie z rządem USA w wyniku którego zgodziła się zapłacić 40 mln. ówczesnych dolarów za znacjonalizowane mienie amerykańskie. Przedstawiciele rządu PiS nie wyjaśnili Amerykanom, że ich żądanie nie ma podstaw prawnych.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ciągu ponad trzech lat sprawowania władzy doprowadził do znacznego osłabienia pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Dotyczy to pogorszenia stosunków bilateralnych z wieloma państwami jak również pozycji naszego kraju w strukturach międzynarodowych takich jak UE, NATO, ONZ. W mediach zagranicznych często wspomina się Polską ksenofobię i antysemityzm oraz brak gotowości do przyjmowania uchodźców.
Do osłabienia pozycji i wpływów Polski na arenie międzynarodowej przyczyniają się mankamenty polskiej służby dyplomatycznej. Z MSZ zwolniono wielu doświadczonych dyplomatów. Na czele polskich placówek zagranicą stoją ludzie niedoświadczeni i pozbawieni obycia międzynarodowego. Prawo i Sprawiedliwość nie chce wręcz korzystać z doświadczonych osób, jeżeli nie mają one związku z ich partią i ich poglądami.

PiS prowadzi Polskę na peryferia

Rozmowa z dr. Ireneuszem Bilem, dyrektorem Fundacji Amicus Europae, ekspertem ds. stosunków międzynarodowych.

Czy relacje polsko-amerykańskie znalazły się w kryzysie? Ireneusz Bil: – O kryzysie w relacjach międzypaństwowych nie może być mowy, nasze kraje łączy zbyt wiele interesów i więzi politycznych, sojuszniczych, ekonomicznych. Ale możemy mówić o kryzysie zaufania do polskich władz. Takiego ochłodzenia relacji jak obecnie nie było w ciągu ostatnich 25 lat. Amerykańska konsternacja sytuacją w Polsce jest bezprecedensowa. Skala negatywnego zaskoczenia w Waszyngtonie jest większa aniżeli po wygranej Aleksandra Kwaśniewskiego nad Lechem Wałęsą w wyborach prezydenckich 1995 r. Wtedy przyczyny niepewności były zrozumiałe: oto przywódcą państwa prowadzącego negocjacje o członkostwie w NATO został „postkomunista”, który w dodatku pokonał ikonę walki o demokrację, laureata Nagrody Nobla, którego uhonorowano wystąpieniem przed amerykańskim Kongresem. Ale Kwaśniewski szybko zjednał Amerykanów determinacją na drodze do NATO i UE, przyjęciem konstytucji, która de facto ograniczała jego władzę, otwartością wobec świata, polityką pojednania i rozwoju dobrych relacji z sąsiadami. A były to wartości szczególnie cenne w obliczu zmagania się ówczesnego świata z konsekwencjami wojny narodowościowej w byłej Jugosławii, która pokazała, dokąd wiedzie nacjonalistyczna i szowinistyczna polityka prowadzona na obszarze postkomunistycznym. Dzisiaj skala zaskoczenia jest większa, bo i większe jest niezrozumienie przyczyn zamachu na praworządność i procedury demokratyczne, gwałtownego zachwiania się stabilności polskiej demokracji. Amerykanie niewątpliwie uważnie obserwowali rozwój sytuacji w Polsce. Wiemy z depesz ujawnionych przez WikiLeaks, jak drobiazgowe są depesze amerykańskiej ambasady. Można sądzić, że wiązali nadzieje z nowym prezydentem, który dzięki mocnemu mandatowi z wyborów powszechnych będzie odgrywał rolę stabilizującą polskie podziały, starając się moderować konflikty i spory instytucjonalne. Wyrazem tej nadziei było zaproszenie Prezydenta Dudy przez Baracka Obamę do jednego stołu podczas szczytu ONZ. Dali sygnał – traktujemy Polskę poważnie, jako dojrzałą demokrację, solidnego i ważnego sojusznika, przykład udanej transformacji dla innych – także obecnej przy tym samym stole putinowskiej Rosji. Ten test Andrzej Duda swoimi późniejszymi działaniami oblał. Złamanie konstytucji, a w szczególności naruszenie fundamentalnej zasady „checks and balances” było zauważone w USA nie tylko przez liberalne media, ale i przez administrację. Dzisiaj mamy tego konsekwencje. Jak ocenia Pan wypowiedź ministra Waszczykowskiego na temat „murzyńskości” w relacjach z USA. Sformułowania tego, jako pierwszy użył minister Sikorski. Miało to jednak miejsce w prywatnej rozmowie, która została nagrana. Waszczykowski użył go z premedytacją w programie telewizyjnym, zapewne wiedząc, jaki skutek wywoła. To nie pierwszy przypadek, kiedy Waszczykowski daje się ponieść publicystycznemu temperamentowi. Czy nadaje się on na szefa polskiej dyplomacji? – Rzeczywiście, termin „murzyńskość” został użyty przez Radosława Sikorskiego w prywatnej rozmowie. W sposób obrazowy przedstawił swoją ocenę relacji polsko-amerykańskich. Ocenę, z którą osobiście się nie zgadzam. Z drugiej strony, użycie tego terminu w wywiadzie telewizyjnym przez aktualnego ministra spraw zagranicznych Polski należy ocenić fatalnie. Rozumiem ten fakt, jako wypowiedź nakierowaną na politykę wewnętrzną. Mimo wszystko wypowiedź niezrozumiałą, będącą chyba wyrazem frustracji Pana Ministra z faktu braku spotkania Andrzeja Dudy z Barackiem Obamą, o które zabiegała podległa mu dyplomacja. Jeżeli natomiast ta wypowiedź ma być symbolem „wstawania z kolan”, to jest przykładem niepokojącym, biorąc pod uwagę starania Polski o stałe stacjonowanie wojsk NATO w naszym kraju. Kiedy, jak nie podczas „szczytu jądrowego” rozmawiać z amerykańskim prezydentem o polskich obawach związanych z polityką Rosji? Wypowiedź ministra Waszczykowskiego być może nie dyskwalifikuje go, jako ministra, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że to nie jest postać na miarę Geremka, Bartoszewskiego czy Adama Daniela Rotfelda. Radykalny język odwołujący się do jakiś polskich kompleksów nie wzmacnia, ale dramatycznie osłabia jego autorytet i po prostu nie przystoi szefowi polskiej dyplomacji. Osobista pozycja szefa MSZ współdeterminuje pozycję międzynarodową Polski; szanowany minister spraw zagranicznych jest słuchany z większą uwagą, zapraszany na międzynarodowe konferencje i odczyty. Jego znaczenie, czyli innymi słowy oddziaływanie publiczne i medialne, może daleko wykraczać ponad formalne umocowanie, jako szefa dyplomacji. Minister Waszczykowski swoimi wypowiedziami trwoni kapitał początkowy, z którym tę funkcję objął. Czy szczyt NATO w Warszawie jest zagrożony? – Szczyt NATO w Warszawie się odbędzie, ale to nie będzie festiwal sympatii i wzajemnego zrozumienia. Nie przekuje się w poparcie dla polskich priorytetów, naszych starań i aspiracji. Czy to ze strony USA, Francji czy Niemiec. Raczej będzie to próba odniesienia sukcesu mimo wszystko. Nikt nie będzie chciał się specjalnie afiszować zdjęciami z Prezydentem Andrzejem Dudą, czy ministrem obrony Macierewiczem, dając się wmanewrować w domniemanie popierania antyeuropejskiej i antydemokratycznej agendy rządu PiS-u. Szczyt NATO może stać się płaszczyzną wzmożonego zainteresowanie świata Polską, ale niestety w negatywnym sensie – analizowania przyczyn kryzysu konstytucyjnego i politycznych celów aktualnej władzy w Polsce. Obawiam się, że obraz naszego kraju, jaki się z takiej analizy wyłoni, raczej się pogorszy aniżeli polepszy. Sukces umiejscowienia szczytu NATO w Warszawie zostanie zmarnowany. Jakie mogą być polityczne, gospodarcze i militarne konsekwencje ochłodzenia w relacjach polskoamerykańskich? – Jestem ostrożny w przewidywaniu negatywnych konsekwencji polityczno-militarnych, gdyż kreślenie scenariuszy erozji relacji sojuszniczych w NATO byłoby zdecydowanie przedwczesne. Amerykanie wiedzą jak działa demokracja; już za kilka lat sytuacja polityczna w Polsce może ulec diametralnej zmianie. Do tego czasu będą się starali zachować polityczną poprawność, próbując delikatnie przypominać o zobowiązaniach międzynarodowych Polski w zakresie jakości demokracji i rządów prawa. W przyszłym roku władzę obejmie nowy Prezydent USA, od tego wiele zależy, jak będzie kształtować się polityka Waszyngtonu także wobec naszego regionu Europy. Natomiast warte podkreślenia jest utracenie w polityce krajowej przez rząd Prawa i Sprawiedliwości potężnego argumentu, jakim jest sojusz z USA, jako przeciwwagi dla systemowego pogorszenia relacji z Niemcami i Unią Europejską. Nie tylko symbolicznie, ale i realnie polityka PiS zaprowadzi wtedy Polskę ponownie na międzynarodowe peryferia, z których wyrwaliśmy się z takim sukcesem 25 lat temu.

{loadposition social}
{loadposition zobacz_takze}